Olimpiada pana Lemoncella - Chris Grabenstein

Reflow text when sidebars are open.
W poniedziałek po Nowym Roku Kyle stał, drżąc, na przystanku autobusowym.
W styczniu w Ohio jest bardzo zimno i mokro.
W końcu autobus przyjechał i otworzył drzwi.
- No heloł! - zawołała pani Logan zza kierownicy. - Następny Lemon-cello!
Kyle pokręcił głową. Kierowcy autobusów też oglądają reklamy w telewizji.
- Dzień dobry - powiedział, wchodząc do środka.
- Mam dla ciebie zagadkę. - Odkąd drużyna Kyle'a wygrała w bibliotece, wszyscy nieustannie zasypywali ją łamigłówkami i rebusami.
- Zamieniam się w słuch - mruknął Kyle.
- Jakich dwóch rzeczy nigdy nie zjesz na śniadanie?
- E, proste. Obiadu i kolacji.
Pani Logan machnęła ręką.
- No to siadaj.
Kyle przybił piątkę wszystkim w autobusie w drodze do swojego stałego miejsca obok Akimi. Za nią siedziała Sierra z nosem w książce.
- Co czytasz? - spytał Kyle.
- Po raz kolejny Charliego i fabrykę czekolady, bo wszyscy ciągle mówią, że pan Lemoncello przypomina im Willy'ego Wonkę. Ale pan Lemoncello jest o wiele milszy.
- I nie ma Umpa-Lumpów - zażartowała Akimi.
- Ani Augustusa Gloopa - dodał Kyle.
- Moim zdaniem naszym Augustusem był Charles Chiltington - odparła Akimi.
- Naprawdę? - zdziwiła się Sierra. - Mnie on przypomina bardziej Verucę Salt.
Coś takiego. Sierra zażartowała! Naprawdę, odkąd dołączyła do drużyny Kyle'a, bardzo się zmieniła.
- Ten sweter dała ci babcia na święta? - spytała Akimi, kiedy Kyle zdjął parkę.
- Skąd wiesz?
- Wygląda jak coś, co można by kupić w sklepie dla zwierząt. Dla psa o imieniu Puszek.
- Możliwe, że dziś zniknie mi z szafki.
- Dobry pomysł.
- Eee... Przepraszam - odezwała się Alexa Mehlman, dziewczynka z szóstej klasy, siedząca po drugiej stronie przejścia.
- Cześć, Alexa - powiedział Kyle. - Co tam?
- Nie chciałam przeszkadzać...
- Nie przeszkadzasz. W czym mogę ci pomóc?
- Dostałam od wujka na Chanukę Fenomenalne Figle Słowne pana Lemoncella i nie mogę rozwiązać jednego rebusu.
- Pokaż.
- To kategoria "sławne powiedzenia" - wyjaśniła Alexa, podając Kyle'owi karton pełen liter i rysunków.
- Pierwsze słowo to "bibliotekarze" - powiedziała Akimi. - BIBLIA, w której A trzeba zamienić z O, co daje "BIBLIO". Potem dodajesz "TECZKA", ale bez CZ. I jeszcze "RZEPA", bez PA. I powstaje "TEKARZE". Biblio-tekarze.
- Super - powiedziała Alexa. - Jesteście niesamowici.
- Nie ja - odparła Sierra. - Nie za bardzo mi idą gry. - I znowu wsadziła nos w książkę.
Autobus podskoczył na progu zwalniającym i wjechał na parking przed szkołą.
- Ma pan dziesięć sekund na rozwiązanie rebusu, panie Keeley - oznajmiła Akimi. - Start!
Kyle jeszcze raz przyjrzał się kartonikowi i oddał go Aleksie.
- Bibliotekarze walczą o wolność umysłu.
- Niesamowite! - szepnęła Alexa. - Ja utknęłam na rzepie. Myślałam, że to burak. Jesteś moim bohaterem!
Kyle uśmiechnął się, myśląc, że to miłe uczucie - być czyimś bohaterem.
Zwłaszcza wtedy, gdy w tym celu wystarczy tylko rozwiązać rebus.
Ponieważ były ferie świąteczne, Kyle i jego koledzy ciągle przesiadywali w Bibliotece Lemoncella, w której - ze względu na ich gwiazdorski status - dla nich codziennie był tortowy dzień.
Tortowe dni stanowiły tradycję w rodzinie Keeleyów. Gdy ktoś z nim czegoś dokonał - na przykład jego brat Mike wygrał mecz (znowu), a drugi brat Curtis dostał piątkę (znowu) - mama Kyle'a piekła tort.
Odkąd Kyle i jego koledzy wygrali w bibliotecznej grze, każdy dzień taki się wydawał. Słodki.
- To ty zagrałeś w tej reklamie? - usłyszał co najmniej dziesięć razy w drodze do Okrągłej Czytelni.
Na każde takie pytanie odpowiadał zawadiackim salutem, przykładając do głowy dwa palce. W telewizji widział, że tak robią gwiazdy filmowe.
- Czy mogę prosić o autograf? - spytała mała dziewczynka.
- Jasne. Proszę.
Kyle nadal składał każdy autograf osobiście.
Jego najlepsza przyjaciółka Akimi rozdawała kartki z wydrukowanym podpisem.
- Tak jest szybciej - wyjaśniała.
- Siemka, Kyle!
Sierra siedziała skulona w kłębek w przytulnym fotelu obok sięgającego do drugiego piętra regału z beletrystyką. Oczywiście czytała książkę. Oczy miała zamglone i nieprzytomne, bo kiedy Sierra Russell czytała, to na całego. Prawie tonęła w książce, żeby przeżywać przygody razem z bohaterami.
- Hej - rzucił Kyle. - Co czytasz?
- Sprawę trzech desperado Caroline Lawrence, po raz kolejny. To moja ulubiona książka.
- Super.
- Czytałeś?
- Jeszcze nie. Ale mam ją na liście.
Sierra parsknęła śmiechem.
Pewnie dlatego, że Kyle Keeley miał najdłuższą w kraju listę książek do przeczytania.
- Na półce jest drugi egzemplarz - powiedziała Sierra.
- Nie szkodzi. Jestem umówiony z Akimi i Miguelem na górze w Elektronicznym Centrum Nauki. Pan Lemoncello właśnie zainstalował nową grę edukacyjną: Kłopoty Karola Wielkiego. To chyba o rycerzach Okrągłego Stołu.
- E... Kyle...? Karol Wielki był Świętym Cesarzem Rzymskim. Okrągły Stół miał król Artur - w Anglii.
- Widzisz? Codziennie można się nauczyć czegoś nowego. To na razie, Sierra. Ani Karol Wielki, ani król Artur nie mogą czekać.
Kyle pobiegł kręconymi schodami na drugie piętro, po drodze rozdając autografy i pozując z fanami do zdjęć.
Minął dwoje rozsuwanych drzwi z bardzo grubego szkła, blokujących dzikie hałasy Elektronicznego Centrum Nauki.
Ledwie się za nim zamknęły, jego uszy zaatakowały ryki, piski i dzwonki trzydziestu gier edukacyjnych. Nos także dostał za swoje. Wiele gier z ECN było wyposażonych w najnowszą rewelację pana Lemoncella, zapachowizję - zwłaszcza jedna, w której było się królewskim szczurem z problematyczną higieną osobistą, płynącym przez historię Anglii w kanałach Londynu.
- Przepraszam, nie dam już ani jednego autografu, bo ręka mi odpadnie - powiedziała Haley Daley, która królowała nad konsolą do gry Kleopatra, Królowa Nilu.
Kyle nie za często w nią grał, bo Haley Daley zawsze wygrywała. Znała taką sztuczkę, dzięki której przyzywała krokodyle z Nilu.
- Kyle! - zawołała Haley, machając do niego. - Masz chwilę?
- Mam się spotkać...
- To bardzo ważne.
Kyle podszedł do niej.
- Przeprowadzam się!
- Serio?
- No halo! Wiesz, ile mam ofert, odkąd wystąpiłam jako gwiazda tych reklam?
- W zasadzie to wszyscy jesteśmy...
- Setki. Może tysiące. Dlatego cała moja rodzina wyjeżdża do Hollywood. Tata znalazł pracę w Los Angeles. A mój agent już mi ustawił gościnne występy na Disney Channel.
- Niesamowite.
Rodzina Haley Daley bardziej niż którakolwiek z rodzin pozostałych graczy potrzebowała tych pieniędzy, które Haley wygrała w bibliotece. Wyglądało na to, że hojność pana Lemoncella naprawdę odmieniła ich życie.
- Chciałam się tylko pożegnać. I... dzięki.
- E, to była praca zbiorowa. Razem zwyciężyliśmy.
- No, jak wolisz. To będę lecieć. Muszę kupić nowe ciemne okulary.
Haley pomachała mu efektownie i wraz ze swoimi fanami opuściła Elektroniczne Centrum Nauki. To także zrobiła efektownie.
- Joł, Kyle, człowieku! Potrzebujemy tu pomocy! Ale już!
Miguel i Akimi grali w Kłopoty Karola Wielkiego. Miguel trzymał przed sobą kontroler ruchu jak miecz świetlny. Kyle przedarł się do nich przez zatłoczone pomieszczenie.
- Co tam?
- Karol Wielki potrzebuje bohatera - wyjaśniła Akimi. - Kogoś, kto będzie bronił słabych i bezbronnych, walczył o słuszną sprawę i tak dalej. Ta gra jest oparta na zasadach kodeksu rycerskiego.
- Trochę utknąłem - dodał Miguel, walcząc wirtualnym mieczem z ziejącym ogniem smokiem.
- A ja się trochę znudziłam - dodała Akimi. - To na razie.
Kyle odwrócił się do Miguela.
- Jakie masz opcje?
- Zabić smoka albo nakarmić głodnych wieśniaków.
- No, to nad czym się tu zastanawiać. Zabijamy smoka.
- Na pewno?
- Jasne. Jeśli tego nie zrobisz, smok zabije wieśniaków. Jak zabijesz, wieśniacy będą się cieszyć. Zawsze lubią zabójców smoków.
- No dobrze, skoro tak mówisz...
Miguel zadał cios mieczem. Na ekranie jego rycerz przebił bok smoka salowym ostrzem.
Z animowanego smoka wystrzelił gejzer gazu, wielka bestia skurczyła się jak przekłuty balonik.
- A niech to. To nie był prawdziwy smok, tylko wielki balon! Jak na paradzie...
Na ekranie pojawił się tłum wieśniaków z widłami. Rzucili się na rycerza Miguela.
- Czemuś nie przyniósł nam strawy?! - krzyknął ich przywódca. - Śmierć samolubnym, nierycerskim łotrom!
Rozległo się charakterystyczne BIP-BIP-BIP sygnalizujące śmierć w grze. Rycerz Miguela dostał widłami w siedzenie i rozsypał się w stertę pikseli.
- No dobrze - odezwał się Kyle. - Teraz, kiedy już wiemy, czego nie robić, zagramy znowu i wygramy.
- Po co się wysilać? Nie potrzebujemy Karola Wielkiego, żeby być bohaterami. Mam rację?
Kyle uśmiechnął się od ucha do ucha.
- No pewnie!
Obaj przybili żółwika i zaczęli śpiewać swoją ulubioną rockową piosenkę: "We are the champions, my friend...".
Prawdopodobnie wszystkie dzieci w Ameryce marzyły o tym, żeby być Kylem Keeleyem.
Zwłaszcza wtedy, gdy śmigał przez ekrany telewizorów jako płonąca wiewiórka w świątecznej reklamie Wiewiórczej Wojny Sześć, kompletnie szalonej nowej gry komputerowej Lemoncella.
Koleżanki Kyle'a, Akimi Hughes i Sierra Russell, także występowały w tej reklamie. Trzymały konsole i usiłowały zestrzelić Kyle'a z nieba. Ale on unikał każdej rzucanej w niego gumki recepturki, kokosanki, pecyny błota i zwiniętej w kulkę skarpety.
To było niesamowite.
W reklamie gry planszowej Siema, Już Cię Tu Nie Ma Kyle występował jako żółty pionek. Jego głowa była kulką na plastikowym korpusie. Jego kumpel Miguel Fernandez grał zielonego pionka. Obaj ślizgali się po wielkiej planszy jak hokejowe krążki. Gdy Miguel wylądował na tym samym polu co Kyle, pionek Kyle'a musiał wrócić na start.
- Siema! - wrzasnął Miguel. - Już cię tu nie ma!
Szarpnięty przez niewidoczną linę Kyle poleciał do tyłu, wysoko nad planszą. To także było niesamowite.
Ale jego absolutnie ulubioną rolą była ta w reklamie Ani Słowa Więcej, gdzie chodziło o to, żeby zasugerować kolegom z drużyny zapisane na karcie hasło, nie używając żadnych z zakazanych słów widniejących na tej samej karcie.
Akimi, Sierra, Miguel i nieustannie radosna Haley Daley siedzieli na okrągłej kanapie i udawali, że grają. Kyle stał przed nimi.
- Salsa - powiedział Kyle.
- Nachosy! - zawołała Akimi.
Rozległ się brzęczyk. Akimi nie zgadła.
Kyle spróbował jeszcze raz.
- Winegret!
- Coś, czego nikt nie lubi - powiedziała Haley.
Znowu brzęczyk.
Kyle złamał zasady i wypowiedział jedno z zakazanych słów.
- Keczup!
PLACH! Dwieście litrów gęstego, lepkiego sosu pomidorowego chlusnęło na niego z góry, spłynęło mu po twarzy i zaczęło skapywać z uszu.
Wszyscy parsknęli śmiechem. Kyle, który uwielbiał błaznować niemal tak samo, jak grać (i wygrywać) w szalone gry pana Lemoncella, poszedł na całość i najszybciej, jak potrafił, wyrecytował całą listę zakazanych słów.
- Musztarda-majonez-beszamel!
CHLUST!
Kubeł żółtobiałozielonej paćki z grudkami oblał go od stóp do głów. Jej strugi lały mu się z rękawów i nogawek, tworząc kałuże na podłodze.
Czworo przyjaciół omal nie pękło ze śmiechu na widok Kyle'a, który miał na sobie więcej sosów (słowo z jego karty) niż kilometrowy hot dog.
- Fajnie było? - rozległ się głos zza kadru.
- Fajnie? - rzuciła Haley. - No heloł, to Lemoncello!
I tak kończyły się wszystkie reklamy - Haley mówiącą "Heloł, to Lemoncello!". To ona stała się supergwiazdą. Wszyscy w Ameryce chcieli być również Haley Daley. Z wyjątkiem tych, którzy pienili się ze złości i nie mogli rozumieć, dlaczego to akurat ona, Kyle Keeley, Akimi Hughes, Sierra Russell i Miguel Fernandez zostali wybrani do świątecznych reklam pana Lemoncella.
A kiedy się dowiedzieli, że stało się tak, ponieważ wygrali podczas zawodów w niewiarygodnej nowej bibliotece pana Lemoncella w Alexandriaville w Ohio - na które ich nie zaproszono - zaczęli się domagać rewanżu.
Charles Chiltington siedział w salonie, patrząc z bezsilną wściekłością, jak jego kolega Kyle Keeley przelatuje przez ekran wielkiego plazmowego telewizora.
To były najgorsze święta jego życia.
Od ponad miesiąca nie mógł spojrzeć w telewizor, żeby nie zobaczyć tych pięciorga oszustów, którzy pół roku temu okradli go ze słusznie należącej się mu nagrody.
W dzisiejszej reklamie Keeley - przywódca grupy, która "pokonała" Charlesa w grze Ucieczka z Biblioteki - nosił idiotyczny kostium latającej wiewiórki z głupimi goglami. Mimo to najwyraźniej świetnie się bawił jako gwiazda.
Gwiazda, którą powinien być Charles!
Keeley pokonał go w tej grze w głupiej bibliotece jeszcze głupszego twórcy gier, bo miał czworo kolegów do pomocy. Poza tym pomógł mu pan Lemoncello.
W ostatniej chwili, gdy Charles już miał zgarnąć wygraną, ten szalony milioner zdyskwalifikował go z powodu jakiegoś wydumanego drobiazgu. Keeley i jego banda wygrali i zgarnęli mu nagrodę sprzed nosa.
A Charles wrócił do domu, gdzie ojciec powiedział mu, jak bardzo czuje się nim rozczarowany.
Bo Chiltingtonowie nigdy nie przegrywają.
Zwłaszcza z takimi prostackimi zerami jak Kyle Keeley.
Charles od pół roku planował, jak się zemścić na Keeleyu i jego kumplach: tej przemądrzałej Akimi Hughes, kujonie Miguelu Fernandezie, siedzącej w książkach Sierze Russell i zwłaszcza tej zdrajczyni Haley Daley, która wraz z Andrew Pecklemanem była w drużynie Charlesa, zanim dołączyła do Kyle'a.
- Pan Lemoncello mnie okradł - wymamrotał zgnębiony Charles. - Powinni mu zamknąć tę jego głupią bibliotekę.
Mamrotał tak do siebie, odkąd w telewizji zaczęli emitować reklamy pana Lemoncella. Ale z jakiegoś powodu ta wkurzająca reklama z wiewiórką natchnęła go nową myślą.
Wcisnął guzik "pauza" na pilocie.
Powinni zamknąć pana Lemoncella.
To o wiele lepszy pomysł.
Porządni obywatele Alexandriaville w Ohio nie pozwolą, żeby obłąkany pan Lemoncello miał wpływ na to, co się dzieje w ich nowej bibliotece publicznej.
Tak! Kółeczka w mózgu Charlesa zaczęły się obracać. To idealne podejście! Publiczna kampania, żeby odebrać kierownictwo biblioteki niebezpiecznemu szaleńcowi Luigiemu Lemoncellowi.
Charles już wiedział, kto ją poprowadzi.
Jego matka.
Od dawna słynęła z prowadzenia różnych kampanii społecznych.
Kiedy Charles chodził do przedszkola, matka stanęła na czele Krucjaty Antybiszkoptowej, bo Charles wolał ciasto czekoladowe.
Kiedy był w trzeciej klasie, matka dopilnowała, żeby nauczyciel, który ośmielił się ocenić jego wulkan z masy papierowej na czwórkę, został wyrzucony z pracy.
Natomiast w czwartej klasie zabrała go z prywatnej szkoły (wraz ze swoimi dotacjami), gdy dyrekcja odważyła się zatrudnić nauczyciela historii, który obchodził Narodowy Dzień Mówienia po Piracku.
Ponadto matka Charlesa nie była zachwycona tym, co pan Lemoncello wyprawiał w tej swojej obłąkanej bibliotece.
- Przewaga formy nad treścią - oznajmiła przyjaciółkom z klubu brydżowego. - I wypożyczają za dużo niewłaściwych książek.
Mózg Charlesa pracował na pełnych obrotach.
Wystarczy malutka zachęta, a matka za następny cel swojego życia obierze zabranie słowa "Lemoncello" z nazwy Biblioteka Lemoncella. Był tego pewien.
- Mamciu... - zawołał głosikiem skrzywdzonego chłopczyka. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, spróbował jeszcze raz. Dużo głośniej. - Mamciu! Ratuj! Cierpię! Mamciuuuuuu!
Matka wpadła do pokoju.
- Charles, kochanie, co się dzieje?
Chłopiec wskazał drżącym palcem na ekran.
- Pan Lemoncello... Zrób tak, żeby go nie było... Ta jego okropna biblioteka jest pełna oszustów!
- Wiem, kochanie, ale co mogę...
Charles zaczął chlipać.
- On mnie oszukał, mamciu! Okradł mnie!
- Tak, kochanie.
Nadszedł czas na cięższą artylerię.
- On mi wpłynął na moją samoocenę! Czuję się nic niewarty! - Charles pociągnął nosem. - Przez pana Lemoncella mogę nigdy nie pójść na studia!
Mama śmiertelnie pobladła. Trafiona!
- Ćśśś... Mamcia się tym zajmie. Wszystko będzie dobrze.
Przytuliła go mocno.
Charles uśmiechnął się do siebie.
Pan Lemoncello wpadł jak śliwka w kompot.
W bardzo, bardzo paskudny kompot.