Ogon królewskiego konia - Gustaw Kamieński

Reflow text when sidebars are open.
Na placu katedralnym w Mediolanie, naprzeciwko tego wiekopomnego arcydzieła architektury stoi olbrzymi pomnik Wiktora Emanuela II. Twórca pomnika, znakomity E. Rosa umieścił króla na bardzo wysokim piedestale, na wspaniałym rumaku z potężnym, rozwianym ogonem.
Z boku pomnika stało dwóch mężczyzn zbliżających się do czterdziestki. Obaj inżynierowie koledzy, spotkali się rano w przedsionku Metropolie. Jeden Stanisław Grot-Grotowski wracający z Rzymu, drugi Jan Rajczak jadący do Turynu. Przypadkowe spotkanie wielce ich ucieszyło. Wyszli razem na miasto, które Jan miał opuścić około trzeciej po południu. Zatrzymali się i w milczeniu przypatrywali imponującemu pomnikowi. Naraz Stanisław usłyszał polską mowę dziecka i spostrzegł, prawie obok, wielkiej urody młodą damę z chłopczykiem może siedmioletnim.
Natychmiast wyrzekł głośno:
- Giovani! O, che grando ogono de Cavallo.
Malec usłyszawszy ten wykrzyknik, zwrócił się do damy:
- Mamusiu! Po włosku ogon nazywa się "ogono"!
W tej chwili Stanisław zbliżył się, uchylił kapelusza i wyciągnął rękę do chłopczyka, mówiąc:
- Bongiorno signiore piccolo Polaco! Come sta?
Wszystko to było nagle pomyślanym manewrem, celem poznania pięknej damy. Chłopczyna się zawstydził i nie wiedział co robić. Dama widząc wytwornego gentelmana przemówiła:
- Podaj Zbyszku panu rączkę - zwróciła się do Stanisława po francusku. - Proszę wybaczyć, my nie mówimy po włosku.
Zbyszko podał rączkę Stanisławowi, ten zdjął kapelusz mówiąc:
- My jesteśmy Polacy, słysząc polską mowę naumyślnie powiedziałem "ogono" będąc pewnym, że Zbyszka zainteresuję. I to mi się udało.
Przedstawił się, jak również i kolegę.
Jan zdjął kapelusz, dama uprzejmie schyliła głowę, ale swego nazwiska nie powiedziała.
Stanisław zaczął rozmowę o pomniku. Zbyszka zapytał, czy się nie boi konika i czy je lubi.
- Ja w lecie jeździłem na osiołku i nic nie bałem się - odpowiedział śmiało malec.
Jan i Stanisław jako dobrze wychowani ludzie bardzo oględnie, ale umiejętnie prowadzili rozmowę, zwłaszcza, że dama była poważną i powściągliwą. Zdołali jednak dowiedzieć się, że przepędzając jesień nad Lemanem wyjechała z drugą damą na wycieczkę. Zwiedziły Lago Magiorę i wyspy Boremeusza, a korzystając z bliskości zajechały do Mediolanu, gdzie bawią od onegdaj. Katedrę zwiedziły szczegółowo i są wielce zadowolone.
- A czy panie widziały... Przepraszam, mówię w liczbie mnogiej, chociaż towarzyszka jest nieobecna...
- Właśnie nadeszła - odezwał się głos z tyłu i zbliżyła się również młoda, elegancka dama.
Brunetka, ciemniejsza od towarzyszki, o wyrazistych czarnych oczach i pięknej cerze. Ostry, zgrabny nosek i umiejętne, a umiarkowane podbarwienie brwi oczu i warg wytwarzały ponętną całość. Nastąpiło przedstawienie panów, a Zbyszko paplał:
- Proszę pani, ten pan - wskazał palcem Stanisława - powiedział, że ogon konia - znów wskazał na pomnik - nazywa się po włosku "ogono"!
- Zbyszku, tyle razy ci już mówiłam, że nie można wskazywać paluszkiem, to nie ładnie i niegrzecznie - strofowała matka.
- A czym mam pokazywać, proszę mamusi? - Zapytanie to rozśmieszyło wszystkich i rozweseliło. Było do pewnego stopnia przełamaniem lodów...
Stanisław przemówił nieco weselszym tonem:
- Dokończę zaczętego w chwili nadejścia pani zapytania. Otóż czy panie widziały już "Wieczerzę Pańską" fresk Leonardo da Vinci?
- A prawda, zupełnie zapomniałam, że on tu się znajduje - odpowiedziała nowo przybyła.
- Jeśli panie pozwolą, możemy razem pojechać. Mam specjalny list z Rzymu, żeby pozwolono go obejrzeć, ponieważ w ogóle już nie jest do oglądania.
- A to z powodu? - zapytała matka Zbyszka.
- Jest bardzo uszkodzony, miejscami farba obsypuje się.
- Pani Jadwigo, czy pani chce pojechać? - spytała towarzyszka.
- A czy to daleko?
- Pojedziemy z tego placu tramwajem i za dwadzieścia minut będziemy w S. Maria Della Grazie, gdzie w refektarzu znajduje się fresk.
Panie zgodziły się, wtedy Jan rzekł:
- Siądźcie państwo do czwórki i zajedziecie na samo miejsce.
- Ależ ty, widzę, znasz Mediolan, jak Hrubieszów, gdzieś ujrzał światło dzienne - rzekł Stanisław.
- Ja panie pożegnam. Żałuję mocno, że nie mogę dotrzymać towarzystwa, mam bowiem załatwić sprawunki, a przed czwartą wyjeżdżam.
Stanisław namawiał kolegę, żeby został do jutra, ale nic nie wskórał. Pożegnali się, wsiedli do tramwaju i Jan polecił ich konduktorowi. W drodze Stanisław przypatrywał się dyskretnie towarzyszkom. Obie były bardzo przystojne i szykowne. Jadwiga miała słodki, nieco smętny wyraz twarzy i miły, melodyjny głos. Druga energiczny, nieco czupurny i wesoły wygląd, ale głos niedźwięczny, zmatowany. I robiła wrażenie bardzo pewnej siebie.
- Więc panie są na wycieczce i tak bez towarzysza?
- Bardzo jestem wdzięczna pani Rycie - odpowiedziała Jadwiga - że była inicjatorką. Zwiedziłyśmy Lago Maggiore, nadbrzeżne miejscowości i wyspy Boremeusza. Przecudne, urocze!
- A co do towarzysza - wtrąciła Ryta - to miałyśmy kawalera, Zbyszka, i ten wystarcza.
- O ile poznałem Zbyszka, to on sam potrzebuje opieki, a w wycieczkach zawsze jest potrzebny należyty, odpowiedni opiekun - odparł z uśmiechem Stanisław.
- To też w górach najmuje się przewodników specjalnych, ale tu, na równinach, jeziorach i wysepkach, same ze Zbyszkiem dałyśmy sobie doskonale radę i nie miałyśmy balastu. Przeważnie umizgającego się. - odpowiedziała Ryta.
- Widzę, że pani jest wrogo usposobiona do dorosłych mężczyzn.