Oblicza księżyca - Nina Nirali

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Deszcz wzmagał tego późnego wieczoru na sile. Ciemne, niemal czarne niebo rozdzierane było co chwilę przez jasne pioruny. Wyładowaniom elektrycznym wtórowały głośne grzmoty. Aman nie był zachwycony, kiedy wychodził ze swego domu do samochodu. Jego biper po raz kolejny wydał z siebie irytujący urywany dźwięk. Mężczyzna sprawnie wyłączył urządzenie jednym ruchem ręki, a drugim otworzył drzwi samochodu. Siedząc już w fotelu kierowcy, złożył trzymany przez siebie parasol i strząsnął z niego całkiem sporą ilość wody. Skrzywił się na myśl o ulewie i czekającej go właśnie podróży do szpitala. Zamknął drzwi i odpalił silnik. Skierował auto na drogę pełną śliskiego błota, pomimo którego z łatwością panował nad kierownicą.

Aman Anand był jednym z najbardziej znanych neurochirurgów w swej branży. Przez ostatnie dwa lata mieszkał w Indiach i pracował w New Delhi Hospital. Pochodził z wielopokoleniowej rodziny lekarzy, w której studiowanie medycyny i wybór specjalizacji odbywały się na najlepszych europejskich uczelniach. Aman pozostał w Niemczech na długo po zakończeniu studiów. Praktykował, a potem pracował w Instytucie Neurochirurgii w Berlinie. Jego życie jak dotąd skoncentrowane było całkowicie na pracy. Rodzice przez cały ten czas namawiali go na powrót do domu oraz na ożenek. Dotychczas wzbraniał się przeciw temu usilnie. Przed dwoma laty, tuż po ukończeniu trzydziestych piątych urodzin, Aman doszedł do wniosku, że już pora, by coś w swoim życiu zmienić. Powrócił zatem do Indii, objął proponowane mu stanowisko głównego neurochirurga w dobrym szpitalu i pozwalał rodzicom na zapraszanie się w weekendy na obiady oraz przedstawianie profili najbardziej pasujących do niego kandydatek. Rodzice nie narzucali mu swej woli w wyborze życiowej partnerki. Chcieli, aby ich syn był szczęśliwy, a pomiędzy młodymi, jak kiedyś pomiędzy nimi, zaiskrzyło. Po powrocie z Niemiec Aman zdecydował się na zakup niedużego domu za miastem. Nie przeszkadzało mu, że droga z i do pracy trwa ponad godzinę. Teraz, mimo niesprzyjających warunków na drodze, starał się maksymalnie skrócić czas dojazdu do szpitala.

Dźwięk bipera zawtórował skrzypieniu wycieraczek. W taką noc jak dziś na pewno jest mnóstwo wypadków - pomyślał Aman, ponownie wyłączając urządzenie. Wtem jakby urzeczywistnił obraz, który przed chwilą przywołał myślami. Widok zjawił się przed oczyma niczym senna mara. Na poboczu stała z włączonymi światłami ciemna tata tiago. Najwyraźniej całkiem niedawno doszło w tym miejscu do wypadku. Aman zjechał z drogi i się zatrzymał. Kiedy wyłączył silnik, sięgnął do schowka po latarkę i pomimo rzęsistego deszczu wysiadł i podbiegł do samochodu w poszukiwaniu rannych.

Na tylnych siedzeniach nie dostrzegł nikogo. Gdy podszedł do przedniej części pojazdu, dostrzegł sporą dziurę w przedniej szybie po stronie kierowcy. Z obrzeży potłuczonego szkła spływały teraz zmieszane z deszczem strużki krwi. Aman natychmiast skierował światło latarki naprzeciw auta - tam, gdzie jak przypuszczał, mógł teraz leżeć ranny. Kilkadziesiąt metrów od samochodu, w niewysokich krzewach snop światła latarki padł najpierw na stopy, a potem na resztę ciała kobiety, która leżała na brzuchu. Mężczyzna natychmiast podbiegł do rannej. Odwrócił ją do siebie i przyłożył dwa palce do szyi w poszukiwaniu tętna. Jeszcze tliły się w niej oznaki życia. Oświetlił dokładniej rany w poszukiwaniu odłamków szkła w ciele. Po pobieżnych oględzinach upewnił się, że ich nie ma, lecz kilka urazów skóry było bardzo głębokich. Nie miał przy sobie niczego, czym mógłby zatamować cieknącą z rozcięć krew, więc wrócił do samochodu po apteczkę. Natychmiast wrócił do ofiary wypadku i opatrzył rany bandażami z apteczki. Mimo iż nie wiedział, jakie inne obrażenia mogła jeszcze mieć - bez zbędnej zwłoki wziął ranną kobietę na ręce i zaniósł do swojego samochodu. Byli daleko od miasta, i nim ambulans by tu dotarł i zawiózł ranną do szpitala, ta mogłaby się w międzyczasie wykrwawić.

Położył kobietę na tylnym siedzeniu, a sam usiadł na miejscu kierowcy. Robił wszystko, by dojechać jak najprędzej do szpitala. Podczas jazdy zerkał co chwilę na tylne siedzenie, jakby chciał sprawdzić, czy ranna kobieta wciąż tam jest. Leżała nieprzytomna, cała we krwi. Patrząc na nią, widział tylko same rany oraz mokre, pozlepiane teraz krwią, deszczem i błotem włosy - nie mógł dostrzec jej twarzy. Miał nadzieję, że zdąży dowieźć ją do szpitala na czas.

Kiedy w końcu znalazł się pod kliniką, podjechał od razu na podjazd karetek przeznaczony dla ostrego dyżuru i nie zwlekając ani chwili, zawołał zespół, który tam pracował.

- Szybko! Nosze, siostro! - krzyknął do pierwszej pielęgniarki, którą zobaczył.

W okamgnieniu przywieziono je pod tylne drzwi auta Amana. Ostrożnie wyjęto ranną, ułożono ją delikatnie na noszach. Zaraz potem lekarze i pielęgniarki zniknęli za drzwiami ambulatorium. On na powrót wsiadł do swojego auta, odpalił silnik z zamiarem odjazdu i zaparkowania na parkingu dla lekarzy. W minutę później był już na oddziale. Dopiero teraz, w jasnym świetle korytarza szpitalnego dostrzegł, że jego koszula jest nie tylko przemoczona, ale też poplamiona krwią rannej kobiety. Zawsze trzymał w swojej służbowej szafce kilka koszul na zmianę, więc nim zjawił się na swoim oddziale, poszedł najpierw umyć się i przebrać. Kiedy zakładał swój kitel, wzywano go już oficjalnie, wymieniając jego nazwisko przez megafon szpitalny. Kobiecy głos dobiegający z głośnika nakazywał doktorowi Anandowi natychmiastowe udanie się do sali operacyjnej.

Aman spędził kolejne godziny w salach operacyjnych. Trzy przypadki, ze względu na rozległe uszkodzenia czaszki i kręgosłupa, wymagały jego pospiesznej interwencji. Około czwartej nad ranem wyszedł na korytarz zadowolony ze swej pracy. Od razu podszedł do blatu recepcji, gdzie stał ekspres do kawy po brzegi wypełniony czarnym, mocnym i wciąż ciepłym płynem. Nalał sobie pełny kubek i sięgnął po telefon.

Upijając małymi łykami gorący płyn, wybierał drugą ręką numer izby przyjęć. Chciał się dowiedzieć, co się stało z uratowaną przez niego kobietą. Po chwili uzyskał połączenie. Poinformowano go, że jest ona w stanie stabilnym. Opanowano krwotok i pozszywano ją dokładnie. Szycie wszystkich ran trwało ponad dwie godziny. Przebadano też pacjentkę w poszukiwaniu wewnętrznych obrażeń. Prócz złamanej nogi i pokiereszowanego szkłem ciała nie dolegało jej nic więcej. Miała szczęście, że Aman ją znalazł. Mogła tam - nieopodal samochodu, w deszczu - wykrwawić się na śmierć. Dopytał, gdzie ją umieszczono. Okazało się, że ponieważ to doktor Anand ją przywiózł, umieszczono ją w jednoosobowym pokoju na oddziale chirurgii ogólnej.

Aman, wciąż pijąc kawę, zjechał piętro niżej. Sam chciał przekonać się o stanie znalezionej przez siebie kobiety. Wszedł cicho do jej pokoju, w którym panowała ciemność. Sala chorych oświetlona była słabym światłem ulicznych latarni z zewnątrz oraz księżyca. Burza ustała, teraz niebo znów zdawało się przejrzyste. Podszedł do łóżka szpitalnego i włączył małe światło umieszczone nad nim. Patrzył na śpiącą kobietę, niemal całkowicie owiniętą bandażami. Na białej poduszce, obok twarzy i ciała w jasnych opatrunkach, niczym płynąca smoła wyróżniały się jej długie, czarne jak heban włosy. Amanowi zrobiło się przykro na myśl, ile tę kobietę czekało teraz operacji. Już miał odwrócić się i wyjść, gdy ta nagle poruszyła się niespokojnie i jęknęła. Pomyślał, że usłyszał ciche "nie". Kobieta, wydawało się, odzyskiwała przytomność. Patrzył w wyczekiwaniu, aż jej powieki uniosą się. Odwróciła głowę i spojrzała na Amana ciemnymi jak gorzka czekolada oczami.

- Gdzie ja jestem? - spytała z niepokojem, rozglądając się z niekrytym wysiłkiem po sali, łóżku oraz swojej nodze w gipsie i ręce z podłączoną kroplówką. Jej wzrok powrócił do niego i wyczerpana opadła na powrót na poduszkę.

- Jest pani w New Delhi Hospital. Gdybym nie dostrzegł pani auta, zginęłaby pani dzisiejszej nocy. - wyjaśnił, obserwując przy tym kobietę. Z trudem, wolno odwróciła głowę w drugą stronę. Każdy, nawet najmniejszy ruch sprawiał jej najpewniej potworny ból.

- Jestem doktor Aman Anand - przedstawił się. - Już nic pani nie grozi. Czeka panią kilka operacji... - Kobieta oddychała coraz szybciej i znów, tym razem ze łzami w oczach, spojrzała na Amana.

- Cóż pan uczynił? Nie wolno panu było mnie ratować! - Jej pierś unosiła się i opadała bardzo wyraźnie. Aman widział, jakim stresem było dla niej przebudzenie się. Już miał zamiar wołać pielęgniarkę, by podała pacjentce środek uspokajający, gdy ta zatrzymała go swoimi słowami:

- Doktorze, musi pan naprawić swój błąd. Nikt nie może dowiedzieć się, że przeżyłam. Inaczej i tak umrę, szczególnie w tym stanie... - Aman myślał, że się przesłyszał. Spojrzał na nią zszokowany, a raczej na jej zabandażowaną postać i zapytał:

- Jak pani sobie to wyobraża? Co pani w ogóle wygaduje? Moim obowiązkiem było panią uratować. - Niemalże podniósł głos z emocji. Zdenerwowała go swoimi pretensjami. Każdy inny człowiek na jej miejscu okazałby wdzięczność za uratowanie życia.

W kobiecie również grały emocje. Widział, jak ciężko oddycha. Z jej oczu popłynęły niepowstrzymane łzy, mocząc owinięte wokół nich bandaże.

- Ratując mnie, i tak wydał pan na mnie wyrok, doktorze. Nikt nie może wiedzieć, że przeżyłam! Nikt, słyszy pan?! - Kobieta praktycznie wykrzyczała te słowa ochrypłym głosem, lecz zaraz omdlała i opadła na poduszkę. Aman zobaczywszy to, natychmiast podszedł do jej łóżka i sprawdził, czy to tylko emocje były przyczyną omdlenia. Upewniwszy się, że pacjentce nic nie jest, postanowił czym prędzej opuścić jej pokój.

Wychodząc pomyślał, że właśnie znalazł się w jakimś bardzo kiepskim kryminale. Oczywiście nie zamierzał zagłębiać się w tę historię. Pożałował też swojej ciekawości i tego, że w ogóle poszedł na oddział chirurgii, by sprawdzić, jak ona się czuje. Wrócił na swój oddział zupełnie roztrzęsiony. Na szczęście miał dużo pracy, co pozwoliło mu niemal nie myśleć o tym incydencie z poszkodowaną w wypadku kobietą, która nie potrafiła okazać mu swojej wdzięczności, tylko zarzuciła, że źle zrobił, spełniając swój święty obowiązek.