O mały włos - Eoin Colfer

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy ostatecznie opuściłem wojsko po swojej drugiej misji, szybko zrozumiałem, że w Dublinie nie mam czego szukać. Każdą kolejną minutę w tym brudnym starym mieście spędzałem w trąbie powietrznej swojego umysłu. Nie mogłem znaleźć tam ani jednego wspomnienia, które nie skończyłoby się tragedią. A musicie wiedzieć, że mam skłonność do prowadzenia życia w głowie. Wypadki chodzą po ludziach, co? Radź sobie z tym sam.
Właśnie tak zrobiłem. Wykorzystałem to, że przyszedłem na świat w Nowym Jorku, i zjawiłem się na transatlantyckim odrzutowcu lecącym na lotnisko JFK. Zgłosiłem się do odprawy w mundurze, który już tak naprawdę nie był mój, i nawet dali mi darmowy bilet pierwszej klasy. Najstarszy podręcznikowy trik, zaraz po numerze z załadowaniem strzelby torebkami herbaty dla odstraszenia szabrowników. Wyrzuciłem beret i kurtkę w łazience na lotnisku. Wyszedłem jako cywil z biletem pierwszej klasy.
Moja matka pochodziła z Ameryki, ale mimo mieszkania z widokiem na Central Park nie była typową nowojorczanką i po wylądowaniu dobrą chwilę zajęło mi zrozumienie miejscowego akcentu. Jednego dnia słyszałem jeszcze wokół bejaysus i begorrah, a następnego już Yadda, yadda, yadda. Badda bing. Oni robią sobie jaja, myślałem. Przecież to bzdura, nikt tak nie mówi.
A jednak tak mówili, a nawet gorzej. Kilka razy na początku dostałem wpierdziel tylko dlatego, że nie rozumiałem, co ludzie wokół do mnie mówią. "Co się tak, kurwa, lampisz? Pojechany, kurwa, jesteś? Oblukaj tego pojeba".
Doszło do tego, że nawet nie czekałem na tego rodzaju zaczepki. Gość zaczynał dumnie kroczyć w moją stronę przez bar, a ja rzucałem w niego tym, co miałem akurat pod ręką. Popielniczką, stołkiem barowym. Czymkolwiek. Ciosy wyprzedzające to dla mnie nie pierwszyzna. Zawsze wiem, który gość zaraz wybuchnie. To Simon Moriarty nauczył mnie rozpoznawać tego rodzaju rzeczy.
- Widzę, jak bardzo ci zależy na tym, żeby tam wrócić, Dan - powiedział kiedyś - więc sprzedam ci kilka pożytecznych sztuczek.
- Co mi to da?
- Dzięki nim będziesz wiedział, kiedy trzeba przestać działać pokojowo i zacząć strzelać.
To widać w oczach i ramionach, wyjaśnił Simon. Ludzie dochodzą do pewnego momentu, a potem myślą: pieprzyć to. I wtedy konsekwencje już nic dla nich nie znaczą, więc musisz wyjąć ręce z kieszeni i zacząć nimi machać.
W machaniu też jestem dobry. Dwanaście lat w wojsku nauczyło mnie przynajmniej tego jednego. Zawsze wtedy czuję jednak ból w plecach, zwłaszcza ciemną, głęboką zimą, chociaż lekarze zaklinali się, że wyjęli ze mnie wszystkie kawałki pocisku Hezbollahu. Bóle fantomowe, orzekli. Nie wydają się wcale fantomowe, kiedy mróz pokrywa szybę jak srebrna pajęczyna i czuję się tak, jakby jakiś obłąkany krasnal wbijał mi gwoździe poniżej pleców.
Tkwiłem w Nowym Jorku przez całe cztery lata, pracując przy porcjowaniu mięsa za dnia, a w klubach nocą. Tyle że mój nowy początek zaczął wyglądać jak ślepa uliczka, miłość nie wyszła zza rogu, a zamiast tego zaczęły mi wypadać włosy. Wyglądało na to, że chociaż mój ojciec od dziesięciu lat leżał w grobie, wciąż dawał mi prezenty. Cztery lata życia w Nowym Jorku i miałem po uszy wiecznych utarczek z tymi wszystkimi mądralami. Kłykcie miałem szorstkie jak żołędzie od dawania w mordę ludziom. Zgadza się, ludziom, nie tylko mężczyznom. W Wielkim Jabłku nawet kobiety i dzieci stanowią zagrożenie. Widzę nóż zbliżający się do mnie i nie obchodzi mnie, czy osoba, która go trzyma, ma warkocze czy mleczne zęby. Pewnego deszczowego jesiennego wieczoru spojrzałem w dół na azjatycką dziwkę o twarzy dziecka, którą właśnie powaliłem na ziemię, i postanowiłem zabierać się z tego miasta. Najpierw jednak zabrałem jej nóż. Ładny motylek z chińską inskrypcją na rączce. Mam go do dziś.
Tak więc spakowałem swój wojskowy worek i złapałem pociąg do satelickiego miasta Cloisters w hrabstwie Essex. Jedynym powodem, dla którego wybrałem właśnie tę miejscowość, był plakat, który zobaczyłem na dworcu. Cloisters. Dla ludzi zmęczonych miastem. Oczywiście przypadło mi to do gustu.
Okazuje się jednak, że tutaj wcale nie jest o wiele lepiej. Przede wszystkim w Cloisters można do woli oddawać się hazardowi, wystarczy tylko przejechać autobusem przez rzekę Hudson. A to oznacza, że w weekendy wszystkie miastowe dupki zjeżdżają się tutaj, żeby przepuścić w cholerę swoje ciężko zarobione pieniądze, pogapić się na stuprocentowo nagie laski i zadekować się w hotelach o niebo tańszych niż w Atlantic City. A do tego mamy tu jeszcze własnych, autochtonicznych dupków. Minęło sześć lat i czasami żałuję, że nie zostałem w Nowym Jorku. A nawet częściej niż czasami.
Przeniosę się tam z powrotem, kiedy tylko odrosną mi włosy. Kiedy odzyskam włosy, będę szczęśliwy. Cały czas to sobie wmawiam. Może jeszcze nie jest za późno.
Zmuszam się do popatrzenia na Maceya Barretta, ponieważ wierzę, że dzięki temu jego śmierć nabierze dla mnie jakiegoś znaczenia. Nie chcę zabijać człowieka, a potem zamykać oczu, kiedy umiera. Jak się tego sobie nie utrudni, może się to zrobić za łatwe. Zabijałem już przedtem, ale tylko trzy razy i nigdy w taki sposób. Nigdy z tak bliska, że widzę trzepot rzęs i słyszę grzechotanie w piersi, jakby tkwiła w niej garść koralików. W wojsku zawsze możesz sobie powiedzieć: to wojna. Masz pozwolenie ze względu na wojnę. Ale tutaj, w tej pigułkowej melinie w Jersey, czuję, że tego rodzaju rzeczy nie powinny się zdarzać. Ta gwałtowna śmierć wydaje się związana z moją przeszłością. Doktor Moriarty nazwałby to anachronizmem.
Barrett umiera wolno, drgając, jakby przechodził przez niego prąd. Krew jest wszędzie.
"Czego się spodziewałeś? W końcu dźgnąłeś typka w tętnicę szyjną".
Z jakiegoś niejasnego powodu moja podświadomość ma głos Zeba.
W ostatnim spazmie Barrett wypuszcza z ręki sztylet. Obraca się niczym pałeczka czirliderki, po czym wbija się w podwieszany sufit.
Trochę się odprężam. Moim zdaniem działałem w obronie własnej, ale pewnie nie wszyscy to zdanie będą podzielać. Na przykład Michael Madden; on może uważać coś całkiem przeciwnego. Mike Irlandczyk wykończy mnie za zabicie jego człowieka. To jasne jak słońce. Muszę zagmatwać tę sprawę tak bardzo, jak to tylko możliwe.
"Pierwszy krok: zamknij te pieprzone drzwi, głupku".
Klucz tkwi ciągle tam, gdzie go zostawiłem. Nie jestem przesadnie wrażliwym człowiekiem, ale wyciągnięcie go kosztuje mnie więcej niż jego włożenie. Wychodzi ze znajomym ssącym odgłosem, zupełnie jakby znalazł miły ciepły dom i nie chciał go opuszczać.
Znajomy ssący odgłos? Nikt nie powinien być zaznajomiony z tym szczególnym dźwiękiem, ale ja akurat jestem. Przypomina mi o chwili, gdy uznałem, że muszę wyciągnąć kawałki pocisku ze swojego boku; zaraz potem straciłem przytomność.
Wkładam klucz do zamka i przekręcam. Jakieś piętnaście sekund później jedna z klientek Zeba naciska na klamkę.
- Kronski, dupku jeden! - krzyczy głosem przeżartym przez tysiące fajek. - Te twoje tabletki można o kant dupy rozbić. Dwadzieścia sześć pięćdziesiąt za to gówno? Otwieraj te drzwi, do cholery. Widzę, jak się ruszasz.
Kobieta, której sylwetkę widać za drzwiami, trzęsie się z wściekłości albo może puszcza gazy. Zaczynam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłem, że pozwoliłem Zebowi robić dziury w swoim czerepie, skoro najwyraźniej nie potrafi nawet przepisać właściwych tabletek.
Stoję nieruchomo jak posąg, aż wreszcie kobieta odchodzi, być może do łazienki, po czym przenoszę uwagę na Maceya Barretta, leżącego na wykładzinie z siną twarzą i upiornym zezem. Wygląda, jakby ukąsił go wampir. Biedny sukinsyn.
"Nie. Wcale nie biedny. Pierdolony zabójca".
Tak jak i ja.
"Nie. Ty działałeś w obronie własnej. Nawet Bóg to dopuszcza".
To zdecydowanie głos Zeba. Moja podświadomość znalazła coś, z czym nie chciałem się skonfrontować.
Mam mnóstwo doświadczenia w sztuce zabijania, ale zero w sztuce sprzątania, a każdy osioł z pilotem od telewizora w ręce wie, jak ważne jest zatarcie śladów.
No to mamy problem. W wykładzinę wsiąkły litry krwi, że nie wspomnę już o dziewięćdziesięciokilogramowym tatuśku leżącym na niej bez życia.
"Pozbądź się dowodów. Wszystkich. Nie ma ciała, nie ma zabójstwa".
To duże wyzwanie, ale kiedy już zaczynam o tym myśleć, uspokajam się, bo przynajmniej będę miał coś do roboty. W wojsku mawiamy: niepracujące ręce to narzędzie szatana. Zajęte ręce w tym przypadku również.
Zeb ma z tyłu niewielkie pomieszczenie gospodarcze. Wyciągam kilka fartuchów, rękawice i maskę. Znajduję tam też elektryczną piłę do kości, ale nie jestem jeszcze na to gotów. Klucz w szyi to jedno, pocięcie ciała na kawałki - coś zupełnie innego.
Przetrząsam kieszenie Barretta w poszukiwaniu kluczyków do samochodu, telefonu, zegarka i portfela. Czyli wszystkich tych rzeczy, które padłyby łupem złodzieja. Przeszukanie zostaje wynagrodzone dobrami z wyższej półki. Kluczyki do lexusa, telefon Prada, zegarek Omega i plik pięćdziesiątek grubszy od hamburgera.
Wykładzina z łatwością odrywa się od podłogi, przed ślizganiem zabezpiecza ją tylko kilka przylepców.
Cały Zeb. Oszczędzać na wszystkim.
Wyszarpuję wykładzinę z całej poczekalni, po czym zawijam Barretta w trzy warstwy. Taśma wokół wykładziny, potem torby na śmieci, znów taśma. Z tego, co widzę, na płytkach pod wykładziną nie ma krwi, ale na wszelki wypadek przecieram je szmatą ze środkiem dezynfekującym. Nawet bandziory korzystają teraz z różnego rodzaju detektorów. Nie ma takiej rzeczy, której nie dałoby się kupić na eBayu.
I oto mam Kleopatrę w dywanie, którą muszę stąd wynieść. Barrett okazuje się piekielnie ciężki, ale w przeszłości zapieprzałem już z kilkoma ciałami, choć akurat nie były to ciała osób, które sam zabiłem. Zarzucam sobie wykładzinę na ramię, a potem wychodzę przez drzwi na zapleczu i po trzech krokach jestem przy białym SUV-ie lexusa, tegorocznym modelu, z przyciemnianymi szybami; drzwi otwierają się przede mną same. Bardzo praktyczne.
Ogrodzony parking wygląda na pusty, ale nawet jeśli ktoś śledzi mnie zza firanki, wszystko, co będzie mógł zeznać, to że mężczyzna w masce włożył do samochodu wykładzinę. Oczywiście Michael Madden nie będzie potrzebował lepszych dowodów ani brał pod uwagę uzasadnionych wątpliwości.
Reguluję fotel kierowcy, żeby wyciągnąć nogi, kiedy na komórkę Barretta przychodzi wiadomość.
- Mogę przeczytać? - pytam trupa z tyłu. Ponieważ nie protestuje, patrzę na wyświetlacz telefonu.
To od Mike'a Maddena. "M Irlandczyk" - pokazuje wyświetlacz. Barrett ustawił nawet na telefonie zdjęcie swojego szefa: potężny mężczyzna na irlandzkim weselu (tak w każdym razie to wygląda), rozebrany do pasa, z dwoma chłopakami, którym właśnie założył nelsona. Szalony wzrok, płaska tweedowa czapka z trójlistną koniczynką na daszku.
Przeszywa mnie dreszcz. Ten człowiek oznacza złe wieści. Znam ten typ. Irlandzki zaburzony alkoholik. Śmierć za brak szacunku. Lepiej by dla mnie było, gdybym go odwiedził i skończył to od razu. Ale nie robię tego, bo to nie wojna, może znajdzie się jakiś inny sposób, i może Zeb jeszcze żyje.
Czytam wiadomość.
"Masz to?".
Wzdycham i chowam telefon do kieszeni.
Masz to?
Cholera. Zeb prawdopodobnie nie żyje.
Kim właściwie jest ten Zebulon Kronski? I jak na niego wpadłem? To prawie lepsze niż historia o śmigłowcu. Odpowiedzi na te pytania należy szukać (cóż za niespodzianka!) w Libanie. Muszę o tym opowiedzieć, ponieważ ta historia dotyczy bardziej teraźniejszości niż przeszłości. Inna sprawa, że przez większość czasu przeszłość wydaje się istotną częścią teraźniejszości. Pewnego dnia opowiem całe swoje życie; dojdzie do tego, gdy już przestanie mi się zbierać na wymioty za każdym razem, kiedy pomyślę o ruskim piwie.
W skrócie: siły pokojowe ONZ patrolowały granicę izraelsko-libańską, usiłując powstrzymać wojska izraelskie, Hezbollahu oraz Ruchu Amal przed przeniesieniem siebie samych, tych drugich i nas do królestwa niebieskiego. Te wojska walczyły od tak dawna, że nie zgadzały się nawet co do tego, które miałoby to być królestwo. Naszym głównym celem było zapewnienie bezpieczeństwa cywilom; w praktyce oznaczało to bycie żywymi tarczami, za którymi żołnierze Hezbollahu mogli się skryć, kiedy wystrzeliwali rakiety na obozy izraelskie. Przez większość czasu nosiliśmy stroje maskujące, wyjeżdżaliśmy na patrole i byliśmy wystawieni na piekące słońce, aż skóra nam pękała, ale czasami sprawy wymykały się spod kontroli, co się zdarza, gdy grupy rozgrzanych, zrzędliwych mężczyzn mają naładowaną broń i różne wyobrażenia na temat Boga.
Któregoś weekendu wybieram się po zapasy do bazy ONZ. Jadę tam z Tommym Fletcherem, który upiera się na małą wycieczkę na Mingi Street, bazar porastający tereny wokół naszej bazy niczym rafa, gdzie można kupić dosłownie wszystko i to za niezłą cenę. Akurat w tym momencie naszych wojskowych karier ja jestem kapralem, a on sierżantem, więc nie mam wyboru i muszę wykonywać jego niejasne rozkazy.
Tommy jest nieco tajemniczy, jeśli chodzi o to, czego szuka, więc wcale aż tak niechętnie za nim się nie wlokę; ciekawość zawsze była moją piętą achillesową. Za każdym razem, gdy pytam, czego szukamy, on tylko stuka się po nosie i odpowiada, że to bardziej zabawne, niż myślę.
Tak więc przedzieramy się wśród dzieci, które podskubują nas niczym rybki zjadające martwy naskórek, ignorujemy sprzedawców elektroniki, handlarzy koszulek, złota i haszyszu. Trzymam palec na spuście mojego steyera i kciuk na dźwigni bezpiecznika. Nie to, żebym nie lubił gęstego tłumu albo tych alejek przypominających piekarnik; ale to, że lubisz jakieś miejsce, nie znaczy jeszcze, że ono lubi ciebie.
Tommy idzie przede mną, tysiące wrogich spojrzeń odbijają się od niego jak kamyki od zadu nosorożca. Długimi krokami pokonuje bazar, ocierając się o zwisające płachty delikatnego jedwabiu i przepychając się łokciami przez zagajniki zwiniętych dywanów. Po dziesięciu minutach, odkąd całkowicie straciłem orientację, gdzie jesteśmy, uderza pięścią w plakat Michaela Jacksona, za którym prawdopodobnie znajdują się drzwi. Oczy Michaela znikają i ukazują się zamiast nich oczy żywego człowieka. Nie mogę się powstrzymać od wykrzyknięcia:
- Na miłość boską! Zamierzasz kupić coś od tych ludzi?
Fletcher jednak nic sobie z tego nie robi i wsuwa kilka dolarów w otwór, co wystarcza, żebyśmy dostali się do środka. Plakat unosi się niczym roleta i odsłania stalowe drzwi, co jest dosyć komiczne, bo ściana jest zrobiona z karton-gipsu.
Śmieję się już teraz otwarcie.
- Wiesz co, Tommy? Zaśpiewam ci jak Michael: Spadaj! Po prostu spadaj! Jestem zły, a ty spadaj!
Idę za Tommym niskim korytarzem, aż wreszcie widzę coś, co wygląda jak poczekalnia pełna miejscowych, którzy czytają "US Weekly" i "Cosmopolitan". Ściana jest zdominowana przez wielką tablicę z napisem "Zakaz palenia". O dziwo, mimo że jesteśmy na Bliskim Wschodzie, wszyscy przestrzegają tego zakazu. Ładniutka pielęgniareczka mówi coś szybko do telefonu, kiedy wchodzimy, i ignoruje nas do czasu, gdy Tommy stuka w jej biurko lufą karabinu.
- Muszę się zobaczyć z doktorem - mówi miłym tonem.
Pielęgniarka wygląda na Amerykankę, ze wszystkimi korzyściami, jakie z tego płyną. Wielkie zęby a la Julia Roberts i cycki, na których widok farciarzowi, który by je zobaczył w całej okazałości, na pewno wyszłyby gały z orbit.
- Czy ma pan umówioną wizytę? - pyta. Po tym, jak porusza głową, wymawiając słowa "umówiona wizyta", domyślam się, że jest z Kalifornii.
Tommy spokojnie potakuje.
- Tak, pan jest umówiony. I w pełni uzbrojony, a jeszcze kilka ładunków ma w torbie.
Pielęgniarka wskazuje różowym paznokciem w kierunku poczekalni.
- Wszyscy tu jesteśmy uzbrojeni, proszę pana. Ja, na przykład, właśnie w tej chwili mierzę z colta prosto w pańskie klejnoty. Więc proszę zająć miejsce, bo jeśli ten colt wystrzeli, nawet pan doktor panu nie pomoże.
Dziwna rzecz, cały ten melodramat tego popołudnia. Ale nic nie wydaje mi się prawdziwe ani złe w tym skwarze. Mózg mi skwierczy pod czaszką, tak jak i ściany.
Muchy tutaj są ogromne.
Dwie kobiety w kwiecistych chustach na głowach kłócą się nad artykułem o Madonnie.
- Przepraszam panią - mówi Tommy - ale nie mam czasu.
Wszystko dzieje się tak szybko, że kiedy próbuję to zebrać razem, obrazy skaczą i migoczą jak na starej taśmie VHS, którą ktoś zbyt często oglądał.
Pielęgniarka wstaje i okazuje się, że drobniutkie paluszki zaciska na ogromnym pistolecie. Nagle trafia on w moje ręce. Musiałem go jej wyrwać. W ogóle tego nie pamiętam. Trening robi swoje. Tommy znika w korytarzu i pamiętam tylko, że myślę: Dobra, będzie tego. Nie wiem, co się dzieje, ale muszę się z tego wyplątać. Do diabła, z łatwością mógłbym rozpierniczyć jedną z tych ścian i wypaść na ulicę.
Ale nie ruszam się nigdzie bez swojego sierżanta.
W korytarzu wiszą plakaty, spłowiałe od słońca. Pamiętam ET i jednego z Bondów z Connnerym. A potem stajemy przy drzwiach. Ktoś napisał na nich grubym markerem: DOKTOR.
- Jezuuu - wzdycha Tommy. - Dobrze wiedzieć.
I wchodzi do środka, ze mną przy boku i pielęgniarką za nami wyzywającą nas obu od skurwysynów. Przed sobą widzimy prymitywną salę operacyjną z plastikową płachtą na podłodze i mężczyznę w białym fartuchu mierzącego z wielkiej szprycy z czerwonawą mazią w wacka jakiegoś faceta.
Nagle opuszcza mnie wszelka ciekawość, a Tommy rzyga na podłogę; strumyczki wymiocin spływają po plastikowej płachcie.
- Cholerni zasrańcy - mówi lekarz. - To sterylne pomieszczenie.
Właśnie w taki sposób poznałem Zebulona Kronskiego.
Wracajmy do teraźniejszości.
Kiedyś mógłbym pojechać lexusem na lotnisko w Newark i porzucić go tam na dłuższy czas. Teraz, z powodu obostrzonych przepisów dotyczących bezpieczeństwa narodowego, w try miga wepchnęliby pod niego lusterka, więc zamiast tego wybieram miejscowy dworzec autobusowy i parkuję SUV-a przy śmietniku. Powinienem mieć jakieś dziesięć dni spokoju, zanim ktoś wezwie gliny. Przy odrobinie szczęścia jakiś gnojek zwędzi wóz, wyrzuci ciało i zaburzy reakcję łańcuchową, którą ktoś będzie próbował prześledzić.
Przeszedłem kilka przecznic, po czym złapałem taksówkę, za którą zapłaciłem jedną z pięćdziesiątek Barretta. Zero poczucia winy.
Pieprzyć go, gość próbował mnie zadźgać.
Nie mogę tego mówić głośno, nawet półgłosem, bo nigdy nie zabiłem nikogo, chyba że w czasie działań wojennych, i jestem kompletnie roztrzęsiony.
"A nie uważasz, że to również były działania wojenne? Jak inaczej to nazwiesz w takim razie?".
W taksówce nabawiłem się bólu głowy, rozmyślając o porannych wydarzeniach. Zeb miał dobre określenie na tego rodzaju sytuacje (w jego przypadku chodziło zwykle o brak szczęścia w kartach albo w miłości):
Totalny psi chuj, Dan. Pierdolony psi chuj.
Nie mam pojęcia, co to dokładnie oznacza, ale pasuje jak ulał do mojego obecnego nastroju.
Mój przyjaciel ma coś, czego chce Mike Madden. Coś na tyle ważnego, że Macey Barrett miał pozbyć się każdego świadka. Gdyby Zeb żył, nie byłoby trzeba przeszukiwać jego gabinetu; oddałby to sam. Nie mam co do tego wątpliwości, mój kumpel jest całkowicie pozbawiony tolerancji na ból. Zabrałem go kiedyś na pogotowie z powodu rzekomego ataku serca, który okazał się uciskiem na nerw. Cholernym uciskiem na nerw. Kurde, przez tydzień w wojsku miałem takich dziesięć.
To oznacza, że Zeb prawdopodobnie nie żyje. A jeśli tak, to co powinienem robić?
Nic. Pochylić głowę i modlić się, żeby burza minęła. Płakać cichutko z sercem przepełnionym nadzieją, że odejdzie. Wszyscy ci żołnierze na filmach pieprzą głupoty o tym, że nigdy nie zostawią kompana w potrzebie. Pierdolenie filmowych żołnierzyków. Kiedy facet dostanie kulkę za linią wroga, to już po nim. Pierwsza zasada walki.
Po swojej pierwszej misji w irlandzkich siłach pokojowych w Libanie poleciałem do domu, gdzie wcale nie powitali mnie, jakbym był bohaterem, tylko raczej zerem, i przekonałem się, że zielona trawa ojczyzny wcale nie jest już tak bujna jak kiedyś. Najwidoczniej ogół społeczeństwa był zdania, że siły pokojowe nie biorą udziału w walce; że tylko stoją pomiędzy dwiema armiami, które toczą wojnę, i że sprzedają im głodne kawałki w rodzaju: "Och, chłopcy, to już lekka przesada" albo: "Pokażcie mi ustęp w waszej świętej księdze, w którym jest napisane, że pola minowe czasami są w porządku". A potem armie mówią: "Wy, Irlandczycy, zrobiliście, co trzeba było zrobić, bez obrazy, chrześcijanie. Poza tym macie tak czystą kartotekę w swoim kraju, że powinniśmy się wstydzić za wszystkie nasze konflikty przygraniczne i po prostu uszanować różnice między nami".
Uznałem, że najlepszym sposobem na wypełnienie krateru, który ział w mojej duszy przez to, że nic takiego nie nastąpiło, będzie zgłoszenie się na drugą misję. Moje podanie prawdopodobnie włączyło kilka dzwonków alarmowych, ponieważ sierżant sztabowy rozkazał mi odbyć spacerek do gabinetu doktora Moriarty'ego w dogodnej dla mnie chwili. No, może niezupełnie użył słów "spacerek" i "dogodna chwila", tylko "natychmiast bierz dupę w troki, debilu".
Wiem, że powinienem być oburzony, zacisnąć pięści i wypalić: "To oburzające, sierżancie" albo: "Wypchaj się!", ale szczerze mówiąc, myśl o tym, że zostanę zbadany, była dość intrygująca.
Tak więc nazajutrz rano pojawiłem się punktualnie o siódmej zero zero w gabinecie doktora Moriarty'ego tylko po to, żeby się dowiedzieć, że psychiatrzy nie mają sztywnych godzin przyjęć, i spędzić następne dwie godziny w poczekalni, czytając czasopismo, które, klnę się na Boga, nosiło tytuł "Łebskie Sprawy".
Doktor Moriarty? Wiem, prawie jak profesor Moriarty. Zabawne, prawda?
Kiedy w końcu doktor Simon Moriarty się pojawił, zaczynałem już rozgryzać tę całą psychologię: jeśli zdarzyły ci się w młodości złe rzeczy, to kiedy dorastasz, jesteś skłonny obwiniać o nie kogoś, kto ma fryzurę podobną do tego, kto ci te rzeczy robił.
Opowiedziałem o tym doktorowi, kiedy w końcu wtoczył się do gabinetu. Wyglądał jak gitarzysta Bon Jovi, a śmierdział jak perkusista Happy Mondays. Żadnej tam muchy pod szyją ani łat na łokciach.
- Niezła teoria - odrzekł, rozwalając się na sofie. - Mówiłem już Marion, że nie powinniśmy zostawiać czasopism psychologicznych rozrzuconych po poczekalni. - Zapalił cienkie cygaro i dmuchnął dymem w kierunku sufitu, podczas gdy ja usiłowałem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszałem, jak ktoś wypowiada słowo "rozrzucone" na głos.
- Czarujący pułkownik Brady zasugerował, żebym zostawiał tam "Woman's Own", co pomoże nam wyplenić gejów. Ten człowiek to geniusz.
- A do tego nieźle całuje - powiedziałem z poważną miną.
Simon Moriarty uśmiechnął się za chmurą dymu.
- Jest jeszcze dla was nadzieja, żołnierzu.
Pomyślałem, że najlepiej będzie przekłuć tę bańkę.
- Chcę zgłosić się na drugą misję do Libanu.
Moriarty fachowo wypstryknął cygaro przez wpółotwarte okno.
- Cóż, może jednak się myliłem.
Gadaliśmy przez godzinę. Przypominało to trochę normalną rozmowę w pubie, gdzie bunkrujesz się na kilka dni ze swoim najlepszym kumplem i w końcu twoje gałki oczne zachodzą wódą.
Siedziałem za biurkiem, a Moriarty leżał na sofie i rzucał mi niczym frisbee kolejne pytania.
- Dlaczego wstąpiłeś do wojska, Danielu? - zapytał w końcu.
Zapamiętałem co nieco z czasopisma, które czytałem.
- A dlaczego twoim zdaniem wstąpiłem do wojska?
Moriarty zaśmiał się sztucznie niczym czarny charakter z filmów z Bondem.
- O rany, jakież to komiczne - powiedział z pewnością siebie, która sprawiła, że doszedłem do wniosku, że przez wszystkie te lata niepoprawnie używałem słowa "komiczne". - Czuję się teraz jak głupek: zmarnowałem czas na uniwerku, podczas gdy wszystko mogłem wyczytać z pisemek. Baw się dobrze w tym Libanie.
Westchnąłem.
- No dobrze, doktorku. Wstąpiłem do wojska, ponieważ...
Moriarty usiadł.
- Ponieważ?
- Ponieważ mundury pasują mi do koloru oczu. Daj spokój. Dla forsy, oczywiście.
Simon Moriarty zamrugał powiekami, jakby chciał odgonić sprzed oczu imprezę z ostatniej nocy.
- Odesłali cię przedwcześnie do kraju, McEvoy. Przypomnij mi, dlaczego.
Wzruszyłem ramionami.
- Wezwałem śmigłowiec, żeby ostrzelał nasze pozycje. - Wzruszenie ramion miało z tego zrobić drobnostkę, ale to wcale nie była drobnostka i nogi mi się trzęsły, kiedy to powiedziałem, a umysł wrócił do pocisków smugowych przecinających nocne niebo, tak jakby to był plan Łowcy androidów albo Gwiezdnych wojen. Tego filmu, którego akcja rozgrywała się w kosmosie.
- To brzmi jak opis działań debila.
Podpuszczał mnie, ale nie miałem nic przeciwko, bo obaj się trochę uśmiechaliśmy.
- Niedobitki Ruchu Amal postanowiły opanować cały teren - wyjaśniłem. - Działały w starym stylu. Najprawdziwsza walka wręcz; kilku z nich miało nawet szable. Wszyscy z wyjątkiem warty schowali się w bunkrze. Miałem nadajnik, więc wezwałem śmigłowiec.
- To była dobra decyzja?
- Na pewno niekonwencjonalna. Była straszna rozpierducha, ale na pewno nie taka, jaka mogła być. A poza tym generał przeżył.
- I odesłali cię z powrotem?
- Bo miałem nerwicę frontową.
- A miałeś?
- Jasne, że tak. Zero wypróżnień przez trzy dni.
Moriarty spróbował jeszcze raz.
- Więc dlaczego wstąpiłeś do wojska, Danielu?
Niezły był. Nie spodziewałem się tak nagłej zmiany tematu. Przecież ta historyjka ze śmigłowcem jest bardzo ciekawa.
- Uważałem, że śmierć za granicą jest lepsza niż życie w kraju.
Moriarty uderzył pięścią powietrze.
- Jeden zero - zatryumfował.
Przez większość nocy po pracy w kasynie biorę kilka triazolamów, żeby zasnąć. Tak długo, jak tylko mogę, próbuję jakoś ignorować wrzaski pani Delano z mieszkania nade mną, ale są tak wszechogarniające, że w końcu łykam tabletki, żeby ją wyciszyć przynajmniej na kilka godzin.
Zwykle prowadzimy małą wymianę zdań przez dziurę w suficie przy żyrandolu.
Najczęściej wychodzę z czymś takim:
- Na miłość boską, stul mordę.
Na co pani Delano odpowiada:
- Na miłość boską, stul mordę.
Po czym ja zaczynam błagać:
- Czy nie możemy się pogodzić choć na jedną noc?
Co ona sprytnie obraca w:
- Czy nie możemy sobie dogodzić chociaż w jedną noc?
Rozumiecie już teraz, w czym rzecz?
Tej nocy myślę o Connie, więc popijam triazolam whisky i próbuję zaznać kilku godzin odpoczynku. O ósmej jednak przeszywający ton głosu mojej świrniętej sąsiadki wyrywa mnie ze snu i leżę w łóżku, słuchając, jak Delano dzieli się ze światem złotą myślą, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć w Egzorcyście:
- Jeśli kiedykolwiek znajdę cię, kotku, dodam ci do kawy trutki na szczury.
To sprawia, że zrywam się z łóżka. Mieszkam w tym budynku od pięciu lat i przez pierwsze dwa pani Delano wydawała się normalną kobietą, bezpieczną dla otoczenia. Potem zaczęły się te gadki o dodawaniu trucizny do kawy. Zaczynam wierzyć, że nikt tak naprawdę nie zna drugiego człowieka. Jestem całkiem pewien, że nikt nie zna mnie.
Ochroniarz, były wojskowy, który ma obsesję na punkcie włosów. Jakie jest prawdopodobieństwo, że bąbelki z diagramu Venna się przetną?
Diagram Venna? Wiem, wiem. To kolejna cenna informacja pochodząca od Simona Moriarty'ego.
Wskakuję pod prysznic, myśląc o Connie - pod prysznicem myśli mi się najlepiej. Mam przed oczami wszystko, co jest z nią związane. Wszystko to, co zwykle. To, jak chodzi, zupełnie jakby miała w środku wahadło. To, że jej brookliński akcent robi się nieco silniejszy, kiedy jest wkurzona. Ostre rysy jej nosa i brody. Uśmiech szeroki jak kawał nieba.
Och, kotku, mówi. Och, kotku.
W środku chmury pary moja wyobraźnia wznosi się nad poziomy. Chropowaty zaśpiew na końcu frazy.
Och, koootku.
Jak mogłem tego wtedy nie zauważyć? Connie przesyłała mi wiadomość.
Odkręcam zimną wodę.
Promienie słońca wpadają przez okno łazienki i nagrzewają winylową, kraciastą zasłonkę prysznica. Dzisiaj będzie gorąco. Za gorąco na wełnianą czapkę.
Nie ma sprawy. Mam też lżejsze nakrycia głowy.
Lubię tę porę roku w New Jersey. Powietrze przypomina mi ojczyznę. Stare śmiecie, zielona wyspa. Irlandia. Czasami, w pogodne dni, niebo miało ten sam jaskrawoniebieski odcień co tutaj.
Po prostu wracaj do domu i przestań psioczyć.
Zaczynam się wkurzać na swoje myśli. Czy jest coś bardziej żałosnego od Irlandczyka na obcej ziemi, zawodzącego Danny Boya? Zwłaszcza takiego Irlandczyka, który nie lubił swojego kraju, kiedy w nim mieszkał?
Nie chodziło o kraj, przypominam sobie. Chodziło o jego mieszkańców i to, co tam zaszło.
Moje mieszkanie mieści się na drugim piętrze, w domu położonym trzy przecznice na północ od Main Street i dziesięć przecznic na południe od budynków z nieco krzykliwymi fasadami, uchodzących w tym mieście za centrum handlowo-usługowe. Idę po popękanym betonie, starając się unikać kłopotów. Pewna Cyganka powiedziała mi kiedyś, że moja aura przypomina wodę pełną rekinów. Czasami wkurzam ludzi po prostu przechodząc obok, więc trochę się garbię, wlepiam wzrok w ziemię i usiłuję promieniować życzliwością. Weźcie mnie za hipisa, proszę.
Gabinet doktora Kronskiego znajduje się w dzielnicy, w której nie ma drzew przy chodnikach. Kosze na śmieci są pełne butelek po piwie, a jeśli postoisz w jednym miejscu trochę dłużej, na pewno zjawi się ktoś, kto zaproponuje ci, że zrobi wszystko, czegokolwiek tylko zapragniesz.
Wszystko to może sugerować, że Zeb Kronski jest kiepskim chirurgiem, co zupełnie nie odpowiada prawdzie. Zeb jest wspaniałym chirurgiem; on po prostu nie ma pozwolenia na praktykę w Stanach. A nie ma go przez pacjentkę, która zmarła mu na stole w Tel Awiwie; zapewnił mnie, że nie z jego winy. Wszystko przez implanty.
Budynek ma może dwadzieścia lat, ale wygląda pięć razy starzej. Część usługową zbudowano głównie ze szkła i ścianek działowych. Zimą księgowe i pomoce dentystyczne zamarzają na śmierć w tych klitkach.
Gabinet Zeba jest wciśnięty między pralnię chemiczną Snow White a gabinet dentystyczny oferujący czyszczenie zębów metodą Brite-Smile. Chemiczna kanapka. Nic dziwnego, że mój przyjaciel doktor tak często zrywa się z pracy, skoro te opary zżerają mu mózg. Upewniłem się, że moje wizyty będą miały miejsce rano, zanim jeszcze dopadnie go przygnębienie.
Kiedy się zjawiam, na drzwiach wisi tabliczka z napisem: Zamknięte. Dziwne. Zwykle o tej porze w gabinecie leczenia homeopatycznego Kronski prowadzi ożywione interesy, sprzedając kapsułki ze sproszkowanym penisem krokodyla. Zeb twierdzi, że zaczął całą tę homeopatię dla zamydlenia oczu, ale okazało się, że przynosi całkiem niezłe zyski.
- Ludzie są popieprzeni, Dan - zwierzył mi się którejś nocy w "Slotzu", wpatrując się w whisky na dnie szklanki. - Wszyscy szukają magicznych pigułek. I nie obchodzi ich, z rogów jakiego zwierzęcia się je robi.
Front gabinetu zasłaniają drewniane żaluzje; przypomina mi się pokład szkunera, na którym pracowałem w porcie Cobh. Napis z kalkomanii głosi: "Kóracje Kronskiego". W tym centrum usługowym aż roi się od błędów ortograficznych. Dwoje drzwi dalej jest "Fryzier", a z tyłu znajduje się "Sala Szalonyh Dzieciakuf", którym aplikuje się ritalin.
Ogarnia mnie lekkie poirytowanie. Lepiej, żeby się nie okazało, że Zeb właśnie leży twarzą w dół w pustym jacuzzi, odsypiając całonocną imprezę.
Znowu.
Ostatni raz kosztowało mnie to dwieście dolców, które musiałem zapłacić burdelmamie.
Podjęcie decyzji o kuracji nie było łatwe, rozważałem różne scenariusze, odgrywając wobec siebie rolę adwokata diabła.
A co jeśli meszek się nie przyjmie? Jeśli skończę z bliznami na łbie? A może jestem próżnym dupkiem, który po zabiegu i tak będzie brzydalem?
A teraz ogarnia mnie total wkurw (jak mawiają moi nowi rodacy), że Zeb Kronski się spóźnia. Bo kiedy Zeb się spóźnia, zwykle spóźnia się zalany.
Wertuję kieszonki portfela w poszukiwaniu zapasowego klucza; przynajmniej czekając na niego, mógłbym włączyć ekspres do kawy. A potem dostrzegam, że drzwi są uchylone.
Trochę dziwne. Ale tylko trochę. Zeb nie pamięta o zapięciu rozporka, kiedy jest nawalony. Któregoś razu w barze, klnę się na Boga, że to prawda, był już pięć kroków od kibla, gdy przypomniał sobie, żeby schować wacka.
Otwieram drzwi czubkiem buta i zaglądam do środka. Światło ma kolor sepii i jest ciężkie od wirujących drobinek kurzu. Coś tu się wydarzyło. I to dopiero co.
W takich chwilach jak ta przypominają mi się patrole w Tibninie. Staram się unikać wspomnień, kiedy mam coś zrobić, ale niektóre chwile bardziej działają na wyobraźnię niż inne. Niektóre chwile aż pulsują zagrożeniem. Z jakiegoś powodu to jedna z takich chwil.
Niespodziewanie przed moimi oczami pojawia się kapral Tommy Fletcher. Kawał sukinkota z hrabstwa Kerry, łapy jak Popeye, ciągle się skarżył. Nawet podczas porannego rozminowywania Fletcher kłapał dziobem. Ten klimat jest zabójczy dla mojej cery, sierżancie, mówił. Piegi mi się, kurwa, rozmnożyły.
Potem ktoś trafił z katiuszy w ciężarówkę US M35 za nami i odłamek urwał Fletcherowi nogę aż do kolana. Ruszyłem dalej, taszcząc Tommy'ego na ramieniu, spowity cząstkami B+ i dręczony szumem usznym.
Wróćmy jednak do teraźniejszości. Staram się nie rozklejać, ale kiedy dopadają mnie wspomnienia, mam wrażenie, że znów tam jestem, tyle że wiem, co będzie dalej. Człowiek niby jest zanurzony w teraźniejszości, ale na chwilę znów staje się przestraszonym chłopcem. Kiedyś aż się zmoczyłem. Nie przejąłbym się, gdyby nie to, że w czasie prawdziwej akcji się nie posikałem.
Uwielbiam oglądać tych wszystkich bohaterów z seriali z dawnych lat. Tom Magnum, Mitch Buchannon, Sonny Crockett, sami najwięksi. Najpierw raczą nas dziesięciosekundową sceną z Wietnamu nakręconą trzęsącą się kamerą, a w następnej pokazują ich, jak się budzą z odsłoniętymi klatami, grymasem bólu na twarzach i może nieznacznymi śladami potu na gładkich czołach.
Fletcher, myślę sobie. Jezu Chryste.
Wewnątrz gabinetu Zeba zaczyna osiadać kurz.
Panuje tu niezły bajzel. Pigułki leżą w niechlujnych stertach na półkach, szuflada szafy jest rozdziawiona jak usta pijaka. Wszędzie walają się papiery, kilka dopiero opada na ziemię.
Uświadamiam sobie, że ktoś tam musi być, i potykam się, zawadzając stopą o wykładzinę.
- Wszystko w porządku, kolego? - rozlega się głos. Z ciemności poczekalni wystają skrzyżowane nogi i mokasyny. Mokasyny typu penny loafers z prawdziwymi centami. Kim jest ten gość? Członkiem Brat Pack? Tymi centami uderza jednak w czułą strunę; zaczynam sobie coś przypominać.
Kaszlę, żeby zyskać na czasie, a potem mówię:
- Świetnie. Pieprzona wykładzina. Doktorek chyba próbuje mnie zabić.
Rozlega się niski, chrapliwy śmiech, a po nim następuje stwierdzenie, które często słyszę:
- Dziwnie gadasz.
- Często to słyszę - odpowiadam.
- Skąd pochodzisz? Z Dublina?
To było niezłe. Większość ludzi rozpoznaje irlandzki akcent, ale nigdy dubliński.
- Jestem pod wrażeniem. Masz tam jakichś krewnych?
Nogi rozkrzyżowują się i prostują.
- Nie. Pracuję z gościem, który ogląda w sieci irlandzki serial.
Wreszcie załapuję. Wiem, kto to, i wystarczy, że zapalę światło, by to potwierdzić.
Macey Barrett. Jeden z żołnierzy Michaela Maddena.
No dobra. Mogą być kłopoty.
W Cloisters nie mamy za dużo zorganizowanej przestępczości. To za mała dziura. Ale jest jeden gość, który próbuje zrobić karierę typu od cyngla do bossa. Spędził lato u kuzyna w Bronksie i podłapał kilka pomysłów na prowadzenie organizacji.
Mike Irlandczyk Madden. Prostytucja, wymuszanie haraczu i handel metamfetaminą, wciąganie w nałóg weekendowych ćpunów. I oto w poczekalni przed gabinetem mojego kumpla Zeba siedzi jeden z chłopaków Maddena. W ciemności.
Co tu się dzieje, do diabła?
Próbuję się uspokoić. W końcu bandziorom też przydarza się wzdęcie bandziocha. Może ten gość przyszedł tu po trochę aloesu.
Barrett ma wygląd księgowego. Kosztowna fryzura, kosztowny uśmiech, ładna złocista opalenizna. Tyle że nie jest księgowym. Jason pokazał mi go któregoś wieczoru w klubie.
- Widzisz tego gościa po solarce w mokasynach? To Macey Barrett. Mike Irlandczyk ściągnął go tutaj z Nowego Jorku. Nazywają go Krabem, bo kiedy do ciebie podchodzi, żeby wbić w ciebie nóż, drobi trochę na boki.
Wbijanie w ludzi noży to chyba ulubiona rozrywka Barretta. Znałem takich gości w wojsku; lubili mieć krew na rękach. Uwielbiali uczucie towarzyszące zagłębianiu się ostrza w ciele.
- Przyszedłeś do doktora? - pyta mnie Barrett, chyba dla zabicia czasu.
Nalewam sobie do kubka wody z dystrybutora.
- Zgadza się. Jestem umówiony.
- Coś ty? Nie ma cię w książce przyjęć.
Przeglądał książkę przyjęć. Nawet nie próbuje tego ukryć.
- Nie muszę być zapisany, żeby doktorek mnie przyjął.
Barrett podnosi się z krzesełka i staje swobodnie.
- Ty i doktorek jesteście chyba ze sobą blisko, co? Pieprzy ci głupoty? Zwierza się?
Wzruszam ramionami, jakbym chciał powiedzieć: co to ma za znaczenie. To żadna odpowiedź i Barrett wcale nie jest z niej zadowolony.
- Chodzi mi o to, że nie jesteś umówiony, a w ręce trzymasz klucz. Klucz daje się komuś, z kim się jest zaprzyjaźnionym. Spotykasz się z nim na piwie po pracy, gadacie razem. Mówisz mu o tym, komu co zrobisz, tak?
- Zeb nie rozmawia o pacjentach. Jeśli o to chodzi, jest jak spowiednik.
Barrett nie usłyszał nic oprócz pierwszego słowa.
- Zeb? Powiedziałeś Zeb? Cholera, jesteście naprawdę blisko.
Potem zmienia temat, przybiera niemal kumplowski ton:
- Skąd ja właściwie ciebie znam, koleś? Bo przecież cię znam, co?
- To małe miasto.
Barrett śmieje się, zupełnie jakby to był żart.
- Taa, jasne. Małe miasto. Trafiłeś w samo sedno, koleś. Ale ja cię znam. Daj spokój, facet. Nie wmówisz mi, że mnie nie znasz.
Barrett mówi to w taki sposób, jakby to, że się go zna, było cudownym prezentem od losu.
Ja cię sunę!
- To prawda, Macey. Znam cię. Widuję cię w kasynie. Jesteś jednym z chłopaków Maddena.
Życzliwa atmosfera podnosi się o jeden stopień.
- Zgadza się. Pracuję dla Mike'a. To ten gówniany klub, nie? "Slotz", zgadza się? Ty jesteś Daniel McEvoy, powiedz, że się mylę. Widziałem cię przy robocie, ale nigdy nie słyszałem, jak gadasz.
I zaczyna do mnie iść, drobiąc na boki. Prawą rękę ma opuszczoną.
To nie wróży nic dobrego. To drobienie.
- Kawał chłopa z ciebie, McEvoy - mówi Barrett, potrząsając ręką, jakby chciał zsunąć coś w dół rękawa. Żaden z niego David Copperfield. - Założę się, że spuszczasz niezły wpierdol tym wszystkim kutasom.
Trudno mi uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Barrett zupełnie serio zamierza mnie wykończyć tylko dlatego, że się tutaj zjawiłem. Jeden z nas znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Wyciąga szybko rękę i w jego dłoni widzę błysk światła.
Wygląda jak snop światła, ale jeśli Barrett nie jest Gandalfem, to prawdopodobnie ma w ręku coś innego.
Całe szczęście to więcej niż trzeba, żeby mój instynkt mordercy powstał i zatańczył gigę.
Robię krok w bok i wbijam obcas w wykładzinę dla równowagi. Adrenalina przechodzi przez mój organizm niczym podtlenek azotu, zwalniając wszystko. Światło błyska prosto w moje oko i wbijam klucz w bok szyi Barretta. Patrzę przez chwilę, jak facet się wykrwawia, a potem siadam i myślę, co robić dalej.
Niezrównany Stephen King napisał kiedyś: "Nie przejmuj się drobnymi przeszkodami"1. Zastanawiałem się długo nad jego słowami i ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie mogę się z nim do końca zgodzić. Rozumiem, co miał na myśli: wszyscy mamy tak dużo poważnych zmartwień, że nie powinny nas wkurzać codzienne kopniaki od losu. Tyle że czasami przejmowanie się drobnostkami pomaga nam uporać się z większymi problemami. Na przykład ja: byłem uczestnikiem lub świadkiem tylu wstrząsających wydarzeń, że większość ludzi wylądowałaby po czymś takim w psychiatryku. Staram się jednak o tym nie myśleć. Niech to sobie buzuje w środku - oto moja filozofia. W końcu i tak wszystko się wyprostuje. Skup się, chłopie, na codziennych, niezbyt groźnych duperelach, żeby utrzymać myśli z dala od poważnych spraw, które tylko czyhają, żeby cię kompletnie zdołować. Ta filozofia na ogół się sprawdza, chyba że jest tak źle, że głos zabiera mój instynkt żołnierza, który podpowiada mi, że trzeba zacząć działać.
W mojej obecnej pracy, w Cloisters w New Jersey, nie mam zbyt dużo okazji do głębszych rozmyślań. W kasynie nie rozprawiamy o kwestiach filozoficznych ani o cudach natury. Kiedy którejś nocy usiłowałem pogadać o "National Geographic", Jason spojrzał na mnie tak, jakbym go obrażał, więc szybko przeszedłem do bezpieczniejszego tematu: która z dziewczyn ma powiększone piersi. To jeden z naszych stałych tematów, znajome i bezpieczne terytorium. Uspokoił się po kilku łykach napoju proteinowego. Mówiąc o takich sprawach, wystraszyłem Jasona bardziej, niż zrobiłby to pijus ze spluwą. Jason to najlepszy bramkarz, z jakim pracowałem, rzadkie połączenie wielkich gabarytów i szybkości, a do tego jest bardziej łebski, niż się do tego przyznaje. Czasami, gdy się zapomni, wymsknie mu się coś o jakimś filmie Felliniego. Dla zatarcia śladów daje wycisk kolejnemu gościowi, który pojawia się w drzwiach. Faceci mają swoje sekrety; wszyscy je mamy. Jason nie chce mnie nimi obarczać i bardzo mi to odpowiada. Obaj udajemy głupich i obaj mamy nadzieję, że nie jesteśmy tak głupi, jak udajemy. To dosyć wyczerpujące.
Przez większość nocy mamy trochę czasu, żeby pogadać przed wejściem do kasyna. Do jakiejś wpół do jedenastej wszystko cichnie. Zostaje tylko kilku drobnych graczy, niewychylających się gości. Imprezowicze pokazują się dopiero po zamknięciu barów. Nasz szef, Victor, którego opiszę szczegółowo później, bo zasługuje na film na swój temat, takim jest kutasem, a mówienie o nim teraz zniszczyłoby wartkość narracji, chce mieć cały czas dwóch ochroniarzy przed wejściem. Tyle że czasami potrzeba kogoś do uciszenia kłótni, która akurat rozgorzała przy stole na tyłach. Atmosfera może się tam rozgrzać do czerwoności, zwłaszcza gdy są w to zamieszane jakieś karakany. Moim zdaniem to wina Joego Pesciego.
Pracuję głównie na nocnych zmianach, choć właściwie nie istnieje coś takiego jak dzienne zmiany. Dwa albo trzy razy w miesiącu mam podwójną orkę. A co mi tam. Niby czym miałbym się zajmować w domu? Robieniem pompek i słuchaniem, co ględzi ta suka Delano?
Tego dnia zjawiam się w robocie punkt ósma. Jest środek tygodnia, więc liczę na spokojny wieczór, który upłynie nam z Jasonem na wcinaniu batoników energetycznych i gadaniu o implantach piersi. Prosta rozrywka będąca namiastką szczęścia - niczego więcej nie pragnę od życia.
Jason i ja oglądamy właśnie na YouTubie Ruska, który macha ciężarkami girja, kiedy słyszę w słuchawce głos Marca. Muszę poprosić naszego małego barmana o powtórzenie, zanim załapuję, o co chodzi, i wbiegam do kasyna. Wygląda na to, że Connie, czyli moja ulubienica, pochyliła się nad stolikiem, żeby podać drinki, a wtedy jakiś gość podszedł i polizał ją po dupie. Co za kretyn. Nie widział mosiężnej tabliczki, która wisi na ścianie? Może i nie ma tam nic o lizaniu dupy, ale za to stoi jak wół: "Nie dotykać hostess". To powszechnie znana zasada. Panienki mogą dotykać klientów w boksach, ale klienci panienek już nie.
Kiedy nadbiegam, Marco właśnie próbuje odciągnąć tego gościa od Connie - chyba głównie dla jego własnego bezpieczeństwa. Kiedyś widziałem, jak dziewczyna przydzwoniła tacą futboliście z drużyny uniwersyteckiej. Jego twarz odcisnęła się w metalu, zupełnie jakbyśmy grali w kreskówce.
- Dobra, będzie tego - mówię swoim tubalnym głosem wykidajły. - Zostawcie to zawodowcowi.
To oświadczenie spotyka się z okrzykami niezadowolenia kilku klientów, którzy liczyli na zadymę. Chwytam głowę Marca jak piłkę do kosza i odstawiam go za bar, a potem pochylam się nad złoczyńcą.
Amator lizania ujmuje się pod boki niczym Piotruś Pan. Palce dziewczyny pozostawiły czerwone pręgi na jego policzku.
- Może załatwimy to na zapleczu - proponuję, dobre pięć sekund patrząc mu w oczy - zanim sprawy wymkną się spod kontroli.
- Ta dziwka mnie uderzyła - odpowiada, pokazując palcem na Connie, zupełnie jakbym mógł mieć choć cień wątpliwości, o którą dziwkę chodzi.
Palec ma brudny od skrzydełek buffalo, a musicie wiedzieć, że nic tak mnie nie wkurza, jak widok sosu na paluchach.
- Mamy tu na zapleczu pakamerę - mówię, starając się omijać wzrokiem brązową maź pod paznokciami gościa. Co jest z tymi ludźmi? Je się z zamkniętymi ustami, a potem wyciera się ręce. Naprawdę tak trudno to zapamiętać? - Może tam to przedyskutujemy?
Connie nic nie mówi, próbuje powściągnąć gniew. Żuje gumę antynikotynową tak, jakby to były jaja tego gościa. Dziewczyna ma charakterek, ale nie daje w mordę bez powodu. Posłała dwoje dzieci do przedszkola w Cypress, więc potrzebuje tej pracy.
- Dobra, Dan - mówi - ale się pospieszmy. Gości aż ręce świerzbią do dawania mi napiwków. Mam twarde dowody.
Facet wybucha śmiechem, najwidoczniej rozbawiony faktem, że dziewczyna użyła właśnie tych słów.
Prowadzę ich do pokoiku na tyłach, który właściwie nie jest niczym więcej niż schowkiem na szczotki. Dwa mopy wystają z tekturowego pudła w kącie; z tymi swoimi dredami przypominają palmy na wyspie.
- Dobrze się czujesz? - pytam Connie, zadowolony, że dziewczyna nie pali. To już pół roku.
Potakuje, siadając na zmechaconej sofie.
- Ten koleś polizał mnie po dupie. Polizał, rozumiesz? Masz coś do wytarcia, Danielu?
Podaję jej płaską paczuszkę. Dobrze jest mieć przy sobie opakowanie chusteczek antyseptycznych, gdy pracuje się w podrzędnym kasynie w New Jersey, takim jak "Slotz". Mnóstwo rzeczy można tu złapać od samego kręcenia się po lokalu.
Odwracam wzrok, kiedy Connie ściera sos barbecue z tyłka. W takim miejscu jak to człowiek bez przerwy ma przed oczami odsłonięte biusty, może jednak unikać zapuszczania się w niższe rejony. Staram się, by moje spojrzenie zawsze spoczywało na partiach ciała powyżej pasa; dzięki temu i wilk jest syty, i owca cała. Tak więc Connie się wyciera, a ja odwracam się do tego gościa, dupoliza.
- No i co? Miało być bez dotykania. Czytać pan nie umiesz?
Czuję, że facet zaraz mnie mocno wkurzy. Mówi mi to już sama jego fryzura, rude loczki utrefione niczym ptasie gniazdo, które spadło z dachu.
- Widziałem tę tabliczkę, Danielu - odpowiada, pokazując palcem na drzwi wiodące do kasyna. Ten gość to żywy kierunkowskaz. - Jest na niej napisane: "Nie dotykać".
- A co pan robiłeś? Właśnie dotykałeś.
- Nie - mówi gość, tym razem celując palcem we mnie. Paluch jest tak blisko, że czuję zapach sosu, który zniechęca mnie do barbecue co najmniej na miesiąc. Z wyjątkiem żeberek. - Ja jej nie dotykałem. Dotyka się rękami. Ja smakowałem.
Przerywa, jakby dawał mi czas na zrozumienie swej błyskotliwej odpowiedzi.
- Myśli pan, że nigdy przedtem nie słyszałem takich bredni? Naprawdę pan uważa, że jest pan pierwszym gościem, który na to wpadł?
- Myślę, że jestem pierwszym adwokatem, który to zrobił. - Jego twarz rozjaśnia uśmiech samozadowolenia. Nie cierpię takich min, może dlatego, że tak często muszę na nie patrzeć.
- Jest pan adwokatem?
Znów to celowanie paluchem. Kusi mnie, żeby go złamać.
- Zgadza się. Jestem adwokatem. Spróbuj tylko mnie tknąć, a zamknę tę dziurę na cztery spusty. Będziesz pracował dla mnie.
- Będę pracował dla pana?
Czasami powtarzam po ludziach. Myślą, że to dlatego, że jestem głupi, ale tak naprawdę robię to wtedy, kiedy nie wierzę własnym uszom.
Facetowi oczywiście wydaje się to pierwsze.
- Kim ty jesteś? Papugą? Pieprzoną, debilną irlandzką papugą? Jezusiczku!
Prawdopodobnie właśnie w taki sposób ten gość zachowuje się w swojej kancelarii. Gada głupoty, a ludzie znoszą to bez mrugnięcia okiem. Pewnie jest szefem albo kimś takim. Tylko szef i listonosz mogą do tego stopnia mieć w dupie swój wygląd i uchodzi im to na sucho. Ten garniak i bryle musiał chyba ukraść Michaelowi Caine'owi w jakimś tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku, a do tego oczywiście dochodzi jeszcze ta styropianowa fryzurka z rudych kłaków.
- Nie, proszę pana, nie jestem papugą - mówię miło i spokojnie, tak jak mnie nauczyli w szkole wykidajłów. - Jestem szefem ochrony, a pan dotknął hostessy, niezależnie od tego, jak bardzo usiłuje pan nam teraz zamydlić oczy.
Gość wybucha śmiechem, jakby miał publiczność.
- Mydlenie oczu to mój zawód, panie Danielu, szefie ochrony. Właśnie za to mi, kurwa, płacą.
Mówi to "kurwa" zupełnie nie tak, jak powinien, jakby nauczył się tego słowa z telewizji. Nie brzmi dobrze w jego adwokackich usteczkach.
- Naprawdę za to panu, kurrwa, płacą? - mówię, wypowiadając to słowo tak, jak powinno być wypowiedziane. Nauczyłem się tego od rumuńskiego najemnika z chrześcijańskiej milicji w Tibninie. Anghel i jego chłopaki niemal codziennie przetaczali się obok naszego obozu w poobijanym volkswagenie i przystawali na drobny handelek wymienny. Jego przedmiotem było zwykle mleko o przedłużonej trwałości lub makaron, który kupowaliśmy od Francuzików. Lubiłem Anghela, nie przeczę; nigdy do mnie specjalnie nie strzelił, wydawało się, że jego cała głowa porośnięta jest brodą, i podobało mi się, w jaki sposób wymawiał słowo "kurwa".
- Tylko jeden karton, Paddy? Dam ci, kurrwa, za niego dobrą suszarkę do włosów.
Dzięki temu podwójnemu "r" to słowo brzmiało prawdziwie. Dlatego czasami, kiedy chcę zrobić wrażenie, wypowiadam je z rumuńskim akcentem. Często już samo to wystarcza, by zdezorientować gościa, wybić go z rytmu.
Ale nie tego. Na tej rudej małpie naprawdę nie robi wrażenia moje podwójne "r". Po raz drugi tego wieczoru popełnia błąd. Podchodzi do mnie, strosząc piórka, zupełnie jakbym nie był jakieś dwadzieścia centymetrów wyższy od niego i nie ważył z jakieś dwadzieścia kilogramów więcej.
- Co to za papugowanie? - pyta i wierzcie lub nie, stuka mnie w czoło. - Masz w głowie jakąś pieprzoną płytkę? Jezusiczku.
Jestem zaskoczony tym stukaniem, ale jednocześnie cieszę się, że gość mnie dotknął.
- Nie powinien mnie pan dotykać - mówię ze smutkiem. - To napaść. Teraz będę musiał się bronić.
Te słowa sprawiają, że z faceta uchodzi powietrze. Jako adwokat ten ciemniak zna prawo. Ma świadomość tego, że teraz mogę go z deczka nadpsuć i twierdzić potem, że czułem się zastraszony. Robię przerażoną minę, żeby sobie wyobraził, jak to będzie wyglądać w sądzie.
Jego paluch kurczy się jak wysuszony balasek. Facio robi kilka kroków do tyłu.
- Posłuchaj. Dotkniesz mnie, a...
Nie kończy tej groźby, bo doskonale wie, że w tej sytuacji mogę mu przywalić bez żadnych konsekwencji. Bardzo bym chciał zrobić z tym adwokaciną porządek ku radości wszystkich. Tyle że Connie ma dzieci w przedszkolu i ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje, to składanie wizyt w sądzie. A poza tym sala sądowa to terytorium tego gościa. Przed sędzią jest gladiatorem. Już go widzę, jak podskakuje wokół niby ryża małpa, mierząca do wszystkich paluchem, jakby świat miał się zaraz skończyć. Poza tym, jeśli mam być szczery, moja przerażona mina prawdopodobnie nie jest zbyt przekonująca.
Mówię więc:
- Ile pieniędzy masz pan w portfelu?
Gość próbuje trochę kozaczyć, ale dobrze wie, że dałem mu możliwość wyjścia z twarzą.
- Nie mam pojęcia. Chyba kilka setek.
Gówno prawda. Adwokaci i księgowi zawsze wiedzą, ile mają przy sobie kasy. Ukrywają wszędzie małe zwitki banknotów na wypadek, gdyby wieczorem utknęli gdzieś z jakąś tancerką erotyczną albo dziwką. Ten gość wie pewnie nawet, ile forsy jego chora mamuśka ukryła w puszce po landrynkach.
- Daj trzysta - mówię. - Daj trzysta dolców tej hostessie, a zapomnę o działaniu w obronie własnej.
Adwokacina wzdryga się.
- Trzysta! Za jedno liźnięcie. Jezusiczku!
Pójdzie na to. Wiem, że pójdzie. Albo będzie musiał wyjaśniać nadzianym klientom, w jaki sposób jego twarz kapkę się przefasonowała w takiej dziurze jak "Slotz", w której mamy spleśniałe dywany i kible z łańcuszkami.
Facet zaczyna gmerać w swoim portfelu, ale coś niesporo mu to idzie, zupełnie jakby banknoty z nim walczyły, więc wyrywam mu go, nie zapominając przy tym o ściśnięciu jego wydelikaconych adwokackich paluszków.
- Pan pozwoli, że sam odliczę. Trochę trzęsą się panu ręce.
Wcale mu się nie trzęsą, ale chcę zasiać w nim myśl, że się boi. Akurat tej sztuczki nie nauczyłem się w szkole wykidajłów. To jeden z grepsów, które sprzedał mi wojskowy psychiatra przed moją drugą misją.
Tak naprawdę biorę portfel, żeby mieć już tę całą sprawę z głowy, ale chcę też skroić jedną z wizytówek gościa. Dobrze mieć dane klienta sprawiającego kłopoty. Dać mu do zrozumienia, że nie jest anonimowy. Kiedy już będę miał jego wizytówkę, mogę odszukać jego żonę i zobaczyć, jakimi sprytnymi adwokackimi sztuczkami będzie się usiłował wyłgać przed nią. Jego małpia głowa wylądowałaby pewnie na talerzu i żadna ława przysięgłych by mnie nie skazała.
Odliczam sześć pięćdziesiątek i rzucam mu portfel.
- No dobra, panie Jarydzie Faber - mówię, czytając z wizytówki. - Niniejszym ogłaszam, że ma pan dożywotni zakaz wstępu do "Slotza".
Faber mruczy, że ma to w dupie, i wcale nie mam mu tego za złe.
- Dziękujemy za współpracę i zachęcamy do skorzystania z pomocy psychologa.
Standardowe "spadaj i nie wracaj".
- Robisz wielki błąd, Danielu - mówi Faber. Te słowa słyszę tak często, że powinienem kazać je wyryć na swoim nagrobku. - Mam poważnych przyjaciół w tym mieście.
- Wszyscy mamy poważnych przyjaciół. Mój kumpel z wojska, na przykład, nie uśmiecha się od czasu operacji "Pustynna burza" - odpowiadam, zaskakując sam siebie tą umiarkowanie dowcipną ripostą.
Nikt nie reaguje na mój żarcik, Faber mruczy tylko coś pod nosem, pewnie "pieprz się". Najwyraźniej w adwokacinie wciąż tli się płomień. Postanawiam go zgasić.
- Zabieraj dupę do domu - warczę - zanim przywalę ci tak mocno, że będziesz musiał wnieść oskarżenie z zaświatów.
To nie taka zła kwestia, choć odrobinę hollywoodzka. Używałem jej dziesiątki razy i Connie z trudem powstrzymuje jęk, kiedy znów ją powtarzam.
Dla podkreślenia wagi swoich słów wyłamuję sobie palce i Faber w końcu postanawia się zmyć. Jednakże najwyraźniej nie umie przegrywać, bo w drzwiach odwraca się i rzuca w kierunku Connie jeszcze dwie stówki.
- Proszę - mówi. - Kup sobie nowe cycki.
Udaję, że rzucam się do drzwi, i adwokacina bierze nogi za pas. Drzwi przez chwilę kołyszą się za nim. Mam ochotę spuścić łomot temu gościowi, ale z doświadczenia wiem, że wcale nie poczułbym się od tego lepiej. Dlatego przełykam tę gorzką pigułkę i na potrzeby Connie robię minę pracownika domu pogrzebowego.
- Nic ci nie jest?
Dziewczyna klęczy, szukając jednej z pięćdziesiątek, którą podmuch kołyszących się drzwi zwiał pod kanapę.
- Pieprzyć go, Dan. Opłacę z tego dwie noce z opiekunką do dzieci.
Unoszę kanapę stopą, tak że Connie udaje się chwycić banknot i uniknąć babrania się w kurzu.
- Czy to zaginiona gumka Ala Capone'a? - pytam, próbując ją rozbawić.
Connie szlocha. Może to dlatego, że dowcip był niezbyt udany; bardziej prawdopodobne jednak, że to ostatnia kropla goryczy po tym dupku Faberze, więc obejmuję ją i podnoszę. Connie to jedna z tych dziewczyn, które budzą w facetach instynkt opiekuńczy. Jest piękna w sposób zarezerwowany dla gwiazd filmowych z lat pięćdziesiątych: włosy Rity Hayworth spływają jej na ramiona niczym lawa po zboczu wulkanu, a wielkie zielone oczy wciąż pełne są ciepła mimo jej gównianej roboty i jeszcze bardziej gównianego byłego męża.
- Już dobrze, złotko, poszedł sobie. Nigdy więcej go nie zobaczysz.
- Nikt już dzisiaj nie mówi "złotko", Dan. Chyba że w filmach.
Ściskam jej ramię.
- Jestem Irlandczykiem, złotko - mówię. - My jesteśmy inni.
Connie poprawia bikini w kropki, które w tym przybytku służy hostessom za uniform.
- Tak? Mam nadzieję, że to dobra inność. Ta menda była inna na zły sposób. Jak w Irlandii nazywacie takie gnidy jak on?
Zastanawiam się przez chwilę.
- W Irlandii nazwalibyśmy kogoś takiego mendowatym bzdurogadem. Albo po prostu gnidą.
Connie się uśmiecha. Co prawda uśmiech jest nikły, ale dobre i to. W każdym razie lepsze niż rozpacz w jej oczach, którą widziałem, kiedy tu wbiegłem.
- Mendowaty bzdurogad. Podoba mi się. Muszę się wybrać do tej twojej Irlandii; wiem, że powtarzam to od lat. Mały Alfredo i Eva polubiliby ją. Zielone łąki i mili ludzie.
- Nie za dużo już jednych i drugich - wyznaję - odkąd w kraju pojawiły się pieniądze.
- Mógłbyś tam jechać z nami, Dan. Pokazałbyś nam wszystko. Byłbyś naszym przewodnikiem.
Serce bije mi mocniej.
- Kiedy tylko zechcesz. Wiesz dobrze, co czuję.
Connie wyciąga rękę i ciągnie za pasek czarnej czapki z polaru, którą noszę cały czas w pracy.
- Jak to wygląda, kotku?
Ogólnie rzecz biorąc, jestem wrażliwy na tym punkcie, ale Connie i ja znamy się blisko dwa lata, co jest wiecznością w tym biznesie. Jak to mówią, mamy wspólną historię. W pewien weekend kilka miesięcy temu Connie wynajęła opiekunkę do dzieci i wspólnie zaszaleliśmy. Mogło być z tego coś więcej, ale nie chciała nowego tatusia dla swoich dzieci.
- Chcę po prostu znów poczuć się młoda przez kilka wieczorów, Dan - powiedziała mi. - Rozumiesz?
Ma dwadzieścia osiem lat i chce znów poczuć się młoda.
Marzenie każdego faceta, co? Kilka nocy bez zobowiązań z hostessą. Nie naciskałem; teraz trochę żałuję.
- Zupełnie nieźle - odpowiadam. - Umówiłem się na jutro na wizytę u Zeba.
- Mogę zobaczyć? - pyta i palcami o długich paznokciach zdejmuje mi czapkę.
Unoszę odruchowo ręce, by ją powstrzymać, ale po chwili je opuszczam. Najwyższy czas, żeby ktoś się wypowiedział na ten temat.
Składa czapkę swoimi długimi palcami, po czym popycha mnie do tyłu pod żarówkę w podwieszanym suficie.
- Zeb to zrobił?
- Tak. Do pomocy miał też kilka pielęgniarek, które zajęły się mieszkami. Chyba studentki.
- Nie wygląda to najgorzej - ocenia Connie, mrużąc oczy. - Widziałam mnóstwo przeszczepów, ale ten jest naprawdę niezły. Nie ma żadnych blizn. Co to, włosy szczura?
Jestem autentycznie przerażony.
- Szczura? Jezu, Connie. To moje własne włosy. Przeszczepione z pleców. Wypadną za kilka tygodni, a potem wyrosną nowe.
Dziewczyna wzrusza ramionami.
- Słyszałam, że stosuje się do tego włosy szczurów. Albo psów. Podobno są twarde jak drut.
Odbieram jej czapkę, po czym przesuwam nią po czerepie, jakbym rozsmarowywał balsam.
- Żadnych psowatych ani gryzoni. Tylko jeden Irlandczyk.
- Cóż, wyglądają nieźle. Jeszcze jeden zabieg i nie będzie widać różnicy.
Wzdycham, jakby kosztowało mnie to mnóstwo forsy, co zresztą odpowiada prawdzie.
- O to właśnie chodzi.
Wkładam z powrotem czapkę, po czym chwytam Connie za łokieć i prowadzę do głównej sali.
Bar z formiki z podświetleniem, które wygląda raczej tanio niż modnie. Ruletka zacinająca się przy każdym okrążeniu, dwa stoliki karciane z poprzecieranym suknem i kilka slotów. Stąd nazwa "Slotz".
- Proszę - mówi dziewczyna. - Weź pięćdziesiąt dolców. Należą ci się, wycisnąłeś je z niego.
Wciskam banknot z powrotem w jej dłoń.
- Cała przyjemność po mojej stronie, złotko. Wezmę pięćdziesiątaka, kiedy to mnie ten palant poliże po dupie.
Connie wybucha śmiechem. Jest głośny, gardłowy i jakoś dziwnie mnie porusza.
- Och, kotku. Kiedy to ciebie poliże po dupie, kupię bilety, żeby zobaczyć, co mu zrobisz.
Uspokaja się, ale nie wiadomo na jak długo; to miejsce naprawdę jest pozbawione miłych ludzi. Odciska piętno na duszy.
- Możesz już wrócić do pracy?
- Jasne, złotko. Wiesz, że Victor w ogóle nie zapłaci mi za tę noc, jeśli skończę już teraz.
Pochylam się, by szepnąć jej coś do ucha. Wdycham przy tym zapach jej perfum i zauważam, nie po raz pierwszy zresztą, że ma bardzo długą szyję. Jej miętowy oddech owiewa mi policzek. Warto zapamiętać tę chwilę.
- Tak między nami, Victor też jest mendowatym bzdurogadem.
Connie ponownie wybucha śmiechem - gotów jestem płacić, żeby tylko go słuchać - a potem chwyta tacę z baru i wraca do sali, kręcąc biodrami niczym gwiazda filmowa z czasów, gdy gwiazdy filmowe miały jeszcze czym kręcić.
Na odchodnym rzuca przez ramię dwa kuszące zdania:
- Może spędzimy razem weekend, kotku? A może cały tydzień?
Connie, złotko, myślę, po czym unoszę wzrok.
Pamiętaj o regulaminie. Oczy w górze.
Na razie trzymam oczy w górze. Ale przecież ja i Connie mamy niedokończone sprawy.
Jeszcze tylko jedno spojrzenie na te biodra, szepcze moja ciemna strona. A potem z powrotem do roboty.
Jak to się często zdarza, moja ciemna strona wygrywa.
Daję sobie chwilę na pozbieranie się. To właśnie najbardziej powszechny błąd nowicjuszy w tym zawodzie: samozadowolenie. Myśl, że jest się wielkim i przerażającym i że żaden głupek nam nie podskoczy, nawet żeby zaimponować swojej dziewczynie. Kluczowym słowem w tym zdaniu jest "głupek". Zjawiają się tutaj we wszelkich kształtach i rozmiarach i większość z nich jest pijana lub naćpana, a często jedno i drugie - i zaczęliby się nabijać z samego diabła, gdyby tylko wydało im się, że zyskają odrobinę szacunku swojej paczki albo będą mieli chody u hostess.
Zamykam szufladę z napisem "Faber i Connie" i zaczynam lustrować wzrokiem gości. Kilku studencików łypiących oczkami na hostessy, paru rozwodników i stary pierdziel, udający grubą rybę i rzucający jednodolarówki, tak jakby to były setki. Żadnych oznak niebezpieczeństwa. Mimo to wysyłam Jasona przed wejście, żeby się rozejrzał wokół swoim sterydowym wzrokiem. Nie zaszkodzi. Czasami kłopoty przyciągają inne kłopoty.
Niestety, nie mylę się. Zanim jeszcze obraz bioder Connie zdążył mnie opuścić, do środka wtoczyło się kilkunastu buraków. Jeden z nich ma albo bardzo malutkiego wacka, albo nóż sprężynowy w kieszeni dżinsów.
Jason, wzdycham w duchu, ci goście nie powinni byli się tu dostać.
Jak śpiewał kiedyś Bob Geldof: "To dla wszystkich gratka, tej nocy będzie jatka". Niestety, Bob również się nie mylił.