O mały włos - Eoin Colfer

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 3

Kie­dy osta­tecz­nie opu­ści­łem woj­sko po swo­jej dru­giej mi­sji, szyb­ko zro­zu­mia­łem, że w Du­bli­nie nie mam cze­go szu­kać. Każ­dą ko­lej­ną mi­nu­tę w tym brud­nym sta­rym mie­ście spę­dza­łem w trą­bie po­wietrz­nej swo­je­go umy­słu. Nie mo­głem zna­leźć tam ani jed­ne­go wspo­mnie­nia, któ­re nie skoń­czy­ło­by się tra­ge­dią. A mu­si­cie wie­dzieć, że mam skłon­ność do pro­wa­dze­nia ży­cia w gło­wie. Wy­pad­ki cho­dzą po lu­dziach, co? Radź so­bie z tym sam.

Wła­śnie tak zro­bi­łem. Wy­ko­rzy­sta­łem to, że przy­sze­dłem na świat w No­wym Jor­ku, i zja­wi­łem się na trans­atlan­tyc­kim od­rzu­tow­cu le­cą­cym na lot­ni­sko JFK. Zgło­si­łem się do od­pra­wy w mun­du­rze, któ­ry już tak na­praw­dę nie był mój, i na­wet dali mi dar­mo­wy bi­let pierw­szej kla­sy. Naj­star­szy pod­ręcz­ni­ko­wy trik, za­raz po nu­me­rze z za­ła­do­wa­niem strzel­by to­reb­ka­mi her­ba­ty dla od­stra­sze­nia sza­brow­ni­ków. Wy­rzu­ci­łem be­ret i kurt­kę w ła­zien­ce na lot­ni­sku. Wy­sze­dłem jako cy­wil z bi­le­tem pierw­szej kla­sy.

Moja mat­ka po­cho­dzi­ła z Ame­ry­ki, ale mimo miesz­ka­nia z wi­do­kiem na Cen­tral Park nie była ty­po­wą no­wo­jor­czan­ką i po wy­lą­do­wa­niu do­brą chwi­lę za­ję­ło mi zro­zu­mie­nie miej­sco­we­go ak­cen­tu. Jed­ne­go dnia sły­sza­łem jesz­cze wo­kół be­jay­sus i be­gor­rah, a na­stęp­ne­go już Yad­da, yad­da, yad­da. Bad­da bing. Oni ro­bią so­bie jaja, my­śla­łem. Prze­cież to bzdu­ra, nikt tak nie mówi.

A jed­nak tak mó­wi­li, a na­wet go­rzej. Kil­ka razy na po­cząt­ku do­sta­łem wpier­dziel tyl­ko dla­te­go, że nie ro­zu­mia­łem, co lu­dzie wo­kół do mnie mó­wią. "Co się tak, kur­wa, lam­pisz? Po­je­cha­ny, kur­wa, je­steś? Ob­lu­kaj tego po­je­ba".

Do­szło do tego, że na­wet nie cze­ka­łem na tego ro­dza­ju za­czep­ki. Gość za­czy­nał dum­nie kro­czyć w moją stro­nę przez bar, a ja rzu­ca­łem w nie­go tym, co mia­łem aku­rat pod ręką. Po­piel­nicz­ką, stoł­kiem ba­ro­wym. Czym­kol­wiek. Cio­sy wy­prze­dza­ją­ce to dla mnie nie pierw­szy­zna. Za­wsze wiem, któ­ry gość za­raz wy­buch­nie. To Si­mon Mo­riar­ty na­uczył mnie roz­po­zna­wać tego ro­dza­ju rze­czy.

- Wi­dzę, jak bar­dzo ci za­le­ży na tym, żeby tam wró­cić, Dan - po­wie­dział kie­dyś - więc sprze­dam ci kil­ka po­ży­tecz­nych sztu­czek.

- Co mi to da?

- Dzię­ki nim bę­dziesz wie­dział, kie­dy trze­ba prze­stać dzia­łać po­ko­jo­wo i za­cząć strze­lać.

To wi­dać w oczach i ra­mio­nach, wy­ja­śnił Si­mon. Lu­dzie do­cho­dzą do pew­ne­go mo­men­tu, a po­tem my­ślą: pie­przyć to. I wte­dy kon­se­kwen­cje już nic dla nich nie zna­czą, więc mu­sisz wy­jąć ręce z kie­sze­ni i za­cząć nimi ma­chać.

W ma­cha­niu też je­stem do­bry. Dwa­na­ście lat w woj­sku na­uczy­ło mnie przy­najm­niej tego jed­ne­go. Za­wsze wte­dy czu­ję jed­nak ból w ple­cach, zwłasz­cza ciem­ną, głę­bo­ką zimą, cho­ciaż le­ka­rze za­kli­na­li się, że wy­ję­li ze mnie wszyst­kie ka­wał­ki po­ci­sku He­zbol­la­hu. Bóle fan­to­mo­we, orze­kli. Nie wy­da­ją się wca­le fan­to­mo­we, kie­dy mróz po­kry­wa szy­bę jak srebr­na pa­ję­czy­na i czu­ję się tak, jak­by ja­kiś obłą­ka­ny kra­snal wbi­jał mi gwoź­dzie po­ni­żej ple­ców.

Tkwi­łem w No­wym Jor­ku przez całe czte­ry lata, pra­cu­jąc przy por­cjo­wa­niu mię­sa za dnia, a w klu­bach nocą. Tyle że mój nowy po­czą­tek za­czął wy­glą­dać jak śle­pa ulicz­ka, mi­łość nie wy­szła zza rogu, a za­miast tego za­czę­ły mi wy­pa­dać wło­sy. Wy­glą­da­ło na to, że cho­ciaż mój oj­ciec od dzie­się­ciu lat le­żał w gro­bie, wciąż da­wał mi pre­zen­ty. Czte­ry lata ży­cia w No­wym Jor­ku i mia­łem po uszy wiecz­nych utar­czek z tymi wszyst­ki­mi mą­dra­la­mi. Kłyk­cie mia­łem szorst­kie jak żo­łę­dzie od da­wa­nia w mor­dę lu­dziom. Zga­dza się, lu­dziom, nie tyl­ko męż­czy­znom. W Wiel­kim Jabł­ku na­wet ko­bie­ty i dzie­ci sta­no­wią za­gro­że­nie. Wi­dzę nóż zbli­ża­ją­cy się do mnie i nie ob­cho­dzi mnie, czy oso­ba, któ­ra go trzy­ma, ma war­ko­cze czy mlecz­ne zęby. Pew­ne­go desz­czo­we­go je­sien­ne­go wie­czo­ru spoj­rza­łem w dół na azja­tyc­ką dziw­kę o twa­rzy dziec­ka, któ­rą wła­śnie po­wa­li­łem na zie­mię, i po­sta­no­wi­łem za­bie­rać się z tego mia­sta. Naj­pierw jed­nak za­bra­łem jej nóż. Ład­ny mo­ty­lek z chiń­ską in­skryp­cją na rącz­ce. Mam go do dziś.

Tak więc spa­ko­wa­łem swój woj­sko­wy wo­rek i zła­pa­łem po­ciąg do sa­te­lic­kie­go mia­sta Clo­isters w hrab­stwie Es­sex. Je­dy­nym po­wo­dem, dla któ­re­go wy­bra­łem wła­śnie tę miej­sco­wość, był pla­kat, któ­ry zo­ba­czy­łem na dwor­cu. Clo­isters. Dla lu­dzi zmę­czo­nych mia­stem. Oczy­wi­ście przy­pa­dło mi to do gu­stu.

Oka­zu­je się jed­nak, że tu­taj wca­le nie jest o wie­le le­piej. Przede wszyst­kim w Clo­isters moż­na do woli od­da­wać się ha­zar­do­wi, wy­star­czy tyl­ko prze­je­chać au­to­bu­sem przez rze­kę Hud­son. A to ozna­cza, że w week­en­dy wszyst­kie mia­sto­we dup­ki zjeż­dża­ją się tu­taj, żeby prze­pu­ścić w cho­le­rę swo­je cięż­ko za­ro­bio­ne pie­nią­dze, po­ga­pić się na stu­pro­cen­to­wo na­gie la­ski i za­de­ko­wać się w ho­te­lach o nie­bo tań­szych niż w Atlan­tic City. A do tego mamy tu jesz­cze wła­snych, au­to­chto­nicz­nych dup­ków. Mi­nę­ło sześć lat i cza­sa­mi ża­łu­ję, że nie zo­sta­łem w No­wym Jor­ku. A na­wet czę­ściej niż cza­sa­mi.

Prze­nio­sę się tam z po­wro­tem, kie­dy tyl­ko od­ro­sną mi wło­sy. Kie­dy od­zy­skam wło­sy, będę szczę­śli­wy. Cały czas to so­bie wma­wiam. Może jesz­cze nie jest za póź­no.

Zmu­szam się do po­pa­trze­nia na Ma­ceya Bar­ret­ta, po­nie­waż wie­rzę, że dzię­ki temu jego śmierć na­bie­rze dla mnie ja­kie­goś zna­cze­nia. Nie chcę za­bi­jać czło­wie­ka, a po­tem za­my­kać oczu, kie­dy umie­ra. Jak się tego so­bie nie utrud­ni, może się to zro­bić za ła­twe. Za­bi­ja­łem już przed­tem, ale tyl­ko trzy razy i nig­dy w taki spo­sób. Nig­dy z tak bli­ska, że wi­dzę trze­pot rzęs i sły­szę grze­cho­ta­nie w pier­si, jak­by tkwi­ła w niej garść ko­ra­li­ków. W woj­sku za­wsze mo­żesz so­bie po­wie­dzieć: to woj­na. Masz po­zwo­le­nie ze wzglę­du na woj­nę. Ale tu­taj, w tej pi­guł­ko­wej me­li­nie w Jer­sey, czu­ję, że tego ro­dza­ju rze­czy nie po­win­ny się zda­rzać. Ta gwał­tow­na śmierć wy­da­je się zwią­za­na z moją prze­szło­ścią. Dok­tor Mo­riar­ty na­zwał­by to ana­chro­ni­zmem.

Bar­rett umie­ra wol­no, drga­jąc, jak­by prze­cho­dził przez nie­go prąd. Krew jest wszę­dzie.

"Cze­go się spo­dzie­wa­łeś? W koń­cu dźgną­łeś typ­ka w tęt­ni­cę szyj­ną".

Z ja­kie­goś nie­ja­sne­go po­wo­du moja pod­świa­do­mość ma głos Zeba.

W ostat­nim spa­zmie Bar­rett wy­pusz­cza z ręki szty­let. Ob­ra­ca się ni­czym pa­łecz­ka czir­li­der­ki, po czym wbi­ja się w pod­wie­sza­ny su­fit.

Tro­chę się od­prę­żam. Moim zda­niem dzia­ła­łem w obro­nie wła­snej, ale pew­nie nie wszy­scy to zda­nie będą po­dzie­lać. Na przy­kład Mi­cha­el Mad­den; on może uwa­żać coś cał­kiem prze­ciw­ne­go. Mike Ir­land­czyk wy­koń­czy mnie za za­bi­cie jego czło­wie­ka. To ja­sne jak słoń­ce. Mu­szę za­gma­twać tę spra­wę tak bar­dzo, jak to tyl­ko moż­li­we.

"Pierw­szy krok: za­mknij te pie­przo­ne drzwi, głup­ku".

Klucz tkwi cią­gle tam, gdzie go zo­sta­wi­łem. Nie je­stem prze­sad­nie wraż­li­wym czło­wie­kiem, ale wy­cią­gnię­cie go kosz­tu­je mnie wię­cej niż jego wło­że­nie. Wy­cho­dzi ze zna­jo­mym ssą­cym od­gło­sem, zu­peł­nie jak­by zna­lazł miły cie­pły dom i nie chciał go opusz­czać.

Zna­jo­my ssą­cy od­głos? Nikt nie po­wi­nien być za­zna­jo­mio­ny z tym szcze­gól­nym dźwię­kiem, ale ja aku­rat je­stem. Przy­po­mi­na mi o chwi­li, gdy uzna­łem, że mu­szę wy­cią­gnąć ka­wał­ki po­ci­sku ze swo­je­go boku; za­raz po­tem stra­ci­łem przy­tom­ność.

Wkła­dam klucz do zam­ka i prze­krę­cam. Ja­kieś pięt­na­ście se­kund póź­niej jed­na z klien­tek Zeba na­ci­ska na klam­kę.

- Kron­ski, dup­ku je­den! - krzy­czy gło­sem prze­żar­tym przez ty­sią­ce fa­jek. - Te two­je ta­blet­ki moż­na o kant dupy roz­bić. Dwa­dzie­ścia sześć pięć­dzie­siąt za to gów­no? Otwie­raj te drzwi, do cho­le­ry. Wi­dzę, jak się ru­szasz.

Ko­bie­ta, któ­rej syl­wet­kę wi­dać za drzwia­mi, trzę­sie się z wście­kło­ści albo może pusz­cza gazy. Za­czy­nam się za­sta­na­wiać, czy do­brze zro­bi­łem, że po­zwo­li­łem Ze­bo­wi ro­bić dziu­ry w swo­im cze­re­pie, sko­ro naj­wy­raź­niej nie po­tra­fi na­wet prze­pi­sać wła­ści­wych ta­ble­tek.

Sto­ję nie­ru­cho­mo jak po­sąg, aż wresz­cie ko­bie­ta od­cho­dzi, być może do ła­zien­ki, po czym prze­no­szę uwa­gę na Ma­ceya Bar­ret­ta, le­żą­ce­go na wy­kła­dzi­nie z siną twa­rzą i upior­nym ze­zem. Wy­glą­da, jak­by uką­sił go wam­pir. Bied­ny su­kin­syn.

"Nie. Wca­le nie bied­ny. Pier­do­lo­ny za­bój­ca".

Tak jak i ja.

"Nie. Ty dzia­ła­łeś w obro­nie wła­snej. Na­wet Bóg to do­pusz­cza".

To zde­cy­do­wa­nie głos Zeba. Moja pod­świa­do­mość zna­la­zła coś, z czym nie chcia­łem się skon­fron­to­wać.

Mam mnó­stwo do­świad­cze­nia w sztu­ce za­bi­ja­nia, ale zero w sztu­ce sprzą­ta­nia, a każ­dy osioł z pi­lo­tem od te­le­wi­zo­ra w ręce wie, jak waż­ne jest za­tar­cie śla­dów.

No to mamy pro­blem. W wy­kła­dzi­nę wsią­kły li­try krwi, że nie wspo­mnę już o dzie­więć­dzie­się­cio­ki­lo­gra­mo­wym ta­tuś­ku le­żą­cym na niej bez ży­cia.

"Po­zbądź się do­wo­dów. Wszyst­kich. Nie ma cia­ła, nie ma za­bój­stwa".

To duże wy­zwa­nie, ale kie­dy już za­czy­nam o tym my­śleć, uspo­ka­jam się, bo przy­najm­niej będę miał coś do ro­bo­ty. W woj­sku ma­wia­my: nie­pra­cu­ją­ce ręce to na­rzę­dzie sza­ta­na. Za­ję­te ręce w tym przy­pad­ku rów­nież.

Zeb ma z tyłu nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie go­spo­dar­cze. Wy­cią­gam kil­ka far­tu­chów, rę­ka­wi­ce i ma­skę. Znaj­du­ję tam też elek­trycz­ną piłę do ko­ści, ale nie je­stem jesz­cze na to go­tów. Klucz w szyi to jed­no, po­cię­cie cia­ła na ka­wał­ki - coś zu­peł­nie in­ne­go.

Prze­trzą­sam kie­sze­nie Bar­ret­ta w po­szu­ki­wa­niu klu­czy­ków do sa­mo­cho­du, te­le­fo­nu, ze­gar­ka i port­fe­la. Czy­li wszyst­kich tych rze­czy, któ­re pa­dły­by łu­pem zło­dzie­ja. Prze­szu­ka­nie zo­sta­je wy­na­gro­dzo­ne do­bra­mi z wyż­szej pół­ki. Klu­czy­ki do le­xu­sa, te­le­fon Pra­da, ze­ga­rek Ome­ga i plik pięć­dzie­sią­tek grub­szy od ham­bur­ge­ra.

Wy­kła­dzi­na z ła­two­ścią od­ry­wa się od pod­ło­gi, przed śli­zga­niem za­bez­pie­cza ją tyl­ko kil­ka przy­lep­ców.

Cały Zeb. Oszczę­dzać na wszyst­kim.

Wy­szar­pu­ję wy­kła­dzi­nę z ca­łej po­cze­kal­ni, po czym za­wi­jam Bar­ret­ta w trzy war­stwy. Ta­śma wo­kół wy­kła­dzi­ny, po­tem tor­by na śmie­ci, znów ta­śma. Z tego, co wi­dzę, na płyt­kach pod wy­kła­dzi­ną nie ma krwi, ale na wszel­ki wy­pa­dek prze­cie­ram je szma­tą ze środ­kiem de­zyn­fe­ku­ją­cym. Na­wet ban­dzio­ry ko­rzy­sta­ją te­raz z róż­ne­go ro­dza­ju de­tek­to­rów. Nie ma ta­kiej rze­czy, któ­rej nie da­ło­by się ku­pić na eBayu.

I oto mam Kle­opa­trę w dy­wa­nie, któ­rą mu­szę stąd wy­nieść. Bar­rett oka­zu­je się pie­kiel­nie cięż­ki, ale w prze­szło­ści za­pie­prza­łem już z kil­ko­ma cia­ła­mi, choć aku­rat nie były to cia­ła osób, któ­re sam za­bi­łem. Za­rzu­cam so­bie wy­kła­dzi­nę na ra­mię, a po­tem wy­cho­dzę przez drzwi na za­ple­czu i po trzech kro­kach je­stem przy bia­łym SUV-ie le­xu­sa, te­go­rocz­nym mo­de­lu, z przy­ciem­nia­ny­mi szy­ba­mi; drzwi otwie­ra­ją się przede mną same. Bar­dzo prak­tycz­ne.

Ogro­dzo­ny par­king wy­glą­da na pu­sty, ale na­wet je­śli ktoś śle­dzi mnie zza fi­ran­ki, wszyst­ko, co bę­dzie mógł ze­znać, to że męż­czy­zna w ma­sce wło­żył do sa­mo­cho­du wy­kła­dzi­nę. Oczy­wi­ście Mi­cha­el Mad­den nie bę­dzie po­trze­bo­wał lep­szych do­wo­dów ani brał pod uwa­gę uza­sad­nio­nych wąt­pli­wo­ści.

Re­gu­lu­ję fo­tel kie­row­cy, żeby wy­cią­gnąć nogi, kie­dy na ko­mór­kę Bar­ret­ta przy­cho­dzi wia­do­mość.

- Mogę prze­czy­tać? - py­tam tru­pa z tyłu. Po­nie­waż nie pro­te­stu­je, pa­trzę na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu.

To od Mike'a Mad­de­na. "M Ir­land­czyk" - po­ka­zu­je wy­świe­tlacz. Bar­rett usta­wił na­wet na te­le­fo­nie zdję­cie swo­je­go sze­fa: po­tęż­ny męż­czy­zna na ir­landz­kim we­se­lu (tak w każ­dym ra­zie to wy­glą­da), ro­ze­bra­ny do pasa, z dwo­ma chło­pa­ka­mi, któ­rym wła­śnie za­ło­żył nel­so­na. Sza­lo­ny wzrok, pła­ska twe­edo­wa czap­ka z trój­list­ną ko­ni­czyn­ką na dasz­ku.

Prze­szy­wa mnie dreszcz. Ten czło­wiek ozna­cza złe wie­ści. Znam ten typ. Ir­landz­ki za­bu­rzo­ny al­ko­ho­lik. Śmierć za brak sza­cun­ku. Le­piej by dla mnie było, gdy­bym go od­wie­dził i skoń­czył to od razu. Ale nie ro­bię tego, bo to nie woj­na, może znaj­dzie się ja­kiś inny spo­sób, i może Zeb jesz­cze żyje.

Czy­tam wia­do­mość.

"Masz to?".

Wzdy­cham i cho­wam te­le­fon do kie­sze­ni.

Masz to?

Cho­le­ra. Zeb praw­do­po­dob­nie nie żyje.

Kim wła­ści­wie jest ten Ze­bu­lon Kron­ski? I jak na nie­go wpa­dłem? To pra­wie lep­sze niż hi­sto­ria o śmi­głow­cu. Od­po­wie­dzi na te py­ta­nia na­le­ży szu­kać (cóż za nie­spo­dzian­ka!) w Li­ba­nie. Mu­szę o tym opo­wie­dzieć, po­nie­waż ta hi­sto­ria do­ty­czy bar­dziej te­raź­niej­szo­ści niż prze­szło­ści. Inna spra­wa, że przez więk­szość cza­su prze­szłość wy­da­je się istot­ną czę­ścią te­raź­niej­szo­ści. Pew­ne­go dnia opo­wiem całe swo­je ży­cie; doj­dzie do tego, gdy już prze­sta­nie mi się zbie­rać na wy­mio­ty za każ­dym ra­zem, kie­dy po­my­ślę o ru­skim pi­wie.

W skró­cie: siły po­ko­jo­we ONZ pa­tro­lo­wa­ły gra­ni­cę izra­el­sko-li­bań­ską, usi­łu­jąc po­wstrzy­mać woj­ska izra­el­skie, He­zbol­la­hu oraz Ru­chu Amal przed prze­nie­sie­niem sie­bie sa­mych, tych dru­gich i nas do kró­le­stwa nie­bie­skie­go. Te woj­ska wal­czy­ły od tak daw­na, że nie zga­dza­ły się na­wet co do tego, któ­re mia­ło­by to być kró­le­stwo. Na­szym głów­nym ce­lem było za­pew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa cy­wi­lom; w prak­ty­ce ozna­cza­ło to by­cie ży­wy­mi tar­cza­mi, za któ­ry­mi żoł­nie­rze He­zbol­la­hu mo­gli się skryć, kie­dy wy­strze­li­wa­li ra­kie­ty na obo­zy izra­el­skie. Przez więk­szość cza­su no­si­li­śmy stro­je ma­sku­ją­ce, wy­jeż­dża­li­śmy na pa­tro­le i by­li­śmy wy­sta­wie­ni na pie­ką­ce słoń­ce, aż skó­ra nam pę­ka­ła, ale cza­sa­mi spra­wy wy­my­ka­ły się spod kon­tro­li, co się zda­rza, gdy gru­py roz­grza­nych, zrzę­dli­wych męż­czyzn mają na­ła­do­wa­ną broń i róż­ne wy­obra­że­nia na te­mat Boga.

Któ­re­goś week­en­du wy­bie­ram się po za­pa­sy do bazy ONZ. Jadę tam z Tom­mym Flet­che­rem, któ­ry upie­ra się na małą wy­ciecz­kę na Min­gi Stre­et, ba­zar po­ra­sta­ją­cy te­re­ny wo­kół na­szej bazy ni­czym rafa, gdzie moż­na ku­pić do­słow­nie wszyst­ko i to za nie­złą cenę. Aku­rat w tym mo­men­cie na­szych woj­sko­wych ka­rier ja je­stem ka­pra­lem, a on sier­żan­tem, więc nie mam wy­bo­ru i mu­szę wy­ko­ny­wać jego nie­ja­sne roz­ka­zy.

Tom­my jest nie­co ta­jem­ni­czy, je­śli cho­dzi o to, cze­go szu­ka, więc wca­le aż tak nie­chęt­nie za nim się nie wlo­kę; cie­ka­wość za­wsze była moją pię­tą achil­le­so­wą. Za każ­dym ra­zem, gdy py­tam, cze­go szu­ka­my, on tyl­ko stu­ka się po no­sie i od­po­wia­da, że to bar­dziej za­baw­ne, niż my­ślę.

Tak więc prze­dzie­ra­my się wśród dzie­ci, któ­re pod­sku­bu­ją nas ni­czym ryb­ki zja­da­ją­ce mar­twy na­skó­rek, igno­ru­je­my sprze­daw­ców elek­tro­ni­ki, han­dla­rzy ko­szu­lek, zło­ta i ha­szy­szu. Trzy­mam pa­lec na spu­ście mo­je­go stey­era i kciuk na dźwi­gni bez­piecz­ni­ka. Nie to, że­bym nie lu­bił gę­ste­go tłu­mu albo tych ale­jek przy­po­mi­na­ją­cych pie­kar­nik; ale to, że lu­bisz ja­kieś miej­sce, nie zna­czy jesz­cze, że ono lubi cie­bie.

Tom­my idzie przede mną, ty­sią­ce wro­gich spoj­rzeń od­bi­ja­ją się od nie­go jak ka­my­ki od zadu no­so­roż­ca. Dłu­gi­mi kro­ka­mi po­ko­nu­je ba­zar, ocie­ra­jąc się o zwi­sa­ją­ce płach­ty de­li­kat­ne­go je­dwa­biu i prze­py­cha­jąc się łok­cia­mi przez za­gaj­ni­ki zwi­nię­tych dy­wa­nów. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach, od­kąd cał­ko­wi­cie stra­ci­łem orien­ta­cję, gdzie je­ste­śmy, ude­rza pię­ścią w pla­kat Mi­cha­ela Jack­so­na, za któ­rym praw­do­po­dob­nie znaj­du­ją się drzwi. Oczy Mi­cha­ela zni­ka­ją i uka­zu­ją się za­miast nich oczy ży­we­go czło­wie­ka. Nie mogę się po­wstrzy­mać od wy­krzyk­nię­cia:

- Na mi­łość bo­ską! Za­mie­rzasz ku­pić coś od tych lu­dzi?

Flet­cher jed­nak nic so­bie z tego nie robi i wsu­wa kil­ka do­la­rów w otwór, co wy­star­cza, że­by­śmy do­sta­li się do środ­ka. Pla­kat uno­si się ni­czym ro­le­ta i od­sła­nia sta­lo­we drzwi, co jest do­syć ko­micz­ne, bo ścia­na jest zro­bio­na z kar­ton-gip­su.

Śmie­ję się już te­raz otwar­cie.

- Wiesz co, Tom­my? Za­śpie­wam ci jak Mi­cha­el: Spa­daj! Po pro­stu spa­daj! Je­stem zły, a ty spa­daj!

Idę za Tom­mym ni­skim ko­ry­ta­rzem, aż wresz­cie wi­dzę coś, co wy­glą­da jak po­cze­kal­nia peł­na miej­sco­wych, któ­rzy czy­ta­ją "US We­ekly" i "Co­smo­po­li­tan". Ścia­na jest zdo­mi­no­wa­na przez wiel­ką ta­bli­cę z na­pi­sem "Za­kaz pa­le­nia". O dzi­wo, mimo że je­ste­śmy na Bli­skim Wscho­dzie, wszy­scy prze­strze­ga­ją tego za­ka­zu. Ład­niut­ka pie­lę­gnia­recz­ka mówi coś szyb­ko do te­le­fo­nu, kie­dy wcho­dzi­my, i igno­ru­je nas do cza­su, gdy Tom­my stu­ka w jej biur­ko lufą ka­ra­bi­nu.

- Mu­szę się zo­ba­czyć z dok­to­rem - mówi mi­łym to­nem.

Pie­lę­gniar­ka wy­glą­da na Ame­ry­kan­kę, ze wszyst­ki­mi ko­rzy­ścia­mi, ja­kie z tego pły­ną. Wiel­kie zęby a la Ju­lia Ro­berts i cyc­ki, na któ­rych wi­dok far­cia­rzo­wi, któ­ry by je zo­ba­czył w ca­łej oka­za­ło­ści, na pew­no wy­szły­by gały z or­bit.

- Czy ma pan umó­wio­ną wi­zy­tę? - pyta. Po tym, jak po­ru­sza gło­wą, wy­ma­wia­jąc sło­wa "umó­wio­na wi­zy­ta", do­my­ślam się, że jest z Ka­li­for­nii.

Tom­my spo­koj­nie po­ta­ku­je.

- Tak, pan jest umó­wio­ny. I w peł­ni uzbro­jo­ny, a jesz­cze kil­ka ła­dun­ków ma w tor­bie.

Pie­lę­gniar­ka wska­zu­je ró­żo­wym pa­znok­ciem w kie­run­ku po­cze­kal­ni.

- Wszy­scy tu je­ste­śmy uzbro­je­ni, pro­szę pana. Ja, na przy­kład, wła­śnie w tej chwi­li mie­rzę z col­ta pro­sto w pań­skie klej­no­ty. Więc pro­szę za­jąć miej­sce, bo je­śli ten colt wy­strze­li, na­wet pan dok­tor panu nie po­mo­że.

Dziw­na rzecz, cały ten me­lo­dra­mat tego po­po­łu­dnia. Ale nic nie wy­da­je mi się praw­dzi­we ani złe w tym skwa­rze. Mózg mi skwier­czy pod czasz­ką, tak jak i ścia­ny.

Mu­chy tu­taj są ogrom­ne.

Dwie ko­bie­ty w kwie­ci­stych chu­s­tach na gło­wach kłó­cą się nad ar­ty­ku­łem o Ma­don­nie.

- Prze­pra­szam pa­nią - mówi Tom­my - ale nie mam cza­su.

Wszyst­ko dzie­je się tak szyb­ko, że kie­dy pró­bu­ję to ze­brać ra­zem, ob­ra­zy ska­czą i mi­go­czą jak na sta­rej ta­śmie VHS, któ­rą ktoś zbyt czę­sto oglą­dał.

Pie­lę­gniar­ka wsta­je i oka­zu­je się, że drob­niut­kie pa­lusz­ki za­ci­ska na ogrom­nym pi­sto­le­cie. Na­gle tra­fia on w moje ręce. Mu­sia­łem go jej wy­rwać. W ogó­le tego nie pa­mię­tam. Tre­ning robi swo­je. Tom­my zni­ka w ko­ry­ta­rzu i pa­mię­tam tyl­ko, że my­ślę: Do­bra, bę­dzie tego. Nie wiem, co się dzie­je, ale mu­szę się z tego wy­plą­tać. Do dia­bła, z ła­two­ścią mógł­bym roz­pier­ni­czyć jed­ną z tych ścian i wy­paść na uli­cę.

Ale nie ru­szam się nig­dzie bez swo­je­go sier­żan­ta.

W ko­ry­ta­rzu wi­szą pla­ka­ty, spło­wia­łe od słoń­ca. Pa­mię­tam ET i jed­ne­go z Bon­dów z Conn­ne­rym. A po­tem sta­je­my przy drzwiach. Ktoś na­pi­sał na nich gru­bym mar­ke­rem: DOK­TOR.

- Je­zu­uu - wzdy­cha Tom­my. - Do­brze wie­dzieć.

I wcho­dzi do środ­ka, ze mną przy boku i pie­lę­gniar­ką za nami wy­zy­wa­ją­cą nas obu od skur­wy­sy­nów. Przed sobą wi­dzi­my pry­mi­tyw­ną salę ope­ra­cyj­ną z pla­sti­ko­wą płach­tą na pod­ło­dze i męż­czy­znę w bia­łym far­tu­chu mie­rzą­ce­go z wiel­kiej szpry­cy z czer­wo­na­wą ma­zią w wac­ka ja­kie­goś fa­ce­ta.

Na­gle opusz­cza mnie wszel­ka cie­ka­wość, a Tom­my rzy­ga na pod­ło­gę; stru­mycz­ki wy­mio­cin spły­wa­ją po pla­sti­ko­wej płach­cie.

- Cho­ler­ni za­srań­cy - mówi le­karz. - To ste­ryl­ne po­miesz­cze­nie.

Wła­śnie w taki spo­sób po­zna­łem Ze­bu­lo­na Kron­skie­go.

Wra­caj­my do te­raź­niej­szo­ści.

Kie­dyś mógł­bym po­je­chać le­xu­sem na lot­ni­sko w Ne­wark i po­rzu­cić go tam na dłuż­szy czas. Te­raz, z po­wo­du ob­ostrzo­nych prze­pi­sów do­ty­czą­cych bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, w try miga we­pchnę­li­by pod nie­go lu­ster­ka, więc za­miast tego wy­bie­ram miej­sco­wy dwo­rzec au­to­bu­so­wy i par­ku­ję SUV-a przy śmiet­ni­ku. Po­wi­nie­nem mieć ja­kieś dzie­sięć dni spo­ko­ju, za­nim ktoś we­zwie gli­ny. Przy odro­bi­nie szczę­ścia ja­kiś gno­jek zwę­dzi wóz, wy­rzu­ci cia­ło i za­bu­rzy re­ak­cję łań­cu­cho­wą, któ­rą ktoś bę­dzie pró­bo­wał prze­śle­dzić.

Prze­sze­dłem kil­ka prze­cznic, po czym zła­pa­łem tak­sów­kę, za któ­rą za­pła­ci­łem jed­ną z pięć­dzie­sią­tek Bar­ret­ta. Zero po­czu­cia winy.

Pie­przyć go, gość pró­bo­wał mnie za­dźgać.

Nie mogę tego mó­wić gło­śno, na­wet pół­gło­sem, bo nig­dy nie za­bi­łem ni­ko­go, chy­ba że w cza­sie dzia­łań wo­jen­nych, i je­stem kom­plet­nie roz­trzę­sio­ny.

"A nie uwa­żasz, że to rów­nież były dzia­ła­nia wo­jen­ne? Jak in­a­czej to na­zwiesz w ta­kim ra­zie?".

W tak­sów­ce na­ba­wi­łem się bólu gło­wy, roz­my­śla­jąc o po­ran­nych wy­da­rze­niach. Zeb miał do­bre okre­śle­nie na tego ro­dza­ju sy­tu­acje (w jego przy­pad­ku cho­dzi­ło zwy­kle o brak szczę­ścia w kar­tach albo w mi­ło­ści):

To­tal­ny psi chuj, Dan. Pier­do­lo­ny psi chuj.

Nie mam po­ję­cia, co to do­kład­nie ozna­cza, ale pa­su­je jak ulał do mo­je­go obec­ne­go na­stro­ju.

Mój przy­ja­ciel ma coś, cze­go chce Mike Mad­den. Coś na tyle waż­ne­go, że Ma­cey Bar­rett miał po­zbyć się każ­de­go świad­ka. Gdy­by Zeb żył, nie by­ło­by trze­ba prze­szu­ki­wać jego ga­bi­ne­tu; od­dał­by to sam. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści, mój kum­pel jest cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny to­le­ran­cji na ból. Za­bra­łem go kie­dyś na po­go­to­wie z po­wo­du rze­ko­me­go ata­ku ser­ca, któ­ry oka­zał się uci­skiem na nerw. Cho­ler­nym uci­skiem na nerw. Kur­de, przez ty­dzień w woj­sku mia­łem ta­kich dzie­sięć.

To ozna­cza, że Zeb praw­do­po­dob­nie nie żyje. A je­śli tak, to co po­wi­nie­nem ro­bić?

Nic. Po­chy­lić gło­wę i mo­dlić się, żeby bu­rza mi­nę­ła. Pła­kać ci­chut­ko z ser­cem prze­peł­nio­nym na­dzie­ją, że odej­dzie. Wszy­scy ci żoł­nie­rze na fil­mach pie­przą głu­po­ty o tym, że nig­dy nie zo­sta­wią kom­pa­na w po­trze­bie. Pier­do­le­nie fil­mo­wych żoł­nie­rzy­ków. Kie­dy fa­cet do­sta­nie kul­kę za li­nią wro­ga, to już po nim. Pierw­sza za­sa­da wal­ki.

ROZDZIAŁ 2

Po swo­jej pierw­szej mi­sji w ir­landz­kich si­łach po­ko­jo­wych w Li­ba­nie po­le­cia­łem do domu, gdzie wca­le nie po­wi­ta­li mnie, jak­bym był bo­ha­te­rem, tyl­ko ra­czej ze­rem, i prze­ko­na­łem się, że zie­lo­na tra­wa oj­czy­zny wca­le nie jest już tak buj­na jak kie­dyś. Naj­wi­docz­niej ogół spo­łe­czeń­stwa był zda­nia, że siły po­ko­jo­we nie bio­rą udzia­łu w wal­ce; że tyl­ko sto­ją po­mię­dzy dwie­ma ar­mia­mi, któ­re to­czą woj­nę, i że sprze­da­ją im głod­ne ka­wał­ki w ro­dza­ju: "Och, chłop­cy, to już lek­ka prze­sa­da" albo: "Po­każ­cie mi ustęp w wa­szej świę­tej księ­dze, w któ­rym jest na­pi­sa­ne, że pola mi­no­we cza­sa­mi są w po­rząd­ku". A po­tem ar­mie mó­wią: "Wy, Ir­land­czy­cy, zro­bi­li­ście, co trze­ba było zro­bić, bez ob­ra­zy, chrze­ści­ja­nie. Poza tym ma­cie tak czy­stą kar­to­te­kę w swo­im kra­ju, że po­win­ni­śmy się wsty­dzić za wszyst­kie na­sze kon­flik­ty przy­gra­nicz­ne i po pro­stu usza­no­wać róż­ni­ce mię­dzy nami".

Uzna­łem, że naj­lep­szym spo­so­bem na wy­peł­nie­nie kra­te­ru, któ­ry ział w mo­jej du­szy przez to, że nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło, bę­dzie zgło­sze­nie się na dru­gą mi­sję. Moje po­da­nie praw­do­po­dob­nie włą­czy­ło kil­ka dzwon­ków alar­mo­wych, po­nie­waż sier­żant szta­bo­wy roz­ka­zał mi od­być spa­ce­rek do ga­bi­ne­tu dok­to­ra Mo­riar­ty'ego w do­god­nej dla mnie chwi­li. No, może nie­zu­peł­nie użył słów "spa­ce­rek" i "do­god­na chwi­la", tyl­ko "na­tych­miast bierz dupę w tro­ki, de­bi­lu".

Wiem, że po­wi­nie­nem być obu­rzo­ny, za­ci­snąć pię­ści i wy­pa­lić: "To obu­rza­ją­ce, sier­żan­cie" albo: "Wy­pchaj się!", ale szcze­rze mó­wiąc, myśl o tym, że zo­sta­nę zba­da­ny, była dość in­try­gu­ją­ca.

Tak więc na­za­jutrz rano po­ja­wi­łem się punk­tu­al­nie o siód­mej zero zero w ga­bi­ne­cie dok­to­ra Mo­riar­ty'ego tyl­ko po to, żeby się do­wie­dzieć, że psy­chia­trzy nie mają sztyw­nych go­dzin przy­jęć, i spę­dzić na­stęp­ne dwie go­dzi­ny w po­cze­kal­ni, czy­ta­jąc cza­so­pi­smo, któ­re, klnę się na Boga, no­si­ło ty­tuł "Łeb­skie Spra­wy".

Dok­tor Mo­riar­ty? Wiem, pra­wie jak pro­fe­sor Mo­riar­ty. Za­baw­ne, praw­da?

Kie­dy w koń­cu dok­tor Si­mon Mo­riar­ty się po­ja­wił, za­czy­na­łem już roz­gry­zać tę całą psy­cho­lo­gię: je­śli zda­rzy­ły ci się w mło­do­ści złe rze­czy, to kie­dy do­ra­stasz, je­steś skłon­ny ob­wi­niać o nie ko­goś, kto ma fry­zu­rę po­dob­ną do tego, kto ci te rze­czy ro­bił.

Opo­wie­dzia­łem o tym dok­to­ro­wi, kie­dy w koń­cu wto­czył się do ga­bi­ne­tu. Wy­glą­dał jak gi­ta­rzy­sta Bon Jovi, a śmier­dział jak per­ku­si­sta Hap­py Mon­days. Żad­nej tam mu­chy pod szy­ją ani łat na łok­ciach.

- Nie­zła teo­ria - od­rzekł, roz­wa­la­jąc się na so­fie. - Mó­wi­łem już Ma­rion, że nie po­win­ni­śmy zo­sta­wiać cza­so­pism psy­cho­lo­gicz­nych roz­rzu­co­nych po po­cze­kal­ni. - Za­pa­lił cien­kie cy­ga­ro i dmuch­nął dy­mem w kie­run­ku su­fi­tu, pod­czas gdy ja usi­ło­wa­łem so­bie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem, jak ktoś wy­po­wia­da sło­wo "roz­rzu­co­ne" na głos.

- Cza­ru­ją­cy puł­kow­nik Bra­dy za­su­ge­ro­wał, że­bym zo­sta­wiał tam "Wo­man's Own", co po­mo­że nam wy­ple­nić ge­jów. Ten czło­wiek to ge­niusz.

- A do tego nie­źle ca­łu­je - po­wie­dzia­łem z po­waż­ną miną.

Si­mon Mo­riar­ty uśmiech­nął się za chmu­rą dymu.

- Jest jesz­cze dla was na­dzie­ja, żoł­nie­rzu.

Po­my­śla­łem, że naj­le­piej bę­dzie prze­kłuć tę bań­kę.

- Chcę zgło­sić się na dru­gą mi­sję do Li­ba­nu.

Mo­riar­ty fa­cho­wo wy­pstryk­nął cy­ga­ro przez wpó­ło­twar­te okno.

- Cóż, może jed­nak się my­li­łem.

Ga­da­li­śmy przez go­dzi­nę. Przy­po­mi­na­ło to tro­chę nor­mal­ną roz­mo­wę w pu­bie, gdzie bun­kru­jesz się na kil­ka dni ze swo­im naj­lep­szym kum­plem i w koń­cu two­je gał­ki oczne za­cho­dzą wódą.

Sie­dzia­łem za biur­kiem, a Mo­riar­ty le­żał na so­fie i rzu­cał mi ni­czym fris­bee ko­lej­ne py­ta­nia.

- Dla­cze­go wstą­pi­łeś do woj­ska, Da­nie­lu? - za­py­tał w koń­cu.

Za­pa­mię­ta­łem co nie­co z cza­so­pi­sma, któ­re czy­ta­łem.

- A dla­cze­go two­im zda­niem wstą­pi­łem do woj­ska?

Mo­riar­ty za­śmiał się sztucz­nie ni­czym czar­ny cha­rak­ter z fil­mów z Bon­dem.

- O rany, ja­kież to ko­micz­ne - po­wie­dział z pew­no­ścią sie­bie, któ­ra spra­wi­ła, że do­sze­dłem do wnio­sku, że przez wszyst­kie te lata nie­po­praw­nie uży­wa­łem sło­wa "ko­micz­ne". - Czu­ję się te­raz jak głu­pek: zmar­no­wa­łem czas na uni­wer­ku, pod­czas gdy wszyst­ko mo­głem wy­czy­tać z pi­se­mek. Baw się do­brze w tym Li­ba­nie.

Wes­tchną­łem.

- No do­brze, dok­tor­ku. Wstą­pi­łem do woj­ska, po­nie­waż...

Mo­riar­ty usiadł.

- Po­nie­waż?

- Po­nie­waż mun­du­ry pa­su­ją mi do ko­lo­ru oczu. Daj spo­kój. Dla for­sy, oczy­wi­ście.

Si­mon Mo­riar­ty za­mru­gał po­wie­ka­mi, jak­by chciał od­go­nić sprzed oczu im­pre­zę z ostat­niej nocy.

- Ode­sła­li cię przed­wcze­śnie do kra­ju, McE­voy. Przy­po­mnij mi, dla­cze­go.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- We­zwa­łem śmi­gło­wiec, żeby ostrze­lał na­sze po­zy­cje. - Wzru­sze­nie ra­mion mia­ło z tego zro­bić drob­nost­kę, ale to wca­le nie była drob­nost­ka i nogi mi się trzę­sły, kie­dy to po­wie­dzia­łem, a umysł wró­cił do po­ci­sków smu­go­wych prze­ci­na­ją­cych noc­ne nie­bo, tak jak­by to był plan Łow­cy an­dro­idów albo Gwiezd­nych wo­jen. Tego fil­mu, któ­re­go ak­cja roz­gry­wa­ła się w ko­smo­sie.

- To brzmi jak opis dzia­łań de­bi­la.

Pod­pusz­czał mnie, ale nie mia­łem nic prze­ciw­ko, bo obaj się tro­chę uśmie­cha­li­śmy.

- Nie­do­bit­ki Ru­chu Amal po­sta­no­wi­ły opa­no­wać cały te­ren - wy­ja­śni­łem. - Dzia­ła­ły w sta­rym sty­lu. Naj­praw­dziw­sza wal­ka wręcz; kil­ku z nich mia­ło na­wet sza­ble. Wszy­scy z wy­jąt­kiem war­ty scho­wa­li się w bun­krze. Mia­łem na­daj­nik, więc we­zwa­łem śmi­gło­wiec.

- To była do­bra de­cy­zja?

- Na pew­no nie­kon­wen­cjo­nal­na. Była strasz­na roz­pier­du­cha, ale na pew­no nie taka, jaka mo­gła być. A poza tym ge­ne­rał prze­żył.

- I ode­sła­li cię z po­wro­tem?

- Bo mia­łem ner­wi­cę fron­to­wą.

- A mia­łeś?

- Ja­sne, że tak. Zero wy­próż­nień przez trzy dni.

Mo­riar­ty spró­bo­wał jesz­cze raz.

- Więc dla­cze­go wstą­pi­łeś do woj­ska, Da­nie­lu?

Nie­zły był. Nie spo­dzie­wa­łem się tak na­głej zmia­ny te­ma­tu. Prze­cież ta hi­sto­ryj­ka ze śmi­głow­cem jest bar­dzo cie­ka­wa.

- Uwa­ża­łem, że śmierć za gra­ni­cą jest lep­sza niż ży­cie w kra­ju.

Mo­riar­ty ude­rzył pię­ścią po­wie­trze.

- Je­den zero - za­try­um­fo­wał.

Przez więk­szość nocy po pra­cy w ka­sy­nie bio­rę kil­ka tria­zo­la­mów, żeby za­snąć. Tak dłu­go, jak tyl­ko mogę, pró­bu­ję ja­koś igno­ro­wać wrza­ski pani De­la­no z miesz­ka­nia nade mną, ale są tak wszech­ogar­nia­ją­ce, że w koń­cu ły­kam ta­blet­ki, żeby ją wy­ci­szyć przy­najm­niej na kil­ka go­dzin.

Zwy­kle pro­wa­dzi­my małą wy­mia­nę zdań przez dziu­rę w su­fi­cie przy ży­ran­do­lu.

Naj­czę­ściej wy­cho­dzę z czymś ta­kim:

- Na mi­łość bo­ską, stul mor­dę.

Na co pani De­la­no od­po­wia­da:

- Na mi­łość bo­ską, stul mor­dę.

Po czym ja za­czy­nam bła­gać:

- Czy nie mo­że­my się po­go­dzić choć na jed­ną noc?

Co ona spryt­nie ob­ra­ca w:

- Czy nie mo­że­my so­bie do­go­dzić cho­ciaż w jed­ną noc?

Ro­zu­mie­cie już te­raz, w czym rzecz?

Tej nocy my­ślę o Con­nie, więc po­pi­jam tria­zo­lam whi­sky i pró­bu­ję za­znać kil­ku go­dzin od­po­czyn­ku. O ósmej jed­nak prze­szy­wa­ją­cy ton gło­su mo­jej świr­nię­tej są­siad­ki wy­ry­wa mnie ze snu i leżę w łóż­ku, słu­cha­jąc, jak De­la­no dzie­li się ze świa­tem zło­tą my­ślą, któ­ra z po­wo­dze­niem mo­gła­by się zna­leźć w Eg­zor­cy­ście:

- Je­śli kie­dy­kol­wiek znaj­dę cię, kot­ku, do­dam ci do kawy trut­ki na szczu­ry.

To spra­wia, że zry­wam się z łóż­ka. Miesz­kam w tym bu­dyn­ku od pię­ciu lat i przez pierw­sze dwa pani De­la­no wy­da­wa­ła się nor­mal­ną ko­bie­tą, bez­piecz­ną dla oto­cze­nia. Po­tem za­czę­ły się te gad­ki o do­da­wa­niu tru­ci­zny do kawy. Za­czy­nam wie­rzyć, że nikt tak na­praw­dę nie zna dru­gie­go czło­wie­ka. Je­stem cał­kiem pe­wien, że nikt nie zna mnie.

Ochro­niarz, były woj­sko­wy, któ­ry ma ob­se­sję na punk­cie wło­sów. Ja­kie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że bą­bel­ki z dia­gra­mu Ven­na się prze­tną?

Dia­gram Ven­na? Wiem, wiem. To ko­lej­na cen­na in­for­ma­cja po­cho­dzą­ca od Si­mo­na Mo­riar­ty'ego.

Wska­ku­ję pod prysz­nic, my­śląc o Con­nie - pod prysz­ni­cem my­śli mi się naj­le­piej. Mam przed ocza­mi wszyst­ko, co jest z nią zwią­za­ne. Wszyst­ko to, co zwy­kle. To, jak cho­dzi, zu­peł­nie jak­by mia­ła w środ­ku wa­ha­dło. To, że jej bro­okliń­ski ak­cent robi się nie­co sil­niej­szy, kie­dy jest wku­rzo­na. Ostre rysy jej nosa i bro­dy. Uśmiech sze­ro­ki jak ka­wał nie­ba.

Och, kot­ku, mówi. Och, kot­ku.

W środ­ku chmu­ry pary moja wy­obraź­nia wzno­si się nad po­zio­my. Chro­po­wa­ty za­śpiew na koń­cu fra­zy.

Och, ko­oot­ku.

Jak mo­głem tego wte­dy nie za­uwa­żyć? Con­nie prze­sy­ła­ła mi wia­do­mość.

Od­krę­cam zim­ną wodę.

Pro­mie­nie słoń­ca wpa­da­ją przez okno ła­zien­ki i na­grze­wa­ją wi­ny­lo­wą, kra­cia­stą za­słon­kę prysz­ni­ca. Dzi­siaj bę­dzie go­rą­co. Za go­rą­co na weł­nia­ną czap­kę.

Nie ma spra­wy. Mam też lżej­sze na­kry­cia gło­wy.

Lu­bię tę porę roku w New Jer­sey. Po­wie­trze przy­po­mi­na mi oj­czy­znę. Sta­re śmie­cie, zie­lo­na wy­spa. Ir­lan­dia. Cza­sa­mi, w po­god­ne dni, nie­bo mia­ło ten sam ja­skra­wo­nie­bie­ski od­cień co tu­taj.

Po pro­stu wra­caj do domu i prze­stań psio­czyć.

Za­czy­nam się wku­rzać na swo­je my­śli. Czy jest coś bar­dziej ża­ło­sne­go od Ir­land­czy­ka na ob­cej zie­mi, za­wo­dzą­ce­go Dan­ny Boya? Zwłasz­cza ta­kie­go Ir­land­czy­ka, któ­ry nie lu­bił swo­je­go kra­ju, kie­dy w nim miesz­kał?

Nie cho­dzi­ło o kraj, przy­po­mi­nam so­bie. Cho­dzi­ło o jego miesz­kań­ców i to, co tam za­szło.

Moje miesz­ka­nie mie­ści się na dru­gim pię­trze, w domu po­ło­żo­nym trzy prze­czni­ce na pół­noc od Main Stre­et i dzie­sięć prze­cznic na po­łu­dnie od bu­dyn­ków z nie­co krzy­kli­wy­mi fa­sa­da­mi, ucho­dzą­cych w tym mie­ście za cen­trum han­dlo­wo-usłu­go­we. Idę po po­pę­ka­nym be­to­nie, sta­ra­jąc się uni­kać kło­po­tów. Pew­na Cy­gan­ka po­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że moja aura przy­po­mi­na wodę peł­ną re­ki­nów. Cza­sa­mi wku­rzam lu­dzi po pro­stu prze­cho­dząc obok, więc tro­chę się gar­bię, wle­piam wzrok w zie­mię i usi­łu­ję pro­mie­nio­wać życz­li­wo­ścią. Weź­cie mnie za hi­pi­sa, pro­szę.

Ga­bi­net dok­to­ra Kron­skie­go znaj­du­je się w dziel­ni­cy, w któ­rej nie ma drzew przy chod­ni­kach. Ko­sze na śmie­ci są peł­ne bu­te­lek po pi­wie, a je­śli po­sto­isz w jed­nym miej­scu tro­chę dłu­żej, na pew­no zja­wi się ktoś, kto za­pro­po­nu­je ci, że zro­bi wszyst­ko, cze­go­kol­wiek tyl­ko za­pra­gniesz.

Wszyst­ko to może su­ge­ro­wać, że Zeb Kron­ski jest kiep­skim chi­rur­giem, co zu­peł­nie nie od­po­wia­da praw­dzie. Zeb jest wspa­nia­łym chi­rur­giem; on po pro­stu nie ma po­zwo­le­nia na prak­ty­kę w Sta­nach. A nie ma go przez pa­cjent­kę, któ­ra zmar­ła mu na sto­le w Tel Awi­wie; za­pew­nił mnie, że nie z jego winy. Wszyst­ko przez im­plan­ty.

Bu­dy­nek ma może dwa­dzie­ścia lat, ale wy­glą­da pięć razy sta­rzej. Część usłu­go­wą zbu­do­wa­no głów­nie ze szkła i ścia­nek dzia­ło­wych. Zimą księ­go­we i po­mo­ce den­ty­stycz­ne za­ma­rza­ją na śmierć w tych klit­kach.

Ga­bi­net Zeba jest wci­śnię­ty mię­dzy pral­nię che­micz­ną Snow Whi­te a ga­bi­net den­ty­stycz­ny ofe­ru­ją­cy czysz­cze­nie zę­bów me­to­dą Bri­te-Smi­le. Che­micz­na ka­nap­ka. Nic dziw­ne­go, że mój przy­ja­ciel dok­tor tak czę­sto zry­wa się z pra­cy, sko­ro te opa­ry zże­ra­ją mu mózg. Upew­ni­łem się, że moje wi­zy­ty będą mia­ły miej­sce rano, za­nim jesz­cze do­pad­nie go przy­gnę­bie­nie.

Kie­dy się zja­wiam, na drzwiach wisi ta­blicz­ka z na­pi­sem: Za­mknię­te. Dziw­ne. Zwy­kle o tej po­rze w ga­bi­ne­cie le­cze­nia ho­me­opa­tycz­ne­go Kron­ski pro­wa­dzi oży­wio­ne in­te­re­sy, sprze­da­jąc kap­suł­ki ze sprosz­ko­wa­nym pe­ni­sem kro­ko­dy­la. Zeb twier­dzi, że za­czął całą tę ho­me­opa­tię dla za­my­dle­nia oczu, ale oka­za­ło się, że przy­no­si cał­kiem nie­złe zy­ski.

- Lu­dzie są po­pie­prze­ni, Dan - zwie­rzył mi się któ­rejś nocy w "Slot­zu", wpa­tru­jąc się w whi­sky na dnie szklan­ki. - Wszy­scy szu­ka­ją ma­gicz­nych pi­gu­łek. I nie ob­cho­dzi ich, z ro­gów ja­kie­go zwie­rzę­cia się je robi.

Front ga­bi­ne­tu za­sła­nia­ją drew­nia­ne ża­lu­zje; przy­po­mi­na mi się po­kład szku­ne­ra, na któ­rym pra­co­wa­łem w por­cie Cobh. Na­pis z kal­ko­ma­nii gło­si: "Kó­ra­cje Kron­skie­go". W tym cen­trum usłu­go­wym aż roi się od błę­dów or­to­gra­ficz­nych. Dwo­je drzwi da­lej jest "Fry­zier", a z tyłu znaj­du­je się "Sala Sza­lo­nyh Dzie­cia­kuf", któ­rym apli­ku­je się ri­ta­lin.

Ogar­nia mnie lek­kie po­iry­to­wa­nie. Le­piej, żeby się nie oka­za­ło, że Zeb wła­śnie leży twa­rzą w dół w pu­stym ja­cuz­zi, od­sy­pia­jąc ca­ło­noc­ną im­pre­zę.

Zno­wu.

Ostat­ni raz kosz­to­wa­ło mnie to dwie­ście do­lców, któ­re mu­sia­łem za­pła­cić bur­del­ma­mie.

Pod­ję­cie de­cy­zji o ku­ra­cji nie było ła­twe, roz­wa­ża­łem róż­ne sce­na­riu­sze, od­gry­wa­jąc wo­bec sie­bie rolę ad­wo­ka­ta dia­bła.

A co je­śli me­szek się nie przyj­mie? Je­śli skoń­czę z bli­zna­mi na łbie? A może je­stem próż­nym dup­kiem, któ­ry po za­bie­gu i tak bę­dzie brzy­da­lem?

A te­raz ogar­nia mnie to­tal wkurw (jak ma­wia­ją moi nowi ro­da­cy), że Zeb Kron­ski się spóź­nia. Bo kie­dy Zeb się spóź­nia, zwy­kle spóź­nia się za­la­ny.

Wer­tu­ję kie­szon­ki port­fe­la w po­szu­ki­wa­niu za­pa­so­we­go klu­cza; przy­najm­niej cze­ka­jąc na nie­go, mógł­bym włą­czyć eks­pres do kawy. A po­tem do­strze­gam, że drzwi są uchy­lo­ne.

Tro­chę dziw­ne. Ale tyl­ko tro­chę. Zeb nie pa­mię­ta o za­pię­ciu roz­por­ka, kie­dy jest na­wa­lo­ny. Któ­re­goś razu w ba­rze, klnę się na Boga, że to praw­da, był już pięć kro­ków od ki­bla, gdy przy­po­mniał so­bie, żeby scho­wać wac­ka.

Otwie­ram drzwi czub­kiem buta i za­glą­dam do środ­ka. Świa­tło ma ko­lor se­pii i jest cięż­kie od wi­ru­ją­cych dro­bi­nek ku­rzu. Coś tu się wy­da­rzy­ło. I to do­pie­ro co.

W ta­kich chwi­lach jak ta przy­po­mi­na­ją mi się pa­tro­le w Tib­ni­nie. Sta­ram się uni­kać wspo­mnień, kie­dy mam coś zro­bić, ale nie­któ­re chwi­le bar­dziej dzia­ła­ją na wy­obraź­nię niż inne. Nie­któ­re chwi­le aż pul­su­ją za­gro­że­niem. Z ja­kie­goś po­wo­du to jed­na z ta­kich chwil.

Nie­spo­dzie­wa­nie przed mo­imi ocza­mi po­ja­wia się ka­pral Tom­my Flet­cher. Ka­wał su­kin­ko­ta z hrab­stwa Ker­ry, łapy jak Po­peye, cią­gle się skar­żył. Na­wet pod­czas po­ran­ne­go roz­mi­no­wy­wa­nia Flet­cher kła­pał dzio­bem. Ten kli­mat jest za­bój­czy dla mo­jej cery, sier­żan­cie, mó­wił. Pie­gi mi się, kur­wa, roz­mno­ży­ły.

Po­tem ktoś tra­fił z ka­tiu­szy w cię­ża­rów­kę US M35 za nami i odła­mek urwał Flet­che­ro­wi nogę aż do ko­la­na. Ru­szy­łem da­lej, tasz­cząc Tom­my'ego na ra­mie­niu, spo­wi­ty cząst­ka­mi B+ i drę­czo­ny szu­mem usznym.

Wróć­my jed­nak do te­raź­niej­szo­ści. Sta­ram się nie roz­kle­jać, ale kie­dy do­pa­da­ją mnie wspo­mnie­nia, mam wra­że­nie, że znów tam je­stem, tyle że wiem, co bę­dzie da­lej. Czło­wiek niby jest za­nu­rzo­ny w te­raź­niej­szo­ści, ale na chwi­lę znów sta­je się prze­stra­szo­nym chłop­cem. Kie­dyś aż się zmo­czy­łem. Nie prze­jął­bym się, gdy­by nie to, że w cza­sie praw­dzi­wej ak­cji się nie po­si­ka­łem.

Uwiel­biam oglą­dać tych wszyst­kich bo­ha­te­rów z se­ria­li z daw­nych lat. Tom Ma­gnum, Mitch Bu­chan­non, Son­ny Croc­kett, sami naj­więk­si. Naj­pierw ra­czą nas dzie­się­cio­se­kun­do­wą sce­ną z Wiet­na­mu na­krę­co­ną trzę­są­cą się ka­me­rą, a w na­stęp­nej po­ka­zu­ją ich, jak się bu­dzą z od­sło­nię­ty­mi kla­ta­mi, gry­ma­sem bólu na twa­rzach i może nie­znacz­ny­mi śla­da­mi potu na gład­kich czo­łach.

Flet­cher, my­ślę so­bie. Jezu Chry­ste.

We­wnątrz ga­bi­ne­tu Zeba za­czy­na osia­dać kurz.

Pa­nu­je tu nie­zły baj­zel. Pi­guł­ki leżą w nie­chluj­nych ster­tach na pół­kach, szu­fla­da sza­fy jest roz­dzia­wio­na jak usta pi­ja­ka. Wszę­dzie wa­la­ją się pa­pie­ry, kil­ka do­pie­ro opa­da na zie­mię.

Uświa­da­miam so­bie, że ktoś tam musi być, i po­ty­kam się, za­wa­dza­jąc sto­pą o wy­kła­dzi­nę.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, ko­le­go? - roz­le­ga się głos. Z ciem­no­ści po­cze­kal­ni wy­sta­ją skrzy­żo­wa­ne nogi i mo­ka­sy­ny. Mo­ka­sy­ny typu pen­ny lo­afers z praw­dzi­wy­mi cen­ta­mi. Kim jest ten gość? Człon­kiem Brat Pack? Tymi cen­ta­mi ude­rza jed­nak w czu­łą stru­nę; za­czy­nam so­bie coś przy­po­mi­nać.

Kasz­lę, żeby zy­skać na cza­sie, a po­tem mó­wię:

- Świet­nie. Pie­przo­na wy­kła­dzi­na. Dok­to­rek chy­ba pró­bu­je mnie za­bić.

Roz­le­ga się ni­ski, chra­pli­wy śmiech, a po nim na­stę­pu­je stwier­dze­nie, któ­re czę­sto sły­szę:

- Dziw­nie ga­dasz.

- Czę­sto to sły­szę - od­po­wia­dam.

- Skąd po­cho­dzisz? Z Du­bli­na?

To było nie­złe. Więk­szość lu­dzi roz­po­zna­je ir­landz­ki ak­cent, ale nig­dy du­bliń­ski.

- Je­stem pod wra­że­niem. Masz tam ja­kichś krew­nych?

Nogi roz­krzy­żo­wu­ją się i pro­stu­ją.

- Nie. Pra­cu­ję z go­ściem, któ­ry oglą­da w sie­ci ir­landz­ki se­rial.

Wresz­cie za­ła­pu­ję. Wiem, kto to, i wy­star­czy, że za­pa­lę świa­tło, by to po­twier­dzić.

Ma­cey Bar­rett. Je­den z żoł­nie­rzy Mi­cha­ela Mad­de­na.

No do­bra. Mogą być kło­po­ty.

W Clo­isters nie mamy za dużo zor­ga­ni­zo­wa­nej prze­stęp­czo­ści. To za mała dziu­ra. Ale jest je­den gość, któ­ry pró­bu­je zro­bić ka­rie­rę typu od cyn­gla do bos­sa. Spę­dził lato u ku­zy­na w Bronk­sie i pod­ła­pał kil­ka po­my­słów na pro­wa­dze­nie or­ga­ni­za­cji.

Mike Ir­land­czyk Mad­den. Pro­sty­tu­cja, wy­mu­sza­nie ha­ra­czu i han­del me­tam­fe­ta­mi­ną, wcią­ga­nie w na­łóg week­en­do­wych ćpu­nów. I oto w po­cze­kal­ni przed ga­bi­ne­tem mo­je­go kum­pla Zeba sie­dzi je­den z chło­pa­ków Mad­de­na. W ciem­no­ści.

Co tu się dzie­je, do dia­bła?

Pró­bu­ję się uspo­ko­ić. W koń­cu ban­dzio­rom też przy­da­rza się wzdę­cie ban­dzio­cha. Może ten gość przy­szedł tu po tro­chę alo­esu.

Bar­rett ma wy­gląd księ­go­we­go. Kosz­tow­na fry­zu­ra, kosz­tow­ny uśmiech, ład­na zło­ci­sta opa­le­ni­zna. Tyle że nie jest księ­go­wym. Ja­son po­ka­zał mi go któ­re­goś wie­czo­ru w klu­bie.

- Wi­dzisz tego go­ścia po so­lar­ce w mo­ka­sy­nach? To Ma­cey Bar­rett. Mike Ir­land­czyk ścią­gnął go tu­taj z No­we­go Jor­ku. Na­zy­wa­ją go Kra­bem, bo kie­dy do cie­bie pod­cho­dzi, żeby wbić w cie­bie nóż, dro­bi tro­chę na boki.

Wbi­ja­nie w lu­dzi noży to chy­ba ulu­bio­na roz­ryw­ka Bar­ret­ta. Zna­łem ta­kich go­ści w woj­sku; lu­bi­li mieć krew na rę­kach. Uwiel­bia­li uczu­cie to­wa­rzy­szą­ce za­głę­bia­niu się ostrza w cie­le.

- Przy­sze­dłeś do dok­to­ra? - pyta mnie Bar­rett, chy­ba dla za­bi­cia cza­su.

Na­le­wam so­bie do kub­ka wody z dys­try­bu­to­ra.

- Zga­dza się. Je­stem umó­wio­ny.

- Coś ty? Nie ma cię w książ­ce przy­jęć.

Prze­glą­dał książ­kę przy­jęć. Na­wet nie pró­bu­je tego ukryć.

- Nie mu­szę być za­pi­sa­ny, żeby dok­to­rek mnie przy­jął.

Bar­rett pod­no­si się z krze­seł­ka i sta­je swo­bod­nie.

- Ty i dok­to­rek je­ste­ście chy­ba ze sobą bli­sko, co? Pie­przy ci głu­po­ty? Zwie­rza się?

Wzru­szam ra­mio­na­mi, jak­bym chciał po­wie­dzieć: co to ma za zna­cze­nie. To żad­na od­po­wiedź i Bar­rett wca­le nie jest z niej za­do­wo­lo­ny.

- Cho­dzi mi o to, że nie je­steś umó­wio­ny, a w ręce trzy­masz klucz. Klucz daje się ko­muś, z kim się jest za­przy­jaź­nio­nym. Spo­ty­kasz się z nim na pi­wie po pra­cy, ga­da­cie ra­zem. Mó­wisz mu o tym, komu co zro­bisz, tak?

- Zeb nie roz­ma­wia o pa­cjen­tach. Je­śli o to cho­dzi, jest jak spo­wied­nik.

Bar­rett nie usły­szał nic oprócz pierw­sze­go sło­wa.

- Zeb? Po­wie­dzia­łeś Zeb? Cho­le­ra, je­ste­ście na­praw­dę bli­sko.

Po­tem zmie­nia te­mat, przy­bie­ra nie­mal kum­plow­ski ton:

- Skąd ja wła­ści­wie cie­bie znam, ko­leś? Bo prze­cież cię znam, co?

- To małe mia­sto.

Bar­rett śmie­je się, zu­peł­nie jak­by to był żart.

- Taa, ja­sne. Małe mia­sto. Tra­fi­łeś w samo sed­no, ko­leś. Ale ja cię znam. Daj spo­kój, fa­cet. Nie wmó­wisz mi, że mnie nie znasz.

Bar­rett mówi to w taki spo­sób, jak­by to, że się go zna, było cu­dow­nym pre­zen­tem od losu.

Ja cię sunę!

- To praw­da, Ma­cey. Znam cię. Wi­du­ję cię w ka­sy­nie. Je­steś jed­nym z chło­pa­ków Mad­de­na.

Życz­li­wa at­mos­fe­ra pod­no­si się o je­den sto­pień.

- Zga­dza się. Pra­cu­ję dla Mike'a. To ten gów­nia­ny klub, nie? "Slotz", zga­dza się? Ty je­steś Da­niel McE­voy, po­wiedz, że się mylę. Wi­dzia­łem cię przy ro­bo­cie, ale nig­dy nie sły­sza­łem, jak ga­dasz.

I za­czy­na do mnie iść, dro­biąc na boki. Pra­wą rękę ma opusz­czo­ną.

To nie wró­ży nic do­bre­go. To dro­bie­nie.

- Ka­wał chło­pa z cie­bie, McE­voy - mówi Bar­rett, po­trzą­sa­jąc ręką, jak­by chciał zsu­nąć coś w dół rę­ka­wa. Ża­den z nie­go Da­vid Cop­per­field. - Za­ło­żę się, że spusz­czasz nie­zły wpier­dol tym wszyst­kim ku­ta­som.

Trud­no mi uwie­rzyć, że to na­praw­dę się dzie­je. Bar­rett zu­peł­nie se­rio za­mie­rza mnie wy­koń­czyć tyl­ko dla­te­go, że się tu­taj zja­wi­łem. Je­den z nas zna­lazł się w nie­od­po­wied­nim miej­scu w nie­od­po­wied­nim cza­sie. Wy­cią­ga szyb­ko rękę i w jego dło­ni wi­dzę błysk świa­tła.

Wy­glą­da jak snop świa­tła, ale je­śli Bar­rett nie jest Gan­dal­fem, to praw­do­po­dob­nie ma w ręku coś in­ne­go.

Całe szczę­ście to wię­cej niż trze­ba, żeby mój in­stynkt mor­der­cy po­wstał i za­tań­czył gigę.

Ro­bię krok w bok i wbi­jam ob­cas w wy­kła­dzi­nę dla rów­no­wa­gi. Ad­re­na­li­na prze­cho­dzi przez mój or­ga­nizm ni­czym pod­tle­nek azo­tu, zwal­nia­jąc wszyst­ko. Świa­tło bły­ska pro­sto w moje oko i wbi­jam klucz w bok szyi Bar­ret­ta. Pa­trzę przez chwi­lę, jak fa­cet się wy­krwa­wia, a po­tem sia­dam i my­ślę, co ro­bić da­lej.

ROZDZIAŁ 1

Nie­zrów­na­ny Ste­phen King na­pi­sał kie­dyś: "Nie przej­muj się drob­ny­mi prze­szko­da­mi"1. Za­sta­na­wia­łem się dłu­go nad jego sło­wa­mi i osta­tecz­nie do­sze­dłem do wnio­sku, że nie mogę się z nim do koń­ca zgo­dzić. Ro­zu­miem, co miał na my­śli: wszy­scy mamy tak dużo po­waż­nych zmar­twień, że nie po­win­ny nas wku­rzać co­dzien­ne kop­nia­ki od losu. Tyle że cza­sa­mi przej­mo­wa­nie się drob­nost­ka­mi po­ma­ga nam upo­rać się z więk­szy­mi pro­ble­ma­mi. Na przy­kład ja: by­łem uczest­ni­kiem lub świad­kiem tylu wstrzą­sa­ją­cych wy­da­rzeń, że więk­szość lu­dzi wy­lą­do­wa­ła­by po czymś ta­kim w psy­chia­try­ku. Sta­ram się jed­nak o tym nie my­śleć. Niech to so­bie bu­zu­je w środ­ku - oto moja fi­lo­zo­fia. W koń­cu i tak wszyst­ko się wy­pro­stu­je. Skup się, chło­pie, na co­dzien­nych, nie­zbyt groź­nych du­pe­re­lach, żeby utrzy­mać my­śli z dala od po­waż­nych spraw, któ­re tyl­ko czy­ha­ją, żeby cię kom­plet­nie zdo­ło­wać. Ta fi­lo­zo­fia na ogół się spraw­dza, chy­ba że jest tak źle, że głos za­bie­ra mój in­stynkt żoł­nie­rza, któ­ry pod­po­wia­da mi, że trze­ba za­cząć dzia­łać.

W mo­jej obec­nej pra­cy, w Clo­isters w New Jer­sey, nie mam zbyt dużo oka­zji do głęb­szych roz­my­ślań. W ka­sy­nie nie roz­pra­wia­my o kwe­stiach fi­lo­zo­ficz­nych ani o cu­dach na­tu­ry. Kie­dy któ­rejś nocy usi­ło­wa­łem po­ga­dać o "Na­tio­nal Geo­gra­phic", Ja­son spoj­rzał na mnie tak, jak­bym go ob­ra­żał, więc szyb­ko prze­sze­dłem do bez­piecz­niej­sze­go te­ma­tu: któ­ra z dziew­czyn ma po­więk­szo­ne pier­si. To je­den z na­szych sta­łych te­ma­tów, zna­jo­me i bez­piecz­ne te­ry­to­rium. Uspo­ko­ił się po kil­ku ły­kach na­po­ju pro­te­ino­we­go. Mó­wiąc o ta­kich spra­wach, wy­stra­szy­łem Ja­so­na bar­dziej, niż zro­bił­by to pi­jus ze splu­wą. Ja­son to naj­lep­szy bram­karz, z ja­kim pra­co­wa­łem, rzad­kie po­łą­cze­nie wiel­kich ga­ba­ry­tów i szyb­ko­ści, a do tego jest bar­dziej łeb­ski, niż się do tego przy­zna­je. Cza­sa­mi, gdy się za­po­mni, wy­msknie mu się coś o ja­kimś fil­mie Fel­li­nie­go. Dla za­tar­cia śla­dów daje wy­cisk ko­lej­ne­mu go­ścio­wi, któ­ry po­ja­wia się w drzwiach. Fa­ce­ci mają swo­je se­kre­ty; wszy­scy je mamy. Ja­son nie chce mnie nimi obar­czać i bar­dzo mi to od­po­wia­da. Obaj uda­je­my głu­pich i obaj mamy na­dzie­ję, że nie je­ste­śmy tak głu­pi, jak uda­je­my. To do­syć wy­czer­pu­ją­ce.

Przez więk­szość nocy mamy tro­chę cza­su, żeby po­ga­dać przed wej­ściem do ka­sy­na. Do ja­kiejś wpół do je­de­na­stej wszyst­ko cich­nie. Zo­sta­je tyl­ko kil­ku drob­nych gra­czy, nie­wy­chy­la­ją­cych się go­ści. Im­pre­zo­wi­cze po­ka­zu­ją się do­pie­ro po za­mknię­ciu ba­rów. Nasz szef, Vic­tor, któ­re­go opi­szę szcze­gó­ło­wo póź­niej, bo za­słu­gu­je na film na swój te­mat, ta­kim jest ku­ta­sem, a mó­wie­nie o nim te­raz znisz­czy­ło­by wart­kość nar­ra­cji, chce mieć cały czas dwóch ochro­nia­rzy przed wej­ściem. Tyle że cza­sa­mi po­trze­ba ko­goś do uci­sze­nia kłót­ni, któ­ra aku­rat roz­go­rza­ła przy sto­le na ty­łach. At­mos­fe­ra może się tam roz­grzać do czer­wo­no­ści, zwłasz­cza gdy są w to za­mie­sza­ne ja­kieś ka­ra­ka­ny. Moim zda­niem to wina Jo­ego Pe­scie­go.

Pra­cu­ję głów­nie na noc­nych zmia­nach, choć wła­ści­wie nie ist­nie­je coś ta­kie­go jak dzien­ne zmia­ny. Dwa albo trzy razy w mie­sią­cu mam po­dwój­ną orkę. A co mi tam. Niby czym miał­bym się zaj­mo­wać w domu? Ro­bie­niem pom­pek i słu­cha­niem, co glę­dzi ta suka De­la­no?

Tego dnia zja­wiam się w ro­bo­cie punkt ósma. Jest śro­dek ty­go­dnia, więc li­czę na spo­koj­ny wie­czór, któ­ry upły­nie nam z Ja­so­nem na wci­na­niu ba­to­ni­ków ener­ge­tycz­nych i ga­da­niu o im­plan­tach pier­si. Pro­sta roz­ryw­ka bę­dą­ca na­miast­ką szczę­ścia - ni­cze­go wię­cej nie pra­gnę od ży­cia.

Ja­son i ja oglą­da­my wła­śnie na YouTu­bie Ru­ska, któ­ry ma­cha cię­żar­ka­mi gir­ja, kie­dy sły­szę w słu­chaw­ce głos Mar­ca. Mu­szę po­pro­sić na­sze­go ma­łe­go bar­ma­na o po­wtó­rze­nie, za­nim za­ła­pu­ję, o co cho­dzi, i wbie­gam do ka­sy­na. Wy­glą­da na to, że Con­nie, czy­li moja ulu­bie­ni­ca, po­chy­li­ła się nad sto­li­kiem, żeby po­dać drin­ki, a wte­dy ja­kiś gość pod­szedł i po­li­zał ją po du­pie. Co za kre­tyn. Nie wi­dział mo­sięż­nej ta­blicz­ki, któ­ra wisi na ścia­nie? Może i nie ma tam nic o li­za­niu dupy, ale za to stoi jak wół: "Nie do­ty­kać ho­stess". To po­wszech­nie zna­na za­sa­da. Pa­nien­ki mogą do­ty­kać klien­tów w bok­sach, ale klien­ci pa­nie­nek już nie.

Kie­dy nad­bie­gam, Mar­co wła­śnie pró­bu­je od­cią­gnąć tego go­ścia od Con­nie - chy­ba głów­nie dla jego wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa. Kie­dyś wi­dzia­łem, jak dziew­czy­na przy­dzwo­ni­ła tacą fut­bo­li­ście z dru­ży­ny uni­wer­sy­tec­kiej. Jego twarz od­ci­snę­ła się w me­ta­lu, zu­peł­nie jak­by­śmy gra­li w kre­sków­ce.

- Do­bra, bę­dzie tego - mó­wię swo­im tu­bal­nym gło­sem wy­ki­daj­ły. - Zo­staw­cie to za­wo­dow­co­wi.

To oświad­cze­nie spo­ty­ka się z okrzy­ka­mi nie­za­do­wo­le­nia kil­ku klien­tów, któ­rzy li­czy­li na za­dy­mę. Chwy­tam gło­wę Mar­ca jak pił­kę do ko­sza i od­sta­wiam go za bar, a po­tem po­chy­lam się nad zło­czyń­cą.

Ama­tor li­za­nia uj­mu­je się pod boki ni­czym Pio­truś Pan. Pal­ce dziew­czy­ny po­zo­sta­wi­ły czer­wo­ne prę­gi na jego po­licz­ku.

- Może za­ła­twi­my to na za­ple­czu - pro­po­nu­ję, do­bre pięć se­kund pa­trząc mu w oczy - za­nim spra­wy wy­mkną się spod kon­tro­li.

- Ta dziw­ka mnie ude­rzy­ła - od­po­wia­da, po­ka­zu­jąc pal­cem na Con­nie, zu­peł­nie jak­bym mógł mieć choć cień wąt­pli­wo­ści, o któ­rą dziw­kę cho­dzi.

Pa­lec ma brud­ny od skrzy­de­łek buf­fa­lo, a mu­si­cie wie­dzieć, że nic tak mnie nie wku­rza, jak wi­dok sosu na pa­lu­chach.

- Mamy tu na za­ple­czu pa­ka­me­rę - mó­wię, sta­ra­jąc się omi­jać wzro­kiem brą­zo­wą maź pod pa­znok­cia­mi go­ścia. Co jest z tymi ludź­mi? Je się z za­mknię­ty­mi usta­mi, a po­tem wy­cie­ra się ręce. Na­praw­dę tak trud­no to za­pa­mię­tać? - Może tam to prze­dys­ku­tu­je­my?

Con­nie nic nie mówi, pró­bu­je po­wścią­gnąć gniew. Żuje gumę an­ty­ni­ko­ty­no­wą tak, jak­by to były jaja tego go­ścia. Dziew­czy­na ma cha­rak­te­rek, ale nie daje w mor­dę bez po­wo­du. Po­sła­ła dwo­je dzie­ci do przed­szko­la w Cy­press, więc po­trze­bu­je tej pra­cy.

- Do­bra, Dan - mówi - ale się po­spiesz­my. Go­ści aż ręce świerz­bią do da­wa­nia mi na­piw­ków. Mam twar­de do­wo­dy.

Fa­cet wy­bu­cha śmie­chem, naj­wi­docz­niej roz­ba­wio­ny fak­tem, że dziew­czy­na uży­ła wła­śnie tych słów.

Pro­wa­dzę ich do po­ko­iku na ty­łach, któ­ry wła­ści­wie nie jest ni­czym wię­cej niż schow­kiem na szczot­ki. Dwa mopy wy­sta­ją z tek­tu­ro­we­go pu­dła w ką­cie; z tymi swo­imi dre­da­mi przy­po­mi­na­ją pal­my na wy­spie.

- Do­brze się czu­jesz? - py­tam Con­nie, za­do­wo­lo­ny, że dziew­czy­na nie pali. To już pół roku.

Po­ta­ku­je, sia­da­jąc na zme­cha­co­nej so­fie.

- Ten ko­leś po­li­zał mnie po du­pie. Po­li­zał, ro­zu­miesz? Masz coś do wy­tar­cia, Da­nie­lu?

Po­da­ję jej pła­ską pa­czusz­kę. Do­brze jest mieć przy so­bie opa­ko­wa­nie chu­s­te­czek an­ty­sep­tycz­nych, gdy pra­cu­je się w pod­rzęd­nym ka­sy­nie w New Jer­sey, ta­kim jak "Slotz". Mnó­stwo rze­czy moż­na tu zła­pać od sa­me­go krę­ce­nia się po lo­ka­lu.

Od­wra­cam wzrok, kie­dy Con­nie ście­ra sos bar­be­cue z tył­ka. W ta­kim miej­scu jak to czło­wiek bez prze­rwy ma przed ocza­mi od­sło­nię­te biu­sty, może jed­nak uni­kać za­pusz­cza­nia się w niż­sze re­jo­ny. Sta­ram się, by moje spoj­rze­nie za­wsze spo­czy­wa­ło na par­tiach cia­ła po­wy­żej pasa; dzię­ki temu i wilk jest syty, i owca cała. Tak więc Con­nie się wy­cie­ra, a ja od­wra­cam się do tego go­ścia, du­po­li­za.

- No i co? Mia­ło być bez do­ty­ka­nia. Czy­tać pan nie umiesz?

Czu­ję, że fa­cet za­raz mnie moc­no wku­rzy. Mówi mi to już sama jego fry­zu­ra, rude locz­ki utre­fio­ne ni­czym pta­sie gniaz­do, któ­re spa­dło z da­chu.

- Wi­dzia­łem tę ta­blicz­kę, Da­nie­lu - od­po­wia­da, po­ka­zu­jąc pal­cem na drzwi wio­dą­ce do ka­sy­na. Ten gość to żywy kie­run­kow­skaz. - Jest na niej na­pi­sa­ne: "Nie do­ty­kać".

- A co pan ro­bi­łeś? Wła­śnie do­ty­ka­łeś.

- Nie - mówi gość, tym ra­zem ce­lu­jąc pal­cem we mnie. Pa­luch jest tak bli­sko, że czu­ję za­pach sosu, któ­ry znie­chę­ca mnie do bar­be­cue co naj­mniej na mie­siąc. Z wy­jąt­kiem że­be­rek. - Ja jej nie do­ty­ka­łem. Do­ty­ka się rę­ka­mi. Ja sma­ko­wa­łem.

Prze­ry­wa, jak­by da­wał mi czas na zro­zu­mie­nie swej bły­sko­tli­wej od­po­wie­dzi.

- My­śli pan, że nig­dy przed­tem nie sły­sza­łem ta­kich bred­ni? Na­praw­dę pan uwa­ża, że jest pan pierw­szym go­ściem, któ­ry na to wpadł?

- My­ślę, że je­stem pierw­szym ad­wo­ka­tem, któ­ry to zro­bił. - Jego twarz roz­ja­śnia uśmiech sa­mo­za­do­wo­le­nia. Nie cier­pię ta­kich min, może dla­te­go, że tak czę­sto mu­szę na nie pa­trzeć.

- Jest pan ad­wo­ka­tem?

Znów to ce­lo­wa­nie pa­lu­chem. Kusi mnie, żeby go zła­mać.

- Zga­dza się. Je­stem ad­wo­ka­tem. Spró­buj tyl­ko mnie tknąć, a za­mknę tę dziu­rę na czte­ry spu­sty. Bę­dziesz pra­co­wał dla mnie.

- Będę pra­co­wał dla pana?

Cza­sa­mi po­wta­rzam po lu­dziach. My­ślą, że to dla­te­go, że je­stem głu­pi, ale tak na­praw­dę ro­bię to wte­dy, kie­dy nie wie­rzę wła­snym uszom.

Fa­ce­to­wi oczy­wi­ście wy­da­je się to pierw­sze.

- Kim ty je­steś? Pa­pu­gą? Pie­przo­ną, de­bil­ną ir­landz­ką pa­pu­gą? Je­zu­sicz­ku!

Praw­do­po­dob­nie wła­śnie w taki spo­sób ten gość za­cho­wu­je się w swo­jej kan­ce­la­rii. Gada głu­po­ty, a lu­dzie zno­szą to bez mru­gnię­cia okiem. Pew­nie jest sze­fem albo kimś ta­kim. Tyl­ko szef i li­sto­nosz mogą do tego stop­nia mieć w du­pie swój wy­gląd i ucho­dzi im to na su­cho. Ten gar­niak i bry­le mu­siał chy­ba ukraść Mi­cha­elo­wi Ca­ine'owi w ja­kimś ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym dru­gim roku, a do tego oczy­wi­ście do­cho­dzi jesz­cze ta sty­ro­pia­no­wa fry­zur­ka z ru­dych kła­ków.

- Nie, pro­szę pana, nie je­stem pa­pu­gą - mó­wię miło i spo­koj­nie, tak jak mnie na­uczy­li w szko­le wy­ki­daj­łów. - Je­stem sze­fem ochro­ny, a pan do­tknął ho­stes­sy, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo usi­łu­je pan nam te­raz za­my­dlić oczy.

Gość wy­bu­cha śmie­chem, jak­by miał pu­blicz­ność.

- My­dle­nie oczu to mój za­wód, pa­nie Da­nie­lu, sze­fie ochro­ny. Wła­śnie za to mi, kur­wa, pła­cą.

Mówi to "kur­wa" zu­peł­nie nie tak, jak po­wi­nien, jak­by na­uczył się tego sło­wa z te­le­wi­zji. Nie brzmi do­brze w jego ad­wo­kac­kich ustecz­kach.

- Na­praw­dę za to panu, kur­r­wa, pła­cą? - mó­wię, wy­po­wia­da­jąc to sło­wo tak, jak po­win­no być wy­po­wie­dzia­ne. Na­uczy­łem się tego od ru­muń­skie­go na­jem­ni­ka z chrze­ści­jań­skiej mi­li­cji w Tib­ni­nie. An­ghel i jego chło­pa­ki nie­mal co­dzien­nie prze­ta­cza­li się obok na­sze­go obo­zu w po­obi­ja­nym volks­wa­ge­nie i przy­sta­wa­li na drob­ny han­de­lek wy­mien­ny. Jego przed­mio­tem było zwy­kle mle­ko o prze­dłu­żo­nej trwa­ło­ści lub ma­ka­ron, któ­ry ku­po­wa­li­śmy od Fran­cu­zi­ków. Lu­bi­łem An­ghe­la, nie prze­czę; nig­dy do mnie spe­cjal­nie nie strze­lił, wy­da­wa­ło się, że jego cała gło­wa po­ro­śnię­ta jest bro­dą, i po­do­ba­ło mi się, w jaki spo­sób wy­ma­wiał sło­wo "kur­wa".

- Tyl­ko je­den kar­ton, Pad­dy? Dam ci, kur­r­wa, za nie­go do­brą su­szar­kę do wło­sów.

Dzię­ki temu po­dwój­ne­mu "r" to sło­wo brzmia­ło praw­dzi­wie. Dla­te­go cza­sa­mi, kie­dy chcę zro­bić wra­że­nie, wy­po­wia­dam je z ru­muń­skim ak­cen­tem. Czę­sto już samo to wy­star­cza, by zdez­o­rien­to­wać go­ścia, wy­bić go z ryt­mu.

Ale nie tego. Na tej ru­dej mał­pie na­praw­dę nie robi wra­że­nia moje po­dwój­ne "r". Po raz dru­gi tego wie­czo­ru po­peł­nia błąd. Pod­cho­dzi do mnie, stro­sząc piór­ka, zu­peł­nie jak­bym nie był ja­kieś dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów wyż­szy od nie­go i nie wa­żył z ja­kieś dwa­dzie­ścia ki­lo­gra­mów wię­cej.

- Co to za pa­pu­go­wa­nie? - pyta i wierz­cie lub nie, stu­ka mnie w czo­ło. - Masz w gło­wie ja­kąś pie­przo­ną płyt­kę? Je­zu­sicz­ku.

Je­stem za­sko­czo­ny tym stu­ka­niem, ale jed­no­cze­śnie cie­szę się, że gość mnie do­tknął.

- Nie po­wi­nien mnie pan do­ty­kać - mó­wię ze smut­kiem. - To na­paść. Te­raz będę mu­siał się bro­nić.

Te sło­wa spra­wia­ją, że z fa­ce­ta ucho­dzi po­wie­trze. Jako ad­wo­kat ten ciem­niak zna pra­wo. Ma świa­do­mość tego, że te­raz mogę go z decz­ka nad­psuć i twier­dzić po­tem, że czu­łem się za­stra­szo­ny. Ro­bię prze­ra­żo­ną minę, żeby so­bie wy­obra­ził, jak to bę­dzie wy­glą­dać w są­dzie.

Jego pa­luch kur­czy się jak wy­su­szo­ny ba­la­sek. Fa­cio robi kil­ka kro­ków do tyłu.

- Po­słu­chaj. Do­tkniesz mnie, a...

Nie koń­czy tej groź­by, bo do­sko­na­le wie, że w tej sy­tu­acji mogę mu przy­wa­lić bez żad­nych kon­se­kwen­cji. Bar­dzo bym chciał zro­bić z tym ad­wo­ka­ci­ną po­rzą­dek ku ra­do­ści wszyst­kich. Tyle że Con­nie ma dzie­ci w przed­szko­lu i ostat­nia rzecz, ja­kiej po­trze­bu­je, to skła­da­nie wi­zyt w są­dzie. A poza tym sala są­do­wa to te­ry­to­rium tego go­ścia. Przed sę­dzią jest gla­dia­to­rem. Już go wi­dzę, jak pod­ska­ku­je wo­kół niby ryża mał­pa, mie­rzą­ca do wszyst­kich pa­lu­chem, jak­by świat miał się za­raz skoń­czyć. Poza tym, je­śli mam być szcze­ry, moja prze­ra­żo­na mina praw­do­po­dob­nie nie jest zbyt prze­ko­nu­ją­ca.

Mó­wię więc:

- Ile pie­nię­dzy masz pan w port­fe­lu?

Gość pró­bu­je tro­chę ko­za­czyć, ale do­brze wie, że da­łem mu moż­li­wość wyj­ścia z twa­rzą.

- Nie mam po­ję­cia. Chy­ba kil­ka se­tek.

Gów­no praw­da. Ad­wo­ka­ci i księ­go­wi za­wsze wie­dzą, ile mają przy so­bie kasy. Ukry­wa­ją wszę­dzie małe zwit­ki bank­no­tów na wy­pa­dek, gdy­by wie­czo­rem utknę­li gdzieś z ja­kąś tan­cer­ką ero­tycz­ną albo dziw­ką. Ten gość wie pew­nie na­wet, ile for­sy jego cho­ra ma­muś­ka ukry­ła w pusz­ce po lan­dryn­kach.

- Daj trzy­sta - mó­wię. - Daj trzy­sta do­lców tej ho­stes­sie, a za­po­mnę o dzia­ła­niu w obro­nie wła­snej.

Ad­wo­ka­ci­na wzdry­ga się.

- Trzy­sta! Za jed­no liź­nię­cie. Je­zu­sicz­ku!

Pój­dzie na to. Wiem, że pój­dzie. Albo bę­dzie mu­siał wy­ja­śniać na­dzia­nym klien­tom, w jaki spo­sób jego twarz kap­kę się prze­fa­so­no­wa­ła w ta­kiej dziu­rze jak "Slotz", w któ­rej mamy sple­śnia­łe dy­wa­ny i ki­ble z łań­cusz­ka­mi.

Fa­cet za­czy­na gme­rać w swo­im port­fe­lu, ale coś nie­spo­ro mu to idzie, zu­peł­nie jak­by bank­no­ty z nim wal­czy­ły, więc wy­ry­wam mu go, nie za­po­mi­na­jąc przy tym o ści­śnię­ciu jego wy­de­li­ka­co­nych ad­wo­kac­kich pa­lusz­ków.

- Pan po­zwo­li, że sam od­li­czę. Tro­chę trzę­są się panu ręce.

Wca­le mu się nie trzę­są, ale chcę za­siać w nim myśl, że się boi. Aku­rat tej sztucz­ki nie na­uczy­łem się w szko­le wy­ki­daj­łów. To je­den z grep­sów, któ­re sprze­dał mi woj­sko­wy psy­chia­tra przed moją dru­gą mi­sją.

Tak na­praw­dę bio­rę port­fel, żeby mieć już tę całą spra­wę z gło­wy, ale chcę też skro­ić jed­ną z wi­zy­tó­wek go­ścia. Do­brze mieć dane klien­ta spra­wia­ją­ce­go kło­po­ty. Dać mu do zro­zu­mie­nia, że nie jest ano­ni­mo­wy. Kie­dy już będę miał jego wi­zy­tów­kę, mogę od­szu­kać jego żonę i zo­ba­czyć, ja­ki­mi spryt­ny­mi ad­wo­kac­ki­mi sztucz­ka­mi bę­dzie się usi­ło­wał wy­łgać przed nią. Jego mał­pia gło­wa wy­lą­do­wa­ła­by pew­nie na ta­le­rzu i żad­na ława przy­się­głych by mnie nie ska­za­ła.

Od­li­czam sześć pięć­dzie­sią­tek i rzu­cam mu port­fel.

- No do­bra, pa­nie Ja­ry­dzie Fa­ber - mó­wię, czy­ta­jąc z wi­zy­tów­ki. - Ni­niej­szym ogła­szam, że ma pan do­ży­wot­ni za­kaz wstę­pu do "Slot­za".

Fa­ber mru­czy, że ma to w du­pie, i wca­le nie mam mu tego za złe.

- Dzię­ku­je­my za współ­pra­cę i za­chę­ca­my do sko­rzy­sta­nia z po­mo­cy psy­cho­lo­ga.

Stan­dar­do­we "spa­daj i nie wra­caj".

- Ro­bisz wiel­ki błąd, Da­nie­lu - mówi Fa­ber. Te sło­wa sły­szę tak czę­sto, że po­wi­nie­nem ka­zać je wy­ryć na swo­im na­grob­ku. - Mam po­waż­nych przy­ja­ciół w tym mie­ście.

- Wszy­scy mamy po­waż­nych przy­ja­ciół. Mój kum­pel z woj­ska, na przy­kład, nie uśmie­cha się od cza­su ope­ra­cji "Pu­styn­na bu­rza" - od­po­wia­dam, za­ska­ku­jąc sam sie­bie tą umiar­ko­wa­nie dow­cip­ną ri­po­stą.

Nikt nie re­agu­je na mój żar­cik, Fa­ber mru­czy tyl­ko coś pod no­sem, pew­nie "pieprz się". Naj­wy­raź­niej w ad­wo­ka­ci­nie wciąż tli się pło­mień. Po­sta­na­wiam go zga­sić.

- Za­bie­raj dupę do domu - war­czę - za­nim przy­wa­lę ci tak moc­no, że bę­dziesz mu­siał wnieść oskar­że­nie z za­świa­tów.

To nie taka zła kwe­stia, choć odro­bi­nę hol­ly­wo­odz­ka. Uży­wa­łem jej dzie­siąt­ki razy i Con­nie z tru­dem po­wstrzy­mu­je jęk, kie­dy znów ją po­wta­rzam.

Dla pod­kre­śle­nia wagi swo­ich słów wy­ła­mu­ję so­bie pal­ce i Fa­ber w koń­cu po­sta­na­wia się zmyć. Jed­nak­że naj­wy­raź­niej nie umie prze­gry­wać, bo w drzwiach od­wra­ca się i rzu­ca w kie­run­ku Con­nie jesz­cze dwie stów­ki.

- Pro­szę - mówi. - Kup so­bie nowe cyc­ki.

Uda­ję, że rzu­cam się do drzwi, i ad­wo­ka­ci­na bie­rze nogi za pas. Drzwi przez chwi­lę ko­ły­szą się za nim. Mam ocho­tę spu­ścić ło­mot temu go­ścio­wi, ale z do­świad­cze­nia wiem, że wca­le nie po­czuł­bym się od tego le­piej. Dla­te­go prze­ły­kam tę gorz­ką pi­guł­kę i na po­trze­by Con­nie ro­bię minę pra­cow­ni­ka domu po­grze­bo­we­go.

- Nic ci nie jest?

Dziew­czy­na klę­czy, szu­ka­jąc jed­nej z pięć­dzie­sią­tek, któ­rą po­dmuch ko­ły­szą­cych się drzwi zwiał pod ka­na­pę.

- Pie­przyć go, Dan. Opła­cę z tego dwie noce z opie­kun­ką do dzie­ci.

Uno­szę ka­na­pę sto­pą, tak że Con­nie uda­je się chwy­cić bank­not i unik­nąć ba­bra­nia się w ku­rzu.

- Czy to za­gi­nio­na gum­ka Ala Ca­po­ne'a? - py­tam, pró­bu­jąc ją roz­ba­wić.

Con­nie szlo­cha. Może to dla­te­go, że dow­cip był nie­zbyt uda­ny; bar­dziej praw­do­po­dob­ne jed­nak, że to ostat­nia kro­pla go­ry­czy po tym dup­ku Fa­be­rze, więc obej­mu­ję ją i pod­no­szę. Con­nie to jed­na z tych dziew­czyn, któ­re bu­dzą w fa­ce­tach in­stynkt opie­kuń­czy. Jest pięk­na w spo­sób za­re­zer­wo­wa­ny dla gwiazd fil­mo­wych z lat pięć­dzie­sią­tych: wło­sy Rity Hay­worth spły­wa­ją jej na ra­mio­na ni­czym lawa po zbo­czu wul­ka­nu, a wiel­kie zie­lo­ne oczy wciąż peł­ne są cie­pła mimo jej gów­nia­nej ro­bo­ty i jesz­cze bar­dziej gów­nia­ne­go by­łe­go męża.

- Już do­brze, złot­ko, po­szedł so­bie. Nig­dy wię­cej go nie zo­ba­czysz.

- Nikt już dzi­siaj nie mówi "złot­ko", Dan. Chy­ba że w fil­mach.

Ści­skam jej ra­mię.

- Je­stem Ir­land­czy­kiem, złot­ko - mó­wię. - My je­ste­śmy inni.

Con­nie po­pra­wia bi­ki­ni w krop­ki, któ­re w tym przy­byt­ku słu­ży ho­stes­som za uni­form.

- Tak? Mam na­dzie­ję, że to do­bra in­ność. Ta men­da była inna na zły spo­sób. Jak w Ir­lan­dii na­zy­wa­cie ta­kie gni­dy jak on?

Za­sta­na­wiam się przez chwi­lę.

- W Ir­lan­dii na­zwa­li­by­śmy ko­goś ta­kie­go men­do­wa­tym bzdu­ro­ga­dem. Albo po pro­stu gni­dą.

Con­nie się uśmie­cha. Co praw­da uśmiech jest ni­kły, ale do­bre i to. W każ­dym ra­zie lep­sze niż roz­pacz w jej oczach, któ­rą wi­dzia­łem, kie­dy tu wbie­głem.

- Men­do­wa­ty bzdu­ro­gad. Po­do­ba mi się. Mu­szę się wy­brać do tej two­jej Ir­lan­dii; wiem, że po­wta­rzam to od lat. Mały Al­fre­do i Eva po­lu­bi­li­by ją. Zie­lo­ne łąki i mili lu­dzie.

- Nie za dużo już jed­nych i dru­gich - wy­zna­ję - od­kąd w kra­ju po­ja­wi­ły się pie­nią­dze.

- Mógł­byś tam je­chać z nami, Dan. Po­ka­zał­byś nam wszyst­ko. Był­byś na­szym prze­wod­ni­kiem.

Ser­ce bije mi moc­niej.

- Kie­dy tyl­ko ze­chcesz. Wiesz do­brze, co czu­ję.

Con­nie wy­cią­ga rękę i cią­gnie za pa­sek czar­nej czap­ki z po­la­ru, któ­rą no­szę cały czas w pra­cy.

- Jak to wy­glą­da, kot­ku?

Ogól­nie rzecz bio­rąc, je­stem wraż­li­wy na tym punk­cie, ale Con­nie i ja zna­my się bli­sko dwa lata, co jest wiecz­no­ścią w tym biz­ne­sie. Jak to mó­wią, mamy wspól­ną hi­sto­rię. W pe­wien week­end kil­ka mie­się­cy temu Con­nie wy­na­ję­ła opie­kun­kę do dzie­ci i wspól­nie za­sza­le­li­śmy. Mo­gło być z tego coś wię­cej, ale nie chcia­ła no­we­go ta­tu­sia dla swo­ich dzie­ci.

- Chcę po pro­stu znów po­czuć się mło­da przez kil­ka wie­czo­rów, Dan - po­wie­dzia­ła mi. - Ro­zu­miesz?

Ma dwa­dzie­ścia osiem lat i chce znów po­czuć się mło­da.

Ma­rze­nie każ­de­go fa­ce­ta, co? Kil­ka nocy bez zo­bo­wią­zań z ho­stes­są. Nie na­ci­ska­łem; te­raz tro­chę ża­łu­ję.

- Zu­peł­nie nie­źle - od­po­wia­dam. - Umó­wi­łem się na ju­tro na wi­zy­tę u Zeba.

- Mogę zo­ba­czyć? - pyta i pal­ca­mi o dłu­gich pa­znok­ciach zdej­mu­je mi czap­kę.

Uno­szę od­ru­cho­wo ręce, by ją po­wstrzy­mać, ale po chwi­li je opusz­czam. Naj­wyż­szy czas, żeby ktoś się wy­po­wie­dział na ten te­mat.

Skła­da czap­kę swo­imi dłu­gi­mi pal­ca­mi, po czym po­py­cha mnie do tyłu pod ża­rów­kę w pod­wie­sza­nym su­fi­cie.

- Zeb to zro­bił?

- Tak. Do po­mo­cy miał też kil­ka pie­lę­gnia­rek, któ­re za­ję­ły się miesz­ka­mi. Chy­ba stu­dent­ki.

- Nie wy­glą­da to naj­go­rzej - oce­nia Con­nie, mru­żąc oczy. - Wi­dzia­łam mnó­stwo prze­szcze­pów, ale ten jest na­praw­dę nie­zły. Nie ma żad­nych blizn. Co to, wło­sy szczu­ra?

Je­stem au­ten­tycz­nie prze­ra­żo­ny.

- Szczu­ra? Jezu, Con­nie. To moje wła­sne wło­sy. Prze­szcze­pio­ne z ple­ców. Wy­pad­ną za kil­ka ty­go­dni, a po­tem wy­ro­sną nowe.

Dziew­czy­na wzru­sza ra­mio­na­mi.

- Sły­sza­łam, że sto­su­je się do tego wło­sy szczu­rów. Albo psów. Po­dob­no są twar­de jak drut.

Od­bie­ram jej czap­kę, po czym prze­su­wam nią po cze­re­pie, jak­bym roz­sma­ro­wy­wał bal­sam.

- Żad­nych pso­wa­tych ani gry­zo­ni. Tyl­ko je­den Ir­land­czyk.

- Cóż, wy­glą­da­ją nie­źle. Jesz­cze je­den za­bieg i nie bę­dzie wi­dać róż­ni­cy.

Wzdy­cham, jak­by kosz­to­wa­ło mnie to mnó­stwo for­sy, co zresz­tą od­po­wia­da praw­dzie.

- O to wła­śnie cho­dzi.

Wkła­dam z po­wro­tem czap­kę, po czym chwy­tam Con­nie za ło­kieć i pro­wa­dzę do głów­nej sali.

Bar z for­mi­ki z pod­świe­tle­niem, któ­re wy­glą­da ra­czej ta­nio niż mod­nie. Ru­let­ka za­ci­na­ją­ca się przy każ­dym okrą­że­niu, dwa sto­li­ki kar­cia­ne z po­prze­cie­ra­nym suk­nem i kil­ka slo­tów. Stąd na­zwa "Slotz".

- Pro­szę - mówi dziew­czy­na. - Weź pięć­dzie­siąt do­lców. Na­le­żą ci się, wy­ci­sną­łeś je z nie­go.

Wci­skam bank­not z po­wro­tem w jej dłoń.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, złot­ko. We­zmę pięć­dzie­sią­ta­ka, kie­dy to mnie ten pa­lant po­li­że po du­pie.

Con­nie wy­bu­cha śmie­chem. Jest gło­śny, gar­dło­wy i ja­koś dziw­nie mnie po­ru­sza.

- Och, kot­ku. Kie­dy to cie­bie po­li­że po du­pie, ku­pię bi­le­ty, żeby zo­ba­czyć, co mu zro­bisz.

Uspo­ka­ja się, ale nie wia­do­mo na jak dłu­go; to miej­sce na­praw­dę jest po­zba­wio­ne mi­łych lu­dzi. Od­ci­ska pięt­no na du­szy.

- Mo­żesz już wró­cić do pra­cy?

- Ja­sne, złot­ko. Wiesz, że Vic­tor w ogó­le nie za­pła­ci mi za tę noc, je­śli skoń­czę już te­raz.

Po­chy­lam się, by szep­nąć jej coś do ucha. Wdy­cham przy tym za­pach jej per­fum i za­uwa­żam, nie po raz pierw­szy zresz­tą, że ma bar­dzo dłu­gą szy­ję. Jej mię­to­wy od­dech owie­wa mi po­li­czek. War­to za­pa­mię­tać tę chwi­lę.

- Tak mię­dzy nami, Vic­tor też jest men­do­wa­tym bzdu­ro­ga­dem.

Con­nie po­now­nie wy­bu­cha śmie­chem - go­tów je­stem pła­cić, żeby tyl­ko go słu­chać - a po­tem chwy­ta tacę z baru i wra­ca do sali, krę­cąc bio­dra­mi ni­czym gwiaz­da fil­mo­wa z cza­sów, gdy gwiaz­dy fil­mo­we mia­ły jesz­cze czym krę­cić.

Na od­chod­nym rzu­ca przez ra­mię dwa ku­szą­ce zda­nia:

- Może spę­dzi­my ra­zem week­end, kot­ku? A może cały ty­dzień?

Con­nie, złot­ko, my­ślę, po czym uno­szę wzrok.

Pa­mię­taj o re­gu­la­mi­nie. Oczy w gó­rze.

Na ra­zie trzy­mam oczy w gó­rze. Ale prze­cież ja i Con­nie mamy nie­do­koń­czo­ne spra­wy.

Jesz­cze tyl­ko jed­no spoj­rze­nie na te bio­dra, szep­cze moja ciem­na stro­na. A po­tem z po­wro­tem do ro­bo­ty.

Jak to się czę­sto zda­rza, moja ciem­na stro­na wy­gry­wa.

Daję so­bie chwi­lę na po­zbie­ra­nie się. To wła­śnie naj­bar­dziej po­wszech­ny błąd no­wi­cju­szy w tym za­wo­dzie: sa­mo­za­do­wo­le­nie. Myśl, że jest się wiel­kim i prze­ra­ża­ją­cym i że ża­den głu­pek nam nie pod­sko­czy, na­wet żeby za­im­po­no­wać swo­jej dziew­czy­nie. Klu­czo­wym sło­wem w tym zda­niu jest "głu­pek". Zja­wia­ją się tu­taj we wszel­kich kształ­tach i roz­mia­rach i więk­szość z nich jest pi­ja­na lub na­ćpa­na, a czę­sto jed­no i dru­gie - i za­czę­li­by się na­bi­jać z sa­me­go dia­bła, gdy­by tyl­ko wy­da­ło im się, że zy­ska­ją odro­bi­nę sza­cun­ku swo­jej pacz­ki albo będą mie­li cho­dy u ho­stess.

Za­my­kam szu­fla­dę z na­pi­sem "Fa­ber i Con­nie" i za­czy­nam lu­stro­wać wzro­kiem go­ści. Kil­ku stu­den­ci­ków ły­pią­cych oczka­mi na ho­stes­sy, paru roz­wod­ni­ków i sta­ry pier­dziel, uda­ją­cy gru­bą rybę i rzu­ca­ją­cy jed­no­do­la­rów­ki, tak jak­by to były set­ki. Żad­nych oznak nie­bez­pie­czeń­stwa. Mimo to wy­sy­łam Ja­so­na przed wej­ście, żeby się ro­zej­rzał wo­kół swo­im ste­ry­do­wym wzro­kiem. Nie za­szko­dzi. Cza­sa­mi kło­po­ty przy­cią­ga­ją inne kło­po­ty.

Nie­ste­ty, nie mylę się. Za­nim jesz­cze ob­raz bio­der Con­nie zdą­żył mnie opu­ścić, do środ­ka wto­czy­ło się kil­ku­na­stu bu­ra­ków. Je­den z nich ma albo bar­dzo ma­lut­kie­go wac­ka, albo nóż sprę­ży­no­wy w kie­sze­ni dżin­sów.

Ja­son, wzdy­cham w du­chu, ci go­ście nie po­win­ni byli się tu do­stać.

Jak śpie­wał kie­dyś Bob Gel­dof: "To dla wszyst­kich grat­ka, tej nocy bę­dzie jat­ka". Nie­ste­ty, Bob rów­nież się nie my­lił.