Nowy Świat i okolice - Tadeusz Konwicki

-
Proszę czekać
Tajemniczy lektor
Pewnego dnia przyszedł do redakcji jakiś elegancki pan, którego z wielką atencją wprowadził do swego gabinetu Kuryluk. Jakiś czas rozmawiali za zamkniętymi drzwiami, wreszcie pokazał się Kuryluk i z tym swoim uśmiechem zawsze coś znaczącym powiedział do mnie:

- Panie Tadziu, niech pan pozwoli do nas.

Wszedłem do gabinetu redaktora, elegancki pan podniósł się z fotela.

- To jest właśnie Tadzio Konwicki - rzekł redaktor.

Okazało się, że zostałem przedstawiony Leonowi Kruczkowskiemu, który właśnie świeżo złożył urząd wiceministra kultury, ale chodził jeszcze w glorii ministerialnej. Kruczkowski zaprosił mnie do siebie na pogawędkę.

Dowiedziałem się, że jako lektor czytał moje "Rojsty" w wydawnictwie i postanowił obejrzeć sobie młodego autora. Kuryluk szepnął mi na ucho, że recenzent jest przychylnie usposobiony dla mnie, jednakże wydawnictwo ma poważne zastrzeżenia.

Umówionego dnia ruszyłem w odwiedziny do ministra-literata. Chyba to było w alei Róż. Pewnie w alei Róż, bo pamiętam cienisty gabinet z rzadkimi kroplami słońca na podłodze i na ścianach, pamiętam budzący respekt dostatek mieszkania i jakąś flaszkę pamiętam. Spędziłem w tym gabinecie parę godzin, lecz mało co z tego potrafię przypomnieć. Kruczkowski siedział chyba w fotelu i patrzył na mnie, a ja na niego. Nie mówiliśmy za dużo. Jego trochę woskowa twarz z jakimiś ciężkimi torbami pod oczami wydawała mi się prawdziwą fizjonomią literacką i bardzo mnie onieśmielała. Zdaje mi się, że na początku trochę mnie komplementował, ale oszczędnie i nieobowiązująco. Chyba też popijaliśmy, lecz nie za dużo. A potem Kruczkowski rozgadał się, oczywiście rozgadał się jak na niego. Toczył z wolna rzadkie zdania, a ja słuchałem grzecznie.

Otóż opowiedział mi jakby treść powieści, którą szykował lub którą miał w robocie. Dość dokładnie referował mi jej fabułę i szczegółowo opowiedział kulminację. Byłem zaskoczony tą historią, bo bardzo wydawała mi się melodramatyczna i sentymentalna. Polityka ściśle przeplatała się w tej książce z perypetiami miłosnymi czy raczej małżeńskimi. Może autor w geometrię partii wpisywał trójkąty albo czworokąty, dobrze już nie pamiętam, na dnie pamięci migoce mi tylko wspomnienie sceny, kiedy bohater książki, czy może dramatu, wygłasza z trybuny na wiecu bardzo ważne przemówienie, a gdzieś tam w kulisach nabrzmiewa jego osobista tragedia.

Wtedy byłem jeszcze dość daleko od spraw politycznych i od partii. Słuchałem tego zwierzenia jakby z dystansu, lekko spięty wewnętrznie okolicznościami, trochę skołowany komplementami, napitkiem i brakiem perspektyw dla mojej debiutanckiej książki. Wyszedłem jednak z tego gabinetu odrobinę skonsternowany zwierzeniami klasyka, zwierzeniami, które czyniły mnie jakby powiernikiem i zażyłym kolegą pisarza starszego przynajmniej o pokolenie.

Śladów tej "rybki" literackiej, co mi ją opowiedział Kruczkowski, nigdy później nie odnalazłem w jego pisaniu. Ale może nie przykładałem się należycie do lektur. Zastanawia mnie jednak zawsze w tym wydarzeniu to, że Kruczkowski przez następne dwadzieścia lat, aż do swojej śmierci, nie odezwał się nigdy do mnie słowem, nie dał mi nigdy poznać, że pamięta o tym dość intymnym spotkaniu sprzed lat, i nigdy wyraźnie nie zaakceptował mojej obecności w literaturze.

Nowy Świat
Z ciężkim sercem zabieram się do pisania kolejnej nikomu niepotrzebnej książki. Oczywiście ten i ów łaskawy czytelnik w tym miejscu zaprotestuje, upewniając mnie, że to nieprawda, że moje książki potrzebne są młodzieży, dorosłym, a nawet niedołężnym starcom. Ale ja wiem, iż od czasu do czasu ktoś sięgnie po moją pisaninę, pogmera w niej, spojrzy z tej i tamtej strony i wreszcie odłoży między inne książki niedoczytane, niedocenione, niedopieszczone. Ja wiem wszystko o sobie i wiem wszystko o kolegach, rywalach, współzawodnikach. Ja wiem wszystko o moich łaskawych i niełaskawych czytelnikach. Ja wiem dostatecznie dużo, żeby już nigdy nie sięgać po pióro.

Ale przecież natoczyłem do starego pióra starego atramentu, który nie wiadomo po co odnalazł się niedawno w rupieciach. Zaczekałem na noc, na tę głośną ciszę warszawskiej kamienicy tuż przed północą, i skrywszy się przed żoną oraz dziećmi, zaczynam wodzić starym piórem po starym papierze, bo papier też mam stary. I żeby sobie utrudnić to dziwaczne przedsięwzięcie, ten okropny zamiar starego recydywisty, więc żeby skomplikować pisanie tej niepotrzebnej nikomu książki, niepotrzebnej ani mnie, ani mojej biednej rodzinie, ani znękanym rodakom, więc żeby ukarać siebie za te niedobre ciągoty, postanawiam napisać książkę dla normalnego państwowego wydawnictwa, książkę, co ją sam starannie i fachowo ocenzuruję. Już dawno rozeszły się nasze drogi, to znaczy moje i urzędu cenzury. Kiedyś to był mój pierwszy wnikliwy czytelnik, mój powiernik, mój wrogi przyjaciel, czy przyjazny wróg. A potem straciliśmy się z oczu i ja się odzwyczaiłem od pierwszego wnikliwego czytelnika, od nieznanego powiernika i od wrogiego przyjaciela. Niekontrolowany, pozbawiony czułej opieki, straciwszy miarę ideową i wagę obywatelską, pisywałem, co mi ślina na język przyniosła, jakieś koślawe powieści i pokraczne wspomnienia.

Teraz wracam w jarzmo. Z własnej woli poddaję się miłosnemu uściskowi tego szlachetnego urzędu, co rezyduje w Warszawie przy ulicy Mysiej. Oto już jestem bezpieczny. Oto już za moim piórem wodzi czujnym okiem mój nieznany opiekun, mój intelektualny ojciec, mój duchowy przewodnik. Jak mi błogo i bezpiecznie. Wreszcie.

Więc piszę po raz pierwszy w życiu książkę dla cenzorów. Zawiodłem się na czytelnikach. Zraził mnie ich brak uwagi, rozczarowała powierzchowność odbioru, zniechęciła bezwzględna zdradliwość. Ileż to razy ktoś nowo poznany wpadał w entuzjazm, ściskał czule obie moje dłonie i zapewniał, że zna moje książki na pamięć. Ja, mile połechtany w gruczoł próżności, tokowałem za stołem, popisywałem się, mądrzyłem, aż w którymś momencie nieszczęśliwie powołałem się na swój rodowód wileński. A wtedy mój wielbiciel robił zwykle wielkie oczy i powiadał: to pan jest z Wilna? Moja ciocia także urodziła się w Wilnie.

Tu muszę wyjaśnić moim wielbicielom, że wszystkie moje książki są przepełnione Wilnem, że w kółko i stale piszę o Wilnie, że właściwie piszę całe życie jedną i tę samą książkę, powieść z jednakową za każdym razem treścią, fabułą, z tymi samymi bohaterami, a nawet nie wysilam się przy opisach przyrody. Walę te same już od dwudziestu lat.

Mogę sobie pozwolić na takie ułatwienia w robocie powieściopisarskiej, ponieważ dawno zauważyłem, że czytelnik współczesny ma kurzą pamięć. Nie jest w stanie zapamiętać ani myśli, ani bohatera, ani nawet autora. Czasem się zdarzy, że jakiś bystrzejszy osobnik zapamięta którąś dykteryjkę z mojej książki i opowie mi przy kielichu jako swoją. Ale i ja nie pozostaję mu dłużny. Opowiadam bezwstydnie jakieś kawałki z mojej książki facetowi, co ją dopiero odłożył. A on wytrzeszcza oczy jak na jakąś nowość i jest szczęśliwy.

Więc dlatego od dwudziestu lat piszę w kółko tę samą książkę. I to nie jest wcale jakaś patetyczna wierność sobie albo szlachetny monotematyzm ani podniosła obsesja twórcza. Nie, to zwykła wygoda, do której mnie przyzwyczaił czytelnik.

Ale oto dziś z jakiejś pustoty, dla figlów, albo może z ostatecznej rozpaczy, wybieram sobie na przyjaciela, aż do ostatniej strony, anonimowego cenzora, który za skromną pensję odbędzie ze mną cudowną podróż pełną geograficznych niezwykłości, który będzie czule prowadził moją starczą rękę ze starym watermanem, który będzie skreślał niepotrzebne słowa i dwuznaczne myśli, który oświeci prawomyślnością mój stary grzeszny łeb.

Wracajmy jednak do Nowego Światu.

Jeszcze raz Nowy Świat
Nowy Świat to ulica w Warszawie. Każde stare miasto ma Nowy Świat. Kiedyś robiło się ciasno w grodach ściśniętych obronnymi murami i życie pewnego dnia wylewało się poza te mury, poza fosy, w wolną przestrzeń łąk, zagajników, ruczajów. Tak powstawały nowe światy. Tak powstał nowy świat za oceanem.

W moim rodzinnym Wilnie nowy świat nazywał się z ruska "nowostrojką". Ale ja tam nigdy nie byłem, znam tę bandycką dzielnicę z opowiadań przed snem albo z legend powtarzanych przez uczniów, co kurzyli kradzione papierosy pod płotem szkoły.

Warszawski Nowy Świat zobaczyłem po raz pierwszy w 1947 roku, kiedy przeniosłem się z Krakowa razem z tygodnikiem "Odrodzenie", w którym byłem wówczas redaktorem technicznym albo może już sekretarzem redakcji. Przeniósł nas Jerzy Borejsza, prezes wydawnictwa Czytelnik, które było w owym czasie jakimś niesamowicie kolosalnym koncernem, większym może nawet od największych amerykańskich, jakimś niesłychanym wybrykiem ludzkiej wyobraźni, pomysłowości, dobrej woli w kraju kompletnie spustoszonym i przyjmującym niechętnie nową wiarę ze Wschodu.

Więc przeniósł nas Borejsza do Warszawy powodowany kaprysem godnym Hearsta i ulokował w hotelu Bristol, sławnym hotelu warszawskim, ocalałym dziwnym trafem pośród oceanu ruin. I ja, dwudziestoletni, jeszcze wileński, jeszcze wiejski i przaśny, zamieszkałem w wytwornym apartamencie obok dyplomatów, ministrów, generałów. Wylegiwałem się na kanapach tego Bristolu chyba pół roku, zanim znowu mocą czarodziejską prezes Borejsza przeniósł mnie na ulicę Frascati i ulokował troskliwie w słonecznym pokoiku z małą kuchenką jak ministra albo spekulanta.

A idzie mi o to, że między Bristolem a ulicą Frascati rozciąga się Nowy Świat, ten sławny trakt królów polskich, który w tamtych latach był wąską ścieżką w kanionie gruzu porastającego suchą trawą i wątłymi brzózkami. Tą ścieżką, krętą i wyboistą, chodziłem z Bristolu do drukarni, która mieściła się przy placu Unii Lubelskiej, a później, kiedy przeniosłem się na Frascati, tym wąwozem królewskim chodziłem w niedzielę na spacery w stronę Starego Miasta. A były to wyprawy niebezpieczne i kiedy mijało się hotel Bristol, który był ostatnią wyspą cywilizacji, wchodziło się na pustkowia przypominające Góry Skaliste, gdzie można było stracić zegarek, portfel, a nawet życie.

Bandyci warszawscy mieli wtedy swój sznyt. Nie było nawet mowy o jakimś chamstwie albo o braku wychowania. Rabuś warszawski wychylał się z ciemności, proponując grzecznie transakcję handlową: kup pan cegłę. A wokół jak duchy snuły się dziewczęta lekkich obyczajów, które zwano "gruzinkami", gdyż przyjmowały klientów właśnie w gruzach.

Potem, właściwie nie wiadomo kiedy, Nowy Świat podniósł się z ruin. Stał się raptem na przestrzeni dwóch czy trzech lat przyzwoitą ulicą naśladującą obrazy Canaletta. Bardzo szybko w tych sztucznych zabytkach z osiemnastego wieku zagnieździło się życie, może uboższe i bardziej szare niż przed wojną, ale za to agresywne, zachłanne, zwycięskie. I ja się tam pojawiłem jako lokator nowej kamienicy na ulicy Górskiego, która biegnie od Szpitalnej i zatrzymuje się od tyłu przed bramą domu Nowy Świat 41.

Ten Nowy Świat to mój szlak w świetlaną przyszłość albo moja Golgota ze stacjami mojej męki, które jeszcze wyliczę w stosownej chwili. Po tej ulicy zakrzywionej jak szabla turecka chodzę w rześki ranek, kiedy pędzę do pracy dla dobra bliźnich, po tej ulicy płytkiej jak rynsztok snuję się na niedzielnych spacerach z rodziną, na tej ulicy bliskiej jak droga do szkoły zataczam się czasem, wstyd powiedzieć, w godzinach nocnych po spożyciu alkoholu.

Warszawski Nowy Świat to mój wszechświat i mała kometa z niedługim ogonem w tym moim własnym wszechświecie.

Dalszy ciąg Nowego Światu
Dalszy ciąg Nowego Światu to Krakowskie Przedmieście w stronę Starego Miasta, natomiast Aleje Ujazdowskie w kierunku królewskiego Wilanowa. Tu przeżyłem połowę swego życia. Place, skwery, kościoły, podupadające sklepy, umierające raptem na suchoty kawiarnie i restauracje. Skromna dzielniczka prowincjonalnego miasta. Wzruszająca siedziba prowincjonalnego artysty.

Więc zaczynałem swoją karierę na kamiennych zwłokach zabitego miasta. Mój nowy świat, wielki świat Europy, kiedy przyjechałem tu z rodzinnej Wileńszczyzny, to było kilkanaście podziurawionych przez kule gmachów i ogromna masa suteryn, piwnic, walących się składzików, pieczar czarnych od sadzy, tuneli śmierdzących rozpadającymi się trupami. Ten nowy świat nie zaskoczył mnie swoim ogromem, przepychem cywilizacyjnym, egzotyką gwałtowności życia. Ten nowy świat cuchnął spalenizną jak miasteczka podwileńskie, straszył biedą jak wsie białoruskie, zachwycał odludziem jak stare puszcze na północ od Niemna.

Teraz dopiero, kiedy ciągle spoglądam wstecz, kiedy coraz częściej rzucam spojrzeniem poza siebie, zaczynam myśleć o moich rówieśnikach literackich, co gdzieś tam na świecie próbowali w tym czasie układać słowa w zdania, a zdania w całe książki. Wtedy świat wydawał się ogromny i jakby nieskończony, ale dziś wiem, i sam to zresztą sprawdziłem, że jest strasznie mały i dziw, iż się na nim tyle ludzi mieści i nikt nie spada w straszną, mroźną ciemność nieba, bo niebo okazało się ku naszej ogólnej konsternacji lodowatą próżnią. Więc po prostu wspominając owe lata, kiedy zaczynaliśmy żyć od nowa i po nowemu, coraz częściej myślę jak o własnych rodzonych braciach o tych literatach troszkę ode mnie starszych albo młodszych czy po prostu rówieśnych, o Josephie Hellerze czy Philipie Rocie, o Kunderze czy Hrabalu, o Stoppardzie czy Pinterze, o Aksionowie czy o Wiktorze Niekrasowie. Nie wiem dlaczego, lecz wydaje mi się raptem, że to są moi krewni. Że z Rothem latałem do seksuologów, a z Niekrasowem marzłem w okopach Stalingradu, że ze Stoppardem podróżowałem przez Indie, a z Waśką Aksionowem czekałem w Magadanie, kiedy jego mama, Żenia Ginzburg, wyjdzie z łagra.

Tak mnie raptem coś wzięło i poczułem nagłą wspólnotę z tymi ludźmi, co podobnie jak ja nie wiadomo po co układają słowa w nieskończone ciągi, i poczułem jakąś bliskość z nimi, czułą solidarność, jedną wspólnotę losu, choć nie wiem, czy będzie im miła ta moja poufałość i to moje współbraterstwo.

Ale kiedy wracam na ten warszawski Nowy Świat, to znaczy kiedy wpełzam pamięcią na hałdy gorącego wapna i rozpalonych okruchów cegieł, kiedy staję między ogromnymi krzakami lebiod, ostów i piołunów i kiedy myślę o swoim nieznanym, nieprzeżytym jeszcze losie, przywołuję z dalekiej przyszłości tych młodych ludzi na świadków. Na świadków czego? Naszych wspólnych klęsk czy pojedynczych zwycięstw? Na świadków czego?

Niewolnik imperium, władca imperium
Nowym Światem, Warszawą, całą Polską rządził wtedy Czytelnik, spółdzielnia wydawnicza założona przez Borejszę. Nie wiem, kim był Borejsza, nie wiem, co robił podczas wojny. Poznałem go dopiero w czterdziestym siódmym, kiedy sprowadził "Odrodzenie" z Krakowa do Warszawy. Dlaczego ten masywny, tęgi człowiek z zapieczoną pianą w kątach ust, grasejujący w tak charakterystyczny sposób, z manierami zaściankowego szlagona, z gestem wszechwładnego bossa koncernu z początków naszego wieku, dlaczego ten człowiek upatrzył sobie skromny tygodnik literacki, dlaczego całą ambicję włożył w odebranie tej zabawki Karolowi Kurylukowi, założycielowi i twórcy "Odrodzenia", dlaczego mając kilkadziesiąt gazet, tygodników, miesięczników chciał koniecznie redagować ten niewielki periodyk?

Imperium Borejszy trzymało mocno w łapach cały kraj. Drukarnie, wydawnictwa, prasę, ruchome biblioteki, towarzystwa odczytowe, pewnie również fabryki papieru. Pamiętam, że w czterdziestym ósmym Czytelnik wznowił nawet wyścig kolarski dookoła Polski. Z trzeciego piętra na ulicy Wiejskiej, gdzie mieściła się redakcja "Odrodzenia", na ulicy Wiejskiej będącej także własnością koncernu, patrzyłem, jak w dole chwiała się na rowerach kawalkada zawodników w kolorowych koszulkach, a dyrektor Kobus w białej czapeczce Towarzystwa Cyklistów dawał wielką chorągwią znak do startu. Ale może dyrektor Kobus, szef transportu Czytelnika, zajmował się organizacją wyścigu, natomiast sygnał do honorowego startu dawał prezes? Nie wiem, nie pamiętam, pamiętam tylko chwiejących się na boki zawodników, którzy podpierali się jedną nogą, czekając na start, i pamiętam siebie wychylającego się z okna redakcji w słoneczny, a może pochmurny dzień sierpniowy.

Jedynym pragnieniem, prawdziwą żądzą Borejszy było redagowanie "Odrodzenia". Wreszcie po jakimś czasie osiągnął to, czego pragnął. Śród wielu zajęć, rzeczywiście poważnych, zaczął kierować pracami literackiej gazety. I wtedy ja stałem się jego pupilem, totumfackim, prawą ręką, niewidzialną prawą ręką. Zaledwie pełnoletni, mało co obyty z literaturą, przy pomocy Borejszy redagowałem "Odrodzenie". Bo naprawdę ja stawałem się powoli wszechmocną postacią tego koncernu. Kiedy szedłem do sekretariatu Borejszy z mokrymi od farby odbitkami kolumn, rozstępowały się przede mną kordony sekretarek, sekretarzy, kierowników, dyrektorów. Wchodziłem chłodny i wyniosły do pokoju szefa gabinetu cesarza imperium, gdzie pokornie siedzieli na krzesełkach ministrowie czekający na posłuchanie, a ja wchodziłem do tego cichego pokoju i bez słowa, nie obdarzywszy ani jednym spojrzeniem zazdrosnych ministrów, szedłem autorytatywnym krokiem do drzwi cesarskiego gabinetu, otwierałem je niedbale i zanurzałem się w niedostępne wnętrze.

Borejsza często gęsto, skryty za parawanem, przyjmował zastrzyk w nogę i potężną pupę.

- Czego znowu nudzisz, Tadek - narzekał, stękając maltretowany przez pielęgniarki.

- Kolumny gotowe - powiadałem beznamiętnie.

Naciągał spodnie i biegł do biurka. Zaczynał smakować menu swego ukochanego tygodnika. Czasem nakręcał numer telefonu i odzywał się, grasejując niedbałe:

- Słuchaj, Józek, co ty sądzisz...

My, adiutanci, wiedzieliśmy, że dzwoni do premiera. Bo nasz cesarz był snob. Lubił sam rządzić i wchodzić w przymierza z rządzącymi.

Ale właściwie Borejszę poznałem dużo wcześniej, nie tyle zresztą poznałem, ile zobaczyłem. I to w sytuacji dramatycznej i groźnej. Było to w roku czterdziestym szóstym w Krakowie, w roku bardzo burzliwym dla tego miasta, co wsławiło się rozruchami patriotycznymi w dniu trzecim maja. Otóż chyba w lecie albo pod jesień, nie pamiętam już pory, wybuchł strajk w Drukarni Narodowej, gdzie składano i łamano "Odrodzenie". Pamiętam ten moment, gdy do metrampażowni przyszedł Borejsza, który przyleciał samolotem wojskowym z Warszawy. Wszedł sam, bez ochrony, z zagniewaną jakby twarzą, wszedł ciężkim krokiem otyłego człowieka i wlazł na jakiś chwiejny taborecik czarny od farby. Patrzyłem na niego bez sympatii, nic o nim wtedy jeszcze nie wiedziałem, był przedstawicielem reżymu i przyjechał pacyfikować strajk robotniczy.

Przemawiał nie dłużej niż dwadzieścia minut. I nie było to przemówienie działacza partyjnego. Do zecerów i metrampaży przemawiał boss wielkiej firmy, człowiek, który chce dobrze dla koncernu i dla robotników koncernu. Nie pamiętam jego słów ani argumentów, pamiętam jednak, że od razu w tej metrampażowni strajk się skończył i boss i robotnicy rozeszli się w zgodzie do swoich zajęć. A trzeba dodać, że wtedy czasy nie sprzyjały łatwym ugodom.

Tak, Borejsza był fenomenem, którego nie potrzebowała tamta epoka. Tak, Borejsza był swego rodzaju geniuszem, którego nie chciał jego własny system. Tak, Borejsza był skazany na upadek już w tym pierwszym momencie, kiedy wchodził na stopnie tronu stworzonego przez siebie imperium.

Ale on tego nie wiedział. Ale on myślał - uczciwszy uszy pana cenzora - że socjalizm, który na naszych oczach stawał się realny, potrzebuje ludzkiej inteligencji, rozmachu, mądrej inicjatywy i rozumnej tolerancji dla ludzkich grzechów dawnych oraz dzisiejszych, stale rodzących się w działaniu.

A ja byłem w owych czasach wyzwoleńcem na jego dworze. Tak można by było nazwać mnie, który dwa, trzy lata wcześniej wyszedł z lasów wileńskich i dał nurka w głąb Europy, co prawda już wschodniej, co prawda już zdemoludziałej. Więc byłem wyzwoleńcem z praw politycznych, a właściwie z uciemiężeń politycznych, którym podlegałem za niedawną przeszłość, i byłem wyzwoleńcem towarzyskim, może nawet klasowym, który z kołchozu spod Wilna skoczył od razu na międzynarodowe salony, gdzie ocierał się o Picassa, Eluarda, Huxleya czy Pabla Nerudę.

Zatem jako wyzwoleniec krążyłem po pałacach Czytelnika bezkarny i wszędzie tolerowany. Jeździłem sobie horchem prezesa, ogromnym samochodem, co przedtem należał do Goeringa albo Himmlera. Ten potwór miał niezliczoną ilość cylindrów, jego motor wyglądał jak silnik bombowca. Rozbijałem się tym autem po ulicach Warszawy, a do dalszych podróży służyła ciemnozielona, ponura dakota.

Byłem sekretarzem redakcji "Odrodzenia". Wychowany i wyuczony przez Kuryluka, doskonale znałem technikę druku czasopism, umiałem nawet we śnie wszystkie zawiłości ortografii oraz gramatyki, obudzony o północy mogłem w ciągu minuty odnaleźć w starych przedwojennych rocznikach "Wiadomości Literackich" rysunek na kreskę Paula Valery albo siatkową podobiznę Bernarda Shawa. Beze mnie ten interes zwany "Odrodzeniem" nie mógł funkcjonować. Ja znałem wszystkie jego tajemnice, wszystkie ułomności i wrażliwe punkty.

Nie chwaląc się, powiem, że niektórzy moi koledzy z moich rąk dostali lukratywne posadki, innym pomogłem przy wydaniu kiepskiej powieści albo tomu niezbyt głębokich wierszy. Ja wtedy byłem ktoś, choć nie wiedziałem, że okręt, po którym tak beztrosko myszkuję, jest już dziurawy i powoli idzie na dno.

To nieprawda, że Borejsza zaczął chorować, że zaniemógł śmiertelnie po wypadku samochodowym. On był od początku skazany na zagładę przez prawa systemu, którego idolem jest - przepraszam uniżenie pana cenzora - anonimowy aparatczyk, szara mysz królująca w mrocznych kulisach. Nierozpoznawalna struktura wzajemnych uzależnień.

To nieszczęsne "Odrodzenie" to było opium łagodzące cierpienia umierającego dyktatora kultury, który nie w tej co trzeba epoce i nie w tym co należy czasie znalazł się w kraju powstającym z letargu do tragicznego życia.

Zaimki
Kiedy znalazłem się w nowym świecie, czyli kiedy trafiłem na Nowy Świat, świeciło mocne, ciągle jeszcze przedwojenne słońce, które rozpalało jak w piecu spękane cegły, zardzewiałe szyny stropów i gęsty pył, co wznosił się i opadał nad tym gorącym cmentarzyskiem. A powiedziałem, że słońce było jeszcze przedwojenne, bo takie rzeczywiście było. Lasy były przedwojenne, chmury były przedwojenne, rzeki także były przedwojenne. To znaczy były jeszcze sobą, niezniszczone przez człowieka. Świat już był inny, zmieniony, czy nawet nowy, ale natura przedostała się w te nadchodzące czasy, w ten nowy wymiar rzeczywistości, w swojej odwiecznej postaci.

Przypominam sobie z trudem owe późne lata czterdzieste i wydaje mi się, że stale świeciło wtedy jasne, dobre słońce na czystym niebie. I widzę siebie leżącego na tapczanie w moim niewielkim pokoju na Frascati, wpatrzonego w sufit, nudzącego się okropnie w swoim osamotnieniu, nudzącego się przez cały wolny czas, niekiedy od świtu do nocy. To były czasy nadzwyczajnej nudy, jakby odosobnienie w kesonie dekompresyjnym przed nowym etapem życia. Ale nuda jest w ogóle zmorą mego życia. Jestem cały jednym ogromnym gruczołem nudy. Nuda ukształtowała mój charakter, moje przyzwyczajenia i pewnie moją umysłowość. Jestem ogromną raną nudy. Jestem epileptyczną falą nudy, która leci nie wiadomo dokąd.

Tak mi się ciężko przypominają owe lata. Tkwią w mojej pamięci jakimś nagłym powiewem zapachu, błyskiem światła albo urywkiem melodii. Wtedy wracają raptem z zapomnienia i odczuwam jakiś rozkoszny ból lub raczej przyjemną przykrość. Dziwi mnie ta straszna odległość między mną stamtąd i mną dzisiejszym. Budzi we mnie jakąś zabobonną grozę, choć wiem, że to tylko zmienia się chemia w moim organizmie, zmieniają się proporcje pierwiastków chemicznych, ale może nie tylko, ale może zbliżam się do tej ściany płaczu, za którą jest niewiadome. Więc wspomniałem melancholijnie o tej wędrówce przez czas albo przez dany nam wymiar, więc wspomniałem o tym we "Wschodach i zachodach księżyca" i węszyciele runęli natychmiast z donosami, że ja się usprawiedliwiam z młodości, że wyłguję się z dawnych grzesznych lat, że ich, tych moich szpicli moralnych, pragnę ułagodzić i zblatować. A jechałże was sęk. A nie mam ja większych zmartwień, jak wsłuchiwać się w wasze paskudne dyszenie za moimi plecami.

To jednak zapaść. Zapadłem się i już nigdy się nie podniosę. Wiem o tym, pamiętam nawet we śnie. Budzę się przed świtem z bijącym sercem i myślę o tej zapadni, której czarne ściany widzę cały czas wokół siebie. Ta ostatnia zapaść to okres zaimków. Miałem zapaści przymiotnikowe, przysłówkowe, a teraz nadeszła zapaść zaimkowa. Z trzęsawisk, z rojstów zaimkowych nie ma wyjścia. Zasypią, zawieją mnie na zawsze zaimki.