Nocny - Emily Barr

Reflow text when sidebars are open.
Sierpień
Staje obok mnie na balkonie i podaje mi zielony kubek, który jego wredna matka dała mi na Gwiazdkę. Na stację w dole wjeżdża pociąg. Ma tylko dwa wagony, ale to największy skład, jaki może się zmieścić przy tym peronie.
- Herbata dla pani - mówi z ironiczną kurtuazją, a ja staram się nie krzywić. - Mam nadzieję, że przypadnie pani do gustu.
Nie przypadnie, ale tego oczywiście nie mogę powiedzieć. Obejmuję kubek obiema dłońmi i staram się zrobić stosowną minę. On wie, które kubki lubię, i wie też, że ten, oględnie mówiąc, do nich nie należy. Nie mogę mu również powiedzieć, że obchodzą mnie takie drobiazgi. Zrobiłby odpowiednio zdziwioną minę, wysoko unosząc brwi.
- Dzięki - mówię.
Nasze łokcie się stykają, gdy oparci o poręcz spoglądamy na miasto. Słońce oświetla pociąg na stacji, znajdujące się za nią doki, zabudowania rozłożone łukiem nad zatoką, jak gdyby obejmujące ramionami port. Promienie wzbudzają rozbłyski na lekko sfalowanej wodzie, skry światła na powierzchni pojawiają się i znikają w rytm wędrówki fal. Po drugiej stronie estuarium drzewa, pola i rozrzucone gospodarstwa Flushing stoją skąpane w pełnym słońcu, co jest niezwykłe nawet jak na koniec sierpnia. Na szczycie dachów jednego z magazynów w dokach mewy siedzą w równym szyku, zażywając ptasiego odpowiednika kąpieli słonecznej. Wręcz palący żar słońca na skórze, słona wilgoć w powietrzu, której w normalnych warunkach nie czuję, jaskrawe rozbłyski na szczytach fal - to wszystko niespodziewanie przywołuje wspomnienia odległych dziecięcych wakacji.
- To wygląda jak ilustracja z książki dla dzieci, nie sądzisz? - mówię. - Stacja. Kontenerowce. Okręty wojenne. Żaglówki. Samochody. Ciężarówki. Pod spodem powinien znajdować się napis. - Kreślę go palcem w powietrzu pod parkingiem stacji kolejowej. - "Ile różnych środków transportu widzisz na tym rysunku?"
Gapi się na mnie, a nie na to wszystko, co mu pokazuję, odwracam więc głowę i patrzę na niego.
- Zgadza się - odpowiada szybko. - I jeszcze te chwytaki - dodaje, wskazując samobieżny sprzęt w dokach - te żelazne kolosy do przenoszenia ciężkich rzeczy. To rzeczywiście idealny widok dla ilustratora książek dla dzieci.
Kładę dłoń na jego przedramieniu porośniętym krótkimi, sprężystymi blond włoskami. Nawet ta krótka wymiana zdań za bardzo zbliżyła nas do kwestii, której staram się unikać, bo w tym zakresie chyba nie zostało już nic do powiedzenia. Dlatego szybko zmieniam temat. Pociągam łyk herbaty (która, jak zwykle, jest najwyżej w połowie tak mocna, jak ta, którą sama parzę) i wskazuję budynki miasta ciągnącego się na lewo od nas.
- A popatrz tam. Ile żywych stworzeń możesz tam zobaczyć? Tysiące domów. Dziesiątki tysięcy okien. Wyobraź sobie to wszystko, co się za nimi rozgrywa. Mogłabym się założyć, że dzieją się tam tak zdumiewające rzeczy, że wręcz nie sposób sobie tego wyobrazić.
Mruży oczy, patrząc na budynki.
- Takie, których ja nie umiałbym sobie wyobrazić czy ktokolwiek?
- Ktokolwiek - uściślam, chyba trochę za szybko.
Sam przekłada kubek z herbatą do lewej ręki, a prawą mnie obejmuje. Przytulam się do niego. Jest wielki jak niedźwiedź, barczysty, ale nie gruby. Zawsze to w nim lubiłam. I chociaż żegnam się z myślą, że należę do kobiet pragnących dużego i silnego mężczyzny, który będzie się nimi opiekował, to mimo wszystko z przyjemnością tulę się do jego szerokiej piersi.
- Pamiętasz, że dziś po południu przychodzi z wizytą moja przyjaciółka? - pytam. - Ta, którą poznałam na promie.
- Ach, tak. Uprzedzałaś. Możesz mi przypomnieć, jak ona ma na imię?
- Iris.
- Jasne. Iris.
Nie jest zadowolony. Nie lubi, gdy ktoś trzeci wkracza w nasze życie. W zasadzie nie mamy żadnych przyjaciół. Zaprosiłam Iris właśnie po to, żeby to zmienić.
- I tak mam wrażenie, że po raz pierwszy od wieków przyjmiemy tu kogoś - mówi, wyraźnie podenerwowany. - No wiesz, fajnie jest, gdy nie trzeba przez cały czas prowadzić poważnych rozmów. Mieliśmy swoje plany, ale przeznaczenie zaśmiało nam się w twarz. - Spinam się cała na myśl, że zaraz usłyszę, iż nic nie dzieje się bez przyczyny. - Nic nie dzieje się bez przyczyny - ciągnie. - Myślę jednak, że wszystko, co się wydarzyło, tylko zbliżyło nas do siebie, bo musimy pamiętać, że gdzieś na świecie czeka na nas dziecko, może w Chinach, a może w Himalajach, jak to często powtarzasz. I to dziecko nas potrzebuje. Tak już musi być, jestem tego pewien.
- Właśnie zamieniłeś pogawędkę w poważną rozmowę.
- Przepraszam.
Biorę głębszy oddech.
- Nie ma sprawy - mówię.
Słyszałam już tę jego małą przemowę setki razy. Pewnie ma rację. Być może bezpłodność sprzymierzyła się z resztą wydarzeń z jakiejś mętnej, niesprecyzowanej przyczyny. Być może w górskich odludziach Nepalu naprawdę jest dziecko, które przeznaczenie wybrało dla nas. Nie ma już możliwości, abyśmy wsiedli do samolotu i polecieli tam, by się o tym przekonać. Nawet Visa, udzielająca kredytów także na takie eskapady, odmówiła nam finansowania dalszych przygód.
Sam ma rację, zawsze mówiłam o Himalajach. Bo zawsze marzyłam, żeby się tam wybrać, wynająć jakąś chatkę w górach i przez kilka miesięcy cieszyć się ostrym, rześkim powietrzem, spacerować, podziwiać widoki i po prostu żyć. Zrobiłabym to choćby jutro, lecz nawet wtedy, kiedy mieliśmy więcej pieniędzy niż pomysłów na ich wydawanie, nigdy się na to nie zdecydowałam, bo mój mąż nie miał dosyć odwagi. Zawsze nakłaniał mnie na coś, co nazywał "stosownymi wakacjami".
Więc jeśli nawet rzeczywiście moje dziecko czeka tam na mnie, ja nie mogę się po nie wybrać. I ta myśl wytrąca mnie z równowagi.
- Kocham cię - mówi. - Możemy zostać całkiem bez pieniędzy i stracić wszelkie szanse na zdobycie tego dziecka, a ja i tak będę cię kochał.
- Ja też cię kocham - zapewniam pospiesznie.
- Laro...
Podziwiając widoki i popijając herbatę, tulimy się do siebie w słońcu, które przypieka nam odsłonięte ramiona i czubki głów. Nic więcej nie zostało do powiedzenia.
Mam ochotę krzyczeć i niekiedy to robię. Od czasu do czasu wrzeszczę na całe gardło, ale nigdy wtedy, gdy Sam jest w domu. Kiedy przebywa gdzieś w pobliżu, duszę tę wściekłość w sobie. Nie mogę mu powiedzieć niczego choćby zbliżonego do prawdy i przez to, jak sądzę, nasze małżeństwo nie jest takie, jak mu się wydaje. Jego zdaniem wciąż jesteśmy w sobie zakochani, zmęczeni, lecz pełni optymizmu, gotowi wyruszyć w kolejną podróż, co prawda nieprzewidzianą, ale z tego powodu wiodącą do ciekawszego celu. Uważa, że już zawsze będziemy razem, tutaj, w Kornwalii, setki kilometrów od naszych obu trudnych rodzin. Traktuje nas jak zgrany zespół.
Jednak ja wolałabym być sama. Oczywiście nie mogę mu tego powiedzieć. Ale cieszę się, że nie udało nam się adoptować dziecka. Miałby złamane serce, gdyby się o tym dowiedział. W gruncie rzeczy nie stało się nic szczególnego: żadne z nas nie dopuściło się zdrady, a najgorsze, co spotkało mnie z jego strony, to wzbudzenie niesamowitej, żenującej irytacji. Po prostu wyszłam za niewłaściwego mężczyznę, mając już wtedy mętne przeczucie, że właśnie tak jest. Zatem to wyłącznie moja wina i mój problem.
Ciekawa jestem, co by powiedział na to, że od początku mam gotowy plan ucieczki, trzymam spakowany plecak i jestem gotowa zwiać w stosownej chwili. I choć to nie z jego powodu, mimo wszystko ten fakt świadczy sam za siebie.
Wmówiłam sobie, że dziecko, jeśli pojawi się w naszym życiu, rozwiąże wszystkie problemy, że będę się mogła na nim skupić i otoczyć je miłością. Ale w głębi duszy wiedziałam, że życie nie działa w ten sposób. Zatem szczęśliwie się złożyło dla dziecka, że tu nie dotarło.
Pół godziny później wybucham gromkim śmiechem, gdy uświadamiam sobie, że wyglądam jak najbardziej uległa gospodyni domowa na świecie. Wyjmuję z pieca dwa biszkoptowe blaty, używając rękawic kuchennych z deseniem w kwiatki oraz fartucha obszytego falbanką, a więc ucieleśniając tandetną wersję efektu Cath Kidston. Czuję się jak intruz w życiu innego człowieka, jak stwór z gatunku science fiction, wykorzystujący zewnętrzną ludzką powłokę do ukrycia własnego ciała. Kryje się w nim ktoś, kogo Sam w ogóle nie zna. Odrażający i złowrogi potwór, zimny, sfrustrowany i szyderczy. Nie pozwalam mu się ujawnić, bo Sam nie zasługuje na to, co mogłoby się stać po spuszczeniu tego potwora z uwięzi.
Prawda jest taka, że nie kocham męża. Ani trochę go nie kocham. Najwyżej go lubię, a i to w przypływie dobrego humoru. Wiem, że jest dużo lepszym człowiekiem ode mnie, i przez to jeszcze bardziej nim gardzę. Ale jakimś sposobem właśnie dlatego nie mogę od niego odejść. Nie znoszę robionej przez niego herbaty, która z powodu najkrótszej z możliwych styczności z torebką suszonych liści przypomina rozwodnione ciepłe mleko o beżowym zabarwieniu. Kiedy ją piję, w duchu krzywię się z obrzydzenia, ale jakoś ją przełykam, gdyż po pięciu latach tłumaczenia mu, jaką herbatę naprawdę lubię, ostatecznie się poddałam.
Kiedy słyszę, jak nazywa portowe dźwigi "żelaznymi kolosami do przenoszenia ciężkich rzeczy", wyposażonymi w "chwytaki", mam ochotę z wrzaskiem rzucić się do ucieczki i nie zatrzymywać się aż do samego Londynu. Wyszłam za mężczyznę, który ładowarkę do komórki nazywa "tym, co się wtyka do gniazdka", a pilota "tą rzeczą z klawiszami od telewizora". To, co kiedyś uważałam u niego za uroczy zwyczaj, teraz traktuję jak pretensjonalną pozę, która popycha mnie ku myślom samobójczym. Raz za razem, zgrzytając zębami, muszę nakazywać sobie, żeby nic nie mówić.
Przez lata proponowałam wakacje wypełnione pieszymi wędrówkami po Nepalu, lecz choć doskonale wiedział, że jest to coś, czego pragnęłam najbardziej na świecie, ciągle znajdował jakieś wymówki uniemożliwiające wyjazd: to hipochondryczne bóle w kolanie, to znów lęk wysokości czy też urlop za krótki, by taka wyprawa się opłacała. Zawsze przekierowywał mnie na plaże, czy to na Wyspach Kanaryjskich, czy we Francji, ale przecież i tu mamy plaże, a poza tym plaże są nudne. Ja marzyłam o górach.
Oba blaty upiekły się idealnie. To tylko dlatego, że po przeprowadzce z Londynu do Kornwalii dysponowaliśmy jeszcze wystarczającymi funduszami, żeby kupić sobie drogą nowoczesną kuchnię marki Smeg. Wtedy nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że wpompujemy wszystkie nasze oszczędności w trzy bezproduktywne cykle zapłodnienia in vitro. Gdybyśmy o tym wiedzieli, zadowoliłabym się kuchnią tańszą o kilka tysięcy funtów i też bym się z niej cieszyła, nawet gdyby takie właśnie blaty biszkoptowe wychodziły w niej dużo mniej sprężyste.
Żadne z nas nie podejrzewało, że natura może nie akceptować naszych planów. We własnym mniemaniu byliśmy wspaniałymi ludźmi odnoszącymi same sukcesy, zdolnymi do wszystkiego. Jako londyńscy zawodowcy przenosiliśmy się do Falmouth Docks, żeby tu założyć rodzinę. Sam chciał mieć córeczkę, potem synka, a później trzecie dziecko dowolnej płci. Miały być jasnowłose i dobrze zbudowane, miały uczyć się pływać na małych żaglówkach i grać w piłkę na plaży.
Układam oba blaty do wystudzenia na drucianej podstawce, a formy zalewam w zlewie wodą, żeby odmiękły. Jestem dobra w tych ziemskich sprawach. Nikt, kto by mnie obserwował, nie mógłby niczego podejrzewać. Ale życie obcego stwora w cudzej postaci jest strasznie samotne.
Iris ma przyjaciela, co do którego również żywi mieszane uczucia. To nas właśnie do siebie zbliżyło. Rozpoznałyśmy w sobie bratnie dusze, jestem tego pewna. To z tego powodu upiekłam te dwa blaty biszkoptowe.
Czasami chciałabym pokochać Sama, ale gdybym go kochała, nie byłabym sobą. Prędzej byłabym sobą, żyjąc w kłamstwie i próbując znaleźć w sobie odwagę do zrobienia właściwej rzeczy, niż udając mizdrzącą się kurę domową, której on potrzebuje.
Kiedy w kuchni jest już porządek, a Sam, jak widzę z balkonu, strzyże trawę w ogrodzie na dole, biegnę sprawdzić moją pocztę mailową. Po raz kolejny jedyny kontakt ze światem zewnętrznym zapewnia mi mój zaufany przyjaciel, strona moneysupermarket.com.
Siadam i zaczynam pisać. Serce wali mi tak mocno, że czuję jego uderzenia w całym ciele.
Piszę: "Leon. Coś nowego? L x".
Wysyłam maila i natychmiast wykasowuję go z rejestru poczty wychodzącej. Sam nigdy by nie sprawdzał mojego konta mailowego, wolę jednak zachować środki ostrożności.
Dzwonek rozlega się punktualnie o wpół do czwartej i gdy otwieram drzwi, na widok Iris uśmiecham się szeroko, uszczęśliwiona. Gdybym nie miała okazji w najbliższym czasie porozmawiać z nikim normalnie, pewnie zamordowałabym swojego męża w czasie snu.
Iris ma gołe nogi i jest ubrana w zwiewną spódniczkę, w ręku trzyma kask rowerowy. Jej długie i gęste włosy są zmierzwione. Mają odcień ciemnobrązowy, ale jasnoblond na końcach.
- Jechałaś na rowerze w tej spódnicy? - rzucam zamiast powitania.
- Wiesz, że nawet o tym nie pomyślałam? Jeśli ktokolwiek w ogóle był zainteresowany tym widokiem, to mógł nacieszyć oczy. W każdym razie jestem pewna, że nikt specjalnie się na mnie nie gapił.
- Wejdź.
Widuję w mieście kobiety w typie belferek z podstawówki albo kogoś w rodzaju artystek, które potrafią ułożyć tu sobie życie, łącząc je z pracą zawodową jako dekoratorka, pisarka czy ilustratorka, i często myślę, że byłabym znacznie szczęśliwsza, gdybym miała gromadkę takich przyjaciółek. Mogłybyśmy się spotykać w barze Town House u stóp wzgórza, sączyć koktajle albo pinot grigio i zaśmiewać się z naszych nudnych mężów. Bo tak przecież robią inni ludzie.
Iris to mój pierwszy krok w tym kierunku. Jest w moim wieku, jak sądzę, najwyżej odrobinę starsza. Podoba mi się jej ekscentryzm. Wiem, że ma chłopaka, który doprowadza ją do rozpaczy. Jeszcze go nie poznałam, ale chętnie się z nim spotkam.
Przygląda mi się z lekkim uśmiechem, a ja zastanawiam się, co we mnie widzi. Małą blondyneczkę, idealną gospodynię domową noszącą bawełniane sukienki i legginsy, która nastawia wodę w czajniku i przenosi idealnie równiutki biszkopt przełożony dżemem na stolik pod panoramicznym oknem zapewniającym piękny widok? Czy może dostrzega w środku złowrogiego morderczego obcego? Mam ochotę ją o to zapytać.
- Jak się miewasz? - mówię, nie mogąc zapytać o to, o co bym chciała.
- Och, świetnie - odpowiada. - Nawet więcej: wspaniale. Jazda na rowerze pomaga mi oczyścić umysł z pajęczyn. - Przeczesuje palcami włosy, chcąc je choć trochę ułożyć.
- To dość pagórkowata okolica, prawda?
Kiwa głową.
- I właśnie o to chodzi. Zamęczasz się, żeby wjechać na jakąś górkę, a potem zażywasz rozkoszy, zjeżdżając bez pedałowania na dół tak szybko, na ile tylko ci starczy odwagi, i jesteś już w połowie następnego wzniesienia, zanim zwolnisz. W dużym ruchu trzeba mieć nerwy ze stali, ale to i tak się opłaca. Latami nie wsiadałam na rower, ponieważ się bałam, aż w którymś momencie pomyślałam: do diabła z tym. Kogo to obchodzi?! Przejeździłam wtedy cały dzień i czułam się cudownie.
Rozglądam się. Sam jeszcze nie wrócił.
- Jak widzisz, upiekłam biszkopt. Lata spędzone na uniwersytecie na coś mi się przydały. Do ciasta możemy się napić herbaty. Chyba że wolałabyś lampkę prosecco?
Widzę po jej oczach, że wyczytała z mojej miny, na co ja miałabym ochotę, gdyż chętnie podchwytuje:
- Cóż, prosecco jest bardzo kuszące, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Ależ skąd.
- Nikt nie zwróci uwagi, gdy wsiądę na rower lekko podchmielona. Oczywiście to wbrew przepisom, ale przecież tylko sobie można przez to zaszkodzić, tak mi się przynajmniej zdaje. Na szczęście policja ma ważniejsze zadania.
- Twój chłopak też jeździ na rowerze?
Lekko kiwa głową.
- Kiedyś jeździł, ale teraz już niezbyt często. W ogóle... zrobił się ostatnio samotnikiem.
Chciałabym usłyszeć coś więcej, ale zajmuję się otwieraniem butelki. W końcu korek wyskakuje z przyjemnym odgłosem i siadamy przy stoliku. Kiedy razem z Samem kupiliśmy ten dom, nasz przyszły dom rodzinny, na podłogach leżały powycierane dywany, a we wnętrzach panowała cudownie staroświecka atmosfera nadmorskiego domku. Na początku niczego nie zmienialiśmy, bo mnie się tu podobało. Ale z czasem stare dywany musiały ustąpić miejsca lakierowanym panelom podłogowym, a fantazyjnie wzorzyste sufity z artexu zastąpiły gipsowe tynki. Wywaliliśmy koszmarny kominek (trochę wbrew mojej woli, gdyż był tak koszmarny, że aż uroczy), a jego miejsce zajął obowiązkowy nowoczesny piecyk opalany drewnem. Dom stał się równie uroczy, jak więzienie. Bardzo się cieszyłam, mogąc go komuś pokazać.
Planowaliśmy, że gdy już będziemy mieć dzieci, przebudujemy wnętrze, dodamy sypialnie dla nich, urządzimy bawialnię, zbudujemy domek na drzewie i postaramy się o inne atrakcje. Sam już widział oczyma wyobraźni odciski tłustych paluszków na szybach, te jednak do dzisiaj pozostały czyste.
- Wspaniały widok - mówi Iris, patrząc przez okno.
- Trudno się do niego przyzwyczaić, bo każdego dnia jest nieco inny.
- Wierzę na słowo. Gdybym tu mieszkała, gapiłabym się przez to okno bez przerwy.
- Mniej więcej tym się właśnie zajmuję.
Śmieje się, ale ja mówię poważnie. Nie mam nic innego do roboty. Nie udało mi się znaleźć pracy nawet w żadnym urzędzie. Ilekroć składam wniosek, zawsze dostaję podobną odpowiedź z identycznym uzasadnieniem: "za wysokie kwalifikacje". A przecież moje kwalifikacje nie dadzą się tu nijak wykorzystać. Wszystkie etaty w mojej specjalności, w zakresie zagospodarowania przestrzennego i architektury, są od dawna zajęte. Przez jakiś czas nosiłam się z myślą podjęcia pracy w supermarkecie Asda, ale Sam mnie przed tym powstrzymał.
- Jak ci idzie redakcja? - pytam, zadowolona, że o tym pamiętam.
Któregoś popołudnia poznałyśmy się z Iris na promie do St Mawes. Nawiązałyśmy błahą rozmowę i szybko wyszło na jaw, że obie znalazłyśmy się na pokładzie, żeby wypłynąć w morze wyłącznie dla zabicia czasu. Po dotarciu na miejsce obeszłyśmy wkoło przystań w porywistym wietrze, który nie tylko jej włosy ciskał w twarz, ale nawet moje zaczął wyciągać spod spinek i gumek. Później ruszyłyśmy w głąb miasta i w małym mrocznym pubie wypiłyśmy po butelce piwa. Wszystko w tej wyprawie było grzeszne i przypadkowe, dlatego tak mi się podobała.
- Och, świetnie - odpowiada. - Lubię pracować w domu. Mam swobodę w ustalaniu godzin pracy, a więc sprawuję pełną kontrolę nad swoim życiem zawodowym. - Uśmiecha się, przy czym na jej twarzy pojawia się mnóstwo drobnych zmarszczek, które mnie się kojarzą z widokiem uradowanej buzi dziecka. - To brzmi tak, jakbym obsługiwała erotyczne linie telefoniczne, co nie? Albo pozowała przed obiektywem kamery internetowej. Specjalizuję się w książkach prawniczych. To niezły rock and roll. Ale idzie mi całkiem nieźle, dzięki. Powinnam prowadzić pamiętnik. Pewnie byłby to najnudniejszy pamiętnik na świecie. Każdy dzień dokładnie taki sam, jak poprzedni.
- Ja kiedyś pisałam pamiętnik - mówię. - Dawno temu, kiedy moje życie było jeszcze ciekawe. Ale pamiętników na pewno nie chciałabyś redagować, prawda? Pewnie czułabyś piekielne obrzydzenie. Bo przecież musisz czerpać satysfakcję ze swojej pracy, tak czy inaczej.
- Zgadza się. Przynajmniej czasami. Do tego trzeba mieć odpowiednie nastawienie. Ja mam cały czas włączone radio, BBC 6, więc muzyka gra na okrągło, a poza tym... co dla mnie jest bardzo ważne... bez przerwy mam przy sobie mojego chłopaka. Lauriego. On także pracuje w domu, więc nawzajem dotrzymujemy sobie towarzystwa. I oboje lubimy muzykę. Zamykamy się we własnym przytulnym małym światku. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nudne, ale mnie odpowiada.
Podaję jej kieliszek prosecco.
- Na zdrowie - mówię.
- Zdrowie - odpowiada.
Pociągam łyk wina i natychmiast dopada mnie świadomość, że mogłabym się bardzo łatwo uzależnić od alkoholu. Byłoby to nawet logiczne, gdybym miała nawyk raczenia się winem każdego popołudnia.
- A więc jesteście tylko we dwoje - mówię. - Tak samo jak my, Sam i ja.
- Owszem - odpowiada. - Ty też się zamknęłaś w swoim własnym małym światku, prawda?
- I nigdy nie jest ci w nim za duszno?
- Chyba mam naturę pustelnika, podobnie jak Laurie. Dobrze jest nam we dwoje z naszymi kotami. Nie każdemu takie życie by odpowiadało, ale nam pasuje. Gdybym się urodziła w innych czasach, pewnie wybrałabym życie zakonnicy w zamkniętym klasztorze albo zostałabym dzikuską mieszkającą w jaskini gdzieś w górach.
- A tak masz swoją jaskinię w Budock.
- Zgadza się.
- Tyle tylko, że nie własną.
- Nie.
- Ile macie kotów?
- Tylko dwa. - Wpatruje się we mnie uważnie. - Myślałaś, że powiem "osiemnaście"?
- Miałam takie obawy.
- Na szczęście sprawy nie zabrnęły aż tak daleko. Te dwa to Desdemona i Ofelia. Bohaterki naszych dramatów. Zresztą lubią dramatyczne sytuacje. Ale mnie to odpowiada.
Sam wkracza do pokoju.
- Dobry wieczór szanownym paniom!
Przepocony biały T-shirt lepi mu się do ciała. Tylko Sam mógł wybrać na taką okazję zwykły biały T-shirt. John Travolta kiedyś dobrze w nim wyglądał, ale u mojego męża taka koszulka świadczy wyłącznie o braku wyobraźni.
- Sam. - Wstaję i kładę rękę na jego przedramieniu, uświadamiając sobie nagle w przypływie przenikliwości, że robię to wyjątkowo często. Ale to mój sposób na zaakcentowanie swojej woli, gdy tylko jest to konieczne, przy ograniczeniu do absolutnego minimum kontaktu fizycznego. - Przedstawiam ci Iris. Iris, to mój mąż Sam.
Wyciąga dalej rękę, żeby uścisnąć jej dłoń, a ona wstaje i całuje go w policzek.
- Poznałyście się na promie - mówi mój mąż. - Tak mi powiedziała Lara. Widzę, że odganiacie codzienne smutki bąbelkami!
Iris zaczyna jakąś ugrzecznioną odpowiedź, gdy rozlega się sygnał mojej komórki. To niemodny już elektroniczny sygnał, który rozcina powietrze jak brzytwa. Rzucam się w stronę aparatu. Tak rzadko ktoś dzwoni na ten numer.
Spoglądam na ekranik. Po chwili kojarzę numer i wybiegam na balkon. Serce wali mi jak młotem.
- Leon? - Dokładnie zasuwam za sobą drzwi. Powietrze jest zimne, ale ożywcze. - Jak się masz?
- Lara - odzywa się mój ojciec chrzestny, jedyny człowiek, który dobrze mnie zna. - Darujmy sobie gadkę szmatkę. Czy na pewno tego chcesz?
A więc zrozumiał. Wyczuwam to po jego tonie.
- Tak. Proszę, Leonie. Muszę. Już dłużej tak nie dam rady.
Oglądam się na Sama, który nerwowo pociąga łyk wina z mojego kieliszka, po czym odkrawa sobie wyjątkowo duży kawałek biszkoptu. Zajmuje miejsce przy stoliku, najwyraźniej zastanawiając się gorączkowo, o co mógłby zapytać tę dziwaczkę siedzącą naprzeciwko niego. Wolałabym, żeby nie było po nim aż tak bardzo widać niechęci do mojego gościa.
- W takim razie mam coś dla ciebie.
- Słucham - odpowiadam niecierpliwie.
Przenoszę spojrzenie na zabarwioną czerwonawo chmurę, która szybko nadciąga nad estuarium, i ledwie mój ojciec chrzestny zaczyna mówić, przyszłość zaczyna mi się rysować w odmiennych kolorach.
Styczeń
Powinna była wrócić dwie godziny temu.
Nikt nie może zniknąć z pociągu w środku nocy, ale wszystko wskazuje na to, że ona zniknęła. Wsiadła w Paddington (przynajmniej tak nam się wydaje), ale nie wysiadła w Truro.
- Na pewno nic jej nie jest - powiedziałam mu.
Moje słowa zawisły w powietrzu, mało wiarygodne i wyświechtane. Zaczęłam gorączkowo szukać wyjaśnienia. Jednak, jeśli odrzucić amnezję i lunatyzm, w zasadzie pozostawały tylko dwa powody i żaden z nich nie mógł przynieść jej mężowi ukojenia.
- Mam nadzieję.
Marszczył czoło, a jego oczy zdawały się mniejsze pod ciężkimi półprzymkniętymi powiekami. Sprawiał wrażenie, jakby stopniowo zapadał się w sobie, przestał nawet udawać, że jeszcze wierzy, iż ona za chwilę stanie w drzwiach. Dziwnym sposobem jego twarz, pomarszczona, jak gdyby chropowata, wyglądała jednocześnie na zaczerwienioną i poszarzałą.
Nie miałam pojęcia, co robić, więc po raz kolejny zaczęłam parzyć kawę. A on spoglądał na telefon i raz za razem sprawdzał wiadomości, jak gdyby jakimś cudem mogły przyjść niepostrzeżenie, mimo że podkręcił głośność aparatu i jeszcze zadzwonił pod swój numer z telefonu stacjonarnego, żeby skontrolować odbiór.
- Następny pociąg za siedem minut - oznajmił.
Ustawiłam dzbanek z kawą na kuchence i zapaliłam gaz. Zajrzałam do kilku szafek w poszukiwaniu czegoś lekkiego, co mógłby przegryźć, nawet o tym nie myśląc.
Dziwnie się czułam w nie swojej kuchni, pełna obaw, że wplątałam się w coś, co jest zaledwie początkowym stadium całkowitego załamania się życia człowieka, którego nawet nie znałam. Już teraz był na samej krawędzi przepaści, wręcz wisiał tylko na palcach, trzymając się wątłej kępki trawy.
Wyłożyłam na talerzyk kilka ciastek.
Z okna roztaczał się wspaniały widok, lecz oboje mogliśmy się skupić wyłącznie na małej stacji kolejowej w dole. Kiedy pisk hamulców zapowiedział rychłe przybycie pociągu, on już był na nogach i zapierając się dłońmi o szybę panoramicznego okna, wbijał wzrok w peron. Wybaczyłby jej wszystko, gdyby zjawiła się teraz, wyłoniła zza końca składu, ciągnąc za sobą małą walizeczkę na kółkach (byłam pewna, że używała takiej właśnie walizeczki, jak to robią tacy ludzie jak ona). Nie obchodziłoby go, gdzie była, co robiła i z kim.
Ranek wstał chłodny i rześki, a teraz na niebie pojawiły się szybko wędrujące chmury. Gromadziły się nad nami, czekając tylko na dogodną chwilę. Wreszcie oświetlenie gwałtownie się zmieniło i choć było to wczesne przedpołudnie, zrobiło się ciemno jak o zmierzchu.
Oboje czekaliśmy, zawieszeni w próżni przez tych parę sekund, dopóki dwuwagonowy skład nie dotoczył się do końca peronu i nie wypluł z siebie garstki pasażerów. Większość ludzi wysiadała na tej linii na poprzedniej stacji Falmouth Town.
Wbrew mojej woli serce zaczęło mi mocniej bić, gdy czworo pasażerów wyłoniło się zza wiaty na końcu peronu. Pierwsza szła siwowłosa para w sportowych ubraniach, z kijkami i plecakami, kierując się energicznym krokiem do wylotu parkingu. Byłam pewna, że zamierzają wyruszyć na turystyczny szlak nadmorski. Za nimi pojawił się chłopak z deskorolką pod pachą, ubrany w ciepłą kurtkę, szalik i wełnianą czapkę. Wreszcie wyszła kobieta.
Była mniej więcej w pasującym wieku, choć trochę za niska i niepewna. Rozejrzała się dookoła i przystanęła na skraju parkingu, jakby na coś czekała. Na ramieniu trzymała dużą torbę. Oboje wpatrywaliśmy się uważnie, dopóki nie zatrzymał się przed nią samochód. Kobieta, rozluźniona i uśmiechnięta, otworzyła tylne drzwi, wrzuciła do środka torbę, po czym wsiadła z przodu obok kierowcy.
Więc to nie była ona. Oczywiście, że nie. Nawet nie spodziewałam się już, żeby jeszcze przyjechała.
Na szybie okna zabłysły ciskane wiatrem kropelki deszczu.
- Musimy zadzwonić na policję - powiedziałam.
Udał, że tego nie słyszał.