Noc Złotego Motyla - Tariq Ali

Reflow text when sidebars are open.
Czterdzieści pięć lat temu, gdy mieszkałem w Lahaurze1, miałem starszego przyjaciela o imieniu Platon. Człowiek ten wyświadczył mi kiedyś pewną przysługę a ja w swojej młodzieńczej prostoduszności obiecałem mu, że odwdzięczę się za nią z nawiązką. Platon był wówczas nauczycielem matematyki w prestiżowej szkole. Pracował tam, choć nie znosił wielu swoich uczniów, ponieważ twierdził, że jedyne, co ich interesuje, to zgłębianie tajników rozpusty. Był Pendżabczykiem, nic więc dziwnego, że od razu zapytał, czy spłacę dług z odsetkami. W swojej naiwności przystałem i na to.
Ku rozdrażnieniu Platona byłem wówczas zakochany. Według niego miłość, która ze swojej natury nie mogła być wieczna, służyła jedynie za wymówkę do zaspokajania szczeniackich żądzy. Za uczucie dużo ważniejsze uważał czystą przyjaźń, która - jak twierdził - mogła trwać przez całe życie. W tamtym okresie nie byłem w nastroju, by prowadzić podobne filozoficzne spory i bez oporów zgodziłbym się z każdą tezą, do której usiłowałby mnie przekonać.
Jak na mężczyznę o silnych i jednoznacznych przekonaniach niechęć Platona do wielu rzeczy była zupełnie irracjonalna, zaś granica między ironią a nienawiścią w jego przypadku - zawsze zamazana. Był na przykład głęboko urażony tym, że studenci w czasie letnich miesięcy przypinali wieczne pióra do kieszeni swych nylonowych koszul. Zapytany dlaczego, wykręcał się, i dopiero przyciśnięty do muru mruknął, że jeśli to są wartości estetyczne dorastającej młodzieży, to aż strach pomyśleć, jakim gustem będą się kierować jej przedstawiciele w dorosłym życiu. Być może zresztą kpił sobie w żywe oczy. Platon miał cięty język i specyficzne poczucie humoru, które przyciągało do niego ludzi na długo przed tym, jak został rozpoznawalnym artystą.
Kiedyś nasz wspólny przyjaciel, który właśnie skończył studia i został oddelegowany do służby dyplomatycznej, dosiadł się do naszego stolika. Wystarczyła chwila, by Platon zaczął z niego szydzić.
- Mam zamiar zmienić imię na Diogenes, żeby móc chodzić w dzień z zapaloną latarnią i szukać uczciwych urzędników - powiedział poważnym głosem.
Nikt się nie roześmiał więc Platon, przyzwyczajony do bycia duszą towarzystwa, wstał i odszedł od stolika. Wyśmiany kumpel spytał nas natomiast, jak możemy się zadawać z taką kreaturą. Wszyscy jak jeden mąż oburzyliśmy się na te słowa. Jak śmie zwracać się do nas w taki sposób, zwłaszcza po tym, jak stanęliśmy w jego obronie? Mój przyjaciel Zahid nie omieszkał szepnąć, że Platon jest wart dziesięciu takich dyplomatycznych katamitów2 jak on. W trakcie dalszej dyskusji liczba ta urosła do "setki podobnych katamitów i fanfaronów", co ostatecznie pozwoliło nam pozbyć się intruza. Platon wrócił do naszego stolika, ale przez resztę popołudnia siedział zamyślony, skubiąc rytmicznie czarnego wąsa, co zawsze było u niego oznaką gniewu.
Platon lubił się chwalić swoimi miłosnymi podbojami, ale robił to w taki sposób, że wielu jego słuchaczy wątpiło w prawdziwość tych relacji. Jego orientacja seksualna pozostawała zagadką. Zresztą, nie tylko ona. Platon był zamknięty w sobie i tajemniczy. Było dla nas jasne, że jest człowiekiem odznaczającym się wyjątkową wewnętrzną głębią, a my, o pokolenie młodsi od niego, nie będziemy nigdy w stanie w pełni go zrozumieć. Sam, mimo że przez prawie dekadę byłem bodajże najbliższym jego przyjacielem, wciąż nie wiem o nim zbyt wiele. Czasem żałuję, że nie istnieją lustra potrafiące pokazać coś więcej niż samo tylko odbicie. Gdyby ukazywały także charakter przeglądającego się w nich człowieka, rola pisarza czy psychoanalityka byłaby dużo prostsza, a może okazałoby się, że przedstawiciele tych profesji są zupełnie niepotrzebni.
Platon nigdy nie zabiegał o to, by być postrzeganym jako osoba ekstrawagancka. Starał się, jak mógł, unikać rozgłosu, ale robił to często w taki sposób, że niespodziewanie znajdował się w centrum zainteresowania. Kiedy zdarzyło się, że któryś ze starszych i powszechnie szanowanych poetów urdu, regularnie zbierających się w herbaciarni Pak Tea House, przekroczył granice samochwalstwa, Platon drwił z niego bez litości, ciskając w nieszczęśnika epitetami i pendżabskimi przysłowiami, które nas wielce bawiły, poetów natomiast doprowadzały do białej gorączki. Gdy atakowany twórca w końcu postanawiał odpłacić się Platonowi pięknym za nadobne i zarzucał mu, że jest miernotą i zazdrości tym, którym udało się coś osiągnąć, ten od razu łagodniał i z pogodną miną proponował publiczną prezentację utworów, tak aby wszyscy zgromadzeni mogli przekonać się na własne uszy, że wiersze jego adwersarzy są drugiego i trzeciego sortu. Następnie jako pierwszy zaczynał recytować w wyjątkowo komiczny sposób którąś ze swoich mętnych strof, a gdy obrażony poeta i jego pochlebcy oddalali się z niesmakiem, Platon wiwatował głośno na swoją cześć. Wcale nie uważał swego przeciwnika za kiepskiego poetę, drażniły go jedynie seanse narcyzmu i wzajemnej adoracji, które każdego dnia miały miejsce w herbaciarni. Do szewskiej pasji doprowadzał go nieobecny wyraz twarzy klakierów krzyczących: "Wspaniałe!" przy każdym wersie. Jak wielu z nas, Platon nie umiał uszanować tego, przez co przeszli niektórzy z tych twórców w minionych dekadach. Sporą część z nich dręczyły rozczarowania, które wyssały z nich siły witalne i niektórzy przypominali teraz połamane trzciny, trwoniąc energię w kawiarniach i zachowując się jak cheerleaderki tych, którzy zdobyli już reputację w świecie literackim. Platon niby miał tego pełną świadomość, ale że sam był nieugięty jak stalowy pręt, nie tolerował słabości u innych.
Co jednak spowodowało, że Platon nagle przypomniał sobie o zaciągniętym przeze mnie dawno temu długu wdzięczności i dlaczego kazał mi go spłacić w postaci powieści opartej na wydarzeniach z jego życia? Bo tak właśnie się stało. Określony łańcuch zdarzeń doprowadził do pamiętnej rozmowy telefonicznej, podczas której Platon poprosił jednego z naszych wspólnych znajomych o to, bym zadzwonił do niego do Karaczi. Już samo to wydawało się dziwne, jako że Platon zawsze gardził tym największym miastem swojej Ojczyzny, uważając je, niezupełnie słusznie, za pozbawione charakteru, hybrydowe monstrum.
Podczas naszej rozmowy telefonicznej Platon nie był w nastroju na dłuższą pogawędkę, powtórzył natomiast kilkukrotnie, że stare honorowe długi powinno się spłacać. Postawił mnie pod ścianą. Mogłem mu oczywiście powiedzieć, żeby spadał, i teraz żałuję, że tego nie zrobiłem, nie tyle ze względu na niego samego, co na innych, których historie splatały się z jego własną. Zgodziłem się, ale dręczące mnie pytania wciąż pozostawały bez odpowiedzi. Co takiego musiało się stać? Skąd ta paląca potrzeba opowiedzenia o sobie, która przypomniała Platonowi o długu sprzed lat? Czy doskwierało mu poczucie frustracji z powodu tego, czego nie udało mu się osiągnąć? A może chodziło o rozczarowanie kapryśnym rynkiem sztuki, wynikające z jednej strony z monotonii artystycznych dokonań twórców, a z drugiej z uzależnienia sukcesu od opinii nowojorskiej i londyńskiej prasy, które pełniły rolę wyroczni?
Zanim przystąpiłem do realizacji tego niezwykłego i wyjątkowo delikatnego zadania, jakim było spisanie fabularyzowanej biografii Platona, czekało mnie zbieranie materiałów. Musiałem przyjrzeć się bliżej jego życiorysowi, co wiązało się z wieloma trudnościami. Mój dawny przyjaciel wiele faktów ze swego życia utrzymywał w tajemnicy, zacierał ślady, a niektórych zdarzeń zwyczajnie się wypierał. Czekał mnie rejs po rwącej rzece, na której nie brakowało katarakt. Nie mogłem zacząć pisać o nim, dopóki on sam nie dopuścił mnie do swojej zamkniętej na głucho przeszłości.
Przyjaźń to bardzo krucha i zmienna relacja. Płynie swoim rytmem, zmienia się, znika, a bywa, że na długi czas schodzi pod ziemię niczym kret i pozwala o sobie zapomnieć. Zwłaszcza jeżeli jeden z przyjaciół przenosi się na inny kontynent. Przez całe życie jesteśmy otoczeni tłumem ludzi, z których niektórzy stają się na moment naszymi przyjaciółmi. Potem te przyjaźnie topnieją i znikają bez śladu, by znów, często przez przypadek, narodzić się na nowo w niespodziewanym miejscu. Niektóre przyjaźnie, nawiązane w polityce czy pracy, potrafią przetrwać naprawdę długo. Ale tylko nieliczne trwają przez całe życie.
Gdy zgodziłem się napisać o nim książkę, Platon nie ukrywał swego podekscytowania i triumfalnie zawył. Ten wybuch radości był dla niego tak nietypowy, że z lekka wytrącił mnie z równowagi. Gdy zacząłem jednak naciskać, by zdradził przyczynę swej niecodziennej prośby, wrócił do charakterystycznego dla siebie, pełnego irytacji tonu. Dołożył też do swojego zlecenia kolejny warunek. Wiedział, że spełnię i tę jego prośbę, więc zażyczył sobie, bym napisał biografię bez pomocy tych zmyślnych urządzeń i bez używania nadętych fraz, które w dzisiejszych czasach uważa się za niezbędne. To miała być prosta opowieść pozbawiona ozdobników i nadmiaru dygresji. Zgodziłem się, zastrzegając jednak, że nie mogę napisać książki wyłącznie o nim. Jeśli tego właśnie chciał, w najlepszym razie mógł mi podyktować swój pamiętnik. Nie wystarczyło też przedstawić jego relacji z innymi ludźmi, należałoby bowiem podać okoliczności i czas, zobrazować tło społeczne i w ogóle unikać skupiania się wyłącznie na postaci Platona. Przypomniałem mu słowa Heraklita: "Na jawie świat jest dla wszystkich jeden i ten sam, ale we śnie każdy ucieka do własnego świata". Platon łaskawie zgodził się z filozofem, nie mógł się powstrzymać od podzielania się ze mną - niejako w rewanżu, jak sądzę - pewną swoją koncepcją. Otóż twierdził, że każda trudność i komplikacja może przy pomocy dzieła sztuki być przekuta w sukces. Odpowiedziałem, że artystyczna świadomość, choćby nie wiem jak wysublimowana, nie odmieni przerażającej rzeczywistości, z którą będzie musiało zmierzyć się społeczeństwo po historycznej porażce. Na to Platon wzburzonym głosem zaczął wymieniać malarzy i poetów, których dzieła w mrocznych czasach podnosiły ludzi na duchu i wznosiły ich świadomość na niespotykane wyżyny. Zgodziłem się, że faktycznie tak było. Artyści wzbogacali życie biednych i ciemiężonych, dając im sztukę dla podpory, lecz w ostatecznym rozrachunku niczego to nie zmieniało. Światy sztuk wizualnych i literatury pozostawały nadal maleńkimi wysepkami na oceanach pełnych rekinów, czy się to komuś podobało, czy nie. Gdy to powiedziałem, Platon wpadł w gniew. Pracował właśnie nad tryptykiem, który miał być wezwaniem do chwycenia za broń i zamierzał mi udowodnić, że jestem w błędzie. Dzięki jego dziełu cały kraj miał stanąć w ogniu. Wyraziłem swój sceptycyzm.
- Wielki Mistrzu Platonie, twoje wizje spadną na Ojczyznę jak grom z jasnego nieba - rzuciłem.
Rozzłościł się jeszcze bardziej.
- Ta rozmowa prowadzi donikąd - wykrzyknął. - Idź i zrób wreszcie coś pożytecznego. Zacznij pisać książkę. Najlepiej od razu. A tam, gdzie nie możesz ukazać nagiej prawdy, ubierz ją w ironię i humor. Poradzisz sobie z tym?
- Spróbuję.