Niezwykła kariera Antoniego K - Piotr Niklewicz

Reflow text when sidebars are open.
Jezus Maria! Jestem czarny! - Antek Kozłowski opadł na poduszkę i zamknął oczy.
Nie, to niemożliwe, to jakiś koszmarny sen. Powoli otworzył jedno oko i zerknął z nadzieją w lustro stojące przy łóżku.
Boże! To prawda! - Twarz niby ta sama, jego własna, te same chabrowoniebieskie oczy, ten sam nieco za duży nos, tylko skóra czarna, a na głowie czarne, mocno skręcone włosy. Antek spojrzał na rękę - też czarna, odchylił kołdrę i piżamę, brzuch też czarny, podniósł gumkę od spodni, zajrzał głębiej i, zrezygnowany, opadł na poduszki. Był cały czarny - od stóp do głów.
Do pokoju wszedł lekarz.
- O, widzę, że się pan lepiej czuje, to dobrze, teraz wszystko pójdzie jak z płatka, ale niech się pan przykryje, tu wcale nie jest tak ciepło.
Antek machinalnie naciągnął kołdrę. W głowie kłębiły mu się straszne myśli. Lekarz był biały, a więc to nie jakaś złuda czy wada wzroku. Lekarz jest biały, a on, Antek Kozłowski z Piątnicy pod Łomżą, jest czarny - jeszcze raz spojrzał na rękę, a potem w lustro. Niestety...
- Panie doktorze... - Antek z rozpaczą patrzył na lekarza. - Co się stało?
- Nic pan nie pamięta? Miał pan wypadek, niedaleko Passaic. Uraz mózgu i organów wewnętrznych, ale zagrożenie minęło, odzyskał pan przytomność. Jest pan młody, ma pan silny organizm, za parę tygodni będzie pan zdrów jak ryba.
Na twarzy młodego lekarza malował się entuzjastyczny optymizm.
- Panie doktorze... - Antek jeszcze raz zerknął do lustra - ale... ja jestem czarny.
- Tak, to prawda. To bardzo rzadka przypadłość, mniej niż raz na milion wypadków, ale się zdarza. Wstrząs mózgu powoduje zaburzenia pigmentacji, bo uaktywnia się atawistyczny gen afrykański. Pewnie pan czytał, że wszyscy pochodzimy od wspólnych przodków w Afryce?
- Mhm... - Antek nie czytał, bo w ogóle mało czytał, ale słuchał lekarza w napięciu.
- No więc do gruczołów pigmentacyjnych płyną sygnały z mózgu, żeby skóra czerniała, no i - czernieje. Ta anomalia, bo właściwie powrót do korzeni trudno nazwać chorobą, nazywa się pigmentosa australensis, po raz pierwszy zaobserwowano ją i opisano w Australii.
- Ale, panie doktorze... - Antek wpatrywał się błagalnie w lekarza - czy ja z tego wyjdę?
- Raczej nie, kolor zostanie, ale to przecież drobiazg, ważne, że będzie pan zdrowy. W opisanych przypadkach nowa pigmentacja skóry pozostawała już na stałe. Na szczęście nie ma to wpływu na proces rekonwalescencji. Jeśli nie wystąpią dodatkowe powikłania, za kilka tygodni wróci pan do normalnego życia.
Entuzjazm młodego lekarza nie udzielił się Antkowi.
Doktor musiał to zauważyć, bo wychodząc, dodał:
- Ma pan szczęście. Dwaj pana koledzy zginęli w tym wypadku. Zajrzę do pana po południu.
Boże! - Antek wbił wzrok w sufit. - Jurek Borecki i Janek Cholewka nie żyją, takie wesołe chłopaki. Też spod Łomży. Jaka szkoda, że po wypadku nie sczernieli tak jak on. Raźniej byłoby wracać do Fairview we trzech łomżyńskich Murzynów. Antek pogrążył się w czarnych myślach.
***
W życiu Antka zaszły wielkie zmiany. Był teraz Murzynem, wprawdzie urodzonym w Piątnicy, z niebieskimi oczami i z nazwiskiem Kozłowski, ale jednak co Murzyn, to Murzyn. Nie da się ukryć. Dusza niby ta sama, ale nie całkiem, nawet do polskiego kościoła głupio iść. Niby nic w tym złego, ale jakoś głupio. No i sprawy damsko-męskie. Narzeczona Bogusia rzuciła go już po pierwszej wizycie w szpitalu. Nie chciała Murzyna. Trudno, jakoś to przeboleje, zresztą była mendowata, więc może to i lepiej, tylko co dalej? Antkowi zawsze się podobały Murzynki, były jednak egzotyczne, dalekie i raczej nieosiągalne, a teraz, proszę bardzo, same do niego lgną, przysiadają się w metrze, patrzą, rozmarzone, w jego chabrowe oczy i chichoczą. To akurat bardzo przyjemna zmiana. Gorzej z białymi, na Manhattanie to jeszcze czasami jakiś wypłosz w okularach, z książkami pod pachą spojrzy i nawet się uśmiechnie, ale dla hożych dziewuch z Passaic czy Elizabeth jest jak powietrze, nawet nie spojrzą. To boli. Ale co robić, skoro Pan Bóg przeznaczył człowiekowi los Murzyna. Trzeba przyjąć z pokorą. Do pokornych Antek, niestety, nie należał i czuł, że będzie z niego hardy Murzyn. A dziewuchom z Passaic jeszcze pokaże, po rękach go będą całowały, żeby na nie spojrzał!
Na razie nie było dobrze. Co to za życie, obudzić się rano, stanąć przed lustrem i golić jakąś czarną gębę, niby swoją, ale jakby nie całkiem. A te włosy... - cholery można dostać! Chociaż Antkowi podobały się Murzynki, to Murzynów nie lubił, a teraz sam jest Murzynem, pierdolony pech. Nie mógł to sczernieć Józek Balcer albo Stasiek Juraszek, albo, jeszcze lepiej, ten głupi barman z "Hogs Head"?
Antek zadumał się nad swoim życiem, choć nie miał nigdy ciągot filozoficznych. Skończył wprawdzie ogólniak w Łomży, ale do nauki nie miał głowy. Od wuja nauczył się ciesielki. W dwudziestym roku życia wygrał wizę do Ameryki i od dziesięciu lat mieszkał w Fairview, w stanie New Jersey, po drugiej stronie rzeki, na wprost Manhattanu. Wkrótce okazało się, że ma wrodzone zdolności jako hydraulik, dekarz, murarz, ogrodnik, jednym słowem, złota rączka. Pracy i klientów mu nie brakowało. Dziewczyn i kolegów też. Życie było piękne, a tu taki pech! W trzydziestym roku życia zostać Murzynem. Żeby chociaż od urodzenia, niby też kiepsko, ale jakoś łatwiej się przyzwyczaić. I co ma teraz robić taki ni to Polak, ni to Murzyn? A w ogóle co to za Murzyn, który mówi po polsku, a po angielsku tyle o ile? I co to za Polak z czarną gębą? To już były problemy bardzo filozoficzne - za trudne dla Antka. Postanowił pójść do baru. I znowu dylemat. Do polskiego czy do murzyńskiego? W murzyńskim się nie dogada, a w polskim wyśmieją. Trzeba się dobrze zastanowić. W tym momencie zadzwonił telefon.
- Czy pan Antoni? - odezwał się głos po polsku.
- Tak, słucham.
- Franciszek Skrzek, kierownik Local Improvements, może pan mnie pamięta, kiedyś pan dla nas pracował. Słyszałem, że szuka pan pracy. Chcielibyśmy panu zaproponować posadę.
- A co miałbym robić?
- Co pan zechce, na początek posadzimy pana w recepcji, będzie pan odbierał telefony, a jak by później chciał pan co innego, to na pewno się dogadamy.
Antek zbaraniał. Takiej propozycji jeszcze nie miał.
- A za ile? - spytał nieufnie.
- Ee, panie Antoni, na pewno się dogadamy. Ile pan bierze za godzinę?
- Dwadzieścia dolarów.
- To u nas dostanie pan dwadzieścia pięć! Zgoda?
- Za odbieranie telefonów?
- Panie Antoni, będę z panem szczery. Słyszałem od chłopaków, że pan jest teraz Murzyn?
- No, owszem, poniekąd...
- I o to nam chodzi. Potrzebujemy Murzyna! Władze dzielnicy Brooklyn zagroziły, że nie dadzą nam więcej zleceń, jak nie zatrudnimy mniejszości. Zgodnie z nowymi przepisami w firmach kontraktowanych przez miasto co najmniej dziesięć procent personelu musi być z mniejszości. W Local Improvements jest zgrany zespół, dziewięć osób, jak pana zatrudnimy na dziesiątego, będzie dziesięć procent Murzynów! I wszystko będzie grało. To co, panie Antoni, załatwione?
- No dobra, czemu nie? Ale dlaczego nie zatrudni pan jakiejś czarnej dziewczyny? Odbierałaby telefony za sześć dolarów na godzinę, no i po angielsku lepiej się dogada.
- Panie Antoni, do nas przeważnie dzwonią Polacy. Wie pan, jaki tu byłby burdel, gdyby telefony odbierała jakaś gruba Murzynka, ani be, ani me po polsku? Stracilibyśmy połowę klientów. A gdzie pan znajdzie Murzynkę, co mówi po polsku? Tu potrzebne są kwalifikacje, umiejętność władania językiem polskim. Po angielsku to od biedy każdy się dogada. Tym się broniliśmy przez cały rok, wywieszaliśmy w biurze pracy ogłoszenie: "Potrzebna od zaraz osoba z mniejszości, mówiąca po polsku", ale nikt się nie zgłosił. A teraz jest nowy szef Wydziału Pracy, jakiś pierdolony Murzyn..., o, przepraszam, nie chciałem pana urazić...
- Co tam, panie Franku, nie ma sprawy.
- Tak mi się wymsknęło, wkurzył mnie ten dureń. No to co, panie Antku, załatwione?
- Dobra, załatwione. Kiedy mam przyjść do roboty?
- A kiedy pan chce, choćby jutro.
- Zaraz, jutro jest piątek, to może od poniedziałku?
- Proszę bardzo, niech będzie od poniedziałku.
- To dziękuję, panie Franku, do zobaczenia.
Antek uśmiechnął się do lustra, patrząc teraz przyjaźniej na swoją czarną gębę. Czasami nie jest źle być Murzynem!
***
Czasami nie było źle, ale czasami było nie najlepiej. Ot, choćby z mieszkaniem. Właściciel domu przy Highland Street, kiedy zobaczył Antka po powrocie ze szpitala, najpierw go wyściskał, gratulując powrotu do zdrowia, ale potem powiedział z zafrasowaną miną, że niedługo przyjeżdża do niego bratanek z Polski i będzie potrzebował mieszkania, właśnie takiego, małego i na parterze, bo bratanek jest kulawy i nie może chodzić po schodach, dlatego prosi Antka, żeby sobie znalazł inne lokum. Antek wyraził gotowość wchodzenia po schodach na wyższe piętro, bo wiedział, że w sąsiednim domu, należącym do tego samego landlorda, są do wynajęcia dwa mieszkania na trzecim piętrze. Niestety, okazało się, że już je komuś obiecał. Właściciel domu wylewnie przeprosił Antka za kłopot, dodając, że nie ma pośpiechu, daje mu miesiąc na szukanie nowego mieszkania, a jakby się trochę przeciągnęło, to też nic się nie stanie, byle nie za długo, bo za dwa miesiące przyjeżdża bratanek, a mieszkanie trzeba jeszcze odszykować.
- Sam pan rozumie, panie Antku! - tłumaczył, przyjaźnie klepiąc Antka po ramieniu. - Rodzina to rodzina.
Okazało się, że w innych znajomych domach, gdzie Antek nieraz reperował rury, kładł dachówkę czy remontował schody, też nie ma wolnych mieszkań, wszystkie "właśnie wczoraj wynajęto" albo już za kaucją zarezerwowano.
- Nie przejmuj się - pocieszali Antka kumple z baru "Hogs Head". - Wynajmiesz sobie mieszkanko dwie przecznice dalej, w dzielnicy murzyńskiej, tak samo wygodne, a zapłacisz o połowę taniej!
- I jakie dupy będziesz miał na miejscu... - rozmarzył się Staszek Jóźwiak.
- Ale tam przecież niebezpiecznie - oponował Antek.
- E tam, niebezpiecznie, jak dla kogo, nie dla swojaka... - wtrącił z przekonaniem Jasio Gwizdek. - Swojego obronią, a jak postawisz chłopakom piwo, to dadzą taki wpierdol temu twojemu landlordowi, że do końca życia będzie żałował, że nie miał dla ciebie mieszkania.
Zarechotali wesoło, a Jasio postawił Antkowi piwo. Antek dopił wódkę i wziął do ręki kufel. Twarz mu się rozjaśniła. Może rzeczywiście nie będzie tak źle? Zrobiło mu się lżej na polsko-murzyńskiej duszy. Pracę dostał łatwą i dobrze płatną, bo czarny, a teraz zamieszka sobie jako Murzyn za połowę ceny. A może jeszcze będzie miał jakąś miłą sąsiadkę... Żyć nie umierać! A że jakiś dureń nie chce mu wynająć mieszkania, no to co? Głupi rasista, może rzeczywiście dobrze by mu było dać wpierdol. Antek zamówił jeszcze po wódce dla siebie i kolegów. Czuł, że zaczyna go rozpierać duma, tylko nie całkiem był pewny z czego - z tego, że był Murzynem? Czy z tego, że był z Piątnicy? Chyba bardziej z tego, że był Murzynem, a zresztą teraz będzie z Rodwood, a nie z Piątnicy. Wychylił kieliszek wódki, popił piwem i zadumał się. Kumple z baru "Hogs Head" nie mogli uwierzyć własnym oczom, kiedy go zobaczyli po wyjściu ze szpitala. Byli trochę zdezorientowani, ale ostatecznie zaakceptowali Antka, a nawet z dumą opowiadali znajomym o Kozłowskim. W nowej pracy też powitano go z entuzjazmem. Znajomi traktowali na ogół jego przypadek z ciekawością i życzliwym rozbawieniem. Gorzej było z dziewczynami, szczególnie szukającymi mężów. Antek w swoim białym wydaniu, całkiem przystojny, pracowity i nieźle zarabiający, był dobrym materiałem na męża, a teraz jak ręką odjął. To znaczy dalej był przystojny, choć już na sposób, można by rzec, bardziej egzotyczny, ale jaka dziewczyna w Fairview, Perth Amboy czy Elizabeth chce Murzyna za męża? A Antek osiągnął właśnie ten punkt w swoim życiu - może kiedy zajrzał śmierci w oczy tej pamiętnej nocy na szosie pod Passaic - że chciał się ożenić, ustabilizować, założyć rodzinę. Pewnie mógłby się bez trudu ożenić z Murzynką, ale mieć w domu czarną żonę? Poza tym po polsku by nie umiała, gotowałaby jakieś murzyńskie jedzenie... nie, w żadnym wypadku. Antek mógł się ożenić tylko z Polką.
No tak, ale jest czarny... błędne koło! Dopił wódkę, pożegnał się z kolegami i w melancholijnym nastroju ruszył do domu. Ledwie wyszedł z baru, usłyszał damski głos.
- Panie Antku, gdzie pan tak pędzi? - Z okna na pierwszym piętrze wychyliła się pani Hania, żona właściciela baru i sąsiednich delikatesów. Dorodna, biuściasta blondyna, wprawdzie pod czterdziestkę, ale ciągle obiekt lubieżnych westchnień bywalców baru "Hogs Head". - Dopiero dziewiąta, pewnie dziewczyna czeka?
Antek zadarł głowę i uśmiechnął się do pani Hani.
- Ee, jaka tam dziewczyna. Widzi pani, co się ze mną stało. Szkoda gadać. - Machnął ręką.
- Ale, panie Antku, co pan opowiada. Nawet pan lepiej wygląda niż przedtem. Niech pan na chwilkę do mnie wpadnie. Mąż wyjechał na weekend do matki. Mam doskonałego śledzika. - Pani Hania uśmiechała się kusząco.
Antek skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Humor od razu mu się poprawił. Ochoczo przeskakiwał po dwa stopnie naraz. Szedł do mieszkania pani Hani, tej polskiej Anny Nicole Smith... "Mąż u mamy na weekendzie". Co ona chciała przez to powiedzieć? Antek zatarł ręce z uciechy.
Wszystko rozwijało się jak w najpiękniejszych marzeniach bywalców "Hogs Head". Pani Hania, w różowym szlafroczku z falbankami, posadziła Antka na kanapie i kołysząc wielkim biustem, postawiła przed nim śledzika i zimną wódkę. Antek rzucił łakomym okiem za rozchylające się falbany dekoltu. Boże! Nie ma nic pod spodem! Przeszył go dreszcz podniecenia, ale nie wiedział, jak się zachować. Pani Hania to jednak była wyższa sfera, żona najbogatszego chyba człowieka, jakiego Antek znał - Józefa Balcerzaka, właściciela baru "Hogs Head", delikatesów "Orzeł Biały" i masarni w Perth Amboy. Antek czuł się równie podniecony, co onieśmielony. Na wszelki wypadek napił się wódki. Pani Hania usiadła przy nim na kanapie, wzięła go za rękę i zapytała niewinnie:
- To pan cały taki czarny, panie Antku?
- Cały! - Antek rozpiął koszulę, pokazując potężnie umięśniony tors, z którego zawsze był dumny. Lśnił teraz jak heban.
- Ach, panie Antku, pan taki silny! - Pani Hania przysunęła się bliżej.
Poczuł jej ciepłe, miękkie biodra i oparte o jego ramię coraz mocniej falujące piersi. Przestał myśleć, dopił wódkę, objął panią Hanię i pocałował. Ona przytuliła jego głowę, wbijając palce w skłębione, czarne włosy.
- Ach, panie Antku, pan jest naprawdę Murzyn - szeptała rozmarzona - cały czarny i taki silny! - Rozpięła mu do końca koszulę, a potem pasek od spodni. Antek rozwalił się na kanapie jak basza i czekał, co będzie dalej. Pani Hania rozpięła mu rozporek i cała rozdygotana zaczęła jakoś dziwnie kwiczeć. Antek uniósł się nieco na łokciach i zbaraniał. Po raz pierwszy po wyjściu ze szpitala był w intymnej sytuacji z kobietą i dopiero teraz zdał sobie sprawę z jeszcze jednego skutku wypadku na szosie pod Passaic.
- Boże, jaki wielki - szeptała w uniesieniu pani Hania, nie odrywając oczu od Antkowej męskości. Potem przylgnęła do niego całym ciałem, szepcząc mu do ucha: - Antoś, tylko delikatnie, boję się... on taki duży!
Antka nie trzeba było dwa razy prosić. Zdecydowanym ruchem rozchylił białe, drżące z emocji uda pani Hani i po chwili oboje kłębili się wśród poduszek na kanapie. Pani Hania zupełnie się zapomniała, dziko kwicząc, piszcząc i wykrzykując:
- Boże, jaki wielki Murzyn, brzuch mi rozsadzi!
Antek aż się przestraszył, że ktoś na ulicy usłyszy i przyśle policję. Przycisnął jej twarz poduszką, skończył swoje i opadł na kanapę. Pani Hania złapała dech i usiadła obok, czule głaszcząc kurczące się Antkowe narzędzie miłości.
- Jesteś, Antek, prawdziwy Murzyn - powiedziała z uznaniem, tuląc się do niego. - Zawsze chciałam spróbować z Murzynem, byłeś cudowny, teraz to już z nikim innym nie będzie mi się chciało.
- Ee, Hanka, nie opowiadaj bzdur. - Antek zdał sobie sprawę, że mówi do pani Hani po imieniu. - Owszem, to i owo się ma, ale jak to w Łomży mówią: "Nie jest ważne, żeby duży, ważne, żeby był figlarz".
- E tam, figlarz, ważne, żeby był kawał chłopa! - Pani Hania jeszcze raz spojrzała, rozmarzona, na Antka. - I żeby był Murzyn! - Objęła go i pocałowała.
Antek nalał jeszcze dwa kieliszki wódki, sobie i Hance, było mu dobrze. Szkoda, że chłopaki tego nie widziały. Ta piękna, biuściasta pani Hania Balcerzak kwiczała pode mną jak prosiak! - Antek uśmiechnął się pod nosem. - A teraz głaszczę ją po cyckach czy gdzie tam chcę, i jeszcze stawia mi wódkę! A wszystko dlatego, że jestem Murzynem, przedtem nawet by na mnie nie spojrzała. Ani na nich. Długo jeszcze będą chłopaki czekały, żeby pani Hania się do nich choćby uśmiechnęła. He, he, he, białe gęby, jeszcze na to poczekacie, a ja ją będę ruchał, ile wlezie!
Antek wracał do domu w świetnym nastroju. No cóż, żonę może będzie trudno znaleźć, ale poruchać to sobie porucha.
Przeszedł dwie przecznice, wesoło pogwizdując. Trochę mu się zrobiło przykro, że dwie idące z przeciwka kobiety przeszły na jego widok na drugą stronę, ale trudno, nie będzie sobie psuł nastroju takimi drobiazgami. Nagle, z piskiem opon, przy krawężniku zatrzymał się wóz policyjny. Wyskoczyło z niego dwóch policjantów, jeden, z pistoletem w dłoni, warknął:
- Pod ścianę i ręce do góry!
Antek, mocno przerażony, nie protestował. Drugi z policjantów obmacał go dokładnie, sprawdzając, czy nie ma broni.
- Jest pan aresztowany - poinformował krótko, założył mu kajdanki i kazał usiąść w samochodzie na tylnym siedzeniu.
- Panowie, ale o co chodzi, to jakaś pomyłka... - Antek otrząsnął się z pierwszego szoku.
- Pomyłka? A co tu robisz po nocy?
- Wracałem z baru.
- Z baru? Ciekawe z jakiego? Bary już dawno pozamykane.
- No, jeszcze zaszedłem do znajomych... - Antek poczuł się niepewnie, przecież nie może powiedzieć, gdzie był.
- To masz tu znajomych? - Policjanci zarechotali. - Właśnie dostaliśmy meldunek o włamaniu. Czy znajomym nic nie zginęło? Z miejsca przestępstwa zbiegł młody mężczyzna, czarny, w skórzanej kurtce. Zgadza się? - Policjant siedzący na fotelu pasażera, zwrócony przodem do Antka, znowu się zaśmiał.
Antkowi przeszedł po plecach zimny dreszcz. Nie było dobrze. Miał na sobie skórzaną kurtkę i nie mógł powiedzieć, gdzie był. Nagle zobaczył na piersi policjanta plakietkę z nazwiskiem "Jagodzinski" i podjął desperacką próbę obrony.
- Ale, panowie, ja jestem Polak!
- Cooo? - Teraz nawet kierowca popatrzył z zainteresowaniem na Antka.
Policjanci znowu wybuchnęli śmiechem. Takiej idiotycznej wymówki jeszcze od Murzyna nie słyszeli.
- John, to twój rodak z Harlemu - powiedział kierowca do sierżanta Jagodzińskiego. - Szkoda, że nie Włoch, he, he, he, boby nam zaśpiewał "la donna e mobile..." he, he, he...
Antek zauważył, że kierowca ma plakietkę z nazwiskiem "DiBiaggio".
- Nazywam się Antoni Kozłowski, jestem spod Łomży. - Antek brnął dalej, teraz już po polsku.
Jagodziński przestał się śmiać i patrzył na Antka szeroko otwartymi oczami.
- On mówi po polsku i to bez akcentu!
- Coo? - Kierowca jeszcze raz obrócił się do Antka. - Ale przecież jest czarny jak smoła! Nie może być Polak i Murzyn!
- Nie może - zgodził się Jagodziński. - Wyjaśnimy to na komisariacie.
- Ale, panowie... - Antek nie dawał za wygraną. - Sczerniałem dopiero dwa miesiące temu. - Opowiedział im swoją historię. Policjanci słuchali z niedowierzaniem.
- Nie kłamiesz? - zapytał Jagodziński, raczej dla porządku, bo widać było, że Antek go przekonał.
- Jak Boga kocham! Mam w domu zaświadczenie od lekarza.
DiBiaggio zatrzymał samochód i mrugnął do kolegi.
- To jedziemy zobaczyć. Gdzie mieszkasz?
- Niedaleko stąd. W Rodwood, ulica Bellvue 11.
DiBiaggio spojrzał porozumiewawczo na kolegę. Antek doskonale wiedział, w czym rzecz.
- Panowie, wcale tam nie chciałem mieszkać, ale gdzie indziej nie mogłem znaleźć mieszkania, musiałem w Rodwood, a zresztą nie jest tak źle, płacę połowę tego, co na Highland Street, no i się nie odróżniam.
Policjanci znów wybuchnęli śmiechem, ale teraz bardziej przyjaznym. Po chwili wszyscy znaleźli się w mieszkaniu na Bellvue 11. Antek pokazał papiery i poczęstował policjantów piwem.
- No, niech będzie, ale historia! - przemówił w końcu DiBiaggio, wyraźnie ważniejszy z dwójki policjantów. - Ale fakt faktem, że jakiś czarny w skórzanej kurtce zbiegł z miejsca przestępstwa...
- Panowie, jak Boga kocham, to nie ja! Po barze zaszedłem jeszcze na chwilkę do znajomej...
- A jak się nazywa? - zapytał Jagodziński.
- Ee... tego... nie powiem, bo, bo... ma męża - wykrztusił Antek.
- Dobra, wierzymy. - DiBiaggio poklepał go przyjaźnie po ramieniu. - Chciała się z Murzynem popieprzyć. - Wszyscy trzej wybuchnęli śmiechem.
Na wszelki wypadek spisali dane osobiste z prawa jazdy Antka, dopili piwo, a na odchodnym DiBiaggio powiedział:
- Jak byś potrzebował roboty, to zgłoś się do nas, potrzebujemy takich, co się w Rodwood nie odróżniają.
- A po nocy lepiej się nie szwendaj po biał..., chciałem powiedzieć... polskiej dzielnicy - Jagodziński trochę się zaplątał.
- No dobra, ale co mam robić? - Antek rozłożył ręce.
- Nie masz pan lekko - zgodził się DiBiaggio ze współczuciem w głosie.
Obaj uśmiechnęli się do Antka przyjaźnie i wyszli.
Antek usiadł na łóżku i pociągnął łyk piwa. Właściwie nie jest źle, nie tylko miło spędził z panią Hanią dwie godzinki, ale jeszcze go policja do domu odwiozła, żeby się nie musiał fatygować! No, może trochę okrężną drogą, ale zawsze samochodem pod dom zajechał.
Pościelił łóżko i rozebrał się. Nagle spojrzał z czułością w dół. Boże, ale mam fiuta, przypomniał sobie pełen zachwytu wzrok pani Hani. Gdyby był biały, toby się teraz zaczerwienił ze wzruszenia, ale że był Murzynem, to tylko wyciągnął się na łóżku i zagapił w sufit.
Zadumał się nad losem Murzyna. Z tą policją, cholera, nie jest dobrze, wszędzie go teraz będą sprawdzali, będzie się musiał pilnować. A co z robotą na lewo? Też będą sprawdzać? A niby te Murzyny to na lewo nie robią? Sama lewizna! No ale też i połowa ich siedzi w pierdlu. Cholera, niedobrze. Antek podrapał się w głowę. Z drugiej strony, pani Hania... - Zrobiło mu się miękko na sercu na wspomnienie piersi falujących w różowym szlafroczku. Rozpowie koleżankom o mojej sprężynie... he, he, he, będę miał wszystkie baby w New Jersey jak na talerzu! To była piękna myśl. Antek obrócił się na drugi bok i, rozmarzony, zasnął.
***
- Panie Antku, mamy dziś inspekcję z Wydziału Pracy. - Szef był wyraźnie podekscytowany. - Pan masz w payrollu dwadzieścia pięć dolarów za godzinę, to żeby się nie czepiali, powiemy, żeś pan menadżer robót drogowych, pani Ziutka siądzie w recepcji, a pan tu, proszę bardzo... niech pan siada na moim miejscu. Od razu lepiej wygląda. Czarny menadżer! - Kierownik Skrzek był z siebie bardzo zadowolony.
- Szefie, ale ja nic nie wiem o robotach drogowych firmy, jak zaczną o coś pytać...
- A myśli pan, że oni wiedzą? Oni tylko sprawdzają, czy mniejszości są zatrudnione.
Inspektorzy nie dali na siebie długo czekać. Punktualnie o dziesiątej pojawili się w drzwiach - potężny Murzyn i malutka Chinka. Kierownik Skrzek wylewnie ich przywitał i usadził na fotelach w salce konferencyjnej. Pani Ziutka podała kawę i ciasteczka.
Przedstawili się: inspektor Jesse Paterson i protokolantka Sue Minh. Zażądali listy płac i zgłoszeń podatkowych firmy, żeby sprawdzić liczbę stałych pracowników.
- W porządku. - Inspektor Paterson przejechał grubym paluchem po liście pracowników. - Dziesięć osób?
- Tak jest - potwierdził skwapliwie pan Skrzek.
- Ale nie widzę tu żadnych mniejszości. - Jesse Paterson triumfował, grożąc palcem. - Uprzedzaliśmy, że jeśli nie zatrudni pan przynajmniej dziesięciu procent mniejszości, to więcej kontraktów od dzielnicy Brooklyn pan nie dostanie.
- Ależ, proszę pana, właśnie zastosowaliśmy się do zaleceń władz, my się zawsze stosujemy! Zatrudniliśmy nowego menadżera robót drogowych, z mniejszości.
- Jakich mniejszości? - Paterson spojrzał podejrzliwie na Skrzeka. - Sto razy panu mówiliśmy, że Polak czy Żyd to nie jest mniejszość.
Inspektor jeszcze raz powiódł wzrokiem po liście pracowników. Same polskie nazwiska plus inżynier Joshua Goldberg.
- To ten, Anthony Kozlowski. - Kierownik Skrzek pokazał palcem.
Inspektor Paterson spojrzał na niego podejrzliwie.
- Kozlowski?
- Tak, Kozlowski, o tam siedzi. - Kierownik Skrzek wskazał na swój gabinet. - Anthony, pozwól, pan inspektor chce cię poznać.
Antek wszedł do salki konferencyjnej i usiadł w fotelu naprzeciwko inspektora.
Murzyn stuprocentowy. Widać gołym okiem.
- Możemy zobaczyć prawo jazdy? - odezwała się cienkim głosikiem Chinka.
- No właśnie, poprosimy jakiś dowód tożsamości - zawtórował inspektor.
- Proszę bardzo. - Antek podał prawo jazdy.
Stało jak wół: Anthony Kozlowski, tak jak na liście płac.
Na twarzy inspektora odmalowało się szczere zdumienie, tym bardziej że w rubryce "dane osobiste" przeczytał: miejsce urodzenia - Piątnica, Polska.
- Pan z Polski?
- Tak.
- Naprawdę? - Inspektor Paterson był wyraźnie zaintrygowany. - A dużo tam u was Murzynów?
- O, mnóstwo - wtrącił entuzjastycznie kierownik Skrzek. - No, może nie tak dużo jak na Brooklynie - trochę się pomiarkował - ale mamy, pewnie, że mamy. Najlepszy polski piłkarz jest czarny, nazywa się Olisadebe! - Kierownik Local Improvements był z siebie coraz bardziej zadowolony.
Inspektor Paterson nie zwracał jednak uwagi na Skrzeka, patrzył zafascynowany na Antka.
- Od dawna pan w Ameryce?
- Przyjechałem tu dziesięć lat temu...
- Legalnie! - dorzucił czujnie kierownik Skrzek.
- Tak, oczywiście, legalnie, wygrałem wizę. Bardzo mi się tu podoba. Teraz czekam na obywatelstwo, ale te sprawy urzędowe bardzo opornie idą - wyjaśnił Antek.
- Ach, tak? Dyskryminują pana, bo jest pan czarny? - ucieszył się inspektor Paterson, czując, że ma sprawę do załatwienia. - Niech pani dokładnie spisze dane osobiste pana Anthony'ego - zwrócił się do Chinki. - Dyskryminowanie mniejszości jest sprzeczne z prawem, w urzędzie emigracyjnym muszą się tego w końcu nauczyć!
Inspektor potoczył groźnym wzrokiem po kierowniku Skrzeku, pani Ziutce, pannie Minh i Jasiu Golonce, operatorze dźwigu, który właśnie wszedł do biura i zastanawiał się, czego ten Murzyn się tu awanturuje.
- Ale... - Antek chciał powiedzieć, że w urzędzie emigracyjnym nic o tym nie wiedzą, że on jest teraz czarny i że to raczej bałagan, a nie dyskryminacja, ale czujny kierownik Skrzek zmierzył go takim wzrokiem, że Antek zamilkł.
- Poruszymy tę sprawę na posiedzeniu Rady Miejskiej, to niedopuszczalna dyskryminacja i jawne lekceważenie prawa. - Inspektor Paterson był w swoim żywiole. - Niech się pan nie martwi, załatwimy tę sprawę, osobiście się tym zajmę!
Poklepał Antka po ramieniu, po czym oboje z Chinką pożegnali się i wyszli.
***
Antek powoli wrastał w swoją murzyńskość. Już go rano nie raziło, że widzi w lustrze czarną gębę. Przyzwyczaił się, że mieszka w Rodwood i że ciągle jeszcze wzbudza sensację w sklepie z wędlinami, kiedy płynną polszczyzną prosi o flaki albo kaszankę. Z sąsiadami początkowo miał pewne trudności, dopiero kiedy wyjaśnił, że jest z Polski i dlatego słabo mówi po angielsku, lody stopniały. Ot, jeszcze jeden emigrant, tyle że nie z Jamajki, Haiti czy Barbadosu, ale z Polski. Sąsiedzi, podobnie jak Antek, nie mieli filozoficznego zacięcia ani głowy do nauki, więc nie widzieli sprzeczności między pojęciami Polak i Murzyn. W Rodwood panowało powszechne przekonanie, że Murzyni są wszędzie, w Ameryce, w Brazylii, na Jamajce, we Francji, i wszędzie są dyskryminowani. O tym, że Polska nie jest karaibską wyspą i tak wiedziała tylko Melissa Bray, młoda nauczycielka, mieszkająca po drugiej stronie ulicy. Dozorca domu początkowo podejrzewał, że Antek jest z Afryki, co nie usposabiało go najlepiej, ponieważ, podobnie jak wielu innych Murzynów amerykańskich, był przekonany, że Afrykanie są skąpi, aroganccy, leniwi i uważają, że wszystko im się należy. Kiedy się jednak dowiedział, że Polska nie leży w Afryce, uspokoił się, a butelka polskiej wódki, którą mu Antek sprezentował, ostatecznie rozwiała wątpliwości co do charakteru Polaków.
W Rodwood Antek czuł się coraz bardziej swój, w czym pomagała mu serdeczność sąsiadów - poczciwej, grubej jak beka Rochelle z tej samej klatki schodowej, która zaraz pierwszego dnia postanowiła zaszyć mu dziurę w spodniach, dwóch młodzieńców z dołu, którzy całkowicie bezinteresownie pomogli mu wnieść meble, czy małego, łysego Jerry'ego z parteru, który obiecał pomoc w "okazyjnym" kupnie samochodu.
Kiedy Antek pierwszy raz otworzył drzwi pobliskiego baru "The Suleyman", natychmiast chciał się wycofać - sami Murzyni! Szybko się jednak zreflektował, że przecież też jest Murzynem, wszedł pewnym krokiem do środka i został do rana. Zaprzyjaźnił się ze wszystkimi, choć nie wszystkich pamiętał, tym bardziej że ciągle miał jeszcze kłopoty z odróżnieniem jednego Murzyna od drugiego. Z czasem bywalcy "Suleymana" zaczęli się do niego zwracać per bracie, co było dowodem pełnej akceptacji.
Trochę rozczarowały go Murzynki, bo choć nadal wydawały mu się ładne i seksowne, to wcale nie były mniej fumowate od Polek, a czasami nawet jeszcze gorsze wariatki. Zresztą Antek nie narzekał, akurat w tej dziedzinie pani Hania w pełni zaspokajała jego potrzeby, czasem aż do przesady. Nawet przemyśliwał, czyby się nią nie podzielić z jakimś kolegą z "Suleymana", ale szybko ten pomysł zarzucił. Co się tam będzie dzielił, jeszcze się okaże, że ci prawdziwsi Murzyni są lepsi, i co wtedy? Zostanie na lodzie.
Podobała mu się ta nauczycielka z drugiej strony ulicy, nawet porozmawiali sobie kilka razy, ale czy nie za bardzo uczona? Antek, podobnie jak wielu innych młodych ludzi w Piątnicy czy też w Rodwood, był nieufnie nastawiony do wykształconych kobiet - tylko ma taka w głowie popierdolone!
Tak czy owak, Antek całkiem nieźle znosił zderzenie kultur, siedzenie okrakiem między polskością a murzyńskością.
Oby tak dalej!
Antek siedział w recepcji Local Improvements. Rozwalony na fotelu, z nogami na biurku, popijał herbatę i czytał "Nowy Dziennik". Telefon nie dzwonił. Nie było co robić. Trochę nudno, ale nie można narzekać. W biurze ciepło i przyjemnie, a na dworze zimno i szaro, brudny śnieg oblepiał ramę okna. Przyszedł listonosz. Antek odniósł pocztę pani Ziutce, po czym chwilę sobie pogwarzyli, jak Murzyn z Murzynem. Okazało się, że listonosz wybiera się z żoną na wakacje na Florydę.
Antek patrzył na ogłoszenia biur podróży w "Nowym Dzienniku" i marzył o ciepłych krajach. Też by, cholera, pojechał na Florydę, wprawdzie nie ma żony, ale może by tak z panią Hanią albo z tą nauczycielką z naprzeciwka, rozmarzył się. Z gabinetu szefa wyskoczyła pani Ziutka z jakimś papierem w ręku.
- Panie Antku, ma pan zaproszenie na konferencję!
- Cooo? Na jaką konferencję? - Antek zdjął nogi z biurka i spojrzał spode łba na panią Ziutkę, znowu robi sobie z niego głupie żarty.
- Na bardzo ważną! - Za panią Ziutką wyłonił się z gabinetu pan Skrzek. - Na konferencję biznesmenów i menadżerów z mniejszości, w Fort Lauderdale, na Florydzie. Wytypował pana pełnomocnik władz miejskich Brooklynu od równych praw dla mniejszości, na pewno z polecenia Patersona, wyraźnie pana polubił!
- Nigdzie nie jadę, przecież nie jestem menadżer, a zresztą nie mam pieniędzy na takie wycieczki. - Antek czuł, że cała ta szopka, jaką odstawili przed inspektorem Patersonem, idzie już za daleko i źle się skończy.
- Ależ, panie Antku, niech pan tak nie mówi, w papierach jest pan menadżerem, pensję pan bierze menadżerską, wszystko jasne jak słońce! A co do pieniędzy, to niech się pan nie martwi, da się załatwić.
Kierownik Skrzek był mocno podekscytowany. Local Improvements mało że zatrudnia Murzyna, to jeszcze murzyńskiego działacza z chodami we władzach miejskich. Niedługo ma być rozpisany przetarg na remont nawierzchni mostu Brooklińskiego, jakby się to udało załatwić... Boże! Warto by tego durnego Antka wysłać choćby i do Paryża!
- Pieniędzy nie trzeba załatwiać - wtrąciła pani Ziutka, cała zaróżowiona, najwyraźniej udzielił się jej entuzjazm szefa. - Tu napisali, że koszty przelotu i hotelu "swoich przedstawicieli" pokrywa dzielnica Brooklyn.
- No proszę! Będzie pan reprezentował Brooklyn! Nie może pan zawieść pokładanego w panu zaufania! - Kierownik Skrzek rozgrzewał się coraz bardziej.
- Pojedzie pan sobie na Florydę, tam teraz lato, usiądzie pan w kąpielówkach pod palmą... - rozmarzyła się pani Ziutka.
- Ale... - Opór Antka topniał pod naporem entuzjazmu szefa i pani Ziutki. - Ale... ja się nie znam na menadże...
- Na czym się pan nie zna, panie Antku? - wszedł mu w słowo kierownik Skrzek. - Wie pan przecież, czym się zajmujemy, remontujemy drogi, zjazdy, wjazdy, budynki publiczne, parkingi, nieraz pan u nas pracował na zlecenia. A co robi menadżer? Mówi każdemu, co ma zrobić, i potem pilnuje, żeby zrobił. Żadna filozofia. A zresztą tam będziecie radzić nad sprawami natury ogólnej, jak walczyć z dyskryminacją rasową, jak zapewnić młodzieży z mniejszości równy start...
- No, na tym to już się, panie Franku, całkiem nie znam. - Antek jeszcze się bronił, ale już czuł, że może pani Ziutka ma rację, pojedzie, po obradach rozwali się na plaży, kupi sobie butelkę zimnego piwa...
- Tu nie ma się na czym znać, to oni, łachudry, się nie znają i dlatego muszą radzić. Każdy Polak to zna od małego. Chodził pan w Łomży do szkoły, no nie?
- Pewnie, że chodziłem.
- No właśnie. To chyba pana uczyli, że Polacy zawsze za "naszą wolność i waszą", bezinteresownie walczyli o wolność, równość i sprawiedliwość dla wszystkich. Dla Murzynów też.
- W Łomży nic nas o Murzynach nie uczyli.
- Bo to się rozumie samo przez się, jak dla wszystkich, to i dla Murzynów, prawda, pani Ziutko, też chodziła pani do szkoły?
- Pewnie, w Pułtusku.
- No właśnie, jeszcze ich pan, panie Antku, będzie mógł na tej konferencji czegoś nauczyć!
Antek nie zamierzał nikogo niczego uczyć, ale owszem, na równości i sprawiedliwości to się zna, czemu nie? Jeszcze raz spojrzał w okno, paskudnie, śnieg z deszczem, a na Florydzie cieplutko, słońce, palmy...
- No dobra, pojadę.
- To zaraz dzwonię do Patersona podziękować, potem pan z nim też pogada. - Kierownik Skrzek pobiegł do gabinetu.
- Panie Antku, przyśle mi pan z Florydy jakąś ładną pocztówkę? - Pani Ziutka uśmiechnęła się zalotnie.
- Przyślę, pewnie, że przyślę. - Antek klepnął ją po tyłku.
- Ależ panie Antoni. - Pani Ziutka zrobiła lekko urażoną minę.
- Och, przepraszam, myślałem o czym innym. - Antek uśmiechnął się pojednawczo, myśląc, że mógłby ją pewnie przelecieć, ale właściwie po co? Żeby chociaż była ładna.
***
Antek wracał do domu najpierw metrem, potem promem przez rzekę Hudson do New Jersey. Trochę długo się jechało, ale co robić, przynajmniej jest czas pomyśleć. Siedział na pokładowej ławce, ręce włożył do kieszeni, bo zimno było jak cholera, i patrzył na światła Manhattanu. Tak, z Florydą to nie jest zły pomysł. A tą całą konferencją nie ma się co przejmować. Polaka będą uczyć wolności i równości? "Jesteśmy w pierwszym szeregu walki z dyskryminacją" - powiedział mu przez telefon Paterson. "Jesteśmy przedmurzem..." - Antek czuł, że wzbierają w nim talenty oratorskie. - No dobrze, ale przedmurzem czego? Ech, wszystko jedno, jesteśmy przedmurzem i tyle! Wstał i wszedł do środka, bo zimno już było nie do wytrzymania.
Na ławce przy oknie wcisnął się śmiało między dwie Murzynki. Jedna coś burknęła. Antek nie zrozumiał, ale niezbyt przyjazna intencja była czytelna. Czego? Lepiej się, pindo, posuń - pomyślał i spojrzał butnie na sąsiadkę, która wyjrzała zza gazety. Ależ tak, to była Melissa Bray!
- O, przepraszam. - Antek uśmiechnął się pojednawczo. - Tam tak zimno, że musiałem wejść do środka.
- Nic nie szkodzi, przysuń się, Tony, bliżej, będzie ci cieplej. - Melissa uśmiechnęła się zalotnie. - Myślałam dzisiaj o tobie, sąsiadki mówiły, że jesteś z Polski.
- Jak najbardziej - przytaknął skwapliwie Antek, patrząc na rysujące się pod czerwonym golfem piersi Melissy - to chyba był jego szczęśliwy dzień.
- Bo u nas w szkole co roku organizujemy dzień ONZ i każda klasa przygotowuje wystawę o jakimś kraju. W tym roku moja klasa wylosowała Polskę. Ale dzieciaki nic o Polsce nie wiedzą, a i ja, prawdę mówiąc, też niewiele wiem, liczę, że nam pomożesz. - Melissa uśmiechnęła się ciepło, w jej wielkich, afrykańskich oczach było coś bardzo kuszącego.
- Ależ oczywiście, z największą przyjemnością. - W tej chwili Antek byłby nawet gotów dla Melissy skoczyć w lodowate wody rzeki Hudson.
- Może byś mógł kiedyś przyjść do mojej klasy? Jakby dzieciaki zobaczyły, że w Polsce też mieszkają Murzyni, toby im to przybliżyło kraj.
- Jasne, nie ma sprawy. - Antek poczuł, że znowu będzie się musiał wygłupiać, jak z tym Patersonem, ale co robić? Melissie nie odmówi! Zresztą, co to szkodzi, będą te czarne dzieciaki myślały, że w Polsce mieszkają Murzyni, i co, świat się od tego zawali? Gorszych głupot w szkołach uczą. Sam się przez dziesięć lat uczył, że Związek Sowiecki to raj na ziemi i co, zgłupiał od tego? Poza tym i tak zapomną, czego się nauczyły, nie ma się czym przejmować.
- Tony, czy wszyscy w Polsce mają takie piękne, chabrowe oczy? - Melissa przysunęła się bliżej.
- Nie wszyscy, ale u nas to rodzinne, mama miała, brat, siostra... Ale ja uważam, że twoje czarne oczy są piękniejsze! - Antek był bardzo szarmancki.
- Naprawdę? - Melissa uśmiechnęła się jeszcze cieplej, widać było jednak, że myślami jest gdzie indziej. - Tony, tak bym chciała pojechać kiedyś do tych dzikich krajów, do Polski, do Rosji... zobaczyć innych ludzi, inny świat...
- Co ty gadasz! - Antek zjeżył się. - Jakich dzikich? Polska to nie jest dziki kraj, Rosja może... ale nie Polska.
- Tony, przepraszam. - Melissa zmieszała się, zdała sobie sprawę, że uraziła Antka. - Rozmarzyłam się i plotę bzdury, głupio mi się wymsknęło, chciałam powiedzieć egzotyczne kraje.
- Dobrze, nie ma sprawy. - Antek objął ją ramieniem. - Jak będziesz chciała, to zabiorę cię do Polski!
- Bardzo bym chciała! - Melissa przytuliła się. - Tam pewnie pięknie, ciepło, palmy...
Antek roześmiał się.
- Ani ciepło, ani palmy, ale za to rosną wierzby, wiesz, co to wierzba?
- Pewnie, że wiem! - Melissa miała wprawdzie jedynie mgliste pojęcie, co to za drzewo, ale nie mogła się do tego przyznać, przecież była nauczycielką.
- Ciepło i palmy to na Florydzie, za dwa tygodnie jadę na konferencję do Fort Lauderdale. - Spojrzał dumnie w oczy Melissy.
- Naprawdę? Na jaką konferencję?
- Zjazd biznesmenów i menadżerów z mniejszości, będę reprezentował Brooklyn.
Antek znowu spojrzał na Melissę. Tak, widać, że zrobiło to na niej wrażenie.
- Tony, gratuluję! - Zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała go. - Jestem z ciebie dumna, całe Rodwood będzie dumne, jak o tym opowiem. Ale wiesz co? Ja też należę do Organizacji Obrony Praw Obywatelskich Mniejszości, jestem przewodniczącą koła nauczycielek w naszej szkole.
Antek mocno ścisnął Melissę. Czuł przez sweter jej duże, jędrne piersi, co znakomicie wzmacniało poczucie duchowej, a nawet, można by rzec, ideologicznej wspólnoty - jak aktywista z aktywistką.
Prom przybił do przystani po drugiej stronie rzeki. Antek chciał iść do autobusu, ale Melissa pożegnała się, mówiąc, że poczeka na parkingu, bo jest umówiona. W tej samej chwili przy krawężniku zatrzymał się srebrzysty chevrolet, z którego wychylił się młody Murzyn. Melissa podbiegła do samochodu. Z ręką na klamce odwróciła się jeszcze do Antka i zawołała:
- Będziemy w kontakcie, nie zapomnij o mojej szkole! Pa!
- Pa! - Antkowi trudno było ukryć rozczarowanie. A tak się wszystko ładnie zaczynało. Wróciliby do Rodwood, Melissa zaprosiłaby go na górę. Napiliby się... ech, co tam, nie to nie, woli się puszczać z jakimś pierdolonym Murzynem, to jej sprawa. Cholera, nie powinienem tak myśleć, sam jestem pierdolony Murzyn. No i co z tego? Pomyśleć sobie mogę, co chcę - wolny kraj!
Wsiadł, rozgoryczony, do autobusu. Ale nie chciało mu się wracać do domu, zresztą nie miał nic do jedzenia. Postanowił, że podjedzie dwa przystanki i zajrzy do nowo otwartej polskiej knajpki "U Teresy". Lokal był niewielki, ale przytulny. Na półce za barem stało popiersie Kościuszki w otoczeniu butelek wyborowej, stolicznej, absolutu i innych porządnych trunków. Ściany udekorowane były kurpiowskimi wycinankami z plastiku, a stoliki przykryte ceratowymi obrusami w czerwono-białą szachownicę. Swojsko i przyjemnie. Antek usiadł przy stoliku niedaleko baru. Mógłbym tu kiedyś zaprosić Melissę - pomyślał - chce się czegoś nauczyć o Polsce, to proszę bardzo, może zacząć od pierogów ze skwarkami. Antek czuł, że wraca mu dobry humor. Zamówił flaki, a potem kaszankę z cebulką i ziemniakami i oczywiście butelkę żywca. Trochę się zdziwił, że kelnerka zwróciła się do niego po angielsku - polska restauracja to powinny cholery umieć po polsku! Odpowiedział po polsku, na co dziewczyna zastygła w półobrocie i upuściła bloczek z zamówieniem. Teraz dopiero Antek puknął się w czoło - przecież jest Murzynem, nic dziwnego, że się do niego zwracają po angielsku! Roześmiał się gorzkawo i podniósł dziewczynie bloczek.
Flaki były pyszne, żywiec też nie najgorszy. Antek zamówił jeszcze jedną butelkę i rozsiadł się wygodnie w oczekiwaniu na kaszankę. Całkiem już zapomniał o przykrym zawodzie z Melissą. Nie było źle, miło tu i przytulnie, jest piwo, zaraz będzie kaszanka - żyć nie umierać! Po chwili miał przed sobą kaszankę z cebulką i dymiące kartofle. Zabrał się ochoczo do jedzenia, kiedy usłyszał rozmowę dwóch gości przy barze.
- Patrz, Heniek, na tego szuwaksa, wpierdala kaszankę, jakby od małego nic innego nie jadł.
- Że też takich tu wpuszczają, przecież napisane na drzwiach "Polish restaurant", niedługo całe Rodwood będzie się tu żywić - powiedział kolega.
- Pani Stasiu - pierwszy z nich zwrócił się do barmanki, zażywnej blondyny pod pięćdziesiątkę z dwoma srebrnymi zębami. - Nie macie tu jakichś bananów dla swoich afrykańskich gości? Żeby mu ta kaszanka nie zaszkodziła.
Cała trójka wesoło zarechotała.
Antek czuł, że powoli zalewa go zła krew. Chwycił pustą butelkę, wstał, podszedł do baru i powiedział po polsku:
- A co się, kurwa, nie podoba?
Koledzy przy barze zbaranieli, ale szybko oprzytomnieli i zeskoczyli ze stołków.
- Niech pan odda tę butelkę - odezwała się pojednawczo pani Stasia. - Tak sobie tylko żartujemy, niech się pan nie denerwuje.
- Słyszałeś, gnoju, oddaj butelkę - powiedział pierwszy.
Obaj byli lekko podpici i najwyraźniej szukali zwady. Antek też nie był w ugodowym nastroju. Zamachnął się i wyrżnął butelką w głowę pierwszego gościa szukającego zaczepki. Butelka się rozbiła, trysnęła krew.
Pani Stasia złapała za telefon i zadzwoniła po policję.
Tymczasem drugi kopnął Antka w krocze. Kiedy Antek zgiął się wpół z bólu, dostał potężny cios w szczękę. Wyprostował się i natarł głową na napastnika. Przygniótł go do baru i zaczął walić kolanami w brzuch. Tymczasem drugi otarł krew z twarzy, złapał stołek i rąbnął Antka w plecy. Zamachnął się jeszcze raz i uderzył, tym razem w głowę. Antek osunął się na podłogę. Zaczęli go kopać.
Do lokalu wpadło dwóch policjantów. Napastnicy odskoczyli od Antka i oparli się o bufet.
- Co się tu dzieje?
- Ten Murzyn wypił za dużo i zaczął się awanturować - wyjaśnił jeden z gości, wskazując na gramolącego się z podłogi Antka.
Policjant spojrzał pytająco na barmankę.
- Tak, właśnie, uderzył naszego gościa butelką w głowę. - Pani Stasia wskazała na zakrwawionego klienta.
Sprawa była jasna. Policjanci założyli Antkowi kajdanki i zabrali go na komisariat. Wyszedł dopiero rano z poważnym upomnieniem: ponieważ nie jest notowany, dają mu szansę i zwalniają do domu, ale jeśli się to jeszcze raz powtórzy, stanie przed sądem. W drzwiach komisariatu natknął się na sierżanta Jagodzińskiego.
- Panie Antku, co się stało? - spytał zaniepokojony, widząc podpuchnięte oko Antka.
- Ee, szkoda gadać. - Antek nie był w nastroju do rozmowy.
Jagodziński jednak nalegał i Antek opowiedział mu całe wydarzenie. Policjant pokiwał głową, wziął Antka pod ramię, odciągnął na stronę, po czym zwrócił się do niego konspiracyjnie i po polsku, żeby nikt inny nie rozumiał:
- Antek, szkoda mi ciebie, jesteś dobry chłop, ale posłuchaj rady doświadczonego policjanta. Jesteś teraz Murzyn, rosły, młody Murzyn. Nie pchaj się, szczególnie wieczorami, do białych dzielnic. Tam się boją takich jak ty i, powiem ci szczerze, nie bez powodu. Ty jesteś w porządku, ale kto to wie? A już szczególnie do tych etnicznych dzielnic, polskich, włoskich, greckich... Naprawdę, Antek, bądź rozsądny. Jesteś Murzynem, trudno, pech. Wieczorem trzymaj się Manhattanu czy Rodwood i nie szukaj guza... bo go znajdziesz. - Jagodziński raz jeszcze spojrzał ze współczuciem na podpuchnięte oko Antka. - Pamiętasz, jakeśmy cię zatrzymali na Highland Street? Z tym włamaniem to była lipa, młody Murzyn szwendający się po tej okolicy zawsze jest podejrzany... Antek, nie bierz tego do siebie, naprawdę cię lubię i życzę ci jak najlepiej, ale tak jest... zaufaj mi, mam doświadczenie. To wbrew regulaminowi, ale wszyscy to robią. O tych sprawach głośno się nie mówi. Nikomu też nie mów, że ja ci powiedziałem. Zresztą, w razie czego, od razu się wyprę.
Sierżant Jagodziński poklepał Antka przyjaźnie po ramieniu.
- Bądź rozsądny. Świata nie zmienisz, a zdrowia sobie oszczędzisz.
Antek pożegnał się z sierżantem Jagodzińskim i, obolały, powlókł się do domu. Zadzwonił do pracy, że jest chory i padł na łóżko, ale po chwili wstał, bo zachciało mu się do toalety. Wszystko go bolało, a najbardziej dusza. Spojrzał w łazience w lustro - na swoją czarną twarz z podpuchniętym okiem. Czuł, że był coraz bardziej Murzynem i coraz mniej Polakiem. Ma rację Jagodziński, jestem Murzyn i już. A niech to diabli, trudno - pomyślał, wracając do łóżka - a do polskiej restauracji to już na pewno nie pójdę. Dobrze, że Melissy tam nie zaprosiłem. - Antek zawsze starał się dojrzeć pozytywne strony nawet najmniej przyjemnych sytuacji. Przypomniał sobie jej afrykańskie oczy, no i te opięte czerwonym swetrem piersi, zrobiło mu się ciepło na duszy. Nie myślał już o przykrych wydarzeniach minionego wieczoru. Zasnął.
***
Po południu Antek, jeszcze mocno obolały, poszedł kupić coś do jedzenia. Napotkani po drodze sąsiedzi i znajomi z okolicy patrzyli na niego ze współczuciem, pełni zrozumienia. Wszyscy już wiedzieli, że Antek spędził noc na komisariacie, ktoś nawet widział, jak go tam przywieźli. Teraz Antek, niedawny emigrant, był już całkiem swój. Mówiono, że pobiła go policja. Antek nie zaprzeczał, bo jakoś głupio mu było się przyznać, że to rodacy tak go załatwili. Sąsiad z dołu, złodziej i narkoman, poczęstował go piwem, a dozorczyni, gruba poczciwa Murzynka z Jamajki, przyniosła mu jakąś maść, podobno świetną, na opuchliznę, i talerz rosołu z kluskami. Dwie małe dziewczynki, mieszkające z matką na poddaszu, dały mu lizaka, wprawdzie lekko napoczętego, ale od serca. Antek był wzruszony.
Dotknął podpuchniętego oka - cholera, nie jest dobrze, pomyślał, żeby tylko ta opuchlizna zeszła do konferencji na Florydzie. A to skurwiele, rasiści, psia mać.
Przypomniał sobie słowa Patersona: "Jesteśmy w pierwszym szeregu walki z dyskryminacją". Antek czuł, że wzbiera w nim rewolucyjny zapał. Czy mu się chce być w pierwszym szeregu walki z dyskryminacją, tego nie był pewny. Może w drugim, albo jeszcze trochę dalej? Co do tego nie miał pełnej jasności. Ale jedno było oczywiste, tym dwóm gnojom należałoby dać wpierdol, to znaczy, jakby się udało - Antek zawsze był realistą.
Nastawił wodę na herbatę, w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stała Melissa.
- Tony, co się stało, pobili cię na komisariacie? To straszne!
Antek usiadł na kanapie, wskazując Melissie zbolałym gestem miejsce obok siebie.
- Ee, nie ma o czym gadać.
- Tony, jak to nie ma o czym? Przecież to jawna dyskryminacja, pobili cię, bo jesteś czarny! - W oczach Melissy błyskały iskry świętego oburzenia. - Nie możemy na to pozwolić. Napiszemy protest, zorganizujemy demonstrację pod komisariatem. Winni muszą zostać ukarani. Trzeba z tym raz na zawsze skończyć. Nie martw się, Tony, nie jesteś sam. Jesteśmy z tobą... - Melissa przysunęła się do Antka, który złożył swoją skołataną głowę na jej ramieniu. Poczuł falujące ze świętego gniewu piersi Melissy. Opuścił głowę trochę niżej, wiedział, że jak się w nie wtuli, na pewno przyniesie mu to ulgę. I tak by się pewnie stało, gdyby nie podbite oko. Aż syknął z bólu.
- Tony, co ci jest? Coś cię boli? - Melissa wzięła delikatnie jego głowę w swoje dłonie i nieco się odsunęła.
- Ech... - Antek wskazał na opuchliznę. - Nic takiego. - Machnął ręką gestem skromnie-bohaterskim.
- Boże! - Melissa miała łzy w oczach. - Co oni ci zrobili. A to dranie, bandyci, nie policja! Zaraz napiszemy protest i ostrą skargę. Sama jutro rano zaniosę ją na komisariat.
W oczach Melissy znowu błysnęły iskry świętego oburzenia.
Antek spojrzał na dziewczynę i poczuł, że musi jednak tę kwestię sprostować, wypadnie może mniej bohatersko, ale trudno, inaczej sprawy pójdą za daleko.
Poprosił Melissę, żeby nalała herbaty, po czym wyznał jej szczerze, jak było.
Melissa była poruszona. Pogłaskała go po ramieniu, a potem delikatnie pocałowała w spuchniętą twarz.
- To smutne, bardzo smutne, zwyczajny rasizm. Tych łobuzów i restaurację musimy podać do sądu.
- Ani mi się waż! - Antek przestraszył się nie na żarty. Dokopać tym gnojom to by się, owszem, przydało, ale do sądu w takiej sprawie nie będzie chodził. - Po prostu więcej do tej restauracji nie pójdę i tyle! - stwierdził kategorycznie.
Melissa była trochę zawiedziona, ale ze szkolenia: "Jak walczyć z dyskryminacją" wiedziała, że ofiarom często trudno jest się przyznać do roli ofiary, szczególnie mężczyznom. Postanowiła więc na razie nie naciskać, może potem do tego wróci, teraz trzeba dać mu się spokojnie wykurować. Pożegnała się z Antkiem ciepło i serdecznie, mówiąc, że musi biec na szkolne przedstawienie, ale obiecała, że jutro po pracy przyjdzie i przyniesie kolację od Chińczyka, będzie miała więcej czasu, to sobie pogadają. Pocałowała Antka i wyszła.
Antek opadł na kanapę, nie bez pewnego trudu założył nogi na oparcie i pogrążył się w ponurych myślach. Cholera, nielekko być Murzynem. Nie chodź, baranie, do polskich restauracji, to ci będzie lżej. - Antek zawsze próbował znaleźć jakieś pozytywne rozwiązanie. - A co mam robić, kiedy lubię flaki i kaszankę? Kup sobie w sklepie i w domu zjedz, no tak, ale to nie to samo. Antek podrapał się w głowę, napiłby się piwa, ale trzeba by wstać i pójść do lodówki. Na początek spuścił nogi z oparcia i jeszcze trochę pogłówkował, zanim zwlókł się z kanapy. Wziął butelkę samuela adamsa i znowu zwalił się na kanapę. Pociągnął łyk i pomyślał o Melissie. Kochana dziewczyna, łzy miała w tych pięknych, czarnych oczach, tak go żałowała! A te piersi... Nagle przypomniała mu się pani Hania, też ma piękne piersi, białe, bo białe, ale zawsze... O, cholera, przecież jutro środa, o siódmej przychodzi pani Hania, mężowi mówi, że idzie na aerobik, niezła wymówka, bo jeszcze potem tłumaczy, dlaczego wraca taka zjebana - he, he, he. Antek zaśmiał się lubieżnie. Trudno, zadzwoni do niej, niech przełoży ten aerobik na przyszły tydzień, bo jutro przychodzi Melissa, a zresztą na razie nie jest w odpowiednim stanie do sesji z panią Hanią. Jeszcze raz dotknął spuchniętego oka. Może przyłożę sobie ręcznik z zimną wodą... Powlókł się do łazienki.