Niezwykła kariera Antoniego K - Piotr Niklewicz

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Je­zus Ma­ria! Je­stem czar­ny! - An­tek Ko­złow­ski opadł na po­dusz­kę i za­mknął oczy.

Nie, to nie­moż­li­we, to ja­kiś kosz­mar­ny sen. Po­wo­li otwo­rzył jed­no oko i zer­k­nął z na­dzie­ją w lu­stro sto­ją­ce przy łóż­ku.

Boże! To praw­da! - Twarz niby ta sama, jego wła­sna, te same cha­bro­wo­nie­bie­skie oczy, ten sam nie­co za duży nos, tyl­ko skó­ra czar­na, a na gło­wie czar­ne, moc­no skrę­co­ne wło­sy. An­tek spoj­rzał na rękę - też czar­na, od­chy­lił koł­drę i pi­ża­mę, brzuch też czar­ny, pod­niósł gum­kę od spodni, zaj­rzał głę­biej i, zre­zy­gno­wa­ny, opadł na po­dusz­ki. Był cały czar­ny - od stóp do głów.

Do po­ko­ju wszedł le­karz.

- O, wi­dzę, że się pan le­piej czu­je, to do­brze, te­raz wszyst­ko pój­dzie jak z płat­ka, ale niech się pan przy­kry­je, tu wca­le nie jest tak cie­pło.

An­tek ma­chi­nal­nie na­cią­gnął koł­drę. W gło­wie kłę­bi­ły mu się strasz­ne my­śli. Le­karz był bia­ły, a więc to nie ja­kaś złu­da czy wada wzro­ku. Le­karz jest bia­ły, a on, An­tek Ko­złow­ski z Piąt­ni­cy pod Łom­żą, jest czar­ny - jesz­cze raz spoj­rzał na rękę, a po­tem w lu­stro. Nie­ste­ty...

- Pa­nie dok­to­rze... - An­tek z roz­pa­czą pa­trzył na le­ka­rza. - Co się sta­ło?

- Nic pan nie pa­mię­ta? Miał pan wy­pa­dek, nie­da­le­ko Pas­sa­ic. Uraz mó­zgu i or­ga­nów we­wnętrz­nych, ale za­gro­że­nie mi­nę­ło, od­zy­skał pan przy­tom­ność. Jest pan mło­dy, ma pan sil­ny or­ga­nizm, za parę ty­go­dni bę­dzie pan zdrów jak ryba.

Na twa­rzy mło­de­go le­ka­rza ma­lo­wał się en­tu­zja­stycz­ny opty­mizm.

- Pa­nie dok­to­rze... - An­tek jesz­cze raz zer­k­nął do lu­stra - ale... ja je­stem czar­ny.

- Tak, to praw­da. To bar­dzo rzad­ka przy­pa­dłość, mniej niż raz na mi­lion wy­pad­ków, ale się zda­rza. Wstrząs mó­zgu po­wo­du­je za­bu­rze­nia pig­men­ta­cji, bo uak­tyw­nia się ata­wi­stycz­ny gen afry­kań­ski. Pew­nie pan czy­tał, że wszy­scy po­cho­dzi­my od wspól­nych przod­ków w Afry­ce?

- Mhm... - An­tek nie czy­tał, bo w ogó­le mało czy­tał, ale słu­chał le­ka­rza w na­pię­ciu.

- No więc do gru­czo­łów pig­men­ta­cyj­nych pły­ną sy­gna­ły z mó­zgu, żeby skó­ra czer­nia­ła, no i - czer­nie­je. Ta ano­ma­lia, bo wła­ści­wie po­wrót do ko­rze­ni trud­no na­zwać cho­ro­bą, na­zy­wa się pig­men­to­sa au­stra­len­sis, po raz pierw­szy za­ob­ser­wo­wa­no ją i opi­sa­no w Au­stra­lii.

- Ale, pa­nie dok­to­rze... - An­tek wpa­try­wał się bła­gal­nie w le­ka­rza - czy ja z tego wyj­dę?

- Ra­czej nie, ko­lor zo­sta­nie, ale to prze­cież dro­biazg, waż­ne, że bę­dzie pan zdro­wy. W opi­sa­nych przy­pad­kach nowa pig­men­ta­cja skó­ry po­zo­sta­wa­ła już na sta­łe. Na szczę­ście nie ma to wpły­wu na pro­ces re­kon­wa­le­scen­cji. Je­śli nie wy­stą­pią do­dat­ko­we po­wi­kła­nia, za kil­ka ty­go­dni wró­ci pan do nor­mal­ne­go ży­cia.

En­tu­zjazm mło­de­go le­ka­rza nie udzie­lił się Ant­ko­wi.

Dok­tor mu­siał to za­uwa­żyć, bo wy­cho­dząc, do­dał:

- Ma pan szczę­ście. Dwaj pana ko­le­dzy zgi­nę­li w tym wy­pad­ku. Zaj­rzę do pana po po­łu­dniu.

Boże! - An­tek wbił wzrok w su­fit. - Ju­rek Bo­rec­ki i Ja­nek Cho­lew­ka nie żyją, ta­kie we­so­łe chło­pa­ki. Też spod Łom­ży. Jaka szko­da, że po wy­pad­ku nie sczer­nie­li tak jak on. Raź­niej by­ło­by wra­cać do Fa­irview we trzech łom­żyń­skich Mu­rzy­nów. An­tek po­grą­żył się w czar­nych my­ślach.

***

W ży­ciu Ant­ka za­szły wiel­kie zmia­ny. Był te­raz Mu­rzy­nem, wpraw­dzie uro­dzo­nym w Piąt­ni­cy, z nie­bie­ski­mi ocza­mi i z na­zwi­skiem Ko­złow­ski, ale jed­nak co Mu­rzyn, to Mu­rzyn. Nie da się ukryć. Du­sza niby ta sama, ale nie cał­kiem, na­wet do pol­skie­go ko­ścio­ła głu­pio iść. Niby nic w tym złe­go, ale ja­koś głu­pio. No i spra­wy dam­sko-mę­skie. Na­rze­czo­na Bo­gu­sia rzu­ci­ła go już po pierw­szej wi­zy­cie w szpi­ta­lu. Nie chcia­ła Mu­rzy­na. Trud­no, ja­koś to prze­bo­le­je, zresz­tą była men­do­wa­ta, więc może to i le­piej, tyl­ko co da­lej? Ant­ko­wi za­wsze się po­do­ba­ły Mu­rzyn­ki, były jed­nak eg­zo­tycz­ne, da­le­kie i ra­czej nie­osią­gal­ne, a te­raz, pro­szę bar­dzo, same do nie­go lgną, przy­sia­da­ją się w me­trze, pa­trzą, roz­ma­rzo­ne, w jego cha­bro­we oczy i chi­cho­czą. To aku­rat bar­dzo przy­jem­na zmia­na. Go­rzej z bia­ły­mi, na Man­hat­ta­nie to jesz­cze cza­sa­mi ja­kiś wy­płosz w oku­la­rach, z książ­ka­mi pod pa­chą spoj­rzy i na­wet się uśmiech­nie, ale dla ho­żych dzie­wuch z Pas­sa­ic czy Eli­za­beth jest jak po­wie­trze, na­wet nie spoj­rzą. To boli. Ale co ro­bić, sko­ro Pan Bóg prze­zna­czył czło­wie­ko­wi los Mu­rzy­na. Trze­ba przy­jąć z po­ko­rą. Do po­kor­nych An­tek, nie­ste­ty, nie na­le­żał i czuł, że bę­dzie z nie­go har­dy Mu­rzyn. A dzie­wu­chom z Pas­sa­ic jesz­cze po­ka­że, po rę­kach go będą ca­ło­wa­ły, żeby na nie spoj­rzał!

Na ra­zie nie było do­brze. Co to za ży­cie, obu­dzić się rano, sta­nąć przed lu­strem i go­lić ja­kąś czar­ną gębę, niby swo­ją, ale jak­by nie cał­kiem. A te wło­sy... - cho­le­ry moż­na do­stać! Cho­ciaż Ant­ko­wi po­do­ba­ły się Mu­rzyn­ki, to Mu­rzy­nów nie lu­bił, a te­raz sam jest Mu­rzy­nem, pier­do­lo­ny pech. Nie mógł to sczer­nieć Jó­zek Bal­cer albo Sta­siek Ju­ra­szek, albo, jesz­cze le­piej, ten głu­pi bar­man z "Hogs Head"?

An­tek za­du­mał się nad swo­im ży­ciem, choć nie miał nig­dy cią­got fi­lo­zo­ficz­nych. Skoń­czył wpraw­dzie ogól­niak w Łom­ży, ale do na­uki nie miał gło­wy. Od wuja na­uczył się cie­siel­ki. W dwu­dzie­stym roku ży­cia wy­grał wizę do Ame­ry­ki i od dzie­się­ciu lat miesz­kał w Fa­irview, w sta­nie New Jer­sey, po dru­giej stro­nie rze­ki, na wprost Man­hat­ta­nu. Wkrót­ce oka­za­ło się, że ma wro­dzo­ne zdol­no­ści jako hy­drau­lik, de­karz, mu­rarz, ogrod­nik, jed­nym sło­wem, zło­ta rącz­ka. Pra­cy i klien­tów mu nie bra­ko­wa­ło. Dziew­czyn i ko­le­gów też. Ży­cie było pięk­ne, a tu taki pech! W trzy­dzie­stym roku ży­cia zo­stać Mu­rzy­nem. Żeby cho­ciaż od uro­dze­nia, niby też kiep­sko, ale ja­koś ła­twiej się przy­zwy­cza­ić. I co ma te­raz ro­bić taki ni to Po­lak, ni to Mu­rzyn? A w ogó­le co to za Mu­rzyn, któ­ry mówi po pol­sku, a po an­giel­sku tyle o ile? I co to za Po­lak z czar­ną gębą? To już były pro­ble­my bar­dzo fi­lo­zo­ficz­ne - za trud­ne dla Ant­ka. Po­sta­no­wił pójść do baru. I zno­wu dy­le­mat. Do pol­skie­go czy do mu­rzyń­skie­go? W mu­rzyń­skim się nie do­ga­da, a w pol­skim wy­śmie­ją. Trze­ba się do­brze za­sta­no­wić. W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon.

- Czy pan An­to­ni? - ode­zwał się głos po pol­sku.

- Tak, słu­cham.

- Fran­ci­szek Skrzek, kie­row­nik Lo­cal Im­pro­ve­ments, może pan mnie pa­mię­ta, kie­dyś pan dla nas pra­co­wał. Sły­sza­łem, że szu­ka pan pra­cy. Chcie­li­by­śmy panu za­pro­po­no­wać po­sa­dę.

- A co miał­bym ro­bić?

- Co pan ze­chce, na po­czą­tek po­sa­dzi­my pana w re­cep­cji, bę­dzie pan od­bie­rał te­le­fo­ny, a jak by póź­niej chciał pan co in­ne­go, to na pew­no się do­ga­da­my.

An­tek zba­ra­niał. Ta­kiej pro­po­zy­cji jesz­cze nie miał.

- A za ile? - spy­tał nie­uf­nie.

- Ee, pa­nie An­to­ni, na pew­no się do­ga­da­my. Ile pan bie­rze za go­dzi­nę?

- Dwa­dzie­ścia do­la­rów.

- To u nas do­sta­nie pan dwa­dzie­ścia pięć! Zgo­da?

- Za od­bie­ra­nie te­le­fo­nów?

- Pa­nie An­to­ni, będę z pa­nem szcze­ry. Sły­sza­łem od chło­pa­ków, że pan jest te­raz Mu­rzyn?

- No, owszem, po­nie­kąd...

- I o to nam cho­dzi. Po­trze­bu­je­my Mu­rzy­na! Wła­dze dziel­ni­cy Bro­oklyn za­gro­zi­ły, że nie da­dzą nam wię­cej zle­ceń, jak nie za­trud­ni­my mniej­szo­ści. Zgod­nie z no­wy­mi prze­pi­sa­mi w fir­mach kon­trak­to­wa­nych przez mia­sto co naj­mniej dzie­sięć pro­cent per­so­ne­lu musi być z mniej­szo­ści. W Lo­cal Im­pro­ve­ments jest zgra­ny ze­spół, dzie­więć osób, jak pana za­trud­ni­my na dzie­sią­te­go, bę­dzie dzie­sięć pro­cent Mu­rzy­nów! I wszyst­ko bę­dzie gra­ło. To co, pa­nie An­to­ni, za­ła­twio­ne?

- No do­bra, cze­mu nie? Ale dla­cze­go nie za­trud­ni pan ja­kiejś czar­nej dziew­czy­ny? Od­bie­ra­ła­by te­le­fo­ny za sześć do­la­rów na go­dzi­nę, no i po an­giel­sku le­piej się do­ga­da.

- Pa­nie An­to­ni, do nas prze­waż­nie dzwo­nią Po­la­cy. Wie pan, jaki tu był­by bur­del, gdy­by te­le­fo­ny od­bie­ra­ła ja­kaś gru­ba Mu­rzyn­ka, ani be, ani me po pol­sku? Stra­ci­li­by­śmy po­ło­wę klien­tów. A gdzie pan znaj­dzie Mu­rzyn­kę, co mówi po pol­sku? Tu po­trzeb­ne są kwa­li­fi­ka­cje, umie­jęt­ność wła­da­nia ję­zy­kiem pol­skim. Po an­giel­sku to od bie­dy każ­dy się do­ga­da. Tym się bro­ni­li­śmy przez cały rok, wy­wie­sza­li­śmy w biu­rze pra­cy ogło­sze­nie: "Po­trzeb­na od za­raz oso­ba z mniej­szo­ści, mó­wią­ca po pol­sku", ale nikt się nie zgło­sił. A te­raz jest nowy szef Wy­dzia­łu Pra­cy, ja­kiś pier­do­lo­ny Mu­rzyn..., o, prze­pra­szam, nie chcia­łem pana ura­zić...

- Co tam, pa­nie Fran­ku, nie ma spra­wy.

- Tak mi się wy­msknę­ło, wku­rzył mnie ten du­reń. No to co, pa­nie Ant­ku, za­ła­twio­ne?

- Do­bra, za­ła­twio­ne. Kie­dy mam przyjść do ro­bo­ty?

- A kie­dy pan chce, choć­by ju­tro.

- Za­raz, ju­tro jest pią­tek, to może od po­nie­dział­ku?

- Pro­szę bar­dzo, niech bę­dzie od po­nie­dział­ku.

- To dzię­ku­ję, pa­nie Fran­ku, do zo­ba­cze­nia.

An­tek uśmiech­nął się do lu­stra, pa­trząc te­raz przy­jaź­niej na swo­ją czar­ną gębę. Cza­sa­mi nie jest źle być Mu­rzy­nem!

***

Cza­sa­mi nie było źle, ale cza­sa­mi było nie naj­le­piej. Ot, choć­by z miesz­ka­niem. Wła­ści­ciel domu przy Hi­gh­land Stre­et, kie­dy zo­ba­czył Ant­ka po po­wro­cie ze szpi­ta­la, naj­pierw go wy­ści­skał, gra­tu­lu­jąc po­wro­tu do zdro­wia, ale po­tem po­wie­dział z za­fra­so­wa­ną miną, że nie­dłu­go przy­jeż­dża do nie­go bra­ta­nek z Pol­ski i bę­dzie po­trze­bo­wał miesz­ka­nia, wła­śnie ta­kie­go, ma­łe­go i na par­te­rze, bo bra­ta­nek jest ku­la­wy i nie może cho­dzić po scho­dach, dla­te­go pro­si Ant­ka, żeby so­bie zna­lazł inne lo­kum. An­tek wy­ra­ził go­to­wość wcho­dze­nia po scho­dach na wyż­sze pię­tro, bo wie­dział, że w są­sied­nim domu, na­le­żą­cym do tego sa­me­go lan­dlor­da, są do wy­na­ję­cia dwa miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że już je ko­muś obie­cał. Wła­ści­ciel domu wy­lew­nie prze­pro­sił Ant­ka za kło­pot, do­da­jąc, że nie ma po­śpie­chu, daje mu mie­siąc na szu­ka­nie no­we­go miesz­ka­nia, a jak­by się tro­chę prze­cią­gnę­ło, to też nic się nie sta­nie, byle nie za dłu­go, bo za dwa mie­sią­ce przy­jeż­dża bra­ta­nek, a miesz­ka­nie trze­ba jesz­cze od­szy­ko­wać.

- Sam pan ro­zu­mie, pa­nie Ant­ku! - tłu­ma­czył, przy­jaź­nie kle­piąc Ant­ka po ra­mie­niu. - Ro­dzi­na to ro­dzi­na.

Oka­za­ło się, że w in­nych zna­jo­mych do­mach, gdzie An­tek nie­raz re­pe­ro­wał rury, kładł da­chów­kę czy re­mon­to­wał scho­dy, też nie ma wol­nych miesz­kań, wszyst­kie "wła­śnie wczo­raj wy­na­ję­to" albo już za kau­cją za­re­zer­wo­wa­no.

- Nie przej­muj się - po­cie­sza­li Ant­ka kum­ple z baru "Hogs Head". - Wy­naj­miesz so­bie miesz­kan­ko dwie prze­czni­ce da­lej, w dziel­ni­cy mu­rzyń­skiej, tak samo wy­god­ne, a za­pła­cisz o po­ło­wę ta­niej!

- I ja­kie dupy bę­dziesz miał na miej­scu... - roz­ma­rzył się Sta­szek Jóź­wiak.

- Ale tam prze­cież nie­bez­piecz­nie - opo­no­wał An­tek.

- E tam, nie­bez­piecz­nie, jak dla kogo, nie dla swo­ja­ka... - wtrą­cił z prze­ko­na­niem Ja­sio Gwiz­dek. - Swo­je­go obro­nią, a jak po­sta­wisz chło­pa­kom piwo, to da­dzą taki wpier­dol temu two­je­mu lan­dlor­do­wi, że do koń­ca ży­cia bę­dzie ża­ło­wał, że nie miał dla cie­bie miesz­ka­nia.

Za­re­cho­ta­li we­so­ło, a Ja­sio po­sta­wił Ant­ko­wi piwo. An­tek do­pił wód­kę i wziął do ręki ku­fel. Twarz mu się roz­ja­śni­ła. Może rze­czy­wi­ście nie bę­dzie tak źle? Zro­bi­ło mu się lżej na pol­sko-mu­rzyń­skiej du­szy. Pra­cę do­stał ła­twą i do­brze płat­ną, bo czar­ny, a te­raz za­miesz­ka so­bie jako Mu­rzyn za po­ło­wę ceny. A może jesz­cze bę­dzie miał ja­kąś miłą są­siad­kę... Żyć nie umie­rać! A że ja­kiś du­reń nie chce mu wy­na­jąć miesz­ka­nia, no to co? Głu­pi ra­si­sta, może rze­czy­wi­ście do­brze by mu było dać wpier­dol. An­tek za­mó­wił jesz­cze po wód­ce dla sie­bie i ko­le­gów. Czuł, że za­czy­na go roz­pie­rać duma, tyl­ko nie cał­kiem był pew­ny z cze­go - z tego, że był Mu­rzy­nem? Czy z tego, że był z Piąt­ni­cy? Chy­ba bar­dziej z tego, że był Mu­rzy­nem, a zresz­tą te­raz bę­dzie z Ro­dwo­od, a nie z Piąt­ni­cy. Wy­chy­lił kie­li­szek wód­ki, po­pił pi­wem i za­du­mał się. Kum­ple z baru "Hogs Head" nie mo­gli uwie­rzyć wła­snym oczom, kie­dy go zo­ba­czy­li po wyj­ściu ze szpi­ta­la. Byli tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ni, ale osta­tecz­nie za­ak­cep­to­wa­li Ant­ka, a na­wet z dumą opo­wia­da­li zna­jo­mym o Ko­złow­skim. W no­wej pra­cy też po­wi­ta­no go z en­tu­zja­zmem. Zna­jo­mi trak­to­wa­li na ogół jego przy­pa­dek z cie­ka­wo­ścią i życz­li­wym roz­ba­wie­niem. Go­rzej było z dziew­czy­na­mi, szcze­gól­nie szu­ka­ją­cy­mi mę­żów. An­tek w swo­im bia­łym wy­da­niu, cał­kiem przy­stoj­ny, pra­co­wi­ty i nie­źle za­ra­bia­ją­cy, był do­brym ma­te­ria­łem na męża, a te­raz jak ręką od­jął. To zna­czy da­lej był przy­stoj­ny, choć już na spo­sób, moż­na by rzec, bar­dziej eg­zo­tycz­ny, ale jaka dziew­czy­na w Fa­irview, Perth Am­boy czy Eli­za­beth chce Mu­rzy­na za męża? A An­tek osią­gnął wła­śnie ten punkt w swo­im ży­ciu - może kie­dy zaj­rzał śmier­ci w oczy tej pa­mięt­nej nocy na szo­sie pod Pas­sa­ic - że chciał się oże­nić, usta­bi­li­zo­wać, za­ło­żyć ro­dzi­nę. Pew­nie mógł­by się bez tru­du oże­nić z Mu­rzyn­ką, ale mieć w domu czar­ną żonę? Poza tym po pol­sku by nie umia­ła, go­to­wa­ła­by ja­kieś mu­rzyń­skie je­dze­nie... nie, w żad­nym wy­pad­ku. An­tek mógł się oże­nić tyl­ko z Po­lką.

No tak, ale jest czar­ny... błęd­ne koło! Do­pił wód­kę, po­że­gnał się z ko­le­ga­mi i w me­lan­cho­lij­nym na­stro­ju ru­szył do domu. Le­d­wie wy­szedł z baru, usły­szał dam­ski głos.

- Pa­nie Ant­ku, gdzie pan tak pę­dzi? - Z okna na pierw­szym pię­trze wy­chy­li­ła się pani Ha­nia, żona wła­ści­cie­la baru i są­sied­nich de­li­ka­te­sów. Do­rod­na, biu­ścia­sta blon­dy­na, wpraw­dzie pod czter­dziest­kę, ale cią­gle obiekt lu­bież­nych wes­tchnień by­wal­ców baru "Hogs Head". - Do­pie­ro dzie­wią­ta, pew­nie dziew­czy­na cze­ka?

An­tek za­darł gło­wę i uśmiech­nął się do pani Hani.

- Ee, jaka tam dziew­czy­na. Wi­dzi pani, co się ze mną sta­ło. Szko­da ga­dać. - Mach­nął ręką.

- Ale, pa­nie Ant­ku, co pan opo­wia­da. Na­wet pan le­piej wy­glą­da niż przed­tem. Niech pan na chwil­kę do mnie wpad­nie. Mąż wy­je­chał na week­end do mat­ki. Mam do­sko­na­łe­go śle­dzi­ka. - Pani Ha­nia uśmie­cha­ła się ku­szą­co.

An­tek skwa­pli­wie sko­rzy­stał z za­pro­sze­nia. Hu­mor od razu mu się po­pra­wił. Ocho­czo prze­ska­ki­wał po dwa stop­nie na­raz. Szedł do miesz­ka­nia pani Hani, tej pol­skiej Anny Ni­co­le Smith... "Mąż u mamy na week­en­dzie". Co ona chcia­ła przez to po­wie­dzieć? An­tek za­tarł ręce z ucie­chy.

 

Wszyst­ko roz­wi­ja­ło się jak w naj­pięk­niej­szych ma­rze­niach by­wal­ców "Hogs Head". Pani Ha­nia, w ró­żo­wym szla­frocz­ku z fal­ban­ka­mi, po­sa­dzi­ła Ant­ka na ka­na­pie i ko­ły­sząc wiel­kim biu­stem, po­sta­wi­ła przed nim śle­dzi­ka i zim­ną wód­kę. An­tek rzu­cił ła­ko­mym okiem za roz­chy­la­ją­ce się fal­ba­ny de­kol­tu. Boże! Nie ma nic pod spodem! Prze­szył go dreszcz pod­nie­ce­nia, ale nie wie­dział, jak się za­cho­wać. Pani Ha­nia to jed­nak była wyż­sza sfe­ra, żona naj­bo­gat­sze­go chy­ba czło­wie­ka, ja­kie­go An­tek znał - Jó­ze­fa Bal­ce­rza­ka, wła­ści­cie­la baru "Hogs Head", de­li­ka­te­sów "Orzeł Bia­ły" i ma­sar­ni w Perth Am­boy. An­tek czuł się rów­nie pod­nie­co­ny, co onie­śmie­lo­ny. Na wszel­ki wy­pa­dek na­pił się wód­ki. Pani Ha­nia usia­dła przy nim na ka­na­pie, wzię­ła go za rękę i za­py­ta­ła nie­win­nie:

- To pan cały taki czar­ny, pa­nie Ant­ku?

- Cały! - An­tek roz­piął ko­szu­lę, po­ka­zu­jąc po­tęż­nie umię­śnio­ny tors, z któ­re­go za­wsze był dum­ny. Lśnił te­raz jak he­ban.

- Ach, pa­nie Ant­ku, pan taki sil­ny! - Pani Ha­nia przy­su­nę­ła się bli­żej.

Po­czuł jej cie­płe, mięk­kie bio­dra i opar­te o jego ra­mię co­raz moc­niej fa­lu­ją­ce pier­si. Prze­stał my­śleć, do­pił wód­kę, ob­jął pa­nią Ha­nię i po­ca­ło­wał. Ona przy­tu­li­ła jego gło­wę, wbi­ja­jąc pal­ce w skłę­bio­ne, czar­ne wło­sy.

- Ach, pa­nie Ant­ku, pan jest na­praw­dę Mu­rzyn - szep­ta­ła roz­ma­rzo­na - cały czar­ny i taki sil­ny! - Roz­pię­ła mu do koń­ca ko­szu­lę, a po­tem pa­sek od spodni. An­tek roz­wa­lił się na ka­na­pie jak ba­sza i cze­kał, co bę­dzie da­lej. Pani Ha­nia roz­pię­ła mu roz­po­rek i cała roz­dy­go­ta­na za­czę­ła ja­koś dziw­nie kwi­czeć. An­tek uniósł się nie­co na łok­ciach i zba­ra­niał. Po raz pierw­szy po wyj­ściu ze szpi­ta­la był w in­tym­nej sy­tu­acji z ko­bie­tą i do­pie­ro te­raz zdał so­bie spra­wę z jesz­cze jed­ne­go skut­ku wy­pad­ku na szo­sie pod Pas­sa­ic.

- Boże, jaki wiel­ki - szep­ta­ła w unie­sie­niu pani Ha­nia, nie od­ry­wa­jąc oczu od Ant­ko­wej mę­sko­ści. Po­tem przy­lgnę­ła do nie­go ca­łym cia­łem, szep­cząc mu do ucha: - An­toś, tyl­ko de­li­kat­nie, boję się... on taki duży!

Ant­ka nie trze­ba było dwa razy pro­sić. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem roz­chy­lił bia­łe, drżą­ce z emo­cji uda pani Hani i po chwi­li obo­je kłę­bi­li się wśród po­du­szek na ka­na­pie. Pani Ha­nia zu­peł­nie się za­po­mnia­ła, dzi­ko kwi­cząc, pisz­cząc i wy­krzy­ku­jąc:

- Boże, jaki wiel­ki Mu­rzyn, brzuch mi roz­sa­dzi!

An­tek aż się prze­stra­szył, że ktoś na uli­cy usły­szy i przy­śle po­li­cję. Przy­ci­snął jej twarz po­dusz­ką, skoń­czył swo­je i opadł na ka­na­pę. Pani Ha­nia zła­pa­ła dech i usia­dła obok, czu­le głasz­cząc kur­czą­ce się Ant­ko­we na­rzę­dzie mi­ło­ści.

- Je­steś, An­tek, praw­dzi­wy Mu­rzyn - po­wie­dzia­ła z uzna­niem, tu­ląc się do nie­go. - Za­wsze chcia­łam spró­bo­wać z Mu­rzy­nem, by­łeś cu­dow­ny, te­raz to już z ni­kim in­nym nie bę­dzie mi się chcia­ło.

- Ee, Han­ka, nie opo­wia­daj bzdur. - An­tek zdał so­bie spra­wę, że mówi do pani Hani po imie­niu. - Owszem, to i owo się ma, ale jak to w Łom­ży mó­wią: "Nie jest waż­ne, żeby duży, waż­ne, żeby był fi­glarz".

- E tam, fi­glarz, waż­ne, żeby był ka­wał chło­pa! - Pani Ha­nia jesz­cze raz spoj­rza­ła, roz­ma­rzo­na, na Ant­ka. - I żeby był Mu­rzyn! - Ob­ję­ła go i po­ca­ło­wa­ła.

An­tek na­lał jesz­cze dwa kie­lisz­ki wód­ki, so­bie i Han­ce, było mu do­brze. Szko­da, że chło­pa­ki tego nie wi­dzia­ły. Ta pięk­na, biu­ścia­sta pani Ha­nia Bal­ce­rzak kwi­cza­ła pode mną jak pro­siak! - An­tek uśmiech­nął się pod no­sem. - A te­raz głasz­czę ją po cyc­kach czy gdzie tam chcę, i jesz­cze sta­wia mi wód­kę! A wszyst­ko dla­te­go, że je­stem Mu­rzy­nem, przed­tem na­wet by na mnie nie spoj­rza­ła. Ani na nich. Dłu­go jesz­cze będą chło­pa­ki cze­ka­ły, żeby pani Ha­nia się do nich choć­by uśmiech­nę­ła. He, he, he, bia­łe gęby, jesz­cze na to po­cze­ka­cie, a ja ją będę ru­chał, ile wle­zie!

An­tek wra­cał do domu w świet­nym na­stro­ju. No cóż, żonę może bę­dzie trud­no zna­leźć, ale po­ru­chać to so­bie po­ru­cha.

Prze­szedł dwie prze­czni­ce, we­so­ło po­gwiz­du­jąc. Tro­chę mu się zro­bi­ło przy­kro, że dwie idą­ce z prze­ciw­ka ko­bie­ty prze­szły na jego wi­dok na dru­gą stro­nę, ale trud­no, nie bę­dzie so­bie psuł na­stro­ju ta­ki­mi dro­bia­zga­mi. Na­gle, z pi­skiem opon, przy kra­węż­ni­ku za­trzy­mał się wóz po­li­cyj­ny. Wy­sko­czy­ło z nie­go dwóch po­li­cjan­tów, je­den, z pi­sto­le­tem w dło­ni, wark­nął:

- Pod ścia­nę i ręce do góry!

An­tek, moc­no prze­ra­żo­ny, nie pro­te­sto­wał. Dru­gi z po­li­cjan­tów ob­ma­cał go do­kład­nie, spraw­dza­jąc, czy nie ma bro­ni.

- Jest pan aresz­to­wa­ny - po­in­for­mo­wał krót­ko, za­ło­żył mu kaj­dan­ki i ka­zał usiąść w sa­mo­cho­dzie na tyl­nym sie­dze­niu.

- Pa­no­wie, ale o co cho­dzi, to ja­kaś po­mył­ka... - An­tek otrzą­snął się z pierw­sze­go szo­ku.

- Po­mył­ka? A co tu ro­bisz po nocy?

- Wra­ca­łem z baru.

- Z baru? Cie­ka­we z ja­kie­go? Bary już daw­no po­za­my­ka­ne.

- No, jesz­cze za­sze­dłem do zna­jo­mych... - An­tek po­czuł się nie­pew­nie, prze­cież nie może po­wie­dzieć, gdzie był.

- To masz tu zna­jo­mych? - Po­li­cjan­ci za­re­cho­ta­li. - Wła­śnie do­sta­li­śmy mel­du­nek o wła­ma­niu. Czy zna­jo­mym nic nie zgi­nę­ło? Z miej­sca prze­stęp­stwa zbiegł mło­dy męż­czy­zna, czar­ny, w skó­rza­nej kurt­ce. Zga­dza się? - Po­li­cjant sie­dzą­cy na fo­te­lu pa­sa­że­ra, zwró­co­ny przo­dem do Ant­ka, zno­wu się za­śmiał.

Ant­ko­wi prze­szedł po ple­cach zim­ny dreszcz. Nie było do­brze. Miał na so­bie skó­rza­ną kurt­kę i nie mógł po­wie­dzieć, gdzie był. Na­gle zo­ba­czył na pier­si po­li­cjan­ta pla­kiet­kę z na­zwi­skiem "Ja­go­dzin­ski" i pod­jął de­spe­rac­ką pró­bę obro­ny.

- Ale, pa­no­wie, ja je­stem Po­lak!

- Cooo? - Te­raz na­wet kie­row­ca po­pa­trzył z za­in­te­re­so­wa­niem na Ant­ka.

Po­li­cjan­ci zno­wu wy­buch­nę­li śmie­chem. Ta­kiej idio­tycz­nej wy­mów­ki jesz­cze od Mu­rzy­na nie sły­sze­li.

- John, to twój ro­dak z Har­le­mu - po­wie­dział kie­row­ca do sier­żan­ta Ja­go­dziń­skie­go. - Szko­da, że nie Włoch, he, he, he, boby nam za­śpie­wał "la don­na e mo­bi­le..." he, he, he...

An­tek za­uwa­żył, że kie­row­ca ma pla­kiet­kę z na­zwi­skiem "Di­Biag­gio".

- Na­zy­wam się An­to­ni Ko­złow­ski, je­stem spod Łom­ży. - An­tek brnął da­lej, te­raz już po pol­sku.

Ja­go­dziń­ski prze­stał się śmiać i pa­trzył na Ant­ka sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

- On mówi po pol­sku i to bez ak­cen­tu!

- Coo? - Kie­row­ca jesz­cze raz ob­ró­cił się do Ant­ka. - Ale prze­cież jest czar­ny jak smo­ła! Nie może być Po­lak i Mu­rzyn!

- Nie może - zgo­dził się Ja­go­dziń­ski. - Wy­ja­śni­my to na ko­mi­sa­ria­cie.

- Ale, pa­no­wie... - An­tek nie da­wał za wy­gra­ną. - Sczer­nia­łem do­pie­ro dwa mie­sią­ce temu. - Opo­wie­dział im swo­ją hi­sto­rię. Po­li­cjan­ci słu­cha­li z nie­do­wie­rza­niem.

- Nie kła­miesz? - za­py­tał Ja­go­dziń­ski, ra­czej dla po­rząd­ku, bo wi­dać było, że An­tek go prze­ko­nał.

- Jak Boga ko­cham! Mam w domu za­świad­cze­nie od le­ka­rza.

Di­Biag­gio za­trzy­mał sa­mo­chód i mru­gnął do ko­le­gi.

- To je­dzie­my zo­ba­czyć. Gdzie miesz­kasz?

- Nie­da­le­ko stąd. W Ro­dwo­od, uli­ca Bel­lvue 11.

Di­Biag­gio spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na ko­le­gę. An­tek do­sko­na­le wie­dział, w czym rzecz.

- Pa­no­wie, wca­le tam nie chcia­łem miesz­kać, ale gdzie in­dziej nie mo­głem zna­leźć miesz­ka­nia, mu­sia­łem w Ro­dwo­od, a zresz­tą nie jest tak źle, pła­cę po­ło­wę tego, co na Hi­gh­land Stre­et, no i się nie od­róż­niam.

Po­li­cjan­ci znów wy­buch­nę­li śmie­chem, ale te­raz bar­dziej przy­ja­znym. Po chwi­li wszy­scy zna­leź­li się w miesz­ka­niu na Bel­lvue 11. An­tek po­ka­zał pa­pie­ry i po­czę­sto­wał po­li­cjan­tów pi­wem.

- No, niech bę­dzie, ale hi­sto­ria! - prze­mó­wił w koń­cu Di­Biag­gio, wy­raź­nie waż­niej­szy z dwój­ki po­li­cjan­tów. - Ale fakt fak­tem, że ja­kiś czar­ny w skó­rza­nej kurt­ce zbiegł z miej­sca prze­stęp­stwa...

- Pa­no­wie, jak Boga ko­cham, to nie ja! Po ba­rze za­sze­dłem jesz­cze na chwil­kę do zna­jo­mej...

- A jak się na­zy­wa? - za­py­tał Ja­go­dziń­ski.

- Ee... tego... nie po­wiem, bo, bo... ma męża - wy­krztu­sił An­tek.

- Do­bra, wie­rzy­my. - Di­Biag­gio po­kle­pał go przy­jaź­nie po ra­mie­niu. - Chcia­ła się z Mu­rzy­nem po­pie­przyć. - Wszy­scy trzej wy­buch­nę­li śmie­chem.

Na wszel­ki wy­pa­dek spi­sa­li dane oso­bi­ste z pra­wa jaz­dy Ant­ka, do­pi­li piwo, a na od­chod­nym Di­Biag­gio po­wie­dział:

- Jak byś po­trze­bo­wał ro­bo­ty, to zgłoś się do nas, po­trze­bu­je­my ta­kich, co się w Ro­dwo­od nie od­róż­nia­ją.

- A po nocy le­piej się nie szwen­daj po biał..., chcia­łem po­wie­dzieć... pol­skiej dziel­ni­cy - Ja­go­dziń­ski tro­chę się za­plą­tał.

- No do­bra, ale co mam ro­bić? - An­tek roz­ło­żył ręce.

- Nie masz pan lek­ko - zgo­dził się Di­Biag­gio ze współ­czu­ciem w gło­sie.

Obaj uśmiech­nę­li się do Ant­ka przy­jaź­nie i wy­szli.

An­tek usiadł na łóż­ku i po­cią­gnął łyk piwa. Wła­ści­wie nie jest źle, nie tyl­ko miło spę­dził z pa­nią Ha­nią dwie go­dzin­ki, ale jesz­cze go po­li­cja do domu od­wio­zła, żeby się nie mu­siał fa­ty­go­wać! No, może tro­chę okręż­ną dro­gą, ale za­wsze sa­mo­cho­dem pod dom za­je­chał.

Po­ście­lił łóż­ko i ro­ze­brał się. Na­gle spoj­rzał z czu­ło­ścią w dół. Boże, ale mam fiu­ta, przy­po­mniał so­bie pe­łen za­chwy­tu wzrok pani Hani. Gdy­by był bia­ły, toby się te­raz za­czer­wie­nił ze wzru­sze­nia, ale że był Mu­rzy­nem, to tyl­ko wy­cią­gnął się na łóż­ku i za­ga­pił w su­fit.

Za­du­mał się nad lo­sem Mu­rzy­na. Z tą po­li­cją, cho­le­ra, nie jest do­brze, wszę­dzie go te­raz będą spraw­dza­li, bę­dzie się mu­siał pil­no­wać. A co z ro­bo­tą na lewo? Też będą spraw­dzać? A niby te Mu­rzy­ny to na lewo nie ro­bią? Sama le­wi­zna! No ale też i po­ło­wa ich sie­dzi w pier­dlu. Cho­le­ra, nie­do­brze. An­tek po­dra­pał się w gło­wę. Z dru­giej stro­ny, pani Ha­nia... - Zro­bi­ło mu się mięk­ko na ser­cu na wspo­mnie­nie pier­si fa­lu­ją­cych w ró­żo­wym szla­frocz­ku. Roz­po­wie ko­le­żan­kom o mo­jej sprę­ży­nie... he, he, he, będę miał wszyst­kie baby w New Jer­sey jak na ta­le­rzu! To była pięk­na myśl. An­tek ob­ró­cił się na dru­gi bok i, roz­ma­rzo­ny, za­snął.

***

- Pa­nie Ant­ku, mamy dziś in­spek­cję z Wy­dzia­łu Pra­cy. - Szef był wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny. - Pan masz w pay­rol­lu dwa­dzie­ścia pięć do­la­rów za go­dzi­nę, to żeby się nie cze­pia­li, po­wie­my, żeś pan me­na­dżer ro­bót dro­go­wych, pani Ziut­ka sią­dzie w re­cep­cji, a pan tu, pro­szę bar­dzo... niech pan sia­da na moim miej­scu. Od razu le­piej wy­glą­da. Czar­ny me­na­dżer! - Kie­row­nik Skrzek był z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lo­ny.

- Sze­fie, ale ja nic nie wiem o ro­bo­tach dro­go­wych fir­my, jak za­czną o coś py­tać...

- A my­śli pan, że oni wie­dzą? Oni tyl­ko spraw­dza­ją, czy mniej­szo­ści są za­trud­nio­ne.

In­spek­to­rzy nie dali na sie­bie dłu­go cze­kać. Punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej po­ja­wi­li się w drzwiach - po­tęż­ny Mu­rzyn i ma­lut­ka Chin­ka. Kie­row­nik Skrzek wy­lew­nie ich przy­wi­tał i usa­dził na fo­te­lach w sal­ce kon­fe­ren­cyj­nej. Pani Ziut­ka po­da­ła kawę i cia­stecz­ka.

Przed­sta­wi­li się: in­spek­tor Jes­se Pa­ter­son i pro­to­ko­lant­ka Sue Minh. Za­żą­da­li li­sty płac i zgło­szeń po­dat­ko­wych fir­my, żeby spraw­dzić licz­bę sta­łych pra­cow­ni­ków.

- W po­rząd­ku. - In­spek­tor Pa­ter­son prze­je­chał gru­bym pa­lu­chem po li­ście pra­cow­ni­ków. - Dzie­sięć osób?

- Tak jest - po­twier­dził skwa­pli­wie pan Skrzek.

- Ale nie wi­dzę tu żad­nych mniej­szo­ści. - Jes­se Pa­ter­son trium­fo­wał, gro­żąc pal­cem. - Uprze­dza­li­śmy, że je­śli nie za­trud­ni pan przy­najm­niej dzie­się­ciu pro­cent mniej­szo­ści, to wię­cej kon­trak­tów od dziel­ni­cy Bro­oklyn pan nie do­sta­nie.

- Ależ, pro­szę pana, wła­śnie za­sto­so­wa­li­śmy się do za­le­ceń władz, my się za­wsze sto­su­je­my! Za­trud­ni­li­śmy no­we­go me­na­dże­ra ro­bót dro­go­wych, z mniej­szo­ści.

- Ja­kich mniej­szo­ści? - Pa­ter­son spoj­rzał po­dejrz­li­wie na Skrze­ka. - Sto razy panu mó­wi­li­śmy, że Po­lak czy Żyd to nie jest mniej­szość.

In­spek­tor jesz­cze raz po­wiódł wzro­kiem po li­ście pra­cow­ni­ków. Same pol­skie na­zwi­ska plus in­ży­nier Jo­shua Gold­berg.

- To ten, An­tho­ny Ko­zlow­ski. - Kie­row­nik Skrzek po­ka­zał pal­cem.

In­spek­tor Pa­ter­son spoj­rzał na nie­go po­dejrz­li­wie.

- Ko­zlow­ski?

- Tak, Ko­zlow­ski, o tam sie­dzi. - Kie­row­nik Skrzek wska­zał na swój ga­bi­net. - An­tho­ny, po­zwól, pan in­spek­tor chce cię po­znać.

An­tek wszedł do sal­ki kon­fe­ren­cyj­nej i usiadł w fo­te­lu na­prze­ciw­ko in­spek­to­ra.

Mu­rzyn stu­pro­cen­to­wy. Wi­dać go­łym okiem.

- Mo­że­my zo­ba­czyć pra­wo jaz­dy? - ode­zwa­ła się cien­kim gło­si­kiem Chin­ka.

- No wła­śnie, po­pro­si­my ja­kiś do­wód toż­sa­mo­ści - za­wtó­ro­wał in­spek­tor.

- Pro­szę bar­dzo. - An­tek po­dał pra­wo jaz­dy.

Sta­ło jak wół: An­tho­ny Ko­zlow­ski, tak jak na li­ście płac.

Na twa­rzy in­spek­to­ra od­ma­lo­wa­ło się szcze­re zdu­mie­nie, tym bar­dziej że w ru­bry­ce "dane oso­bi­ste" prze­czy­tał: miej­sce uro­dze­nia - Piąt­ni­ca, Pol­ska.

- Pan z Pol­ski?

- Tak.

- Na­praw­dę? - In­spek­tor Pa­ter­son był wy­raź­nie za­in­try­go­wa­ny. - A dużo tam u was Mu­rzy­nów?

- O, mnó­stwo - wtrą­cił en­tu­zja­stycz­nie kie­row­nik Skrzek. - No, może nie tak dużo jak na Bro­okly­nie - tro­chę się po­miar­ko­wał - ale mamy, pew­nie, że mamy. Naj­lep­szy pol­ski pił­karz jest czar­ny, na­zy­wa się Oli­sa­de­be! - Kie­row­nik Lo­cal Im­pro­ve­ments był z sie­bie co­raz bar­dziej za­do­wo­lo­ny.

In­spek­tor Pa­ter­son nie zwra­cał jed­nak uwa­gi na Skrze­ka, pa­trzył za­fa­scy­no­wa­ny na Ant­ka.

- Od daw­na pan w Ame­ry­ce?

- Przy­je­cha­łem tu dzie­sięć lat temu...

- Le­gal­nie! - do­rzu­cił czuj­nie kie­row­nik Skrzek.

- Tak, oczy­wi­ście, le­gal­nie, wy­gra­łem wizę. Bar­dzo mi się tu po­do­ba. Te­raz cze­kam na oby­wa­tel­stwo, ale te spra­wy urzę­do­we bar­dzo opor­nie idą - wy­ja­śnił An­tek.

- Ach, tak? Dys­kry­mi­nu­ją pana, bo jest pan czar­ny? - ucie­szył się in­spek­tor Pa­ter­son, czu­jąc, że ma spra­wę do za­ła­twie­nia. - Niech pani do­kład­nie spi­sze dane oso­bi­ste pana An­tho­ny'ego - zwró­cił się do Chin­ki. - Dys­kry­mi­no­wa­nie mniej­szo­ści jest sprzecz­ne z pra­wem, w urzę­dzie emi­gra­cyj­nym mu­szą się tego w koń­cu na­uczyć!

In­spek­tor po­to­czył groź­nym wzro­kiem po kie­row­ni­ku Skrze­ku, pani Ziut­ce, pan­nie Minh i Ja­siu Go­lon­ce, ope­ra­to­rze dźwi­gu, któ­ry wła­śnie wszedł do biu­ra i za­sta­na­wiał się, cze­go ten Mu­rzyn się tu awan­tu­ru­je.

- Ale... - An­tek chciał po­wie­dzieć, że w urzę­dzie emi­gra­cyj­nym nic o tym nie wie­dzą, że on jest te­raz czar­ny i że to ra­czej ba­ła­gan, a nie dys­kry­mi­na­cja, ale czuj­ny kie­row­nik Skrzek zmie­rzył go ta­kim wzro­kiem, że An­tek za­milkł.

- Po­ru­szy­my tę spra­wę na po­sie­dze­niu Rady Miej­skiej, to nie­do­pusz­czal­na dys­kry­mi­na­cja i jaw­ne lek­ce­wa­że­nie pra­wa. - In­spek­tor Pa­ter­son był w swo­im ży­wio­le. - Niech się pan nie mar­twi, za­ła­twi­my tę spra­wę, oso­bi­ście się tym zaj­mę!

Po­kle­pał Ant­ka po ra­mie­niu, po czym obo­je z Chin­ką po­że­gna­li się i wy­szli.

***

An­tek po­wo­li wra­stał w swo­ją mu­rzyń­skość. Już go rano nie ra­zi­ło, że wi­dzi w lu­strze czar­ną gębę. Przy­zwy­cza­ił się, że miesz­ka w Ro­dwo­od i że cią­gle jesz­cze wzbu­dza sen­sa­cję w skle­pie z wę­dli­na­mi, kie­dy płyn­ną pol­sz­czy­zną pro­si o fla­ki albo ka­szan­kę. Z są­sia­da­mi po­cząt­ko­wo miał pew­ne trud­no­ści, do­pie­ro kie­dy wy­ja­śnił, że jest z Pol­ski i dla­te­go sła­bo mówi po an­giel­sku, lody stop­nia­ły. Ot, jesz­cze je­den emi­grant, tyle że nie z Ja­maj­ki, Ha­iti czy Bar­ba­do­su, ale z Pol­ski. Są­sie­dzi, po­dob­nie jak An­tek, nie mie­li fi­lo­zo­ficz­ne­go za­cię­cia ani gło­wy do na­uki, więc nie wi­dzie­li sprzecz­no­ści mię­dzy po­ję­cia­mi Po­lak i Mu­rzyn. W Ro­dwo­od pa­no­wa­ło po­wszech­ne prze­ko­na­nie, że Mu­rzy­ni są wszę­dzie, w Ame­ry­ce, w Bra­zy­lii, na Ja­maj­ce, we Fran­cji, i wszę­dzie są dys­kry­mi­no­wa­ni. O tym, że Pol­ska nie jest ka­ra­ib­ską wy­spą i tak wie­dzia­ła tyl­ko Me­lis­sa Bray, mło­da na­uczy­ciel­ka, miesz­ka­ją­ca po dru­giej stro­nie uli­cy. Do­zor­ca domu po­cząt­ko­wo po­dej­rze­wał, że An­tek jest z Afry­ki, co nie uspo­sa­bia­ło go naj­le­piej, po­nie­waż, po­dob­nie jak wie­lu in­nych Mu­rzy­nów ame­ry­kań­skich, był prze­ko­na­ny, że Afry­ka­nie są ską­pi, aro­ganc­cy, le­ni­wi i uwa­ża­ją, że wszyst­ko im się na­le­ży. Kie­dy się jed­nak do­wie­dział, że Pol­ska nie leży w Afry­ce, uspo­ko­ił się, a bu­tel­ka pol­skiej wód­ki, któ­rą mu An­tek spre­zen­to­wał, osta­tecz­nie roz­wia­ła wąt­pli­wo­ści co do cha­rak­te­ru Po­la­ków.

W Ro­dwo­od An­tek czuł się co­raz bar­dziej swój, w czym po­ma­ga­ła mu ser­decz­ność są­sia­dów - po­czci­wej, gru­bej jak beka Ro­chel­le z tej sa­mej klat­ki scho­do­wej, któ­ra za­raz pierw­sze­go dnia po­sta­no­wi­ła za­szyć mu dziu­rę w spodniach, dwóch mło­dzień­ców z dołu, któ­rzy cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­nie po­mo­gli mu wnieść me­ble, czy ma­łe­go, ły­se­go Jer­ry'ego z par­te­ru, któ­ry obie­cał po­moc w "oka­zyj­nym" kup­nie sa­mo­cho­du.

Kie­dy An­tek pierw­szy raz otwo­rzył drzwi po­bli­skie­go baru "The Su­ley­man", na­tych­miast chciał się wy­co­fać - sami Mu­rzy­ni! Szyb­ko się jed­nak zre­flek­to­wał, że prze­cież też jest Mu­rzy­nem, wszedł pew­nym kro­kiem do środ­ka i zo­stał do rana. Za­przy­jaź­nił się ze wszyst­ki­mi, choć nie wszyst­kich pa­mię­tał, tym bar­dziej że cią­gle miał jesz­cze kło­po­ty z od­róż­nie­niem jed­ne­go Mu­rzy­na od dru­gie­go. Z cza­sem by­wal­cy "Su­ley­ma­na" za­czę­li się do nie­go zwra­cać per bra­cie, co było do­wo­dem peł­nej ak­cep­ta­cji.

Tro­chę roz­cza­ro­wa­ły go Mu­rzyn­ki, bo choć nadal wy­da­wa­ły mu się ład­ne i sek­sow­ne, to wca­le nie były mniej fu­mo­wa­te od Po­lek, a cza­sa­mi na­wet jesz­cze gor­sze wa­riat­ki. Zresz­tą An­tek nie na­rze­kał, aku­rat w tej dzie­dzi­nie pani Ha­nia w peł­ni za­spo­ka­ja­ła jego po­trze­by, cza­sem aż do prze­sa­dy. Na­wet prze­my­śli­wał, czy­by się nią nie po­dzie­lić z ja­kimś ko­le­gą z "Su­ley­ma­na", ale szyb­ko ten po­mysł za­rzu­cił. Co się tam bę­dzie dzie­lił, jesz­cze się oka­że, że ci praw­dziw­si Mu­rzy­ni są lep­si, i co wte­dy? Zo­sta­nie na lo­dzie.

Po­do­ba­ła mu się ta na­uczy­ciel­ka z dru­giej stro­ny uli­cy, na­wet po­roz­ma­wia­li so­bie kil­ka razy, ale czy nie za bar­dzo uczo­na? An­tek, po­dob­nie jak wie­lu in­nych mło­dych lu­dzi w Piąt­ni­cy czy też w Ro­dwo­od, był nie­uf­nie na­sta­wio­ny do wy­kształ­co­nych ko­biet - tyl­ko ma taka w gło­wie po­pier­do­lo­ne!

Tak czy owak, An­tek cał­kiem nie­źle zno­sił zde­rze­nie kul­tur, sie­dze­nie okra­kiem mię­dzy pol­sko­ścią a mu­rzyń­sko­ścią.

Oby tak da­lej!

Roz­dział 2

An­tek sie­dział w re­cep­cji Lo­cal Im­pro­ve­ments. Roz­wa­lo­ny na fo­te­lu, z no­ga­mi na biur­ku, po­pi­jał her­ba­tę i czy­tał "Nowy Dzien­nik". Te­le­fon nie dzwo­nił. Nie było co ro­bić. Tro­chę nud­no, ale nie moż­na na­rze­kać. W biu­rze cie­pło i przy­jem­nie, a na dwo­rze zim­no i sza­ro, brud­ny śnieg ob­le­piał ramę okna. Przy­szedł li­sto­nosz. An­tek od­niósł pocz­tę pani Ziut­ce, po czym chwi­lę so­bie po­gwa­rzy­li, jak Mu­rzyn z Mu­rzy­nem. Oka­za­ło się, że li­sto­nosz wy­bie­ra się z żoną na wa­ka­cje na Flo­ry­dę.

An­tek pa­trzył na ogło­sze­nia biur po­dró­ży w "No­wym Dzien­ni­ku" i ma­rzył o cie­płych kra­jach. Też by, cho­le­ra, po­je­chał na Flo­ry­dę, wpraw­dzie nie ma żony, ale może by tak z pa­nią Ha­nią albo z tą na­uczy­ciel­ką z na­prze­ciw­ka, roz­ma­rzył się. Z ga­bi­ne­tu sze­fa wy­sko­czy­ła pani Ziut­ka z ja­kimś pa­pie­rem w ręku.

- Pa­nie Ant­ku, ma pan za­pro­sze­nie na kon­fe­ren­cję!

- Cooo? Na jaką kon­fe­ren­cję? - An­tek zdjął nogi z biur­ka i spoj­rzał spode łba na pa­nią Ziut­kę, zno­wu robi so­bie z nie­go głu­pie żar­ty.

- Na bar­dzo waż­ną! - Za pa­nią Ziut­ką wy­ło­nił się z ga­bi­ne­tu pan Skrzek. - Na kon­fe­ren­cję biz­nes­me­nów i me­na­dże­rów z mniej­szo­ści, w Fort Lau­der­da­le, na Flo­ry­dzie. Wy­ty­po­wał pana peł­no­moc­nik władz miej­skich Bro­okly­nu od rów­nych praw dla mniej­szo­ści, na pew­no z po­le­ce­nia Pa­ter­so­na, wy­raź­nie pana po­lu­bił!

- Nig­dzie nie jadę, prze­cież nie je­stem me­na­dżer, a zresz­tą nie mam pie­nię­dzy na ta­kie wy­ciecz­ki. - An­tek czuł, że cała ta szop­ka, jaką od­sta­wi­li przed in­spek­to­rem Pa­ter­so­nem, idzie już za da­le­ko i źle się skoń­czy.

- Ależ, pa­nie Ant­ku, niech pan tak nie mówi, w pa­pie­rach jest pan me­na­dże­rem, pen­sję pan bie­rze me­na­dżer­ską, wszyst­ko ja­sne jak słoń­ce! A co do pie­nię­dzy, to niech się pan nie mar­twi, da się za­ła­twić.

Kie­row­nik Skrzek był moc­no pod­eks­cy­to­wa­ny. Lo­cal Im­pro­ve­ments mało że za­trud­nia Mu­rzy­na, to jesz­cze mu­rzyń­skie­go dzia­ła­cza z cho­da­mi we wła­dzach miej­skich. Nie­dłu­go ma być roz­pi­sa­ny prze­targ na re­mont na­wierzch­ni mo­stu Bro­okliń­skie­go, jak­by się to uda­ło za­ła­twić... Boże! War­to by tego dur­ne­go Ant­ka wy­słać choć­by i do Pa­ry­ża!

- Pie­nię­dzy nie trze­ba za­ła­twiać - wtrą­ci­ła pani Ziut­ka, cała za­ró­żo­wio­na, naj­wy­raź­niej udzie­lił się jej en­tu­zjazm sze­fa. - Tu na­pi­sa­li, że kosz­ty prze­lo­tu i ho­te­lu "swo­ich przed­sta­wi­cie­li" po­kry­wa dziel­ni­ca Bro­oklyn.

- No pro­szę! Bę­dzie pan re­pre­zen­to­wał Bro­oklyn! Nie może pan za­wieść po­kła­da­ne­go w panu za­ufa­nia! - Kie­row­nik Skrzek roz­grze­wał się co­raz bar­dziej.

- Po­je­dzie pan so­bie na Flo­ry­dę, tam te­raz lato, usią­dzie pan w ką­pie­lów­kach pod pal­mą... - roz­ma­rzy­ła się pani Ziut­ka.

- Ale... - Opór Ant­ka top­niał pod na­po­rem en­tu­zja­zmu sze­fa i pani Ziut­ki. - Ale... ja się nie znam na me­na­dże...

- Na czym się pan nie zna, pa­nie Ant­ku? - wszedł mu w sło­wo kie­row­nik Skrzek. - Wie pan prze­cież, czym się zaj­mu­je­my, re­mon­tu­je­my dro­gi, zjaz­dy, wjaz­dy, bu­dyn­ki pu­blicz­ne, par­kin­gi, nie­raz pan u nas pra­co­wał na zle­ce­nia. A co robi me­na­dżer? Mówi każ­de­mu, co ma zro­bić, i po­tem pil­nu­je, żeby zro­bił. Żad­na fi­lo­zo­fia. A zresz­tą tam bę­dzie­cie ra­dzić nad spra­wa­mi na­tu­ry ogól­nej, jak wal­czyć z dys­kry­mi­na­cją ra­so­wą, jak za­pew­nić mło­dzie­ży z mniej­szo­ści rów­ny start...

- No, na tym to już się, pa­nie Fran­ku, cał­kiem nie znam. - An­tek jesz­cze się bro­nił, ale już czuł, że może pani Ziut­ka ma ra­cję, po­je­dzie, po ob­ra­dach roz­wa­li się na pla­ży, kupi so­bie bu­tel­kę zim­ne­go piwa...

- Tu nie ma się na czym znać, to oni, ła­chu­dry, się nie zna­ją i dla­te­go mu­szą ra­dzić. Każ­dy Po­lak to zna od ma­łe­go. Cho­dził pan w Łom­ży do szko­ły, no nie?

- Pew­nie, że cho­dzi­łem.

- No wła­śnie. To chy­ba pana uczy­li, że Po­la­cy za­wsze za "na­szą wol­ność i wa­szą", bez­in­te­re­sow­nie wal­czy­li o wol­ność, rów­ność i spra­wie­dli­wość dla wszyst­kich. Dla Mu­rzy­nów też.

- W Łom­ży nic nas o Mu­rzy­nach nie uczy­li.

- Bo to się ro­zu­mie samo przez się, jak dla wszyst­kich, to i dla Mu­rzy­nów, praw­da, pani Ziut­ko, też cho­dzi­ła pani do szko­ły?

- Pew­nie, w Puł­tu­sku.

- No wła­śnie, jesz­cze ich pan, pa­nie Ant­ku, bę­dzie mógł na tej kon­fe­ren­cji cze­goś na­uczyć!

An­tek nie za­mie­rzał ni­ko­go ni­cze­go uczyć, ale owszem, na rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści to się zna, cze­mu nie? Jesz­cze raz spoj­rzał w okno, pa­skud­nie, śnieg z desz­czem, a na Flo­ry­dzie cie­plut­ko, słoń­ce, pal­my...

- No do­bra, po­ja­dę.

- To za­raz dzwo­nię do Pa­ter­so­na po­dzię­ko­wać, po­tem pan z nim też po­ga­da. - Kie­row­nik Skrzek po­biegł do ga­bi­ne­tu.

- Pa­nie Ant­ku, przy­śle mi pan z Flo­ry­dy ja­kąś ład­ną pocz­tów­kę? - Pani Ziut­ka uśmiech­nę­ła się za­lot­nie.

- Przy­ślę, pew­nie, że przy­ślę. - An­tek klep­nął ją po tył­ku.

- Ależ pa­nie An­to­ni. - Pani Ziut­ka zro­bi­ła lek­ko ura­żo­ną minę.

- Och, prze­pra­szam, my­śla­łem o czym in­nym. - An­tek uśmiech­nął się po­jed­naw­czo, my­śląc, że mógł­by ją pew­nie prze­le­cieć, ale wła­ści­wie po co? Żeby cho­ciaż była ład­na.

***

An­tek wra­cał do domu naj­pierw me­trem, po­tem pro­mem przez rze­kę Hud­son do New Jer­sey. Tro­chę dłu­go się je­cha­ło, ale co ro­bić, przy­najm­niej jest czas po­my­śleć. Sie­dział na po­kła­do­wej ław­ce, ręce wło­żył do kie­sze­ni, bo zim­no było jak cho­le­ra, i pa­trzył na świa­tła Man­hat­ta­nu. Tak, z Flo­ry­dą to nie jest zły po­mysł. A tą całą kon­fe­ren­cją nie ma się co przej­mo­wać. Po­la­ka będą uczyć wol­no­ści i rów­no­ści? "Je­ste­śmy w pierw­szym sze­re­gu wal­ki z dys­kry­mi­na­cją" - po­wie­dział mu przez te­le­fon Pa­ter­son. "Je­ste­śmy przed­mu­rzem..." - An­tek czuł, że wzbie­ra­ją w nim ta­len­ty ora­tor­skie. - No do­brze, ale przed­mu­rzem cze­go? Ech, wszyst­ko jed­no, je­ste­śmy przed­mu­rzem i tyle! Wstał i wszedł do środ­ka, bo zim­no już było nie do wy­trzy­ma­nia.

Na ław­ce przy oknie wci­snął się śmia­ło mię­dzy dwie Mu­rzyn­ki. Jed­na coś burk­nę­ła. An­tek nie zro­zu­miał, ale nie­zbyt przy­ja­zna in­ten­cja była czy­tel­na. Cze­go? Le­piej się, pin­do, po­suń - po­my­ślał i spoj­rzał but­nie na są­siad­kę, któ­ra wyj­rza­ła zza ga­ze­ty. Ależ tak, to była Me­lis­sa Bray!

- O, prze­pra­szam. - An­tek uśmiech­nął się po­jed­naw­czo. - Tam tak zim­no, że mu­sia­łem wejść do środ­ka.

- Nic nie szko­dzi, przy­suń się, Tony, bli­żej, bę­dzie ci cie­plej. - Me­lis­sa uśmiech­nę­ła się za­lot­nie. - My­śla­łam dzi­siaj o to­bie, są­siad­ki mó­wi­ły, że je­steś z Pol­ski.

- Jak naj­bar­dziej - przy­tak­nął skwa­pli­wie An­tek, pa­trząc na ry­su­ją­ce się pod czer­wo­nym gol­fem pier­si Me­lis­sy - to chy­ba był jego szczę­śli­wy dzień.

- Bo u nas w szko­le co roku or­ga­ni­zu­je­my dzień ONZ i każ­da kla­sa przy­go­to­wu­je wy­sta­wę o ja­kimś kra­ju. W tym roku moja kla­sa wy­lo­so­wa­ła Pol­skę. Ale dzie­cia­ki nic o Pol­sce nie wie­dzą, a i ja, praw­dę mó­wiąc, też nie­wie­le wiem, li­czę, że nam po­mo­żesz. - Me­lis­sa uśmiech­nę­ła się cie­pło, w jej wiel­kich, afry­kań­skich oczach było coś bar­dzo ku­szą­ce­go.

- Ależ oczy­wi­ście, z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. - W tej chwi­li An­tek był­by na­wet go­tów dla Me­lis­sy sko­czyć w lo­do­wa­te wody rze­ki Hud­son.

- Może byś mógł kie­dyś przyjść do mo­jej kla­sy? Jak­by dzie­cia­ki zo­ba­czy­ły, że w Pol­sce też miesz­ka­ją Mu­rzy­ni, toby im to przy­bli­ży­ło kraj.

- Ja­sne, nie ma spra­wy. - An­tek po­czuł, że zno­wu bę­dzie się mu­siał wy­głu­piać, jak z tym Pa­ter­so­nem, ale co ro­bić? Me­lis­sie nie od­mó­wi! Zresz­tą, co to szko­dzi, będą te czar­ne dzie­cia­ki my­śla­ły, że w Pol­sce miesz­ka­ją Mu­rzy­ni, i co, świat się od tego za­wa­li? Gor­szych głu­pot w szko­łach uczą. Sam się przez dzie­sięć lat uczył, że Zwią­zek So­wiec­ki to raj na zie­mi i co, zgłu­piał od tego? Poza tym i tak za­po­mną, cze­go się na­uczy­ły, nie ma się czym przej­mo­wać.

- Tony, czy wszy­scy w Pol­sce mają ta­kie pięk­ne, cha­bro­we oczy? - Me­lis­sa przy­su­nę­ła się bli­żej.

- Nie wszy­scy, ale u nas to ro­dzin­ne, mama mia­ła, brat, sio­stra... Ale ja uwa­żam, że two­je czar­ne oczy są pięk­niej­sze! - An­tek był bar­dzo szar­manc­ki.

- Na­praw­dę? - Me­lis­sa uśmiech­nę­ła się jesz­cze cie­plej, wi­dać było jed­nak, że my­śla­mi jest gdzie in­dziej. - Tony, tak bym chcia­ła po­je­chać kie­dyś do tych dzi­kich kra­jów, do Pol­ski, do Ro­sji... zo­ba­czyć in­nych lu­dzi, inny świat...

- Co ty ga­dasz! - An­tek zje­żył się. - Ja­kich dzi­kich? Pol­ska to nie jest dzi­ki kraj, Ro­sja może... ale nie Pol­ska.

- Tony, prze­pra­szam. - Me­lis­sa zmie­sza­ła się, zda­ła so­bie spra­wę, że ura­zi­ła Ant­ka. - Roz­ma­rzy­łam się i plo­tę bzdu­ry, głu­pio mi się wy­msknę­ło, chcia­łam po­wie­dzieć eg­zo­tycz­ne kra­je.

- Do­brze, nie ma spra­wy. - An­tek ob­jął ją ra­mie­niem. - Jak bę­dziesz chcia­ła, to za­bio­rę cię do Pol­ski!

- Bar­dzo bym chcia­ła! - Me­lis­sa przy­tu­li­ła się. - Tam pew­nie pięk­nie, cie­pło, pal­my...

An­tek ro­ze­śmiał się.

- Ani cie­pło, ani pal­my, ale za to ro­sną wierz­by, wiesz, co to wierz­ba?

- Pew­nie, że wiem! - Me­lis­sa mia­ła wpraw­dzie je­dy­nie mgli­ste po­ję­cie, co to za drze­wo, ale nie mo­gła się do tego przy­znać, prze­cież była na­uczy­ciel­ką.

- Cie­pło i pal­my to na Flo­ry­dzie, za dwa ty­go­dnie jadę na kon­fe­ren­cję do Fort Lau­der­da­le. - Spoj­rzał dum­nie w oczy Me­lis­sy.

- Na­praw­dę? Na jaką kon­fe­ren­cję?

- Zjazd biz­nes­me­nów i me­na­dże­rów z mniej­szo­ści, będę re­pre­zen­to­wał Bro­oklyn.

An­tek zno­wu spoj­rzał na Me­lis­sę. Tak, wi­dać, że zro­bi­ło to na niej wra­że­nie.

- Tony, gra­tu­lu­ję! - Za­rzu­ci­ła mu ra­mio­na na szy­ję i po­ca­ło­wa­ła go. - Je­stem z cie­bie dum­na, całe Ro­dwo­od bę­dzie dum­ne, jak o tym opo­wiem. Ale wiesz co? Ja też na­le­żę do Or­ga­ni­za­cji Obro­ny Praw Oby­wa­tel­skich Mniej­szo­ści, je­stem prze­wod­ni­czą­cą koła na­uczy­cie­lek w na­szej szko­le.

An­tek moc­no ści­snął Me­lis­sę. Czuł przez swe­ter jej duże, jędr­ne pier­si, co zna­ko­mi­cie wzmac­nia­ło po­czu­cie du­cho­wej, a na­wet, moż­na by rzec, ide­olo­gicz­nej wspól­no­ty - jak ak­ty­wi­sta z ak­ty­wist­ką.

Prom przy­bił do przy­sta­ni po dru­giej stro­nie rze­ki. An­tek chciał iść do au­to­bu­su, ale Me­lis­sa po­że­gna­ła się, mó­wiąc, że po­cze­ka na par­kin­gu, bo jest umó­wio­na. W tej sa­mej chwi­li przy kra­węż­ni­ku za­trzy­mał się sre­brzy­sty che­vro­let, z któ­re­go wy­chy­lił się mło­dy Mu­rzyn. Me­lis­sa pod­bie­gła do sa­mo­cho­du. Z ręką na klam­ce od­wró­ci­ła się jesz­cze do Ant­ka i za­wo­ła­ła:

- Bę­dzie­my w kon­tak­cie, nie za­po­mnij o mo­jej szko­le! Pa!

- Pa! - Ant­ko­wi trud­no było ukryć roz­cza­ro­wa­nie. A tak się wszyst­ko ład­nie za­czy­na­ło. Wró­ci­li­by do Ro­dwo­od, Me­lis­sa za­pro­si­ła­by go na górę. Na­pi­li­by się... ech, co tam, nie to nie, woli się pusz­czać z ja­kimś pier­do­lo­nym Mu­rzy­nem, to jej spra­wa. Cho­le­ra, nie po­wi­nie­nem tak my­śleć, sam je­stem pier­do­lo­ny Mu­rzyn. No i co z tego? Po­my­śleć so­bie mogę, co chcę - wol­ny kraj!

Wsiadł, roz­go­ry­czo­ny, do au­to­bu­su. Ale nie chcia­ło mu się wra­cać do domu, zresz­tą nie miał nic do je­dze­nia. Po­sta­no­wił, że pod­je­dzie dwa przy­stan­ki i zaj­rzy do nowo otwar­tej pol­skiej knajp­ki "U Te­re­sy". Lo­kal był nie­wiel­ki, ale przy­tul­ny. Na pół­ce za ba­rem sta­ło po­pier­sie Ko­ściusz­ki w oto­cze­niu bu­te­lek wy­bo­ro­wej, sto­licz­nej, ab­so­lu­tu i in­nych po­rząd­nych trun­ków. Ścia­ny ude­ko­ro­wa­ne były kur­piow­ski­mi wy­ci­nan­ka­mi z pla­sti­ku, a sto­li­ki przy­kry­te ce­ra­to­wy­mi ob­ru­sa­mi w czer­wo­no-bia­łą sza­chow­ni­cę. Swoj­sko i przy­jem­nie. An­tek usiadł przy sto­li­ku nie­da­le­ko baru. Mógł­bym tu kie­dyś za­pro­sić Me­lis­sę - po­my­ślał - chce się cze­goś na­uczyć o Pol­sce, to pro­szę bar­dzo, może za­cząć od pie­ro­gów ze skwar­ka­mi. An­tek czuł, że wra­ca mu do­bry hu­mor. Za­mó­wił fla­ki, a po­tem ka­szan­kę z ce­bul­ką i ziem­nia­ka­mi i oczy­wi­ście bu­tel­kę żyw­ca. Tro­chę się zdzi­wił, że kel­ner­ka zwró­ci­ła się do nie­go po an­giel­sku - pol­ska re­stau­ra­cja to po­win­ny cho­le­ry umieć po pol­sku! Od­po­wie­dział po pol­sku, na co dziew­czy­na za­sty­gła w pół­ob­ro­cie i upu­ści­ła blo­czek z za­mó­wie­niem. Te­raz do­pie­ro An­tek puk­nął się w czo­ło - prze­cież jest Mu­rzy­nem, nic dziw­ne­go, że się do nie­go zwra­ca­ją po an­giel­sku! Ro­ze­śmiał się gorz­ka­wo i pod­niósł dziew­czy­nie blo­czek.

Fla­ki były pysz­ne, ży­wiec też nie naj­gor­szy. An­tek za­mó­wił jesz­cze jed­ną bu­tel­kę i roz­siadł się wy­god­nie w ocze­ki­wa­niu na ka­szan­kę. Cał­kiem już za­po­mniał o przy­krym za­wo­dzie z Me­lis­są. Nie było źle, miło tu i przy­tul­nie, jest piwo, za­raz bę­dzie ka­szan­ka - żyć nie umie­rać! Po chwi­li miał przed sobą ka­szan­kę z ce­bul­ką i dy­mią­ce kar­to­fle. Za­brał się ocho­czo do je­dze­nia, kie­dy usły­szał roz­mo­wę dwóch go­ści przy ba­rze.

- Patrz, He­niek, na tego szu­wak­sa, wpier­da­la ka­szan­kę, jak­by od ma­łe­go nic in­ne­go nie jadł.

- Że też ta­kich tu wpusz­cza­ją, prze­cież na­pi­sa­ne na drzwiach "Po­lish re­stau­rant", nie­dłu­go całe Ro­dwo­od bę­dzie się tu ży­wić - po­wie­dział ko­le­ga.

- Pani Sta­siu - pierw­szy z nich zwró­cił się do bar­man­ki, za­żyw­nej blon­dy­ny pod pięć­dzie­siąt­kę z dwo­ma srebr­ny­mi zę­ba­mi. - Nie ma­cie tu ja­kichś ba­na­nów dla swo­ich afry­kań­skich go­ści? Żeby mu ta ka­szan­ka nie za­szko­dzi­ła.

Cała trój­ka we­so­ło za­re­cho­ta­ła.

An­tek czuł, że po­wo­li za­le­wa go zła krew. Chwy­cił pu­stą bu­tel­kę, wstał, pod­szedł do baru i po­wie­dział po pol­sku:

- A co się, kur­wa, nie po­do­ba?

Ko­le­dzy przy ba­rze zba­ra­nie­li, ale szyb­ko oprzy­tom­nie­li i ze­sko­czy­li ze stoł­ków.

- Niech pan odda tę bu­tel­kę - ode­zwa­ła się po­jed­naw­czo pani Sta­sia. - Tak so­bie tyl­ko żar­tu­je­my, niech się pan nie de­ner­wu­je.

- Sły­sza­łeś, gno­ju, od­daj bu­tel­kę - po­wie­dział pierw­szy.

Obaj byli lek­ko pod­pi­ci i naj­wy­raź­niej szu­ka­li zwa­dy. An­tek też nie był w ugo­do­wym na­stro­ju. Za­mach­nął się i wy­rżnął bu­tel­ką w gło­wę pierw­sze­go go­ścia szu­ka­ją­ce­go za­czep­ki. Bu­tel­ka się roz­bi­ła, try­snę­ła krew.

Pani Sta­sia zła­pa­ła za te­le­fon i za­dzwo­ni­ła po po­li­cję.

Tym­cza­sem dru­gi kop­nął Ant­ka w kro­cze. Kie­dy An­tek zgiął się wpół z bólu, do­stał po­tęż­ny cios w szczę­kę. Wy­pro­sto­wał się i na­tarł gło­wą na na­past­ni­ka. Przy­gniótł go do baru i za­czął wa­lić ko­la­na­mi w brzuch. Tym­cza­sem dru­gi otarł krew z twa­rzy, zła­pał sto­łek i rąb­nął Ant­ka w ple­cy. Za­mach­nął się jesz­cze raz i ude­rzył, tym ra­zem w gło­wę. An­tek osu­nął się na pod­ło­gę. Za­czę­li go ko­pać.

Do lo­ka­lu wpa­dło dwóch po­li­cjan­tów. Na­past­ni­cy od­sko­czy­li od Ant­ka i opar­li się o bu­fet.

- Co się tu dzie­je?

- Ten Mu­rzyn wy­pił za dużo i za­czął się awan­tu­ro­wać - wy­ja­śnił je­den z go­ści, wska­zu­jąc na gra­mo­lą­ce­go się z pod­ło­gi Ant­ka.

Po­li­cjant spoj­rzał py­ta­ją­co na bar­man­kę.

- Tak, wła­śnie, ude­rzył na­sze­go go­ścia bu­tel­ką w gło­wę. - Pani Sta­sia wska­za­ła na za­krwa­wio­ne­go klien­ta.

Spra­wa była ja­sna. Po­li­cjan­ci za­ło­ży­li Ant­ko­wi kaj­dan­ki i za­bra­li go na ko­mi­sa­riat. Wy­szedł do­pie­ro rano z po­waż­nym upo­mnie­niem: po­nie­waż nie jest no­to­wa­ny, dają mu szan­sę i zwal­nia­ją do domu, ale je­śli się to jesz­cze raz po­wtó­rzy, sta­nie przed są­dem. W drzwiach ko­mi­sa­ria­tu na­tknął się na sier­żan­ta Ja­go­dziń­skie­go.

- Pa­nie Ant­ku, co się sta­ło? - spy­tał za­nie­po­ko­jo­ny, wi­dząc pod­puch­nię­te oko Ant­ka.

- Ee, szko­da ga­dać. - An­tek nie był w na­stro­ju do roz­mo­wy.

Ja­go­dziń­ski jed­nak na­le­gał i An­tek opo­wie­dział mu całe wy­da­rze­nie. Po­li­cjant po­ki­wał gło­wą, wziął Ant­ka pod ra­mię, od­cią­gnął na stro­nę, po czym zwró­cił się do nie­go kon­spi­ra­cyj­nie i po pol­sku, żeby nikt inny nie ro­zu­miał:

- An­tek, szko­da mi cie­bie, je­steś do­bry chłop, ale po­słu­chaj rady do­świad­czo­ne­go po­li­cjan­ta. Je­steś te­raz Mu­rzyn, ro­sły, mło­dy Mu­rzyn. Nie pchaj się, szcze­gól­nie wie­czo­ra­mi, do bia­łych dziel­nic. Tam się boją ta­kich jak ty i, po­wiem ci szcze­rze, nie bez po­wo­du. Ty je­steś w po­rząd­ku, ale kto to wie? A już szcze­gól­nie do tych et­nicz­nych dziel­nic, pol­skich, wło­skich, grec­kich... Na­praw­dę, An­tek, bądź roz­sąd­ny. Je­steś Mu­rzy­nem, trud­no, pech. Wie­czo­rem trzy­maj się Man­hat­ta­nu czy Ro­dwo­od i nie szu­kaj guza... bo go znaj­dziesz. - Ja­go­dziń­ski raz jesz­cze spoj­rzał ze współ­czu­ciem na pod­puch­nię­te oko Ant­ka. - Pa­mię­tasz, ja­ke­śmy cię za­trzy­ma­li na Hi­gh­land Stre­et? Z tym wła­ma­niem to była lipa, mło­dy Mu­rzyn szwen­da­ją­cy się po tej oko­li­cy za­wsze jest po­dej­rza­ny... An­tek, nie bierz tego do sie­bie, na­praw­dę cię lu­bię i ży­czę ci jak naj­le­piej, ale tak jest... za­ufaj mi, mam do­świad­cze­nie. To wbrew re­gu­la­mi­no­wi, ale wszy­scy to ro­bią. O tych spra­wach gło­śno się nie mówi. Ni­ko­mu też nie mów, że ja ci po­wie­dzia­łem. Zresz­tą, w ra­zie cze­go, od razu się wy­prę.

Sier­żant Ja­go­dziń­ski po­kle­pał Ant­ka przy­jaź­nie po ra­mie­niu.

- Bądź roz­sąd­ny. Świa­ta nie zmie­nisz, a zdro­wia so­bie oszczę­dzisz.

An­tek po­że­gnał się z sier­żan­tem Ja­go­dziń­skim i, obo­la­ły, po­wlókł się do domu. Za­dzwo­nił do pra­cy, że jest cho­ry i padł na łóż­ko, ale po chwi­li wstał, bo za­chcia­ło mu się do to­a­le­ty. Wszyst­ko go bo­la­ło, a naj­bar­dziej du­sza. Spoj­rzał w ła­zien­ce w lu­stro - na swo­ją czar­ną twarz z pod­puch­nię­tym okiem. Czuł, że był co­raz bar­dziej Mu­rzy­nem i co­raz mniej Po­la­kiem. Ma ra­cję Ja­go­dziń­ski, je­stem Mu­rzyn i już. A niech to dia­bli, trud­no - po­my­ślał, wra­ca­jąc do łóż­ka - a do pol­skiej re­stau­ra­cji to już na pew­no nie pój­dę. Do­brze, że Me­lis­sy tam nie za­pro­si­łem. - An­tek za­wsze sta­rał się doj­rzeć po­zy­tyw­ne stro­ny na­wet naj­mniej przy­jem­nych sy­tu­acji. Przy­po­mniał so­bie jej afry­kań­skie oczy, no i te opię­te czer­wo­nym swe­trem pier­si, zro­bi­ło mu się cie­pło na du­szy. Nie my­ślał już o przy­krych wy­da­rze­niach mi­nio­ne­go wie­czo­ru. Za­snął.

***

Po po­łu­dniu An­tek, jesz­cze moc­no obo­la­ły, po­szedł ku­pić coś do je­dze­nia. Na­po­tka­ni po dro­dze są­sie­dzi i zna­jo­mi z oko­li­cy pa­trzy­li na nie­go ze współ­czu­ciem, peł­ni zro­zu­mie­nia. Wszy­scy już wie­dzie­li, że An­tek spę­dził noc na ko­mi­sa­ria­cie, ktoś na­wet wi­dział, jak go tam przy­wieź­li. Te­raz An­tek, nie­daw­ny emi­grant, był już cał­kiem swój. Mó­wio­no, że po­bi­ła go po­li­cja. An­tek nie za­prze­czał, bo ja­koś głu­pio mu było się przy­znać, że to ro­da­cy tak go za­ła­twi­li. Są­siad z dołu, zło­dziej i nar­ko­man, po­czę­sto­wał go pi­wem, a do­zor­czy­ni, gru­ba po­czci­wa Mu­rzyn­ka z Ja­maj­ki, przy­nio­sła mu ja­kąś maść, po­dob­no świet­ną, na opu­chli­znę, i ta­lerz ro­so­łu z klu­ska­mi. Dwie małe dziew­czyn­ki, miesz­ka­ją­ce z mat­ką na pod­da­szu, dały mu li­za­ka, wpraw­dzie lek­ko na­po­czę­te­go, ale od ser­ca. An­tek był wzru­szo­ny.

Do­tknął pod­puch­nię­te­go oka - cho­le­ra, nie jest do­brze, po­my­ślał, żeby tyl­ko ta opu­chli­zna ze­szła do kon­fe­ren­cji na Flo­ry­dzie. A to skur­wie­le, ra­si­ści, psia mać.

Przy­po­mniał so­bie sło­wa Pa­ter­so­na: "Je­ste­śmy w pierw­szym sze­re­gu wal­ki z dys­kry­mi­na­cją". An­tek czuł, że wzbie­ra w nim re­wo­lu­cyj­ny za­pał. Czy mu się chce być w pierw­szym sze­re­gu wal­ki z dys­kry­mi­na­cją, tego nie był pew­ny. Może w dru­gim, albo jesz­cze tro­chę da­lej? Co do tego nie miał peł­nej ja­sno­ści. Ale jed­no było oczy­wi­ste, tym dwóm gno­jom na­le­ża­ło­by dać wpier­dol, to zna­czy, jak­by się uda­ło - An­tek za­wsze był re­ali­stą.

Na­sta­wił wodę na her­ba­tę, w tym mo­men­cie roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Na pro­gu sta­ła Me­lis­sa.

- Tony, co się sta­ło, po­bi­li cię na ko­mi­sa­ria­cie? To strasz­ne!

An­tek usiadł na ka­na­pie, wska­zu­jąc Me­lis­sie zbo­la­łym ge­stem miej­sce obok sie­bie.

- Ee, nie ma o czym ga­dać.

- Tony, jak to nie ma o czym? Prze­cież to jaw­na dys­kry­mi­na­cja, po­bi­li cię, bo je­steś czar­ny! - W oczach Me­lis­sy bły­ska­ły iskry świę­te­go obu­rze­nia. - Nie mo­że­my na to po­zwo­lić. Na­pi­sze­my pro­test, zor­ga­ni­zu­je­my de­mon­stra­cję pod ko­mi­sa­ria­tem. Win­ni mu­szą zo­stać uka­ra­ni. Trze­ba z tym raz na za­wsze skoń­czyć. Nie martw się, Tony, nie je­steś sam. Je­ste­śmy z tobą... - Me­lis­sa przy­su­nę­ła się do Ant­ka, któ­ry zło­żył swo­ją sko­ła­ta­ną gło­wę na jej ra­mie­niu. Po­czuł fa­lu­ją­ce ze świę­te­go gnie­wu pier­si Me­lis­sy. Opu­ścił gło­wę tro­chę ni­żej, wie­dział, że jak się w nie wtu­li, na pew­no przy­nie­sie mu to ulgę. I tak by się pew­nie sta­ło, gdy­by nie pod­bi­te oko. Aż syk­nął z bólu.

- Tony, co ci jest? Coś cię boli? - Me­lis­sa wzię­ła de­li­kat­nie jego gło­wę w swo­je dło­nie i nie­co się od­su­nę­ła.

- Ech... - An­tek wska­zał na opu­chli­znę. - Nic ta­kie­go. - Mach­nął ręką ge­stem skrom­nie-bo­ha­ter­skim.

- Boże! - Me­lis­sa mia­ła łzy w oczach. - Co oni ci zro­bi­li. A to dra­nie, ban­dy­ci, nie po­li­cja! Za­raz na­pi­sze­my pro­test i ostrą skar­gę. Sama ju­tro rano za­nio­sę ją na ko­mi­sa­riat.

W oczach Me­lis­sy zno­wu bły­snę­ły iskry świę­te­go obu­rze­nia.

An­tek spoj­rzał na dziew­czy­nę i po­czuł, że musi jed­nak tę kwe­stię spro­sto­wać, wy­pad­nie może mniej bo­ha­ter­sko, ale trud­no, in­a­czej spra­wy pój­dą za da­le­ko.

Po­pro­sił Me­lis­sę, żeby na­la­ła her­ba­ty, po czym wy­znał jej szcze­rze, jak było.

Me­lis­sa była po­ru­szo­na. Po­gła­ska­ła go po ra­mie­niu, a po­tem de­li­kat­nie po­ca­ło­wa­ła w spuch­nię­tą twarz.

- To smut­ne, bar­dzo smut­ne, zwy­czaj­ny ra­sizm. Tych ło­bu­zów i re­stau­ra­cję mu­si­my po­dać do sądu.

- Ani mi się waż! - An­tek prze­stra­szył się nie na żar­ty. Do­ko­pać tym gno­jom to by się, owszem, przy­da­ło, ale do sądu w ta­kiej spra­wie nie bę­dzie cho­dził. - Po pro­stu wię­cej do tej re­stau­ra­cji nie pój­dę i tyle! - stwier­dził ka­te­go­rycz­nie.

 

Me­lis­sa była tro­chę za­wie­dzio­na, ale ze szko­le­nia: "Jak wal­czyć z dys­kry­mi­na­cją" wie­dzia­ła, że ofia­rom czę­sto trud­no jest się przy­znać do roli ofia­ry, szcze­gól­nie męż­czy­znom. Po­sta­no­wi­ła więc na ra­zie nie na­ci­skać, może po­tem do tego wró­ci, te­raz trze­ba dać mu się spo­koj­nie wy­ku­ro­wać. Po­że­gna­ła się z Ant­kiem cie­pło i ser­decz­nie, mó­wiąc, że musi biec na szkol­ne przed­sta­wie­nie, ale obie­ca­ła, że ju­tro po pra­cy przyj­dzie i przy­nie­sie ko­la­cję od Chiń­czy­ka, bę­dzie mia­ła wię­cej cza­su, to so­bie po­ga­da­ją. Po­ca­ło­wa­ła Ant­ka i wy­szła.

An­tek opadł na ka­na­pę, nie bez pew­ne­go tru­du za­ło­żył nogi na opar­cie i po­grą­żył się w po­nu­rych my­ślach. Cho­le­ra, nie­lek­ko być Mu­rzy­nem. Nie chodź, ba­ra­nie, do pol­skich re­stau­ra­cji, to ci bę­dzie lżej. - An­tek za­wsze pró­bo­wał zna­leźć ja­kieś po­zy­tyw­ne roz­wią­za­nie. - A co mam ro­bić, kie­dy lu­bię fla­ki i ka­szan­kę? Kup so­bie w skle­pie i w domu zjedz, no tak, ale to nie to samo. An­tek po­dra­pał się w gło­wę, na­pił­by się piwa, ale trze­ba by wstać i pójść do lo­dów­ki. Na po­czą­tek spu­ścił nogi z opar­cia i jesz­cze tro­chę po­głów­ko­wał, za­nim zwlókł się z ka­na­py. Wziął bu­tel­kę sa­mu­ela adam­sa i zno­wu zwa­lił się na ka­na­pę. Po­cią­gnął łyk i po­my­ślał o Me­lis­sie. Ko­cha­na dziew­czy­na, łzy mia­ła w tych pięk­nych, czar­nych oczach, tak go ża­ło­wa­ła! A te pier­si... Na­gle przy­po­mnia­ła mu się pani Ha­nia, też ma pięk­ne pier­si, bia­łe, bo bia­łe, ale za­wsze... O, cho­le­ra, prze­cież ju­tro śro­da, o siód­mej przy­cho­dzi pani Ha­nia, mę­żo­wi mówi, że idzie na ae­ro­bik, nie­zła wy­mów­ka, bo jesz­cze po­tem tłu­ma­czy, dla­cze­go wra­ca taka zje­ba­na - he, he, he. An­tek za­śmiał się lu­bież­nie. Trud­no, za­dzwo­ni do niej, niech prze­ło­ży ten ae­ro­bik na przy­szły ty­dzień, bo ju­tro przy­cho­dzi Me­lis­sa, a zresz­tą na ra­zie nie jest w od­po­wied­nim sta­nie do se­sji z pa­nią Ha­nią. Jesz­cze raz do­tknął spuch­nię­te­go oka. Może przy­ło­żę so­bie ręcz­nik z zim­ną wodą... Po­wlókł się do ła­zien­ki.