Niewidzialny most - Julie Orringer

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział pierwszy
Później miał jej opowiadać, że ich historia zaczęła się w Węgierskiej Operze Królewskiej w przededniu jego wyjazdu Ekspresem Zachodnioeuropejskim do Paryża. Był rok 1937, wrzesień, wyjątkowo jak na tę porę roku zimny wieczór. Brat koniecznie chciał go zabrać do opery w ramach prezentu pożegnalnego. Wystawiano Toscę, miejsca mieli na galerii. Nie dla nich marmurowe łuki jednego z trzech wejść frontowych, korynckie kolumny i belkowanie heroicznej fasady budynku. Im przypadło skromne boczne wejście, bileter o czerwonej twarzy, wytarta drewniana podłoga, ściany przyozdobione zniszczonymi operowymi afiszami. Dziewczęta w sukienkach do kolan wspinały się na schody pod rękę z mężczyznami w wyświeconych garniturach; emeryci spierali się z siwymi żonami, gramoląc się do góry wąską klatką schodową. Na górze było wesoło i gwarno: podawano napoje w salonie z lustrami i drewnianymi ławkami ustawionymi wzdłuż ścian, powietrze gęstniało od papierosowego dymu. Drzwi na drugim końcu pomieszczenia wychodziły na salę koncertową, olbrzymią, jarzącą się światłami jaskinię z sufitowym freskiem przedstawiającym greckich bogów i rzędami pozłacanych foteli. Andras nie spodziewał się, że kiedykolwiek zobaczy budapeszteńską operę, i pewnie by się tu nie znalazł, gdyby Tibor nie kupił biletów. Tibor uważał jednak, że życie w Budapeszcie musi oznaczać przynajmniej jeden wieczór z Puccinim w Operaház. Wychylił się z galerii, by pokazać Andrasowi lożę admirała Horthy'ego, w której siedział tego wieczoru tylko jakiś sędziwy generał w husarskim mundurze. Na samym dole widać było, jak bileterzy w smokingach prowadzą widzów do ich miejsc. Mężczyźni byli w strojach wieczorowych, a we włosach kobiet błyszczały klejnoty.
- Gdyby tylko Mátyás mógł to zobaczyć - powiedział Andras.
- Zobaczy, Andráska. Przyjedzie do Budapesztu po maturze i po roku będzie miał go dość.
Andras musiał się uśmiechnąć. Obaj z Tiborem przeprowadzili się do Budapesztu po ukończeniu gimnazjum w Debreczynie. Wychowali się w Konyárze, maleńkim miasteczku na wschodnich równinach, i im także stolica wydawała się kiedyś pępkiem świata. Teraz Tibor chciał jechać na studia medyczne do Włoch, a Andras, który spędził tu tylko rok, wybierał się na studia do Paryża. Nim przyszły wieści z École Spéciale d'Architecture, wszyscy myśleli, że to Tibor wyjedzie pierwszy.
Przez ostatnie trzy lata pracował jako sprzedawca w sklepie z butami na Váci utca, odkładając pieniądze na studia i ślęcząc nad podręcznikami do medycyny z takim zapamiętaniem, jakby od tego zależało jego życie. Gdy rok wcześniej Andras się do niego przeprowadził, wyglądało na to, że wyjazd Tibora wkrótce dojdzie do skutku. Zdał już egzaminy i złożył papiery do szkoły medycznej w Modenie. Myślał, że formalności na uczelni i wiza zajmą pół roku. Tymczasem szkoła medyczna w Modenie umieściła go jako cudzoziemca na liście oczekujących i poinformowała, że może upłynąć nawet rok lub dwa, nim zostanie przyjęty.
Tibor ani razu nie wspomniał o własnej sytuacji, odkąd Andras dowiedział się o swoim stypendium, nie okazał też ani szczypty zazdrości. Kupił za to bilety do opery i pomógł bratu wszystko zaplanować. Gdy przygasły światła i orkiestra zaczęła stroić instrumenty, Andrasa ogarnął wstyd: choć wiedział, że winszowałby Tiborowi, gdyby ich role się odwróciły, podejrzewał jednak, że nie zdołałby ukryć zazdrości.
Z bocznych drzwi kanału dla orkiestry wyłonił się w świetle reflektorów wysoki, żylasty mężczyzna o włosach jak białe płomienie. Gdy wchodził na podium, wśród publiczności rozległy się okrzyki zachwytu. Musiał aż trzy razy się ukłonić i podnieść ręce w geście poddania, nim wszyscy zamilkli; następnie odwrócił się ku orkiestrze i uniósł pałeczkę. Po chwili przenikliwej ciszy smyczki i instrumenty dęte wybuchły kaskadą dźwięków, które zalały pierś Andrasa, wypełniając ją tak, że prawie nie mógł oddychać. Aksamitna kurtyna poszła w górę i ukazało się wnętrze włoskiej katedry, oddane wiernie, z najdrobniejszymi szczegółami. Z witraży sączyło się bursztynowe i lazurowe światło, a niedokończony fresk przedstawiający Marię Magdalenę jak duch przezierał z jednej ze ścian. Człowiek w pasiastym więziennym ubraniu wkradł się do kościoła i ukrył w jednej z ciemnych kaplic. Potem pojawił się malarz, by pracować nad freskiem, a tuż za nim zakrystianin, który najwyraźniej próbował skłonić malarza do uporządkowania pędzli i szmat przed kolejną mszą. Następnie wkroczyła diwa Tosca, pozująca malarzowi do fresku Marii Magdaleny. Szeroka karminowa spódnica omiatała kostki jej nóg. Popłynęły pieśni, wypełniając Operaház aż po zdobiony plafon na suficie: w roli malarza Cavaradossiego tenor o miękkim brzmieniu klarnetu, dojrzały bas uciekiniera Angelottiego, ciepły, morelowy sopran węgierskiej diwy Zsuzsy Toronyi w roli Toski. Dźwięk był tak solidny, tak namacalny, że Andrasowi wydawało się, że mógłby wychylić się z galerii i łapać go garściami. Sam budynek opery staje się instrumentem, pomyślał, architektura dopełnia brzmienia dźwięku, rozszerza jego zasięg, wzmacnia go i ogarnia.
- Nigdy tego nie zapomnę - szepnął do brata.
- Spróbowałbyś tylko - odparł Tibor. - Spodziewam się, że ty też weźmiesz mnie do opery, gdy cię odwiedzę w Paryżu.
W czasie przerwy pili w salonie z lustrami kawę w małych filiżankach i spierali się o treść opery. Czy niechęć malarza do zdrady przyjaciela była dowodem pozbawionej egoizmu lojalności, czy aktem pychy i brawury? Czy jego wytrzymałość na późniejsze tortury powinna być odczytana jako sublimacja namiętności do Toski? Czy Tosca byłaby w stanie ugodzić nożem barona Scarpię, gdyby jej zawód śpiewaczki operowej nie podsunął jej tego melodramatycznego rozwiązania? Ta dyskusja sprawiała Andrasowi słodko-gorzką przyjemność. Jako mały chłopiec godzinami słuchał debat Tibora z przyjaciółmi na tematy filozoficzne, literackie czy sportowe. Zawsze pragnął, by wreszcie nadszedł dzień, w którym i on powie coś, co brat uzna za zabawne lub przenikliwe. Teraz, gdy stali się sobie równi, Andras miał wyjechać, wsiąść do pociągu, który wywiezie go setki kilometrów stąd.
- Co ci jest? - zapytał Tibor, kładąc dłoń na ramieniu brata.
- To ten dym papierosowy - odparł Andras i zakaszlał, odwracając wzrok. Poczuł ulgę, gdy światła przygasły na znak, że przerwa dobiegła końca.
Po trzecim akcie, gdy kurtyna została podniesiona niezliczoną ilość razy, martwa Tosca i nieżywy Carvadossi cudownie ożyli, a zły Scarpia ze słodkim uśmiechem przyjął bukiet czerwonych róż, Andras i Tibor przepchnęli się do wyjścia i zaczęli schodzić po zatłoczonych schodach. Na zewnątrz blado świeciły gwiazdy, konkurując z łuną miasta. Tibor wziął brata pod rękę i poprowadził go do frontowego wejścia od strony alei Andrássyego, gdzie spod trzech wspaniałych marmurowych łuków wylewała się publiczność z amfiteatru i elegancko ubrani bywalcy lóż.
- Chciałbym ci pokazać główne foyer - powiedział Tibor. - Powiemy bileterowi, że coś zostawiliśmy.
Andras podążył za nim do głównego wejścia i dalej do oświetlonego kandelabrami holu, który oskrzydlały marmurowe schody wiodące na galerię. Schodzili po nich wieczorowo ubrani mężczyźni i kobiety, ale Andras widział tylko architekturę: rzeźbienia wzdłuż schodów, sklepienie krzyżowe, różowe kolumny korynckie, na których wspierała się galeria. Miklós Ybl, Węgier z Székesfehérváru, wygrał międzynarodowy konkurs na zaprojektowanie gmachu budapeszteńskiej opery. Andras dostał od ojca na ósme urodziny album z jego szkicami i wiele godzin spędził, studiując właśnie to wnętrze. Podczas gdy wychodząca publiczność płynęła obok, on patrzył na sklepienie, próbując przywołać z pamięci rysunki i pogodzić je z trójwymiarową rzeczywitością z takim zapamiętaniem, że prawie nie zauważył, gdy ktoś stanął przed nim i coś powiedział. Zamrugał oczami i zmusił się do skoncentrowania wzroku na osobie stojącej przed nim, potężnej kobiecie w sobolowym futrze, która sprawiała wrażenie, jakby stanął jej na drodze. Ukłonił się i usunął na bok.
- Nie, nie - zaprotestowała. - Jest pan dokładnie tam, gdzie powinien. Co za szczęście, że na pana wpadłam! Nigdy bym pana nie znalazła.
Próbował sobie przypomnieć, gdzie i kiedy mógł ją wcześniej spotkać. Jej dekolt zdobiła diamentowa kolia, a spod futra było widać różową jedwabną suknię. Ciemne włosy ułożyła w ciasne loczki. Wzięła go pod ramię i poprowadziła w stronę schodów frontowych.
- To pan był wtedy w banku, prawda? - zapytała. - Miał pan kopertę z frankami.
Teraz sobie przypomniał: to była Elza Hász, żona dyrektora banku. Andras spotkał ją kilka razy w synagodze na Dohány utca, gdzie czasami bywali z Tiborem w piątkowe wieczory. Tamtego dnia potrącił ją w holu banku; upuściła pasiaste pudło na kapelusze, a jemu wypadła na ziemię koperta z frankami. Koperta otworzyła się i wokół nich wysypały się różowo-zielone banknoty jak konfetti. Andras otrzepał pudło i podał je kobiecie, następnie patrzył, jak znikła za drzwiami z napisem "wstęp wzbroniony".
- Wygląda pan na rówieśnika mojego syna - powiedziała teraz. - Sądząc po walucie, podejrzewam, że wybiera się pan na studia do Paryża.
- Jutro po południu.
- Chcę pana prosić o przysługę. Mój syn studiuje w Beaux-Arts i chciałabym dać panu paczkę dla niego. Czy to byłby duży kłopot?
Chwilę mu zajęło, nim odpowiedział. Zgoda na wzięcie paczki dla kogoś w Paryżu oznaczała, że naprawdę wyjeżdża, że opuszcza braci, rodziców i kraj, by zrobić krok w nieznane w Europie Zachodniej.
- Gdzie mieszka pani syn?
- W Dzielnicy Łacińskiej oczywiście - odparła ze śmiechem. - W skromnym mieszkaniu malarza na poddaszu, nie w pięknej willi jak Cavaradossi. Choć mówi, że ma bieżącą ciepłą wodę i widok na Panthéon. O, już mam samochód!
Do krawężnika podjechało szare auto i pani Hász zamachała na szofera.
- Proszę przyjść jutro przed południem. Benczúr utca dwadzieścia sześć.
Otuliła szyję futrzanym kołnierzem i pobiegła do samochodu, nie oglądając się na Andrasa.
- No i? - zapytał Tibor, który dogonił go na schodach frontowych. - Może byś mi powiedział, o co chodziło.
- Zostałem kurierem międzynarodowym. Madame Hász chce, żebym wziął do Paryża paczkę dla jej syna. Spotkaliśmy się w banku tego dnia, gdy wymieniałem pengő na franki.
- I zgodziłeś się?
- Tak.
Tibor westchnął, spoglądając na żółte tramwaje na bulwarze.
- Strasznie tu będzie nudno bez ciebie, Andráska.
- Bzdura. Moim zdaniem w ciągu tygodnia znajdziesz sobie dziewczynę.
- O tak, dziewczyny uwielbiają biednych sprzedawców butów.
Andras uśmiechnął się.
- No nareszcie i ty użalasz się nad sobą! Już zaczynało mnie denerwować, że jesteś taki wielkoduszny i zdystansowany.
- Ani trochę. Mógłbym zabić cię gołymi rękami za to, że jedziesz. Ale co by mi to dało? Żaden z nas by wtedy nie wyjechał.
Uśmiechnął się, lecz za okularami w srebrnych oprawkach jego oczy pozostały smutne. Wziął Andrasa pod rękę i pociągnął go w dół po schodach, nucąc fragment uwertury. Ich mieszkanie znajdowało się trzy ulice dalej, przy Hársfa utca. Gdy dotarli do drzwi, zatrzymali się jeszcze na chwilę. Niebo nad Operaház było bladopomarańczowe od świateł miasta, słychać było dzwonienie tramwajów z bulwaru. W półmroku Tibor wydawał się Andrasowi przystojny jak aktor filmowy, z kapeluszem na bakier, białym jedwabnym szalikiem przerzuconym przez jedno ramię. W tym momencie wyglądał jak człowiek gotowy na fascynujące i niekonwencjonalne życie. O wiele lepiej nadawał się do tego, by wysiąść z pociągu w obcym kraju i zająć tam należne mu miejsce. I wtedy Tibor mrugnął i wyciągnął klucze z kieszeni. W następnej chwili ścigali się już po schodach jak uczniaki z gimnazjum.
Pani Hász mieszkała blisko parku Városliget, z jego bajkowym zamkiem i wielkimi rokokowymi łaźniami na świeżym powietrzu. Jej kremowożółty dom na Benczúr utca, w stylu willi włoskiej, otaczały z trzech stron ukryte przed światem ogrody. Nad białym murem widoczne były tylko wierzchołki szpalerów drzew. Andras słyszał też plusk fontanny i zgrzyt grabi ogrodnika. Wydało mu się, że to nietypowe dla Żydów miejsce zamieszkania, lecz na futrynie drzwi dostrzegł przybitą gwoździami mezuzę - srebrny cylinder opleciony złotym bluszczem. Usłyszał stukot obcasów po marmurze i zgrzyt potężnego zamka. Służąca o srebrnych włosach otworzyła mu drzwi i zaprosiła go do środka. Znalazł się w zwieńczonym kopułą holu o różowej marmurowej podłodze, na intarsjowanym stoliku stała chińska waza z wiązanką kalii.
- Pani Hász jest w salonie - powiedziała służąca.
Podążył za nią przez hol i korytarz z łukowatym sklepieniem. Zatrzymali się przed drzwiami, przez które słychać było crescendo i decrescendo kobiecych głosów. Nie mógł zrozumieć słów, ale było dla niego jasne, że to kłótnia: jeden głos wspinał się coraz wyżej, aż umilkł; drugi, cichszy niż ten pierwszy, choć podniesiony, nalegał po swojemu.
- Proszę tu poczekać - poprosiła pokojówka i weszła do środka, by go zaanonsować.
Oba głosy starły się jeszcze na moment, jakby kłótnia miała coś wspólnego z Andrasem. Następnie pokojówka znów się pojawiła i wprowadziła gościa do wielkiego, jasnego pokoju, który pachniał tostami z masłem i kwiatami. Na podłodze leżały różowo-złote perskie dywany; białe adamaszkowe fotele współgrały z dwiema łososiowymi kanapami, a na niskim stoliku stał wazon żółtych róż. Pani Hász wstała z fotela w narożniku. Przy biurku pod oknem siedziała starsza pani we wdowiej czerni, z włosami przykrytymi koronkowym szalem. Trzymała zapieczętowany woskiem list, który położyła na stosie książek i zabezpieczyła szklanym przyciskiem do papieru. Pani Hász podeszła do Andrasa i uścisnęła jego rękę w swojej dużej, zimnej dłoni.
- Dziękuję, że pan przyszedł - powiedziała. - To moja teściowa, starsza pani Hász.
Skinęła głową w stronę starszej kobiety drobnej budowy, z pooraną zmarszczkami twarzą, która wydała się Andrasowi piękna pomimo żałoby. Jej wielkie szare oczy emanowały cichym bólem. Ukłonił się i powitał ją oficjalnie.
- Kezét csókolom. - Całuję pani dłoń.
Starsza pani Hász skinęła mu głową.
- A więc zgodził się pan wziąć paczkę dla Józsefa - zagaiła. - To bardzo miło z pana strony. Jestem pewna, że i bez tego ma pan dość spraw do załatwienia.
- To żaden kłopot.
- Nie będziemy pana zatrzymywać - zapewniła młodsza pani Hász. - Simon dorzuca jeszcze do paczki ostatnie rzeczy. Zadzwonię po coś do jedzenia. Wygląda pan na głodnego.
- Och, proszę nie robić sobie kłopotu - zaoponował Andras.
Choć zapach tostów przypomniał mu, że nic jeszcze nie jadł, obawiał się, że najskromniejszy nawet posiłek w tym domu będzie oznaczał rozwlekły ceremoniał, którego reguły są mu obce. Poza tym spieszyło mu się: za trzy godziny miał pociąg.
- Młodzi ludzie zawsze są w stanie coś zjeść - stwierdziła młodsza pani Hász, przywołując służącą.
Wydała jej dyspozycje i odesłała ją do kuchni. Starsza pani Hász przeniosła się z krzesła przy biurku na jedną z łososiowych kanap i skinęła na Andrasa, by do niej dołączył. Usiadł, martwiąc się, że jego spodnie zostawią ślady na jedwabiu. Wydawało mu się, że aby bezpiecznie spędzić godzinę w tym domu, musiałby ubrać się o klasę lepiej. Starsza pani zaplotła dłonie przed sobą i spytała, co Andras zamierza studiować w Paryżu.
- Architekturę - odparł.
- Ach tak. Będzie więc pan kolegą Józsefa w Beaux-Arts?
- Ja będę w École Spéciale - wyjaśnił Andras. - Nie w Beaux-Arts.
Młodsza pani Hász usadowiła się na kanapie naprzeciwko.
- École Spéciale? - zdziwiła się. - József o niej nie wspominał.
- To w większym stopniu szkoła zawodowa niż Beaux-Arts - wyjaśnił Andras. - Tak mi się w każdym razie wydaje. Będę tam na stypendium ufundowanym przez Izraelita Hitköység. To był szczęśliwy przypadek.
- Przypadek?
Andras wyjaśnił, że naczelny "Past and Future", czasopisma, w którym pracował, wysłał kilka projektów okładek Andrasa na paryską wystawę prezentującą prace młodych artystów z Europy Środkowej. Jego projekty zostały wybrane spośród innych i zaprezentowane, a wykładowca École Spéciale zauważył je na wystawie i zasięgnął informacji o Andrasie. Naczelny powiedział mu, że Andras chciałby być architektem, ale na Węgrzech trudno było Żydom dostać się na wydział architektury. Na węgierskich uniwersytetach wciąż obowiązywały archaiczne kwoty z lat dwudziestych, które ograniczały liczbę studentów żydowskiego pochodzenia do sześciu procent. Wykładowca z École Spéciale napisał kilka listów i petycji do komisji rekrutacyjnej z prośbą o miejsce dla Andrasa. Budapeszteńskie stowarzyszenie Żydów Izraelita Hitköység miało pokryć czesne i koszty utrzymania. Wszystko to wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku tygodni i w każdej chwili wydawało się, że cała sprawa spali na panewce. Ale się udało, Andras jednak jedzie. Jego zajęcia rozpoczynają się za sześć dni.
- Ach! Co za szczęście! - wkrzyknęła młodsza pani Hász. - I stypendium!
Ale przy ostatnich słowach spuściła oczy i Andras znów poczuł się jak w szkole w Debreczynie: zrobiło mu się wstyd, jakby go rozebrano do naga. Kilka razy spędził popołudnie w domach chłopców, którzy mieszkali w mieście, a ich ojcowie byli bankierami lub prawnikami, którzy nie musieli mieszkać na stancji u biednych rodzin, którzy spali sami w swoich łóżkach, nosili w szkole uprasowane koszule i codziennie mieli w domu obiad. Matki niektórych chłopców skwapliwie okazywały mu litość, inne traktowały go z grzeczną niechęcią. W ich obecności też czuł się nagi. Teraz zmusił się do tego, by spojrzeć matce Józsefa w oczy, i powiedział:
- Tak, to wielkie szczęście.
- A gdzie będzie pan mieszkał w Paryżu?
Potarł rękami spodnie.
- Chyba spytam kogoś, gdzie studenci wynajmują pokoje.
- Nonsens - zaoponowała starsza pani Hász. - Po prostu zatrzymasz się u Józsefa.
Jej synowa zakaszlała i przygładziła włosy.
- Nie powinnyśmy się zobowiązywać w jego imieniu - stwierdziła. - Może nie mieć miejsca dla gościa.
- Och, Elzo, ależ z ciebie straszna snobka - fuknęła starsza pani Hász. - Pan Lévi wyświadcza Józsefowi przysługę. Może mu przecież dać się przespać na kanapie, przynajmniej przez kilka dni. Zadepeszujemy do niego dziś po południu.
- A oto kanapki - zmieniła z ulgą temat młodsza pani Hász.
Służąca wtoczyła do pokoju stolik do herbaty. Oprócz serwisu była tam szklana patera ze stosem kanapek tak bladych, że wyglądały, jakby były ulepione ze śniegu. Obok leżały szczypce, jakby tego rodzaju kanapki nie znosiły kontaktu z ludzką ręką. Starsza pani Hász wzięła szczypce i nałożyła górę kanapek na talerz Andrasa, znacznie więcej, niż sam by się odważył wziąć. Gdy młodsza pani Hász wzięła kanapkę w dłoń, Andras odważył się jedną zjeść. Składała się z miękkiego białego chleba z odciętą skórką i kremowego sera z koperkiem. Cieniutkie jak bibułka plasterki papryki były jedyną oznaką, że kanapki powstały na Węgrzech.
Gdy młodsza pani Hász nalewała Andrasowi herbatę do filiżanki, starsza podeszła do biurka, wzięła biały kartonik i poprosiła gościa, by zapisał na nim swoje nazwisko i godzinę przyjazdu pociągu. Zadepeszuje do Józsefa, który wyjdzie po niego na dworzec w Paryżu. Dała mu szklane pióro ze złotą stalówką, tak delikatne, że obawiał się go użyć. Nachylił się nad niskim stolikiem i napisał informacje wersalikami, przerażony, że złamie pióro lub poplami atramentem perski dywan. Pobrudził sobie tylko palce, co zauważył dopiero wtedy, gdy ostatnia kanapka okazała się fioletowa. Zastanawiał się, jak długo Simon, czy ktokolwiek się tym zajmował, będzie jeszcze pakował przesyłkę dla Józsefa. Z holu dobiegał dźwięk walenia młotkiem; miał nadzieję, że zamykają już skrzynię.
Starsza pani Hász była wyraźnie zadowolona, że Andras zjadł wszystkie kanapki. Uśmiechnęła się do niego smutno.
- A więc będzie pan pierwszy raz w Paryżu.
- Tak - odparł Andras. - Pierwszy raz za granicą.
- Niech pan się zanadto nie przejmuje moim wnukiem - powiedziała. - W gruncie rzeczy to kochany chłopak, jak się go bliżej pozna.
- József to prawdziwy dżentelmen - wtrąciła młodsza pani Hász, czerwieniąc się aż po cebulki swoich kręconych włosów.
- To bardzo uprzejme z pani strony, że chce pani do niego zadepeszować.
- Żaden problem - zapewniła starsza pani Hász.
Napisała adres Józsefa na innym kartoniku i wręczyła go Andrasowi. W tej chwili do salonu wszedł mężczyzna w stroju kamerdynera, dźwigając wielką drewnianą skrzynię.
- Dziękuję, Simon - powiedziała młodsza pani Hász. - Możesz ją postawić tutaj.
Kamerdyner postawił skrzynię na dywanie i wyszedł. Andras zerknął na złoty zegar na kominku.
- Dziękuję za kanapki. Powinienem już iść.
- Proszę jeszcze chwilkę poczekać - powiedziała starsza pani. - Chciałabym panu dać jeszcze jedną rzecz.
Podeszła do biurka i wyjęła spod przycisku do papieru zalakowany list.
- Przepraszam pana bardzo - wtrąciła młodsza pani Hász. - Przecież rozmawiałyśmy na ten temat.
- Dlatego nie będę się powtarzać - powiedziała starsza kobieta, zniżając głos. - Odsuń rękę z łaski swojej, Elzo.
Młodsza kobieta potrząsnęła głową.
- György by się ze mną zgodził. To niemądre.
- Mój syn to dobry człowiek, ale nie zawsze wie, co jest mądre, a co niemądre - powiedziała starsza pani Hász.
Uwolniła delikatnie ramię z uścisku młodszej kobiety, wróciła do łososiowej kanapy i wręczyła Andrasowi kopertę. Widniało na niej nazwisko C. MORGENSTERN i adres w Paryżu.
- To wiadomość dla kogoś zaprzyjaźnionego z rodziną - wyjaśniła starsza pani Hász, patrząc spokojnie Andrasowi w oczy. - Być może uzna mnie pan za przesadnie ostrożną, ale nie do końca ufam węgierskiej poczcie. Różne rzeczy giną lub dostają się w niepowołane ręce.
Mówiąc, nie spuszczała wzroku z Andrasa, jakby chciała dać mu do zrozumienia, żeby nie pytał, co właściwie ma na myśli ani jakie sprawy mogą wymagać aż takiej ostrożności.
- Wolałabym, żeby pan o tym nikomu nie wspominał. A szczególnie mojemu wnukowi. Proszę po prostu kupić znaczek i wrzucić list do skrzynki w Paryżu. Będę panu bardzo wdzięczna.
Andras włożył list do kieszeni na piersi.
- Nic łatwiejszego - zapewnił.
Młodsza pani Hász stała sztywno przy biurku. Jej policzki płonęły pod warstwą pudru. Jedną rękę wciąż trzymała na stosie książek, jakby chciała w ten sposób ściągnąć list z powrotem na miejsce. Ale Andras widział, że jest już za późno, starsza pani Hász pokonała ją i teraz będzie musiała udawać, że nic nadzwyczajnego się nie stało. Przywołała obojętny wyraz twarzy, wygładziła spódnicę i podeszła do kanapy, na której siedział Andras.
- No cóż... - Zaplotła ramiona na piersi. - Chyba wszystko załatwione. Mam nadzieję, że mój syn będzie panu pomocny w Paryżu.
- Tak, dziękuję za wszystko - powiedział Andras. - Czy to jest ta przesyłka, którą mam wziąć?
- Tak - potwierdziła młodsza pani Hász i wskazała skrzynię.
Skrzynia była tak wielka, że pomieściłaby co najmniej dwa kosze piknikowe. Gdy Andras ją podniósł, coś go szarpnęło w krzyżu. Zrobił kilka chwiejnych kroków do wyjścia.
- Mój Boże - zaniepokoiła się młodsza pani Hász. - Da pan sobie radę?
Zdołał tylko kiwnąć głową.
- Och nie. Proszę się nie fatygować - powiedziała i nacisnęła guzik w ścianie.
Pojawił się Simon. Wziął skrzynię od gościa i wyszedł frontowymi drzwiami. Andras poszedł za nim, a starsza pani Hász odprowadziła go na podjazd, gdzie czekał duży szary samochód. Wyglądało na to, że ktoś miał go odwieźć do domu. Samochód był angielski, marki Bentley. Żałował, że Tibor tego nie widzi. Starsza pani Hász położyła dłoń na jego ramieniu.
- Dziękuję panu za wszystko - powiedziała.
- Cała przyjemność po mojej stronie - ukłonił się na pożegnanie Andras.
Ścisnęła jego ramię i wróciła do środka. Drzwi zamknęły się za nią bezszelestnie. Gdy samochód ruszał, Andras obejrzał się jeszcze, by spojrzeć na dom. Przyjrzał się oknom, nie wiedząc właściwie, co spodziewał się w nich dojrzeć. Nie dostrzegł żadnego ruchu, poruszenia firanki czy zarysu twarzy. Wyobraził sobie, jak młodsza pani Hász wraca do salonu w bezsilnym milczeniu, a starsza wchodzi w głąb kremowego domu, do pokoju z meblami o nadmiarze ornamentów, które zdają się ją dusić, pokoju, z którego okien roztaczał się smutny widok. Odwrócił się, oparł rękę na skrzyni Józsefa i po raz ostatni podał adres na Hársfa utca.
Rozdział drugi
Oczywiście powiedział Tiborowi o liście. Jak mógłby nie wyjawić takiej tajemnicy bratu. W ich wspólnej sypialni wziął kopertę i spojrzał na nią pod światło. Była zalakowana czerwonym woskiem, w którym starsza pani Hász odcisnęła swój monogram.
- Co o tym myślisz? - zapytał.
- Zwykłe intrygi - odparł Tibor i się uśmiechnął. - Fantazje starszej pani w połączeniu z paranoją na temat poczty. Były kochaś, ten Morgenstern na rue de Sévigné. Założę się.
Oddał list Andrasowi.
- Teraz masz do odegrania rolę w tym melodramacie.
Andras włożył list do kieszeni walizki i postanowił o nim nie zapomnieć. Następnie sprawdził swoją listę po raz setny i przekonał się, że nic już mu nie pozostało, tylko wyjechać do Paryża. Aby zaoszczędzić na taksówce, pożyczyli z Tiborem taczkę ze sklepu spożywczego po sąsiedzku i tym sposobem przetransportowali walizkę Andrasa i wielką skrzynię Józsefa na dworzec Nyugati. W kasie doszło do nieporozumienia na temat paszportu Andrasa, który wyglądał na zbyt nowy, by wzbudzić zaufanie. Trzeba było wezwać oficera emigracyjnego, a następnie jego zwierzchnika i w końcu überoficera w płaszczu ze złotymi guzikami, który zrobił mały znaczek na brzegu paszportu i obsztorcował pozostałych za odrywanie go od obowiązków. Parę minut po rozwiązaniu tego problemu Andras, grzebiąc w skórzanym chlebaku, upuścił paszport na tory, przez szparę pomiędzy pociągiem i peronem. Jakiś miły dżentelmen zaproponował swój parasol. Tibor wsunął parasol pomiędzy peron i pociąg i przesunął paszport do miejsca, z którego można było go wyciągnąć.
- No, teraz przynajmniej wygląda autentycznie - stwierdził Tibor, wręczając go Andrasowi.
Paszport był brudny i w jednym rogu naderwany przez czubek parasola. Andras włożył go z powrotem do kieszeni i skierowali się do drzwi wagonu trzeciej klasy, przed którymi konduktor w czerwono-złotej czapce sprawdzał bilety.
- No cóż - powiedział Tibor - musisz chyba iść do swojego przedziału.
Jego oczy za szkłami okularów zwilgotniały. Położył dłoń na ramieniu Andrasa.
- Pilnuj paszportu.
- Dobrze - odparł brat, nie ruszając się z miejsca.
Czekał na niego cudowny Paryż! Nagle zrobiło mu się słabo ze strachu.
- Proszę wsiadać! - zawołał konduktor i spojrzał znacząco na Andrasa.
Tibor ucałował Andrasa w oba policzki i przyciągnął do siebie na dłuższą chwilę. Gdy byli mali i wyjeżdżali do szkoły, ojciec zawsze kładł im ręce na głowie i odmawiał modlitwę przed podróżą, zanim wsiedli do pociągu. Teraz Tibor szeptał cicho. Niech Bóg skieruje twe kroki ku spokojowi i wybawi cię z rąk wszelkich wrogów. Niech cię uchroni od wszelkich nieszczęść na tej ziemi. Niech Bóg da miłosierne spojrzenie wszystkim, którzy cię widzą. Ucałował Andrasa jeszcze raz.
- Gdy wrócisz, będziesz światowcem - powiedział. - Architektem. Zbudujesz mi dom. Liczę na to, słyszysz?
Andras nie potrafił wydusić z siebie słowa. Długo wypuszczał powietrze z płuc i patrzył na gładką betonową powierzchnię peronu, na której pełno było międzynarodowych naklejek z walizek. Niemcy. Włochy. Francja. Więź z bratem odczuwał gdzieś w trzewiach, w żyłach, jakby byli zrośnięci ze sobą. Myśl o tym, że wsiądzie do pociągu i zostaną rozdzieleni, wydawała mu się równie nienaturalna jak to, że mógłby przestać oddychać. Lokomotywa zagwizdała. Tibor zdjął okulary i przycisnął palcami nasadę nosa.
- Dość tego - powiedział. - Do zobaczenia wkrótce. Idź już.
Jakiś czas po zmroku Andras patrzył przez okno na małe miasteczko, w którym były niemieckie nazwy ulic i szyldy w witrynach sklepów. Nie zauważył, jak pociąg przejechał granicę; gdy spał z tomikiem wierszy Petőfiego na kolanach, wyjechali z otoczonego zewsząd lądem małego owalnego terytorium Węgier, by ruszyć w wielki świat. Osłonił twarz po bokach rękami, wypatrując na wąskich drogach Austriaków, ale nie zdołał nikogo dostrzec. Domy były coraz mniejsze i rzadziej rozrzucone i miasteczko płynnie przeszło w wieś. Austriackie stodoły, pełne cieni w świetle księżyca. Austriackie krowy. Austriacki wóz pełen srebrnego siana. Daleko, na tle granatowego nieba, widać było ciemnogranatowe góry. Uchylił okno. Powietrze na zewnątrz było świeże i pachniało dymem.
Miał dziwne uczucie, że nie wie, kim jest, że znalazł się poza mapą własnego życia. To wrażenie było całkowicie przeciwne do tego, co odczuwał, gdy podróżował na wschód, z Budapesztu do Konyáru, by odwiedzić rodziców. W czasie tamtych podróży do miejsca swego urodzenia miał poczucie, że są to wyprawy w głąb siebie, w stronę jakiegoś najważniejszego jądra, jakby tej najmniejszej matrioszki, wielkości ziarnka ryżu, która znajduje się w samym sercu rosyjskiej lalki trzymanej przez matkę w kuchni na parapecie. Ale kim miałby teraz być ten Andras Lévi w pociągu jadącym na zachód przez Austrię? Zanim opuścił Budapeszt, nie zastanowił się nad tym, jak słabo jest przygotowany na tę przygodę - pięcioletnie studia architektoniczne w Paryżu. Z Wiedniem lub Pragą by sobie poradził; zawsze miał dobre stopnie z niemieckiego, którego zaczął się uczyć w wieku dwunastu lat. Ale chciały go akurat Paryż i École Spéciale, a tam będzie musiał się posługiwać swoją prawie zapomnianą francuszczyzną, będącą efektem zaledwie dwóch lat nauki. Znał właściwie tylko nazwy pożywienia, części ciała i przymiotniki wyrażające pochwałę. Podobnie jak inni chłopcy w szkole w Debreczynie nauczył się na pamięć francuskich określeń pozycji seksualnych widniejących na starych fotografiach przekazywanych sobie przez uczniów z rocznika na rocznik: croupade, les ciseaux, a la grecque. Karty z fotografiami były tak stare i zużyte, że wizerunki pary w miłosnych objęciach przypominały jedynie srebrne duchy i to tylko wówczas, gdy trzymało się karty pod odpowiednim kątem. Poza tym cóż on wiedział o Francji czy języku francuskim? Wiedział, że kraj z jednej strony oblewa Morze Śródziemne, a z drugiej Atlantyk. Wiedział co nieco o historii bitew w czasie Wielkiej Wojny. Znał słynne katedry w Reims i w Chartres, Notre Dame, Sacré-Coeur. I to było, poza kilkoma jeszcze strzępami wiedzy, wszystko. W ciągu kilku tygodni, które miał na przygotowanie się do wyjazdu, miętosił strony starych rozmówek, kupionych za parę groszy w antykwariacie na Szent István körút. Książeczka musiała być wydana jeszcze przed Wielką Wojną, bo podawała takie na przykład zwroty: "Gdzie mógłbym wynająć konny zaprzęg?" lub "Jestem Węgrem, ale mój przyjaciel jest Prusakiem".
W ubiegły weekend pojechał do Konyáru, żeby pożegnać się z rodzicami, i gdy poszli na poobiedni spacer do sadu, przyznał się ojcu do swoich obaw. Nie miał zamiaru o tym mówić; pomiędzy chłopcami a ich ojcem obowiązywała milcząca zgoda, że jako węgierscy mężczyźni nie powinni okazywać słabości, nawet w obliczu kryzysu. Ale gdy tak szli między rzędami jabłoni w wysokiej po kolana dzikiej trawie, Andras poczuł, że musi to powiedzieć. Dlaczego, zastanawiał się na głos, spośród wszystkich wystawionych w Paryżu artystów wybrano akurat jego? Na jakiej podstawie komisja rekrutacyjna École Spéciale uznała, że właśnie on zasługuje na ich względy? Nawet jeśli jego prace zasługiwały na uznanie, skąd wiadomo, że zdoła po raz kolejny zrobić coś równie dobrego, a zwłaszcza skąd pewność, że sprawdzi się jako student architektury, dyscypliny całkowicie różnej od rzeczy, którymi się zajmował dotychczas? W najlepszym razie, powiedział ojcu, był beneficjentem niezasłużonego zaufania, a w najgorszym zwykłego oszustwa. Ojciec odrzucił głowę do tyłu i się zaśmiał.
- Oszustwa? - zapytał. - Ty, który czytałeś mi Miklósa Ybla, gdy miałeś osiem lat?
- Kochać jakąś dziedzinę sztuki to jedno, mieć umiejętności to co innego.
- Kiedyś mężczyźni studiowali architekturę tylko dlatego, że było to szlachetne zajęcie - powiedział ojciec.
- Są szlachetniejsze zajęcia. Na przykład medycyna.
- Do tego ma powołanie twój brat. Ty jesteś przeznaczony do czego innego. A teraz masz też czas i pieniądze, by się rozwijać w tym kierunku.
- A jeśli mi się nie uda?
- No cóż, będziesz miał o czym opowiadać.
Andras podniósł z ziemi gałąź i smagnął nią trawę.
- To trąci egoizmem - stwierdził. - Jechać na studia do Paryża na czyjś koszt.
- Pojechałbyś na mój koszt, gdyby było mnie na to stać, wierz mi. Nie pozwolę, byś myślał, że to egoizm.
- A co będzie, jak ojciec znów zachoruje na zapalenie płuc w tym roku? Skład drzewny nie poprowadzi się sam.
- Dlaczego nie? Mam majstra i pięciu dobrych robotników. A Mátyás jest niedaleko, gdybym potrzebował pomocy.
- Mátyás, ten kogucik? - Andras potrząsnął głową. - Nawet gdyby udało się ojcu go złapać, to i tak niewiele zrobi.
- Jak będzie trzeba, to zrobi - zapewnił go ojciec. - Mam nadzieję, że nie będzie trzeba. Ten urwipołeć będzie miał dość problemów z zaliczeniem klasy przy tych wszystkich wygłupach, które uskutecznia w tym roku. Wiesz, że przystąpił do jakiegoś zespołu tanecznego? Występuje po nocach w klubie i nie przychodzi rano na lekcje.
- Słyszałem o tym. To między innymi dlatego nie powinienem wyjeżdżać tak daleko na studia. Ktoś powinien mieć na niego oko, jak się przeprowadzi do Budapesztu.
- To nie twoja wina, że nie możesz studiować w Budapeszcie - powiedział ojciec. - Jesteś zdany na łaskę okoliczności. Znam to uczucie. Ale korzystaj najlepiej, jak możesz, z tego, co jest ci dane.
Andras rozumiał sens tych słów. Ojciec uczęszczał do żydowskiego seminarium teologicznego w Pradze i zostałby rabinem, gdyby nie przedwczesna śmierć jego ojca. Jako dwudziestolatek przeżył różne tragiczne zdarzenia, które słabszego człowieka przywiodłyby do rozpaczy. Potem fortuna odwróciła się tak diametralnie, że wszyscy w miasteczku uznali, że Bóg szczególnie go sobie upatrzył i umiłował. Andras wiedział jednak, że całe dobro, które go spotkało, zawdzięczał uporowi i ciężkiej pracy własnych rąk.
- To błogosławieństwo, że jedziesz do Paryża - przekonywał ojciec. - Lepiej wyjechać z tego kraju, w którym Żydzi muszą się czuć obywatelami drugiej kategorii. Jestem pewien, że w najbliższym czasie lepiej nie będzie. Miejmy nadzieję, że nie będzie jeszcze gorzej.
Teraz, gdy Andras jechał na zachód w przyciemnionym przedziale, znów słyszał w myślach te słowa. Dotarło do niego, że pod tymi wszystkimi obawami tli się jeszcze jeden skrywany lęk. Przypomniał mu się artykuł, który niedawno przeczytał w gazecie, o strasznym zajściu kilka tygodni temu w polskim mieście Sandomierz. W środku nocy ktoś powybijał okna w sklepach w dzielnicy żydowskiej i powrzucał do środka owinięte w papier pociski. Gdy sklepikarze odwinęli opakowanie, okazało się, że są to odrąbane kopyta kozłów. Na papierze widniał napis: "Stopy Żydów".
W Konyárze nic podobnego nigdy się nie zdarzyło. Żydzi i nie-Żydzi żyli obok siebie dość spokojnie od stuleci. Ale Andras wiedział, że ziarno może w każdej chwili zakiełkować. W szkole podstawowej w Konyárze koledzy nazywali go Zsidócska, Żydek. Gdy razem pływali, jego obrzezanie było wstydliwym piętnem. Kiedyś złapali go i próbowali wepchnąć mu do zaciśniętych ust kawałek kiełbasy wieprzowej. Starsi bracia tych samych chłopców męczyli Tibora, a młodsi już czekali, aż Mátyás zacznie chodzić do szkoły. Jak ci chłopcy, dziś dorośli mężczyźni, zareagowaliby na wiadomości z Polski? To, co jemu wydawało się zbrodnią, dla nich mogło być aktem sprawiedliwości, na który dają przyzwolenie. Oparł czoło o chłodną szybę i przyglądał się obcemu krajobrazowi, zdziwiony tym, że jest tak bardzo podobny do jego rodzinnych równin.
W Wiedniu pociąg zatrzymał się na dworcu o wiele wspanialszym niż jakikolwiek dworzec, który zdarzyło się Andrasowi oglądać. Jego fasada, wysoka na dziesięć pięter, zrobiona była ze szklanych tafli wzmocnionych rusztowaniem ze złoconego żelaza. Podpory zdobiły zawijasy, kwiaty i cherubinki, które wydawały się odpowiedniejsze dla buduaru. Andras wysiadł z pociągu i idąc za zapachem chleba, trafił do wózka, z którego kobieta w białym czepku sprzedawała precle z solą. Nie chciała jednak przyjąć od niego pengő ani franków. Uparcie przemawiała do niego po niemiecku, tłumacząc mu, co ma zrobić, i wskazując kantor. Kolejka do wymiany waluty wiła się aż za róg budynku. Andras popatrzył na kolejkę, potem na stacyjny zegar i na precle. Minęło już osiem godzin, odkąd zjadł górę delikatnych kanapek w domu na Benczúr utca.
Andras poczuł klepnięcie w ramię i gdy się obejrzał, zobaczył dżentelmena z dworca Keleti, który pożyczył Tiborowi parasol, by odzyskali upuszczony paszport. Mężczyzna był ubrany w szary podróżny garnitur i lekki płaszcz. Łagodny blask złotej dewizki od zegarka zdobił jego kamizelkę. Był potężnie zbudowany i wysoki, ciemne faliste włosy, zaczesane do tyłu, odsłaniały wysokie czoło. Miał w ręku lakierowaną teczkę i egzemplarz "La Revue du Cinema".
- Chętnie kupię panu precla, za pozwoleniem - zaproponował. - Mam trochę drobnych szylingów.
- Nie chciałbym nadużywać pana uprzejmości - zaoponował Andras.
Mężczyzna kupił dwa precle i usiedli na ławce opodal, żeby je zjeść. Dżentelmen wyjął z kieszeni chusteczkę z monogramem i rozpostarł ją na kolanach.
- Wolę świeże precle niż to, co mają do zaoferowania w wagonie restauracyjnym - powiedział. - Poza tym pasażerowie pierwszej klasy są również pierwszej klasy nudziarzami.
Andras kiwnął głową, jedząc w milczeniu. Precel był jeszcze ciepły, sól szczypała go w język.
- Rozumiem, że jedzie pan dalej niż do Wiednia - zagaił mężczyzna.
- Do Paryża. Na studia.
Tamten spojrzał uważnie na Andrasa oczami, wokół których widać było głębokie zmarszczki.
- Przyszły naukowiec? Prawnik? - zapytał.
- Architekt.
- Znakomicie. Praktyczna dziedzina sztuki.
- A pan? - spytał Andras. - Dokąd jedzie?
- Też do Paryża - odparł mężczyzna. - Kieruję tam teatrem imienia Sary Bernhardt. Choć może należałoby powiedzieć, że to teatr kieruje mną. Jak jakaś wymagająca kochanka, niestety. Teatr, oto sztuka niepraktyczna.
- Czy sztuka musi być praktyczna?
- Nie, na pewno nie - zaśmiał się mężczyzna. - Chodzi pan do teatru? - zapytał po namyśle.
- Nie dość często.
- Będzie pan musiał przyjść do Sary Bernhardt. Niech pan pokaże moją wizytówkę i powie im w kasie, że to ja pana przysyłam. Jest pan przecież moim rodakiem.
Wyciągnął wizytówkę ze złotego pudełeczka i wręczył ją Andrasowi. "NOVAK Zoltán, reżyser, Teatr im. Sary Bernhardt".
Andras słyszał o Sarze Bernhardt, ale niewiele o niej wiedział.
- Czy madame Bernhardt występowała w tym teatrze? - zapytał. - Lub - zawahał się - nadal występuje?
Jego towarzysz złożył papierowe opakowanie po preclu.
- Kiedyś tak - odparł. - Przez wiele lat. Wtedy teatr nazywał się Théâtre de la Ville. Ale to było jeszcze, zanim tam zacząłem pracować. Obawiam się, że madame Bernhardt już od dawna nie żyje.
- Ale ze mnie ignorant - zawstydził się Andras.
- Ależ skąd. Przypomina pan mnie samego za młodu, gdy po raz pierwszy jechałem do Paryża. Da pan sobie radę. Pochodzi pan z dobrej rodziny. Widziałem, jak pański brat się o pana martwi. Proszę zachować moją wizytówkę, na wszelki wypadek. Zoltán Novak.
- Andras Lévi.
Uścisnęli sobie ręce i wrócili każdy do swojego wagonu - Novak do kuszetki w pierwszej klasie, a Andras do bardziej spartańskich wygód w klasie trzeciej.
Nim dotarł do Paryża, minęły kolejne dwa dni. Dwa dni podróży przez Niemcy, kraj będący źródłem narastającego w całej Europie strachu. W Stuttgarcie był przestój z powodu jakiegoś problemu technicznego; coś wymagało naprawy, by pociąg mógł jechać dalej. Andrasowi zrobiło się słabo z głodu. Nie było innego wyjścia jak wymienić kilka franków na marki i kupić coś do jedzenia. W kantorze szczerbata matrona w szarym uniformie kazała mu podpisać dokument zobowiązujący go do wydania wszystkich marek na terenie Niemiec. Próbował wejść do kafejki obok dworca, by kupić kanapkę, lecz na drzwiach widniał napis, ręcznie wykonany gotyckim liternictwem: "Żydzi - niepożądani". Popatrzył przez szklane drzwi na młodą dziewczynę, która czytała komiks za ladą z ciastkami. Miała może piętnaście lub szesnaście lat, na głowie białą chustkę, a na szyi cienki złoty łańcuszek. Uniosła oczy i uśmiechnęła się do Andrasa. Zrobił krok do tyłu i spojrzał na marki, które trzymał w dłoni - na rewersie orzeł ze swastyką w szponach, na awersie wąsaty profil Paula von Hindenburga - następnie na dziewczynę. Te marki były zaledwie kropelką krwi w wielkim krwiobiegu niemieckiej gospodarki, lecz nagle poczuł przemożną chęć pozbycia się ich za wszelką cenę. Nie chciał jeść niczego, co mógłby za nie kupić. Nawet gdyby znalazł sklep, w którym Juden nie są unerwünscht. Szybkim ruchem, upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, wrzucił brzęczące monety do rynsztoka, z którego rozległo się echo. Następnie wrócił do pociągu, nic nie zjadłszy, i głodny przejechał ostatnie sto kilometrów do granicy niemieckiej. Z peronu każdej stacji i stacyjki mijanej po drodze powiewały nazistowskie flagi. Czerwone sztandary zatknięte na dachach budynków, na balkonach, ich miniaturki w rączkach dzieci maszerujących po boisku szkoły obok torów. Nim przekroczyli granicę z Francją, Andras miał uczucie, jakby wstrzymywał oddech od wielu godzin.
Za oknem widać było francuską wieś, pola i małe osady z drewniano-ceglanymi domami, potem niekończące się płaskie przedmieścia i w końcu arrondissements samego Paryża. Na dworzec wjechali po jedenastej wieczorem. Szarpiąc się ze swoim skórzanym chlebakiem, płaszczem i portfolio, Andras przedostał się korytarzem do drzwi i wysiadł. Na przeciwległej ścianie zobaczył piętnastometrowe malowidło przedstawiające poważnych młodych żołnierzy o pełnych determinacji oczach, idących na Wielką Wojnę. Na drugiej ścianie wisiały namalowane na płótnie obrazy z obecnej wojny w Hiszpanii, tak przynajmniej zgadywał Andras, sądząc po mundurach. Z głośników trzeszczały francuskie komunikaty. Na peronie wśród podróżnych słychać było niskie pomruki francuszczyzny i zaśpiewy włoskiego, na tle twardszych fraz niemieckich, polskich i czeskich. Andras rozejrzał się po tłumie, szukając wzrokiem młodego człowieka w drogim płaszczu, który kogoś by wypatrywał. Nie zapytał, jak József wygląda, ani nie poprosił o jego fotografię. Nie przyszło mu do głowy, że mogą mieć kłopot z rozpoznaniem się. Coraz więcej pasażerów tłoczyło się na peronie, a paryżanie biegli im naprzeciw, lecz Józsefa nie było. Wśród zamieszania Andras dostrzegł Zoltána Novaka; objęła go na powitanie kobieta w eleganckim kapeluszu i jesionce z futrzanym kołnierzem. Novak ją pocałował i skierowali się ku wyjściu, za nimi podążyli tragarze z jego bagażem.
Andras odebrał własną walizkę i wielkie pudło Józsefa. Stał i czekał, tłum początkowo gęstniał, by potem zacząć rzednąć. Wciąż nie widział młodego energicznego człowieka, który miał go wprowadzić w paryskie życie. Usiadł na drewnianej skrzyni i poczuł, że kręci mu się w głowie. Potrzebował przecież noclegu. Musiał coś zjeść. Za kilka dni miał się zgłosić w École Spéciale, gotów na rozpoczęcie studiów. Patrzył na rząd drzwi z napisem SORTIE i na światła samochodów na zewnątrz. Minął kwadrans, potem drugi, a Józsefa Hásza ani śladu.
Sięgnął do kieszeni na piersi i wyciągnął kartonik, na którym starsza pani Hász zapisała adres wnuka. To był jedyny punkt zaczepienia. Za sześć franków zgodził tragarza z twarzą morsa, by pomógł mu załadować bagaż i wielką skrzynię Józsefa do taksówki. Podał kierowcy adres Józsefa i ruszyli w stronę Dzielnicy Łacińskiej. W drodze taksówkarz cały czas zabawiał go po francusku, ale Andras nie rozumiał ani słowa.
Właściwie nie zauważył nawet miasta przemierzanego w drodze do Józsefa Hásza. W świetle latarni przewalały się tumany mgły, a wiatr przyklejał mokre liście do szyb taksówki. Oświetlone na złoto budynki migały za oknem, ulice pełne były sobotnich balowiczów, kobiet i mężczyzn obejmujących się swobodnie. Taksówka przejechała przez most na rzece, zapewne na Sekwanie, i przez chwilę Andras pozwolił sobie na fantazję, że to jest Dunaj, że znajduje się w Budapeszcie i wkrótce dotrze do mieszkania na Hársfa utca, gdzie wystarczyło wejść po schodach, by móc wgramolić się do łóżka z Tiborem. Ale taksówka zatrzymała się przed szarym kamiennym gmachem i kierowca wysiadł, by wyładować bagaż. Andras poszukał w kieszeni drobnych. Taksówkarz dotknął ręką czapki, wziął od Andrasa franki i powiedział coś, co brzmiało podobnie do węgierskiego bocsánat, "przykro mi", a co dopiero po jakimś czasie Andras rozszyfrował jako bon chance. Taksówka odjechała, zostawiając go na ulicy w Dzielnicy Łacińskiej.
Rozdział trzeci
Budynek, w którym mieszkał József Hász, został zbudowany z surowo wykończonego piaskowca, miał sześć pięter, wysokie okiennice i zdobione balkony z balustradami z kutego żelaza. Z ostatniego piętra dobiegały fale pełnego energii jazzu; za rozświetlonymi szybami okien kornet, fortepian i saksofon toczyły sprzeczkę. Andras podszedł, by zadzwonić, ale drzwi były uchylone. W holu stała grupka dziewcząt w obcisłych jedwabnych sukienkach z kieliszkami szampana; paliły papierosy o aromacie fiołków. Prawie nie zwróciły na niego uwagi, gdy wtargał bagaż do środka i postawił go pod ścianą. Z sercem w gardle podszedł do jednej z nich i dotnął jej ramienia. Spojrzała na niego bojaźliwie i uniosła pomalowaną brew.
- József Hász? - zapytał.
Uniosła palec i wskazała na samą górę owalnej klatki schodowej.
- La-bas - powiedziała. - En haut.
Wtargał bagaż i masywną skrzynię do windy i nacisnął guzik najwyższego piętra. Wyszedł z windy wprost na tłum mężczyzn i kobiet, w objęcia dymu i muzyki jazzowej. Wyglądało na to, że cała Dzielnica Łacińska zebrała się dziś u Józsefa Hásza. Zostawił bagaż w korytarzu i wszedł przez otwarte drzwi do środka mieszkania. Kilkakrotnie zwracał się do podchmielonych balowiczów, powtarzając pytająco imię i nazwisko Józsefa. Po wędrówce przez labirynt wysokich pokoi znalazł się na balkonie, obok Józsefa Hásza, wysokiego, szczupłego młodzieńca w aksamitnym smokingu. Ten spojrzał na Andrasa dużymi szarymi oczami z wyrazem zdezorientowania podlanego szampanem i zapytał o coś po francusku, wznosząc kieliszek.
- Obawiam się, że na razie musimy poprzestać na węgierskim. - Andras pokręcił głową.
József zmrużył oczy.
- A którym z Węgrów jesteś, jeśli wolno spytać?
- Andrasem Lévim. Tym z telegramu twojej matki.
- Jakiego telegramu?
- Czy matka nie przysłała telegramu?
- Och, mój Boże, rzeczywiście! Ingrid mówiła coś o jakimś telegramie. - József położył dłoń na ramieniu Andrasa i wsadził głowę do środka, krzycząc: - Ingrid!
Na balkonie pojawiła się blondynka w kostiumie gimnastycznym drukowanym we wzorki. Stanęła z jedną ręką wspartą na biodrze. Nastąpiła gwałtowna wymiana słów po francusku, po czym Ingrid wyjęła ze stanika złożony telegram. József otworzył go, przeczytał, popatrzył na Andrasa, przeczytał ponownie i zaczął się histerycznie śmiać.
- Biedaku! - wykrzyknął. - Miałem po ciebie wyjść na dworzec dwie godziny temu.
- Owszem, taki był zamysł.
- Pewnie miałeś ochotę mnie zabić!
- Nic straconego - powiedział Andras.
Jego skronie pulsowały wraz z muzyką, oczy mu łzawiły, wnętrzności skręcały się z głodu. Było dla niego jasne, że nie może zostać u Józsefa Hásza, ale nie potrafił sobie wyobrazić tego, że ruszy teraz w miasto na poszukiwanie noclegu.
- No cóż, jak dotąd całkiem nieźle poradziłeś sobie bez mojej pomocy - powiedział József. - Oto dotarłeś do mojego domu, gdzie szampana wystarczy nam na całą noc, a i innych miłych rzeczy także, jeśli wiesz, co mam na myśli.
- Mnie jest potrzebny tylko jakiś cichy kąt do spania. Daj mi koc i połóż mnie gdziekolwiek.
- Obawiam się, że tu nie ma cichych kątów - odparł József. - Będziesz musiał się za to napić. Ingrid da ci drinka. Chodźmy.
Wciągnął Andrasa do mieszkania i powierzył go opiece Ingrid, która wręczyła gościowi prawdopodobnie ostatni czysty kieliszek w całym budynku i nalała mu musującego szampana. Dla siebie wzięła całą butelkę. Wzniosła toast za Andrasa, złożyła na jego ustach długi i pachnący papierosowym dymem pocałunek i wciągnęła go do pokoju od frontu, w którym pianista grał na skróty Downtown Uproar, a goście właśnie zaczynali tańczyć.
Rano obudził się na kanapie pod oknem, na twarzy miał jedwabną bluzkę, w głowie watę, koszulę rozpiętą, marynarkę zwiniętą pod głową, a lewe ramię zdrętwiałe. Ktoś przykrył go pierzyną i rozsunął zasłony. Snop promieni słonecznych padał mu na pierś. Andras gapił się na sufit, na którym kwiatowe ornamenty gipsowego plafonu wiły się wokół smukłej mosiężnej obudowy żyrandola. Wiązka złotych łodyg wyrastała z sufitu, a na końcu każdej z nich była żarówka w kształcie płomienia. Aha, Paryż, pomyślał i uniósł się na łokciach. Pokój był pełen pamiątek po nocnej imprezie, pachniał rozlanym szampanem i przekwitłymi różami. Andras miał niejasne wspomnienie długiego t?te-a-t?te z Ingrid, a następnie konkursu picia, w którym wziął udział wraz z Józsefem i Amerykaninem o szerokich barach. Potem nie pamiętał już nic. Jego bagaż i skrzynię Józsefa wniesiono do środka, stały teraz obok kominka. Józsefa nie było. Andras zwlókł się z kanapy i powędrował przez hol do łazienki z białymi kafelkami, ogolił się przy umywalce i wziął kąpiel w wannie na lwich nogach, do której prosto z kranu leciała gorąca woda. Następnie ubrał się w jedyną czystą koszulę, spodnie i marynarkę. Gdy szukał w pokoju od frontu swoich butów, usłyszał zgrzyt zamka. To József przyniósł pudełko z cukierni i gazetę. Rzucił ciastka na niski stolik.
- Już nie śpisz?
- Co to jest? - zapytał Andras, patrząc na pudełko owinięte wstążką.
- Lekarstwo na twojego kaca.
Andras otworzył pakunek, a w środku było sześć ciepłych croissantów owiniętych woskowanym papierem. Do tego momentu starał się nie dopuścić do siebie myśli o tym, jak straszliwie jest głodny. Zjadł jednego czekoladowego rogalika i był już w połowie drugiego, gdy nagle się zreflektował i zaproponował ciastko gospodarzowi, ale ten odmówił ze śmiechem.
- Jestem już od dawna na nogach - powiedział József. - Zdążyłem zjeść śniadanie i przeczytać gazetę. Hiszpania to wrak. Francja nie chce wysłać wojsk. Ale na pierwszej stronie mamy dwie nowe królowe piękności, rywalizujące o tytuł Miss Europe: śliczną, ciemną mademoiselle de Los Reyes z Hiszpanii oraz tajemniczą mademoiselle Betoulinsky z Rosji.
Rzucił gazetę Andrasowi. Dwie zimne piękności w białych wieczorowych kreacjach spoglądały z fotografii na pierwszej stronie.
- Podoba mi się ta de Los Reyes - powiedział Andras. - Te usta.
- Wygląda na nacjonalistkę - powiedział József. - Ja wolę tę drugą.
Poluzował pomarańczowy jedwabny szalik i usiadł na kanapie, rozkładając ramiona na zaokrągleniu oparcia.
- Spójrz na ten bałagan - powiedział. - Służąca przychodzi dopiero jutro rano. Będę musiał dziś zjeść kolację na mieście.
- Powinieneś otworzyć tę skrzynię. Jestem pewien, że matka przysłała ci coś dobrego na kolację.
- Skrzynia! Zapomniałem!
Przeciągnął ją przez cały pokój spod kominka i podważył wieko nożem do masła. W środku było pudełko ciastek migdałowych, koszerne rogaliki z czekoladą, puszka, do której ledwo się zmieścił cały Linzer torte, wełniana bielizna na zimę, pudełko z papeterią już zaadresowaną do rodziców, lista krewnych, których miał odwiedzić, lista rzeczy, które miał kupić matce, w tym pewne intymne artykuły z bielizny, do tego nowa lornetka teatralna oraz para butów uszytych specjalnie przez jego szewca na Vaci utca, którego talentowi, jak stwierdził József, nie dorównuje żaden paryski szewc.
- Mój brat pracuje w sklepie obuwniczym na Vaci utca - powiedział Andras i wymienił nazwę sklepu.
- Obawiam się, że to nie ten - powiedział József z odrobiną pogardy w głosie.
Ukroił kawałek Linzer torte, zjadł i stwierdził, że to czysta kulinarna doskonałość.
- Dobry z ciebie chłop, Lévi, że targałeś ten tort przez całą Europę. Jak mógłbym ci się odwdzięczyć?
- Możesz mi poradzić, jak tu sobie zorganizować życie - odpowiedział Andras.
- Jesteś pewien, że chcesz moich rad? - zapytał József. - Straszny ze mnie utracjusz i libertyn.
- Obawiam się, że nie mam wyboru. Nie znam w Paryżu nikogo poza tobą.
- No to masz szczęście!
Jedli Linzer torte prosto z puszki; József polecił mu żydowski akademik, sklep z zaopatrzeniem dla artystów i studencki klub, w którym można tanio zjeść. On sam, rzecz jasna, w nim nie jada - zwykle przynoszą mu posiłki do domu z restauracji na bulwarze Saint-Germain - ale jego znajomi, którzy tam bywają, uważają, że jest niczego sobie. Natomiast fakt, że Andras będzie w École Spéciale, a nie w Beaux Arts, oznacza, że niestety nie będą razem na studiach, choć dla Andrasa może to i lepiej. József słynie raczej ze zgubnego wpływu na przyjaciół. A może teraz, skoro już załatwili sprawę urządzenia Andrasa w Paryżu, wyszliby na balkon zapalić i przyjrzeć się miastu?
Andras puścił Józsefa przodem przez sypialnię i wysokie szklane drzwi balkonowe. Dzień był zimny, a wczorajsza mgła przerodziła się w mżawkę. Za parawanem chmur słońce wyglądało jak srebrna moneta.
- No proszę - rzekł József. - Najpiękniejsze miasto na ziemi. Ta kopuła to Panthéon, a tam widać Sorbonę. Na lewo St. Etienne-du-Mont, a jeśli się trochę wychylisz, zobaczysz skrawek Notre Dame.
Andras oparł dłonie o balustradę i patrzył na morze nieznanych, szarych budynków pod zimnym welonem mgły. Kominy tłoczyły się na dachach jak jakieś dziwne ptaki, za równymi rzędami mansard obitych cynkowaną blachą widać było zieloną plamę parku. Daleko na zachodzie, niewyraźna z powodu dużej odległości, niknęła w chmurach wieża Eiffla. Pomiędzy nim a tym symbolem Paryża znajdowało się tysiące nieznanych ulic, sklepów i istot ludzkich wypełniających tak wielki obszar, że wieża wydawała się cienka i delikatna na tle granitowoszarych chmur.
- No i co? - spytał József.
- Wielkie to miasto, prawda?
- Wystarczająco, by wypełnić człowiekowi czas. Prawdę mówiąc, za parę minut muszę wyjść. Jestem umówiony na lunch z niejaką mademoiselle Betoulinsky z Rosji. - Mrugnął i wyprostował krawat.
- Masz na myśli tę dziewczynę, która wczoraj miała cekinową kreację?
- Obawiam się, że niezupełnie - odparł József z leniwym uśmiechem. - To całkiem inna mademoiselle.
- Może mógłbyś mi jedną pożyczyć?
- Nie ma mowy, stary - odparł József. - Wszystkie są mi potrzebne.
Prześlizgnął się przez drzwi balkonowe i wrócił do wielkiego pokoju od frontu, założył pomarańczowy, jedwabny szalik i luźną wełnianą marynarkę w kolorze dymu. Chwycił chlebak Andrasa, a Andras wziął walizkę i zjechali windą na dół.
- Szkoda, że nie mogę cię odprowadzić do tego akademika, ale jestem już spóźniony na spotkanie - wytłumaczył się József, gdy wynieśli już wszystko na ulicę. - Ale masz tu pieniądze na taksówkę. Ależ tak, proszę cię, weź. I wpadnij kiedyś na kieliszek, dobrze? Daj znać, jak ci się wiedzie.
Poklepał Andrasa po plecach, uścisnął mu rękę i poszedł w stronę Panthéonu, pogwizdując.
Madame V., właścicielka akademika, znała kilka bezużytecznych słów po węgiersku i mnóstwo niezrozumiałych słów w jidysz, ale nie miała dla Andrasa wolnego miejsca na stałe. Udało jej się poinformować go, że może się przespać na kanapie w holu na górze, ale powinien jak najszybciej zacząć szukać innego lokum. Wciąż oszołomiony po wczorajszym wieczorze, Andras ruszył w Dzielnicę Łacińską, między artystycznie zaniedbanych studentów z płóciennymi torbami, teczkami pełnymi rysunków, rowerami, stosami ulotek politycznych, obwiązanymi sznurkiem pudełkami z ciastkarni, koszami do robienia zakupów na targu i bukietami kwiatów. Wśród nich czuł się zbyt sztywny i prowincjonalny, choć miał na sobie to samo ubranie, w którym jeszcze tydzień temu w Budapeszcie czuł się jak wielkomiejski elegant. Na lodowatej ławce na jakimś burym skwerku przeczesał swoje rozmówki w poszukiwaniu słówek po francusku: cena, student, pokój, ile kosztuje. Ale czym innym było rozumieć, że chambre á louer znaczy pokój do wynajęcia, a czym innym zadzwonić do drzwi i po francusku spytać o pokój. Szedł od Saint-Michel do Saint-Germain, od rue du Cardinal-Lemoine do rue Clovis, przeklinając swój brak uwagi na lekcjach francuskiego i zapisując sobie lokalizacje różnych chambres á louer. Był całkowicie wyczerpany i wciąż jeszcze nie zebrał się na odwagę, by nacisnąć któryś dzwonek. Wrócił do akademika z poczuciem klęski.
Tej nocy, gdy próbował przyjąć wygodną pozycję na zielonej kanapie w holu, młodzi ludzie z całej Europy kłócili się, walczyli, palili papierosy, śmiali się i pili jeszcze długo po północy. Żaden z nich nie mówił po węgiersku i nikt nie zauważył, że znalazł się wśród nich ktoś nowy. W innych okolicznościach Andras pewnie by się do nich przyłączył, ale był tak zmęczony, że ledwo miał siłę przewrócić się na drugi bok. Kanapa, wąska i twarda, wyposażona w drewniane poręcze, sprawiała wrażenie, jakby ktoś zaprojektował ją jako narzędzie tortur. Gdy młodzi ludzie w końcu położyli się spać, spod boazerii wyłoniły się szczury, by zapolować przed świtem na odpadki. Biegały po całym holu i ukradły Andrasowi chleb, który odłożył sobie z kolacji. Zapachy przepoconych butów, niemytych męskich ciał i smażonego tłuszczu przeniknęły do jego snu. Gdy się ocknął, obolały i wyczerpany, doszedł do wniosku, że jedna noc w zupełności wystarczy. Rano pochodzi po dzielnicy i zapyta w pierwszym miejscu, które reklamuje pokój do wynajęcia.
Na rue des Écoles, obok małego wybrukowanego placyku z rozłożystym kasztanem, znalazł budynek ze znajomym już ogłoszeniem w oknie: chambre á louer. Zapukał do pomalowanych na czerwono drzwi i założył ręce na piersi, chcąc stłumić przypływ niepokoju. Drzwi otworzyły się i ukazała się w nich niska, zażywna jejmość o krzaczastych brwiach i opuszczonych kącikach ust nadających jej groźny wyraz. Na nosie tkwiły okulary w czarnych, grubych oprawkach, które sprawiały, że oczy wydawały się małe i dalekie, jakby należały do innej, mniejszej osoby. Jej grube siwe włosy były z jednej strony przyklejone do głowy, jakby właśnie ucięła sobie drzemkę w fotelu z uszami, opierając głowę z jednej strony. Położyła pięść na biodrze i gapiła się na Andrasa. Zbierając całą odwagę, wydukał z trudem, w czym rzecz, wskazując na ogłoszenie w oknie i niepoprawnie wymawiając wyrazy.
Konsjerżka zrozumiała, o co chodzi. Gestem zaprosiła go do wąskiego, wyłożonego kafelkami holu i poprowadziła na górę spiralną klatką schodową ze świetlikiem w dachu. Gdy już nie dało się wejść wyżej, przeszli korytarzem do długiego i wąskiego pokoju na mansardzie, z żelaznym łóżkiem pod ścianą, ceramiczną miską na drewnianym stojaku, wiejskim stołem i zielonym drewnianym krzesłem. Dwa mansardowe okna wychodziły na rue des Écoles, jedno było otwarte, a na parapecie znajdowało się porzucone gniazdo z resztkami trzech niebieskich jajeczek. W kominku były zardzewiały ruszt, złamany widelec do opiekania, stara skórka od chleba. Konsjerżka wzruszyła ramionami i wymieniła cenę. Andras poszukał w pamięci nazw liczebników i zaproponował połowę ceny. Konsjerżka splunęła na podłogę, zatupała nogami, zaczęła wymyślać Andrasowi po francusku i w końcu się zgodziła.
I tak się zaczęło jego życie w Paryżu. Miał już adres, mosiężny klucz, własny widok z okna. Jego panorama, podobnie jak Józsefa, obejmowała Panthéon i jasną wapienną wieżę zegarową kościoła St. Étienne-du-Mont. Po drugiej stronie ulicy był Coll?ge de France i wkrótce Andras miał nauczyć się używać go jako punktu orientacyjnego, gdy tłumaczył, gdzie mieszka: 34 rue des Écoles, en face de Coll?ge de France. Obok znajdowała się Sorbona, a nieco dalej, wzdłuż bulwaru Raspail, École Spéciale d'Architecture, gdzie w poniedziałek miał rozpocząć zajęcia. Gdy już posprzątał i wyczyścił pokój, rozpakował swoje rzeczy do skrzyni po jabłkach, policzył pieniądze i zrobił listę zakupów. Zszedł na dół do sklepu i kupił słoik dżemu z czerwonych porzeczek, pudełko taniej herbaty, pudełko cukru, sitko do parzenia, torebkę orzechów włoskich, mały gliniany słoiczek masła, długą bagietkę i jako jedyne szaleństwo odrobinę sera.
Cóż to była za przyjemność wkładać klucz do zamka, otwierać drzwi do własnego pokoju. Wypakował sprawunki na parapet i rozłożył przybory do rysowania na stole. Następnie usiadł, zatemperował ołówek nożem i naszkicował widok Panthéonu na pustej kartce pocztowej. Na odwrocie napisał swoją pierwszą wiadomość z Paryża: "Drogi Tiborze, jestem na miejscu! Mam własne poddasze. Jest dokładnie tak, jak marzyłem! W poniedziałek zaczynam zajęcia. Hurrrra! Liberté, egalité, fraternité! Ściskam, Andras". Brakowało mu jedynie znaczka. Pomyślał, że mógłby pożyczyć znaczek od konsjerżki, wiedział, że za rogiem jest skrzynka pocztowa. Gdy zastanawiał się, gdzie dokładnie ją widział, przypomniała mu się koperta, pieczęć woskowa i monogram. Zapomniał o obietnicy danej starszej pani Hász. Jej przesyłka do C. Morgensterna na rue de Sévigné wciąż czekała w walizce. Wyciągnął walizkę spod łóżka, obawiając się, że list może gdzieś przepadł, lecz był tam nadal, w kieszeni, do której go włożył, z nienaruszoną pieczęcią. Zbiegł na dół do mieszkania konsjerżki i z pomocą rozmówek oraz gwałtownej gestykulacji zdołał ją poprosić o dwa znaczki. Odnalazł boîte aux lettres i wrzucił kartkę do Tibora. Następnie, wyobrażając sobie radość jakiegoś starszego siwowłosego dżentelmena, gdy dostanie poranną pocztę, wrzucił list pani Hász w anonimową ciemność skrzynki.
Rozdział czwarty
Aby dostać się do szkoły, musiał przejść Ogród Luksemburski, minąć bogato zdobiony Palais, fontannę, grządki kwiatowe pełne późnych nagietków i lwich paszczek. Dzieci puszczały w fontannie eleganckie małe łódeczki, a Andras z rodzajem urażonej dumy przypomniał sobie żaglówki z odpadków drewna, które puszczali z braćmi koło młyna w Konyárze. Po drodze minął zielone ławki, krótko przystrzyżone lipy i karuzelę z kolorowymi konikami. Po drugiej stronie parku widać było coś, co przypominało Andrasowi małe, brązowe domki dla lalek. Gdy podszedł bliżej, usłyszał brzęczenie pszczół. Zawoalowany pszczelarz nachylał się nad jednym z ulów, machając dymiącym pojemnikiem.
Andras przeszedł wzdłuż rue de Vaugirard obok sklepików z artykułami dla artystów, wąskich kafejek i szkoły podstawowej pełnej małych dziewczynek, a potem szerokim bulwarem Raspail z jego nobliwymi kamienicami. Czuł się już trochę bardziej paryżaninem niż tuż po przyjeździe. Na sznurku na szyi miał klucz od własnego mieszkania, a pod pachą egzemplarz "L'Oeuvre". Szalik zawiązał tak samo, jak robił to József Hász, a skórzaną torbę przewiesił na skos przez pierś, tak jak widział, że robią to studenci w Dzielnicy Łacińskiej. Jego życie w Budapeszcie - praca w "Past and Future", mieszkanie na Hársfa utca, znajomy dźwięk tramwajowego dzwonka - zdawało się należeć do zupełnie innego świata. Z nagłą dojmującą tęsknotą wyobraził sobie Tibora, jak siedzi przy ich zwykłym kawiarnianym stoliku na ulicy, z widokiem na pomnik Jókai Mór, słynnego pisarza, który uciekł przed Austriakami w czasie powstania w 1848 roku, przebrany za własną żonę. Nieco dalej na wschód Mátyás rysuje pewnie w swoim zeszycie, podczas gdy reszta klasy uczy się łacińskich deklinacji. A co z rodzicami? Musi do nich dziś wieczór napisać. Dotknął srebrnego zegarka w kieszeni. Ojciec dał go do naprawy tuż przed jego wyjazdem. Był stary i piękny, cyfry namalowane pajęczym kaligraficznym pismem, wskazówki opalizujące ciemnoniebieskim metalem. Zegarek działał równie dobrze jak za życia dziadka Andrasa. Andras pamiętał, jak wdrapywał się ojcu na kolana, by nakręcić zegarek, uważając, żeby nie naciągnąć sprężyny zbyt mocno. Jego ojciec, Béla Farciarz, gdy był małym chłopcem, robił dokładnie to samo. I oto ten sam zegarek wylądował w Paryżu w 1937 roku, w czasach, w których ludzie przemieszczali się o ponad tysiąc kilometrów w zaledwie kilka dni, telegramy dochodziły po drutach w kilka minut, a sygnał radiowy docierał w powietrzu natychmiast. Cóż to za czasy dla studenta architektury! Budynki, które zaprojektuje, będą jak statki, by ludzkie istoty pożeglowały nimi ku horyzontowi XX wieku, a potem poza mapy i w stronę nowego stulecia.
Zorientował się, że minął już gmach École Spéciale, więc musiał zawrócić. Młodzi ludzie napływali do środka przez wysokie granatowe drzwi w samym środku szarego, neoklasycystycznego budynku z nazwą szkoły wykutą na gzymsie. École Spéciale d'Architecture! Chcieli go tutaj. Zobaczyli jego prace i wybrali go, a on przyjechał. Wbiegł po schodach frontowych i przez granatowe drzwi. Na ścianie w korytarzu była tablica ze złotymi płaskorzeźbami, popiersiami dwóch mężczyzn: Emile'a Trélata, który założył szkołę, i Gastona Trélata, który przejął po ojcu funkcję jej dyrektora. Emile i Gaston Trélat. Zawsze ich będzie pamiętał. Przełknął dwukrotnie, przygładził włosy i wszedł do sekretariatu.
Młoda kobieta za biurkiem wyglądała jak postać ze snu. Jej skóra miała kolor ciemnego orzecha włoskiego, krótko przycięte włosy błyszczały jak jedwab. Spojrzenie miała przyjazne, oczy w ciemnej oprawie spoczęły na nim spokojnie. Nie przyszło mu do głowy, żeby coś powiedzieć. Jeszcze nigdy nie widział tak pięknej kobiety ani nie spotkał w swoim życiu nikogo afrykańskiego pochodzenia. Teraz ta cudowna, młoda, czarnoskóra Francuzka zwróciła się do niego z pytaniem, którego nie zrozumiał, więc wymamrotał jedno ze znanych mu francuskich słówek - désolé - i napisał swoje imię i nazwisko na karteczce, którą położył na biurku. Młoda kobieta przeszukała stos grubych kopert w drewnianym pudełku i wyjęła jedną z nich z jego nazwiskiem, Lévi, napisanym równymi drukowanymi literami na samej górze.
Podziękował jej swoją nieporadną francuszczyzną. Powiedziała, że nie ma za co. Może zostałby tam i gapił się dalej, gdyby nie weszła w tym momencie grupa studentów, pozdrawiając ją i nachylając się nad biurkiem, by ją ucałować. Eh, Lucia, ça va, bellissima? Andras przemknął z powrotem na korytarz, przyciskając do piersi kopertę. Wszyscy zebrali się pod szklanym dachem centralnego atrium, gdzie wywieszono właśnie listę uczestników zajęć w pracowniach. Usiadł na niskiej ławce i otworzył kopertę, w której znalazł listę przedmiotów.
COURS PROFESSEUR
HISTOIRE D'ARCHITECTURE A. PERRET
LES STATIQUES V. LE BOURGEOIS
ATELIER P. VAGO
DESSINAGE M. LABELLE
Wszystko tak po prostu, jakby było rzeczą zupełnie naturalną, że Andras będzie studiował te przedmioty pod kierunkiem słynnych architektów. W kopercie była także długa lista lektur obowiązkowych i tekstów źródłowych oraz mały kartonik z odręcznie napisaną po węgiersku (przez kogo?) informacją o tym, że Andras, jako stypendysta, będzie mógł kupić na kredyt książki i przybory w księgarni na bulwarze Saint-Michel.
Przeczytał tę wiadomość wielokrotnie, rozejrzał się po atrium, zastanawiając się, kto mógł ją napisać. Tłum studentów nie dawał mu żadnej wskazówki. Żaden z nich nie wyglądał ani trochę na Węgra. Wszyscy byli beznadziejnie, perfekcyjnie paryscy. W jednym rogu stała jednak blisko siebie trójka niepewnie wyglądających mężczyzn. Na pierwszy rzut oka było widać, że są studentami pierwszego roku, a nazwiska na ich kopertach wskazywały na żydowskie pochodzenie: Rosen, Polaner, Ben Yakov. Pozdrowił ich uniesioną dłonią, a oni skinęli głowami w milczącym porozumieniu. Najwyższy z nich przywołał go gestem ręki.
Rosen był chudy, piegowaty, miał potargane rude włosy i anemiczne początki koziej bródki. Wziął Andrasa za ramię i przedstawił Bena Yakova, który przypominał przystojnego francuskiego gwiazdora filmowego Pierre'a Fresnaya; Polanera, małego, drobnego, o krótko przystrzyżonych włosach i delikatnych dłoniach. Andras przywitał się z nimi i powtórzył własne imię i nazwisko. Jego towarzysze wrócili do szybkiej rozmowy po francusku, a Andras usiłował uchwycić wątek. Rosen był najwyraźniej przywódcą grupy; panował nad rozmową, a pozostali słuchali lub odpowiadali. Polaner sprawiał wrażenie nerwowego, zapinał i odpinał ostatni guzik swojej starej, zniszczonej marynarki. Przystojny Ben Yakov rzucał spojrzenia grupie młodych kobiet. Jedna z nich pomachała mu, odpowiedział jej tym samym. Następnie nachylił się w stronę Polanera i Rosena, by powiedzieć jakiś sprośny dowcip, i wszyscy trzej się roześmiali. Choć Andras męczył się, próbując zrozumieć, o czym jest mowa, i choć prawie wcale się do niego nie zwracali, bardzo chciał ich poznać. Gdy poszli sprawdzić listy zajęć w pracowniach, ucieszył się, że trafili do tej samej grupy.
Po jakimś czasie studenci zaczęli wychodzić na ogrodzone murem podwórze, gdzie wysokie drzewa rzucały cień na rzędy drewnianych ławek. Jeden ze studentów przyniósł pulpit i postawił go na niewielkim wybrukowanym placyku. Pozostali usiedli na ławkach. Spoza murów słychać było szum ruchu ulicznego. Ale Andras był tu, w środku, siedział obok trzech studentów, których imiona znał; był jednym z nich i jego miejsce znajdowało się po tej stronie muru. Starał się zapamiętać to uczucie, wyobrażał sobie, jak by o tym napisał do Tibora, do Mátyása. Ale zanim ułożył sobie w głowie zdania, otworzyły się drzwi z boku budynku i wyszedł z nich jakiś mężczyzna. Wyglądał na wojskowego; ubrany był w długą szarą pelerynę z czerwoną podszewką, miał krótką trójkątną bródkę i podkręcone na wosk wąsy. Jego oczy za binoklami bez oprawki były zmrużone, a spojrzenie intensywne. W jednej ręce miał laskę, a w drugiej coś, co wyglądało na kawałek szarej skały. Każdy by się ugiął pod ciężarem tego kamulca, ale on szedł przez dziedziniec wyprostowany, z podbródkiem uniesionym pod regulaminowym kątem. Wstąpił na mównicę i położył na niej skałę z głuchym tąpnięciem.
- Baczność - zagrzmiał.
Studenci ucichli i stanęli wyprężeni, ich plecy wyprostowały się, jakby ktoś pociągnął za jakieś niewidzialne sznurki. Wysoki młody mężczyzna w wystrzępionej koszuli roboczej usiadł po cichu na ławce obok Andrasa i nachylił głowę w jego stronę.
- To Auguste Perret - powiedział po węgiersku. - Był moim nauczycielem, a teraz będzie twoim.
Andras spojrzał na młodego człowieka z zaskoczeniem i ulgą.
- To ty napisałeś tę wiadomość w moim pakiecie - domyślił się.
- Słuchaj - powiedział młody mężczyzna. - A ja będę tłumaczył.
Więc Andras słuchał. Stojąc na mównicy, August Perret uniósł w górę kamulec w obu dłoniach i o coś zapytał. Chodziło, według tłumacza Andrasa, o to, czy ktoś wie, co to za budulec. Może pan w pierwszym rzędzie? Tak jest, to jest beton. Żelbet. Nim skończą te pięcioletnie studia, każdy będzie wiedział wszystko o wzmocnionym betonie. Dlaczego? Bo to on jest przyszłością nowoczesnych miast. Dzięki niemu powstaną budynki wyższe i bardziej wytrzymałe niż jakiekolwiek zbudowane do tej pory. Wysokość i wytrzymałość, tak jest, i piękno. Tu, w École Spéciale, nie dajemy się jednak uwodzić pięknu; zostawiamy to uprzywilejowanym adeptom tej drugiej szkoły. To szkoła dla dżentelmenów, miejsce, gdzie chłopcy bawią się sztuką dessinage; nas tutaj, w École Spéciale, interesuje prawdziwa architektura, budynki, w których ludzie mogą mieszkać. Jeśli nasze projekty są piękne, tym lepiej; ale niech będą piękne pięknem należącym do zwykłego człowieka. Jesteśmy tu, bo wierzymy, że architektura jest sztuką demokratyczną; bo jesteśmy przekonani, że forma i funkcja są równie ważne; bo my, awangarda, zrzuciliśmy więzy arystokratycznej tradycji i zaczęliśmy myśleć samodzielnie. Niech każdy, kto marzy o zbudowaniu Wersalu, wstanie i wyjdzie. Ta druga szkoła jest trzy przystanki metrem stąd.
Profesor zamilkł z ramionami wskazującymi w kierunku bramy, nie odrywając oczu od rzędów studentów.
- Non? - krzyknął. - Pas un?
Nikt się nie poruszył. Profesor stał przed nimi jak posąg. Andras miał uczucie, jakby był jedną z figur na obrazie, sparaliżowaną na całą wieczność wyzwaniem rzuconym przez Perreta. Ludzie będą podziwiać ten obraz w muzeach setki lat później. A on wciąż będzie siedział na ławce, lekko nachylony w kierunku białobrodego mężczyzny w pelerynie, tego generała pośród architektów.
- Co roku wygłasza to samo przemówienie - szepnął Węgier siedzący obok Andrasa. - Teraz będzie o waszej odpowiedzialności w stosunku do studentów, którzy przyjdą po was.
- Les étudiants qui viennent apr?s vous - kontynuował profesor, a Węgier tłumaczył.
Ci studenci polegają na was, że będziecie się pilnie uczyć. Jeśli nie, oni też na tym stracą. Będą was uczyć ci, którzy studiowali przed wami. W École Spéciale nauczycie się współpracować, gdyż życie architekta oznacza ścisłą współpracę z innymi ludźmi. Możecie mieć własną wizję, ale bez pomocy kolegów ta wizja nie jest warta papieru, na którym powstała. W tej szkole Emile Trélat uczył Roberta Mallet-Stevensa, Mallet-Stevens uczył Fernanda Fenzy'ego, Fernand Fenzy uczył Pierre'a Vago, a Pierre Vago będzie uczył was.
W tym momencie profesor wskazał na audytorium i młody człowiek siedzący obok Andrasa wstał i grzecznie się ukłonił. Podszedł do profesora Perreta na mównicy i zaczął przemawiać po francusku. Pierre Vago. Ten człowiek, który tłumaczył Andrasowi - ten młodzieniec o nieco wygniecionym wyglądzie, w poplamionej tuszem koszuli roboczej - to P. VAGO z listy wykładowców Andrasa. Będzie prowadził jego zajęcia w pracowni. Jego profesor. Węgier. Andrasowi zrobiło się nagle słabo. Po raz pierwszy wydało mu się, że ma szansę przetrwać jakoś w École Spéciale. Nie był w stanie skoncentrować się na tym, co Pierre Vago mówił w swojej eleganckiej francuszczyźnie z minimalnym akcentem. Pierre Vago rzeczywiście napisał tę notatkę po węgiersku. Prawdopodobnie właśnie Pierre'owi Vago Andras zawdzięcza, że w ogóle tu jest.
- Hej - powiedział Rosen, pociągając Andrasa za rękaw. - Regardes-toi.
Z powodu zdezorientowania Andras nie zauważył, że zaczęła mu lecieć krew z nosa. Czerwone plamy błyszczały na białej koszuli. Polaner spojrzał na niego z niepokojem i podał mu chusteczkę. Ben Yakov zbladł i odwrócił głowę. Andras wziął chusteczkę i przycisnął ją do nosa. Rosen kazał mu odchylić głowę do tyłu. Parę osób odwróciło się, by sprawdzić, co się dzieje. Andras siedział, krwawiąc w chusteczkę, było mu wszystko jedno, kto na niego patrzy, bo nigdy w życiu nie był szczęśliwszy.
Nieco później tego samego dnia, po uroczystym otwarciu roku akademickiego, gdy już krwotok z nosa ustał, a Andras oddał własną czystą chusteczkę w miejsce tej zakrwawionej, po pierwszych zajęciach w pracowniach i po wymianie adresów z Rosenem, Polanerem i Benem Yakovem, znalazł się w ciasnym gabinecie Vago. Siedział na drewnianym stołku przy desce kreślarskiej. Na ścianach wisiały szkice, projekty, czarno-białe akwarele pięknych i fantastycznych budynków, rysunek miasta w skali z lotu ptaka. W jednym kącie leżała sterta poplamionych farbą ubrań, o ścianę opierała się powyginana rama roweru. Na półkach były stare książki, błyszczące czasopisma, czajnik, mały drewniany samolot i rzeźba dziewczyny z chudymi nogami zrobiona z odpadów. Vago odchylił się do tyłu w swoim krześle na sprężynie i zaplótł ręce za głową.
- A więc - powiedział - oto jesteś, prosto z Budapesztu. Cieszę się, że przyjechałeś. Nie byłem pewien, czy ci się uda w tak krótkim terminie, ale musiałem spróbować. To barbarzyństwo, te uprzedzenia, kto ma co studiować, i kiedy, i jak. To nie jest kraj dla takich jak my.
- Ale... przepraszam, że pytam, czy pan jest Żydem, panie profesorze?
- Nie, jestem jak raz katolikiem. Wychowanym w Rzymie - wymawiał "r" twardo jak Włosi.
- To skąd pańska troska?
- A nie powinienem się troszczyć?
- Niektórym jest wszystko jedno.
- A innym nie - wzruszył ramionami Vago.
Otworzył teczkę z dokumentami, którą miał na biurku. A tam były kolorowe reprodukcje okładek wykonanych przez Andrasa dla "Past and Future": linoryty przedstawiające skrybę nad zwojem papieru, ojca i dwóch synów w synagodze, kobietę zapalającą dwie cienkie świece. Andras zobaczył swoje prace jakby po raz pierwszy. Sentymentalne tematy, oczywista i dziecinna kompozycja. Nie mógł uwierzyć, że dzięki nim znalazł się na tej uczelni. Nie miał dość czasu, by złożyć swoje portfolio, którego używał przy rekrutacji na węgierskie wydziały architektoniczne - szczegółowych rysunków Parlamentu i Pałacu, dokładnie wymierzonych szkiców wnętrz kościołów i bibliotek, prac, nad którymi ślęczał godzinami przy swoim biurku w "Past and Future". Podejrzewał jednak, że nawet te rysunki wydawałyby się niezdarne i amatorskie w porównaniu z pracami Vago wiszącymi na ścianach - czystymi projektami i szkicami pięknych elewacji.
- Przyjechałem tu, by się uczyć, sir - powiedział Andras. - Te grafiki zrobiłem już dawno temu.
- Znakomita robota - pochwalił Vago. - Jest w niej precyzja, znajomość perspektywy, rzadkie u artysty amatora. Masz wielki naturalny talent, to oczywiste. Kompozycje są niesymetryczne, ale zachowują równowagę. Tematy są stare jak świat, ale technika współczesna. To dobre cechy przyszłego architekta.
Andras sięgnął po jedną z okładek, tę, na której był ojciec i synowie w czasie modlitwy. Wyrzeźbił linoryt przy świeczce w mieszkaniu na Hársfa utca. Choć wówczas nie zdawał sobie z tego sprawy - ale właściwie dlaczego nie, skoro dziś wydawało się to takie oczywiste? - człowiek w tałesie to jego ojciec, a chłopcy to jego bracia.
- Świetna praca - powiedział Vago. - Nie tylko ja tak myślę.
- Ale to nie jest architektura - zaprotestował Andras i oddał okładkę.
- Architektury się jeszcze nauczysz. A tymczasem musisz nauczyć się francuskiego. Inaczej tu nie przetrwasz. Mogę ci pomóc, ale nie będę w stanie tłumaczyć każdych zajęć. Będziesz więc przychodził tutaj każdego ranka, godzinę przed zajęciami w pracowni, i będziesz ze mną ćwiczył francuski.
- Tutaj, z panem, sir?
- Tak. Od teraz będziemy mówić wyłącznie po francusku. Nauczę cię wszystkiego, co sam umiem. I na miłość boską, przestaniesz do mnie mówić sir, jakbym był jakimś oficerem w wojsku. - Jego oczy patrzyły poważnie, ale usta wydął, jak to zwykle czynili Francuzi. - L'architecture n'est pas un jeu d'enfants - powiedział głębokim, dźwięcznym głosem, który idealnie naśladował barwę i intonację profesora Perreta. - L'architecture, c'est l'art le plus sérieux de tous.
- L'art le plus sérieux de tous - powtórzył Andras tym samym głębokim tonem.
- Non! Non! - zawołał Vago. - Tylko mnie wolno naśladować głos Monsieur le Directeur. Ty masz mówić głosem Andrasa, skromnego studenta. Nazywam się Andras Skromny Student - wyrecytował Vago po francusku. - Proszę bardzo, powtórz.
- Nazywam się Andras Skromny Student.
- Nauczę się znakomitej francuszczyzny od pana Vago.
- Nauczę się znakomitej francuszczyzny od pana Vago.
- Będę powtarzał wszystko, co mówi.
- Będę powtarzał wszystko, co mówi.
- Ale nie głosem Monsieur le Directeur.
- Ale nie głosem Monsieur le Directeur.
- Pozwól, że cię o coś zapytam - powiedział Vago po węgiersku z przejęciem. - Czy dobrze zrobiłem, że cię tu sprowadziłem? Czy jesteś bardzo samotny? Czy to wszystko cię bardzo onieśmiela?
- Onieśmiela - odparł Andras. - Ale czuję się dziwnie szczęśliwy.
- Ja na początku nie czułem się dobrze, gdy się tu znalazłem - przyznał Vago, siadając głębiej w fotelu. - Przyjechałem trzy tygodnie po tym, jak ukończyłem szkołę w Rzymie i zacząłem studia na Beaux-Arts. To nie jest uczelnia dla kogoś z moim temperamentem. Te pierwsze miesiące były straszne! Z całego serca nienawidziłem Paryża. - Wyjrzał przez okno na zimne i szare popołudnie. - Codziennie chodziłem, przyglądając się miastu, okolicom Bastylii, ogrodom Tuileries, Ogrodowi Luksemburskiemu, katedrze Notre Dame, Operze. Przeklinałem każdy kamień na kamieniu. Paryż nie dorasta przecież do pięt Budapesztowi, jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś. Po jakimś czasie przeniosłem się do École Spéciale. I wtedy zakochałem się w Paryżu. Teraz nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Ty też tak się poczujesz.
- Ja już zaczynam się tak czuć.
- Poczekaj - uśmiechnął się Vago - to dopiero początek.
Rano kupował zawsze pieczywo w boulangerie obok domu i gazetę na rogu ulicy; gdy wrzucał monety w wystawioną dłoń właściciela stoiska z prasą, ten wyśpiewywał gardłowe Merci. Po powrocie na górę zjadał croissanta i pił słodką herbatę w słoiku po dżemie. Przeglądał zdjęcia w gazecie i próbował śledzić wydarzenia hiszpańskiej wojny domowej, w której Front Populaire tracił pole na rzecz Nationalistes. Nie pozwalał sobie na zakup węgierskiej gazety, by dowiedzieć się więcej. Pasjonujący charakter informacji czynił tłumaczenie łatwiejszym. Codziennie były nowe doniesienia o okrucieństwach: nastolatkach rozstrzelanych w rowach, staruszkach rozniesionych na bagnetach w sadach oliwnych, wsiach bombardowanych z powietrza. Włochy oskarżyły Francję o pogwałcenie jej własnego embarga na broń; duże transporty sowieckiej amunicji docierały do armii republikańskiej. Z drugiej strony Niemcy zwiększyły liczebność Legionu Condor do dziesięciu tysięcy ludzi. Andras czytał te doniesienia z coraz większą desperacją, zazdroszcząc młodym ludziom, którzy uciekli do Hiszpanii, by tam walczyć po stronie republikańskiej. Wszyscy byli teraz zaangażowani, wiedział o tym. Każda inna postawa oznaczała obojętność.
Z głową pełną strasznych obrazów z hiszpańskiego frontu szedł pełnymi liści ulicami w stronę École Spéciale, usiłując zagłuszyć je powtarzaniem francuskich słówek związanych z architekturą: toit, fen?tre, porte, mur, corniche, balcon, balustrade, souche de cheminée. Na uczelni słuchał o różnicy pomiędzy cokołem a stylobatem, podstawą a zwieńczeniem. Dowiedział się, którzy z jego profesorów po cichu wynoszą ozdoby nad względy praktyczne, a którzy są wyznawcami kultu żelbetu Perreta. W czasie zajęć ze statyki odwiedził Sainte-Chapelle, gdzie dowiedział się, jak trzynastowieczni inżynierowie odkryli sposób wzmocnienia budynku przez użycie ściśniętych prętów i wsporników z metalu. Wzmocnienia ukryte były w witrażach ciągnących się na całą wysokość kaplicy. Gdy poranne światło sączyło się na czerwono i niebiesko przez witraże, stał w środku nawy i doświadczył czegoś w rodzaju świętego uniesienia. Nieważne, że to kościół katolicki, a w jego oknach byli Chrystus i różni święci. To, co czuł, miało mniej wspólnego z religią, a więcej z poczuciem harmonii tego projektu, idealnego spotkania formy z funkcją w tym budynku. Pojedyncza wysoka pionowa powierzchnia sugerowała drogę do nieba lub do głębszego wtajemniczenia. Architekci potrafili to osiągnąć już setki lat temu.
Pierre Vago, zgodnie z przyrzeczeniem, udzielał Andrasowi codziennych godzinnych lekcji. Francuski, którego Andras uczył się w szkole, szybko powrócił i w ciągu miesiąca chłopak nauczył się więcej, niż udało mu się wynieść z gimnazjum. W połowie października lekcje stały się właściwie długimi rozmowami. Vago miał talent do wynajdywania tematów, którym Andras nie potrafił się oprzeć. Zapytał o lata spędzone w Konyárze i w Debreczynie - czego Andras się uczył, jakich miał przyjaciół, gdzie mieszkał, kogo kochał. Andras powiedział Vago o Évie Kereny, dziewczynie, która pocałowała go w ogrodzie Muzeum Dériego w Debreczynie, a potem nieczule go odtrąciła; opowiedział mu historię jedynej pary jedwabnych pończoch matki, podarunku na święto Chanuki, kupionego za pieniądze, które Andras zarobił, wykonując dla kolegów szkolnych prace z rysunku (bracia zawsze rywalizowali o to, który kupi jej lepszy prezent; gdy odpakowała pończochy, zareagowała z tak dziecinną radością, że nikt nie kwestionował zwycięstwa Andrasa. Później tego samego wieczoru Tibor przygniótł Andrasa do ziemi na podwórzu i wcisnął mu twarz w zamarzniętą ziemię, dokonując zemsty starszego brata). Vago, który nie miał rodzeństwa, lubił słuchać o Mátyásie i Tiborze. Kazał Andrasowi opowiadać ich historie i tłumaczyć ich listy na francuski. Szczególnie zainteresował go zamiar Tibora, by odbyć studia medyczne we Włoszech. Sam poznał w Rzymie pewnego młodego Włocha, którego ojciec był profesorem na uniwersytecie medycznym w Modenie. Napisze do niego i zobaczy, co da się zrobić.
Andras nie zwrócił specjalnie uwagi, gdy Vago o tym wspomniał. Wiedział, że Vago jest bardzo zajęty, że międzynarodowe listy idą długo i że ten Włoch niekoniecznie ma taki sam stosunek do edukacji młodych węgierskich Żydów. Ale pewnego ranka Vago przywitał Andrasa, trzymając w ręku list: otrzymał wiadomość od profesora Turano, że być może zdoła załatwić Tiborowi miejsce na uczelni od stycznia.
- Mój Boże! - wykrzyknął Andras. - To cud! Jak się to panu udało?
- Właściwie oceniłem wartość moich kontaktów - uśmiechnął się Vago.
- Muszę natychmiast wysłać telegram do Tibora. Skąd można to zrobić?
Vago podniósł dłoń do góry.
- Nie wysyłałbym mu jeszcze informacji - powiedział. - To nadal jedynie możliwość. Nie powinniśmy na próżno rozbudzać jego nadziei.
- Ale jakie są szanse, pana zdaniem? Co powiedział ten profesor?
- Powiedział, że będzie musiał zwrócić się z tym do komisji rekrutacyjnej. To szczególny przypadek.
- Powie mi pan, jak tylko coś będzie wiadomo?
- Oczywiście - odparł Vago.
Ale Andras musiał się z kimś podzielić dobrą wiadomością, więc tego wieczoru w stołówce klubu studenckiego na rue des Écoles powiedział o tym Polanerowi, Rosenowi i Benowi Yakovowi. Był to ten sam klub, który polecił József tuż po przyjeździe. Za sto dwadzieścia pięć franków tygodniowo mieli tam codzienne obiady, które w dużej mierze opierały się na diecie ziemniaczano-fasolowo-kapuścianej. Jedli w podziemnym pomieszczeniu o studziennej akustyce, przy długich stołach, na których tysiące studentów wyryło swoje imiona. Andras przekazał im wieści o Tiborze swoją francuszczyzną z silnym węgierskim akcentem, próbując przekrzyczeć hałas. Pozostali unieśli kieliszki i życzyli Tiborowi powodzenia.
- Cóż za smakowity paradoks - zwrócił uwagę Rosen. - W związku z tym, że jest Żydem, musi opuścić monarchię konstytucyjną, by studiować medycynę w kraju rządzonym przez faszystowski reżim. Przynajmniej nie musi dołączać do nas w tutejszej demokracji, gdzie inteligentni, młodzi ludzie korzystają z wolności słowa z takim zapamiętaniem. - Mówiąc to, spojrzał na Polanera, który spuścił wzrok i zaczął się przyglądać swoim drobnym białym dłoniom.
- O co chodzi? - zapytał Ben Yakov.
- O nic - odparł Polaner.
- Co się stało? - dopytywał się Ben Yakov, który nie znosił o czymś nie wiedzieć.
- Powiem ci, co się stało - rzekł Rosen. - Wczoraj w drodze na uczelnię Polanerowi urwała się rączka od teczki do portfolio. Musieliśmy się zatrzymać i naprawić ją kawałkiem sznurka. Spóźniliśmy się na poranny wykład, jak pewnie zauważyliście - weszliśmy dopiero kwadrans po dziesiątej. Musieliśmy usiąść z tyłu, obok tego z drugiego roku, Lemarque'a - tego blondyna, skurczybyka, który zawsze jest taki złośliwy w pracowni. Powiedz im, Polaner, co powiedział, jak usiedliśmy.
- Co tobie się wydawało, że usłyszałeś - podkreślił Polaner, odkładając łyżkę obok talerza po zupie.
- Powiedział "brudne Żydki". Słyszałem to bardzo wyraźnie.
- Tak było? - zapytał Ben Yakov, patrząc na Polanera.
- Nie wiem - odparł Polaner. - Coś powiedział, ale nie słyszałem.
- Obaj to słyszeliśmy. Wszyscy wokół słyszeli.
- Masz paranoję - rzucił Polaner, ale delikatna skóra wokół jego oczu się zaczerwieniła. - Ludzie się zaczęli oglądać dlatego, że się spóźniliśmy, a nie dlatego, że nazwał nas brudnymi Żydami.
- Może tam, skąd pochodzisz, to jest na porządku dziennym, ale tutaj tak nie jest - stwierdził Rosen.
- Nie mam zamiaru o tym dłużej rozmawiać - skwitował Polaner.
- Zresztą cóż możesz zrobić? - wtrącił Ben Yakov. - Niektórzy zawsze będą idiotami.
- Dać mu nauczkę - powiedział Rosen. - Ot co.
- Nie - zaoponował Polaner. - Nie chcę kłopotów z powodu czegoś, co być może w ogóle się nie wydarzyło. Wolę się nie wychylać. Chcę studiować i zrobić dyplom. Rozumiecie?
Andras rozumiał. Pamiętał to uczucie ze szkoły podstawowej w Konyárze, pragnienie bycia niewidzialnym. Nie spodziewał się jednak, że on sam albo któryś z jego kolegów doświadczą tego samego w Paryżu.
- Ja rozumiem - zapewnił. - Ale uważam, że Lemarque nie powinien... - zawahał się, szukając francuskiego słowa - czuć się bezkarny, mówiąc takie rzeczy. O ile rzeczywiście tak powiedział.
- Lévi wie, o co mi chodzi - powiedział Rosen.
Oparł podbródek na dłoni i zapatrzył się w miskę z zupą.
- Z drugiej strony nie jestem pewien, co właściwie powinniśmy z tym zrobić. Gdybyśmy komuś o tym powiedzieli, to byłoby nasze słowo przeciwko słowu Lemarque'a. A on ma wielu przyjaciół wśród studentów czwartego i piątego roku.
Polaner odsunął swój talerz.
- Muszę wracać do pracowni. Mam jeszcze pracę na całą noc.
- Daj spokój, Eli - powiedział Rosen. - Nie złość się.
- Ja się nie złoszczę. Po prostu nie chcę kłopotów, to wszystko.
Polaner włożył kapelusz i owinął szalik wokół szyi. Patrzyli, jak wychodzi pomiędzy stołami, z głową wciśniętą w ramiona w zniszczonej sztruksowej marynarce.
- Wierzysz mi, prawda? - zapytał Rosen Andrasa. - Wiem, co usłyszałem.
- Wierzę ci. Ale zgadzam się, że nic nie możemy zrobić.
- Mówiliśmy przed chwilą o twoim bracie - powiedział Ben Yakov. - Chyba wolę ten temat.
- No właśnie - przytaknął Rosen. - Zmieniłem temat i sami widzicie.
- Vago twierdzi, że jest jeszcze za wcześnie, by się cieszyć. - Andras wzruszył ramionami. - To się może jeszcze nie udać.
- Ale może się udać - powiedział Rosen.
- Tak. No i wówczas przeprowadzi się, jak sam zauważyłeś, do faszystowskiej dyktatury. Trudno powiedzieć, czy należy mu tego życzyć. Każdy scenariusz jest skomplikowany.
- Palestyna - powiedział Rosen. - Państwo żydowskie. Tego sobie powinniśmy życzyć. Mam nadzieję, że twój brat będzie mógł studiować we Włoszech Mussoliniego. Niech zrobi dyplom z medycyny pod nosem Il Duce. Jednocześnie ty, Polaner, Ben Yakov i ja ukończymy architekturę w Paryżu. A potem wszyscy wyemigrujemy. Zgoda?
- Nie jestem syjonistą - zaoponował Andras. - Moim domem są Węgry.
- Teraz chyba niezupełnie, prawda? - zauważył Rosen.
Andrasowi trudno było się z tym nie zgodzić.
Przez następne dwa tygodnie czekał na wieści z Modeny. Na statyce liczył rozkład ciężaru wzdłuż wewnętrznych łuków Pont au Double, szukając ukojenia w symetrii równań. Na zajęciach z rysynku wykonał w skali fasadę Gare d'Orsay, z wdzięcznością zatracając się w szczegółowym wymierzaniu skomplikowanych powierzchni zegara i drzwi zwieńczonych łukami. W pracowni bacznie obserwował Lemarque'a, który często rzucał tajemnicze spojrzenia Polanerowi, ale nie powiedział niczego, co można by uznać za obelgę. Każdego ranka spoglądał na listy na biurku Vago, szukając koperty z włoskim znaczkiem. Mijał dzień za dniem, a list nie nadchodził.
Aż pewnego popołudnia, gdy Andras siedział w pracowni, wycierając gumką cieniutkie linie zrobione ołówkiem na swoim rysunku Gare d'Orsay, do sali weszła piękna Lucia z sekretariatu ze złożonym na pół kawałkiem papieru w ręku. Podała go studentowi piątego roku, który nadzorował zajęcia, i wyszła, nie patrząc na nikogo.
- Lévi - powiedział nadzorujący młody człowiek o poważnym spojrzeniu, z nastroszonymi blond włosami. - Le Colonel czeka na ciebie w swoim prywatnym gabinecie.
W sali zaległa cisza. Ołówki zawisły nad rysunkami w znieruchomiałych dłoniach. Le Colonel - tak nazywany był w szkole Auguste Perret. Wszystkie oczy zwróciły się na Andrasa. Lemarque przesłał mu krzywy uśmiech. Andras zgarnął ołówki do torby, zastanawiając się, czego może chcieć od niego Perret. Przyszło mu do głowy, że może jakoś jest zaangażowany w sprawę Tibora we Włoszech. Może Vago poprosił go o pomoc. Może uruchomił swoje kontakty zagraniczne i teraz oznajmi mu nowinę.
Andras wbiegł po schodach do skrzydła, gdzie znajdowały się prywatne gabinety profesorów, i stanął przed zamkniętymi drzwiami Perreta. Ze środka dobiegały go niskie głosy Perreta i Vago. Zapukał. Vago krzyknął, żeby wszedł. Otworzył drzwi. Wewnątrz w snopie światła obok jednego z wysokich okien wychodzących na bulward Raspail stał profesor Perret w samej koszuli. Vago był pochylony nad biurkiem Perreta z telegramem w ręku.
- Dzień dobry - powiedział Perret, odwracając się od okna.
Gestem wskazał Andrasowi skórzany fotel obok biurka. Andras usiadł, upuszczając na ziemię swoją torbę z przyborami. Powietrze w gabinecie Perreta było nieruchome. W przeciwieństwie do gabinetu Vago, gdzie na ścianach pełno było rysunków, na rajzbrecie stosy projektów, wszędzie stały rzeźby zrobione z odpadków, gabinet Perreta był ucieleśnieniem porządku i ascezy. Trzy ołówki leżały równiutko na biurku pokrytym tłoczoną skórą. Na półkach ułożono równo rulony projektów. Świeża, biała makieta Théâtre des Champs-Élysées nakryta była szklanym kloszem na konsoli.
Perret odchrząknął i zaczął:
- Dostaliśmy niepokojące wieści z Węgier. Jako żywo niepokojące. Być może łatwiej będzie, jeśli profesor Vago wytłumaczy ci to po węgiersku. Choć, jak słyszę, twój francuski znacznie się poprawił.
Wojskowy ton zniknął z głosu i profesor posłał Andrasowi tak życzliwe i smutne spojrzenie, że jego dłonie pokryły się zimnym potem.
- To dość skomplikowane - powiedział Vago po węgiersku. - Pozwól, że spróbuję ci wyjaśnić. Otrzymałem wieści od ojca mojego kolegi, profesora w Modenie. Jest dla twojego brata miejsce na uniwersytecie medycznym w Modenie.
Vago zamilkł. Andras wstrzymał oddech i czekał.
- Profesor Turano wysłał list do organizacji żydowskiej, która ufundowała ci stypendium. Chciał dowiedzieć się, czy nie znalazłyby się jakieś pieniądze również dla twojego brata. Niestety jego prośba spotkała się z odmową. W tym tygodniu na Węgrzech weszły nowe ograniczenia: od dziś żadna organizacja nie może wysyłać pieniędzy żydowskim studentom za granicę. Twoje fundusze z Izraelita Hitköység zostały zamrożone przez rząd węgierski.
Andras zamrugał powiekami, próbując zrozumieć, co to oznacza.
- Nie jest to jedynie problem Tibora - ciągnął Vago, patrząc Andrasowi w oczy. - To także twój problem. Krótko mówiąc, nie masz już dostępu do stypendium. Szczerze mówiąc, młody przyjacielu, twoje stypendium nie zostało jeszcze ani razu wypłacone. Czek za pierwszy miesiąc nie przyszedł, więc zapłaciłem twoje czesne z własnej kieszeni, sądząc, że chodzi o jakieś chwilowe opóźnienie.
Zamilkł, zerkając na profesora Perreta, który przyglądał się, jak Vago wyjaśnia wszystko po węgiersku.
- Pan Perret nie wie, skąd pochodziły pieniądze, i nie musi tego wiedzieć, więc nie zdradzaj zbytniego zdziwienia. Powiedziałem mu, że wszystko jest w porządku. Nie jestem jednak zamożnym człowiekiem i, choć chciałbym, nie jestem w stanie płacić za twoje studia przez kolejny miesiąc.
W piersi Andrasa wezbrała lodowata kra, powolna i zimna. Jego czesne nie może być nadal opłacane. Jego czesne w ogóle nie było opłacone. Nagle zrozumiał życzliwość i smutek Perreta.
- Uważamy pana za zdolnego studenta - powiedział Perret po francusku. - Nie chcemy pana stracić. Czy pańska rodzina mogłaby coś pomóc?
- Moja rodzina? - głos Andrasa zabrzmiał płasko i niepewnie w wysoko sklepionym gabinecie.
Zobaczył w myślach ojca, jak układa kawałki dębiny w składzie drzewnym, matkę, jak gotuje paprykę z ziemniakami na ogniu w kuchni na wolnym powietrzu. Pomyślał o szarych jedwabnych pończochach, tych, które dał jej na Chanukę dziesięć lat temu - jak złożyła je równiutko i przechowywała w papierowym opakowaniu, by wkładać tylko do synagogi.
- Moja rodzina nie ma takich pieniędzy - powiedział.
- To straszne - powiedział Perret. - Żałuję, że nic nie możemy zrobić. Przed kryzysem oferowaliśmy wiele stypendiów, ale dziś...
Wyjrzał przez okno na niskie chmury i pogładził swoją wojskową bródkę.
- Pana czesne jest zapłacone do końca miesiąca. Zobaczymy, co da się zrobić do tego czasu, ale obawiam się, że nie mogę dać panu zbyt wielkiej nadziei.
Andras przetłumaczył słowa w myślach: "Nie ma zbyt wielkiej nadziei".
- A co do twojego brata - wtrącił Vago. - To wielka szkoda. Turano tak chciał mu pomóc.
Andras próbował otrząsnąć się z szoku, w którym się znalazł. To ważne, żeby dobrze zrozumieli, jaka jest sytuacja Tibora, gdy chodzi o pieniądze.
- To nic nie szkodzi - powiedział, usiłując powstrzymać drżenie głosu. - Stypendium nie ma znaczenia, to znaczy dla Tibora nie ma. Odkłada pieniądze na studia od sześciu lat. Na pewno ma już dość, by kupić bilet na pociąg i zapłacić czesne i koszty w pierwszym roku. Zadepeszuję do niego dziś wieczorem. Czy ojciec pana kolegi mógłby to miejsce dla niego zatrzymać?
- Myślę, że tak - odparł Vago. - Zaraz do niego napiszę, jeśli sądzisz, że to jest możliwe. Ale może twój brat, skoro odłożył trochę pieniędzy, mógłby pomóc tobie?
- Nie mogę mu o tym mówić. - Andras pokręcił głową. - Nie ma dość pieniędzy dla nas obu.
- Tak mi przykro - powiedział znowu Perret i podszedł, podając Andrasowi rękę. - Profesor Vago mówi, że jest pan pomysłowym młodym człowiekiem. Może uda się panu znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Ja ze swej strony też zastanowię się, co moglibyśmy zrobić.
Po raz pierwszy Perret go dotknął. Andras miał uczucie, jakby dowiedział się, że cierpi na śmiertelną chorobę, jakby cień śmierci pozwolił Perretowi porzucić konwenanse. Poklepał Andrasa po plecach, odprowadzając go do drzwi gabinetu.
- Odwagi - powiedział, salutując i otwierając drzwi na korytarz.
Andras zszedł po schodach w żółtym zakurzonym świetle, minął salę, w której pozostawił na desce kreślarskiej rysunek Gare d'Orsay, minął sekretariat, w którym siedziała piękna Lucia, i przez granatowe drzwi szkoły, które przyzwyczaił się już uważać za swoje, wyszedł na zewnątrz. Ruszył bulwarem Raspail aż do poczty, gdzie poprosił o blankiet depeszy. W wąskich niebieskich linijkach napisał wiadomość, którą ułożył w drodze: MASZ MIEJSCE NA UNIWERSYTECIE MEDYCZNYM W MODENIE DZIĘKI PRZYJACIELOWI VAGO. POSTARAJ SIĘ NATYCHMIAST O PASZPORT I WIZY. HURRRRA! Przez chwilę, zamroczony żalem nad samym sobą, zastanawiał się, czy nie wyrzucić "hurra". Ale w ostatniej chwili dodał to słowo, płacąc dodatkowe dziesięć centymów, i wyszedł z powrotem na bulwar. Samochody nadal mknęły, popołudniowe światło padało pod tym samym kątem co zawsze, przechodnie spieszyli się ze swoimi zakupami, rysunkami i książkami, całe miasto było zupełnie nieczułe na to, co przed chwilą wydarzyło się w jednym z gabinetów w École Spéciale.
Nic nie widząc, nie myśląc, poszedł łukiem rue de Fleurus w stronę Ogrodu Luksemburskiego, gdzie znalazł zieloną ławkę w cieniu platanu. Ławka stała opodal pasieki i Andras widział zakapturzonego pszczelarza, jak zagląda do plastrów w ulu. Głowę, ramiona i nogi mężczyzny obsiadły pszczoły, które wyglądały jak ciemne plamy. Ruszały się powoli, otumanione dymem, przemieszczały się po ciele pszczelarza jak krowy po pastwisku. Andras nauczył się w szkole, że pszczoły potrafią zmienić swoją naturę, gdy wymagają tego okoliczności. Gdy umiera królowa, inna pszczoła może zająć jej miejsce; porzuca wówczas swoje poprzednie życie, przybiera nową postać cielesną i zupełnie inną rolę. Zaczyna składać jaja i prowadzić konwersacje ze świtą na temat zdrowia roju. On, Andras, urodził się Żydem i całe życie dźwigał związane z tym brzemię. Gdy miał osiem dni, obrzezano go. Na szkolnym podwórku musiał znosić kpiny chrześcijańskich dzieci, a w klasie dezaprobatę nauczyciela, gdy nie mógł chodzić do szkoły w szabas. W Jom Kippur pościł; w szabas szedł do synagogi; w wieku trzynastu lat przeczytał fragment Tory i wobec żydowskiego prawa stał się mężczyzną. W Debreczynie uczęszczał do żydowskiego gimnazjum, a po jego ukończeniu zaczął pracować w żydowskim czasopiśmie. Mieszkali z Tiborem w żydowskiej dzielnicy Budapesztu i chodzili do synagogi na ulicy Dohány. Gdy w jego życiu pojawiło się widmo numerus clausus, opuścił rodzinę i wyjechał na studia do Paryża. Nawet tu byli tacy ludzie jak Lemarque, grupy studentów demonstrujących przeciwko Żydom i sporo antysemickich gazet. A teraz na jego barkach spoczęło nowe brzemię, nowy tsure. Przez chwilę, gdy tak siedział na ławce w Ogrodzie Luksemburskim, zastanawiał się, co by było, gdyby odrzucił swoją żydowską tożsamość, pozbył się swojej religii jak zbyt ciężkiego płaszcza na wiosnę. Przypomniał sobie, jak stał w Sainte-Chapelle we wrześniu, jaka święta cisza tam panowała, a w jego głowie rozbrzmiewały nieliczne znane mu fragmenty łacińskiego nabożeństwa: Kyrie eleison, Christe eleison. Panie, zmiłuj się nad nami, Chryste, zmiłuj się nad nami.
Przez chwilę wydawało mu się to proste i łatwe: zostać chrześcijaninem, mało tego, nawet katolikiem, tak jak chrześcijanie, którzy wyobrazili sobie Notre Dame i Saint-Chapelle, kościół Macieja i bazylikę Świętego Stefana w Budapeszcie. Odrzucić swoje poprzednie życie, przyjąć nową historię. Otrzymać to, co nie było mu dane. Otrzymać miłosierdzie.
Ale gdy zaczął zastanawiać się nad słowem "miłosierdzie", przyszło mu do głowy słowo w języku jidysz: rachmones, którego rdzeń pochodził od rechem, hebrajskiego słowa oznaczającego łono. Rachmones: współodczuwanie tak głębokie i niepodważalne jak to, co matka czuje do dziecka. Modlił się o nie co roku w synagodze w Konyárze w wigilię Jom Kippur. Prosił o wybaczenie, pościł, na koniec tego święta czuł się czysty jak łza. Co roku czuł potrzebę przeprowadzenia rachunku duszy, wybaczenia innym i otrzymania od nich wybaczenia. Każdego roku w synagodze stali obok niego bracia - po lewej mały i pełen ognia Mátyás, po prawej szczupły Tibor o głębokim głosie. Dalej był ojciec w znajomym tałesie, a za przepierzeniem dla kobiet matka - cierpliwa, wyrozumiała, jak opoka, jej obecność była pewnikiem, nawet gdy jej nie widzieli. Tak samo nie mógł przestać być Żydem, jak nie mógł przestać być bratem swoich braci i synem swoich rodziców.
Wstał, rzucił ostatnie spojrzenie na pszczelarza i ule i ruszył przez park do domu. Nie myślał teraz o tym, co się wydarzyło, lecz o tym, co będzie musiał zrobić: znaleźć pracę, jakiś sposób na to, by zarobić potrzebne na studia pieniądze. Nie był, rzecz jasna, Francuzem, ale to nie miało znaczenia. Przecież w Budapeszcie tysiące robotników pracowało na czarno i nikt o tym nie wiedział. Jutro sobota. Biura będą zamknięte, ale sklepy i restauracje nie - piekarnie, sklepy spożywcze, księgarnie, sklepy z zaopatrzeniem dla artystów, kawiarnie, sklepy z odzieżą męską. Jeśli Tibor mógł pracować na pełen etat w sklepie z obuwiem, a wieczorami uczyć się z książek o anatomii, Andras także mógł pracować i studiować jednocześnie. Gdy dotarł do rue des Écoles, już formułował w myśli niezbędne zdanie: Szukam pracy. Po węgiersku - Állást keresek. Po francusku - Je cherche... je cherche... pracy. Znał to słowo: un boulot.
Rozdział piąty
Tej jesieni teatr Sary Bernhardt wystawiał Matkę, nową sztukę Bertolta Brechta, każdego wieczoru z wyjątkiem poniedziałków. Teatr znajdował się w samym centrum miasta na place du Châtelet. Na widowni było siedem poziomów luksusowych foteli, a publiczność mogła dodatkowo cieszyć się świadomością, że to właśnie tę przestrzeń wypełniał niegdyś głos samej Sary Bernhardt, wprawiając w drżenie kryształki tego samego żyrandola. Gdzieś za kulisami była garderoba o kremowych ścianach i licznych złoceniach, ze złotą wanną, w której słynna aktorka podobno kąpała się w szampanie. W pierwszą sobotę listopada zespół miał niezaplanowaną próbę: Claudine Villareal-Bloch, grająca w sztuce tytułową rolę, doznała dotkliwego skurczu strun głosowych, który wszyscy po cichu przypisali jej nowemu romansowi z młodym brazylijskim attaché prasowym. W tych nieco krępujących okolicznościach przywołano zastępczynię madame Villareal-Bloch, by przejęła od niej główną rolę. Marcelle Gérard krążyła wściekła po swojej garderobie, zachodząc w głowę, jak Claudine Villareal-Bloch śmiała zrobić jej taki numer. Wyglądało to na świadomą próbę upokorzenia jej. Madame Villareal-Bloch wiedziała przecież, że madame Gérard, zdenerwowana swoim zastępstwem, w ogóle nie przygotowała się do roli. Tego ranka zapomniała w czasie próby kwestii i jąkała się zupełnie nieprofesjonalnie. Tymczasem Zoltán Novak w gabinecie obok pił czystą szkocką i zastanawiał się, co z nim będzie, jeśli sztuka zejdzie szybko z afisza, jeśli Marcelle Gérard, tak jak to uczyniła dziś rano w czasie próby, zablokuje się. Nowa sztuka Brechta zdobyła taką popularność, że jutro na przedstawienie miał przybyć sam minister kultury. Sytuacja nie przedstawiała się różowo. Jeśli nazajutrz dojdzie do publicznej kompromitacji, to Novak, Węgier, będzie o nią obwiniany. Francuzom porażki się nie zdarzają.
Zoltán Novak miał wielką chęć na papierosa. Nie mógł jednak zapalić. Wczoraj wieczorem, gdy dowiedział się o chorobie madame Villareal-Bloch, żona schowała mu papierosy, wiedząc, że ma tendencję do przesady. Kazała mu przysiąc, że nie kupi następnej paczki, i zapowiedziała, że gdyby palił, poczuje zapach dymu z jego ubrania. Gdy tak chodził po gabinecie w stanie pobudzenia nerwowego wynikającego z braku nikotyny, wszedł asystent produkcji z listą ważnych spraw. Kierownik rekwizytów nie miał łopat potrzebnych do sceny trzeciej; czy mają kupić łopaty, czy zagrać bez nich? Nazwisko madame Gérard zostało wydrukowane z błędem w programie teatralnym (Guerard, pomyłkowo), czy trzeba wydrukować cały nakład od nowa? No i na dole czeka chłopak, który szuka pracy. Twierdzi, że zna pana dyrektora, przynajmniej tak się można domyślać z jego złej francuszczyzny. Jak się nazywa? Jakoś tak z cudzoziemska. Lévi. Undrash.
Kupić nowe łopaty dla robotników. Zostawić w programie błąd - za drogo by kosztował druk nowego. Nie, nie zna żadnego Léviego Undrasha, a nawet gdyby znał, to na miły Bóg, nie ma w tej chwili pracy dla nikogo.
Andras tak bardzo chciał przyjść do szkoły w poniedziałek z dobrą wiadomością dla profesora Vago: znalazł pracę, będzie miał z czego opłacić czesne i zostaje na uczelni. Wlókł się jednak bulwarem Raspail, kopiąc po drodze w bezsilnej frustracji gałązki drzew. Cały weekend wędrował po Dzielnicy Łacińskiej w poszukiwaniu pracy. Pytał od frontu i od podwórza, w piekarniach i warsztatach. Odważył się nawet zapukać do drzwi pracowni graficznej, gdzie projektant w zarękawkach ślęczał nad deską kreślarską. Mężczyzna popatrzył na Andrasa z czymś w rodzaju pogardliwego rozbawienia i powiedział mu, żeby wrócił, jak zrobi dyplom. Andras brnął dalej, głodny, mokry od deszczu, przemarznięty, ale się nie poddawał. We mgle przeszedł na drugą stronę Sekwany, zastanawiając się, do kogo się zwrócić o pomoc. Gdy podniósł głowę, zobaczył, że znalazł się na place du Châtelet. Przyszło mu wówczas do głowy, że mógłby wstąpić do teatru Sary Bernhardt. Akurat było wpół do ósmej i Novak mógł być już w teatrze przed przedstawieniem. Został tam jednak potraktowany odmownie - jakiś młody człowiek grzecznie i z żalem poinformował go potokiem szybkiej i pełnej współczucia francuszczyzny, że rozmawiał osobiście z dyrektorem, ale ten nie rozpoznał jego nazwiska. Andras spędził resztę tego dnia i cały następny, szukając pracy, ale na niewiele się to zdało. W końcu wrócił do domu, usiadł przy stole pod oknem, trzymając w ręku telegram od brata.
NIEPRAWDOPODOBNA WIADOMOŚĆ! DZIĘKUJĘ TOBIE I VAGO. JUTRO ZŁOŻĘ PODANIE O WIZĘ STUDENCKĄ. MODENA. HURRRA! TIBOR.
Dałby teraz wszystko, by zobaczyć się z Tiborem, opowiedzieć mu, co się stało, i spytać o radę. Ale Tibor był tysiąc dwieście kilometrów stąd, w Budapeszcie. Nie można pytać go o radę w telegramie, a list szedłby zbyt długo. Opowiedział wszystko oczywiście Rosenowi, Polanerowi i Benowi Yakovowi w klubie studenckim podczas weekendu. Ich gniew z powodu jego sytuacji był satysfakcjonujący, współczucie pokrzepiające, ale niewiele mogli zrobić, by mu pomóc. Żaden z nich nie był jego bratem; nie rozumieli tak jak Tibor, ile znaczyło dla niego to stypendium i co będzie oznaczać jego utrata.
O siódmej rano w École Spéciale było jeszcze pusto. W pracowniach panowała cisza, na podwórzu nie było żywego ducha, w auli królowało echo. Wiedział, że jeśli poszuka, znajdzie paru studentów śpiących przy swoich deskach kreślarskich, bo pracowali całą noc, pijąc kawę i paląc papierosy, pochyleni nad rysunkami lub makietami. Nieprzespane noce były w École Spéciale normą. Niektórzy mówili o pigułkach, które wyostrzają umysł i pozwalają nie spać przez kilka dni, a nawet tygodni. Krążyły legendy o artystycznych olśnieniach, które przychodziły po siedemdziesięciu dwóch godzinach nieprzerwanej pracy. Były też opowieści o fatalnych załamaniach. Jedna z pracowni nazywana była l'atelier du suicide. Starsi studenci opowiadali młodszym o człowieku, który zastrzelił się, gdy jego rywal zdobył Prix du Amphithéâtre. W tej pracowni do dziś obok tablicy był na ścianie ślad pocisku. Gdy Andras zapytał o to Vago, ten opowiedział mu, że kiedy sam był studentem, też słyszał tę historię i że nikt nie umiał jej potwierdzić. Ale odgrywała rolę ostrzeżenia.
W gabinecie Vago paliło się światło. Z dziedzińca Andras widział żołty prostokąt. Wbiegł po schodach i zapukał. Długo czekał, nim Vago otworzył drzwi. Stał przed Andrasem w skarpetkach, trąc oczy palcami poplamionymi tuszem. Kołnierzyk koszuli miał rozpięty, włosy w dzikim nieładzie.
- Ty - powiedział po węgiersku. Małe słówko przyprawione odrobiną czułości. Te.
- Ja - odparł Andras. - Wciąż jeszcze tutaj.
Vago wprowadził go do gabinetu i gestem wskazał, by usiadł na tym samym stołku co zawsze. Następnie zostawił Andrasa na kilka minut samego i gdy wrócił, wyglądał tak, jakby umył twarz gorącą wodą i wytarł szorstkim ręcznikiem. Pachniał mydłem pumeksowym, które dobrze usuwało plamy tuszu z palców.
- No i? - zapytał Vago, siedząc za biurkiem.
- Tibor przesyła serdeczne podziękowania. Właśnie składa podanie o wizę.
- Napisałem już do profesora Turano.
- Dziękuję - powiedział Andras. - Bardzo dziękuję.
- A ty jak się masz?
- Niezbyt dobrze, jak pan się domyśla.
- Martwisz się, jak zapłacisz za czesne.
- A pan by się nie martwił?
Vago odsunął krzesło i poszedł wyjrzeć przez okno. Po chwili odwrócił się i przesunął palcami przez włosy.
- Posłuchaj - powiedział. - Nie mam specjalnej ochoty uczyć cię dziś francuskiego. Może byśmy pojechali na wycieczkę? Mamy jeszcze półtorej godziny do zajęć w pracowni.
- To pan jest profesorem.
Vago zdjął z drewnianego wieszaka płaszcz i włożył go. Popchnął Andrasa przed sobą przez drzwi i zbiegł za nim po schodach, a potem wyszli przez granatowe drzwi szkoły. Na bulwarze zaczął grzebać w kieszeni, szukając drobnych. Poprowadził Andrasa w dół po schodach do stacji metra Raspail właśnie w chwili, gdy na peron wjechał pociąg. Pojechali do Motte-Picquet i przesiedli się w ósemkę, a potem znowu na stacji Michel-Ange Molitor. W końcu dotarli do zapyziałej stacji o nazwie Billancourt. Vago poprowadził Andrasa w górę po schodach na jakiś bulwar na przedmieściu. Powietrze było tu świeższe niż w centrum miasta; sklepikarze polewali chodnik wodą przed przybyciem klienteli, niektórzy myli witryny sklepów. Dziewczynki w krótkich czarnych płaszczykach szły żwawo gęsiego za matroną w kapeluszu z piórkiem.
- Już niedaleko - powiedział Vago.
Poprowadził Andrasa bulwarem, potem skręcili w ulicę handlową i w długą mieszkalną, by w końcu skręcić w mniejszą uliczkę, wzdłuż której stały szare bliźniaki i solidne domy kryte czerwoną dachówką, zza których nagle wyłonił się dom w kształcie wielkiego białego statku. Trójkątny, zbudowany na wąskiej trójkątnej działce u zbiegu dwóch ulic. Mieszkania miały okna przypominające bulaje i głęboko osadzone balkony z rozsuwanymi szklanymi drzwiami, jakby budynek rzeczywiście był statkiem oceanicznym. Pruł naprzód dziobem z okrągłymi oknami i białymi łukami z żelbetu.
- Architekt? - zapytał Vago.
- Pingusson - odparł Andras.
Kilka tygodni temu wybrali się, by obejrzeć jego projekty do pawilonu Wystawy Międzynarodowej. Student piątego roku, który był ich przewodnikiem, opowiadał o prostocie linii u Pingussona i jego niekonwencjonalnym wyczuciu proporcji.
- Tak jest - potwierdził Vago. - Jeden z naszych, człowiek z École Spéciale. Poznałem go pięć lat temu na sympozjum architektonicznym w Rosji i od tego czasu się przyjaźnimy. Napisał kilka ostrych tekstów do "L'Architecture d'Aujourd'hui". Tekstów, które przyciągnęły ludzi do tego pisma, gdy tylko weszło na rynek. Nieźle też gra w pokera. Gramy razem w każdą sobotę. Czasem wpada też profesor Perret - nie zna się na pokerze, ale lubi gadać.
- Wyobrażam sobie - powiedział Andras.
- Zgadnij, o czym rozmawialiśmy w ostatnią sobotę.
Andras wzruszył ramionami.
- No, spróbuj zgadnąć.
- O wojnie domowej w Hiszpanii?
- Nie, młody przyjacielu. Rozmawialiśmy o tobie. O twoich kłopotach. O stypendium. O braku pieniędzy. Perret tymczasem dolewał nam szampana. Pierwszorzędnego Canard-Duch?ne z tysiąc dziewięćset dwudziestego szóstego roku, który dostał w prezencie od klienta. Georges-Henri - czyli Pingusson - to nadzwyczaj inteligentny człowiek. Jest autorem wielu wspaniałych budynków tu w Paryżu i dostał za nie niemało nagród. Jest również inżynierem, nie tylko architektem. W pokera gra jak ktoś, kto umie liczyć. Ale gdy pije szampana, górę bierze jego romantyzm i dezynwoltura. Około północy rzucił na stół książeczkę czekową i powiedział Perretowi, że jeśli on, Perret, wygra następne rozdanie, to wówczas on, to znaczy Pingusson, dorzuci się do twojego czesnego.
Andras patrzył na Vago szeroko otwartymi oczami.
- I co się potem stało?
- Perret oczywiście przegrał. Jeszcze nie widziałem, żeby kiedykolwiek wygrał z Pingussonem. Szampan zrobił już jednak swoje. A Perret jest sprytny. Sprytniejszy od Pingussona.
- Co pan ma na myśli?
- Później wszyscy wyszliśmy na ulicę i czekaliśmy na taksówkę. Perret był trzeźwy jak rybka. Potrząsnął głową i powiedział: "Strasznie szkoda tego Léviego, to prawdziwa tragedia". A Georges-Henri, upojony szampanem, praktycznie padł przed nim na chodniku na kolana i zaczął go błagać, by zgodził się udzielić ci pożyczki. Pięćdziesiąt procent kosztów studiów i ani centyma mniej. "Jeśli chłopak zdobędzie drugą połowę", mówi, "niech zostanie na uczelni".
- Pan żartuje.
- Bynajmniej.
- Ale następnego ranka odzyskał rozum.
- Nie. Perret kazał mu wszystko poświadczyć pisemnie jeszcze tej samej nocy. On ma zresztą wobec Perreta zobowiązania i wyświadczył mu wiele przysług.
- A jakiego zabezpieczenia chciałby dla pożyczki?
- Żadnego - odparł Vago. - Perret powiedział mu, że jesteś dżentelmenem. I że będziesz dobrze zarabiał po dyplomie.
- Pięćdziesiąt procent! - wykrzyknął Andras. - Mój Boże. Od Pingussona.
Znów popatrzył na miękki profil budynku, jego biały wyniosły dziób.
- Niech mi pan powie, że to nie żarty.
- Nie żartuję. Mam na biurku podpisany list.
- Ale chodzi przecież o tysiące franków.
- Perret przekonał go, że warto ci pomóc.
Andras poczuł, że ściska go w gardle. Nie będzie płakał, nie tutaj, na rogu ulicy w Boulogne-Billancourt. Szurnął butem po chodniku. Musi być jakiś sposób, by zdobyć drugą połowę funduszy. Skoro Perret dokonał dla niego cudu, skoro wytrzasnął dla niego pieniądze i uważał go za dżentelmena, to on musi sprostać wyzwaniu i znaleźć brakującą część. Zrobi, co będzie trzeba. Jak długo szukał pracy? Parę dni? Czternaście godzin? Paryż jest wielkim miastem. Znajdzie pracę. Musi.
Bywały takie dni, gdy w teatrze Sary Bernhardt pojawiał się dobry duszek; przedstawienie powinno się rozsypać, ale jakoś do tego nie dochodziło. W dniu debiutu Marcelle Gérard w tytułowej roli w Matce wszystko zdawało się zmierzać ku katastrofie. Godzinę przed tym, jak kurtyna miała pójść w górę, Marcelle pojawiła się w gabinecie Novaka, grożąc odejściem. Powiedziała mu, że nie jest w stanie sprostać wyzwaniu, że skompromituje się przed publicznością, krytykami, ministrem kultury. Novak ujął jej dłonie i zaczął ją błagać o rozsądek. Wiedział, że ona sprosta tej roli. Na przesłuchaniu wypadła bez zarzutu. Claudine Villareal-Bloch otrzymała rolę tylko dlatego, że Novak nie chciał faworyzować madame Gérard. Choć od ich romansu upłynęło dużo czasu, ludzie wciąż gadali. Bał się, że to dotrze do jego żony właśnie teraz, gdy ich wzajemne stosunki i tak są trudne. Marcelle to oczywiście rozumiała. Przecież rozmawiali o tym, gdy podejmował decyzję o obsadzie. Nie przyszłoby mu do głowy, żeby dać jej tę rolę, gdyby nie pewność, że będzie znakomita. Jej obawy były całkiem zrozumiałe. Przecież nawet sama Sarah Bernhardt musiała pokonać paraliżujący strach przed wyjściem na scenę w roli Fedry w 1879 roku. Nie miał żadnych wątpliwości, że z chwilą gdy Marcelle stanie na scenie, będzie wymarzoną Brechtowską aktorką w tej roli. Ona sama na pewno też to wie. Nie wie? Ale gdy skończył, madame Gérard cofnęła swoje dłonie i bez słowa wróciła do garderoby, zostawiając Novaka samego.
Być może, jego głębokie zatroskanie przywołało tego wieczoru ze ścian teatru ducha samej Sary Bernhardt; być może było to kolektywne zatroskanie całego zespołu, obsady, obsługi technicznej, oświetleniowców, bileterów, kostiumologów, woźnych, garderobianych. Jakikolwiek był tego powód, nim wybiła dziewiąta, wahanie Marcelle Gérard znikło bez śladu. Minister kultury siedział w swojej loży, dyskretnie popijając coś ze srebrnej piersiówki. Były z nim lady Mendl i pani Reginaldowa Fellowes. Lady Mendl miała we włosach pawie pióra, a Daisy Fellowes wyglądała bosko w jedwabnej nefrytowej garsonce od Schiaparelli. Wojna domowa w Hiszpanii przyniosła do Francji modę na komunistyczny teatr. Widownia pękała w szwach. Światła przygasły. I wtedy Marcelle Gérard wkroczyła na scenę i wydała z siebie aksamitny głos jakby samej Sary Bernhardt. Ze swojego miejsca za kulisami Zoltán Novak patrzył, jak madame Gérard daje wirtuozerski popis w roli matki, przy którym gra otumanionej miłością Claudine Villareal-Bloch wydawała się żenująca. Zadowolony odetchnął z ulgą tak głęboko, aż pogratulował sobie w duszy, że żona zabroniła mu palić papierosy ściskające jego pierś jak żelazna obręcz. Jak dobrze pójdzie, nie będzie już musiał leczyć się na suchoty. Czas spędzony w Budapeszcie w łaźniach leczniczych sprawił, że jego płuca oczyściły się ze złej krwi i dolegliwości. Sztuka się obroniła. A jego teatr może nawet przetrwa - kto wie? - pomimo coraz dłuższych rzędów czerwonych cyfr w księgach i długów rosnących uparcie każdego tygodnia.
Ogarnął go tak wspaniały nastrój, gdy po spektaklu wysłuchał pochwał ministra kultury i przekazał je zarumienionej i zdyszanej madame Gérard, że będąc jeszcze w korytarzu przy garderobach, wypił dwa kieliszki szampana, jeden po drugim. Zanim wyszedł, Marcelle zawołała go do swego sanktuarium i pocałowała w usta, tylko raz, niewinnie, jakby wszystko zostało mu wybaczone. O północy wyszedł przez tylne drzwi na nieprzyjemną mżawkę. Żona z pewnością czeka na niego w sypialni, z rozpuszczonymi włosami, spryskana lawendą. Ale nie zdążył zrobić nawet trzech kroków, gdy ktoś zaatakował go od tyłu, chwytając za ramię, aż upuścił teczkę. W ostatnim czasie w okolicy teatru zdarzały się napady rabunkowe; zwykle był bardzo ostrożny, ale dziś szampan sprawił, że zapomniał o ostrożności. Działając za podszeptem instynktu, którego nabył w czasie wojny, odwrócił się z rozmachem i wymierzył napastnikowi cios w żołądek. Ciemnowłosy młodzieniec upadł na krawężnik. Zoltán Novak schylił się po teczkę i dopiero wówczas usłyszał, że tamten stęka. Novak-úr. Novak-úr. Jego własne nazwisko z węgierskim tytułem grzecznościowym. Twarz młodego człowieka wydawała mu się jakby znajoma. Novak pomógł mu wstać i otrzepał mu rękaw z wilgotnych liści. Młodzieniec obmacał ostrożnie swoje żebra.
- Czy ty się w ogóle zastanawiasz? Jak można się tak do kogoś podkradać od tyłu? - powiedział Novak po węgiersku, starając się lepiej dojrzeć twarz chłopca.
- Nie chciał się pan ze mną spotkać w swoim gabinecie - wystękał młody człowiek.
- A powinienem był? My się znamy?
- Andras Lévi - przedstawił się z trudem młodzieniec.
Undrash Lévi. Chłopak z pociągu. Przypomniał sobie zakłopotanie Andrasa w Wiedniu i jego wdzięczność, gdy kupił mu precla. A teraz uderzył biedaka w brzuch. Pokręcił głową i uśmiechnął się żałośnie.
- Panie Lévi - powiedział - proszę przyjąć moje przeprosiny.
- Nie ma o czym mówić - odparł młody człowiek gorzko, masując sobie żebra.
- Pchnąłem pana wprost do rynsztoka - powiedział Novak z konsternacją.
- Nic się nie stało.
- Może pan się ze mną kawałek przejdzie? Mieszkam niedaleko stąd.
Poszli więc razem i Andras opowiedział mu całą historię, począwszy od tego, jak dostał i utracił stypendium, a skończywszy na ofercie Pingussona. To go właśnie sprowadza. Po prostu musiał znów porozmawiać z Novakiem. Jest gotów podjąć się najgorszej pracy. Naprawdę jakiejkolwiek. Może pastować buty aktorom, zamiatać podłogi lub opróżniać popielniczki. Musi zacząć zarabiać na swoje pięćdziesiąt procent. Pierwszą opłatę ma wnieść już za trzy tygodnie.
W tym momencie znaleźli się przed domem Novaka na rue de S?vres. Na górze w zasłoniętych oknach sypialni paliło się światło. Mgła zmoczyła Novakowi włosy i osiadła na rękawach jego płaszcza; obok Lévi drżał z zimna w cienkiej marynarce. Novak przypomniał sobie księgi rachunkowe, które zamknął tuż przed pójściem na przedstawienie. Księgowy wpisał tam czerwonym atramentem równiutkie kolumny cyfr świadczących o trudnym położeniu teatru Sary Bernhardt. Jeszcze kilka tygodni na minusie i będą musieli go zamknąć. Z drugiej strony, z Marcelle Gérard w roli matki, kto wie, co się może zdarzyć? Wiedział, co się dzieje w Europie Wschodniej, zdawał sobie sprawę, że wycofanie funduszy na stypendium Andrasa to tylko jeden z symptomów znacznie poważniejszej choroby. Za młodu widział na Węgrzech zdolnych żydowskich młodzieńców, którzy padali ofiarą numerus clausus. Zdało mu się zbrodnią, by ten młody człowiek musiał się ugiąć teraz, gdy udało mu się dotrzeć aż tutaj. Teatr nie był organizacją charytatywną, lecz chłopak nie prosił przecież o jałmużnę. Szukał pracy. Chciał robić cokolwiek. Zatrudnienie kogoś, kto potrzebuje pracy, z pewnością byłoby w zgodzie z duchem sztuki Brechta. A czyż sama Sarah Bernhardt nie była Żydówką? Jej matka była żydowską prostytutką z Holandii, a przecież Żydem jest się po matce. On to wiedział. Choć ochrzczono go w katolickim kościele i posłano do katolickich szkół, jego matka też była Żydówką.
- Dobrze, panie Lévi - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu chłopca. - Proszę przyjść do teatru jutro po południu.
Andras uśmiechnął się do niego tak promiennie i z taką wdzięcznością, że Novak poczuł ukłucie strachu. Takie zaufanie. Tyle nadziei. Wolał nawet nie myśleć, co grozi na świecie takiemu chłopcu jak Andras Lévi.
Rozdział szósty
W Matce grało dwadzieścia siedem osób: dziewięć aktorek i osiemnastu aktorów. Pracowali po sześć dni w tygodniu, by dać siedem przedstawień. Za kulisami na nic nie było czasu i wszyscy mieli rozliczne potrzeby. Trzeba było naprawiać i prasować kostiumy, wyprowadzać na spacer pieski, wysyłać listy, parzyć herbatkę na struny głosowe, zamawiać obiady. Od czasu do czasu potrzebny był dentysta lub lekarz. Musieli powtarzać kwestie i odbywać krótkie regenerujące drzemki. Trzeba było pielęgnować romanse poza sceną. Dwaj mężczyźni zakochani w dwóch kobietach, a każda z nich kochała nie tego mężczyznę, co trzeba. Pomiędzy zakochanymi fruwały liściki. Wysyłano, otrzymywano i niszczono kwiaty. Wysyłano i zjadano czekoladki.
Andras trafił do tego tygla gotów do pracy. Asystent inspicjenta natychmiast skierował go do zajęć. Jeśli panu Hammondowi urwała się sznurówka, Andras miał mu znaleźć nową. Jeśli pudelek madame Pillol zgłodniał, zadaniem Andrasa było go nakarmić. Liściki krążyły pomiędzy dyrekcją a gwiazdami, pomiędzy inspicjentem a jego asystentem, pomiędzy kochankami. Gdy do teatru przybyła pozbawiona roli Claudine Villareal-Bloch, chcąc wrócić na afisz, należało ją ukoić komplementami (w gruncie rzeczy asystent inspicjenta powiedział Andrasowi, że Villareal-Bloch została na dobre zwolniona; Marcelle Gérard była tak dobra w tej roli, że po raz pierwszy od pięciu lat teatr Bernhardt wyprzedawał bilety każdego wieczoru). Andras nie bardzo sobie wyobrażał, jak przedtem udawało się cokolwiek załatwić bez niego. Zanim rozpoczęło się przedstawienie w pierwszym dniu jego pracy, był tak wyczerpany, że nie miał siły go nawet obejrzeć zza kulis. Zasnął na kanapie, ale nie wiedział, że jest ona potrzebna do drugiego aktu, i obudził się w ostatniej chwili, gdy dwaj maszyniści podnieśli ją i ruszyli na scenę. Zeskoczył z mebla w momencie, gdy aktorzy schodzili ze sceny po pierwszym akcie, i natychmiast znalazł się pod ostrzałem niezliczonych próśb o pomoc.
Tego wieczoru został w pracy jeszcze długo po przedstawieniu. Claudel, asystent inspicjenta, powiedział mu, że musi zawsze poczekać, aż wszyscy aktorzy pójdą do domu; dziś ociągała się Marcelle Gérard. Tkwił pod jej garderobą, czekając, aż skończy rozmawiać z Zoltánem Novakiem. Wyczuwał nutkę podekscytowania w jej szybkiej francuszczyźnie dobiegającej zza drzwi. Podobała mu się i nie miałby nic przeciwko temu, by pomóc jej w czymś jeszcze, nim pójdzie do domu. W końcu monsieur Novak pojawił się w drzwiach, z lekko zmarszczonym czołem. Wyglądał na zaskoczonego widokiem Andrasa.
- Już północ, chłopcze - powiedział. - Czas iść do domu.
- Monsieur Claudel kazał mi zostać, póki nie wyjdą wszyscy aktorzy.
- Ach tak. Dobra robota. Mam tu coś dla ciebie, kup sobie coś do jedzenia, to zaliczka na pierwszą tygodniówkę - powiedział Novak, wręczając Andrasowi zwitek banknotów. - Kup sobie porządną kolację, nie precel - dodał, idąc w stronę gabinetu i masując dłonią kark.
Andras rozwinął banknoty. Dwieście pięćdziesiąt frnaków. Wystarczy na obiady w klubie studenckim na dwa tygodnie. Zagwizdał cicho z podziwem i włożył pieniądze do kieszeni marynarki.
Z garderoby wyłoniła się madame Gérard, bez makijażu scenicznego jej szeroka twarz wyglądała blado i zwyczajnie. W ręku trzymała brązową turecką walizkę, a na szyi miała zawiązany szalik, jakby czekała ją daleka droga do domu. Claudel powiedział jednak, że madame Gérard ma jeździć taksówką, więc Andras poprosił ją, żeby poczekała przy wyjściu, podczas gdy sam wyszedł zatrzymać auto na quai de Gesvres. O tej porze nie było już amatorów autografów. Madame Gérard dała ich ponad sto przy wyjściu dla artystów po przedstawieniu. Gdy szli w stronę krawężnika, Andras wziął ją pod rękę. Czuł, że tweed jej płaszcza jest cienki i wytarty na łokciu. Zatrzymała się przy otwartych drzwiach taksówki i spojrzała mu w oczy. Jej twarz okalał szalik, miała szerokie wypukłe czoło i cienkie kreski brwi; widoczne kości policzkowe nadawały jej szlachetny wygląd, mogłaby zagrać królową, jednak służyły jej równie dobrze w roli matki z proletariatu.
- Jesteś tu nowy - zainteresowała się. - Jak się nazywasz?
- Andras Lévi - odparł z lekkim ukłonem.
Powtórzyła to dwukrotnie, jakby uczyła się jego nazwiska na pamięć.
- Miło mi cię poznać, Andras Lévi. Dziękuję za taksówkę.
Wsiadła do auta, otuliła nogi połami płaszcza i zamknęła drzwi. Gdy patrzył, jak taksówka jedzie wzdłuż quai de Gesvres w stronę pont d'Arcole, zorientował się, że ponownie odtwarza ich krótki dialog w myślach. Wydawało mu się, że słyszy jej słowa tr?s heureux de faire votre connaissance, co po węgiersku brzmiało örülök, hogy megismerhetem. Jak to możliwe, że tr?s heureux brzmiało zupełnie jak örülök? Czy wszyscy w Paryżu są po cichu Węgrami? Zaśmiał się do siebie na głos: kobiety z prawego brzegu ubrane w futra, teatromani w długich limuzynach, wielbiący jazz studenci w wyświeconych marynarkach, wszyscy oni, gdy zajadają bouillabaisse z bagietką, tak naprawdę mają chętkę na faszerowaną paprykę z pajdą chłopskiego chleba. Gdy przechodził przez most, czuł coraz wyraźniej lekkość w piersi. Miał pracę. Zarobi na swoje pięćdziesiąt procent. Na stole czekały zatemperowane ołówki i niewykluczone, że jeszcze dziś w nocy skończy rysunki dworca d'Orsay.
Pracował całą noc bez przerwy i udało mu się nie zasnąć w czasie porannych zajęć. Potem położył się w kącie biblioteki i spał kilka godzin. Gdy się obudził, do klapy marynarki miał przypiętą wiadomość napisaną ręką Rosena: "Spotkajmy się w Blue Dove o piątej, leniu jeden". Andras usiadł i przetarł oczy pięściami. Wyciągnął z kieszeni zegarek ojca i sprawdził godzinę. Czwarta. Za trzy godziny znów musi iść do pracy. Teraz miał ochotę pójść do domu i położyć się do łóżka. Powlókł się do toalety, gdzie zauważył, że gdy spał, na jego górnej wardze pojawił się namalowany tuszem wąsik a la Clark Gable. Zostawił wąsik, przeczesał włosy palcami i pociągnął za poły marynarki.
Blue Dove Café była o pół godziny drogi bulwarem Raspail, przez most i uliczkami Dzielnicy Łacińskiej. Andras pojawił się jako pierwszy. Usiadł przy stoliku na tyłach, obok baru, i zamówił najtańszą pozycję z karty - dzbanek herbaty. Herbatę serwowano z dwoma maślanymi herbatnikami, każdy z migdałem pośrodku. To dlatego studenci tak lubili Blue Dove Café. Za szczodrość. W Dzielnicy Łacińskiej rzadko serwowano z herbatą dwa ciastka, a już na pewno nie z migdałami. Gdy zjadł herbatniki i wypił herbatę, pojawili się Rosen, Polaner i Ben Yakov. Zdjęli szaliki i przyciągnęli krzesła do stolika. Rosen ucałował Andrasa w oba policzki.
- Cudowny wąsik - powiedział.
- Myśleliśmy, że nie żyjesz - dodał Ben Yakov. - Albo straciłeś przytomność.
- Prawie umarłem.
- Zrobiliśmy zakłady. Rosen uważał, że będziesz spał całą noc. Ja założyłem się, że przyjdziesz. Polaner wstrzymał się od zakładów, bo nie ma pieniędzy.
Polaner się zaczerwienił. Z całej trójki to on pochodził z najbogatszej rodziny, jej królestwem był przemysł tekstylny w Krakowie, ale ojciec Polanera nie miał pojęcia, jakie są ceny w Paryżu. Pieniądze, które mu wysyłał co miesiąc, nie wystarczały na jedzenie i ubrania. A Polaner, wiedząc, że jego dług wobec ojca rośnie, nie chciał prosić o więcej. Wychowany w bogatej rodzinie, nigdy nie pracował i nie przychodziło mu do głowy, by rozwiązać swój problem zarobieniem pieniędzy. Zamawiał więc w kawiarniach gorącą wodę, reperował buty gęstym gipsem używanym do budowy makiet i zabierał na później dodatkowy chleb z klubowej stołówki.
Andras wiedział, że skoro ma w kieszeni zwitek banknotów, to przyszła jego kolej, by postawić wszystkim drinki. Zamówili whisky z wodą sodową w małych szklaneczkach, drink amerykańskich gwiazd filmowych. Przeklinali węgierski rząd za próbę wyeliminowania Andrasa z ich towarzystwa, a następnie wypili za jego nową rolę posłańca z liścikami miłosnymi aktorów i opiekuna psów. Gdy nic już nie zostało z whisky and soda, zamówili jeszcze jeden duży dzbanek herbaty.
- Ben Yakov ma dziś schadzkę - obwieścił Rosen.
- Jak to schadzkę? - zapytał Andras.
- Randkę. Spotkanie. Być może romantycznej natury.
- Z kim?
- Z piękną Lucią, a z kim? - odparł Rosen.
Ben Yakov zaplótł palce i wyginał je w cichym poczuciu triumfu. Nad stolikiem zaległa cisza. Wszyscy podziwiali Lucię z jej głębokim, aksamitnym głosem i skórą w kolorze polerowanego mahoniu. W nocy, gdy leżeli samotnie w łóżkach, wyobrażali sobie, że zdejmuje ubranie i halkę i stoi przed nimi naga w ich ciemnych pokojach. W dzień deprymowały ich uzdolnienia, jakimi wykazywała się na zajęciach w pracowni. Nie tylko pracowała w biurze, ale była także studentką czwartego roku, jedną z najlepszych, i chodziły słuchy, że jej prace chwalił sam Mallet-Stevens.
- Zdrowie Bena Yakova - zaproponował Andras, unosząc swoją filiżankę.
- Zdrowie - powtórzyli.
Ben Yakov podniósł dłoń w skromnym proteście.
- Oczywiście od niego nigdy się nie dowiemy, co zaszło - powiedział Rosen. - Romanse Bena Yakova są jego prywatną sprawą.
- W przeciwieństwie do romansów monsieur Rosena - wtrącił Ben Yakov. - Te są publiczną własnością. Gdyby tylko wiedziały o tym twoje kobiety!
- To przecież miasto miłości - zaoponował Rosen. - Wszyscy powinniśmy się kochać.
Użył wulgarnego słowa baiser.
- Co się stało, Polaner? Obraziłem cię?
- Nie słuchałem.
- Polaner jest dżentelmenem - powiedział Ben Yakov. - Dżentelmeni ne baisent pas.
- Przeciwnie - wtrącił Andras. - Dżentelmeni to wielcy baiseurs. Właśnie skończyłem czytać Les Liaisons dangereuses. Pełno tam dżentelmenów, którzy baisent.
- Nie jestem pewien, czy masz kwalifikacje, by wziąć udział w tej rozmowie - zaprotestował Rosen. - Polaner przynajmniej ma w kraju petite amie. Swoją krakowską narzeczoną, mam rację? - Uderzył Polanera w ramię, a ten znów się zaczerwienił.
Wspominał o listach od dziewczyny, córki producenta wełny, którą miał poślubić z woli ojca.
- On już to robił, czy chce o tym mówić, czy nie - ciągnął Rosen. - Ale ty, Andras, jeszcze tego nie robiłeś.
- To nieprawda - powiedział Andras, choć tak właśnie było.
- Paryż jest pełen dziewcząt - nie dawał za wygraną Rosen. - Powinniśmy umówić cię na randkę. Mam na myśli spotkanie zawodowe.
- Za czyje pieniądze? - zainteresował się Ben Yakov.
- Czyż artyści nie powinni mieć mecenasów? - wykrzyknął Rosen. - Gdzie się podziali nasi mecenasi?
Wstał i powtórzył to pytanie głośno w stronę sali. Paru klientów baru wzniosło w górę szklanki. Ale nie było wśród nich potencjalnych mecenasów; wszyscy byli studentami, na stolikach przed nimi były dzbanki z herbatą, talerzyki z herbatnikami, lewicowe gazety, a na grzbietach mieli poprzecierane marynarki.
- Przynajmniej znalazłem pracę - powiedział Andras.
- Oszczędzaj, oszczędzaj! - krzyknął Rosen. - Nie możesz przecież pozostać prawiczkiem.
W pracy biegał od jednego zlecenia do następnego, jak podkuchenny w kuchni wydającej dwunastodaniowy obiad. Kończył robić jedną rzecz i już musiał brać się za następną. Presja czasu wciąż rosła. Claudel, asystent inspicjenta, miał prawdziwie baskijski temperament i bywało, że rzucał rekwizytami, które przed ponownym występem szły do naprawy. Z tego też powodu odszedł szef rekwizytorni, a same rekwizyty popadały w coraz bardziej opłakany stan. Claudel terroryzował suflerów, maszynistów, asystenta reżysera i garderobianą. Terroryzował nawet swego przełożonego, samego inspicjenta, monsieur d'Aubigné, który za bardzo go się bał, by poskarżyć się Novakowi. Claudel szczególnie upodobał sobie terroryzowanie Andrasa, który zawsze starał się być pod ręką. Andras wiedział, że Claudel nie ma złych intecji. Był perfekcjonistą, a każdy perfekcjonista dostałby szału za kulisami teatru Bernhardt. Liściki przepadały, wszędzie walały się bezpańskie rekwizyty, ginęły istotne części kostiumów, nikt nigdy nie wiedział, ile jeszcze czasu zostało do kurtyny lub do końca przerwy. Wydawało się cudem, że spektakle w ogóle się odbywają. W ciągu pierwszego tygodnia Andras zbudował skrzynki pocztowe do komunikacji pomiędzy inspicjentem, asystentem inspicjenta, dyrektorem, obsadą i obsługą techniczną. Kupił dwa tanie zagary ścienne i powiesił je za kulisami; zbił kilka surowych półek i poustawiał na nich rekwizyty, oznaczając każde miejsce informacją, do którego aktu i sceny są potrzebne. Po kilku dniach w teatrze atmosfera się uspokoiła. Bywało, że zagrano cały akt, a Claudel nie wybuchnął ani razu. Maszyniści powiedzieli o tym inspicjentowi, który powiedział o tym Zoltánowi Novakowi, a sam Novak pogratulował Andrasowi. Ośmielony sukcesem Andras poprosił o siedemdziesiąt pięć franków tygodniowo na kawę, śmietankę, herbatniki czekoladowe i chleb z dżemem dla wszystkich pracowników za kulisami; pieniądze otrzymał. Wkrótce jego skrzynka pocztowa zapełniła się liścikami z wyrazami wdzięczności.
Szczególnie interesowała się Andrasem madame Gérard. Wołała go nie tylko wtedy, gdy trzeba było coś załatwić, ale także dla towarzystwa. Po przedstawieniu, gdy reszta obsady już poszła do domu, lubiła, by Andras siedział u niej w garderobie i rozmawiał z nią, podczas gdy zmywała makijaż. Demakijaż trwał bardzo długo i Andras zaczął podejrzewać, że ona boi się iść do domu. Wiedział, że mieszka sama, choć nie wiedział gdzie. Wyobrażał sobie różowe mieszkanie wyklejone starymi plakatami teatralnymi. Niewiele mówiła o własnym życiu, ale dowiedział się, że odgadł jej pochodzenie: urodziła się w Budapeszcie; matka nauczyła młodą Marcelle i węgierskiego, i francuskiego. Ale od Andrasa wymagała mówienia po francusku. Praktyka to najlepszy sposób, by nauczyć się języka, powtarzała. Chętnie słuchała opowieści o Budapeszcie, o pracy w "Past and Future", o jego rodzinie. Opowiedział jej o tanecznym talencie Mátyása i planowanym wyjeździe Tibora do Modeny.
- A czy Tibor zna włoski? - zapytała, wcierając krem w czoło. - Uczył się tego języka?
- Nauczy się szybciej niż ja francuskiego. W szkole zdobył trzy lata z rzędu nagrodę z łaciny.
- Pewnie nie może się już doczekać?
- To prawda - odparł Andras. - Ale musi wytrwać do stycznia.
- A czym się jeszcze interesuje poza medycyną?
- Polityką. Sprawami międzynarodowymi.
- Jak to młody człowiek. Ale czym jeszcze? Co robi, gdy ma trochę wolnego czasu? Ma przyjaciółkę? Czy będzie musiał kogoś zostawić w Budapeszcie?
Andras potrząsnął głową.
- Pracuje dzień i noc. Nie ma wolnego czasu.
- No tak - westchnęła madame Gérard, przecierając policzki wilgotną gąbką.
Spojrzała na Andrasa nieobecnym wzrokiem, z wysoko podniesionymi wąskimi łukami brwi.
- No a ty? - zapytała. - Pewnie masz jakąś przyjaciółkę?
Andras zaczerwienił się głęboko. Nigdy nie rozmawiał na ten temat z dojrzałą kobietą, nawet z własną matką.
- Ani widu, ani słychu - odparł.
- Rozumiem - powiedziała madame Gérard. - Może więc nie będziesz miał nic przeciwko zaproszeniu na obiad do mojej przyjaciółki. Węgierka, którą znam, utalentowana nauczycielka tańca klasycznego, ma córkę o kilka lat młodszą od ciebie. Bardzo ładna dziewczyna, na imię jej Elisabet. Wysoka blondynka, bardzo zdolna, ma świetne stopnie z matematyki. Wygrała jakiś paryski konkurs matematyczny, biedaczka. Na pewno zna węgierski, choć uważa się za Francuzkę. Może przedstawi ci paru przyjaciół.
Wysoka blondynka, Francuzka, która zna węgierski i może mu pokazać inne oblicze Paryża: nie mógł przecież odmówić. W myślach słyszał Rosena, jak mu powtarza, że nie może na zawsze zostać prawiczkiem. Odpowiedział więc, że będzie mu bardzo miło przyjąć zaproszenie na obiad w domu przyjaciółki Marcelle Gérard. Madame Gérard zanotowała adres i nazwisko na odwrocie własnej wizytówki.
- A więc w niedzielę w południe - powiedziała. - Niestety sama nie będę mogła przyjść, bo przyjęłam już inne zaproszenie. Ale zapewniam cię, że nie masz się czego obawiać ze strony Elisabet ani jej matki.
Wręczyła mu wizytówkę.
- Mieszkają niedaleko stąd, w Marais.
Spojrzał na adres, zastanawiając się, czy dom jest w tej części Marais, którą odwiedził w ramach lekcji historii. I nagle doznał gwałtownego wstrząsu i musiał przeczytać adres po raz drugi. "Morgenstern - napisała madame Gérard - 39 rue de Sévigné".
- Morgenstern - powiedział na głos.
- Tak. Dom stoi na rogu rue d'Ormesson. - W tym momencie zauważyła coś dziwnego w wyrazie twarzy Andrasa. - Coś nie tak?
Miał ochotę wszystko jej powiedzieć o swojej wizycie w domu na Benczúr utca, o liście, który przywiózł do Paryża, ale przypomniał sobie prośbę pani Hász o dyskrecję i szybko ochłonął.
- Nic takiego - odparł. - Po prostu już dawno nie przebywałem w kulturalnym towarzystwie, to wszystko.
- Na pewno znakomicie sobie poradzisz - zapewniła go madame Gérard. - Większy z ciebie dżentelmen niż wszyscy znani mi dżentelmeni razem wzięci.
Wstała i posłała mu swój królewski uśmiech - coś w rodzaju prywatnego przedstawienia dowodzącego własnego autorytetu i elegancji. Następnie owinęła się chińskim szlafrokiem i wycofała za ozdobiony złotymi lipami parawan.
Tej nocy siedział na łóżku i wpatrywał się w adres na wizytówce. Wiedział, że świat węgierskiej emigracji w Paryżu jest mały i że madame Gérard jest w nim znakomicie ustosunkowana. Czuł jednak, że ten przypadek musi mieć jakieś głębsze znaczenie. Był pewien, że zapamiętał adres właściwie. Nie przekręcił nazwiska Morgenstern ani nazwy ulicy rue de Sévigné. Ekscytowała go myśl, że dowie się, czy Tibor miał rację, zgadując, że list był adresowany do dawnej miłości starszej pani Hász. Gdy przybędzie do Morgensternów, czy zastanie tam siwowłosego dżentelmena - być może teścia madame Morgenstern - który jest tym tajemniczym "C"? Jaki jest związek Hászów z Budapesztu z nauczycielką tańca z Marais? I jak uda mu się nie wspomnieć o tym wszystkim Józsefowi Hászowi, gdy znów go spotka?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki