Niepewność - Lauren Rowe

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jonas

W tej chwili w moim salonie stoją dwie roztrzęsione, rozdygotane kobiety - i nie mam tu na myśli przyjemnego roztrzęsienia i rozdygotania. Sarah i Kat umierają ze strachu, odchodzą od zmysłów na myśl, że ktoś włamuje się do ich mieszkań i kradnie ich komputery (na pewno ci skurwiele z Klubu), i zastanawiają się, czy dzisiejsze wydarzenia to już wszystko, co może je spotkać, czy tylko wierzchołek góry lodowej. Wcale się nie dziwię, że są przerażone. Teraz, gdy Sarah zna prawdę o Klubie - a oni wiedzą, że ona wie - nie wiadomo, do czego są w stanie posunąć się ci dranie, żeby chronić swój megadochodowy krąg prostytucji, obejmujący zasięgiem całą ziemię. Ja w każdym razie nie zamierzam czekać, żeby się o tym przekonać. Załatwię skurwieli.

Fakt, nie mam najmniejszego pojęcia, jak się za to zabrać, ale kiedy już coś wymyślę, zrobię to raz na zawsze, nieodwołalnie i skutecznie. Koniec, kropka. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Cholera.

Szczerze mówiąc, nie sądzę, że uporam się z tym sam - nie przywykłem do roli superbohatera - ale kiedy przyjedzie tu mój brat i połączymy nasze superbliźniacze siły, kiedy do mojej inteligencji dojdzie błyskotliwość Josha i jeszcze umiejętności jego kumpla hakera - choć nie mam pojęcia, kim on naprawdę jest - nic nas nie powstrzyma. Na pewno.

Jakim cudem wszystko się tak cholernie pokomplikowało? Zaledwie godzinę temu byliśmy z Sarah w siódmym niebie, wróciliśmy do Seattle z magicznej podróży do Belize, lecieliśmy jak na skrzydłach do jej mieszkania, upojeni sobą i życiem, doświadczyliśmy w ciągu minionych czterech dni wszelkich znanych ludzkości form ekstazy. W Belize wspinaliśmy się na wodospady i skakali w otchłań, i raz za razem zdobywaliśmy Mount Everest w naszym dwuosobowym domku na drzewie, co chwila odkrywaliśmy z zadziwiającą siłą i wyrazistością, że jesteśmy dla siebie stworzeni pod każdym możliwym względem.

Tam, w Belize, z Sarah... Przechodzą mnie dreszcze na samo wspomnienie tego, jak bardzo byłem... szczęśliwy, autentycznie szczęśliwy, po raz pierwszy w życiu, a w każdym razie po raz pierwszy, odkąd miałem siedem lat.

Naga Sarah w moich ramionach przez całą noc, gdy dotykałem każdego skrawka jej ciała, patrzyłem w jej wielkie piwne oczy, kochałem się z nią raz za razem, siedziałem na tarasie naszego domku na drzewie i trzymałem ją za rękę, wsłuchany w odgłosy dżungli, godzinami rozmawiałem z nią o wszystkim i o niczym, śmiałem się, aż brakło mi tchu, opowiadałem jej rzeczy, których nigdy nikomu nie mówiłem, także te, których się wstydzę, albo po prostu siedziałem zafascynowany i patrzyłem, jak je cholerne mango. Nie ma znaczenia, co robiliśmy; dzięki niej uwierzyłem w tęcze, jednorożce i nawet w największą bzdurę, którą ci wciskają w walentynki - że można żyć długo i szczęśliwie. (Poważnie, równie dobrze mógłbym teraz napisać list z przeprosinami do wszystkich idiotycznych pisemek kobiecych i z krótką informacją - wasze na górze, dranie). To, czego doświadczyliśmy z Sarą w Belize, to nic innego jak byt idealny Platona.

A potem wracamy do Seattle i bomba wybucha. Ktoś włamał się do mieszkania Sarah i ukradł jej komputer. Teraz, nic dziwnego, umiera ze strachu, a ja stoję obok niej jak głupek, z szeroko otwartymi ustami i zastanawiam się idiotycznie, co w tej sytuacji robiłby Superman?

Muszę opracować niezawodną taktykę, żeby pokonać Klub - i przysięgam, że kiedy tylko zjawi się tu Josh, coś przyjdzie mi do głowy, na sto procent, ale w tej chwili jestem zbyt spięty, by myśleć logicznie. Zdany sam na siebie mam ochotę na jedno - zamknąć Sarah w ramionach i kochać się z nią, powoli, leniwie, czule, i szeptać jej przy tym "Kocham cię" do ucha.

Miałem okazję, żeby wypowiedzieć te dwa słowa w limuzynie wiozącej nas do domu, ale, jak prawdziwy tchórz, którym jestem, nie skorzystałem z okazji. Chciałem to zrobić, naprawdę, ale jechaliśmy po Kat, krew dudniła mi w uszach, a chciałem to zarazem powiedzieć i jej okazać. A dwie minuty później Kat wskoczyła na tylne siedzenie limuzyny i obie zaraz zaczęły szlochać, obejmować się i gadać i odpowiednia chwila przeminęła z wiatrem. No dobra, super, przyznaję, do cholery, spieprzyłem sprawę, wiem. Powinienem był to powiedzieć.

No i teraz jesteśmy u mnie - z Kat w roli ogona, ma się rozumieć - a ja stoję z namiotem, jak zwykle przy Sarah, i generalnie jestem w dupie. Myślę o jednym - że chcę się nią kochać i wyszeptać jej te dwa słowa do ucha - i jednocześnie jestem wściekły na siebie, że w takiej chwili mam w głowie właśnie to. Oczywiste, że seks to ostatnie, na co Sarah ma teraz ochotę, i wcale się jej nie dziwię. Jest przerażona, zmartwiona, rozbita i spanikowana - tak samo zareagowałby każdy normalny człowiek. W tej chwili potrzebuje u boku silnego faceta, przy którym poczuje się bezpiecznie, a nie idioty, który uparcie szturcha ją w biodro wiecznym wzwodem. Naprawdę. Ale nic na to nie poradzę. Podnieca mnie i tyle, bez względu na okoliczności, nawet kiedy świat wali się nam na głowę.

Patrzę na nie. Usiadły na kanapie i rozmawiają cicho. Sarh wydaje się bardzo spięta. Kat obejmuje ją ramieniem i pociesza. Wyglądają na kompletnie wyczerpane - zwłaszcza Sarah, która po całodziennej podróży wróciła do mieszkania - i zobaczyła ślady włamania.

Kiedy patrzę na jej śliczną twarz, gdy rozmawia z Kat, z coraz większą jasnością uświadamiam sobie, co ze mnie za dupek, bo myślę to, co myślę. Muszę wziąć się w garść i skoncentrować na niej. Muszę jakoś oddzielić umysł od nienasyconego ciała. Muszę odnaleźć w sobie lepszą wersję siebie - ideał Jonasa Faradaya. Wyobrazić sobie perfekcyjny wzór mnie. O tak, wyobrazić sobie perfekcyjny wzór. Oddycham głęboko. Wyobraź sobie perfekcyjny wzór.

- Podać wam coś? - pytam cicho. - Chcecie się czegoś napić? Coś zjeść?

Sarah zaprzecza ruchem głowy i już otwiera usta, żeby coś powiedzieć.

- Masz tequilę? - rzuca Kat.

Uśmiecham się. Nasłuchałem się od Sarah opowieści o jej Najlepszej Przyjaciółce Kat.

- Nie mam pojęcia, co jest w domu - mówię. - Ale sprawdzę. - Sam nie pijam tequili, ale Josh za nią przepada. Na pewno zostawił u mnie jakąś butelkę.

Zerkam na Sarah.

Uśmiecha się do mnie słabo - ale nawet kiedy jest zmęczona, w jej oczach kryje się ciepło. Zaraz, zaraz, ale czy przypadkiem nie widzę w nich czegoś jeszcze? Czyżby to było pożądanie?

Chcę odwzajemnić uśmiech, ale jestem na to zbyt spięty. Czuję, że drżą mi wargi, więc odwracam głowę. Chciałbym, żebyśmy byli sami, we dwoje. Dlaczego ten cały syf z Klubem wisi nam nad głową? Chciałbym, żebyśmy nadal byli w Belize.

Idę do kuchni, sprawdzić, jakiż to trunek szanowny braciszek po sobie zostawił. I bingo. W rogu szafki kuchennej stoi wielka butla tequili Gran Patron. Mogłem się tego spodziewać - dla Josha tylko to, co najlepsze.

Szukam kieliszków.

Słyszę, jak Sarah i Kat mówią coś cicho, zdenerwowane, spięte. Oczywiste, że Sarah jest przerażona i zmartwiona i... tylko to. Tak, na pewno sobie tylko wyobrażałem pożądanie w jej oczach - pewnie dlatego, że po prostu chciałbym je tam zobaczyć. Muszę się skoncentrować na tym, co teraz powinna zrobić, a nie na tym, czego sam chcę - czego zawsze chcę. Sarah na to nie zasługuje.

Ta cała sytuacja to jedno wielkie pole minowe, naprawdę czemu, do cholery, w ogóle wstąpiłem do tego Klubu? Czemu, do jasnej cholery przeleciałem Stacy Udawaczkę, czy może powinienem raczej powiedzieć - Stacy Prostytutkę? Jezu. Dlaczego, na miłość boską, nie pozwoliłem Sarah zabrać ze sobą komputera, kiedy jechaliśmy do Belize, skoro tak tego chciała? I dlaczego, przede wszystkim, nie zdałem się na jej intuicję?

Od samego początku, jeszcze zanim Stacy zaatakowała Sarah w łazience w tamtym sportowym barze, Sarah powtarzała mi: "Cały czas mam wrażenie, że to, co zrobiłam, będzie miało konsekwencje", jakby fakt, że skontaktowała się ze mną, wbrew zasadom Klubu, był co najmniej grzechem śmiertelnym. "Przecież nie złamałaś zasad Kościoła", zbyłem ją żartobliwie. Totalnie nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji. Dlaczego nie zatrzymałem się i nie posłuchałem jej uważnie? Jest tak cholernie mądra; mogłem się domyślić, że trzeba traktować ją poważnie, bez względu na okoliczności. Gdybym jej wtedy wysłuchał, zamiast wymachiwać ptakiem na wszystkie strony i udawać, że, jak zwykle, pozjadałem wszystkie rozumy, może nie doszłoby do tego wszystkiego. Pod wieloma względami to ja wszystko spieprzyłem. Tak więc teraz to ja muszę to wszystko naprawić.

Nie mogę nigdzie znaleźć kieliszków, muszą nam wystarczyć zwykłe szklanki do soku. Zaglądam do lodówki w poszukiwaniu limonki. Nic z tego. Nalewam tequili do trzech szklanek i wracam do saloniku z solniczką w dłoni.

Podaję im drinki.

- Nie mam limonki, przykro mi - mówię.

- Zdrówko. - Kat bierze ode mnie solniczkę. - Twoje, Jonas. Dzięki za gościnność. - Unosi szklankę. - Miło cię poznać, tak przy okazji.

- Wzajemnie. Jesteś dokładnie taka, jak opowiadała Sarah.

Sarah uśmiecha się znacząco. Pamięta doskonale, jak opisywała Kat - "imprezowiczka o złotym sercu".

Uderzam szklanką w szklankę Kat.

- Przykro mi, że poznajemy się w takich okolicznościach - mówię.

- Cóż, tym razem przynajmniej naprawdę cię poznałam, a nie tylko śledziłam w barze. - Urywa nagle. Gryzie się w język.

Poruszam się niespokojnie i głośno wypuszczam powietrze z płuc. Tak, Kat, pieprzyłem się z cholerną Udawaczką Stacy, Która Okazała się Prostytutką tej nocy, gdy razem z Sarah śledziłyście mnie w The Pine Box. Fajnie, że mi przypominasz ten meganiezręczny fakt, i to w towarzystwie mojej dziewczyny, pijąc na mojej kanapie moją drogą tequilę.

Zerkam na Sarah, szukam w jej twarzy oznak upokorzenia, urazy czy wstydu, ale nic takiego nie widzę, tak mi się przynajmniej zdaje.

Kat rumieni się po uszy.

- Przepraszam - mruczy.

Sarah obejmuje ją ramieniem.

- Nic się nie stało. - Patrzy na mnie znacząco. - Mam to wszystko w nosie. - Wzrusza ramionami. - Naprawdę.

Och. Moja Sarah Wspaniała.

Od początku pytałem ją, czy zdoła przejść do porządku dziennego nad długą (dłuuuuugą) listą kobiet, z którymi sypiałem, a także roczną kolekcją partnerek, dla których zapisałem się do Klubu, i od początku twierdziła, że tak. I ani razu nie zmieniła zdania. Ani razu. Bo moja Sarah jest naprawdę wyjątkowa.

Kat szepcze jej coś do ucha. Sarah uśmiecha się i kiwa głową.

Nie mam nic przeciwko Kat, ale czy naprawdę musi tu być? Chciałbym zerwać z Sarah ubranie, kochać się z nią tu i teraz, na kanapie w salonie. Ale ta cholerna Kat siedzi obok niej, uśmiecha się i patrzy na mnie z tym samym wyrazem twarzy co mój cholerny brat.

- Do dna - mówi Kat. Zlizuje sól z dłoni i jednym haustem opróżnia szklankę. - Dobre. - Wydyma usta, oddycha głęboko.

Naśladuję jej ruch. Zadziwiająco delikatny trunek. Nie pijam tequili. Jest lepsza niż w moich wspomnieniach.

Sarah nie pije. Przygląda mi się intensywnie, jak kotka.

Coś w jej wzroku sprawia, że przeszywa mnie dreszcz - chyba jednak wcale sobie nie wyobrażałem spojrzenia z gatunku: weź mnie.

- Pijesz czy nie? - Kat szturcha ją w ramię.

Sarah nie spuszcza mnie z oka. Nasypuje odrobinę soli na dłoń i powoli, bardzo powoli, zlizuje ją całą szerokością języka. Unosi szklankę do pięknych ust i wypija całą podwójną tequilę jednym haustem, nawet się nie krzywiąc. Pochyla głowę i leniwie oblizuje wargi, uśmiechając się przy tym lekko, i cały czas patrzy na mnie.

Cholera jasna. Stoi mi. Nigdy nie widziałem, jak pije alkohol. Sposób, w jaki przełykała tequilę, był taki seksowny, taki zmysłowy, że w tej chwili oddałbym wszystko, żeby być właśnie tą tequilą. Albo krawędzią jej szklanki. Zaraz, zaraz, sól. O tak, zdecydowanie najbardziej chciałbym być solą.

Odstawia pustą szklankę na nocny stolik, rozsiada się wygodnie na kanapie, splata dłonie za głową. Pozycja samca alfa, jaką zapewne przyjąłby pieprzony prezes firmy podczas trudnych negocjacji - i cholernie mnie podnieca. Cały czas na mnie patrzy.

Odwzajemniam jej spojrzenie.

Kącik jej ust unosi się w uśmiechu.

O tak, zaczyna się zabawa, to jasne.

- Kiedy przyjedzie Josh? - pyta Kat i po raz kolejny denerwuje mnie swoją obecnością.

- Za jakieś trzy godziny. - Zerkam na zegarek. - Jego samolot właśnie wystartował z Los Angeles.

Sarah wzdycha głośno. Choć mówi do przyjaciółki, cały czas świdruje mnie wzrokiem:

- Nie jesteś zmęczona, Kat?

Przeszywa mnie prąd. O nie, nie ma mowy, niczego sobie nie wmawiam i wiem, co widzę na jej twarzy.

Kat zaprzecza ruchem głowy i już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale Sarah nie daje jej dojść do głosu.

- Bo ja na przykład jestem bardzo zmęczona. - Ma taką minę, jakby chciała pożreć mnie żywcem. - Zaraz wezmę długi, gorący prysznic, a potem ucieknę do łóżka, żeby odpocząć przed przyjazdem Josha.

- No tak - mruczy Kat. - Zapomniałam, że od rana jesteście w drodze. Pewnie ledwo żyjesz.

Sarah wstaje. Ma bezlitosny wzrok.

- Masz pokój dla Kat?

- Oczywiście. Zaprowadzić cię, Kat? A może chcesz najpierw coś przekąsić?

Sarah wzdycha głośno i łypie na mnie groźnie. Opiera ręce na biodrach.

Cholera. Popełniłem błąd, proponując Kat coś do jedzenia. Kiepski jestem w te klocki.

- W sumie czemu nie, jestem... - zaczyna, ale Sarah znowu jej przerywa.

- Od razu zaprowadź Kat do pokoju. Zjemy później. W porządku, Kat? - Sarah przesuwa rozpalony wzrok na przyjaciółkę i znacząco unosi brew.

Kat także jest wyraźnie zaskoczona intensywnością jej spojrzenia.

- Jasne - odpowiada powoli. Widząc niewzruszoną minę Sarah, Kat nagle kojarzy i rozjaśnia się. Uśmiecha się od ucha do ucha. - Och. - Wstaje. - Oczywiście. Porwę tylko z kuchni sucharki i ciasteczka, czy co tam masz, żeby wytrzymać do kolacji. A wy sobie... odpocznijcie. - Ostatnie słowo wypowiedziała z komicznym akcentem, jakby to była puenta kawału.

- Słuchaj, jeśli naprawdę jesteś bardzo głodna, mógłbym...

- Na miłość boską! - Sarah się nadęła. Jest wkurzona. - Cała jestem w płynie na komary, lepię się od samolotowego brudu. - Słyszę nutę irytacji w jej głosie. - Marzy mi się długi, gorący prysznic. Rozumiesz, co mówię, Jonasie Faraday? Długi, gorący prysznic - i to już!

Kat parska śmiechem.

- Jonas, zazwyczaj nie jesteś aż tak tępy, co?

Rumienię się.

- Zazwyczaj nie jest, naprawdę. Właściiwe jest całkiem bystry. - Sarah komicznie przewraca oczami.

- Skoro tak twierdzisz.

Rumienię się po uszy. Właśnie dlatego nienawidzę przyjęć. Dlatego nienawidzę trójkątów. Dlatego nienawidzę tłumów. Dlatego sprawdzam się tylko i wyłącznie w sytuacjach w cztery oczy. Patrzę na Sarah przepraszająco, ale nie daje się zbyć. Miażdży mnie wzrokiem.

Chrząkam głośno.

- Chodź, Kat. - Podnoszę jej walizkę. - Po drugiej stronie domu czeka na ciebie idealny pokój. Nikt ci nie będzie tam przeszkadzał.

- Cudownie. - Sarah mnie karci, czuję to. Zerka na Kat, która zaczyna chichotać, a potem niemal biegnie z salonu do mojej sypialni. Nie odwraca się ani razu.

- Chodź, Jonas - ponagla mnie Kat. - Nie ręczę za twoje bezpieczeństwo, jeśli każesz jej czekać choćby chwilę dłużej.

Rozdział 2

Jonas

Stoję w drzwiach pokoju Kat i robię, co w mojej mocy, by pozbyć się szczękościsku i uniknąć zawału. Pragnę jednego - Sarah. Płonę na samą myśl, co w tej chwili robi w mojej sypialni - beze mnie - ale, do jasnej cholery, nie potrafię być nieuprzejmy wobec kobiety, nawet w takiej sytuacji. Zresztą to nie wina Kat, że tu jest, tylko moja. To ja nas w to wszystko wpakowałem, nie ona.

Upewniłem się, że ma czyste ręczniki w łazience. Prosiłem, żeby czuła się jak u siebie w domu - niech bierze, co chce, nie musi o nic pytać. Pokazałem, jak włączyć pilot od telewizora, bo to dość skomplikowane. Nauczyłem logować się jako gość do komputera w gabinecie, gdyby chciała sprawdzić sobie pocztę czy coś takiego, bo przecież jej laptopa ukradziono, podobnie jak Sarah. Przy okazji zastanawiam się, jaki miała sprzęt i dyskretnie piszę wiadomość do asystentki, żeby kupiła dwa laptopy i upewniła się, że jutro rano dostarczą je do mnie do domu.

- W porządku? - upewniam się. Puls dudni mi w uszach.

- W idealnym. Idź już. Z każdą minutą narażasz się na większe niebezpieczeństwo. Leć już do niej - śmieje się głośno.

Nie odpowiadam, odwracam się na pięcie i odchodzę.

- Niech Bóg cię ma w swojej opiece! - woła za mną.

Pokonuję salon, idę do sypialni w przeciwnym krańcu domu, serce mi wali, członek napiera na rozporek. Zaraz będę się kochał z jedyną ważną dla mnie kobietą, powoli, leniwie i w pewnym momencie szepnę jej, że ją kocham. I tak raz za razem. Będę się upajał jej doskonałością, napawał jej cudownością, a kiedy będzie szczytowała (co ostatnimi czasy wychodzi jej coraz lepiej, muszę przyznać), powtórzę to, może nawet kończąc razem z nią. Tego już na pewno nigdy dotąd nie doświadczyłem. Święty Graal - nowiutki Święty Graal. Kobiety mówiły mi te słowa, i to niejeden raz, ale nigdy ich nie odwzajemniłem. Ba, przez całe życie unikałem ich jak zarazy głównie dlatego, że niszczyły w zarodku każdy nowy związek, że już nie wspomnę o przelotnych romansach. Która kobieta chce powiedzieć je na głos, ale nigdy nie usłyszeć ich z ust mężczyzny? Nawet jeśli początkowo wydaje jej się, że będzie cierpliwa, że wyczeka mnie, dobra jak Matka Teresa, koniec jest nieunikniony, choć czasami odwleka się w czasie, o ile padnie to nieszczęsne "kocham cię". Żaden związek nie przetrwa, długo czy krótko, kiedy jest jasne, że tylko jedna osoba angażuje się uczuciowo.

Ale, do jasnej cholery, chcę to teraz powiedzieć. I chcę, żeby Sarah odpowiedziała tym samym. Jakie to uczucie, wypowiedzieć i usłyszeć te najświętsze, najbardziej osobiste słowa? I to nie byle komu, tylko właśnie Sarah?

Nie mogę się doczekać.

Ale zaraz, zaraz. Chwileczkę. Pewna myśl każe mi się zatrzymać w pół kroku. A co, jeśli Sarah nie wypowie tych słów? Żołądek fika mi salto. A jeśli...?

Nie, nie mogę tak myśleć. Powiedzieliśmy sobie wszystko w Belize. "Miłość to poważna choroba psychiczna", tak powiedziałem. A potem wyznałem, że doprowadza mnie do szaleństwa. Trudno o większą jasność. A ona odpowiedziała tym samym. "Ty mnie też", zapewniła. "Przy tobie jestem loca". Rąbnięta.

Jakby tego było mało, puściłem jej tę piosenkę. Jeszcze nigdy nikomu jej nie grałem, a już na pewno nie kobiecie, którą kocham, podczas jej pierwszego orgazmu w życiu. O rany, to było coś. Istne szaleństwo.

Jestem już twardy jak skała.

Tak, wtedy to sobie powiedzieliśmy. Szaleństwo.

A teraz czas na kolejny krok. Razem. Powiemy to na głos...

Chwileczkę. A jeśli boi się czarodziejskich słów? A jeśli nie jest na nie gotowa? A jeśli nie jest do końca pewna i...?

Nie, nie, nie, nie mogę tak myśleć. Odzywają się moje demony i tyle. Odzywa się "głęboko zakorzeniony strach przed porzuceniem, wywołany traumą z dzieciństwa", jak zawsze mi tłumaczył terapeuta, ilekroć mrok mnie ogarniał i szeptał coś do ucha. To moje szaleństwo, z którym muszę walczyć, które muszę wiecznie uciszać, gasić, przed którym muszę się mieć na baczności. Wiem, że Sarah mnie kocha. A ja ją. Wiem to tak samo, jak to, jak się nazywam. Nie pozwolę sobie odebrać ani rozumu, ani ciała. Na miłość boską, muszę wziąć się w garść - jest zmęczona, spięta, rozdrażniona. Przeżyła dzisiaj koszmar. Muszę być czuły i delikatny, nie pospieszać jej. Muszę mieć pewność, że czuje się bezpieczna i kochana - tak właśnie, kochana przede wszystkim. Chcę, żeby to było piękne i delikatne. Ze względu na nas oboje. Nie mogę tego spieprzyć. Nie mogę w tej chwili rzucić się na nią jak jaskiniowiec. Muszę traktować ją z szacunkiem, sprawić, że poczuje się boginią. Czczoną boginią. Na początek obsypię jej twarz drobnymi pocałunkami, tak jak ona. A potem szepnę jej do ucha: Miłość to rozkosz dobrych, cud mądrych, zdumienie bogów.

Otwieram drzwi do sypialni, drżąc z oczekiwania.

Nie ma jej w pokoju, ale słyszę szum wody w łazience. Widzę jej ubrania na podłodze - prowadzą do łazienki. Serce wali mi w piersi, dudni w uszach. Jezus, ależ ona mnie podnieca. Rozbieram się szybko, rozrzucam ciuchy na boki. Podchodzę do drzwi łazienki i otwieram je.

Stoi do mnie tyłem, szoruje się gąbką pod strumieniami gorącej wody. Ma czerwone plecy, ocieka wodą, ciemne włosy spływają między łopatkami. Mydlana piana zsuwa się z niej jak płatki śniegu, pieści jej cudowne, krągłe pośladki. Stoję przez chwilę i tylko ją podziwiam, upajam się jej nieziemską urodą. To ucieleśnienie kobiecości, idealna kobieta w rzeczywistym świecie, dar dla zwykłych, niedoskonałych nieudaczników, który ma im dawać nadzieję - i podniecać mnie do szaleństwa.

I jest moja, tylko moja. Moja.

Odwraca się, widzi mnie. Uśmiecha się.

- I kto to nie chwyta aluzji? Jezu. Od rana chciałam mieć cię w sobie, olbrzymie.

Patrzę na nią bez ruchu. Jest tak cholernie piękna. Uwielbiam ją obserwować.

Przechyla głowę na bok, pozwala, by woda ją zalewała. Kocham ją. I jej to powiem.

Odkłada gąbkę na obramowanie, przesuwa dłońmi po brzuchu i biodrach. Zwilża wargi językiem.

- No to jak? Wchodzisz czy nie?

Uśmiecham się.

- Najpierw lubię sobie na ciebie popatrzeć, skarbie. Chcę zapamiętać tę chwilę.

- Jakie to słodkie - rzuca złośliwie. - Nie wiesz, że napalonej kobiety nie wolno trzymać w oczekiwaniu?

Wchodzę pod prysznic.

- Święte słowa. - Obejmuję jej śliskie ciało. - Powiedz to jeszcze raz. - Pochylam się i całuję ją.

Śmieje się tym swoim zmysłowym śmiechem.

- Jestem napalona - mruczy, wtulając się we mnie.

Wędruję palcami po jej gładkich plecach, pośladkach, po biodrach.

- Od ponad godziny usiłowałam dobrać się do twojego rozporka, Jonas. Czasami jesteś strasznie tępy, wiesz?

Całuję ją w usta, delikatnie, a potem całuję całą jej twarz, tak jak ona ma to w zwyczaju - ale wszystko jest inaczej pod strumieniem wody. Chcę szeptać jej do ucha, jak bardzo mi na niej zależy, ale prysznic chlusta mi prosto w twarz.

Chcę, żeby poczuła się bezpieczna i chroniona...

Chwyta mnie i pieści entuzjastycznie.

- Proszę cię, Jonas. Od rana cię pragnę. Pieprz mnie.

Pieprz mnie? No nie, teraz to już naprawdę się nie rozumiemy. Sądziłem, że jest rozbita, że potrzebuje wsparcia, czułości...

- No, już - nalega. Jej dłonie sprawiają cuda. Jęczę.

Opiera nogę o obramowanie, wprowadza mnie w siebie, podciaga się, bierze mnie w siebie i od razu zaczyna się poruszać, ocierając o moją mokrą skórę.

Coś takiego! Gdzie się podziała moja dama w opałach?

Odrzuca głowę do tyłu. Zatraca się w rozkoszy.

- Jesteś cudowny - szepcze. Płonie.

- Nie skończę przed tobą - mówię.

- O nie - mruczy. - Już nic nie mów.

Oplata mnie nogami, wije się, ociera o mnie.

- O Boże. Jonas. - Rzuca się jak zwierzę, całuje mnie namiętnie.

Niech to szlag. No dobrze.

Opieram ją o ścianę kabiny prysznicowej i daję jej więcej, niż chciała.

Jęczy z rozkoszy.

Jest cudowna, Boże, jest tak cholernie cudowna, wspaniała, ale nie o to mi chodziło. Odrywam się od ściany, sięgam za jej plecy, zakręcam wodę, cały czas mając ją w ramionach. Rzuca się na mnie, pochłania mnie, pragnie, ale prowadzę ją do sypialni. Cały czas mnie oplata. Jezu, nie mam pojęcia, jakim cudem jestem jeszcze w stanie myśleć, a co do dopiero iść. Niepojęte.

Kładę ją na łóżku i wysuwam się z niej.

- Nie! - krzyczy. - Nie, wracaj!

Uwielbiam, kiedy jest taka despotyczna. Kiedy się w końcu nauczy, że to ja tu rządzę? Osuwam się między jej nogi, żeby jej skosztować.

- Nie, nie, nie! - krzyczy. Ma obłęd w oczach, rozczochrane włosy, mokrą oliwkową skórę i jest cholernie seksowna. - Tym razem to ja rządzę, Jonas... - Ale wtedy trafiam językiem w dziesiątkę i zaczyna jęczeć. - Tak - szepcze. - Właśnie tak. - Wygina się w łuk. - Och, Jonas.

Nie pojmuję, czemu zawsze mi się opiera. Kiedy w końcu zrozumie, że wiem najlepiej, czego jej trzeba?

Pieszczę ją językiem i wargami. Wije się pode mną.

- Jonas... - dyszy głośno. Ale nadal mi się opiera, zbiera resztki silnej woli.

Nie przestaję, wędruję językiem w każdą stronę, przypominam sobie każdą sztuczkę, która na nią działa. Zdążyłem już dobrze poznać moje kochanie.

- Chcę cię lizać, Jonas - dyszy, unosząc biodra. - Chcę, żebyś padł na kolana.

Wszystko zawsze sprowadza się do tego samego, prawda? Chce mnie pokonać, tak samo jak ja ją.

- Nie - mruczę i pracuję dalej. Za bardzo mnie podnieca to, co robię. Boże, jak ja uwielbiam ujeżdżać moją dziką klaczkę.

Porusza się gwałtownie.

- Tak - jęczy. Już znam ten odgłos. To znaczy, że jest blisko. Podobnie jak ja.

O tak, jestem już naprawdę podniecony. Ale nadal mi się opiera. Nie pojmuję dlaczego. Czyżby jeszcze nie wiedziała, że opór jest daremny?

Robię to wszystko, co doprowadza ją do szału. Uwielbiam jej smak, jej jęki. Nie pozwolę sobie teraz odebrać kontroli, nie przestanę, nie ma mowy.

Jęczy głośno.

- Chcę cię polizać, Jonas - jęczy znowu.

Nie zwracam na nią uwagi. Nie wiem, czemu zawsze tak cholernie mnie podnieca jej władczy ton, ale tak właśnie jest i już. W tej chwili jestem w szale, upajam się nią. Nic mnie teraz nie powstrzyma.

Znowu jęczy.

- Jednocześnie, skarbie - szepcze.

Gwałtownie unoszę powieki. Co?

- Jednocześnie - powtarza i odruchowo przysuwa się bliżej.

No cóż, to już zupełnie co innego.

Patrzę na nią spomiędzy jej nóg. Unosi głowę, uśmiecha się do mnie, z rumieńcem na policzkach i wpółprzymkniętymi powiekami. I to spojrzenie diablicy, które uwielbiam.

- Jednocześnie - powtarza. Drży. Wplata mi palce we włosy. - Ja też chcę cię pieścić - szepcze, ciągnąc mnie za włosy. - Jeszcze nigdy tak tego nie robiłam. Chcę spróbować. Naucz mnie. - Znowu szarpie mnie za włosy. Mocno.

- Au.

- No, weź.

I pomyśleć, że sądziłem, że będę się z nią kochał czule, powoli, że będę jej szeptał do ucha czułe słówka o tym, jak bardzo mi na niej zależy - a teraz ta anielica chce 69? Kolejny raz, odkąd dostałem od niej pierwszego mejla, ta kobieta mnie zadziwia. Nie ma takiej drugiej.

Przesuwam się wzdłuż jej ciała, zdyszany, nabrzmiały. Leży z szeroko rozłożonymi nogami. Sporo wysiłku mnie kosztuje, żeby teraz w nią nie wejść.

Zwilża usta językiem.

- Jednocześnie - powtarza, tym razem prosto w moje wargi. - Chcę tego spróbować.

Kiwam głową energicznie i całuję ją.

Liże mój język.

- Pokaż mi jak. - Kładzie mnie na plecach, chwyta za członek, pochyla się, jakby chciała wziąć mnie w usta.

- Nie tak, skarbie - mruczę cicho. Serce wali mi jak szalone. Jestem tak podniecony, że z trudem nad sobą panuję.

Pieści mnie, jakby była moją panią.

- A jak? - Ona także dygocze z podniecenia.

- Ufasz mi? - pytam ochryple.

- Mmm. - Cały czas mnie dotyka.

Ostrożnie zabieram jej dłoń.

- Jestem za blisko - tłumaczę. - Nie możesz...

Uśmiecha się. Lubi doprowadzać mnie do szaleństwa, tak samo jak ja ją. Zawsze dążymy do tego samego, i to kolejna rzecz, która nas łączy.

- Ufasz mi? - powtarzam.

Kiwa głową.

- Powiedz to.

- Tak. - Przeszywa ją dreszcz. - Tak, Jonas, ufam ci całkowicie. No, już.

- Połóż się, o tak. - Wskazuję łóżko i pozycję - wszerz, na wznak.

Rozedrgana, roztrzęsiona, spełnia moje polecenie. Czuję, że jest na krawędzi, że zaraz odpali jak rakieta.

Układam jej barki na skraju łóżka, tak że głowa zwisa do dołu. Potem staję nad nią okrakiem, z nogą przy jej głowie, patrzę na jej nagie ciało.

Opuszczam wzrok. Uśmiecha się do mnie spod mojego sprzętu. Na ten widok i mnie chce się śmiać. Nie mieści mi się w głowie, że sama o to prosiła. I to akurat teraz, kiedy świat wali się nam na głowy i każda inna oczekiwałaby, że będą ją tulił, pocieszał i szeptał do ucha słodkie bzdury.

- Skarbie, posłuchaj mnie. - Oddycham głęboko. - Cholernie mnie to podnieca. Doprowadza do szaleństwa. Więc najpierw tylko ja zajmę się tobą, dobrze? Dopiero kiedy będziesz o krok od orgazmu, weźmiesz mnie w usta. Bo inaczej nie wytrzymam. I tak ledwo stoję, nawet kiedy mnie nie dotykasz, tak cholernie mnie to podnieca.

Z uśmiechem kiwa głową.

- Obiecujesz? - upewniam się.

Potwierdza, ale wtedy unosi głowę i liże mnie na całej długości, od jąder po główkę.

Kolana się pode mną uginają. Drżę.

- Dobra, teraz jestem gotowa - mówi.

Dygoczę.

- Nie rób tego więcej. - Najwyraźniej nie ma pojęcia, jak niewiele mi brakuje i ile siły to ode mnie wymaga.

Śmieje się znowu.

- Dopiero kiedy będziesz o krok od orgazmu - powtarzam, o wiele bardziej stanowczo niż to potrzebne, ale musi zrozumieć, że nie dam rady, jeśli zabierze się do mnie za szybko. Potrzebuję tego wszystkiego, na co mnie stać, fizycznie i emocjonalnie. - Obiecaj mi to - mówię surowo.

- O rany - mruczy. - Niech ci będzie. Tak jest, jaśnie panie.

Oddycham głęboko, opuszczam ręce, obejmuję ją i dźwigam, aż przywiera brzuchem do mojej klatki piersiowej, a jej słodka cipka jest o centymetr od moich ust.

Piszczy, instynktownie zaplata mi nogi na szyi.

O Boże, czuję, że zaraz skończę, wystarczy, że trzymam ją w tej pozycji. Z trudem przełykam ślinę. Jest tak blisko. Zaciska mi nogi na głowie. Ta kobieta mnie wykończy, to pewne. Pochylam się, liżę delikatnie, bez nacisku. Chcę tylko spróbować.

Śmieje się.

- Ale szaleństwo! - mówi.

I to są jej ostatnie sensowne słowa. Nie wiadomo, kiedy to się dzieje, ale nagle jestem zbyt podniecony, żeby się z nią drażnić czy bawić w delikatność. Pod tym nowym, odwróconym kątem, do góry nogami, mogę ją penetrować, badać, pochłaniać jak nigdy dotąd. Wystarczy kilkadziesiąt sekund i już jest w proszku, rzuca się na mojej twarzy, a jej krzyki, piski, jęki i wycia tworzą istną symfonię. Zatracam się w tym razem z nią.

Drżę z rozkoszy. Napinam mięśnie ramion i klatki piersiowej. Pot spływa mi po plecach. Potrzebuję całej mojej siły, żeby utrzymać ją w tej pozycji, zwłaszcza że rzuca się jak ryba na wędce. Rozkoszuję się każdą chwilą. Nie potrzebuję niczego więcej, żadnej innej stymulacji, nie chcę nic dla siebie, chyba nic więcej bym nie zniósł. O Boże, Boże, drga mi na ustach, przeszywa mnie prądem, jakby potraktowała mnie paralizatorem.

Krzyczy głośno i pochłania mnie aż do nasady, znikam w jej ciepłych, głębokich ustach... O Boże, ssie mnie tak, że... A do tego jej nieziemski smak... jest cholernie zdolna, nawet do góry nogami.

Jeśli niebo istnieje, chyba tam właśnie trafiłem.

Kolana się pode mną uginają. Prostuję się.

O kurwa.

Boże, jest w tym naprawdę dobra. Bardzo dobra. I tak cholernie cudownie smakuje.

Wydaje przedziwne odgłosy. Ja też.

To niewiarygodne. Ja nie...

Dzięki ci, Panie Boże, że pozwoliłeś mi tego doświadczyć choć raz, zanim umrę.

Robi językiem coś bardzo sprytnego i drżę na całym ciele. Sam nie wiem, z rozkoszy czy z bólu. Mam błyskawice pod zamkniętymi powiekami. Drżą mi nogi. Z mojego gardła wydobywają się odgłosy szaleństwa, ale nie mogę się powstrzymać. Cudem stoję na nogach. Z trudem utrzymuję ją w górze. Jest nienasycona. Ja też.

Dygocze gwałtownie na całym ciele. Ulega z gardłowym jękiem. Zamyka się i otwiera na moim języku jak okiennice podczas sztormu.

Gwałtownie wychodzę z jej ust. Kolana się pode mną uginają.

Krzyczy.

Najbardziej na świecie chciałbym zostać w jej ciepłych ustach i doprowadzić to do naturalnego końca, ale wycofuję się odruchowo, ulegam głosowi instynktu. Sarah dopiero uczy się szczytowania, jest pod tym względem jak młode źrebię i jestem gotów założyć się o każdą sumę, że podczas orgazmu zaciśnie szczęki jak imadło.

Kocham ją, na Boga, naprawdę ją kocham i może ze mną zrobić właściwie wszystko - ale wolałbym, żeby przypadkiem nie odgryzła mi ptaka, jak rekin łeb foce.

Rzucam ją na łóżko, wchodzę między jej nogi, wbijam się w nią, czuję, jak jej orgazm faluje wokół mnie.

Kiedy kończę, dałbym sobie rękę uciąć, że na ułamek sekundy tracę przytomność. Oddycham ciężko, pot spływa mi po plecach. Nie mogę oddychać, nie mogę myśleć. Nie mogę... nie mogę... nie mogę, kurwa, nic, tylko leżeć na niej i ciężko sapać. Nie myślę logicznie, w głowie mam jedno - o kurwa.

Po jakiejś minucie zsuwam się z niej, opadam na plecy, drżę, dyszę ciężko. Jestem cały mokry. Jezu, co za wysiłek. Kurwa. Po tym, co przed chwilą robiliśmy, bolą mnie wszystkie mięśnie.

Kładzie się na boku, podpiera głowę łokciem. Ma rumieńce na twarzy.

- Czyli to było 69? - Śmieje się. - Wydawało się o wiele... prostsze. Jakim cudem komukolwiek to się udaje? Poza tobą, ale ty jesteś jak grecki bóg.

Z trudem przełykam ślinę. Nadal nie do końca do siebie doszedłem.

- To była wersja dla bardzo zaawansowanych - mówię z wysiłkiem. - Są też prostsze sposoby. - Oddycham ciężko. Nadal dygoczę. Sporo mnie to kosztowało, w każdym możliwym znaczeniu. - O wiele prostsze sposoby.

Znowu się śmieje.

- No to, mój drogi, wypróbujemy każdy z nich. - Rozpromienia się. - Po kolei.

Parskam śmiechem. Nikt nie potrafi mnie tak rozbawić jak ona.

- Bardzo mi się podoba takie podejście.

Śmieje się głośno.

- Rany, Jonas, jakim cudem zdołałeś mnie utrzymać w tej pozycji? Jeny! - Ściska mój biceps. - Prawdziwy z ciebie facet, Jonasie Faraday. Mój supermęsko-męski mężczyzna.

Znowu się śmieję.

- Tylko dlatego, że jesteś taka wysportowana i silna. Udało się dzięki tobie.

Oczy jej błyszczą. Po raz kolejny odkryliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. I nagle przychodzi mi do głowy bardzo wyraźna myśl: Kocham ją bardziej, niż wydawało mi się to możliwe.

Serce nadal bije mi jak szalone.

- W pewnej chwili myślałem, że zemdleję - mówię. - Miałem gwiazdy przed oczami.

_ O nie! - śmieje się. - W mojej pozycji nie byłoby to najlepsze!

Siadam, dotykam jej twarzy. Poważnieje nagle.

- Nie pozwoliłbym, by coś ci się stało. Wiesz o tym, prawda?

Robi taką minę, jakbym przed chwilą dał jej uroczego szczeniaczka.

Kocham ją. Chcę jej to powiedzieć, chcę spojrzeć jej w oczy i wypowiedzieć te dwa słowa. Chcę, żeby zrozumiała, że dla mnie to nie tylko słowa - to moja nowa religia. Chcę, żeby pojęła, że nie powiedziałem ich jeszcze nigdy nikomu, że trzymałem je dla niej, czekałem całe życie, żeby powiedzieć je do niej.

Ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Znowu. Co się ze mną dzieje?

Uśmiecha się do mnie.

- Wiem - odpowiada miękko. - Ufam ci. I dlatego to się udaje.

Wiem, oczywiście, że mówiąc "to" nie ma na myśli skomplikowanej pozycji 69. Nie, przez "to" rozumie Jonasa i Sarah - nas, razem. Łączącą nas chemię. To, jak się wzajemnie rozumiemy. To, że jak nikt potrafi mnie rozbawić. Opowiedziałem jej, co się stało z moją matką - wszystko, nawet to, czego się wstydzę, nawet to, co zdradza, jak bardzo jestem do niczego - a ona nie uciekła. Płakałem z nią, szlochałem, szczerze mówiąc, choć przecież już dawno temu przestałem. A ona tuliła mnie do siebie i płakała razem ze mną.

Patrzę na nią. Uśmiecha się promiennie.

Z drugiej strony, może "to", o którym myśli, to jednak wcale nie Jonas i Sarah. Może rozumie przez to samą siebie, nową Sarah, która uczy się dać się porwać, pozwala sobie ulegać najskrytszym pragnieniom. Bo teraz, kiedy pozwala sobie pragnąć tego, czego naprawdę chce, a nie tego, czego się od niej oczekuje, zmienia się każdego dnia, na moich oczach przechodzi transformację. Kurde, każdy to widzi. Można to poznać po tym, jak chodzi, po tym, jak mówi. Jak się przechadza. Jak się pieprzy. Może tylko cudem załapałem się na kilka chwil u jej boku, jestem narzędziem samopoznania, przewodnikiem, drogowskazem do nowego, potężnego ja. Nie wiem i mam to w nosie. Póki to ja leżę u jej boku, kocham się z nią, pieprzę ją do nieprzytomności, jeśli tego akurat chce, nieważne, co ma na myśli, mówiąc "to". Wszystko w porządku, póki stanowię tego część.

Przecieram twarz dłońmi. Jezu, ta kobieta to moja kokaina.

Chwila ciszy. Powinienem to powiedzieć. Ale chcę, żeby te słowa padły, gdy będę w stanie jej to okazać i powiedzieć jednocześnie. Nie mógłbym zdać się tylko na słowa - przychodzą mi z trudem od tamtego czasu, gdy jako dzieciak przez rok nie odzywałem się w ogóle.

Chrząka cicho.

- Jakim cudem za każdym razem jest coraz lepiej? - dziwi się.

- Bo jesteśmy dla siebie stworzeni - odpowiadam spokojnie. I dlatego, że cię kocham.

Uśmiecha się szerzej. Pcha mnie z powrotem na posłanie i całuje czule.

Kładę jej ręce na udach.

- Skąd właściwie ten pomysł z 69? - pytam. - To była bardzo miła niespodzianka.

Zerka na mnie z ukosa.

- Jonas, chyba już zapomniałeś, że przez trzy miesiące czytałam zgłoszenia do seksklubu. Cały czas gromadziłam nowe pomysły. - Puszcza do mnie oczko.

- Tak? - Podoba mi się kierunek, w jakim zmierza ta rozmowa. - Czyli coś sobie zapamiętałaś? - Splatam ręce od głową i patrzę na nią.

- Tak jest. - Oczy jej płoną. Dotyka moich bicepsów. - Jeden czy dwa drobiazgi... a teraz, gdy mam odpowiedniego partnera... idealnego partnera... - Pochyla się znowu i mnie całuje. - Mój słodki Jonas.

Serce staje mi w gardle.

- Sarah - szepczę. Chcę jej powiedzieć. Zasługuje na to, żeby to usłyszeć.

- Szaleństwo - szepcze mi do ucha.

Wypuszczam powietrze z płuc i zamykam oczy.

Zdaję sobie sprawę, że powinno mnie to cieszyć - wyznaje mi miłość dokładnie tak, jak ją tego nauczyłem, tak, żeby mnie nie spłoszyć. "Miłość to poważna choroba psychiczna", tłumaczyłem jej w kółko, cytowałem Platona, starannie omijałem bardziej pedantyczną, ale i bezpośrednią drogę do tego samego celu. Odwracam wzrok, staram się zebrać myśli. Mam wrażenie, że sprawiam jej zawód z tymi moimi tajnymi kodami.

- Och, Jonas. - Pochyla się nade mną, obsypuje mnie leciutkimi pocałunkami. W takich chwilach chcę się wtulić w jej ramiona i szlochać jak dziecko. - Nie myśl tyle. Myślenie to twój wróg.

- To jest mój tekst - mruczę.

Kiwa głową.

- Więc tym bardziej nie masz wymówki. - Dotyka opuszkami palców tatuażu na moim lewym ramieniu, aż przeszywa mnie dreszcz. Największym, najważniejszym zwycięstwem jest pokonać samego siebie.

Zamykam oczy. Sarah ma całkowitą rację. Oddycham głęboko.

Pieści mój prawy bark. Myśl o boskich oryginałach. Gładzi mój biceps, bark, klatkę piersiową, obrysowuje każde zagłębienie, każdą wypukłość.

Ma rację. Muszę przestać tyle myśleć. Miłość to poważna choroba psychiczna. O tak. To szaleństwo. Dlaczego tak bardzo się przejmuję słowami, którymi się posługujemy? Ważniejsze są uczucia, a między nami są, wiem to na pewno. Słowa się nie liczą.

Wędruje palcami wzdłuż mięśni mojego brzucha. Głośno wciągam powietrze. Wie doskonale, co czuję. Mówi mi to każdym dotykiem, każdym pocałunkiem. I zdradza, że czuje to samo. Dlaczego ciągle to analizuję?

- Pamiętasz rubrykę "preferencje seksualne" w moim zgłoszeniu? - pyta.

Ma na myśli tak zwane ustne zgłoszenie do Klubu Jonasa Faradaya - zgłoszenie, którego nie chciała wypełnić na piśmie, bo straszna z niej złośnica.

- O ile pamiętam, określiłaś je dwoma krótkimi słowami.

Odnajduje palcami mój pępek.

- Jonas Faraday - przypomina, trącając mnie lekko. Przesuwa dłoń coraz wyżej, do moich ust, obrysowuje je delikatnie. Całuję opuszki jej palców. Uśmiecha się. Chwytam ją za rękę i udaję, że pożeram pierścionek na jej palcu, jak Ciasteczkowy Potwór. Śmieje się głośno. Wsuwa mi kciuk do ust. Zaczynam ssać.

Śmieje się głośno.

- I to akurat jest prawda w stu procentach - zauważa i wyjmuje palec z moich ust. - Jonas Faraday. Mniam. - Pochyla się, całuje mnie leciutko. - Ale chyba muszę... hm... co nieco dodać do listy moich preferencji seksualnych, rzeczy, które przychodziły mi do głowy w ciągu minionych trzech miesięcy. Nazwijmy to załącznikiem do mojego wniosku. - Śmieje się głośniej i całuje mnie w usta.

Czuję się, jakbym trzymał w dłoni kupon na loterię, a Sarah zaraz przeczyta szczęśliwe numery.

- Jakie rzeczy?

Uśmiecha się zmysłowo. Wie, że umieram z ciekawości, i świetnie się bawi, trzymając mnie w niepewności.

- No cóż, cały czas szukam odpowiednich sformułowań - zauważa skromnie. - Zresztą przecież nie musisz wszystkiego od razu wiedzieć.

Marszczę brwi.

- Ale przysięgam ci, słodki Jonasie, nie wiem jeszcze, co wymyślę, ale na pewno zwalę cię tym z nóg.

Rozdział 3

Sarah

Zjawia się Josh i Jonas staje się innym facetem. Poza niedawną sytuacją, gdy kilka godzin temu uprawialiśmy seks powyginani jak artyści z Cirque du Soleil, chyba go nie widziałam tak rozluźnionego i pewnego siebie, przynajmniej odkąd stanęliśmy w progu mojego mieszkania.

- Cześć. - Josh stawia torbę podróżną na ziemi i obejmuje brata. - Witaj, Sarah Cruz. - Teraz obejmuje mnie. - Coś takiego, jesteś tutaj.

- Musisz się do tego przyzwyczaić - rzuca Jonas. Mruga do mnie znacząco. Odpowiadam uśmiechem. Jonas okazuje jasno, że cieszy go moja obecność, bez względu na okoliczności.

- No więc co się dzieje? - Na twarzy Josha maluje się troska.

W chaosie towarzyszącym naszemu powrotowi z Belize Jonas nie powiedział jeszcze bratu, co się stało. A ma co opowiadać - między innymi o tym, że zgłosił się do miejsca rozpusty znanego jako Klub, w którym, no popatrz, pracowała Sarah, i tak, wyobraź sobie, odkryliśmy niedawno, że to jeden wielki ogólnoświatowy burdel, i popatrz tylko, dranie zdemolowali mieszkania Sarah i Kat i ukradli ich komputery. Jonas rzucił do słuchawki tylko: "Potrzebuję cię", i Josh przyleciał, bez żadnych pytań.

A teraz przyszła pora na szczegóły.

- Strasznie to wszystko popieprzone - mruczy Jonas.

Josh siada na kanapie, wyraźnie spięty.

- Mów.

Jonas zajmuje miejsce obok niego. Wzdycha, jakby nie wiedział, od czego zacząć. Przeczesuje włosy palcami, wzdycha głośno.

Nie dziwię mu się, że go to wszystko przytłacza - ma bratu sporo do powiedzenia. Zanim jednak zacznie, do pokoju wchodzi Kat, krokiem właścicielki. Josh patrzy na nią, odwraca wzrok, zaraz jednak wraca do niej spojrzeniem szybciej niż Królik Bugs. Przy okazji oczy niemal wychodzą mu z orbit.

Można by pomyśleć, że koleś, który imprezuje z Justinem Timberlakiem, ma w sobie więcej dzikości niż królik z kreskówki - ale nic z tego. Idiotka ze mnie, mogłam się spodziewać, że żaden facet, bez względu na to, z kim się przyjaźni, nie jest w stanie zachować zimnej krwi, gdy po raz pierwszy staje oko w oko z boginią Katherine "Kat" Morgan. To spełnienie marzeń każdego nastolatka - chłopczyca z sąsiedztwa, która po studiach wraca do domu jako cudownie kształtna gwiazda filmowa (z tą różnica, że Kat pracuje w PR). Niby dlaczego akurat Josh, inaczej niż wszyscy inni faceci, miałby okazać się odporny na jej charyzmę, urok i urodę?

Kat podchodzi do niego z taką miną, jakby przyleciał do Seattle tylko dla niej.

- Jestem Kat, najlepsza przyjaciółka Sarah. - Wyciąga rękę.

- Josh. - Uśmiecha się szeroko. Ściska jej dłoń z przesadną uprzejmością. - Brat Jonasa.

Nawet z odległości kilku metrów czuję iskrę napięcia między nimi.

- Wiem - odpowiada. - Czytałam artykuł. - Wskazuje czasopismo na stole, z Jonasem i Joshem w garniturach na okładce. - I mam nadzieję, że jesteś bardziej złożony, niż wynika z artykułu.

Josh szuka wsparcia u Jonasa, ale ten tylko wzrusza ramionami.

- Jeśli wierzyć autorowi - wyjaśnia Kat - Jonas jest tajemniczym samotnikiem, cudownym dzieckiem wśród inwestorów, a ty tylko zwykłym playboyem.

Josh parska śmiechem.

- Tak napisali?

- W skrócie.

- Hm. - Uśmiecha się pod nosem. - Ciekawe. A jakie uproszczenia padłyby w artykule o tobie?

Kate myśli intensywnie.

- Imprezowiczka o złotym sercu. - Zerka na mnie złośliwie, bo często określam ją właśnie tymi słowami.

Josh uśmiecha się szeroko.

- Jakim cudem ja zasługuję na jedno słowo - playboy? - a na ciebie jest całe długie określenie?

Kat wzrusza ramionami.

- Niech ci będzie. Imprezowiczka.

O rany. Kat, dziewczyno. To się dopiero nazywa iskra. Patrzę na Jonasa i widzę, że to samo chodzi mu po głowie - zróbcie to w końcu - choć oczywiście ubrane w dziwaczny faradajowski sposób myślenia.

- No więc, imrpezowiczko, co tu się właściwie dzieje? - pyta Josh. - Zakładam, że nie zebraliśmy się tu, żeby imprezować?

- Niestety - odpowiada. - Choć właściwie wypiliśmy resztkę twojej tequili, więc wielkie dzięki. - Uśmiecha się. - Nie, jestem tu jako wsparcie dla Sarah. No i chyba sama w pewnym sensie się w to wpakowałam. - Patrzy na mnie ciepło. - Choć Jonas chyba przesadza, każąc mi tu zostać. Nie wiem jeszcze.

Jonas najeża się, zaciska usta, najwyraźniej niezadowolony, że powiedziała, że przesadza.

- Uciekacie przed czymś? - pyta Josh. Patrzy na brata ze zdumieniem. - Co tu się dzieje, do cholery?

Jonas chrząka. Znowu.

- Siadaj.

Siadają obaj.

Jonas nabiera głęboko tchu i zaczyna opowiadać. Zaczyna od żółtej Stacy w barze sportowym, a kończy naszym nieziemskim wypadem do Belize i przerażającą niespodzianką, którą dzisiaj rano zastaliśmy w moim mieszkaniu. Podsumowuje gorzkim wnioskiem, że Klub może chcieć mnie uciszyć środkami bardziej radykalnymi niż kradzież mojego komputera i zdemolowanie mieszkania. A Josh słucha uważnie, kiwa głową, co jakiś czas zerka na mnie i Kat. Milczymy obie podczas opowieści Jonasa, choć cały czas wymieniamy znaczące spojrzenia, uśmieszki i miny.

Prowadzę z Kat rozmowę bez słów i jednocześnie obserwuję mówiącego Jonasa i dochodzę do kilku wniosków. Po pierwsze - i zaznaczam, zdaję sobie sprawę, że to w obecnej sytuacji nie jest bynajmniej najważniejsze - Jezus Maria, jak mnie ten Jonas Faraday podnieca, o tak, łał, yes, yes, yes, co do tego nie ma cienia wątpliwości. Wystarczy, że obserwuję jego zmysłowe wargi, kiedy mówi, i to, jak zwilża je językiem, gdy przerywa i szuka odpowiednich słów, jak kącik jego ust unosi się odrobinę, kiedy rzuca ironiczny komentarz, wystarczy, że widzę inteligencję i intensywność w jego wzroku i dostrzegam, jak na ramionach, pod tatuażami, naprężają się mięśnie, gdy przeczesuje włosy palcami - i tysiące innych drobiazgów, a wszystkie one przyprawiają mnie o palpitacje serca - i to wszystko sprawia, że chcę się na niego rzucić, jak hipis na LSD.

No.

Drugi wniosek, którzy od razu rzuca się w oczy, gdy Jonas opowiada, to: o rany, mój superprzystojny chłopak jest na mnie napalony - i to jak! A to, w połączeniu z wnioskiem numer jeden, działa na mnie jak lont na bombę. W zaistniałych okolicznościach chyba nie powinno mnie tak bardzo kręcić to, że ja kręcę jego - zamiast hormonów, powinny we mnie raczej buzować strach i niepokój - ale nic na to nie poradzę. Kiedy mówi, że Belize odmieniło jego życie, a ja jestem wspaniała, bystra i cholernie mądra, gdy zacina się przy tych słowach i robi czerwony jak dojrzały pomidor, mam wrażenie, że ogłasza całemu światu, że go strasznie kręcę. I to mnie podnieca.

Nigdy w życiu nie czułam się tak doceniana i tak wolna jak właśnie z Jonasem. To jest trochę tak, że czuję się jak słoik musztardy, zwykłej, najzwyklejszej musztardy i do tej pory przez całe życie zamartwiałam się, że faceci, którzy mi się podobają, faceci, którzy twierdzą, że lubią musztardę, tak naprawdę woleliby keczup, majonez albo ćwikłę, przynajmniej od czasu do czasu - i nikt nie może mieć im tego za złe. I wtedy, nieoczekiwanie, spotykam tego superpociągającego faceta, który, tak się składa, ma absolutnego fioła na punkcie musztardy, jest pod tym względem nienasycony i ma w nosie wszelkie inne sosy! Nie ma szans, żebym coś spieprzyła - bo jestem musztardą, tadam! Zapiera mi dech w piersiach, że tak mnie uwielbia, że mnie dostrzega, widzi, rozumie, akceptuje, totalnie. Że już nie wspomnę o seksie. W Belize pieprzył mnie tak fantastycznie, że małpy w dżungli fikały potrójne salta z zazdrości.

Czuję się, jakbym całe życie była zamknięta, a on mnie odblokował. Tak, właśnie tak, odkorkował. Bach! I teraz, kiedy to już się stało, myślę tylko o jednym - chcę dawać mojemu Jonasowi, mojemu Superogierowi o smutnych oczach i zmysłowych ustach, rozkosz, dreszcz, orgazm i poczucie bezpieczeństwa, świadomość akceptacji i dobre stare rżnięcie, jakiego jeszcze nigdy dotąd tego nie zaznał. Chcę go otworzyć, tak jak on otworzył mnie.

No.

Ale dość tego. Na razie. W tej chwili mamy ważniejsze sprawy na głowie niż mój nienasycony apetyt na boskiego Jonasa Faradaya.

Skoncentruj się. I to już.

Uf.

Trzeci (i najważniejszy) wniosek, do którego dochodzę, patrząc, jak mój zabójczo przystojny, superzmysłowy facet rozmawia z bratem - kurczę, znowu się podnieciłam! - to fakt, że Jonas wyraźnie nie zaczyna opowieści od wzmianki o Klubie: ani jego istnieniu, ani działalności. Dziwi mnie to w pierwszej chwili, zaraz jednak zdaję sobie sprawę, że ta wzmianka nie jest wcale potrzebna, bo... no tak... Josh już wie o Klubie. A jeszcze bardziej zaskakująca jest konstatacja, oparta na rzucanych od niechcenia uwagach, takich jak: Ej, zachowałeś od nich jakieś mejle?, że Josh także był członkiem Klubu, chyba jeszcze przed Jonasem.

Kiedy tylko ta szokująca, ale i fascynująca myśl przychodzi mi do głowy, Kat posyła mi spojrzenie zdające się mówić: a niech mnie, na które odpowiadam tym samym. Bardzo, bardzo ciekawe, najwyraźniej u Faradayów jabłko pada naprawdę blisko jabłoni. Przynajmniej, jeśli chodzi o seks.

Świadomość, że Josh był członkiem Klubu, zaskoczyła mnie, ale nie zszokowała. Może dlatego, że przez moje ręce przeszło tyle zgłoszeń, zwłaszcza tych stosunkowo niewinnych, od globtroterów pokroju Josha, w zdecydowanej większości normalnych i miłych. A może dlatego, że odkąd poznałam Jonasa, libido wzięło górę nad wszystkim innym i ja też żyję tylko dla seksu - więc jak mogę kogoś za to osądzać?

A może, tylko może, jestem tak cholernie wdzięczna Jonasowi, że zapisał się do Klubu (bo jak inaczej mielibyśmy się poznać?), zachwycona tym, jak mnie dotyka, jak się ze mną kocha, jak nikt przed nim, do tego stopnia jestem pod jego urokiem, tak bardzo mnie ujmuje tym, jak chce mnie zaspokoić, jak chce wszystko robić doskonale, że teraz postrzegam podwyższony apetyt seksualny jako nadprzyrodzoną moc, a nie coś godnego pogardy i kpiny. Bez względu na powód, złudzenie, motywację - nie czuję się na siłach oceniać Josha jako byłego członka Klubu.

Co jednak nie znaczy, że nie zżera mnie ciekawość. Bo zżera.

Nie jest to ciekawość na poziomie zwykłego wścibstwa, tak w stylu: Cześć, jestem taką wariatką, którą interesuje życie erotyczne brata jej chłopaka. Nie, broń Boże. Nurtuje mnie inna, intelektualna ciekawość co do doświadczeń Josha (i innych) podczas członkostwa w Klubie. Po trzech miesiącach czytania zgłoszeń nadal nie wiem, co się dzieje dalej - to znaczy, kiedy członek dostanie już powitalny pakiet. I, przyznaję to szczerze, bardzo, naprawdę bardzo chciałabym to wiedzieć.

Co takiego Josh dostał od Klubu jako jego członek? Co to były za kobiety? Jakie były? Czy z którąś spotkał się więcej niż raz? Co takiego robił im/z nimi, że uważał, że musi to robić w tajemnicy Klubu? Czy choć przez chwilę podejrzewał, co dzieje się naprawdę, że te kobiety zatrudniano i opłacano, żeby robiły to, czego żądał w zgłoszeniu? A może kupił wizję Klubu, połknął haczyk? A jeśli podejrzewał prawdę, czy miało to dla niego jakiekolwiek znaczenie?

No i oczywiście najgorsze pytanie ze wszystkich, to, co za wszelką cenę chcę wiedzieć (choć wcale nie jestem z tego dumna): czego zażądał Josh w swoim zgłoszeniu? Wiem, jestem wścibska, ale bardzo chcę wiedzieć.

Stawiam na to, że Josh, przystojny i ciekawy świata, to jeden z tych podróżników/bogaczy/sportowców/ludzi sukcesu, którzy wstępują do Klubu, bo chodzi im o szybki dostęp do dobrego seksu i towarzystwa, gdziekolwiek akurat się znajdują, w przeciwieństwie do tych wszystkich świrów, których kręci bukkake albo kupa na twarzy.

Z drugiej strony, może Josh wcale nie jest taki, jaki się wydaje. Może ma w sobie więcej świra niż widać na pierwszy rzut oka. Intryguje mnie to. A sądząc po minie Kat, ona też nie wie - no tak, widzę jak na dłoni, że moja Kat zastanawia się nad tym bardzo, bardzo intensywnie.

Szczerze mówiąc, nie dziwi mnie błysk w jej oku. Odkąd się dowiedziała, że podjęłam pracę w Klubie, usiłowała niestrudzenie (choć i bezskutecznie) wydusić ze mnie co bardziej soczyste szczegóły zgłoszeń, które przechodziły przez moje ręce. I to nie moje stanowisko tak ją rozpaliło - zawsze taka była.

Odkąd ją znam, z nas dwóch to Kat wiecznie szalała za chłopakami, przedwcześnie dojrzała, zawsze napalona, z niewiadomych powodów wolna od zahamowań, które zazwyczaj krępują większość dziewcząt, także mnie. Zanim w moim życiu pojawił się Jonas, obserwowałam jej stosunki z przedstawicielami płci przeciwnej i podziwiałam nieziemską pewność siebie i niemal męskie libido. Ale teraz, gdy Jonas mnie odblokował, patrzę na to zupełnie inaczej. Ba, to moje nowe, post-Jonasowe ja może śmiało konkurować z nią pod względem energii seksualnej.

Zerkam na Kat - i kiedy widzę jej rumieniec, nagle przeraża mnie myśl, że mam podobną minę. Jeśli tak, jeśli jestem choć w połowie tak rozpalona jak ona, trafię do piekła, bez dwóch zdań. Ciekawość czy nie, bez względu na z gruntu niewinne rozważania natury antropologicznej, nie powinnam się zastanawiać nad życiem erotycznym brata mojego faceta. Moja ciekawość erotyczna ogranicza się do mojego ukochanego Jonasa - a już na pewno nie może dotyczyć jego brata bliźniaka. Muszę przestać o tym myśleć. Niektórych rzeczy nie mogę wiedzieć. Koniec, kropka. To nie dotyczy jednak Kat, wcale nie. I sądząc po jej minie, doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Kolejne olśnienie spływa na mnie, kiedy Jonas w swojej opowieści dochodzi do momentu, gdy okazało się, że Stacy to prostytutka. Jonas wyraźnie po raz kolejny przeżywa upokorzenie na samo wspomnienie tamtej klęski, za to Josh zachowuje dziwny spokój. Ba, wydaje się rozbawiony. On na pewno nie ucieknie do łazienki, żeby uporać się z emocjami i przy okazji zrobić pięścią dziurę w ścianie.

- Hm. Ciekawe - komentuje Josh, kiedy Jonas skończył mówić.

Koniec wersji demonstracyjnej.