Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę - Tony Kososki

Reflow text when sidebars are open.
Najtrudniej jest zacząć. Zaczynam już piątą godzinę. Choć motywacja jest, strachu przed porażką czy obawy, jak dużo pracy przede mną, nie ma, to jednak czuję lekką chęć ucieczki przed rozpoczęciem. Zajmuję się innymi rzeczami, odwlekam. Skąd to się bierze? Może to przypływ adrenaliny, który pojawia się przy okazji spełniania kolejnego marzenia i który, choć jestem na samym początku drogi, już pozwala mi na to, żebym wyobraził sobie, w jak piękną przygodę znowu się udaję? A może to obawa? Obawa przed tym, żeby wypaść jak najlepiej, żeby podjąć się zadania w tym odpowiednim momencie, gdy flow wspomnień, zwany inspiracją, zaatakuje i przeniesie nas wszystkich do tej niesamowitej Ameryki Południowej. Jednak czekając na odpowiedni moment, mógłbym przecież nigdy nie wystartować - zarówno teraz, jak i wtedy.
W życiu tak mamy, że coś nas powstrzymuje przed postawieniem pierwszego kroku, zasiewa wątpliwości, często prowadząc do rezygnacji ze zrobienia go w ogóle. Wiemy, że strach ma tylko wielkie oczy, a mimo to swoje marzenia odkładamy na kiedy indziej - jak będziemy starsi i dojrzalsi, jak będą pieniądze, dom, zabezpieczenie finansowe... Uciszamy głos serca, tłumaczymy sobie, że był irracjonalny.
W dobie mediów społecznościowych, które stają się częścią naszego życia, a dla niektórych są wręcz całym bytem i celem, dla którego rano otwierają oczy, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest w życiu ważne. Czy naprawdę sfotografowane musi być dosłownie wszystko, a jedyne, co się liczy, to późniejsze "lajki" na "fejsie" i liczba "followersów" na "insta"? Takie zachowanie prowadzi do złudnego wyobrażenia o tym, czym jest życie. Sprawia, że rzeczy istotne umykają przy tak prowadzonej codzienności, która rozprasza każdą wewnętrzną inicjatywę bądź nawet nie daje jej wykiełkować. Doprowadza do złudnego przeświadczenia, że "to nie dla mnie". Może zamiast tego warto zacząć obserwować naturę, uczyć się przez doświadczenie? Piszę o tym, bo kiedyś ja sam myślałem, że w życiu jedyne, co mogę, to podążać tradycyjną ścieżką, która raczej nie zakłada podróży przez Amerykę Południową. Wydawało mi się, że wielkie rzeczy mogą robić tylko wielcy ludzie, zapominając, że oni przecież też kiedyś byli mali.
Tę książkę piszę z głębi serca, całym sobą, z chęcią pokazania, ile można zrobić, jeśli naprawdę powiemy sobie CHCĘ. Plany kłębiły się w mojej głowie jeszcze w drodze, kiedy wszystkie wspomnienia spisywałem na bieżąco to na blogu, to ręcznie, aby móc je teraz precyzyjnie odtworzyć. Książka przeniesie Cię, Drogi Czytelniku, na mundial w Brazylii, do faveli w Rio de Janeiro, do wnętrza peruwiańskiej puszczy i na pakę boliwijskiej ciężarówki. Będziemy pracować na statku w drodze do Iquitos, zwiedzać Czerwoną Planetę, wysadzać skały dynamitem i pisać pracę inżynierską w jednym z największych miast świata bez domu, komputera i internetu. Mam nadzieję, że ta przygoda, podczas której tak intensywnie odkrywałem siebie, zmusi i Ciebie do refleksji nad tym, gdzie chcesz być na przykład za pięć lat, i pomoże w podjęciu decyzji, gdy przyjdzie na to pora.
Patrząc na okładkę tej książki, nie wiesz, kim jestem. Mam jednak nadzieję, że po przeczytaniu moich wspomnień powiesz mi cześć nawet na drugim końcu świata. Nazywam się Tony Kososki, mam 23 lata, jestem inżynierem mechatroniki na Politechnice Gdańskiej. Oto moja historia.
Po nitce do kłębka
Moje życie zrobiło się interesujące, kiedy pojechałem na Erasmusa. Przed studiami zastanawiałem się, czy aby na pewno taki wyjazd jest dla mnie, przecież byłem tylko średnim uczniem. Rok później stałem przed największym wyzwaniem swojego dotychczasowego, 19-letniego życia: wyjazdem na drugi koniec Europy, do Portugalii, na uczelnianą wymianę. Tę odważną decyzję podjąłem kilka miesięcy wcześniej na siłowni, gdzie o swoim pomyśle opowiedział mi kolega. Wysiadłem na lotnisku w Lizbonie uśmiechnięty od ucha do ucha. Gdy kilka godzin później dotarłem do celu, poczułem rozczarowanie. Przyjechałem z wielkiej aglomeracji trójmiejskiej, a tu mała, zapyziała mieścina górska, skąd do najbliższego dużego miasta jest 250 kilometrów. Czas jednak szybko zweryfikował moje poglądy. Covilh? to miasteczko typowo studenckie i dwa tygodnie po zakończeniu sierpniowego kursu językowego zaczęli się tu zjeżdżać studenci z całego świata.
Dzień w dzień poznawałem kilkanaście nowych osób. Kto mógł przypuszczać, że do końca września zrobi się tutaj tak międzynarodowo? Na początku przeważali Polacy, później pojawiła się silna grupa z Hiszpanii, wielu Turków, Czesi i Rumuni. Przyjechała także liczna reprezentacja Brazylii i los chciał, że to właśnie z nimi od samego początku najlepiej się dogadywałem.
Pierwszy kontakt nawiązałem dość szybko i całkowicie przez przypadek. Wparowałem do pokoju znajomej pożyczyć patelnię, a moim oczom ukazała się długowłosa blondynka z dużymi, jasnymi oczami i ładną twarzą. Dziewczyna nieco się speszyła. Prawdopodobnie byłem pierwszym obcokrajowcem, którego tu spotkała. Spoglądała na mnie i łamanym angielskim starała się wytłumaczyć, że dopiero co się wprowadziła i nie ma pojęcia, kogo szukam. Nieco zawstydzony i onieśmielony jej urodą, stałem jak wryty, a gdy skończyła mówić, spytałem, z jakiego jest kraju, przeprosiłem za wtargnięcie i wyszedłem. Cudowna - pomyślałem, idąc korytarzem i zastanawiając się, jak to możliwe, żeby jednocześnie mieć tak jasną skórę i być Brazylijką? Do tej pory nigdy nie myślałem nad tym, jak wyobrażam sobie Latynosa. Ale nawet Hiszpanie mieli ciemniejszą karnację niż ona!
Czas leciał i tak jakoś wychodziło, że z Nicole widywaliśmy się coraz częściej. Dobrą stroną małej miejscowości było, że wszyscy nieustannie się spotykali. W zasadzie nie trzeba było nawet się umawiać, bo codziennie mijaliśmy się na korytarzach akademika bądź spotykaliśmy w kuchni. Znajomość z Nicole automatycznie pomagała poznawać kolejne osoby i liczba moich brazylijskich przyjaciół na Facebooku rosła w nieprawdopodobnym tempie. Obserwowałem ich codzienny styl bycia, otwartość i odmienność wyróżniające ich od przedstawicieli innych nacji mieszkających w akademiku. Każdy z nich pozostawał zawsze sobą i był akceptowany przez innych. Na ich twarzach nigdy nie było złości, chodzili wiecznie szczęśliwi, weseli. Gdy ktoś z Brazylijczyków obchodził urodziny, pozostali robili mu obowiązkowo niespodziankę. Od samego rana zasypywali facebookową tablicę życzeniami, a około godziny 18.00 zasłaniali jubilatowi oczy, prowadzili do kuchni i celebrowali, zajadając się słodyczami i popijając winem. Polsko-brazylijska przyjaźń rosła nie tylko za sprawą moją i Nicole. Piękne było to, że ich kręgi były bardzo otwarte i coraz częściej zapraszali do nich Polaków.
Taka mała Covilh?, a więcej tutaj świata niż w mojej rodzinnej metropolii. Zresztą, kto tutaj wiedział, gdzie jest Gdańsk? Przez całe życie wydawało mi się, że mieszkam w dużym portowym mieście, o którego istnieniu wie cały świat, a tu miałem wrażenie, że niektórzy dopiero teraz dowiedzieli się, co to w ogóle jest Polska. Ale czego mogłem wymagać, skoro sam do niedawna myślałem jeszcze, że Rio de Janeiro jest stolicą Brazylii, a pomnik Chrystusa Odkupiciela stoi w S?o Paulo? Wraz z Nicole zaczęliśmy jeździć dużo autostopem i w trakcie wycieczek mieliśmy sporo czasu, żeby rozmawiać na wiele tematów. Ponieważ od samego początku bardzo mnie zafascynowali Brazylijczycy i ich kultura, dziewczyna była dla mnie nieocenioną skarbnicą wiedzy. To zresztą działało w obie strony. Oboje byliśmy dla siebie egzotyczni. Wszystko, co z perspektywy Polaka było dla mnie normalne, dla niej często nie do wyobrażenia.
- Jak to możliwe, że zimą u was robi się widno dopiero o 8.00 i ciemno o 15.30, a latem dzień trwa prawie 20 godzin? - pytała, a ja odpowiadałem:
- No jak to jak, no normalnie, tak przecież wszędzie jest.
Jak się okazało, wcale nie. Dziewczyna mieszkała w miejscowości Cuiabá i tam dzień zawsze zaczyna się około 6.00 i kończy przed 18.00. A myślicie, że kiedyś widziała śnieg?
Ja z kolei nigdy nie widziałem takiej "kreski" na końcu wyrazu ani falki czy daszku. U nas alfabet ma jakąś logikę, "a" i "ą" to dwie różne litery. Ale "a", "á", "a", "?" i "â" to zawsze była dla mnie lekka przesada. Brazylijska odmiana języka portugalskiego jest jednym z najbardziej melodyjnych języków na świecie i w przeciwieństwie do angielskiego, czy nawet polskiego, problemem nie jest nauczyć się gramatyki i słownictwa (choć wcale nie jest to łatwe), a poprawnej wymowy. Ja nie radzę sobie z tym do dziś, po prostu mówię po portugalsku jak Polak. Nie moduluję głosu, mówię "płasko". Żeby mówić jak oni, trzeba śpiewać, a wtedy szybko zaczyna boleć gardło.
Kilka tysięcy kilometrów oceanu i kilkaset lat bez obcych wpływów sprawiły, że portugalski w Brazylii wyewoluował. Oryginalny, europejski, dla mnie zawsze brzmiał bardzo dostojnie. W zasadzie różnica między nim a brazylijskim jest taka, jakby obok siebie stanęli poważny facet z walizką ubrany w garnitur i koleś w bokserkach, który dopiero co wyszedł z morza i pod pachą trzyma deskę do surfowania. Choć zazwyczaj jedni z drugimi mogą się dogadać, to kiedyś Nicole opowiadała mi, jak profesor poprosił ją do tablicy, zwracając się do niej rapariga v?m. Nie wiedział, że w Brazylii mianem rapariga określa się kobietę, która z niejednego pieca chleb jadła, dlatego dziewczynie zrobiło się bardzo głupio. Brazylia jest krajem ogromnym, toteż ludzie na południu mówią nieco inaczej niż ci z północy czy wschodu, przez co zdarza się, że niewielkie problemy z porozumieniem mają nawet, rozmawiając między sobą.
Mijały tygodnie i poznałem praktycznie wszystkich Brazylijczyków. Zacząłem kształtować sobie w głowie wizję prawdziwego Latynosa, ale zupełnie mi to nie wychodziło, bo co człowiek, to inny kolor skóry. Okazało się, że podobnie jak dialekt, wszystko zależy od tego, kto się gdzie urodził. Choć Nicole i tak była wyjątkiem spośród wszystkich, ponieważ jako jedyna w tej grupie studentów miała blond włosy. Odziedziczyła je po dziadku, który wyemigrował przed wojną z Europy i jak wielu innych osiedlił się w południowej części Brazylii, gdzie warunki atmosferyczne były zbliżone do tych na Starym Kontynencie. Dlatego też tam żyją głównie ludzie biali. Gdzieś od Rio de Janeiro zaczynają się pojawiać Mulaci, a kolega ze stanu Bahia swym wyglądem potwierdzał, że im dalej na północ, tym wszyscy są coraz bardziej czarni. Miałem jeszcze dwie znajome, które mieszkały w Belém, i dopiero, gdy wyguglowałem, że to miasto jest położone u ujścia Amazonki, spostrzegłem ich indiańską urodę.
Moje prawdziwe imię i nazwisko, Przemysław Śleziak, było dla nich niemożliwe do wymówienia. Ktokolwiek widział mój dokument, nie mógł zrozumieć, jak to jest możliwe, że pierwsze trzy litery to spółgłoski, ani dlaczego w tak długim słowie jak PRZEMYSŁAW pojawia się tak mało samogłosek. Pżymk, Pżmszliw, Psz, Pszimk - słyszałem najczęściej, gdy Latynosi próbowali to przeczytać, na koniec rzucając w powietrze: MÓJ BOŻE, przecież to jest niemożliwe. A jak radzili sobie z nazwiskiem? W momencie, gdy zobaczyli "akcent" na pierwszą literę i to w dodatku spółgłoskę, zazwyczaj dawali sobie spokój. Dlatego, żeby całemu światu ułatwić komunikację ze mną, zacząłem się przedstawiać jako Tony, tym bardziej że już używałem tego imienia na Facebooku. Nawet profesorowie przyjmowali z ulgą, gdy podczas pierwszego czytania listy obecności, widząc ich heroiczne zmagania z polskimi spółgłoskami, proponowałem zamiennik. Z czasem podpisywałem tak e-maile, a później i testy na uczelni. Mijało pół roku i przygoda z Erasmusem powoli dobiegała końca. Musiałem szybko podjąć decyzję co dalej - wracam do domu czy chcę zostać za granicą?
Brazylia siedziała mi w głowie już od pierwszego spotkania z Nicole, a za jej sprawą z tygodnia na tydzień zagnieżdżała się tam coraz bardziej. Różnorodność kulturowa, rasowa, językowa w obrębie tego samego kraju bardzo mnie urzekała. Podróże, które odbyłem w Portugalii, pozwoliły mi odważniej podejść do swoich marzeń. Zacząłem myśleć, co by było, gdybym zechciał odwiedzić wszystkich Brazylijczyków, z którymi się zaprzyjaźniłem? Przecież teraz miałem już znajomych na północy i na południu, na wschodzie i zachodzie! Wakacje 2013 wydawały się zbyt wczesną datą, ale rok 2014 był już jak najbardziej osiągalny. Jednak żeby zrealizować ten cel, musiałem lepiej nauczyć się języka. Zdecydowałem się zatem pozostać w Portugalii na następny semestr, a po jego zakończeniu jakoś tak wyszło, że mieszkałem tam jeszcze kolejny rok. To w zasadzie było bardzo ważne, ponieważ przyjechałem wypełnić umowę o podwójnym dyplomie, co oznaczało, że wraz z końcem portugalskiej szkoły miałem otrzymać dwa tytuły inżyniera, a moje wakacje zaczynały się w czerwcu i nie były dalej niczym ograniczone.
Afirmacja to początek, trzeba było zacząć działać. Postawiłem sobie cel, lecz nie za bardzo wiedziałem, jak go realizować. Ludzie podrzucali mi różne rozwiązania, aż dowiedziałem się o możliwości zostania wolontariuszem podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, które właśnie w 2014 r. odbywały się w Brazylii. Przypadek? Zgłosiłem swoją kandydaturę. Pierwsza faza selekcji polegała na wybraniu szczęśliwców spośród kilkudziesięciu tysięcy zgłoszonych kandydatów przez jakąś magiczną rękę. Dalej było już trudniej, choć teraz wszystko zależało ode mnie. Musiałem jak najpozytywniej zaprezentować się swojemu rozmówcy podczas spotkania na Skypie, a do samego końca nie wiedziałem, w jakim języku będziemy rozmawiali. Przygotowałem więc dwa płynne zdania po portugalsku, w których prosiłem o przejście na język angielski i wyjaśniałem, że jestem w trakcie nauki. Dziesiąty grudnia, godzina 18.00, ubrany w bluzę siedziałem w bibliotece. Zadzwonił nieznajomy. Od kolejnych 20 minut zależało moje być albo nie być.
Rozpoczęło się dobrze, bo rozmawialiśmy po angielsku. Na początku byłem nieco zestresowany, lecz im dalej w las, tym szło mi coraz lepiej. Pytania były bardzo abstrakcyjne, mało miały wspólnego z logiką, ale moje kreatywne myślenie nie zawiodło i zawsze jakoś udało mi się wybrnąć. Jak planuję swój czas i swoje życie, co bym zrobił, gdybym spotkał zdenerwowanego kibica, co bym zrobił, gdyby ten kibic był przerażony, widząc, że na stadion spada meteoryt? W 20 minut powiedziałem naprawdę wiele, a znaleźliśmy jeszcze trochę czasu na żarty rozluźniające atmosferę. Byłem dobrej myśli i jak się okazało, zakwalifikowałem się do ostatniego etapu, co było jakimś wielkim, niewyobrażalnym cudem!
Teraz musiałem jedynie rozwiązać quiz na podstawie przedstawionego tekstu, a jedyną trudnością było to, że wszystko napisane było po portugalsku. Tekst traktował o tym, jak niesamowitą instytucją jest FIFA, że rasizm to nie tylko rzucanie bananami w afrykańskiego piłkarza, ale także patrzenie na kogoś przez pryzmat stereotypów, oraz jak ważna dla świata jest ekologia. Krótko po Nowym Roku dostałem pozytywną odpowiedź, w dodatku pojawiły się tanie bilety od czerwca do sierpnia na lot do Rio de Janeiro. CZYLI CO?! JADĘ DO BRAZYLII! Nie wiedziałem, jakim cudem, ale się udało. Pozostało mi jedynie zaliczyć szkołę i ruszyć w drogę!
Teraz czas leciał już nieubłaganie szybko. Tak do końca nie zdawałem sobie sprawy, co robię, ale wiedziałem, że podążam za głosem swojego serca. Czułem się szczęściarzem, że lecę pracować prosto do Rio, które było moim największym marzeniem. Moi brazylijscy znajomi gratulowali mi i nie mogli się doczekać mojego przyjazdu. Niektórzy nawet planowali zebrać się w większą grupę i przyjechać do mnie.
Gdy miałem już zabukowany lot oraz akceptację FIFA, musiałem jeszcze zrobić szczepienia oraz odebrać wizę do pracy jako wolontariusz. Do Ameryki Południowej wymagane są szczepienia przeciwko żółtaczce A+B oraz żółtej febrze. Teraz poznałem minus mieszkania tak daleko od Lizbony i brazylijskiej ambasady. Dwa razy jechałem 500 km stopem, bo za pierwszym zapomniałem zabrać z domu jakiegoś papierka. Na szczęście udało się wszystko załatwić. Skomplikowało się nieco z biletem. Powrotny miałem za dwa miesiące od przylotu, ale obliczyłem, że to dla mnie zbyt mało czasu. Zapytałem więc na lotnisku w Lizbonie, czy byłaby możliwość anulowania biletu powrotnego i ile pieniędzy by mi zwrócono. Minęły 3 tygodnie, aż tu nagle mail, że zostały skasowane oba bilety, a za transakcję policzono sobie ekstra 200 euro. Miałem szczepienia, wizę i akceptację FIFA, do rozpoczęcia mundialu pozostał już tylko miesiąc, a ja ocean musiałem pokonać chyba kajakiem... Przez cały maj Lizbona stała się najczęściej odwiedzanym przeze mnie miastem w życiu. Woziłem pisma, krzyczałem, straszyłem, prosiłem, szlochałem, aż w końcu wywalczyłem całkowity zwrot pieniędzy, a za nie kupiłem lot w jedną stronę do S?o Paulo.
Im bliżej wyjazdu, tym bardziej obraz idealnej Brazylii z uśmiechniętymi ludźmi zaczął się psuć. Coraz więcej osób ostrzegało mnie przed czyhającymi tam niebezpieczeństwami, a Rio i S?o Paulo były ponoć dwoma najgroźniejszymi miastami. Przede wszystkim ostrzegano mnie przed favelami, gdzie na porządku dziennym były rzekomo strzelaniny, porwania i rabunki z bronią. Zamieszkiwane przez najbiedniejszą grupę społeczną i kontrolowane przez producentów narkotyków, miały znajdować się wszędzie. Zdesperowani ludzie, których nie stać było nawet na buty, mieli czekać, aż jakiś turysta wpadnie w ich szpony, aby zabrać mu wszystko, co ma, sprzedać i wydać na marihuanę lub kokainę. Wciągały tam podobno już dzieciaki z podstawówki, które dla turysty nie znały litości. Kategorycznie zabraniano mi także jazdy autostopem i przestrzegano, że ludzie w Brazylii nie są tacy sami jak Europejczycy. Nic nie zrobią za darmo, a jeśli ktoś się zatrzyma, to tylko złodziej, bo normalny człowiek będzie się bał podjąć ryzyko podwiezienia nieznajomego.
To wszystko, co mówili, było jednak niespójne z moimi własnymi spostrzeżeniami. Z Nicole nieraz jeździliśmy okazją, co wskazywało, że oni też znają tę formę podróży. Brazylijczycy kupowali na prawo i lewo, mieli pieniądze na podróże i, podczas gdy ja przez 2 lata jadłem jedynie ryż z tuńczykiem, oni nie szczędzili sobie przyjemności i non stop raczyli swoje podniebienia najróżniejszymi europejskimi przysmakami. Nawet ci, którzy przyjechali tutaj bez stypendium. Głowiłem się zatem, jak to możliwe, że w centrum najpiękniejszego miasta świata żyją ludzie, którzy nie mają nic.
Temat faveli stał się numerem jeden w moim życiu. Zacząłem szukać informacji o nich w internecie oraz wypytywałem o nie Brazylijczyków. Gdy prowokacyjnie mówiłem, że moim marzeniem jest zamieszkać w jednej z nich, wszyscy traktowali to jako żart. W końcu zaakceptowałem przykrą prawdę, ale nadal nie mogłem pojąć, dlaczego państwo nic z tym problemem nie robi. Jak to jest możliwe, że są miasta w mieście i ich mieszkańcy sieją taki terror?
Doradzono mi jeszcze, żeby przed wyjazdem ściąć dredy, bo takie fryzury noszą jedynie ludzie należący do gangów, więc wszyscy na ulicy będą się mnie bali.
Zanim 6 czerwca 2014 r. wsiadłem do samolotu, zebrałem wszystkie możliwe informacje. Brazylia jawiła mi się jako kraj, w którym nikt nie pali papierosów, bo wszyscy od małego wciągają kokainę, a pieniądze na to mają z okradania turystów, do których podbiegają na bosaka z pistoletem, ale tylko do tych, którzy mają zwyczajną fryzurę, bo inni mogą należeć do gangu. Policja tam nie jest potrzebna, ponieważ wszystko kontrolują baroni narkotykowi, którzy dbają o bezpieczeństwo swoich folwarków, ludzi oraz banków. Największy kraj Ameryki Południowej, przedstawiony mi przez jego obywateli, w zestawieniu z Europą prezentował się groteskowo. Nie zmieniło to faktu, że wszystkie te informacje w takim samym stopniu mnie przestraszyły, jak i pobudziły moją ciekawość.
W samolocie, podziwiając piękny widok na miejsce, gdzie kończy się Europa i zaczyna Afryka, zacząłem się poważnie zastanawiać, dokąd ja lecę. Na pierwszej stronie gazety pokładowej było zdjęcie Rio de Janeiro, a pod nim informacje dotyczące finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Ścisnęło mnie w gardle. Niezależnie dokąd leciałem i co mnie miało tam spotkać, byłem szczęśliwy. Wiedziałem, że w tym momencie robię ogromny krok naprzód w swoim życiu, i gdyby dwa i pół roku wcześniej ktoś mi powiedział, że jako inżynier mechatroniki wyruszę w podróż na inny kontynent, nigdy w życiu bym nie uwierzył. A teraz byłem na najlepszej drodze do spełnienia kilkunastu marzeń naraz.
Oprócz obejrzenia meczu finałowego, wyznaczyłem sobie za cel zbadanie rozwarstwienia społecznego w Brazylii, a przede wszystkim ogólnie dobrą zabawę. Gdyby mi się za bardzo spodobało, to już w głowie miałem obmyślony plan dotarcia do Machu Picchu w Peru. Zatem VAMOS! Ruszamy w drogę!
Bem vindo ao Brasil, Polaco![1]
Lot odbywał się bez większych problemów. Może Royal Air Maroc to nie najwyższa klasa, ale fotele wygodne, jedzenie dobre, widoki z okna onieśmielające. W przerwie między filmami wyświetlano mapę i nasze aktualne położenie. Fajna to chwila, kiedy znajdując się nad Oceanem Atlantyckim, gdzieś między Republiką Zielonego Przylądka a brazylijskim miastem Salvador, doświadczasz namacalnie, jak mała jest nasza planeta.
Przelatujemy nad Rio. Myślę sobie, że samolot mógłby tu awaryjnie lądować. Miałbym 400 km mniej do pokonania. Nie znając tutejszych zwyczajów, będę musiał od razu rzucić się na najgłębszą wodę i próbować łapać autostop między dwoma największymi miastami w Brazylii. Niestety. Samolot tylko przemknął nad Rio i dalej leciał w kierunku swego docelowego portu. Teraz już odczuwałem bliskość S?o Paulo i zaczynało do mnie powoli docierać, na co się porwałem. Odwrotu już jednak nie było.
Na lotnisku umówiłem się z Tami. Miałem nadzieję, że ona także podziela moje emocje i rozumie, jak bardzo w tej sytuacji potrzebuję pomocy. Samolot miał półtorej godziny opóźnienia, a o 22.00 zaczynał się koncert, na który planowaliśmy iść wspólnie, umowa była jednak taka, że jeśli się spóźnię, ma mnie zostawić na lotnisku i odebrać następnego dnia. O ile będzie w stanie. Nie waham się prosić o pomoc, kiedy jej potrzebuję, jednak wolę robić to w formie nieinwazyjnej, czyli nie ingerować za mocno w życie osoby pomagającej - ot taki autostopowy zwyczaj. Ceny wejściówek na koncert były wysokie i nie chciałem, aby Tami z mojego powodu opuściła takie wydarzenie.
Samolot ponownie dotknął ziemi po 11 godzinach. S?o Paulo z nieba wydawało się takie malutkie, później przelecieliśmy przez chmury i nagle nie było widać jego końca. Zanim zostałem wpuszczony do Brazylii, musiałem jeszcze wypełnić jakiś papier, zwykła formalność lotniskowa, po czym dostałem pieczątkę na 90 dni i poczułem się jak w raju. Ogromne lotnisko, przestrzenne, nowoczesne, z instrukcjami w języku angielskim i portugalskim, zachwyciło mnie. Pierwsze wrażenie było na tyle dobre, że w ogóle przestałem się bać. Teraz jedynie myślałem, jak odnaleźć koleżankę. Nie ustaliliśmy, w którym miejscu się spotkamy. Skąd mogłem wiedzieć, że tu jest tak wiele różnych terminali. Napisałem Tami jedynie, o której godzinie przylecę, skąd i jakimi liniami. Na szczęście mieli tutaj darmowy internet, co pozwoliło nam się skontaktować. Jak na brazylijskie standardy przystało, ona i jej chłopak jeszcze nie dojechali.
Jedną z cech, która oprócz otwartości, uśmiechu, urody i ciekawości świata, wyróżniała Brazylijczyków spośród innych ludzi na Erasmusie, była niepunktualność. Oni zawsze mieli czas, zawsze wszędzie przychodzili ostatni i zawsze wszyscy razem czekali na każdego z grupy. Miałem nadzieję, że Tami i jej chłopak faktycznie już jadą i nie będzie tak, że około północy dostanę wiadomość, jak dotrzeć na drugi koniec miasta autobusem, bo S?o Paulo to największa metropolia w Ameryce Południowej. Mieszka tutaj ponad 20 milionów ludzi. Więcej niż połowa populacji Polski ściśnięta jest na obszarze zaledwie kilka razy większym niż Warszawa. Lotnisko Guarulhos leży na północnych przedmieściach, a Tami mieszkała na peryferiach południowych.
Dojechali dopiero po 23.00. Przeprosiła za spóźnienie i powiedziała, że w mieście były korki. I tak miałem szczęście, bo zator był podobno niewielki. Często się zdarza, że zanim uda się człowiekowi przejechać przez zatłoczone centrum, ktoś inny w tym samym czasie jest w stanie samolotem dotrzeć do położonego 2000 km dalej Salvadoru. Ogromne dystanse. To właśnie sprawia, że Brazylijczycy szaleją, gdy przylecą do Europy. Z Portugalii już przecież tak blisko do Paryża. Koncert w Moskwie? Pewnie, jutro tam będę! Wsiadam w Ryanair w Lizbonie i lecę, nie ma problemu! Powierzchnia Brazylii nie ustępuje wiele Europie. Gdy odejmie się Rosję, to na dużo mniejszym obszarze naszego kontynentu jest 45 państw. Tam jedziesz 5000 km i dalej mówisz po portugalsku, w Europie przejedziesz kilkaset, mijasz granicę i wszyscy mówią już po niemiecku, trochę dalej ten ustępuje francuskiemu, itd. Nie ma się więc co dziwić, że nie każdy młody Brazylijczyk zna angielski. Wiele osób nie widzi szans na wyjazd za granicę, a od miasta Ushuaia w Argentynie po Tijuanę w Meksyku są w stanie porozumieć się niemal bez problemów.
Przemierzaliśmy największe miasto Ameryki Południowej przez blisko godzinę, choć już nie było korków. Mijaliśmy ogromne wieżowce. Przejechaliśmy też podobno pod pięknym mostem Octavio Frias de Oliveira, którego i tak wtedy nie zobaczyłem, bo byłem w zbyt wielkim szoku, że dotarłem, że gdzieś jadę, że wszystko jakoś mi się układa i że przede wszystkim jestem w Brazylii i spełnia się moje ogromne marzenie. Przed samym lądowaniem przepełniały mnie różne uczucia. Najpierw przeważał strach, później radość i nerwy, aż finalnie, gdy ponownie zza chmur wyłoniło się ogromne miasto, poczułem wielki spokój. Teraz przeważała ciekawość. A dziś czekało mnie jeszcze trochę atrakcji.
Na zatłoczonym parkingu zostawiliśmy auto, kilka minut pieszo i kolejne kilkadziesiąt czekania w gigantycznej kolejce do wejścia. Obawiałem się, czy w ogóle wejdę. Miałem ze sobą dokumenty, ale była to impreza studencka, więc mogła być potrzebna brazylijska legitymacja. Przeszliśmy przez bramę, za którą stało czterech ubranych na czarno ochroniarzy. Oprócz ręcznej kontroli, sprawdzili mnie także wykrywaczem metali. Dbano, aby nikt nie mógł wejść z bronią. Jak to dobrze, że jesteśmy w tak bezpiecznym miejscu, ironizowałem.
Podczas imprezy non stop serwowano zimny napój z dodatkiem alkoholu, o owocowym smaku, z wielkiego, niebieskiego baniaka. Na całym kontynencie służą one do gromadzenia wody dla gospodarstwa domowego. Podobny baniak stoi na dachu każdego domu tam, gdzie jest stara zabudowa. Impreza trwała do białego rana, gdy jednak przyszliśmy, występ artysty już się kończył. Na szczęście ostatnią i najlepszą piosenkę gwiazdor zostawił na finał. Wszyscy wtedy tylko udawali, że bujają się na prawo i lewo, jak im polecił, a tak naprawdę mieli trudności z utrzymaniem równowagi. Z niezrozumiałych przyczyn ludzie bawiący się w tym tłumie nagle zaczęli rzucać jeden w drugiego piwem. Nigdy wcześniej takiego zwyczaju nie widziałem, ale jestem pierwszy raz w Brazylii. Może w Ameryce Południowej tak mają? Od natłoku nowości w moim życiu, zmiany czasu o cztery godziny i z braku odpowiedniej ilości snu przez ostatnie trzy noce zaczęło mi się kręcić w głowie.
Gdy rano otworzyłem oczy, początkowo nie wiedziałem, gdzie jestem. Fakt, że leżałem na łóżku i miałem telefon w kieszeni, rokował dobrze. Wstałem, wyszedłem z pokoju, zobaczyłem koleżankę.
- Como estás, Toni? Bem vindo ao Brasil!!![2] - przywitała mnie Tami. Zatem spełniło się. Jestem w Brazylii. I mam się całkiem dobrze. Gdyby tylko nie ten ból głowy...
Cały ten dzień dogorywaliśmy. Gdy dojrzeliśmy do podjęcia decyzji, co zwiedzić, była już 15.00, a mnie w głowie była tylko favela. Gringo od początku szukał przygody. Jeszcze będąc w Europie, wypytywałem Tami: "Czy favela ma Facebooka? Czy favela chodzi na imprezy?". Traktowałem slums jak jeden, wspólny zorganizowany moloch, gdzie wszyscy kradną, wrzucają to do wspólnego kotła i za te pieniądze utrzymuje się cała ich społeczność.
Tego dnia nie opłacało się już w zasadzie nigdzie dalej wyjeżdżać. Będąc niemal na zwrotniku Koziorożca, musiałem przywyknąć, że dzień zaczyna się około 6.00 i kończy o 18.00. Dodatkowo w czerwcu jest tam środek zimy, zatem i słońce nie świeci równe 12 godzin, tylko krócej, podobnie jak u nas. Jedyne, co ich zimę odróżnia od naszej, to temperatura - tu jest 20 stopni na plusie i nadal chodzi się w krótkich spodenkach. Pozostał nam więc spacer po okolicy i choć Tami zaklinała się, że tu nic nie ma do zobaczenia, to ja, zderzając się po raz pierwszy z brazylijską rzeczywistością, byłem przeszczęśliwy.
Choć nie byliśmy w faveli, wszędzie widniały malowidła ścienne. Zwykłe wejście do sklepu, ze względów bezpieczeństwa, miało kołowrotek, który przy wychodzeniu był otwierany przez kasjera przez naciśnięcie przycisku. Na wysokości mojej głowy wszędzie wystawały dachy od garażów, co w połączeniu z dziurawym i krzywym chodnikiem sprawiło, że w ciągu godziny kilka razy byłem bliski wywrotki. To, co zobaczyłem, wyglądało jak Polska za czasów mojego dzieciństwa. Dopiero teraz zauważyłem, jak bardzo nowoczesna jest Europa. Linia energetyczna to dzieło samo w sobie, czegoś tak fantastycznego w swoim nieuporządkowaniu jeszcze nie widziałem. Przejścia dla pieszych ze światłami tylko dla samochodów dopełniały uroku otaczającej mnie nowej rzeczywistości. Tego dnia byłem jak małe dziecko, które na nowo uczyło się chodzić.
Nazajutrz wstaliśmy o wiele wcześniej. Z samego rana pojechaliśmy samochodem do parku w centrum miasta. Był weekend, więc wkrótce zrobiło się bardzo tłoczno. Ludzie jeździli na rowerach, biegali, słuchając muzyki z przypiętych do bicepsa telefonów, inni wyprowadzali psy. Wszystko wyglądało normalnie. Jednak wielka ilość ostrzeżeń, które dostałem od znajomych, sprawiła, że bałem się Brazylii. Z jednej strony, od samego początku mnie fascynowała. A z drugiej, jak przejść obojętnie obok tych wszystkich mrożących krew w żyłach historii? Przez to powstał w mojej głowie mętlik i każdy, niezależnie jak wyglądał, był przeze mnie skanowany jako potencjalny złodziej. Może to jeszcze nie paranoja, ale na pewno nie zdrowa reakcja.
Wzdłuż alejek było pełno sprzedawców. Ich stoiska wyglądały jak szafa na kółkach, która pełniła zazwyczaj funkcję lodówki i posiadała ogromny, składany parasol chroniący przed deszczem albo słońcem. Przed wylotem do Ameryki Południowej bałem się, jak poradzę sobie ze zmianą klimatu, wszak S?o Paulo to już strefa międzyzwrotnikowa, ale na szczęście, jak już wspomniałem, była tutaj teraz zima, więc w nocy musiałem zakładać bluzę, a za dnia temperatura nie przekraczała tego, co poznałem w Portugalii. Rio leżało niewiele dalej w stronę równika, więc byłem raczej przekonany, że przepowiednie znajomych o 50-stopniowych upałach się nie spełnią.
Na stoiskach sprzedawano głównie słodkie i słone przekąski, czasem watę cukrową i zawsze zimne piwo. Bardzo często były też soki ze świeżych owoców, wśród których oczywiście królowała pomarańcza. Nie potrafię do końca wytłumaczyć, jak to robili, ale nadziewali owoc na coś, kręcili kołowrotkiem i za chwilę był już bez skórki. Teraz w całości lądował w wyciskarce, straganiarz obiema rękami przesuwał długą wajchę z góry na dół i po trzech takich operacjach kubek był pełny, a to wszystko za cenę 1 reala, czyli 1,33 złotego. Pomarańczę oczywiście znam, więc nie wzbudziła mojej fascynacji, jednak kawałek dalej sprzedawali coś o wiele bardziej tajemniczego.
Widząc sporą kolejkę, podszedłem zaciekawiony do stoiska. Na blacie leżało coś wielkości mojej głowy, na oko było ciężkie, miało jajowaty kształt i było koloru zielonego. Kobieta brała to między kolana, ustawiała zakrzywieniem do góry, waliła nożem i gdy przebiła, wlewała sok do maszyny chłodzącej, z której nalewała klientom do kubka. Tami, obserwując moje zainteresowanie, powiedziała, że to jest kokos.
- Ale jak to... kokos? - zapytałem. - Przecież kokos jest do jedzenia i ma kolor brązowy.
Okazało się, że kreskówki i filmy mówią prawdę, ale w momencie, gdy owoc spada z palmy, jest niedojrzały i pełen wody, potrzebuje czasu, żeby uformował się w nim miąższ, z którego robi się następnie wiórki. Woda kokosowa w smaku jest dziwna, wydaje się, że chciałaby być słodka, ale jest to taka lekka słodycz, pojawiająca się gdzieś u nasady języka. Jeden duży kubek za 5 reali jak na moje podniebienie to było zbyt wiele, choć podobno sok jest bardzo zdrowy.
Przyszła pora obiadowa. Do domu było daleko, więc Tami zabrała mnie do japońskiej restauracji. W zasadzie nigdy w takim miejscu nie byłem, a moja cała wiedza o Kraju Kwitnącej Wiśni pochodziła z Naruto, które oglądam nieprzerwanie od gimnazjum. Samochód zaparkowaliśmy naprzeciwko malowidła przedstawiającego ogromnego goryla, który niszczy płonące miasto. Od samego początku widać było, że jest tu bardzo klimatycznie. Ulice ozdobione były torii, czyli charakterystycznymi bramami o cienkiej belce poprzecznej w kształcie lekko wygiętego łuku, latarnie były dziwnie powyginane, a na nich zawieszone po trzy lampiony. Nawet światło sygnalizacyjne na zatłoczonej ulicy nie pokazywało tutaj ludzika, a symbole charakterystyczne dla Japonii. Kilkanaście metrów przed wejściem do lokalu minęliśmy Power Rangers...
Ostatni raz byłem w restauracji we Włoszech i była to restauracja brazylijska. One cechują się tym, że płaci się raz i je się do woli. Przy stoliku obsługiwał nas kelner przynoszący nabite na miecz grillowane mięso różnej maści. Teraz zupełnie nie wiedziałem, co wybrać z menu. Nagle mnie olśniło. RAMEN! Już od tak dawna obiecywałem sobie, że kiedyś tego spróbuję. To ulubione danie Naruto - przypominająca rosół zupa z makaronem, w której pływa mięso i jakieś japońskie dodatki. I nie musiałem specjalnie lecieć po to do Japonii. Nie patrząc dalej w kartę z dziwnymi nazwami, zapytałem Tami, czy wie, o co mi chodzi, i mogliśmy złożyć zamówienie. Jedzeniu posiłku towarzyszyło wiele radości z powodu moich nieporadnych prób nabierania makaronu pałeczkami. W końcu poddałem się i poprosiłem o sztućce.
Zawędrowaliśmy w tę część miasta, ponieważ rodzice koleżanki pochodzą z Japonii i ona sama, choć nie potrafi powiedzieć w swoim języku więcej niż ja, jest Azjatką. Brazylia jest sama w sobie różnorodna etnicznie ze względu na wielkość zamieszkujących ją lokalnych grup ludności, ale żyje tutaj też bardzo dużo imigrantów. Gdzieś na południu są nawet typowe polskie miasteczka, w których nasz język używany jest do tej pory. Przy okazji obiadu oraz tej różnorodności nawiązała się ciekawa rozmowa dotycząca faveli. Tami w skrócie wyjaśniła mi, w jaki sposób tworzą się takie miejsca.
Brazylia, jako ogromny kraj, posiada regiony bogate i biedne. Juninho Pernambucano to nazwisko znane większości fanów piłki nożnej. Mało kto jednak wie, że słowo Pernambucano to przydomek nadawany mieszkańcom stanu Pernambuco w północno-wschodniej części Brazylii. Z tamtego regionu pochodzą także Dani Alves, Pepe czy Hulk. Wszyscy znakomici piłkarze dorastali w miejscach, skąd miejscowa ludność spływa ku rozwiniętemu trójkątowi obejmującemu obszar S?o Paulo-Rio de Janeiro-Belo Horizonte. Powodem tej migracji jest nie tylko brak pracy, ale także warunki naturalne w postaci wysokiej temperatury oraz niedostatku opadów. Choć obecnie widzi się powolną tendencję odwrotną, to właśnie ta ludność, z biednej północy, w poszukiwaniu lepszych warunków do życia osiedliła się w miastach i pozostając bez pracy, pogłębiła problem slumsów, które z czasem okazały się jedynym miejscem, gdzie mogli zamieszkać.
W Portugalii poznałem Lucasa, naukowca, który teraz powoli zdobywa uznanie na całym świecie, lecz jego praprababka w XIX w. została zesłana do Brazylii i miała zostać niewolnicą. Tak jednak wyszło, że na statku zaszła w ciążę, a w tym samym czasie władze wydały dekret mówiący, że każde dziecko urodzone na terenie kraju otrzymuje prawo do wolności. Dzięki temu cała jego rodzina wyszła spod kreski i mogła zacząć normalnie żyć i pracować. Czy ktoś by wtedy przypuszczał, że kilka pokoleń później rodzina doczeka się potomka, który otrzyma międzynarodowe stypendium z programu Nauka bez Granic za prowadzenie badań nad leczeniem raka skóry i rozpocznie studia doktoranckie?
Lucas wytłumaczył mi, że to, co robi on i wielu jego znajomych, których poznałem w Portugalii, nie jest aż takie naturalne w Brazylii. Kraj uzyskał niepodległość stosunkowo niedawno, przedtem zamieszkiwali go głównie przestępcy, ponieważ za ocean często wysyłano ludzi z wyrokami, aby mogli odkupić swoje winy. Dla nich była to jedyna okazja, żeby odzyskać wolność, a później właśnie oni ten kraj budowali. Do dziś w Brazylii jest bardzo duży analfabetyzm. Są regiony, gdzie trzeba lecieć samolotem, później jechać autobusem czy przeprawić się łodzią, więc siłą rzeczy szkoła tam nie dociera, przez co nie całe społeczeństwo jest wyedukowane.
Za pionierów, "założycieli" i pierwszych mieszkańców dzielnic biedy uznaje się ludność czarnoskórą. Pod koniec XIX w. całkowicie zniesiono niewolnictwo, zatem ściągnięta z Afryki siła robocza zyskała wolność. Wolność, bez innych praw ułatwiających asymilację ze społeczeństwem, doprowadziła do jego rozwarstwienia. Czarni początkowo próbowali zaadaptować się do ogółu, ale ponieważ nie potrafili pisać i czytać, nie mogli znaleźć dobrej pracy i zostali zepchnięci na margines. Zaczęli izolować się od społeczeństwa, kraść, aby przeżyć, i tworzyć slumsy.
S?o Paulo było niezamierzonym przystankiem, "wypadkiem przy pracy" podczas zamieszania z biletami, które pojawiło się w Portugalii. Tego dnia Tami wyjeżdżała gdzieś ze swoją mamą, poprosiła więc swojego ojca o zaopiekowanie się mną. Sympatyczny pan Mario odebrał mnie swoim autem spod jej domu i udaliśmy się w zupełnie inną część miasta. Mieszkanie było prawie na samym szczycie 20-piętrowego wieżowca, a z balkonu rozciągał się tak piękny widok na centrum S?o Paulo, że po rodzinnej imprezie popijałem na nim piwko jeszcze do 3.00 nad ranem.
Teren budynku był strzeżony. Oprócz drapacza chmur z podziemnym parkingiem znajdowały się tu jeszcze boisko do gry w piłkę i miejsce przeznaczone do spotkań towarzyskich. Do środka prowadziło tylko jedno wejście, przy którym znajdowała się budka ze strażnikami, a ci schowani byli za podwójną zaciemnioną szybą. Wejść można było tylko z mieszkańcem lub powołując się na niego. Jeśli potwierdził, że nas zna, przechodzimy przez pierwszą kratę, pokazujemy dokument i otwierane zostają drugie drzwi. Podobnie ma się sytuacja z wjazdem do garażu. Przed samochodem otwiera się pierwsza brama. Auto przejeżdża, hamuje, po czym czeka, aż się zamknie. W tej chwili kierowca jest uwięziony. Chwilę później ochroniarz otwiera drugą bramę i można bezpiecznie wjechać na parking. Takie rozwiązanie niweluje ryzyko wejścia na teren osiedla niepowołanych osób z zewnątrz.
Wcześniej już oglądałem zdjęcia ogromnych wieżowców, gdzie ludzie na tarasach mieli basen, a zaraz za ogrodzeniem budynku rozciągał się ogromny, płaski slums. Wtedy pytałem, jak to możliwe, dzisiaj niemalże byłem tego naocznym świadkiem. W moim odczuciu takie odgradzanie się jednych od drugich jest generowane przez rozwarstwienie finansowe i dalej pociąga za sobą rozwarstwienie mentalne. Jeżeli bogaci traktują biednych z góry, to oni mogą kraść nie tylko z głodu, ale także chcąc ukarać tych, którzy ich poniżają, dać upust swej frustracji i poczuciu krzywdy. To z kolei prowadzi do jeszcze większych dysproporcji, bo nikt nie chce być okradanym, i błędne koło nabiera rozpędu. Pytanie więc, jak czuje się mieszkaniec wychodzący z bloku pana Mario wieczorem na ulicę.
W dalszej części podróży znalazłem się w Belo Horizonte, gdzie akurat trafiłem na urodziny mojej znajomej z Portugalii. Z tej okazji zostałem przez nią zaproszony do wspólnego świętowania w restauracji. Z drugiego końca miasta do centrum przywiózł mnie kolega, okazało się jednak, że nie za bardzo stać mnie tam nawet na małe piwo. Wszystkie koleżanki znajomej były wystrojone w eleganckie suknie, a my z kolegą wybraliśmy się w zwykłych codziennych ubraniach. Zrobiło się dość kontrastowo, choć to jeszcze nic. Gdy nadszedł czas na selfie, poza nami dwoma nie było ani jednej osoby, która nie miałaby w ręku popularnego tu "nadgryzionego jabłuszka". Poczułem się w tym momencie tak, jakby posiadanie go było obowiązkiem, który umożliwia wstęp do grupy, a pozycję w niej ustalał numer modelu.
Czy aby na pewno siedziałbym z nimi w tej restauracji, gdyby nie fakt, że poznaliśmy się w Portugalii, gdzie każdy był inny, ale wobec drugiego równy, niezależnie od posiadanych pieniędzy? To wszystko dawało mi bardzo wiele do myślenia, ponieważ sam od urodzenia mieszkam w dwupokojowym mieszkaniu, a dzielnica, w której się wychowałem - choć dla mnie najpiękniejsza - w mieście miała bardzo złą opinię. Często się zastanawiałem, czy gdyby mój status społeczny tak po prostu przenieść z Polski do Brazylii, to po której stronie barykady bym stał, bo ludzi z klasy średniej naprawdę tam brakuje. Dysproporcja między ludźmi miała jeszcze lepiej uwidocznić się w Rio de Janeiro, gdzie z samego rana udałem się z przewoźnikiem Expresso Brasileiro.
Kupno biletu przez internet nie było takie proste, ponieważ okazało się, że potrzebny jest numer brazylijskiego dokumentu, którego nie posiadałem. Transakcję wykonał za mnie pan Mario, który również odwiózł mnie na dworzec. Planowałem od samego początku jeździć autostopem, jednak złe rzeczy, których się nasłuchałem, skuteczne mnie do tego zniechęciły. Oczywiście, całkiem tej idei nie porzuciłem. Postanowiłem jednak, że zanim wsiądę do pierwszego auta na stopie, muszę się lepiej zaaklimatyzować na nowym kontynencie, poznać nieco ludzi i dopiero później świadomie podjąć ryzyko. Stopowi nie sprzyjało też miasto, ponieważ sam wyjazd na wylotówkę zająłby mi bardzo dużo czasu, nie byłby za darmo i biorąc pod uwagę fakt, że musiałbym na pewno się gdzieś przesiąść, pewnie wylądowałbym po przeciwnej stronie miasta.
Na dworcu autobusowym w S?o Paulo byłem o 7.00. Poranek miał identyczną aurę jak w kwietniu w Polsce, ale później spodziewałem się, że będzie cieplej, wszak to Brazylia. Podróż miała trwać niemal pół dnia, od razu włożyłem więc krótkie spodnie. Jak na złość autobus się spóźniał, a słońce razem z nim. Przestępowałem z nogi na nogę, aby się rozgrzać. Gdy wreszcie podjechał na przystanek, na pokładzie zameldowałem się jako pierwszy. No teraz to już pełen luz - pomyślałem, bo zamknięte pomieszczenie szybko się nagrzewa i przede wszystkim przestało wiać, w takich jednak warunkach szczerze liczyłem na ogrzewanie.
Już po niecałych 20 minutach wpadliśmy w korek. Minęło kolejne pół godziny, a my nie ruszyliśmy z miejsca. Tego dnia strajkowali pracownicy metra, a słońce chyba poszło również w ich ślady. Była godzina 9.00 i chociaż siedziałem przy oknie od strony wschodniej, ciepło wciąż nie mogło się przebić i ulżyć mojemu zmarzniętemu ciału, abym mógł zasnąć. Inna sprawa, że w środku autobusu rozpętała się prawdziwa wichura. Nie zważając na temperaturę na zewnątrz, kierowca rozkręcił klimę na maksa. Wszyscy siedzą zadowoleni, nikt mu uwagi nie zwróci. Myślę, co się dzieje?! Rozglądam się dookoła, a ludzie pozawijani w koce. Gdzie tu logika?
Brazylijczyk, który cały rok roznegliżowany tańczy sambę na gorącej do granic możliwości Copacabanie, do autobusu musi wsiadać z kocem. Zacząłem się w ogóle zastanawiać, skąd oni takie rzeczy mają...
Postój się przeciągał i w końcu nie wytrzymałem. Wydawało mi się, że pracownicy komunikacji miejskiej tym metrem to chyba wjechali na ulicę. Skoro w zaledwie trzy dni zdążyłem już zmarznąć, to ciekawe, co jeszcze czeka mnie w tym pięknym kraju? - pomyślałem i poszedłem poprosić kierowcę o dostęp do ciuchów. Wciąż jednak myślałem przyszłościowo i wyciągnąłem jedynie krótkie spodnie. Inna sprawa, że akurat w tym momencie ruszaliśmy... Minęła kolejna godzina, udało się wyjechać z zatoru, po czym ponownie się zatrzymaliśmy. Tym razem wybiegłem już po resztę ciuchów i założyłem na siebie bluzę i czapkę. Wziąłem nawet śpiwór, a sandały zamieniłem na normalne buty. Teraz czekaliśmy na drugi autokar, który prawdopodobnie też jechał do połowy pusty, wyjechał krótko po nas i firma chcąc oszczędzić na kosztach, zamierzała połączyć nas wszystkich razem. Kierowca, widząc, co robię, podszedł do mnie i zapytał:
- Skąd jesteś?
- Z Polski, proszę pana.
- Aaa - dało się poznać, że rozumie. - To u was nie jest zimno?
- Raz tak, raz nie, teraz akurat mamy lato. Ale jak pan widzi, nie można ufać stereotypom. Ja też myślałem, że u was jest nieco cieplej - odpowiedziałem, żartując.
Gdy dosiedli się nowi pasażerowie, mogliśmy wreszcie ruszyć.
Byłem w szoku, gdy Nicole pierwszy raz powiedziała mi, że nigdy nie widziała śniegu, ale minęło kilka dni i zrozumiałem, że to nie tylko kwestia wysokiej temperatury, ale i tego, że w Brazylii nie ma gór. Mimo ich braku trasa wiła się jak serpentyna, wznosiła i opadała. Do Rio de Janeiro było tylko 400 km, a jazda trwała już całą wieczność i co gorsza wpakowaliśmy się w kolejny korek.
Tym razem na rondzie leżała wywrócona ciężarówka. Ciężko było ocenić, co się stało, ale pakunki były porozrzucane we wszystkich kierunkach. Przyglądając się zgromadzonym ludziom, zauważyłem, że wielu z nich biegnie kierowcy na pomoc, podjeżdżają skuterami, samochodami. Już pomyślałem, że pomimo tak złej opinii, jaka o nich krąży, tutejsi mieszkańcy dają dowód na to, że jest ona mocno przerysowana. Szkoda, że tak łatwo zrezygnowałem z autostopu, myślałem nawet, czując ulgę i radość, że rzeczywistość okazywała się lepsza, niż mówiono. Aby podziwiać te gesty wielkiego serca, zerknąłem ponownie w ich stronę i zamarłem. Nikt nie pędził, żeby pomóc, tylko po to, żeby kraść wysypany towar! Jednak lepiej, że zrezygnowałem z tego autostopu, pomyślałem, czując, że tak szybko nie zmienia zdania nawet kobieta.
Dalsza podróż do Miasta Boga przebiegła już bez problemów. Ostatnią godzinę drogi jechaliśmy autostradą otoczoną samymi favelami, co musiało znaczyć, że wjechaliśmy do Rio. To, co tak pięknie wygląda na pocztówkach, kilkadziesiąt kilometrów od centrum prezentuje swoje prawdziwe oblicze. Na dworcu przywitała mnie Alexandra, u której mieszkałem kolejne półtora miesiąca.
- Bem vindo ao Brasil, Toni! Como e que voc? gostou?[3] - zapytała, po czym wspólnie udaliśmy się w kierunku stadionu, żeby odebrać moją akredytację, uniform i bilet autobusowy.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji