Nic bez ryzyka - Jeffrey Archer

-
Proszę czekać

1

14 LIPCA 1979

- Nie mówisz poważ­nie.

- Jak naj­bar­dziej poważ­nie, ojcze. Gdy­byś kiedy słu­chał, co mówi­łem przez ostat­nie dzie­sięć lat, tobyś wie­dział.

- Pro­po­no­wano ci prze­cież miej­sce na stu­diach praw­ni­czych w moim daw­nym kole­gium w Oks­for­dzie, a po uzy­ska­niu dyplomu będziesz mógł dołą­czyć do mojej kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej. Czego jesz­cze może żądać młody czło­wiek?

- Żeby mu pozwo­lono wybrać zawód według wła­snego upodo­ba­nia, a nie iść w ślady ojca.

- Czy to taki podły fach? W końcu czer­pię przy­jem­ność, wyko­nu­jąc fascy­nu­jącą i inte­re­su­jącą pracę i, śmiem zauwa­żyć, odno­sząc umiar­ko­wane suk­cesy.

- Świetne suk­cesy, ojcze. Ale mówimy o twoim zawo­dzie, nie o moim. Może ja nie chcę być zna­ko­mi­tym adwo­ka­tem kar­ni­stą przez całe życie bro­nią­cym zgrai łaj­da­ków, któ­rych bym ni­gdy nie zapro­sił na lunch w swoim klu­bie.

- Chyba zapo­mi­nasz, że ci sami łaj­dacy opła­cili twoją edu­ka­cję i styl życia, któ­rym się cie­szysz.

- Ni­gdy o tym nie zapo­mi­nam, ojcze, i dla­tego zamie­rzam poświę­cić życie temu, aby ci łaj­dacy na dłu­gie lata tra­fiali za kratki, a nie wycho­dzili na wol­ność i dalej popeł­niali prze­stęp­stwa dzięki two­jej zręcz­nej obro­nie.

Wil­liam myślał, że jego słowa w końcu uci­szą ojca, ale się mylił.

- A może byśmy się zgo­dzili na kom­pro­mis, drogi chłop­cze?

- Nie ma mowy, ojcze - sta­now­czo odparł Wil­liam. - Mówisz jak adwo­kat, który wystę­puje o zła­go­dze­nie wyroku, wie­dząc, że broni nie­pew­nej sprawy. Ale tym razem twoje słowa padają w próż­nię.

- Czy nie pozwo­lisz mi nawet przed­sta­wić argu­men­tów, zanim je z góry odrzu­cisz? - zare­ago­wał ojciec.

- Nie, ponie­waż nie jestem winny i nie muszę udo­wad­niać przy­się­głym nie­win­no­ści tylko po to, żeby spra­wić ci przy­jem­ność.

- Może mnie chciał­byś spra­wić przy­jem­ność, kocha­nie?

W fer­wo­rze dys­ku­sji Wil­liam cał­kiem zapo­mniał, że po dru­giej stro­nie stołu sie­dzi matka, uważ­nie śle­dząc poje­dy­nek mię­dzy mężem a synem. Wil­liam był dobrze przy­go­to­wany, żeby sta­wić czoło ojcu, ale wie­dział, że z matką nie ma szans. Znów zamilkł. Ojciec nie omiesz­kał z tego sko­rzy­stać.

- Co Wysoki Sąd ma na myśli? - sir Julian, schwy­ciw­szy za klapy mary­narki, zwró­cił się do żony jak do sędzi Sądu Naj­wyż­szego.

- Wil­liam będzie mógł pójść na uni­wer­sy­tet wedle swo­jego wyboru - powie­działa Mar­jo­rie - zde­cy­do­wać, jaki przed­miot zechce stu­dio­wać, a po uzy­ska­niu dyplomu, jaką drogę zawo­dową obie­rze. I co waż­niej­sze, wtedy pod­dasz się god­nie i ni­gdy wię­cej nie poru­szysz tego tematu.

- Wyznam - rzekł sir Julian - że wpraw­dzie przyj­muję twoje mądre orze­cze­nie, ale ostat­nia jego część może być dla mnie trudna.

Matka i syn wybuch­nęli śmie­chem.

- Czy wolno mi pro­sić o zła­go­dze­nie kary? - spy­tał nie­win­nie sir Julian.

- Nie - rzekł Wil­liam - bo zgo­dzę się na warunki matki, tylko jeżeli za trzy lata w pełni poprzesz moją decy­zję wstą­pie­nia w sze­regi poli­cji lon­dyń­skiej.

Sir Julian War­wick, radca kró­lew­ski, pod­niósł się ze swego miej­sca u szczytu stołu, skło­nił się lekko żonie i nie­chęt­nie powie­dział:

- Jeżeli Wysoki Sąd tak sobie życzy.

Wil­liam War­wick chciał zostać detek­ty­wem, odkąd jako ośmio­la­tek roz­wią­zał sprawę bra­ku­ją­cych w szkol­nym skle­piku bato­ni­ków "Mars". To po pro­stu był ślad papie­rowy, który nie wyma­gał uży­cia szkła powięk­sza­ją­cego - wyja­śnił opie­ku­nowi w inter­na­cie.

Dowód - kawałki opa­ko­wa­nia - został zna­le­ziony w pokoju win­nego, a sprawca nie zdo­łał dowieść, że w tym try­me­strze wydał w skle­piku choćby pensa ze swo­jego kie­szon­ko­wego.

Sprawę pogar­szał fakt, że Adrian Heath nale­żał do grona naj­bliż­szych koleż­ków Wil­liama i chło­piec przy­pusz­czał, że będą przy­ja­ciółmi do końca życia. Gdy Wil­liam opo­wie­dział o tym ojcu w prze­rwie w poło­wie try­me­stru, ten orzekł:

- Miejmy nadzieję, że Adrian wycią­gnie naukę z tego doświad­cze­nia, bo jeśli nie, to kto wie, co z niego wyro­śnie.

Cho­ciaż Wil­liam był obiek­tem kpin innych uczniów, któ­rzy marzyli, że zostaną leka­rzami, praw­ni­kami, nauczy­cie­lami, nawet księ­go­wymi, to wycho­wawca nie oka­zał zdzi­wie­nia, kiedy chło­piec mu powie­dział, że chce być detek­ty­wem. Wszak jesz­cze przed koń­cem pierw­szego try­me­stru kole­dzy nazwali go Sher­loc­kiem.

Ojciec Wil­liama sir Julian War­wick, baro­net, pra­gnął, żeby syn stu­dio­wał prawo w Oks­for­dzie, tak jak on trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Jed­nak mimo wszel­kich sta­rań ojca Wil­liam nie porzu­cał decy­zji wstą­pie­nia do poli­cji z dniem ukoń­cze­nia szkoły. Dwaj uparci męż­czyźni w końcu osią­gnęli kom­pro­mis przy apro­ba­cie matki. Wil­liam miał pójść na Lon­don Uni­ver­sity na histo­rię sztuki - ojciec tego przed­miotu nie trak­to­wał serio - i jeżeli po trzech latach wciąż będzie chciał zostać poli­cjan­tem, sir Julian podda się z god­no­ścią. Wil­liam wie­dział, że to ni­gdy nie nastąpi.

Wil­liam cie­szył się każ­dym dniem z trzech lat spę­dzo­nych w King's Col­lege Lon­don, gdzie trzy­krot­nie się zako­chał. Naj­pierw w dziew­czy­nie imie­niem Han­nah i w Rem­brand­cie, potem w Judy i Tur­ne­rze, a wresz­cie w Rachel i Hock­neyu, żeby w końcu wybrać Cara­vag­gia; to była miłość dozgonna, cho­ciaż ojciec zwró­cił Wil­liamowi uwagę, że wielki wło­ski arty­sta był mor­dercą i powinno się go powie­sić. To dobry powód, zasu­ge­ro­wał Wil­liam, żeby znieść karę śmierci. I znów nie było zgody mię­dzy ojcem i synem.

W let­nie waka­cje Wil­liam wybrał się w wędrówkę po Euro­pie; dotarł do Rzymu, Paryża, Ber­lina i dalej, do daw­nego St Peters­burga, by usta­wić się w dłu­gich kolej­kach miło­śni­ków malar­stwa pra­gną­cych wiel­bić daw­nych mistrzów. Kiedy wresz­cie skoń­czył stu­dia, pro­fe­sor zasu­ge­ro­wał, że powi­nien roz­wa­żyć pod­ję­cie pracy dok­tor­skiej o mrocz­nej stro­nie Cara­vag­gia. Wil­liam odparł, że mroczna strona to jest dokład­nie to, co zamie­rza zgłę­biać, ale pra­gnie dowie­dzieć się wię­cej o prze­stęp­cach w XX, a nie w XVI wieku.

W nie­dzielne popo­łu­dnie 5 wrze­śnia 1982 roku, pięć przed trze­cią, Wil­liam zgło­sił się do Hen­don Police Col­lege w pół­noc­nym Lon­dy­nie. Cie­szył się nie­mal każdą minutą kursu szko­le­nio­wego, począw­szy od chwili, gdy skła­dał przy­sięgę wier­no­ści kró­lo­wej, aż po defi­ladę pro­mo­cyjną sześć tygo­dni póź­niej.

Naza­jutrz wydano mu gra­na­towy mun­dur z serży, hełm oraz pałkę i ile­kroć mijał jakieś okno, nie mógł się powstrzy­mać i zer­kał na swoje odbi­cie. Mun­dur poli­cyjny, jak pierw­szego dnia na apelu ostrzegł go dowódca, może zmie­nić oso­bo­wość czło­wieka, i to nie zawsze na lep­sze.

Zaję­cia w Hen­don Police Col­lege zaczęły się dru­giego dnia i odby­wały się w kla­sie oraz w sali gim­na­stycz­nej. Wil­liam tak długo uczył się całych par­tii prze­pi­sów, aż mógł je powtó­rzyć słowo w słowo. Z roz­ko­szą zagłę­biał się w ana­lizy sądowo-medyczne i miejsc zbrodni, cho­ciaż na torze do ćwi­cze­nia kon­tro­lo­wa­nego pośli­zgu prędko odkrył, że jego umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia samo­chodu są raczej ele­men­tarne.

Po latach szer­mierki słow­nej z ojcem przy śnia­da­niu Wil­liam czuł się swo­bod­nie w umow­nej sali sądo­wej, gdzie wykła­dowcy prze­słu­chi­wali go jako świadka, i nie pod­da­wał się nawet pod­czas zajęć z samo­obrony, na któ­rych uczył się, jak roz­broić, zakuć w kaj­danki i okieł­znać kogoś o wiele od sie­bie wyż­szego. Uczono go także upraw­nień poste­run­ko­wego w zakre­sie aresz­to­wa­nia, prze­szu­ka­nia i wej­ścia do miesz­ka­nia, uży­cia umiar­ko­wa­nej siły i, co naj­waż­niej­sze, roz­wagi.

- Nie zawsze trzy­maj się ści­śle regu­la­minu - radził jeden z wykła­dow­ców. - Cza­sami musisz się kie­ro­wać zdro­wym roz­sąd­kiem, co wcale nie jest takie powszechne, jak się prze­ko­nasz, mając do czy­nie­nia z róż­nymi ludźmi.

W porów­na­niu z jego doświad­cze­niem uni­wer­sy­tec­kim tu egza­miny odby­wały się regu­lar­nie jak w zegarku i nie zdzi­wił się, że kilku kan­dy­da­tów odpa­dło przed zakoń­cze­niem kursu.

Po cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność dwóch tygo­dniach, jakie minęły od defi­lady pro­mo­cyj­nej, Wil­liam wresz­cie dostał list z pole­ce­niem, żeby w następny ponie­dzia­łek o ósmej rano sta­wić się na poste­runku poli­cyj­nym w Lam­beth. Ni­gdy wcze­śniej nie był w tej czę­ści Lon­dynu.

Kon­stabl o nume­rze służ­bo­wym 565LD wstą­pił do poli­cji lon­dyń­skiej jako osoba z wyż­szym wykształ­ce­niem, ale posta­no­wił nie sko­rzy­stać z pro­gramu przy­spie­szo­nego awansu, co by mu pozwo­liło piąć się szyb­ciej po szcze­blach kariery, gdyż chciał od pierw­szego dnia sta­nąć na rów­nych pra­wach z każ­dym innym nowi­cju­szem. Pogo­dził się z tym, że jako prak­ty­kant musi spę­dzić co naj­mniej dwa lata w rewi­rze, zanim będzie miał szansę zostać detek­ty­wem, i prawdę mówiąc, nie mógł się docze­kać, kiedy go rzucą na głę­boką wodę.

Jako prak­ty­kant zna­lazł się pod opieką poste­run­ko­wego Freda Yatesa, który miał na kon­cie dwa­dzie­ścia osiem lat służby w poli­cji. Główny inspek­tor poste­runku pole­cił mu "zaj­mo­wać się chłop­cem". Wil­liam i Fred mieli ze sobą nie­wiele wspól­nego poza tym, że obaj od dziecka chcieli zostać gli­nami, a ich ojco­wie robili wszystko, żeby synów przed tym powstrzy­mać.

Kiedy Fre­dowi przed­sta­wiono nie­do­wa­rzo­nego mło­kosa, od razu prze­ka­zał mu pod­sta­wowe prawdy. Nie cze­kał, aż Wil­liam zapyta.

- W nic nie wierz. Nikomu nie ufaj. Wszystko poda­waj w wąt­pli­wość. To jedyne prawo, jakiego się trzy­mam.

W następ­nych mie­sią­cach Fred wpro­wa­dził Wil­liama w świat wła­my­wa­czy, dile­rów nar­ko­ty­ko­wych i alfon­sów, poka­zał mu też pierw­szego trupa. Z zapa­łem sir Gala­hada Wil­liam pra­gnął wsa­dzić za kratki każ­dego prze­stępcę i uczy­nić świat dosko­nal­szym. Fred był więk­szym reali­stą, ale ani razu nie pró­bo­wał stłu­mić pło­mie­nia mło­dzień­czego entu­zja­zmu Wil­liama. Nowi­cjusz prędko się prze­ko­nał, że ludzie nie zdają sobie sprawy, czy poli­cjant nosi mun­dur od dwóch dni czy od dwóch lat.

- Czas, żebyś zatrzy­mał pierw­szy samo­chód - zawy­ro­ko­wał Fred w dru­gim dniu Wil­liama na obcho­dzie, hamu­jąc przy sygna­li­za­cji świetl­nej. - Pokrę­cimy się tutaj, dopóki ktoś nie prze­je­dzie na czer­wo­nym, a wtedy wyj­dziesz na drogę i zatrzy­masz samo­chód.

Wil­liam miał nie­pewną minę.

- Resztą ja się zajmę. Widzisz to drzewo o jakieś sto kro­ków stąd? Idź, ukryj się za nim i pocze­kaj, aż dam ci znak.

Sto­jąc za drze­wem, Wil­liam czuł, jak mocno bije mu serce. Nie musiał długo cze­kać. Nagle Fred pod­niósł rękę i zawo­łał:

- Nie­bie­ski hil­l­man! Łap go!

Wil­liam wyszedł na jezd­nię, pod­niósł rękę i naka­zał kie­rowcy zatrzy­mać się przy kra­węż­niku.

- Nic nie mów - pole­cił Fred, dołą­cza­jąc do adepta sztuki poli­cyj­nej. - Obser­wuj uważ­nie i zapa­mię­taj.

Pode­szli obaj do samo­chodu. Kie­rowca opu­ścił szybę.

- Dzień dobry panu - powie­dział Fred. - Czy zdaje pan sobie sprawę, że prze­je­chał pan na czer­wo­nym świe­tle?

Kie­rowca ski­nął głową, ale się nie ode­zwał.

- Czy mógł­bym zoba­czyć pań­skie prawo jazdy?

Kie­rowca otwo­rzył scho­wek, wyjął doku­ment i podał Fre­dowi. Ten przez chwilę prze­glą­dał doku­ment, po czym powie­dział:

- To szcze­gól­nie nie­bez­pieczne o tej poran­nej porze, bo w pobliżu są dwie szkoły, pro­szę pana.

- Prze­pra­szam - rzekł kie­rowca. - To się nie powtó­rzy.

Fred oddał mu prawo jazdy.

- Tym razem to będzie tylko upo­mnie­nie - oznaj­mił, a Wil­liam zapi­sał w swoim note­sie numer z tablicy reje­stra­cyj­nej. - Ale w przy­szło­ści pro­szę być bar­dziej ostroż­nym, sir.

- Dzię­kuję, panie wła­dzo.

- Czemu tylko upo­mnie­nie, skoro można go było spi­sać? - spy­tał Wil­liam, gdy samo­chód wolno odje­chał.

- Liczy się postawa - odparł Fred. - Ten pan był grzeczny, przy­znał się do błędu i prze­pro­sił. Po co dowa­lać prze­strze­ga­ją­cemu prawa oby­wa­te­lowi?

- To co by musiał zro­bić, żebyś go spi­sał?

- Gdyby powie­dział: "Nie masz pan nic lep­szego do roboty, panie wła­dzo?". Albo gorzej: "Nie powi­nien pan łapać praw­dzi­wych prze­stęp­ców?". Albo moja ulu­biona odzywka: "Zda­jesz pan sobie sprawę, że ja opła­cam pana pen­sję?". Na taką odpo­wiedź spi­sał­bym faceta bez waha­nia. I wiesz, był taki gość, co go musia­łem zabrać na poste­ru­nek i przy­mknąć na dwie godziny.

- Był agre­sywny?

- Nie, o wiele gorzej. Oznaj­mił mi, że jest bli­skim przy­ja­cie­lem komen­danta i że już on mi pokaże. No to mu powie­dzia­łem, że może zadzwo­nić do niego z poste­runku.

Wil­liam wybuch­nął śmie­chem.

- No, dobrze - rzekł Fred. - Ukryj się za drze­wem. Następ­nym razem ty będziesz roz­ma­wiał, a ja poob­ser­wuję.

Sir Julian War­wick, radca kró­lew­ski, sie­dział po jed­nej stro­nie stołu zato­piony w "Daily Tele­gra­phie". Od czasu do czasu mru­czał z dez­apro­batą, pod­czas gdy jego żona, sie­dząca naprze­ciw, jak co dzień zma­gała się z krzy­żówką w "Time­sie". Kiedy Mar­jo­rie miała dobry dzień, wpi­sy­wała ostat­nie hasło, zanim mąż wsta­wał od stołu, by udać się do Lin­coln's Inn. W złe dni musiała go pro­sić o pomoc, za którą to uprzej­mość zwy­kle liczył sobie sto fun­tów za godzinę. Regu­lar­nie przy­po­mi­nał mał­żonce, że do tej pory jest mu winna ponad dwa­dzie­ścia tysięcy. Dzie­sięć poziomo i cztery pio­nowo wyma­gały namy­słu.

Sir Julian dotarł do arty­ku­łów wstęp­nych, zanim żona zaczęła się gło­wić nad ostat­nim hasłem. Wciąż nie był prze­ko­nany, że kara śmierci powinna zostać znie­siona, szcze­gól­nie gdy ofiarą oka­zał się poli­cjant albo urzęd­nik pań­stwowy, ale "Tele­graph" podzie­lał jego zda­nie. Spoj­rzał na ostat­nią stronę, żeby się dowie­dzieć, jak powio­dło się dru­ży­nie rugby Black-heath w meczu z Rich­mon­dem w dorocz­nych zawo­dach. Prze­czy­tał sprawozda­nie z meczu i zamknął strony spor­towe, gdyż uznał, że gazeta o wiele za dużo miej­sca poświęca piłce noż­nej. Jesz­cze jeden dowód na to, że naród scho­dzi na psy.

- Uro­cze zdję­cie Char­lesa i Diany w "Time­sie" - ode­zwała się Mar­jo­rie.

- To nie prze­trwa długo - zauwa­żył sir Julian, wstał, prze­szedł na drugi koniec stołu i jak co rano poca­ło­wał żonę w czoło.

Wymie­nili się gaze­tami, by mógł czy­tać spra­woz­da­nia sądowe pod­czas podróży do Lon­dynu.

- Nie zapo­mnij, że dzieci będą na lun­chu w nie­dzielę - rzu­ciła Mar­jo­rie.

- Czy Wil­liam zdał już egza­min na detek­tywa? - zapy­tał.

- Jak dobrze wiesz, mój drogi, nie może przy­stą­pić do egza­minu, dopóki nie skoń­czy dwóch lat służby w rejo­nie, a to będzie nie wcze­śniej niż za sześć mie­sięcy.

- Gdyby mnie posłu­chał, do tego czasu byłby już cer­ty­fi­ko­wa­nym adwo­ka­tem.

- A gdy­byś ty go wysłu­chał, tobyś wie­dział, że o wiele bar­dziej inte­re­suje go wysy­ła­nie prze­stęp­ców za kratki niż szu­ka­nie spo­so­bów, żeby ich stam­tąd wydo­stać.

- Jesz­cze się nie pod­da­łem - powie­dział sir Julian.

- Bądź wdzięczny, że przy­naj­mniej nasza córka podą­żyła twoim śla­dem.

- Grace nic takiego nie robi - par­sk­nął sir Julian. - Ta dziew­czyna bro­ni­łaby każ­dego nie­udacz­nika bez gro­sza, na jakiego się natknie.

- Ona ma złote serce.

- Wro­dziła się w cie­bie - rzekł sir Julian, zasta­na­wia­jąc się nad jed­nym hasłem, któ­rego żona nie wypeł­niła. "Sze­re­gowy chu­dzie­lec, który dochra­pał się buławy". Cztery.

- Feld­mar­sza­łek SLIM - rzu­cił trium­fal­nie sir Julian. - Jedyny czło­wiek, który wstą­pił do woj­ska jako sze­re­go­wiec, a skoń­czył jako feld­mar­sza­łek.

- I wydaje mi się, że tak będzie z Wil­lia­mem - powie­działa Mar­jo­rie, ale dopiero gdy zamknęły się drzwi.

2

Wil­liam i Fred opu­ścili poste­ru­nek tuż po ósmej i wybrali się na poranny patrol.

- Mało bywa prze­stępstw o tej porze dnia - zapew­nił Fred mło­dego prak­ty­kanta. - Prze­stępcy jak boga­cze nie wstają z łóżka przed dzie­siątą.

Pod­czas ubie­głych osiem­na­stu mie­sięcy Wil­liam przy­wykł do czę­sto rzu­ca­nych przez Freda zło­tych myśli, które oka­zy­wały się o wiele bar­dziej poży­teczne od wszyst­kich porad, jakie znaj­do­wał w infor­ma­to­rze na temat obo­wiąz­ków funk­cjo­na­riu­sza poli­cji.

- Kiedy zda­jesz egza­min na detek­tywa? - zapy­tał Fred, gdy szli powoli Lam­beth Walk.

- Dopiero za rok - odparł Wil­liam. - Ale chyba się mnie jesz­cze nie pozbę­dziesz - dodał, gdy zbli­żyli się do lokal­nego skle­piku z prasą. Spoj­rzał na nagłó­wek gazety: "Poste­run­kowa Yvonne Flet­cher zabita przed amba­sadą Libii".

- Raczej zamor­do­wana - powie­dział Fred. - Biedna dziew­czyna. - Po dłuż­szej chwili mil­cze­nia wydu­sił: - Przez całe życie jestem poste­run­ko­wym, co mi odpo­wiada. Ale ty...

- Jeżeli mi się powie­dzie - ode­zwał się Wil­liam - to tylko dzięki tobie.

- Ja nie jestem taki jak ty, Chó­rzy­sto - rzekł Fred.

Wil­liam bał się, że prze­zwi­sko "Chó­rzy­sta" przy­lgnie do niego do końca służby w poli­cji. Wolałby "Sher­locka". Ni­gdy się nie przy­znał kole­gom z poste­runku, że jako nie­winne chło­pię śpie­wał w chó­rze kościel­nym i zawsze pra­gnął wyglą­dać na star­szego, cho­ciaż matka kie­dyś mu powie­działa: "Gdy się zesta­rze­jesz, będziesz chciał wyglą­dać mło­dziej". Czy ktoś bywa zado­wo­lony ze swo­jego wieku?- pomy­ślał.

- Kiedy zosta­niesz komi­sa­rzem poli­cji lon­dyń­skiej - cią­gnął Fred - ja będę tkwił w domu star­ców, a ty zdą­żysz zapo­mnieć, jak się nazy­wam.

Wil­lia­mowi nawet nie prze­mknęło przez myśl, że może kie­dyś zostać komi­sa­rzem poli­cji lon­dyń­skiej, był jed­nak pewien, że ni­gdy nie zapo­mni poste­run­ko­wego Freda Yatesa.

Fred spo­strzegł wyrostka wybie­ga­ją­cego ze skle­piku z gaze­tami. Pan Patel po chwili pobiegł za nim, ale nie miał szans go dogo­nić. Wil­liam ruszył w pościg, tuż za nim Fred. Obaj wyprze­dzili pana Patela, gdy chło­pak skrę­cił za róg, ale dopiero po prze­bie­gnię­ciu stu metrów Wil­liam dopadł zło­dzie­jaszka. Obaj z Fre­dem zapro­wa­dzili chło­paka z powro­tem do skle­piku, gdzie smar­kacz oddał pudełko papie­ro­sów Cap­stan panu Pate­lowi.

- Czy pan wnie­sie oskar­że­nie, sza­nowny panie? - spy­tał Wil­liam. Notes trzy­mał otwarty, ołó­wek w pogo­to­wiu.

- Ale po co? - odparł skle­pi­karz, odkła­da­jąc papie­rosy na półkę. - Jak go zamknie­cie, zastąpi go młod­szy brat.

- To twój szczę­śliwy dzień, Tom­kins - powie­dział Fred, trzep­nąw­szy chłopca w ucho. - Chcę cię widzieć w szkole, jak się tam poja­wimy, bo jeśli nie, to powiem tacie, coś prze­skro­bał. Wiesz - zwró­cił się do Wil­liama - te fajki były pew­nie dla tatu­sia.

Tom­kins czmych­nął. Gdy się zna­lazł na końcu ulicy, odwró­cił się i wrza­snął: "Poli­cyjne dra­nie!". I zro­bił nie­przy­zwo­ity gest.

- Może powi­nie­neś przy­szpi­lić go za uszy.

- O czym ty mówisz? - zapy­tał Fred.

- W szes­na­stym wieku, kiedy przy­ła­pano chłopca na kra­dzieży, przy­bi­jano go za ucho gwoź­dziem do słupa i jedy­nym spo­so­bem ucieczki było wyrwać się na siłę.

- Nie­zły pomysł - zgo­dził się Fred. - Bo muszę przy­znać, że nie mogę się poła­pać w nowo­cze­snych poli­cyj­nych zwy­cza­jach. Do czasu, kiedy przej­dziesz na eme­ry­turę, chyba będziesz musiał się zwra­cać do prze­stęp­ców "sir". No, ale ja mam tylko osiem­na­ście mie­sięcy do eme­ry­tury, a do tego czasu ty będziesz już w Sco­tland Yar­dzie. Cho­ciaż - dodał Fred, szy­ku­jąc się do wygło­sze­nia codzien­nej sen­ten­cji - jak bli­sko trzy­dzie­ści lat temu wstą­pi­łem do poli­cji, przy­ku­wa­li­śmy takich chło­pa­ków do kalo­ry­fera, włą­cza­li­śmy pełne grza­nie i nie uwal­nia­li­śmy, dopóki się nie przy­znali.

Wil­liam się roze­śmiał.

- Ja nie żar­to­wa­łem - powie­dział Fred.

- Jak myślisz, ile czasu minie, zanim Tom­kins trafi do wię­zie­nia?

- Zało­żył­bym się, że naj­pierw spę­dzi jakiś czas w popraw­czaku. Można się naprawdę wściec, jak się pomy­śli, że kiedy go przy­mkną, dosta­nie osobną celę, trzy posiłki dzien­nie i towa­rzy­stwo zawo­do­wych prze­stęp­ców, któ­rzy chęt­nie wyuczą go fachu, tak że skoń­czy uni­wer­sy­tet zbrodni.

Wil­liam codzien­nie miał oka­zję przy­po­mi­nać sobie, jaki z niego szczę­ściarz, że się uro­dził w rodzi­nie klasy śred­niej, że ma kocha­ją­cych rodzi­ców i star­szą sio­strę, która nie widzi świata poza nim. Cho­ciaż ni­gdy nie przy­znał się żad­nemu z kole­gów, że się kształ­cił w jed­nej z naj­lep­szych w Anglii szkół pry­wat­nych, a potem uzy­skał dyplom z histo­rii sztuki w King's Col­lege w Lon­dy­nie. A już na pewno ni­gdy nie wspo­mniał, że jego ojciec regu­lar­nie otrzy­muje wyso­kie hono­ra­ria od kilku z naj­bar­dziej zna­nych w kraju prze­stęp­ców.

Kiedy tak patro­lo­wali teren, kil­koro miej­sco­wych pozdro­wiło Freda, a nie­któ­rzy nawet powie­dzieli "dzień dobry" Wil­lia­mowi.

Gdy dwie godziny póź­niej wró­cili na poste­ru­nek, Fred nie zadał sobie trudu, żeby zło­żyć donie­sie­nie na Tom­kinsa dyżur­nemu sier­żan­towi, gdyż miał taką samą opi­nię o papier­ko­wej robo­cie, jak o współ­cze­snych prak­ty­kach poli­cyj­nych.

- Masz ochotę napić się her­baty? - zapy­tał Fred, kie­ru­jąc się do kan­tyny.

- War­wick! - krzyk­nął ktoś z tyłu.

Wil­liam się odwró­cił i zoba­czył, że wzywa go sier­żant z aresztu poli­cyj­nego.

- Wię­zień zemdlał w celi. Idź z tą receptą do naj­bliż­szej apteki i odbierz lek. I pośpiesz się.

- Tak jest, panie sier­żan­cie - powie­dział Wil­liam.

Schwy­cił kopertę i biegł przez całą drogę do Bootsa na głów­nej ulicy, gdzie kilka osób cze­kało cier­pli­wie w kolejce do okienka aptecz­nego. Prze­pro­sił kobietę z początku kolejki i podał kopertę far­ma­ceutce.

- To nagły wypa­dek - powie­dział.

Młoda kobieta otwarła kopertę i dokład­nie prze­czy­tała kartkę.

- Funt sześć­dzie­siąt, panie kon­sta­blu.

Wil­liam poszu­kał w kie­szeni drob­nych i podał apte­karce. Wbiła kwotę na kasę, odwró­ciła się, zdjęła z półki opa­ko­wa­nie pre­zer­wa­tyw i wrę­czyła mu. Wil­liam otwo­rzył usta, ale nie wydo­był z sie­bie głosu. Miał przy­krą świa­do­mość, że parę osób w kolejce się uśmie­cha. Już chciał ucie­kać, kiedy apte­karka rzu­ciła:

- Pro­szę nie zapo­mnieć recepty, panie kon­sta­blu - i oddała mu kopertę.

Kilka roz­ba­wio­nych par oczu odpro­wa­dzało go, gdy wymy­kał się na ulicę. Dopiero gdy się zna­lazł poza ich polem widze­nia, otwarł kopertę i prze­czy­tał kartkę.

Sza­nowny Panie lub Sza­nowna Pani,

jestem nie­śmia­łym mło­dym kon­sta­blem i w końcu zna­la­złem dziew­czynę, która chce się ze mną umó­wić, i mam nadzieję, że dziś w nocy mi się poszczę­ści. Ale ponie­waż nie chcę, żeby zaszła w ciążę, czy może mi Pan (Pani) pomóc?

Wil­liam wybuch­nął śmie­chem, wsa­dził pudełko do kie­szeni i poma­sze­ro­wał z powro­tem na poste­ru­nek. Zaświ­tała mu myśl: szkoda, że nie mam dziew­czyny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki