Na szlaku sławy, krwi i złota (szkice z dziejów odkrycia Ameryki) - Stefan Barszczewski


Reflow text when sidebars are open.
BALBOA - OJEDA - NARODZINY AMERYKI - PODBÓJ NOWEJ KRAINY - PSY CONQUISTADORÓW - SKĄD POWSTAŁA NAZWA INDIAN - PRÓBA DOTARCIA DO BIRU - ODKRYCIE WIELKIEGO MORZA POŁUDNIOWEGO - PEDRARIAS DAVILA - ZAWIŚĆ - STRACENIE BALBOI - ZAŁOŻENIE PANAMY - POWSTANIE ŚCIEŻKI CONQUISTADORÓW
Odkrywca Pacyfiku, Vasco Nunez de Balboa, niech rozpocznie wędrówkę naszą, jemu bowiem ścieżka conquistadorów1 zawdzięcza swe powstanie.
Hidalgo2 obszarpany, rodem z Jeres de Caballeros w Estremadurze, gdzie przyszedł na świat około 1475 r., przymierający głodem na ziemi ojczystej, rusza w 1501 r. na karaweli Rodryga de Bastidas do wprawiającego już w stan gorączkowy całą Hiszpanię, a odkrytego dopiero przed dziewięciu laty, Nowego Lądu. Stanąwszy na Hispanioli (dzisiejsze Haiti), otrzymuje tam tzw. repartimiento (dział gruntu), ale tak źle na nim gospodaruje, że już po kilku latach gospodarki, prześladowany przez wierzycieli, nie może pokazać się na ulicach, założonego w 1496 r. przez Diega Kolumba, brata odkrywcy Ameryki, miasta Santo Domingo.
Wybawia go z kłopotów dopiero wyprawa słynnego już wówczas na Hispanioli Alonza de Ojedy (Hojedy). Z zawodu żołnierz, uczestnik walk z Maurami, Ojeda towarzyszy w 1493 r. Kolumbowi w drugiej jego wyprawie. Gwałtowny jednak i chciwy władzy, podnosi na Hispanioli z trudem poskromiony bunt przeciwko Kolumbowi, wskutek czego odesłany jest do ojczyzny. Ale w 1499 r., korzystając z pomocy materialnej sewilskiego ajenta florenckiego domu handlowego Medyceuszów, Ameriga Vespucciego, wybiera się z nim ponownie za ocean.
Tym razem, dopłynąwszy do wybrzeży dzisiejszej Wenezueli3, posuwa się wzdłuż nich w kierunku południowo-wschodnim, poza ujście rzeki Orinoko, aż do ujścia rzeki Essequibo, w dzisiejszej Gujanie Angielskiej, nie znajduje wszakże poszukiwanych skarbów, a natomiast natrafia na opór dzikich, żyjących w biedzie tubylców, zawiedziony więc opuszcza niegościnne progi.
Widzimy go następnie znów na Hispanioli. Tam wsławia się pokonaniem nieprzejednanego wroga białych najeźdźców, kacyka Caonabo, którego, zwabiwszy podstępnie do swego obozu, morduje ze wszystkimi jego wojownikami.
Odkryte na Hispanioli, w miejscowości Cibao, kopalnie złota przynoszą mu bogactwo, które szafuje hojnie, gdyż ma rękę szczodrą. Dzięki też zdobytym funduszom, wybiera się ponownie na wybrzeża stałego lądu i zakłada tam, w 1505, nad Zatoką Darien, w dzisiejszej Kolumbii, osadę pod nazwą San Sebastian, aby zaś zapewnić sobie władanie tą ziemią, udaje się do Hiszpanii i wyrabia w 1508 r. u króla Ferdynanda Katolickiego dla siebie przywilej na ziemie od Przylądka Vela do Zatoki Darien, a dla przyjaciela swego, Nicuessy - na dalszy ciąg wybrzeża, od Zatoki Darien do odkrytego w 1502 r. przez Kolumba Przylądka Gracias a Dios.
Przyznana w ten sposób Ojedzie połać wybrzeża Nowego Świata otrzymuje nazwę Nueva Andalucia, Nicuesie zaś - Castilla de Oro, ze względu na to, że już Kolumb znalazł u jej mieszkańców liczne ozdoby ze złota.
Dokonawszy tego, Ojeda wraca na Hispaniolę i organizuje tam w 1509 r. wyprawę do swej osady, w której pozostawił był w charakterze swego zastępcy, nikomu nieznanego jeszcze, a tak słynnego następnie conquistadora, Francisca Pizarra. Wreszcie odpływa z Santo Domingo, mieszkającemu zaś w tern mieście innemu przyjacielowi swemu, awanturniczemu prawnikowi, Martinowi Fernandezowi de Enciso, poleca, aby podążył za nim z prowiantami.
Balboa dowiaduje się o tym i obmyśla niezwykły sposób ucieczki przed prześladującymi go wierzycielami. Oto, gdy na początku 1510 r. dwie karawele, wyekwipowane przez Encisa, miały już wypłynąć z portu, Balboa dostaje się na jedną z nich, ukryty w beczce, jako mięso solone. Rozpaczliwa ta ucieczka staje się punktem zwrotnym w jego życiu awanturniczym.
Na widok nieproszonego gościa, uniesiony gniewem Enciso chce wysadzić go na brzeg, ale przyjaciele Balboi wstawiają się za nim, dowódca więc wyprawy zgadza się w końcu, aby intruz pozostał na okręcie.
Przybywszy do Zatoki Darien, Enciso zastaje już tylko zgliszcza osady San Sebastian, spalonej przez Indian, tudzież niedobitków osadzonych tam przez Ojedę kolonistów, wśród nich zaś Pizarra, Ojedy jednak ani śladu, gdyż, nie mogąc doczekać się prowiantów, odpłynął był po nie do Hispanioli.
Aby nie powracać już do tego conquistadora, dodajmy, że w pięć lat później, straciwszy wszystko, zmarł w zupełnej nędzy w Santo Domingo.
Imię wszakże Ojedy stoi w tak bliskiej łączności z narodzinami nazwy: Ameryka, że, zanim przejdziemy do dalszego opowiadania o losach wyprawy Encisa, warto chyba i o tym przypomnieć.
Oto, Marcin Waldseemüller, profesor kosmografii na uniwersytecie St. Dié, opierając się na kłamliwych relacjach Vespucciego z podróży jego w towarzystwie Ojedy, oświadczył w wydanej w 1507 r. w St. Dié pracy swej pt. "Cosmographiae Introduction", że: świeżo odkryta czwarta część świata powinna nazywać się America, bo odkrył ją Americus (przekład łaciński imienia Amerigo).
Tak więc kiepski bakałarz ochrzcił nową część świata imieniem szukającego przygód i złota ajenta handlowego Medyceuszów. A jednak Krzysztof Kolumb, odkrywszy podczas trzeciej swej podróży w 1498 r., Wyspę Trinidad, którą tak nazwał od widniejących na niej trzech szczytów górskich, dotarł przed Ojedą do ujścia rzeki Orinoko, ujrzawszy zaś masy wód słodkich, wlewanych przez ogromną tę rzekę do oceanu, poznał, że ma przed sobą nie wyspę, lecz wielki ląd stały. Waldseemüller powinien był również wiedzieć, jako profesor kosmografii, że w dwa lata później (1500 r.) i Vincente Yanez Pinzon, jeden z trzech braci, którzy pomogli materialnie Kolumbowi w urzeczywistnieniu jego zamysłów i towarzyszyli mu w słynnej jego podróży, stwierdził to samo, odkrywszy ujście Amazonki. Jakże więc słusznie powiada historyk amerykański, John Fiske: "Evidence which would in a law court hardly establish a claim to an acre of ground had sufficed to fasten the name of a subordinate pilot upon a hemisphere". (Świadectwo, które bodaj czy mogłoby uzasadnić w sądzie roszczenia do akra gruntu, wystarczyło, aby imię podrzędnego pilota przywiązać do półkuli świata)4.
Dla ścisłości wszakże należy dodać, że i Kolumb wkroczył na drogę swych odkryć wiekopomnych nie w charakterze żeglarza, lecz również jako ajent handlowy. Vespucci służył Medyceuszom, Kolumb zaś Benedettiemu Centurione, wielkiemu kupcowi i finansiście genueńskiemu, reformatorowi waluty genueńskiej.
W tym tylko rzecz, że gdy Vespucci i podczas podróży swych z Ojedą był wciąż tylko takim ajentem handlowym, Kolumb miał aspiracje wyższe, poświęcił się żeglarstwu, studiował pilnie geografię, czego wymownym dowodem jest istniejący dotychczas egzemplarz dzieła kardynała d'Ailly: "Epilogus mappe mundi", pełen jego adnotacji, tudzież kartografii, w czym pomocni mu byli: teść jego, kapitan z Porto Santo, jednej z Wysp Kanaryjskich, i szwagier, obaj żeglarze5. Wiadomo przecież, że, odprawiony z niczym przez króla portugalskiego, Jana II, Kolumb, przybywszy do Hiszpanii, utrzymywał się przez czas pewien ze sprzedaży pilotom hiszpańskim map przez siebie sporządzonych.
Możemy teraz wrócić do Encisa.
Nie zastawszy Ojedy, Enciso zastanawia się, co dalej robić, tern bardziej, że obie jego karawele osiadły na mieliźnie u wejścia do zatoki. Ale Balboa dodaje ducha znękanym przeciwnościami załogom, zachęca je do pracy nad ściągnięciem okrętów z mielizny i radzi udać się do leżącej w głębi Zatoki Darien niewielkiej, malowniczej Zatoki Uraba, nad którą widział, podczas podróży z Bastidasem, osadę indiańską, obfitującą w tkaniny bawełniane i wyroby ze złota. Enciso przychyla się do tej rady, zabiera niedobitków z San Sebastian i płynie we wskazanym przez Balboę kierunku.
I oto w głębi Zatoki Uraba, u ujścia rzeki Turia, powstaje nowa osada pod przydługą nieco narwą: Santa Maria de la Antigua del Darien, z której wkrótce pozostaje ostatni tylko wyraz. Zaledwie wszakże rozgospodarowano się w tym zakątku, a już wśród awanturniczych założycieli nowej osady wybuchają rozterki, które kończą się usunięciem Encisa ze stanowiska wodza i obwołaniem na jego miejsce wodzem Balboi.
Wyniesiony w ten sposób niespodzianie na czoło licznej drużyny, żądnej odkryć i zdobyczy, nasz zbieg z Hispanioli wysyła do Hiszpanii, na jednej z karawel, uwięzionego Encisa, a z nim przyjaciela swego, Alkada Zamudia, powierzając mu list do króla Ferdynanda Katolickiego, opisujący zajścia w Darienie i proszący o uznanie nowego stanu rzeczy, poczym rozpoczyna podbój okolicznych plemion indiańskich.
Pod tym względem i w danym razie, i w innych wyprawach przeciwko krajowcom, conquistadorzy posługiwali się groźną bronią pod postacią przywiezionych z Hiszpanii psów krwiożerczych, wytresowanych do polowań na ludzi, a budzących strach paniczny wśród Indian. Tym to sojusznikom, nie tylko broni palnej, zawdzięczali conquistadorzy częstokroć łatwe zwycięstwa nad Indianami. Ba, ci czworonożni sprzymierzeńcy stali się nawet dla nich narzędziem sportu barbarzyńskiego, o czym wspomnimy jeszcze w dalszym ciągu tych szkiców.
Tymczasem zaś nasuwa się pytanie, co skłoniło zdobywców Nowego Świata do nazwania mieszkańców jego Indianami? Zawdzięczamy to, jak również nazwanie Archipelagu Antylskiego Indiami Zachodnimi, błędowi Krzysztofa Kolumba.
Kolumb mianowicie, spostrzegłszy, że wyspa, na której nareszcie wylądował, przepłynąwszy ocean podczas pamiętnej podróży, nie jest ową krainą cywilizowaną Cipango (Japonia), obfitującą w kosztowne tkaniny jedwabne, do której zamierzał był dotrzeć drogą zachodnią, przypuszczał, iż trafił na jedną z wysp Indii Wschodnich. Wobec tego, mówiąc do towarzyszów podróży o mieszkańcach tej wyspy, trwożnie zbliżających się do przybyszów, a następnie dotykających ze zdumieniem ich rąk białych, bród, wąsów, pancerzy, hełmów i broni, użył wyrazu "Indios", a choć błąd Kolumba ujawnili wkrótce jego następcy, to jednak pierwotni mieszkańcy Ameryki pozostali już Indianami, a Wyspy Antylskie - Indiami Zachodnimi.
Balboa jednak niechętnie walczył z tymi mimowolnymi "Indianami", przekładając środki pokojowe. Lekkomyślny ten, awanturniczy bankrut, uciekający w beczce przed wierzycielami, okazuje tu, w nowym otoczeniu, wprost wyjątkowy wśród całej falangi conquistadorów rozum i talent organizacyjny, a ponadto tak umie postępować z tubylcami, że zaskarbia sobie przyjaźń kilku kacyków, a jeden z nich, kacyk Comogro, gdy Balboa potrafił już porozumieć się z nim w jego języku, opowiada białemu wodzowi o istniejącym, w stronie, gdzie słońce zachodzi, morzu bezgranicznemu, i o krainie, obfitującej w bogactwa ogromne.
Przykra wszelako niespodzianka spotkała Balboę, gdy pewnego dnia, mniej więcej w pół roku po odjeździe Zamudia, powróciwszy z wyprawy w głąb lądu, zastał w Darienie list od przyjaciela, donoszący mu, że Enciso, oskarżywszy go przed królem o rokosz i zdradę, uzyskał posłuch i ma otrzymać wyrok, odbierający Balboi władzę, tudzież nakazujący mu powrót do Hiszpanii. Ale gorzki ten zawód nie przygnębił Balboi. Przeciwnie, podniecił go do nowych wypraw, do odznaczenia się przed przybyciem wysłańca królewskiego.
Dnia 1 września 1513 r. Balboa rusza na czele 190 Hiszpanów i tysiąca Indian, którymi dowodzi wspomniany kacyk Comogro, na zachód, gdzie ma się znajdować owo morze bezgraniczne i kraina skarbów. Przeszło trzy tygodnie trwa wędrówka przez lasy dziewicze, przez góry i doliny, nieraz wśród walk z wrogimi plemionami krajowców, zanim - a było to dnia 26 września - Balboa, stanąwszy na szczycie grzbietu górskiego, który właśnie przekraczano, spostrzegł, pierwszy z Europejczyków, połyskującą wdali płaszczyznę morza nieznanego.
Ocean Spokojny był odkryty!
Balboa wysyła na zwiady uratowanego w San Sebastian od śmierci głodowej Francisca Pizarra z dwoma towarzyszami, a jeden z nich, niejaki Alonzo Martin, bo i to nazwisko w kronikach odkryć zanotowano, puszcza się pierwszy na fale nieznane.
Dopiero w trzy dni później staje na tym miejscu sam wódz wyprawy, dzielący zawsze dolę i niedolę swych podwładnych, a miał wśród nich sporo chorych i rannych, których opuścić nie chciał, i wkroczywszy w pełnej zbroi i ze sztandarem w ręce po pas w morze, które nazwał Wielkim Morzem Południowym, bierze je w posiadanie królestwa Hiszpanii, zatokę zaś, w której odbyła się ta ceremonia pamiętna, chrzci imieniem patrona dnia tego, Św. Michała.
Z nad zatoki tej robi następnie wycieczki na północ i południe, buduje łodzie, dociera na nich do dużej wyspy, nazwanej przez niego Wyspą Króla (Rey), od niej zaś do grupy wysepek, które otrzymały nazwę Perłowych, znajduje bowiem u wyspiarzy mnóstwo pereł, wyławianych z wód okolicznych. Opłynąwszy potem jeszcze wybrzeże Zatoki Panamskiej do przylądka Błękitnego (Azuero) i wyspy Coyby, wraca do Zatoki Św. Michała, a choć Indianie Przesmyku Darieńskiego opowiadają mu o potężnym, położonym na południe od nich, państwie Biru, to jednak odkłada podróż do tej krainy, pragnąc jak najprędzej zawiadomić swego monarchę o poczynionych odkryciach. Po czteromiesięcznej więc nieobecności, wkracza triumfalnie dnia 18 stycznia 1514 r. do Darienu, przywożąc nie tylko wiadomość o odkryciu wybrzeży zachodnich nowego lądu, ale także wielkie skarby, bo, oprócz pereł, conquistadorzy obłowili się jeszcze złotem i srebrem, znajdowanemu u krajowców darieńskich i panamskich, a niezbyt przez nich cenionym.
Z Darienu też, odliczywszy skrupulatnie należącą się monarsze piątą część łupu, do której dołącza jeszcze, dla pozyskania łask królewskich, i swoją, odsyła natychmiast te bogactwa do Hiszpanii, wraz z listem, zawiadamiającym króla o odkryciach dokonanych.
Raport i skarby, nadesłane przez Balboę, wywierają wielkie wrażenie na dworze hiszpańskim i łagodzą, panujący tam od czasu skarg Encisa, nastrój wrogi dla odkrywcy Wielkiego Morza Południowego, z drugiej jednak strony budzą wśród zgrai dworaków zawiść i pragnienie wyzyskania na swą korzyść odkryć dokonanych przez innych, czego doświadczył już i Krzysztof Kolumb. Choć więc za Balboą wstawia się usilnie, wobec rezultatów przez niego osiągniętych, doradca królewski, biskup Burgosu, który był poprzednio także jego przeciwnikiem, to jednak Ferdynand Katolicki nie umie przezwyciężyć, podsycanej w nim przez intrygantów, niechęci do Balboi.
Wprawdzie mianuje go Almirante del Mar de Sur (Admirałem Morza Południowego), tudzież gubernatorem Panamy i Coyby, ale wielko rządcostwo Darienu, obejmujące też wybrzeża świeżo odkrytego morza, przypada w udziale nie odkrywcy tego morza i twórcy nowej kolonii, lecz sprytnemu, wpływowemu dworakowi w osobie Don Pedra Ariasa d'Avili, zwanemu przez współczesnych w skróceniu Pedrariasem Davila, a jednemu z najnikczemniejszych ludzi w dziejach podboju Ameryki.
I widocznie szybko niezwykle, jak na owe czasy, raport Balboi dotarł do Hiszpanii, skoro już w kwietniu 1514 r. Pedrarias, któremu towarzyszy też Enciso, opuszcza Hiszpanię na czele 15 okrętów, wiozących 2000 żołnierzy i awanturników, zwabionych nadzieją szybkiego zbogacenia się za oceanem.
A Balboa nie próżnuje. Zanim Pedrarias zdążył przybyć do Darienu, odwiedza jeszcze kilkakrotnie Zatokę Św. Michała, a przeniósłszy tam na barkach Indian materiały budowlane i sprzęt okrętowy, buduje dwie brygantyny (okręty dwumasztowe o jednym pokładzie), aby objąć w posiadanie Hiszpanii ową bajeczną krainę Biru, o której tyle się nasłuchał z ust Indian.
Niestety, gwałtowna burza zmusza brygantyny Balboi do powrotu przed osiągnięciem celu, dalsze zaś zabiegi niweczy zawiść Pedrariasa, podsycana przez Encisa, a może jeszcze więcej przez niecnego Pizarra, w którego duszy żarzy się już żądza zagarnięcia dla siebie krainy Biru i jej skarbów bajecznych.
Balboa znajdował się właśnie w Darienie, gdy do Zatoki Uraba zawinęły okręty Pedrariasa. Odkrywca Wielkiego Morza Południowego przyjmuje z wielkim szacunkiem przedstawiciela swego monarchy. Ale Pedrarias nie tylko nie doręcza mu nominacji królewskich, lecz nawet aresztuje go i więzi pod zarzutem buntu przeciwko władzy. Dopiero wybuch powstania wśród Indian, katowanych przez świeżych przybyszów, zniewala wystraszonego dworaka do posłuchania rady przywiezionego biskupa nowej kolonii, Juana de Quevedo, i wypuszczenia na wolność więźnia, którego wszyscy podwładni uważają za jedynego męża, zdolnego uśmierzyć powstanie. Istotnie, Balboa uspokaja Indian, poczym schodzi z oczu nowemu wielkorządcy, udając się na odkryte przez siebie wybrzeże, w celu założenia tam nowej osady6.
Nową tę osadę Balboa tworzy nad Zatoką Panamską, u ujścia rzeki, którą nazwał Rio Grande, poczym postanawia urzeczywistnić nareszcie dawny zamiar dotarcia do krainy Biru, którego był zaniechał wskutek burzy w 1514 r. Wiadomość o tym dochodzi do uszu Pedrariasa. Zawistny wielkorządca wpada w gniew, obawia się bowiem współzawodnictwa energicznego, nieznużonego odkrywcy, i powołuje Balboę do Darienu, a gdy nie podejrzewający nic złego gubernator Panamy i Coyby staje w Acli, pod Darienem, każe aresztować go zbirom swoim, wtrąca do lochu i, po kilku miesiącach więzienia, stawia przed zwołanym przez siebie sądem, pod zarzutem wyłamywania się z pod władzy królewskiej. Wznowiona też jest przy tej sposobności sprawa zatargu Balboi z Encisem, jak również współudziału w rzekomym zamordowaniu przyjaciela Ojedy, Nicuessy, który, przybywszy w 1511 r. na przegniłym okręcie do Darienu i roszcząc sobie pretensje do tej miejscowości, na zasadzie otrzymanego za pośrednictwem Ojedy przywileju królewskiego, zmuszony był przez towarzyszów Balboi do odpłynięcia i przepadł na morzu bez śladu. A usłużnym świadkiem przeciwko Balboi w obu tych sprawach jest, dybiący na zgubę byłego swego wodza, Francisco Pizarro. Najświeższą zaś "zbrodnią", którą popełnił nieszczęśliwy więzień, miało być to, że bez pozwolenia Pedrariasa ścinał drzewa na budowę nowej osady! Na podstawie tych to zarzutów, Pedrarias każe podwładnym sobie sędziom skazać Balboę na śmierć.
Ohydny ten wyrok wykonano publicznie w Acli w 1517 r. Nunez Vasco de Balboa oddał w ten sposób, w czterdziestym drugim roku życia, głowę pod miecz katowski, choć z lekkomyślnego awanturnika stał się administratorem kolonialnym energicznym i rozumnym, eksploratorem przedsiębiorczym, wodzem dzielnym i przewidującym. Ale właśnie to wszystko było solą w oku conquistadorów, zawistnych i jedynie chciwych łupu, wśród których stanowił, jak wspomnieliśmy, wyjątek.
Zresztą takiemu samemu losowi z ręki Pedrariasa uległ w kilka lat później także zdobywca terytorium Nicaragua, Francisco Hernandez, posądzony, jak Balboa, o zamiar wyłamania się z pod władzy wielkorządcy. Ani wszakże za te morderstwa, ani za niesłychanie okrutne obchodzenie się z ludnością tubylczą, ani wreszcie za rządy niedołężne - tak na przykład, przy poskramianiu kacyka Uracca stracił więcej ludzi, niż Cortez przy podboju całego Meksyku - Pedrarias nie był pociągnięty do odpowiedzialności.
Jedynym udatnym pociągnięciem jego na szachownicy dziejów podboju lądu amerykańskiego przez conquistadorów - było przeniesienie w 1519 r. siedziby wielko rządcostwa terytorium Castilla de Oro, tudzież ludności Darienu, do założonej przez Balboę Panamy, gdzie kazał zbudować pałac dla siebie i otoczyć nowe miasto wałami, tworząc przez to pierwszy europejski gród, ufortyfikowany na zachodnim wybrzeżu lądu amerykańskiego.
I szybko rozrastał się ten twór Pedrariasa, ściągając licznych awanturników i wychodźców. Świeże te zastępy nie dążyły już do Panamy przez Przesmyk Darieński, gdyż znalazły drogę daleko krótszą, mianowicie w górę rzeki Chagres, odkrytej przez Kolumba w 1502 r., albo też przez góry, lasy i doliny, z założonej również przez Kolumba w tym samym roku, osady Nombre de Dios.
Tak powstała ścieżka conquistadorów.