Na górze cisza - Gerbrand Bakker

-
Proszę czekać

I

1

Wy­niosłem ojca na górę. Po­sa­dziłem go na krześle, a po­tem rozłożyłem łóżko na części. Sie­dział na krześle jak pa­ro­mi­nu­to­wy cie­lak, jesz­cze za­nim wyliże go mat­ka: z nie­kon­tro­lo­wa­nie roz­chy­bo­taną głową i ocza­mi, które prześli­zgują się po przed­mio­tach. Zdarłem z ma­te­ra­ca pościel, przeście­radło i ochra­niacz, sam ma­te­rac i po­przecz­ki ste­laża łóżka oparłem o ścianę, a szczy­ty ste­laża odłączyłem od boków. Próbowałem w miarę możliwości od­dy­chać przez usta. Pokój na górze - mój pokój - opróżniłem już wcześniej.

- Co ro­bisz? - za­py­tał.

- Prze­pro­wa­dzasz się - od­po­wie­działem.

- Chcę zo­stać tu­taj.

- Nie.

Po­zwo­liłem mu za­trzy­mać łóżko. Jed­na jego połowa już od przeszło dzie­sięciu lat po­zo­sta­je zim­na, ale na pu­stym miej­scu wciąż królują po­dusz­ki. W po­ko­ju na górze po­now­nie skręciłem łóżko: tył i szczyt do boków. Pod no­ga­mi umieściłem podkładki. Założyłem czy­ste powłoczki na po­dusz­ki i zaście­liłem łóżko świeżą pościelą. Po­tem ru­szyłem z oj­cem po scho­dach. W chwi­li, w której uniosłem go z krzesła, wbił we mnie wzrok i nie ode­rwał go aż do mo­men­tu, kie­dy położyłem go do łóżka, a na­sze twa­rze pra­wie się ze sobą ze­tknęły.

- Sam umiem cho­dzić - do­pie­ro wte­dy oświad­czył.

- Nie, nie umiesz - od­parłem.

Przez okno zo­ba­czył rze­czy, których się nie spo­dzie­wał.

- Wy­so­ko leżę - stwier­dził.

- Tak. Będziesz mógł te­raz wyglądać na dwór i wi­dzieć więcej niż tyl­ko nie­bo.

Cuch­nie stęchlizną po­mi­mo zmia­ny po­miesz­cze­nia i odświeżenia poście­li; on cuch­nie stęchlizną i wil­go­cią. Uchy­liłem jed­no z dwóch okien i za­blo­ko­wałem ha­czy­kiem. Na zewnątrz pa­no­wał trza­skający mróz i spokój, je­dy­nie na naj­wyższych gałęziach krzy­wej osi­ki w ogro­dzie od uli­cy wi­siało parę po­gnie­cio­nych liści. W od­da­li do­strzegłem dwóch ro­we­rzystów prze­jeżdżających groblą. Gdy­bym zro­bił je­den krok w bok, on też mógłby ich zo­ba­czyć. Nie ru­szyłem się.

- We­zwij le­ka­rza - ode­zwał się oj­ciec.

- Nie - od­po­wie­działem.

Odwróciłem się i wy­szedłem z po­ko­ju.

Na mo­ment przed tym, jak za­mknąłem za sobą drzwi, krzyknął:

- Owce!

W jego po­przed­niej sy­pial­ni na podłodze za­le­gał kurz, zaj­mując po­wierzch­nię nie­co mniejszą od pro­stokątne­go łóżka. Opróżniłem sy­pial­nię - dwa krzesła, szaf­ki noc­ne, to­a­letkę mat­ki wy­niosłem do sa­lo­nu. Pod wykładzinę w kącie po­ko­ju wcisnąłem dwa pal­ce. "Nie przy­kle­jaj" - przy­po­mniało mi się, jak wie­ki temu za­strzegła mat­ka dokład­nie w chwi­li, kie­dy oj­ciec ze słoikiem kle­ju w pra­wej dłoni i z pędzlem do kle­ju w le­wej za­mie­rzał uklęknąć, a my już zdążyliśmy na­wdy­chać się ostrych wy­ziewów. "Nie przy­kle­jaj, bo za dzie­sięć lat chcę nową wykładzinę". Te­raz jej spód kru­szył mi się w pal­cach. Zro­lo­wałem ją i wy­niosłem na zewnątrz, gdzie - stanąwszy na środ­ku podwórza - nie wie­działem, co z nią począć. Wypuściłem ru­lon z rąk, tak jak stałem. Nad­spo­dzie­wa­nie głośne ude­rze­nie wy­stra­szyło parę ka­wek, które po­de­rwały się z drzew oka­lających podwórze.

Podłogę w sy­pial­ni wyłożono płyta­mi pilśnio­wy­mi, szorstką stroną na wierzch. Szyb­ko prze­je­chałem po nich od­ku­rza­czem, a po­tem - bez prze­cie­ra­nia pa­pie­rem ścier­nym - za po­mocą sze­ro­kie­go płaskie­go pędzla za­ma­lo­wałem je ciem­no­szarą farbą do podłóg. Gdy kończyłem ma­lo­wać ostat­nie płyty przy drzwiach, za­uważyłem owce.

Siedzę te­raz w kuch­ni, cze­kając, aż podłoga wy­schnie. Do­pie­ro wte­dy będę mógł zdjąć ze ścia­ny po­nu­ry ob­raz przed­sta­wiający parę czar­nych owiec. Sko­ro chce pa­trzeć na owce, wbiję gwóźdź w ścianę przy oknie i za­wieszę mu ob­raz. Drzwi ku­chen­ne są otwar­te i drzwi do po­ko­ju też; z miej­sca, w którym siedzę, rozróżniam ma­jaczący za to­a­letką i dwie­ma szaf­ka­mi noc­ny­mi ob­raz, ale jest już tak ciem­no i nie­wy­raźnie, że choć wy­si­lam wzrok, nie mogę do­pa­trzyć się na nim owiec.

2

Pada, a sil­ny wiatr zdmuchnął z osi­ki ostat­nie liście. Li­sto­pad nie jest już ani chłodny, ani rześki, prze­stał być też spo­koj­ny. Sy­pial­nia ro­dziców stała się te­raz moją. Po­bie­liłem ścia­ny i su­fit i dru­gi raz za­grun­to­wałem płyty pilśnio­we podłogi. Krzesła, to­a­letkę mat­ki i dwie szaf­ki noc­ne wy­niosłem na górę. Jedną szafkę po­sta­wiłem obok łóżka ojca, a resztę rze­czy wsta­wiłem do pu­ste­go po­ko­ju obok jego sy­pial­ni. Do po­ko­ju Hen­ka.

Kro­wy już od dwóch dni stoją w obo­rze. W cza­sie do­je­nia robi się ner­wo­wo.

Gdy­by okrągła po­kry­wa cy­ster­ny mle­czar­skiej była otwar­ta, dziś rano wy­trysnęłaby z niej jak z gej­ze­ra połowa mle­ka, tak gwałtow­nie kie­row­ca ha­mo­wał przed zro­lo­waną wykładziną, która wciąż leży na podwórzu. Kie­dy wszedłem do zlew­ni, stał, prze­kli­nając ci­cho pod no­sem. Kie­rowców cy­ster­ny jest dwóch, to był ten star­szy, po­nu­ry. Wy­da­je mi się, że jest mniej więcej w moim wie­ku. Jesz­cze parę lat kur­so­wa­nia, a po­tem eme­ry­tu­ra.

Moja nowa sy­pial­nia, nie licząc łóżka, jest zupełnie pu­sta. Za­mie­rzam po­ma­lo­wać jesz­cze sto­larkę - li­stwy przy­podłogo­we, fra­mu­gi okien­ne i drzwi. Być może na ten sam ko­lor co podłogę, ale jesz­cze nie zde­cy­do­wałem. W głowie mam nie­bie­sko­sza­ry ko­lor je­zio­ra IJs­sel w słonecz­ny dzień, gdy w od­da­li zbie­rają się chmu­ry bu­rzo­we.

To mu­siał być ko­niec lip­ca, początek sierp­nia, gdy przepływa­li tędy ka­ja­ka­mi dwaj chłopcy. Nieczęsto się to zda­rza, szla­ki ka­ja­kar­skie omi­jają moje go­spo­dar­stwo. Do­cie­rają tu­taj tyl­ko co am­bit­niej­si ka­ja­ka­rze. Ci obnażyli swo­je tor­sy; było ciepło, mięśnie ich ra­mion i barków lśniły w świe­tle słońca. Stałem przed do­mem, trochę z boku, nie­wi­docz­ny, i za­uważyłem, że próbują się na­wza­jem wywrócić. Wiosła plu­skały w wo­dzie wśród ne­nu­farów. Przed­ni ka­jak usta­wił się w po­przek kanału i utknął czub­kiem w brze­gu. Je­den z chłopców spoj­rzał w moim kie­run­ku.

- Po­patrz no tyl­ko - zwrócił się do dru­gie­go, pie­go­wa­te­go ru­dziel­ca z opa­lo­ny­mi na czer­wo­no ra­mio­na­mi. - Dla tego go­spo­dar­stwa czas się za­trzy­mał. Leży so­bie przy tym szla­ku, ale równie do­brze mógłby to być rok tysiąc dzie­więćset sześćdzie­siąty siódmy albo tysiąc dzie­więćset trzy­dzie­sty.

Rudy chłopak przyj­rzał się uważnie mo­jej za­gro­dzie, drze­wom, kawałkowi zie­mi, na której aku­rat pasły się osły. Nad­sta­wiłem uszu.

- Tak - ode­zwał się po kil­ku chwi­lach - i te osły, one do­pie­ro są ar­cha­icz­ne.

Chłopiec w przed­nim ka­ja­ku wy­swo­bo­dził się z brze­gu i po­now­nie obrócił dziób w kie­run­ku jaz­dy. Po­wie­dział coś do to­wa­rzy­sza, coś, cze­go nie zro­zu­miałem, bo właśnie krwa­wo­dziób zaczął swo­je tre­le. Późny krwa­wo­dziób; prze­ważnie z końcem lip­ca nie ma tu już ani jed­ne­go. Rudy chłopak ru­szył po­wo­li śla­dem ko­le­gi; wciąż nie spusz­czał wzro­ku z mo­ich dwóch osłów. Nie miałem dokąd się ru­szyć - z bocz­nej, pu­stej stro­ny domu nie było nic, czym mógłbym się zająć. Stałem tak nie­po­ru­szo­ny, wstrzy­mując od­dech.

Zo­ba­czył mnie. Pomyślałem, że ode­zwie się do dru­gie­go chłopca - jego usta się roz­chy­liły i odwrócił głowę. Jed­nak nic nie po­wie­dział. Pa­trzył i nie zdra­dził przy­ja­cie­lo­wi mej obec­ności. Po ja­kimś cza­sie wpłynęli w kanał op­per­wo­udz­ki, a masa ro­ze­rwa­nych żółtych ne­nu­farów zwarła się za nimi na nowo. Wy­szedłem na drogę, by od­pro­wa­dzić ich wzro­kiem. Po paru mi­nu­tach nie mogłem już dosłyszeć ich głosów. Odwróciłem się i spróbowałem po­pa­trzeć na moją za­grodę ich ocza­mi.

- Tysiąc dzie­więćset sześćdzie­siąty siódmy rok - mruknąłem i pokręciłem głową.

Dla­cze­go właśnie ten rok? Je­den chłopak wymówił rok, dru­gi - pie­go­wa­ty ze spa­lo­ny­mi ra­mio­na­mi - go doj­rzał. Był to bar­dzo gorący dzień, popołudnie, zbliżała się pora za­ga­nia­nia krów. Nie­ocze­ki­wa­nie po­czułem ciężar własnych nóg i popołudnie stało się bez wy­ra­zu, pu­ste.

3

Wciągnięcie stojącego ze­ga­ra po scho­dach to pie­kiel­nie trud­ne za­da­nie. Wy­ko­rzy­stuję do tego długie, gład­kie de­ski, kapy i kawałki gu­mo­wej pian­ki. W szaf­ce ze­ga­ra brzęczy i po­stu­ku­je. Jego ty­ka­nie do­pro­wa­dzało mnie do szału, a z dru­giej stro­ny za­trzy­my­wa­nie go na noc wy­ma­gało za­cho­du. W połowie schodów muszę od­począć parę chwil. Może jego tam, na górze, też do­pro­wa­dzi do szału, choć oczy­wiście wciąż ma ten swój ob­raz z owca­mi, który po­zwa­la mu się uspo­koić.

- Ze­gar? - mówi, gdy wchodzę do sy­pial­ni.

- Tak, ze­gar.

Usta­wiam go tuż za drzwia­mi, naciągam wa­hadła i po­py­cham wskazówkę. Mo­men­tal­nie pokój wypełnia się cza­sem, od­da­lającym się po­wo­li w ryt­mie ty­ka­nia. Kie­dy się za­mknie drzwi, oj­ciec wi­dzi, która jest go­dzi­na. Rzu­ciw­szy okiem na tarczę ze­ga­rową, oznaj­mia:

- Głodny je­stem.

- Ja też cza­sem je­stem głodny - od­po­wia­dam.

Ze­gar spo­koj­nie tyka da­lej.

- Zasłony są zaciągnięte - od­zy­wa się na­gle.

Pod­chodzę do okna i roz­su­wam zasłony. Już nie pada, a wiatr trochę przy­cichł. Woda w ka­na­le stoi wy­so­ko i prze­le­wa się przez groblę.

- Muszę iść do wia­tra­ka - mówię do sie­bie i do szy­by. Może na­wet do ojca.

- Co?

- Nic.

Uchy­lam okno i za­cze­piam ha­czyk, myśląc o pu­stym miej­scu w sa­lo­nie.

W kuch­ni sma­ruję so­bie parę kro­mek masłem i kładę na nich ser. Pochłaniam chleb, le­d­wie mogę się do­cze­kać. Kie­dy kawa wciąż jesz­cze prze­cie­ka przez eks­pres, już stoję w sa­lo­nie. Je­stem sam, będę to mu­siał zro­bić sam. Ka­napę prze­su­wam na jed­nej z kap, których użyłem do wnie­sie­nia ze­ga­ra. Ciągnę ją przez sień do ko­mo­ry. Dwa fo­te­le prze­noszę przez drzwi wyjścio­we na zewnątrz i sta­wiam przy dro­dze. Resztę rze­czy również prze­noszę do ko­mo­ry. Ko­modę muszę naj­pierw zupełnie opróżnić, za­nim uda­je mi się ją prze­sunąć. Wte­dy wresz­cie je­stem w sta­nie wcisnąć pal­ce pod wykładzinę. Ta była droższa, nie kru­szy się pod pal­ca­mi. Kie­dy ją zwi­jam, za­sta­na­wiam się, czy­by nie zo­sta­wić kawałka dy­wa­nu, czy jesz­cze mi się do cze­goś przy­da. Nic mi nie przy­cho­dzi do głowy. Rol­ka jest zbyt ciężka, by ją pod­nieść, ciągnę ją po żwi­ro­wej ścieżce i most­ku w kie­run­ku dro­gi. Kie­dy wra­cam, mój wzrok pada w sie­ni na te­le­fon. Dzwo­nię do gmi­ny, by za­wia­do­mić, że mam do wy­wie­zie­nia od­pa­dy o dużych ga­ba­ry­tach. Kawa pa­ru­je na pod­grze­wającej płytce eks­presu.

Po dro­dze do wia­tra­ka ob­ser­wuję, co już w mi­nio­nych dniach wi­działem, a co bu­dzi mój nie­pokój. Chmarę ptaków, które nie zmie­rzają z północy na południe, ale roz­la­tują się we wszyst­kie stro­ny świa­ta i nie prze­stają krążyć. Słychać je­dy­nie łopot ich skrzy­deł. Chmarę tworzą ostry­go­ja­dy, wro­ny i mewy. Właśnie to jest dziw­ne, jesz­cze nig­dy nie wi­działem, by te trzy ga­tun­ki ptaków latały ra­zem. Jest w tym coś złowiesz­cze­go. Czy może już wcześniej je wi­działem, lecz nie od­czułem z tego po­wo­du nie­pokoju? Wpa­trując się dłużej, do­strze­gam, że to czte­ry ga­tun­ki - pomiędzy dużymi me­wa­mi sre­brzy­sty­mi la­tają też spo­ro mniej­sze mewy śmiesz­ki. Prze­la­tują między sobą w tę i we w tę, nie tworzą od­dziel­nych grup; spra­wiają wrażenie zdez­o­rien­to­wa­nych.

Wia­trak to mały żela­zny mo­del fir­my Bos­man. Po jed­nej stro­nie jego żela­zne­go ogo­na wid­nie­je na­pis "Bos­man Pier­shil". Po dru­giej stro­nie - "NL nr 40832". Daw­niej myślałem, że to nu­mer eg­zem­pla­rza, ale oka­zało się, że pa­ten­tu. Ten typ wia­tra­ka na po­lde­rach sam szu­ka wia­tru, kie­dy ogon usta­wia się pro­sto­pa­dle do ra­mion, i dopóty się kręci i pom­pu­je wodę, dopóki nie złoży się go wzdłuż szy­ny pro­wadzącej, by zna­lazł się równo­le­gle do skrzy­deł. Te­raz jed­nak rozkładam ogon za po­mocą pręta przy­mo­co­wa­ne­go w tym celu do końca ogo­na. To wspa­niały smukły wia­tra­czek; ma w so­bie coś ame­ry­kańskie­go. Właśnie z po­wo­du tej inności i tego, że dno kanału jest wy­be­to­no­wa­ne, a także dla­te­go, że tak bar­dzo lu­bi­liśmy za­pach sma­ru, daw­niej często przy­cho­dzi­liśmy pod nie­go z Hen­kiem w le­cie. Tu­taj było in­a­czej. Co roku z Bos­mana przy­jeżdżał pra­cow­nik, by spraw­dzić wia­trak, i na­wet te­raz, choć minęły lata, odkąd po raz ostat­ni po­ja­wił się tu przed­sta­wi­ciel Bos­mana, wciąż wszyst­ko w wia­traku cho­dzi jak w ze­gar­ku. Przyglądam się jesz­cze chwilę, jak woda kipi w ka­na­le.

Wra­cam, nadkładając dro­gi, i liczę owce. Wciąż są wszyst­kie. Wszyst­kie dwa­dzieścia trzy plus tryk. Zady sa­mic są czer­wo­ne; niedługo za­biorę try­ka. Z początku roz­bie­gają się przede mną, ale gdy pod­chodzę bliżej do ogro­dze­nia od stro­ny gro­bli, ru­szają za mną. Staję tuż przy ogro­dze­niu. Za­trzy­mują się w od­ległości ja­kichś dzie­sięciu metrów ode mnie. Stoją w sze­re­gu i wszyst­kie na mnie patrzą, z ba­ra­nem o kwa­dra­to­wym łbie pośrod­ku. Czuję się niezręcznie.

Na podwórzu widzę nasiąkniętą desz­czem wykładzinę i po­sta­na­wiam i ją prze­nieść na po­bo­cze dro­gi.

Za­nim pójdę wy­doić kro­wy, jesz­cze chwilę gra­bię żwi­ro­we ścieżki w ogro­dzie od fron­tu. Po­wo­li za­pa­da zmierzch. Dwaj chłopcy z sąsiedz­twa, Teun i Ro­nald, siedzą pod wykładziną - drogą wykładziną - którą częścio­wo roz­winęli i za­rzu­ci­li na dwa krzesła. Dzień czy dwa dni temu zja­wi­li się koło siódmej wie­czo­rem we fron­to­wych drzwiach. Trzy­ma­li w górze wydrążone czer­wo­ne bu­ra­ki cu­kro­we i fałszując, śpie­wa­li jakąś pio­senkę. W de­li­kat­nej poświa­cie bijącej od bu­raków ich roz­e­mo­cjo­no­wa­ne twa­rze były jesz­cze bar­dziej czer­wo­ne. Dałem im po ba­to­ni­ku Mars. Te­raz każdy z nich ma ze sobą la­tarkę.

- Hej, Hel­mer! - wołają przez dziurę, którą wycięli - nożem? - w wykładzi­nie. - To nasz do­mek!

- Piękny! - od­krzy­kuję, opie­rając się na gra­biach.

- I mamy też światło!

- Widzę.

- I tu­taj jest powódź!

- Woda już opa­da! - uspo­ka­jam ich.

- Będzie­my tu spać.

- Chy­ba nie - mówię.

- Chy­ba tak - od­po­wia­da Ro­nald, młod­szy.

- Coś mi się nie wy­da­je.

- Za chwilę pójdzie­my do domu - słyszę, jak Teun wyjaśnia ci­cho bra­tu. - Nie mamy tu­taj nic do je­dze­nia.

Patrzę w górę, na okno sy­pial­ni ojca. Jest już ciem­ne.

4

- Chcę, żeby przy­szedł Mikołaj - mówi.

- Mikołaj? - Po śmier­ci mat­ki w tym domu prze­stało się ob­cho­dzić mikołajki. - Dla­cze­go?

- Bo to miłe.

- A jak to so­bie wy­obrażasz?

- No, nor­mal­nie - od­po­wia­da.

- Nor­mal­nie? Sko­ro chcesz, żeby przy­szedł Mikołaj, mu­sisz kupić pre­zen­ty.

- No.

- Aha. A jak je chcesz kupić?

- Ty je mu­sisz kupić.

- Dla sie­bie też?

- Tak.

- To już wiem, co do­stanę.

Nie za­mie­rzałem tak długo z nim roz­ma­wiać. Chciałem tyl­ko na chwilę zaj­rzeć i szyb­ko zniknąć. Ty­ka­nie stojącego ze­ga­ra wypełnia pokój. Czwo­ro­bok światła słonecz­ne­go w kształcie okna pada na szafę, a światło od­bi­ja się od ob­ra­zu z owca­mi, który te­raz wygląda mniej po­nu­ro. Dziw­ny ob­raz. Cza­sem wygląda, jak­by przed­sta­wiał zimę, in­nym ra­zem lato lub je­sień.

Kie­dy mam za­mknąć za sobą drzwi, woła:

- Pić.

- Mnie też się cza­sem chce pić. - Zde­cy­do­wa­nym ru­chem za­my­kam za sobą drzwi i schodzę po scho­dach.

Tyl­ko ka­na­pa powróciła do sa­lo­nu. Na naj­niższej półce wbu­do­wa­nej bie­liźniar­ki w mo­jej sy­pial­ni zna­lazłem duży kawał tka­ni­ny. Może to ku­pon ma­te­riału, z którego mat­ka za­mie­rzała uszyć su­kienkę, choć jest na to ra­czej za duży. Ład­nie wygląda na ka­na­pie. Podłoga jest po­ma­lo­wa­na na sza­ro; gdy drzwi sy­pial­ni są otwar­te, ko­lor gładko przepływa po­nad po­ma­lo­wa­nym tak samo pro­giem. Ko­mo­da stanęła w in­nym miej­scu, pu­ste regały na książki - na górze. Wszyst­kie kwitnące rośliny do­nicz­ko­we wy­rzu­ciłem na kom­post. Nie­wie­le się ostało. Jak po­jadę po farbę, będę mu­siał po­szu­kać żalu­zji albo ro­let; na wi­dok ciężkich ciem­no­zie­lo­nych zasłon w sy­pial­ni i sa­lo­nie bra­ku­je mi tchu i mam nie­ja­sne po­czu­cie, że nie wy­ni­ka to tyl­ko z tego, iż już od lat nie były trze­pa­ne. Resztę za­war­tości wbu­do­wa­nej bie­liźniar­ki w sy­pial­ni prze­niosłem na górę, a własne ubra­nia zniosłem na dół.

Kręcą się tu koty. Dzi­kie koty przybłędy. Cza­sem po­ja­wiają się trzy lub dwa, parę mie­sięcy później jest ich dzie­więć lub dzie­sięć. Niektóre ku­leją lub bra­ku­je im ogo­na, inne (większość właści­wie) są wy­li­niałe. Zupełnie nie można się połapać, ile ich jest, więc się człowiek nie dzi­wi, gdy na­po­ty­ka ich dzie­sięć, a tym bar­dziej dwa. Oj­ciec roz­wiązywał pro­blem kotów w ten sposób, że wrzu­cał miot do ju­to­we­go wor­ka, dokładał ka­mień i ci­skał wo­rek do kanału. Daw­no temu wsa­dzał do wor­ka jesz­cze jakiś gałgan, który mo­czył w płynie stojącym w szaf­ce na tru­ci­zny. Nie wiem, co to był za płyn. Chlo­ro­form? Jak mógł jed­nak zdo­być bu­telkę chlo­ro­for­mu? Trzy­dzieści lat temu można było go zwy­czaj­nie kupić? W sto­do­le wisi sre­brzy­sto­sza­ra szaf­ka z tru­pią czaszką i skrzyżowa­ny­mi pisz­cze­la­mi i od lat nie ma już w niej żad­nej tru­ci­zny. Ja trzy­mam w niej far­by.

Zeszłej wio­sny zo­ba­czyłem, jak ob­cho­dzi sto­dołę z mi­secz­ka­mi mle­ka. O nic nie za­py­tałem, tyl­ko głęboko wes­tchnąłem, na tyle głęboko, żeby to usłyszał. W ciągu paru dni do­pro­wa­dził do tego, że młode ko­cia­ki, wszyst­kie ra­zem, piły z jed­ne­go spodecz­ka. Wyłapał je i wsa­dził do wor­ka. Nie ju­to­we­go - tych już nie mie­liśmy. Był to pa­pie­ro­wy wór po pa­szy. Mniej więcej me­tro­wym sznur­kiem przy­wiązał wo­rek do tyl­ne­go zde­rza­ka opla ka­det­ta.

Sie­dem lat temu prze­szedł eg­za­min - mu­siał przedłużyć pra­wo jaz­dy. Nie poszło mu w wie­lu te­stach i go nie zdał. Od tej pory nie mógł pro­wa­dzić. A mimo to wgra­mo­lił się do auta. Drze­wa oka­lające podwórze spo­wi­jała zie­lo­na poświa­ta, a wokół pni kwitły nar­cy­zy. Stałem w drzwiach sto­doły i przyglądałem się, jak za­pa­la sa­mochód, który na­tych­miast wy­rwał do przo­du, aż wcisnęło go w fo­tel i ude­rzył głową o kie­row­nicę. Następnie ru­szył przed sie­bie, nie zaglądając przez ramię ani w lu­ster­ko wstecz­ne. Przez jakiś czas to po­wta­rzał - pod­jeżdżał do przo­du, wrzu­cał wstecz­ny (skrzy­nia biegów jęczała) i cofał, lek­ko kręcąc przy tym kie­row­nicą. Do przo­du, do tyłu i jesz­cze raz, i jesz­cze raz, aż chmu­ra spa­lin za­wisła między drze­wa­mi. Wy­lazł z sa­mochodu, zde­cy­do­wa­nym ru­chem odwiązał wo­rek i chciał go rzu­cić na kupę gno­ju. Aż trzy razy mu­siał pod­no­sić wo­rek z zie­mi, by to zro­bić - nie miał już dość siły w ra­mio­nach, by od­po­wied­nio moc­no się za­machnąć.

- I po krzy­ku - po­wie­dział, kie­dy wkra­czał do sto­doły.

Wy­tarł so­bie czoło i za­tarł dłonie w geście "no to mamy święty spokój", co wywołało szorst­ki odgłos.

Chwilę trwało, nim ru­szyłem się z miej­sca. Po­wo­li zbliżyłem się do gno­jo­wi­ska. Wo­rek wca­le nie leżał na wierz­chu, zsunął się i wy­nikło to nie tyl­ko z siły ciążenia, ale ruchów w środ­ku. Słychać było ci­chu­teńkie po­pi­ski­wa­nia i le­d­wie słyszal­ne dra­pa­nie. Oj­ciec po­kpił sprawę, a ja mogłem to na­pra­wić. Olałem to. Odwróciłem się i od­szedłem na tyle da­le­ko od gno­jo­wi­ska, by nic więcej nie słyszeć, i po­zo­stałem tam, dopóki wszyst­kie dźwięki i ru­chy nie ustały.

Chce ob­cho­dzić Mikołaja, "bo to miłe".

5

Nie wiem, o co tu cho­dzi, ale te­raz z gałęzi na na­giej osi­ce gapi się na mnie wro­na siwa. Nig­dy wcześniej nie wi­działem tu­taj wro­ny si­wej. Jest piękna, ale na­prawdę za­czy­na grać mi na ner­wach - le­d­wie po­tra­fię przełknąć kęs. Prze­sia­dam się na miej­sce z wi­do­kiem na bocz­ne okno. Wokół stołu stoją czte­ry krzesła i mogę usiąść, gdzie chcę, po­zo­stałe trzy są nieużywa­ne.

Za­wsze sia­dam na tym, na którym daw­niej sie­działa mat­ka, na krześle stojącym naj­bliżej zle­wu. Oj­ciec sie­dział na­prze­ciw niej, ple­ca­mi do okna od fron­tu. Henk sie­dział ple­ca­mi do bocz­ne­go okna i mógł zaglądać do sa­lo­nu, gdy drzwi były otwar­te. Ja sie­działem ple­ca­mi do drzwi ku­chen­nych i często, z po­wo­du światła, które wpa­dało przez okno zza Hen­ka, wi­działem tyl­ko kon­tur jego po­sta­ci. Nie miało to zna­cze­nia - na­prze­ciw mnie sie­działa wier­na ko­pia mnie sa­me­go i bar­dzo do­brze wie­działem, jak wygląda. Wylądowałem więc zno­wu na swo­im sta­rym miej­scu przy sto­le ku­chen­nym i to mi nie leży. Wstaję, prze­su­wam ta­lerz na drugą stronę stołu i sia­dam na krześle Hen­ka. Te­raz zno­wu je­stem na wi­do­ku wro­ny si­wej, która ob­ra­ca swój łeb, by mnie le­piej doj­rzeć. To jej ga­pie­nie się przy­po­mi­na mi owce, które parę dni temu - wszyst­kie dwa­dzieścia czte­ry - wbiły we mnie wzrok. Ogarnęło mnie uczu­cie, jak­by owce były mi równe, jak­by to już nie zwierzęta się we mnie wpa­try­wały. Nig­dy wcześniej nie miałem ta­kie­go po­czu­cia - na­wet przy mo­ich dwóch osłach. A te­raz ta dziw­na wro­na siwa.

Od­su­wam krzesło, prze­chodzę przez sień do wyjścia i wstępuję na żwi­rową ścieżkę.

- A sio! - wołam. Wro­na lek­ko prze­krzy­wia łeb i prze­sta­wia jedną łapę. - Ucie­kaj! - krzyczę i do­pie­ro wte­dy rozglądam się spłoszo­ny.

Cu­dacz­ny, pod­sta­rzały rol­nik wrzesz­czy na coś nie­wi­dzial­ne­go przed otwar­ty­mi na oścież drzwia­mi.

Wro­na siwa gapi się na mnie po­gar­dli­wie. Za­my­kam drzwi. Gdy w sie­ni po­wra­ca ci­sza, słyszę, jak oj­ciec coś mówi na górze. Otwie­ram drzwi na klatkę scho­dową.

- Co mówisz? - wołam.

- Wro­na siwa - od­krzy­ku­je.

- No i? - krzyczę.

- Dla­cze­go ją od­ga­niasz?

Głuchy w każdym ra­zie nie jest. Za­trza­skuję drzwi na klatkę scho­dową i sia­dam znów za stołem, na miej­scu ojca, ple­ca­mi do fron­to­we­go okna. Nie­wzru­szo­ny przeżuwam chleb, sta­rając się nie ro­zu­mieć słów ojca, który zwy­czaj­nie gada da­lej.

W ciągu dzie­sięciu mi­nut zająłem miej­sce na każdym z krze­seł. Gdy­by ktoś mnie ob­ser­wo­wał, pomyślałby, że próbuję być tą czwórką, by nie mu­sieć jeść sa­mot­nie.

Za­nim po­ma­lo­wałem sto­larkę, po­bie­liłem ścia­ny i su­fit w sa­lo­nie. Po­trzeb­ne były dwie war­stwy far­by, by po­kryć białe pro­stokąty, które się uka­zały po zdjęciu ob­razów, zdjęć i ha­fto­wa­nych me­try­czek. Po tym, jak kupiłem farbę i nowy pędzel u ma­la­rza, zaj­rzałem do Ca­sto­ra­my, gdzie zna­lazłem drew­nia­ne żalu­zje, które dokład­nie pa­sują do okien w sa­lo­nie i sy­pial­ni. Naj­wy­raźniej wciąż ak­tu­al­ne są roz­mia­ry, które obo­wiązywały pięćdzie­siąt lat temu. Za­nim je za­mon­to­wałem, zdjąłem z pa­ra­petów po­zo­stałe rośliny do­nicz­ko­we i wy­rzu­ciłem je na gnój. Te­raz w obu po­miesz­cze­niach jest pu­sto i sza­ro­nie­bie­sko, a światło wpa­da do środ­ka w po­sta­ci po­zio­mych pasów. Rano nie pod­noszę żalu­zji do góry, tyl­ko usta­wiam li­stew­ki pod od­po­wied­nim kątem.

Wspi­nam się po scho­dach z pudełecz­kiem pełnym gwoździ, młotkiem i dużą ciężką skrzynką na ziem­nia­ki.

- Co ro­bisz? - pyta oj­ciec.

Wyj­muję po ko­lei ze skrzyn­ki wszyst­kie ob­raz­ki, zdjęcia i wy­ha­fto­wa­ne me­trycz­ki i za­czy­nam je roz­wie­szać.

- Uważasz, że Mikołaj jest miły - mówię - a to też jest miłe.

- Co tam słychać na dole?

- Co nie­mia­ra - od­po­wia­dam.

Wokół ob­ra­zu z owca­mi wie­szam pierw­sze zdjęcia, ale nie­ba­wem muszę prze­nieść się na drugą ścianę. Opra­wio­ne zdjęcie mat­ki i Hen­ka, krów olim­pi­jek z ro­ze­ta­mi (sto tysięcy litrów mle­ka), dziadków i mnie, me­trycz­ki na­szych na­ro­dzin (nie jed­na, ale dwie) i ślubu ojca i mat­ki. Wśród ob­razków znaj­du­je się sześć przed­sta­wiających grzy­by, praw­dzi­wa se­ria akwa­re­li.

- Po co to? - pyta oj­ciec.

- Masz te­raz na co pa­trzeć - mówię.

Gdy wszyst­ko już wisi, jesz­cze raz przyglądam się uważnie zdjęciom. Jed­no przed­sta­wia matkę siedzącą na krześle z podłokiet­ni­ka­mi. Spo­czy­wa w nim jako sza­cow­na nie­wia­sta, skrom­nie zwie­rając nogi, które nie­znacz­nie prze­chy­la w jedną stronę, przez co górna połowa jej ciała jest lek­ko skręcona, dłonie wsty­dli­wie zwi­nięte na podołku. Pa­trzy na fo­to­gra­fa w sposób, który zupełnie do niej nie pa­su­je. Trochę uwo­dzi­ciel­sko i jed­no­cześnie wy­niośle, a wrażenie to jesz­cze pod­kreślają te odgięte w bok nogi. Zdej­muję zdjęcie ze ścia­ny i wkładam do pu­stej skrzyn­ki po ziem­nia­kach, ra­zem z gwoźdźmi i młotkiem.

- Zo­staw ją tu­taj - od­zy­wa się oj­ciec.

- Nie - mówię. - Za­bie­ram ją ze sobą na dół.

- Są man­da­ryn­ki?

- Chcesz man­da­ryn­ki?

- Tak.

Od­gi­nam nóżkę ram­ki zdjęcia i sta­wiam matkę na ko­min­ku. Po­tem idę do bocz­nej kuch­ni po dwie man­da­ryn­ki i niosę je na górę. Kładę je na szaf­ce noc­nej i pod­chodzę do okna. Wro­na siwa wciąż sie­dzi na osi­ce - wi­dzia­na z tego okna zda­je się znaj­do­wać na tej sa­mej wy­so­kości co ja.

- Czy ta wro­na na cie­bie pa­trzy? - py­tam.

- Nie - od­po­wia­da oj­ciec. - Pa­trzy trochę niżej.

Na­gle przy­po­mi­na mi się, o czym za­po­mniałem. Schodzę na dół i wchodzę do kuch­ni. W kącie, obok biur­ka, stoi du­beltówka ojca. Pod­noszę ją, za­sta­na­wiając się, czy jest nałado­wa­na. Nie spraw­dzam. Dziw­nie się czuję, trzy­mając ją w ręku. Daw­niej nie wol­no nam jej było do­ty­kać, po­tem sam na­wet nie chciałem. Wnoszę strzelbę na górę i opie­ram o bok stojącego ze­ga­ra. Oj­ciec zasnął. Leży na wznak, głowa opadła mu na bok, strużka śliny spływa na po­duszkę.

6

Mat­ka była nie­by­wa­le brzydką ko­bietą. Dla kogoś, kto jej nie znał, zdjęcie na ko­min­ku praw­do­po­dob­nie przed­sta­wia po­ciesz­ny wi­dok: kościstą chłopkę o wyłupia­stych oczach i fry­zu­rze w sty­lu "raz na kwar­tał do fry­zje­ra", usiłującą przy­brać dys­tyn­go­waną pozę. Mnie zdjęcie nie bawi. To moja mat­ka. Za­sta­na­wia mnie jed­nak, dla­cze­go oj­ciec, który, o ile nie śpi, z pew­nością kon­tem­plu­je atrak­cyj­ny wi­ze­ru­nek sa­me­go sie­bie na zdjęciach sprzed lat - ją poślubił. A ra­czej - jako że już parę do­brych chwil przy­pa­truję się jej zdjęciu i myślę o mężczyźnie na górze - za­sta­na­wia mnie, dla­cze­go to ona za nie­go wyszła.

Na ko­min­ku z czar­ne­go mar­mu­ru poza tym nie zo­stało już wie­le. Lich­tarz z brązu z jedną białą świecą i sta­ry po­jem­nik na ry­si­ki z wy­ma­lo­waną krową rasy la­ke­nvel­der z cha­rak­te­ry­stycz­nym białym pa­sem biegnącym przez brzuch. Wszyst­kie inne dro­bia­zgi znaj­dują się w pu­dle, które wylądowało w po­ko­ju Hen­ka ra­zem z resztą zbędnych rze­czy. Pokój Hen­ka zmie­nił się w prze­cho­wal­nię. Obok jego łóżka, które nig­dy nie służyło za gościn­ne, stoją i spo­czy­wają przeróżne ru­pie­cie, których on nig­dy nie zo­ba­czył ani nie po­znał; jego sy­pial­nia prze­obra­ziła się w jedną wielką ga­le­rię przeszłości, a wciąż żywy okaz mu­ze­al­ny w po­ko­ju obok ciągle jesz­cze upar­cie od­dy­cha. Od­dy­cha i gada. Na­wet te­raz, tu­taj, słyszę jego mam­ro­ta­nie. Prze­ma­wia do wro­ny? Do zdjęć czy do sześciu akwa­re­lo­wych grzybów?

Henk i ja uro­dzi­liśmy się w 1947 roku; je­stem o parę mi­nut star­szy. Z początku myślano, że nie dożyje­my następne­go dnia (24 maja), ale mat­ka nig­dy w nas nie zwątpiła. "Ko­bie­ty są stwo­rzo­ne do tego, by mieć bliźnia­ki", miała wygłosić, gdy po raz pierw­szy przy­sta­wio­no jej nas do pier­si. Nic a nic w to nie wierzę; to jed­no z tych stwier­dzeń, które wyłaniają się z ogółu wy­da­rzeń i spo­strzeżeń (oczy­wiście w tam­tym okre­sie wy­po­wie­dzia­no wie­le in­nych rze­czy), a które w miarę upływu cza­su jako je­dy­ne się ostają, pod­czas gdy naj­praw­do­po­dob­niej jest ono prze­ina­cze­niem ja­kiejś wy­po­wie­dzi ojca lub le­ka­rza do­mo­we­go. Sama mat­ka nie po­wie­działaby za wie­le.

Pamiętam coś, cze­go nie mogę pamiętać. Widzę jej twarz od dołu, po­nad świe­tli­stym, miękkim wy­brzu­sze­niem. Brodę i przede wszyst­kim jej lek­ko wyłupia­ste oczy, które nie są zwrócone na mnie, ale na jakiś punkt w od­da­li - na nic kon­kret­ne­go, na pole, być może groblę. Jest lato i moje sto­py czują do­tyk in­nych stóp. Mat­ka była małomówną ko­bietą, ale wi­działa wszyst­ko. Oj­ciec gadał - i le­d­wie co do­strze­gał. Przez życie to­ro­wał so­bie drogę krzy­kiem.

Ktoś puka w okno. W ogro­dzie od fron­tu Teun i Ro­nald krzyczą i ma­chają rękami. Pod­chodzę do drzwi.

- Hel­mer! Osły się ze­rwały! - ogłasza Ro­nald to­nem, w którym słyszę, że ma­rzyłby o tym, by osły zry­wały się co­dzien­nie.

- Ciągle są na podwórzu - do­da­je Teun to­nem, w którym słyszę, że sam też usłyszał to, co jego bra­ci­szek rze­czy­wiście miał na myśli.

Chłopcy biegną przede mną, skręcają za róg domu.

- Spo­koj­nie! - wołam za nimi.

Osły sterczą między drze­wa­mi, ja­kieś pięć metrów od uchy­lo­nej bra­my. Sznu­rek, który zwy­kle utrzy­mu­je bramę w ta­kiej po­zy­cji, by sty­kała się z be­to­no­wym słupem, zwi­sa luźno. Zga­duję, co się wy­da­rzyło.

- Do­bra - stwier­dzam. - No to te­raz za­pro­wadźcie je z po­wro­tem na wy­bieg.

- My? - nie do­wie­rza Ro­nald.

- Tak, wy.

- Cze­mu?

- Temu.

Te­raz, gdy osły chodzą wol­no, Teun i Ro­nald na­gle za­czy­nają się ich bać. To tak jak z kra­nem: gdy jako dziec­ko się go odkręci, wy­da­je się miły i przy­jem­ny do chwi­li, kie­dy wpa­da się w pa­nikę na wi­dok bez­mia­ru wody, która się z nie­go leje, i nie ma się pojęcia, jak by to ustroj­stwo z po­wro­tem sa­me­mu zakręcić.

- Temu? - po­wta­rza Teun. - A co to zna­czy?

- To zna­czy - od­po­wia­dam - że wiem, że to ty otwo­rzyłeś tę bramę, bo ci się nie chciało przez nią prze­cho­dzić, i że Ro­nald przy­lazł za tobą, i jesz­cze sze­rzej ją otwo­rzył.

- No - przy­zna­je Ro­nald.

Teun pa­trzy na nie­go ze złością.

- Do ro­bo­ty - mówię. - Pchać.

- Pchać? Bramę?

- Nie, osły. - Pod­chodzę spo­koj­nie do bra­my, pociągam za nią i otwie­ram na całą sze­ro­kość.

Chłopcy nie ru­szają się z miejsc i patrzą na mnie z nie­do­wie­rza­niem i lek­kim stra­chem.

W zi­mie osły często przez długi czas prze­by­wają w swo­jej staj­ni, obok kur­ni­ka. Osły nie cier­pią mieć mo­krych ko­pyt. W bok­sie jest su­cho, a na zie­mi leży war­stwa słomy. Po­miesz­cze­nie ma sześć metrów długości i pięć sze­ro­kości. Jest otwar­te od fron­tu i wy­po­sażone w okap. Osły mają boks czte­ry me­try na pięć metrów, a na po­zo­stałych dwóch me­trach, z przo­du, leżą bele sia­na i stoi wór owsa. Zwy­kle w skrzyn­ce prze­cho­wuję parę bu­raków cu­kro­wych i mar­che­wek. Na półce leżą: duży nóż, zgrzebło, nóż ko­wal­ski, tar­nik i skro­bak do ko­pyt. Kie­dy osły prze­by­wają w staj­ni, nie ma dnia, by Teun i Ro­nald do nich nie zaj­rze­li. Sa­do­wią się na beli sia­na albo w bok­sie, na ściółce ze słomy. Najchętniej tam prze­sia­dują, gdy na dwo­rze za­czy­na się ściem­niać, a ja za­pa­liłem już lampę. Raz zna­lazłem ich wyciągniętych jak dłudzy pod osłami. Za­py­tałem, dla­cze­go tak leżą.

- Chce­my prze­zwy­ciężyć strach - od­po­wie­dział Teun, który wte­dy miał ja­kieś sześć lat. Ro­nald kichnął, bo długa zi­mo­wa sierść jego osła łasko­tała mu twarz. Te­raz, gdy osły się ze­rwały, boją się ich.

- Ale jak? - pyta Ro­nald.

- Nor­mal­nie. Sta­niesz za nimi i po­pchniesz ich za­dki.

- W życiu - stwier­dza Teun.

- Nic wam nie zro­bią - za­pew­niam.

- Na pew­no? - do­py­tu­je się Ro­nald.

- Na pew­no.

Każdy z nich sta­je za jed­nym osłem i Ro­nald na­tych­miast za­czy­na z całej siły pchać. Teun naj­pierw ostrożnie do­ty­ka za­dka swo­je­go osła, żeby się upew­nić, że ten nie kop­nie. Cie­ka­wi mnie, co się te­raz sta­nie.

Nic się nie dzie­je. Ru­szam do spi­chle­rza.

- Gdzie idziesz? - woła Teun.

- Za­raz wra­cam - uspo­ka­jam go.

W spi­chle­rzu napełniam wia­dro pa­ro­ma garścia­mi kon­cen­tra­tu pa­szo­we­go i za­nim wrócę do chłopców, wyglądam zza rogu sto­doły, by spraw­dzić, jak się spra­wy mają. Bez zmian. Wy­chodzę do nich, gdy widzę, jak Teun bojaźli­wie się rozgląda.

- Nie uda­je się wam? - py­tam.

- Nie - od­po­wia­da Ro­nald. - Głupie bydlęta.

- Co po­wie­działeś? - py­tam.

- Yyy... - waha się.

- Nie ru­szyły się ani o krok - do­da­je Teun.

Od­da­lam się w głąb pola i za­czy­nam potrząsać wia­drem. Osioł, o którego opie­ra się Ro­nald, pod­bie­ga do mnie tak szyb­ko, że chłopiec się prze­wra­ca. Roz­rzu­cam za­war­tość wia­dra i za­my­kam bramę. Po­tem w trójkę wi­si­my przez chwilę na ogro­dze­niu, przyglądając się osłom za­ja­dającym paszę. Moje sto­py spo­czy­wają na zie­mi, Teu­na - na naj­niższej li­stwie bra­my, a Ro­nalda - na dru­giej od dołu.

- Więcej tego nie róbcie, do­brze? - proszę ich.

- Do­brze - od­po­wia­dają jed­no­cześnie.

Ze­ska­kują na zie­mię i wchodzą na podwórko. Kie­dy są już pra­wie przy gro­bli, Ro­nald się od­wra­ca i woła:

- Gdzie jest twój oj­ciec?

- W środ­ku - od­krzy­kuję.

Więcej nie musi wie­dzieć. Prze­chodzą przez groblę i skręcają w pra­wo.

Zo­staję sam przy osłach. Nie mają imion. Kie­dy kupiłem je parę lat temu, nie zdołałem żad­nych wymyślić, a po ja­kimś cza­sie było już na to za późno, bo stały się "osłami". Oj­ciec za­py­tał, czy ogłupiałem:

- Osły? - nie mógł uwie­rzyć. - Co nam po osłach, na litość boską? Ile ta­kie by­dla­ki będą nas kosz­to­wać, co?

Od­po­wie­działem mu, że to nie na­sze osły, ale moje. Han­dlarz bydłem uznał to za niezły in­te­res; za­wszeć to jakaś od­mia­na. Osły są mie­szańcami, nie ja­kiejś tam fran­cu­skiej, ir­landz­kiej, włoskiej czy hisz­pańskiej rasy. Są moc­no ciem­no­sza­re, a je­den ma po­pie­la­te noz­drza.

- Gdzie jest twój oj­ciec? - mówię do nich ci­cho i cmo­kam.

Pod­chodzą do mnie i wpy­chają swo­je różno­ra­ko za­bar­wio­ne py­ski w moje włosy.

Kro­wy są nie­spo­koj­ne, dwie wierzgnęły w moim kie­run­ku, kie­dy chciałem je podłączyć do do­jar­ki. Jesz­cze nie­daw­no sądziłem, że to dla­te­go, iż już nie wy­chodzą na dwór, ale za­czy­nam po­dej­rze­wać, że to ja je­stem nie­spo­koj­ny. Pod tym względem kro­wy są dokład­nie jak psy - po­dob­no umieją wy­czu­wać nastrój właści­cie­li. Nie mam psa. Nig­dy nie mie­liśmy tu psów.

Oj­ciec nie zjadł man­da­ry­nek. W za­sa­dzie nie chcę tego wi­dzieć ani o tym słyszeć. Prze­niosłem go z dołu na górę i te­raz, jeśli o mnie cho­dzi, może na­wet usiąść na da­chu, stamtąd prze­nieść się na naj­wyższe czub­ki to­po­li oka­lających podwórze, a następnie zo­stać wy­wia­nym po­dmu­chem wia­tru do nie­ba. Naj­le­piej by było, gdy­by po pro­stu zniknął.

- Nie umiem zdjąć skórki - mówi.

Próbuję nie wi­dzieć man­da­ry­nek na noc­nej szaf­ce i jego po­wykręca­nych palców na kocu. Za­czy­na tu na­prawdę śmier­dzieć, a prze­cież okno bez prze­rwy zo­sta­wiam uchy­lo­ne i za­cze­pio­ne na ha­czy­ku. Jeśli nie znik­nie, będę go mu­siał umyć. Przed zaciągnięciem zasłon przykładam ręce do szy­by okna, by nie prze­szka­dzało mi światło lam­py. Z głową między dłońmi ob­ser­wuję osikę w ogro­dzie od fron­tu. Wro­na od­le­ciała. Czy może jest tak ciem­no, że zle­wa się z ko­na­ra­mi i wie­czor­nym nie­bem?

A wte­dy widzę ja­kie­goś prze­chod­nia. Wzdłuż dro­gi stoją la­tar­nie, jed­na na każdy dom lub obejście. W su­mie więc sie­dem. Od paru ty­go­dni coś się dzie­je z moją. Za­pa­la się, ale to wszyst­ko: choćby się stanęło tuż pod nią, światło nie do­cho­dzi do człowie­ka. Żalu­zje w sa­lo­nie są spusz­czo­ne. Na dwo­rze jest tak ciem­no, że widzę tyl­ko, jak ktoś prze­cho­dzi i że, właśnie te­raz, za­trzy­mał się przed go­spo­dar­stwem. Ciem­niejąca pla­ma, wi­docz­na je­dy­nie dzięki temu, że od­ci­na się na tle kanału. Nie mogę na­wet doj­rzeć, na co pla­ma pa­trzy.

- Co jest? - pyta oj­ciec.

- Ktoś idzie drogą - szepczę.

- Kto?

- Nie widzę.

Wte­dy pla­ma się po­ru­sza i na­gle za­pa­la się jej czer­wo­ne tyl­ne świa­tełko. Od­pro­wa­dzam świa­tełko wzro­kiem, aż zni­ka za ramą okna. Jed­nym ru­chem zaciągam zasłony. Ser­ce wali mi w gar­dle.

- No do­bra - mówię i biorę man­da­ryn­ki z szaf­ki noc­nej.

Obie­ram obie, usu­wam gorz­kie białe nit­ki i po­daję ojcu w cząstkach. Nie­ba­wem po jego bro­dzie spływa sok.

- Py­cha - mówi.

7

Całe życie się bałem. Bałem się ci­szy i ciem­ności. Również całe życie miałem trud­ności z za­sy­pia­niem. Wy­star­czy, bym usłyszał jakiś dźwięk, którego nie umiem zi­den­ty­fi­ko­wać, a mogę za­po­mnieć o spa­niu. Mimo to nig­dy wcześniej nie zaprzątałem so­bie głowy tym, co też w nocy się dzie­je na zewnątrz. Oczy­wiście daw­no temu wi­dy­wałem różne rze­czy de­fi­lujące przed oknem, choć wie­działem, że znaj­du­je się ono wie­le metrów po­nad żwi­rową ścieżką. Wi­działem bar­ki, napięte, ściągnięte bar­ki kogoś, kto wspi­nał się po fa­sa­dzie. Ru­chem pan­te­ry; cza­sem jed­nym ra­mie­niem już chwy­tając się pa­ra­pe­tu. Wte­dy wsłuchi­wałem się w od­dech Hen­ka, który leżał obok, a później wy­obrażałem so­bie go śpiącego w sąsied­nim po­ko­ju, i bar­ki lub to, co wy­da­wało mi się, że wi­działem, zni­kało. Podświa­do­mie czułem, że widzę rze­czy, których nie mogę wi­dzieć.

Te­raz, po tym, co zo­ba­czyłem na dro­dze, i po na­kar­mie­niu ojca, leżę w łóżku z moc­no zaciśniętymi po­wie­ka­mi. Spać, myślę, spać. Ale widzę leżące na łące owce, po­sa­pujące i przeżuwające, sza­re maźnięcia na ciem­no­zie­lo­nej połaci, i kaw­ki na to­po­lach z łeb­ka­mi scho­wa­ny­mi w piórach, i osły, które stoją na­prze­ciw­ko sie­bie, bli­sko ogro­dze­nia, ze zwie­szo­ny­mi łbami, jak­by drze­mały, głowa przy głowie, i wia­trak Bos­ma­na, który zno­wu za­trzy­małem, stojący sa­mot­nie na od­lu­dziu, połyskujący sre­brzyście przy każdym prześwi­cie w chmu­rach, i kogoś przy wia­traku, kto spogląda na ogon i od­czy­tu­je "NL nr 40832". Aż otwie­ram oczy, kie­dy to so­bie wy­obrażam. Czy przed moim obejściem częściej sta­je ktoś bez ru­chu w je­sienną noc? I czy nig­dy bym się o tym nie do­wie­dział, gdy­bym przy­pad­kiem nie wyj­rzał przez okno sy­pial­ni?

Później widzę chłopców w ka­ja­ku. Ten pierw­szy, który po­wie­dział, że czas się tu za­trzy­mał, jest nie­wy­raźny i szyb­ko się rozpływa. Dru­gi, ru­dzie­lec z opa­lo­ny­mi na czer­wo­no ra­mio­na­mi, nie zni­ka. Do­strzegł to i do­strzegł mnie. Pod­sta­rzałego chłopa w wy­blakłym nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie o roz­piętych górnych gu­zi­kach, bo tego dnia było bar­dzo gorąco. Który trzy­mał się z boku za­bu­do­wań, w cie­niu, i nie ma tam nic do ro­bo­ty poza ga­pie­niem się bez ru­chu, wstrzy­mując od­dech. Który od 1967 roku z każdym ko­lej­nym dniem sta­wał się co­raz star­szy, a poza tym nic się nie zmie­niało; nie, jed­nak, owszem, jed­na rzecz się zmie­niła: osły, to właśnie na te­mat osłów rudy chłopak coś po­wie­dział. Że one to do­pie­ro są ar­cha­icz­ne. Za­tem to, co po­wie­dział, ma zna­cze­nie. Po­wiosłowa­li kanałem op­per­wo­udz­kim roześmia­ni, ego­istycz­ni, a więc szyb­ko za­po­mi­nając o tych spra­wach. W przedłużeniu kanału za­cho­dzi słońce. Co jest zupełnie nie­możliwe, po­nie­waż kanał bie­gnie na wschód, słońce nig­dy nie zaj­dzie w je­zio­rze IJs­sel, ale te­raz tak się dzie­je, a chłopcy stają się syl­wet­ka­mi o cichnących głosach. A po­tem zni­kają. Te­raz, myślę, te­raz zasnę. Myśleć to móc za­po­mnieć. Wy­ima­gi­no­wa­ne słońce ko­ja­rzy mi się z mo­rzem, które, nie­bo­tycz­ne, leży ja­kieś trzy­dzieści pięć ki­lo­metrów na zachód. Byliśmy nad nim daw­no temu, dwa razy w ciągu tego sa­me­go lata. I dwu­krot­nie w ciągu dnia się za­chmu­rzyło. Mat­ce zależało na tym, by zo­ba­czyć, jak słońce za­nu­rza się w wo­dzie, i udało jej się tak uro­bić ojca, że po­zwo­lił pa­rob­ko­wi sa­me­mu wy­doić kro­wy. Nig­dy nie wi­działem, jak słońce za­cho­dzi w mo­rzu, a mógłbym z łatwością - prze­cież to tak nie­da­le­ko.

Słyszę coś, wy­da­je mi się, że dźwięk do­cho­dzi spod mo­je­go okna, i czuję, jak włos jeży mi się na głowie. Myślę o ojcu na górze. Nie ma już z nie­go żad­ne­go pożytku, te­raz jed­nak go po­trze­buję, by odpędzić mój strach.

Może rudy chłopak cza­sem myśli jesz­cze o mnie, tym sta­rym rol­ni­ku, który tak so­bie po pro­stu stał w ładny let­ni dzień.

8

- Sta­ry? No coś ty, Hel­mer, ty wca­le nie je­steś sta­ry! - Ada, mat­ka Teu­na i Ro­nal­da, sie­dzi na­prze­ciw­ko mnie przy ku­chen­nym sto­le. - Twój oj­ciec to tak, on jest sta­ry.

Ada usłyszała co nie­co od swo­ich synów. O osłach i o "drew­nia­nych li­stew­kach" na oknach. Jest cie­kaw­ska.

- Wiesz, kto jest sta­ry? Kla­as van Ba­alen, który miesz­ka tuż za Bro­ek. Jest dokład­nie w two­im wie­ku, ale nie­chluj z nie­go jak nie wiem co. Nie po­tra­fi o sie­bie za­dbać. Nie­daw­no za­bra­li mu owce, kom­plet­nie za­bie­dzo­ne, kłębusz­ki wełny z grze­choczącymi kośćmi.

Za­po­mniałem, że Ada pije te­raz kawę bez mle­ka, no i po­wie­działem, że robi się ze mnie sta­ry pryk.

Ada uznała za "fan­ta­stycz­ne" zmia­ny, które wpro­wa­dziłem w sa­lo­nie i w sy­pial­ni. Sza­ry błękit podłogi i fra­mug uznała za "prześlicz­ny" i przede wszyst­kim nie mogła się na­chwa­lić ogro­mu wol­nej prze­strze­ni. Sta­now­czo po­wi­nie­nem jesz­cze tyl­ko do­ku­pić kołdrę pu­chową. Koce, nie, zde­cy­do­wa­nie wyszły już z użycia, były "nie­możli­wie prze­sta­rzałe", a spa­nie pod kołdrą było "nie­porówna­nie bar­dziej wy­god­niej­sze". ("Tak się w ogóle mówi?" - za­sta­na­wiała się później). Chciała wie­dzieć, ile zapłaciłem za żalu­zje, bo też by się po­zbyła z domu zasłon ("tych wylęgar­ni ku­rzu"). A krzesła po pro­stu wy­rzu­ciłem? Cze­kaj no, właści­wie to wie­działa, przy­po­mniała so­bie na­gle opo­wieść Teu­na i Ro­nal­da, coś o "dy­wa­no­wym dom­ku". Wydało jej się to "cu­dow­ne", że można tak po pro­stu wy­rzu­cić rze­czy, zro­bić miej­sce, zre­zy­gno­wać z wiecz­ne­go prze­cho­wy­wa­nia wszyst­kie­go. Jesz­cze raz poszła do sy­pial­ni. Dla­cze­go wciąż śpię w jed­no­oso­bo­wym łóżku? W dużym miałbym "mnóstwo wol­nej prze­strze­ni". Mówiąc to, spogląda na mnie fi­lu­ter­nie. A te kołdry pu­cho­we "na­prawdę się spraw­dzają", bo mógłbym do­ku­pić na nie ta­kie ślicz­ne nie­bie­skie po­szwy i zro­biłoby się jesz­cze ład­niej i "świeżej".

Po dro­dze do kuch­ni wyciągnęła ramię i wska­zała na pu­ste ścia­ny w sa­lo­nie. Sztu­ka. Może mógłbym kupić "coś ze sztu­ki"?

Ada jest wciąż młoda, ma ja­kieś trzy­dzieści pięć lat. Jej mąż jest z pew­nością dzie­sięć lat od niej star­szy, może na­wet piętnaście. Ada kipi ener­gią, najchętniej przy­cho­dziłaby do mnie raz na ty­dzień, żeby po­sprzątać, a nie jak te­raz raz na rok, w kwiet­niu. Jest skarb­niczką w kole go­spo­dyń wiej­skich, robi kołdry pat­chwor­ko­we, należy do klu­bu czy­tel­ni­cze­go, udzie­la się w sto­wa­rzy­sze­niu W In­te­re­sie Wsi i bie­rze udział w kon­kur­sie na "najład­niej­szy ogród w całym Wa­ter­lan­dzie". Przy­po­mi­na mi moją matkę, bo jest pra­wie tak samo brzyd­ka, ale u Ady wy­ni­ka to z zajęczej war­gi, którą nie­zbyt ład­nie zo­pe­ro­wa­no. Jej chłopcy są ślicz­ni - mają blond włosy, długie rzęsy i nie­ska­zi­tel­ne usta. Ada nie po­cho­dzi stąd i być może dla­te­go wie wszyst­ko o wszyst­kich z całej oko­li­cy.

Na­le­wam drugą filiżankę kawy i po­wstrzy­muję zie­wa­nie. Lubię Adę, ale jej en­tu­zjazm i bez­ce­re­mo­nial­ne traj­ko­ta­nie wciąż wpro­wa­dzają mnie w osłupie­nie, zwłasz­cza tuż po do­je­niu krów lub kar­mie­niu cie­laków.

- Więc za­mie­niłeś się z oj­cem na sy­pial­nię? Co tam u nie­go? Będę mogła zajść do nie­go na chwilkę?

- W porządku - mówię, a następnie kłamię: - Nie. Śpi, zo­staw­my go w spo­ko­ju.

Ada pije kawę i spogląda na mnie znad krawędzi swe­go kub­ka.

- Sta­ry - po­wta­rza. - Co ci przyszło do głowy? Masz przy­stojną buzię, gęstą czu­prynę i ani gra­ma tłuszczu na so­bie.

Czuję, że się czer­wie­nię, i nic nie mogę na to po­ra­dzić. Nie tyl­ko dla­te­go, że Ada po­wie­działa, iż mam przy­stojną buzię, ra­czej dla­te­go, że skłamałem, a moje kłam­stwo w każdej chwi­li może wyjść na jaw. Oj­ciec nie śpi.

- A do tego się czer­wie­nisz jak uczniak!

Ada zaj­mu­je moje sta­re miej­sce. Sia­da na nim za­wsze, gdy tu przy­cho­dzi, bo okno w bocz­nej ścia­nie daje jej wi­dok na go­spo­dar­stwo męża i po­czu­cie, że ma pod kon­trolą cały ten kram, choć go­spo­dar­stwo leży po­nad pięćset metrów stąd. Ja siedzę na miej­scu mat­ki. Wro­na siwa już od przeszło ty­go­dnia tkwi na tej sa­mej gałęzi osi­ki. Święty Mikołaj przy­szedł - ale nie do nas - i so­bie po­szedł. Jest so­bo­ta, świe­ci słońce i nie ma wia­tru. Ja­sny gru­dnio­wy po­ra­nek, w którym wszyst­ko wygląda bar­dzo nago i wyraźnie. Dzień tęskno­ty. Nie za do­mem, bo w nim je­stem, ale właśnie za ta­ki­mi mi­nio­ny­mi dnia­mi. W ta­kiej sy­tu­acji in­a­czej się na to mówi - po­wiedz­my: "no­stal­gii". Ada by tego nie zro­zu­miała. Bo nie jest stąd, nie zna właśnie ta­kich dni tu­taj, daw­no temu.

- Wi­działaś tu już kie­dyś wronę siwą? - py­tam.

- Co to ta­kie­go?

- Na osi­ce sie­dzi jed­na.

Ada wsta­je i wygląda przez okno od fron­tu.

- Ale wiel­ka - oce­nia.

- Już od paru dni sie­dzi i gapi się na mnie jak sro­ka w gnat.

- Śmiesz­nie - kwi­tu­je Ada.

Nie in­te­re­su­je jej to. Od­wra­ca się, by z po­wro­tem usiąść. Gdy się od­zy­wa, to, co mówi, brzmi, jak­by miała w ustach zwi­tek waty. Ma to pew­nie związek z jej daw­niej roz­sz­cze­pio­nym pod­nie­bie­niem.

- O co cho­dziło z tymi osłami?

- Zo­sta­wi­li otwartą bramę.

- Po­wiem im, żeby nig­dy więcej tego nie ro­bi­li.

- Już im po­wie­działem.

- Le­karz był?

- Tak, tak.

- I co po­wie­dział?

- Że jest sta­ry. Po pro­stu jest sta­ry. I skle­ro­tyk. Ostat­ni­mi cza­sy mówi dzi­wacz­ne rze­czy.

- Co masz na myśli?

- Ach, różne rze­czy. O przeszłości. Cza­sa­mi kom­plet­nie nie ro­zu­miem, o czym gada. - Robię nie­określony ruch przy czo­le.

- A te­raz?

- Co: te­raz?

Od­sta­wiam swoją kawę i lewą ręką usiłuję ze­trzeć z czoła gorąc. Lewą, by tym sa­mym od­dzie­lić się dłonią od Ady.

- Nie po­win­nam cza­sem do nie­go wpaść? Mogłabym się nim zająć.

- Ależ nie, daję so­bie radę. Już pra­wie zima, poza do­je­niem nic nie mam do ro­bo­ty.

- Do­brze. - Dopiła kawę i nie­znacz­nie opa­da w krześle. Pa­trzy w okno. - Nie, to Kla­as van Ba­alen jest sta­ry. Ty świet­nie po­tra­fisz o sie­bie za­dbać. - Wciąż się wpa­tru­je, zamyśla. Może się za­sta­na­wia, dla­cze­go oj­ciec leży na górze i dla­cze­go podłoga zo­stała po­ma­lo­wa­na na nie­bie­sko­sza­ro. - Z ni­kim też nie roz­ma­wia - do­da­je - stro­ni od lu­dzi, jest sa­mot­ny, a jak mu za­bra­li owce, to już w ogóle nic mu nie zo­stało. - Wzdry­ga się. - Strasz­ne.

- Tak - przy­znaję. - Strasz­ne.

- Dla­cze­go nig­dy się nie ożeniłeś, Hel­mer?

- Co?

- Nie ożeniłeś się.

- Bo do tego po­trze­ba dziew­czy­ny - mówię.

- No tak, ale dla­cze­go jej nie masz?

- Ach...

- Ten twój brat... miał prze­cież dziew­czynę, praw­da? Mie­li się prze­cież po­brać? - Jeśli Ada rze­czy­wiście ma trzy­dzieści pięć lat, uro­dziła się w roku śmier­ci Hen­ka. W 1967.

- Tak - przy­znaję. - Ritę.

- Henk i Rita - wy­po­wia­da Ada. - Pa­su­je.

- Tak - od­po­wia­dam.

- Czy­li on miał dziew­czynę, a ty nie?

- Nie.

- Dziw­ne.

- Ach, tak cza­sem wy­cho­dzi.

Słyszę, że otwie­rają się drzwi ko­mo­ry. Za­nim kto­kol­wiek po­ja­wia się w drzwiach ku­chen­nych, wie­my już, kto idzie.

- Prze­stańcie tak wrzesz­czeć - woła Ada.

Teun i Ro­nald wchodzą do kuch­ni i każdy z nich sta­je po jed­nej stro­nie mat­ki z opusz­czo­ny­mi ra­mio­na­mi.

- Hej, Hel­mer - od­zy­wa się Teun.

Ro­nald nic nie mówi, ale wpa­tru­je się w napięciu w paczkę cia­stek na sto­le.

- Po co przy­szliście? - pyta Ada.

- Oj­ciec mówi, że masz wrócić do domu - mel­du­je Teun.

- Po co?

Teun się za­sta­na­wia.

- Nie wiem.

- Nie wiesz czy za­po­mniałeś?

- Za­po­mniałem - od­po­wia­da Ro­nald.

- No to już chodźmy - mówi Ada. Wsta­je. - Wi­dzie­liście nowy pokój Hel­me­ra?

- Nie - od­po­wia­da Teun.

- No to idźcie zo­ba­czyć.

Ru­sza za chłopca­mi i wkra­cza do sa­lo­nu. Teun i Ro­nald wy­krzy­kują, najgłośniej, jak po­tra­fią, "o" i "Ach", bo sądzą, że spra­wi mi to przy­jem­ność. I spra­wia. Tak jak i to, że siedzę so­bie tu w kuch­ni, a w po­ko­ju są lu­dzie, którzy po pro­stu po nim chodzą i roz­ma­wiają.

Wy­chodzą drzwia­mi od fron­tu. W połowie dro­gi Ada się od­wra­ca.

- Całkiem za­po­mniałam ci po­wie­dzieć, że ten chłopak od Ko­pe­ra, no wiesz, z uli­cy Bu­iten­we­er­weg...

- Jar­no, gola! - wy­krzy­ku­je Ro­nald.

Piłkar­ski bo­ha­ter. Sam Ro­nald gra w or­li­kach lub w żakach.

- Tak, Jar­no, prze­no­si się do Da­nii, gdzie obej­mie go­spo­dar­stwo. A może już o tym wiesz?

- Nie - od­po­wia­dam - nic o tym nie słyszałem.

- Chy­ba na Ju­tlan­dię. Tam to jest prze­strzeń, że hej. Po­zdro­wisz ode mnie ojca, do­brze?

- Tak, dziękuję - po­twier­dzam i za­my­kam drzwi.

Stoję w pro­gu swo­jej sy­pial­ni i patrzę na wełnia­ne koce na moim jed­no­oso­bo­wym łóżku. Wierzch­ni ma wystrzępio­ne brze­gi. Od­wra­cam się i spoglądam na pu­ste ścia­ny w sa­lo­nie. Coś ze sztu­ki.

- Hel­mer! - wrzesz­czy sta­ry na górze.

Kładę się na po­kry­tej tka­niną ka­na­pie i za­my­kam oczy. Da­nia.