Myśliwska druga strona medalu i inne opowiadania - Henryk Kossakowski

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2018

? Copyright by Henryk Kossakowski, 2018

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład i łamanie: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski

Projekt okładki: Aleksandra Mikołajko

Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż

Redakcja: Maria Zając

Korekta: Tomasz Chojecki, Adrianna Hess

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-965-7

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

Opowiadanie IZimowy podjazd na warmińskie sarny

Był styczniowy poranek, kiedy to Zygmunt Kunert postanowił zapolować z podjazdu. Miał w kieszeni świeżo wypisany odstrzał na kozę, koźlę i lisa. A że mieszkał w terenie – we własnych obwodach, to nigdy nie miał problemów z podejmowaniem decyzji, jak jego koledzy mieszkający w aglomeracjach miejskich – polować dzisiaj czy też dać sobie spokój?! Jeśli było już za późno na podchód ranny, to zawsze można było spróbować podjazdu wierzchem konno, nawet w najbardziej niedostępne ostępy – ostoje zwierzyny, albo zapolować wspólnie z sąsiadem, gajowym Antosiem. Mieszczuchy takie decyzje z reguły muszą podejmować dużo, dużo wcześniej, gdyż trzeba przygotować się do polowania, dojechać do obwodu, przeprowadzić choćby krótki wywiad, co i gdzie w trawie piszczy, i uprzednio wykonać jeszcze wiele innych działań. A Zygmunt nigdy nie musiał przeprowadzać aż tak wielu czynności wstępnych przed polowaniem. Dzisiaj miał tylko jeden dylemat: jechać do Antosia czy też nie? Przygotować jak zawsze ciche pędzenie, wspólne polowanie, czy też wierzchem samemu polować? Dzień zapowiadał się niezbyt chłodny, wręcz przeciwnie. Wychodziło słońce i nie było mroźno. Gdzieś około minus pięciu stopni Celsjusza. Biorąc pod uwagę pogodę, postanowił na wyczucie, że lepiej będzie, jeśli dzisiaj spróbuje tylko podjazdu wierzchem, kasztanem po okolicznych laskach, remizach, krzakach, ostępach. Szczególnie tam, gdzie jest karma dla zwierzyny płowej[1], czyli oziminy i rzepak. Była szósta rano. Przygotował szybko konia. Stara derka, paskiem złączona pod brzuchem szkapy, służyła już od dobrych paru lat za siodło. Zygmunt przyszykował plecak, a w nim amunicję, nóż i jeszcze parę innych potrzebnych akcesoriów. Na szyi powiesił sztucer, kaliber 30-06 z lunetą 8×56, z cieniutkim krzyżem, bardzo przydatnym przy dobrej widoczności, przestrzelany w punkt na odległość stu pięćdziesięciu metrów. Po tych krótkich przygotowaniach wreszcie ruszył na łowy. Uprzednio jak zwykle pożegnał się ze swoją Krysią.

– Jadę – powiedział krótko.

– Długo będziesz? – mruknęła żona.

– Nie – odparł od niechcenia, niezbyt precyzyjnie, i ruchem naturalnym – jak to miał w zwyczaju – prawie znienacka wsadził jej rękę pod spódnicę, próbując namoczyć palec pracujący na spuście w łonie kobiety.

– Stary dureń! – Krysia odepchnęła napastnika. – Ty ciągle wierzysz w te zabobony? – zapytała jeszcze na odchodne.

– No – zamruczał myśliwiec, ponieważ zawsze wierzył, że ta czynność dopomoże szczęściu na polowaniu.

Plan działania był bardzo prosty. W promieniu trzydziestu kilometrów wokół swego miejsca zamieszkania Zygmunt wiedział niemal doskonale, co w trawie piszczy. Okolica obfitowała w sarnę polną, a w lepszych ostojach, trudniej dostępnych dla człowieka (trzcinowiska, bagna itp.), można było trafić dosłownie wszystko. Dużego dzika albo i całą watahę lub łosie czy też pojedynczego jelenia. Cała tajemnica tego łowiska polegała na tym, że były to w większości tereny okolicznych PGR-ów, rzadko więc zamieszkałe przez rolników indywidualnych. Teren z rozjeżdżonymi drogami polnymi, trudno dostępny dla samochodów. Dlatego też był mało uczęszczany przez myśliwych, gdyż praktycznie bez konia i furmanki niemożliwy do penetrowania. Z tych to właśnie powodów Zygmunt w promieniu tych nawet dwudziestu czy trzydziestu kilometrów nie miał żadnej konkurencji i dlatego to on właśnie miał tutaj, w tych ostępach, najlepsze rezultaty, o których oczywiście nikt nie wiedział i którymi nikomu się nie chwalił z oczywistych dla niego powodów. Swoje sekrety czasami tylko dzielił z cichym wspólnikiem od polowań i wódeczki, gajowym Antosiem. Ale nawet on nie próbował z nim w żaden sposób konkurować, gdyż do polowania nie miał nawet połowy tego zapału, który posiadał Zygmunt Kunert. Ze względu na to, aby okolicznych polowań nie łączono z Zygmuntem, zawsze starał się on nie strzelać w odległości mniejszej niż pięć kilometrów od domu. Tutaj, wokół jego domostwa, zwierzyna miała zupełny azyl. Można było tam spotkać rudle[2] saren liczące nawet ponad pięćdziesiąt sztuk. W tej okolicy Zygmunt polował tylko w szczególnych przypadkach. Wtedy, kiedy trzeba było szybko zrobić trochę kiełbasy niespodziewanemu gościowi, lub na czyjeś specjalne zamówienie. Wreszcie po porannym obrządku Zygmunt ruszył w knieje. Wychodząc z podwórka, obejrzał się i jak zwykle uśmiechnął się do swojej kobiety. Wiatr był jak zawsze ten sam, zachodni, więc myśliwy ruszył konno wierzchem w teren od zawietrznej kołem, atakując potem, po dziesięciokilometrowym objeździe ze wschodu pod wiatr. Polowanie proste, bez konieczności wykonywania drastycznych ruchów. Kiedy Zygmunt jechał wierzchem pod wiatr ostępami, remizami, krzakami, zaroślami i wszelkiego rodzaju dziurami, przy oziminach lub rzepaku całe rudle saren podnosiły się i obserwowały teren i kolejnego intruza. Trzeba było tylko powoli zjechać z drogi naprzeciw rudla, żeby go nie spłoszyć, odjechać gdzieś w dół, za krzaki, aby zniknąć z pola widzenia zwierzyny, i z powrotem cicho zza przeszkody, osłony, podchodzić na strzał. Jeżeli całe przedsięwzięcie wykonało się po cichutku i zajęło pozycję do strzału w ten sposób, że sarny nie zauważyły tego manewru, to po oddaniu jednego lub najwyżej dwóch strzałów zwierzęta przesuwały się tylko nieznacznie dalej i pozostawały nie za bardzo przestraszone. No i oczywiście ponieważ nadal nie rozpoznały swego prześladowcy, obywało się też bez zbytniego hałasu w łowisku. Szybkie, dokładne patroszenie, załadunek na grzbiet konia lub do dryndy[3], którą w tych stronach nazywano małą dwukołówkę, i spokojny powrót do bazy. Tym razem było jeszcze pewniej i spokojniej. Po znalezieniu pierwszego rudla zaczęło się właściwe polowanie. Łowca wykonał właściwy manewr i szybko zniknął z pola widzenia zwierzyny. Przed zajęciem stanowiska strzeleckiego Zygmunt podszedł rudel pod wiatr, do małej kępki krzaków na odległość około dwustu metrów. W rudlu były dwadzieścia cztery sztuki, sześć saren już z powrotem zaległo, zapominając o strachu, aby dalej wypoczywać, natomiast reszta jeszcze spokojnie się pasła, zupełnie nie widząc myśliwego. Po zajęciu wygodnej leżącej pozycji Zygmunt namierzył młodą kozę, a za nią równolegle popasała podobna wiekowo kózka. Postanowił zgrać strzał, kładąc obie za jednym. Przyśpiesznik włączony, długie oczekiwanie i zgrywanie punktu trafienia – i wreszcie pada strzał. Obie kozy zaliczyły komorę i po serii paru ruchów padły bezwładnie jedna obok drugiej. Reszta zerwała się i ruszyła ostro pod wiatr i po stu metrach rudel zamarł w bezruchu. Wypatrywał i nasłuchiwał oprawcy. Lecz Zygmunt po celnym strzale starał się już więcej nie płoszyć zwierzyny, gdyż wiedział, że za jakiś czas trzeba będzie znowu w te okolice wrócić. Jeżeli była jeszcze potrzeba polowania, to należało już próbować wyjąć kolejną sztukę z innego rudla. Potem sarny po długim bezruchu truchtem oddaliły się pod wiatr, jakieś pół kilometra dalej, i w kolejnej remizie ponownie zaległy w bezruchu. Można już było bez przeszkód podejść do padłych sztuk i je wypatroszyć. Była to czynność, którą Zygmunt uwielbiał. Patroszył szybko a dokładnie, już po chwili narogi[4] leżały oddzielnie obok patrochów, a tusze sobie stygły wyśmienicie. Wracał znowu zadowolony i spełniony szlakiem, na którym nikogo nie spodziewał się spotkać, lubił swoją samotność, swój indywidualizm, czuł się jak samotny wilk, który potrafi bez watahy radzić sobie znakomicie. Po prostu lubił samotność i tę niepowtarzalną ciszę, która pozwalała długo delektować się wrażeniami niedawnego polowania. Tak też było i tym razem, podobnie jak wiele, wiele razy wcześniej. Nikt nie prowadził przecież żadnych statystyk. Życie w tym zakresie płynęło swoim monotonnym rytmem i ewoluowało, nie naruszając niczyich interesów. Ciche polowanie, dobry rezultat, pozytywne refleksje nad przeżyciami, ocena za i przeciw i jest kolejny towar na dobrą kiełbasę. Tym bardziej że wszystko na kartki. No, do kiełbasy brakowało jeszcze zwykle paru godzin. Trzeba było szybko zdjąć skóry, oczyścić tusze, poporcjować świeże, wystygłe mięso. Trochę je posolić, wymieszać i odstawić do późnego wieczora. Potem, jak mięso puściło już trochę kleiku, trzeba było je podzielić na to pierwszej i drugiej klasy (lepsze i gorsze). To ostatnie należało przepuścić przez gęste sitko. Lepsze kawałki należało natomiast przemleć z czymś tłustym na rzadszym sitku. Do tego na bieżąco dodawał Zygmunt czosnek wyciśnięty lub drobno szatkowany i peklor[5], który dostawał zawsze w dość pokaźnych porcjach od zaprzyjaźnionego kolegi pracującego w pobliskich zakładach mięsnych. Dalej, w myśl zasady "im prościej, tym lepiej", trzymano się konkretnej receptury. Dosypywano tylko majeranek, gorczycę, pieprz i sól do smaku. Trzeba było potem silnymi męskimi rękoma wszystko dokładnie wymieszać, dlatego w zasadzie i żonie Zygmunta nic nie zostawało do roboty, wyłącznie pozmywać wszystkie naczynia. Tym bardziej że Zygmunt lubił sam polować i gotować. Nadziana kiełbasa stała i dojrzewała do wczesnego ranka, a już po niecałej dobie od strzelenia sztuk się ją owędzało. Była prosta, ekologiczna, smaczna i zawsze się udawała. Nie bawił się Zygmunt z tym zagadnieniem (problemem?) w żadne eksperymenty, dopracowania, inne zabiegi. Miało być szybko, zdrowo, smacznie. I jak śmiał się przy wódeczce Antoś, w ciągu sezonu padało zwykle tyle sztuk, ile miało w planie odstrzału całe duże koło. Kiełbasę Zygmunt robił przeważnie na zamówienia, dla nadleśniczego, leśniczego i wielu znajomych, obu notabli i rzecz jasna samych myśliwych. Od roboty był zawsze Zygmunt, a Antoś naganiał zlecenia i czasem pomógł coś upolować. Interes był prosty. Obaj pozostawali w zmowie, bo tylko Antoś mógł przeszkodzić i zaszkodzić Zygmuntowi, lecz nie miał ku temu powodów, bo jak mógł sam realizować liczne zlecenia, kiedy od urodzenia był zwykłym leniem? A zwierzchnikom się nie odmawia, tym bardziej jeśli są przekonani, że to ich podwładny jest taki pracowity i sprytny, a sam zainteresowany może dzięki temu liczyć na przychylność przy każdej okazji/potrzebie, no i na większe premie niż inni. Antoś tym samym przymykał oko i nie przeszkadzał Zygmuntowi w tych hurtowych czasem polowaniach, zabezpieczając tym samym swoje zamówienia. A Zygmunt już nie miał prawie żadnych hamulców i żadnego bata nad sobą, więc robił w zasadzie to, co chciał. Wszystko w tym czasie trzeba było załatwiać, a dobra eksportowa sarnia kiełbasa stanowiła doskonały towar wymienny. To były szalone, piękne czasy: PRL-owskie i PGR-owskie. Kamratów łączyła zwykła komercja i nie było w tym żadnego uczucia, bo tak naprawdę Antoś zazdrościł Zygmuntowi sprytu, inwencji, pomysłów, wyników w polowaniach, a Zygmunt zwyczajnie nie cierpiał zwykłego lenistwa i postawy hieny kolegi. Należało pozostawać ostrożnym i tajemniczym, czego oczywiście obaj zainteresowani gracze się nauczyli. Układ był prosty i dlatego skuteczny. Przy tym procederze obaj dzięki znajomościom z powodzeniem załatwiali swoje sprawy w urzędach i instytucjach. Żyło się jak za króla Sasa, podczas gdy wokół panował brak wszystkiego. Któż mógł dokładnie zinwentaryzować stany okolicznej sarniej populacji? Tym bardziej że strzelało się z głową i za wszelką cenę chroniło samice. Sto saren to minimum, które padało każdego sezonu, co średnio dawało minimum tonę cennego wymiennego towaru lub podarków na różne okazje. Realizowało to dwóch myśliwych, a właściwie jeden. Ilu takich przyjaciół funkcjonowało bez niczyjej wiedzy w innych ościennych obwodach łowieckich? Kto to wie... I o dziwo, ani jeden, ani drugi łowca nie zdawał na rzecz koła ani jednej sztuki. I tak sezon w sezon. Kiełbasa też czasem trafiała do decydentów w samym ich kole macierzystym, w którym obaj polowali, ale już nie od nich bezpośrednio. Jeden był uważany przez kolegów z koła za nieagresywnego, a wręcz flegmatycznego, więc pozbawiano go z automatu obowiązku pracy przy realizacji planu odstrzału zwierzyny, bo na prowincji najlepiej żyło się gajowemu i proboszczowi. Rolnika uznawano za niezmiernie zapracowanego, więc i on był na każdą okoliczność czy absencję w kole z góry usprawiedliwiony. Tak, był to więc standardowy scenariusz wielu, wielu polowań... Jednak pewnego razu sprawy potoczyły się zupełnie inaczej... (Ale o tym w jednym z następnych opowiadań, które będzie rozpoczynać drugi tomik, składający się z dziesięciu opowiadań o tematyce łowiecko-społecznej, opisujących mocno już radykalne postawy i zachowania osób...). Zdarzenie to w znacznym stopniu wpłynęło w późniejszym czasie na losy, postawy, poglądy osób, które w nim uczestniczyły.

 

Adam Lew

[1] Zwierzyna płowa – zwierzęta łowne z rodziny jeleniowatych (przyp. red.).

[2] Rudel – stado (przyp. red.).

[3] Drynda – dorożka (przyp. red.).

[4] Narogi – jadalne narządy wewnętrzne zwierzyny grubej (przyp. red.).

[5] Peklor – przyprawa do mięs (przyp. red.).