Muzeum porzuconych sekretów - Oksana Zabużko

-
Proszę czekać

Lwów. Listopad 1943

Męż­czy­zna z tecz­ką pod pa­chą co tchu bie­gnie tro­tu­arem, pod ścia­na­mi do­mów o za­mknię­tych na głu­cho bra­mach i okien­ni­cach skle­pów; pu­stą o świ­cie uli­cą zdra­dziec­ko cią­gnie się za nim - wy­da­je się, że przez całe śród­mie­ście - echo jego wła­sne­go tu­po­tu, mimo że mesz­ty wziął nie­pod­ku­te; bruk pod no­ga­mi jest śli­ski, zmro­żo­ny przez nie­roz­ta­ja­ły po­ran­ny szron. "Uwa­żaj!" - od­zy­wa mu się pod czasz­ką Głos, ten sam, któ­ry za­wsze ostrze­ga go przed nie­bez­pie­czeń­stwem, cza­sem wprost roz­ka­zu­jąc, co ma ro­bić - zejść z dro­gi i ukryć się pod mo­stem na se­kun­dę przed tym, jak po­ka­że się na nim opel szko­pów, a cza­sem tyl­ko za­bra­nia­jąc: "Nie idź tam!" - dwie uli­ce przed umó­wio­nym miesz­ka­niem, gdzie za­miast łącz­ni­ka, jak się póź­niej oka­za­ło, od sa­mej nocy cze­ka­ło ge­sta­po, aż nie­któ­rym ze Służ­by Bez­pie­czeń­stwa za­kieł­ko­wa­ły po­dej­rze­nia, czy to nie on aby to miesz­ka­nie wsy­pał, sko­ro uda­ło mu się wyjść z tego bez szwan­ku, ale, naj szlag tra­fi ich­nie po­dej­rze­nia, prze­cież wszy­scy wie­dzą, że on ma fart i nie z ta­kich ta­ra­pa­tów i wsyp wy­cho­dził cały i zdrów, jak w czep­ku uro­dzo­ny, i na­praw­dę jest w czep­ku uro­dzo­ny - póki Głos mówi do nie­go i trze­ba tyl­ko w try­mi­ga za­re­ago­wać na jego sy­gnał mię­śnia­mi, ca­łym cia­łem, jak dzi­ki zwierz, nie tra­cąc ani chwi­li na za­sta­no­wie­nie - i nie­mal rów­no­cze­śnie z ostrze­że­niem "Uwa­żaj!" męż­czy­zna, któ­ry nie na dar­mo przy­brał pseu­do­nim "Zwierz", otwie­ra ści­ska­ną pod pa­chą tecz­kę, wsu­wa do niej jesz­cze go­rą­ce­go wal­te­ra - z lufy wciąż idzie dy­mek po wy­strza­le, roz­no­sząc tak zna­jo­my za­pach pro­chu i roz­grza­ne­go me­ta­lu, i ręka drży jesz­cze echem od­rzu­tu, któ­ry przed chwi­lą wy­pchnął ją w górę - bie­rze tecz­kę w dru­gą rękę i prze­cho­dzi do spo­koj­ne­go mar­szu, szpar­ki, zde­cy­do­wa­ny krok, już nie uciecz­ka, tyl­ko po­dą­ża­nie: urzęd­nik spie­szy do pra­cy - aku­rat na se­kun­dę przed tym, jak w mlecz­no­si­wej mgle zza rogu Bla­char­skiej wy­chy­ną czar­ne, bar­wy mo­kre­go drew­na, po­sta­ci woj­sko­we­go pa­tro­lu - no i pro­szę bar­dzo, znów mu się uda­ło... A przejść obok nich, nie wzbu­dza­jąc po­dej­rzeń - to już pest­ka, frasz­ka-igrasz­ka, bo to raz się ta­kie rze­czy ro­bi­ło, naj­waż­niej­sze to roz­luź­nić się, nie spi­nać w nie­spo­koj­ny su­peł, le­piej w ogó­le utra­cić cie­le­sność, jak­by wszyst­ko to tyl­ko mu się śni­ło i lada chwi­la mo­gło skoń­czyć prze­bu­dze­niem, gdy tyl­ko mu się za­ma­rzy - li­sto­pa­do­wa po­ran­na wil­goć, gry­zą­ca przez ubra­nie i skó­rę, cię­żar tecz­ki, do­pa­so­wa­ny do ręki do­kład­nie tak, by w ra­zie po­trze­by po­zbyć się go jed­nym ru­chem, w per­spek­ty­wie ulicz­ki prze­su­nię­ta przez mgłę, jak­by za­wi­sła w nie­waż­ko­ści, ciem­na ko­pu­ła Do­mi­ni­ka­nów, po­kry­ty ko­ron­ką szro­nu wil­got­ny bruk - Kat­zen­kop­fste­in (w ta­kich chwi­lach sen za­wsze jest go­tów w jego gło­wie przejść na nie­miec­ki) - i jed­no­staj­ny, gło­śny, mar­szo­wy stu­kot (buty pod­bi­te so­lid­nie, dla Über­men­schów, nie do uciecz­ki, tyl­ko na po­strach!), któ­ry zbli­ża się, zrów­nu­je - i mija, dzię­ki Ci, Boże na nie­bie­siech, mija bez se­kun­dy wa­ha­nia, i w chwi­li tego mi­ja­nia, w chwi­li, gdy pa­trol obo­jęt­nie prze­cho­dzi obok czło­wie­ka, któ­ry ma fart, jak­by rze­czy­wi­ście roz­my­wał się im w oczach na mlecz­no­si­we pa­sma mgły, w jego świa­do­mo­ści tak­że za­cho­dzi bar­dzo waż­na zmia­na: kula, le­d­wie po­sła­na prze­zeń na Serb­skiej (po ich­nie­mu Kro­aten­stras­se) w pierś wy­cho­dzą­ce­go aku­rat z bra­my ko­men­dan­ta pol­skiej Ge­biet­spo­li­zei i bieg po Serb­skiej i Ru­skiej (mło­dym strzel­com za­wsze na szko­le­niu po­wta­rzał, że szko­py to niedź­wie­dzie i ucie­kać trze­ba przed nimi tym sa­mym spo­so­bem, co przed niedź­wie­dziem na po­ło­ni­nie, na ukos, po zbo­czu zyg­za­kiem; Wę­grzy, ci byli wil­ka­mi i ro­zu­mie­li tyl­ko ję­zyk stra­chu, no a Po­la­cy - Po­la­cy to zwy­kłe wście­kłe psy, to wie­dział na pew­no, od za­wsze, od tam­te­go dnia z dzie­ciń­stwa, kie­dy przy­by­li uła­ni, wy­wle­kli jego tatę z przed­sion­ka cer­kwi, za­rzu­ci­li mu ria­sę na gło­wę, je­den do­siadł taty jak ko­nia, a dwaj inni po­ga­nia­li na­haj­ka­mi i krzy­cze­li: "Niech żyje mar­sza­łek Pił­sud­ski!" - Po­la­cy to wście­kłe psy, któ­re trze­ba za­bi­jać od pierw­szej kuli...) - wszyst­ko, co na­stą­pi­ło mi­nu­tę temu, i on sam, "Zwierz", pod­czas tej mi­nu­ty, na­tych­miast, jed­nym ru­chem, spa­da w prze­szłość, jak zie­mia z ło­pa­ty, gdy za­sy­pu­ją dół, sta­jąc się za­le­d­wie ko­lej­nym wy­ko­na­nym za­da­niem, jesz­cze jed­nym za­ma­chem na jego, "Zwie­rza", kon­cie - a on sam hula dziar­sko da­lej z te­czusz­ką w ręku, ma­jąc przed sobą ko­lej­ny ja­sny i pew­ny cel, przy­sta­nek tram­wa­jo­wy, "mar­twy punkt", gdzie za mi­nu­tę mają go spo­tkać łącz­nicz­ki, żeby za­brać na­rzę­dzie za­bój­stwa - mi­mo­cho­dem rzu­ca okiem na ze­ga­rek na ręku: le­piej, żeby nie mu­sia­ły cze­kać! i przy­spie­sza kro­ku przez skwer, mija mo­kre, jak­by za­sty­głe we łzach, po­marsz­czo­ne pnie drzew - po­tem na Pod­wa­le, wszyst­ki­mi na­je­żo­ny­mi wło­ska­mi na skó­rze od­czu­wa­jąc każ­de drgnie­nie se­kund­ni­ka.

TYK... TYK... TYK... TYK...

Za­wsze do­brze mu to szło - ta­kie par­ce­lo­wa­nie swo­je­go cza­su i sie­bie sa­me­go w tym­że cza­sie. Zrzu­ca­nie z sie­bie prze­żyć sprzed chwi­li, jak stru­pa z rany, wy­cią­ga­nie za­koń­czeń ner­wo­wych jed­nym ru­chem z tego, co już się wy­da­rzy­ło, i prze­rzu­ca­nie ich bez resz­ty w chwi­lę obec­ną. Mógł­by po­wie­dzieć, że wła­ści­wie jest czło­wie­kiem bez prze­szło­ści - w ta­kim sen­sie, w ja­kim mają ją inni, ci, któ­rzy za­czy­na­li ję­czeć i mó­wić przez sen. Gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło, bez ga­da­nia od­sy­łał­by ta­kich do domu na za­pie­cek: kto wzy­wa we śnie ży­wych i umar­łych, ten baba, nie żoł­nierz. Kula znaj­dzie ta­kie­go w pierw­szym star­ciu albo i bez nie­go - jak­by na to wła­śnie kule wy­cho­dzi­ły z od­lew­ni, żeby od­naj­do­wać i ude­rzać w czy­jąś żywą prze­szłość. A on był Zwie­rzem i umiał żyć wy­łącz­nie chwi­lą bie­żą­cą. I dla­te­go miał fart.

Te­raz nie­strasz­ne mu już echo wła­snych kro­ków na ścież­ce skwe­ru.

TYK... TYK... TYK... TYK...

Ależ pięk­na mgła! (I do tego też miał fart!)

I we mgle, i noc­ną porą, i choć­by bez jed­ne­go pro­my­ka (zwłasz­cza od­kąd za­czę­ły się so­wiec­kie na­lo­ty i no­ca­mi co naj­wy­żej na dwor­cu ża­rzą się mar­two­si­nym świa­tłem śle­pe la­tar­nie) zna swo­je mia­sto na wy­lot, po omac­ku, ni­czym cia­ło uko­cha­nej: gdzie­kol­wiek na oślep wy­su­nie rękę, tam wy­ła­nia się, do­pa­so­wu­jąc do każ­de­go wgłę­bie­nia i wy­pu­kło­ści, zna­jo­my za­ułek, cie­pły pach­ną­cy ro­wek, wil­got­ny za­ka­ma­rek su­te­re­ny; Ży­dow­ska - Bla­char­ska - Pod­wa­le - jak­by mu­skał skó­rą, war­ga­mi, ślu­zów­ka­mi, po­ko­nu­je dro­gę przez czu­le dy­szą­ce fałd­ki: to jego Mia­sto, nig­dy go nie zdra­dzi, prze­pro­wa­dzi przez sie­bie z mi­ło­ścią i uwa­gą, jak wier­na żona, je­śli bę­dzie trze­ba - roz­su­nie się, wchło­nie, ukry­je w so­bie (we wnętrz­no­ściach, w roz­chla­pa­nym błot­ni­stym mro­ku pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy...). Nie pa­mię­ta, kie­dy po raz ostat­ni był z żywą ko­bie­tą - choć­by we śnie, da­ją­cym prze­bu­dze­nie z lep­kim na­sie­niem na udach - ale ze swo­im mia­stem, gdzie każ­dy ka­mień (każ­dy, taka ich nie­miec­ka mać, koci łeb!) na­wet nie tyle zba­dał po­de­szwa­mi, ile wy­uczył się ich na za­wsze wszyst­ki­mi mię­śnia­mi i ścię­gna­mi jesz­cze w po­przed­nim, daw­no mi­nio­nym ży­ciu - dzie­cia­ka, gim­na­zja­li­sty, sza­ła­pu­ty i "fra­je­ra w pum­pach" - trwa w go­to­wo­ści w dzień i w nocy, jak to bywa tyl­ko w wy­jąt­ko­wo szczę­śli­wym mał­żeń­stwie; mia­sto chro­ni go tak, jak nie umia­ła­by żad­na ko­bie­ta. Nie­kie­dy fi­zycz­nie wręcz czu­je tu nie­miec­ką obec­ność, z czar­no cęt­ko­wa­ny­mi, po­na­le­pia­ny­mi na mu­rach or­ła­mi i ha­ken­kreu­za­mi (Kro­aten­stras­se, ha!), co są tro­chę jak kro­sty na cie­le uko­cha­nej - to wra­że­nie po raz pierw­szy po­ja­wi­ło się w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym, z przyj­ściem so­wie­tów, na wi­dok ich ob­szar­pa­nych, za­gło­dzo­nych żoł­nie­rzy w sztyw­nych bu­cio­rach, od ich bar­ba­rzyń­skich okrzy­ków - da­waj, pra­cha­di! - czer­wo­nych, ta­kich sa­mych jak póź­niej u szko­pów, po­uty­ka­nych gdzie się da szma­cia­nych na­mio­tów z ha­sła­mi i por­tre­ta­mi sto­sow­nych wo­dzów, ca­łej tej ta­tar­skiej ordy z drew­nia­ny­mi wa­liz­ka­mi, któ­ra w parę ty­go­dni wy­mio­tła do czy­sta wszyst­kie skle­py ni­czym ar­mia gi­gan­tycz­nych ru­dych mró­wek, a w za­mian wy­ho­do­wa­ła w sa­mym ser­cu śród­mie­ścia, przed Ope­rą, po­twor­ny, gi­gan­tycz­ny czy­rak "ba­ra­choł­ki", na któ­rej ich ko­bie­ty na oczach roz­ba­wio­nej pu­blicz­no­ści za­żar­cie wal­czy­ły o je­dwab­ne poń­czo­chy, szar­piąc jed­na dru­gą za war­ko­cze - naj­do­bit­niej­szą ozna­ką ich ob­co­ści był fakt, że w mie­ście za­gnieź­dził się strach, któ­re­go wcze­śniej tu nie zna­no. Kie­dy so­wie­ci ucie­kli, za­cho­wał to in­stynk­tow­ne, ni­czym szó­sty zmysł, wy­czu­cie ob­ce­go, i dla­te­go, w prze­ci­wień­stwie do wie­lu, od po­cząt­ku, jesz­cze za­nim za­czę­ły się aresz­to­wa­nia, nie miał wąt­pli­wo­ści, że Niem­cy też nie zo­sta­ną w mie­ście na dłu­go: byli tu tak samo obcy, nie­waż­ne, że znacz­nie bar­dziej niż tam­ci przy­po­mi­na­li lu­dzi - ich ofi­ce­ro­wie no­si­li rę­ka­wicz­ki, uży­wa­li chu­s­tek do nosa, a kie­dy już da­wa­li sło­wo ho­no­ru, to go do­trzy­my­wa­li, na­wet pod­czas ra­bo­wa­nia miesz­kań, z któ­rych spraw­nie i me­to­dycz­nie wy­wo­zi­li wszyst­ko, co prze­oczy­li so­wie­ci; byli obcy już choć­by dla­te­go, że tak samo opla­ta­li mia­sto ciem­ną pa­ję­czy­ną stra­chu i byli tak samo upar­cie śle­pi: nie­zdol­ni do­strzec, jak dra­stycz­nie nie przy­na­le­żą do tej prze­strze­ni - jak strup, jak wrzód, któ­ry wcze­śniej czy póź­niej zo­sta­nie wy­pa­lo­ny przez go­rącz­kę. Na tle jego jed­no­ści z mia­stem, jak z ko­bie­tą, któ­rej tak na­praw­dę nig­dy jesz­cze praw­dzi­wie swo­jej nie miał, ta czy­sto or­ga­nicz­na od­por­ność na to, co obce, da­wa­ła mu pod­czas za­da­nia po­czu­cie wła­sno­ści - nie sa­me­go pra­wa, lecz mi­stycz­nej nie­mal od­por­no­ści. Nie­zwy­cię­że­nia. (Jak mo­gło­by mu się nie udać, sko­ro każ­dy ka­mień był po jego stro­nie, a oni nie mie­li ni­cze­go?...) Kie­dy było po wszyst­kim, mo­dlił się i pro­sił Boga o prze­ba­cze­nie za py­chę - o ile to była py­cha; pew­no­ści nie miał, a na­wy­ku pro­wa­dze­nia dłu­gich roz­my­ślań się wy­zbył, od­kąd za­czął żyć chwi­lą bie­żą­cą, więc we wszyst­kich kwe­stiach o cha­rak­te­rze mo­ral­nym raz na za­wsze zdał się na Boga: On wie le­piej. A oto już przy­sta­nek tram­wa­jo­wy, te­raz na­praw­dę zo­sta­ło tyle co nic, ostat­nie mi­nu­ty: od­dać dziew­czę­tom tecz­kę, wsiąść z nimi do tram­wa­ju, zwin­nie wy­sko­czyć przy skrę­cie z Ły­cza­kow­skiej (Ost­stras­se, chło­pie, Ost­stras­se!) - i tyle. Za­ła­twio­ne.

TYK... TYK... TYK... TYK...

I na­gle nie wie­dzieć skąd na­pły­nę­ła fala żaru, w skro­niach za­ło­mo­ta­ło - mimo że wy­tre­no­wa­ne cia­ło nie­zmien­nie po­dą­ża­ło na­przód w roz­bu­cha­nym ryt­mie nie­sły­szal­ne­go mar­sza. W ustach mu za­schło, nie za­trzy­mu­jąc się, zła­pał po­wie­trze usta­mi jak ryba, chwy­ta­jąc się war­ga­mi po­wie­trza - bo nic mu in­ne­go nie po­zo­sta­ło.

To nie był sy­gnał bez­po­śred­nie­go za­gro­że­nia - cze­ka­ło przed nim coś in­ne­go, nie­od­wra­cal­nie nad­cią­ga­ło ku przy­stan­ko­wi tram­wa­jo­we­mu od prze­ciw­nej stro­ny, re­du­ku­jąc dy­stans mię­dzy nimi, coś, cze­go nie po­win­no tam być; cze­go być nie mu­sia­ło. Coś, cze­go po­ja­wie­nie się pod­czas dzi­siej­sze­go za­ma­chu na ko­men­dan­ta pol­skiej po­li­cji było cał­ko­wi­cie nie do po­my­śle­nia - jak nie­zgod­ność gru­py krwi.

Już roz­po­znał, ale wciąż nie do­wie­rzał: krew bun­to­wa­ła się, bunt wsz­czy­na­ły wszyst­kie na­by­te i spraw­dzo­ne przez lata kon­spi­ra­cyj­ne in­stynk­ty, któ­re czy­ni­ły go nie­podat­nym. Wspo­mnie­nie, któ­re prze­szy­ło na wy­lot mi­nio­ne lata, jed­nym roz­bły­skiem unie­waż­ni­ło wszyst­ko, co w nich było, jak­by rzu­ca­jąc go na wznak w od­ży­łym rap­tem cza­sie: or­kie­stra gra sta­re pol­skie tan­go - "ja - mam czas, ja po­cze-kam, może znaj­dziesz mil­sze­go, pójdź, prze­ko­naj się" - i za­pach dziew­czę­cych blond wło­sów w elek­trycz­nym świe­tle, osza­ła­mia­ją­cy blond za­pach, dra­pież­na mu­zy­ka nie­wy­sło­wio­nej czu­ło­ści, od któ­rej wszyst­ko w środ­ku prze­mie­nia się w kwiat, roz­wi­ja drżą­ce, bu­dzą­ce dreszcz płat­ki (i rów­no­cze­sna oba­wa, czy nie za­wie­je na nią cza­sem wo­nią jego potu i czy nie wzbu­dzi to jej obrzy­dze­nia, tej sub­tel­nej i de­li­kat­nej pa­nien­ki, któ­rej on sam po­wi­nien kwia­ta­mi ście­lić się do nóg...) - był to cios w pier­si tak sil­ny, jak chwi­lę wcze­śniej ude­rze­nie kuli po­sła­nej jego ręką w pierś ska­za­ne­go przez Or­ga­ni­za­cję kata-po­li­ca­ja: jak­by jego, "Zwie­rza", do­go­nił i wy­prze­dził na uli­cy wła­sny strzał, a on sam osłabł i zmiękł, i za chwi­lę pad­nie, jak tam­ten - i w ten spo­sób obej­rzy do koń­ca wszyst­ko, cze­go na Serb­skiej obej­rzeć nie zdą­żył... Naj­więk­szą chy­ba nie­spo­dzian­ką była wła­śnie ta nie­sa­mo­wi­cie ja­skra­wa, wy­ra­zi­sta i na­ma­cal­na re­al­ność wspo­mnie­nia, tak ży­we­go, pod­stęp­nie wy­ło­wio­ne­go z nie­po­ję­tych za­ka­mar­ków prze­szło­ści, któ­rą bez­tro­sko uznał za am­pu­to­wa­ną - po­dob­nie w dzie­ciń­stwie, w domu na ple­ba­nii, ude­rza­ły swo­ją błysz­czą­cą krą­głą gład­ko­ścią wy­ję­te z losz­ku jabł­ka, prze­cho­wy­wa­ne w sło­mie - ja­kim cu­dem za­cho­wy­wa­ły tę gład­kość, to głę­bo­kie, gorz­ka­we tchnie­nie je­sien­ne­go sadu?... Nie upadł, da­lej wład­czo nio­sło go na­przód, od­bie­ra­jąc spo­kój nie­od­wra­cal­nym skra­ca­niem dy­stan­su, a jego prze­szłość zdzie­ra­ła w nim war­stwę po war­stwie z sza­lo­ną pręd­ko­ścią, jak­by w ostat­niej chwi­li przed śmier­cią - a może już po śmier­ci? - wi­dział sie­bie z boku: spo­śród wszyst­kich prze­chod­niów w śród­mie­ściu o tej wcze­snej go­dzi­nie był naj­sła­biej chro­nio­ny - od­sło­nię­ty, ru­cho­my cel. Po­wol­na, mo­kra, otwar­ta rana.

TYK... TYK... TYK... TYK...

(Na­zy­wam się Ad­rian Or­tyń­ski.)

Był szczę­śli­wy.

Wy­raź­nie wi­dział mo­kre okrą­gla­ki bru­ku i smuż­kę szro­nu na skra­ju tro­tu­aru, i błysz­czą­ce szy­ny tram­wa­jo­we. Wi­dział na­prze­ciw sie­bie, z każ­dym kro­kiem co­raz bli­żej, dwie dziew­czę­ce twa­rzycz­ki: jed­na, Nusi, jak­by nie­ostra, a dru­ga - tak, wie­dział, uprze­dzo­no go, że dziew­czę­ta przyj­dą w pa­rze, że Nu­sia przy­pro­wa­dzi ko­le­żan­kę, Boże, kto by po­my­ślał!... - dru­ga mi­go­ce mu w oczach, jak ośle­pia­ją­ca pla­ma po spoj­rze­niu w słoń­ce - ry­sów nie od­róż­nia, ale nie musi ich wi­dzieć, żeby wie­dzieć - ca­łym sobą, ca­łym swo­im ży­ciem rów­no­cze­śnie: to Ona.

Ona.

TYK... TYK... TYK... TYK...

Ja - mam - czas, ja po­cze­kam... (Or­kie­stra gra, pary tań­czą.) Pro­szę, jak­że dłu­go cze­kał - cze­kał przez wszyst­kie te lata, sam o tym nie wie­dząc - no i się do­cze­kał.

Bli­żej. Jesz­cze bli­żej. (Jesz­cze chwi­la - i ręka w ręce...) Wca­le go nie dzi­wi, że znie­nac­ka syp­nął śnieg - ktoś tam na gó­rze do­strzegł wła­ści­wy mo­ment, dał znak - i za­tań­czy­ły w po­wie­trzu bia­łe płat­ki, osia­da­jąc na Jej wło­sach, na zło­ta­wych lo­kach wy­my­ka­ją­cych się spod be­re­tu, na opró­szo­nych do pu­szy­sto­ści (po­si­wia­łych!) rzę­sach. (Jej rzę­sy. Jej usta.)

Gdzieś w tle po­ja­wia się, jak­by prze­sa­dzo­na z cu­dzej gło­wy, ostrze­gaw­cza myśl, że śnieg to pro­blem - kie­dy będę biec przez park, zo­sta­ną śla­dy - ale te­raz nic w tym ro­dza­ju nie może do­trzeć głę­biej do jego świa­do­mo­ści. Po­zna­ła czy nie? Za­śnie­żo­na. Uśmiech­nię­ta. Spo­koj­na. Kró­lo­wa Śnie­gu - tak na­zwał ją tam­te­go wie­czo­ra, gdy od­pro­wa­dzał ją do domu, do ko­lo­nii pro­fe­sor­skiej na Kru­piar­skiej; jej wy­so­kie sznu­ro­wa­ne bot­ki zo­sta­wia­ły na śnie­gu ta­kie ma­leń­kie, nie­mal­że dzie­cię­ce śla­dy, po­ka­zy­wał jej to, a ona uśmie­cha­ła się po­błaż­li­wie, odro­bi­nę za­lot­nie - ależ co pan, pa­nie Ad­ria­nie, noga jak noga - ależ pro­szę po­rów­nać, pan­no Helu - ce­lo­wał sta­ran­nie i od­bi­jał swo­ją niedź­wie­dzią łapę obok jej de­li­ka­ne­go śla­du, któ­ry ciem­niał na śnie­gu ni­czym pła­tek kwia­tu (z ty­cim znacz­kiem ob­ca­si­ka u na­sa­dy), niby bro­nił go w ten spo­sób przed ja­kimś cu­dzym spoj­rze­niem, osła­niał swo­ją wy­raź­nie wy­dep­ta­ną obec­no­ścią - pro­szę spoj­rzeć, pro­szę! - raz, dru­gi i tak przez całą dro­gę: nie­wy­sło­wio­na bło­gość wi­dze­nia od­ci­sków ich stóp obok sie­bie, zno­wu i zno­wu, to było jak ja­kiś szcze­gól­ny, in­tym­ny ro­dzaj do­ty­ku, i kie­dy wresz­cie nie­mal prze­stra­szo­na od­sko­czy­ła, za­bra­ła od nie­go rękę przed sa­mym gan­kiem i skry­ła się w swo­jej for­te­cy z wie­życz­ka­mi, swo­jej wiel­ko­pań­skiej pro­fe­sor­skiej wil­li, ob­sa­dzo­nej przez nie­wi­docz­nych w nocy, jak­by za­le­gli gdzieś tam w głę­bi na cza­tach, krew­nych i po­ko­jów­ki (drzwi wej­ścio­we skrzyp­nę­ły tak, jak­by ak­sa­mit­ny ba­ry­ton zdzi­wił się prze­cią­gle: "O-o-o!"), on tkwił przed bra­mą w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym go po­rzu­ci­ła, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­jąc, do­kąd te­raz miał­by iść - i po co?... Przed nim ciem­niał, ucie­ka­jąc po bia­łych, osa­mot­nio­nych scho­dach, drob­ny sznu­re­czek wy­szy­tych przez jej bot­ki płat­ków i ury­wał się przed drzwia­mi tak samo, jak jego myśl, po­tem na pię­trze za­pa­li­ło się świa­tło, na fi­ran­ce za­ma­ja­czył jej cień i na­tych­miast wy­peł­ni­ła go nowa fala ra­do­ści - i dłu­go stał, nie od­wra­ca­jąc spoj­rze­nia od tego zło­ci­ste­go ni­czym ob­raz w cer­kwi wy­so­kie­go okna, w któ­rym jak na ekra­nie ki­no­wym po­ru­szał się jej cień - od­cho­dził, to znów wra­cał, raz za­marł, aż zda­ło mu się, że ona pa­trzy na nie­go, przy­warł­szy do szy­by, i jak w ma­li­gnie, jed­nym tchem wy­szep­ty­wał w jej stro­nę naj­czul­sze sło­wa i śmiał się sam do sie­bie, w ogó­le nie czu­jąc zim­na; po­tem okno zga­sło, ale nie od razu zro­zu­miał, co to zna­czy - Hel­cia po­ło­ży­ła się spać - mam­ro­tał pod no­sem, krę­cąc gło­wą i śmie­jąc się ci­chut­ko, jak­by ko­ły­sał ją śpią­cą na rę­kach, jak­by otrzy­mał w ten spo­sób nowy do­wód jej nie­zwy­kłej bli­sko­ści, znak, że na­le­żą do sie­bie: ona śpi na gó­rze, w swo­im po­ko­iku, a na bia­łych scho­dach ciem­nie­je w mro­ku nocy sznu­re­czek jej śla­dów, on to wi­dzi - i tak, pi­ja­ny szczę­ściem, tkwił przy bra­mie, strze­gąc jej śla­dów, do sa­me­go świ­tu - i kom­plet­nie nie pa­mię­tał, kie­dy i jak do­stał się do domu.

A co naj­dziw­niej­sze, na­wet się wte­dy nie prze­zię­bił.

To, że szła te­raz tym sa­mym płyn­nym, wy­uczo­nym u naj­słyn­niej­szych lwow­skich me­trów kro­kiem (tyl­ko nogi, moje pa­nie! ru­sza­ją się tyl­ko nogi!) przez przy­sta­nek tram­wa­jo­wy, obok Nusi, jego sta­łej łącz­nicz­ki, i nio­sła mu na spo­tka­nie ten swój spo­koj­ny, nie­do­stęp­ny uśmiech ni­czym osob­ne źró­dło świa­tła wśród li­sto­pa­do­we­go miej­skie­go pej­za­żu, było nie­mal rów­ne nie­bio­som spa­da­ją­cym znie­nac­ka na gło­wę - spa­dły, a on się na­wet nie zdzi­wił. Śnieg pa­dał i roz­no­sił wo­kół za­pach jej wło­sów - osza­ła­mia­ją­co de­li­kat­ny, wil­got­ny, ja­sny za­pach; je­den pła­tek opadł mu na war­gi i od tego le­ciu­sień­kie­go, wy­czu­wal­ne­go sa­my­mi ko­niusz­ka­mi ner­wów po­ca­łun­ku jego war­gi w koń­cu roz­cią­gnę­ły się w daw­no za­po­mnia­nym, noc­nym uśmie­chu z tam­te­go cza­su - głu­pio bło­gim, bez­wied­nym, jak mię­śnie skra­ca­ją­ce się pod ude­rze­niem le­kar­skie­go młot­ka - i za­miast dać im obu znak, że wszyst­ko w po­rząd­ku, że za­da­nie wy­ko­na­ne i wszyst­ko idzie zgod­nie z usta­le­nia­mi, Ad­rian Or­tyń­ski wzdy­cha, tak samo bez­wied­nie - jak ostat­ni idio­ta, jak zu­peł­ny żół­to­dziób, do li­cha, zie­lo­ny jak szczy­pio­rek:

- Hel­cia...

I jak­by bu­dzi się na dźwięk wła­sne­go gło­su.

TYK... TYK... TYK... TYK...

- Pań­stwo się zna­ją?

To Nu­sia, z boku, nie­mal spod pa­chy, taki kra­sno­lu­dek, za­wsze w zde­ner­wo­wa­niu wty­ka tę draż­nią­cą ucho pol­ską skład­nię - chwa­li­ła się, że swe­go cza­su ukoń­czy­ła pol­skie gim­na­zjum Strzał­kow­skiej, dziw nad dzi­wy, jak to być może, że nie zdo­ła­li wy­kuć tam z niej pierw­szo­rzęd­nej pol­skiej szo­wi­nist­ki, hm?... Ach, Nu­siu, Nu­sień­ko, zło­ta z cie­bie dziew­czy­na - znie­nac­ka z gło­wą za­le­wa go ży­wio­ło­wa, po­ry­wa­ją­ca ra­dość, upa­ja­ją­ca, jak ta, któ­ra wy­bu­cha pod­czas ak­cji i pcha czło­wie­ka do przo­du, wy­ry­wa się z pier­si śpie­wem, re­cho­tem i wul­gar­ny­mi okrzy­ka­mi (raz mu­siał ostrze­li­wać się pod­czas uciecz­ki przez po­dwór­ka, bal­ko­ny i stry­chy, a w gło­wie hu­cza­ło we­zwa­niem, do­słow­nie jak w karcz­mie - do tań­ca: Jam po Lwo-wie dzień wę­dro­wał, mia­stu Lwo-wu się dzi­wo­wał - brzdęk, brzdęk, jed­na kula brzęk­nę­ła po bla­sze, i jak­by bę­ben za­re­cho­tał, jak­by skrzyp­ki się roz­krzy­cza­ły w cał­kiem już sza­lo­nym tem­pie, pre­sto, pre­sto: sie-dzi-ba-ba na bal-ko-nie, roz-sta-wi-ła-no-gi-go-łe, wstyd sie-dzieć, wstyd pa-trzeć, jak cho-le-ra! - ha, ha, a co, psia mać, spu­dło­wa­łeś?!) - aż go roz­pie­ra, do­słow­nie uno­si nad zie­mią, mógł­by z ła­two­ścią, jak ol­brzym z baj­ki, chwy­cić na ręce obie dziew­czy­ny, a no­ga­mi roz­trą­cić na wszyst­kie stro­ny tę pu­łap­kę cza­su, któ­ry znów się skur­czył, za­mknął wo­kół nich, te­raz już troj­ga, w je­dy­ną do­stęp­ną im rze­czy­wi­stość, któ­rej nie da się ani obejść, ani prze­sko­czyć: trup na Serb­skiej, pi­sto­let w tecz­ce, tecz­ka w ich rę­kach i już za chwi­lecz­kę, za mo­men­cik, po­li­ca­je za­czną prze­cze­sy­wać mia­sto, je­śli już nie za­czę­li - cyka, cyka krew w ży­łach, od­li­cza­jąc se­kun­dy, i w tym wor­ku zo­sta­li za­wią­za­ni ra­zem: ja­kiś nie­wi­dzial­ny i nie­po­ję­ty, gi­gan­tycz­ny ma­gnes przy­cią­gnął Ją do nie­go i przy­ci­snął do jego pier­si, i ich ta­niec nie skoń­czył się, póki gra or­kie­stra...

Ej, da­waj, da­waj, kur­czę, cho­le­ra, graj!... Graj, psia mać, żeby ci w pier­siach tak gra­ło!...

I za­nim któ­reś z "pań­stwa, któ­rzy się zna­ją" zdą­ży prze­mó­wić choć sło­wem, wcho­dzą mie­dzia­ne ko­tły z do­no­śnym, ogłu­sza­ją­cym brzę­kiem, z roz­ko­ły­sa­nym dzwo­nie­niem, co­raz bar­dziej prze­ni­kli­wym, jak wa­lą­cy się na gło­wy lo­do­wy pa­łac Kró­lo­wej Śnie­gu - nad­jeż­dża tram­waj, na­sza ocze­ki­wa­na "je­dyn­ka" - wszyst­ko jest jak być po­win­no, tak, jak Pan Bóg przy­ka­zał i jak za­pla­no­wa­no w szta­bie Pro­wo­du, i oko już na chłod­no, jak przez wi­zjer ka­ra­bi­nu, prze­li­cza drzwi wyj­ścio­we: pierw­szy wa­gon prze­pusz­cza­my, bo nur für Deut­sche, o tej po­rze w ogó­le pra­wie pu­sty, lu­dzie tło­czą się przy tyl­nej plat­for­mie, głów­nie ko­bie­ty, któ­re nie po­tra­fią wsko­czyć do środ­ka w bie­gu, i my bę­dzie­my wsia­dać, moja dziew­czyn­ko, pro­szę ja­śnie pa­nie­nek, uwa­żaj pan! - aj-aj-aj, na­stą­pi­łem ko­muś na nogę, prze­pra­szam uni­że­nie, ja­kaś stróż­ka w chu­ście, za nią pa­niu­sia w li­sach, lę­kli­wie przy­ci­ska­ją­ca do boku to­reb­kę, za­gra­dza przej­ście in­nym, faj­no, rap­tow­ny zryw, krót­kie za­mie­sza­nie przy drzwiach - tej sztucz­ki na­uczy­łem się jesz­cze za Pol­ski, jak sie­dzia­łem na Łąc­kie­go w jed­nej celi z do­li­nia­rza­mi, ale skąd ty to umiesz, moja ma­leń­ka, skąd ty wiesz, co masz ro­bić, bo to jed­nak two­ja, nie Nu­si­na, szczu­plut­ka rącz­ka w rę­ka­wicz­ce sta­now­czo za­bie­ra ode mnie w tym krót­ko­trwa­łym za­mę­cie tecz­kę z dro­go­cen­nym wal­te­rem, sta­no­wią­cym obec­nie cor­pus de­lic­ti - w chwi­li, w któ­rej pod­sa­dzam cię na sto­pień, i ty już tam, na gó­rze, chwy­tasz dru­gą rącz­ką za por­ce­la­no­wy uchwyt i szczo­drze ob­da­ro­wu­jesz kon­duk­to­ra po­god­nym, świe­tli­stym uśmie­chem, z ko­bie­cą bez­rad­no­ścią - ta­kim czu­łym ge­stem! - przy­ci­ska­jąc do pier­si tecz­kę, sku­pia­jąc na so­bie cały dal­szy cię­żar śmier­tel­ne­go ry­zy­ka - fakt fak­tem, nie ma dwóch zdań, o wie­le mniej­sze­go niż do­tych­czas, bo ko­biet po­li­cja jed­nak nie za­trzy­mu­je na uli­cach do prze­szu­ka­nia, do tego bu­dzą­ce­go obrzy­dze­nie kle­pa­nia dłoń­mi po cie­le, po któ­rym za­wsze po­zo­sta­je uczu­cie zbez­czesz­cze­nia, zęby za­ci­ska­ją się do bólu gło­wy, ale nie ko­bie­ty, nie, ko­bie­ty zo­sta­wia­ją w spo­ko­ju, więc z Bożą po­mo­cą obie z Nu­sią bez prze­szkód do­star­czy­cie broń do skryt­ki, tyl­ko nikt mi już o tym nie da znać - jak nikt znać nie dał, że tu je­steś, tu, a nie w bez­piecz­nym Zu­ry­chu, do­kąd wy­je­cha­łaś na stu­dia jesz­cze przed woj­ną, i nig­dy się nie po­że­gna­li­śmy, bo gdy wy­jeż­dża­łaś, tłu­kłem wszy na Łąc­kie­go, a po­tem Pol­ska upa­dła i przy­szli so­wie­ci, i mu­sia­łem ucie­kać do Kra­ko­wa, bo Po­la­cy zo­sta­wi­li NKWD li­sty wszyst­kich swo­ich więź­niów po­li­tycz­nych, wśród któ­rych więk­szość sta­no­wi­li Ukra­iń­cy, i na­szych chłop­ców wy­ła­py­wa­no od nowa, a z tych, któ­rych zła­pa­li, nikt już nie wra­cał - przez wszyst­kie te lata po­wta­rzał mi się je­den i ten sam sen, już so­bie do­kład­nie przy­po­mi­nam, a za­wsze prze­cież by­łem pe­wien, że nic mi się nie śni, by­łem pe­wien, czyż­bym zwy­czaj­nie za­po­mi­nał po prze­bu­dze­niu, jak­by świa­do­mość, le­d­wie włą­czo­na, na­tych­miast za­su­wa­ła za sobą drzwi, czyż­bym ja też ję­czał i wzy­wał cię w tym sta­nie?... - śni­ło mi się, że tań­czy­my w ciem­nej sali, jak­by w Pro­swi­cie albo w Na­rod­nym Domu, tyl­ko więk­szej, i w pew­nej chwi­li zni­kasz mi, na­wet nie za­uwa­żam, jak i kie­dy, po pro­stu na­gle zda­ję so­bie spra­wę, że tań­czę sam - mo­ment na­głe­go chło­du, lep­kie­go stra­chu, Hel­ciu, gdzie je­steś, rzu­cam się na po­szu­ki­wa­nia, bie­gam po sali jak wa­riat, a ona roz­ra­sta się, to już nie sala, tyl­ko ogrom­ny plac, wciąż ciem­no, jak w nocy, ale ja wiem, że gdzieś tu je­steś, mu­sisz tu być, to tyl­ko ja nie mogę cie­bie zo­ba­czyć - i oto się zna­la­złaś, moja dziew­czyn­ko, złą­czy­ły się ko­ry­ta­rze roz­dzie­lo­ne­go cza­su i znów je­ste­śmy ra­zem, już wy­ko­na­li­śmy pierw­szą fi­gu­rę na­sze­go wspól­ne­go tań­ca: pas de deux z pi­sto­le­tem! - i pod nie­sły­szal­ne okrzy­ki nie­wi­dzial­ne­go wo­dzi­re­ja wci­skam się do tram­wa­ju w ślad za Nu­sią, i jesz­cze przez do­bre dzie­sięć albo dwa­na­ście mi­nut po­nad ob­cy­mi gło­wa­mi będę pa­trzył na two­ją twa­rzycz­kę, moja ma­leń­ka, moja od­waż­na dzie­cin­ko - taka nam się tra­fi­ła mu­zy­ka i nie ma na to rady, trze­ba tań­czyć do koń­ca, do ostat­nie­go tchu, jak każe przy­się­ga - z nas wszak za­wsze była taka do­bra­na para, naj­lep­sza na sali, po­wia­da­no, że wy­glą­da­my do­słow­nie jak Mar­le­na Die­trich i Clark Ga­ble, wszyst­kie two­je ko­le­żan­ki mu­sia­ły ci za­zdro­ścić, więc nic się nie martw i nic się nie bój - nie na dar­mo mam fart, za­wsze wy­star­cza­ło go dla wszyst­kich, któ­rzy szli ze mną, a ci, któ­rzy po­szli osob­no i któ­rych już nie ma - Ihor, za­ka­to­wa­ny przez bol­sze­wi­ków w dro­ho­byc­kim wię­zie­niu tak, że mat­ka tyl­ko po ko­szu­li tru­pa roz­po­zna­ła, Ne­stor, co prze­padł w Au­schwitz, aresz­to­wa­ny we wrze­śniu czter­dzie­ste­go pierw­sze­go, Lo­dzio, Lo­dzio Da­rec­ki, naj­zdol­niej­szy z na­szej kla­sy, co po­je­chał do Ki­jo­wa ze­szłe­go lata, kie­dy pod­zie­mie już upa­dło, i Bóg mi świad­kiem, jesz­cze kie­dyś znaj­dę to ścier­wo, któ­re wy­sła­ło Lo­dzia do Ki­jo­wa pro­sto w łapy ge­sta­po, żeby go tam za­strze­li­li jak psa za­raz pierw­sze­go dnia po przy­jeź­dzie - wszy­scy oni, a wciąż ich przy­by­wa, sto­ją w pół­mro­ku pod ścia­ną sali ba­lo­wej czy może w sze­re­gu wzdłuż ciem­ne­go pla­cu i pa­trzą na nas - Ihor, Ne­stor, Lo­dzio, Bóg je­den wie, ilu ich, we śnie prze­bie­ga­łem koło nich, nie wi­dząc, bo szu­ka­łem tyl­ko cie­bie, i do­pie­ro te­raz, gdy po­wró­ci­łaś i sen wy­pły­nął na wierzch jak to­pie­lec wy­pły­wa z Cisy na głos trem­bi­ty, poj­mu­ję ja­sno, że to oni wy­peł­nia­li salę, po to się wła­śnie po­więk­sza­ła, żeby ich wszyst­kich po­mie­ścić - tych, któ­rzy wy­szli z ta­necz­ne­go krę­gu i już nie wró­cą, ale sto­ją tam, i mil­czą, i nie ru­sza­ją się z miejsc, i pa­trzą na nas w ocze­ki­wa­niu - a to zna­czy, że na­sza praw­dzi­wa za­ba­wa do­pie­ro się za­czy­na, Hel­ciu...

Grand rond! Avan­cez! A tro­is temps!

"Już czas!" - sta­wia go na rów­ne nogi Głos, na­tręt­nym sztur­chań­cem od środ­ka w czasz­kę; po raz ostat­ni wy­pić ocza­mi, jak usta­mi i noz­drza­mi rów­no­cze­śnie, na za­pas, jej twa­rzycz­kę - co za du­reń po­wie­dział, że ślicz­na bu­zia jesz­cze ni­ko­go nie na­kar­mi­ła? - i bie­giem marsz, bra­cie, a tro­is temps: trá-ta-ta, trá-ta-ta, trá-ta-ta - tram­waj zgrzy­ta na za­krę­cie, wy­gi­na­jąc się ca­łym tu­ło­wiem jak na tor­tu­rach, na skra­ju pola wi­dze­nia ska­czą pla­my ka­mie­nic - skacz, ofer­mo! - przed sie­bie, wzdłuż li­nii tram­wa­jo­wej, w dół spa­dzi­stej uli­cy - z wol­ny­mi rę­ka­mi i ob­cię­tym do ży­we­go mię­sa wzro­kiem, ode­rwa­nym jak spła­che­tek wła­sne­go cia­ła, od jej świe­cą­cej po­śród tłu­mu w wa­go­nie twa­rzycz­ki, za­miast któ­rej te­raz sy­pią się do oczu nie­koń­czą­ce się ka­mie­nie, ka­mie­nie, ko­cie łby, Kat­zen­kop­fste­in, bie­gnij!...

Bie­gnij. Bie­gnij. Bie­gnij. Za­kręt - bra­ma - park - ale­ja - drze­wa - drze­wa - czar­ne pnie. Kto to chrzą­ka za ple­ca­mi?! Nie, nic, to płaszcz sze­le­ści. A dla­cze­go masz mo­kre po­licz­ki, a od nosa do ust pły­ną stru­my­ki wil­go­ci - czyż­byś aż tak się spo­cił?...

Ja pła­czę, roz­bły­sku­je mu w gło­wie. Boże ko­cha­ny, pła­czę. To moje łzy.

Mi­mo­wol­nie zwal­nia kro­ku - a deux temps, a deux temps - i do­ty­ka pal­ca­mi po­licz­ków, sa­my­mi ko­niusz­ka­mi pal­ców, tak ostroż­nie, jak­by to nie były jego po­licz­ki. Prze­pa­dłeś, Ad­ria­nie, prze­bie­ga przez myśl, prze­pa­dłeś, chło­pie, z kre­te­sem...

Dla­cze­go - prze­pa­dłeś?! Prze­cież wszyst­ko po­szło jak na­le­ży!

Rzut oka na ze­ga­rek: cała ope­ra­cja, od po­ja­wie­nia się tam­te­go na Serb­skiej, za­ję­ła dwa­na­ście mi­nut. Dwa­na­ście i pół, do­kład­nie mó­wiąc. A wła­ści­wie pra­wie trzy­na­ście. Trzy­na­ście.

Do li­cha, nig­dy nie wie­rzył w za­bo­bo­ny - co się z nim dzie­je?! Prze­czu­cie ja­kieś czy co?... Cze­go się prze­stra­szył?

"...Je­zus na­tych­miast uświa­do­mił so­bie, że moc wy­szła od Nie­go. Ob­ró­cił się w tłu­mie i za­py­tał: "Kto się do­tknął mo­je­go płasz­cza?". Od­po­wie­dzie­li Mu ucznio­wie: "Wi­dzisz, że tłum ze­wsząd Cię ści­ska, a py­tasz: Kto się Mnie do­tknął". On jed­nak roz­glą­dał się, by uj­rzeć tę, któ­ra to uczy­ni­ła".

Nig­dy wcze­śniej nie ro­zu­miał tego frag­men­tu ewan­ge­lii o uzdro­wie­niu cier­pią­cej na krwa­wie­nie ko­bie­ty - na­wet kie­dy pod­rósł i usły­szał od ró­wie­śni­ków - w wul­gar­nych, obrzy­dli­wych sło­wach, któ­re w ża­den spo­sób nie pa­so­wa­ły do Pi­sma Świę­te­go - co to tak na­praw­dę zna­czy: krwa­wie­nie, i dłu­go się mę­czył, nie mo­gąc uwie­rzyć. Tata czy­tał mu to na głos w dzie­ciń­stwie, po­tem już nie miał od­wa­gi taty za­py­tać. A frag­ment po­zo­stał nie­ja­sny: jak to moż­li­we - nie wi­dzieć jak, ale czuć, że moc z czło­wie­ka wy­szła?...

Te­raz wie­dział. Ewan­ge­licz­ny opis oka­zał się do­kład­ny jak dia­gno­za me­dycz­na - le­piej nie da­ło­by się tego po­wie­dzieć. Nie ma bar­dziej od­po­wied­nich słów.

Wła­śnie tak się czuł.

Coś się zmie­ni­ło - i już wie­dział co: z tych dwu­na­stu (a nie, jed­nak trzy­na­stu, szlag by to tra­fił!) mi­nut ostat­nich dzie­sięć wciąż było przy nim i nie mi­ja­ło: od­kąd uj­rzał Hel­cię. Hel­cia była przy nim. Niósł ją w so­bie i nie chciał się z nią roz­stać; za żad­ne skar­by by się nie roz­stał. I wie­dział, że tak już te­raz bę­dzie.

Przez wszyst­kie te lata bez niej pę­dził po po­wierzch­ni cza­su jak po lo­dzie - lek­kim, sprę­ży­stym kro­kiem - i na­gle wpadł jak do prze­rę­bla: zro­bił się cięż­ki. Siła, któ­ra nio­sła go po­nad cza­sem, wy­szła z nie­go.

Ad­rian Or­tyń­ski, pseu­do­nim "Zwierz", za­le­ga­li­zo­wa­ny jako stu­dent Fach­kur­sen na po­li­tech­ni­ce, alias - we­dług in­nych do­ku­men­tów - Jo­hann We­iss, alias An­drzej Or­tyń­ski. Lat dwa­dzie­ścia trzy. Twar­dy. Nie­uchwyt­ny. Nie­zwy­cię­żo­ny. Nie­śmier­tel­ny.

I w tej wła­śnie chwi­li po raz pierw­szy ja­sno i wy­raź­nie świa­dom tego, że umrze.

Że jego śmierć jest już w dro­dze. Od­li­cza­nie jej po­dró­ży już się za­czę­ło, dzie­sięć mi­nut temu. Ile jesz­cze po­trwa, nie ma zna­cze­nia - go­dzi­ny, mie­sią­ce czy lata - idą so­bie ze śmier­cią na spo­tka­nie i to spo­tka­nie z pew­no­ścią na­stą­pi, co­kol­wiek się wy­da­rzy: jak umó­wio­na rand­ka.

TYK... TYK... TYK... TYK...

Jego we­wnętrz­ny zwierz od­ru­cho­wo każe chwy­cić się za gar­dło (ja­kie bez­bron­ne jest pod pal­ca­mi ru­cho­me, wy­my­ka­ją­ce się jabł­ko Ada­ma, jak ła­two gwał­tow­nym ru­chem znisz­czyć te chrząst­ki i ścię­gna...), za­dzie­ra gło­wę ku ni­skie­mu, na­brzmia­łe­mu śnie­giem nie­bu i bez­wied­nie wy­szcze­rza zęby - jak­by po­ka­zy­wał sie­dzą­ce­mu tam, w gó­rze, nie­wi­docz­ne­mu den­ty­ście, swo­je zdro­we dzią­sła.

Z boku mo­gło się wy­da­wać, że krzy­czy - bez­dź­więcz­nie, bez­gło­śnie. Albo re­cho­cze - też bez­gło­śnie; sa­mot­ny żywy czło­wiek pod wo­jen­nym li­sto­pa­do­wym nie­bem, któ­ry twarz kie­ru­je ku gó­rze: mar­twym rzad­ko się to uda­je, mar­twi pa­da­ją na wznak, tyl­ko je­śli mają wy­jąt­ko­we szczę­ście, bo i do śmier­ci moż­na mieć fart, jak do wszyst­kie­go wśród lu­dzi; naj­czę­ściej zaś ostat­nie ich spoj­rze­nie tra­fia w zie­mię, w zie­mię. W zie­mię.

1 Obiek­ty, któ­re nie speł­nia­jąc swo­jej pier­wot­nej funk­cji, znaj­do­wa­ły się przez ja­kiś czas w zie­mi lub pod wodą, sta­ją się ar­che­olo­gicz­ny­mi do­bra­mi kul­tu­ry. Kie­dy już zo­sta­ną wy­do­by­te, roz­po­czy­na się ich "no­wo­cze­sna" hi­sto­ria.Pod zie­mią [...] ma­te­riał or­ga­nicz­ny i nie­orga­nicz­ny czę­sto ule­ga roz­ma­itym uszko­dze­niom. [...] Kon­ser­wa­cja pre­wen­cyj­na słu­ży temu, by ma­te­ria­ły prze­cho­wy­wa­ne były w opty­mal­nych wa­run­kach, dzię­ki cze­mu uszko­dze­nia się nie po­głę­bia­ją.Z wy­sta­wy "Kul­tur­GU­Ter­hal­ten. Re­stau­rie­rung ar­chäo­lo­gi­scher Schät­ze an den sta­atli­chen Mu­se­en zu Ber­lin" (przeł. Agniesz­ka Je­zier­ska).

2  Be­sa­rab­ka - Targ Be­sa­rab­ski, kry­ty targ w Ki­jo­wie, na po­łu­dnio­wo-za­chod­nim koń­cu cen­tral­nej uli­cy - Chresz­cza­ty­ku (przy­pi­sy nie­ozna­czo­ne in­a­czej po­cho­dzą od tłu­macz­ki).

3 21 X 1933 roku pod­czas za­ma­chu OUN na kon­su­lat so­wiec­ki we Lwo­wie My­ko­ła Łe­myk za­bił kon­su­la Alek­sie­ja Maj­ło­wa. 15 VI 1934 roku w War­sza­wie czło­nek OUN Hry­ho­rij Ma­ciej­ko śmier­tel­nie po­strze­lił mi­ni­stra Bro­ni­sła­wa Pie­rac­kie­go.

4 Hry­ho­rij Sko­wo­ro­da (1722-1794) - ukra­iń­ski wę­drow­ny fi­lo­zof, po­eta i pi­sarz, uwa­ża­ny za pre­kur­so­ra no­wo­cze­snej szko­ły fi­lo­zo­fii ro­syj­skiej, jego twór­czość in­spi­ro­wa­ła wie­lu ukra­iń­skich pi­sa­rzy i po­etów XX wie­ku.

5 Sto­do­la - pseu­do­nim wzię­ty od Ko­za­ka Na­za­ra Sto­do­li, ty­tu­ło­we­go bo­ha­te­ra po­ema­tu hi­sto­rycz­ne­go Ta­ra­sa Szew­czen­ki.

6  Przeł. Je­rzy Li­twi­niuk (przyp. red.).

7 My­tar­stwa - w teo­lo­gii pra­wo­sław­nej prze­szko­dy, któ­re du­sza czło­wie­ka musi po­ko­nać po opusz­cze­niu cia­ła, w dro­dze na spo­tka­nie z Sę­dzią. Na dro­dze tej ważą się do­bre i złe uczyn­ki z ca­łe­go ży­cia.

8  Przeł. Je­rzy Czech (przyp. red.).

9 Łe­sia Ukra­in­ka - wła­ści­wie Ła­ry­sa Ko­sacz-Kmit­ka (1871-1913) po­et­ka, pi­sar­ka i kry­tyk li­te­rac­ki, jed­na z naj­waż­niej­szych po­sta­ci XX-wiecz­nej li­te­ra­tu­ry ukra­iń­skiej.

10 Bu­chat' (ros.) - pić na umór; Bu­cha­łow - Opój, Pi­jus, Pi­ja­czyń­ski.

11 Iwan My­ko­łaj­czuk (1941-1987) - wy­bit­ny i bar­dzo po­pu­lar­ny ukra­iń­ski ak­tor, re­ży­ser, sce­na­rzy­sta. Pro­pa­ła hra­mo­ta (Za­gi­nio­ne pi­smo) - ko­me­dia z 1972 roku, reż. Bo­rys Iw­czen­ko, na mo­ty­wach wcze­snych utwo­rów Mi­ko­ła­ja Go­go­la, po dziś dzień je­den z ulu­bio­nych ukra­iń­skich fil­mów.

12 Juz Alesz­kow­ski, Pieśń o Sta­li­nie, przeł. Je­rzy Czech (przyp. red.).

13 My­chaj­ło Hry­ciuk (1929-1979) - ory­gi­nal­ny ukra­iń­ski rzeź­biarz, współ­au­tor po­mni­ka Ta­ra­sa Szew­czen­ki w Mo­skwie, przez wła­dze Ukra­iny ra­dziec­kiej po­mi­ja­ny mil­cze­niem, znaj­do­wał się w cen­trum nie­za­leż­ne­go ki­jow­skie­go ży­cia ar­ty­stycz­ne­go.

14 Fe­odo­sij Te­tia­nycz (1942-2007) - ma­larz, gra­fik, per­for­mer, barw­na po­stać ki­jow­skie­go ży­cia ar­ty­stycz­ne­go prze­ło­mu lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych XX wie­ku.

15 Łe­sia Ukra­in­ka, Pieśń lasu, przeł. Je­rzy Li­twi­niuk (przyp. red.).

16 Opa­nas Za­ły­wa­cha (1925-2007) - ukra­iń­ski ma­larz, zna­ny obroń­ca praw czło­wie­ka z lat sześć­dzie­sią­tych, w la­tach 1965-1970 od­sia­dy­wał w obo­zie kar­nym wy­rok "za agi­ta­cję i pro­pa­gan­dę an­ty­ra­dziec­ką"; Ałła Hor­ska (1929-1970) - ukra­iń­ska ma­lar­ka, ar­tyst­ka, zna­na obroń­czy­ni praw czło­wie­ka, za­mor­do­wa­na w 1970 roku w do dziś nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach.

17  Przeł. Lu­cjan Szen­wald (przyp. red.).

18 Je­when Ko­no­wa­lec (1891-1938) - prze­wod­ni­czą­cy OUN, współ­or­ga­ni­za­tor i do­wód­ca Ukra­iń­skich Strzel­ców Si­czo­wych (USS). Za­mor­do­wa­ny przez agen­ta NKWD.

19  Pro­wid - wy­bie­ra­ny przez de­le­ga­tów Or­ga­ni­za­cji Ukra­iń­skich Na­cjo­na­li­stów (OUN) za­rząd tej or­ga­ni­za­cji (przyp. red.).

20 Mol­far - hu­cul­ski cza­row­nik, za­zwy­czaj po­sia­da­ją­cy zdol­ność le­cze­nia, prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści, od­pę­dza­nia złych mocy, od­czy­nia­nia uro­ków.

21 Ksią­żę Kon­stan­ty Wa­syl Ostrog­ski (1526-1608) - se­na­tor, wy­bit­ny me­ce­nas sztu­ki i na­uki, go­rą­cy obroń­ca pra­wo­sła­wia i prze­ciw­nik unii brze­skiej.

22  Przeł. Eu­sta­chy Łap­ski (przyp. red.).

23 Wja­cze­sław Czor­no­wił (1937-1999) - ukra­iń­ski pu­bli­cy­sta i po­li­tyk. W la­tach 1967, 1972, 1980 mimo re­pre­sji wy­da­wał nie­le­gal­ne pi­smo "Ukra­jinś­kyj wi­snyk", pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych współ­or­ga­ni­za­tor Ukra­iń­skie­go Związ­ku Hel­siń­skie­go i Ukra­iń­skiej Gru­py Hel­siń­skiej, w 1991 roku kan­dy­dat na pre­zy­den­ta. Zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, o jego spo­wo­do­wa­nie po­dej­rze­wa­no służ­by spe­cjal­ne.

24 Wie­ra Mu­chi­na (1889-1953) - ra­dziec­ka rzeź­biar­ka. Jej naj­słyn­niej­sze so­cre­ali­stycz­ne dzie­ło Ro­bot­nik i koł­choź­ni­ca (1937) zo­sta­ło sym­bo­lem stu­dia fil­mo­we­go Mos­film.

25 Ukra­iń­ska Cen­tral­na Rada - ukra­iń­ski or­gan pań­stwo­wy, po­wsta­ły po re­wo­lu­cji lu­to­wej w Ro­sji (1917). Po prze­wro­cie bol­sze­wic­kim, 20 XI 1917 roku, Cen­tral­na Rada w III Uni­wer­sa­le pro­kla­mo­wa­ła utwo­rze­nie Ukra­iń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej.

26 20-27 lu­te­go 1942 roku, jed­no z sze­re­gu spo­tkań so­wiec­ko-nie­miec­kich, So­wie­ci pro­po­no­wa­li m.in. za­war­cie cza­so­we­go za­wie­sze­nia bro­ni i pod­ję­cia wspól­nych dzia­łań wo­jen­nych prze­ciw­ko An­glii i USA.

27  Przeł. An­drzej Man­da­lian (przyp. red.).

28 Ro­man Szu­che­wycz (1907-1950) - dzia­łacz Ukra­iń­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej (UWO) i OUN, ge­ne­rał i na­czel­ny do­wód­ca UPA, zgi­nął w ob­ła­wie wojsk NKWD, jego pro­chy wsy­pa­no do Zbru­cza.

29 My­ko­ła Łu­kasz (1919-1988) - wy­bit­ny ukra­iń­ski tłu­macz, po­li­glo­ta, w ży­ciu co­dzien­nym, jak po­wia­da­ją, czło­wiek nie­za­rad­ny. Re­pre­sjo­no­wa­ny za udzie­le­nie po­par­cia Iwa­no­wi Dziu­bie (ur. 1931), jed­ne­mu z li­de­rów po­ko­le­nia lat sześć­dzie­sią­tych, po opu­bli­ko­wa­niu jego bro­szu­ry In­ter­na­cjo­na­lizm czy ru­sy­fi­ka­cja?

Prze­kład: Ka­ta­rzy­na Ko­tyń­ska

Re­dak­tor se­rii: Ka­ro­li­na Iwasz­kie­wicz

Re­dak­cja: Jan Koź­biel

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Paw­łow­ska, Mał­go­rza­ta Ku­śnierz

Re­dak­cja tech­nicz­na: Anna Ga­jew­ska

 

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Mo­ni­ka Kli­mow­ska

na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej Zu­zan­ny Le­wan­dow­skiej

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki:

? Jim Scott Pho­to/Luc­ky­Pix/Cor­bis/Fo­to­Chan­nels

Fo­to­gra­fia au­tor­ki: ? Ivan Put

 

Skład i ła­ma­nie: Tekst - Mał­go­rza­ta Krzy­wic­ka

Pia­secz­no ul. Żół­kiew­skie­go 7a

 

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

 

ISBN 978-83-7747-427-3

 

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Oksa­na Za­buż­ko

 

(ur. 1960) - ukra­iń­ska pi­sar­ka, po­et­ka i ese­ist­ka. Pra­cu­je w In­sty­tu­cie Fi­lo­zo­fii Ukra­iń­skiej Aka­de­mii Nauk. Otrzy­ma­ła sty­pen­dium Fun­da­cji Ful­bri­gh­ta, wy­kła­da­ła w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Jest au­tor­ką wie­lu to­mi­ków po­etyc­kich, zbio­ru opo­wia­dań Sio­stro, sio­stro (2003; W.A.B. 2007), a tak­że ese­jów Kro­ni­ka we­dług For­tyn­bra­sa. Kra­jo­wą sła­wę i suk­ces za­gra­nicz­ny przy­nio­sły jej Ba­da­nia te­re­no­we nad ukra­iń­skim sek­sem (1996; W.A.B. 2003, wyd. II 2008). Mu­zeum po­rzu­co­nych se­kre­tów, naj­now­sza po­wieść Za­buż­ko, zdo­by­ła ty­tuł naj­lep­szej ukra­iń­skiej książ­ki roku 2010.

Wywiad Daryny Hoszczynskiej z Władysławą Matusewycz

Cała sce­na wy­glą­da tak (bar­dzo przy­jem­nie!): dwie ko­bie­ty, blon­dyn­ka i bru­net­ka, przy sto­li­ku ka­wiar­nia­ne­go ogród­ka w Pa­sa­żu przy Chresz­cza­ty­ku, obie ele­ganc­kie, za­dba­ne, z od­sło­nię­ty­mi opa­lo­ny­mi ra­mio­na­mi - jest ko­niec sierp­nia, urlo­po­wy fi­nisz, w tle od cza­su do cza­su po­ja­wia się kel­ner w bia­łej ma­ry­nar­ce, z za­gad­ko­wym pół­u­śmie­chem mil­czą­ce­go zro­zu­mie­nia, ty­po­wym dla wszyst­kich ki­jow­skich kel­ne­rów i na­da­ją­cym im wy­gląd hin­du­skich bo­gów, ale tak na­praw­dę ma­sku­ją­cym ich brak pew­no­ści sie­bie i oba­wę przed na­tknię­ciem się na po­nad­prze­cięt­ne­go klien­ta - w tym wy­pad­ku tę rolę peł­ni usta­wio­na na ta­ra­sie ka­me­ra. Ozło­co­ne i prze­świe­tlo­ne słoń­cem wło­sy blon­dyn­ki two­rzą bar­dzo ład­ny efekt świetl­ny - to zna­czy, dzię­ki temu efek­to­wi ona wy­da­je się blon­dyn­ką, tak na­praw­dę jest ra­czej my­szo­wa­ta, ale umie­jęt­nie pod­far­bo­wa­na na od­cień doj­rza­łe­go żyta, i słusz­nie: z tak drob­ny­mi pta­si­mi ry­sa­mi na­wet przy sze­ro­ko osa­dzo­nych oczach jej bla­da bu­zia z mę­skim do­łecz­kiem w bro­dzie na pew­no gi­nę­ła­by w tłu­mie bez wy­ra­zi­stej ramy, więc jest to zna­ko­mi­ta de­cy­zja ko­lo­ry­stycz­na - zresz­tą nic dziw­ne­go, prze­cież to ar­tyst­ka. Na pierw­szym pla­nie, na sto­li­ku, kil­ka in­nych, też do­brych plam barw­nych: gra­ją­cy ciem­no­ru­bi­no­wym świa­tłem kie­li­szek czer­wo­ne­go wina, wy­so­ki, przy­sa­dzi­sty ku­fel ja­sne­go piwa Obo­łoń z we­sel­nym czep­cem pia­ny, ozdob­na pacz­ka Eve Slim; bud­da w bia­łej ma­ry­nar­ce przy­no­si na do­da­tek czy­stą po­piel­nicz­kę, bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cą pół­mi­sek, ale nie­ste­ty czar­ną, le­piej od­su­nąć, nie, od­sta­wić chwi­lo­wo na są­sied­ni sto­lik, bo zbyt przy­cią­ga wzrok, wszy­scy za?... Okej, do ro­bo­ty, je­dzie­my!

- Wła­dy­sła­wo, zna­my się już tyle lat (obie śmie­ją się tym śmiesz­kiem ko­biet-spi­skow­ców, za­do­wo­lo­nych ze swo­je­go wie­ku i zwią­za­nych czymś nie­do­stęp­nym ob­ce­mu oku, śmiesz­kiem, któ­ry za­wsze bu­dzi w męż­czy­znach pod­świa­do­my nie­po­kój), że mogę na­wet przed ka­me­rą bez wa­ha­nia być z tobą na "ty", i jest to dla mnie po­wód do dumy. Przede wszyst­kim po­zwól po­gra­tu­lo­wać so­bie na­praw­dę nie­co­dzien­ne­go suk­ce­su, zwłasz­cza dla ukra­iń­skie­go ar­ty­sty - na­gro­dy Fun­da­cji Sztu­ki Ne­stlé, któ­rą otrzy­ma­ła two­ja wy­sta­wa - po­praw mnie, je­śli się mylę - w Zu­ry­chu? (W Zu­ry­chu, Ber­nie, Ge­ne­wie i Lo­zan­nie - pre­cy­zu­je blon­dyn­ka z rze­czo­wą in­to­na­cją czło­wie­ka od daw­na i sku­tecz­nie przy­zwy­cza­jo­ne­go do nie­co­dzien­nych suk­ce­sów.) Prze­pra­szam, znasz prze­cież moż­li­wo­ści ukra­iń­skich dzien­ni­ka­rzy: w za­sa­dzie wszyst­kie za­gra­nicz­ne in­for­ma­cje kul­tu­ral­ne do­sta­je­my z dru­giej ręki. (Je­śli nie z trze­ciej - wtrą­ca blon­dyn­ka. - Tak jest, je­śli nie z trze­ciej! - aż na­zbyt skwa­pli­wie pod­chwy­tu­je dzien­ni­kar­ka i obie znów się śmie­ją, tym ra­zem zło­śli­wie, po przy­ja­ciel­sku wy­zy­wa­ją­co; prze­bły­sku­je w tym wie­le lat wspól­no­ty po­glą­dów i pre­ten­sji pod ad­re­sem wła­sne­go pań­stwa.) Tak więc nie ma rady, mu­sisz o so­bie sama opo­wie­dzieć, je­śli chcesz, żeby oj­czy­zna była na bie­żą­co...

- Pa­mię­tasz sta­ry ra­dziec­ki dow­cip - mówi blon­dyn­ka, po­chy­la­jąc się nad sto­li­kiem i ca­łym cia­łem wy­su­wa­jąc do przo­du, jak­by roz­wi­ja­ła się z dołu w górę, jak las­so czy ko­ci­ca przed sko­kiem na drze­wo, do­pie­ro te­raz ope­ra­tor do­strze­ga przez oko ka­me­ry, ile siły wi­dać w tej jej ostro­no­sej pta­siej twa­rzycz­ce z doł­kiem w bro­dzie, na­jazd, zbli­że­nie - dla­cze­go w skle­pach nie ma mię­sa?

- ??? - Dzien­ni­kar­ka py­ta­ją­co uno­si brwi, z góry roz­ra­do­wa­na, roz­świe­tlo­na nie­cier­pli­wą go­to­wo­ścią do śmie­chu.

- Bo zbli­ża­my się do ko­mu­ni­zmu sied­mio­mi­lo­wy­mi kro­ka­mi, a by­deł­ko za nami nie na­dą­ża. Tak samo z tymi na­szy­mi ar­ty­sta­mi, któ­rzy zdo­by­li uzna­nie mię­dzy­na­ro­do­we: kraj za nami nie na­dą­ża...

- I nie tyl­ko za ar­ty­sta­mi - po­pie­ra ją dzien­ni­kar­ka, gdy już prze­sta­je chi­cho­tać. - To samo jest z na­ukow­ca­mi, któ­rych Za­chód ku­pu­je, a na­sza Aka­de­mia w ogó­le nie in­te­re­su­je się ich od­kry­cia­mi, i z in­te­lek­tu­ali­sta­mi, któ­rzy roz­bie­gli się po ob­cych gran­tach, bo o wła­snych ukra­iń­skich moż­na tyl­ko po­ma­rzyć... Z kra­ju zwy­czaj­nie od­pły­wa­ją mó­zgi, boję się, że jak tak da­lej pój­dzie, to za ja­kieś dzie­sięć-pięt­na­ście lat wszy­scy tu bę­dzie­my zno­wu bie­gać na czte­rech ła­pach... Ale prze­cież bę­dzie­my opty­mist­ka­mi, praw­da, Wła­do? (Blon­dyn­ka iro­nicz­nie mru­ży oczy, jak­by w ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ną fra­zę, któ­ra wska­że jej, czy ma być opty­mist­ką, czy nie, jej skro­nie zna­czą przy tym ostre kre­ski zmarsz­czek i twarz na­gle zy­sku­je tę pla­stycz­ną do­sko­na­łość, któ­rą, co w tym mo­men­cie wi­dać, osią­gnie do­pie­ro za kil­ka lat, do­sko­na­łość wy­raź­nie uwi­docz­nio­ne­go cha­rak­te­ru, czym nie­któ­re doj­rza­łe ko­bie­ty ro­bią znacz­nie więk­sze wra­że­nie niż mło­dzień­czą uro­dą, jesz­cze ze dwa-trzy lata i blon­dyn­ka, o ile, rzecz ja­sna, wciąż jesz­cze bę­dzie blon­dyn­ką, cał­ko­wi­cie do­go­ni swój we­wnętrz­ny ob­raz i bę­dzie do­sko­na­łą, ar­ty­stycz­ną pięk­no­ścią.) I na­wet je­śli dziś uzna­nie, zdo­by­te przez cie­bie na Za­cho­dzie - kon­ty­nu­uje bru­net­ka - tu­taj, na Ukra­inie, nie wy­wo­łu­je żad­nej re­ak­cji, może oprócz za­zdro­ści ko­le­gów, to tak czy in­a­czej, obiek­tyw­nie (to sło­wo pod­kre­śla do nie­przy­zwo­ito­ści sek­su­al­nie, okrą­gły­mi usta­mi ko­lo­ru ma­ków z no­wej ko­lek­cji Broc­car­di, jak­by każ­dą li­te­rę wy­ma­wia­ła wy­tłusz­czo­ną kur­sy­wą: w prze­ci­wień­stwie do swo­jej roz­mów­czy­ni mówi nie tyl­ko do niej, ale też do wy­obra­żo­nej wi­dow­ni, któ­ra ma to wszyst­ko ku­pić) pra­cu­jesz na rzecz tego sa­me­go kra­ju, któ­ry, jak mó­wisz, za tobą nie na­dą­ża, w szcze­gól­no­ści na rzecz zmia­ny jego ob­ra­zu sa­me­go sie­bie, co moim zda­niem jest ogrom­nie waż­ne... (Blon­dyn­ka mru­czy po­twier­dza­ją­co - wy­raź­nie nu­dzi ją ta dy­dak­tycz­na wstaw­ka.) Ukra­iń­ców, jak wia­do­mo, ce­chu­je chro­nicz­ne ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści, więc wszel­kie uzna­nie "ob­cych" dla "na­szych" moż­na uznać za maść na za­sta­rza­łe ura­zy na­ro­do­we. Przejdź­my więc do rze­czy, czy­li do two­jej wy­sta­wy. Wy­ja­śnij naj­pierw, pro­szę, samą na­zwę cy­klu - "Se­kre­ty".

- Cóż, po­mysł wziął się z za­ba­wy z na­sze­go dzie­ciń­stwa - pa­mię­tasz, jak jesz­cze w przed­szko­lu, w la­tach sześć­dzie­sią­tych, sie­dem­dzie­sią­tych, wszyst­kie dziew­czyn­ki ro­bi­ły "se­kre­ty"?

- Ja­sne, pew­nie że pa­mię­tam! - cie­szy się bru­net­ka. - Co cie­ka­we, chy­ba tyl­ko dziew­czyn­ki?

- Otóż to, chłop­ców się do tego nie do­pusz­cza­ło, na­wet tych, któ­rzy ba­wi­li się z dziew­czyn­ka­mi, do­sko­na­le pa­mię­tam (blon­dyn­ka nie­spiesz­nie od­su­wa z twa­rzy ko­smyk wło­sów, jak­by jed­nym ru­chem usu­wa­ła sprzed oczu trzy­dzie­ści mi­nio­nych lat). Sama mia­łam ta­kie­go ko­le­gę, na­wet lal­ka­mi się ra­zem ba­wi­li­śmy, ja by­łam mamą, on tatą, ale do "se­kre­tów" na­wet on nie miał do­stę­pu...

- Prze­pra­szam, że prze­ry­wam... a w dzie­ciń­stwie w ogó­le czę­ściej ba­wi­łaś się z chłop­ca­mi czy jed­nak z dziew­czyn­ka­mi? Bo nie­któ­rzy twier­dzą, że ko­bie­ty, któ­re osią­gnę­ły suk­ces, za­wsze są efek­tem, jak to się mówi, mę­skie­go wy­cho­wa­nia, że to te, któ­re szko­lo­no jak chłop­ców...

- Nie wiem... Nie są­dzę... Nie, ba­wi­łam się z dziew­czyn­ka­mi, wszyst­ko we­dle sta­rej do­brej tra­dy­cji, lal­ki, ubran­ka, ca­łe­mu po­dwór­ku lale ob­szy­wa­łam, bar­dzo to lu­bi­łam... Wy­da­je mi się, że tu cho­dzi o coś in­ne­go (zde­cy­do­wa­nym ru­chem za­dzie­ra bro­dę, oczy jej ko­cio roz­bły­sku­ją i na­wet zmie­nia­ją ko­lor: przed se­kun­dą, przy wzro­ku roz­my­tym w po­szu­ki­wa­niach, były nie­mow­lę­ce, ja­sno­sza­re, a te­raz prze­łą­czy­ły się w prze­ni­kli­we sta­lo­wo­błę­kit­ne pło­mie­nie my­śli roz­pę­dzo­nej do peł­nej pręd­ko­ści, ope­ra­tor po­wi­nien być za­chwy­co­ny: nie­czę­sto tra­fia­ją się ta­kie wy­mow­ne twa­rze, gdzie na po­wierzch­ni, jak na czy­stej ta­fli wody, mi­go­czą wszyst­kie cie­nie pod­wod­nych ru­chów), wiesz, co na­praw­dę mia­ło wpływ? By­cie có­recz­ką ta­tu­sia! W dzie­ciń­stwie naj­waż­niej­szą dla mnie po­sta­cią był tata, to wła­śnie on uczył mnie ma­lo­wać, po­tem co­dzien­nie rano od­wo­ził na za­ję­cia do szko­ły pla­stycz­nej, jego au­to­ry­tet bar­dzo dłu­go był nie­za­chwia­ny. Uczci­wie mó­wiąc, wciąż uwa­żam go za ogrom­nie nie­do­ce­nio­ne­go ar­ty­stę, miał nie­zwy­kle cie­ka­we pra­ce, zwłasz­cza nie­fi­gu­ra­tyw­ne, tyle że sama wiesz, jaki był za ko­mu­ny ofi­cjal­ny sto­su­nek do wszel­kiej abs­trak­cji... To w ogó­le bar­dzo cie­ka­we, kie­dy się nad tym za­sta­no­wić - może i masz ra­cję, to zna­czy, co do ko­bie­cych suk­ce­sów: wszyst­kie dziew­czy­ny, któ­re znam i któ­re coś osią­gnę­ły, wszyst­kie są wła­śnie có­recz­ka­mi ta­tu­sia, ty prze­cież tak samo, Dar? (Bru­net­ka w mil­cze­niu po­ta­ku­je.) I na­wet w folk­lo­rze to wi­dać: we wszyst­kich baj­kach za­wsze ma­mu­si­na cór­ka prze­gry­wa, a ta­tu­sio­wa có­recz­ka przy­wo­zi do domu peł­ną skrzy­nię wszel­kie­go do­bra - po­noć dla­te­go, że jest taka ro­bot­na, a jej sio­stra le­ni­wa - ale może mat­czy­na cór­ka po pro­stu nie zo­sta­ła na­uczo­na, jak by­śmy to dzi­siaj po­wie­dzie­li, za­cho­wań spo­łecz­nych? Nie wie, jak za­cho­wać się wśród ob­cych, jak spryt­nie im po­chle­bić i dzię­ki temu nie­po­strze­że­nie osią­gnąć swój cel, tyl­ko już od pro­gu otwar­tym tek­stem wy­wa­la ob­cej cza­row­ni­cy (Wę­żo­wej ca­ry­cy - do­po­wia­da roz­ba­wio­na dzien­ni­kar­ka), uhm, wę­żo­wej ca­ry­cy, wszyst­kie swo­je za­mia­ry pro­sto mię­dzy oczy, jak ro­dzo­nej ma­mie - taka so­bie do­mo­wa dzi­ku­ska, praw­da?... To zna­czy, wy­glą­da na to, że po­przed­nie po­ko­le­nia ko­biet, z na­szy­mi mat­ka­mi włącz­nie, zwy­czaj­nie nie umia­ły za­szcze­pić cór­kom żad­nych na­wy­ków ko­niecz­nych do prze­trwa­nia poza ścia­na­mi wła­snej cha­ty - do ta­kiej wyż­szej ma­te­ma­ty­ki po­trzeb­ny już jest męż­czy­zna w domu... (Ma­lar­ka za­po­mi­na się i za­czy­na w sku­pie­niu gryźć pa­zno­kieć, ale bie­rze się w garść; jej ręka, na tle drob­nej syl­wet­ki, jest nie­ocze­ki­wa­nie duża i sil­na, z sze­ro­ką dło­nią, pa­znok­cie bez ma­ni­cu­re'u - bar­dzo wy­mow­na, uczci­wa rze­mieśl­ni­cza ręka, przy mon­ta­żu to się wy­tnie.)

- A je­śli wziąć pod uwa­gę - dzien­ni­kar­ka rzu­ca się w po­goń za wy­pusz­czo­ną my­ślą, by da­lej na­wi­jać ją na kłę­bek we wła­ści­wym kie­run­ku - że wła­śnie lata dzie­więć­dzie­sią­te chy­ba po raz pierw­szy dały nam ma­so­we po­ko­le­nie sa­mot­nych ma­tek, kie­dy ko­bie­ty prze­sta­ły oba­wiać się (znów za­okrą­gla usta i na­pie­ra gło­sem na to sło­wo, jak cia­łem na za­mknię­te drzwi) sa­mo­dziel­ne­go wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka, to jak ci się wy­da­je, co cze­ka w przy­szło­ści na­sze cór­ki? Czy ty sama zdo­łasz te­raz za­pew­nić swo­jej Ka­tru­si od­po­wied­ni po­ziom przy­sto­so­wa­nia spo­łecz­ne­go? Taki (pro­fe­sjo­nal­ny błysk uśmie­chu, przy­trzy­ma­ny ką­ci­ka­mi warg, ma­ją­cy wziąć w po­błaż­li­wy cu­dzy­słów ko­lej­ną fra­zę), by w do­ro­słym ży­ciu nie tra­ci­ła kon­te­nan­su przed żad­ną wę­żo­wą ca­ry­cą?

- My­ślę, że tak - po krót­kim wa­ha­niu twar­do i bez uśmie­chu od­po­wia­da ar­tyst­ka; wi­dać, że to wła­śnie py­ta­nie sta­ło przed nią w trak­cie ca­łe­go wcze­śniej­sze­go mo­no­lo­gu. - Bar­dzo na to li­czę.

- Wra­ca­jąc do "se­kre­tów"... czy Ka­tru­sia robi "se­kre­ty", jak ty w dzie­ciń­stwie?

- Ja­kie tam "se­kre­ty"! - Ar­tyst­ka ma­cha ręką i śmie­je się, tym ra­zem z po­wścią­gli­wą dumą czło­wie­ka wy­prze­dzo­ne­go w cza­sie przez wła­sne dzie­ci. - W gry kom­pu­te­ro­we te­raz się gra! I w ogó­le mam wra­że­nie, że ich, wiesz, strasz­li­wie ogłu­pia nad­miar in­for­ma­cji wi­zu­al­nej, cią­gle wisi wo­kół nich ja­kiś taki ko­lo­ro­wy szum... Po­rów­naj, o ileż bar­dziej sza­ry był nasz świat do­ra­sta­nia (O-o-o-o! - wzdy­cha dzien­ni­kar­ka), jak bar­dzo od ma­łe­go by­li­śmy głod­ni ko­lo­rów - pa­mię­tasz, co naj­chęt­niej się zbie­ra­ło? Fan­ti­ki, ko­lo­ro­we pa­pier­ki od cu­kier­ków - im bar­dziej pstro­ka­te, tym były rzad­sze!

- I tym cen­niej­sze - wtrą­ca dzien­ni­kar­ka, w jej gło­sie prze­bi­ja su­ro­wa nuta za­wo­do­wej kom­pe­ten­cji. - Pa­mię­tam, jak za­zdro­ści­łam dziew­czyn­ce z są­siedz­twa, któ­rej oj­ciec przy­wo­ził cu­kier­ki z de­le­ga­cji za­gra­nicz­nych, mia­ła naj­lep­szą ko­lek­cję w oko­li­cy, wzrok się od tych fan­ti­ków mą­cił!

- Otóż to, ja też mam ta­kie wspo­mnie­nia... A te­raz po­patrz: z cze­go skła­dał się "se­kret"? Trze­ba było wy­dłu­bać do­łek w zie­mi, wy­ście­lić czymś błysz­czą­cym, naj­czę­ściej sre­ber­kiem od cze­ko­la­dy - tak w ogó­le ta­kie tło, błysz­czą­ce i z po­głę­bio­ną per­spek­ty­wą, to za­sa­da, któ­rą rzą­dzi się iko­na łub­ko­wa, ta póź­na, już z ma­nu­fak­tu­ry, po­czy­na­jąc od koń­ca dzie­więt­na­ste­go wie­ku, po wsiach wciąż jesz­cze moż­na je spo­tkać...

- Nig­dy o tym nie po­my­śla­łam! - Dzien­ni­kar­ka pod­ska­ku­je jak pod­eks­cy­to­wa­na ryb­ka. - Cho­ciaż w su­mie to nic dziw­ne­go, dzie­cię­ce za­ba­wy za­wsze mają w so­bie ja­kieś ru­dy­men­ty ar­cha­icz­nej kul­tu­ry do­ro­słych... Czy ktoś z na­szych hi­sto­ry­ków sztu­ki o tym pi­sał, czy to two­je wła­sne spo­strze­że­nia?

- Daj spo­kój, Da­ry­no, wciąż jesz­cze nie mamy peł­nej hi­sto­rii ukra­iń­skiej iko­ny, a ty chcesz, żeby ktoś pi­sał o dzie­cię­cych za­ba­wach! Ale po­cze­kaj, na tym po­do­bień­stwo się nie koń­czy. Na ta­kim błysz­czą­cym srebr­nym albo zło­tym tle ukła­da­ło się, pa­mię­tasz, apli­ka­cję z odłam­ków, okru­chów, róż­nych drob­nych śmie­ci wa­la­ją­cych się pod no­ga­mi, byle tyl­ko były ja­skra­we: pa­pier­ki od cu­kier­ków, ko­lo­ro­we szkieł­ka, ko­ra­li­ki, gu­zi­ki - swo­ją dro­gą, bar­dzo cie­ka­we gu­zi­ki wte­dy były, lu­dzie jesz­cze sami so­bie szy­li, ro­bi­li na dru­tach, kra­wiec­two kwi­tło... Do tego szły w ruch głów­ki kwia­tów - ru­mian­ki, flok­sy, brat­ki - z nich ro­bi­ło się taką ozdob­ną ram­kę, co swo­ją dro­gą, też przy­po­mi­na ukra­iń­ski pry­mi­ty­wizm, na­sze iko­ny lu­do­we tak­że mają kwia­to­wy or­na­ment... I taki się ko­la­żyk ro­bi­ło, na ile komu wy­star­cza­ło fan­ta­zji, z wierz­chu przy­kry­wa­ło od­po­wied­nio du­żym ka­wał­kiem szkła - za­uważ, że iko­ny z ma­nu­fak­tur też były za szkłem - i za­sy­py­wa­ło zie­mią. A po­tem, kie­dy zie­mię od­su­nąć, po­ja­wia­ło się okien­ko, za któ­rym mi­go­ta­ło nie­sa­mo­wi­te pięk­no - zu­peł­nie jak skar­by Ala­dy­na... (Dzien­ni­kar­ka, któ­ra po­ta­ki­wa­ła w za­chwy­cie każ­de­mu sło­wu, jak wzo­ro­wa stu­dent­ka na wy­kła­dzie ulu­bio­ne­go pro­fe­so­ra, roz­chy­la ma­ko­we ustecz­ka, żeby wtrą­cić daw­no go­to­wy ko­men­tarz, ale ar­tyst­ka w lo­cie prze­chwy­tu­je jej kwe­stię, jesz­cze nie­wy­po­wie­dzia­ną, czym wy­wo­łu­je u swo­jej roz­mów­czy­ni ko­lej­ny na­pad mi­micz­ne­go en­tu­zja­zmu.) Oczy­wi­ście to nie była peł­no­war­to­ścio­wa twór­czość ar­ty­stycz­na, nic w ro­dza­ju tego, jak dzie­ci, na przy­kład, ry­su­ją albo wier­szy­ki ukła­da­ją (Otóż to - wci­ska się dzien­ni­kar­ka - chcia­łam wła­śnie...), no tak, pod­sta­wo­wa funk­cja "se­kre­tu" po­le­ga­ła nie tyle na tym, że miał być ład­ny, ile na tym, że oprócz jego twór­ców - czy jak by tu trze­ba po­wie­dzieć: twór­czyń - oprócz kil­ku przy­ja­ció­łek, któ­re go ro­bi­ły, nikt wię­cej nie miał pra­wa o nim wie­dzieć, więc nie było się przed kim po­chwa­lić jego pięk­nem, obo­wią­zy­wa­ła su­ro­wa kon­spi­ra­cja! Na­stęp­ne­go dnia przy­cho­dzi­ło się w to samo miej­sce - było ja­koś ozna­czo­ne: uła­ma­ną ga­łąz­ką, ka­my­kiem - i spraw­dza­ło, czy "se­kret" jest nie­na­ru­szo­ny. To był taki ro­dzaj ry­tu­ału wie­czy­stej przy­jaź­ni, po­ta­jem­ne­go sio­strzań­stwa czy co...

- Pa­mię­tam - wtrą­ca jed­nak dzien­ni­kar­ka, jej głos w roz­ma­rze­niu po­brzmie­wa ele­gij­ny­mi al­to­wy­mi to­na­mi - ile dra­ma­tów wo­kół tego się roz­gry­wa­ło, oj-joj-joj! (W za­dzi­wie­niu krę­ci gło­wą, jak­by do­pie­ro te­raz po­ję­ła roz­mia­ry daw­nej ka­ta­stro­fy, z któ­rej cu­dem zdo­ła­ła oca­leć.) "Hal­ka Dar­ce nasz se­kret po­ka­za­ła!" - i już po trzy dni cho­dzą na­dą­sa­ne, nie roz­ma­wia­ją ze sobą, strasz­li­wa zdra­da...

- A wszyst­kie te alar­my - też z bły­skiem roz­czu­le­nia w oku pod­chwy­tu­je ar­tyst­ka - kie­dy ktoś ka­myk prze­su­nął! I cho­dzą małe, strasz­nie prze­ję­te, mie­rzą kro­ki i kom­bi­nu­ją, czy na­praw­dę ża­den nie­go­dzi­wiec się do ich "se­kre­tu" nie do­bie­rał...

- A je­śli, nie daj Boże, ktoś jed­nak go od­ko­pał - uuu, to już po pro­stu kry­mi­nal­na hi­sto­ria była, gdzie do niej ro­syj­skim se­ria­lom!...

Obie śmie­ją się wil­got­nym ko­bie­cym śmie­chem, idą­cym z głę­bi pier­si, na­brzmia­łym wzru­sze­niem, jak­by za­po­mnia­ły, po co są tu­taj, przed ka­me­rą - dwie do­ro­słe ko­bie­ty z do­brych do­mów, w mod­nych ciusz­kach i z im­por­to­wa­ną opa­le­ni­zną śród­ziem­no­mor­skich ku­ror­tów - topy Mor­gan i Lau­ry Ash­ley, je­dwab­ne apasz­ki i spód­ni­ce Ver­sa­ce i Ar­ma­ni (a przy tym nic rzu­ca­ją­ce­go się w oczy, na po­kaz, Boże broń, żad­nej alu­zji do no­wo­bo­gac­kiej con­spi­cu­ous con­sump­tion, do ja­skra­wych pió­rek eli­tar­nych pa­nie­nek do to­wa­rzy­stwa a la mo­skiew­ski "Co­smo­po­li­tan" i jego miej­sco­we klo­ny - tyl­ko wy­go­da, wy­go­da i uda­wa­na pro­sto­ta: po­wścią­gli­wy, dro­gi styl pra­cu­ją­cych ko­biet, któ­re zna­ją swo­ją war­tość i nie mu­szą wy­sta­wiać jej na wi­dok pu­blicz­ny...) - z od­młod­nia­ły­mi na­gle, roz­świe­tlo­ny­mi twa­rza­mi, z tym za­sty­głym w oczach pro­mie­ni­stym nie­do­po­wie­dze­niem, zwro­tem w-sie­bie-i-w-swo­je, któ­ry ko­bie­ty umie­ją za­cho­wać na­wet w chwi­lach peł­ne­go re­zo­nan­su du­cho­we­go, w tej chwi­li tro­chę przy­po­mi­na­ją mło­de mamy, za­pa­trzo­ne w swo­je ma­lu­chy - jak­by z per­spek­ty­wy lat pa­trzy­ły na ich, a nie na swo­je dzie­ciń­stwo - a czę­ścio­wo, i może na­wet bar­dziej - dwie prze­dziw­nie po­zba­wio­ne wie­ku przy­ja­ciół­ki, po­łą­czo­ne wspól­nie uło­żo­nym przed chwi­lą "se­kre­tem", ry­tu­ałem po­ta­jem­ne­go dziew­czę­ce­go sio­strzań­stwa, do któ­re­go chłop­ców się nie do­pusz­cza, więc obec­ni przy tej sce­nie chłop­cy - re­ży­ser i ope­ra­tor - mo­men­tal­nie czu­ją po­dej­rza­nie pa­lą­cą po­trze­bę, żeby wyjść na pa­pie­ro­sa, zmie­nić ta­śmę, ob­ni­żyć tem­pe­ra­tu­rę roz­mo­wy i ja­koś przy­po­mnieć o swo­im ist­nie­niu, krót­ko mó­wiąc, przy­wró­cić po­rzą­dek świa­ta, tak jak moż­na to zro­bić w wa­run­kach do­mo­wych, kie­dy na przy­kład żona ze zbyt­nim za­an­ga­żo­wa­niem szcze­bio­ce przez te­le­fon z ko­le­żan­ką - po­ka­zać ge­stem, że nie tyl­ko ona po­trze­bu­je te­le­fo­nu, albo w osta­tecz­no­ści roz­bić ta­lerz w kuch­ni. Tak więc prze­rwa, dziew­czy­ny, prze­rwa. Po prze­rwie - w któ­rej trak­cie ich nie­do­rzecz­ne li­rycz­ne unie­sie­nie, nie ma rady, spe­szo­ne opa­da - dzien­ni­kar­ka, jak osa­dzo­ny w pół sko­ku i za­wró­co­ny do sze­re­gu kłu­sak, od­zy­sku­je for­mę i zde­cy­do­wa­nie zmie­nia ton na bar­dziej pro­fe­sjo­nal­ny, ostro nad­ra­bia­jąc utra­co­ne tem­po nie­wia­ry­god­nym ata­kiem eru­dy­cji - tro­chę jak pry­mu­ska, któ­ra chce po­ka­zać swo­ją per­fek­cję przed na­uczy­cie­lem (nie­waż­ne, że nie­wi­docz­nym w ka­drze), po­dej­rze­wa­ją­cym, że nie na­uczy­ła się lek­cji:

- Wła­dy­sła­wo, two­ja opo­wieść zmu­si­ła mnie do no­we­go spoj­rze­nia na eu­ro­pej­ską re­cep­cję "Se­kre­tów"; prze­cież przed Szwaj­ca­rią, o czym war­to na­szym wi­dzom przy­po­mnieć, ten cykl był pre­zen­to­wa­ny w Niem­czech, w mo­na­chij­skim Deut­sche Mu­seum, a tak­że w pry­wat­nej ga­le­rii w Ko­pen­ha­dze, o czym póź­niej po­wie­my osob­no... Czy­ta­łam nie­któ­re ar­ty­ku­ły z za­chod­niej pra­sy - "Süd­deut­sche Ze­itung", "Neue Züri­cher Ze­itung" - i zdzi­wi­ło mnie, że tam­tej­si re­cen­zen­ci jako naj­waż­niej­szą chy­ba two­ją za­słu­gę wska­zu­ją no­wa­tor­skie wy­ko­rzy­sta­nie, we­dług ich słów, "bi­zan­tyń­skiej tech­ni­ki pi­sa­nia ikon". Nie je­stem hi­sto­ry­kiem sztu­ki, ale dla mnie wszel­kie no­wa­tor­stwo w tej dzie­dzi­nie koń­czy się na la­tach trzy­dzie­stych, to zna­czy na znisz­cze­niu My­chaj­ła Boj­czu­ka i jego szko­ły, a cie­bie jed­nak trud­no za­kla­sy­fi­ko­wać jako po­st­boj­czu­kist­kę... Ge­ne­alo­gicz­nie je­steś chy­ba naj­bli­żej Du­buf­fe­ta, z któ­rym wpraw­dzie też by­wa­łaś po­rów­ny­wa­na - cho­ciaż two­je ko­la­że na zło­tym i srebr­nym tle są moim zda­niem cie­kaw­sze (Dzię­ku­ję - ma­lar­ka uśmie­cha się z pro­fe­sjo­nal­nie od­mie­rzo­ną daw­ką scep­ty­cy­zmu) - albo pra­wie zu­peł­nie już nie­zna­ne­go u nas Lász­ló Mo­ho­lya-Na­gya, Ame­ry­ka­ni­na, któ­ry po raz pierw­szy wy­ko­rzy­stał me­to­dę na­kła­da­nia po­wierzch­ni, co daje ob­ra­zo­wi trze­ci wy­miar - głę­bię... (Orien­tu­je się, że mówi za dłu­go, a może za­spo­ko­iła swo­je po­trze­by pry­mu­ski - po­czu­ła, że wy­star­czy już po­pi­su - prze­pra­sza ar­tyst­kę nie za­wo­do­wym, ale zu­peł­nie szcze­rym, nie­mal dzie­cię­cym uśmie­chem, swe­go ro­dza­ju mil­czą­cą proś­bą o zro­zu­mie­nie, jed­nak roz­mów­czy­ni wy­raź­nie nie zwra­ca uwa­gi na ta­kie dro­bia­zgi: śle­dzi bieg my­śli i cze­ka na py­ta­nie.) To zna­czy, wy­da­je mi się, że za­chod­ni re­cen­zen­ci po pro­stu nie wie­dzą, w ja­kim kon­tek­ście cię umie­ścić - ukra­iń­skie­go nie zna­ją, naj­bliż­szy dla nich do­stęp­ny to ro­syj­ski, stąd pew­nie całe to "Bi­zan­cjum"... Ale może to oni z dy­stan­su do­strze­gli coś, cze­go my od we­wnątrz nie wi­dzi­my, wła­śnie to za­gad­ko­we po­kre­wień­stwo dzie­cię­cych "se­kre­tów" z iko­ną z ma­nu­fak­tu­ry?

- Wca­le nie ta­kie za­gad­ko­we. - Ar­tyst­ka znów po­chy­la się, za­czep­nie uno­sząc swo­ją nie­wzru­szo­ną, kształt­ną bród­kę, ni­czym za­ci­śnię­tą piąst­kę. - Da­ry­no, ja mam bar­dzo po­waż­ne po­dej­rze­nia, że ta za­ba­wa kie­dyś na po­cząt­ku, gdy tyl­ko się po­ja­wi­ła, była na­śla­do­wa­niem wła­śnie za­ko­py­wa­nia ikon. (Dzien­ni­kar­ka wzdy­cha gło­śno, otwie­ra swo­je sek­su­al­nie-pur­pu­ro­we ustecz­ka i tak za­mie­ra.) Tak, tak. Po­czą­tek lat trzy­dzie­stych. Jest jed­na rzecz, o któ­rej za­po­mi­na­my, mó­wiąc o ko­lek­ty­wi­za­cji: od­dzia­ły re­kwi­zy­cyj­ne za­bie­ra­ły prze­cież po cha­tach nie tyl­ko za­pa­sy żyw­no­ści czy cen­ny do­by­tek - ko­żu­chy, płót­no ze skrzy­ni, inne ta­kie... Oczy­wi­stym prze­stęp­stwem były iko­ny na ścia­nach - albo nisz­czo­no je na miej­scu, albo za­bie­ra­no co cen­niej­sze: zło­te sza­ty zdzie­ra­no, a de­ski pa­lo­no. Więc co za­po­bie­gliw­si zwy­czaj­nie za­ko­py­wa­li swo­je ob­ra­zy w ta­jem­nym miej­scu i mu­sia­ło to być dość ma­so­we zja­wi­sko - stąd wła­śnie "se­kret".

- O któ­rym ni­ko­mu nie moż­na po­wie­dzieć...

- Boże broń - ani pi­snąć! I to wła­śnie wbi­ło się w dzie­cię­cą pa­mięć. Sche­mat, jak wi­dzisz, jest bar­dzo pro­sty: na­sze bab­cie cho­wa­ły iko­ny w zie­mi, na­sze mamy to pod­glą­da­ły, pew­nie też ba­wi­ły się w na­śla­do­wa­nie do­ro­słych, jak to dzie­ci, a nam po­zo­sta­ła już tyl­ko po­zba­wio­na oczy­wi­ste­go zna­cze­nia ukła­dan­ka z przy­pad­ko­wych szkie­łek, swe­go ro­dza­ju za­ni­ka­ją­ce echo, dźwięk bez ję­zy­ka... A na­szym dzie­ciom już na­wet to nie po­zo­sta­ło - było, mi­nę­ło!

- Bab­cia opo­wia­da­ła mi - jak­by nie na te­mat mówi w za­my­śle­niu dzien­ni­kar­ka - że za­ko­pa­li wte­dy bi­blio­te­kę pra­dziad­ka, miał mnó­stwo przed­re­wo­lu­cyj­nych ksią­żek, Wyn­ny­czen­kę, Hru­szew­skie­go, hi­sto­rię li­te­ra­tu­ry fran­cu­skiej w prze­kła­dzie Pe­tlu­ry, więc się prze­stra­szy­li... A po­tem już nie zna­leź­li tego miej­sca, zresz­tą dom spło­nął w cza­sie woj­ny... I tak gdzieś ze­tla­ło pod zie­mią. (Otrzą­sa się, rzu­ca na nową myśl i żwa­wo po­dej­mu­je trop.) A nie wy­da­je ci się, że ta­kie cho­wa­nie skar­bów pod zie­mią w ogó­le jest ja­kimś wszech­obec­nym ar­che­ty­pem ukra­iń­skiej hi­sto­rii? Spójrz na folk­lor, ileż opo­wie­ści o za­ko­pa­nych skar­bach ko­zac­kich, oprysz­kow­skich, po­wstań­czych, ja­kich chcesz!... Ile wo­kół tego de­mo­no­lo­gii - jak skar­by wy­cho­dzą na po­wierzch­nię, jak pło­ną ogniem, jak pil­nu­je ich nie­czy­sta siła, jak się z nimi ob­cho­dzić, co wrzu­cić w pło­ną­cy skarb, żeby po­sy­pa­ły się mo­ne­ty - nie wiem, czy jesz­cze gdzieś w Eu­ro­pie coś ta­kie­go moż­na spo­tkać, co naj­wy­żej chy­ba na Bał­ka­nach... Może na­sze dzie­cię­ce "se­kre­ty" to tak na­praw­dę echo jesz­cze tam­tych mi­tów, o za­klę­tym skar­bie?

- Nie! - krę­ci gło­wą ar­tyst­ka, jak na coś daw­no prze­my­śla­ne­go i od­rzu­co­ne­go. - Na pew­no nie. A wiesz dla­cze­go? Ano dla­te­go, że "se­kre­ty" były za­ba­wą "tyl­ko dla dziew­czyn"! Ob­ra­zy ukry­wa­ły ko­bie­ty, to było ich za­da­nie - raz, że na­ra­ża­ły się na mniej­sze nie­bez­pie­czeń­stwo w ra­zie przy­ła­pa­nia - bo niby co wy­ci­śniesz z ciem­nej baby (Dur­nej baby... - pod­po­wia­da z uśmie­chem dzien­ni­kar­ka), no tak, prze­cież kto kro­wy z po­wro­tem z koł­cho­zów po­za­bie­rał do za­gród w trzy­dzie­stym roku - baby i młód­ki, i uda­ło się, obro­ni­ły! A męż­czy­znom tak samo ko­nie po­za­bie­ra­li - to już strach było, za­raz by na So­łow­ki tra­fi­li. A bab­ski bunt to niby tak nie cał­kiem na po­waż­nie... A po dru­gie, i to naj­waż­niej­sze: iko­ny w cha­cie za­wsze u nas peł­ni­ły funk­cję swe­go ro­dza­ju pe­na­tów, bo­gów do­mo­we­go ogni­ska, a wszyst­ko, co do­ty­czy domu, to, rzecz ja­sna, sfe­ra ko­bie­cych kom­pe­ten­cji - mę­ski świat za­czy­na się za pro­giem... Więc na­sze bab­cie, kie­dy ukry­wa­ły świę­te ob­ra­zy, to dba­ły nie o war­tość ar­ty­stycz­ną, tyl­ko o prze­trwa­nie du­cha domu - póty cha­ty, póki ob­ra­zów, było na­wet ta­kie przy­sło­wie... To były bab­skie spra­wy, Da­ruś, na sto pro­cent bab­skie - oto dla­cze­go dwa po­ko­le­nia póź­niej za­ba­wa też jest dziew­czyń­ska. In­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia nie ma.

- Wstrzą­sa­ją­ce! - zwy­cię­sko ogła­sza bru­net­ka (te­raz na­praw­dę przy­da­ła­by się jej chwi­la na prze­tra­wie­nie tego, co usły­sza­ła, ale prze­rwa do­pie­ro była, cho­ciaż nie z jej woli, więc spraw­nie bie­rze się w garść i za­czy­na ko­lej­ne okrą­że­nie). - A dla cie­bie sa­mej, w two­jej wła­snej twór­czo­ści, jak waż­ne jest to, że je­steś ko­bie­tą? Wi­dzisz róż­ni­cę mię­dzy mę­skim i ko­bie­cym ma­lar­stwem, czu­jesz się spad­ko­bier­czy­nią ja­kiejś szcze­gól­nej ko­bie­cej tra­dy­cji ar­ty­stycz­nej? Czy mo­żesz wy­mie­nić ja­kieś ar­tyst­ki, któ­re uwa­żasz za swo­je po­przed­nicz­ki?

- Do­bre py­ta­nie, Da­ry­no, dzię­ku­ję... Wy­da­je mi się, że w "Se­kre­tach" zna­la­złam wresz­cie swój praw­dzi­wy styl, i do­ty­czy to nie tyl­ko sa­mej tech­ni­ki, tej mie­sza­ni­ny - ko­la­żu, ma­lar­skie­go tła, ko­lo­ro­wa­nych zdjęć, do­cze­pio­nych dasz­ków dla do­da­nia głę­bi... Cho­ciaż wła­ści­wie to też jest bar­dzo ko­bie­ce trak­to­wa­nie ma­te­ria­łu - wiesz, jak u go­spo­dy­ni, któ­ra wrzu­ca do barsz­czu wszyst­ko, co po­wo­li mar­nie­je w lo­dów­ce. - Ma­lar­ka za­my­śla się, szu­ka­jąc słów - i wła­śnie wte­dy

gwał­tow­ny po­dmuch wia­tru

zwie­wa jej wło­sy za ple­cy, wy­zwa­la­jąc bla­dą twa­rzycz­kę z ob­fi­tej zło­ta­wej ramy - nagą i bez­bron­ną, i za­czy­na przy­po­mi­nać po­waż­ne­go, po­nad wiek sku­pio­ne­go sza­ro­okie­go chłop­ca, klasz­tor­ne­go służ­kę, któ­ry nie­ba­wem zło­ży ślu­by, co spra­wi, że na jego twarz i całą po­stać pad­nie zim­ny, nie­tu­tej­szy blask ob­co­ści - mo­ment dziw­ny i tro­chę nie­po­ko­ją­cy, wszy­scy cich­ną, jak­by ktoś nie­wi­dzial­ny wszedł w kadr, dzien­ni­kar­kę prze­cho­dzi krót­ki, zim­ny dreszcz, ale to pew­nie tyl­ko prze­ciąg - może gdzieś da­lej, w głę­bi otwar­ły się i za­mknę­ły drzwi, a może to po pro­stu pierw­szy od­dech nad­cho­dzą­cej je­sie­ni - jak by nie pa­trzeć, sier­pień się koń­czy...

 

- Prze­pra­szam - ma­lar­ka, zbi­ta z tro­pu, pa­trzy na ko­le­żan­kę, bez­rad­nie pró­bu­jąc się uśmiech­nąć - myśl mi ucie­kła... Aha (jej głos po­wo­li od­zy­sku­je zwy­kły sta­now­czy tembr, nie­prze­rwa­nie ży­wot­ny po­tok, od cza­su do cza­su tyl­ko zwal­nia­ją­cy na bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych za­krę­tach i wi­rach my­śli), nie tyl­ko o tech­ni­kę cho­dzi, jest coś jesz­cze. Ja prze­cież pra­cu­ję z rze­cza­mi - czy ra­czej z tym, co po nich zo­sta­ło - któ­re były przez ko­goś nor­mal­nie uży­wa­ne. Wszyst­kie te ka­wa­łecz­ki ce­ra­micz­nej mo­zai­ki, któ­re wi­dzisz na ob­ra­zie, to odłam­ki praw­dzi­wych ser­wi­sów i fi­gu­rek. I tak samo sa­mo­cho­do­we owiew­ki, i skraw­ki tka­nin - wor­ki, dzia­ni­ny - rzad­ko bio­rę nowe, uży­wa­ne rze­czy mają szcze­gól­ną fak­tu­rę, są cie­płe... To zna­czy, je­śli mó­wi­my o moim od­czu­wa­niu ko­bie­ce­go dzie­dzic­twa, to ja w za­sa­dzie ro­bię coś, co jest lu­strza­nym od­bi­ciem tego, czym ko­bie­ty zaj­mo­wa­ły się od za­wsze: upięk­sza­nia ży­cia. Tra­dy­cyj­ną do­me­ną ko­biet było ma­lar­stwo nie warsz­ta­to­we, tyl­ko użyt­ko­we, zwłasz­cza u nas, na Ukra­inie, gdzie de­ko­ra­cje ma­lar­skie od wie­ków wy­cho­dzi­ły spod ko­bie­cych rąk, wszyst­kie na­sze sław­ne pry­mi­ty­wist­ki stąd bio­rą po­czą­tek - Ma­ri­ja Pry­ma­czen­ko, Han­na So­bacz­ko - z ma­lo­wa­nych pie­ców i kre­den­sów... Zresz­tą, po co szu­kać da­le­ko, na­wet Alek­san­dra Eks­ter w po­ło­wie lat dwu­dzie­stych ro­bi­ła wzo­ry dla ar­te­li tkac­kich na Mi­ko­ła­jowsz­czyź­nie, póki ich wszyst­kich nie po­roz­ga­nia­no (Na­praw­dę? - wtó­ru­je zza ka­dru dzien­ni­kar­ka. - Nie wie­dzia­łam...). No wła­śnie. A ja prze­ciw­nie, pra­cu­ję z rze­cza­mi znisz­czo­ny­mi, tro­chę jak ze zbu­rzo­nym do­mem, nie wiem, sta­ram się skon­stru­ować z nie­go nową ca­łość, już czy­sto ar­ty­stycz­ną...

- I uda­je ci się, bez dwóch zdań - mówi dzien­ni­kar­ka z mi­mo­wol­nym to­nem ser­decz­ne­go ocza­ro­wa­nia, któ­ry mo­men­tal­nie wzno­si nie­prze­by­tą szkla­ną ścia­nę mię­dzy obiek­tem i zwie­dza­ją­cym (ma­lar­ka kur­czy się w so­bie). - Za­war­tość ko­bie­cej to­reb­ki, zna­le­zio­nej na miej­scu ka­ta­stro­fy lot­ni­czej to moim zda­niem ab­so­lut­nie ge­nial­na pra­ca (ar­tyst­ka mru­czy coś trud­ne­go do zro­zu­mie­nia), nie, bez żar­tów, świet­na, praw­dzi­wa post­mo­der­ni­stycz­na kla­sy­ka! Kto ją ku­pił?

- Fon­da­tion de l'Her­mi­ta­ge z Lo­zan­ny...

- Do­brze Lo­zań­czy­kom, wzię­li i ku­pi­li so­bie Wła­dy­sła­wę Ma­tu­se­wycz! - z na­ci­skiem, żeby na pew­no nikt nie prze­oczył, woła do ka­me­ry dzien­ni­kar­ka (z są­sied­nie­go sto­li­ka pierz­cha kil­ka wy­stra­szo­nych jej pa­te­tycz­nym okrzy­kiem wró­bli). - A my, nie­szczę­śni, wciąż na­wet wła­sne­go mu­zeum sztu­ki współ­cze­snej w kra­ju nie mamy!... A pra­ca fan­ta­stycz­na, sło­wo daję, fan­ta­stycz­na (mówi, jak­by mru­cza­ła w na­sy­ce­niu, jak­by na nowo w wy­obraź­ni sma­ko­wa­ła wszyst­kie de­ta­le tej pra­cy), te­raz tyl­ko na slaj­dy bę­dzie­my so­bie mo­gli po­pa­trzeć. (Spusz­cza gło­wę, czy­ta przy­go­to­wa­ny wcze­śniej tekst:) Wy­ra­zi­ście przed­sta­wio­ny tu zo­stał go­to­wy dra­mat, zbu­do­wa­ny ze wszyst­kich tych uryw­ków świa­dectw, na któ­re za­zwy­czaj nie zwra­ca się uwa­gi. Na swój spo­sób jest to bar­dzo ki­ne­ma­to­gra­ficz­na, mon­ta­żo­wa pra­ca, w któ­rej każ­dy szcze­gół jest zna­czą­cy, moż­na ją czy­tać go­dzi­na­mi, kadr po ka­drze: roz­bi­te oku­la­ry, pa­ra­go­ny, de­kla­ra­cje cel­ne, w no­te­sie fo­to­gra­fie męża i dziec­ka, pu­der­nicz­ka z pęk­nię­tym lu­ster­kiem, a na nim prze­ra­ża­ją­ce krwa­we śla­dy...

- Da­ry­no, to szmin­ka! - prze­ry­wa ma­lar­ka, śmie­jąc się z ulgą, bo roz­mo­wa wra­ca wresz­cie od kom­ple­men­tów do spraw za­wo­do­wych. - Na lu­ster­ku jest naj­praw­dziw­sza szmin­ka, Re­vlon, utrwa­li­łam ją tyl­ko la­kie­rem!

- Na­praw­dę?... Wresz­cie mam oka­zję za­py­tać cię, daw­no już mia­łam ocho­tę, po­wiedz, nie ba­łaś się przy tej pra­cy? Nie ba­łaś się kształ­to­wa­nia ta­kiej, jak naj­bar­dziej do­słow­nej, mar­twej na­tu­ry?

Ma­lar­ka wzru­sza ra­mio­na­mi.

- Chcia­łam wie­dzieć - po krót­kim wa­ha­niu, jak­by wy­bie­ra­ła pew­ny grunt na pły­ciź­nie, znaj­du­je wresz­cie od­po­wied­nie okre­śle­nie. - Już od dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go, pa­mię­tasz, kie­dy w Ka­na­dzie pod Ha­li­fak­sem spadł sa­mo­lot Swis­sa­iru i nur­ko­wie przez ty­dzień wy­ła­wia­li rze­czy z wody, żeby umoż­li­wić iden­ty­fi­ka­cję ofiar, nie mo­głam po­zbyć się tej my­śli: oto zo­sta­je po to­bie to­reb­ka, co po­wie ob­cym lu­dziom? A po­tem ja­koś mnie sa­mej przy­pad­ko­wo w to­reb­ce roz­ma­za­ła się szmin­ka po lu­ster­ku, i wte­dy zo­ba­czy­łam, jak to ma wy­glą­dać na płót­nie. Ale żeby się bać... Ty mi le­piej po­wiedz, wi­dzia­łaś prze­cież jesz­cze przed Szwaj­ca­rią cały cykl u mnie w pra­cow­ni, po­wiedz, nie ba­łaś się, pa­trząc na to?

- O to wła­śnie cho­dzi, i to jest naj­dziw­niej­sze: to bar­dzo po­god­na pra­ca! Lek­ka, ener­ge­ty­zu­ją­ca, jak w ogó­le wszyst­kie two­je "Se­kre­ty" - i to przy ca­łym tym cha­osie, któ­ry przed­sta­wia­ją! Zu­peł­nie jak­byś oswo­iła, udo­mo­wi­ła śmierć... - Dzien­ni­kar­ka za­ci­na się, zbi­ta z tro­pu tym, do­kąd za­niósł ją po­tok wła­snych słów, i na­tych­miast spie­szy z uspra­wie­dli­wie­niem: - To zna­czy, nie w ta­kim sen­sie, jak w hol­ly­wo­odz­kich hor­ro­rach, u cie­bie w ogó­le da­le­ko od ja­kich­kol­wiek hor­ro­rów, tyl­ko... jak by to po­wie­dzieć? Jest zgrab­na kom­po­zy­cja, jest cie­pło, ta­kie nad­zwy­czaj żywe, roz­grze­wa­ją­ce, po­wie­dzia­ła­bym, po­łu­dnio­wo­ukra­iń­skie na­sy­ce­nie ko­lo­rów i te de­li­kat­ne or­na­men­tal­ne wsta­wecz­ki tu i tam, ta­kie przy­jem­ne i swoj­skie - i dzię­ki temu wszyst­kie­mu ja­koś za­po­mi­na się, że tu mowa prze­cież o śmier­ci, o koń­cu... Taka Za­war­tość ko­bie­cej to­reb­ki na­wet nie do mu­zeum się na­da­je, w domu moż­na ją po­wie­sić!

- Po­wie­si­ła­byś? - Ma­lar­ka na­gle wy­su­wa się w przód, z dołu do góry, jak ko­ci­ca za­mie­rza­ją­ca sko­czyć na drze­wo, oczy roz­sze­rza błysk ocze­ki­wa­nia, usta na wpół roz­chy­lo­ne, jak­by go­to­we pod­chwy­cić i prze­łknąć każ­de za­sły­sza­ne sło­wo. - Na­praw­dę byś po­wie­si­ła?

- Oho, i to jesz­cze jak, z dzi­ką ra­do­ścią! Tyle że, wy­bacz, Wła­do, skąd brać pie­nią­dze na taką roz­kosz? (Bru­net­ka chi­cho­cze in­nym to­nem - po­bu­dzo­nym, ze­lek­try­zo­wa­nym śmiesz­kiem ko­bie­ty, któ­ra tra­fi­ła do skle­pu ju­bi­ler­skie­go i czu­je ra­do­sne oszo­ło­mie­nie od sa­mej moż­li­wo­ści oglą­da­nia i przy­mie­rza­nia.) Nie za­ra­biam tyle, żeby móc so­bie po­zwo­lić na Wła­dy­sła­wę Ma­tu­se­wycz!...

W jej gło­sie wy­raź­nie po­brzmie­wa nut­ka dumy - tak roz­po­zna­wal­nej dla pierw­sze­go za­moż­ne­go po­ko­le­nia w kra­ju, w któ­rym wy­mie­nie­nie na głos luk­su­su, na któ­ry nie moż­na so­bie po­zwo­lić (szó­sta be­em­wi­ca, ko­lia od Tif­fa­ny'ego, ob­raz Ma­tu­se­wycz...), jest rów­no­znacz­ne ze wska­za­niem za­ma­szy­stym ge­stem nie­zmie­rzo­nych sto­sów rze­czy mniej eks­klu­zyw­nych, na któ­re, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ro­da­ków, jed­nak po­zwo­lić so­bie moż­na - a przy tym na­iw­nej, neo­fic­kiej dumy świa­to­we­go pro­win­cju­sza, wy­po­wia­da­ją­ce­go "Wła­dy­sła­wa Ma­tu­se­wycz" ta­kim sa­mym to­nem, ja­kim ko­cha­ją­cy sztu­kę bo­ur­ge­ois świa­to­wych sto­lic mó­wią "Pi­cas­so" czy "Ma­tis­se" - dumy na­sto­lat­ka czu­ją­ce­go się rów­nym do­ro­słe­mu. Jed­nak ma­lar­ka po­mi­ja tę in­to­na­cję - naj­wy­raź­niej znaj­du­je się te­raz w ja­kimś in­nym skle­pie.

- Dzię­ku­ję, Da­ry­no - mówi zwy­czaj­nie. - To, co po­wie­dzia­łaś, jest dla mnie bar­dzo waż­ne. A ob­raz ode mnie do­sta­niesz, nie martw się, nie Za­war­tość to­reb­ki, rzecz ja­sna, inny, ale z tego sa­me­go cy­klu, z "Se­kre­tów", przyj­dziesz i so­bie wy­bie­rzesz, do­brze?...

Na­wet pod ob­fi­cie na­ło­żo­nym make-upem wi­dać, jak dzien­ni­kar­ka gwał­tow­nie zmie­nia ko­lor, ob­le­wa się ru­mień­cem szczę­śli­we­go oszo­ło­mie­nia - aż po same uszy.

- Nie kręć tego! - woła ze śmie­chem, od­wra­ca­jąc się do ka­me­ry ca­łym cia­łem, za­sła­nia­jąc sobą kadr, od gwał­tow­ne­go ru­chu roz­mo­tu­je się jej nie­dba­le owi­nię­ty wo­kół szyi je­dwab­ny sza­lik (Ar­ma­ni), gro­żąc uciecz­ką, przy­trzy­mu­je go obie­ma rę­ka­mi, przy­ci­ska­jąc do ra­mion; w ka­drze wy­glą­da to ko­micz­nie, jak gest ak­tor­ki, "pierw­szej na­iw­nej" gra­ją­cej zde­ner­wo­wa­ną pro­win­cjo­nal­ną gą­skę, któ­ra wy­daw­szy ra­do­sny okrzyk, za­mar­ła z rą­czę­ta­mi na pier­si. - Wow­czyk - roz­pa­cza, szar­żu­jąc już świa­do­mie, bo wi­dzi, jak na nią pa­trzą - no do kogo mó­wię, na­tych­miast za­trzy­maj ka­me­rę, ach wy, mał­pi­szo­ny, co wy so­bie my­śli­cie, i tak to wy­tnę, tyl­ko tego mi bra­ko­wa­ło, ta­kie de­kla­ra­cje pusz­czać na wi­zję, star­li­by mnie w proch i pył, po­wie­dzą: Hosz­czyn­ska za wy­wiad bie­rze w na­tu­rze!...

Zza ka­dru wtrą­ca­ją się, przy­głu­szo­nym, trud­nym do zro­zu­mie­nia dud­nie­niem, mę­skie gło­sy:

- Aha, zwłasz­cza od na­szych po­li­ty­ków!...

- A jak, ni­cze­go so­bie fa­ce­ci!

- Ha, ha, ha!...

I w tym miej­scu ka­me­ra ga­śnie na­praw­dę.

 

*

 

Pu­sta z cie­bie lala, Da­ry­no Hosz­czyn­ska, mówi so­bie - z ogrom­nym nie­sma­kiem, je­śli nie od­ra­zą do wła­snej ster­czą­cej na ekra­nie po­sta­ci - bo na­ci­snę­ła "stop" na pi­lo­cie i opar­ła się w mro­ku gło­wą o stół. Nie­zła la­ska, pew­nie, pod tym wzglę­dem ni­cze­go ci nie brak. Ska­cze, wdzię­czy się... Przed kim tak się wy­sta­wiasz, jak­byś na me­dal pra­co­wa­ła, po jaką cho­le­rę. Czter­dzie­sto­let­nia dziew­czyn­ka, od­wiecz­na, nie­ule­czal­na pry­mu­ska, han­dlar­ka wła­sną twa­rzą i prze­czy­ta­ny­mi książ­ka­mi, lala, lala, idiot­ka.

 

Wła­da, Wła­duś­ka, taka ma­lut­ka, szczu­plut­ka jak pod­lo­tek, a przy tym taka twar­da, jak­by przy­cze­pio­na do sta­lo­wej sprę­żyn­ki - kie­dyś za­sta­łam ją w pra­cow­ni, z wło­sa­mi scho­wa­ny­mi pod chust­ką, w upa­pra­nych far­bą i gip­sem ob­szar­pa­nych ro­bo­czych spodniach, nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie - gdzie się po­dzia­ła ta ele­ganc­ka dama, ozdo­ba gło­śnych wer­ni­sa­ży i wy­twor­nych przy­jęć? - naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ła po­moc­ni­ka mu­rar­skie­go na bu­do­wie, któ­ry zszedł z rusz­to­wa­nia po wia­dro z za­pra­wą - w pra­cow­ni strasz­li­wie śmier­dzia­ło la­kie­rem (od razu mnie ze­mdli­ło), Wład­ka była jesz­cze bled­sza niż za­zwy­czaj, z fio­le­to­wy­mi jak od mro­zu war­ga­mi, i piła mle­ko pro­sto ze sto­ją­ce­go na sto­le kar­to­nu, z od­cię­te­go pa­pie­ro­we­go dziub­ka, cięż­ko, też ja­koś tak po ro­bo­ciar­sku ła­piąc od­dech, na jej brwiach i mię­dzy nimi błysz­cza­ły nie­zmy­te dro­bi­ny zło­ta, i dziw­nie było my­śleć, że to wła­śnie, dla ni­ko­go nie­wi­docz­ne, brud­ne i mo­zol­ne, jak re­mont miesz­ka­nia: pra­ca fi­zycz­na! - że to jest jej praw­dzi­we ży­cie - a po­tem, gdy już ode­szła i ro­ze­dr­ga­ne ki­jow­skie żmi­jo­wi­sko dłu­go i za­chłan­nie roz­dzio­by­wa­ło na czę­ści pierw­sze sen­sa­cyj­ną wia­do­mość (nie bez skry­wa­nej ra­do­ści, że zwy­czaj­ny po­rzą­dek rze­czy zo­stał przy­wró­co­ny i te­raz znów wszy­scy ukra­iń­scy ar­ty­ści będą jak je­den - bied­ni i za­po­zna­ni!), ta myśl była już tyl­ko nie­zno­śnie bo­le­sna, zwłasz­cza gdy z ust do ust ro­ze­szły się za­zdro­sne pod­su­mo­wa­nia jej wy­staw­ne­go po­grze­bu, "trum­na za ty­siąc do­la­rów!" (gdy usły­sza­łam to po raz pierw­szy, z głę­bi ser­ca, na jed­nej, nie­po­wstrzy­ma­nej fali roz­pa­lo­nej wście­kło­ści, w my­ślach ży­czy­łam oce­nia­czo­wi gro­bów, żeby sam so­bie na taką za­ro­bił, cze­go na­tych­miast, ugry­zł­szy się w ję­zyk, po­ża­ło­wa­łam, bo wiem prze­cież, że ten mą­dra­la ma raka tar­czy­cy i ta sama Wła­da przy­wo­zi­ła mu jesz­cze ze Szwaj­ca­rii ja­kieś trud­no do­stęp­ne le­kar­stwa - na swój koszt, bo nie miał pie­nię­dzy, a ona wszyst­ko ro­bi­ła na wła­sny koszt, za wszyst­ko w ży­ciu pła­ci­ła z wła­snej kie­sze­ni - ma­leń­ka, nie­złom­na sta­lo­wa sprę­żyn­ka, a jed­nak, jak się oka­za­ło, i kru­cha, i wca­le nie ze sta­li...) - skąd, na Boga, bra­ła się w niej taka nie­ko­bie­ca, że­la­zo­be­to­no­wa, nie­po­ru­szo­na pew­ność raz wy­bra­nej dro­gi? - ja sama, przy­wy­kła mru­gać na wszyst­kie stro­ny w ocze­ki­wa­niu okla­sków, więd­ną­ca, jak w wa­zo­nie z za­tę­chłą wodą, bez świe­żej daw­ki mę­skie­go za­chwy­tu (idiot­ka!), przez te lata na­szej przy­jaź­ni nie­po­strze­że­nie przy­zwy­cza­iłam się do skła­da­nia w my­ślach ra­por­tu - przede wszyst­kim przed nią, od niej jed­nej chcia­łam za­słu­żyć na po­chwa­łę, tym bar­dziej zna­czą­cą, że w prze­ci­wień­stwie do tych mę­skich ani tro­chę nie zwią­za­ną z dłu­go­ścią mo­ich nóg czy kształ­tem biu­stu - do­szło już na­wet do tego, że przy pierw­szym lep­szym za­wi­ro­wa­niu ży­cio­wym przede wszyst­kim ła­pa­łam za te­le­fon, by wy­pła­kać się Wła­dzie w ka­mi­zel­kę - a ona ani razu mnie nie spła­wi­ła, choć ze sto razy na to za­słu­ży­łam... Wy­da­wa­ła się taka ku­lo­od­por­na i nie­po­ru­szo­na, jej ka­rie­ra ro­sła jak to­po­la, wciąż w górę i w górę, jej boy­friend wy­sko­czył ze swo­je­go za­gad­ko­we­go biz­ne­su (do dziś nie wiem do­kład­nie, czym się zaj­mo­wał, ale to już były ta­kie pie­nią­dze, któ­rych źró­dłem nasi no­wo­bo­gac­cy prze­sta­ją się chwa­lić i na­po­my­ka­ją o nim oględ­nie albo żar­tem...) pro­sto do Rady Naj­wyż­szej i szło mu jak po ma­śle, koń­czył już, mó­wi­ła Wła­da, wy­pa­sio­ną wil­lę dla nich troj­ga gdzieś w Ro­sła­wi­czach, w tak zwa­nej pod­ki­jow­skiej Szwaj­ca­rii, wśród eko­lo­gicz­nie czy­stych łąk i sta­wów, Ka­truś­ka cho­dzi­ła do szko­ły Bri­tish Co­un­cil dla dzie­ci dy­plo­ma­tów, gdzie cze­sne wy­no­si­ło dzie­sięć ty­się­cy zie­lo­nych rocz­nie (pła­ci­ła Wła­da), wszyst­ko ukła­da­ło się świet­nie, a mia­ło być jesz­cze le­piej, i to też da­wa­ło tak po­trzeb­ną mi pew­ność, mur i opar­cie - jak­by gwa­ran­cję, że u mnie też, we­dle ja­kie­goś nie­ja­sne­go związ­ku lo­gicz­ne­go (my­śle­nie "przez ana­lo­gię", jak u ple­mion pier­wot­nych!), wszyst­ko na pew­no bę­dzie świet­nie, jak nie dziś, to ju­tro, a dzię­ki cze­muż in­ne­mu, je­śli nie ta­kie­mu bliź­nia­cze­mu skle­je­niu, wza­jem­ne­mu lu­strza­ne­mu od­bi­ja­niu, od wie­ków trwa ko­bie­ca przy­jaźń (i roz­pa­da się, le­d­wie "ana­lo­gie" koń­czą ży­wot!) - i dla­te­go, gdy tej sa­mej je­sie­ni, chy­ba z mie­siąc po na­szym wy­wia­dzie, po­skar­ży­ła mi się przez te­le­fon na bez­sen­ność - a tak rzad­ko się na coś skar­ży­ła, i za­wsze w cza­sie prze­szłym, kie­dy prze­szko­da była już po­ko­na­na, sta­cjo­na­ta wzię­ta, i moż­na z tego było co naj­wy­żej wy­cią­gać ja­kąś na­ukę ku mo­ral­ne­mu wspar­ciu: po­patrz, mnie się też przy­da­rzy­ło, i pro­szę, wy­grze­ba­łam się - to po pro­stu nie za­ła­pa­łam, nie do­strze­głam dzwo­nów na trwo­gę, do­kład­niej, pu­ści­łam mimo uszu, jak tech­nicz­ny szum w ete­rze, rzecz ja­sna, ta­kie tę­pa­ki jak ja roz­po­zna­ją te sy­gna­ły do­pie­ro, kie­dy jest po wszyst­kim, kie­dy ża­łob­ni­cy roz­cho­dzą się po po­grze­bie, i do­pie­ro wte­dy, ze wszyst­kich po­skła­da­nych w ca­łość ochów i achów, i peł­nych żalu ge­stów, wy­cho­dzi, że w ostat­nich ty­go­dniach od ta­kich sy­gna­łów wo­kół nie­bosz­czy­ka aż się ro­iło, i gdzie my wszy­scy mie­li­śmy oczy, co nas tak za­śle­pi­ło?... "Wy­obraź so­bie, nie mogę spać" - mó­wi­ła przez te­le­fon, jak­by za­pra­sza­ła mnie, tak dla roz­ryw­ki, do wspól­ne­go dzi­wo­wa­nia się temu zja­wi­sku, o dru­giej w nocy jej dźwięcz­ny gło­sik draż­nił jak pod­skór­ne swę­dze­nie, o szó­stej mu­sia­łam wstać na po­ran­ne pa­smo i tra­ci­łam już rów­no­wa­gę, wpa­da­łam na me­ble, snu­jąc się po domu ze słu­chaw­ką, któ­ra, zda­wa­ło się, do krwi ob­cie­ra­ła przy­gnie­cio­ne ucho, i na wpół przy­tom­nie zbie­ra­jąc my­śli na rano, póki Wła­da pa­pla­ła: "Ja­kiś idio­tycz­ny strach się po­ja­wił - że niby jak za­snę, to umrę" - Wła­duś, prze­mę­czo­na je­steś po pro­stu - po­wta­rza­łam swo­je, szó­sty chy­ba raz w cią­gu go­dzi­ny - nic za dar­mo, mia­łaś taki cięż­ki rok, pluń na wszyst­ko i wy­bierz­cie się na wa­ka­cje - ma­jąc na my­śli, że panu po­sło­wi też nie za­szko­dził­by od­po­czy­nek, sko­ro nie jest w sta­nie, do li­cha, jak na­le­ży uśpić prze­mę­czo­nej ko­bie­ty! - oni wszy­scy, z ich zwa­rio­wa­nym spo­so­bem ży­cia i bez­u­stan­nym pły­wa­niem przez mo­rze al­ko­ho­lu, od stre­su do stre­su, przed czter­dziest­ką prze­mie­nia­ją się w kli­nicz­nych im­po­ten­tów!... - a Wła­da da­lej nie­zmor­do­wa­nie szcze­bio­ta­ła, że wszyst­ko praw­da, że mam ra­cję, już za­pla­no­wa­ła wy­jazd, do Abu Dha­bi czy Du­ba­ju, i co lep­sze, a co tań­sze, i któ­re ona by mnie ra­dzi­ła, gdy­bym po­sta­no­wi­ła je­chać na wa­ka­cje, aż za­czę­łam bła­gać o li­tość i rzu­ci­łam: Wła­du­cho, pan­no Ma­tu­se­wi­czów­no, nie­chże cię dia­bli, daj od­po­cząć cho­ciaż te czte­ry go­dzi­ny, któ­re mi jesz­cze zo­sta­ły!... Ro­ze­śmia­ła się - krót­kim, dziw­nie śpiew­nym fle­to­wym akor­dem, i to jej po­że­gnal­ne pry­śnię­cie śmie­chem, rów­no­cze­śnie peł­ne za­kło­po­ta­nia - jak­by do­pie­ro te­raz zda­ła so­bie wresz­cie spra­wę, że nie daje mi spać - i pe­szą­ce - bo ja też po­czu­łam się za­kło­po­ta­na, że tak bru­tal­nie oznaj­mi­łam o swo­im zmę­cze­niu czło­wie­ko­wi, któ­ry cier­pi na bez­sen­ność; jak­bym po­rzu­ci­ła ją na od­lu­dziu w ob­cym mie­ście, radź so­bie sama - ten śmiech utkwił mi w uchu jak kro­pla wody i nie wy­ciekł na­wet po nocy, jak to z wodą bywa, mo­krą pla­mą na po­dusz­kę, nie stra­wi­ły go go­dzi­ny urwa­ne­go snu - obu­dzi­łam się wciąż z jego sre­brzy­stym echem w uszach i w tym, gdy­by tyl­ko wy­star­czy­ło ole­ju w gło­wie, żeby się na mo­ment za­trzy­mać i wsłu­chać, moż­na było do­strzec wy­raź­ne ostrze­że­nie, znak, że swo­ją ze zło­ści tak ostro rzu­co­ną fra­zą, któ­ra wy­pa­dła mi jak sie­kie­ra z omdla­łych rąk, nie­umyśl­nie ude­rzy­łam w ja­kąś nie­wi­dzial­ną stru­nę w kon­struk­cji świa­ta, na­cią­gnię­tą już do ta­kiej osta­tecz­no­ści, że roz­cho­dzi­ły się od niej krę­gi drżą­cych, głę­bo­kich wi­bra­cji, i kon­struk­cja świa­ta we­szła w re­zo­nans - Wła­dy fle­to­wym śmie­chem, choć mo­gło to być co­kol­wiek - re­ak­cją na­pię­tej stru­ny na fał­szy­we do­tknię­cie, szkła drap­nię­te­go brzy­twą, moje "po­zo­sta­łe czte­ry go­dzi­ny" mu­sia­ły wśród tych wi­ru­ją­cych już wo­kół Wła­dy z peł­ną pręd­ko­ścią in­fra­dź­wię­ko­wych wi­bra­cji zgrzyt­nąć ta­kim sa­mym dy­so­nan­sem, wszak mia­łam tak na­praw­dę tych po­zo­sta­łych go­dzin o wie­le wię­cej niż ona - już prze­li­czo­nych, już ucie­ka­ją­cych, już na sa­mym dnie - o czym ani ona, ani ja nie mo­gły­śmy mieć wte­dy po­ję­cia. I trzy ty­go­dnie póź­niej za­snę­ła, wła­śnie tak, jak nie po­zwa­lał jej ów lęk o pół­no­cy, za­snę­ła po­śród bia­łe­go dnia, za kie­row­ni­cą, na szo­sie na Bo­ry­spol, kie­dy jeź­dzi­ła na spo­tka­nie z po­śred­ni­kiem, od któ­re­go od­bie­ra­ła ob­ra­zy z Frank­fur­tu; nikt już ich po­tem nie wi­dział, bo po­śred­nik za­pew­niał, że od­dał i że roz­sta­li się od razu tam, na lot­ni­sku, ale kie­dy pod­nie­sio­no z rowu i roz­cię­to pal­ni­kiem prze­wró­co­ne­go gar­bu­sa, ra­zem z wci­śnię­tym weń jak w zgnie­cio­ną pusz­kę, na­bi­tym z roz­pę­du całą-klat­ką-pier­sio­wą-na-har­pun-kie­row­ni­cy cia­łem Wła­duś­ki, żad­nych ob­ra­zów w sa­mo­cho­dzie nie było, ani w środ­ku, ani w ba­gaż­ni­ku, i moż­na było oczy­wi­ście przy­pusz­czać, że sa­mo­chód zo­stał okra­dzio­ny już po wy­pad­ku, a moż­na było też ukła­dać nie­skoń­czo­ne łań­cu­chy znacz­nie gor­szych i kom­plet­nie na­wet ab­sur­dal­nych po­dej­rzeń i przy­pusz­czeń - wśród nich je­dy­nym ra­cjo­nal­nym, ma­ją­cym sens i w związ­ku z tym po­zwa­la­ją­cym nie zwa­rio­wać ży­wym, było przy­pusz­cze­nie, że za­snę­ła za kie­row­ni­cą i sa­mo­chód wpadł w po­ślizg na mo­krej jezd­ni, chwi­lę wcze­śniej rze­czy­wi­ście pa­da­ło - i nikt nie wie, i nig­dy już wie­dzieć nie bę­dzie (dłu­go pa­li­ła mnie ta myśl!), czy w ostat­niej chwi­li, gdy gar­bus le­ciał do rowu, Wła­da zdą­ży­ła obu­dzić się i zro­zu­mieć, co się dzie­je (czy zdą­ży­ła prze­ra­zić się? krzyk­nąć? czy ją bo­la­ło? czy sły­sza­ła chrzęst wła­snych ko­ści?...), czy może obu­dzi­ła się już po tam­tej stro­nie, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc prze­trzeć w zdu­mie­niu oczy i po­wo­li uprzy­tam­nia­jąc so­bie, że nie ma już ani rąk, ani oczu? (To by­ło­by lep­sze, znacz­nie lep­sze, nie­je­den mie­siąc przy­ucza­łam się do wie­rze­nia, że tak wła­śnie było...)

"Za­bi­łem ją", po­wta­rzał w kół­ko de­pu­to­wa­ny lu­do­wy Wa­dym z cu­dacz­nym krzy­wym gry­ma­sem - sie­dział, za­pad­nię­ty w oto­ma­nę, gru­by i czer­wo­ny (Wła­da, sama ma­lut­ka jak Ca­li­necz­ka, za­wsze mia­ła sła­bość do męż­czyzn po­tęż­nej bu­do­wy), ko­szu­la roz­la­zła mu się na brzu­chu, od­sła­nia­jąc ele­ganc­ką bie­li­znę, na dy­wa­nie sta­ła bu­tel­ka co­urvo­isie­ra, kie­li­szek trzy­mał w obu rę­kach, jak drew­nia­ny niedź­wia­dek, któ­ry po­skrzy­pu­jąc kó­łecz­kiem, pije swo­je mle­ko, i Wa­dym tak samo pił swo­je i kle­pał rów­no­cze­śnie jak man­trę - "Za­bi­łem ją, za­bi­łem, to moja wina, to ja po­wi­nie­nem był sie­dzieć w tym sa­mo­cho­dzie" - ta jego gro­te­sko­wa niedź­wie­dzio­kształt­ność była szcze­gól­nie przy­tła­cza­ją­ca, zwłasz­cza że skrzy­piał też coś kom­plet­nie bez­sen­sow­ne­go, coś, co tak nie pa­so­wa­ło do wy­da­rzeń - jak dźwięk szkła drap­nię­te­go brzy­twą - jak­by zo­stał tu wkle­jo­ny z ja­kie­goś in­ne­go fil­mu; po­my­śla­łam, że roz­pa­cza, bo pu­ścił Wła­dę do Bo­ry­spo­la samą, że gdy­by po­je­chał z nią, toby żyła, i rze­czy­wi­ście trud­no było temu za­prze­czać, a wy­glą­da­ło na to, że wła­śnie po­win­nam, i siłą po­wstrzy­my­wa­łam się, żeby nie krzyk­nąć: za­mknij się! - cho­ciaż nie do mnie tak na­praw­dę mó­wił, i nie mnie py­tał, gdy­by mnie tam nie było, py­tał­by tak samo kie­lisz­ka, oto­ma­ny, ścia­ny na­prze­ciw­ko: Boże mój, Boże, jak ja mam te­raz żyć? - i tu­taj, nad po­dziw ostroż­nie jak na tak po­tęż­ne cia­ło, od­sta­wił kie­li­szek na pod­ło­kiet­nik i scho­wał twarz w dło­niach, sa­piąc-bur­cząc coś już kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łe­go, a ja mo­głam tyl­ko bez­rad­nie stać i pa­trzeć na jego pal­ce, za­mar­łe na nie­mow­lę­co czer­wo­nej ły­si­nie jak pę­czek ser­del­ków... Ale prze­cież nie z musu przy­le­cia­łam wte­dy jak sta­łam do tego jego prze­klę­te­go no­wo­bo­gac­kie­go, le­d­wie ukoń­czo­ne­go, urzą­dzo­ne­go przez Wła­dę - z pen­tho­usem, ze szkla­nym da­chem - miesz­ka­nia na Ta­ra­siw­skiej, nie żeby mu prze­szka­dzać ani łą­czyć się we wspól­nym bólu - za­le­ża­ło mi na czymś in­nym, pa­trzy­łam na nie­go jak na stop­nio­wo męt­nie­ją­ce lu­stro, w któ­rym jesz­cze prze­trwał ob­raz Wła­duś­ki, szu­ka­łam na nim jesz­cze nie osty­głych, jesz­cze wczo­raj­szych, jak nie­od­stęp­ny pył, śla­dów jej obec­no­ści, a na­wet na wpół świa­do­mie ob­ser­wo­wa­łam go jej ocza­mi - cze­go nie ro­bi­łam nig­dy wcze­śniej, póki był po pro­stu jej chło­pa­kiem, tak za­wsze mó­wi­ła: nie uko­cha­ny, nie męż­czy­zna - chło­pak - i dla­te­go mi­mo­cho­dem do­strze­ga­łam z apro­ba­tą i do­brą bie­li­znę, i nie­ocze­ki­wa­nie pre­cy­zyj­ną de­li­kat­ność ru­chu, któ­rym Wa­dym od­sta­wił kie­li­szek - prze­mknę­ło przez myśl: aha, więc te łap­ska z pię­cio­ma ser­del­ka­mi po­tra­fią być też czu­łe - i jego su­chy żal bez łez też do­ce­ni­łam, wle­wał w sie­bie znacz­nie wię­cej, niż wy­le­wał: znak zdro­wych mę­skich ape­ty­tów, a przy oka­zji wy­trzy­ma­łe­go pę­che­rza i wszyst­kie­go in­ne­go też (kie­dyś wpa­dli do mnie we dwo­je, prze­sie­dzie­li­śmy pięć go­dzin, smok­cząc ko­niak, ten sam co­urvo­isier, a Wa­dym ani razu nie wstał z fo­te­la, żeby pójść do to­a­le­ty, zresz­tą Wła­da za­wsze po­wta­rza­ła, że w łóż­ku u nich wszyst­ko gra, gdy­by to nie była praw­da, nic by nie mó­wi­ła, czy­li jej bez­sen­ność nie tu mia­ła źró­dło...) - i nie to, że­bym spe­cjal­nie jak ja­kiś ko­niarz na au­kcję przy­le­cia­ła tu­taj da­wać punk­ty za tem­pe­ra­ment - wszyst­ko to prze­my­ka­ło mi przez gło­wę sa­mo­czyn­nie, w ode­rwa­nych prze­bit­kach, jak na rów­no­le­głej ta­śmie, nie czu­łam do tego męż­czy­zny ani od­ra­zy, ani sym­pa­tii, i kie­dy mó­wi­łam mu, że to nie jego wina, to nie ze współ­czu­cia dla nie­go, a wy­łącz­nie z sza­cun­ku wo­bec śmier­ci, któ­ra na­le­ża­ła wy­łącz­nie do Wła­dy i do ni­ko­go wię­cej, sa­mo­czyn­nie mu­sia­ła upleść się z wła­sno­ręcz­ne­go ry­sun­ku jej ży­cia i Wa­dy­mo­wi, na­wet je­śli w czymś za­wi­nił, z góry i raz na za­wsze prze­zna­czy­łam rolę co naj­wy­żej skór­ki od ba­na­na, na któ­rej w pe­cho­wym mo­men­cie śli­zga­ją się bo­ha­te­ro­wie sta­rych fil­mów, żeby upaść i za­bić się na miej­scu, ale w ży­ciu, w prze­ci­wień­stwie do kina, sam mo­ment za­wsze wi­docz­ny jest na dłu­go przed­tem i dla­te­go draż­ni­ła mnie skrzy­pią­ca man­tra Wa­dy­ma - "Za­bi­łem ją, za­bi­łem ją" - było w tym coś po­ni­ża­ją­ce­go dla mo­jej dum­nej i nie­za­leż­nej Wła­dy, coś z ję­zy­ka bru­kow­ców, któ­re, co ja­sne jak słoń­ce, nie za­śpią, moż­li­we, że już wę­szą pod do­mem, wy­czu­wa­jąc świe­żą pa­dli­nę, ludz­kie hie­ny, ju­tro nad­cią­gną ich całe sta­da, nie spo­sób bę­dzie opę­dzić się od bły­sków lamp - i to też trze­ba prze­żyć i ja­koś wy­trzy­mać, ale to wszyst­ko było póź­niej, w tych dła­wią­co nie­zno­śnych ty­go­dniach, kie­dy jej śmierć była na wy­przód­ki i za­chłan­nie pa­tro­szo­na, sma­żo­na, przy­pra­wia­na róż­ny­mi so­sa­mi i po­da­wa­na na stół z domu do domu, a w koń­cu tak prze­żu­ta i wy­świech­ta­na, że na­wet mnie stop­nio­wo prze­sta­ło ści­skać się ser­ce na wi­dok jej por­tre­tów, któ­re sta­ły się już tyl­ko por­tre­ta­mi zna­nej oso­bi­sto­ści, jak w en­cy­klo­pe­dii - a w tam­tych pierw­szych go­dzi­nach za­le­ża­ło mi wy­łącz­nie na jed­nym, po to wła­śnie przy­je­cha­łam do Wa­dy­ma i tępo sie­dzia­łam z nim, pi­jąc bez cie­nia efek­tu jego ko­niak, póki Wła­da le­ża­ła gdzieś w kost­ni­cy na pół­ce lo­dów­ki z przy­cze­pio­ną do nogi ety­kiet­ką, i nie mo­głam po­zbyć się mę­czą­cej, bez­sen­sow­nej my­śli, że jej tam prze­cież musi być zim­no, i mną samą raz po raz wstrzą­sa­ły dresz­cze, krót­kie i ro­ze­dr­ga­ne, jak wte­dy, w Pa­sa­żu, pod­czas na­sze­go wy­wia­du, kie­dy Wła­da znie­nac­ka wy­da­ła się służ­ką klasz­tor­ną w dzień przed po­strzy­ży­na­mi, przy­go­to­wa­nym już na opusz­cze­nie świec­kie­go świa­ta, tyl­ko tym ra­zem dreszcz nie usta­wał, nie mo­głam się roz­grzać, uczci­wie po­cią­ga­łam ko­niak, ale każ­dy łyk za­miast roz­grze­wać, sta­wał w pier­siach jak nie­prze­łknię­ty ka­mień, jak wbi­ty har­pun sa­mo­cho­do­wej kie­row­ni­cy - a po­trze­bo­wa­łam nie cze­go in­ne­go, tyl­ko upew­nie­nia się, tu i te­raz, że Wła­da była z Wa­dy­mem szczę­śli­wa - wła­śnie tak, ni mniej, ni wię­cej. Wte­dy po­czu­ła­bym ulgę, wte­dy z ca­łe­go tego kosz­ma­ru wy­ło­nił­by się i utwo­rzył ja­kiś sens - tak jak­by ona sama po­ja­wi­ła się i po­wie­dzia­ła, zde­cy­do­wa­nym ge­stem od­rzu­ca­jąc opa­da­ją­cą na oczy grzyw­kę: Wiesz co, ni­cze­go nie ża­łu­ję, ni­cze­go, sło­wo ho­no­ru.

Przy­le­cia­łam, jak za­wsze w chwi­lach pa­nicz­nej dez­orien­ta­cji, szu­kać u niej po­cie­sze­nia - w tym sa­mym miesz­ka­niu, skąd dzień wcze­śniej wy­szła i wsia­dła na po­dwór­ku do swo­je­go kur­czę­co żół­te­go gar­bu­sa. I trza­snę­ła drzwicz­ka­mi.

...Ale po­tem, czy to roz­legł się dzwo­nek do drzwi i ktoś przy­szedł, czy Wa­dym w koń­cu po­szedł do ła­zien­ki - zo­sta­łam w sa­lo­nie sama i sta­łam przy nie­za­sło­nię­tym oknie, za któ­rym szyb­ko gęst­niał jed­no­li­ty, flu­ore­scen­cyj­nie ja­skra­wy gra­nat, jak na pacz­ce Gau­lo­ises - wszyst­kie ko­lo­ry w tych dniach były jak pod­krę­co­ne do mak­sy­mal­ne­go na­sy­ce­nia, wszyst­kie obiek­ty­wy wy­su­nię­te, ja­kieś zu­peł­nie wy­rwa­ne z kon­tek­stu ka­dry raz po raz przy­cią­ga­ły mój wzrok, na przy­kład z sa­mo­cho­du w dro­dze na cmen­tarz - par­ka psów, ta­rza­ją­cych się w pry­zmie lśnią­cych, mo­krych li­ści, cęt­ko­wa­ny i czar­ny ku­dła­ty, a na mo­ście me­tra, kie­dy prze­jeż­dża­ła pod nim po­grze­bo­wa ka­wal­ka­da, zgar­bio­ny bez­dom­ny z kra­cia­stą ce­ra­to­wą tor­bą na tle ni­sko na­wi­sa­ją­cych chmur - tak bywa, kie­dy czło­wiek się za­ko­cha: każ­da przy­pad­ko­wa chwi­la, tra­fia­jąc w pole wi­dze­nia, na­brzmie­wa, puch­nie i roz­bły­sku­je na wy­lot, jak kro­pla wody przed upad­kiem, jak­by tyl­ko w mi­ło­ści i śmier­ci ży­cie wresz­cie sta­wa­ło się dla nas praw­dzi­wie wi­dzial­ne - we flu­ore­scen­cyj­nie gra­na­to­wie­ją­cym oknie po tam­tej stro­nie uli­cy ba­wi­ły się na chod­ni­ku dzie­ci, ostre kon­tu­ry syl­we­tek jak­by wy­cię­tych z czar­ne­go pa­pie­ru (tyl­ko bia­łe adi­da­sy po­bły­ski­wa­ły w pół­mro­ku jak sła­biut­kie ża­rów­ki), na pierw­szym pla­nie hip­no­ty­zu­ją­co kan­cia­sty­mi ru­cha­mi, jak skrzy­pią­ce drze­wo, grze­ba­ła w ku­błach na śmie­ci opa­tu­lo­na na ce­bul­kę ba­bu­li­na we włócz­ko­wej czap­ce, bar­dzo po­wo­li, jak na zwol­nio­nym fil­mie, prze­je­cha­ła uli­cą ciem­na maz­da z ogni­sty­mi, ry­sio sko­śny­mi re­flek­to­ra­mi, i sto­jąc w oknie w nie­zrzu­co­nym w koń­cu płasz­czu, sie­bie też wi­dząc jak­by z boku - wpi­sa­ną w ten z tru­dem, jak­by na siłę, ale jed­nak trwa­ją­cy ob­raz - na­gle z tak samo prze­raź­li­wą ja­sno­ścią zo­ba­czy­łam, że Wła­dy w tym cza­sie już nie ma - po­niósł nas w róż­ne stro­ny sam jego nie­po­wstrzy­ma­ny, w tam­tej chwi­li tak jesz­cze na­ma­cal­ny i fi­zycz­nie wy­czu­wal­ny bieg, któ­ry bez py­ta­nia, na oślep wlókł za sobą już tyl­ko mnie, a Wła­da po­zo­sta­ła w dniu wczo­raj­szym, od­dzie­lo­na, jak na krze, w ro­sną­cej mię­dzy nami szcze­li­nie już bul­go­ta­ło, rwą­cym nur­tem wy­peł­nia­jąc ją na­wał­ni­cą no­wych ka­drów, ży­cie bez niej. Wi­dzia­łam, że już nad­cią­ga rze­ka, któ­rej jej nig­dy nie opo­wiem - bo do tej chwi­li, od sa­me­go po­cząt­ku, i z Wa­dy­mem, i w ogó­le przez cały czas wciąż jesz­cze w my­ślach zwra­ca­łam się do niej, z nią dzie­li­łam się swo­im szo­kiem - dla­cze­go po­je­cha­łaś tam sama, Wła­du­siu - wy­po­mi­na­łam jej wszyst­kie nie­zli­czo­ne, drob­ne prze­ocze­nia, i na­wet nie­świa­do­mie za­ba­wia­łam ją i uspo­ka­ja­łam - ją wła­śnie, i przy­je­cha­łam tu też nie do Wa­dy­ma - do niej, za­py­tać: czy było ci z nim do­brze? - a tym­cza­sem tak na­praw­dę mó­wi­łam już do słu­chaw­ki wy­łą­czo­ne­go te­le­fo­nu, więc je­dy­ne, co mi po­zo­sta­ło, to ją odło­żyć i bez pro­te­stów dać temu strasz­ne­mu, po­wol­ne­mu, nie­od­wra­cal­ne­mu nur­to­wi nieść mnie da­lej na­przód - bez niej.

Zro­zu­mia­łam, że Wła­da umar­ła - a ja mam da­lej żyć.

Po­tem, gdy Wa­dym wró­cił do po­ko­ju i pod­ję­li­śmy prze­rwa­ną roz­mo­wę - ko­niak w koń­cu za­dzia­łał i wzię­ło go na wspo­mnie­nia, bez­ład­ne i nie­po­wstrzy­ma­ne - po raz pierw­szy po­wie­dzia­łam o Wła­dzie: "była" i sama się zdzi­wi­łam, jak ła­two mi to przy­szło: te­raz i za­wsze, czas prze­szły...

To musi być wła­śnie ten punkt x, po­czą­tek no­wej ra­chu­by, z któ­re­go za­czy­na­ją się i bie­gną w nie­skoń­czo­ność nowe osie współ­rzęd­nych - czas na­war­stwia się na to­bie jak wap­no na ko­ściach i po­wo­li, od czę­ste­go uży­wa­nia już w tym no­wym, po­zba­wio­nym zmar­łe­go cza­sie goją się, za­ra­sta­ją ma­to­wą skór­ką zra­nio­ne jego obec­no­ścią przed­mio­ty i miej­sca: skrzy­żo­wa­nie na Pe­czer­sku koło stu­dia fil­mo­we­go, gdzie Wła­da kie­dyś do­go­ni­ła mnie w swo­im żół­tym gar­bu­sie, przy­ha­mo­wa­ła i wy­sta­wi­ła przez okno roz­czo­chra­ną psze­nicz­ną głów­kę ("Da­ry­no!"), po kil­ku­na­stu przej­ściach złusz­cza z sie­bie jej ob­raz i prze­sta­je spra­wiać ból, sta­jąc się skrzy­żo­wa­niem jak każ­de inne; okna jej miesz­ka­nia, w któ­rych z da­le­ka do­strze­ga­łam świa­tło - za­raz po wyj­ściu z me­tra przy­spie­sza­łam kro­ku, w ra­do­snym przed­sma­ku na­szych po­sia­dó­wek w kuch­ni, kie­dy Ka­tru­sia za­śnie - naj­pierw sta­ły się ciem­ny­mi okna­mi opusz­czo­ne­go domu, a z cza­sem w ogó­le zgi­nę­ły, za­tar­ły się w tłu­mie in­nych okien i prze­cho­dząc tam­tę­dy ko­lej­ny raz, któ­re­goś dnia zła­pa­łam się na tym, że nie je­stem pew­na, czy za­czy­na­ły się od dru­gie­go czy od trze­cie­go za ostat­nim bal­ko­nem z pra­wej - sta­łam na chod­ni­ku z za­dar­tą gło­wą jak wry­ta, jak żona Lota, i za­cie­kle li­czy­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie roz­kład po­miesz­czeń, po gło­wie krą­żył Ham­let: a prze­cież mój oj­ciec zmarł przed dwie­ma go­dzi­na­mi - przed dwa razy dwo­ma mie­sią­ca­mi, mo­ści ksią­żę... (A je­śli na­wet dwa razy dwo­ma la­ta­mi to co, lżej?...) Kie­dy wy­cią­gnę­łam któ­re­goś dnia sta­re li­sty w de­spe­rac­kiej pró­bie ujarz­mie­nia na­ra­sta­ją­ce­go w domu pa­pie­ro­we­go cha­osu, tra­fi­łam na ko­per­tę, któ­ra wprost ude­rzy­ła mnie w oczy ni­czym snop ostre­go świa­tła, sa­mym tyl­ko na­gim zro­zu­mie­niem: to pi­smo było mi kie­dyś dro­gie! - i do­pie­ro wczy­taw­szy się w ad­res nadaw­cy, zro­zu­mia­łam, że to pi­smo Wła­dy; czyż­by na­praw­dę pa­mię­ta­ło się nie czło­wie­ka, tyl­ko na­war­stwio­ne na nim swo­je wła­sne uczu­cia, a stra­ta dla­te­go wła­śnie jest tak bo­le­sna, że zmu­sza do dłu­gie­go i nie­po­rad­ne­go chwy­ta­nia nimi pust­ki - jak siłą ode­rwa­ny­mi mac­ka­mi?... Na­praw­dę "pa­miąt­ko­we" po­zo­sta­ły chy­ba tyl­ko miej­sca nie­tknię­te, nie­za­pla­mio­ne żad­ny­mi póź­niej­szy­mi wra­że­nia­mi - jak ław­ka na Pro­ri­znej, przed daw­ną Jamą, gdzie je­sie­nią 1990 roku pa­rzy­ły­śmy so­bie pod­nie­bie­nia du­bel­to­wą kawą z ro­dza­ju "tyl­ko o po­ło­wę mniej wody pro­szę!" z fi­li­ża­nek o po­ob­tłu­ki­wa­nych (żeby nie kra­dli!) uszkach, a w dole, za Pocz­tą Głów­ną, hu­czał ludz­kim mo­rzem plac, nie­prze­mia­no­wa­ny jesz­cze na Maj­dan: ryk, wy­bu­cha­jąc w przy­pły­wach, od­bi­ja się od mu­rów, ni­czym trzę­sie­nie zie­mi wtrą­ca w dy­got szy­by w oknach opu­sto­sza­łe­go mia­sta aż do Ży­dow­skie­go Ba­za­ru i straj­ku­ją­cych za­jezd­ni tro­lej­bu­so­wych - pu­ste, ze ścią­gnię­ty­mi z dru­tów wą­sa­mi tro­lej­bu­sy sta­nę­ły na Chresz­cza­ty­ku w dwóch rzę­dach, jak przy­go­to­wa­na za­wcza­su ba­ry­ka­da, wo­kół nas drża­ło bu­rzo­we po­wie­trze o za­pa­chu pro­chu, to po­wie­trze ma­so­wych roz­ru­chów, któ­re za­wsze uwal­nia się na prze­ło­mie epok jak pod­ziem­ny gaz pod­czas ka­ta­stro­fy geo­lo­gicz­nej, po­wie­trze, któ­re samo nie­sie, po któ­rym moż­na stą­pać, biec, krzy­czeć, nie sły­sząc wła­sne­go krzy­ku - pie­kły nas spierzch­nię­te po ca­łym dniu na pla­cu usta, pa­li­ły­śmy jed­ne­go pa­pie­ro­sa na spół­kę, pa­rząc się wy­nie­sio­ną na dwór moc­ną kawą, i Wła­da, jak­by coś w niej pę­kło po wie­lu la­tach mil­cze­nia, mó­wi­ła i mó­wi­ła, bez prze­stan­ku - o swo­im roz­wo­dzie, o tym, że tak da­lej być nie może, że ży­cie musi się zmie­nić, wła­śnie te­raz za­cząć na­praw­dę, "my nie mie­li­śmy mło­do­ści, Da­ry­no" - po­wie­dzia­ła, ma­jąc na my­śli stu­den­tów na pla­cu, któ­rzy le­że­li tam, już nie wsta­jąc, na wznak, oko w oko z nie­bem, z wy­chu­dły­mi do aniel­skiej prze­zro­czy­sto­ści twa­rza­mi, ude­rza­jąc bie­lą swo­ich śmier­tel­nych opa­sek z na­pi­sem "gło­du­ję", a my im za­zdro­ści­li­śmy, bo w prze­ci­wień­stwie do nich "my nie mie­li­śmy mło­do­ści" - wy­rok, któ­ry ude­rzył mnie wte­dy do głę­bi swo­ją bru­tal­ną praw­dą; Wła­da w ogó­le mia­ła dziw­nie jak na grzecz­ną ra­dziec­ką dziew­czyn­kę roz­wi­nię­tą bez­względ­ną ja­sność do­strze­ga­nia i na­zy­wa­nia: czu­łam to samo co ona, ale za­wsze by­łam jak­by krok za nią, je­śli cho­dzi o umie­jęt­ność roz­po­zna­nia i ubra­nia swo­ich od­czuć w sło­wa. (Do­pie­ro w tam­tej chwi­li, gdy jej słu­cha­łam, po raz pierw­szy ukłu­ła mnie myśl, do któ­rej wcze­śniej nie mia­łam od­wa­gi sama przed sobą się przy­znać: że moje mał­żeń­stwo ob­umar­ło tak samo jak jej i trze­ba ze­brać się w so­bie i za­koń­czyć je w porę, chi­rur­gicz­nym cię­ciem, póki nie za­czę­ła się wza­jem­nie za­raź­li­wa du­cho­wa gan­gre­na...) Wszyst­ko zle­wa­ło się w ja­kiś jed­no­li­ty, gi­gan­tycz­ny, ru­cho­my kłąb, na­sze ży­cia roz­pa­da­ły się w rytm roz­pa­du epo­ki i prze­mie­lo­ne na twar­de, nie­po­dziel­ne cząst­ki, były wcią­ga­ne gdzieś, gdzie dia­beł mówi do­bra­noc, w ciem­ny wir wzbu­rzo­nej hi­sto­rii (obie­śmy prze­cież swe­go cza­su wy­cho­dzi­ły za po­rząd­nych ra­dziec­kich chłop­ców, ład­nych i grzecz­nych, naj­pierw stu­den­tów, po­tem dok­to­ran­tów, i do­pie­ro kie­dy na­stą­pi­ło za­ła­ma­nie cza­su, oka­za­ło się, że po­rząd­ni ra­dziec­cy chłop­cy, ład­ni i grzecz­ni, ni­cze­go tak się nie boją jak do­ro­sło­ści - ten nie­prze­par­ty strach przed ży­ciem, w któ­rym trze­ba po­dej­mo­wać sa­mo­dziel­ne de­cy­zje, tlił się w nich od ma­łe­go, wsz­cze­pio­ny jak wi­rus nie­ule­czal­nej cho­ro­by i po­trzeb­ny był aż roz­pad ca­łe­go sys­te­mu spo­łecz­ne­go, któ­ry się na nim trzy­mał, żeby wy­szedł na jaw...). Wła­da po­czu­ła to wszyst­ko na krok przede mną i jako pierw­sza po­szu­ka­ła ra­tun­ku: rzu­ci­ła się sa­mo­dziel­nie wpław przez ży­cie, z Ka­truś­ką jesz­cze wte­dy przy pier­si; wąt­pię, że­bym na jej miej­scu się na to od­wa­ży­ła (zresz­tą na­wet na dziec­ko z Ser­hi­jem prze­wi­du­ją­co się prze­cież nie od­wa­ży­łam!), a w niej wszak żad­ne­go lęku przed nie­zna­nym nie było ani śla­du, pa­trzy­ła w przy­szłość i aż dźwię­cza­ła jak ści­śnię­ta sta­lo­wa sprę­żyn­ka, za­ra­ża­ła mnie swo­ją ab­so­lut­ną pew­no­ścią do­ko­na­ne­go wy­bo­ru dro­gi; mia­ła wte­dy na so­bie czar­ną skó­rza­ną kurt­kę i w na­głym przy­pły­wie czu­ło­ści po­my­śla­łam z uśmie­chem: bi­ker­ka! - tyl­ko bia­łe­go ka­sku bra­ko­wa­ło... Ła­wecz­ka na Pro­ri­znej sta­ła na swo­im miej­scu - od­kąd za­mknię­to Jamę i otwar­to tam ka­sy­no, prze­sta­ła być miej­scem po­sia­dó­wek bo­he­my i te­raz prze­waż­nie świe­ci pust­ką na wy­czysz­czo­nym z krza­ków bzu, ły­sym as­fal­to­wym pla­cy­ku-par­kin­gu dla przy­jeż­dża­ją­cych do ka­sy­na mer­ców i po­rszó­wek: je­dy­ny oca­la­ły po­mnik tam­tej je­sie­ni, kie­dy, jak mia­ło się oka­zać póź­niej, jed­nak by­ły­śmy jesz­cze mło­de - ta­kie mło­de, że nie mo­gły­śmy tego zro­zu­mieć. Bo tyl­ko mło­dość może, sto­jąc nad prze­pa­ścią mię­dzy dwie­ma epo­ka­mi, z lek­kim ser­cem prze­kre­ślić wła­sną prze­szłość, umie­ścić ją w ko­szu jak nie­uda­ny kom­pu­te­ro­wy szkic, trza­snąć po­kry­wą i ru­szyć jesz­cze przed trzy­dziest­ką, by wresz­cie "żyć na­praw­dę", tyl­ko mło­dość umie tak dum­nie sza­fo­wać la­ta­mi, któ­re nie za­spo­ka­ja­ją jej am­bi­cji; z wie­kiem czło­wiek uczy się oszczęd­no­ści, przy­wy­ka do nie­spiesz­ne­go de­lek­to­wa­nia się - jak wi­nem - wszyst­kim, co wcze­śniej sze­ro­kim ge­stem się od­rzu­ca­ło, są­dząc, że - jak ma­wia­ła ma­leń­ka Ka­tru­sia, kie­dy uciekł tro­lej­bus - "na­stęp­ny psy­je­dzie lep­sy"; z wie­kiem czło­wiek do­wia­du­je się, że nie­ste­ty - nie przy­je­dzie. Wła­da mia­ła przed sobą rów­no dzie­sięć od­mie­rzo­nych lat "praw­dzi­we­go ży­cia", dzie­sięć nie­sa­mo­wi­tych, jak na har­leyu pę­dzą­cym po gór­skiej dro­dze (z Ka­truś­ką w ple­ca­ku!) lat, w cią­gu któ­rych ta sa­mot­na mat­ka bez żad­ne­go za­ple­cza ma­te­rial­ne­go (je­dy­ne, co jej po ojcu zo­sta­ło, to pra­cow­nia na Uzwo­zie) zdo­ła­ła zo­stać na­praw­dę świet­nym ar­ty­stą i osią­gnąć naj­więk­szy chy­ba na Ukra­inie suk­ces - je­śli, rzecz ja­sna, mie­rzyć ukra­iń­ski suk­ces za­chod­ni­mi pie­niędz­mi (fakt, że ostat­nio już i do na­szych spa­sio­nych re­kin­ków za­czę­ło po­wo­li do­cie­rać, że ku­po­wa­nie ob­ra­zów od Ma­tu­se­wycz jest za­je­bi­ste), za­chod­ni­mi pie­niędz­mi oraz ukra­iń­ską za­zdro­ścią; to dru­gie jest na­wet pew­niej­sze, do­kład­niej­sze, bo pie­nią­dze to osta­tecz­nie wiel­kość zmien­na, ich i tak nig­dy nie bywa dość, a ludz­ka za­zdrość jest nie­za­wod­na: im wię­cej jej wo­kół ko­goś dy­go­cze, im gęst­szy i bar­dziej gry­zą­cy wy­dzie­la smród, tym pew­niej­szy to znak, że jed­nak, pal to sześć, czło­wiek się wy­róż­nia. Wy­róż­nia.

(Jak­by się sama wy­sta­wia­ła - jak z oko­pu, wy­pro­sto­wa­na na cały wzrost - na snaj­per­ską kulę... Jak­by ktoś tam na gó­rze pil­no­wał, że­by­śmy się tu spe­cjal­nie nie wy­róż­nia­li. Że­by­śmy rów­na­li do sze­re­gu. Żeby tyl­ko trosz­kę, odro­bi­nę, nie tak, jak ona chcia­ła - "na­praw­dę"...)

Wła­śnie na Pro­ri­znej, kie­dy mi­jam osie­ro­co­ną ła­wecz­kę na ły­sej gór­ce, naj­czę­ściej bu­dzi się we mnie ta­kie pa­lą­ce, głu­pio ob­ra­żo­ne, przed­szkol­ne wprost, a jed­nak raz po raz wy­ska­ku­ją­ce jak spła­wik w wo­dzie: to nie fair! To nie fair - je­śli tam, na gó­rze, w ogó­le ktoś jesz­cze prze­strze­ga re­guł gry - wy­rwać ją z ży­cia w peł­nym bie­gu - no wła­śnie, w dro­dze! - jak den­ty­sta ko­no­wał zdro­wy ząb ze szczę­ki - prze­pra­szam, po­mył­ka, ale od­wró­cić już tego nie moż­na. Wła­da mu­sia­ła sama być po­rząd­nie wście­kła, gdy tak bez da­nia ra­cji zna­la­zła się po tam­tej stro­nie; tej pierw­szej nocy, kie­dy jej wy­cią­gnię­te z sa­mo­cho­du cia­ło tkwi­ło jesz­cze w kost­ni­cy na pół­ce lo­dów­ki, przy­śni­ła mi się - w swo­jej pra­cow­ni, w tam­tych ob­szar­pa­nych mu­rar­skich spodniach, strasz­nie roz­złosz­czo­na, wy­su­wa­ła i wsu­wa­ła ja­kieś szu­fla­dy, szu­ka­jąc cze­goś; na moje roz­pacz­li­we, całą sobą wy­krzy­cza­ne we­zwa­nie tyl­ko mach­nę­ła: nie prze­szka­dzaj, i rzu­ci­ła coś nie­zro­zu­mia­łe­go, coś o li­ście że­la­znym, któ­ry jest jej po­trzeb­ny, bo "bar­dzo dużo śmier­ci" - te sło­wa za­pa­mię­ta­łam do­kład­nie, bo cho­ciaż ję­zyk snów jest tak samo nie­ja­sny jak prze­po­wied­ni, to naj­sil­niej róż­ni się od na­sze­go dzien­ne­go ję­zy­ka tym, że nie zna kłam­stwa - de­for­ma­cje po­ja­wia­ją się w nim tyl­ko w wy­ni­ku na­sze­go od­bio­ru, tego, co w fi­zy­ce nosi na­zwę błę­du po­mia­ro­we­go, i dla­te­go te do­słow­ne cy­ta­ty ze snów, któ­re uda­je się rano wy­do­być na po­wierzch­nię, za­wsze do­kład­nie za­pi­su­ję, na­wet je­śli brzmią sto razy bar­dziej dzi­wacz­nie niż to, co po­wie­dzia­ła mi Wła­da pierw­szej swo­jej nocy w za­świa­tach - tym bar­dziej że jak oka­za­ło się póź­niej, nie było to wca­le ta­kie po­zba­wio­ne sen­su, bo tej sa­mej nocy u mamy Wła­dy, któ­ra za­bra­ła do sie­bie Ka­truś­kę, w po­ko­jach sa­mo­czyn­nie ga­sło i za­pa­la­ło się świa­tło, otwie­ra­ły się i za­my­ka­ły drzwi, Ka­tru­sia przez sen krzy­cza­ła: "Mamo!" - ja­sne, że tam też Wła­da cze­goś szu­ka­ła, ja­kie­goś li­stu że­la­zne­go - ja­kie­go? po co? przed czym?... Za­pła­ka­ne ko­bie­ty na po­grze­bie, za­koń­czyw­szy ża­łob­ny klan­gor, wspól­nie do­szły do wnio­sku, że nie cze­go in­ne­go szu­ka­ła, jak tyl­ko za­gi­nio­nych ob­ra­zów, a "dużo śmier­ci" wła­śnie na nich mia­ło być; jed­na ku­ra­tor­ka z ga­le­rii, kom­plet­nie za­krę­co­na na tle żar­li­wie-pra­wo­sław­nym, pal­nę­ła na­wet po raz pierw­szy coś, co po­tem dłu­go i sma­ko­wi­cie, z brzyd­ko błysz­czą­cy­mi oczka­mi, ob­ra­bia­no i ob­szep­ty­wa­no w róż­nych krę­gach: "A wot nie­lzia so­bie igrać z ta­kim te­ma­tem!" - nie bez mo­ral­nej wyż­szo­ści w gło­sie, jak u czło­wie­ka po­sia­da­ją­ce­go ofi­cjal­ne peł­no­moc­nic­twa do pil­no­wa­nia ko­smicz­nej spra­wie­dli­wo­ści (Wła­da za to wła­śnie nie zno­si­ła tych żar­liw­ców i prze­zy­wa­ła "pierw­szy­mi se­kre­ta­rza­mi pra­wo­sła­wia"). Męż­czyź­ni, w więk­szo­ści na­sta­wie­ni bar­dziej po­zy­ty­wi­stycz­nie, z nie mniej­szym sma­kiem prze­żu­wa­li, od razu na sty­pie, po dru­gim-trze­cim kie­lisz­ku, inne da­nie, i naj­bar­dziej by­stre damy też do­łą­czy­ły do ich frak­cji i na wy­przód­ki ma­cha­ły no­ża­mi i ło­pat­ka­mi: że Wła­dę, zna­czy, mu­sie­li już od daw­na "wy­sta­wiać", bo u nas prze­cież za mar­ne pięć­set do­la­rów nie pro­blem wy­na­jąć ki­le­ra, a każ­da pra­ca Wła­dy war­ta była o rząd wiel­ko­ści wię­cej, za ta­kie pie­nią­dze ro­dzo­ną mat­kę sprze­da­ją! - pa­nie, ja­kie tam pięć­set do­la­rów, na Cher­sońsz­czyź­nie, nie­daw­no mó­wi­li, zmar­łe­mu dzień po po­grze­bie grób roz­ko­pa­li, żeby z ma­ry­nar­ki dzie­sięć hry­wien wy­cią­gnąć, bo są­siad wi­dział, jak mu wdo­wa wsu­nę­ła! - no tak, może i tak, ale ja mó­wię o za­wo­dow­cach - a dla za­wo­dow­ca sa­mo­chód ze­pchnąć do rowu, w do­dat­ku na mo­krej dro­dze, to jak dla głu­pie­go kich­nąć! - i tak po­to­czy­ły się kłęb­ki le­gen­dy, im da­lej od epi­cen­trum wy­da­rzeń, tym bar­dziej nie­sa­mo­wi­te, bo prze­cież nie mia­ło żad­ne­go sen­su tłu­ma­cze­nie lu­dziom, któ­rzy nig­dy nie wi­dzie­li z bli­ska - chy­ba że w te­le­wi­zji - ani Wła­dy, ani Wa­dy­ma (a jego po­tęż­na po­sel­ska syl­wet­ka na po­cząt­ku nie­źle wy­stra­szy­ła mi­li­cję, z tam­te­go ludz­kie­go wiru za­pi­sał mi się w pa­mię­ci śled­czy i jesz­cze paru in­nych w mun­du­ro­wych czap­kach, wszy­scy z jed­na­ko­wy­mi, by­stry­mi spoj­rze­nia­mi przy­ła­pa­nych na go­rą­cym uczyn­ku zło­dzie­jasz­ków), zresz­tą ci lu­dzie na­wet słu­chać nie chcie­li, że: a) na prze­wró­co­nym gar­bu­sie nie zna­le­zio­no żad­nych śla­dów po­trą­ce­nia przez inny sa­mo­chód; b) eks­per­ty­za usta­li­ła na­wet z cał­ko­wi­tą do­kład­no­ścią tor zjaz­du gar­bu­sa z szo­sy, z cze­go wy­ni­ka, że: c) jed­no­znacz­nie i nie­wąt­pli­wie był to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek (ku wiel­kiej uldze mi­li­cji, któ­ra wpraw­dzie kon­ty­nu­owa­ła ja­ko­by po­szu­ki­wa­nia za­gi­nio­nych ob­ra­zów, ale każ­dy głu­pi ro­zu­miał, że nikt ich nig­dy nie znaj­dzie - chy­ba że przy­pad­kiem o nie się po­tknie! - któ­ry zresz­tą, po­wiedz­cie pro­szę, zdro­wy na umy­śle ukra­iń­ski gli­niarz za­czął­by ni z tego, ni z owe­go wy­pru­wać so­bie żyły dla ja­kichś tam ma­lun­ków, na­wet gdy­by cały świat mu mó­wił, że są war­te wię­cej niż woł­ga?...) oraz, co chy­ba naj­waż­niej­sze, że: d) dzię­ki Bogu nie je­ste­śmy w Eu­ro­pie, nie­waż­ne, jak gło­śno krzy­czą o tym oj­co­wie chrzest­ni na­ro­du, wa­ląc się w otłusz­czo­ne pier­si, więc żad­nej art-ma­fii na na­szym od wszel­kie­go zdro­we­go roz­sąd­ku nie­za­leż­nym za­du­piu (gdzie moż­na za skrom­ną ła­pów­kę dla lo­kal­ne­go urzęd­ni­czy­ny zdra­pać ze ścia­ny i zu­peł­nie le­gal­nie wy­wieźć do­wol­ny słyn­ny fresk, jak tam­ten Bru­no­na Schul­za z Dro­ho­by­cza, zresz­tą w ogó­le wy­wieźć wszyst­ko, co­kol­wiek du­sza za­pra­gnie!) nig­dy z de­fi­ni­cji ni du­cha nie było (przy­najm­niej od­kąd za­bra­li ostat­nie­go Goyę i Ri­be­rę, już w la­tach sześć­dzie­sią­tych, do Mo­skwy na kon­ser­wa­cję i nig­dy nie od­da­li, po­dob­nie jak nikt nie za­mie­rza od­da­wać nam ar­cy­dzieł z ko­lek­cji Te­resz­czen­ków, któ­rą po­czę­sto­wał się jesz­cze wu­ja­szek Le­nin, żeby roz­li­czyć się z wu­jasz­kiem Ham­me­rem za ame­ry­kań­ską po­moc z 1921 roku, więc po­waż­ni zło­dzie­je dzieł sztu­ki już do­bre pół wie­ku nie mają na Ukra­inie cze­go szu­kać, da-a-awno by z gło­du po­mar­li!) - za­cznij­my zresz­tą od tego, że taki biz­nes wy­ma­ga po­rząd­nie roz­wi­nię­tej sie­ci za­wo­do­wych mar­szan­dów, a jak po­wia­da nasz ope­ra­tor An­to­sza, i słusz­nie po­wia­da - w ciem­nej du­pie ich szu­kać... Ukra­iń­cy, co wie każ­de dziec­ko, spe­cja­li­zu­ją się w rze­czach pro­stych i nie­wy­ra­fi­no­wa­nych: broń, prze­myt nar­ko­ty­ków, me­ta­le ko­lo­ro­we, kar­pac­kie lasy, dziew­czy­ny "do pra­cy w Eu­ro­pie" - ja­sno, efek­tyw­nie, mo­rze for­sy i nie trze­ba do tego żad­nych uni­wer­sy­te­tów, i póki nasz pięk­ny kraj ro­śnie i roz­kwi­ta w taki oto spo­sób, póty róż­ni bu­ja­ją­cy w ob­ło­kach ar­ty­ści i inna ho­ło­ta mogą spać spo­koj­nie jak u Pana Boga za pie­cem z tego pro­ste­go po­wo­du, że wszy­scy po­waż­ni lu­dzie mają ich w no­sie, niech so­bie żyją, je­dzą i piją - je­śli, rzecz ja­sna, znaj­dą ja­kąś stra­wę... O wszyst­kim tym roz­ma­wia­ły­śmy z Wła­dą nie­zli­czo­ną ilość razy, ze śmie­chem sma­ku­jąc roz­ma­ite ku­rio­zal­ne hi­sto­rie, jak na przy­kład pro­ce­du­rę ku­po­wa­nia jej miesz­ka­nia - z prze­bie­ran­ka­mi, już w miej­scu trans­ak­cji, w to­a­le­cie, żeby wy­do­stać spod body bar­dzo sek­sow­nie umiesz­czo­ny na cie­le pas z za­po­co­ny­mi w nim pięć­dzie­się­cio­ma pa­ty­ka­mi zie­lo­nych - kto po­wie­dział, że pe­cu­nia non olet - bo komu by przy­szło do gło­wy chcieć cze­goś od drep­czą­cej uli­cą ko­bie­ci­ny, opa­ko­wa­nej na ce­bul­kę w kil­ka warstw wor­ko­wa­tych swe­trów, a każ­dy pra­wie do ko­lan? Tak samo zresz­tą nie­skoń­czo­ną ilość razy ga­nia­ła Wła­da sa­mo­cho­dem, po mie­ście i za mia­stem, ze zwo­ja­mi płó­cien na tyl­nym sie­dze­niu, bo komu, na li­tość bo­ską, i do cze­go mo­gły­by się przy­dać?... Lu­dzie ko­cha­ni, bra­ła mnie chęt­ka krzy­czeć wszyst­kim tym łow­com świe­że­go mię­sa, ama­to­rom sma­ko­wi­tej, kry­mi­nal­nej wer­sji za­bój­stwa zna­nej ar­tyst­ki w celu za­gar­nię­cia bez­cen­nych skar­bów (trzy ob­ra­zy, któ­re wszyst­kie ra­zem mo­gły być war­te może z dzie­sięć ty­się­cy bak­sów - ech, bie­da na­sza, nie­do­la!...), weź­cie na wstrzy­ma­nie, co by ten za­bój­ca z tymi ob­ra­za­mi miał zro­bić? Niby jak miał­by je za­mie­nić na go­tów­kę? Wia­do­mo, wszyst­ko to z re­gu­ły wy­wa­la­łam kawa na ławę, od razu, wszyst­kie że­la­zne ar­gu­men­ty hur­tem - a), b), c), d) i tak da­lej - le­d­wie za­jąk­nął się przy mnie na ten te­mat ktoś ze zna­jo­mych (no co za dur­nie...), i dość dłu­go nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go sty­kam się z ich jaw­nym nie­za­do­wo­le­niem - jak­bym im coś od­bie­ra­ła, chcia­ła za­gar­nąć coś dla nich waż­ne­go; rów­no­cze­śnie z ja­kichś są­sied­nich za­ka­mar­ków za­czę­ły prze­są­czać się, jak stru­mycz­ki wody spod drzwi za­la­nej ła­zien­ki, rów­no­le­głe i jesz­cze bar­dziej nie­sa­mo­wi­te wer­sje: jed­na - że Wła­da mia­ła w taki spo­sób po­peł­nić sa­mo­bój­stwo (naj­sil­niej mną wstrzą­snę­ło, że tę wer­sję ła­ko­mie roz­bu­do­wy­wa­li wła­śnie nie po­stron­ni z nu­dów, tyl­ko jej ar­ty­stycz­ni ko­le­dzy, z któ­rych każ­dy na wy­przód­ki pę­dził, by za­pre­zen­to­wać swój oso­bi­sty ra­port twór­czy, kie­dy i w ja­kich oko­licz­no­ściach po raz ostat­ni wi­dział Wła­dę, i jak pa­trząc na nią, "nig­dy by się tego nie do­my­ślił" - !!!), i dru­ga, w pew­nym sen­sie jesz­cze bar­dziej po­krę­co­na - ja­ko­by Wła­da zo­sta­ła za­bi­ta z po­wo­du Wa­dy­ma, jako ostrze­że­nie albo po­gróż­ka, przez ja­kichś jego ta­jem­ni­czych kon­ku­ren­tów albo na­wet, po­żal się Boże, prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych (jak­by Wa­dym, miś pu­szy­sty, był ja­kąś opo­ką czy fun­da­men­tem opo­zy­cji an­ty­ko­mu­ni­stycz­nej! - ale tu z po­cząt­ku sama też nie wie­dzia­łam, co my­śleć, ma­jąc w pa­mię­ci jego roz­pacz­li­we mam­ro­ta­nie "za­bi­łem ją", któ­re, dia­bli wie­dzą, mo­gło mieć prze­cież zu­peł­nie inny, nie­uchwyt­ny wów­czas dla mnie, głu­piej gęsi, sens, tym bar­dziej że li­sta ukra­iń­skich po­li­ty­ków-i-biz­nes­me­nów, któ­rzy zgi­nę­li w wy­pad­kach dro­go­wych, ro­sła jak na droż­dżach i do­stą­pi­ła na­wet za­szczy­tu tra­fie­nia na łamy "New York Ti­me­sa", co ukra­iń­skim wy­da­rze­niom nie­czę­sto się tra­fia - każ­da taka śmierć ofi­cjal­nie kwa­li­fi­ko­wa­na była jako "nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek" i z fi­lo­zo­ficz­ne­go punk­tu wi­dze­nia była w tym ja­kaś lo­gi­ka: szczę­ścia wszak w do­wol­nej na­głej śmier­ci rze­czy­wi­ście jest nie­wie­le, a je­śli cho­dzi o wy­pa­dek, to ży­cie skła­da się z sa­mych wy­pad­ków, wszyst­ko - albo prze­ciw­nie, nic, włos z gło­wy nie spad­nie nie­po­li­czo­ny, tyl­ko nie do nas li­cze­nie na­le­ży - i tu­taj na­ród, któ­ry po­da­ro­wał ludz­ko­ści Hry­ho­ri­ja Sko­wo­ro­dę4, nie­zmien­nie, po kil­ku jesz­cze szep­tach i re­pli­kach, zu­peł­nie we­dle nauk te­goż fi­lo­zo­fa osią­gał sto­ic­ki spo­kój, jed­nak wy­obra­zić so­bie na tym ob­raz­ku Wa­dy­ma, i to jesz­cze w roli po­sta­ci na tyle cen­tral­nej, żeby na ce­low­ni­ku mia­ła zna­leźć się aż jego Bogu du­cha win­na ko­chan­ka - tego już było za­nad­to na­wet dla Ukra­iny!) - i tak oto w miej­sce jed­nej spro­sto­wa­nej wer­sji mo­men­tal­nie wy­ra­sta­ło i roz­ła­zi­ło się kil­ka no­wych, jak­by nad­cią­ga­ją­ca po­wódź omi­ja­ła bu­do­wa­ną prze­ciw­ko niej gro­blę zdro­we­go roz­sąd­ku i roz­dzie­la­ła się na bocz­ne nur­ty, i po­trze­bo­wa­łam nie­jed­ne­go mie­sią­ca, żeby prze­stać pą­so­wieć jak po­mi­dor i wrzesz­czeć, tra­cąc pa­no­wa­nie nad sobą, w od­po­wie­dzi na każ­de po­dejrz­li­we i z na­ci­skiem wy­gło­szo­ne: "A ty je­steś pew­na, że to był nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek?", nie­jed­ne­go mie­sią­ca, żeby zro­zu­mieć, że lu­dzie po­trze­bo­wa­li nie praw­dy, nie­waż­ne w osta­tecz­nym ra­chun­ku ja­kiej - po­trze­bo­wa­li sto­ry. Amen. I nie mnie, ży­ją­cej z tego sa­me­go biz­ne­su - pro­du­ko­wa­nia sto­ry - ich są­dzić.

Ze ści­śnię­tym ser­cem mu­sia­łam przy­znać: nic tak nie na­da­je się na sto­ry, jak na­gła śmierć bły­sko­tli­wej i zna­nej mło­dej ko­bie­ty. Żad­na śmierć mło­de­go męż­czy­zny na­wet w po­ło­wie nie wy­wrze ta­kie­go wra­że­nia - śmierć jest jak­by wpi­sa­na w los męż­czy­zny na mocy mil­czą­ce­go zbio­ro­we­go po­ro­zu­mie­nia, jak nie na woj­nie, to gdzieś in­dziej, zwy­kła rzecz, jak­by ni­cze­go lep­sze­go w tym ży­ciu się po nich, nie­szczę­snych, nie spo­dzie­wa­no, i dla­te­go w przy­pad­ku śmier­ci męż­czy­zny, na­wet mło­de­go, oce­nie pod­le­ga nie sam fakt śmier­ci, tyl­ko na ile śmierć była uda­na: czy nie­bosz­czyk spo­tkał ją z męż­nie wy­pro­sto­wa­ny­mi ple­ca­mi i w ten spo­sób wy­peł­nił mę­skie prze­zna­cze­nie, czy może po­dał tyły i prze­zna­cze­nie ha­nieb­nie zdra­dził - taka swe­go ro­dza­ju spo­łecz­na de­ath-con­trol, i dla­te­go Gon­ga­dze nie zo­sta­nie za­po­mnia­ny do­pó­ty, do­pó­ki nie do­sta­nie­my do rąk jego praw­dzi­wej, żywą krwią pi­sa­nej śmier­ci, za­miast Bóg wie czy­ich bez­gło­wych szcząt­ków, a znów Wa­dy­ka Boj­ki, twa­rzy ukra­iń­skiej TV po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, któ­ry przed wy­bu­chem w swo­im miesz­ka­niu po­ka­zy­wał ko­le­gom tecz­kę z do­ku­men­ta­mi i cie­szył się: pro­szę, tu mam ich wszyst­kich, ko­mu­chy jed­ne, ju­tro zo­ba­czy­cie! - a kie­dy roz­wiał się dym, wszy­scy zo­ba­czy­li tyl­ko jego wła­sne spa­lo­ne cia­ło i osia­dłe po wy­bu­chu be­to­no­we stro­py bu­dyn­ku - Wa­dy­ka nikt już nie wspo­mi­na, bo co tu wspo­mi­nać, sko­ro wszyst­ko ja­sne?... Śmierć mło­dej ko­bie­ty to zu­peł­nie inna spra­wa: w ta­kiej śmier­ci za­wsze wi­dzi się coś wbrew na­tu­rze, bo jako pierw­sza prze­my­ka myśl o dzie­ciach - i wte­dy, kie­dy ich nie ma (już nie bę­dzie!), i wte­dy, kie­dy są (na mo­gi­le ma­tu­si­nej sie­ro­teń­ka ci­cho kwi­li - od­wiecz­ny, nie­skoń­czo­ny i nie­koń­czą­cy się te­mat). Sto­ry jest tu nie­zbęd­na - wła­śnie dla przy­wró­ce­nia na­tu­ral­ne­go po­rząd­ku świa­ta: żeby po­ka­zać tę wła­śnie śmierć, któ­ra tra­fi­ła przed obiek­tyw, jako okrut­ny wy­ją­tek, dra­stycz­ne na­ru­sze­nie te­goż po­rząd­ku, za któ­re ktoś musi po­nieść od­po­wie­dzial­ność - je­śli nie te­raz, to póź­niej, je­śli nie przed ludz­kim, to przed Bo­skim są­dem - i je­śli ofia­ra we­dle swo­je­go ży­cio­we­go em­plo­is była księż­nicz­ką, od ko­ły­ski szczo­drze za­opa­trzo­ną w po­da­run­ki wró­żek jak na świą­tecz­nym shop­pin­gu (co już za­wie­ra w so­bie pew­ną obie­cu­ją­cą alu­zję do zła­ma­nia po­rząd­ku rze­czy, pew­ną od po­cząt­ku za­war­tą w wa­run­kach za­da­nia nie­spra­wie­dli­wość: dla­cze­go, chcia­ło­by się spy­tać, tyle wszyst­kie­go dla niej jed­nej?...), i je­śli w do­dat­ku za ży­cia nig­dy w roli ofia­ry nie wy­stę­po­wa­ła, na­wet nie przy­mie­rza­ła się do niej, z dumy, dla za­sa­dy czy z do­wol­ne­go in­ne­go po­wo­du, to naj­bar­dziej lo­gicz­ne było zrzu­ce­nie winy na nią samą - niech ma, jak taka mą­dra! - i tak spra­wę za­mknąć: tfu, na psa urok, mnie się to nie może zda­rzyć. Taka sto­ry to nic in­ne­go jak za­ma­wia­nie, za­klę­cie na po­zby­cie się uro­ku: przy­kry­wa cu­dzą śmierć na amen, jak­by ku­lo­od­por­ną szkla­ną bań­ką mu­ze­al­nej wi­try­ny - moż­na pa­trzeć, ob­cho­dzić do­ko­ła, moż­na wo­dzić po szkle wskaź­ni­kiem: lek­cja, jak nie na­le­ży żyć, żeby w kwie­cie wie­ku nie zna­leźć się sześć stóp pod zie­mią - uwa­żać za kie­row­ni­cą, prze­strze­gać prze­pi­sów dro­go­wych, nie wplą­ty­wać się w nie­ja­sne związ­ki, nie ma­lo­wać dziw­nych ob­ra­zów i w ogó­le nie wy­róż­niać się zbyt­nio... Wszyst­kie moje na­tręt­ne a), b), c), d) i-tak-da­lej były prze­gra­ny­mi z góry szcze­niac­ko-ża­ło­sny­mi ata­ka­mi wła­śnie na tę wi­try­nę z pan­cer­ne­go szkła, pró­ba­mi oba­le­nia wiel­kiej, sa­mo­za­cho­waw­czej wia­ry lu­dzi, w to, że śmierć - czy­jaś, a więc tak­że ich wła­sna - z de­fi­ni­cji musi mieć zro­zu­mia­łe wy­ja­śnie­nie: bo świa­tem rzą­dzi spra­wie­dli­wość. I co moż­na było tak na­praw­dę prze­ciw­sta­wić tej wie­rze - prze­cież nie pi­skli­we, po dzie­cię­ce­mu głu­pie i bez­rad­ne: to nie fair?

W do­dat­ku Wła­da roz­bi­ła się aku­rat w tym sa­mym miej­scu szo­sy na Bo­ry­spol, w któ­rym w 1999 roku roz­bił się Wia­cze­sław Czor­no­wił, i jej śmierć od­świe­ży­ła przy­ga­słe już, zło­wiesz­cze do­my­sły wo­kół jego wy­pad­ku - pod ich na­ci­skiem po raz pierw­szy bły­snę­ło mi, że jej sło­wa ze snu o "wie­lu śmier­ciach" mo­gły­by do­ty­czyć wca­le nie Za­war­to­ści ko­bie­cej to­reb­ki, zna­le­zio­nej w miej­scu ka­ta­stro­fy lot­ni­czej i kil­ku in­nych, mniej osta­tecz­nych, ale też zwią­za­nych z te­ma­tem śmier­ci ob­ra­zów z cy­klu "Se­kre­ty", i że w ogó­le mo­gły nie mieć nic wspól­ne­go z jej ma­lar­stwem, tyl­ko za­wie­ra­ły ja­kąś znacz­nie bar­dziej do­słow­ną i za­ra­zem nie­po­ko­ją­cą wie­dzę, któ­rą wła­śnie przy­by­ła się po­dzie­lić. To było wy­raź­nie nie­do­bre miej­sce, po­nu­re, wśród ki­jow­skich kie­row­ców od daw­na cie­szy­ło się złą sła­wą - przy­najm­niej raz w se­zo­nie zda­rzał się tam ja­kiś wy­pa­dek, ko­goś zno­si­ło na rów­nej dro­dze aż na prze­ciw­ny pas, inny miał czo­łów­kę przy wy­prze­dza­niu, raz na­wet ni z tego, ni z owe­go wy­buchł bak - gdy­by na ja­śnie wiel­moż­nej szo­sie na Bo­ry­spol tak samo jak na bar­dziej ple­bej­skich, pro­win­cjo­nal­nych dro­gach przy­ję­te było wie­sza­nie na przy­droż­nych słup­kach wień­ców i przy­cze­pia­nie ża­łob­nych bu­kie­ci­ków, to miej­sce już z da­le­ka cie­szy­ło­by oko mno­go­ścią barw ni­czym ob­sa­dzo­na kwia­ta­mi bra­ma cmen­ta­rza. Wy­cho­dzi­ło na to, że Wła­da, uj­mu­jąc rzecz po lu­do­we­mu, na zły ślad na­dep­nę­ła: krok w krok za cu­dzą śmier­cią - i aku­rat wte­dy, kie­dy jej wła­sne siły były na gra­ni­cy wy­czer­pa­nia, zresz­tą na­praw­dę mia­ła za sobą cięż­ki rok, ale co ja mogę o tym wie­dzieć?... Co wie o tym choć­by Wa­dym, te­ry­to­rial­nie prze­cież naj­bliż­szy jej czło­wiek? (A jak on się zdzi­wił - z krót­kim prze­bły­skiem ju­nac­kiej ucie­chy, jak­bym prze­ka­za­ła mu od niej wie­ści z da­le­kich stron, ozna­kę wciąż trwa­ją­ce­go związ­ku - kie­dy opo­wie­dzia­łam o Wła­dy stra­chu o pół­no­cy, za­snę i umrę - "No co ty mó­wisz?!" - albo pu­ścił swe­go cza­su mimo uszu, coś w ro­dza­ju: ner­wy masz zszar­pa­ne, wy­pij zió­łek na sen, i tyle - albo nie zwie­rza­ła mu się z ta­kich, jak mógł­by je oce­nić, głupstw: mimo wszyst­ko Wa­dym na­le­żał do ga­tun­ku lu­dzi na­wy­kłych ra­dzić so­bie z Pro­ble­ma­mi, Któ­re Na­le­ży Roz­wią­zać, a nie z Nie­szczę­ścia­mi, Któ­re Trze­ba Zno­sić, a to jed­nak jest pew­na róż­ni­ca, na­wet, moż­na po­wie­dzieć, li­nia de­mar­ka­cyj­na, któ­ra dzie­li nas na sła­bych i sil­nych świa­ta tego, i dla­te­go wła­śnie sil­ni w osta­tecz­nym ra­chun­ku naj­go­rzej zno­szą nie­szczę­ścia i naj­mniej przy­tom­nie się w ich ob­li­czu za­cho­wu­ją - Wa­dym na przy­kład upi­jał się do mil­czą­ce­go osłu­pie­nia, wła­ził za kie­row­ni­cę swo­jej te­re­nów­ki i je­chał w noc, sam je­den, na Bo­ry­spol, jak­by w na­dziei, że gdzieś po dro­dze spo­tka Wła­dę, więc mu­sie­li go nie­ustan­nie pil­no­wać i siłą pa­ko­wać do łóż­ka naj­pierw przy­ja­cie­le, a po­tem spe­cjal­nie w tym celu przy­by­li z pro­win­cji krew­ni, ale ta­jem­ni­czym spo­so­bem ani razu nic mu się pod­czas ta­kiej wy­pra­wy nie sta­ło, je­śli nie li­czyć man­da­tów za­pła­co­nych dro­gów­ce - za­zwy­czaj bez sło­wa pod­su­wał im na oślep pierw­szy z brze­gu zie­lo­ny bank­not, któ­ry wy­ma­cał w port­fe­lu, a resz­ta za­le­ża­ła już od mięk­kie­go ser­ca sier­żan­ta: raz przez pół nocy trzy­ma­li go u sie­bie na punk­cie kon­tro­l­nym, po­ili her­ba­tą z ter­mo­su i wy­dzwa­nia­li po wszyst­kich nu­me­rach z jego no­te­su, aż wresz­cie któ­ryś za­spa­ny przy­ja­ciel po nie­go przy­je­chał - pew­nie bank­no­cik był ni­cze­go so­bie, a może po pro­stu tra­fił na sym­pa­tycz­nych gli­nia­rzy, tak też w ży­ciu bywa - i Wa­dym do świ­tu wy­pła­ki­wał im się w man­kiet, opo­wia­dał w kół­ko, jak zgi­nę­ła jego Wła­da, aż wresz­cie za­snął na ich bar­ło­gu - o ile to nie oni sami fa­cho­wo "wy­łą­czy­li" go jed­nym cio­sem, ale grze­chem by­ło­by po­tę­pia­nie ich za to...) Nig­dy wcze­śniej nie przy­szło mi do gło­wy, że rów­nież w tym związ­ku sil­niej­szą stro­ną była Wła­da - naj­wy­raź­niej od ma­leń­ko­ści wdru­ko­wy­wa­na mi przez mamę ar­cha­icz­na, mi­tycz­na wia­ra, że męż­czy­zna - Sil­na Płeć! - je­śli tyl­ko nie sie­dzi w wię­zie­niu i nie leży w szpi­ta­lu, po­wi­nien być "za star­sze­go" i "o wszyst­ko za­dbać", była sil­niej­sza, niż są­dzi­łam: prze­trwa­ła ogień i wodę, roz­pad mał­żeń­stwa i roz­bi­te (kil­ka razy) ser­ce, i nic jej się nie sta­ło - przez jej her­me­tycz­ne wiecz­ko pa­trzy­łam, nic nie wi­dząc, na mał­żeń­stwo Wła­dy jak na urze­czy­wist­nio­ny ide­ał na­szych nie­szczę­snych ma­tek: sil­ny - wresz­cie! - męż­czy­zna za­sło­ni cię sil­nym ra­mie­niem przed wszel­ki­mi nie­szczę­ścia­mi świa­ta, w tym fi­nan­so­wy­mi, a ty so­bie słod­ko kwit­nij, pach­nij i du­cho­wo się do­sko­nal - tyle two­jej ro­bo­ty, co wy­wia­dów na wszyst­kie stro­ny udzie­lać!... (Naj­śmiesz­niej­sze, że w tam­tym, po­przed­nim po­ko­le­niu ta­kie ko­bie­ty na­praw­dę się zda­rza­ły: sie­dzia­ły w domu, go­to­wa­ły barszcz, stu­dio­wa­ły li­te­ra­tu­rę ezo­te­rycz­ną, opie­ko­wa­ły się re­pre­sjo­no­wa­ny­mi i za­po­zna­ny­mi ar­ty­sta­mi, cza­sem coś po­pi­sy­wa­ły albo dłu­ba­ły ja­kieś ro­bót­ki i w oczach spo­łe­czeń­stwa ucho­dzi­ły za nie­sa­mo­wi­te dzia­łacz­ki, a że przez całą dro­gę ja­kiś skrom­ny, pra­co­wi­ty chło­pi­na wszyst­ko to im opła­cał - i ar­ty­stów, i li­te­ra­tu­rę ezo­te­rycz­ną, i wsad do barsz­czu - o tym nig­dzie i nig­dy nie wspo­mi­na się choć­by słów­kiem, tak samo jak nie mówi się w to­wa­rzy­stwie o tym, że czło­wiek musi siu­siać i kupę ro­bić, a jak też się da­mom uda­wa­ło tak spryt­nie w ży­ciu urzą­dzić, to już na­le­ży do dzia­łu pra­daw­nych ko­bie­cych ta­len­tów, w koń­cu dwu­dzie­ste­go wie­ku bez­pow­rot­nie utra­co­nych, jak tka­nie na kro­snach czy spa­la­nie róży... Zo­ba­czy­ły­śmy je już u kre­su ży­cia, owdo­wia­łe - ich skrom­ni mę­żo­wie, przed­sta­wi­cie­le ludu pra­cu­ją­ce­go, umie­ra­li, rzecz ja­sna, jako pierw­si - zo­ba­czy­ły­śmy na­wet nie w po­sta­ci ba­bu­li­nek, tyl­ko otrze­pa­nych z naf­ta­li­ny sta­rych ma­lut­kich: te dziew­czy­necz­ki nie umia­ły nig­dzie pójść bez eskor­ty, nie wie­dzia­ły, gdzie leżą ra­chun­ki za miesz­ka­nie i te­le­fon, na nie­win­ne "jak się pani mie­wa" wy­le­wa­ły na py­ta­ją­ce­go dwie go­dzi­ny szcze­gó­ło­wej opo­wie­ści, jak też się mie­wa­ją, i w ogó­le spra­wia­ły wra­że­nie z lek­ka szur­nię­tych, cze­go nie mógł za­ma­sko­wać na­wet po­blask ich daw­nej chwa­ły - wra­że­nie było sil­ne, bo ko­micz­ne, i ta ko­micz­ność ze swej stro­ny zmu­sza­ła do po­wąt­pie­wa­nia za­rów­no w tam­tą chwa­łę, jak i w tam­tą epo­kę, któ­ra wła­śnie chwa­łę umoż­li­wia­ła, więc tym bar­dziej trud­no zro­zu­mieć, jak mimo to zdo­ła­ły tak do­brze prze­trwać stwo­rzo­ne przez nie ide­ały?!) Do­pie­ro gdy Wa­dym bez Wła­dy ru­nął jak miech bez pod­pór­ki, roz­ja­śni­ło mi się w oczach - i sło­wo daję, wca­le nie zro­bi­ło mi się od tego le­piej. Pa­mię­ta­łam ją prze­cież w fa­zie za­ko­cha­nia - mo­gło­by się wy­da­wać, wca­le nie tak daw­no temu, ale nie, to już dwa­kroć po dwa lata, mój ksią­żę - jak gwał­tow­nie zy­ska­ła wte­dy na uro­ku, jak­by w jej twa­rzy, syl­wet­ce i ru­chach włą­czy­ło się przy­ga­szo­ne, mięk­kie świa­tło - mru­kli­wy Wa­dym top­niał przy niej w oczach jak ma­sło na pa­tel­ni, ni­cze­go oprócz niej nie do­strze­ga­jąc, było to tak nie­sa­mo­wi­cie ład­ne, że już po roz­sta­niu z nimi, w sa­mot­no­ści, nie­raz ła­pa­łam się, w tak­sów­ce czy me­trze, na trwa­le do ust przy­le­pio­nym uśmie­chu, jak­bym uma­za­ła się kon­fi­tu­rą i nikt mi o tym nie po­wie­dział - wia­do­mo, każ­da szcze­ra mi­łość za­wsze jest dla oto­cze­nia sa­mo­dziel­nym źró­dłem cie­pła, ta­kim ma­lut­kim pie­cy­kiem, przy któ­rym każ­dy z przy­jem­no­ścią się ogrze­wa,

i zwy­czaj­nie, po bab­sku, cie­szy­łam się szczę­ściem Wła­dy, że tak jej się uda­ło, ale była w tym jesz­cze jed­na, do­dat­ko­wa wi­ta­mi­na, w isto­cie o wie­le bar­dziej dla mnie waż­na: swo­im ro­man­sem trzy­dzie­sto­ośmio­lat­ki, nie mniej in­ten­syw­nym niż dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, Wła­da jak­by na­ocz­nie de­mon­stro­wa­ła mi - jak w 1990 roku w dniach straj­ku stu­denc­kie­go - nie­usta­ją­cą, w ni­czym od licz­by lat nie­za­leż­ną nie­zmie­rzo­ność cze­ka­ją­cych nas moż­li­wo­ści, roz­cią­gnię­tą na prze­strzał przez całe ży­cie otwar­tość przy­szło­ści - jak sze­ro­ko roz­war­tych bram, za któ­ry­mi cze­ka spo­wi­ty mgłą zło­ci­sty ho­ry­zont - nikt tak jak ona nie umiał da­wać mi tego wra­że­nia (oprócz, na krót­ko, męż­czyzn w tym wła­śnie sta­dium za­ko­cha­nia - a po­tem bra­my po­wo­lut­ku, ze skrzy­pie­niem, po­now­nie się za­my­ka­ły...) - zresz­tą, skąd by się to mia­ło wziąć w tym wiecz­nie okra­da­nym kra­ju, gdzie wciąż pa­nu­je koł­cho­zo­we prze­ko­na­nie, że cały za­pas cze­ka­ją­cych na czło­wie­ka moż­li­wo­ści ule­ga wy­czer­pa­niu za mło­du, a po­tem po­zo­sta­je co naj­wy­żej żyć ży­ciem wła­snych dzie­ci?... Coś we mnie za­wsze wście­kle się bun­to­wa­ło prze­ciw­ko temu ma­so­we­mu, prze­stra­szo­ne­mu pra­gnie­niu jak naj­szyb­sze­go "ustat­ko­wa­nia się", za­gnież­dże­nia w ży­ciu jak w łóż­ku na spo­koj­ny sen - nie in­a­czej, pa­mięć o tym, jak swe­go cza­su rap­tow­nie, w cią­gu roku po dru­gim za­mąż­pój­ściu zba­bia­ła i osia­dła jak cia­sto w dzie­ży moja mama - przy ta­cie, na­wet w naj­gor­szych cza­sach, wciąż zgrab­na i za­dba­na ko­bie­ta, za któ­rą fa­ce­ci oglą­da­li się na uli­cy. (By­łam wte­dy jesz­cze żół­to­dzio­bym dziew­czy­ni­skiem i nie­wie­le my­śląc, zrzu­ci­łam całą winę na oj­czy­ma: wu­jek Wo­ło­dia mógł być po sto­kroć bo­giem na swo­jej chi­rur­gii i jak za­pew­nia­ła mama, ogrom­nie ulżyć ta­cie w mę­kach ostat­nich mie­się­cy - cho­ciaż mia­łam wąt­pli­wo­ści, czy jej wdzięcz­ność po­win­na po­su­wać się aż do mał­żeń­stwa! - jed­nak w ży­ciu co­dzien­nym ten ry­cerz skal­pe­la i kat­gu­tu był naj­zwy­klej­szym pro­sta­kiem w nie­bie­skich spodniach od dre­su z po­wy­py­cha­ny­mi ko­la­na­mi, tym nie­od­łącz­nym do­mo­wym uni­for­mie ra­dziec­kich męż­czyzn - szo­ko­wał mnie rów­nież jego spe­cy­ficz­ny le­kar­ski hu­mor, pod wzglę­dem po­zio­mu po­rów­ny­wal­ny chy­ba tyl­ko z żoł­nier­skim, jak na przy­kład upar­te cią­gnię­cie dia­lo­gów w ro­dza­ju "nie mogę - a two­ja żona mówi, że jesz­cze mo­żesz!" - co mia­ło być za­baw­ne - i ja­kaś szcze­gól­nie od­py­cha­ją­ca wul­gar­ność we wszyst­kim, co zwią­za­ne z cia­łem: wu­jek Wo­ło­dia mógł na przy­kład, go­ląc się przy otwar­tych drzwiach do ła­zien­ki, pier­dzieć tam jak kon­tra­bas, gło­śno ga­dać przez drzwi WC do wtó­ru nie­dwu­znacz­ne­go ciur­ka­nia, przy sto­le wpę­dzał mnie w ru­mień­ce ko­men­ta­rza­mi od­no­śnie za­pie­ra­ją­ce­go lub roz­luź­nia­ją­ce­go dzia­ła­nia da­nej po­tra­wy - do żyw­no­ści w ogó­le od­no­sił się z wiel­ką aten­cją, lu­bił "so­bie pod­jeść" i w do­dat­ku sta­tecz­nie ob­smok­tać stra­wę sło­wa­mi, w go­ściach po pie­czo­nym kró­li­ku, dłu­biąc w zę­bach, w za­du­mie kon­sta­to­wał, że "taak, nie na dar­mo ten kró­lik stra­cił ży­cie" - i znów wszy­scy się śmia­li, mama też, i to, o Boże, na­wet zu­peł­nie bez przy­mu­su!... Gdy po dru­gim roku, od razu po pierw­szym stu­denc­ko-prak­ty­kanc­kim ro­man­sie - z gi­ta­ra­mi i ogni­ska­mi, i sek­sem na roz­ście­lo­nym sztor­mia­ku - zwia­łam jak wi­cher za mąż z domu ro­dzin­ne­go, w któ­rym roz­pa­no­szył się ten, jak zwy­kłam go w my­ślach na­zy­wać, "ode­ski gbur", dłu­go jesz­cze uwa­ża­łam, że to wła­śnie on wy­jął ba­te­rie z mo­jej mamy - zga­sił i zba­bił, przy­krę­cił do ja­kichś nie­koń­czą­cych się, nie­zno­śnych dla ucha ku­li­nar­nych po­gda­ki­wań: "Da­ru­siu, có­reń­ko, mam tu dla cie­bie trzy­li­tro­wy sło­ik po­mi­dor­ków na zimę, i obe­rży­nek kil­ka sło­ików, a kon­fi­tu­ra mi nie wy­szła, roz­go­to­wa­ła się, spró­bu­ję jesz­cze raz, póki tru­skaw­ki moż­na do­stać..." - a w mło­do­ści prze­cież wier­sze pi­sa­ła, i to nie­złe!... Na­praw­dę uwa­ża­łam ją za bier­ną ofia­rę, któ­rej już nie moż­na po­móc, i w swo­je wła­sne do­ro­słe ży­cie zwia­łam jak na od­rzu­to­wej mio­tle, uzbro­jo­na w twar­de po­sta­no­wie­nie, że za nic na świe­cie nie po­zwo­lę się za­pu­ścić - wszel­kie "osta­tecz­ne ustat­ko­wa­nie się" tym wła­śnie gro­zi­ło, pę­ta­ło nogi i cią­gnę­ło w dół - i po­trze­bo­wa­łam nie­jed­ne­go roku i mnó­stwa gu­zów, żeby zro­zu­mieć, że w ta­kich sy­tu­acjach ko­bie­ta nig­dy nie bywa ofia­rą, na­wet je­śli sama tak twier­dzi - że moja mat­ka, gdy wresz­cie tak osta­tecz­nie, dzię­ki Bogu, uło­ży­ła so­bie ży­cie, zwy­czaj­nie nie mia­ła na co w nim cze­kać, je­śli nie li­czyć cze­ka­nia z obia­dem na wuj­ka Wo­ło­dię, i swo­je daw­ne ba­te­rie po­wy­krę­ca­ła so­bie bez zbęd­nych wa­hań sama - prze­sta­ły być po­trzeb­ne.) Wszyst­kie moje ró­wie­śnicz­ki były w mniej­szym lub więk­szym stop­niu ska­żo­ne tym sa­mym stan­dar­dem - jak naj­szyb­ciej i raz na za­wsze uło­żyć so­bie ży­cie, jak­by ktoś je go­nił i mu­sia­ły czym prę­dzej sko­czyć do bun­kra i na głu­cho się w nim za­mknąć - wszyst­kie oprócz Wła­dy. Ona jed­na żyła, w ogó­le nie zwa­ża­jąc na to, cze­go ocze­ki­wa­ły od niej wy­cho­wa­nie i śro­do­wi­sko - a ocze­ki­wa­ły do­brze opo­rzą­dzo­ne­go bun­kra plus ojca dla Ka­tru­si, bo jak to tak dziec­ko ma żyć bez ojca, i ro­dzin­nych przy­jaź­ni, i wspól­nych urlo­pów, o któ­rych moż­na po­tem opo­wia­dać w to­wa­rzy­stwie, i nie wia­do­mo cze­go jesz­cze, ca­łej sta­ran­nie uple­cio­nej sie­ci, któ­ra sama, siłą wła­sne­go cię­ża­ru, na­da­je ży­ciu for­mę już bez woli za­in­te­re­so­wa­ne­go i do­pie­ro gdy wszyst­kie za­ka­mar­ki zo­sta­ną wy­peł­nio­ne, a tym sa­mym mi­ni­mum ży­cio­we za­li­czo­ne, ko­bie­ta może so­bie po­zwo­lić na odro­bi­nę luzu i urzą­dzić wy­sta­wę swo­ich prac w mod­nej ga­le­rii, z nie­od­łącz­ną przy tym pre­zen­ta­cją ele­ganc­ko ugar­ni­tu­ro­wa­ne­go męża, któ­ry bę­dzie roz­le­wał wino dla go­ści - a Wła­da za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by cho­dzi­ła w dzie­ciń­stwie do ja­kiejś in­nej szko­ły, gdzie o tym nie uczy­li: po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła jak rtęć, gdzie chcia­ła i z kim chcia­ła, i wy­glą­da­ła przy tym ślicz­nie, i ma­lo­wa­ła co­raz le­piej i le­piej, aż po­wo­li za­czy­na­no się jej oba­wiać, zwłasz­cza od­kąd za­czę­ła mieć pie­nią­dze, wszak po­gar­dli­wie mach­nąć ręką - kto, Ma­tu­se­wycz? - nie przy­cho­dzi­ło już tak ła­two, bo pie­nią­dze, co tu ga­dać, mają wła­dzę po­twier­dza­nia, same przez się, ra­cji ich po­sia­da­cza, co­kol­wiek by ro­bił... Z ja­kie­goś po­wo­du lu­dziom tak trud­no jest po­go­dzić się z fak­tem naj­bar­dziej oczy­wi­stym: Wła­da po pro­stu od uro­dze­nia mia­ła ten nad­miar we­wnętrz­nej wol­no­ści, któ­ry do­sta­je się w jed­nym pa­kie­cie z ta­len­tem i bez któ­re­go ta­lent nie ma szans - roz­mie­ni się na drob­ne wśród krę­ce­nia głów­ką na wszyst­kie stro­ny w ocze­ki­wa­niu po­chwał i okla­sków - i na tym nad­mia­rze wol­no­ści, jak na peł­nym baku, prze­ska­ki­wa­ła wszyst­kie pod­su­wa­ne jej ze­wnętrz­ne re­gu­ły, jak­by ich nie za­uwa­ża­jąc, z roz­pę­du, sko­kiem na mo­to­cy­klu - miej­sce Wa­dy­ma, od­kąd po­ja­wił się w jej ży­ciu, mo­gło być na tyl­nym sie­dze­niu, a mo­gło też być na po­bo­czu dro­gi, z cho­rą­giew­ką w gar­ści, w każ­dym ra­zie ich związ­ku Wła­da nig­dy nie trak­to­wa­ła jako "ustat­ko­wa­nia się" (i zło­ści­ło ją, gdy tak trak­to­wa­ły go zna­jo­me baby, skła­da­jąc gra­tu­la­cje - z pod­tek­stem, że zła­pa­ła bo­ga­te­go fa­ce­ta - "sama też bied­na nie je­stem", od­gry­za­ła się w ta­kich wy­pad­kach, co ozna­cza­ło osta­tecz­ne już gra­ni­ce zło­ści...). Ale na­wet ja za jej ży­cia nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, co tak gru­bo­skór­nie i nie­ład­nie za­czę­ło od­sła­niać się po­tem: że ten wro­dzo­ny nad­miar wol­no­ści da­wał siłę by­cia sobą nie tyl­ko jej sa­mej, ale też wszyst­kim in­nym wo­kół niej - nam wszyst­kim, Wa­dy­mo­wi też, Wa­dy­mo­wi na­wet naj­bar­dziej.

Nie­któ­re rze­czy, któ­re wcze­śniej prze­ga­pi­łam, te­raz uwie­ra­ły jak żwir po­ob­cie­ra­ną skó­rę - na przy­kład Wa­dym, któ­ry po pi­ja­ne­mu de­spe­ro­wał: "Jak ja mam te­raz żyć - z bez­po­śred­nio­ścią roz­piesz­czo­ne­go chłop­czy­ka, któ­ry ta­rza się po pod­ło­dze bez spodni, bo nie ma komu go po­de­trzeć - ona mi po­przecz­kę trzy­ma­ła!..." - no i pro­szę, su­cho i nie­przy­chyl­nie stu­ka­ło mi w gło­wie, jak na kla­wia­tu­rze kal­ku­la­to­ra, to­bie, zna­czy, też?... Na po­grze­bie też pal­nął, już bez wy­so­kiej nuty, ze ską­pym mę­skim tra­gi­zmem: "Była naj­lep­szym, co mnie w ży­ciu spo­tka­ło" - jak­by na ta­kie zwie­rze­nie Pan Bóg miał po­jąć cały roz­miar za­da­nej mu oso­bi­ście krzyw­dy i za­ru­mie­nić się - i znów po­czu­łam ukłu­cie ura­zy: a co z jej ży­ciem, jak te­raz szu­kać sen­su jej ży­cia, czyż nie to jest w tej chwi­li naj­waż­niej­sze? Moż­na było, rzecz ja­sna, zrzu­cić to na szok, w tym sta­nie lu­dzie nie ta­kie rze­czy mó­wią, a już zwłasz­cza fa­ce­ci - co po­ra­dzisz, no nie umie­ją ani uro­dzić, ani po­cho­wać, te naj­cięż­sze i naj­brud­niej­sze ży­cio­we pra­ce są do­me­ną ko­biet, nie moż­na wy­ma­gać od ogłu­szo­ne­go bó­lem chło­pa do­sko­na­łej sty­li­sty­ki - naj­wy­raź­niej siłą in­er­cji wciąż gro­ma­dzi­łam wte­dy w my­ślach wra­że­nia, żeby kie­dyś prze­ka­zać je Wła­dzie (nie­je­den jesz­cze mie­siąc ła­pa­łam się na tym), bo przy­po­mnia­ło mi się w tam­tym mo­men­cie, jak­by we­szło do mo­je­go we­wnętrz­ne­go dia­lo­gu na rów­nych pra­wach, Wła­dy opo­wia­da­nie - sta­re, bar­dzo już od­le­głe - o tym, jak w dzie­ciń­stwie oj­ciec za­wiózł ją na wieś na po­grzeb swo­jej mat­ki, Wła­dy nig­dy-wcze­śniej-nie­spot­ka­nej bab­ci; Wła­da za­pa­mię­ta­ła, jak bu­dzi­ła się w nocy i wi­dzia­ła przez otwar­te drzwi mi­go­ta­nie świec w są­sied­nim po­ko­ju - tam trwa­ło "czu­wa­nie" przy zmar­łej i świe­ce, jak zda­wa­ło się ma­łej Wła­dzie, wy­ra­sta­ły z mro­ku sa­mo­czyn­nie, ni­czym kwia­ty ogni­ste, po­my­śla­ła, że to wła­śnie jest baj­ko­wy kwiat pa­pro­ci, i na­wet po­my­śla­ła ży­cze­nie, tyl­ko nie pa­mię­ta­ła ja­kie - i tam­tej wła­śnie nocy usły­sza­ła la­ment po­grze­bo­wy, "praw­dzi­wy la­ment, Da­ry­no, te­raz już na­wet na wsi się ta­kie­go nie usły­szy!" - mó­wi­ła, że to było jak śpiew: jed­na je­dy­na, nie­ustan­nie po­wra­ca­ją­ca mu­zycz­na fra­za, któ­ra roz­pę­dza­ła się w górę, jak po urwi­sku, i bez­sil­nie zjeż­dża­ła w dół, jak tam­ten ga­zik, któ­rym je­cha­li z oj­cem przez je­sien­ne ba­gna, buk­su­jąc na każ­dym pa­gór­ku, i była w tej mo­no­to­nii ja­kaś wszech­ogar­nia­ją­ca i po­ru­sza­ją­ca ja­sność, jak­by to wła­śnie ona, ta mo­no­to­nia, sta­no­wi­ła naj­do­kład­niej­szy prze­jaw pięk­na, męki i mar­no­ści ludz­kich wy­sił­ków pod tym nie­bem - mała Wła­da za­sty­gła pod cięż­ką weł­nia­ną na­rzu­tą, bo­jąc się ode­tchnąć, do ko­ści prze­ję­ta ogro­mem żalu, dla któ­re­go nie ist­nia­ło po­cie­sze­nie: głos był ko­bie­cy, śpie­wał-pła­kał na tej jed­nej fra­zie, spla­ta­jąc sło­wa, wy­mie­nia­jąc dzie­ła i uczyn­ki zmar­łej już przed kimś od­da­lo­nym, kogo nie było w po­ko­ju, jak­by prze­bie­rał je i ob­my­wał sobą, by prze­two­rzyć w klej­no­ty o szla­chet­nym bla­sku, aż Wła­da nie od razu zro­zu­mia­ła, że wszyst­ko to było śpie­wa­ne o jej ro­dzo­nej bab­ci, któ­rej nie zna­ła i któ­ra le­ża­ła te­raz tam, pod gro­na­mi pło­my­ków świec, i już nie wsta­nie, na ni­czy­je proś­by, z tą strasz­ną siłą zro­zu­mia­nej bez­na­dziej­no­ści bła­ga­nia, któ­rą lu­dzie zwą roz­pa­czą: "Oj wstań, wstań, moja przy­ja­ciół­ko..." - in­nych słów Wła­da nie za­pa­mię­ta­ła, zresz­tą nie do za­pa­mię­ty­wa­nia były prze­zna­czo­ne, im­pro­wi­za­cja, któ­rą usły­szeć moż­na tyl­ko raz, nie po­wta­rza się i nie od­twa­rza, za to za­pa­mię­ta­ła, jak mruk­nął z uzna­niem tuż obok, od drzwi, chry­pli­wy mę­ski bas: "Pięk­nie pła­cze!" - i tak do­wie­dzia­ło się dziec­ko mia­sta, że to był la­ment i że miał ten la­ment in­nych niż ono świad­ków - pu­blicz­ność, któ­ra przy­szła go oce­nić. W tej wła­śnie chwi­li, mó­wi­ła, czar prysł - płacz­ka sta­ła się w jej oczach kimś w ro­dza­ju ak­tor­ki i wkrót­ce po tym, jak za­mil­kła, Wła­da wy­ło­wi­ła z bab­skie­go ści­szo­ne­go roz­gwa­ru jej zu­peł­nie zwy­kły, jak­by od razu prze­brał się w świe­że ubra­nie, głos: jak od­po­wia­dał czy może da­wał ko­muś bie­żą­ce wska­zów­ki, o ja­kichś chu­s­tach, ile ich gdzie po­trze­ba - "Za­snę­łam wte­dy z ta­kim gorz­kim po­czu­ciem - wspo­mi­na­ła Wła­da - że mnie oszu­ka­no...". Te­raz, gdy ona sama le­ża­ła, to­nąc w na­zrzu­ca­nych na nią kwia­tach, i tyl­ko jej imię co chwi­lę na nowo ude­rza­ło pod­czas pa­na­chy­dy, jak­by bu­dząc ze snu: "Przyj­mij, Boże, du­szę słu­żeb­ni­cy Two­jej Wła­dy­sła­wy i od­puść jej grze­chy świa­do­me i nie­świa­do­me" - Wła­dy­sła­wy? czy to o niej?... Boże, Wła­da! Wła­duś­ka, jak to!... - i na­tych­miast łzy ciur­kiem pły­nę­ły mi z oczu i przez nos, a jesz­cze nie mo­głam bez pła­czu pa­trzeć, kie­dy na ko­niec bra­li na ra­mio­na trum­nę, tę "za ty­siąc do­la­rów"; trum­na wy­glą­da­ła na ma­leń­ką, jak dla dziec­ka, ja­koś za ży­cia nie rzu­ca­ło się w oczy, że z Wła­dy była praw­dzi­wa Ca­li­necz­ka: póki mó­wi­ła, ru­sza­ła się, śmia­ła, było jej nie­wia­ry­god­nie dużo, i może też dla­te­go w trum­nie wy­da­wa­ła się siłą unie­ru­cho­mio­na, nie mar­twa, tyl­ko wła­śnie za­bi­ta i na­umyśl­nie wy­sta­wio­na na po­kaz, żeby wresz­cie uka­za­ła się, jak ogól­ny wy­rzut su­mie­nia, jej nie­wi­docz­na wcze­śniej bez­bron­ność - kie­dy tak le­ża­ła, a my, sto­jąc nad nią, usi­ło­wa­li­śmy coś po­wie­dzieć (i ja też!), i wszyst­kie sło­wa były tak pu­ste i nic nie­zna­czą­ce - no ko­góż to ob­cho­dzi, kim ona dla cie­bie była, czło­wie­ku?! - nie­współ­mier­ne, na­wet je­śli ze­brać je wszyst­kie ra­zem, do jej urwa­ne­go ży­cia: to były te same sło­wa, któ­ry­mi lu­dzie prze­mó­wią póź­niej, kie­dy już wró­cą z po­grze­bu do do­mów i będą pić her­ba­tę we wła­snej kuch­ni - do­pie­ro tu mo­gła­bym po­wie­dzieć Wła­dzie, ile bym dała, żeby ktoś nad nią, jak nie­gdyś nad jej bab­cią, "pięk­nie za­pła­kał". Mo­gła­bym jej po­wie­dzieć coś, cze­go wcze­śniej nie wie­dzia­ły­śmy: jak za­ci­ska czło­wie­ko­wi gar­dło ta po­tęż­na jak wole nie­mo­ta, nie­zna­ją­ca tego za­po­mnia­ne­go, ar­cha­icz­ne­go ry­tu­ału - je­dy­ne­go, jak się oka­za­ło, któ­ry może być w ta­kiej chwi­li przy­dat­ny: prze­zna­czo­ne­go do ob­my­cia ca­łe­go ludz­kie­go ży­cia na­raz tak samo, jak ob­my­wa się cia­ło, zwy­kły­mi sło­wa­mi nie da się tego zro­bić - ob­myć i wznieść nad gło­wa­mi tłu­mu, by zo­ba­czył po­nad trum­ną - to nie było oszu­stwo, mó­wi­łam w pust­kę wy­łą­czo­ne­go te­le­fo­nu, to była sztu­ka, Wła­duś, tyl­ko nikt już tego nie umiał, i ja nie umia­łam, i gdy­bym spró­bo­wa­ła pod­nieść swój żal, uchwy­cić go gło­sem, wy­rwa­ło­by mi się co naj­wy­żej zdu­szo­ne mu­cze­nie ran­nej kro­wy...

A po­tem - po­wo­li, po kro­pli - za­czy­na­ło się za­po­mnie­nie.

Boże, czyż­by to na­praw­dę było już wszyst­ko?

 

Da­ry­na Hosz­czyn­ska wsta­je zza sto­łu, pod­cho­dzi do okna i dłu­go wpa­tru­je się w ciem­ną szy­bę, za któ­rą po­bły­sku­ją w dole ni­kłe gwiazd­ki miej­skich świa­teł. Jak kiep­sko oświe­tlo­ny jest Ki­jów - a prze­cież to sto­li­ca. Moż­na so­bie wy­obra­zić, co się dzie­je na pro­win­cji. I mrok, ten mrok... Jak fa­tal­nie ży­je­my, Boże, i jak fa­tal­nie umie­ra­my...

- Da­ry­na? - zdzi­wio­ny głos Jur­ka, ko­le­gi z wie­czor­ne­go wej­ścia. - Co tak sie­dzisz po ciem­ku?

Pstry­ka włącz­nik - i z głę­bi szy­by przed nią wy­ła­nia się (w pierw­szej chwi­li nie­przy­jem­ne za­sko­cze­nie) pięk­na mło­da ko­bie­ta, w ta­kim mdłym świe­tle, roz­my­wa­ją­cym fak­tu­rę szcze­gó­łów, na­praw­dę mło­da i nie­wia­ry­god­nie, do bólu uro­dzi­wa, aż strach bie­rze: coś wiedź­mie­go, po­gań­skie­go. Wy­dłu­żo­ne egip­skie brwi, war­gi ciem­ne, jak na­brzmia­łe krwią - ja­kiż brak po­do­bień­stwa do te­le­wi­zyj­ne­go ob­ra­zu, któ­ry naj­pierw na­rzu­ca py­ta­nie, ja­kiej fir­my ko­stiu­mik ma na so­bie pro­wa­dzą­ca i ja­kiej uży­wa szmin­ki. A tu­taj - jak­by twarz wy­ło­wio­na przez pło­mień z mro­ku nocy, ar­cha­icz­na, bu­rzo­wo pięk­na. Da­ry­na, za­nim wró­ci do świa­ta (do Jur­ka, któ­ry coś do niej mówi), za­chłan­nie wpa­tru­je się w tę nie­do­stęp­ną twarz, swo­ją i obcą rów­no­cze­śnie: pro­szę, więc tak wy­glą­da w sa­mot­no­ści - na znacz­nie sil­niej­szą, niż się czu­je. Dzię­ki tej sile Da­ry­na po­sy­ła Jur­ko­wi olśnie­wa­ją­cy uśmiech.

- Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się... Co mó­wisz?

- Mó­wię, że wła­śnie dzwo­nił do cie­bie mło­dy czło­wiek. - Wzrok Jur­ka robi się wie­lo­znacz­nie je­dwa­bi­sty; sto­sun­ki mię­dzy nimi od kil­ku już lat ba­lan­su­ją na gra­ni­cy pra­co­we­go flir­tu, zu­peł­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce­go, ale któ­ryż męż­czy­zna lubi być he­rol­dem zwia­stu­ją­cym przy­by­cie in­ne­go, więc w kró­ciut­kiej, na poły py­ta­ją­cej pau­zie Jur­ko daje jej szan­sę uspra­wie­dli­wie­nia, choć­by unie­sie­niem brwi ze­pchnię­cia "mło­de­go czło­wie­ka" na dru­gi plan, a nie do­cze­kaw­szy się, sam po­sy­ła ła­ska­wy uśmiech pod jego ad­re­sem: - Mar­twił się, gdzie prze­pa­dłaś.

- Boże, prze­cież ja wy­łą­czy­łam ko­mór­kę! Dzię­ku­ję, Jur­czy­ku.

No ja­sne, to Ad­rian. (Nie­za­do­wo­lo­ny Jur­czyk tym­cza­sem usu­wa się za drzwi.) Dziw­ne, że za­po­mnia­ła o jego ist­nie­niu. Że za­wsze za­po­mi­na o jego ist­nie­niu - jak za­po­mi­na się o wła­snej ręce czy no­dze.

- Aduś?

- La­lu­sia?

Głos, jak za­wsze, gdy roz­ma­wia z nią po nie­dłu­giej na­wet prze­rwie, kipi nie­po­wstrzy­ma­ną ra­do­ścią, przez mo­ment zda­je się jej, że trzy­ma w dło­ni jego stward­nia­ły, jak ka­mień ob­le­czo­ny w je­dwab, czło­nek, i fala za­pa­chu Ad­ria­na (cy­na­mon? kmin?) na­pły­wa na nią z taką siłą, że aż musi przy­siąść na brze­gu sto­łu, nie­świa­do­mie za­ci­ska­jąc mię­dzy no­ga­mi wol­ną rękę; "La­lu­sia" - tak mó­wi­li na nią w dzie­ciń­stwie, kie­dy jesz­cze nie umia­ła wy­mó­wić "Da­ru­sia", ale Ad­rian sam wy­my­ślił to imię, lal­ka - moja lal­ka - la­lecz­ka - la­lu­sia - jego mi­ło­sny ję­zyk, jak więk­szo­ści męż­czyzn o czy­stej du­szy, był ję­zy­kiem dzie­cię­cym; nie wy­obra­żał so­bie, że moż­na się tego wsty­dzić, na po­cząt­ku, spe­szo­na, jesz­cze się bro­ni­ła: nie je­stem two­ją lal­ką! - jed­nak trzy­dzie­ści-kil­ka-lat-nie­sły­sza­na "La­lu­sia" w koń­cu po­ko­na­ła, osta­tecz­nie prze­ła­ma­ła in­er­cję jej ko­bie­ce­go do­świad­cze­nia, ko­lej­ny raz prze­ko­nu­jąc o nie­mal me­ta­fi­zycz­nej sen­sow­no­ści wszyst­kich dzia­łań Ad­ria­na - jak­by na­praw­dę wła­dał ja­kąś ta­jem­ną o niej wie­dzą, wo­bec któ­rej po­win­na za­milk­nąć - i może prze­czu­wa­jąc to, za każ­dym ra­zem wy­krzy­ku­je do słu­chaw­ki swo­je trium­fal­ne "La­lu­sia?", ni­czym mło­dy ta­tuś, któ­ry wła­śnie nadał imię swo­jej pier­wo­rod­nej i spraw­dza jego brzmie­nie... Ale i tak za każ­dym ra­zem czu­je się spe­szo­na i chcia­ła­by za­sło­nić mu usta, kie­dy my­śli, że świad­kiem tej bez­wstyd­nej de­mon­stra­cji szczę­ścia może stać się ktoś obcy - w biu­rze, w sa­mo­cho­dzie, w skle­pie czy skąd­kol­wiek on tam dzwo­ni...

- Skąd dzwo­nisz?

To brzmi jak tro­ska, i on tak to od­bie­ra, co bu­dzi w niej le­ciut­ki wy­rzut su­mie­nia, jak­by świa­do­mie go oszu­ka­ła, więc w od­po­wie­dzi pró­bu­je się sku­pić, grzecz­nie wy­słu­chu­je, jak przy­szedł - ze­brał się wresz­cie - na swo­ją ka­te­drę o skom­pli­ko­wa­nej na­zwie, gdzie cią­gle jest na li­ście dok­to­ran­tów, sze­fa nie za­stał, se­kre­tar­ka twier­dzi­ła, że nie­dłu­go przyj­dzie, i bez sen­su stra­cił pra­wie go­dzi­nę, wy­pił z tą idiot­ką chy­ba z pół li­tra kawy - Ad­rian oczy­wi­ście nie mówi "idiot­ką", bo w ogó­le bez po­trze­by nie mówi źle o lu­dziach, i na­wet gdy jest taka pa­lą­ca po­trze­ba, ogra­ni­cza się do opi­su jed­ne­go kon­kret­ne­go za­cho­wa­nia, nie roz­cią­ga­jąc tego na oso­bę jako taką, a Da­ry­na od daw­na po­dej­rze­wa, że se­kre­tar­ka ka­te­dry zwy­czaj­nie robi do Ad­ria­na słod­kie oczka i ko­rzy­sta z każ­dej oka­zji, by zor­ga­ni­zo­wać z nim so­bie małe t?te-a-t?te, w gło­wie się nie mie­ści, ja­kie się te baby na­chal­ne po­ro­bi­ły!... (Gwo­li spra­wie­dli­wo­ści, rze­czy­wi­ście, za­nim sta­ła się Da­ry­ną Hosz­czyn­ską, pre­zen­ter­ką jed­ne­go z pań­stwo­wych pro­gra­mów, też zda­rza­ło jej się prze­ja­wiać ini­cja­ty­wę wo­bec męż­czyzn, któ­rzy jej przy­pa­dli do gu­stu, ale jest to wspo­mnie­nie tak od­le­głe i mgli­ste, że ni­cze­go tu nie rów­no­wa­ży...) Słu­cha­jąc go, od­ru­cho­wo zer­ka na swo­je od­bi­cie w szy­bie (z ko­mór­ką przy uchu): znów zwy­kły, ekra­no­wy ob­raz, tyl­ko w kiep­ściut­kim świe­tle.

Wła­da i Ad­rian to jak­by róż­ne szu­fla­dy, rów­no­le­głe ka­na­ły w jej świa­do­mo­ści: z Ad­ria­nem spo­tka­li się, gdy Wła­da le­ża­ła już na Baj­ko­wym. I nic te­raz nie kusi, żeby w my­ślach ich so­bie przed­sta­wiać - nowa era, nowy spo­sób li­cze­nia lat. P.W. Po Wła­dzie. Tak.

Ar­tem - tak, on znał Wła­dę; Ar­tem, od któ­re­go za­czę­ła się dla niej, Da­ry­ny, hi­sto­ria Do­wha­nów­ny (prze­lot­ny uśmiech na wspo­mnie­nie tam­tej piw­ni­cy, w któ­rej za­czę­ła się cała hi­sto­ria, i swo­jej ów­cze­snej nie­wy­god­nej po­zy­cji...) - a po­tem, w dru­giej ko­lej­no­ści, po­ja­wił się Ad­rian. Ar­tem te­raz też jest czę­ścią prze­szło­ści i ra­czej już się na sce­nie jej ży­cia nie po­ja­wi - zu­peł­nie jak­by ode­grał już prze­zna­czo­ną so­bie rolę w tej sztu­ce. Na uła­mek se­kun­dy Da­ry­nę ogar­nia pa­ra­li­żu­ją­ce oszo­ło­mie­nie, mąci jej się w gło­wie, jak­by ol­brzy­mia huś­taw­ka prze­rzu­ci­ła ją po­nad cza­sem, "dia­bel­ski młyn", tak się to na­zy­wa­ło w par­ku jej dzie­ciń­stwa, i na sa­mym szczy­cie, kie­dy w dole otwie­ra­ła się pa­no­ra­ma aż po ho­ry­zont, za­wsze ją mdli­ło, czyż­by ze stra­chu przed zna­le­zie­niem się oko w oko z ca­łym świa­tem?... (W dzie­ciń­stwie taka pa­no­ra­ma wy­da­wa­ła się ca­łym świa­tem!) Coś nie­wła­ści­we­go mu­sia­ło być w tym wi­do­ku ży­cia "z lotu pta­ka", ni­czym z rusz­to­wa­nia Wie­ży Ba­bel - coś, cze­go czło­wie­ko­wi nie wol­no, nie po­zwa­la się utrzy­mać dłu­żej niż przez ulot­ny skra­wek chwi­li - i te­raz tak samo coś wtrą­ca ją w po­ślizg, jak od krót­kie­go spię­cia, od mo­men­tal­ne­go po­łą­cze­nia przed we­wnętrz­nym wzro­kiem tak od­le­głych w cza­sie, dla nor­mal­ne­go, "z dołu", spoj­rze­nia kom­plet­nie nie­zwią­za­nych ze sobą osób - we wspól­ny wi­ze­ru­nek, sta­ran­nie stwo­rzo­ną opo­wieść, w spój­ny ob­raz: w pa­no­ra­mę! - wła­ści­wie w prze­błysk pa­no­ra­my, bo chwi­lę póź­niej ob­raz znów roz­sy­pu­je się w pył, Da­ry­na wy­ła­wia z nie­go za­le­d­wie nit­kę od Ar­te­ma przez Do­wha­nów­nę do Ad­ria­na i po­zo­sta­je na brzeż­ku sto­łu z na­głym, jak pot mię­dzy ło­pat­ka­mi, do­my­słem - nie, pew­no­ścią! - że ta­kie ni­tecz­ki wią­żą wszyst­ko wo­kół, że i przez nią, Da­ry­nę Hosz­czyn­ską, set­ki ich, nie­wi­dzial­nych dla oka, nie­ustan­nie bie­gną w czy­jeś ży­cia, ale przyj­rzeć się i za­trzy­mać w oczach two­rzo­ny przez nie ob­raz - ten po­tęż­ny i osza­ła­mia­ją­cy, samo zbli­ża­nie się do nie­go bu­dzi mdło­ści - nie moż­na, nie moż­na już choć­by dla­te­go, że te nit­ki ucie­ka­ją poza gra­ni­ce two­je­go ogra­ni­czo­ne­go wi­dze­nia, poza ramy two­je­go ży­cia - tak cho­ler­nie krót­kie­go! - na­ni­zu­jąc na sie­bie lu­dzi, roz­dzie­lo­nych już nie przez lata, nie przez po­ko­le­nia, ale przez stu­le­cia i da­lej, gdzie wzrok już nie się­ga: ta żywa tka­ni­na po­wsta­je z nas i przez nas, pły­nie, drga, fa­lu­je i nie da się, ze swo­imi ża­ło­sny­mi kil­ko­ma dzie­siąt­ka­mi lat ziem­skie­go ży­wo­ta, pod­sko­czyć po­nad nią, by uj­rzeć z góry jej roz­cią­gnię­ty w bez­kre­sie i bar­dziej prze­cież od roz­gwież­dżo­ne­go nie­ba skom­pli­ko­wa­ny wzór - wszy­scy ocie­ra­my się w cza­sie o sie­bie na­wza­jem, nie ma­jąc o tym po­ję­cia, mar­twi, żywi, nie­na­ro­dze­ni, i któż wie, ilu ich i w jak nie­zwy­kłych splo­tach losu zło­ży­ło się na to, że­bym te­raz mo­gła sie­dzieć, trzy­ma­jąc w ręku głos męż­czy­zny, któ­re­go ko­cham - i na­wet tego nie do­strze­gać: dla­cze­go go ko­cham, dla­cze­go wła­śnie jego?...

- Halo? - ostroż­nie sztur­cha ją ten męż­czy­zna, wy­czu­wa­jąc na dru­gim koń­cu osła­bie­nie uwa­gi, przej­ście jej, jak sam by to okre­ślił, ze sta­nu sta­łe­go do sta­nu pla­zmy. - La­lu­siu? Słu­chasz mnie?...

- Aha... Aduś, nie pa­mię­tasz, na czym po­le­gał on­to­lo­gicz­ny do­wód na ist­nie­nie Boga?

Prych­nię­cie - nie dla­te­go, że py­ta­nie wy­da­ło mu się śmiesz­ne, i nie z za­sko­cze­nia, ale dla­te­go, że każ­da nie­spo­dzian­ka z jej stro­ny wciąż spra­wia mu ogrom­ną ra­dość; cie­ka­we, ile to jesz­cze po­trwa?...

- Kie­dyś wie­dzia­łem, te­raz so­bie nie przy­po­mnę... Bo co?

- Bo zda­je mi się, że wła­śnie go od­kry­łam.

Śmie­je się - gło­śno, szcze­rze śmie­je się ze swo­jej spryt­nej dziew­czyn­ki, nie­stru­dzo­nej w po­szu­ki­wa­niu po­my­słów. Cie­szy się, że jest w do­brym na­stro­ju.

- Po­waż­nie. Ro­zu­miesz, ktoś musi to wszyst­ko wi­dzieć jako ca­łość, z góry. Jak na dia­bel­skim mły­nie w par­ku. Ale nie te­raz, nie w tej chwi­li, tyl­ko tak w ogó­le...

Brzmi to wy­jąt­ko­wo głu­pio; na­wet jej sa­mej wy­da­je się, że daw­no już nie wy­gła­sza­ła głup­szej ty­ra­dy z ta­kim prze­ko­na­niem w gło­sie - na­praw­dę, jak uczen­ni­ca.

- Ty moja spry­ciu­lo!...

Zga­dza się, z góry się zga­dza ze wszyst­kim, co ona po­wie. Byle tyl­ko było jej do­brze. Byle tyl­ko był po­kój w ro­dzi­nie i zgo­da, i ci­sza - ła­ma­na co naj­wy­żej przez jej jęki w sy­pial­ni, na łóż­ku king size z arab­ską na­rzu­tą. On lubi jej jęki; "nie prze­ry­wać mu­zy­ki" - tak to się u nich na­zy­wa. Na mo­ment Da­ry­nę ogar­nia taka roz­pacz, jak­by ją ktoś wy­pchnął ze stat­ku ko­smicz­ne­go w otwar­tą prze­strzeń i od­ciął prze­wód: pust­ka, pust­ka i próż­nia. Sa­mot­ność.

Ad­rian tym­cza­sem pod­wa­ża jej myśl z in­nej stro­ny, chwy­ta pę­set­ką i kła­dzie gdzieś pod mi­kro­sko­pem na szkieł­ku la­bo­ra­to­ryj­nym - i jesz­cze do­ci­ska od góry do cał­kiem już nie­roz­po­zna­wal­nej po­sta­ci:

- Mogę ci od­po­wie­dzieć co naj­wy­żej z punk­tu wi­dze­nia teo­rii praw­do­po­do­bień­stwa, je­śli chcesz... Gdzieś czy­ta­łem, że we­dług sta­ty­styk nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków licz­ba oca­lo­nych prze­wyż­sza prze­wi­dy­wa­ną o pięć pro­cent, przy czym jest to sta­ła pro­por­cja...

Nie, ona nie chce tego wie­dzieć. Nie chce na­wet wy­si­lać się, żeby zro­zu­mieć, co ta ga­da­ni­na ma zna­czyć - jak w szko­le na ma­te­ma­ty­ce, kie­dy za mo­ment we­zwą cię do ta­bli­cy i każą kon­ty­nu­ować od miej­sca, w któ­rym po­przed­nia ofia­ra odło­ży­ła kre­dę. Ale on to do­bra du­sza, a ona była nie­spra­wie­dli­wa, sam uprzej­mie wszyst­ko wy­ja­śni:

- Wy­da­je się, w każ­dym ra­zie we­dle teo­rii, że kost­ka po­win­na po­ka­zy­wać pół na pół: gi­nie tylu, ilu prze­ży­wa. A prze­ży­wa za­wsze o pięć pro­cent wię­cej, sta­le. Te pięć pro­cent to wła­śnie in­ter­wen­cja czyn­ni­ka X, nie­zna­nej siły - wy­cho­dzi na to, że to Bóg. Ma­te­ma­tycz­ny do­wód na jego ist­nie­nie.

- Na­praw­dę? Fa­scy­nu­ją­ce...

Nie iro­ni­zu­je (no może ociu­pin­kę...), na­praw­dę uwa­ża, że to cie­ka­we - w kla­sie jest cie­pło, usy­pia­ją­co mru­czą lam­py pod su­fi­tem (na dwo­rze jesz­cze ciem­no, zima, pierw­sza lek­cja...) i kre­da na mo­krej ta­bli­cy po­skrzy­pu­je tak swoj­sko - tyl­ko pal­ce będą po­tem jak nie wła­sne, ta­kie nie­przy­jem­nie szorst­kie, aż do koń­ca lek­cji, i źle bę­dzie się nimi trzy­ma­ło dłu­go­pis... Tam­ten wcze­śniej­szy jej stan roz­wiał się - za­ci­snę­ła w pa­mię­ci, jak bul­dog w szczę­kach, tyl­ko sło­wo "nit­ki", te­raz do koń­ca dnia bę­dzie jej krą­ży­ło w gło­wie i od cza­su do cza­su bez­myśl­nie wy­ry­wa­ło na usta, a ona na­wet nie za­uwa­ży: nit­ki, nit­ki. Nit­ki. Nit­ki, któ­re two­rzą ob­raz, ale my go nie wi­dzi­my. I dla­te­go żad­na, ni­czy­ja sto­ry nig­dy nie jest za­mknię­ta. I śmierć nie sta­wia w niej krop­ki.

Do­pie­ro tu­taj Da­ry­na orien­tu­je się, że ta eg­zy­sten­cjal­na roz­mo­wa przez ko­mór­ki bę­dzie ich obo­je kosz­to­wać tyle, że moż­na by przy ta­kiej sa­mej roz­mo­wie o wie­le smacz­niej po­sie­dzieć w ka­wiar­ni - tak oto raz po raz ja­pi­szo­no­wa­ta roz­rzut­ność Ad­ria­na tłu­mi jej in­stynkt dziew­czyn­ki z ubo­gie­go domu: dla niej pie­nią­dze za­wsze chy­ba będą tyl­ko otwar­tym wa­chla­rzem moż­li­wo­ści, z któ­re­go ko­niecz­nie trze­ba wy­brać naj­lep­szą, a dla Ad­ria­na po pro­stu czymś, co na­le­ży wy­dać we­dle wła­sne­go gu­stu, te­raz i za­raz. W do­dat­ku obo­je za­ra­bia­ją pra­wie tyle samo (ona trosz­kę le­piej!), więc rzecz nie w kwo­tach; rzecz w wol­no­ści we­wnętrz­nej, któ­rej się nie kupi - albo jest, albo nie. Okej, nie ma to nie ma, chrza­nić to.

- A dla­cze­go do mnie dzwo­ni­łeś, wie­dzia­łeś prze­cież, że je­stem w stu­diu? Tak po pro­stu?

- No, wiesz...

Jego głos drży i ucie­ka, spło­szo­ny cho­wa się gdzieś w ciem­ną dziu­rę, jak nie­ostroż­nie do­tknię­ty śli­mak. Coś się sta­ło, prze­szy­wa Da­ry­nę myśl - ale nie, gdy­by coś się nie­do­bre­go sta­ło (a dla­cze­go wła­ści­wie mia­ło stać się coś złe­go, dla­cze­go ona wiecz­nie spo­dzie­wa się wła­śnie złe­go, do cho­le­ry, kie­dyż to się wresz­cie skoń­czy?!), gdy­by na­praw­dę coś się sta­ło, od razu by po­wie­dział, nie za­czął­by ta­kiej we­so­łej ga­da­ni­ny - a może wła­śnie by za­czął?... Jesz­cze nic złe­go ra­zem nie prze­ży­wa­li, żad­nych nie­szczę­śli­wych wy­pad­ków, po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go, bez­ro­bo­cia czy kra­chu fi­nan­so­we­go - zwy­kłe dro­bia­zgi, prze­cięt­ne ży­cio­we kło­po­ty, pro­ble­my, któ­re trze­ba roz­wią­zy­wać i któ­re na­da­ją się do roz­wią­zy­wa­nia - skąd ma wie­dzieć, jak on zno­si nie­szczę­ścia?... Praw­dzi­we nie­szczę­ścia?

- No... Chcia­łem ci od razu opo­wie­dzieć, na go­rą­co... Wiesz, ja­koś przy­sną­łem po po­łu­dniu, zmo­rzy­ło mnie tam, gdzie sie­dzia­łem, w fo­te­lu, dziw­ne... Na­wet sze­fa prze­spa­łem...

- Awi­ta­mi­no­za! - śmie­je się ko­lo­ra­tu­ro­wo, jak ope­ro­wa diwa w sce­nie uczty, aria Vio­let­ty z Tra­via­ty. Te­raz już nie­po­wstrzy­ma­na ra­dość try­ska z niej na wszyst­kie stro­ny; ja­każ ulga: nic się nie sta­ło, wszy­scy cali i zdro­wi!... - W dzień się boję spać, mękę przy­no­szą sny i strach, Paw­ło Ty­czy­na - do­rzu­ca jed­nym tchem, bio­rąc roz­pęd, jak na łyż­wach, do roz­iskrzo­ne­go, dłu­gie­go, za­krę­co­ne­go pi­ru­etu na­tchnio­ne­go szcze­bio­tu, ale na­tych­miast ha­mu­je, płu­ca stop, łyż­wy z ostrym zgrzy­tem ryją lód: to jesz­cze nie ko­niec, on nie skoń­czył mó­wić!...

- Może i awi­ta­mi­no­za... Sen mi się przy­śnił.

- Sen? - Jak­by nie ro­zu­mia­ła tego sło­wa.

- Sen - po­wta­rza Ad­rian, co osta­tecz­nie od­bie­ra sło­wu sens. - Ty i cio­cia Hela.

- Sen, wi­dzia­łem dziw­ny sen... - mru­czy już siłą in­er­cji, echem po­zba­wio­ne­go sen­su sło­wa, od­ru­cho­wo chwy­ta­jąc się w pa­mię­ci pierw­szych lep­szych cy­ta­tów, by utrzy­mać za­chwia­ną rów­no­wa­gę: nie, zu­peł­nie jej się nie po­do­ba wy­stę­po­wa­nie w jego do­sta­tecz­nie już po­dej­rza­nych snach w to­wa­rzy­stwie umar­łych, od cze­goś ta­kie­go mi­mo­wol­nie cierp­nie skó­ra, ale z "cio­cią Helą" - z Ołe­ną Do­wha­nów­ną - łą­czy ją jed­nak też coś rze­czy­wi­ste­go i na­wet zu­peł­nie zro­zu­mia­łe­go: ten prze­klę­ty film, z któ­rym tyle już się na­mę­czy­ła i dla któ­re­go, mimo wszyst­kich tych mąk, wciąż nie może zna­leźć wła­ści­we­go ob­ro­tu klu­cza w zam­ku, tego je­dy­ne­go chwy­tu fa­bu­lar­ne­go, któ­ry cały me­cha­nizm pu­ścił­by w ruch, może wraż­li­wy Ad­rian, na­sta­wio­ny na jej falę, wła­śnie to pod­świa­do­mie od­bił - jej ro­sną­cy, zwią­za­ny z fil­mem o Do­wha­nów­nie nie­po­kój?...

- I cóż ro­bi­ły­śmy?

Jej śmiech brzmi ża­ło­śnie, cie­niut­ko - jak­by opo­wie­dział jej strasz­ną baj­kę, a ona te­raz chce usły­szeć, że to wszyst­ko nie­praw­da. Ale skądś, z wnę­trza wzbie­ra już w niej - i przy­bie­ra na sile, i ro­śnie - wie­dza, że ta­kie­go za­pew­nie­nia nie usły­szy. Że nie o film tu cho­dzi.

- Naj­pierw sie­dzia­ły­ście ra­zem przy sto­li­ku w ka­wiar­ni. W ogród­ku, pod dasz­kiem... Przy­po­mi­na­ło Pa­saż. By­ły­ście w let­nich su­kien­kach, śmia­ły­ście się... Wino pi­ły­ście.

Ta­aak.

- A po­tem?

- Wiesz, dużo tego było. - Ad­rian nie­spo­dzie­wa­nie się pod­da­je i do­pie­ro te­raz w jego gło­sie daje się sły­szeć praw­dzi­wa, ni­czym już nie­prze­sło­nię­ta bła­gal­na trwo­ga. - Nie wszyst­ko pa­mię­tam, dla­te­go dzwo­ni­łem do cie­bie od razu, jak tyl­ko się obu­dzi­łem, żeby nic po dro­dze nie po­gu­bić, ale cię nie było... - (By­łam, by­łam - stu­ka bez­dź­więcz­nie - aku­rat te same ka­dry oglą­da­łam, tyl­ko w to­wa­rzy­stwie in­nej nie­boszcz­ki!...) - Może już w domu po­roz­ma­wia­my, opo­wiem, co za­pa­mię­ta­łem, z ob­raz­ka­mi... Wiesz co, La­luś­ku... Może ja po cie­bie przy­ja­dę, do­brze?

- Też wy­my­śli­łeś - mówi naj­bar­dziej bez­tro­skim na świe­cie gło­sem: żeby uspo­ko­ić i jego, i sie­bie rów­no­cze­śnie. - Od­wio­zą mnie, Jur­ko od­wie­zie.

I rze­czy­wi­ście, nad po­dziw gwał­tow­nie za­pra­gnę­ło jej się to­wa­rzy­stwa Jur­ka, za­pra­gnę­ło się lek­kiej, we­so­łej pa­pla­ni­ny w sa­mo­cho­dzie, akro­ba­tycz­ne­go prze­rzu­ca­nia się pod­bar­wio­ny­mi ero­ty­zmem żar­ci­ka­mi i iro­nicz­ny­mi ko­men­ta­rza­mi do za­koń­czo­ne­go dnia pra­cy, tej zwy­kłej i przy­jem­nej dla oboj­ga chwi­li od­prę­że­nia, jak od­świe­ża­ją­cy prysz­nic albo fi­li­żan­ka kawy - z tych drob­nych ry­tu­ałów do­brze uło­żo­ne­go świa­ta, da­ją­cych nam po­czu­cie sta­ło­ści i bez­pie­czeń­stwa: aku­rat się przy­da.

- Nie przej­muj się, Aduś. To głup­stwa.

- Nie wiem, sam nie wiem... - Nie­mal wi­dzi, jak Ad­rian krę­ci gło­wą, od­pę­dza­jąc przy­kre my­śli, ni­czym brzę­czą­cą w gło­wie mu­chę, taki śmiesz­ny cza­sem jest ten jego od­ruch, jak u ma­łe­go chłop­ca, i koń­czy zu­peł­nie jak mały chło­piec: - Obie­caj mi, że bę­dziesz uwa­żać!

Da­ry­na znów wy­bu­cha ope­ro­wym śmie­chem, ale tym ra­zem bar­dziej dra­ma­tycz­nie, mez­zo­so­pra­no­wo: bli­żej Wa­gne­ra.

- Cóż, za­wsze zo­sta­je ta szcze­li­na pię­ciu pro­cent, praw­da?...

Roz­łą­cza się i na mo­ment za­mie­ra przed czar­nym świa­tem za oknem: przed tą ko­bie­tą po dru­giej stro­nie lu­stra, wy­rwa­ną z nocy mi­go­tli­wym bla­skiem ognia. Nie­tu­tej­sza, bu­rzo­wo pięk­na twarz z po­dłuż­ny­mi egip­ski­mi ocza­mi i pur­pu­ro­wy­mi usta­mi wsta­je jej na spo­tka­nie, zde­cy­do­wa­nym ru­chem wy­su­wa­jąc pod­bró­dek - i na­gle prze­bie­ga ją le­ciuch­ny, krót­ki dreszcz, jak­by po­wstrzy­my­wa­ła nad­pły­wa­ją­cy z wnę­trza szloch.

...Wła­decz­ko, Wła­du­siu. Po­móż mi.

Da­ry­na Hosz­czyn­ska od­wra­ca się do od­twa­rza­cza, na­ci­ska eject, wyj­mu­je ka­se­tę z ko­pią wy­wia­du, wrzu­ca ją do tor­by i z wi­zgiem za­cią­ga su­wak. Po­tem na­rzu­ca płaszcz, gasi świa­tło i gwał­tow­nym ru­chem otwie­ra drzwi na ko­ry­tarz.

- Ju-u-uuur­ku­uu! - roz­brzmie­wa pod su­fi­tem w rytm po­stu­ki­wa­nia ob­ca­sów jej mru­czą­cy, głę­bo­ki głos, nie­mal jak gru­cha­nie go­łę­bia.

Sala I"I tyle!!!"

Po­tem przy­cho­dzi ko­lej na fo­to­gra­fie. Czar­no-bia­łe, wy­pło­wia­łe do se­pii, kar­me­lo­wo­brą­zo­we; nie­któ­re na gru­bym go­fro­wa­nym pa­pie­rze z bia­ły­mi brze­ga­mi w ząb­ki, jak me­reż­ka przy koł­nie­rzu szkol­ne­go mun­dur­ka - epo­ka sprzed Ko­da­ka, epo­ka zim­nej woj­ny i ma­te­ria­łów fo­to­gra­ficz­nych pro­duk­cji kra­jo­wej, zresz­tą wszyst­kie­go pro­duk­cji kra­jo­wej, a ko­bie­ty na zdję­ciach po­upięk­sza­ły się ta­ki­mi sa­my­mi gi­gan­tycz­ny­mi stoż­ka­mi ko­ków, tych idio­tycz­nych pod­kła­dek z mar­twych (a czę­sto pew­nie jesz­cze cu­dzych, fe, pa­skudz­two!) wło­sów i mają na so­bie ta­kie same nie­fo­rem­nie pro­sto­kąt­ne, sztyw­ne z wy­glą­du su­kien­ki, jak bo­ha­ter­ki fil­mów Andy'ego War­ho­la czy, daj­my na to, Ano­uk Aimée w Osiem i pół (ją przy­najm­niej mo­gły, choć­by teo­re­tycz­nie, zo­ba­czyć - od­stać pięć go­dzin w ko­lej­ce, w fe­sti­wa­lo­wej ciż­bie, by w koń­cu prze­drzeć się do sali, mo­kre i szczę­śli­we, z po­prze­krzy­wia­ny­mi na ba­kier ko­ka­mi i róż­no­barw­ny­mi, ciem­ny­mi pół­ko­la­mi pod pa­cha­mi bia­łych blu­zek, pod któ­re za­kła­da­ło się ko­lo­ro­we hal­ki - kra­jo­wej pro­duk­cji, pew­nie, co kto miał naj­lep­sze­go: błę­kit­ne, ró­żo­we, lila, ale bie­li­zny na zdję­ciu nie wi­dać; zresz­tą tych mo­krych pół­ko­li ani za­pa­chu tam­tych ko­le­jek, jesz­cze nie­obzna­jo­mio­nych z dez­odo­ran­ta­mi, za to gę­sto ob­sy­pa­nych pu­drem i ró­żem, wy­per­fu­mo­wa­nych ja­kimś "In­dyj­skim san­da­łow­cem" z fa­bry­ki Czer­wo­na Mo­skwa albo w naj­lep­szym ra­zie pol­skim, rów­nie słod­ka­wo-mdłym "Być może..." na tle róż­no­rod­ne­go chó­ru roz­grza­ne­go ko­bie­ce­go potu też nikt już nie od­re­stau­ru­je - a na zdję­ciach, wy­stro­jo­ne i świe­żo przy­cze­sa­ne, spo­koj­nie mogą ucho­dzić za ró­wie­śni­ce Ano­uk Aimée, żad­nej że­la­znej kur­ty­ny stąd, z od­le­gło­ści czter­dzie­stu lat, już nie wi­dać...). Wiesz, co so­bie wła­śnie po­my­śla­łam? Że ko­bie­ty w ogó­le są mniej po­dat­ne na zmia­ny kli­ma­tu po­li­tycz­ne­go - wska­ku­ją w ny­lo­no­we poń­czo­chy, a po­tem i w de­fi­cy­to­we raj­sto­py, i sta­ran­nie wy­gła­dza­ją je na no­dze, kom­plet­nie nie zwra­ca­jąc uwa­gi ani na za­bój­stwo Ken­ne­dy'ego, ani na czoł­gi na uli­cach Pra­gi - i dla­te­go praw­dzi­wą twarz kra­ju okre­śla­ją męż­czyź­ni, przy­najm­niej tego po­przed­nie­go. Pa­mię­tasz ich czap­ki? Ta­kie iden­tycz­ne, jak od mun­du­ru, fu­trza­ne uszan­ki? "Py­ży­ki", o wła­śnie, tak się na nie mó­wi­ło; po żoł­nier­sku sfor­mo­wa­ne sze­re­gi czer­nie­ją­cych w mil­cze­niu "py­ży­ków" na try­bu­nie Mau­zo­leum, siód­me­go li­sto­pa­da, nie wie­dzieć cze­mu w rocz­ni­cę re­wo­lu­cji paź­dzier­ni­ko­wej za­wsze pa­dał deszcz, i to ze śnie­giem, jak­by sama przy­ro­da była w ża­ło­bie, a przed try­bu­ną rzą­do­wą na ma­sze­ru­ją­cych po­krzy­ki­wa­li, jak kapo na więź­niów, zde­ner­wo­wa­ni po­rząd­ko­wi po obu stro­nach ko­lum­ny - na­le­ża­ło iść bez pa­ra­so­li, w tym śnie­gu, żeby nie psuć ujęć te­le­wi­zyj­nych - ko­lo­ro­wych te­le­wi­zo­rów też prze­cież jesz­cze nie było, nie zdo­łał jesz­cze kra­jo­wy prze­mysł aż tak do­go­nić Za­cho­du - ale skąd, były, za­prze­czasz, już w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych to nie było dzi­wo­wi­sko, tyl­ko to­war de­fi­cy­to­wy, i dro­gie jak cho­le­ra... Do­bra, leć­my da­lej - ten po­waż­ny bo­bas w pa­pu­tach z pom­po­na­mi to kto, też ty?... A kto cię trzy­ma na ko­la­nach - bab­cia Lina?... (Nie­zwy­kłe zdję­cie, wcią­ga­ją­ce, trud­no wzrok ode­rwać - może dla­te­go, że ko­bie­ta na nim wi­docz­na, wła­śnie gdy fo­to­graf na­ci­snął mi­gaw­kę, spoj­rza­ła w dół, na ma­lu­cha, z tym opie­kuń­czym i rów­no­cze­śnie roz­ja­śnio­nym wy­ra­zem twa­rzy, z ja­kim wszyst­kie ko­bie­ty świa­ta bio­rą na ręce nie­mow­lę­ta, nie­waż­ne, swo­je czy nie - a my, po tej stro­nie obiek­ty­wu, wciąż cze­ka­my, aż znów pod­nie­sie na nas oczy: efekt, je­śli przy­glą­dać się dłu­żej, nie­zbyt przy­jem­ny, zwłasz­cza kie­dy wia­do­mo, że tej ko­bie­ty od kil­ku­na­stu lat nie ma wśród nas i nig­dy już się nie do­wie­my, ja­kim wzro­kiem by na nas spoj­rza­ła, jak mru­gnę­ła­by w tam­tej chwi­li po­wie­ka­mi...)

...Zu­peł­nie jak­bym nie mia­ła dość wła­snych du­chów - nie­wy­bla­kłych, wciąż jesz­cze kar­me­lo­wych, so­czy­ście brą­zo­wych twa­rzy, po­cęt­ko­wa­nych re­gu­lar­ną ospą tego wa­flo­we­go ra­stra, z któ­rym dziś tak na­praw­dę nie ra­dzi so­bie ża­den fo­to­szop - przy ob­rób­ce kom­pu­te­ro­wej te zdję­cia więd­ną, jak wier­sze przy prze­kła­dzie z jed­ne­go ję­zy­ka na dru­gi, i na ekra­nie zy­sku­ją dziw­nie ża­ło­sny wy­gląd, jak­by zo­sta­ły świe­żo wy­ję­te z wody i po­wie­szo­ne do su­sze­nia na nie­wi­dzial­nym sznur­ku. W pew­nym sen­sie to pod­nie­sio­ny z dna cza­su pod­świa­do­my ste­reo­typ po­strze­ga­nia: le­że­li so­bie gdzieś tam, za­grze­ba­ni w mule lat, a my oto wy­do­by­li­śmy ich na świa­tło dzien­ne - uszczę­śli­wi­li­śmy czy jak?... Do­praw­dy, cie­ka­we, skąd u nas, chcia­ło­by się spy­tać, ta nie­zmien­na wyż­szość w sto­sun­ku do prze­szło­ści, to nie­zmien­ne, śle­pe i głu­che prze­ko­na­nie, że my, dzi­siaj, sta­now­czo mą­drzej­si je­ste­śmy od nich, wczo­raj­szych - z tego jed­ne­go je­dy­ne­go po­wo­du, że zna­na jest nam ich przy­szłość, że wie­my, czym skoń­czy się ich ży­cie?... (Ni­czym do­brym!) To jak w sto­sun­ku do ma­łych dzie­ci: men­tor­ski ton, po­błaż­li­wość. I tak samo jak dzie­ci, lu­dzie z prze­szło­ści za­wsze wy­da­ją się nam na­iw­ni - pod każ­dym wzglę­dem, od gar­ni­tu­rów i fry­zur do spo­so­bu my­śle­nia i od­czu­wa­nia. Na­wet wte­dy, gdy ci lu­dzie to nasi bli­scy. Do­kład­niej, kie­dyś nimi byli.

- O czym tak my­ślisz?

- Nie wiem. O nas.

Oto czym róż­ni się mał­żeń­stwo od wszyst­kich, nie­waż­ne ja­kim ogniem pło­ną­cych, ko­chań i za­ko­chań: obej­mu­je ono obo­wiąz­ko­wą wy­mia­nę du­cha­mi. Twoi zmar­li sta­ją się mo­imi i wza­jem­nie. Li­sta imion, po­da­wa­nych w cer­kwi na mszy za du­sze zmar­łych w Wiel­ki Czwar­tek, tę Wiel­ka­noc umar­łych, wy­dłu­ża się: Ana­to­lij, Lud­my­ła, Odar­ka, Ołek­san­der, Fe­dir, Te­tia­na - do­tąd jak za­wsze, ale da­lej po­ja­wia­ją się, ni­czym nowa gru­pa in­stru­men­tów w dru­giej czę­ści sym­fo­nii, ni­skim dźwię­kiem wio­lon­cze­li, z kon­tra­ba­so­wym, głę­bo­kim przy­de­chem an­dan­te: Apo­li­na­ria, Ste­fa­nia, Am­bro­ży, Wło­dzi­mie­ra; brzmią jak imio­na in­ne­go na­ro­du, ale może ten na­ród rze­czy­wi­ście był inny, wszak wszy­scy Ta­li­mo­no­wie i Lam­pie, Por­fo­wie i Te­kli­ny, któ­rych ży­cie ze­rwał 1933 rok na Ki­jowsz­czyź­nie i Po­łtawsz­czyź­nie, też ra­czej przy­wo­dzą na myśl pierw­szych chrze­ści­jan ani­że­li krew­nych od­da­lo­nych od nas rap­tem o dwa-trzy po­ko­le­nia, ów­cze­sne ka­to­lic­kie imio­na z za­cho­du Ukra­iny w po­rów­na­niu z nimi jesz­cze po­brzmie­wa­ją ży­wym, choć nie­ustan­nie słab­ną­cym echem - na ra­zie wciąż jesz­cze ma kto po­wie­dzieć: to mój wuj, to mój dzia­dek, zmarł na Sy­be­rii czy wy­emi­gro­wał do Ka­na­dy - w tym miej­scu ty, z tym nie­wi­dzą­cym, no­stal­gicz­nym uśmie­chem, któ­ry roz­le­wa się po twa­rzy po­wo­li, ła­god­nie, jak mle­ko po bla­cie, za­czy­nasz wspo­mi­nać, jak na po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych two­ja ro­dzi­na nie­ocze­ki­wa­nie do­sta­ła z Ka­na­dy pacz­kę od ta­kie­go wła­śnie, dzie­sią­ta woda po ki­sie­lu, wuj­ka - KGB nie wie­dzieć cze­mu prze­pu­ści­ło, może w prze­czu­ciu swo­je­go bli­skie­go koń­ca, a może już im za­wzię­tość osła­bła, wszyst­ko zresz­tą w tam­tym kra­ju opa­dło i zwię­dło przed fi­na­łem - praw­dzi­wa pacz­ka z Ka­na­dy, i to na­wet nie kwie­ci­sta chust­ka z tych, któ­ry­mi nie wie­dzieć cze­mu dia­spo­ra nie­zmier­nie szczo­drze wów­czas Sta­ry Kraj za­sy­py­wa­ła, ale - dżin­sy, mat­ko je­dy­na: pierw­sze two­je le­vi­sy, i do nich jesz­cze dżin­so­wa ko­szu­la, a w skle­pie wa­lu­to­wym ro­dzi­ce ku­pi­li ci praw­dzi­we adi­da­sy i tor­bę Adi­da­sa, i tak cho­dzi­łeś do szko­ły - i przez mgnie­nie oka pra­wie czu­ję ból, do go­rą­ce­go skur­czu w splo­cie sło­necz­nym, od bez­sen­sow­nej, z per­spek­ty­wy cza­su, na­sto­let­niej za­zdro­ści, zu­peł­nie jak­by mnie też ten po­ka­za­ny przez cie­bie ob­raz na­gle strą­cił, jak z dra­bi­ny, ze dwa­dzie­ścia lat w dół, i przy­ra­stam tam do ław­ki, nie­zdol­na ode­rwać oczu od naj­bar­dziej nie­do­stęp­ne­go chło­pa­ka w kla­sie, a ty na mnie nie pa­trzysz - ty mnie ów­cze­snej, usia­nej prysz­cza­mi, z my­sim war­ko­czy­kiem pry­mu­ski na ra­mie­niu, na­wet byś nie za­uwa­żył, chy­ba że grzecz­nie ustę­pu­jąc dro­gi: tacy do­piesz­cze­ni wcze­sny­mi suk­ce­sa­mi chłop­cy z do­bre­go domu za­wsze są grzecz­ni, bo nie mu­szą zwra­cać na sie­bie uwa­gi wy­głu­pa­mi, w ogó­le suk­ce­sy ży­cio­we le­piej niż co­kol­wiek roz­wi­ja­ją w lu­dziach przy­ja­zność - tę po­wierz­chow­ną, aku­rat­ną jak tem­pe­ra­tu­ra cia­ła, któ­ra nie prze­pusz­cza żad­nej agre­sji - co praw­da współ­czu­cia też nie prze­pusz­cza... To po­ra­ża­ją­ce, mó­wię na głos, krę­cąc gło­wą, ale ty nie ro­zu­miesz, nie idziesz ze mną w nogę, cią­gniesz swo­je, mi­mo­cho­dem przy­łą­cza­jąc moją re­pli­kę, ni­czym krót­kie, urwa­ne okla­ski, do swo­je­go ów­cze­sne­go po­wo­dze­nia u dziew­cząt, wrzu­casz ją z ci­chut­kim brzę­kiem do szu­fla­dy sprzed dwu­dzie­stu lat, i zo­sta­je­my tam, gdzie­śmy byli - każ­de przy swo­jej szu­fla­dzie, nie mó­wię już o mie­sza­niu ich, kie­dy na­wet ich ra­zem nie zsu­nę­li­śmy, i to wła­śnie mia­łam na my­śli, mó­wiąc "po­ra­ża­ją­ce" - że jak niby, do li­cha, moż­na wy­mie­nić się ro­dzin­ny­mi du­cha­mi, wy­dać wza­jem­nie za sie­bie te za­ni­ka­ją­ce w głę­bi­nach cza­su dłu­gie sze­re­gi zmar­łych-z-obu-stron, je­śli na­wet sie­bie przed­wczo­raj­szych - tego chłop­ca i tej dziew­czy­ny, któ­rzy kie­dyś będą za­ko­chi­wać się w in­nych dziew­czy­nach i chło­pa­kach i nie spać no­ca­mi w róż­nych mia­stach, nie po­dej­rze­wa­jąc jesz­cze wza­jem­nie swo­je­go ist­nie­nia - na­wet ich po­że­nić się nie uda­je?... A naj­gor­sze jest to, że oni nig­dzie nie znik­nę­li, ani tam­ten chłop­czyk, ani tam­ta dziew­czyn­ka, sko­ro ja, na przy­kład, wciąż by­wam tak idio­tycz­nie za­zdro­sna o two­ją szkol­ną mi­łość - nie­waż­ne, że po­zna­ły­śmy się z nią w cza­sie jak naj­bar­dziej już te­raź­niej­szym i to spo­tka­nie za­sad­ni­czo po­win­no raz na za­wsze za­mknąć dla mnie ten te­mat, bo te­raz po­rów­na­nie zde­cy­do­wa­nie wy­pa­da nie na jej ko­rzyść: wy­ro­sła z niej dość po­nu­ra bab­ka, śred­nio sym­pa­tycz­na, tłu­mo­ko­wa­ta z wy­glą­du i gru­bo­ko­ści­sta, typ nie­gdy­siej­szych in­ży­nie­rek-pro­jek­tan­tek, któ­re te­raz sto­ją po ba­za­rach z uży­wa­ny­mi ciu­cha­mi, w do­dat­ku z tymi głę­bo­ko osa­dzo­ny­mi ocza­mi, któ­re z bie­giem lat dają co­raz sil­niej­sze wra­że­nie czy to wiecz­ne­go za­pła­ka­nia, czy to rów­nie chro­nicz­ne­go za­po­ju, i po­rząd­nie po­sta­rza­ją swo­ją wła­ści­ciel­kę - w do­dat­ku na­wet nie uśmiech­nę­ła się do mnie, kie­dy nas so­bie przed­sta­wia­no, co wska­zu­je na to, że jak na ra­zie jej do­świad­cze­nie ży­cio­we nie­spe­cjal­nie sprzy­ja­ło pie­lę­gno­wa­niu do­bro­dusz­no­ści, nie­wy­klu­czo­ne, że ta pierw­sza szkol­na mi­łość po­zo­sta­je dla niej je­dy­nym ja­snym pro­my­kiem, po­win­nam więc ra­czej zwy­czaj­nie jej po­ża­ło­wać, po ko­bie­ce­mu i po ludz­ku - ale za dia­bła się nie uda­je; nie uda­je się, bo jed­nak nie mam pew­no­ści, któ­rą z nich w niej wi­dzisz: dzi­siej­szą czy ów­cze­sną, ob­raz z dru­gim dnem, z prze­ni­ka­ją­cym epo­ki pod­świe­tle­niem z in­ne­go wy­mia­ru, a wte­dy w osta­tecz­nym ra­chun­ku tra­cę prze­wa­gę, bo je­stem dla cie­bie tyl­ko sobą dzi­siej­szą, jak­by ścią­gnię­tą na pła­sko he­blem z jed­ne­go je­dy­ne­go rocz­ne­go sło­ja, na­wet je­śli ten słój wy­da­je się taki nad­zwy­czaj­ny...

- Wró­bel­ku mój... Ty moja dziew­czy­necz­ko...

- Dziew­czy­necz­ko?

- W do­ty­ku two­je cia­ło jest jak u dziew­czyn­ki. To nie­sa­mo­wi­te.

- Co wła­ści­wie?

- Że się tak za­cho­wa­ło.

- Cha­mu­lek z cie­bie.

- Ano cha­mu­lek - zga­dzasz się ocho­czo, prze­wra­ca­jąc mnie na ple­cy, zdol­ność two­ich rąk do wy­do­by­wa­nia z mo­je­go cia­ła tyl­ko dla mnie sły­szal­nych dźwię­ków, tak róż­nią­cych się wy­so­ko­ścią i bar­wą (tro­chę jak u mi­ni­ma­li­stów, jak u Phi­li­pa Glas­sa, ale na ta­kim tle Glass to pro­stak, jemu taka pa­le­ta na­wet by się nie przy­śni­ła...), po raz ko­lej­ny zmu­sza mnie do zmia­ny spo­so­bu słu­cha­nia: za­mknąć oczy, cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wać się na wy­bu­cha­ją­cych po we­wnętrz­nej stro­nie po­wiek ob­ra­zach jak na kon­cer­cie sym­fo­nicz­nym - naj­pierw po­wo­li, jak­by pod wodą, za­czy­na­ją po­ru­szać się bla­de pędy la­to­ro­śli, rzeź­bio­ne z płyn­ną ele­gan­cją ja­poń­skiej gra­fi­ki, po­tem - jak wy­skok na po­wierzch­nię - tro­pi­kal­nie na­sy­co­na szma­rag­do­wa zie­leń, któ­ra nie­ustan­nie ciem­nie­je, kur­cząc się i tward­nie­jąc do gra­ni­cy bólu sut­ka, i wła­śnie w tej chwi­li, gdy za mo­ment krzyk­nę, bo na­praw­dę już spra­wiasz mi ból, ucisk zni­ka, prze­cho­dzi we wszech­obec­ną piesz­czo­tli­wą po­wódź, i nad ho­ry­zon­tem zwy­cię­sko wsta­je okrą­głe, ogni­ście po­ma­rań­czo­we słoń­ce! - z za­chwy­tu śmie­ję się w głos, cała już ni­czym żywe gli­nia­ne na­czy­nie, mu­zycz­na rzeź­ba pod rę­ka­mi mi­strza; po uwer­tu­rze jesz­cze nie bije się bra­wa, mó­wisz gdzieś z ciem­no­ści, jak­by już z mo­je­go wnę­trza; two­je ręce nie usta­ją w ru­chu, bez­li­to­sna do­kład­ność, że też Bóg daje ta­kie dary, i umie­rać za­czy­nam, jak zwy­kle - jak ty to ro­bisz? - jesz­cze za­nim, za­nim wej­dziesz i cał­ko­wi­cie mnie sobą wy­peł­nisz, nie zo­sta­je ze mnie nic po­nad roz­grza­ną na wskroś ła­god­nym bla­skiem wdzięcz­no­ści płyn­ną i ru­cho­mą for­mę, w któ­rą mie­ścisz się ty cały, do ostat­ku, z roz­pacz­li­wą siłą aż nie­ży­wej już przy­ro­dy, zwy­cię­skie­go ognia-i-twar­do­ści, och ty, ty, ty, mój je­dy­ny, mój bez­i­mien­ny (w tych chwi­lach nie masz imie­nia - jak nie ma go żad­na z wiel­ko­ści nie­skoń­czo­nych...), pier­wot­ny wy­buch, roz­błysk nowo na­ro­dzo­nych pla­net, chmu­ry, krzyk - ja­sne, że to jest szczę­ście, że mie­li­śmy nie­wia­ry­god­ne, nie­praw­do­po­dob­ne szczę­ście, aż strach po­my­śleć, czym za­słu­ży­li­śmy i jaki bę­dzie za to ra­chu­nek, po­myśl tyl­ko, mam­ro­czę, cu­dow­nie ocię­ża­ła i wciąż moc­no wtu­lo­na no­sem, jak szcze­niak, w mo­krą od potu, swoj­sko-ko­rzen­nie (cy­na­mon? kmin?) pach­ną­cą mę­ską szy­ję, mi­lio­ny lu­dzi żyły na świe­cie i nig­dy nie za­zna­ły cze­goś po­dob­ne­go (cho­ciaż skąd wła­ści­wie mie­li­by­śmy to wie­dzieć? Ale z ja­kie­goś po­wo­du szczę­śli­wi ko­chan­ko­wie za­wsze mają tę nie­wzru­szo­ną pew­ność, że im pierw­szym od stwo­rze­nia świa­ta coś ta­kie­go się przy­da­rzy­ło...) - i dla­te­go, ma się ro­zu­mieć, nie ma w koń­cu żad­nych po­wo­dów (a je­śli na­wet były, to zmy­ła je oce­anicz­na fala), żad­nych, no pew­nie, pod­staw, by co­fać ta­śmę i od nowa de­li­be­ro­wać nad tą "dziew­czy­necz­ką", nad tym, że w to­bie, tyl­ko ostat­nia ośli­ca by nie po­ję­ła, wciąż trwa ta mo­zol­na, gór­ni­czo upar­ta pra­ca - do­kle­ić, do­szyć mnie, we­dług kom­ple­tu od­czuć, z pa­mię­cią do­ty­ku włącz­nie, bez­po­śred­nio do swo­jej pierw­szej mi­ło­ści. (Za­da­nie w ta­kiej chwi­li, z ce­lo­wym cy­ni­zmem, py­ta­nia w ro­dza­ju: a ty co, spe­cja­li­sta od uczen­nic? wiel­bi­ciel nim­fe­tek? skąd ta­kie po­rów­na­nia? ozna­cza­ło­by tak samo nie­ostroż­ną in­ter­wen­cję w te pod­ziem­ne pra­ce pa­mię­ci, jak wo­ła­nie na lu­na­ty­ka idą­ce­go skra­jem da­chu, z po­dob­nym ry­zy­kiem, że obu­dzo­ny spad­nie i się po­ła­mie - nie, niech już bę­dzie jak jest, nie będę na oślep dłu­bać w cu­dzej gło­wie...)

Wła­ści­wie po­win­nam się czuć mile po­łech­ta­na, czyż nie? Albo przy­najm­niej uspo­ko­jo­na: ja­kąż bo­wiem trwal­szą gwa­ran­cję mi­ło­ści wie­czy­stej może dać ko­bie­cie męż­czy­zna, niż wła­śnie pod­łą­czyć ją (ter­min elek­tro­tech­nicz­ny, wszy­scy prze­cież by­wa­my gdzieś pod­łą­cza­ni, ale nie po­zo­sta­je­my dłuż­ni, też na żyw­ca lu­tu­je­my za­ci­ski, ob­wi­ja­my róż­ny­mi war­stwa­mi izo­la­cji, póki - łup! - nie strze­li krót­kim spię­ciem...) do tych naj­pierw­szych ob­ra­zów ko­bie­ty, na be­ton za­sty­głych w wy­obraź­ni - mamy, sio­stry, dziew­czyn­ki z są­sied­niej ław­ki?... Sza­now­ne pa­nie i sio­stry, ko­chaj­my swo­je te­ścio­we, to na­sza bez­po­śred­nia przy­szłość, ko­bie­ty, któ­ry­mi sta­nie­my się za ja­kieś trzy­dzie­ści lat (bo in­a­czej uko­cha­ny by nas zwy­czaj­nie nie do­strzegł, nie roz­po­znał). Ko­chaj­my swo­je ry­wal­ki, daw­ne i obec­ne: każ­da z nich ma w so­bie coś z nas, coś, cze­go same w so­bie za­zwy­czaj nie do­strze­ga­my i nie ce­ni­my, co jed­nak dla nie­go oka­zu­je się wła­śnie naj­waż­niej­sze... Niech to dia­bli, czy ja na­praw­dę mam co­kol­wiek wspól­ne­go z tą na­bur­mu­szo­ną babą o smo­li­ście czar­nych oczach?

A prze­cież to do­pie­ro po­czą­tek, Boże mój. Do­pie­ro po­czą­tek.

Apo­li­na­ria, Ste­fa­nia, Am­bro­ży, Wło­dzi­mie­ra (a ja­kie za­baw­ne te ka­pe­lu­si­ki z lat dwu­dzie­stych mi­nio­ne­go już wie­ku, ta­kie ob­ci­słe, na­su­nię­te po same brwi ko­cioł­ki, ob­wią­za­ne je­dwab­ny­mi szar­fa­mi - po bla­sku wi­dać, że to je­dwab, na zdję­ciu nie ma­to­wie­je - wą­ziut­kie ron­da, okrą­głe głów­ki, a na no­gach, na­wet la­tem, obo­wiąz­ko­wo poń­czo­chy, ależ te bi­du­le mu­sia­ły się po­cić, aż strach po­my­śleć!...) - prze­kła­da­nie zdjęć to za­ra­zem wi­ta­nie się wzro­kiem z nimi wszyst­ki­mi - nie­waż­ne, że wszy­scy są mar­twi. To zna­czy, tym go­rzej dla mnie.

Bo nie tyl­ko ja na nich pa­trzę - oni też pa­trzą na mnie. W pew­nej chwi­li od­czu­wam to tak samo do­głęb­nie i bez lo­gicz­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia (na­wet to­bie nie zdo­ła­ła­bym wy­tłu­ma­czyć!), jak kie­dyś, wie­le lat temu, w so­bo­rze So­fij­skim, do któ­re­go przy­bie­głam wprost z bez­sen­nej nocy, roz­stro­jo­na nie tyle na­wet przez wy­da­rze­nia, ile - znacz­nie sil­niej - przez prze­czu­cie pierw­szych ogrom­nych prze­mian ży­cio­wych, zbli­ża­ją­cych się rów­no­cze­śnie ze wszyst­kich stron i za­po­wia­da­ją­cych ko­niec mło­do­ści - kasa wła­śnie się otwo­rzy­ła, by­łam pierw­szym go­ściem, sam na sam z dźwięcz­ną, wy­cze­ku­ją­cą ci­szą świą­ty­ni, gdzie każ­dy krok po strasz­nej me­ta­lo­wej pod­ło­dze wy­brzmie­wa aż na chó­rze - i sto­jąc tak na dnie ciem­no­mio­do­we­go pół­mro­ku, na poły przy­tom­nie za­pa­trzo­na w uko­śny snop sło­necz­ne­go pyłu, na­gle po­czu­łam jak­by ude­rze­nie w pierś: z fre­sku na prze­ciw­le­głej ścia­nie bocz­nej nawy pa­trzył wprost na mnie, skła­da­jąc su­che orze­cho­we dło­nie, si­wo­bro­dy męż­czy­zna w błę­kit­nym, fał­dzi­stym płasz­czu do zie­mi - lek­ko za­wi­ro­wa­ło mi w gło­wie, jak­by od we­wnętrz­ne­go do­ty­ku pu­szy­stej łap­ki, ja­kiś drżą­cy błysk po­ru­szył po­wie­trze, coś się zmie­ni­ło, po­de­szłam na krok, ale męż­czy­zna pa­trzył już w inną stro­nę: ja­kiś mnich czy bo­jar, zmrocz­nia­ła od upły­wu cza­su twarz o tej ty­po­wo ukra­iń­skiej, wy­ra­zi­stej, ale rów­no­cze­śnie mięk­kiej jak w sta­rych gó­rach rzeź­bie, któ­rą i dziś jesz­cze ła­two od­na­leźć na przy­kład wśród han­dlu­ją­cych na ki­jow­skiej­Be­sa­rab­ce2, i tyl­ko oczy, nie­po­ru­sze­nie ciem­ne, na­brzmia­łe wszech­wie­dzą, cią­ży­ły nad nią, jak­by nie mo­gły się po­mie­ścić, i wy­da­wa­ło się, że jesz­cze mo­ment i znów zwró­cą się ku mnie. Nie wy­trzy­ma­łam, od­wró­ci­łam się pierw­sza, i wte­dy uj­rza­łam to, cze­go nie wi­dzia­łam nig­dy wcze­śniej: ka­te­dra była żywa, za­miesz­ka­na przez lu­dzi - na wszyst­kich ścia­nach i skle­pie­niach tak samo mil­cze­li wy­bla­kli, roz­my­ci przez wie­ki ko­bie­ty i męż­czyź­ni, i każ­de z nich mia­ło oczy tak samo nie­tu­tej­sze, na­brzmia­łe ekle­zja­stycz­nym smut­kiem wszech­wie­dzy; wszyst­kie te oczy wi­dzia­ły mnie, sta­łam jak na oczach tłu­mu, tyle że tłum ten nie był obcy: przyj­mo­wa­li mnie tak życz­li­wie i przy­jaź­nie, jak­by wie­dzie­li o mnie wszyst­ko, znacz­nie wię­cej niż sama wiem o so­bie - i wśród tego po­wol­ne­go ta­ja­nia, grud­ką ma­sła w cie­płej wo­dzie, w ich wszech­obec­nych spoj­rze­niach (trud­no po­wie­dzieć, ile to trwa­ło, bo czas sta­nął w miej­scu) znie­nac­ka od­sło­ni­ło się przede mną, jak naj­bar­dziej oczy­wi­sta rzecz na świe­cie, że lu­dzie ci żyli nie tak po pro­stu ty­siąc lat temu, ale że żyli cały ten ty­siąc lat, wchła­nia­jąc wzro­kiem wszyst­ko, co dzia­ło się przed nimi, i oczy ich sta­no­wi­ły czy­stą kwin­te­sen­cję cza­su - gę­sty roz­twór, cia­sno, jak ści­śnię­te ją­dra ato­mów, spra­so­wa­ne esen­cje mil­le­nium.

I sta­łam przed nimi ja, śmier­tel­nicz­ka - le­d­wie osiem­na­sto­let­nia, na­wet, szcze­rze mó­wiąc, ko­bie­tą jesz­cze wte­dy nie by­łam (nie­dłu­go po­tem się to wła­śnie sta­ło!), więc może był to prze­błysk z ga­tun­ku tych, któ­re li­te­ra­tu­ra teo­lo­gicz­na kla­sy­fi­ku­je jako wi­dze­nia dzie­wic albo coś w tym ro­dza­ju - w każ­dym ra­zie nig­dy póź­niej, w żad­nej z ty­siąc­let­nich świą­tyń, ani na Akro­po­lis ateń­skiej, ani na na­gim pła­sko­wy­żu Świą­ty­ni Je­ro­zo­lim­skiej, ani w Ogro­dzie Oliw­nym - nig­dzie wię­cej ci wi­dzial­ni czy nie­wi­dzial­ni, któ­rzy przez wie­ki tam za­miesz­ki­wa­li, nie uzna­li mnie za swo­ją: wszyst­ko, co tam czu­łam, na­wet je­śli uda­ło się zo­stać z nimi sam na sam, to ich przy­cza­je­nie - nie groź­ne czy od­py­cha­ją­ce, ale po­dob­ne do wstrzy­ma­ne­go od­de­chu, sło­wa­mi moż­na to od­dać mniej wię­cej tak: "Cze­go szu­kasz, ko­bie­to?". Mu­szę przy­znać im ra­cję: rze­czy­wi­ście, gdzie mi do nich? Ko­bie­ta, gdy raz przyj­mie męż­czy­znę, w nie­unik­nio­ny spo­sób prze­cho­dzi do in­nej sfe­ry przy­cią­ga­nia - sama wpa­da w czas, jak w grzą­ski stru­mień, ca­łym cię­ża­rem swe­go ziem­skie­go cia­ła, z ma­ci­cą i przy­dat­ka­mi, tym ży­wym chro­no­me­trem, włącz­nie - i czas za­czy­na pły­nąć przez nią już nie w czy­stej po­sta­ci (bo w czy­stej po­sta­ci w ogó­le nie pły­nie - stoi nie­po­ru­sze­nie, jak wte­dy w So­fii: jed­no­li­tym je­zio­rem pod­świe­tlo­ne­go ciem­no­mio­do­we­go pół­mro­ku...), ale tak samo ucie­le­śnio­ny - w ro­dzie, ro­dzi­nie, w nie­skoń­czo­nym chro­mo­so­mo­wym sznu­rze umie­ra­ją­ce­go i po­wra­ca­ją­ce­go, pul­su­ją­ce­go śmier­tel­nym cia­łem ge­no­ty­pu - w tym, co w osta­tecz­nym ra­chun­ku, z bra­ku lep­sze­go okre­śle­nia, zwy­kło się na­zy­wać ludz­ką hi­sto­rią. Jak w che­mii - ato­my łą­czą się... nie, wska­ku­ją! w czą­stecz­ki: od­sko­czyć, żeby spoj­rzeć na nie z boku, już się nie da. By­ła­byś wstą­pi­ła do klasz­to­ru - o, wte­dy pro­szę bar­dzo.

I nie wiem te­raz, co ro­bić z tym no­wym wra­że­niem: pa­trzą na mnie ze sta­rych fo­to­gra­fii tak, jak­bym była im coś win­na, i na­praw­dę kur­czę się w so­bie i nik­nę pod ich cięż­ki­mi spoj­rze­nia­mi, tak samo da­le­ko wy­bie­ga­ją­cy­mi poza gra­ni­ce tam­tej, uchwy­co­nej na zdję­ciu chwi­li, nie­pew­na, cze­go wła­ści­wie ode mnie ocze­ku­ją (tak jak­by nie do koń­ca mi ufa­li, przy­glą­da­li się, czy na pew­no nadam się ich ro­dzi­nie na sy­no­wą i na ile w ogó­le po­waż­ne mam za­mia­ry - Boże, co za głu­po­ty pcha­ją się do gło­wy...) te ko­bie­ty w ka­pe­lu­si­kach-ko­cioł­kach i pro­stych su­kien­kach z ob­ni­żo­nym sta­nem, po­cęt­ko­wa­nych bły­ska­mi sło­necz­ne­go świa­tła (po­god­ny let­ni dzień, w tle wi­dać drze­wa, któ­re wciąż jesz­cze mogą tam ro­snąć, i zdy­sza­ne­go psa z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem), za­pię­ci na wszyst­kie gu­zi­ki wy­spor­to­wa­ni chłop­cy w pod­ko­la­nów­kach i bry­cze­sach, męż­czyź­ni z czar­ny­mi wą­si­ka­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi przy­sia­dłe­go mo­ty­la, któ­re póź­niej zy­ska­ją na­zwę "hi­tle­row­skich" (ale Hi­tler jesz­cze nie do­szedł do wła­dzy i za Zbru­czem też jesz­cze nie zbie­ra­ją na sto­sy uschnię­tych za ży­cia tru­pów, i Łe­myk jesz­cze nie strze­lał do kon­su­la Maj­ło­wa, a Ma­ciej­ko - do mi­ni­stra Pie­rac­kie­go...3) - i po­wo­jen­ne, w bez po­rów­na­nia nędz­niej­szych już ubra­niach; ci, któ­rym uda­ło się prze­żyć, nie­do­bit­ki albo le­piej, po an­giel­sku - su­rvi­vors, czy­li oca­leń­cy (jak­by le­piej brzmi, nie­praw­daż?); a pro­pos, tu jest ma­lut­kie zdję­cie z ze­sła­nia, z ni­ski­mi, przy­tła­cza­ją­co po­dob­ny­mi do sie­bie sop­ka­mi na ho­ry­zon­cie (Ko­ły­ma? Za­baj­ka­le?...), na pierw­szym pla­nie chło­piec, do­tknię­ty już nie spor­to­wym, ale zu­peł­nie ple­bej­skim, od nad­mier­ne­go wy­sił­ku, wy­chu­dze­niem, ubra­ny w wor­ko­wa­tą ma­ry­nar­kę z dzi­wacz­ny­mi ra­mio­na­mi "na Ter­mi­na­to­ra", i mło­da ko­bie­ta z lo­ka­mi jak u pu­dla, też z wa­to­wa­ny­mi ra­mio­na­mi, śmie­ją się do obiek­ty­wu, gło­wy przy­su­nę­li bli­sko sie­bie, a ręce obo­je trzy­ma­ją za ple­ca­mi, jak­by wciąż jesz­cze na roz­kaz en­ka­wu­dzi­sty, ale śmie­ją się szcze­rze, ca­ły­mi twa­rza­mi, otwar­cie się cie­szą, a z cze­go tam - za­py­tać by - moż­na się było tak cie­szyć?... (W ukła­dzie zmarsz­czek wo­kół ust męż­czy­zny bo­le­śnie prze­bły­sku­je coś zna­jo­me­go, jak déja vu albo sen, któ­re­go nie moż­na so­bie rano przy­po­mnieć, mu­sia­łam wi­dzieć u cie­bie taki sam wy­raz - mgnie­nie na twa­rzy, bły­ska­wicz­ny po­dmuch z tam­te­go świa­ta: prze­mknę­ło i nie ma, po­zdro­wie­nie od nie­bosz­czy­ka, któ­ry co naj­wy­żej w taki spo­sób może jesz­cze cza­sem o so­bie przy­po­mnieć, i kie­dy się do­brze przyj­rzeć - a czym mia­no­wi­cie, two­im zda­niem, ja się tu­taj cały czas tak nie­na­sy­ce­nie zaj­mu­ję - to w wie­lu twa­rzach moż­na do­strzec coś two­je­go - coś nie­uchwyt­nie in­ne­go, ale wspól­ne­go dla nich wszyst­kich, jak­by pa­da­ją­ca na nich pla­ma­mi po­świa­ta nie­wi­dzial­nej lamp­ki wy­ła­py­wa­ła cię to w przy­pad­ko­wym za­ła­ma­niu ry­sów, to w ru­chu gło­wy: już pra­wie, pra­wie - ale znów tyl­ko pra­wie, i sen nie­roz­po­zna­wa­nia trwa, i po­ma­leń­ku kosz­mar­nie­je, jak­bym go­ni­ła ucie­ka­ją­cą zja­wę...) To mój dzia­dek stry­jecz­ny, przed­sta­wiasz mi­mo­wol­nie uro­czy­stym to­nem, a może tyl­ko mi się zda­je; tłu­ma­czę w my­ślach: stry­jecz­ny, czy­li brat dziad­ka ze stro­ny taty, usta roz­cią­ga mi głup­ko­wa­ty uśmiech grzecz­nej dziew­czyn­ki, któ­ra sta­ra się przy­po­do­bać do­ro­słym, bar­dzo mi miło - i na­gle wzrok prze­sła­nia ośle­pia­ją­ca, ro­ze­dr­ga­na za­sło­na łez, po­spiesz­nie prze­ły­kam je i wy­mru­gu­ję, że­byś nie za­uwa­żył - jak wszy­scy syn­ko­wie swo­ich ma­muś, au­to­ma­tycz­nie od­bie­rasz ko­bie­ce łzy jako wy­rzut pod swo­im ad­re­sem, two­ja twarz mo­men­tal­nie ciem­nie­je, jak od ude­rze­nia, jak­by oprócz cie­bie nie ist­nia­ły na tym świe­cie inne po­wo­dy ko­bie­ce­go pła­czu - wy­bacz, ko­cha­nie, ale nie mogę dłu­żej wy­trzy­mać tego dresz­czu bez­ro­zum­nej, wszech­ogar­nia­ją­cej czu­ło­ści, któ­ra za­le­wa mnie jak krwo­tok, tego we­wnętrz­ne­go, w trze­wiach ro­sną­ce­go żalu - czy to do zmar­łych, ich nie­sły­szal­nej stąd roz­mo­wy i śmie­chu i ich szcze­gól­nie bo­le­śnie prze­ni­kli­wej dzie­cię­cej nie­wie­dzy o cze­ka­ją­cym ich nie­prze­nik­nio­nym mro­ku, a może też żalu nad nami oboj­giem - dwoj­giem sie­rot po­rzu­co­nych na pa­stwę losu, jak Jaś i Mał­go­sia w ciem­nym le­sie, dwoj­giem sa­mot­nych nie­do­no­sków, wy­rzu­co­nych na brzeg no­we­go stu­le­cia nad­ludz­kim wy­sił­kiem tylu stra­co­nych po­ko­leń męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy w osta­tecz­nym ra­chun­ku tyle rap­tem osią­gnę­li, że wy­do­sta­li nas na świat, i z tego po­wo­du na­le­żą się im po­śmiert­ne gra­tu­la­cje, bo prze­cież więk­szo­ści ich ró­wie­śni­ków na­wet to się nie uda­ło... No nie płacz, no co ty (z po­ciem­nia­łą jak od ude­rze­nia twa­rzą i na­tych­mia­sto­wym od­ru­chem - przy­gar­nąć mnie do pier­si, po­gła­skać po gło­wie, uspo­ko­ić...) - już nie będę, prze­pra­szam, już. Idź­my da­lej, do lat sześć­dzie­sią­tych z ich ko­ka­mi i płasz­cza­mi z or­ta­lio­nu, do tego, co prze­bły­sku­je już w ży­wej dzie­cię­cej pa­mię­ci nie dwu­wy­mia­ro­wą fo­to­gra­fią, ale cał­ko­wi­cie prze­strzen­nie, z do­ty­kiem i za­pa­chem, pa­mię­tam, jak strasz­nie sze­le­ścił taki płaszcz, kie­dy my, dzie­ci, cho­wa­li­śmy się pod nim w sza­fie, oj, i ta­kie­go za­jącz­ka mia­łam, w ku­sych por­tecz­kach i ża­bo­cie z ko­ron­ką! tyl­ko nie pa­mię­tam, co ro­bił, kie­dy się go na­krę­ci­ło - ude­rzał w bę­be­nek?...

...Naj­wy­raź­niej wciąż tkwię w roli dziew­czyn­ki - a w roli do­ro­słe­go tym ra­zem ty: rzecz­nik wszyst­kich swo­ich zmar­łych. Na­praw­dę, jak­byś nad nimi wy­do­ro­ślał, i nie przy­po­mi­nasz już tego wiel­ko­uche­go dry­bla­sa, któ­re­go za­ma­szy­ste, jak­by na wy­rost mie­rzo­ne kro­ki za­wsze od­pro­wa­dzam wzro­kiem z okna, póki nie znik­nie za ro­giem - jak­bym od­wi­ja­ła nić z nie­wi­dzial­ne­go kłęb­ka, tyl­ko ta nit­ka wy­cho­dzi ze mnie, z wnę­trza, jak z je­dwab­ni­ka... Cza­sem ogar­nia mnie przy tym nie­mal ma­cie­rzyń­ska duma, jak­bym to ja cię uro­dzi­ła, ta­kie­go sta­ran­nie skro­jo­ne­go, z taką hoj­ną gięt­ko­ścią ru­chów - po­przed­nie po­ko­le­nie "wzo­ro­wych chłop­ców", tych ra­dziec­kich, co to "pio­nier, kom­so­mo­lec, po­tem ko­mu­ni­sta", i tak wła­śnie z nimi było, ru­sza­ło się in­a­czej, sztyw­niej, z oło­wia­ną, żoł­nier­ską me­cha­nicz­no­ścią przy­szłych po­sia­da­czy py­ży­ków, któ­ra do dziś tak rzu­ca się w oczy na do­wol­nym lot­ni­sku mię­dzy­na­ro­do­wym, że moż­na w ciem­no po­dejść i za­gad­nąć po ro­syj­sku, może dla­te­go od dziec­ka nie zno­si­łam tych "wzo­ro­wych", a nie­prze­par­cie cią­gnę­ło mnie - pry­mu­skę z ko­kar­da­mi w war­ko­czach - do szpa­ne­rów. Tyle że ty, rzecz ja­sna, nie je­steś szpa­ne­rem i nie ma cię do kogo po­rów­nać - w cza­sach mo­jej mło­do­ści nie było ta­kich chłop­ców, nie wy­ro­śli jesz­cze. Chy­ba tu wła­śnie jest po­wód wszyst­kich mo­ich na­pa­dów ma­cie­rzyń­skiej dumy, uczu­cia nig­dy wcze­śniej nie­zwią­za­ne­go z żad­nym fa­ce­tem: nie "pro­szę, co ja mam" - kie­dy, jak to bywa, bu­dzisz się rano pierw­sza, od­rzu­casz koł­drę i z nie­na­sy­co­ną cie­ka­wo­ścią, jak w ja­kąś no­wość, wpa­tru­jesz się w męż­czy­znę, któ­ry śpi obok, wy­cią­gnię­ty na całą dłu­gość, jak­byś po ku­piec­ku, na ki­lo­gra­my mie­rzy­ła swój do­ro­bek ży­cio­wy - i na­wet nie szam­pań­skim za­chwy­tem ude­rza­ją­ce do gło­wy, kie­dy zbli­żasz się z od­da­li, a on cię nie wi­dzi: "i taki wła­śnie męż­czy­zna mnie ko­cha!" - nie jed­no, nie dru­gie, ale ja­kieś nie­zwy­kłe, cie­lę­co ra­do­sne zdzi­wie­nie za każ­dym ra­zem, jak­bym bu­dzi­ła się, prze­cie­ra­ła oczy i nie mo­gła uwie­rzyć: czy to na­praw­dę mój chło­piec, taki, ja­kie­go so­bie wy­my­śli­łam (za­wsze so­bie wy­obra­ża­łam - nie­mal od sa­mej szkol­nej ławy!), taki żywy, taki praw­dzi­wy, taki o ileż bar­dziej nie­ocze­ki­wa­ny, bo­ga­ty, in­te­re­su­ją­cy, niż sama zdo­ła­ła­bym wy­my­ślić, taki duży i zręcz­ny, "daj, ja", rze­czy­wi­ście ra­dzi so­bie ze wszyst­kim le­piej niż ja, na­wet chleb kroi na jed­na­ko­wo rów­ne, cien­kie krom­ki, aż przy­jem­nie po­pa­trzeć (spod mo­je­go noża wy­cho­dzą wy­łącz­nie nie­zgrab­ne, gru­be paj­dy, krzy­we i zę­ba­te, jak­by bo­che­nek tra­fił w pasz­czę głod­ne­go zwie­rza!), a co naj­waż­niej­sze (chwa­lę się przy­ja­ciół­kom, naj­pierw w my­ślach, a po­tem i na głos, świę­ta praw­da!), naj­waż­niej­sze, że wszyst­ko robi z ja­kąś nad­zwy­czaj­nie na­tu­ral­ną lek­ko­ścią i pro­sto­tą, to też musi mieć ja­kiś zwią­zek z tą bez­gra­nicz­nie wzru­sza­ją­cą gięt­ko­ścią mło­de­go zwie­rzę­cia: żad­nej wro­śnię­tej w cia­ło po­trze­by uda­wa­nia, wy­da­wa­nia się czymś, czym w rze­czy­wi­sto­ści się nie jest (rów­ny krok w ko­lum­nie, pa­trzeć w tył gło­wy po­przed­ni­ka, pa­trzeć w oczy prze­ło­żo­ne­mu i kła­mać z nie­win­nym wzro­kiem...) - nie, już cze­go jak cze­go, ale tego daru na­tu­ral­nej god­no­ści na pew­no nie umia­ła­bym mu ofia­ro­wać, w żad­nej szu­flad­ce wy­obraź­ni nie mo­głam mieć pod ręką ta­kie­go ob­ra­zu i nig­dy nie spo­tka­łam czło­wie­ka, któ­ry z tak nie­wy­mu­szo­nym spo­ko­jem umiał­by prze­cho­dzić przez fałsz, ani odro­bi­nę się tym fał­szem nie bru­dząc - tu po­zo­sta­je mi tyl­ko w za­dzi­wie­niu otwie­rać usta, jak dziec­ku wi­dzą­ce­mu sztuk­mi­strza, jak to jed­nak do­brze, że to nie ja cię wy­my­śli­łam (ule­pi­łam?)!... Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu mogę po­wie­dzieć: do­brze, że nie mam żad­ne­go wpły­wu na to, jaki je­steś i jaki jesz­cze mo­żesz się stać; do­kład­niej: nie chcę mieć, boję się - ja­ka­kol­wiek in­ter­wen­cja z mo­jej stro­ny tyl­ko by za­szko­dzi­ła.

...Ty, rzecz ja­sna, tak nie uwa­żasz, na­wet ci to do gło­wy nie przyj­dzie - ty so­bie w ogó­le nie wia­do­mo co o mnie my­ślisz, cza­sem na­wet strach mnie ogar­nia - mi­łość to za­wsze jest strasz­na rzecz, szczę­śli­wa w rów­nej mie­rze co nie­szczę­śli­wa, tyl­ko nie wie­dzieć cze­mu o tym się nie mówi... Stra­chem po­wia­ło już w tej naj­pierw­szej chwi­li, kie­dy ty, uśmie­cha­jąc się jak do daw­nej zna­jo­mej, ru­szy­łeś mi na spo­tka­nie przez roz­gar­diasz stu­dia te­le­wi­zyj­ne­go, a on niby wy­łą­czył się przed tobą, znik­nął z ka­dru, tak bar­dzo go nie do­strze­ga­łeś, z gra­cją noc­ne­go le­śne­go zwie­rzę­cia prze­cho­dząc przez chasz­cze splą­ta­nych ka­bli i omi­ja­jąc pu­łap­ki sprzę­tu, a we mnie na­gle wy­bu­chło osza­ła­mia­ją­ce od­czu­cie wstrzą­śnię­te­go ro­zu­mu, jak­by roz­su­nę­ła się nie­wi­dzial­na ścia­na od­gra­dza­ją­ca nas od cha­osu, i te­raz moż­na spo­dzie­wać się wszyst­kie­go, ten nie­zna­jo­my chło­piec, któ­ry po­ja­wił się nie wia­do­mo skąd, może być wa­ria­tem, ma­nia­kiem, co wy­dzwa­nia na okrą­gło i gapi się przed wej­ściem do stu­dia, tyle że psy­chicz­ni nie mie­wa­ją ta­kie­go otwar­te­go, dzie­cię­ce­go uśmie­chu (a rów­no­cze­śnie, jak po są­sied­nim to­rze, zdą­ży­ło prze­mknąć z ża­lem, że ten chło­piec na pew­no ma dziew­czy­nę, mło­dą, z tych no­wych i nie­za­cu­ka­nych, w ską­pym to­pie i ob­ci­słych spodniach...), i tu usły­sza­łam jego głos, mó­wią­cy do mnie, i na mo­ment za­mar­łam, bo dzi­wacz­ne py­ta­nie za­brzmia­ło tak zwy­czaj­nie, jak­by­śmy na­praw­dę obo­je wy­ro­śli w tej sa­mej pia­skow­ni­cy, tyl­ko on gdzieś w mię­dzy­cza­sie się na ja­kichś trzy­dzie­ści lat za­błą­kał, ale już jest, oto on, dzień do­bry:

- Pani mnie szu­ka­ła?

Nie­zły start!

- Dla­cze­go mia­ła­bym pana szu­kać?! - obu­rzy­łam się dość przy­tom­nie, wy­sił­kiem woli pró­bu­jąc ze­pchnąć z po­wro­tem na miej­sce roz­chwia­ną ścia­nę i przy­wró­cić ota­cza­ją­ce­mu świa­tu po­zo­ry nor­mal­no­ści, ale świat już le­żał wy­wró­co­ny, jak su­kien­ka tył na przód, i wi­dzia­łam w nim sie­bie z boku, ocza­mi tego chłop­ca, jak sto­ję, ma­ki­jaż jesz­cze nie­zmy­ty po nie­daw­nym na­gra­niu, jak­bym ze­szła pro­sto z ekra­nu, na no­wi­cju­szach to za­wsze wy­wie­ra ogłu­sza­ją­ce wra­że­nie: za­miast zna­jo­me­go pła­skie­go ob­raz­ka - trój­wy­mia­ro­wy, i do tego żywy (moż­na zmie­rzyć się z nim, opu­ścić wzro­kiem do po­zio­mu swo­ich ust) - bu­ziul­ka jak ciast­ko z kre­mem, wło­sy gła­dziut­ko za­cze­sa­ne do tyłu, żeby ni­ko­mu nie za­bra­kło mo­ich ślicz­nych uszek, czar­na skó­rza­na ka­mi­zel­ka i bia­ła z musz­kie­ter­ski­mi man­kie­ta­mi bluz­ka od Bian­co (po­dzię­ko­wa­nie dla spon­so­rów w na­pi­sach koń­co­wych), czar­ne - ską­di­nąd też ni­cze­go so­bie opię­te - dżin­sy, wszy­scy ope­ra­to­rzy lu­bią peł­nym pla­nem po­ka­zy­wać moje wej­ście do stu­dia, całą fi­gu­rę, żeby i nogi były w ka­drze - i tak oto na za­wsze za­pa­mię­ta­łam, w co by­łam tego dnia ubra­na (nie­omyl­na ozna­ka wszel­kich punk­tów zwrot­nych w na­szym ży­ciu) - ale w tam­tej chwi­li za­rów­no mój gwiaz­dor­ski ima­ge, jak i cała moja wła­śnie-wy­szłam-z-ka­dru po­sta­wa były na­cią­gnię­te na mnie i za­pię­te na wszyst­kie gu­zi­ki, jak ka­mi­zel­ka ku­lo­od­por­na, w peł­nej go­to­wo­ści do od­par­cia ata­ku, co ty so­bie my­ślisz, chłop­czy­ku, kim ty, do cho­le­ry, je­steś, że­bym cię mia­ła szu­kać?!

- Po­wie­dzia­no mi, że chce pani zro­bić film o Ołe­nie Do­wha­nów­nie.

Ach, więc o to cho­dzi...

- A pan ma ja­kiś zwią­zek z...?

- To była moja bab­cia. To zna­czy - le­d­wie do­strze­gal­ny, prze­pra­sza­ją­cy uśmiech - nie ro­dzo­na, cio­tecz­na.

Jaki on ma przy­jem­ny uśmiech, po­my­śla­ło mi się wte­dy: jak­by twarz mu po­ja­śnia­ła, na­wet gdy war­gi przy tym tak oszczęd­nie się po­ru­sza­ją... Dziw­ne, nie wie­dzieć cze­mu na pierw­szy rzut oka au­to­ma­tycz­nie za­li­czy­łam go do ro­syj­sko­ję­zycz­nych i już szy­ko­wa­łam się do wy­słu­chi­wa­nia tej ich ko­stro­pa­tej, świe­żo wy­uczo­nej ukra­ińsz­czy­zny, sztyw­nej jak nie­roz­cho­dzo­ny but, z raz po raz wy­ska­ku­ją­cy­mi bo­le­sny­mi od­ci­ska­mi ob­cych fo­ne­mów - "czy­taff", "szu­kaff" - i peł­nym wy­sił­ku, aż du­sza za­mie­ra, jak­byś ob­ser­wo­wał ka­le­kę, po­ty­ka­niem się na tłu­ma­czo­nych w my­śli ro­syj­skich kon­struk­cjach - tak mówi nasz pro­du­cent, bar­dzo się sta­ra­jąc: "Ja li­czę, że te­le­fo­ny do stu­dia trze­ba przy­kró­cić", "nam po­trzeb­ny pro­gram bar­dziej sil­ny, ze swo­im li­cem" - z czym, z czym? - "z twa­rzą" - aha, ro­zu­miem... (Na­wet taki czy­sto ga­li­cyj­ski zwrot "to była moja bab­cia cio­tecz­na" ni­cze­go jesz­cze nie do­wo­dził, bo tam­ci, nowi, chęt­nie przej­mo­wa­li od Ga­li­cjan cha­rak­te­ry­stycz­ne słów­ka, dia­lek­ty­zmy, na­wet śpiew­ną py­ta­ją­cą in­to­na­cję, i przy­cze­pia­li ją do swo­je­go wo­la­pi­ku w naj­bar­dziej nie­do­rzecz­nych miej­scach, naj­wy­raź­niej prze­ko­na­ni, że tak wła­śnie brzmi praw­dzi­wy ję­zyk ukra­iń­ski, któ­re­go w ży­wym wy­da­niu pew­nie od ni­ko­go oprócz Ga­li­cjan w ży­ciu nie sły­sze­li, zresz­tą i wśród Ga­li­cjan zda­rza­ją się ro­syj­sko­ję­zycz­ni, wy­star­czy po­słu­chać, jak wszy­scy zgod­nym chó­rem szcze­bio­czą po ro­syj­sku, le­d­wie tra­fią do Ki­jo­wa, a ukra­iń­ski za­cho­wu­ją, ni­czym taj­na sek­ta, w ści­słej kon­spi­ra­cji przed miej­sco­wą lud­no­ścią, wy­łącz­nie "do użyt­ku we­wnętrz­ne­go"!) I na­wet to, że ten chło­piec przed­sta­wił się jako wnuk bo­jów­kar­ki UPA, ko­bie­ty, któ­rej ob­raz nie opusz­czał mnie, od­kąd po raz pierw­szy uj­rza­łam ją na roz­ma­za­nym ar­chi­wal­nym zdję­ciu, tak ra­dy­kal­nie od­mien­ną od wszyst­kich tych żoł­nie­rzy o pro­stych, chłop­skich twa­rzach, ślicz­ną i atrak­cyj­ną (po­wab­ną, jak to się u nich mówi) na­wet w po­wstań­czym mun­du­rze, tak zgrab­nie opię­tą w wą­skiej ta­lii woj­sko­wym pa­sem, jak­by nie z pod­ziem­nej kry­jów­ki wy­szła, tyl­ko jak­by pa­nien­ka ja­kaś ubra­ła się na po­lo­wa­nie w ro­do­wym ma­jąt­ku i gdzieś za ple­ca­mi cho­wa­ła an­giel­ski pal­cat, a poza ka­drem cze­ka­ło kil­ka ra­so­wych char­tów, z nie­cier­pli­wym uja­da­niem szar­pią­cych lin­kę - na­wet to, że mógł mieć z tą ko­bie­tą naj­bar­dziej bez­po­śred­ni zwią­zek, zwią­zek krwi (chy­ba rze­czy­wi­ście prze­bły­ski­wa­ło coś wspól­ne­go w ustach, w kształ­cie oczu...), też ni­cze­go nie do­wo­dzi­ło - chy­ba nie za­po­mnia­ło jesz­cze na­sze sta­re to­wa­rzy­stwo (tyl­ko gdzie ono te­raz jest, ho ho...), jak ro­dzo­ny pra­wnuk sa­me­go My­ko­ły Mich­now­skie­go, tego ra­dy­ka­ła nie­pod­le­gło­ściow­ca, na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych błą­kał się po ów­cze­snych "de­mo­kra­tycz­nych" ba­rach i ka­wiar­niach na Chresz­cza­ty­ku, świę­tej już pa­mię­ci Ja­mach i Ku­li­nar­kach, jako "stu­pro­cen­to­wy rus­skij cze­ło­wiek", do tego ro­syj­skie wier­szy­ki mo­nar­chicz­ne wła­snej pro­duk­cji tam, zda­je się, de­kla­mo­wał? (Jego sław­ny pra­dziad pew­nie prze­wra­ca się w gro­bie jak kur­czak na roż­nie...) A już o dru­go­pla­no­wych po­sta­ciach hi­sto­rycz­nych nie ma na­wet co wspo­mi­nać - wia­ra, ję­zyk i fla­gi zmie­nia­ły się w ukra­iń­skich ro­dzi­nach nie­mal co po­ko­le­nie, na­wet nie jak ko­stiu­my, ale jak strzy­kaw­ki jed­no­ra­zo­we, raz i do ko­sza, i tak przez całą dro­gę, od Kon­stan­te­go Ostrog­skie­go po­czy­na­jąc, tego sa­me­go do­bre­go czło­wie­ka, któ­ry za­ło­żył Aka­de­mię Ostrog­ską w sprze­ci­wie wo­bec pol­skiej eks­pan­sji, a jego ro­dzo­na wnucz­ka bach, prze­szła na ka­to­li­cyzm i całą aka­de­mię jak na tacy po­da­ła tym sa­mym oj­com je­zu­itom, z któ­ry­mi dzia­dek przez całe ży­cie wal­czył, i zda­je się, że to je­dy­na wciąż pod­trzy­my­wa­na tra­dy­cja na­ro­do­wa: pod­sta­wiać się temu, kto aku­rat naj­sil­niej­szy, więc na tę przy­nę­tę tak szyb­ko mnie nie zła­piesz - kto kogo, jak w Bi­blii, na­ro­dził... To zna­czy, żad­ne­go bły­ska­wicz­ne­go sko­ja­rze­nia, na­ło­że­nia się ob­ra­zu na ten, któ­ry mnie in­te­re­so­wał (oho, i to jesz­cze jak!), żad­ne­go po­kre­wień­stwa dusz, po­ru­sza­ją­cej in­try­gi i tym po­dob­nych ba­jek, ni­cze­go ta­kie­go, co mo­gło­by cho­ciaż tro­chę wy­ja­śnić wszyst­ko, co się na nas obo­je zwa­li­ło, jak su­fit na gło­wy, nie było, i w ogó­le nic nie było, cho­ciaż ty w to nie wie­rzysz i na­wet z lek­ka się ob­ra­żasz, no bo jak­że to tak, ale nic, słoń­ce moje, nic, może oprócz tego chwi­lo­we­go za­mro­cze­nia od roz­su­nię­tej ścia­ny, wra­że­nia tro­chę przy­po­mi­na­ją­ce­go sza­leń­stwa błęd­ni­ka, jak­by za mało było ma­ri­hu­any na od­lo­to­wej im­pre­zie: świat po­pły­nął, ale strach nie zni­kał. I szcze­rze mó­wiąc, nie spo­dzie­wa­łam się po tym spo­tka­niu (bo rze­czy­wi­ście szu­ka­łam kon­tak­tu z ro­dzi­ną Do­wha­nów­ny, cho­ciaż nie wie­dzia­łam wła­ści­wie ja­kie­go) ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go, do­świad­cze­nie dzien­ni­kar­skie daw­no mnie prze­ko­na­ło, że krew­ni bo­ha­te­ra, zwłasz­cza ci "w bocz­nej li­nii", to mało po­ży­tecz­ny ga­tu­nek: wszyst­ko, co moż­na uzy­skać (i to je­śli się po­szczę­ści!), to kil­ka sta­rych zdjęć, któ­re oca­la­ły w ro­dzin­nym al­bu­mie, o ile ten nie prze­padł bez śla­du przy któ­rymś z aresz­to­wań, plus ewen­tu­al­nie - być może, je­śli się bar­dzo, ale to bar­dzo po­szczę­ści - kom­plet­nie nie­po­trzeb­ne oso­bi­ste wspo­mnie­nie, mi­mo­cho­dem, przy­pad­kiem opo­wie­dzia­ne dziec­ku przez mamę-wu­jen­kę-ciot­kę (ko­bie­ty pa­mię­ta­ją wię­cej!) przy szy­deł­ko­wa­niu rę­ka­wi­czek albo le­pie­niu pie­ro­gów, ja­kaś taka bez­war­to­ścio­wa, ulot­na hi­sto­ryj­ka, nie wie­dzieć cze­mu wciąż krą­żą­ca w prze­strze­ni ludz­kiej pa­mię­ci, tak jak zda­rza się z odra­pa­ną kul­ką od daw­no za­po­mnia­ne­go na­rzę­dzia na dnie sta­rej szu­fla­dy albo z pre­hi­sto­rycz­nym sło­icz­kiem po ja­kiejś mik­stu­rze - do ni­cze­go nie­po­trzeb­na, z ni­czym nie­zwią­za­na, na przy­kład opo­wiast­ka o tym, jak to sław­ny nie­bosz­czyk przed śmier­cią pro­sił o kom­pot z gru­szek - i za­mie­rasz na mo­ment, nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać: czy to coś z Pro­usta, z dzie­ciń­stwa, jak za­mo­czo­na w her­ba­cie mag­da­len­ka?... - albo o tym, że stół na ta­ra­sie ro­dzin­ne­go domu (od daw­na już nie­ist­nie­ją­ce­go) był z nie­he­blo­wa­ne­go drew­na, taki, wie pani, szorst­ki w do­ty­ku blat - uhm, tak, to bar­dzo cie­ka­we, dzię­ku­ję, nie­ste­ty koń­czy nam się ka­se­ta... Ka­se­ta koń­czy­ła się dla­te­go, że re­ży­ser już od do­bre­go kwa­dran­sa po­ka­zy­wał mi z od­da­li cier­pięt­ni­cze miny i wy­ma­chi­wał rę­ka­mi, krzy­wiąc się strasz­li­wie, co mia­ło zna­czyć: "kończ!", aż wresz­cie roz­śmie­sza­ło mnie to i tra­ci­łam wą­tek roz­mo­wy - a tak na­praw­dę wła­śnie ta drob­ni­ca za każ­dym ra­zem po­ru­sza­ła mnie rów­nie moc­no, jak sama sto­ry, któ­rą na­le­ża­ło wci­snąć w ramy pół­go­dzin­nej au­dy­cji, na­krę­cić i zmon­to­wać, pod­lać so­si­kiem i przy­pra­wić do spo­ży­cia dla pu­blicz­no­ści: to była kuch­nia z wła­sny­mi garn­ka­mi i pa­tel­nia­mi, tam wcho­dził w grę mój wła­sny ta­lent ku­li­nar­ny, a te mar­ne i bez­u­ży­tecz­ne, na­da­ją­ce się tyl­ko do śmie­ci (non-re­cyc­la­ble!) ode­rwa­ne szcząt­ki czy­je­goś ży­cia - kie­dyś dla ko­goś cen­ne i wy­peł­nio­ne zna­cze­nia­mi, póki to ży­cie trwa­ło, póki wy­peł­nia­ła je, pod­świe­tla­jąc od środ­ka każ­dy taki dro­biazg, żywa wil­goć czy­jejś mi­ło­ści - nie­zmien­nie ra­ni­ły ja­kąś wy­jąt­ko­wo po­ru­sza­ją­cą bez­bron­no­ścią, ni­czym ar­che­olo­gicz­ne szcząt­ki wy­mar­łych cy­wi­li­za­cji. Wresz­cie, to było chy­ba wszyst­ko, co na­praw­dę po­zo­sta­wa­ło w świe­cie po lu­dziach ich wła­sne­go, z nimi nie­roz­łącz­ne­go i nie­pod­da­ją­ce­go się prze­to­po­wi - to, cze­go w ża­den spo­sób nie moż­na ani pod­ro­bić, ani prze­kła­mać we­dle no­wej mody i no­wych ide­olo­gii, nie moż­na na­wet uwspól­nić, dać do ga­zet i te­le­wi­zji, i w ten spo­sób za­trzeć, za­dep­tać ty­sią­ca­mi nóg wszel­kie śla­dy obec­no­ści zmar­łe­go - od­kąd zgi­nę­ła Wład­ka Ma­tu­se­wycz, Wład­ka, któ­rej ko­cha­ny py­sio o ostrych pta­sich ry­sach po­śmiert­nie prze­ro­bi­li na logo ko­lo­ro­wych bab­skich pi­se­mek, na­wet mnie po ja­kimś cza­sie prze­sta­ło ści­skać za ser­ce na wi­dok jej po­wie­lo­nych por­tre­tów, mia­łam do­sko­na­łą oka­zję, żeby się prze­ko­nać: nie znik­nąć, nie roz­pły­nąć się mają szan­sę tyl­ko te bez­u­ży­tecz­ne dro­bia­zgi, i po Wład­ce wła­śnie za­cho­wa­łam so­bie je­den taki, na pa­miąt­kę: sama nie­wy­so­ka, mia­ła zwy­czaj pod­cho­dze­nia do roz­mów­cy bar­dzo bli­sko, jed­nym płyn­nym ba­le­to­wym pas, wy­gię­ta w ta­lii, z za­dar­tą głów­ką, jak­by pod­kra­da­ła się z dołu w górę, roz­wi­ja­jąc się jak las­so, ru­chem kota za­mie­rza­ją­ce­go wsko­czyć na drze­wo, od cze­go w pierw­szej chwi­li po­da­wa­ły tyły na­wet naj­bar­dziej nie­wzru­szo­ne szy­chy po­li­tycz­ne - i oto w tym wła­śnie jed­nym je­dy­nym ru­chu, jak mo­rze w kro­pli wody roz­bły­sku­je dla mnie to, co za ży­cia no­si­ło imię Wła­dy­sła­wy Ma­tu­se­wycz; no i jaki film zdo­ła to po­ka­zać? I na­wet je­śli po­ka­że, na­wet je­śli oca­la­ło gdzieś ja­kieś ama­tor­skie na­gra­nie - z uro­dzin, we­se­la, im­pre­zy w noc­nym klu­bie, to prze­cież była mod­na ar­tyst­ka, do li­cha, po­ja­wia­ła się za­wsze i wszę­dzie, było jej tyle, że przez pierw­sze mie­sią­ce po jej śmier­ci Ki­jów wy­da­wał się pu­sty! - na­wet je­śli po­ka­że, to do ko­góż to prze­mó­wi?...

 

Po­wo­li na­bie­ra­łam prze­ko­na­nia, że ludz­kie ży­cie to chy­ba nie tyl­ko, a przy­najm­niej nie wy­łącz­nie ta epic­ko wy­gła­dzo­na sto­ry z kil­ko­ma po­sta­cia­mi (ro­dzi­ce, dzie­ci, ko­chan­ko­wie, przy­ja­cie­le i kto tam jesz­cze), któ­rą da się jako tako spój­nie prze­ka­zać po­tom­kom - tak ży­cie może wy­glą­dać chy­ba tyl­ko z boku, przez od­wró­co­ną lor­net­kę, przez któ­rą przy­wy­kli­śmy pa­trzeć też na swo­je wła­sne, nie­ustan­nie na­pro­wa­dzać na nie so­czew­ki ko­lej­nych CV, au­to­pre­zen­ta­cji, ży­cio­ry­sów, in­tym­nych zwie­rzeń i mi­tów do­mo­wej ro­bo­ty, czy­li nie­ustan­nie przy­strzy­gać je we­dle for­my "co lu­dzie po­wie­dzą" - je­śli zaś spró­bu­je się spoj­rzeć na nie od środ­ka, to wy­glą­dać ono bę­dzie jak ogrom­na, gi­gan­tycz­na wa­li­za, po brze­gi wy­pcha­na wła­śnie tym bez­u­ży­tecz­nym dla po­stron­nych ba­ła­ga­nem, wa­li­za, któ­rą po­rzu­ca­ją­cy ten świat zmar­ły bez­pow­rot­nie za­bie­ra ze sobą. Co praw­da nie­za­pię­tą, po dro­dze wy­sy­pu­je się jesz­cze na pa­miąt­kę dla ży­ją­cych garst­ka czy dwie róż­no­ści (przed­śmiert­na proś­ba o kom­pot z gru­szek, ta­necz­ne pas, przy­po­mi­na­ją­ce przy­cza­je­nie przed wy­so­kim sko­kiem...) - i bę­dzie wie­trzeć w pa­mię­ci świad­ków i po­tom­ków, i za­wsze, przy każ­dym spo­tka­niu z ta­kim za­gu­bio­nym kłęb­kiem czu­łam nie­wy­raź­ną, głu­chą winę za wła­sną bez­rad­ność - jak­by wła­śnie w tym czymś przez przy­pa­dek oca­la­łym mógł kryć się klucz, utra­co­ny taj­ny kod do ja­kichś głęb­szych, pod­ziem­nych sen­sów cu­dze­go ży­cia, i oto ten klucz tra­fia w moje ręce, a ja nie wiem na­wet, do ja­kie­go zam­ka pa­su­je - i co gor­sza, czy w ogó­le ist­nie­je taki za­mek...

 

To nie z te­le­wi­zji do mnie przy­szło, nie od tych lu­dzi i hi­sto­rii, któ­re zda­rza­ło się krę­cić, tyl­ko z tam­te­go dnia, kie­dy nie wie­dzieć po co kart­ku­jąc sta­rą, z po­żół­kły­mi do se­pii kart­ka­mi (ra­dziec­ki pa­pier ga­ze­to­wy!) książ­kę z ta­to­wej bi­blio­te­ki, wpa­dłam na no­tat­kę na mar­gi­ne­sie, zro­bio­ną ręką taty, jego cha­rak­te­ry­stycz­nym, ostrym i gę­stym jak cier­ni­sty ży­wo­płot pi­smem (w siód­mej czy ósmej kla­sie moje za­po­wia­da­ło się po­dob­nie, ale z cza­sem zła­god­nia­ło, wy­rów­na­ło się i za­czę­ło bar­dziej przy­po­mi­nać ma­mi­ne): obok zu­peł­nie na po­zór nie­win­ne­go, głu­pa­we­go sfor­mu­ło­wa­nia - "ham­le­tow­ska nie­zdol­ność do zde­cy­do­wa­nych dzia­łań w ob­li­czu trium­fa­tor­skie­go zła" (a ję­zyk, ten ję­zyk, Boże Ty mój! - jesz­cze nie­otrzą­śnię­ty spod ru­mo­wisk sta­li­now­skie­go po­gro­mu, jesz­cze ze zdru­zgo­ta­ny­mi i po­wy­krę­ca­ny­mi ko­ść­mi...), sfor­mu­ło­wa­nia pod­kre­ślo­ne­go zde­cy­do­wa­ną, pra­wie rów­ną li­nią - wid­nia­ło na mar­gi­ne­sie "trium­fa­tor­skie" wła­śnie "i tyle!!!" z trze­ma wy­krzyk­ni­ka­mi i po­ra­zi­ło mnie jak nie wia­do­mo ja­kie od­kry­cie. W tej wła­śnie chwi­li zro­zu­mia­łam, że wła­ści­wie nie znam wła­sne­go ojca: umarł za­raz po mo­ich sie­dem­na­stych uro­dzi­nach i za­pa­mię­ta­łam go tyl­ko ta­kim, jaki był wo­bec mnie dziec­ka i mnie na­sto­lat­ki - i z tej tyl­ko pa­mię­ci, odro­bi­nę uzu­peł­nio­nej po­śmiert­ny­mi, ską­py­mi (i tę­że­ją­cy­mi z bie­giem lat, bo prze­cież no­wych nie przy­by­wa!) wspo­mnie­nia­mi - mamy, przy­ja­ciół, ko­le­gów, jego stu­den­tów (któ­rzy po­noć za nim sza­le­li, o ile to praw­da) - stop­nio­wo skon­stru­owa­łam so­bie we wła­snej świa­do­mo­ści pew­ną po­stać wir­tu­al­ną o wy­glą­dzie mo­je­go ojca w wie­ku lat czter­dzie­stu, już szpi­tal­ne­go pa­cjen­ta z dość jed­nak po­nu­rą ży­cio­wą sto­ry, któ­rych w jego po­ko­le­niu w ogó­le ską­di­nąd było pod do­stat­kiem. Jed­nak ten męż­czy­zna, na­wet nie, mło­dy czło­wiek (po­li­czy­łam szyb­ciut­ko: młod­szy niż ja te­raz!), któ­ry kie­dyś daw­no, Gdy-Mnie-Jesz­cze-Nie-Było-Na-Świe­cie (nie­przy­pad­ko­wa re­ak­cja dziec­ka na ten mi­to­lo­gicz­ny zwro­cik: "a gdzie ja wte­dy by­łem?..."), pew­ne­go dnia pod ko­niec lat pięć­dzie­sią­tych czy na po­cząt­ku sześć­dzie­sią­tych tak en­tu­zja­stycz­nie rzu­cił na mar­gi­nes książ­ki swo­je "i tyle!!!" - w do­kład­nie ta­kim sa­mym po­ry­wie, jak sama bym to zro­bi­ła, roz­po­znaw­szy po­krew­ną myśl, taką, któ­rą dłu­go nosi się w so­bie, któ­ra gry­zie i mę­czy, któ­rą się żyje! - tam­ten po­zo­sta­wał cał­ko­wi­cie poza moją wir­tu­al­ną po­sta­cią, tak jak­by w ogó­le się nie zna­li czy - do­kład­niej - jak­bym ja nie zna­ła tam­te­go dru­gie­go, no­we­go. We­wnętrz­nie był do mnie ja­koś nie­uchwyt­nie po­dob­ny, wi­dzia­łam do­sko­na­le - od we­wnątrz, tak jak wi­dzi­my sa­mych sie­bie we śnie - jak zwy­cię­sko za­sko­czy­ło mu w gło­wie w tam­tej chwi­li: "i tyle!!!" - jak­by pal­ca­mi strze­lił, kciu­kiem i środ­ko­wym, jak cza­sem i ja to ro­bię w chwi­lach pod­nie­ce­nia - i przy­po­mnia­łam so­bie, że miał kie­dyś, daw­no temu, ten zwy­czaj strze­la­nia pal­ca­mi!, i jak mama zło­ści­ła się i mó­wi­ła, że to wul­gar­ne i zły przy­kład dla dziec­ka, i jak on przy tym się ro­bił zmie­sza­ny - i to też było nowe, bo nie pa­mię­ta­łam, żeby kie­dy­kol­wiek by­wał zmie­sza­ny, przy mnie za­wsze był pew­ny sie­bie, nig­dy chy­ba nie usły­sza­łam od nie­go "nie wiem" czy "po­my­li­łem się" - ale nie, było, i znów przy­po­mnia­łam so­bie, z nową falą: pew­ne­go razu w szkol­nym blo­ku ry­sun­ko­wym wie­czo­rem na­ry­so­wa­łam za­jącz­ka, a rano zna­la­złam go po­cia­pa­ne­go na nie­bie­sko i pod­nio­słam wrzask - i za­wsty­dzo­ny tata przy­znał się, zu­peł­nie jak chłop­czyk przy­ła­pa­ny w szko­dzie, że to on chciał zro­bić sza­re­go za­jącz­ka, ale wziął trosz­kę za dużo far­by... Dy­go­ta­łam wte­dy ze spra­wie­dli­we­go obu­rze­nia, w gło­wie mi się nie mie­ści­ło, po co do­bie­rał się do mo­je­go blo­ku, i to w do­dat­ku z akwa­re­la­mi, nie miał prze­cież po­ję­cia o ma­lo­wa­niu, nie umiał na­wet pę­dzel­ka trzy­mać, i po­tem dłu­go mu tego za­jącz­ka wy­po­mi­na­łam, jak­bym zdo­by­ła nad nim punkt prze­wa­gi, bo za każ­dym ra­zem tak samo się pe­szył - i do­pie­ro te­raz na nowo, od we­wnątrz uj­rza­łam jego wy­bryk i zro­zu­mia­łam, że wsty­dził się wca­le nie tego, że ze­psuł mi ry­su­nek (za któ­ry i tak do­sta­łam swo­ją piąt­kę, ja, nie­ule­czal­na pry­mu­ska!), tyl­ko tego, że nie zdo­łał po­wstrzy­mać czy­sto dzie­cię­ce­go im­pul­su, na­głe­go przy­pły­wu cie­ka­wo­ści, jak też roz­pusz­cza się far­ba w sło­icz­ku z wodą, jak na­bie­ra się ją na pę­dze­lek i za­peł­nia bia­łe miej­sca na pa­pie­rze - i na tej wła­śnie chwi­li sła­bo­ści, jaka zu­peł­nie nie przy­stoi do­ro­słe­mu męż­czyź­nie i ojcu ro­dzi­ny, wła­śnie go przy­ła­pa­no; i tak się wszyst­ko we mnie roz­wi­ja­ło i roz­wi­ja­ło na łeb na szy­ję, jed­no za dru­gim, jak­bym, chwy­ciw­szy, jak za ko­niu­szek nit­ki, za wie­che­tek jed­ne­go atra­men­to­we­go kłę­bo­wi­ska na mar­gi­ne­sie, wy­cią­gnę­ła na wierzch całą za­to­pio­ną grzyb­nię, wło­cha­ty zwi­tek ko­rzon­ków, z któ­re­go nie­wy­raź­nie prze­bły­ski­wa­ło ja­kieś zu­peł­nie inne, nie­zna­ne mi ży­cie, nie­ma­ją­ce związ­ku z cór­ką, żoną i zna­jo­my­mi - ale wy­obra­zić so­bie tego ży­cia w ca­ło­ści, z bli­ska, nie mia­łam już żad­nej moż­li­wo­ści: swo­ją wa­liz­kę za­brał ze sobą.

Zwi­nę­łam się wte­dy, pa­mię­tam, w kłę­bek na fo­te­lu i i po­chło­nę­łam całą książ­kę nie­no­to­wa­nym do­tych­czas w hi­sto­rii czy­tel­nic­twa spo­so­bem lek­tu­ry: nie od le­wej do pra­wej i nie od pra­wej do le­wej, tyl­ko po spi­ra­li: wy­ja­da­jąc jak gą­sie­ni­ca frag­men­ty tek­stu kon­cen­trycz­ny­mi krę­ga­mi, roz­cho­dzą­cy­mi się od pod­kre­ślo­ne­go zda­nia: "ham­le­tow­ska nie­zdol­ność do zde­cy­do­wa­nych dzia­łań w ob­li­czu trium­fa­tor­skie­go zła". Zwy­czaj­nie nie mia­łam pod ręką in­ne­go klu­cza - z ode­bra­nej mi kie­dyś sprzed nosa wa­liz­ki nie wy­padł ża­den inny dro­biazg, któ­ry by przez tych dwa­dzie­ścia lat od śmier­ci ojca nie zwie­trzał na proch - i krą­ży­łam, i krą­ży­łam nad tym za­pi­skiem rzu­co­nym na mar­gi­nes, "i tyle!!!", jak de­tek­tyw Co­lum­bo nad ja­kimś krzy­wo przy­gry­zio­nym nie­do­pał­kiem, zna­le­zio­nym w po­bli­żu tru­pa, tyle że nie szu­ka­łam za­bój­cy - ja chcia­łam oży­wić tru­pa. O czym była ta książ­ka, za­bij mnie, nie pa­mię­tam, ale pod ko­niec tego ne­kro­man­tycz­ne­go se­an­su zy­ska­łam ab­so­lut­ną pew­ność: cała ojca wie­lo­let­nia tak zwa­na wal­ka z sys­te­mem (we­dle ter­mi­nu wpro­wa­dzo­ne­go do użyt­ku po 1991 roku) - jego de­spe­rac­kie do­bi­ja­nie się do wszyst­kich wy­so­kich dę­bo­wych drzwi, nie­zli­czo­ne li­sty, po­da­nia, skar­gi, no­tat­ki ro­bo­cze - do Ki­jow­skiej Rady Miej­skiej, do Pro­ku­ra­tu­ry Ge­ne­ral­nej, do ukra­iń­skie­go KC, do mo­skiew­skie­go KC (trzy czy czte­ry pę­ka­te tecz­ki za­wią­za­ne na tę­gie su­pły, u mamy na paw­la­czu!) - wy­jaz­dy do Mo­skwy (każ­dy z nich miał być osta­tecz­ny i de­cy­du­ją­cy, a po­tem spra­wa ko­lej­ny raz wra­ca­ła do Ki­jo­wa i tak w kół­ko Ma­cie­ju...) - cała ta za­cie­kła, wy­peł­nia­ją­ca ży­cie sza­mo­ta­ni­na, któ­ra wy­pchnę­ła go do psy­chia­try­ka z dość ty­po­wą dla tam­tych cza­sów "po­li­tycz­ną" dia­gno­zą - "na­wra­ca­ją­ca psy­cho­pa­tia pa­ra­no­idal­na" - bra­ła się stąd wła­śnie, że w głę­bi du­szy mój oj­ciec za­wsze czuł w so­bie, ni­czym skry­wa­ną wsty­dli­wą cho­ro­bę, tę wła­śnie, nie­zwa­ża­ją­cą na nic, "ham­le­tow­ską-nie­zdol­ność-do-zde­cy­do­wa­nych-dzia­łań-w-ob­li­czu-trium­fa­tor­skie­go-zła" - i to ona wła­śnie zmu­si­ła go, gdy zło prze­je­cha­ło wszech­moc­nym wal­cem nie­mal po no­gach, żeby za­miast od­sko­czyć - rzu­cił się nań i po­tem znów i znów ska­kał pod koła tej sa­mej ma­chi­ny, nie­ustan­nie wal­cząc o pra­wo do po­czu­cia wła­snej god­no­ści...

Do dziś je­stem tego pew­na.

Nie­uda­ne, ku­la­we zda­nie nie­ocze­ki­wa­nie sta­ło się wszech­obec­nym zna­kiem wod­nym, we­wnętrz­nym epi­gra­fem do jego ży­cia, tak samo zresz­tą ku­la­we­go, je­śli spró­bo­wa­ło­by się przed­sta­wić je w po­sta­ci krót­ko­me­tra­żo­wej sto­ry: ci­che ko­na­nie z przy­tę­pio­ną świa­do­mo­ścią - naj­praw­do­po­dob­niej na tle nie­ludz­kie­go bólu wszyst­kich mię­śni od po­tęż­nych da­wek in­su­li­ny, któ­ry­mi (co wy­szło na jaw do­pie­ro póź­niej!) szcze­gól­nie ob­fi­cie czę­sto­wa­ła swo­ich pa­cjen­tów ra­dziec­ka psy­chia­tria po­li­cyj­na, i ten wście­kle błę­kit­ny szla­frok, któ­ry za­pa­mię­ta­łam, kie­dy przy­jeż­dża­ły­śmy z mamą do Dnie­pro­dzier­żyń­ska na do­zwo­lo­ną wresz­cie wi­zy­tę, a spod szla­fro­ka wy­chu­dłe, żół­te su­che nogi z wy­sta­ją­cy­mi pię­ta­mi, po­dob­ne do ster­czą­cych z siat­ki ku­rzych łap - wszyst­ko to ra­zem z za­sta­rza­łą, słod­ka­wą wo­nią czy to mo­czu, czy to nie­my­te­go cia­ła i otę­pia­łym, męt­nym wzro­kiem (gał­ki oczne bez krzty bla­sku, przy­wię­dłe jak u sta­re­go dzia­da: sku­tek od­wod­nie­nia) - to wszyst­ko nie do­star­cza żad­ne­go ma­te­ria­łu na ja­ką­kol­wiek ro­man­tycz­nie-he­ro­icz­ną sto­ry, zwłasz­cza je­śli do­dać, że trwa­ło to la­ta­mi, a to już jest kom­plet­nie nie­wi­do­wi­sko­we, ta­kie rze­czy wpy­cha się w na­pi­sy "pięć lat póź­niej", w czy­imś in­nym przy­pad­ku "dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej", kto zgo­dził­by się tyle wy­sie­dzieć przed ekra­nem?! (A in­ne­go spo­so­bu na­krę­ce­nia ta­kiej sto­ry, żeby to na­praw­dę do­tar­ło do wi­dza, nie ma, czy­li sa­mej sto­ry też nie ma, i idź, dziec­ko, z Bo­giem, po­wie każ­dy re­dak­tor...) W tym wła­śnie rzecz: ta­to­wa co­dzien­ność, po­ka­za­na z boku - nie tyl­ko ta szpi­tal­na, przed­szpi­tal­na też, mam na my­śli, rzecz ja­sna, nie jego ka­rie­rę na­ukow­ca i wy­kła­dow­cy, tyl­ko to, co ją po­grze­ba­ło, a po­tem po­grze­ba­ło też jego sa­me­go - we wszyst­kich tych ro­ze­sła­nych stru­mie­niach li­stów, w ca­łej tej ab­sur­dal­nej i wy­cień­cza­ją­cej woj­nie, prze­gra­nej z góry jesz­cze przed jej roz­po­czę­ciem, bo sys­tem raz ru­szo­ny z miej­sca nie mógł i nie za­mie­rzał się za­trzy­mać, a on prze­cież wła­śnie przy tym się uparł i la­ta­mi udo­wad­niał nie­mal tym sa­mym lu­dziom, któ­rzy wy­da­wa­li roz­ka­zy, że źle czy­nią - w ca­łej jego ży­cio­wej hi­sto­rii, je­śli przed­sta­wić te­raz tę hi­sto­rię w peł­nej do­ku­men­tal­nej roz­cią­gło­ści, we wszyst­kich czte­rech tecz­kach ze sznu­recz­ka­mi, nie było sen­su - była tyl­ko go­rycz zmar­no­wa­nych wy­sił­ków. Sens był w epi­gra­fie. W zna­ku wod­nym. W jed­nym przy­pad­ko­wo za­cho­wa­nym pod­kre­śle­niu.

Zna­łam to też ską­di­nąd. Aku­rat po­przed­nie­go lata na Kry­mie pod Kara-Da­giem ode­szłam kie­dyś od to­wa­rzy­stwa na zu­peł­ne bez­lu­dzie i pół dnia spę­dzi­łam wy­łącz­nie na wspi­na­niu się, raz po raz, jak Sy­zyf, na tę samą ska­łę i ska­ka­niu z niej do wody na głów­kę. W po­wie­trzu wi­siał nie­ru­cho­my, czter­dzie­sto­stop­nio­wy upał, przy każ­dym po­dej­ściu ob­le­wa­ły mnie siód­me poty, ko­la­na dy­go­ta­ły, a ser­ce pod­cho­dzi­ło do gar­dła. Kie­dyś w dzie­ciń­stwie bo­le­śnie ude­rzy­łam brzu­chem o wodę - i od tam­tej pory ba­łam się ska­kać.

Kie­dy już o zmro­ku do­wlo­kłam się z po­wro­tem do na­mio­tów, moje nogi żyły wła­snym ży­ciem, jak u pi­ja­ne­go w sztok, i na siłę prze­ła­my­wa­łam opór po­wie­trza. W oczach zna­jo­mych po­twier­dzi­łam za­pew­ne swo­ją i bez tego po­wszech­ną re­pu­ta­cję to­tal­nej ry­zy­kant­ki, mi­ło­śnicz­ki przy­gód i moc­nych wra­żeń, nie wia­do­mo do cze­go zdol­nej dla ko­lej­nej daw­ki ad­re­na­li­ny, i obec­ni tam męż­czyź­ni przy ko­la­cji nie od­ry­wa­li ode mnie roz­ma­za­nych po­dej­rza­nym bla­skiem oczu (każ­dy naj­wy­raź­niej pe­wien, że zdo­łał­by do­star­czyć mi ad­re­na­li­ny w znacz­nie przy­jem­niej­szy spo­sób!), a kil­ka żon oka­zy­wa­ło nie­uza­sad­nio­ną ner­wo­wość, co tro­chę psu­ło mi tam­ten słod­ko-upoj­ny stan - sku­tek za­bój­czej mie­szan­ki, zło­żo­nej z dwóch rzad­kich dla za­wo­do­we­go in­te­lek­tu­ali­sty (czy ja na­praw­dę je­stem za­wo­do­wym in­te­lek­tu­ali­stą? czy w na­szym kra­ju dzien­ni­karz może być in­te­lek­tu­ali­stą?) skład­ni­ków: śmier­tel­ne­go fi­zycz­ne­go zmę­cze­nia i dumy z do­ko­na­ne­go wy­sił­ku. Po co ty to ro­bisz, spy­ta­ła mnie wte­dy jed­na tyl­ko stro­pio­na Irka Mo­czer­niuk, któ­ra na­praw­dę chcia­ła zro­zu­mieć, i od­po­wie­dzia­łam: Nie "po co", tyl­ko "dla­cze­go".

Ska­ka­łam, bo ba­łam się ska­kać. Pół bo­że­go dnia, na bez­lud­nym brze­gu, pod pa­lą­cym słoń­cem gwał­ci­łam samą sie­bie jak ma­niak-zbo­cze­niec, dla­te­go że głę­bo­ko w moim cie­le żył wci­śnię­ty w nie kie­dyś pa­nicz­ny strach - jak nie­wi­dzial­na sta­lo­wa ob­ręcz, któ­ra za­ci­ska od środ­ka i nie po­zwa­la się wy­pro­sto­wać. Ła­ma­łam tę ob­ręcz, ten za­cisk - i uda­ło mi się: prze­ła­ma­łam. W moim ży­ciu było od­tąd o je­den lęk mniej.

Dzię­ki tej no­tat­ce na mar­gi­ne­sie książ­ki zro­zu­mia­łam, że przez całe ży­cie mój oj­ciec ro­bił to samo: wspi­nał się na ska­łę i ska­kał. I wca­le nie dla­te­go, że ta­kim był uro­dzo­nym wo­jow­ni­kiem, ra­czej prze­ciw­nie - mu­siał za każ­dym ra­zem się do tego przy­mu­szać. Za każ­dym ra­zem ła­mać sta­lo­wą ob­ręcz, po­ko­ny­wać w so­bie "ham­le­tow­ską nie­zdol­ność". Być może na sa­mym po­cząt­ku szcze­rze wie­rzył, że cały pro­blem tkwi wy­łącz­nie w złej woli ja­kie­goś jed­ne­go wy­so­kie­go urzęd­ni­ka, któ­rą trze­ba po pro­stu zli­kwi­do­wać, wy­cią­gnąć jak pa­proch z oka, a wte­dy po­wstrzy­ma­na zo­sta­nie strasz­li­wa głu­po­ta, je­śli nie otwar­te prze­stęp­stwo, po­wstrzy­ma­ne zo­sta­nie to, co na­zy­wał "prze­ra­bia­niem pa­ła­cu na sto­do­łę". Pa­łac zo­stał ukoń­czo­ny je­sie­nią 1970 roku i całą ro­dzi­ną po­szli­śmy na uro­czy­ste otwar­cie - to był pierw­szy pa­łac w moim ży­ciu, któ­ry na­resz­cie na­ło­żył się wła­śnie na to zna­ne z ba­jek sło­wo "pa­łac", cał­ko­wi­cie sto­pił się z jego ośle­pia­ją­cym bla­skiem i osza­ła­mia­ją­cą, nie­re­al­ną wręcz prze­stron­no­ścią, i wy­lał się poza gra­ni­ce sło­wa, wy­peł­niw­szy pły­ciut­kie ko­ry­to dzie­cię­cej wy­obraź­ni (od tam­tej pory nie­odmien­nie wszyst­kich kró­lów i księż­nicz­ki osie­dla­łam w my­ślach wła­śnie tam, w Pa­ła­cu Ukra­ina, w tym naj­pięk­niej­szym z wi­dzia­nych po dziś dzień, w wer­sji z 1970 roku - Pa­łac Kłow­ski się nie nada­wał, Ma­riń­ski był wte­dy za­mknię­ty dla pu­blicz­no­ści, a te tam no­wo­cze­sne pa­ła­ce ślu­bów były, we­dle mo­je­go ów­cze­sne­go zda­nia, czy­stym oszu­stwem, bo ni­czym nie róż­ni­ły się od za­da­szo­nych koł­cho­zo­wych ba­za­rów, zresz­tą i dziś się nie róż­nią...). Pa­mię­tam nie­wy­raź­nie (uję­cie z da­le­ka, wszak­że ko­bie­ty i dzie­ci przy tak po­waż­nej pań­stwo­wej oka­zji mu­szą po­zo­stać z boku) ojca w bez­brzeż­nym, świe­tli­stym mo­rzu foy­er, w gru­pie wy­so­kich (z per­spek­ty­wy pię­cio­lat­ki), ro­ze­śmia­nych męż­czyzn ści­ska­ją­cych so­bie na­wza­jem dło­nie, i wła­sną dum­ną świa­do­mość jego ów­cze­snej wagi: "To mój tata bu­do­wał!" - cho­ciaż oczy­wi­ście nie bu­do­wał, tyl­ko brał udział w pra­cach in­ży­nier­skich w skła­dzie gru­py eks­per­tów: świe­żo upie­czo­ny dok­tor z roz­pra­wą na po­trzeb­ny te­mat, wła­ści­wie blot­ka - gdy­by się w porę po­chy­lił, za­miast nie w porę wy­su­wać, nikt by go na­wet nie za­uwa­żył - a ten, kto na­praw­dę bu­do­wał, kto był głów­nym ar­chi­tek­tem pro­jek­tu i pew­nie też stał w tej gru­pie Bar­dzo Waż­nych Męż­czyzn, ten kil­ka dni póź­niej wy­szedł z ga­bi­ne­tu se­kre­ta­rza KC, wszedł do to­a­le­ty, za­mknął się w ka­bi­nie i po­wie­sił na wła­snym pa­sku: jego Pa­łac oka­zał się zbyt do­bry dla Ki­jo­wa, prze­wyż­szał Krem­low­ski Pa­łac Zjaz­dów, a to już była nie tyl­ko nie­grzecz­ność i wy­zwa­nie, ale po­waż­ny błąd po­li­tycz­ny, za któ­ry ukra­iń­skie­mu kie­row­nic­twu nie­źle pew­nie w Mo­skwie prze­trze­pa­li tył­ki i rze­czo­ne kie­row­nic­two mu­sia­ło co tchu te spo­nie­wie­ra­ne tył­ki ra­to­wać, sto­so­wać środ­ki, szu­kać win­nych; naj­le­piej by­ło­by wsz­cząć spra­wę kry­mi­nal­ną o mar­no­wa­nie ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych, ale jako że kan­dy­dat do roli głów­ne­go pa­so­ży­ta tak jed­no­znacz­nie tę rolę od­rzu­cił, bez­czel­nie wie­sza­jąc się w sa­mym bu­dyn­ku KC, to spra­wy, dzię­ki Bogu (no i nie­bosz­czy­ko­wi!) nie wsz­czę­to, w ogó­le prze­sta­ła ist­nieć cała ta spra­wa - spłu­ka­no ją, spusz­czo­no do ka­na­li­za­cji w se­kre­ta­rzow­skim klo­ze­cie, za­głu­szo­no szu­mem wody z re­zer­wu­aru, i nie­ba­wem nikt już o niej nie pa­mię­tał, zresz­tą ileż ta­kich spraw było, czy to się za wszyst­ki­mi na­dą­ży... Świe­żo otwar­ty Pa­łac Ukra­ina zwy­czaj­nie zo­stał za­mknię­ty "na re­mont", wnę­trza po­spiesz­nie odar­to z ozdób, z de­li­kat­nie bar­wio­nych bu­ko­wych par­kie­tów, go­łę­biej ta­pi­cer­ki na fo­te­lach, kunsz­tow­nych ży­ran­do­li - ze wszyst­kie­go, co się ze­drzeć dało; wszyst­ko zo­sta­ło za­mie­nio­ne na prost­sze, tań­sze i po­zba­wio­ne wy­ra­fi­no­wa­nia, i po mie­sią­cu czy dwóch, kie­dy po­now­nie go otwar­to, z tym ża­ło­śnie la­zu­ro­wym ska­jem na sto­ją­cych po dziś dzień fo­te­lach, nie po­zna­łam już cza­ro­dziej­skie­go pa­ła­cu z mo­ich ba­jek: tak samo prze­stał ist­nieć, roz­wiał się w po­wie­trzu, jak to bywa w baj­kach ze wszyst­ki­mi cza­ro­dziej­ski­mi pa­ła­ca­mi, w nocy prze­no­szo­ny­mi przez dżin­ny gdzieś w za­mor­skie kra­je, jed­nak po nich po­zo­sta­je przy­najm­niej pu­ste miej­sce, a tyl­ko ono jed­no może być god­nym upa­mięt­nie­niem za­mor­do­wa­ne­go bu­dyn­ku (tak jak Wie­że No­wo­jor­skie po­zo­sta­ły wy­rwą rany wśród wie­żow­ców Dol­ne­go Man­hat­ta­nu; my na­pa­trzy­li­śmy się na po­dob­ne miej­sca dużo wcze­śniej - ile wy­bi­tych zę­bów zia­ło w ki­jow­skiej za­bu­do­wie po wy­sa­dzo­nych w po­wie­trze cer­kwiach; pa­mięć prze­trwa­ła tyl­ko o tych, któ­rych brak nie zo­stał prze­sło­nię­ty - ani ele­wa­to­rem, ani Do­mem-Pio­nie­ra-i-Ucznia...) - a tu­taj pa­łac, cał­kiem już grzecz­nie i pa­skud­nie przy­stro­jo­ny na wzór stan­dar­do­we­go pro­win­cjo­nal­ne­go kina, stał jak wcze­śniej i no­sił tę samą na­zwę, i moż­na było po­my­śleć, że tam­ten, po­przed­ni, pierw­szym go­ściom zwy­czaj­nie się przy­wi­dział, że na przy­kład wszy­scy się wte­dy upi­li z ra­do­ści i mie­li oma­my, a te­raz wy­trzeź­wie­li i pro­szę, oto jak wszyst­ko wy­glą­da na­praw­dę, uwa­ża­je­my­je ta­wa­risz­czi: ab­so­lut­nie ba­nal­na hi­sto­ria, a w ogó­le jaka zno­wu hi­sto­ria, nie było żad­nej hi­sto­rii - ta­kie małe go­spo­dar­skie nie­do­pa­trze­nie, win­ni zo­sta­li uka­ra­ni, kon­ty­nu­uje­my pra­cę... Mama wspo­mi­na­ła, że na po­cząt­ku była ich na­wet spo­ra gru­pa - ko­le­dzy taty z pra­cy i Aka­de­mii, z In­sty­tu­tu Ba­daw­czo-Roz­wo­jo­we­go Bu­dow­nic­twa i Ar­chi­tek­tu­ry, któ­rym na­ka­za­no stwo­rze­nie no­we­go kosz­to­ry­su dla uza­sad­nie­nia tak zwa­nych nad­mier­nych na­kła­dów i któ­rzy od­mó­wi­li wy­ko­na­nia tego po­le­ce­nia, bro­niąc po­praw­no­ści wcze­śniej­szych wy­li­czeń. Jed­nak mniej wię­cej po roku - a przez ten rok spra­wa cał­kiem już zo­sta­ła za­mie­cio­na pod dy­wan - w no­wym pa­ła­cu od­pra­wio­no ko­lej­ny zjazd par­tii, da­jąc w ten spo­sób bło­go­sła­wień­stwo jego pro­win­cjo­nal­nie po­sza­rza­łym wnę­trzom, ktoś z upar­ciu­chów do­stał na­ga­nę, ko­muś po­gro­żo­no zwol­nie­niem w związ­ku z re­duk­cją eta­tów, ktoś (pew­nie dok­to­rant przed obro­ną, naj­słab­sze ogni­wo) mu­siał na­wet wy­je­chać z Ki­jo­wa i bu­do­wać kina w za­pa­dłych dziu­rach, i tak do­brze, że nie obo­ry - z ca­łej gru­py zo­stał tyl­ko mój oj­ciec, któ­ry nie prze­sta­wał wy­ma­chi­wać pod wi­szą­cym nad jego gło­wą mie­czem ni­ko­mu nie­po­trzeb­ny­mi do­wo­da­mi czy­jejś mar­twej nie­win­no­ści. Być może z punk­tu wi­dze­nia naj­wyż­szych, ob­ło­żo­nych bo­aze­rią ga­bi­ne­tów to rze­czy­wi­ście wy­glą­da­ło na czy­stej wody obłęd: po jaką cho­le­rę ten du­reń sta­nął oko­niem, i co on so­bie wy­obra­ża, kim on jest?...

Jako skoń­czo­ny hu­ma­ni­sta - po ma­mie - zdo­ła­łam z tych te­czek na paw­la­czu (przej­rza­nych dość po­bież­nie, z lę­kiem i od­ra­zą, jak­by to była za­su­szo­na wę­żo­wa wy­lin­ka...) po­jąć tyle, że po pew­nym cza­sie już w za­sa­dzie nie cho­dzi­ło o hi­sto­rię bu­do­wy - wą­tek kom­pli­ko­wał się gwał­tow­nie, roz­peł­zał po in­stan­cjach, wy­twa­rzał nowe i co­raz to bar­dziej fan­ta­stycz­ne pędy, tyl­ko oj­ciec nie­zmien­nie do­łą­czał do każ­dej ko­lej­nej pe­ty­cji swo­je po­cząt­ko­we po­wia­do­mie­nia od­no­śnie znie­kształ­co­ne­go pro­jek­tu, de­mon­stru­jąc, od cze­go wszyst­ko się za­czę­ło (i za­pew­ne draż­niąc ad­re­sa­tów tą swo­ją ab­sur­dal­ną pa­mię­tli­wo­ścią), więc pe­ty­cje nie­ustan­nie się roz­ra­sta­ły, gro­ma­dzi­ły od­wo­ła­nia do wciąż no­wych pism z wy­mi­ja­ją­cy­mi od­po­wie­dzia­mi, do wciąż no­wych roz­mów, tak samo wy­mi­ja­ją­cych, skar­gi na po­gróż­ki, wy­słu­chi­wa­ne w niż­szych ga­bi­ne­tach, na ano­ni­mo­we te­le­fo­ny z ty­miż po­gróż­ka­mi, na ja­kieś dziw­ne po­bi­cie przez nie­zna­jo­mych przed do­mem (do tego do­szło, pa­mię­tam, ja­koś nie­dłu­go przed psy­chia­try­kiem: ostat­nie ostrze­że­nie!), i tak wszyst­ko la­ta­mi pu­chło i pu­chło, jak śnież­na, czy ra­czej pa­pie­ro­wa la­wi­na, ni­czym w dzie­cin­nej pio­sen­ce lu­do­wej, w któ­rej re­fren przy­bie­ra wers za wer­sem, stop­nio­wo roz­ra­sta­jąc się do groź­ne­go, nie­mal ko­smicz­ne­go ogro­mu, ko ko tu i ko ko tam, gę gę tu i gę gę tam, mu mu tu i mu mu tam - z każ­dą strof­ką zwierz na­bie­ra cia­ła, po­więk­sza się do osła, do ko­nia i tak moż­na dojść na­wet do ty­ra­no­zau­ra i ty­ra­no­zau­ry przy­jeż­dża­ją - w sa­mo­cho­dzie z czer­wo­nym krzy­żem, w bia­łych far­tu­chach, po jaką cho­le­rę, co on chciał udo­wod­nić?...

Oto i cała hi­sto­ria - i gdzie jest jej miej­sce?...

W do­wol­nej chwi­li moż­na było ten na­ra­sta­ją­cy lep­ki kosz­mar prze­rwać i wyjść z gry: wy­cho­dzi­li z niej prze­cież i swo­bod­nie po dziś dzień cho­dzą po zie­mi - i daj im Boże, jak ma­wia­ją Hu­cu­li w Kar­pa­tach, "na­przód by wię­cej", cze­mu nie - i nie ta­kie, jak on, nie­win­ne owiecz­ki go­spo­dar­cze, a imię ich le­gion, ale na­wet ci bar­dziej eks­po­no­wa­ni, któ­rzy byli wplą­ta­ni w gło­śne spra­wy po­li­tycz­ne, a ich imio­na roz­brzmie­wa­ły w za­chod­nich ra­dio­sta­cjach, któ­rzy czy­ni­li pu­blicz­ne ge­sty oby­wa­tel­skie­go sprze­ci­wu, wy­ry­wa­li się z krzy­kiem na sce­nę czy pod drzwi za­mknię­tej roz­pra­wy są­do­wej albo pod po­mnik wiesz­cza, jed­ną taką chwi­lą moż­na było za­ro­bić so­bie na dy­sy­denc­ki chleb do koń­ca ży­cia, a od 1991 roku już tyl­ko wy­stę­po­wać ze wspo­mnie­nia­mi, czym zresz­tą prze­waż­nie się zaj­mo­wa­li - nie wspo­mi­na­jąc jed­nak ani sło­wem o tym, jak po­rzu­ca­li grę - na­le­ży przy­pusz­czać, że nie cał­kiem su­chą nogą z tej wody wy­cho­dzi­li, tro­chę pew­nie się jed­nak za­mo­czy­li: li­sty z sa­mo­kry­ty­ką, a może ja­kieś bar­dziej in­tym­ne, za za­mknię­ty­mi drzwia­mi od­by­wa­ne ry­tu­ały go­dze­nia się i prze­pro­sin (i za­pew­nień, że te­raz już będą grzecz­ni?) - kto się w tym te­raz po­ła­pie i kogo to zresz­tą ob­cho­dzi - grunt, że wy­cho­dzi­li i żyli, i pra­co­wa­li w za­wo­dzie (do­sta­wa­li do­dat­ki do pen­sji, wy­cho­wy­wa­li dzie­ci, po­więk­sza­li po­wierzch­nię miesz­kal­ną...) - nie­chby na­wet i wą­ziut­kie, i ze śmier­dzą­ce­go ko­ry­ta­rzy­ka, ale jed­nak drzwi z zie­lo­nym na­pi­sem "Exit" w tych ostat­nich de­ka­dach im­pe­rium ist­nia­ły, były za­zna­czo­ne na pla­nie, wszak to nie epo­ka sta­li­now­ska, pro­szę pań­stwa, tyl­ko so­cja­lizm z ludz­ką twa­rzą, co w tłu­ma­cze­niu na nor­mal­ny ję­zyk ozna­cza: je­śli ktoś bar­dzo chciał żyć, miał wy­bór... Tak więc mój oj­ciec bez wąt­pie­nia sam za­cią­gnął so­bie wę­zeł na szyi - tak mu­sie­li uwa­żać ci, któ­rzy za­de­cy­do­wa­li o jego lo­sie, tak uwa­ża­ła mama, tak zwy­kłam, pod­ró­sł­szy, uwa­żać i ja: nie po­zo­sta­wił pusz­czo­nej w ruch ma­chi­nie miej­sca na wy­co­fa­nie - zwy­kły błąd stra­te­gicz­ny, po­mył­ka, nie­do­pa­trze­nie go­spo­dar­cze. Smut­no, przy­kro, ale nic się nie po­ra­dzi, trze­ba żyć da­lej. (Tak jak­by na­praw­dę wpadł gdzieś na dro­dze pod koła cię­ża­rów­ki!)

Małe uzu­peł­nie­nie: do­ra­sta­jąc, za­czę­łam się go wsty­dzić. W po­rów­na­niu z mo­imi szkol­ny­mi, a już na pew­no uni­wer­sy­tec­ki­mi ko­le­ga­mi mia­łam kiep­skie­go ojca - nie było czym się chwa­lić. Na bez­po­śred­nie py­ta­nia, jak na przy­kład przy wpi­sy­wa­niu do szkol­ne­go dzien­ni­ka (wy­wo­łu­ją we­dług li­sty, wo­bec ca­łej kla­sy, trze­ba wstać, po­dyk­to­wać na głos, wy­cho­waw­czy­ni każe po­wta­rzać, bo nie do­sły­sza­ła...), mam­ro­ta­łam, ku­ląc się i spusz­cza­jąc wzrok: "In­wa­li­da pierw­szej gru­py", a kie­dy sia­da­łam w ław­ce, dłu­go jesz­cze mia­łam wra­że­nie, że kla­sa szep­cze i pod­śmie­wa się za mo­imi ple­ca­mi. Po­dob­ne rze­czy trud­no jest zwal­czyć - dzie­ci nie wy­ba­cza­ją ro­dzi­com prze­ży­tych z ich winy upo­ko­rzeń. Jego śmierć - już w domu, wy­pu­ści­li go, gdy ner­ki cał­ko­wi­cie prze­sta­ły dzia­łać po prze­wle­kłej blo­ka­dzie z po­wo­du le­ków - co naj­wy­żej do­da­ła do wsty­du po­czu­cie winy, jak łyż­kę sody do łyż­ki soli, i z la­ta­mi wszyst­ko to roz­pły­nę­ło się, zmie­sza­ło w słab­ną­cy po­wo­li gorz­ko-sło­ny roz­twór, któ­re­go nie mo­gły osło­dzić ani co­raz częst­sze po 1991 roku (a kie­dy moja buź­ka w peł­nym bla­sku za­świe­ci­ła z ekra­nu, to do­słow­nie jak grad po­sy­pa­ły się ze wszyst­kich stron) en­tu­zja­stycz­ne wspo­mnie­nia jego daw­nych ko­le­gów i stu­den­tów - ja­kim był świet­nym wy­kła­dow­cą i że go, jak się oka­zu­je, wszy­scy lu­bi­li (a gdzie to się wcze­śniej było?) - ani na­wet cał­ko­wi­cie kon­kret­ne, w tym od na­sze­go pro­du­cen­ta, pro­po­zy­cje wy­cią­gnię­cia z ar­chi­wów tej od trzy­dzie­stu lat za­ko­pa­nej hi­sto­rii z Pa­ła­cem Ukra­ina i po­śmiert­ne­go przy­odzia­nia mo­je­go ojca w bar­dzo te­raz atrak­cyj­ną, nie­mal dy­sy­denc­ką bio­gra­fię - moż­na by z tego zmaj­stro­wać nie­zły pro­gra­mik, pew­nie że moż­na, przy­po­mnieć na­ro­do­wi za­po­mnia­ne kar­ty hi­sto­rii naj­now­szej (jak­by ten na­ród miał w ogó­le ja­kie­kol­wiek nie­za­po­mnia­ne kar­ty - wszyst­ko jed­no, naj­now­sze czy naj­star­sze!)... Ten ostat­ni po­mysł zdu­si­ła we mnie w za­rod­ku sław­na po­et­ka, z tych swe­go cza­su gło­śnych, z pa­trio­tycz­ny­mi wier­szy­ka­mi i mgli­stą re­pu­ta­cją ofia­ry re­żi­mu - z cie­ka­wo­ści sama po­la­złam prze­pro­wa­dzić z nią ju­bi­le­uszo­wy wy­wiad, na któ­rym prze­ży­łam ko­lej­ny no­kaut: do­rod­ny, he­te­ro­wa­ty ba­bi­szon z krzy­wym zgry­zem, pry­ska­jąc śli­ną i raz po raz pod­rzu­ca­jąc gło­wą, żeby za­fa­lo­wa­ły rzed­nie­ją­ce far­bo­wa­ne loki (gest, któ­ry czter­dzie­ści lat wcze­śniej mógł się nie­wy­bred­nym męż­czy­znom ko­ja­rzyć rów­no­cze­śnie z tem­pe­ra­men­tem mło­dej kla­czy i z pa­trio­tycz­nym nie­ujarz­mie­niem), naj­pierw przez pół go­dzi­ny zna­czą­co, z na­ci­skiem wbi­jał mi do gło­wy, że do­pusz­cza do sie­bie tyl­ko wy­bra­nych, że­bym się sto­sow­nie prze­ję­ła i przy­bra­ła wła­ści­wą pozę, a po­tem tak samo dłu­go i do­kład­nie, z mi­lio­nem szcze­gó­łów, jak­by to było wczo­raj, opo­wie­dział, jak na jego pierw­szy ju­bi­le­usz, pięć­dzie­się­cio­le­cie - w tym sa­mym roku, po­li­czy­łam so­bie, w któ­rym Wa­sy­lo­wi Stu­so­wi wle­pio­no dru­gi wy­rok, już śmier­tel­ny - ba­bi­szo­no­wi na­wet nie przy­sła­li ze Związ­ku Pi­sa­rzy te­le­gra­mu z ży­cze­nia­mi, a za­miast tego, po­my­śleć tyl­ko, przy­sła­li za­pro­sze­nie na czyjś wie­czór au­tor­ski - ba­bi­szon przez dwa­dzie­ścia pięć lat pa­mię­tał czyj - spe­cjal­nie i pod­stęp­nie zor­ga­ni­zo­wa­ny wła­śnie tego sa­me­go dnia - oto jak ją prze­śla­do­wa­no!... Żad­nych in­nych szcze­gó­łów prze­śla­do­wań wy­cią­gnąć nie zdo­ła­łam, ba­bi­szon też nie miał sto­ry, miał tyl­ko wła­sną, oso­bi­stą le­gen­dę, nad któ­rą swe­go cza­su mu­siał po­pra­co­wać nie­je­den męż­czy­zna, za­śle­pio­ny tym wów­czas jesz­cze na­tu­ral­nie ru­dym wul­ka­nem lo­ków, a te­raz ba­bi­szon za­chłan­nie ką­pał swo­ją pu­stą sta­rość w echach ich ów­cze­snych wy­sił­ków i chciał wi­dzieć w gro­bie wszyst­kich wy­mor­do­wa­nych w ła­grach Mor­do­wii ko­le­gów swo­jej le­gen­dar­nej mło­do­ści, któ­rych wspo­mnie­nie, gdy­by było żywe, po­zwo­li­ło­by mu cho­ciaż za­cho­wać wy­czu­cie sty­lu i pro­por­cji.

Wy­szłam z tam­te­go domu zdru­zgo­ta­na. Na myśl, że z pod­ma­lo­wa­nym tru­pem taty pod pa­chą będę ster­czeć w tej sa­mej ko­lej­ce - z tą za­słu­żo­ną mę­czen­ni­cą re­żi­mu na cze­le - zro­bi­ło mi się ja­koś wy­jąt­ko­wo przy­tła­cza­ją­co, pa­skud­nie i tam­te­go wie­czo­ru urą­ba­łam się w Ba­ra­ba­nie w trzy dupy, mie­sza­jąc naj­moc­niej­sze drin­ki, jak kom­plet­ny żół­to­dziób - wszyst­kie sma­ko­wa­ły solą i sodą, i tak samo pie­kła zga­ga przy po­ran­nym kacu - sodą i solą... Sto­ry nie było. Mu­sia­łam zmie­rzyć się z bez­względ­ną oczy­wi­sto­ścią: je­dy­nym śla­dem po­twier­dza­ją­cym, że ten czło­wiek żył kie­dyś na świe­cie, by­łam ja - mia­łam jego oczy i jego gru­pę krwi. Zresz­tą, je­śli się za­sta­no­wić, to dla­cze­go mia­ło­by być in­a­czej? Czy nie taki wła­śnie los spo­ty­ka zde­cy­do­wa­ną więk­szość zmar­łych?...

"I tyle!!!" - za­pi­sek na mar­gi­ne­sie, za­po­mnia­ny kłę­bek, któ­ry wy­padł z wa­li­zy, po raz pierw­szy od­wró­cił mi lor­net­kę dru­gim koń­cem. Na mo­ment, jak w świe­tle bły­ska­wi­cy wśród głu­chej nocy, uj­rza­łam ży­we­go czło­wie­ka - dziw­ne, że to był ten sam mój oj­ciec, któ­re­go naj­wy­raź­niej, skry­wa­jąc to sama przed sobą, da­lej tro­chę się wsty­dzi­łam. Po­stać, któ­ra nada­wa­ła­by się do ja­kie­goś por­tre­tu co naj­wy­żej w roli sta­ty­stycz­ne­go przed­sta­wi­cie­la; to zna­czy, gdy­by ist­nia­ła moż­li­wość po­li­cze­nia, ilu ich, ta­kich, było w tym po­ko­le­niu - nie aresz­to­wa­nych, nie uwię­zio­nych, nie wpi­sa­nych na li­sty Amne­sty In­ter­na­tio­nal, tyl­ko zga­słych ci­cho we wła­snych łóż­kach od praw­dzi­wych cho­rób ser­co­wo-na­czy­nio­wych, ne­rek i tak da­lej, któ­rych bez­po­śred­nie przy­czy­ny zna­li tyl­ko bli­scy krew­ni - o ile oczy­wi­ście tacy byli. Moż­na tu do­rzu­cić i tych, któ­rzy się spi­li, i tych, któ­rzy skoń­czy­li ze sobą - tak czy in­a­czej re­al­ną z punk­tu wi­dze­nia przy­szło­ści hi­sto­rię mo­gła tu stwo­rzyć tyl­ko licz­ba, i to z kil­ko­ma (im wię­cej, tym le­piej!) ze­ra­mi. Sześć (czy wię­cej?) mi­lio­nów mar­twych Ży­dów rów­na się Ho­lo­caust. Dzie­sięć (czy mniej?) mi­lio­nów mar­twych ukra­iń­skich chło­pów rów­na się Wiel­ki Głód. Trzy­sta mi­lio­nów ucie­ki­nie­rów rów­na się pięć­dzie­siąt sześć lo­kal­nych wo­jen po­cząt­ku XXI wie­ku. Hi­sto­rię two­rzy bu­chal­te­ria. Pod­czas chrusz­czo­wow­skiej re­ha­bi­li­ta­cji roz­strze­la­nym w wię­zie­niach NKWD kon­stru­owa­no w in­for­ma­cjach dla ro­dzin, w ru­bry­ce "przy­czy­na śmier­ci", naj­bar­dziej wy­myśl­ne dia­gno­zy - cho­ro­by ser­co­wo-na­czy­nio­we, cho­ro­by ne­rek i wszel­kie inne - wła­śnie po to, żeby nie po­zo­sta­ła licz­ba roz­strze­la­nych. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej fik­cja sta­ła się rze­czy­wi­sto­ścią (z uda­ny­mi fik­cja­mi czę­sto tak bywa!): lu­dzie za­czę­li na­praw­dę umie­rać na to, na co ich oj­co­wie i dziad­ko­wie umie­ra­li na pa­pie­rze. Licz­ba zo­sta­ła osta­tecz­nie za­tar­ta i całe po­ko­le­nie utra­ci­ło wła­sną, wspól­ną dla wszyst­kich hi­sto­rię - a w efek­cie za­bra­kło też na­rzę­dzi, by uj­rzeć każ­de­go z osob­na: lu­dzie jak lu­dzie, żyli so­bie, umie­ra­li, zwy­czaj­na rzecz... Był so­bie nie­zły in­ży­nier i do­bry wy­kła­dow­ca; zmarł w wy­ni­ku za­tru­cia le­ka­mi, przed­tem cier­piał w kli­ni­ce psy­chia­trycz­nej z fał­szy­wą dia­gno­zą - i ko­niec, moż­na za­wią­zy­wać sznu­recz­ki na su­peł. Po­trzeb­ny był im­puls - ten je­den, dzię­ki któ­re­mu, jak w ła­mi­głów­ce, wszyst­ko na­gle tra­fia na swo­je miej­sca (od­ru­cho­we strze­la­nie pal­ca­mi, nie­bie­ski za­jąc w szkol­nym blo­ku ry­sun­ko­wym, za­raź­li­wy, szcze­ry śmiech, roz­pie­ra­ją­cy nad­miar ener­gii ży­cio­wej, nie­miesz­czą­cej się w czło­wie­ku...) - by uj­rzeć tę po­stać od we­wnątrz, a po­tem już bez wy­sił­ku zo­ba­czyć, co nim kie­ro­wa­ło, co po­py­cha­ło go do koń­ca, nie da­jąc się wy­co­fać i zgo­dzić na uzna­nie czar­ne­go za bia­łe, a ni­cze­go wię­cej nie wy­ma­ga­no: to było nie­po­wstrzy­ma­ne obrzy­dze­nie wo­bec wła­sne­go stra­chu, fi­zjo­lo­gicz­na nie­zgo­da ab­so­lut­nie zdro­wej i naj­wy­raź­niej ogrom­nie dum­nej du­szy (wszak du­sza ma wła­sną fi­zjo­lo­gię tak samo jak cia­ło i nie za­wsze fi­zjo­lo­gia du­szy zbie­ga się z tą cie­le­sną...) na zro­śnię­cie się i utoż­sa­mie­nie z tym siłą wsz­cze­pio­nym ci, jak wi­rus, stra­chem. A kie­dy la­ta­mi nosi się w so­bie coś, z czym nie umie się żyć, cza­sem ła­twiej jest roz­bić się o wodę, niż prze­stać ska­kać.

W tam­tych chwi­lach nad po­żół­kłą książ­ką do­zna­wa­łam przy­pły­wu gwał­tow­ne­go, do bólu przej­mu­ją­ce­go szczę­ścia - jak wy­nie­sio­na w górę na lot­ni: by­łam z nie­go dum­na. Nie z nie­go jako ojca, nie - na to był już zbyt od­da­lo­ny w cza­sie - ale jako czło­wie­ka, któ­rym mo­gła­bym się za­chwy­cić, gdy­bym go te­raz spo­tka­ła. Od nie wiem jak daw­na nie tra­fia­li mi się tacy lu­dzie (czyż­by na­praw­dę już wy­mar­li?!) i nie­za­spo­ko­jo­na po­trze­ba - nie­ko­niecz­nie wśród naj­bliż­sze­go oto­cze­nia, nie­chby na­wet z da­le­ka, z boku, go­to­wa je­stem po­dzi­wiać i w mil­cze­niu, byle było co po­dzi­wiać! - ta po­trze­ba z bie­giem lat co­raz sil­niej gry­zła od środ­ka, prze­mie­nia­jąc się w coś w ro­dza­ju awi­ta­mi­no­zy czy nie­za­spo­ko­jo­ne­go gło­du sek­su­al­ne­go - a tu jak­by ktoś pry­snął na mnie żywą wodą: jak to, mam­ro­ta­łam na wpół przy­tom­nie, jak to się sta­ło - od­kła­da­łam książ­kę, błą­ka­łam się po po­ko­ju, jak­bym na oślep szu­ka­ła za­gu­bio­nej rze­czy, i znów pa­da­łam na fo­tel, wle­pia­jąc nie­wi­dzą­cy wzrok w tę samą stro­ni­cę - my­śli wiły się i krą­ży­ły, za­pę­tla­jąc same o sie­bie, wciąż nie ma­jąc od­wa­gi uło­żyć się w osta­tecz­ny, ja­sny wzór: jak to moż­li­we, że nic o nim nie wiem - i już nig­dy się nie do­wiem, nic nie zo­sta­ło, żad­nych do­wo­dów na jego ży­cie ta­kie, ja­kim było na­praw­dę: nie pi­sy­wał pry­wat­nych li­stów, nie pro­wa­dził dzien­ni­ka, nie zo­sta­wił żad­nych czą­stek swo­je­go we­wnętrz­ne­go "ja", na któ­rych mo­gła­bym te­raz zła­pać trop - nic oprócz przy­pad­ko­we­go za­pi­sku na mar­gi­ne­sie przy­pad­ko­wej książ­ki...

"I tyle!!!"

 

Od tam­tej pory wie­rzę utra­co­nym dro­bia­zgom o wie­le bar­dziej niż go­to­wym hi­sto­riom, któ­re ktoś dla mnie wy­pa­tro­szył, usma­żył, przy­pra­wił i po­dał na stół. Wie­rzę oca­la­łym ge­stom i znacz­kom w książ­kach, mi­mo­wol­nie zła­pa­nym na ama­tor­skich zdję­ciach dziw­nym mi­nom i krzy­wo przy­gry­zio­nym nie­do­pał­kom: je­stem de­tek­ty­wem Co­lum­bo po­cząt­ku no­we­go wie­ku (nie śmiej się, pro­szę!). Wiem, że te ar­che­olo­gicz­ne po­zo­sta­ło­ści za­gi­nio­nych cy­wi­li­za­cji - nie­zli­czo­nych za­gi­nio­nych cy­wi­li­za­cji, któ­re kie­dyś ist­nia­ły pod ludz­ki­mi imio­na­mi - nie kła­mią. Je­śli w ogó­le ist­nie­je spo­sób, by zro­zu­mieć coś z cu­dze­go ży­cia (a spró­buj no z wła­snym dać so­bie radę!), to tyl­ko tyle ("i tyle!!!"). Wszyst­ko inne już sły­sze­li­śmy, wszyst­ko inne już nam się usza­mi wy­le­wa, pięk­nie dzię­ku­ję...

Cią­gnie mnie do tych nie­waż­nych, nie­kom­plet­nych bły­sko­tek jak sro­kę do roz­sy­pa­nych ko­ra­li. Wła­ści­wie do­kład­nie tak samo: zbie­ram i nio­sę do gniaz­da. Mam już całą ko­lek­cję - moje wła­sne (nie­upo­rząd­ko­wa­ne) no­tat­ki w róż­nych no­te­sach (cza­sem na luź­nych kart­kach, na pro­gra­mach z fe­sti­wa­li i kon­cer­tów, na od­wro­cie in­for­ma­cji pra­so­wych, na in­nych śmie­ciach, któ­re wpa­dły pod rękę...), od­rzu­co­ne przy mon­ta­żu (zwi­nię­te w śli­ma­ki) ka­wał­ki ta­śmy, nie wie­dzieć po co prze­cho­wy­wa­ne od epo­ki ana­lo­go­wej w pu­dle po kom­pu­te­rze; w sa­mym kom­pu­te­rze też zresz­tą jest to­tal­ny baj­zel: po co mi na przy­kład otrzy­ma­ny kie­dyś ma­ilem (kiep­sko ze­ska­no­wa­ny) ry­su­nek zmar­łej na bia­łacz­kę dziew­czyn­ki z Pry­pe­ci, któ­rej, zda­niem nie-przy­tło­czo­nych-przez-nie­szczę­ście ro­dzi­ców, pi­sa­na była wiel­ka przy­szłość ar­ty­stycz­na? (Trud­no po­wie­dzieć, praw­da to czy nie - dzie­cię­ce ry­sun­ki za­wsze są cie­ka­we, na tym brą­zo­wy hip­cio stoi nad nie­bie­skim okrą­głym je­zio­rem po ho­ry­zont; do czar­no­byl­skie­go pro­gra­mu ry­su­nek nie wszedł, nie pa­so­wał, chcia­łam tam utrzy­mać mak­sy­mal­nie la­ko­nicz­ny styl, su­chy i su­ro­wy, bez łza­wych to­nów, bez po­cią­ga­nia no­sem, i mama dziew­czyn­ki ob­ra­zi­ła się na mnie: ode­bra­łam jej nowo od­na­le­zio­ny cel ży­cia - rolę mat­ki tra­gicz­nie zmar­łe­go mło­de­go ge­niu­sza, a cóż mo­głam tak na­praw­dę za­pro­po­no­wać w za­mian - mar­twe dziec­ko?... Ale na­wet gdy­by nie mama, nie moje po­czu­cie winy, to i tak po­dej­rze­wam, że nie wy­star­czy­ło­by mi siły, żeby ten ry­su­nek usu­nąć z dys­ku, i tak go trzy­mam, jak­bym ocze­ki­wa­ła, że kie­dyś do cze­goś jesz­cze się przy­da...) Tak na­praw­dę wszyst­kie moje na­krę­co­ne do­ku­men­ty za­czy­na­ły się i roz­ra­sta­ły wca­le nie od "te­ma­tu", jak za­wsze po­waż­nie uda­ję przed pro­du­cen­tem i ko­le­ga­mi, ale - nie­odmien­nie - od ja­kie­goś drob­ne­go punk­ci­ku za­cze­pie­nia, któ­ry cze­muś przy­cią­gnął uwa­gę, draż­nił i wa­bił nie­do­stęp­no­ścią skry­wa­nych przez sie­bie cu­dzych ta­jem­nic, jak cza­sem od­le­głe świa­teł­ko ludz­kiej sie­dzi­by z okna noc­ne­go po­cią­gu: chcia­ło­by się po­dej­rzeć, kto tam miesz­ka, co robi, dla­cze­go tak póź­no pali się świa­tło?... W osta­tecz­nym wa­rian­cie, w go­to­wym fil­mie ten wyj­ścio­wy szcze­gół za­zwy­czaj wy­pa­dał - albo cał­ko­wi­cie po­zo­sta­wał poza ka­drem, albo, w naj­lep­szym ra­zie, mi­gał gdzieś przez mo­ment na dru­gim pla­nie, i tyl­ko ja go roz­po­zna­wa­łam: skrom­nie ukry­ty w ką­ci­ku ob­ra­zu au­to­graf Da­ry­ny Hosz­czyn­skiej, uczci­wie mó­wiąc, przy­po­mnie­nie mo­jej ko­lej­nej po­raż­ki, znów, dla ni­ko­go oprócz mnie nie­do­strze­gal­nej: bo nig­dy jesz­cze nie uda­ło mi się - tak, jak czu­łam, że moż­na to było zro­bić: od­szu­kać za­gi­nio­ny, taj­ny kod! - ani razu nie uda­ło się na­praw­dę cze­goś z tych drob­nych ka­mycz­ków zbu­do­wać, tak nimi po­żon­glo­wać, żeby za jed­nym za­ma­chem całe ludz­kie ży­cie od razu jak na­le­ży po­ka­zać do głę­bi i żeby wszyst­ko tra­fi­ło na swo­je miej­sca, jak w ła­mi­głów­ce, ani razu nie zda­rzy­ło się praw­dzi­we: "i tyle!!!".

Co, rzecz ja­sna, nie ozna­cza, że moż­na za­prze­stać wy­sił­ków.

In­nej me­to­dy nie mam, o ile to oczy­wi­ście w ogó­le jest me­to­da. Do­kład­niej, w inne me­to­dy nie wie­rzę - wszyst­kie moim zda­niem daw­no się wy­czer­pa­ły. A inne spo­so­by zwy­czaj­nie mnie nie in­te­re­su­ją.

Nie wiem, co mnie tak przy­cią­gnę­ło w tej fo­to­gra­fii, na któ­rej wśród pię­cior­ga żoł­nie­rzy UPA (...bo­jów­ka, rzu­cił Ar­tem, ko­niusz­ka­mi pal­ców prze­su­wa­jąc fo­to­gra­fię po bla­cie i nie wie­dzieć cze­mu ści­sza­jąc głos, jak­by ze zdję­cia, w ra­zie nie­ostroż­ne­go ob­cho­dze­nia się, mógł lada chwi­la za­grzmieć strzał...) jako dru­ga od pra­wej sta­ła, z gołą gło­wą, z uło­żo­ny­mi we­dle mody lat wo­jen­nych w hol­ly­wo­odz­ką falę wło­sa­mi, na­wi­sa­ją­cy­mi nad czo­łem, sta­ła i le­ciut­ko uśmie­cha­ła się wprost do mnie mło­da ja­sno­oka ko­bie­ta - zgrab­nie, a na­wet za­lot­nie opię­ta w wą­skiej ta­lii woj­sko­wym pa­sem, z tą spo­koj­ną, opa­no­wa­ną pew­no­ścią ru­chów, któ­ra nie wie­dzieć cze­mu przy­wo­dzi­ła na myśl wca­le nie woj­sko­wy świat, ra­czej wy­jazd na po­lo­wa­nie w ro­do­wym ma­jąt­ku: pa­nien­ka cze­ka, aż przy­pro­wa­dzą ko­nia, a gdzieś poza ka­drem kil­ka ra­so­wych char­tów z nie­cier­pli­wym uja­da­niem szar­pie lin­kę. Do­sko­na­le pa­so­wał­by do niej an­giel­ski pal­cat i bia­łe rę­ka­wicz­ki - a rów­no­cze­śnie w jej na­zbyt wy­ra­fi­no­wa­nej wśród lasu po­sta­ci było coś nie­sa­mo­wi­cie ko­bie­ce­go, orzeź­wia­ją­co-uspo­ka­ja­ją­ce­go, jak ła­god­na, zde­cy­do­wa­na ręka na roz­pa­lo­nym czo­le, coś, co uspo­ka­ja i char­ty, i ko­nie, i mło­dych męż­czyzn z ka­ra­bi­na­mi pew­nie też - spo­śród nich uśmie­cha­ła się (nie­mal nie­do­strze­gal­nym drgnie­niem ust) tyl­ko ona jed­na. "Jaka pięk­na ko­bie­ta" - za­uwa­ży­łam, też cze­muś przy­ci­szo­nym gło­sem, cho­ciaż ści­śle mó­wiąc, była nie tyle pięk­na w zwy­kłym ro­zu­mie­niu sło­wa, ile olśnie­wa­ją­ca: na­wet na wy­bla­kłej fo­to­gra­fii nie­mal wi­dać wo­kół niej pla­mę świa­tła, jak na płót­nach daw­nych mi­strzów wo­kół anio­ła przy­sła­ne­go z do­brą no­wi­ną, nie bój się, Za­cha­ria­szu, two­ja mo­dli­twa zo­sta­ła wy­słu­cha­na - Ar­tem łyp­nął z uko­sa, mruk­nął nie­wy­raź­nie, czy to zga­dza­jąc się, czy, prze­ciw­nie, jako hi­sto­ryk, któ­ry też-miał-komu po­chwa­lić się do­ku­men­tem ar­chi­wal­nym, dzi­wiąc się mo­jej głu­po­cie (pięk­ne ko­bie­ty jej w gło­wie!), ale pod­chwy­cił i z tym swo­im lek­ko krzy­wym uśmiesz­kiem, jak­by z góry wy­kpi­wa­jąc to, co za­mie­rzał po­wie­dzieć, roz­wi­nął te­mat, cho­ciaż w dość nie­ocze­ki­wa­nym kie­run­ku: "Jak my­ślisz, z któ­rym z tych czte­rech spa­ła?". "Z tym" - bez wa­ha­nia po­ka­za­łam ostat­nie­go z pra­wej, z wil­czy­mi, bli­sko sie­bie osa­dzo­ny­mi oczy­ma i gar­ba­tym no­sem, pusz­cza­jąc mimo uszu czy­tel­ną alu­zję (z Ar­te­mem nie spa­li­śmy już wte­dy ze sobą od do­brych trzech mie­się­cy i nie wi­dzia­łam żad­ne­go sen­su w umac­nia­niu tego na­tu­ral­nie ob­umie­ra­ją­ce­go związ­ku, przy każ­dym spo­tka­niu czymś się wy­ma­wia­łam, aż mógł­by za­cząć po­dej­rze­wać mnie o ja­kąś skry­wa­ną chro­nicz­ną do­le­gli­wość, nie­ustan­ny krwo­tok albo co...) - wil­ko­wa­te chło­pi­sko po­zo­wa­ło w pół kro­ku, niby dla rów­no­wa­gi wspie­ra­jąc się na strzel­bie lufą do góry; moja pew­ność co do nie­go była tym dziw­niej­sza, że sama na miej­scu tej ko­bie­ty wy­bra­ła­bym ko­goś in­ne­go - tego, któ­ry stał naj­da­lej, ostat­ni z le­wej, i pa­trzył w bok, jak­by całe to fo­to­gra­fo­wa­nie go nie ob­cho­dzi­ło; spo­śród wszyst­kich męż­czyzn na zdję­ciu, wła­ści­cie­li pro­stych chłop­skich twa­rzy, wy­cio­sa­nych przez wie­le po­ko­leń cięż­kiej pra­cy fi­zycz­nej (zresz­tą, czy woj­na nie jest taką samą cięż­ką pra­cą fi­zycz­ną?...), on je­den był praw­dzi­wie przy­stoj­ny, uro­dzi­wy bru­net, udo­sko­na­lo­na i uszla­chet­nio­na, wy­go­lo­na na gład­ko wer­sja Clar­ka Ga­ble'a z za­sty­głym w oczach praw­dzi­wym, za­daw­nio­nym smut­kiem, któ­re­go Clark Ga­ble nie osią­gnął­by za żad­ne ho­no­ra­rium: taki smu­tek trze­ba ho­do­wać w so­bie la­ta­mi, na za­wo­ła­nie się go nie obu­dzi, ta­kim smut­kiem prze­peł­nio­ne są na­sze lu­do­we pie­śni, chy­ba wszyst­kie jak jed­na, z mar­szo­wy­mi włącz­nie, w to­na­cji mi­no­ro­wej, sło­wa nie mają zna­cze­nia, bo żad­ne sło­wa i tak nie wy­ra­żą tego smut­ku ani nie wy­po­wie­dzą jego przy­czy­ny, obej­mie go tyl­ko mu­zy­ka, i dla­te­go bru­net miał mu­zycz­ne dźwięcz­ne oczy - a tym­cza­sem ręka Ar­te­ma ostroż­nie, py­ta­ją­co gła­ska­ła moją nogę w roz­cię­ciu spód­ni­cy, za­pusz­cza­jąc się nad ko­la­no, i ja od­ru­cho­wo, jak za­wsze, po­my­śla­łam o jego ob­rącz­ce, żeby mi przy­pad­kiem nie po­dar­ła raj­stop - moż­na się było po pro­stu od­su­nąć, po trzech mie­sią­cach był­by to do­sta­tecz­nie wy­mow­ny gest, ale ja bez ru­chu, jak za­cza­ro­wa­na, za­wi­słam nad zdję­ciem, na któ­rym, by­łam już pra­wie pew­na, roz­gry­wał się mię­dzy tą trój­ką ja­kiś ukry­ty dra­mat, Ar­tem od­dy­chał co­raz gło­śniej, jego pa­lec wska­zu­ją­cy do­tarł do szcze­li­ny mię­dzy mo­imi no­ga­mi i pra­co­wi­cie roz­su­wał ją przez raj­sto­py i majt­ki, to za­wsze był bar­dzo dba­ły ko­cha­nek - na­uko­wiec i ba­dacz, wszyst­ko ro­bił, jak­by z książ­ki czy­tał, i cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że je­stem cen­nym obiek­tem ar­chi­wal­nym, za­opa­trzo­nym w nie­wi­dzial­ną in­struk­cję dla użyt­kow­ni­ka, a cza­sem, że on się mnie śmier­tel­nie boi, i wte­dy chęt­nie przy­cho­dzi­łam mu z po­mo­cą, mimo że w ustach na dłu­go zo­sta­wał smak wy­ję­te­go z lo­dów­ki sta­re­go sera: nie wie­dzieć cze­mu Ar­tem miał zim­ny czło­nek i w ogó­le zim­ne w do­ty­ku cia­ło, ale w tam­tej chwi­li, gdy wbi­ja­łam dło­nie w biur­ko, a oczy w fo­to­gra­fię, nie­ocze­ki­wa­nie po­czu­łam po­tęż­ne, gwał­tow­ne po­bu­dze­nie, o wie­le sil­niej­sze, niż gdy­by mi ktoś po­ka­zał świersz­czy­ki - ja­kieś obco-strasz­ne, sza­lo­ne i dra­pież­ne, jak­by to miał być ostat­ni raz w moim ży­ciu, jak­by znie­nac­ka wy­buchł i ośle­pił skie­ro­wa­ny pro­sto na mnie re­flek­tor, nie zo­sta­wia­jąc po mnie nic oprócz stu­dzien­nie czar­ne­go krzy­ku, tyle że krzyk ten nie to­nął, lecz uno­sił się - w górę, jak wzdłuż rury, roz­pie­ra­jąc żyły w gar­dle, z ło­sko­tem wy­dzie­ra­jąc się przez za­ci­śnię­te zęby, i nie mia­ło już zna­cze­nia, kto (czy co!) za­dzie­ra mi z tyłu spód­ni­cę, nie­cier­pli­wie szar­pie w dół zbęd­ny ma­te­riał, szyb­ciej, szyb­ciej, kur­czę się do tego jed­ne­go punk­tu, z któ­re­go może przyjść ra­tu­nek - i przy­cho­dzi na­tych­miast, bły­ska­wicz­ny jak lip­co­wa bu­rza, i czy­jaś łapa bru­tal­nie za­ty­ka mi usta, z cze­go ro­zu­miem, że krzyk, któ­re­go echo po­zo­sta­ło w uszach, po­cho­dził z mo­je­go wła­sne­go gar­dła, mach­nę­łam gło­wą na "nie", żeby strzą­snąć łapę, i po­wo­li za­mru­ga­łam - przed ocza­mi wciąż jesz­cze pły­wa­ły męt­ne żół­ta­we krę­gi i pierw­szym, co się przez nie prze­bi­ło, była ta fo­to­gra­fia z pię­cio­ma po­sta­cia­mi: wszyst­kie pa­ła­ły ostrym bia­łym świa­tłem, jak na ne­ga­ty­wie. Mu­sia­łam mru­gnąć raz jesz­cze, i jesz­cze - aż zdję­cie po­ciem­nia­ło do nor­mal­ne­go sta­nu - i wte­dy sta­ło się ja­sne, że drży nie zdję­cie, tyl­ko stół, i to z tego waż­ne­go po­wo­du, że pa­dłam na nie­go w dość nie­wy­god­nej po­zy­cji, a Ar­tem nadal sta­ran­nie łup­cu­je mnie od tyłu, w do­dat­ku usi­łu­jąc jed­ną ręką za­sła­niać mi usta - całe to przed­sta­wie­nie od­by­wa­ło się w koń­cu w jego miej­scu pra­cy, w pod­zie­miach bi­blio­tecz­ne­go ma­ga­zy­nu, i by­ło­by dość pi­kant­nie, gdy­by ktoś z jego ko­le­gów zaj­rzał przez drzwi - co praw­da w chwi­li mo­je­go przyj­ścia za­wsze sta­ran­nie je za­my­kał.

(Po­my­śla­łam w tam­tej chwi­li - mar­two i pu­sto, jak­by śle­pą pla­mą za­miast my­śli - że tyl­ko to mnie tu po­cią­ga­ło, ta zim­na piw­ni­ca z li­no­leum na pod­ło­dze i osza­ła­mia­ją­cym, droż­dżo­wym za­pa­chem ze­tla­łych ze sta­ro­ści pa­pie­rów, z kon­spi­ra­cyj­nie za­mknię­ty­mi drzwia­mi obi­ty­mi sta­rym ska­jem, co przy­da­wa­ło na­sze­mu ża­ło­sne­mu ro­man­si­ko­wi pod­nie­ca­ją­ce­go smacz­ku stu­denc­kiej bez­dom­no­ści: kie­dy wszy­scy za­ba­wia­ją się jak kró­li­ki po wszel­kich moż­li­wych za­ka­mar­kach - wszyst­kie zaś śred­nio uda­ne usi­ło­wa­nia Ar­te­ma, by prze­nieść ak­cję na moje lub jego te­ry­to­rium, do nor­mal­ne­go miesz­ka­nia z nor­mal­nym łóż­kiem, po pro­stu wy­ma­zy­wa­łam z pa­mię­ci...) Po­że­gna­łam się wte­dy nie­mal od razu, jak tyl­ko po­spiesz­nie do­pro­wa­dzi­łam do ładu ubra­nie i rzu­ci­łam kon­tro­l­ne spoj­rze­nie w lu­ster­ko, omi­ja­jąc wzro­kiem szczę­śli­we­go, spo­co­ne­go i zdez­o­rien­to­wa­ne­go Ar­te­ma, któ­ry nie w takt za­pra­gnął oka­zać mi czu­łość, ro­dzą­cą się, jak uczy po­eta, po dru­giej stro­nie na­mięt­no­ści, ale za­stygł, zmro­żo­ny moim nie­przy­zwo­itym po­śpie­chem i jed­no­sy­la­bo­wy­mi mruk­nię­cia­mi - wszyst­ko to nie­zmier­nie przy­po­mi­na­ło pa­nicz­ną uciecz­kę z miej­sca kom­pro­mi­ta­cji i nie­sła­wy, jed­nak or­gazm roz­ja­śnił mi w gło­wie, pra­cu­ją­cej te­raz spraw­nie i efek­tyw­nie jak da­le­ko­pis plu­ją­cy po­le­ce­nia­mi - mak­sy­mal­na wy­daj­ność przy mi­ni­mal­nym wy­sił­ku, bez od­wra­ca­nia gło­wy: był tu gdzieś u cie­bie mój Ernst, prze­wod­nik po Ki­jo­wie z 1928 roku, po­trzeb­ny ci jesz­cze? I (bez pau­zy, na tym sa­mym od­de­chu) po­życz mi pro­szę to zdję­cie, nie na dłu­go, do­brze? - fo­to­gra­fia wsu­nę­ła się mię­dzy po­żół­kłe stro­ni­ce nie­win­nie roz­strze­la­ne­go Ern­sta, to­reb­ka do­pię­ła się z tru­dem, naj­waż­niej­sze, żeby ni­cze­go tu nie zo­sta­wić; Ar­tem do­go­nił mnie, już na pro­gu, po­ca­łun­kiem w po­li­czek (mo­krym) i po­gróż­ką, że za­dzwo­ni pod ko­niec ty­go­dnia (dla­cze­go wszy­scy męż­czyź­ni uwa­ża­ją za ko­niecz­ne przy roz­sta­niu ak­cen­to­wać swo­je pra­wo do na­stęp­ne­go razu? jak­bym sama nie mo­gła za­dzwo­nić, je­śli ze­chcę!) - i to było wszyst­ko, to na­praw­dę było wszyst­ko: wię­cej się nie wi­dzie­li­śmy - a wy­ma­wiać się przez te­le­fon nad­mia­rem pra­cy nie­obraź­li­wie i na­wet z ża­lem - rada by du­sza do raju, ale grze­chy, grze­chy... - umiem, pew­nie, umiem do­sko­na­le.

Ar­tem (chwy­ta­ją­cy każ­dą oka­zję pod­par­cia ku­le­ją­ce­go związ­ku ja­ki­miś ma­te­rial­ny­mi zo­bo­wią­za­nia­mi, jak to zwy­kle bywa pod ko­niec i na po­cząt­ku - kie­dy po­ży­cza się książ­ki, pły­ty i zdję­cia, wy­my­śla wspól­ne spra­wy, z któ­rych po­tem nie­ła­two się wy­plą­tać...) spy­tał wte­dy: "Po co ci to?", a ja mruk­nę­łam też coś mo­no­sy­la­bo­we­go i nie­ja­sne­go, w ro­dza­ju chcę-coś-zro­bić-o-UPA, te­mat na cza­sie (jak­bym się przed na­szym pro­du­cen­tem uspra­wie­dli­wia­ła!). To był oczy­wi­ście czy­stej wody wy­kręt, rzu­co­ny na od­czep­ne­go, bo o ni­czym ta­kim nie my­śla­łam. O UPA, by­łam świę­cie prze­ko­na­na, krę­cić i pi­sać po­win­ni wy­łącz­nie za­chod­nia­cy, bo to u nich w każ­dej ro­dzi­nie, je­śli do­brze po­szu­kać, moż­na zna­leźć je­śli nie sa­mych "chłop­ców z lasu", to na pew­no de­por­to­wa­nych "za współ­pra­cę", a że de­por­to­wa­li ich ca­ły­mi wsia­mi, do­brze cho­ciaż, że nie po­wy­wo­zi­li, do nogi gdzieś za Je­ni­sej, jak Po­la­cy za Wi­słę, to py­tam się grzecz­nie, z ja­kiej paki mia­ła­bym wty­kać swo­je trzy gro­sze tam, gdzie i beze mnie przy każ­dym kro­ku ko­muś żywe ko­ści trzesz­czą?... Wszyst­ko, czym ja sama dys­po­no­wa­łam, ogra­ni­cza­ło się do wspo­mnień mamy i oj­czy­ma, wuj­ka Wo­ło­di, o gło­dzie 1947 roku na Wscho­dzie: wu­jek Wo­ło­dia (nig­dy nie prze­ła­ma­łam się, żeby mó­wić o nim cho­ciaż "tata Wo­ło­dia", jak chciał on sam i pew­nie mama też...) brał nie­wód i cho­dził tam­tej zimy, pięt­na­sto­let­ni chło­pak, u sie­bie w Ode­ssie z do­ro­sły­mi na ło­wie­nie ryb pod lo­dem i dzię­ki temu ja­koś utrzy­my­wał ro­dzi­nę - wo­kół prze­rę­bli, opo­wia­dał, przez cały dzień nie­ru­cho­mo jak zja­wy tkwi­ły opuch­nię­te ko­bie­ty na sło­nio­wych no­gach, cze­ka­ły na wy­rzu­ca­ną z nie­wo­du drob­ni­cę, po­ry­wa­ły ją z lodu i na­tych­miast po­że­ra­ły na su­ro­wo - a po zbaw­czy chleb i u nie­go, i u mamy na Po­łtawsz­czyź­nie wy­pra­wia­no eks­pe­dy­cje na Ukra­inę Za­chod­nią ("u Za­pad­nu", upar­cie mó­wił wu­jek Wo­ło­dia, jak­by ta pro­stac­ka łat­ka na jego ogól­nie dość czy­stym jak na ko­goś z Ode­ssy ję­zy­ku była nie­od­łącz­nym ele­men­tem tam­tych wy­da­rzeń i ko­rek­cie nie pod­le­ga­ła: u Za­pad­nu i krop­ka, a "Za­chod­nia" to już ze słow­ni­ka na­stęp­ne­go po­ko­le­nia). Te wy­pra­wy po zdo­bycz, jak śle­dzie w becz­ce (i po­ko­tem na da­chu) sza­lo­ne­go, bez wszel­kie­go ładu i roz­kła­du pyr­ka­ją­ce­go od sta­cji do sta­cji po­cią­gu to­wa­ro­we­go 500-W (czar­ny hu­mor lu­do­wy na­zwał go "pięć­set-we­so­łym": mógł znie­nac­ka sta­nąć w szcze­rym polu i stać tak pięć mi­nut albo pięć go­dzin i tak samo znie­nac­ka ru­szyć da­lej, po­zo­sta­wia­jąc strzą­śnię­ty pył nie­szczę­śni­ków, któ­rzy wy­sko­czy­li, żeby opróż­nić pę­che­rze - nikt nie szu­kał ukry­cia, na każ­dym po­sto­ju zwa­la­li się pod na­syp, męż­czyź­ni i ko­bie­ty, prze­mie­sza­ni, w bie­gu ob­na­ża­jąc tył­ki, opa­no­wa­ni wspól­ną go­rącz­ko­wą my­ślą: zdą­żyć, a po­tem wdra­pać się z po­wro­tem na swo­je miej­sce, póki nikt go nie za­jął; wuj­ko­wi Wo­ło­di szcze­gól­nie ostro wbi­ła się w pa­mięć ta nie­ustan­na oba­wa o miej­sce, pew­nie trud­ne to było dla za­gło­dzo­ne­go na­sto­lat­ka, któ­ry mu­siał roz­py­chać się na rów­ni z do­ro­sły­mi, na moją zaś wy­obraź­nię naj­sil­niej dzia­ła­ła tam­ta bez­pł­cio­wa or­gia po­spiesz­ne­go wy­próż­nia­nia się wzdłuż po­cią­gu - ła­twość prze­two­rze­nia lu­dzi w sta­do) - te wy­pra­wy za chle­bem nie były ani tro­chę bar­dziej bez­piecz­ne od dzi­siej­szych, tak samo za chle­bem, na sak­sy, do jesz­cze bar­dziej za­chod­niej Eu­ro­py, praw­dzi­wej, szen­geń­skiej, ob­ła­do­wa­nym ika­ru­sem po dro­gach Sło­wa­cji i Pol­ski, gdzie z byle za­gaj­ni­ka może w każ­dej chwi­li wy­sko­czyć na spo­tka­nie ja­kaś ro­syj­ska ma­fia z ka­ła­sza­mi - wu­jek Wo­ło­dia, któ­ry po­dró­żo­wał wio­sną 1947 na da­chu "pięć­set-we­so­łe­go", wspo­mi­nał ośle­pia­ją­ce świa­tło la­tar­ki w środ­ku nocy i mroź­ny do­tyk me­ta­lu na gar­dle: "Dień­gi jest, pa­can?". Ja­kimś cu­dem wpadł na to, żeby obie­ma rę­ka­mi od­wró­cić poły ma­ry­nar­ki, w któ­rej spał, we­wnętrz­ny­mi kie­sze­nia­mi do wierz­chu: pa­trz­cie, czy­sty - tak samo in­stynk­tow­nie wy­du­sił z sie­bie, co nie wie­dzieć skąd przy­szło do gło­wy: "Do bra­ta jadę..." - i zo­sta­wi­li go, nie prze­trze­pa­li, cho­ciaż aku­rat miał pie­nią­dze, sta­ran­nie za­szy­te przez mat­kę w majt­kach na dro­gę, a bra­ta - bra­ta nig­dy nie było. (Mu­sia­ło to być skry­wa­ne chło­pię­ce ma­rze­nie, sie­ro­ce, o bra­cie, ko­niecz­nie star­szym, któ­ry wró­ci z fron­tu, przy­ło­ży wszyst­kim krzyw­dzi­cie­lom, obro­ni i ochro­ni: i ma­rze­nie obro­ni­ło!) W ich oczach - w oczach wy­cień­czo­nych, brud­nych lu­dzi, któ­rzy go­rącz­ko­wo ob­le­wa­li pa­ru­ją­cym mo­czem ko­le­jo­we na­sy­py - ów­cze­sna nowo przy­łą­czo­na Ga­li­cja, ósmy rok plą­dro­wa­na wzdłuż i wszerz przez fron­ty i par­ty­zant­kę, wciąż jesz­cze ośle­pia­ła bla­skiem Eu­ro­py, oazy nie­wy­obra­żal­nych roz­ko­szy - tak jak w oczach dzi­siej­szych ukra­iń­skich ga­star­be­ite­rów Eu­ro­pa szen­geń­ska - i tym, któ­rzy umie­li szczę­śli­wie do niej do­trzeć, szczo­drze udzie­la­ła swo­ich roz­ko­szy: temu wo­rek su­cha­rów, temu dwie to­reb­ki ka­szy i to­reb­kę gro­chu, a tam­te­mu na­wet peł­niu­sień­ki, z czu­bem na­sy­pa­ny wo­rek mąki - ta­kie dzi­wo ja­kimś cu­dem zdo­ła­ła przy­cią­gnąć na wła­snym grzbie­cie gdzieś z tych oko­lic, z prze­siad­ką w Zdoł­bu­no­wie, świę­tej pa­mię­ci ciot­ka Lu­sia, mamy star­sza sio­stra - i tak oto rok 1947 nie stał się dla Ukra­iny, wbrew za­mia­rom wą­sa­te­go Ge­ne­ra­lis­si­mu­sa, ko­lej­nym i już osta­tecz­nym ro­kiem 1933, więc przy­najm­niej tę woj­nę, w żad­nych pod­ręcz­ni­kach nie­od­no­to­wa­ną, UPA ze Sta­li­nem wy­gra­ła: żad­ne od­dzia­ły re­kwi­zy­cyj­ne nie za­ry­zy­ko­wa­ły­by pod ko­niec lat czter­dzie­stych wcho­dze­nia do za­chod­nio­ukra­iń­skich wsi w po­szu­ki­wa­niu zbo­ża (a gdy­by z głu­po­ty za­ry­zy­ko­wa­ły, to tyle by je wi­dzie­li, co na dro­dze do tej wsi, po­wia­dał wu­jek Wo­ło­dia z dra­pież­nym uśmiesz­kiem sa­tys­fak­cji, jak echo tam­te­go chło­pię­ce­go za­chwy­tu nad cu­dzą siłą - ale ko­muś przy­ło­żą! - a jed­no­cze­śnie, co naj­dziw­niej­sze, z le­d­wie uchwyt­nym cie­niem nie­chę­ci, tro­chę na­wet jak­by za­zdro­ści, no tak, do­brze im się tam wo­jo­wa­ło, ano po­pu­chli­by so­bie u nas na lo­dzie, toby się oka­za­ło, czy by tacy wy­ryw­ni byli!). Opu­chli­zna opu­chli­zną, mo­gła­bym za­prze­czyć wuj­ko­wi Wo­ło­di (i za­prze­cza­łam - w my­ślach, nig­dy na głos), ale jed­nak w po­rów­na­niu z 1933 coś się zmie­ni­ło: była ma­so­wa i jak wi­dać nie­źle zor­ga­ni­zo­wa­na ar­mia, któ­ra wcze­śniej przez trzy lata z rzę­du ćwi­czy­ła od­bi­ja­nie zbo­ża od Niem­ców; do­świad­cze­nie przy­da­ło się i kraj nie wy­marł. Je­śli nie li­czyć woj­ny zi­mo­wej, to wy­cho­dzi, że była to je­dy­na klę­ska Sta­li­na i jesz­cze w czter­dzie­ści lat po jego śmier­ci ra­dziec­ka hi­sto­rio­gra­fia od­gry­wa­ła się za nią na "Za­pad­nej" ze wszyst­kich sił do­brze opła­ca­nej mrzon­ki - że opła­ca­nej, to my sami, co ro­zum­niej­si, bez szcze­gól­nych wy­sił­ków zro­zu­mie­li­śmy jesz­cze w szko­le; ża­den te­mat nie bu­dził wte­dy na prze­rwach ta­kich go­rą­cych dys­ku­sji jak woj­na - dla na­szych ro­dzi­ców to była jesz­cze żywa, nie książ­ko­wa rze­czy­wi­stość, i na­zbyt już róż­ni­ła się na­gro­ma­dzo­na w ro­dzi­nach pa­mięć od tego, co na­le­ża­ło wy­kuć we­dle pod­ręcz­ni­ka, i na­stę­po­wa­ła czy­sto che­micz­na re­ak­cja nie­zgod­no­ści - fur­ko­ta­ło, bul­go­ta­ło i wy­trą­cał się osad: krót­kie i po­gar­dli­we "łgar­stwo!" pod ad­re­sem pod­ręcz­ni­ka... I to było w za­sa­dzie wszyst­ko, co tak na­praw­dę wie­dzia­łam; de­li­kat­nie mó­wiąc - nie­wie­le.

Sło­wem, UPA - UPA nie mia­ła tu nic do rze­czy.

Po pro­stu nie mo­głam zo­sta­wić u Ar­te­ma tego zdję­cia. Było moje, a do­kład­niej sta­ło się moje. I nie dla­te­go, że nie­mal­że na nim prze­le­cia­no mnie bez ja­kie­go­kol­wiek z mo­jej stro­ny opo­ru, a ra­czej wręcz prze­ciw­nie: dla­te­go bez opo­ru, że jak­by wstą­pi­ła we mnie wte­dy cu­dza wola - ta­kie wła­śnie mia­łam wra­że­nie. (Cały dzień snu­łam się po­tem roz­bi­ta, jak­by mnie prze­pusz­czo­no przez pra­nie z wi­ro­wa­niem.)

Mło­da ko­bie­ta, któ­ra z ary­sto­kra­tycz­ną non­sza­lan­cją sta­ła po­śród lasu w to­wa­rzy­stwie czte­rech męż­czyzn z ka­ra­bi­na­mi i le­d­wie do­strze­gal­nie się uśmie­cha­ła, wy­róż­nio­na pla­mą świa­tła przy­po­mi­na­ją­cą dziw­ny de­fekt kli­szy, na­zy­wa­ła się Ołe­na Do­wha­nów­na.

A wię­cej na­praw­dę nic nie wie­dzia­łam.

 

*

 

- Nad czym tak my­ślisz?

- Nig­dy tego fil­mu nie zro­bię. Nig­dy.

- Ty wszyst­ko po­tra­fisz - mó­wisz z ta­kim prze­ko­na­niem, że za­czy­nam się bać. Two­ja ro­dzi­na mil­czą­co pa­trzy na mnie ze wszyst­kich fo­to­gra­fii na­raz. Nie­wia­ry­god­ne - coś ty we mnie zo­ba­czył?

Py­ta­nie, któ­re­go w żad­nym ra­zie nie wol­no za­da­wać na głos, gry­zę się w ję­zyk, bo jesz­cze - tyl­ko tego bra­ko­wa­ło - sam za­czniesz się nad tym za­sta­na­wiać...

Cze­go ci nie po­wie­dzia­łam: kie­dy po raz pierw­szy mnie po­ca­ło­wa­łeś (ści­ślej, to ja cię pierw­sza po­ca­ło­wa­łam, nie mo­gąc dłu­żej znieść two­je­go nie­mal eks­ta­tycz­nie ja­śnie­ją­ce­go spoj­rze­nia, do któ­re­go bra­ko­wa­ło już tyl­ko mo­dli­tew­nie zło­żo­nych rąk: ja­sne, że się mnie ba­łeś - jak in­a­czej, gwiaz­da TV i w ogó­le...), tym, co na­praw­dę mną wstrzą­snę­ło, o ileż po­tęż­niej, niż kie­dy mia­łam lat pięt­na­ście, był wy­raz two­jej twa­rzy, gdy na­sze usta się roz­dzie­li­ły - mina czło­wie­ka, któ­ry sto­jąc na szczy­cie góry, wi­dzi, jak pod nim, w do­li­nie, jego mia­sto za­pa­da się pod zie­mię. Pa­trzy­łeś, jak­byś mnie nie po­zna­wał, jak­bym mi­go­ta­ła i prze­mie­nia­ła się przed tobą z sza­leń­czą pręd­ko­ścią, i roz­pa­lo­ny świa­tło­cień szczę­ścia i prze­ra­że­nia na two­jej twa­rzy bez­po­śred­nio od­zwier­cie­dlał moje mi­go­ta­nie - i tak, przez two­je oczy (spoj­rze­nia na­sze jesz­cze się nie roz­dzie­li­ły) przez mo­ment mo­głam zo­ba­czyć to trzę­sie­nie zie­mi w do­li­nie: nie­mo, z wy­łą­czo­nym dźwię­kiem, pa­da­ły bu­dyn­ki i roz­wie­ra­ła się zie­mia - jak przy zdję­ciach z sa­mo­lo­tu, od któ­rych ope­ra­to­ro­wi śmier­tel­ny za­chwyt za­pie­ra dech w pier­si...

Od tam­tej pory znam to uczu­cie, dłu­go nic - i rap­tem przy­po­mi­na o so­bie krót­kim, do­tkli­wym ukłu­ciem: sto­ję na szczy­cie góry, pod two­im wzro­kiem, i nie mam do­kąd zejść.

- Ty wszyst­ko po­tra­fisz - mó­wisz z nie­wzru­szo­ną pew­no­ścią w gło­sie.

I do­pie­ro te­raz ro­zu­miem, dla­cze­go przy pierw­szym spo­tka­niu tak mnie za­sko­czy­ło, że mó­wisz po ukra­iń­sku, kom­plet­nie się tego nie spo­dzie­wa­łam; zbyt pew­nym kro­kiem idziesz przez ży­cie, zbyt spo­koj­ną i sa­mo­dziel­ną przy­bie­rasz w nim po­sta­wę, jak­byś na­wet nie po­dej­rze­wał, że może być in­a­czej. U nas wszyst­kich, któ­rzy­śmy skoń­czy­li trzy­dziest­kę i od ma­łe­go ro­śli świa­do­mi swo­jej ukra­iń­sko­ści, rzad­ko zda­rza się taka na­tu­ral­na - nie­zdu­szo­na - god­ność; taka po­sta­wa wy­ma­ga co naj­mniej trzech-czte­rech po­ko­leń przod­ków za ple­ca­mi, przod­ków nie­zna­ją­cych ja­kich­kol­wiek form spo­łecz­ne­go po­ni­że­nia - sy­tu­acja w oczy­wi­sty spo­sób nie na­sza, na Ukra­inie po XX wie­ku prak­tycz­nie już nie­moż­li­wa, skąd­że mia­ła­by się wziąć...

Nie zo­sta­wiaj mnie, sły­szysz? Ja nic nie wiem - nie wiem na­wet, praw­dę mó­wiąc, czy to jest to, co lu­dzie na­zy­wa­ją mi­ło­ścią, czy ja­kaś przy­mu­so­wa in­ter­wen­cja cu­dzej woli (cza­sem bu­dzi się też ta­kie po­dej­rze­nie). Nie wiem, cze­go chcieć od przy­szło­ści ani na­wet czy my obo­je mamy przy­szłość; nic nie wiem. Tyl­ko trzy­maj mnie, do­brze? Nie zo­sta­wiaj. Wła­śnie tak.

Kijów. Kwiecień 2003

...Szpi­tal czy co?... Bia­łe far­tu­chy, nie, nie far­tu­chy, prze­ście­ra­dła ja­kieś owi­nię­te wo­kół ciał, dziw­ne... Chy­ba jed­nak szpi­tal...

Czar­ny opel ka­det, cóż za ele­ganc­ki sa­mo­chód; czar­ne mun­du­ry, błysz­czą­ce dasz­ki kasz­kie­tów, do­kąd oni mnie wio­zą?...

Obudź się, Ad­ria­nie.

(Kadr gwał­tow­nie od­da­la się, jak w ciem­ny tu­nel - ma­le­je aż do ma­leń­kiej plam­ki; ga­śnie.)

Jesz­cze chwi­lę po­le­żeć z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chu­jąc się, po omac­ku ba­da­jąc po­kój, wwą­chu­jąc się w zna­jo­me za­pa­chy: to mój po­kój. W łóż­ku obok mnie pu­sto - wy­cią­gnię­ta ręka ni­czym od­rą­ba­na upa­da na zmię­tą po­dusz­kę, z pier­si wy­do­sta­je się głu­chy po­mruk pro­te­stu, któ­ry osta­tecz­nie roz­bu­dza: głos też jest mój. Wciąż jesz­cze nie otwie­ra­jąc oczu, wy­sy­łam swo­je zmy­sły za drzwi, w my­ślach prze­słu­chu­ję-prze­pa­tru­ję przed­po­kój, ła­zien­kę, kuch­nię - wszę­dzie ci­sza. Je­stem sam. Na szaf­ce noc­nej po dru­giej stro­nie po­wi­nien być ze­ga­rek - wy­cią­gnąć dru­gą rękę. Oho. La­luś­ka mu­sia­ła znik­nąć bla­dym świ­tem - no tak, ma dziś pa­smo po­ran­ne. Któ­re już zresz­tą prze­spa­łem, jak ostat­nia świ­nia. A niech to, ale głu­pio... I co to mnie na­szło?

W gło­wie, jak ślad po za­strzy­ku: czar­ny opel ka­det, pe­łen ob­cych ofi­ce­rów (co to za mun­du­ry?); ko­bie­ta w bia­łym far­tu­chu czy tam prze­ście­ra­dle, ob­wią­za­nym wo­kół cia­ła; w ni­skim me­ta­lo­wym na­czy­niu wy­go­to­wu­je się szpa­tuł­ka czy jak to się na­zy­wa... A bierz to dia­bli, pora dojść do sie­bie.

Na dwo­rze ci­cho sze­le­ści deszcz - taki miły, wio­sen­ny desz­czyk, po któ­rym w jed­ną noc bu­dzą się drze­wa i tra­wa. Otwo­rzyć drzwi na bal­kon i głę­bo­ko wcią­gnąć po­wie­trze: wil­goć, cie­pło. Su­per. Na dole, na po­dwó­rzu, po­kry­wa się mi­ria­da­mi kro­pli - jak po­tem - sre­brzy­sty mer­ce­des z zyg­za­ko­wa­tą fla­gą na par­la­men­tar­nej ta­bli­cy re­je­stra­cyj­nej z li­te­ra­mi WR, lu­dzie czy­ta­ją to "Wy­rwa­ni Roky", wy­rwa­ne lata - mój sta­ru­szek volks­wa­gen tuż za nim wy­glą­da jak wiej­ski stróż przy Ter­mi­na­to­rze. W są­sied­niej klat­ce miesz­ka pan de­pu­to­wa­ny. Skrom­ny, cho­le­ra - naj­wy­raź­niej pierw­sza ka­den­cja: nie­oby­ty jesz­cze.

Wiem, że miesz­ka, bo w ze­szłym roku go okra­dli i całą ka­mie­ni­cę tępo, z su­mien­no­ścią hy­drau­li­ków, ob­cho­dzi­ły gli­ny i zbie­ra­ły pod­pi­sy, że nikt nic nie sły­szał i nie wi­dział; oni mi po­wie­dzie­li. Wy­sta­wi­li, jak w pysk dał, pana de­pu­to­wa­ne­go. Kie­dy wcze­śniej okra­dzio­na zo­sta­ła ro­dzi­na z par­te­ru, nikt z żad­ny­mi py­ta­nia­mi nie przy­cho­dził, a ci z par­te­ru za­mon­to­wa­li so­bie ozdob­ne kra­ty. Te­raz, gdy się wra­ca do domu póź­nym wie­czo­rem, po­dwó­rze oświe­tla­ją gę­ste ko­ron­ki zło­tych pro­sto­ką­tów od za­kra­to­wa­nych okien; śre­dnio­wiecz­ny za­mek, moż­na by po­my­śleć. Dzie­cia­ki mo­gły­by ba­wić się w ta­kim świe­tle w róż­ne tam wróż­ki, ry­ce­rzy i damy dwo­ru, tyl­ko że te­raz dzie­ci się w ta­kie rze­czy nie ba­wią. W su­mie tak póź­no dzie­ci tak czy owak już śpią, a szko­da. Ści­ślej mó­wiąc, to mnie za­wsze robi się żal - może tego, że już nie je­stem ma­łym chłop­cem i nie mogę na­le­ży­cie wy­ko­rzy­stać baj­ko­we­go oświe­tle­nia, a może że w moim dzie­ciń­stwie nie było ta­kich ko­ron­ko­wo-zło­ci­stych okien: była dziel­ni­ca-sy­pial­nia z brud­no­sza­rych, ob­ło­żo­nych ka­fel­ka­mi jak wiel­kie WC dzie­się­cio­pię­trow­ców, mię­dzy któ­ry­mi za­chę­ca­ją­co bie­la­ły mi­nia­tu­ro­we otyn­ko­wa­ne dom­ki z za­gad­ko­wy­mi ta­blicz­ka­mi "Od­pa­dy ko­mu­nal­ne"; śmier­dzia­ło z nich strasz­li­wie, ale i tak lu­bi­li­śmy się tam cho­wać - wśród po­jem­ni­ków na śmie­ci, aku­rat na tyle wy­so­kich, że kie­dy się kuc­nie, nikt czło­wie­ka nie zo­ba­czy; i w ta­kim oto śmier­dzą­cym, ciem­na­wym en­to­ura­ge'u po raz pierw­szy do­wie­dzia­łem się, jak siu­sia­ją dziew­czyn­ki. Dziew­czyn­ka na­zy­wa­ła się Ma­ryn­ka i mia­ła na so­bie ja­skra­wo­czer­wo­ne, aż oczy bo­la­ły, raj­tuz­ki; po­nie­waż nie wie­rzy­łem wła­snym oczom, wiel­ko­dusz­nie po­zwo­li­ła mi wła­sno­ręcz­nie zba­dać mo­krą szcze­lin­kę i dwa ma­lut­kie wzgó­recz­ki - naj­wy­raź­niej już wte­dy żył we mnie eks­pe­ry­men­ta­tor. Każ­de do­świad­cze­nie jest do­świad­cze­niem, to zdo­by­te w śmiet­ni­ku też. Nie ma cze­goś ta­kie­go jak "wy­rwa­ne lata".

...La­luś­ka naj­wy­raź­niej bar­dzo się spie­szy­ła: w kuch­ni byle jak wrzu­co­na do zle­wu ły­żecz­ka i fi­li­żan­ka po ka­wie, w eks­pre­sie zru­dzia­ły filtr z roz­ma­za­ny­mi do kon­sy­sten­cji ba­gna fu­sa­mi, jesz­cze cie­pły­mi, na pa­ra­pe­cie mi­secz­ka nie­do­je­dzo­ne­go mu­esli, i to też mnie roz­czu­la, ła­pię się na mi­mo­wol­nym uśmie­chu: ja­dła tu na sto­ją­co, pa­trząc w stud­nię po­dwór­ka - za­wsze tak robi, gdy je sama. Kie­dy cho­dzi się tak po kuch­ni, po jej śla­dach, to jak­by tra­fia­ło się w rę­ka­wy zrzu­co­ne­go przez nią szla­fro­ka, któ­ry prze­isto­czył się w po­wie­trze; owi­jam się nim; chciał­bym się przy­tu­lić, mu­snąć po­licz­kiem: La­luś­ka... I jesz­cze za­pach - ula­tu­ją­cy z po­ran­nej po­dusz­ki za­pach jej per­fum, na wskroś wy­grza­ny słod­kim, chle­bo­wym, droż­dżo­wym za­pa­chem jej cia­ła, nie od­stę­pu­je mnie na krok, na­bie­ra mocy, ni­czym przy­spie­szo­ny od­dech, przy oknie, przy któ­rym sta­ła, z nową siłą ata­ku­je w przed­po­ko­ju, koło drzwi wej­ścio­wych, gdzie za­kła­da­ła buty; przy­kła­dam do nosa pal­ce (na któ­rych za­pach La­luś­ki jest tro­chę inny, ostrzej­szy, bar­dziej sło­ny, jak od mor­skich wo­do­ro­stów - od­le­głe echo nocy), od­ru­cho­wo roz­sze­rzam noz­drza i wy­ry­wa mi się mi­mo­wol­ne wes­tchnie­nie - śmiesz­ne, w ta­kiej chwi­li przy­po­mi­nam chy­ba zo­sta­wio­ne­go w domu psa, któ­ry mysz­ku­je w po­szu­ki­wa­niu śla­dów swo­je­go pana... Na po­cząt­ku, kie­dy za­czę­ła zo­sta­wać u mnie na noc, po jej wyj­ściu rze­czy­wi­ście za­cho­wy­wa­łem się zu­peł­nie po psie­mu - to zna­czy, wty­ka­łem pysk w jej szla­frok i za­pa­da­łem w drzem­kę, póki pan nie przyj­dzie. Jak odłą­czo­ny od aku­mu­la­to­ra. Je­dy­ne dzia­ła­nie spo­łecz­ne, do któ­re­go by­łem zdol­ny, po­le­ga­ło na za­dzwo­nie­niu do biu­ra i le­ni­wym wy­łga­niu się, dla­cze­go dziś nie przyj­dę - nie wiem, czy wie­rzy­li moi współ­pra­cow­ni­cy mo­je­mu szczę­śli­we­mu, ospa­łe­mu gło­so­wi, ale mia­łem to w no­sie, a kie­dy masz w no­sie, to za­wsze masz prze­wa­gę, bo nikt ci nic nie zro­bi. W ta­kiej nir­wa­nie wy­le­gi­wa­łem się w na­szej sty­gną­cej po­ście­li do po­łu­dnia - za­sy­pia­łem, bu­dzi­łem się, znów za­sy­pia­łem, w pół­śnie, z ra­do­ścią ob­ser­wu­jąc zmia­ny oświe­tle­nia i trud­ne do roz­po­zna­nia, ja­kieś od­świe­żo­ne, jak żywe isto­ty, przed­mio­ty w po­ko­ju, wciąż wy­peł­nio­nym wi­bra­cją La­lu­ś­czy­nej obec­no­ści - i nig­dy jej o tym tak na­praw­dę nie mó­wi­łem, jak ja­kieś wsty­dli­we chło­pię... I wte­dy to wła­śnie za­czę­ły mi się śnić te sny.

Za dnia, jak te­raz, tają, w mig zni­ka­ją pod wodą, ni­czym ułam­ki wio­sen­nej kry - brze­gi chud­ną do prze­zro­czy­sto­ści, fa­bu­ła roz­my­wa się i tyle tyl­ko zdą­żasz za­trzy­mać w pa­mię­ci, jak dzię­ki ude­rze­niu w zszy­wacz: środ­ko­we kart­ki, dwa-trzy ode­rwa­ne ob­ra­zy - ja­kiś opel ka­det, coś jak­by szpi­tal, szpa­tuł­ka, bia­łe prze­ście­ra­dło ob­wią­za­ne wo­kół cia­ła... W su­mie ze sna­mi czę­sto tak bywa, zwłasz­cza gdy gło­wa na­bi­ta kło­po­ta­mi i każ­de prze­bu­dze­nie - jak py­skiem w ścia­nę: szlag, zno­wu to samo!... Kto by wte­dy o snach my­ślał. Ale z tymi sna­mi od po­czą­tu było in­a­czej. Po pierw­sze, one ani nie były fan­ta­zyj­ną prze­rób­ką dzien­nych wra­żeń, ani w ogó­le nie mia­ły żad­nych związ­ków z czym­kol­wiek, co mo­głem po­znać z wła­sne­go do­świad­cze­nia. Na­wet cie­nia ja­kie­goś tam déja vu. Naj­do­kład­niej uda­ło mi się to moje wra­że­nie opi­sać w roz­mo­wie z La­luś­ką (bo wła­śnie w roz­mo­wach z nią znaj­du­ję naj­traf­niej­sze sfor­mu­ło­wa­nia, na­wet gdy cho­dzi o za­sa­dę dzia­ła­nia ge­ne­ra­to­ra ter­mo­ją­dro­we­go albo inne spra­wy, o któ­rych ona nie ma zie­lo­ne­go po­ję­cia) - wra­że­nie ta­kie, jak­by przede mną omył­ko­wo otwie­ra­ły się drzwi cu­dzej sza­fy, w któ­rej leżą nie­zna­ne rze­czy w nie­zna­nym po­rząd­ku. To, co wi­dzę i zdą­żam za­pa­mię­tać, dla ko­goś musi mieć sens, ale ja czu­ję się mniej wię­cej jak czło­wiek, któ­ry pod­no­si słu­chaw­kę te­le­fo­nu i przez po­mył­kę sta­je się świad­kiem cu­dzej roz­mo­wy. Chcesz po­wie­dzieć, spre­cy­zo­wa­ła La­luś­ka, ścią­ga­jąc brwi i przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę, że śnią ci się cu­dze sny?... Nie, rzecz w tym, że wła­śnie nie, i na tym po­le­ga ich dru­ga oso­bli­wość - do­kład­niej bę­dzie po­wie­dzieć, że śni mi się cu­dza jawa. To zna­czy? Nie wiem, jak to wy­ja­śnić - wy­glą­da to nie jak ma­rze­nie sen­ne, ale jak wspo­mnie­nie, w do­dat­ku bar­dzo żywe i wy­ra­zi­ste, rów­nież w za­pa­chu i do­ty­ku, tyl­ko że wiem na pew­no: mnie nig­dy się coś ta­kie­go nie przy­da­rzy­ło, to nie jest moje wspo­mnie­nie. Jed­na z nie­wąt­pli­wych ko­rzy­ści z ży­cia z dzien­ni­kar­ką po­le­ga na tym, że z cza­sem czło­wiek uczy się po­rząd­nie, w do­dat­ku li­te­rac­kim ję­zy­kiem, wy­ra­żać swo­je my­śli, i za­so­by lek­sycz­ne też roz­ra­sta­ją się do gra­nic moż­li­wo­ści, aż jego sa­me­go cza­sem bio­rą nie­kie­dy za dzien­ni­ka­rza - wszyst­ko dzię­ki temu, że ona umie cier­pli­wie sta­wiać py­ta­nia. Tak więc oca­la­ły ob­raz być może dla­te­go wła­śnie oca­lał, że po­wta­rzał się wie­le razy: wio­sen­ny las, sło­necz­ne za­jącz­ki na pniach drzew, pach­nie ple­śnią i igli­wiem, taki zie­lo­ny za­pach, i ple­cy tego, kto idzie przede mną, w sza­ro­błę­kit­nym mun­du­rze woj­sko­wym, ze szmaj­se­rem przez ra­mię, tyl­ko pas nie skó­rza­ny, a nie wiem cze­mu par­cia­ny, stęb­no­wa­ny - idzie­my przez las w szy­ku, skąd ja znam to sło­wo, i te sil­ne chłop­skie ple­cy prze­wią­za­ne par­cia­nym pa­sem są ostat­nim, co wi­dzę, bo znie­nac­ka zza drzew wy­bu­cha su­chy stu­kot, sil­ne ude­rze­nie w pier­si - i za­pa­da ciem­ność. Da­lej nie pa­mię­tam - roz­my­ło się jak na­mok­nię­ty pa­pier w ciem­nej wo­dzie. Po ja­kimś cza­sie za­in­try­go­wa­na La­luś­ka, za­się­gnąw­szy rady ko­goś mą­dre­go - zna­jo­mych spe­cja­li­stów z wszel­kich dzie­dzin ma tylu, że bled­nie ka­ta­log bi­blio­te­ki par­la­men­tar­nej, wy­star­czy pod­nieść słu­chaw­kę i wy­brać nu­mer - z in­to­na­cją Sher­loc­ka Hol­me­sa (śledz­two dzien­ni­kar­skie!) oznaj­mi­ła mi, że par­cia­ne pasy, jak się oka­zu­je, na­praw­dę ist­nie­ją, i to od daw­na - to mun­dur ar­mii ame­ry­kań­skiej! A wi­dzisz, mó­wi­łem prze­cież, skąd miał­bym to wie­dzieć?... No do­brze, a szmaj­ser, pe­wien je­steś, że to był szmaj­ser? Ab­so­lut­nie, i na­wet las był zu­peł­nie nasz, nie ża­den ame­ry­kań­ski, wię­cej na­wet - zna­łem na­zwy nie tyl­ko drzew, ale też po­szy­cia, krza­ków - głóg, wrzos... Ja­ło­wiec... Nie, no to mnie aku­rat sła­bo prze­ko­nu­je, tego mo­głeś gdzieś mi­mo­cho­dem na­ła­pać, choć­by na wy­ciecz­ce, daj­my na to, jak z mamą w dzie­ciń­stwie na Ho­wer­lę sze­dłeś, a po­tem ci z gło­wy wy­le­cia­ło... We­dle ta­kiej lo­gi­ki z mun­du­rem ame­ry­kań­skim może być tak samo: wie­dzia­łem i za­po­mnia­łem, o to ci cho­dzi?... W od­po­wie­dzi La­luś­ka zro­bi­ła jed­no ze swo­ich fir­mo­wych "mi­nią­tek" - za­ci­śnię­te ustecz­ka plus groź­ne łyp­nię­cie spode łba, sło­wem "mil­cze­nie wil­ków": gdy skoń­czy­ły się ar­gu­men­ty, ale do po­raż­ki przy­znać się nie moż­na, bo nie ho­nor (jest też "mil­cze­nie owiec": z ża­ło­snym spoj­rze­niem spod oka, i to już ozna­cza bła­ga­nie roz­mów­cy o mi­ło­sier­dzie) - jak za­wsze w ta­kich wy­pad­kach nie wy­trzy­ma­łem i ro­ze­śmia­łem się, i ob­ją­łem moją ko­cha­ną gry­ma­śni­cę, i rze­czy­wi­ście ogar­nę­ły mnie wąt­pli­wo­ści - na ja­kichś pie­przo­nych pla­ka­tach na szko­le­niu woj­sko­wym czy co?... Osta­tecz­nie wszy­scy je­ste­śmy dzieć­mi zim­nej woj­ny, a ci, któ­rych uczy­li na tech­nicz­nych, to już w ogó­le - nie do cze­go in­ne­go nas szko­li­li, jak do służ­by ro­dzo­nej zbro­je­niów­ce, któ­ra, pa­trz­cie pań­stwo, tak się wzię­ła i wy­ko­pyrt­nę­ła, z na­sze­go roku chy­ba ja ostat­ni jesz­cze mam ja­kieś sym­bo­licz­ne związ­ki z za­wo­dem, cho­ciaż już nie on, dzię­ki Bogu, za­pew­nia mi chleb, bo z nie­go to by już na­wet skór­ki nie było, całe szczę­ście, że od ma­łe­go lu­bi­łem ba­wić się dzia­dzio­wy­mi pa­pie­ro­śni­ca­mi, przy­da­ło się świe­żo upie­czo­ne­mu, he, he, biz­nes­me­no­wi! - ale i tak wciąż pa­mię­tam strasz­ne ta­jem­ni­ce woj­sko­we Zet-es-er-er, w ro­dza­ju ma­ka­ro­nu o ka­li­brze na­bo­jów ka­ra­bi­no­wych, tu­dzież fa­bryk cze­ko­la­dy skon­stru­owa­nych tak, by w cią­gu dwu­dzie­stu cze­rech go­dzin mo­gły przejść na pro­duk­cję pro­chu, więc cze­mu by ta moja za­tę­chła nie­świa­do­mość zbio­ro­wa nie mo­gła te­raz wy­pluć na wierzch ja­kie­goś daw­no za­po­mnia­ne­go szcze­gó­li­ku?... Było to w za­sa­dzie lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie, ale nie po­do­ba­ło mi się: było nie­ele­ganc­kie. Bra­ko­wa­ło mu bły­sku, tego ele­ganc­kie­go, nie­ocze­ki­wa­ne­go sko­ja­rze­nia, przy któ­rym klik! - i wszyst­ko pa­su­je, jak w puz­zlach, i nie ma już wi­szą­cych jak ogo­ny wąt­ków. Nie mo­głem nie wie­rzyć wła­snym od­czu­ciom, a one jed­nym gło­sem krzy­cza­ły, że w tym śnie na wła­sne oczy wi­dzę czy­jąś śmierć, tak jak na­praw­dę mia­ła miej­sce - na­wet jako fi­zyk jesz­cze nie w ta­kim stop­niu stra­ci­łem kwa­li­fi­ka­cje, żeby stra­cić wy­czu­cie po­praw­no­ści roz­wią­za­nia - a ta po­praw­ność, La­luś, mię­dzy in­ny­mi cha­rak­te­ry­zu­je się ele­gan­cją, jed­nym nie­stan­dar­do­wym ru­chem, dzię­ki któ­re­mu wresz­cie wszyst­ko tra­fia na swo­je miej­sce. Ro­zu­miem, wes­tchnę­ła La­luś­ka, pa­trząc na mnie już "ja­gnię­cym wzro­kiem", to nie tyl­ko w two­ich rów­na­niach tak jest... Być może - ale wiesz, co jesz­cze? Te­raz, kie­dy wspo­mnia­łaś o Ho­wer­li, je­stem już zu­peł­nie pe­wien, że ten las był gdzieś w Kar­pa­tach.

...Strasz­nie nie chce się iść pod prysz­nic i zmy­wać z sie­bie jej za­pa­chu, le­piej po śnia­da­niu. ("Le­niw­ski-Bru­da­siń­ski!" - prze­zy­wa mnie La­luś­ka, kie­dy ra­zem jemy śnia­da­nie: ona sama, po­rząd­na dziew­czyn­ka, na­wet kawy nie po­pi­je, za­nim się nie wy­ką­pie i nie za­ło­ży maj­te­czek, i nie ro­zu­mie, jaka to fraj­da, kie­dy ona cała jest taka czy­ściut­ka, aż pach­nie - Ale prze­stań już - Oba­wiam się, że to nie­moż­li­we - Po­sta­raj się - Za póź­no - Wa­riat, ero­to­man! - ła­god­niut­ko, stłu­mio­nym gło­sem, a oczy już za­cho­dzą mgieł­ką - moja dziew­czyn­ka! - i bia­łe maj­tecz­ki spa­da­ją jak bia­ła fla­ga, i jesz­cze wszyst­ko się we mnie bu­rzy na dźwięk jej ci­chut­kie­go - jak plu­szo­wy miś - po­pi­ski­wa­nia; wiesz, po­wie­dzia­ła kie­dyś po tym, jak tak wła­śnie rano ko­cha­li­śmy się na środ­ku kuch­ni, i sie­dzia­ła na od­su­nię­tym krze­śle taka nie­wia­ry­god­nie moja, zmę­czo­na i roz­ma­rzo­na, wło­sy wil­got­ne u na­sa­dy, i oglą­da­ła swo­je bez­sil­nie roz­chy­lo­ne uda - wiesz, mę­ski in­stynkt za­wsze ma w so­bie coś psie­go: na­zna­czyć ko­bie­tę jak swo­je te­ry­to­rium. Wte­dy tyl­ko mruk­ną­łem, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lo­ny, jak ostat­ni osioł - a za­zdrość przy­szła do­pie­ro póź­niej, na lu­zie: jak ma­wia­ła ba­bu­sia Lina, mą­dry Ru­sin po szko­dzie. Cho­ciaż niby o co tu być za­zdro­snym - o wspo­mnie­nia?... Śmiesz­ne. Tyle że nie wie­dzieć cze­mu, kie­dy ko­bie­ta sły­szy od męż­czy­zny coś w ro­dza­ju "wszyst­kie je­ste­ście ta­kie same", z peł­nym prze­ko­na­niem trak­tu­je to jako ko­lej­ny do­wód swo­jej nor­mal­no­ści - coś w ro­dza­ju, a wi­dzisz, nie tyl­ko ja! - a męż­czy­zna prze­ciw­nie, do­sta­je sza­łu na samą myśl o tym, że mógł­by zo­stać usta­wio­ny w jed­nym rząd­ku ze swo­imi po­przed­ni­ka­mi...)

Nie, w za­sa­dzie to umiem po­ru­szać się po tym polu mi­no­wym - nie je­stem idio­tą i py­tań w ro­dza­ju "Ilu ich było?" też nie za­da­ję, w ogó­le nie za­da­ję py­tań - ja­kie tu mogą być py­ta­nia, u li­cha... Swo­je za­baw­ki daw­no już z La­luś­ką wrzu­ci­li­śmy do jed­nej pia­skow­ni­cy - po odro­bi­nie, po ły­żecz­ce opo­wia­da­jąc so­bie naj­waż­niej­sze rze­czy z prze­szło­ści, a z Ser­hi­jem, jej by­łym mę­żem, na­wet kie­dyś po­da­li­śmy so­bie ręce na ja­kimś tłum­nym spo­tka­niu, i na­wet mógł­by mi się spodo­bać - otwar­ta twarz, chło­pię­cy uśmiech, któ­ry pew­nie do dziś dzia­ła na ko­bie­ty - gdy­by nie jego ręka w do­ty­ku: mdła jak zde­chła ryba, jak­by daw­no temu wy­pusz­czo­no z nie­go po­wie­trze i cho­dził wy­łącz­nie z przy­mu­su, z do­kucz­li­we­go obo­wiąz­ku pańsz­czyź­nia­ne­go - sta­rze­ją­cy się chłop­czyk, ja­kich wie­lu. Je­dy­ne py­ta­nie, któ­re La­lu­ś­ce za­da­łem (a jed­nak za­da­łem!) i któ­re na­praw­dę mnie in­te­re­so­wa­ło - "Cze­mu się roz­sta­li­ście?" - po­zo­sta­ło bez od­po­wie­dzi: ro­ze­szli­śmy się i już, jak­by to była od­po­wiedź; in­nej La­luś­ka nie zna i szu­kać nie chce. Okej, jej pra­wo, cóż ja mogę. Go­rzej, gdy z jej ust mi­mo­cho­dem wy­la­tu­je przy­pad­ko­we zda­nie za­po­wia­da­ją­ce wspo­min­ko­wy, nie­mal no­stal­gicz­ny ciąg dal­szy - i kie­dy ja z peł­ną go­to­wo­ścią wpa­dam jej w sło­wo i prze­ry­wam, być może tro­chę za ostrym to­nem, ta­kim, któ­ry z punk­tu ma za­po­biec dal­szym wspo­mnie­niom: tak, tak, ten sam, z któ­rym jeź­dzi­łaś nad Bał­tyk i któ­ry uczył cię jeść ho­ma­ra - a ona za­wsze szcze­rze się dzi­wi: opo­wia­da­łam ci?... Nie pa­mię­ta. Na szczę­ście w na­szym ży­ciu jest skoń­czo­na licz­ba hi­sto­rii mi­ło­snych. (A ho­ma­ra rze­czy­wi­ście nie umiem jeść, grze­bię w nim, jak­bym nie miał rąk, bez cie­nia przy­jem­no­ści, tyl­ko mno­żę sto­sy śmie­ci na ta­le­rzu...) Licz­ba hi­sto­rii jest skoń­czo­na, ale nie­skoń­czo­na jest ilość wspo­mnień, a to wiel­ka róż­ni­ca: La­luś­ka za­czę­ła mó­wić o tym sa­mym czło­wie­ku, ma­jąc na my­śli coś in­ne­go niż po­przed­nio; to wła­śnie tłu­ma­czy jej zdzi­wie­nie - nie oszu­ku­je, na­praw­dę jest za­sko­czo­na: jaki zno­wu ho­mar?... Ona nie pa­mię­ta, ale ja z ła­two­ścią mogę to so­bie wy­obra­zić: prze­ła­ma­na czer­wo­na sko­ru­pa na bia­łym ta­le­rzu, ape­tycz­nie zgnie­cio­na po­łów­ka cy­try­ny ze zmierz­wio­nym miąż­szem, cmo­ka­nie, sior­ba­nie, ob­li­zy­wa­nie pal­ców w za­chwy­cie, przy­nie­sio­ny przez kel­ne­ra fo­lio­wy far­tu­szek bez­wstyd­nie po­pla­mio­ny sma­ko­wi­ty­mi so­ka­mi; je­dze­nie ho­ma­ra to akt nie­mal sek­su­al­ny, oczy­wi­ście, o ile umie się go jeść, nie mó­wię już o za­pa­chu uno­szą­cym się nad sto­łem - de­li­kat­nym i sło­na­wym, i tak nie­wia­ry­god­nie po­dob­nym do na­tu­ral­ne­go za­pa­chu mo­jej dziew­czyn­ki, o czym, rzecz ja­sna, ona sama może wca­le przy tym sto­le nie my­śleć, ale z pew­no­ścią my­śli jej to­wa­rzysz, o ile po­przed­nią noc spę­dzi­li ra­zem i o ile nie jest kom­plet­nym dur­niem - dość, wy­star­czy, stop, to na­praw­dę nic nie da: nie mogę we­pchnąć się w jej wspo­mnie­nia. Tym bar­dziej że tym ra­zem wca­le nie o ho­ma­ra jej cho­dzi­ło, a ilość wspo­mnień jest nie­skoń­czo­na. Jak ilość liczb na­tu­ral­nych. I na tym cała rzecz po­le­ga.

...Rzecz w tym, moja dziew­czyn­ko, że nie da się cał­kiem i do resz­ty opo­wie­dzieć sie­bie ko­muś in­ne­mu, choć­by naj­bliż­sze­mu, z kim noc w noc dzie­lisz od­dech, a dzień w dzień - całą resz­tę świa­ta. (Nie wiem, może bliź­nię­ta jed­no­ja­jo­we to po­tra­fią, ale chy­ba też tyl­ko do pew­ne­go stop­nia...) To jak zbio­ry skoń­czo­ne i nie­skoń­czo­ne: nie­waż­ne, ja­kie są mię­dzy nimi za­leż­no­ści, pierw­szy za­wsze bę­dzie ogra­ni­czo­ny, a dru­gi po­zba­wio­ny gra­nic, choć sia­daj i płacz. In­stynk­tow­nie szu­kasz ra­tun­ku w mno­że­niu na wszyst­kie spo­so­by wspól­nych prze­żyć, prze­mie­nia­niu uko­cha­nej ko­bie­ty w nie­ustan­ne­go świad­ka swo­je­go ży­cia w nie­ja­snej na­dziei zdo­by­cia prze­wa­gi li­czeb­nej, czy­sto aryt­me­tycz­nej - tak by suma spę­dzo­nych ra­zem go­dzin prze­wyż­szy­ła sumę go­dzin prze­ży­tych osob­no (a cze­mu wła­ści­wie go­dzin, dla­cze­go nie mi­nut, nie se­kund? nie mi­li­se­kund?... jaka jed­nost­ka cza­su po­zwa­la na­ła­pać wra­żeń, któ­re po­tem gdzieś tam, w ko­pal­niach two­jej pod­świa­do­mo­ści, prze­ista­cza­ją się w od­ręb­ne i kom­plet­nie dla mnie nie­do­stęp­ne wspo­mnie­nie, jak chlo­ro­fil w wę­giel ka­mien­ny?...). Tyle że wszyst­ko to też na nic - Love's La­bo­urs Lost, jak pi­sał sta­ru­szek Szek­spir (do­brze mó­wię, La­luś­ka? po­chwa­lisz mnie za mój an­giel­ski?). Aryt­me­ty­ka nie dzia­ła tu choć­by dla­te­go, że na­wet to, co prze­ży­te wspól­nie (pa­mię­tasz, jak ku­po­wa­li­śmy na­szą pierw­szą lamp­kę na biur­ko w "Świe­tle dla domu", w za­chwy­cie ba­wi­łaś się prze­gu­bo­wy­mi ra­mio­na­mi, w ca­łym skle­pie wy­gi­na­jąc i skła­da­jąc lam­py pod róż­ny­mi ką­ta­mi, opo­wia­da­łem ci o za­le­tach ha­lo­ge­nów w po­rów­na­niu ze sta­ry­mi świe­tlów­ka­mi, a ty słu­cha­łaś jak wzo­ro­wa uczen­ni­ca, na­wet ustecz­ka mia­łaś roz­chy­lo­ne, a po­tem, gdy wy­szli­śmy ze skle­pu, nio­sąc nasz za­kup - nie na prze­gu­bie, na cięż­kiej pod­sta­wie, sty­lo­wa rzecz, chro­mo­wa­na - z ta­kim sa­mym za­chwy­tem, na tej sa­mej fali, na­wet to­nem iden­tycz­nym, rzu­ci­łaś: Ale ten sprze­daw­ca był po­dob­ny do kre­ta, co? - zba­ra­nia­łem z wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć, bo w ogó­le nie za­uwa­ży­łem, do cze­go by ten sprze­daw­ca mógł być po­dob­ny...), na­wet to, co prze­ży­te wspól­nie, La­luś­ku, po­zo­sta­wia w każ­dej z dwóch osób zu­peł­nie róż­ne wspo­mnie­nia i ich zbiór jest tak samo nie­skoń­czo­ny. Jak się do­brze za­sta­no­wić, to od tego wła­śnie mogą się klep­ki ob­lu­zo­wać. Kie­dyś, jesz­cze na stu­diach, za­pę­tli­łem się na tym pro­ble­mie: mamy dwa zbio­ry nie­skoń­czo­ne, na przy­kład, licz­by na­tu­ral­ne i rze­czy­wi­ste - jak je po­rów­ny­wać, sko­ro oby­dwa są nie­skoń­czo­ne? Co jest"więk­sze", co "mniej­sze", sko­ro ża­den nie ma koń­ca? Tak samo tu­taj, oczy­wi­sta ana­lo­gia: mamy dwa zbio­ry nie­skoń­czo­ne - pierw­szy to zbiór wszyst­kich two­ich wspo­mnień (X), dru­gi - zbiór wspo­mnień, któ­re dzie­lisz ze mną (Y); ist­nie­je jesz­cze po­ję­cie mocy zbio­ru: kie­dy każ­de­mu ele­men­to­wi zbio­ru (Y) moż­na jed­no­znacz­nie przy­po­rząd­ko­wać pe­wien ele­ment zbio­ru (X), ale nie od­wrot­nie - wte­dy mówi się, że zbiór (X) jest licz­niej­szy od zbio­ru (Y). Przy­kład: pa­mię­tam, że w "Świe­tle dla domu" był sprze­daw­ca - prze­cież mu­siał być! - ale nie pa­mię­tam, czy przy­po­mi­nał kre­ta, czy może mał­pę albo wiel­błą­da. I na­wet gdy­bym już do koń­ca ży­cia trzy­mał cię za rękę - co oczy­wi­ście po­wo­do­wa­ło­by pew­ne utrud­nie­nia, po­miń­my szcze­gó­ły - i tak zbiór (X) za­wsze bę­dzie licz­niej­szy od zbio­ru (Y) i żad­ne na­tę­ża­nie wy­obraź­ni nie spra­wi, że zo­ba­czę, co jesz­cze tam wi­dzia­łaś. No wła­śnie.

Usma­żę so­bie ja­jecz­ni­cę, ot co.

Może to wła­śnie jest naj­bar­dziej ele­men­tar­na isto­ta mi­ło­ści - czło­wiek, któ­ry żyje obok i wszyst­ko za­pa­mię­tu­je in­a­czej. Ta­kie nie­usta­ją­ce źró­dło za­dzi­wie­nia: świat nie po pro­stu "jest", świat co chwi­lę uka­zu­je się, wy­star­czy wziąć tego ko­goś za rękę. Zda­rza się, na­wet dość czę­sto, że rów­no­cze­śnie przy­cho­dzi nam do gło­wy to samo, jed­no prze­ry­wa dru­gie­mu: no wła­śnie o tym po­my­śla­łam - i mi­mo­wol­nie cie­szy­my się, jak­by­śmy od­na­leź­li we wspól­nym domu jesz­cze je­den za­ka­ma­rek-nie­spo­dzian­kę, ale po­dej­rze­wam, że gdy­by­śmy w ta­kiej chwi­li ro­ze­szli się każ­de do swo­je­go kąta i spró­bo­wa­li za­pi­sać tę myśl na pa­pie­rze, a po­tem po­rów­na­li, to na pew­no oka­za­ło­by się, że my­śle­li­śmy zu­peł­nie nie to samo, a je­dy­nie o tym sa­mym, róż­ni­ca jest oczy­wi­sta. Zbiór (X) po­zo­sta­nie licz­niej­szy w każ­dych wa­run­kach. Dla­te­go tak rzad­ko się zda­rza, żeby dwóm oso­bom śnił się je­den i ten sam sen.

A jed­nak - zda­rza się, zda­rza?... Świę­tej pa­mię­ci ba­bu­sia Lina opo­wia­da­ła, jak w Ka­ra­gan­dzie na ze­sła­niu jej i dzia­dzio­wi jed­nej i tej sa­mej nocy przy­śni­ło się, że na rze­ce ru­szył lód i wszy­scy tro­je - on, ona i mój ośmio­let­ni tata - prze­ska­ki­wa­li z kry na krę, trzy­ma­jąc się za ręce, na brzeg, gdzie na zie­lo­nym zbo­czu bie­lał w od­da­li dom ze sto­łem na gan­ku, na­kry­tym tak samo bia­łym ob­ru­sem; dzia­dzio po­wie­dział wte­dy o tym śnie: zda­je mi się, Lino, że nie­ba­wem ru­szy­my do domu - a nie­ba­wem oka­za­ło się, że tej sa­mej chy­ba nocy umarł Sta­lin i w nie­ca­ły rok póź­niej rze­czy­wi­ście wró­ci­li... Inna rzecz, że ta­kich wspól­nych z La­luś­ką snów oczy­wi­ście za żad­ne skar­by bym nie chciał, bar­dzo dzię­ku­ję: wspól­ny sen jako ob­raz przy­szło­ści, gdy nad oboj­giem wisi to samo za­gro­że­nie. Bli­skość, któ­ra kształ­tu­je się pod na­ci­skiem z ze­wnątrz, jak pod pra­są, wci­ska­ją­cą dwo­je lu­dzi w sie­bie na­wza­jem - bo in­nej dro­gi uciecz­ki nie mają. Ni­cze­go so­bie szczę­ście. Któż może wie­dzieć, jak taka para po­ra­dzi­ła­by so­bie w nor­mal­nych wa­run­kach. To zna­czy, kie­dy groź­ba bli­sko­ści po­cho­dzi nie z ze­wnątrz, ale z we­wnątrz: po pro­stu z tego, że moja dziew­czyn­ka ma nie­skoń­cze­nie wie­le wspo­mnień, i nie wiem, któ­re z nich i w któ­rym do­kład­nie mo­men­cie może ob­ró­cić się prze­ciw­ko mnie.

Na­to­miast te moje sny nie­po­strze­że­nie sta­ły się czymś w ro­dza­ju na­sze­go wspól­ne­go se­kre­tu - z ro­dza­ju mał­żeń­skich. Nig­dy nie mia­łem żony (to La­luś­ka mia­ła męża!) i ta­kie sztu­ki bar­dzo mnie krę­cą, pew­nie bar­dziej niż ją - jak ona je za­pa­mię­tu­je, nie­któ­re na­wet za­pi­su­je, w ogó­le trak­tu­je to z ogrom­ną po­wa­gą, śmiesz­not­ka moja: do­mo­ro­sły asy­stent dok­to­ra Freu­da! - tak samo sta­ran­nie ja trzy­mam w pa­mię­ci ka­len­darz jej cy­klu mie­sięcz­ne­go i za­wsze mogę ją uspo­ko­ić, gdy się nie­po­trzeb­nie de­ner­wu­je. To wpraw­dzie bar­dzo roz­sąd­na dziew­czyn­ka, kie­dyś stu­dio­wa­ła psy­cho­lo­gię, mie­li kurs - opo­wia­da­ła, że przez cały se­mestr tom za to­mem po­chła­nia­ła w czy­tel­ni spe­cja­li­stycz­ne opra­co­wa­nia, na­wet wy­pro­si­ła ja­kieś prak­ty­ki w wa­riat­ko­wie: pew­nie chcia­ło dziec­ko zro­zu­mieć, w ja­kich wa­run­kach wy­koń­czy­li mu ojca, ale po­dej­rze­wam, że nie obe­szło się i bez pod­skór­ne­go stra­chu - a je­śli na­praw­dę coś z oj­cem było nie tak, je­śli to nie fał­szy­wa dia­gno­za?... W efek­cie jej wie­dza w tym za­kre­sie wciąż jesz­cze znacz­nie prze­wyż­sza ba­nal­ną eru­dy­cję in­te­li­gen­ta, a ja na­wet i tym nie mogę się po­chwa­lić: tyle mo­je­go, co w bie­gu na­ła­pa­łem, w pra­cy z klien­ta­mi, psy­cho­log do­mo­ro­sły ("psy­chik", jak pod­kpi­wa La­luś­ka...). Chy­ba dzię­ki niej po­lu­bi­łem w koń­cu te sny. Dzię­ki temu, że są nie moje, a na­sze. Cho­ciaż tak na­praw­dę są oczy­wi­ście ni­czy­je i nie ma tam spe­cjal­nie cze­go lu­bić.

No i pro­szę, utkwi­ło jak drza­zga w gło­wie...

Nie śmierć w wio­sen­nym le­sie (nie tyle śmierć, ile ple­cy tego na przo­dzie ze szmaj­se­rem przez ra­mię...) - nie, tej nocy było coś in­ne­go, ale też nie­po­ko­ją­ce­go: każ­dy z tych snów jest ja­kiś nie­po­ko­ją­cy - nie na­strój, treść. We wnę­trzu czar­ne­go opla ka­de­ta lu­dzie w nie­zna­nych mun­du­rach ofi­cer­skich, z przo­du, z pra­wej, na lewo ode mnie; ja na tyl­nym sie­dze­niu, gdzieś mnie wio­zą, bo je­stem po­dej­rza­ny o po­peł­nie­nie za­bój­stwa, ale wiem, że to nic groź­ne­go, że spra­wa się roz­wią­że... Inny ob­raz: praw­do­po­dob­nie ga­bi­net le­kar­ski, bo na ma­szyn­ce spi­ry­tu­so­wej grze­je się me­ta­lo­wy po­jem­nik z na­rzę­dzia­mi chi­rur­gicz­ny­mi, wy­raź­nie wi­dzę, jak we wrząt­ku uno­szą się wo­kół nich z dna roz­iskrzo­ne bą­bel­ki... I jesz­cze była tam ko­bie­ta owi­nię­ta bia­łym prze­ście­ra­dłem, nie pa­mię­tam, jak wy­glą­da­ła - w na­stęp­nym ka­drze wsta­je z miej­sca i idzie gdzieś ze mną - przy­tła­cza­ją­co ni­ski ko­ry­tarz, fos­fo­ry­zu­ją­ca bie­lą w świe­tle księ­ży­ca dra­bi­na - przy­ci­skam ją do drew­nia­nej ścia­ny i za­dzie­ram jej spód­ni­cę; mrok, pul­su­ją­ce i roz­bie­ga­ją­ce się, kon­cen­trycz­ne ogni­ste krę­gi, po­wol­ny, obo­jęt­ny ko­men­tarz, jak­by zza ka­dru, ko­bie­cy głos mówi, że to nie­moż­li­we, nie­moż­li­we, żeby tak było, i to dwa razy na trzy z rzę­du, cóż za pi­kant­ny szcze­gół. Zro­zum, ona się na tym zna. Naj­mniej ze wszyst­kie­go moż­na to na­zwać snem ero­tycz­nym: nic nie czu­ję. Nie tyl­ko nic, co przy­po­mi­na­ło­by or­gazm, ale po pro­stu nic zu­peł­nie. Czy­ste stwier­dze­nie fak­tu, i to z boku: dwa razy na trzy - ogni­sty kon­tur, a to po­dob­no nie­moż­li­we. Cho­le­ra, a co jest moż­li­we?... Z La­luś­ką czę­sto róż­ne rze­czy wi­dzę, ale ta­kich ogni­stych krę­gów ja­koś so­bie nie przy­po­mi­nam...

To wła­śnie łą­czy jesz­cze te wszyst­kie sny i dla­te­go od po­cząt­ku uzna­łem je za coś ob­ce­go: nie ma w nich żad­nych uczuć, jak to za­zwy­czaj bywa w snach. Ani ra­do­ści, ani stra­chu, ani prze­ra­że­nia, ani pod­nie­ce­nia - nic z tych rze­czy, same zmy­sły: ko­lo­ry, za­pa­chy, dźwię­ki, fak­tu­ra, pro­szę bar­dzo, wszyst­ko na swo­ich miej­scach, na­wet bar­dziej wy­ra­zi­ste niż zwy­kle, jak przy nar­ko­tycz­nym od­lo­cie - bra­ku­je tyl­ko emo­cji. To zna­czy, je­śli to są wspo­mnie­nia, to z ja­kie­goś wy­łą­czo­ne­go mó­zgu, jak u zom­bie. Albo, jak ma­wia­ła ba­bu­sia Lina, ma­rze­nia ścię­tej gło­wy. Gdy­by nie La­luś­ka, to naj­pew­niej tak bym wła­śnie po­my­ślał - że schi­zem pach­nie. A że mi z tym do­brze - jak­by co chwi­lę prze­bły­ski­wa­ła inna per­spek­ty­wa, ni­czym otwie­ra­ją­cy się znie­nac­ka mię­dzy gó­ra­mi wi­dok na do­li­nę - to wi­docz­nie schiz też ma ra­dość ze swo­ich zwi­dów, może nie? Ale La­luś­ka już wcze­śniej mi po­wie­dzia­ła ja­sno: nie. Po­wie­dzia­ła, że oni wła­śnie są ogrom­nie nie­szczę­śli­wi - z wy­jąt­kiem epi­zo­dów ma­nia­kal­nych, któ­re szyb­ko prze­cho­dzą w de­pre­syj­ne, ale mnie to w żad­nym stop­niu nie do­ty­czy. I że­bym nie za­wra­cał so­bie gło­wy tym, o czym nie mam po­ję­cia - na­wet jak­by tro­chę się ob­ra­zi­ła. Zu­peł­nie jak gdy­bym za­zdro­ścił cu­dze­go nie­szczę­ścia jak nie­do­stęp­ne­go mi przy­wi­le­ju. Sor­ry, dzie­cin­ko. To aku­rat ro­zu­miem, to już nie ho­ma­ro­żer­ni fa­ce­ci, za­wsze go­to­wi prze­je­chać się ze ślicz­ną dzien­ni­kar­ką do Be­ne­luk­su ("bene" nie "bene", a na Chor­wa­cję to mnie w tym roku stać, La­luś­ka jesz­cze nie wie, po­wiem jej za ja­kiś ty­dzień...) - ro­zu­miem, że wśród jej wspo­mnień, zwłasz­cza tych o ojcu, mu­szą być ciem­ne i cięż­kie jak gła­zy, z któ­rych wy­bu­do­wa­ła so­bie ma­lut­ką for­te­cę obron­ną i na­wet mnie nie daje tam wstę­pu. Pod­zbiór za­mknię­ty, moż­na po­wie­dzieć - wprost i w prze­no­śni. Do­bra, ja­sne, czy ja coś mó­wię? (Cho­ciaż, mimo wszyst­ko, tro­chę żal du­szę ści­ska, czło­wiek to dziw­na isto­ta: zu­peł­nie jak­bym w roli po­twier­dzo­ne­go, peł­no­war­to­ścio­we­go wa­ria­ta miał być dla niej bar­dziej in­te­re­su­ją­cy - bo­ha­ter więk­szy czy co... Zu­peł­nie jak­bym na­praw­dę miał chęt­kę na to miej­sce w jej ży­ciu, któ­re od­da­ła ojcu - któ­ry, ską­di­nąd, sko­ro już o tym mowa, tak samo nie był peł­no­war­to­ścio­wym wa­ria­tem, więc nie masz żad­nych oso­bi­stych po­wo­dów, naj­droż­sza La­lu­siu, by z taką gor­li­wo­ścią bro­nić in­te­re­sów mię­dzy­na­ro­do­wej fe­de­ra­cji psy­cho­pa­tów, i w ogó­le - każ­dy ma pra­wo do swo­je­go sza­leń­stwa! Ja­koś tak by to było... I co, nie­zły ze mnie wa­riat?...)

Sło­ni­na już się usma­ży­ła, cok-plum, cok-plum, cok-plum: wbi­jam na pa­tel­nę trzy jaj­ka i kuch­nię na­tych­miast wy­peł­nia gwał­tow­ne skwier­cze­nie. W lo­dów­ce znaj­du­ję ogór­ki, lek­ko przy­wię­dły pę­czek rzod­kie­wek i kil­ka pió­rek dym­ki; ogól­nie rzecz bio­rąc, ży­cie nie jest złe. Do tego w drzwiach ma­jo­nez Czu­mak (do­bre, bo ukra­iń­skie!) - i mamy sa­łat­kę Wi­ta­min­ka, świe­tla­ną pa­miąt­kę epo­ki ge­ron­to­lo­gicz­ne­go so­cja­li­zmu... Ale, co ja ga­dam, ma­jo­ne­zu za ko­mu­ny nie było w skle­pach - za­ja­da­li­śmy się wiej­ską śmie­ta­ną. Na stu­diach spe­cjal­nie cho­dzi­li­śmy do ów­cze­snej ka­wiar­ni Te­atral­na na rogu Wło­dzi­mier­skiej, tam gdzie te­raz pię­cio­gwiazd­ko­wy ho­tel, co to go la­ta­mi nie mo­gli skoń­czyć, na ta­kie dzi­wo, jak "jaj­ko w ma­jo­ne­zie" - jaj­ko na twar­do z klek­sem ma­jo­ne­zu, cóż za roz­kosz­na to była za­ką­ska. Gdy­bym kie­dyś miał otwie­rać re­stau­ra­cję, to tyl­ko skraj­nie no­stal­gicz­ną, a la lata osiem­dzie­sią­te, i na­zwał­bym ją od­po­wied­nio - Ja­dło­daj­nia albo Sto­łów­ka pra­cow­ni­cza, albo, w osta­tecz­no­ści, U pierw­sze­go se­kre­ta­rza - i to, pro­szę sza­now­nych pań­stwa, bez jaj, bez wul­gar­nych fał­szerstw w ro­dza­ju sie­ci su­per­mar­ke­tów Sil­po, gdzie po spół­dziel­ni rol­ni­czej ślad nie po­zo­stał (oprócz na­zwy) - tyl­ko uczci­wie, ze sta­ran­nym od­two­rze­niem wszyst­kich ar­che­ogra­ficz­nych szcze­gó­łów: mają być chwiej­ne sto­ły na no­gach z du­ra­lu­mi­nio­wych ru­rek, pod jed­ną z nich obo­wiąz­ko­wo zło­żo­ny w kost­kę pa­pie­rek, żeby barszcz się nie roz­le­wał, mają być łyż­ki i wi­del­ce z wiecz­nie tłu­ste­go, mięk­kie­go alu­mi­nium, a noży brak, i ser­wet­ki na środ­ku sto­łu w po­sta­ci ręcz­nie po­cię­tych pa­pie­ro­wych kwa­dra­ci­ków, we­tknię­tych w pla­sti­ko­wy po­jem­nik po nie­sprze­da­wal­nych ar­ty­ku­łach pa­pier­ni­czych: pa­pier dość gru­by i gład­ki, tak żeby przy byle do­tknię­ciu zo­sta­wa­ły na nim wy­raź­ne tłu­ste od­ci­ski pal­ców, wprost do mi­li­cyj­nej kar­to­te­ki... W menu, oprócz mo­jej ulu­bio­nej sa­łat­ki Wi­ta­min­ka, by­ły­by ko­tle­ty mie­lo­ne z prze­wa­gą czer­stwe­go chle­ba plus sine pu­rée ziem­nia­cza­ne, sma­żo­ny morsz­czuk z sza­rym ma­ka­ro­nem bo­jo­we­go ka­li­bru, piel­mie­nie z octem, barszcz i kom­pot z su­szo­nych owo­ców - z roz­go­to­wa­nym, ciem­no­bu­rym osa­dem, praw­do­po­dob­nie po­cho­dze­nia ro­ślin­ne­go, na dnie szklan­ki. Aha, jesz­cze sa­łat­ka ja­rzy­no­wa, ko­niecz­nie w wer­sji z bu­ra­ka­mi. A szklan­ki - bez­względ­nie musz­tar­dów­ki, wód­ka z pi­wem, na de­ser ta­jem­ni­cze "ciast­ka, asor­ty­ment": spo­ra bry­ła po­sy­pa­ne­go cu­krem kru­che­go cia­sta pod ero­tycz­ną na­zwą Ję­zy­czek - kie­dy przy­je­cha­łem do Ki­jo­wa, to przez pierw­szy uni­wer­sy­tec­ki rok, a był to rok, przy śnia­da­niu le­piej nie wspo­mi­nać, czar­no­byl­ski, wła­śnie tymi Ję­zycz­ka­mi się ży­wi­łem, póki się nie na­uczy­łem go­to­wać. I jesz­cze z sen­ty­men­tu po­da­wał­bym "jaj­ko w ma­jo­ne­zie" - ale wy­łącz­nie w roli spe­cia­li­té du jour. Gdy­by tak wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać jak trze­ba, żeby i de­sign był sto­sow­ny, ścia­ny po­ma­lo­wać na wy­so­kość ludz­kie­go wzro­stu zie­lo­ną far­bą olej­ną, pla­ka­ty tam róż­ni­ste ade­kwat­ne po­uwie­szać, z lamp żeby się naj­wy­żej co dru­ga pa­li­ła, i żeby od chwi­li po­ja­wie­nia się klien­ta do mo­men­tu za­uwa­że­nia go przez kel­ne­ra mi­ja­ło co naj­mniej pół go­dzi­ny, sło­wem, cał­ko­wi­te za­nu­rze­nie w at­mos­fe­rę epo­ki, to je­stem pe­wien, że drzwi by się nie za­my­ka­ły. I nie tyl­ko od tu­ry­stów z Za­cho­du. Zło­ta myśl, komu by tu ją sprze­dać? Może temu od srebr­ne­go mer­ce­de­sa na po­dwór­ku? Na­praw­dę dziw­ne, że wciąż nikt na to nie wpadł - chy­ba wsty­dzą się­chłop­cy swo­jej burz­li­wej kom­so­mol­skiej mło­do­ści, wszyst­ko by te­raz chcie­li wy­myśl­ne do­sta­wać, L'amo­ur-bon­jo­ur i Châte­au de Fleurs, i Che­va­lier de Ko­no­top: jak ci chło­pi, któ­rzy dum­nie po­ob­sta­wia­li się ener­dow­ski­mi me­blo­ścian­ka­mi na wy­so­ki po­łysk, za bez­cen wy­py­cha­jąc z chat sta­re skrzy­nie po­sa­go­we i ławy ma­lo­wa­ne w pe­try­kiw­skie wzo­ry. Wnu­ki się po­tem opa­mię­ta­ją, ale gu­zik, bę­dzie po pto­kach: po ła­wach i po skrzy­niach. Już dzi­siaj kla­sycz­ny fa­jans ki­jow­ski przy­wo­zi­my z Eu­ro­py - i żeby tyl­ko fa­jans... Za to fran­cu­skie­go em­pi­re'u na każ­dej au­kcji ile chcesz, i rzu­ca­ją się na to je­den przez dru­gie­go, ino fur­czy, i ceny na­krę­ca­ją pod su­fit, roz­cza­pie­rza­jąc pal­ce, no spy­tać by ich: chło­pie, weź­że ty spójrz na sie­bie, gdzie ci twoi przod­ko­wie ten em­pi­re mo­gli zo­ba­czyć?... I po cho­le­rę ku­pu­jesz cu­dzą prze­szłość? A taki en­to­ura­ge "od pierw­sze­go se­kre­ta­rza" w mgnie­niu oka bym im do re­stau­ra­cji do­star­czył - kto wie, może i modę bym za­po­cząt­ko­wał. I tak za dwa­dzie­ścia lat przyj­dzie, więc po co cze­kać?

E, ga­da­nie...

Ma­cham ręką na wia­ry­god­ność hi­sto­rycz­ną i w ostat­niej chwi­li, po krót­kim wa­ha­niu, do­rzu­cam do swo­jej qu­asi-Wi­ta­min­ki pra­wie pół pusz­ki oli­wek: wy­cho­dzi coś w ro­dza­ju "Wi­ta­min­ki po grec­ku". Taka so­bie hy­bry­da post­ko­mu­ni­stycz­na - szko­da, że nie ma sera, syp­nę­ło­by się trosz­kę fety albo jesz­cze le­piej świe­żej hu­cul­skiej bryn­dzy... Do­brze, damy radę; pora chle­bek wło­żyć do to­ste­ra. Nie ma to jak za­pach przy­pie­czo­ne­go chle­ba... Okej, po­ziom mo­je­go po­go­dze­nia ze świa­tem osią­ga szczyt wraz z pod­ję­ciem pra­cy przez śli­nian­ki - te­raz moż­na jesz­cze te­le­wi­zor włą­czyć: jest usta­wio­ny na ka­nał La­luś­ki, ale samą La­luś­kę - cham ze mnie i pro­stak - prze­spa­łem jak za­bi­ty, o pół go­dzi­ny, i tra­fiam aku­rat na ostat­nie wia­do­mo­ści, no no. Żeby usły­szeć, że bom­bar­do­wa­nie Bag­da­du wciąż trwa. Dra­nie, pie­prze­ni blitz­krie­gow­cy.

Le­d­wie umo­ści­łem się przed ekra­nem i z ape­ty­tem wy­pcha­łem pasz­czę ja­jecz­ni­cą, sa­łat­ką i cie­płym (aż chru­pie!) chle­bem, a świat ze­wnętrz­ny wtrą­ca się z zu­peł­nie in­nej stro­ny - i w kom­plet­nie nie­chcia­ny spo­sób: dzwo­ni te­le­fon. Aż echo idzie. Było włą­czyć se­kre­tar­kę.

- Do­bro­je utro, Ad­rian Am­bro­zjicz.

To Ju­licz­ka, psz­czół­ka moja nie­stru­dzo­na - już w pra­cy. Ra­du­je się ser­ce. Że­byż jesz­cze, sło­necz­ko moje, ze­chcia­ła mó­wić po ukra­iń­sku, za­miast upar­cie trwać przy ro­syj­skim, bo ten "Ad­rian Am­bro­zjicz" za każ­dym ra­zem za­bie­ra mi z dzie­sięć se­kund, za­nim utoż­sa­mię go z wła­sną (chwi­lo­wo prze­żu­wa­ją­cą) oso­bą... Nie­któ­rzy klien­ci, wie­dząc o mo­jej pryn­cy­pial­nej nie­chę­ci do otcze­stwa ("Kom­pleks Edy­pa" - za­zwy­czaj zby­wam ich żar­tem, i licz­ne gęby się na to z sza­cun­kiem wy­dłu­ża­ją, zna­czy, a-a, nu da, pa­niat­no...), zdol­ni są wy­sztry­ko­wać kom­bi­na­cję nie z tego świa­ta - ga­spa­din Ad­rian: wy­da­je im się, że to od­po­wied­nik ukra­iń­skie­go "pa­nie Ad­ria­nie". Cał­ko­wi­cie aneg­do­tycz­na for­ma, a co­raz po­wszech­niej­sza - też swe­go ro­dza­ju hy­bry­da post­ko­mu­ni­stycz­na, tak jak moja sa­łat­ka, tyl­ko znacz­nie mniej sma­ko­wi­ta. I co to się sta­ło, że czło­wiek śnia­da­nia zjeść nie może?...

- Ad­rian Am­bro­zjicz - Ju­licz­ka jest wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­na, bo na­wet nie prze­pra­sza, sły­sząc moje po­mru­ki­wa­nie z peł­ny­mi usta­mi - tu je­den klient przy­szedł, nie stąd, gdzieś spod Bo­ry­spo­la, przy­niósł szwaj­car­ski scy­zo­ryk, z woj­ny jesz­cze, z pił­ką, w do­brym sta­nie... Mówi, że ma w cha­cie ze­gar z ku­kuł­ką i jesz­cze sza­fę orze­cho­wą, po­dob­no po dziad­ku...

No i pro­szę! Praw­dzi­wych ze­ga­rów z ku­kuł­ką na ryn­ku już od roku ani widu, ani sły­chu, B. zgar­nął wszyst­ko, co było, za cien­ki Bo­lek je­stem dla nie­go... Czyż­by na­resz­cie przy­far­ci­ło? Ju­licz­ka węch ma do­bry, bez dwóch zdań, za to ją wła­śnie ce­nię... Orze­cho­wa sza­fa - no, to może być co­kol­wiek, trze­ba obej­rzeć, ale "wu­jasz­ka" z rąk nie wy­pusz­czać, za nic na świe­cie!

- Za­dier­ży jewo, Ju­leń­ka. - Do­pie­ro wy­mó­wiw­szy tę fra­zę, zda­ję so­bie spra­wę, że ze zde­ner­wo­wa­nia sam prze­sze­dłem na ro­syj­ski, tego bym się po so­bie nie spo­dzie­wał! Pro­szę, co po­tra­fią zro­bić z czło­wie­kiem na­wet jesz­cze nie pie­nią­dze, ale sam ich opatrz­no­ścio­wy za­pach w po­wie­trzu - przy­po­mi­na się ko­le­żan­ka z roku, któ­ra wpa­ko­wa­ła się z mę­żem w han­del ropą, pod skrzy­dła­mi ja­kie­goś mo­skiew­skie­go Pie­ti, a Pie­tia oka­zał się ge­jem i za­czął raz po raz jeź­dzić do nich, do­kład­niej do Łesi ślub­ne­go, a Łeś­ka wte­dy kła­dła się spać w po­ko­ju go­ścin­nym. A więc nie sądź­cie, by­ście nie byli są­dze­ni...

Ale Ju­licz­ka te­raz pew­nie na­wet nie za­uwa­ża, w ja­kim ję­zy­ku roz­ma­wia­my - od­dy­cha­my w jed­nym ryt­mie z obu koń­ców dru­tu ni­czym par­ka za­ko­cha­nych (jak o świ­cie z La­luś­ką - mi­gnę­ło bez­sen­sow­ne po­rów­na­nie...).

- Kawy mu za­pa­rzy­łam...

- Zuch dziew­czy­na. - Bio­rę się w garść; na­praw­dę zuch. - Zaj­mij się nim jesz­cze chwi­lę, za­raz przy­ja­dę. - O mało nie do­rzu­cam: tyl­ko wsko­czę pod prysz­nic, Bóg już z tą ja­jecz­ni­cą, z jej parą cie­płych zło­tych oczu, sty­gną­cych na ta­le­rzu, ale mu­szę się cho­ciaż ogo­lić; ład­ne bym wra­że­nie zro­bił na wiej­skim dziad­ku, gdy­bym wpadł taki za­ro­śnię­ty! A kawy w biu­rze się na­pi­ję, eks­pres ku­pi­łem jak się pa­trzy, nie gor­szy niż u B....

Joł­ki-pał­ki, czyż­by na­praw­dę fart? No pora by już, pora - któ­ry to rok prze­rzu­cam drob­ni­cę, wszel­kie ru­pie­cie, co tyl­ko wpad­nie w ręce - do­brze mówi La­luś­ka, zu­peł­nie jak ta ko­zu­cha-kłam­czu­cha: bie­gła przez mo­ste­czek, chwy­ci­ła je­den li­ste­czek, bie­gła przez gro­bel­kę, chwy­ci­ła wody kro­pel­kę - śmiech pu­sty, nie biz­nes. Jak­by tak bły­snąć na au­kcji w sa­mym Do­ro­theum z pa­ro­ma na­praw­dę cen­ny­mi rze­cza­mi... Tfu, stop, nie­mo­to, wy­star­czy dzie­le­nia skó­ry na niedź­wie­dziu - na ra­zie do dzie­ła, a po­tem się zo­ba­czy!

Wy­łą­czyć te­le­wi­zor - to jak sprzą­ta­nie ze sto­łu, ob­raz­ki precz sprzed oczu: sa­łat­ka do lo­dów­ki, por­cja biał­ko­wo-zło­ci­stych ja­jecz­nych far­foc­li - mimo wszyst­ko do ust, choć­by w bie­gu, ta­lerz do zle­wu, i do­pie­ro w ła­zien­ce przed lu­strem, przy wtó­rze chlu­po­tu wody i ener­gicz­ne­go, trzmie­lo­we­go brzę­cze­nia go­lar­ki, nie­ocze­ki­wa­nie do­cie­ra do mnie, tra­fia do świa­do­mo­ści ten ob­ra­zek, któ­ry ma­ja­czył przed chwi­lą na ekra­nie, póki roz­ma­wia­łem z Ju­licz­ką - ten sam nie­ostry, bury bag­dadz­ki kadr, któ­ry już od kil­ku dni po­ka­zu­ją na wszyst­kich ka­na­łach: da­le­ko w dole, roz­my­ty czy to przez chmu­rę pia­sku, czy to przez nie­opa­dły ce­gla­ny pył most, na któ­ry wy­peł­za z pal­mo­wych za­ro­śli, z lewa na pra­wo, sznur ame­ry­kań­skich abram­sów, z ta­kiej od­le­gło­ści przy­po­mi­na­ją­cych dziw­ne, pre­hi­sto­rycz­ne żół­wie - ostat­ni kadr uchwy­co­ny z bal­ko­nu ho­te­lu Pa­le­sty­na przez na­sze­go ope­ra­to­ra, Ta­ra­sa Pro­ciu­ka, La­luś­ka go zna­ła - w chwi­lę przed tym, jak pro­wa­dzą­cy żółw, któ­ry za­czy­na ob­ra­cać wie­życz­kę w stro­nę ka­me­ry, da sal­wę - i na­stęp­nym ka­drem na wszyst­kich ekra­nach świa­ta bę­dzie już cia­ło sa­me­go Ta­ra­sa, le­żą­ce­go twa­rzą w dół na be­to­nie, ze zgię­ty­mi no­ga­mi i od­rzu­co­ną w bok ręką - bez ka­me­ry. Dźwięk, nie mogę so­bie przy­po­mnieć, czy było sły­chać ja­kiś dźwięk?... Głu­chy, dła­wią­cy i groź­ny tur­kot czoł­gów wjeż­dża­ją­cych na most - czy na­praw­dę się roz­le­gał, czy to moja wy­obraź­nia go do­da­ła - przez ana­lo­gię do su­che­go stu­ko­tu se­rii z ka­ra­bi­nu z tam­te­go mo­je­go snu?...

Na­gle ogar­nia mnie chłód. Sto­ję w ła­zien­ce na dy­wa­ni­ku, goły, bosy, w sa­mych gat­kach - i drżę. Ja­kieś krót­kie spię­cie, nic in­ne­go. Ja­kaś myśl mi bły­snę­ła i te­raz ją go­nię, póki nie opad­ną mnie inne, z nią po­skle­ja­ne; pcha­ją się jak tłum pi­ja­nych go­ści do po­ko­ju, roz­trą­cam je na wszyst­kie stro­ny, szu­ka­jąc tej, któ­ra prze­le­cia­ła nie­do­my­śla­na, frag­men­ty roz­mów z La­luś­ką, As­so­cia­ted Press obie­ca­ła po­moc dla ro­dzi­ny za­bi­te­go, Ukra­ina zno­wu tkwi w czar­nej du­pie, bo jak może żą­dać od ko­go­kol­wiek śledz­twa pań­stwo, któ­re samo u sie­bie za­bi­ja wła­snych dzien­ni­ka­rzy i jesz­cze im gło­wy od­ci­na, La­luś­ka raz kie­dyś piła z tym Ta­ra­sem, niech mu zie­mia lek­ką bę­dzie, w ja­kimś ich dzien­ni­kar­skim to­wa­rzy­stwie, czoł­gi­sta mógł do­strzec od­błysk od obiek­ty­wu i wziąć go za ce­low­nik, woj­na to woj­na, ja­sny gwint, albo za snaj­pe­ra, jak nie­któ­rzy ga­da­ją, cho­ciaż cze­mu miał­by się czołg bać snaj­pe­ra, w ogó­le tym ra­zem w Ira­ku Ame­ry­kań­cy jak­by się po­wście­ka­li, tak wa­lić po swo­ich, ba­bu­sia Lina po­wie­dzia­ła­by: jak­by ich zły giez uciął, po kie­go grzy­ba było pchać się de­mo­nom pu­sty­ni spo­kój mą­cić, w Afga­ni­sta­nie też, chłop­cy opo­wia­da­li, zda­rza­ły się ta­kie rze­czy, gdzie do cho­le­ry mój płyn po go­le­niu, za­wsze go tu sta­wiam, gdzie ona go wsa­dzi­ła, miej­my na­dzie­ję, że po­sel­ski mer­ce­des nie za­sta­wił mi wy­jaz­du, może le­piej od razu we­zwać tak­sów­kę, przed ocza­mi tań­czą nu­me­ry Taxi-lux i Taxi-blu­es, spóź­nio­ny je­stem, kur­ka, wu­ja­szek z ku­kuł­ką sie­dzi u mnie w biu­rze i z każ­dą chwi­lą mo­je­go po­śli­zgu ro­śnie w cenę, zbli­że­nie na cały ekran na twarz za­pła­ka­nej dzien­ni­kar­ki, po­łu­dnio­wa uro­da, bia­ła ko­szul­ka, w Bag­da­dzie upał, trum­na z Ta­ra­sem Pro­ciu­kiem zo­sta­nie prze­wie­zio­na do oj­czy­zny i ktoś z tych, któ­rzy z nim dzień wcze­śniej tam pili w ho­te­lo­wym ba­rze, da­lej to krę­ci, i na­wet je­śli przy tym pła­cze, to jego łez w ka­drze nie bę­dzie wi­dać, bo głów­ne jego oko, ka­me­ra, jest wy­su­nię­te na ze­wnątrz, bez­oso­bo­we i czy­ste... Stop. Stop, stop. Jest, tego szu­ka­łem. Te­raz po­wo­lut­ku, krok za kro­kiem, nie zgu­bić...

Wi­dok czoł­gów na mo­ście, na­krę­co­ny przez Ta­ra­sa Pro­ciu­ka i po­ka­zy­wa­ny te­raz w kół­ko na wszyst­kich ka­na­łach, to ostat­nie, co w ży­ciu zo­ba­czył, tak? Ostat­nie wspo­mnie­nie sfo­to­gra­fo­wa­ne przez jego mózg. Tyle że on był ope­ra­to­rem z ka­me­rą w ręku i uda­ło mu się (fa­tal­ne okre­śle­nie!) po wła­snej śmier­ci po­ka­zać ca­łe­mu świa­tu ostat­ni ob­raz, jaki w swo­im ży­ciu zo­ba­czył.

Py­ta­nie: co by się sta­ło z tym ostat­nim ka­drem jego świa­do­mo­ści, gdy­by nie zdą­żył prze­nieść go z siat­ków­ki wła­sne­go oka na siat­ków­kę tego ze­wnętrz­ne­go, me­cha­nicz­ne­go?...

Ka­me­rę moż­na wy­łą­czyć, a po­tem obej­rzeć ma­te­riał. Ka­me­ra to pro­ste urzą­dze­nie. A gdzie zni­ka to, co za­pi­su­je ludz­kie oko, kie­dy czło­wiek znie­nac­ka zo­sta­je wy­łą­czo­ny na za­wsze?

Dla­cze­go przy­wy­kli­śmy są­dzić, że tak zwy­czaj­nie prze­pa­da, ga­śnie wraz ze świa­do­mo­ścią zmar­łe­go - dla­te­go, że nikt nam tego nie po­ka­zu­je? Za ży­cia też nam tego nikt nie po­ka­zu­je - to zna­czy, póki świa­do­mość dzia­ła. Na­wet naj­bliż­si nie mogą tam zaj­rzeć, tak jak ja - w La­luś­ki zbiór wspo­mnień. To nie zna­czy, że to nie ist­nie­je.

Ple­cy tego przede mną w mun­du­rze z par­cia­nym pa­sem, su­chy stu­kot zza drzew - i czerń. Da­lej czerń. Ale ten ob­raz, na któ­rym wszyst­ko się koń­czy, z ple­ca­mi po­przed­ni­ka, z tra­wą i krza­ka­mi, głóg, wrzos, ja­ło­wiec, od­bły­ski słoń­ca na pniach, za­pach wil­got­nej zie­mi i mo­krych li­ści - gdzie może się po­dziać ten ob­raz? Do ja­kie­go po­śmiert­ne­go ar­chi­wum tra­fia?

Czar­ny opel ka­det z ofi­ce­ra­mi nie­wia­do­me­go woj­ska, za­nu­rzo­na we wrząt­ku szpa­tuł­ka wśród ma­lut­kich bą­bel­ków, fos­fo­ry­zu­ją­co wy­bie­lo­ne bla­skiem księ­ży­ca szcze­ble, ko­bie­cy głos, któ­ry me­to­dycz­nie pod­li­cza na­sze or­ga­zmy... Ja nie zwa­rio­wa­łem, po­wta­rzam so­bie, nie zwa­rio­wa­łem. Spo­koj­nie. Nie zwa­rio­wa­łem. Tyl­ko od cza­su do cza­su wi­dzę ka­dry z czy­je­goś prze­strze­lo­ne­go fil­mu.

Z fil­mu za­bi­te­go, któ­ry nie miał przy so­bie ka­me­ry.

I w no­sie ma, że ta­ki­mi sta­ro­cia­mi ja nie han­dlu­ję.

Wiem, że to praw­da, bo prze­cho­dzą mnie dresz­cze. Puz­zle się do­mknę­ły, żad­ne ogo­ny nie wi­szą. Wszyst­ko oka­za­ło się na­praw­dę bar­dzo pro­ste, na­wet ele­ganc­kie, jak i być po­win­no przy każ­dym po­praw­nym roz­wią­za­niu. Bra­ko­wa­ło tyl­ko tego jed­ne­go, pro­ste­go i, kur­czę, ja­kie­goż oczy­wi­ste­go przy­pusz­cze­nia: że na­krę­co­ny w mó­zgu film nie prze­pa­da. Bo dla­cze­go niby miał­by prze­pa­dać? Tyl­ko dla­te­go, że ktoś nie miał przy so­bie ka­me­ry? Bzdu­ra - ka­me­ra to tyl­ko ele­ment, któ­ry świad­czy o obec­no­ści ta­śmy.

Tak samo jak te sny.