Muzeum porzuconych sekretów - Oksana Zabużko

Reflow text when sidebars are open.
Mężczyzna z teczką pod pachą co tchu biegnie trotuarem, pod ścianami domów o zamkniętych na głucho bramach i okiennicach sklepów; pustą o świcie ulicą zdradziecko ciągnie się za nim - wydaje się, że przez całe śródmieście - echo jego własnego tupotu, mimo że meszty wziął niepodkute; bruk pod nogami jest śliski, zmrożony przez nieroztajały poranny szron. "Uważaj!" - odzywa mu się pod czaszką Głos, ten sam, który zawsze ostrzega go przed niebezpieczeństwem, czasem wprost rozkazując, co ma robić - zejść z drogi i ukryć się pod mostem na sekundę przed tym, jak pokaże się na nim opel szkopów, a czasem tylko zabraniając: "Nie idź tam!" - dwie ulice przed umówionym mieszkaniem, gdzie zamiast łącznika, jak się później okazało, od samej nocy czekało gestapo, aż niektórym ze Służby Bezpieczeństwa zakiełkowały podejrzenia, czy to nie on aby to mieszkanie wsypał, skoro udało mu się wyjść z tego bez szwanku, ale, naj szlag trafi ichnie podejrzenia, przecież wszyscy wiedzą, że on ma fart i nie z takich tarapatów i wsyp wychodził cały i zdrów, jak w czepku urodzony, i naprawdę jest w czepku urodzony - póki Głos mówi do niego i trzeba tylko w trymiga zareagować na jego sygnał mięśniami, całym ciałem, jak dziki zwierz, nie tracąc ani chwili na zastanowienie - i niemal równocześnie z ostrzeżeniem "Uważaj!" mężczyzna, który nie na darmo przybrał pseudonim "Zwierz", otwiera ściskaną pod pachą teczkę, wsuwa do niej jeszcze gorącego waltera - z lufy wciąż idzie dymek po wystrzale, roznosząc tak znajomy zapach prochu i rozgrzanego metalu, i ręka drży jeszcze echem odrzutu, który przed chwilą wypchnął ją w górę - bierze teczkę w drugą rękę i przechodzi do spokojnego marszu, szparki, zdecydowany krok, już nie ucieczka, tylko podążanie: urzędnik spieszy do pracy - akurat na sekundę przed tym, jak w mlecznosiwej mgle zza rogu Blacharskiej wychyną czarne, barwy mokrego drewna, postaci wojskowego patrolu - no i proszę bardzo, znów mu się udało... A przejść obok nich, nie wzbudzając podejrzeń - to już pestka, fraszka-igraszka, bo to raz się takie rzeczy robiło, najważniejsze to rozluźnić się, nie spinać w niespokojny supeł, lepiej w ogóle utracić cielesność, jakby wszystko to tylko mu się śniło i lada chwila mogło skończyć przebudzeniem, gdy tylko mu się zamarzy - listopadowa poranna wilgoć, gryząca przez ubranie i skórę, ciężar teczki, dopasowany do ręki dokładnie tak, by w razie potrzeby pozbyć się go jednym ruchem, w perspektywie uliczki przesunięta przez mgłę, jakby zawisła w nieważkości, ciemna kopuła Dominikanów, pokryty koronką szronu wilgotny bruk - Katzenkopfstein (w takich chwilach sen zawsze jest gotów w jego głowie przejść na niemiecki) - i jednostajny, głośny, marszowy stukot (buty podbite solidnie, dla Übermenschów, nie do ucieczki, tylko na postrach!), który zbliża się, zrównuje - i mija, dzięki Ci, Boże na niebiesiech, mija bez sekundy wahania, i w chwili tego mijania, w chwili, gdy patrol obojętnie przechodzi obok człowieka, który ma fart, jakby rzeczywiście rozmywał się im w oczach na mlecznosiwe pasma mgły, w jego świadomości także zachodzi bardzo ważna zmiana: kula, ledwie posłana przezeń na Serbskiej (po ichniemu Kroatenstrasse) w pierś wychodzącego akurat z bramy komendanta polskiej Gebietspolizei i bieg po Serbskiej i Ruskiej (młodym strzelcom zawsze na szkoleniu powtarzał, że szkopy to niedźwiedzie i uciekać trzeba przed nimi tym samym sposobem, co przed niedźwiedziem na połoninie, na ukos, po zboczu zygzakiem; Węgrzy, ci byli wilkami i rozumieli tylko język strachu, no a Polacy - Polacy to zwykłe wściekłe psy, to wiedział na pewno, od zawsze, od tamtego dnia z dzieciństwa, kiedy przybyli ułani, wywlekli jego tatę z przedsionka cerkwi, zarzucili mu riasę na głowę, jeden dosiadł taty jak konia, a dwaj inni poganiali nahajkami i krzyczeli: "Niech żyje marszałek Piłsudski!" - Polacy to wściekłe psy, które trzeba zabijać od pierwszej kuli...) - wszystko, co nastąpiło minutę temu, i on sam, "Zwierz", podczas tej minuty, natychmiast, jednym ruchem, spada w przeszłość, jak ziemia z łopaty, gdy zasypują dół, stając się zaledwie kolejnym wykonanym zadaniem, jeszcze jednym zamachem na jego, "Zwierza", koncie - a on sam hula dziarsko dalej z teczuszką w ręku, mając przed sobą kolejny jasny i pewny cel, przystanek tramwajowy, "martwy punkt", gdzie za minutę mają go spotkać łączniczki, żeby zabrać narzędzie zabójstwa - mimochodem rzuca okiem na zegarek na ręku: lepiej, żeby nie musiały czekać! i przyspiesza kroku przez skwer, mija mokre, jakby zastygłe we łzach, pomarszczone pnie drzew - potem na Podwale, wszystkimi najeżonymi włoskami na skórze odczuwając każde drgnienie sekundnika.
TYK... TYK... TYK... TYK...
Zawsze dobrze mu to szło - takie parcelowanie swojego czasu i siebie samego w tymże czasie. Zrzucanie z siebie przeżyć sprzed chwili, jak strupa z rany, wyciąganie zakończeń nerwowych jednym ruchem z tego, co już się wydarzyło, i przerzucanie ich bez reszty w chwilę obecną. Mógłby powiedzieć, że właściwie jest człowiekiem bez przeszłości - w takim sensie, w jakim mają ją inni, ci, którzy zaczynali jęczeć i mówić przez sen. Gdyby to od niego zależało, bez gadania odsyłałby takich do domu na zapiecek: kto wzywa we śnie żywych i umarłych, ten baba, nie żołnierz. Kula znajdzie takiego w pierwszym starciu albo i bez niego - jakby na to właśnie kule wychodziły z odlewni, żeby odnajdować i uderzać w czyjąś żywą przeszłość. A on był Zwierzem i umiał żyć wyłącznie chwilą bieżącą. I dlatego miał fart.
Teraz niestraszne mu już echo własnych kroków na ścieżce skweru.
TYK... TYK... TYK... TYK...
Ależ piękna mgła! (I do tego też miał fart!)
I we mgle, i nocną porą, i choćby bez jednego promyka (zwłaszcza odkąd zaczęły się sowieckie naloty i nocami co najwyżej na dworcu żarzą się martwosinym światłem ślepe latarnie) zna swoje miasto na wylot, po omacku, niczym ciało ukochanej: gdziekolwiek na oślep wysunie rękę, tam wyłania się, dopasowując do każdego wgłębienia i wypukłości, znajomy zaułek, ciepły pachnący rowek, wilgotny zakamarek sutereny; Żydowska - Blacharska - Podwale - jakby muskał skórą, wargami, śluzówkami, pokonuje drogę przez czule dyszące fałdki: to jego Miasto, nigdy go nie zdradzi, przeprowadzi przez siebie z miłością i uwagą, jak wierna żona, jeśli będzie trzeba - rozsunie się, wchłonie, ukryje w sobie (we wnętrznościach, w rozchlapanym błotnistym mroku podziemnych korytarzy...). Nie pamięta, kiedy po raz ostatni był z żywą kobietą - choćby we śnie, dającym przebudzenie z lepkim nasieniem na udach - ale ze swoim miastem, gdzie każdy kamień (każdy, taka ich niemiecka mać, koci łeb!) nawet nie tyle zbadał podeszwami, ile wyuczył się ich na zawsze wszystkimi mięśniami i ścięgnami jeszcze w poprzednim, dawno minionym życiu - dzieciaka, gimnazjalisty, szałaputy i "frajera w pumpach" - trwa w gotowości w dzień i w nocy, jak to bywa tylko w wyjątkowo szczęśliwym małżeństwie; miasto chroni go tak, jak nie umiałaby żadna kobieta. Niekiedy fizycznie wręcz czuje tu niemiecką obecność, z czarno cętkowanymi, ponalepianymi na murach orłami i hakenkreuzami (Kroatenstrasse, ha!), co są trochę jak krosty na ciele ukochanej - to wrażenie po raz pierwszy pojawiło się w trzydziestym dziewiątym, z przyjściem sowietów, na widok ich obszarpanych, zagłodzonych żołnierzy w sztywnych buciorach, od ich barbarzyńskich okrzyków - dawaj, prachadi! - czerwonych, takich samych jak później u szkopów, poutykanych gdzie się da szmacianych namiotów z hasłami i portretami stosownych wodzów, całej tej tatarskiej ordy z drewnianymi walizkami, która w parę tygodni wymiotła do czysta wszystkie sklepy niczym armia gigantycznych rudych mrówek, a w zamian wyhodowała w samym sercu śródmieścia, przed Operą, potworny, gigantyczny czyrak "barachołki", na której ich kobiety na oczach rozbawionej publiczności zażarcie walczyły o jedwabne pończochy, szarpiąc jedna drugą za warkocze - najdobitniejszą oznaką ich obcości był fakt, że w mieście zagnieździł się strach, którego wcześniej tu nie znano. Kiedy sowieci uciekli, zachował to instynktowne, niczym szósty zmysł, wyczucie obcego, i dlatego, w przeciwieństwie do wielu, od początku, jeszcze zanim zaczęły się aresztowania, nie miał wątpliwości, że Niemcy też nie zostaną w mieście na długo: byli tu tak samo obcy, nieważne, że znacznie bardziej niż tamci przypominali ludzi - ich oficerowie nosili rękawiczki, używali chustek do nosa, a kiedy już dawali słowo honoru, to go dotrzymywali, nawet podczas rabowania mieszkań, z których sprawnie i metodycznie wywozili wszystko, co przeoczyli sowieci; byli obcy już choćby dlatego, że tak samo oplatali miasto ciemną pajęczyną strachu i byli tak samo uparcie ślepi: niezdolni dostrzec, jak drastycznie nie przynależą do tej przestrzeni - jak strup, jak wrzód, który wcześniej czy później zostanie wypalony przez gorączkę. Na tle jego jedności z miastem, jak z kobietą, której tak naprawdę nigdy jeszcze prawdziwie swojej nie miał, ta czysto organiczna odporność na to, co obce, dawała mu podczas zadania poczucie własności - nie samego prawa, lecz mistycznej niemal odporności. Niezwyciężenia. (Jak mogłoby mu się nie udać, skoro każdy kamień był po jego stronie, a oni nie mieli niczego?...) Kiedy było po wszystkim, modlił się i prosił Boga o przebaczenie za pychę - o ile to była pycha; pewności nie miał, a nawyku prowadzenia długich rozmyślań się wyzbył, odkąd zaczął żyć chwilą bieżącą, więc we wszystkich kwestiach o charakterze moralnym raz na zawsze zdał się na Boga: On wie lepiej. A oto już przystanek tramwajowy, teraz naprawdę zostało tyle co nic, ostatnie minuty: oddać dziewczętom teczkę, wsiąść z nimi do tramwaju, zwinnie wyskoczyć przy skręcie z Łyczakowskiej (Oststrasse, chłopie, Oststrasse!) - i tyle. Załatwione.
TYK... TYK... TYK... TYK...
I nagle nie wiedzieć skąd napłynęła fala żaru, w skroniach załomotało - mimo że wytrenowane ciało niezmiennie podążało naprzód w rozbuchanym rytmie niesłyszalnego marsza. W ustach mu zaschło, nie zatrzymując się, złapał powietrze ustami jak ryba, chwytając się wargami powietrza - bo nic mu innego nie pozostało.
To nie był sygnał bezpośredniego zagrożenia - czekało przed nim coś innego, nieodwracalnie nadciągało ku przystankowi tramwajowemu od przeciwnej strony, redukując dystans między nimi, coś, czego nie powinno tam być; czego być nie musiało. Coś, czego pojawienie się podczas dzisiejszego zamachu na komendanta polskiej policji było całkowicie nie do pomyślenia - jak niezgodność grupy krwi.
Już rozpoznał, ale wciąż nie dowierzał: krew buntowała się, bunt wszczynały wszystkie nabyte i sprawdzone przez lata konspiracyjne instynkty, które czyniły go niepodatnym. Wspomnienie, które przeszyło na wylot minione lata, jednym rozbłyskiem unieważniło wszystko, co w nich było, jakby rzucając go na wznak w odżyłym raptem czasie: orkiestra gra stare polskie tango - "ja - mam czas, ja pocze-kam, może znajdziesz milszego, pójdź, przekonaj się" - i zapach dziewczęcych blond włosów w elektrycznym świetle, oszałamiający blond zapach, drapieżna muzyka niewysłowionej czułości, od której wszystko w środku przemienia się w kwiat, rozwija drżące, budzące dreszcz płatki (i równoczesna obawa, czy nie zawieje na nią czasem wonią jego potu i czy nie wzbudzi to jej obrzydzenia, tej subtelnej i delikatnej panienki, której on sam powinien kwiatami ścielić się do nóg...) - był to cios w piersi tak silny, jak chwilę wcześniej uderzenie kuli posłanej jego ręką w pierś skazanego przez Organizację kata-policaja: jakby jego, "Zwierza", dogonił i wyprzedził na ulicy własny strzał, a on sam osłabł i zmiękł, i za chwilę padnie, jak tamten - i w ten sposób obejrzy do końca wszystko, czego na Serbskiej obejrzeć nie zdążył... Największą chyba niespodzianką była właśnie ta niesamowicie jaskrawa, wyrazista i namacalna realność wspomnienia, tak żywego, podstępnie wyłowionego z niepojętych zakamarków przeszłości, którą beztrosko uznał za amputowaną - podobnie w dzieciństwie, w domu na plebanii, uderzały swoją błyszczącą krągłą gładkością wyjęte z loszku jabłka, przechowywane w słomie - jakim cudem zachowywały tę gładkość, to głębokie, gorzkawe tchnienie jesiennego sadu?... Nie upadł, dalej władczo niosło go naprzód, odbierając spokój nieodwracalnym skracaniem dystansu, a jego przeszłość zdzierała w nim warstwę po warstwie z szaloną prędkością, jakby w ostatniej chwili przed śmiercią - a może już po śmierci? - widział siebie z boku: spośród wszystkich przechodniów w śródmieściu o tej wczesnej godzinie był najsłabiej chroniony - odsłonięty, ruchomy cel. Powolna, mokra, otwarta rana.
TYK... TYK... TYK... TYK...
(Nazywam się Adrian Ortyński.)
Był szczęśliwy.
Wyraźnie widział mokre okrąglaki bruku i smużkę szronu na skraju trotuaru, i błyszczące szyny tramwajowe. Widział naprzeciw siebie, z każdym krokiem coraz bliżej, dwie dziewczęce twarzyczki: jedna, Nusi, jakby nieostra, a druga - tak, wiedział, uprzedzono go, że dziewczęta przyjdą w parze, że Nusia przyprowadzi koleżankę, Boże, kto by pomyślał!... - druga migoce mu w oczach, jak oślepiająca plama po spojrzeniu w słońce - rysów nie odróżnia, ale nie musi ich widzieć, żeby wiedzieć - całym sobą, całym swoim życiem równocześnie: to Ona.
Ona.
TYK... TYK... TYK... TYK...
Ja - mam - czas, ja poczekam... (Orkiestra gra, pary tańczą.) Proszę, jakże długo czekał - czekał przez wszystkie te lata, sam o tym nie wiedząc - no i się doczekał.
Bliżej. Jeszcze bliżej. (Jeszcze chwila - i ręka w ręce...) Wcale go nie dziwi, że znienacka sypnął śnieg - ktoś tam na górze dostrzegł właściwy moment, dał znak - i zatańczyły w powietrzu białe płatki, osiadając na Jej włosach, na złotawych lokach wymykających się spod beretu, na oprószonych do puszystości (posiwiałych!) rzęsach. (Jej rzęsy. Jej usta.)
Gdzieś w tle pojawia się, jakby przesadzona z cudzej głowy, ostrzegawcza myśl, że śnieg to problem - kiedy będę biec przez park, zostaną ślady - ale teraz nic w tym rodzaju nie może dotrzeć głębiej do jego świadomości. Poznała czy nie? Zaśnieżona. Uśmiechnięta. Spokojna. Królowa Śniegu - tak nazwał ją tamtego wieczora, gdy odprowadzał ją do domu, do kolonii profesorskiej na Krupiarskiej; jej wysokie sznurowane botki zostawiały na śniegu takie maleńkie, niemalże dziecięce ślady, pokazywał jej to, a ona uśmiechała się pobłażliwie, odrobinę zalotnie - ależ co pan, panie Adrianie, noga jak noga - ależ proszę porównać, panno Helu - celował starannie i odbijał swoją niedźwiedzią łapę obok jej delikanego śladu, który ciemniał na śniegu niczym płatek kwiatu (z tycim znaczkiem obcasika u nasady), niby bronił go w ten sposób przed jakimś cudzym spojrzeniem, osłaniał swoją wyraźnie wydeptaną obecnością - proszę spojrzeć, proszę! - raz, drugi i tak przez całą drogę: niewysłowiona błogość widzenia odcisków ich stóp obok siebie, znowu i znowu, to było jak jakiś szczególny, intymny rodzaj dotyku, i kiedy wreszcie niemal przestraszona odskoczyła, zabrała od niego rękę przed samym gankiem i skryła się w swojej fortecy z wieżyczkami, swojej wielkopańskiej profesorskiej willi, obsadzonej przez niewidocznych w nocy, jakby zalegli gdzieś tam w głębi na czatach, krewnych i pokojówki (drzwi wejściowe skrzypnęły tak, jakby aksamitny baryton zdziwił się przeciągle: "O-o-o!"), on tkwił przed bramą w tym samym miejscu, w którym go porzuciła, zupełnie nie rozumiejąc, dokąd teraz miałby iść - i po co?... Przed nim ciemniał, uciekając po białych, osamotnionych schodach, drobny sznureczek wyszytych przez jej botki płatków i urywał się przed drzwiami tak samo, jak jego myśl, potem na piętrze zapaliło się światło, na firance zamajaczył jej cień i natychmiast wypełniła go nowa fala radości - i długo stał, nie odwracając spojrzenia od tego złocistego niczym obraz w cerkwi wysokiego okna, w którym jak na ekranie kinowym poruszał się jej cień - odchodził, to znów wracał, raz zamarł, aż zdało mu się, że ona patrzy na niego, przywarłszy do szyby, i jak w malignie, jednym tchem wyszeptywał w jej stronę najczulsze słowa i śmiał się sam do siebie, w ogóle nie czując zimna; potem okno zgasło, ale nie od razu zrozumiał, co to znaczy - Helcia położyła się spać - mamrotał pod nosem, kręcąc głową i śmiejąc się cichutko, jakby kołysał ją śpiącą na rękach, jakby otrzymał w ten sposób nowy dowód jej niezwykłej bliskości, znak, że należą do siebie: ona śpi na górze, w swoim pokoiku, a na białych schodach ciemnieje w mroku nocy sznureczek jej śladów, on to widzi - i tak, pijany szczęściem, tkwił przy bramie, strzegąc jej śladów, do samego świtu - i kompletnie nie pamiętał, kiedy i jak dostał się do domu.
A co najdziwniejsze, nawet się wtedy nie przeziębił.
To, że szła teraz tym samym płynnym, wyuczonym u najsłynniejszych lwowskich metrów krokiem (tylko nogi, moje panie! ruszają się tylko nogi!) przez przystanek tramwajowy, obok Nusi, jego stałej łączniczki, i niosła mu na spotkanie ten swój spokojny, niedostępny uśmiech niczym osobne źródło światła wśród listopadowego miejskiego pejzażu, było niemal równe niebiosom spadającym znienacka na głowę - spadły, a on się nawet nie zdziwił. Śnieg padał i roznosił wokół zapach jej włosów - oszałamiająco delikatny, wilgotny, jasny zapach; jeden płatek opadł mu na wargi i od tego leciusieńkiego, wyczuwalnego samymi koniuszkami nerwów pocałunku jego wargi w końcu rozciągnęły się w dawno zapomnianym, nocnym uśmiechu z tamtego czasu - głupio błogim, bezwiednym, jak mięśnie skracające się pod uderzeniem lekarskiego młotka - i zamiast dać im obu znak, że wszystko w porządku, że zadanie wykonane i wszystko idzie zgodnie z ustaleniami, Adrian Ortyński wzdycha, tak samo bezwiednie - jak ostatni idiota, jak zupełny żółtodziób, do licha, zielony jak szczypiorek:
- Helcia...
I jakby budzi się na dźwięk własnego głosu.
TYK... TYK... TYK... TYK...
- Państwo się znają?
To Nusia, z boku, niemal spod pachy, taki krasnoludek, zawsze w zdenerwowaniu wtyka tę drażniącą ucho polską składnię - chwaliła się, że swego czasu ukończyła polskie gimnazjum Strzałkowskiej, dziw nad dziwy, jak to być może, że nie zdołali wykuć tam z niej pierwszorzędnej polskiej szowinistki, hm?... Ach, Nusiu, Nusieńko, złota z ciebie dziewczyna - znienacka z głową zalewa go żywiołowa, porywająca radość, upajająca, jak ta, która wybucha podczas akcji i pcha człowieka do przodu, wyrywa się z piersi śpiewem, rechotem i wulgarnymi okrzykami (raz musiał ostrzeliwać się podczas ucieczki przez podwórka, balkony i strychy, a w głowie huczało wezwaniem, dosłownie jak w karczmie - do tańca: Jam po Lwo-wie dzień wędrował, miastu Lwo-wu się dziwował - brzdęk, brzdęk, jedna kula brzęknęła po blasze, i jakby bęben zarechotał, jakby skrzypki się rozkrzyczały w całkiem już szalonym tempie, presto, presto: sie-dzi-ba-ba na bal-ko-nie, roz-sta-wi-ła-no-gi-go-łe, wstyd sie-dzieć, wstyd pa-trzeć, jak cho-le-ra! - ha, ha, a co, psia mać, spudłowałeś?!) - aż go rozpiera, dosłownie unosi nad ziemią, mógłby z łatwością, jak olbrzym z bajki, chwycić na ręce obie dziewczyny, a nogami roztrącić na wszystkie strony tę pułapkę czasu, który znów się skurczył, zamknął wokół nich, teraz już trojga, w jedyną dostępną im rzeczywistość, której nie da się ani obejść, ani przeskoczyć: trup na Serbskiej, pistolet w teczce, teczka w ich rękach i już za chwileczkę, za momencik, policaje zaczną przeczesywać miasto, jeśli już nie zaczęli - cyka, cyka krew w żyłach, odliczając sekundy, i w tym worku zostali zawiązani razem: jakiś niewidzialny i niepojęty, gigantyczny magnes przyciągnął Ją do niego i przycisnął do jego piersi, i ich taniec nie skończył się, póki gra orkiestra...
Ej, dawaj, dawaj, kurczę, cholera, graj!... Graj, psia mać, żeby ci w piersiach tak grało!...
I zanim któreś z "państwa, którzy się znają" zdąży przemówić choć słowem, wchodzą miedziane kotły z donośnym, ogłuszającym brzękiem, z rozkołysanym dzwonieniem, coraz bardziej przenikliwym, jak walący się na głowy lodowy pałac Królowej Śniegu - nadjeżdża tramwaj, nasza oczekiwana "jedynka" - wszystko jest jak być powinno, tak, jak Pan Bóg przykazał i jak zaplanowano w sztabie Prowodu, i oko już na chłodno, jak przez wizjer karabinu, przelicza drzwi wyjściowe: pierwszy wagon przepuszczamy, bo nur für Deutsche, o tej porze w ogóle prawie pusty, ludzie tłoczą się przy tylnej platformie, głównie kobiety, które nie potrafią wskoczyć do środka w biegu, i my będziemy wsiadać, moja dziewczynko, proszę jaśnie panienek, uważaj pan! - aj-aj-aj, nastąpiłem komuś na nogę, przepraszam uniżenie, jakaś stróżka w chuście, za nią paniusia w lisach, lękliwie przyciskająca do boku torebkę, zagradza przejście innym, fajno, raptowny zryw, krótkie zamieszanie przy drzwiach - tej sztuczki nauczyłem się jeszcze za Polski, jak siedziałem na Łąckiego w jednej celi z doliniarzami, ale skąd ty to umiesz, moja maleńka, skąd ty wiesz, co masz robić, bo to jednak twoja, nie Nusina, szczuplutka rączka w rękawiczce stanowczo zabiera ode mnie w tym krótkotrwałym zamęcie teczkę z drogocennym walterem, stanowiącym obecnie corpus delicti - w chwili, w której podsadzam cię na stopień, i ty już tam, na górze, chwytasz drugą rączką za porcelanowy uchwyt i szczodrze obdarowujesz konduktora pogodnym, świetlistym uśmiechem, z kobiecą bezradnością - takim czułym gestem! - przyciskając do piersi teczkę, skupiając na sobie cały dalszy ciężar śmiertelnego ryzyka - fakt faktem, nie ma dwóch zdań, o wiele mniejszego niż dotychczas, bo kobiet policja jednak nie zatrzymuje na ulicach do przeszukania, do tego budzącego obrzydzenie klepania dłońmi po ciele, po którym zawsze pozostaje uczucie zbezczeszczenia, zęby zaciskają się do bólu głowy, ale nie kobiety, nie, kobiety zostawiają w spokoju, więc z Bożą pomocą obie z Nusią bez przeszkód dostarczycie broń do skrytki, tylko nikt mi już o tym nie da znać - jak nikt znać nie dał, że tu jesteś, tu, a nie w bezpiecznym Zurychu, dokąd wyjechałaś na studia jeszcze przed wojną, i nigdy się nie pożegnaliśmy, bo gdy wyjeżdżałaś, tłukłem wszy na Łąckiego, a potem Polska upadła i przyszli sowieci, i musiałem uciekać do Krakowa, bo Polacy zostawili NKWD listy wszystkich swoich więźniów politycznych, wśród których większość stanowili Ukraińcy, i naszych chłopców wyłapywano od nowa, a z tych, których złapali, nikt już nie wracał - przez wszystkie te lata powtarzał mi się jeden i ten sam sen, już sobie dokładnie przypominam, a zawsze przecież byłem pewien, że nic mi się nie śni, byłem pewien, czyżbym zwyczajnie zapominał po przebudzeniu, jakby świadomość, ledwie włączona, natychmiast zasuwała za sobą drzwi, czyżbym ja też jęczał i wzywał cię w tym stanie?... - śniło mi się, że tańczymy w ciemnej sali, jakby w Proswicie albo w Narodnym Domu, tylko większej, i w pewnej chwili znikasz mi, nawet nie zauważam, jak i kiedy, po prostu nagle zdaję sobie sprawę, że tańczę sam - moment nagłego chłodu, lepkiego strachu, Helciu, gdzie jesteś, rzucam się na poszukiwania, biegam po sali jak wariat, a ona rozrasta się, to już nie sala, tylko ogromny plac, wciąż ciemno, jak w nocy, ale ja wiem, że gdzieś tu jesteś, musisz tu być, to tylko ja nie mogę ciebie zobaczyć - i oto się znalazłaś, moja dziewczynko, złączyły się korytarze rozdzielonego czasu i znów jesteśmy razem, już wykonaliśmy pierwszą figurę naszego wspólnego tańca: pas de deux z pistoletem! - i pod niesłyszalne okrzyki niewidzialnego wodzireja wciskam się do tramwaju w ślad za Nusią, i jeszcze przez dobre dziesięć albo dwanaście minut ponad obcymi głowami będę patrzył na twoją twarzyczkę, moja maleńka, moja odważna dziecinko - taka nam się trafiła muzyka i nie ma na to rady, trzeba tańczyć do końca, do ostatniego tchu, jak każe przysięga - z nas wszak zawsze była taka dobrana para, najlepsza na sali, powiadano, że wyglądamy dosłownie jak Marlena Dietrich i Clark Gable, wszystkie twoje koleżanki musiały ci zazdrościć, więc nic się nie martw i nic się nie bój - nie na darmo mam fart, zawsze wystarczało go dla wszystkich, którzy szli ze mną, a ci, którzy poszli osobno i których już nie ma - Ihor, zakatowany przez bolszewików w drohobyckim więzieniu tak, że matka tylko po koszuli trupa rozpoznała, Nestor, co przepadł w Auschwitz, aresztowany we wrześniu czterdziestego pierwszego, Lodzio, Lodzio Darecki, najzdolniejszy z naszej klasy, co pojechał do Kijowa zeszłego lata, kiedy podziemie już upadło, i Bóg mi świadkiem, jeszcze kiedyś znajdę to ścierwo, które wysłało Lodzia do Kijowa prosto w łapy gestapo, żeby go tam zastrzelili jak psa zaraz pierwszego dnia po przyjeździe - wszyscy oni, a wciąż ich przybywa, stoją w półmroku pod ścianą sali balowej czy może w szeregu wzdłuż ciemnego placu i patrzą na nas - Ihor, Nestor, Lodzio, Bóg jeden wie, ilu ich, we śnie przebiegałem koło nich, nie widząc, bo szukałem tylko ciebie, i dopiero teraz, gdy powróciłaś i sen wypłynął na wierzch jak topielec wypływa z Cisy na głos trembity, pojmuję jasno, że to oni wypełniali salę, po to się właśnie powiększała, żeby ich wszystkich pomieścić - tych, którzy wyszli z tanecznego kręgu i już nie wrócą, ale stoją tam, i milczą, i nie ruszają się z miejsc, i patrzą na nas w oczekiwaniu - a to znaczy, że nasza prawdziwa zabawa dopiero się zaczyna, Helciu...
Grand rond! Avancez! A trois temps!
"Już czas!" - stawia go na równe nogi Głos, natrętnym szturchańcem od środka w czaszkę; po raz ostatni wypić oczami, jak ustami i nozdrzami równocześnie, na zapas, jej twarzyczkę - co za dureń powiedział, że śliczna buzia jeszcze nikogo nie nakarmiła? - i biegiem marsz, bracie, a trois temps: trá-ta-ta, trá-ta-ta, trá-ta-ta - tramwaj zgrzyta na zakręcie, wyginając się całym tułowiem jak na torturach, na skraju pola widzenia skaczą plamy kamienic - skacz, ofermo! - przed siebie, wzdłuż linii tramwajowej, w dół spadzistej ulicy - z wolnymi rękami i obciętym do żywego mięsa wzrokiem, oderwanym jak spłachetek własnego ciała, od jej świecącej pośród tłumu w wagonie twarzyczki, zamiast której teraz sypią się do oczu niekończące się kamienie, kamienie, kocie łby, Katzenkopfstein, biegnij!...
Biegnij. Biegnij. Biegnij. Zakręt - brama - park - aleja - drzewa - drzewa - czarne pnie. Kto to chrząka za plecami?! Nie, nic, to płaszcz szeleści. A dlaczego masz mokre policzki, a od nosa do ust płyną strumyki wilgoci - czyżbyś aż tak się spocił?...
Ja płaczę, rozbłyskuje mu w głowie. Boże kochany, płaczę. To moje łzy.
Mimowolnie zwalnia kroku - a deux temps, a deux temps - i dotyka palcami policzków, samymi koniuszkami palców, tak ostrożnie, jakby to nie były jego policzki. Przepadłeś, Adrianie, przebiega przez myśl, przepadłeś, chłopie, z kretesem...
Dlaczego - przepadłeś?! Przecież wszystko poszło jak należy!
Rzut oka na zegarek: cała operacja, od pojawienia się tamtego na Serbskiej, zajęła dwanaście minut. Dwanaście i pół, dokładnie mówiąc. A właściwie prawie trzynaście. Trzynaście.
Do licha, nigdy nie wierzył w zabobony - co się z nim dzieje?! Przeczucie jakieś czy co?... Czego się przestraszył?
"...Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: "Kto się dotknął mojego płaszcza?". Odpowiedzieli Mu uczniowie: "Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął". On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła".
Nigdy wcześniej nie rozumiał tego fragmentu ewangelii o uzdrowieniu cierpiącej na krwawienie kobiety - nawet kiedy podrósł i usłyszał od rówieśników - w wulgarnych, obrzydliwych słowach, które w żaden sposób nie pasowały do Pisma Świętego - co to tak naprawdę znaczy: krwawienie, i długo się męczył, nie mogąc uwierzyć. Tata czytał mu to na głos w dzieciństwie, potem już nie miał odwagi taty zapytać. A fragment pozostał niejasny: jak to możliwe - nie widzieć jak, ale czuć, że moc z człowieka wyszła?...
Teraz wiedział. Ewangeliczny opis okazał się dokładny jak diagnoza medyczna - lepiej nie dałoby się tego powiedzieć. Nie ma bardziej odpowiednich słów.
Właśnie tak się czuł.
Coś się zmieniło - i już wiedział co: z tych dwunastu (a nie, jednak trzynastu, szlag by to trafił!) minut ostatnich dziesięć wciąż było przy nim i nie mijało: odkąd ujrzał Helcię. Helcia była przy nim. Niósł ją w sobie i nie chciał się z nią rozstać; za żadne skarby by się nie rozstał. I wiedział, że tak już teraz będzie.
Przez wszystkie te lata bez niej pędził po powierzchni czasu jak po lodzie - lekkim, sprężystym krokiem - i nagle wpadł jak do przerębla: zrobił się ciężki. Siła, która niosła go ponad czasem, wyszła z niego.
Adrian Ortyński, pseudonim "Zwierz", zalegalizowany jako student Fachkursen na politechnice, alias - według innych dokumentów - Johann Weiss, alias Andrzej Ortyński. Lat dwadzieścia trzy. Twardy. Nieuchwytny. Niezwyciężony. Nieśmiertelny.
I w tej właśnie chwili po raz pierwszy jasno i wyraźnie świadom tego, że umrze.
Że jego śmierć jest już w drodze. Odliczanie jej podróży już się zaczęło, dziesięć minut temu. Ile jeszcze potrwa, nie ma znaczenia - godziny, miesiące czy lata - idą sobie ze śmiercią na spotkanie i to spotkanie z pewnością nastąpi, cokolwiek się wydarzy: jak umówiona randka.
TYK... TYK... TYK... TYK...
Jego wewnętrzny zwierz odruchowo każe chwycić się za gardło (jakie bezbronne jest pod palcami ruchome, wymykające się jabłko Adama, jak łatwo gwałtownym ruchem zniszczyć te chrząstki i ścięgna...), zadziera głowę ku niskiemu, nabrzmiałemu śniegiem niebu i bezwiednie wyszczerza zęby - jakby pokazywał siedzącemu tam, w górze, niewidocznemu dentyście, swoje zdrowe dziąsła.
Z boku mogło się wydawać, że krzyczy - bezdźwięcznie, bezgłośnie. Albo rechocze - też bezgłośnie; samotny żywy człowiek pod wojennym listopadowym niebem, który twarz kieruje ku górze: martwym rzadko się to udaje, martwi padają na wznak, tylko jeśli mają wyjątkowe szczęście, bo i do śmierci można mieć fart, jak do wszystkiego wśród ludzi; najczęściej zaś ostatnie ich spojrzenie trafia w ziemię, w ziemię. W ziemię.
1 Obiekty, które nie spełniając swojej pierwotnej funkcji, znajdowały się przez jakiś czas w ziemi lub pod wodą, stają się archeologicznymi dobrami kultury. Kiedy już zostaną wydobyte, rozpoczyna się ich "nowoczesna" historia.Pod ziemią [...] materiał organiczny i nieorganiczny często ulega rozmaitym uszkodzeniom. [...] Konserwacja prewencyjna służy temu, by materiały przechowywane były w optymalnych warunkach, dzięki czemu uszkodzenia się nie pogłębiają.Z wystawy "KulturGUTerhalten. Restaurierung archäologischer Schätze an den staatlichen Museen zu Berlin" (przeł. Agnieszka Jezierska).
2 Besarabka - Targ Besarabski, kryty targ w Kijowie, na południowo-zachodnim końcu centralnej ulicy - Chreszczatyku (przypisy nieoznaczone inaczej pochodzą od tłumaczki).
3 21 X 1933 roku podczas zamachu OUN na konsulat sowiecki we Lwowie Mykoła Łemyk zabił konsula Aleksieja Majłowa. 15 VI 1934 roku w Warszawie członek OUN Hryhorij Maciejko śmiertelnie postrzelił ministra Bronisława Pierackiego.
4 Hryhorij Skoworoda (1722-1794) - ukraiński wędrowny filozof, poeta i pisarz, uważany za prekursora nowoczesnej szkoły filozofii rosyjskiej, jego twórczość inspirowała wielu ukraińskich pisarzy i poetów XX wieku.
5 Stodola - pseudonim wzięty od Kozaka Nazara Stodoli, tytułowego bohatera poematu historycznego Tarasa Szewczenki.
6 Przeł. Jerzy Litwiniuk (przyp. red.).
7 Mytarstwa - w teologii prawosławnej przeszkody, które dusza człowieka musi pokonać po opuszczeniu ciała, w drodze na spotkanie z Sędzią. Na drodze tej ważą się dobre i złe uczynki z całego życia.
8 Przeł. Jerzy Czech (przyp. red.).
9 Łesia Ukrainka - właściwie Łarysa Kosacz-Kmitka (1871-1913) poetka, pisarka i krytyk literacki, jedna z najważniejszych postaci XX-wiecznej literatury ukraińskiej.
10 Buchat' (ros.) - pić na umór; Buchałow - Opój, Pijus, Pijaczyński.
11 Iwan Mykołajczuk (1941-1987) - wybitny i bardzo popularny ukraiński aktor, reżyser, scenarzysta. Propała hramota (Zaginione pismo) - komedia z 1972 roku, reż. Borys Iwczenko, na motywach wczesnych utworów Mikołaja Gogola, po dziś dzień jeden z ulubionych ukraińskich filmów.
12 Juz Aleszkowski, Pieśń o Stalinie, przeł. Jerzy Czech (przyp. red.).
13 Mychajło Hryciuk (1929-1979) - oryginalny ukraiński rzeźbiarz, współautor pomnika Tarasa Szewczenki w Moskwie, przez władze Ukrainy radzieckiej pomijany milczeniem, znajdował się w centrum niezależnego kijowskiego życia artystycznego.
14 Feodosij Tetianycz (1942-2007) - malarz, grafik, performer, barwna postać kijowskiego życia artystycznego przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.
15 Łesia Ukrainka, Pieśń lasu, przeł. Jerzy Litwiniuk (przyp. red.).
16 Opanas Załywacha (1925-2007) - ukraiński malarz, znany obrońca praw człowieka z lat sześćdziesiątych, w latach 1965-1970 odsiadywał w obozie karnym wyrok "za agitację i propagandę antyradziecką"; Ałła Horska (1929-1970) - ukraińska malarka, artystka, znana obrończyni praw człowieka, zamordowana w 1970 roku w do dziś niewyjaśnionych okolicznościach.
17 Przeł. Lucjan Szenwald (przyp. red.).
18 Jewhen Konowalec (1891-1938) - przewodniczący OUN, współorganizator i dowódca Ukraińskich Strzelców Siczowych (USS). Zamordowany przez agenta NKWD.
19 Prowid - wybierany przez delegatów Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) zarząd tej organizacji (przyp. red.).
20 Molfar - huculski czarownik, zazwyczaj posiadający zdolność leczenia, przepowiadania przyszłości, odpędzania złych mocy, odczyniania uroków.
21 Książę Konstanty Wasyl Ostrogski (1526-1608) - senator, wybitny mecenas sztuki i nauki, gorący obrońca prawosławia i przeciwnik unii brzeskiej.
22 Przeł. Eustachy Łapski (przyp. red.).
23 Wjaczesław Czornowił (1937-1999) - ukraiński publicysta i polityk. W latach 1967, 1972, 1980 mimo represji wydawał nielegalne pismo "Ukrajinśkyj wisnyk", pod koniec lat osiemdziesiątych współorganizator Ukraińskiego Związku Helsińskiego i Ukraińskiej Grupy Helsińskiej, w 1991 roku kandydat na prezydenta. Zginął w wypadku samochodowym, o jego spowodowanie podejrzewano służby specjalne.
24 Wiera Muchina (1889-1953) - radziecka rzeźbiarka. Jej najsłynniejsze socrealistyczne dzieło Robotnik i kołchoźnica (1937) zostało symbolem studia filmowego Mosfilm.
25 Ukraińska Centralna Rada - ukraiński organ państwowy, powstały po rewolucji lutowej w Rosji (1917). Po przewrocie bolszewickim, 20 XI 1917 roku, Centralna Rada w III Uniwersale proklamowała utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej.
26 20-27 lutego 1942 roku, jedno z szeregu spotkań sowiecko-niemieckich, Sowieci proponowali m.in. zawarcie czasowego zawieszenia broni i podjęcia wspólnych działań wojennych przeciwko Anglii i USA.
27 Przeł. Andrzej Mandalian (przyp. red.).
28 Roman Szuchewycz (1907-1950) - działacz Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO) i OUN, generał i naczelny dowódca UPA, zginął w obławie wojsk NKWD, jego prochy wsypano do Zbrucza.
29 Mykoła Łukasz (1919-1988) - wybitny ukraiński tłumacz, poliglota, w życiu codziennym, jak powiadają, człowiek niezaradny. Represjonowany za udzielenie poparcia Iwanowi Dziubie (ur. 1931), jednemu z liderów pokolenia lat sześćdziesiątych, po opublikowaniu jego broszury Internacjonalizm czy rusyfikacja?
Przekład: Katarzyna Kotyńska
Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz
Redakcja: Jan Koźbiel
Korekta: Katarzyna Pawłowska, Małgorzata Kuśnierz
Redakcja techniczna: Anna Gajewska
Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska
na podstawie koncepcji graficznej Zuzanny Lewandowskiej
Fotografia wykorzystana na I stronie okładki:
? Jim Scott Photo/LuckyPix/Corbis/FotoChannels
Fotografia autorki: ? Ivan Put
Skład i łamanie: Tekst - Małgorzata Krzywicka
Piaseczno ul. Żółkiewskiego 7a
Wydawnictwo W.A.B.
02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5
tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11
wab@wab.com.pl
www.wab.com.pl
ISBN 978-83-7747-427-3
Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Wydawnictwo W.A.B.i Magdalena Wojtas / Virtualo Sp. z o.o.
Oksana Zabużko
(ur. 1960) - ukraińska pisarka, poetka i eseistka. Pracuje w Instytucie Filozofii Ukraińskiej Akademii Nauk. Otrzymała stypendium Fundacji Fulbrighta, wykładała w Stanach Zjednoczonych. Jest autorką wielu tomików poetyckich, zbioru opowiadań Siostro, siostro (2003; W.A.B. 2007), a także esejów Kronika według Fortynbrasa. Krajową sławę i sukces zagraniczny przyniosły jej Badania terenowe nad ukraińskim seksem (1996; W.A.B. 2003, wyd. II 2008). Muzeum porzuconych sekretów, najnowsza powieść Zabużko, zdobyła tytuł najlepszej ukraińskiej książki roku 2010.
Cała scena wygląda tak (bardzo przyjemnie!): dwie kobiety, blondynka i brunetka, przy stoliku kawiarnianego ogródka w Pasażu przy Chreszczatyku, obie eleganckie, zadbane, z odsłoniętymi opalonymi ramionami - jest koniec sierpnia, urlopowy finisz, w tle od czasu do czasu pojawia się kelner w białej marynarce, z zagadkowym półuśmiechem milczącego zrozumienia, typowym dla wszystkich kijowskich kelnerów i nadającym im wygląd hinduskich bogów, ale tak naprawdę maskującym ich brak pewności siebie i obawę przed natknięciem się na ponadprzeciętnego klienta - w tym wypadku tę rolę pełni ustawiona na tarasie kamera. Ozłocone i prześwietlone słońcem włosy blondynki tworzą bardzo ładny efekt świetlny - to znaczy, dzięki temu efektowi ona wydaje się blondynką, tak naprawdę jest raczej myszowata, ale umiejętnie podfarbowana na odcień dojrzałego żyta, i słusznie: z tak drobnymi ptasimi rysami nawet przy szeroko osadzonych oczach jej blada buzia z męskim dołeczkiem w brodzie na pewno ginęłaby w tłumie bez wyrazistej ramy, więc jest to znakomita decyzja kolorystyczna - zresztą nic dziwnego, przecież to artystka. Na pierwszym planie, na stoliku, kilka innych, też dobrych plam barwnych: grający ciemnorubinowym światłem kieliszek czerwonego wina, wysoki, przysadzisty kufel jasnego piwa Obołoń z weselnym czepcem piany, ozdobna paczka Eve Slim; budda w białej marynarce przynosi na dodatek czystą popielniczkę, bardziej przypominającą półmisek, ale niestety czarną, lepiej odsunąć, nie, odstawić chwilowo na sąsiedni stolik, bo zbyt przyciąga wzrok, wszyscy za?... Okej, do roboty, jedziemy!
- Władysławo, znamy się już tyle lat (obie śmieją się tym śmieszkiem kobiet-spiskowców, zadowolonych ze swojego wieku i związanych czymś niedostępnym obcemu oku, śmieszkiem, który zawsze budzi w mężczyznach podświadomy niepokój), że mogę nawet przed kamerą bez wahania być z tobą na "ty", i jest to dla mnie powód do dumy. Przede wszystkim pozwól pogratulować sobie naprawdę niecodziennego sukcesu, zwłaszcza dla ukraińskiego artysty - nagrody Fundacji Sztuki Nestlé, którą otrzymała twoja wystawa - popraw mnie, jeśli się mylę - w Zurychu? (W Zurychu, Bernie, Genewie i Lozannie - precyzuje blondynka z rzeczową intonacją człowieka od dawna i skutecznie przyzwyczajonego do niecodziennych sukcesów.) Przepraszam, znasz przecież możliwości ukraińskich dziennikarzy: w zasadzie wszystkie zagraniczne informacje kulturalne dostajemy z drugiej ręki. (Jeśli nie z trzeciej - wtrąca blondynka. - Tak jest, jeśli nie z trzeciej! - aż nazbyt skwapliwie podchwytuje dziennikarka i obie znów się śmieją, tym razem złośliwie, po przyjacielsku wyzywająco; przebłyskuje w tym wiele lat wspólnoty poglądów i pretensji pod adresem własnego państwa.) Tak więc nie ma rady, musisz o sobie sama opowiedzieć, jeśli chcesz, żeby ojczyzna była na bieżąco...
- Pamiętasz stary radziecki dowcip - mówi blondynka, pochylając się nad stolikiem i całym ciałem wysuwając do przodu, jakby rozwijała się z dołu w górę, jak lasso czy kocica przed skokiem na drzewo, dopiero teraz operator dostrzega przez oko kamery, ile siły widać w tej jej ostronosej ptasiej twarzyczce z dołkiem w brodzie, najazd, zbliżenie - dlaczego w sklepach nie ma mięsa?
- ??? - Dziennikarka pytająco unosi brwi, z góry rozradowana, rozświetlona niecierpliwą gotowością do śmiechu.
- Bo zbliżamy się do komunizmu siedmiomilowymi krokami, a bydełko za nami nie nadąża. Tak samo z tymi naszymi artystami, którzy zdobyli uznanie międzynarodowe: kraj za nami nie nadąża...
- I nie tylko za artystami - popiera ją dziennikarka, gdy już przestaje chichotać. - To samo jest z naukowcami, których Zachód kupuje, a nasza Akademia w ogóle nie interesuje się ich odkryciami, i z intelektualistami, którzy rozbiegli się po obcych grantach, bo o własnych ukraińskich można tylko pomarzyć... Z kraju zwyczajnie odpływają mózgi, boję się, że jak tak dalej pójdzie, to za jakieś dziesięć-piętnaście lat wszyscy tu będziemy znowu biegać na czterech łapach... Ale przecież będziemy optymistkami, prawda, Włado? (Blondynka ironicznie mruży oczy, jakby w oczekiwaniu na kolejną frazę, która wskaże jej, czy ma być optymistką, czy nie, jej skronie znaczą przy tym ostre kreski zmarszczek i twarz nagle zyskuje tę plastyczną doskonałość, którą, co w tym momencie widać, osiągnie dopiero za kilka lat, doskonałość wyraźnie uwidocznionego charakteru, czym niektóre dojrzałe kobiety robią znacznie większe wrażenie niż młodzieńczą urodą, jeszcze ze dwa-trzy lata i blondynka, o ile, rzecz jasna, wciąż jeszcze będzie blondynką, całkowicie dogoni swój wewnętrzny obraz i będzie doskonałą, artystyczną pięknością.) I nawet jeśli dziś uznanie, zdobyte przez ciebie na Zachodzie - kontynuuje brunetka - tutaj, na Ukrainie, nie wywołuje żadnej reakcji, może oprócz zazdrości kolegów, to tak czy inaczej, obiektywnie (to słowo podkreśla do nieprzyzwoitości seksualnie, okrągłymi ustami koloru maków z nowej kolekcji Broccardi, jakby każdą literę wymawiała wytłuszczoną kursywą: w przeciwieństwie do swojej rozmówczyni mówi nie tylko do niej, ale też do wyobrażonej widowni, która ma to wszystko kupić) pracujesz na rzecz tego samego kraju, który, jak mówisz, za tobą nie nadąża, w szczególności na rzecz zmiany jego obrazu samego siebie, co moim zdaniem jest ogromnie ważne... (Blondynka mruczy potwierdzająco - wyraźnie nudzi ją ta dydaktyczna wstawka.) Ukraińców, jak wiadomo, cechuje chroniczne niskie poczucie własnej wartości, więc wszelkie uznanie "obcych" dla "naszych" można uznać za maść na zastarzałe urazy narodowe. Przejdźmy więc do rzeczy, czyli do twojej wystawy. Wyjaśnij najpierw, proszę, samą nazwę cyklu - "Sekrety".
- Cóż, pomysł wziął się z zabawy z naszego dzieciństwa - pamiętasz, jak jeszcze w przedszkolu, w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, wszystkie dziewczynki robiły "sekrety"?
- Jasne, pewnie że pamiętam! - cieszy się brunetka. - Co ciekawe, chyba tylko dziewczynki?
- Otóż to, chłopców się do tego nie dopuszczało, nawet tych, którzy bawili się z dziewczynkami, doskonale pamiętam (blondynka niespiesznie odsuwa z twarzy kosmyk włosów, jakby jednym ruchem usuwała sprzed oczu trzydzieści minionych lat). Sama miałam takiego kolegę, nawet lalkami się razem bawiliśmy, ja byłam mamą, on tatą, ale do "sekretów" nawet on nie miał dostępu...
- Przepraszam, że przerywam... a w dzieciństwie w ogóle częściej bawiłaś się z chłopcami czy jednak z dziewczynkami? Bo niektórzy twierdzą, że kobiety, które osiągnęły sukces, zawsze są efektem, jak to się mówi, męskiego wychowania, że to te, które szkolono jak chłopców...
- Nie wiem... Nie sądzę... Nie, bawiłam się z dziewczynkami, wszystko wedle starej dobrej tradycji, lalki, ubranka, całemu podwórku lale obszywałam, bardzo to lubiłam... Wydaje mi się, że tu chodzi o coś innego (zdecydowanym ruchem zadziera brodę, oczy jej kocio rozbłyskują i nawet zmieniają kolor: przed sekundą, przy wzroku rozmytym w poszukiwaniach, były niemowlęce, jasnoszare, a teraz przełączyły się w przenikliwe stalowobłękitne płomienie myśli rozpędzonej do pełnej prędkości, operator powinien być zachwycony: nieczęsto trafiają się takie wymowne twarze, gdzie na powierzchni, jak na czystej tafli wody, migoczą wszystkie cienie podwodnych ruchów), wiesz, co naprawdę miało wpływ? Bycie córeczką tatusia! W dzieciństwie najważniejszą dla mnie postacią był tata, to właśnie on uczył mnie malować, potem codziennie rano odwoził na zajęcia do szkoły plastycznej, jego autorytet bardzo długo był niezachwiany. Uczciwie mówiąc, wciąż uważam go za ogromnie niedocenionego artystę, miał niezwykle ciekawe prace, zwłaszcza niefiguratywne, tyle że sama wiesz, jaki był za komuny oficjalny stosunek do wszelkiej abstrakcji... To w ogóle bardzo ciekawe, kiedy się nad tym zastanowić - może i masz rację, to znaczy, co do kobiecych sukcesów: wszystkie dziewczyny, które znam i które coś osiągnęły, wszystkie są właśnie córeczkami tatusia, ty przecież tak samo, Dar? (Brunetka w milczeniu potakuje.) I nawet w folklorze to widać: we wszystkich bajkach zawsze mamusina córka przegrywa, a tatusiowa córeczka przywozi do domu pełną skrzynię wszelkiego dobra - ponoć dlatego, że jest taka robotna, a jej siostra leniwa - ale może matczyna córka po prostu nie została nauczona, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, zachowań społecznych? Nie wie, jak zachować się wśród obcych, jak sprytnie im pochlebić i dzięki temu niepostrzeżenie osiągnąć swój cel, tylko już od progu otwartym tekstem wywala obcej czarownicy (Wężowej carycy - dopowiada rozbawiona dziennikarka), uhm, wężowej carycy, wszystkie swoje zamiary prosto między oczy, jak rodzonej mamie - taka sobie domowa dzikuska, prawda?... To znaczy, wygląda na to, że poprzednie pokolenia kobiet, z naszymi matkami włącznie, zwyczajnie nie umiały zaszczepić córkom żadnych nawyków koniecznych do przetrwania poza ścianami własnej chaty - do takiej wyższej matematyki potrzebny już jest mężczyzna w domu... (Malarka zapomina się i zaczyna w skupieniu gryźć paznokieć, ale bierze się w garść; jej ręka, na tle drobnej sylwetki, jest nieoczekiwanie duża i silna, z szeroką dłonią, paznokcie bez manicure'u - bardzo wymowna, uczciwa rzemieślnicza ręka, przy montażu to się wytnie.)
- A jeśli wziąć pod uwagę - dziennikarka rzuca się w pogoń za wypuszczoną myślą, by dalej nawijać ją na kłębek we właściwym kierunku - że właśnie lata dziewięćdziesiąte chyba po raz pierwszy dały nam masowe pokolenie samotnych matek, kiedy kobiety przestały obawiać się (znów zaokrągla usta i napiera głosem na to słowo, jak ciałem na zamknięte drzwi) samodzielnego wychowywania dziecka, to jak ci się wydaje, co czeka w przyszłości nasze córki? Czy ty sama zdołasz teraz zapewnić swojej Katrusi odpowiedni poziom przystosowania społecznego? Taki (profesjonalny błysk uśmiechu, przytrzymany kącikami warg, mający wziąć w pobłażliwy cudzysłów kolejną frazę), by w dorosłym życiu nie traciła kontenansu przed żadną wężową carycą?
- Myślę, że tak - po krótkim wahaniu twardo i bez uśmiechu odpowiada artystka; widać, że to właśnie pytanie stało przed nią w trakcie całego wcześniejszego monologu. - Bardzo na to liczę.
- Wracając do "sekretów"... czy Katrusia robi "sekrety", jak ty w dzieciństwie?
- Jakie tam "sekrety"! - Artystka macha ręką i śmieje się, tym razem z powściągliwą dumą człowieka wyprzedzonego w czasie przez własne dzieci. - W gry komputerowe teraz się gra! I w ogóle mam wrażenie, że ich, wiesz, straszliwie ogłupia nadmiar informacji wizualnej, ciągle wisi wokół nich jakiś taki kolorowy szum... Porównaj, o ileż bardziej szary był nasz świat dorastania (O-o-o-o! - wzdycha dziennikarka), jak bardzo od małego byliśmy głodni kolorów - pamiętasz, co najchętniej się zbierało? Fantiki, kolorowe papierki od cukierków - im bardziej pstrokate, tym były rzadsze!
- I tym cenniejsze - wtrąca dziennikarka, w jej głosie przebija surowa nuta zawodowej kompetencji. - Pamiętam, jak zazdrościłam dziewczynce z sąsiedztwa, której ojciec przywoził cukierki z delegacji zagranicznych, miała najlepszą kolekcję w okolicy, wzrok się od tych fantików mącił!
- Otóż to, ja też mam takie wspomnienia... A teraz popatrz: z czego składał się "sekret"? Trzeba było wydłubać dołek w ziemi, wyścielić czymś błyszczącym, najczęściej sreberkiem od czekolady - tak w ogóle takie tło, błyszczące i z pogłębioną perspektywą, to zasada, którą rządzi się ikona łubkowa, ta późna, już z manufaktury, poczynając od końca dziewiętnastego wieku, po wsiach wciąż jeszcze można je spotkać...
- Nigdy o tym nie pomyślałam! - Dziennikarka podskakuje jak podekscytowana rybka. - Chociaż w sumie to nic dziwnego, dziecięce zabawy zawsze mają w sobie jakieś rudymenty archaicznej kultury dorosłych... Czy ktoś z naszych historyków sztuki o tym pisał, czy to twoje własne spostrzeżenia?
- Daj spokój, Daryno, wciąż jeszcze nie mamy pełnej historii ukraińskiej ikony, a ty chcesz, żeby ktoś pisał o dziecięcych zabawach! Ale poczekaj, na tym podobieństwo się nie kończy. Na takim błyszczącym srebrnym albo złotym tle układało się, pamiętasz, aplikację z odłamków, okruchów, różnych drobnych śmieci walających się pod nogami, byle tylko były jaskrawe: papierki od cukierków, kolorowe szkiełka, koraliki, guziki - swoją drogą, bardzo ciekawe guziki wtedy były, ludzie jeszcze sami sobie szyli, robili na drutach, krawiectwo kwitło... Do tego szły w ruch główki kwiatów - rumianki, floksy, bratki - z nich robiło się taką ozdobną ramkę, co swoją drogą, też przypomina ukraiński prymitywizm, nasze ikony ludowe także mają kwiatowy ornament... I taki się kolażyk robiło, na ile komu wystarczało fantazji, z wierzchu przykrywało odpowiednio dużym kawałkiem szkła - zauważ, że ikony z manufaktur też były za szkłem - i zasypywało ziemią. A potem, kiedy ziemię odsunąć, pojawiało się okienko, za którym migotało niesamowite piękno - zupełnie jak skarby Aladyna... (Dziennikarka, która potakiwała w zachwycie każdemu słowu, jak wzorowa studentka na wykładzie ulubionego profesora, rozchyla makowe usteczka, żeby wtrącić dawno gotowy komentarz, ale artystka w locie przechwytuje jej kwestię, jeszcze niewypowiedzianą, czym wywołuje u swojej rozmówczyni kolejny napad mimicznego entuzjazmu.) Oczywiście to nie była pełnowartościowa twórczość artystyczna, nic w rodzaju tego, jak dzieci, na przykład, rysują albo wierszyki układają (Otóż to - wciska się dziennikarka - chciałam właśnie...), no tak, podstawowa funkcja "sekretu" polegała nie tyle na tym, że miał być ładny, ile na tym, że oprócz jego twórców - czy jak by tu trzeba powiedzieć: twórczyń - oprócz kilku przyjaciółek, które go robiły, nikt więcej nie miał prawa o nim wiedzieć, więc nie było się przed kim pochwalić jego pięknem, obowiązywała surowa konspiracja! Następnego dnia przychodziło się w to samo miejsce - było jakoś oznaczone: ułamaną gałązką, kamykiem - i sprawdzało, czy "sekret" jest nienaruszony. To był taki rodzaj rytuału wieczystej przyjaźni, potajemnego siostrzaństwa czy co...
- Pamiętam - wtrąca jednak dziennikarka, jej głos w rozmarzeniu pobrzmiewa elegijnymi altowymi tonami - ile dramatów wokół tego się rozgrywało, oj-joj-joj! (W zadziwieniu kręci głową, jakby dopiero teraz pojęła rozmiary dawnej katastrofy, z której cudem zdołała ocaleć.) "Halka Darce nasz sekret pokazała!" - i już po trzy dni chodzą nadąsane, nie rozmawiają ze sobą, straszliwa zdrada...
- A wszystkie te alarmy - też z błyskiem rozczulenia w oku podchwytuje artystka - kiedy ktoś kamyk przesunął! I chodzą małe, strasznie przejęte, mierzą kroki i kombinują, czy naprawdę żaden niegodziwiec się do ich "sekretu" nie dobierał...
- A jeśli, nie daj Boże, ktoś jednak go odkopał - uuu, to już po prostu kryminalna historia była, gdzie do niej rosyjskim serialom!...
Obie śmieją się wilgotnym kobiecym śmiechem, idącym z głębi piersi, nabrzmiałym wzruszeniem, jakby zapomniały, po co są tutaj, przed kamerą - dwie dorosłe kobiety z dobrych domów, w modnych ciuszkach i z importowaną opalenizną śródziemnomorskich kurortów - topy Morgan i Laury Ashley, jedwabne apaszki i spódnice Versace i Armani (a przy tym nic rzucającego się w oczy, na pokaz, Boże broń, żadnej aluzji do nowobogackiej conspicuous consumption, do jaskrawych piórek elitarnych panienek do towarzystwa a la moskiewski "Cosmopolitan" i jego miejscowe klony - tylko wygoda, wygoda i udawana prostota: powściągliwy, drogi styl pracujących kobiet, które znają swoją wartość i nie muszą wystawiać jej na widok publiczny...) - z odmłodniałymi nagle, rozświetlonymi twarzami, z tym zastygłym w oczach promienistym niedopowiedzeniem, zwrotem w-siebie-i-w-swoje, który kobiety umieją zachować nawet w chwilach pełnego rezonansu duchowego, w tej chwili trochę przypominają młode mamy, zapatrzone w swoje maluchy - jakby z perspektywy lat patrzyły na ich, a nie na swoje dzieciństwo - a częściowo, i może nawet bardziej - dwie przedziwnie pozbawione wieku przyjaciółki, połączone wspólnie ułożonym przed chwilą "sekretem", rytuałem potajemnego dziewczęcego siostrzaństwa, do którego chłopców się nie dopuszcza, więc obecni przy tej scenie chłopcy - reżyser i operator - momentalnie czują podejrzanie palącą potrzebę, żeby wyjść na papierosa, zmienić taśmę, obniżyć temperaturę rozmowy i jakoś przypomnieć o swoim istnieniu, krótko mówiąc, przywrócić porządek świata, tak jak można to zrobić w warunkach domowych, kiedy na przykład żona ze zbytnim zaangażowaniem szczebioce przez telefon z koleżanką - pokazać gestem, że nie tylko ona potrzebuje telefonu, albo w ostateczności rozbić talerz w kuchni. Tak więc przerwa, dziewczyny, przerwa. Po przerwie - w której trakcie ich niedorzeczne liryczne uniesienie, nie ma rady, speszone opada - dziennikarka, jak osadzony w pół skoku i zawrócony do szeregu kłusak, odzyskuje formę i zdecydowanie zmienia ton na bardziej profesjonalny, ostro nadrabiając utracone tempo niewiarygodnym atakiem erudycji - trochę jak prymuska, która chce pokazać swoją perfekcję przed nauczycielem (nieważne, że niewidocznym w kadrze), podejrzewającym, że nie nauczyła się lekcji:
- Władysławo, twoja opowieść zmusiła mnie do nowego spojrzenia na europejską recepcję "Sekretów"; przecież przed Szwajcarią, o czym warto naszym widzom przypomnieć, ten cykl był prezentowany w Niemczech, w monachijskim Deutsche Museum, a także w prywatnej galerii w Kopenhadze, o czym później powiemy osobno... Czytałam niektóre artykuły z zachodniej prasy - "Süddeutsche Zeitung", "Neue Züricher Zeitung" - i zdziwiło mnie, że tamtejsi recenzenci jako najważniejszą chyba twoją zasługę wskazują nowatorskie wykorzystanie, według ich słów, "bizantyńskiej techniki pisania ikon". Nie jestem historykiem sztuki, ale dla mnie wszelkie nowatorstwo w tej dziedzinie kończy się na latach trzydziestych, to znaczy na zniszczeniu Mychajła Bojczuka i jego szkoły, a ciebie jednak trudno zaklasyfikować jako postbojczukistkę... Genealogicznie jesteś chyba najbliżej Dubuffeta, z którym wprawdzie też bywałaś porównywana - chociaż twoje kolaże na złotym i srebrnym tle są moim zdaniem ciekawsze (Dziękuję - malarka uśmiecha się z profesjonalnie odmierzoną dawką sceptycyzmu) - albo prawie zupełnie już nieznanego u nas László Moholya-Nagya, Amerykanina, który po raz pierwszy wykorzystał metodę nakładania powierzchni, co daje obrazowi trzeci wymiar - głębię... (Orientuje się, że mówi za długo, a może zaspokoiła swoje potrzeby prymuski - poczuła, że wystarczy już popisu - przeprasza artystkę nie zawodowym, ale zupełnie szczerym, niemal dziecięcym uśmiechem, swego rodzaju milczącą prośbą o zrozumienie, jednak rozmówczyni wyraźnie nie zwraca uwagi na takie drobiazgi: śledzi bieg myśli i czeka na pytanie.) To znaczy, wydaje mi się, że zachodni recenzenci po prostu nie wiedzą, w jakim kontekście cię umieścić - ukraińskiego nie znają, najbliższy dla nich dostępny to rosyjski, stąd pewnie całe to "Bizancjum"... Ale może to oni z dystansu dostrzegli coś, czego my od wewnątrz nie widzimy, właśnie to zagadkowe pokrewieństwo dziecięcych "sekretów" z ikoną z manufaktury?
- Wcale nie takie zagadkowe. - Artystka znów pochyla się, zaczepnie unosząc swoją niewzruszoną, kształtną bródkę, niczym zaciśniętą piąstkę. - Daryno, ja mam bardzo poważne podejrzenia, że ta zabawa kiedyś na początku, gdy tylko się pojawiła, była naśladowaniem właśnie zakopywania ikon. (Dziennikarka wzdycha głośno, otwiera swoje seksualnie-purpurowe usteczka i tak zamiera.) Tak, tak. Początek lat trzydziestych. Jest jedna rzecz, o której zapominamy, mówiąc o kolektywizacji: oddziały rekwizycyjne zabierały przecież po chatach nie tylko zapasy żywności czy cenny dobytek - kożuchy, płótno ze skrzyni, inne takie... Oczywistym przestępstwem były ikony na ścianach - albo niszczono je na miejscu, albo zabierano co cenniejsze: złote szaty zdzierano, a deski palono. Więc co zapobiegliwsi zwyczajnie zakopywali swoje obrazy w tajemnym miejscu i musiało to być dość masowe zjawisko - stąd właśnie "sekret".
- O którym nikomu nie można powiedzieć...
- Boże broń - ani pisnąć! I to właśnie wbiło się w dziecięcą pamięć. Schemat, jak widzisz, jest bardzo prosty: nasze babcie chowały ikony w ziemi, nasze mamy to podglądały, pewnie też bawiły się w naśladowanie dorosłych, jak to dzieci, a nam pozostała już tylko pozbawiona oczywistego znaczenia układanka z przypadkowych szkiełek, swego rodzaju zanikające echo, dźwięk bez języka... A naszym dzieciom już nawet to nie pozostało - było, minęło!
- Babcia opowiadała mi - jakby nie na temat mówi w zamyśleniu dziennikarka - że zakopali wtedy bibliotekę pradziadka, miał mnóstwo przedrewolucyjnych książek, Wynnyczenkę, Hruszewskiego, historię literatury francuskiej w przekładzie Petlury, więc się przestraszyli... A potem już nie znaleźli tego miejsca, zresztą dom spłonął w czasie wojny... I tak gdzieś zetlało pod ziemią. (Otrząsa się, rzuca na nową myśl i żwawo podejmuje trop.) A nie wydaje ci się, że takie chowanie skarbów pod ziemią w ogóle jest jakimś wszechobecnym archetypem ukraińskiej historii? Spójrz na folklor, ileż opowieści o zakopanych skarbach kozackich, opryszkowskich, powstańczych, jakich chcesz!... Ile wokół tego demonologii - jak skarby wychodzą na powierzchnię, jak płoną ogniem, jak pilnuje ich nieczysta siła, jak się z nimi obchodzić, co wrzucić w płonący skarb, żeby posypały się monety - nie wiem, czy jeszcze gdzieś w Europie coś takiego można spotkać, co najwyżej chyba na Bałkanach... Może nasze dziecięce "sekrety" to tak naprawdę echo jeszcze tamtych mitów, o zaklętym skarbie?
- Nie! - kręci głową artystka, jak na coś dawno przemyślanego i odrzuconego. - Na pewno nie. A wiesz dlaczego? Ano dlatego, że "sekrety" były zabawą "tylko dla dziewczyn"! Obrazy ukrywały kobiety, to było ich zadanie - raz, że narażały się na mniejsze niebezpieczeństwo w razie przyłapania - bo niby co wyciśniesz z ciemnej baby (Durnej baby... - podpowiada z uśmiechem dziennikarka), no tak, przecież kto krowy z powrotem z kołchozów pozabierał do zagród w trzydziestym roku - baby i młódki, i udało się, obroniły! A mężczyznom tak samo konie pozabierali - to już strach było, zaraz by na Sołowki trafili. A babski bunt to niby tak nie całkiem na poważnie... A po drugie, i to najważniejsze: ikony w chacie zawsze u nas pełniły funkcję swego rodzaju penatów, bogów domowego ogniska, a wszystko, co dotyczy domu, to, rzecz jasna, sfera kobiecych kompetencji - męski świat zaczyna się za progiem... Więc nasze babcie, kiedy ukrywały święte obrazy, to dbały nie o wartość artystyczną, tylko o przetrwanie ducha domu - póty chaty, póki obrazów, było nawet takie przysłowie... To były babskie sprawy, Daruś, na sto procent babskie - oto dlaczego dwa pokolenia później zabawa też jest dziewczyńska. Innego wytłumaczenia nie ma.
- Wstrząsające! - zwycięsko ogłasza brunetka (teraz naprawdę przydałaby się jej chwila na przetrawienie tego, co usłyszała, ale przerwa dopiero była, chociaż nie z jej woli, więc sprawnie bierze się w garść i zaczyna kolejne okrążenie). - A dla ciebie samej, w twojej własnej twórczości, jak ważne jest to, że jesteś kobietą? Widzisz różnicę między męskim i kobiecym malarstwem, czujesz się spadkobierczynią jakiejś szczególnej kobiecej tradycji artystycznej? Czy możesz wymienić jakieś artystki, które uważasz za swoje poprzedniczki?
- Dobre pytanie, Daryno, dziękuję... Wydaje mi się, że w "Sekretach" znalazłam wreszcie swój prawdziwy styl, i dotyczy to nie tylko samej techniki, tej mieszaniny - kolażu, malarskiego tła, kolorowanych zdjęć, doczepionych daszków dla dodania głębi... Chociaż właściwie to też jest bardzo kobiece traktowanie materiału - wiesz, jak u gospodyni, która wrzuca do barszczu wszystko, co powoli marnieje w lodówce. - Malarka zamyśla się, szukając słów - i właśnie wtedy
gwałtowny podmuch wiatru
zwiewa jej włosy za plecy, wyzwalając bladą twarzyczkę z obfitej złotawej ramy - nagą i bezbronną, i zaczyna przypominać poważnego, ponad wiek skupionego szarookiego chłopca, klasztornego służkę, który niebawem złoży śluby, co sprawi, że na jego twarz i całą postać padnie zimny, nietutejszy blask obcości - moment dziwny i trochę niepokojący, wszyscy cichną, jakby ktoś niewidzialny wszedł w kadr, dziennikarkę przechodzi krótki, zimny dreszcz, ale to pewnie tylko przeciąg - może gdzieś dalej, w głębi otwarły się i zamknęły drzwi, a może to po prostu pierwszy oddech nadchodzącej jesieni - jak by nie patrzeć, sierpień się kończy...
- Przepraszam - malarka, zbita z tropu, patrzy na koleżankę, bezradnie próbując się uśmiechnąć - myśl mi uciekła... Aha (jej głos powoli odzyskuje zwykły stanowczy tembr, nieprzerwanie żywotny potok, od czasu do czasu tylko zwalniający na bardziej skomplikowanych zakrętach i wirach myśli), nie tylko o technikę chodzi, jest coś jeszcze. Ja przecież pracuję z rzeczami - czy raczej z tym, co po nich zostało - które były przez kogoś normalnie używane. Wszystkie te kawałeczki ceramicznej mozaiki, które widzisz na obrazie, to odłamki prawdziwych serwisów i figurek. I tak samo samochodowe owiewki, i skrawki tkanin - worki, dzianiny - rzadko biorę nowe, używane rzeczy mają szczególną fakturę, są ciepłe... To znaczy, jeśli mówimy o moim odczuwaniu kobiecego dziedzictwa, to ja w zasadzie robię coś, co jest lustrzanym odbiciem tego, czym kobiety zajmowały się od zawsze: upiększania życia. Tradycyjną domeną kobiet było malarstwo nie warsztatowe, tylko użytkowe, zwłaszcza u nas, na Ukrainie, gdzie dekoracje malarskie od wieków wychodziły spod kobiecych rąk, wszystkie nasze sławne prymitywistki stąd biorą początek - Marija Prymaczenko, Hanna Sobaczko - z malowanych pieców i kredensów... Zresztą, po co szukać daleko, nawet Aleksandra Ekster w połowie lat dwudziestych robiła wzory dla arteli tkackich na Mikołajowszczyźnie, póki ich wszystkich nie porozganiano (Naprawdę? - wtóruje zza kadru dziennikarka. - Nie wiedziałam...). No właśnie. A ja przeciwnie, pracuję z rzeczami zniszczonymi, trochę jak ze zburzonym domem, nie wiem, staram się skonstruować z niego nową całość, już czysto artystyczną...
- I udaje ci się, bez dwóch zdań - mówi dziennikarka z mimowolnym tonem serdecznego oczarowania, który momentalnie wznosi nieprzebytą szklaną ścianę między obiektem i zwiedzającym (malarka kurczy się w sobie). - Zawartość kobiecej torebki, znalezionej na miejscu katastrofy lotniczej to moim zdaniem absolutnie genialna praca (artystka mruczy coś trudnego do zrozumienia), nie, bez żartów, świetna, prawdziwa postmodernistyczna klasyka! Kto ją kupił?
- Fondation de l'Hermitage z Lozanny...
- Dobrze Lozańczykom, wzięli i kupili sobie Władysławę Matusewycz! - z naciskiem, żeby na pewno nikt nie przeoczył, woła do kamery dziennikarka (z sąsiedniego stolika pierzcha kilka wystraszonych jej patetycznym okrzykiem wróbli). - A my, nieszczęśni, wciąż nawet własnego muzeum sztuki współczesnej w kraju nie mamy!... A praca fantastyczna, słowo daję, fantastyczna (mówi, jakby mruczała w nasyceniu, jakby na nowo w wyobraźni smakowała wszystkie detale tej pracy), teraz tylko na slajdy będziemy sobie mogli popatrzeć. (Spuszcza głowę, czyta przygotowany wcześniej tekst:) Wyraziście przedstawiony tu został gotowy dramat, zbudowany ze wszystkich tych urywków świadectw, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi. Na swój sposób jest to bardzo kinematograficzna, montażowa praca, w której każdy szczegół jest znaczący, można ją czytać godzinami, kadr po kadrze: rozbite okulary, paragony, deklaracje celne, w notesie fotografie męża i dziecka, puderniczka z pękniętym lusterkiem, a na nim przerażające krwawe ślady...
- Daryno, to szminka! - przerywa malarka, śmiejąc się z ulgą, bo rozmowa wraca wreszcie od komplementów do spraw zawodowych. - Na lusterku jest najprawdziwsza szminka, Revlon, utrwaliłam ją tylko lakierem!
- Naprawdę?... Wreszcie mam okazję zapytać cię, dawno już miałam ochotę, powiedz, nie bałaś się przy tej pracy? Nie bałaś się kształtowania takiej, jak najbardziej dosłownej, martwej natury?
Malarka wzrusza ramionami.
- Chciałam wiedzieć - po krótkim wahaniu, jakby wybierała pewny grunt na płyciźnie, znajduje wreszcie odpowiednie określenie. - Już od dziewięćdziesiątego ósmego, pamiętasz, kiedy w Kanadzie pod Halifaksem spadł samolot Swissairu i nurkowie przez tydzień wyławiali rzeczy z wody, żeby umożliwić identyfikację ofiar, nie mogłam pozbyć się tej myśli: oto zostaje po tobie torebka, co powie obcym ludziom? A potem jakoś mnie samej przypadkowo w torebce rozmazała się szminka po lusterku, i wtedy zobaczyłam, jak to ma wyglądać na płótnie. Ale żeby się bać... Ty mi lepiej powiedz, widziałaś przecież jeszcze przed Szwajcarią cały cykl u mnie w pracowni, powiedz, nie bałaś się, patrząc na to?
- O to właśnie chodzi, i to jest najdziwniejsze: to bardzo pogodna praca! Lekka, energetyzująca, jak w ogóle wszystkie twoje "Sekrety" - i to przy całym tym chaosie, który przedstawiają! Zupełnie jakbyś oswoiła, udomowiła śmierć... - Dziennikarka zacina się, zbita z tropu tym, dokąd zaniósł ją potok własnych słów, i natychmiast spieszy z usprawiedliwieniem: - To znaczy, nie w takim sensie, jak w hollywoodzkich horrorach, u ciebie w ogóle daleko od jakichkolwiek horrorów, tylko... jak by to powiedzieć? Jest zgrabna kompozycja, jest ciepło, takie nadzwyczaj żywe, rozgrzewające, powiedziałabym, południowoukraińskie nasycenie kolorów i te delikatne ornamentalne wstaweczki tu i tam, takie przyjemne i swojskie - i dzięki temu wszystkiemu jakoś zapomina się, że tu mowa przecież o śmierci, o końcu... Taka Zawartość kobiecej torebki nawet nie do muzeum się nadaje, w domu można ją powiesić!
- Powiesiłabyś? - Malarka nagle wysuwa się w przód, z dołu do góry, jak kocica zamierzająca skoczyć na drzewo, oczy rozszerza błysk oczekiwania, usta na wpół rozchylone, jakby gotowe podchwycić i przełknąć każde zasłyszane słowo. - Naprawdę byś powiesiła?
- Oho, i to jeszcze jak, z dziką radością! Tyle że, wybacz, Włado, skąd brać pieniądze na taką rozkosz? (Brunetka chichocze innym tonem - pobudzonym, zelektryzowanym śmieszkiem kobiety, która trafiła do sklepu jubilerskiego i czuje radosne oszołomienie od samej możliwości oglądania i przymierzania.) Nie zarabiam tyle, żeby móc sobie pozwolić na Władysławę Matusewycz!...
W jej głosie wyraźnie pobrzmiewa nutka dumy - tak rozpoznawalnej dla pierwszego zamożnego pokolenia w kraju, w którym wymienienie na głos luksusu, na który nie można sobie pozwolić (szósta beemwica, kolia od Tiffany'ego, obraz Matusewycz...), jest równoznaczne ze wskazaniem zamaszystym gestem niezmierzonych stosów rzeczy mniej ekskluzywnych, na które, w przeciwieństwie do większości rodaków, jednak pozwolić sobie można - a przy tym naiwnej, neofickiej dumy światowego prowincjusza, wypowiadającego "Władysława Matusewycz" takim samym tonem, jakim kochający sztukę bourgeois światowych stolic mówią "Picasso" czy "Matisse" - dumy nastolatka czującego się równym dorosłemu. Jednak malarka pomija tę intonację - najwyraźniej znajduje się teraz w jakimś innym sklepie.
- Dziękuję, Daryno - mówi zwyczajnie. - To, co powiedziałaś, jest dla mnie bardzo ważne. A obraz ode mnie dostaniesz, nie martw się, nie Zawartość torebki, rzecz jasna, inny, ale z tego samego cyklu, z "Sekretów", przyjdziesz i sobie wybierzesz, dobrze?...
Nawet pod obficie nałożonym make-upem widać, jak dziennikarka gwałtownie zmienia kolor, oblewa się rumieńcem szczęśliwego oszołomienia - aż po same uszy.
- Nie kręć tego! - woła ze śmiechem, odwracając się do kamery całym ciałem, zasłaniając sobą kadr, od gwałtownego ruchu rozmotuje się jej niedbale owinięty wokół szyi jedwabny szalik (Armani), grożąc ucieczką, przytrzymuje go obiema rękami, przyciskając do ramion; w kadrze wygląda to komicznie, jak gest aktorki, "pierwszej naiwnej" grającej zdenerwowaną prowincjonalną gąskę, która wydawszy radosny okrzyk, zamarła z rączętami na piersi. - Wowczyk - rozpacza, szarżując już świadomie, bo widzi, jak na nią patrzą - no do kogo mówię, natychmiast zatrzymaj kamerę, ach wy, małpiszony, co wy sobie myślicie, i tak to wytnę, tylko tego mi brakowało, takie deklaracje puszczać na wizję, starliby mnie w proch i pył, powiedzą: Hoszczynska za wywiad bierze w naturze!...
Zza kadru wtrącają się, przygłuszonym, trudnym do zrozumienia dudnieniem, męskie głosy:
- Aha, zwłaszcza od naszych polityków!...
- A jak, niczego sobie faceci!
- Ha, ha, ha!...
I w tym miejscu kamera gaśnie naprawdę.
*
Pusta z ciebie lala, Daryno Hoszczynska, mówi sobie - z ogromnym niesmakiem, jeśli nie odrazą do własnej sterczącej na ekranie postaci - bo nacisnęła "stop" na pilocie i oparła się w mroku głową o stół. Niezła laska, pewnie, pod tym względem niczego ci nie brak. Skacze, wdzięczy się... Przed kim tak się wystawiasz, jakbyś na medal pracowała, po jaką cholerę. Czterdziestoletnia dziewczynka, odwieczna, nieuleczalna prymuska, handlarka własną twarzą i przeczytanymi książkami, lala, lala, idiotka.
Włada, Właduśka, taka malutka, szczuplutka jak podlotek, a przy tym taka twarda, jakby przyczepiona do stalowej sprężynki - kiedyś zastałam ją w pracowni, z włosami schowanymi pod chustką, w upapranych farbą i gipsem obszarpanych roboczych spodniach, niesamowite wrażenie - gdzie się podziała ta elegancka dama, ozdoba głośnych wernisaży i wytwornych przyjęć? - najbardziej przypominała pomocnika murarskiego na budowie, który zszedł z rusztowania po wiadro z zaprawą - w pracowni straszliwie śmierdziało lakierem (od razu mnie zemdliło), Władka była jeszcze bledsza niż zazwyczaj, z fioletowymi jak od mrozu wargami, i piła mleko prosto ze stojącego na stole kartonu, z odciętego papierowego dziubka, ciężko, też jakoś tak po robociarsku łapiąc oddech, na jej brwiach i między nimi błyszczały niezmyte drobiny złota, i dziwnie było myśleć, że to właśnie, dla nikogo niewidoczne, brudne i mozolne, jak remont mieszkania: praca fizyczna! - że to jest jej prawdziwe życie - a potem, gdy już odeszła i rozedrgane kijowskie żmijowisko długo i zachłannie rozdziobywało na części pierwsze sensacyjną wiadomość (nie bez skrywanej radości, że zwyczajny porządek rzeczy został przywrócony i teraz znów wszyscy ukraińscy artyści będą jak jeden - biedni i zapoznani!), ta myśl była już tylko nieznośnie bolesna, zwłaszcza gdy z ust do ust rozeszły się zazdrosne podsumowania jej wystawnego pogrzebu, "trumna za tysiąc dolarów!" (gdy usłyszałam to po raz pierwszy, z głębi serca, na jednej, niepowstrzymanej fali rozpalonej wściekłości, w myślach życzyłam oceniaczowi grobów, żeby sam sobie na taką zarobił, czego natychmiast, ugryzłszy się w język, pożałowałam, bo wiem przecież, że ten mądrala ma raka tarczycy i ta sama Włada przywoziła mu jeszcze ze Szwajcarii jakieś trudno dostępne lekarstwa - na swój koszt, bo nie miał pieniędzy, a ona wszystko robiła na własny koszt, za wszystko w życiu płaciła z własnej kieszeni - maleńka, niezłomna stalowa sprężynka, a jednak, jak się okazało, i krucha, i wcale nie ze stali...) - skąd, na Boga, brała się w niej taka niekobieca, żelazobetonowa, nieporuszona pewność raz wybranej drogi? - ja sama, przywykła mrugać na wszystkie strony w oczekiwaniu oklasków, więdnąca, jak w wazonie z zatęchłą wodą, bez świeżej dawki męskiego zachwytu (idiotka!), przez te lata naszej przyjaźni niepostrzeżenie przyzwyczaiłam się do składania w myślach raportu - przede wszystkim przed nią, od niej jednej chciałam zasłużyć na pochwałę, tym bardziej znaczącą, że w przeciwieństwie do tych męskich ani trochę nie związaną z długością moich nóg czy kształtem biustu - doszło już nawet do tego, że przy pierwszym lepszym zawirowaniu życiowym przede wszystkim łapałam za telefon, by wypłakać się Władzie w kamizelkę - a ona ani razu mnie nie spławiła, choć ze sto razy na to zasłużyłam... Wydawała się taka kuloodporna i nieporuszona, jej kariera rosła jak topola, wciąż w górę i w górę, jej boyfriend wyskoczył ze swojego zagadkowego biznesu (do dziś nie wiem dokładnie, czym się zajmował, ale to już były takie pieniądze, których źródłem nasi nowobogaccy przestają się chwalić i napomykają o nim oględnie albo żartem...) prosto do Rady Najwyższej i szło mu jak po maśle, kończył już, mówiła Włada, wypasioną willę dla nich trojga gdzieś w Rosławiczach, w tak zwanej podkijowskiej Szwajcarii, wśród ekologicznie czystych łąk i stawów, Katruśka chodziła do szkoły British Council dla dzieci dyplomatów, gdzie czesne wynosiło dziesięć tysięcy zielonych rocznie (płaciła Włada), wszystko układało się świetnie, a miało być jeszcze lepiej, i to też dawało tak potrzebną mi pewność, mur i oparcie - jakby gwarancję, że u mnie też, wedle jakiegoś niejasnego związku logicznego (myślenie "przez analogię", jak u plemion pierwotnych!), wszystko na pewno będzie świetnie, jak nie dziś, to jutro, a dzięki czemuż innemu, jeśli nie takiemu bliźniaczemu sklejeniu, wzajemnemu lustrzanemu odbijaniu, od wieków trwa kobieca przyjaźń (i rozpada się, ledwie "analogie" kończą żywot!) - i dlatego, gdy tej samej jesieni, chyba z miesiąc po naszym wywiadzie, poskarżyła mi się przez telefon na bezsenność - a tak rzadko się na coś skarżyła, i zawsze w czasie przeszłym, kiedy przeszkoda była już pokonana, stacjonata wzięta, i można z tego było co najwyżej wyciągać jakąś naukę ku moralnemu wsparciu: popatrz, mnie się też przydarzyło, i proszę, wygrzebałam się - to po prostu nie załapałam, nie dostrzegłam dzwonów na trwogę, dokładniej, puściłam mimo uszu, jak techniczny szum w eterze, rzecz jasna, takie tępaki jak ja rozpoznają te sygnały dopiero, kiedy jest po wszystkim, kiedy żałobnicy rozchodzą się po pogrzebie, i dopiero wtedy, ze wszystkich poskładanych w całość ochów i achów, i pełnych żalu gestów, wychodzi, że w ostatnich tygodniach od takich sygnałów wokół nieboszczyka aż się roiło, i gdzie my wszyscy mieliśmy oczy, co nas tak zaślepiło?... "Wyobraź sobie, nie mogę spać" - mówiła przez telefon, jakby zapraszała mnie, tak dla rozrywki, do wspólnego dziwowania się temu zjawisku, o drugiej w nocy jej dźwięczny głosik drażnił jak podskórne swędzenie, o szóstej musiałam wstać na poranne pasmo i traciłam już równowagę, wpadałam na meble, snując się po domu ze słuchawką, która, zdawało się, do krwi obcierała przygniecione ucho, i na wpół przytomnie zbierając myśli na rano, póki Włada paplała: "Jakiś idiotyczny strach się pojawił - że niby jak zasnę, to umrę" - Właduś, przemęczona jesteś po prostu - powtarzałam swoje, szósty chyba raz w ciągu godziny - nic za darmo, miałaś taki ciężki rok, pluń na wszystko i wybierzcie się na wakacje - mając na myśli, że panu posłowi też nie zaszkodziłby odpoczynek, skoro nie jest w stanie, do licha, jak należy uśpić przemęczonej kobiety! - oni wszyscy, z ich zwariowanym sposobem życia i bezustannym pływaniem przez morze alkoholu, od stresu do stresu, przed czterdziestką przemieniają się w klinicznych impotentów!... - a Włada dalej niezmordowanie szczebiotała, że wszystko prawda, że mam rację, już zaplanowała wyjazd, do Abu Dhabi czy Dubaju, i co lepsze, a co tańsze, i które ona by mnie radziła, gdybym postanowiła jechać na wakacje, aż zaczęłam błagać o litość i rzuciłam: Właducho, panno Matusewiczówno, niechże cię diabli, daj odpocząć chociaż te cztery godziny, które mi jeszcze zostały!... Roześmiała się - krótkim, dziwnie śpiewnym fletowym akordem, i to jej pożegnalne pryśnięcie śmiechem, równocześnie pełne zakłopotania - jakby dopiero teraz zdała sobie wreszcie sprawę, że nie daje mi spać - i peszące - bo ja też poczułam się zakłopotana, że tak brutalnie oznajmiłam o swoim zmęczeniu człowiekowi, który cierpi na bezsenność; jakbym porzuciła ją na odludziu w obcym mieście, radź sobie sama - ten śmiech utkwił mi w uchu jak kropla wody i nie wyciekł nawet po nocy, jak to z wodą bywa, mokrą plamą na poduszkę, nie strawiły go godziny urwanego snu - obudziłam się wciąż z jego srebrzystym echem w uszach i w tym, gdyby tylko wystarczyło oleju w głowie, żeby się na moment zatrzymać i wsłuchać, można było dostrzec wyraźne ostrzeżenie, znak, że swoją ze złości tak ostro rzuconą frazą, która wypadła mi jak siekiera z omdlałych rąk, nieumyślnie uderzyłam w jakąś niewidzialną strunę w konstrukcji świata, naciągniętą już do takiej ostateczności, że rozchodziły się od niej kręgi drżących, głębokich wibracji, i konstrukcja świata weszła w rezonans - Włady fletowym śmiechem, choć mogło to być cokolwiek - reakcją napiętej struny na fałszywe dotknięcie, szkła drapniętego brzytwą, moje "pozostałe cztery godziny" musiały wśród tych wirujących już wokół Włady z pełną prędkością infradźwiękowych wibracji zgrzytnąć takim samym dysonansem, wszak miałam tak naprawdę tych pozostałych godzin o wiele więcej niż ona - już przeliczonych, już uciekających, już na samym dnie - o czym ani ona, ani ja nie mogłyśmy mieć wtedy pojęcia. I trzy tygodnie później zasnęła, właśnie tak, jak nie pozwalał jej ów lęk o północy, zasnęła pośród białego dnia, za kierownicą, na szosie na Boryspol, kiedy jeździła na spotkanie z pośrednikiem, od którego odbierała obrazy z Frankfurtu; nikt już ich potem nie widział, bo pośrednik zapewniał, że oddał i że rozstali się od razu tam, na lotnisku, ale kiedy podniesiono z rowu i rozcięto palnikiem przewróconego garbusa, razem z wciśniętym weń jak w zgniecioną puszkę, nabitym z rozpędu całą-klatką-piersiową-na-harpun-kierownicy ciałem Właduśki, żadnych obrazów w samochodzie nie było, ani w środku, ani w bagażniku, i można było oczywiście przypuszczać, że samochód został okradziony już po wypadku, a można było też układać nieskończone łańcuchy znacznie gorszych i kompletnie nawet absurdalnych podejrzeń i przypuszczeń - wśród nich jedynym racjonalnym, mającym sens i w związku z tym pozwalającym nie zwariować żywym, było przypuszczenie, że zasnęła za kierownicą i samochód wpadł w poślizg na mokrej jezdni, chwilę wcześniej rzeczywiście padało - i nikt nie wie, i nigdy już wiedzieć nie będzie (długo paliła mnie ta myśl!), czy w ostatniej chwili, gdy garbus leciał do rowu, Włada zdążyła obudzić się i zrozumieć, co się dzieje (czy zdążyła przerazić się? krzyknąć? czy ją bolało? czy słyszała chrzęst własnych kości?...), czy może obudziła się już po tamtej stronie, bezskutecznie próbując przetrzeć w zdumieniu oczy i powoli uprzytamniając sobie, że nie ma już ani rąk, ani oczu? (To byłoby lepsze, znacznie lepsze, niejeden miesiąc przyuczałam się do wierzenia, że tak właśnie było...)
"Zabiłem ją", powtarzał w kółko deputowany ludowy Wadym z cudacznym krzywym grymasem - siedział, zapadnięty w otomanę, gruby i czerwony (Włada, sama malutka jak Calineczka, zawsze miała słabość do mężczyzn potężnej budowy), koszula rozlazła mu się na brzuchu, odsłaniając elegancką bieliznę, na dywanie stała butelka courvoisiera, kieliszek trzymał w obu rękach, jak drewniany niedźwiadek, który poskrzypując kółeczkiem, pije swoje mleko, i Wadym tak samo pił swoje i klepał równocześnie jak mantrę - "Zabiłem ją, zabiłem, to moja wina, to ja powinienem był siedzieć w tym samochodzie" - ta jego groteskowa niedźwiedziokształtność była szczególnie przytłaczająca, zwłaszcza że skrzypiał też coś kompletnie bezsensownego, coś, co tak nie pasowało do wydarzeń - jak dźwięk szkła drapniętego brzytwą - jakby został tu wklejony z jakiegoś innego filmu; pomyślałam, że rozpacza, bo puścił Władę do Boryspola samą, że gdyby pojechał z nią, toby żyła, i rzeczywiście trudno było temu zaprzeczać, a wyglądało na to, że właśnie powinnam, i siłą powstrzymywałam się, żeby nie krzyknąć: zamknij się! - chociaż nie do mnie tak naprawdę mówił, i nie mnie pytał, gdyby mnie tam nie było, pytałby tak samo kieliszka, otomany, ściany naprzeciwko: Boże mój, Boże, jak ja mam teraz żyć? - i tutaj, nad podziw ostrożnie jak na tak potężne ciało, odstawił kieliszek na podłokietnik i schował twarz w dłoniach, sapiąc-burcząc coś już kompletnie niezrozumiałego, a ja mogłam tylko bezradnie stać i patrzeć na jego palce, zamarłe na niemowlęco czerwonej łysinie jak pęczek serdelków... Ale przecież nie z musu przyleciałam wtedy jak stałam do tego jego przeklętego nowobogackiego, ledwie ukończonego, urządzonego przez Władę - z penthousem, ze szklanym dachem - mieszkania na Tarasiwskiej, nie żeby mu przeszkadzać ani łączyć się we wspólnym bólu - zależało mi na czymś innym, patrzyłam na niego jak na stopniowo mętniejące lustro, w którym jeszcze przetrwał obraz Właduśki, szukałam na nim jeszcze nie ostygłych, jeszcze wczorajszych, jak nieodstępny pył, śladów jej obecności, a nawet na wpół świadomie obserwowałam go jej oczami - czego nie robiłam nigdy wcześniej, póki był po prostu jej chłopakiem, tak zawsze mówiła: nie ukochany, nie mężczyzna - chłopak - i dlatego mimochodem dostrzegałam z aprobatą i dobrą bieliznę, i nieoczekiwanie precyzyjną delikatność ruchu, którym Wadym odstawił kieliszek - przemknęło przez myśl: aha, więc te łapska z pięcioma serdelkami potrafią być też czułe - i jego suchy żal bez łez też doceniłam, wlewał w siebie znacznie więcej, niż wylewał: znak zdrowych męskich apetytów, a przy okazji wytrzymałego pęcherza i wszystkiego innego też (kiedyś wpadli do mnie we dwoje, przesiedzieliśmy pięć godzin, smokcząc koniak, ten sam courvoisier, a Wadym ani razu nie wstał z fotela, żeby pójść do toalety, zresztą Włada zawsze powtarzała, że w łóżku u nich wszystko gra, gdyby to nie była prawda, nic by nie mówiła, czyli jej bezsenność nie tu miała źródło...) - i nie to, żebym specjalnie jak jakiś koniarz na aukcję przyleciała tutaj dawać punkty za temperament - wszystko to przemykało mi przez głowę samoczynnie, w oderwanych przebitkach, jak na równoległej taśmie, nie czułam do tego mężczyzny ani odrazy, ani sympatii, i kiedy mówiłam mu, że to nie jego wina, to nie ze współczucia dla niego, a wyłącznie z szacunku wobec śmierci, która należała wyłącznie do Włady i do nikogo więcej, samoczynnie musiała upleść się z własnoręcznego rysunku jej życia i Wadymowi, nawet jeśli w czymś zawinił, z góry i raz na zawsze przeznaczyłam rolę co najwyżej skórki od banana, na której w pechowym momencie ślizgają się bohaterowie starych filmów, żeby upaść i zabić się na miejscu, ale w życiu, w przeciwieństwie do kina, sam moment zawsze widoczny jest na długo przedtem i dlatego drażniła mnie skrzypiąca mantra Wadyma - "Zabiłem ją, zabiłem ją" - było w tym coś poniżającego dla mojej dumnej i niezależnej Włady, coś z języka brukowców, które, co jasne jak słońce, nie zaśpią, możliwe, że już węszą pod domem, wyczuwając świeżą padlinę, ludzkie hieny, jutro nadciągną ich całe stada, nie sposób będzie opędzić się od błysków lamp - i to też trzeba przeżyć i jakoś wytrzymać, ale to wszystko było później, w tych dławiąco nieznośnych tygodniach, kiedy jej śmierć była na wyprzódki i zachłannie patroszona, smażona, przyprawiana różnymi sosami i podawana na stół z domu do domu, a w końcu tak przeżuta i wyświechtana, że nawet mnie stopniowo przestało ściskać się serce na widok jej portretów, które stały się już tylko portretami znanej osobistości, jak w encyklopedii - a w tamtych pierwszych godzinach zależało mi wyłącznie na jednym, po to właśnie przyjechałam do Wadyma i tępo siedziałam z nim, pijąc bez cienia efektu jego koniak, póki Włada leżała gdzieś w kostnicy na półce lodówki z przyczepioną do nogi etykietką, i nie mogłam pozbyć się męczącej, bezsensownej myśli, że jej tam przecież musi być zimno, i mną samą raz po raz wstrząsały dreszcze, krótkie i rozedrgane, jak wtedy, w Pasażu, podczas naszego wywiadu, kiedy Włada znienacka wydała się służką klasztorną w dzień przed postrzyżynami, przygotowanym już na opuszczenie świeckiego świata, tylko tym razem dreszcz nie ustawał, nie mogłam się rozgrzać, uczciwie pociągałam koniak, ale każdy łyk zamiast rozgrzewać, stawał w piersiach jak nieprzełknięty kamień, jak wbity harpun samochodowej kierownicy - a potrzebowałam nie czego innego, tylko upewnienia się, tu i teraz, że Włada była z Wadymem szczęśliwa - właśnie tak, ni mniej, ni więcej. Wtedy poczułabym ulgę, wtedy z całego tego koszmaru wyłoniłby się i utworzył jakiś sens - tak jakby ona sama pojawiła się i powiedziała, zdecydowanym gestem odrzucając opadającą na oczy grzywkę: Wiesz co, niczego nie żałuję, niczego, słowo honoru.
Przyleciałam, jak zawsze w chwilach panicznej dezorientacji, szukać u niej pocieszenia - w tym samym mieszkaniu, skąd dzień wcześniej wyszła i wsiadła na podwórku do swojego kurczęco żółtego garbusa. I trzasnęła drzwiczkami.
...Ale potem, czy to rozległ się dzwonek do drzwi i ktoś przyszedł, czy Wadym w końcu poszedł do łazienki - zostałam w salonie sama i stałam przy niezasłoniętym oknie, za którym szybko gęstniał jednolity, fluorescencyjnie jaskrawy granat, jak na paczce Gauloises - wszystkie kolory w tych dniach były jak podkręcone do maksymalnego nasycenia, wszystkie obiektywy wysunięte, jakieś zupełnie wyrwane z kontekstu kadry raz po raz przyciągały mój wzrok, na przykład z samochodu w drodze na cmentarz - parka psów, tarzających się w pryzmie lśniących, mokrych liści, cętkowany i czarny kudłaty, a na moście metra, kiedy przejeżdżała pod nim pogrzebowa kawalkada, zgarbiony bezdomny z kraciastą ceratową torbą na tle nisko nawisających chmur - tak bywa, kiedy człowiek się zakocha: każda przypadkowa chwila, trafiając w pole widzenia, nabrzmiewa, puchnie i rozbłyskuje na wylot, jak kropla wody przed upadkiem, jakby tylko w miłości i śmierci życie wreszcie stawało się dla nas prawdziwie widzialne - we fluorescencyjnie granatowiejącym oknie po tamtej stronie ulicy bawiły się na chodniku dzieci, ostre kontury sylwetek jakby wyciętych z czarnego papieru (tylko białe adidasy pobłyskiwały w półmroku jak słabiutkie żarówki), na pierwszym planie hipnotyzująco kanciastymi ruchami, jak skrzypiące drzewo, grzebała w kubłach na śmieci opatulona na cebulkę babulina we włóczkowej czapce, bardzo powoli, jak na zwolnionym filmie, przejechała ulicą ciemna mazda z ognistymi, rysio skośnymi reflektorami, i stojąc w oknie w niezrzuconym w końcu płaszczu, siebie też widząc jakby z boku - wpisaną w ten z trudem, jakby na siłę, ale jednak trwający obraz - nagle z tak samo przeraźliwą jasnością zobaczyłam, że Włady w tym czasie już nie ma - poniósł nas w różne strony sam jego niepowstrzymany, w tamtej chwili tak jeszcze namacalny i fizycznie wyczuwalny bieg, który bez pytania, na oślep wlókł za sobą już tylko mnie, a Włada pozostała w dniu wczorajszym, oddzielona, jak na krze, w rosnącej między nami szczelinie już bulgotało, rwącym nurtem wypełniając ją nawałnicą nowych kadrów, życie bez niej. Widziałam, że już nadciąga rzeka, której jej nigdy nie opowiem - bo do tej chwili, od samego początku, i z Wadymem, i w ogóle przez cały czas wciąż jeszcze w myślach zwracałam się do niej, z nią dzieliłam się swoim szokiem - dlaczego pojechałaś tam sama, Władusiu - wypominałam jej wszystkie niezliczone, drobne przeoczenia, i nawet nieświadomie zabawiałam ją i uspokajałam - ją właśnie, i przyjechałam tu też nie do Wadyma - do niej, zapytać: czy było ci z nim dobrze? - a tymczasem tak naprawdę mówiłam już do słuchawki wyłączonego telefonu, więc jedyne, co mi pozostało, to ją odłożyć i bez protestów dać temu strasznemu, powolnemu, nieodwracalnemu nurtowi nieść mnie dalej naprzód - bez niej.
Zrozumiałam, że Włada umarła - a ja mam dalej żyć.
Potem, gdy Wadym wrócił do pokoju i podjęliśmy przerwaną rozmowę - koniak w końcu zadziałał i wzięło go na wspomnienia, bezładne i niepowstrzymane - po raz pierwszy powiedziałam o Władzie: "była" i sama się zdziwiłam, jak łatwo mi to przyszło: teraz i zawsze, czas przeszły...
To musi być właśnie ten punkt x, początek nowej rachuby, z którego zaczynają się i biegną w nieskończoność nowe osie współrzędnych - czas nawarstwia się na tobie jak wapno na kościach i powoli, od częstego używania już w tym nowym, pozbawionym zmarłego czasie goją się, zarastają matową skórką zranione jego obecnością przedmioty i miejsca: skrzyżowanie na Peczersku koło studia filmowego, gdzie Włada kiedyś dogoniła mnie w swoim żółtym garbusie, przyhamowała i wystawiła przez okno rozczochraną pszeniczną główkę ("Daryno!"), po kilkunastu przejściach złuszcza z siebie jej obraz i przestaje sprawiać ból, stając się skrzyżowaniem jak każde inne; okna jej mieszkania, w których z daleka dostrzegałam światło - zaraz po wyjściu z metra przyspieszałam kroku, w radosnym przedsmaku naszych posiadówek w kuchni, kiedy Katrusia zaśnie - najpierw stały się ciemnymi oknami opuszczonego domu, a z czasem w ogóle zginęły, zatarły się w tłumie innych okien i przechodząc tamtędy kolejny raz, któregoś dnia złapałam się na tym, że nie jestem pewna, czy zaczynały się od drugiego czy od trzeciego za ostatnim balkonem z prawej - stałam na chodniku z zadartą głową jak wryta, jak żona Lota, i zaciekle liczyłam, przypominając sobie rozkład pomieszczeń, po głowie krążył Hamlet: a przecież mój ojciec zmarł przed dwiema godzinami - przed dwa razy dwoma miesiącami, mości książę... (A jeśli nawet dwa razy dwoma latami to co, lżej?...) Kiedy wyciągnęłam któregoś dnia stare listy w desperackiej próbie ujarzmienia narastającego w domu papierowego chaosu, trafiłam na kopertę, która wprost uderzyła mnie w oczy niczym snop ostrego światła, samym tylko nagim zrozumieniem: to pismo było mi kiedyś drogie! - i dopiero wczytawszy się w adres nadawcy, zrozumiałam, że to pismo Włady; czyżby naprawdę pamiętało się nie człowieka, tylko nawarstwione na nim swoje własne uczucia, a strata dlatego właśnie jest tak bolesna, że zmusza do długiego i nieporadnego chwytania nimi pustki - jak siłą oderwanymi mackami?... Naprawdę "pamiątkowe" pozostały chyba tylko miejsca nietknięte, niezaplamione żadnymi późniejszymi wrażeniami - jak ławka na Proriznej, przed dawną Jamą, gdzie jesienią 1990 roku parzyłyśmy sobie podniebienia dubeltową kawą z rodzaju "tylko o połowę mniej wody proszę!" z filiżanek o poobtłukiwanych (żeby nie kradli!) uszkach, a w dole, za Pocztą Główną, huczał ludzkim morzem plac, nieprzemianowany jeszcze na Majdan: ryk, wybuchając w przypływach, odbija się od murów, niczym trzęsienie ziemi wtrąca w dygot szyby w oknach opustoszałego miasta aż do Żydowskiego Bazaru i strajkujących zajezdni trolejbusowych - puste, ze ściągniętymi z drutów wąsami trolejbusy stanęły na Chreszczatyku w dwóch rzędach, jak przygotowana zawczasu barykada, wokół nas drżało burzowe powietrze o zapachu prochu, to powietrze masowych rozruchów, które zawsze uwalnia się na przełomie epok jak podziemny gaz podczas katastrofy geologicznej, powietrze, które samo niesie, po którym można stąpać, biec, krzyczeć, nie słysząc własnego krzyku - piekły nas spierzchnięte po całym dniu na placu usta, paliłyśmy jednego papierosa na spółkę, parząc się wyniesioną na dwór mocną kawą, i Włada, jakby coś w niej pękło po wielu latach milczenia, mówiła i mówiła, bez przestanku - o swoim rozwodzie, o tym, że tak dalej być nie może, że życie musi się zmienić, właśnie teraz zacząć naprawdę, "my nie mieliśmy młodości, Daryno" - powiedziała, mając na myśli studentów na placu, którzy leżeli tam, już nie wstając, na wznak, oko w oko z niebem, z wychudłymi do anielskiej przezroczystości twarzami, uderzając bielą swoich śmiertelnych opasek z napisem "głoduję", a my im zazdrościliśmy, bo w przeciwieństwie do nich "my nie mieliśmy młodości" - wyrok, który uderzył mnie wtedy do głębi swoją brutalną prawdą; Włada w ogóle miała dziwnie jak na grzeczną radziecką dziewczynkę rozwiniętą bezwzględną jasność dostrzegania i nazywania: czułam to samo co ona, ale zawsze byłam jakby krok za nią, jeśli chodzi o umiejętność rozpoznania i ubrania swoich odczuć w słowa. (Dopiero w tamtej chwili, gdy jej słuchałam, po raz pierwszy ukłuła mnie myśl, do której wcześniej nie miałam odwagi sama przed sobą się przyznać: że moje małżeństwo obumarło tak samo jak jej i trzeba zebrać się w sobie i zakończyć je w porę, chirurgicznym cięciem, póki nie zaczęła się wzajemnie zaraźliwa duchowa gangrena...) Wszystko zlewało się w jakiś jednolity, gigantyczny, ruchomy kłąb, nasze życia rozpadały się w rytm rozpadu epoki i przemielone na twarde, niepodzielne cząstki, były wciągane gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc, w ciemny wir wzburzonej historii (obieśmy przecież swego czasu wychodziły za porządnych radzieckich chłopców, ładnych i grzecznych, najpierw studentów, potem doktorantów, i dopiero kiedy nastąpiło załamanie czasu, okazało się, że porządni radzieccy chłopcy, ładni i grzeczni, niczego tak się nie boją jak dorosłości - ten nieprzeparty strach przed życiem, w którym trzeba podejmować samodzielne decyzje, tlił się w nich od małego, wszczepiony jak wirus nieuleczalnej choroby i potrzebny był aż rozpad całego systemu społecznego, który się na nim trzymał, żeby wyszedł na jaw...). Włada poczuła to wszystko na krok przede mną i jako pierwsza poszukała ratunku: rzuciła się samodzielnie wpław przez życie, z Katruśką jeszcze wtedy przy piersi; wątpię, żebym na jej miejscu się na to odważyła (zresztą nawet na dziecko z Serhijem przewidująco się przecież nie odważyłam!), a w niej wszak żadnego lęku przed nieznanym nie było ani śladu, patrzyła w przyszłość i aż dźwięczała jak ściśnięta stalowa sprężynka, zarażała mnie swoją absolutną pewnością dokonanego wyboru drogi; miała wtedy na sobie czarną skórzaną kurtkę i w nagłym przypływie czułości pomyślałam z uśmiechem: bikerka! - tylko białego kasku brakowało... Ławeczka na Proriznej stała na swoim miejscu - odkąd zamknięto Jamę i otwarto tam kasyno, przestała być miejscem posiadówek bohemy i teraz przeważnie świeci pustką na wyczyszczonym z krzaków bzu, łysym asfaltowym placyku-parkingu dla przyjeżdżających do kasyna merców i porszówek: jedyny ocalały pomnik tamtej jesieni, kiedy, jak miało się okazać później, jednak byłyśmy jeszcze młode - takie młode, że nie mogłyśmy tego zrozumieć. Bo tylko młodość może, stojąc nad przepaścią między dwiema epokami, z lekkim sercem przekreślić własną przeszłość, umieścić ją w koszu jak nieudany komputerowy szkic, trzasnąć pokrywą i ruszyć jeszcze przed trzydziestką, by wreszcie "żyć naprawdę", tylko młodość umie tak dumnie szafować latami, które nie zaspokajają jej ambicji; z wiekiem człowiek uczy się oszczędności, przywyka do niespiesznego delektowania się - jak winem - wszystkim, co wcześniej szerokim gestem się odrzucało, sądząc, że - jak mawiała maleńka Katrusia, kiedy uciekł trolejbus - "następny psyjedzie lepsy"; z wiekiem człowiek dowiaduje się, że niestety - nie przyjedzie. Włada miała przed sobą równo dziesięć odmierzonych lat "prawdziwego życia", dziesięć niesamowitych, jak na harleyu pędzącym po górskiej drodze (z Katruśką w plecaku!) lat, w ciągu których ta samotna matka bez żadnego zaplecza materialnego (jedyne, co jej po ojcu zostało, to pracownia na Uzwozie) zdołała zostać naprawdę świetnym artystą i osiągnąć największy chyba na Ukrainie sukces - jeśli, rzecz jasna, mierzyć ukraiński sukces zachodnimi pieniędzmi (fakt, że ostatnio już i do naszych spasionych rekinków zaczęło powoli docierać, że kupowanie obrazów od Matusewycz jest zajebiste), zachodnimi pieniędzmi oraz ukraińską zazdrością; to drugie jest nawet pewniejsze, dokładniejsze, bo pieniądze to ostatecznie wielkość zmienna, ich i tak nigdy nie bywa dość, a ludzka zazdrość jest niezawodna: im więcej jej wokół kogoś dygocze, im gęstszy i bardziej gryzący wydziela smród, tym pewniejszy to znak, że jednak, pal to sześć, człowiek się wyróżnia. Wyróżnia.
(Jakby się sama wystawiała - jak z okopu, wyprostowana na cały wzrost - na snajperską kulę... Jakby ktoś tam na górze pilnował, żebyśmy się tu specjalnie nie wyróżniali. Żebyśmy równali do szeregu. Żeby tylko troszkę, odrobinę, nie tak, jak ona chciała - "naprawdę"...)
Właśnie na Proriznej, kiedy mijam osieroconą ławeczkę na łysej górce, najczęściej budzi się we mnie takie palące, głupio obrażone, przedszkolne wprost, a jednak raz po raz wyskakujące jak spławik w wodzie: to nie fair! To nie fair - jeśli tam, na górze, w ogóle ktoś jeszcze przestrzega reguł gry - wyrwać ją z życia w pełnym biegu - no właśnie, w drodze! - jak dentysta konował zdrowy ząb ze szczęki - przepraszam, pomyłka, ale odwrócić już tego nie można. Włada musiała sama być porządnie wściekła, gdy tak bez dania racji znalazła się po tamtej stronie; tej pierwszej nocy, kiedy jej wyciągnięte z samochodu ciało tkwiło jeszcze w kostnicy na półce lodówki, przyśniła mi się - w swojej pracowni, w tamtych obszarpanych murarskich spodniach, strasznie rozzłoszczona, wysuwała i wsuwała jakieś szuflady, szukając czegoś; na moje rozpaczliwe, całą sobą wykrzyczane wezwanie tylko machnęła: nie przeszkadzaj, i rzuciła coś niezrozumiałego, coś o liście żelaznym, który jest jej potrzebny, bo "bardzo dużo śmierci" - te słowa zapamiętałam dokładnie, bo chociaż język snów jest tak samo niejasny jak przepowiedni, to najsilniej różni się od naszego dziennego języka tym, że nie zna kłamstwa - deformacje pojawiają się w nim tylko w wyniku naszego odbioru, tego, co w fizyce nosi nazwę błędu pomiarowego, i dlatego te dosłowne cytaty ze snów, które udaje się rano wydobyć na powierzchnię, zawsze dokładnie zapisuję, nawet jeśli brzmią sto razy bardziej dziwacznie niż to, co powiedziała mi Włada pierwszej swojej nocy w zaświatach - tym bardziej że jak okazało się później, nie było to wcale takie pozbawione sensu, bo tej samej nocy u mamy Włady, która zabrała do siebie Katruśkę, w pokojach samoczynnie gasło i zapalało się światło, otwierały się i zamykały drzwi, Katrusia przez sen krzyczała: "Mamo!" - jasne, że tam też Włada czegoś szukała, jakiegoś listu żelaznego - jakiego? po co? przed czym?... Zapłakane kobiety na pogrzebie, zakończywszy żałobny klangor, wspólnie doszły do wniosku, że nie czego innego szukała, jak tylko zaginionych obrazów, a "dużo śmierci" właśnie na nich miało być; jedna kuratorka z galerii, kompletnie zakręcona na tle żarliwie-prawosławnym, palnęła nawet po raz pierwszy coś, co potem długo i smakowicie, z brzydko błyszczącymi oczkami, obrabiano i obszeptywano w różnych kręgach: "A wot nielzia sobie igrać z takim tematem!" - nie bez moralnej wyższości w głosie, jak u człowieka posiadającego oficjalne pełnomocnictwa do pilnowania kosmicznej sprawiedliwości (Włada za to właśnie nie znosiła tych żarliwców i przezywała "pierwszymi sekretarzami prawosławia"). Mężczyźni, w większości nastawieni bardziej pozytywistycznie, z nie mniejszym smakiem przeżuwali, od razu na stypie, po drugim-trzecim kieliszku, inne danie, i najbardziej bystre damy też dołączyły do ich frakcji i na wyprzódki machały nożami i łopatkami: że Władę, znaczy, musieli już od dawna "wystawiać", bo u nas przecież za marne pięćset dolarów nie problem wynająć kilera, a każda praca Włady warta była o rząd wielkości więcej, za takie pieniądze rodzoną matkę sprzedają! - panie, jakie tam pięćset dolarów, na Chersońszczyźnie, niedawno mówili, zmarłemu dzień po pogrzebie grób rozkopali, żeby z marynarki dziesięć hrywien wyciągnąć, bo sąsiad widział, jak mu wdowa wsunęła! - no tak, może i tak, ale ja mówię o zawodowcach - a dla zawodowca samochód zepchnąć do rowu, w dodatku na mokrej drodze, to jak dla głupiego kichnąć! - i tak potoczyły się kłębki legendy, im dalej od epicentrum wydarzeń, tym bardziej niesamowite, bo przecież nie miało żadnego sensu tłumaczenie ludziom, którzy nigdy nie widzieli z bliska - chyba że w telewizji - ani Włady, ani Wadyma (a jego potężna poselska sylwetka na początku nieźle wystraszyła milicję, z tamtego ludzkiego wiru zapisał mi się w pamięci śledczy i jeszcze paru innych w mundurowych czapkach, wszyscy z jednakowymi, bystrymi spojrzeniami przyłapanych na gorącym uczynku złodziejaszków), zresztą ci ludzie nawet słuchać nie chcieli, że: a) na przewróconym garbusie nie znaleziono żadnych śladów potrącenia przez inny samochód; b) ekspertyza ustaliła nawet z całkowitą dokładnością tor zjazdu garbusa z szosy, z czego wynika, że: c) jednoznacznie i niewątpliwie był to nieszczęśliwy wypadek (ku wielkiej uldze milicji, która wprawdzie kontynuowała jakoby poszukiwania zaginionych obrazów, ale każdy głupi rozumiał, że nikt ich nigdy nie znajdzie - chyba że przypadkiem o nie się potknie! - który zresztą, powiedzcie proszę, zdrowy na umyśle ukraiński gliniarz zacząłby ni z tego, ni z owego wypruwać sobie żyły dla jakichś tam malunków, nawet gdyby cały świat mu mówił, że są warte więcej niż wołga?...) oraz, co chyba najważniejsze, że: d) dzięki Bogu nie jesteśmy w Europie, nieważne, jak głośno krzyczą o tym ojcowie chrzestni narodu, waląc się w otłuszczone piersi, więc żadnej art-mafii na naszym od wszelkiego zdrowego rozsądku niezależnym zadupiu (gdzie można za skromną łapówkę dla lokalnego urzędniczyny zdrapać ze ściany i zupełnie legalnie wywieźć dowolny słynny fresk, jak tamten Brunona Schulza z Drohobycza, zresztą w ogóle wywieźć wszystko, cokolwiek dusza zapragnie!) nigdy z definicji ni ducha nie było (przynajmniej odkąd zabrali ostatniego Goyę i Riberę, już w latach sześćdziesiątych, do Moskwy na konserwację i nigdy nie oddali, podobnie jak nikt nie zamierza oddawać nam arcydzieł z kolekcji Tereszczenków, którą poczęstował się jeszcze wujaszek Lenin, żeby rozliczyć się z wujaszkiem Hammerem za amerykańską pomoc z 1921 roku, więc poważni złodzieje dzieł sztuki już dobre pół wieku nie mają na Ukrainie czego szukać, da-a-awno by z głodu pomarli!) - zacznijmy zresztą od tego, że taki biznes wymaga porządnie rozwiniętej sieci zawodowych marszandów, a jak powiada nasz operator Antosza, i słusznie powiada - w ciemnej dupie ich szukać... Ukraińcy, co wie każde dziecko, specjalizują się w rzeczach prostych i niewyrafinowanych: broń, przemyt narkotyków, metale kolorowe, karpackie lasy, dziewczyny "do pracy w Europie" - jasno, efektywnie, morze forsy i nie trzeba do tego żadnych uniwersytetów, i póki nasz piękny kraj rośnie i rozkwita w taki oto sposób, póty różni bujający w obłokach artyści i inna hołota mogą spać spokojnie jak u Pana Boga za piecem z tego prostego powodu, że wszyscy poważni ludzie mają ich w nosie, niech sobie żyją, jedzą i piją - jeśli, rzecz jasna, znajdą jakąś strawę... O wszystkim tym rozmawiałyśmy z Władą niezliczoną ilość razy, ze śmiechem smakując rozmaite kuriozalne historie, jak na przykład procedurę kupowania jej mieszkania - z przebierankami, już w miejscu transakcji, w toalecie, żeby wydostać spod body bardzo seksownie umieszczony na ciele pas z zapoconymi w nim pięćdziesięcioma patykami zielonych - kto powiedział, że pecunia non olet - bo komu by przyszło do głowy chcieć czegoś od drepczącej ulicą kobieciny, opakowanej na cebulkę w kilka warstw workowatych swetrów, a każdy prawie do kolan? Tak samo zresztą nieskończoną ilość razy ganiała Włada samochodem, po mieście i za miastem, ze zwojami płócien na tylnym siedzeniu, bo komu, na litość boską, i do czego mogłyby się przydać?... Ludzie kochani, brała mnie chętka krzyczeć wszystkim tym łowcom świeżego mięsa, amatorom smakowitej, kryminalnej wersji zabójstwa znanej artystki w celu zagarnięcia bezcennych skarbów (trzy obrazy, które wszystkie razem mogły być warte może z dziesięć tysięcy baksów - ech, bieda nasza, niedola!...), weźcie na wstrzymanie, co by ten zabójca z tymi obrazami miał zrobić? Niby jak miałby je zamienić na gotówkę? Wiadomo, wszystko to z reguły wywalałam kawa na ławę, od razu, wszystkie żelazne argumenty hurtem - a), b), c), d) i tak dalej - ledwie zająknął się przy mnie na ten temat ktoś ze znajomych (no co za durnie...), i dość długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego stykam się z ich jawnym niezadowoleniem - jakbym im coś odbierała, chciała zagarnąć coś dla nich ważnego; równocześnie z jakichś sąsiednich zakamarków zaczęły przesączać się, jak strumyczki wody spod drzwi zalanej łazienki, równoległe i jeszcze bardziej niesamowite wersje: jedna - że Włada miała w taki sposób popełnić samobójstwo (najsilniej mną wstrząsnęło, że tę wersję łakomie rozbudowywali właśnie nie postronni z nudów, tylko jej artystyczni koledzy, z których każdy na wyprzódki pędził, by zaprezentować swój osobisty raport twórczy, kiedy i w jakich okolicznościach po raz ostatni widział Władę, i jak patrząc na nią, "nigdy by się tego nie domyślił" - !!!), i druga, w pewnym sensie jeszcze bardziej pokręcona - jakoby Włada została zabita z powodu Wadyma, jako ostrzeżenie albo pogróżka, przez jakichś jego tajemniczych konkurentów albo nawet, pożal się Boże, przeciwników politycznych (jakby Wadym, miś puszysty, był jakąś opoką czy fundamentem opozycji antykomunistycznej! - ale tu z początku sama też nie wiedziałam, co myśleć, mając w pamięci jego rozpaczliwe mamrotanie "zabiłem ją", które, diabli wiedzą, mogło mieć przecież zupełnie inny, nieuchwytny wówczas dla mnie, głupiej gęsi, sens, tym bardziej że lista ukraińskich polityków-i-biznesmenów, którzy zginęli w wypadkach drogowych, rosła jak na drożdżach i dostąpiła nawet zaszczytu trafienia na łamy "New York Timesa", co ukraińskim wydarzeniom nieczęsto się trafia - każda taka śmierć oficjalnie kwalifikowana była jako "nieszczęśliwy wypadek" i z filozoficznego punktu widzenia była w tym jakaś logika: szczęścia wszak w dowolnej nagłej śmierci rzeczywiście jest niewiele, a jeśli chodzi o wypadek, to życie składa się z samych wypadków, wszystko - albo przeciwnie, nic, włos z głowy nie spadnie niepoliczony, tylko nie do nas liczenie należy - i tutaj naród, który podarował ludzkości Hryhorija Skoworodę4, niezmiennie, po kilku jeszcze szeptach i replikach, zupełnie wedle nauk tegoż filozofa osiągał stoicki spokój, jednak wyobrazić sobie na tym obrazku Wadyma, i to jeszcze w roli postaci na tyle centralnej, żeby na celowniku miała znaleźć się aż jego Bogu ducha winna kochanka - tego już było zanadto nawet dla Ukrainy!) - i tak oto w miejsce jednej sprostowanej wersji momentalnie wyrastało i rozłaziło się kilka nowych, jakby nadciągająca powódź omijała budowaną przeciwko niej groblę zdrowego rozsądku i rozdzielała się na boczne nurty, i potrzebowałam niejednego miesiąca, żeby przestać pąsowieć jak pomidor i wrzeszczeć, tracąc panowanie nad sobą, w odpowiedzi na każde podejrzliwe i z naciskiem wygłoszone: "A ty jesteś pewna, że to był nieszczęśliwy wypadek?", niejednego miesiąca, żeby zrozumieć, że ludzie potrzebowali nie prawdy, nieważne w ostatecznym rachunku jakiej - potrzebowali story. Amen. I nie mnie, żyjącej z tego samego biznesu - produkowania story - ich sądzić.
Ze ściśniętym sercem musiałam przyznać: nic tak nie nadaje się na story, jak nagła śmierć błyskotliwej i znanej młodej kobiety. Żadna śmierć młodego mężczyzny nawet w połowie nie wywrze takiego wrażenia - śmierć jest jakby wpisana w los mężczyzny na mocy milczącego zbiorowego porozumienia, jak nie na wojnie, to gdzieś indziej, zwykła rzecz, jakby niczego lepszego w tym życiu się po nich, nieszczęsnych, nie spodziewano, i dlatego w przypadku śmierci mężczyzny, nawet młodego, ocenie podlega nie sam fakt śmierci, tylko na ile śmierć była udana: czy nieboszczyk spotkał ją z mężnie wyprostowanymi plecami i w ten sposób wypełnił męskie przeznaczenie, czy może podał tyły i przeznaczenie haniebnie zdradził - taka swego rodzaju społeczna death-control, i dlatego Gongadze nie zostanie zapomniany dopóty, dopóki nie dostaniemy do rąk jego prawdziwej, żywą krwią pisanej śmierci, zamiast Bóg wie czyich bezgłowych szczątków, a znów Wadyka Bojki, twarzy ukraińskiej TV początku lat dziewięćdziesiątych, który przed wybuchem w swoim mieszkaniu pokazywał kolegom teczkę z dokumentami i cieszył się: proszę, tu mam ich wszystkich, komuchy jedne, jutro zobaczycie! - a kiedy rozwiał się dym, wszyscy zobaczyli tylko jego własne spalone ciało i osiadłe po wybuchu betonowe stropy budynku - Wadyka nikt już nie wspomina, bo co tu wspominać, skoro wszystko jasne?... Śmierć młodej kobiety to zupełnie inna sprawa: w takiej śmierci zawsze widzi się coś wbrew naturze, bo jako pierwsza przemyka myśl o dzieciach - i wtedy, kiedy ich nie ma (już nie będzie!), i wtedy, kiedy są (na mogile matusinej sieroteńka cicho kwili - odwieczny, nieskończony i niekończący się temat). Story jest tu niezbędna - właśnie dla przywrócenia naturalnego porządku świata: żeby pokazać tę właśnie śmierć, która trafiła przed obiektyw, jako okrutny wyjątek, drastyczne naruszenie tegoż porządku, za które ktoś musi ponieść odpowiedzialność - jeśli nie teraz, to później, jeśli nie przed ludzkim, to przed Boskim sądem - i jeśli ofiara wedle swojego życiowego emplois była księżniczką, od kołyski szczodrze zaopatrzoną w podarunki wróżek jak na świątecznym shoppingu (co już zawiera w sobie pewną obiecującą aluzję do złamania porządku rzeczy, pewną od początku zawartą w warunkach zadania niesprawiedliwość: dlaczego, chciałoby się spytać, tyle wszystkiego dla niej jednej?...), i jeśli w dodatku za życia nigdy w roli ofiary nie występowała, nawet nie przymierzała się do niej, z dumy, dla zasady czy z dowolnego innego powodu, to najbardziej logiczne było zrzucenie winy na nią samą - niech ma, jak taka mądra! - i tak sprawę zamknąć: tfu, na psa urok, mnie się to nie może zdarzyć. Taka story to nic innego jak zamawianie, zaklęcie na pozbycie się uroku: przykrywa cudzą śmierć na amen, jakby kuloodporną szklaną bańką muzealnej witryny - można patrzeć, obchodzić dokoła, można wodzić po szkle wskaźnikiem: lekcja, jak nie należy żyć, żeby w kwiecie wieku nie znaleźć się sześć stóp pod ziemią - uważać za kierownicą, przestrzegać przepisów drogowych, nie wplątywać się w niejasne związki, nie malować dziwnych obrazów i w ogóle nie wyróżniać się zbytnio... Wszystkie moje natrętne a), b), c), d) i-tak-dalej były przegranymi z góry szczeniacko-żałosnymi atakami właśnie na tę witrynę z pancernego szkła, próbami obalenia wielkiej, samozachowawczej wiary ludzi, w to, że śmierć - czyjaś, a więc także ich własna - z definicji musi mieć zrozumiałe wyjaśnienie: bo światem rządzi sprawiedliwość. I co można było tak naprawdę przeciwstawić tej wierze - przecież nie piskliwe, po dziecięcemu głupie i bezradne: to nie fair?
W dodatku Włada rozbiła się akurat w tym samym miejscu szosy na Boryspol, w którym w 1999 roku rozbił się Wiaczesław Czornowił, i jej śmierć odświeżyła przygasłe już, złowieszcze domysły wokół jego wypadku - pod ich naciskiem po raz pierwszy błysnęło mi, że jej słowa ze snu o "wielu śmierciach" mogłyby dotyczyć wcale nie Zawartości kobiecej torebki, znalezionej w miejscu katastrofy lotniczej i kilku innych, mniej ostatecznych, ale też związanych z tematem śmierci obrazów z cyklu "Sekrety", i że w ogóle mogły nie mieć nic wspólnego z jej malarstwem, tylko zawierały jakąś znacznie bardziej dosłowną i zarazem niepokojącą wiedzę, którą właśnie przybyła się podzielić. To było wyraźnie niedobre miejsce, ponure, wśród kijowskich kierowców od dawna cieszyło się złą sławą - przynajmniej raz w sezonie zdarzał się tam jakiś wypadek, kogoś znosiło na równej drodze aż na przeciwny pas, inny miał czołówkę przy wyprzedzaniu, raz nawet ni z tego, ni z owego wybuchł bak - gdyby na jaśnie wielmożnej szosie na Boryspol tak samo jak na bardziej plebejskich, prowincjonalnych drogach przyjęte było wieszanie na przydrożnych słupkach wieńców i przyczepianie żałobnych bukiecików, to miejsce już z daleka cieszyłoby oko mnogością barw niczym obsadzona kwiatami brama cmentarza. Wychodziło na to, że Włada, ujmując rzecz po ludowemu, na zły ślad nadepnęła: krok w krok za cudzą śmiercią - i akurat wtedy, kiedy jej własne siły były na granicy wyczerpania, zresztą naprawdę miała za sobą ciężki rok, ale co ja mogę o tym wiedzieć?... Co wie o tym choćby Wadym, terytorialnie przecież najbliższy jej człowiek? (A jak on się zdziwił - z krótkim przebłyskiem junackiej uciechy, jakbym przekazała mu od niej wieści z dalekich stron, oznakę wciąż trwającego związku - kiedy opowiedziałam o Włady strachu o północy, zasnę i umrę - "No co ty mówisz?!" - albo puścił swego czasu mimo uszu, coś w rodzaju: nerwy masz zszarpane, wypij ziółek na sen, i tyle - albo nie zwierzała mu się z takich, jak mógłby je ocenić, głupstw: mimo wszystko Wadym należał do gatunku ludzi nawykłych radzić sobie z Problemami, Które Należy Rozwiązać, a nie z Nieszczęściami, Które Trzeba Znosić, a to jednak jest pewna różnica, nawet, można powiedzieć, linia demarkacyjna, która dzieli nas na słabych i silnych świata tego, i dlatego właśnie silni w ostatecznym rachunku najgorzej znoszą nieszczęścia i najmniej przytomnie się w ich obliczu zachowują - Wadym na przykład upijał się do milczącego osłupienia, właził za kierownicę swojej terenówki i jechał w noc, sam jeden, na Boryspol, jakby w nadziei, że gdzieś po drodze spotka Władę, więc musieli go nieustannie pilnować i siłą pakować do łóżka najpierw przyjaciele, a potem specjalnie w tym celu przybyli z prowincji krewni, ale tajemniczym sposobem ani razu nic mu się podczas takiej wyprawy nie stało, jeśli nie liczyć mandatów zapłaconych drogówce - zazwyczaj bez słowa podsuwał im na oślep pierwszy z brzegu zielony banknot, który wymacał w portfelu, a reszta zależała już od miękkiego serca sierżanta: raz przez pół nocy trzymali go u siebie na punkcie kontrolnym, poili herbatą z termosu i wydzwaniali po wszystkich numerach z jego notesu, aż wreszcie któryś zaspany przyjaciel po niego przyjechał - pewnie banknocik był niczego sobie, a może po prostu trafił na sympatycznych gliniarzy, tak też w życiu bywa - i Wadym do świtu wypłakiwał im się w mankiet, opowiadał w kółko, jak zginęła jego Włada, aż wreszcie zasnął na ich barłogu - o ile to nie oni sami fachowo "wyłączyli" go jednym ciosem, ale grzechem byłoby potępianie ich za to...) Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że również w tym związku silniejszą stroną była Włada - najwyraźniej od maleńkości wdrukowywana mi przez mamę archaiczna, mityczna wiara, że mężczyzna - Silna Płeć! - jeśli tylko nie siedzi w więzieniu i nie leży w szpitalu, powinien być "za starszego" i "o wszystko zadbać", była silniejsza, niż sądziłam: przetrwała ogień i wodę, rozpad małżeństwa i rozbite (kilka razy) serce, i nic jej się nie stało - przez jej hermetyczne wieczko patrzyłam, nic nie widząc, na małżeństwo Włady jak na urzeczywistniony ideał naszych nieszczęsnych matek: silny - wreszcie! - mężczyzna zasłoni cię silnym ramieniem przed wszelkimi nieszczęściami świata, w tym finansowymi, a ty sobie słodko kwitnij, pachnij i duchowo się doskonal - tyle twojej roboty, co wywiadów na wszystkie strony udzielać!... (Najśmieszniejsze, że w tamtym, poprzednim pokoleniu takie kobiety naprawdę się zdarzały: siedziały w domu, gotowały barszcz, studiowały literaturę ezoteryczną, opiekowały się represjonowanymi i zapoznanymi artystami, czasem coś popisywały albo dłubały jakieś robótki i w oczach społeczeństwa uchodziły za niesamowite działaczki, a że przez całą drogę jakiś skromny, pracowity chłopina wszystko to im opłacał - i artystów, i literaturę ezoteryczną, i wsad do barszczu - o tym nigdzie i nigdy nie wspomina się choćby słówkiem, tak samo jak nie mówi się w towarzystwie o tym, że człowiek musi siusiać i kupę robić, a jak też się damom udawało tak sprytnie w życiu urządzić, to już należy do działu pradawnych kobiecych talentów, w końcu dwudziestego wieku bezpowrotnie utraconych, jak tkanie na krosnach czy spalanie róży... Zobaczyłyśmy je już u kresu życia, owdowiałe - ich skromni mężowie, przedstawiciele ludu pracującego, umierali, rzecz jasna, jako pierwsi - zobaczyłyśmy nawet nie w postaci babulinek, tylko otrzepanych z naftaliny starych malutkich: te dziewczyneczki nie umiały nigdzie pójść bez eskorty, nie wiedziały, gdzie leżą rachunki za mieszkanie i telefon, na niewinne "jak się pani miewa" wylewały na pytającego dwie godziny szczegółowej opowieści, jak też się miewają, i w ogóle sprawiały wrażenie z lekka szurniętych, czego nie mógł zamaskować nawet poblask ich dawnej chwały - wrażenie było silne, bo komiczne, i ta komiczność ze swej strony zmuszała do powątpiewania zarówno w tamtą chwałę, jak i w tamtą epokę, która właśnie chwałę umożliwiała, więc tym bardziej trudno zrozumieć, jak mimo to zdołały tak dobrze przetrwać stworzone przez nie ideały?!) Dopiero gdy Wadym bez Włady runął jak miech bez podpórki, rozjaśniło mi się w oczach - i słowo daję, wcale nie zrobiło mi się od tego lepiej. Pamiętałam ją przecież w fazie zakochania - mogłoby się wydawać, wcale nie tak dawno temu, ale nie, to już dwakroć po dwa lata, mój książę - jak gwałtownie zyskała wtedy na uroku, jakby w jej twarzy, sylwetce i ruchach włączyło się przygaszone, miękkie światło - mrukliwy Wadym topniał przy niej w oczach jak masło na patelni, niczego oprócz niej nie dostrzegając, było to tak niesamowicie ładne, że już po rozstaniu z nimi, w samotności, nieraz łapałam się, w taksówce czy metrze, na trwale do ust przylepionym uśmiechu, jakbym umazała się konfiturą i nikt mi o tym nie powiedział - wiadomo, każda szczera miłość zawsze jest dla otoczenia samodzielnym źródłem ciepła, takim malutkim piecykiem, przy którym każdy z przyjemnością się ogrzewa,
i zwyczajnie, po babsku, cieszyłam się szczęściem Włady, że tak jej się udało, ale była w tym jeszcze jedna, dodatkowa witamina, w istocie o wiele bardziej dla mnie ważna: swoim romansem trzydziestoośmiolatki, nie mniej intensywnym niż dwadzieścia lat wcześniej, Włada jakby naocznie demonstrowała mi - jak w 1990 roku w dniach strajku studenckiego - nieustającą, w niczym od liczby lat niezależną niezmierzoność czekających nas możliwości, rozciągniętą na przestrzał przez całe życie otwartość przyszłości - jak szeroko rozwartych bram, za którymi czeka spowity mgłą złocisty horyzont - nikt tak jak ona nie umiał dawać mi tego wrażenia (oprócz, na krótko, mężczyzn w tym właśnie stadium zakochania - a potem bramy powolutku, ze skrzypieniem, ponownie się zamykały...) - zresztą, skąd by się to miało wziąć w tym wiecznie okradanym kraju, gdzie wciąż panuje kołchozowe przekonanie, że cały zapas czekających na człowieka możliwości ulega wyczerpaniu za młodu, a potem pozostaje co najwyżej żyć życiem własnych dzieci?... Coś we mnie zawsze wściekle się buntowało przeciwko temu masowemu, przestraszonemu pragnieniu jak najszybszego "ustatkowania się", zagnieżdżenia w życiu jak w łóżku na spokojny sen - nie inaczej, pamięć o tym, jak swego czasu raptownie, w ciągu roku po drugim zamążpójściu zbabiała i osiadła jak ciasto w dzieży moja mama - przy tacie, nawet w najgorszych czasach, wciąż zgrabna i zadbana kobieta, za którą faceci oglądali się na ulicy. (Byłam wtedy jeszcze żółtodziobym dziewczyniskiem i niewiele myśląc, zrzuciłam całą winę na ojczyma: wujek Wołodia mógł być po stokroć bogiem na swojej chirurgii i jak zapewniała mama, ogromnie ulżyć tacie w mękach ostatnich miesięcy - chociaż miałam wątpliwości, czy jej wdzięczność powinna posuwać się aż do małżeństwa! - jednak w życiu codziennym ten rycerz skalpela i katgutu był najzwyklejszym prostakiem w niebieskich spodniach od dresu z powypychanymi kolanami, tym nieodłącznym domowym uniformie radzieckich mężczyzn - szokował mnie również jego specyficzny lekarski humor, pod względem poziomu porównywalny chyba tylko z żołnierskim, jak na przykład uparte ciągnięcie dialogów w rodzaju "nie mogę - a twoja żona mówi, że jeszcze możesz!" - co miało być zabawne - i jakaś szczególnie odpychająca wulgarność we wszystkim, co związane z ciałem: wujek Wołodia mógł na przykład, goląc się przy otwartych drzwiach do łazienki, pierdzieć tam jak kontrabas, głośno gadać przez drzwi WC do wtóru niedwuznacznego ciurkania, przy stole wpędzał mnie w rumieńce komentarzami odnośnie zapierającego lub rozluźniającego działania danej potrawy - do żywności w ogóle odnosił się z wielką atencją, lubił "sobie podjeść" i w dodatku statecznie obsmoktać strawę słowami, w gościach po pieczonym króliku, dłubiąc w zębach, w zadumie konstatował, że "taak, nie na darmo ten królik stracił życie" - i znów wszyscy się śmiali, mama też, i to, o Boże, nawet zupełnie bez przymusu!... Gdy po drugim roku, od razu po pierwszym studencko-praktykanckim romansie - z gitarami i ogniskami, i seksem na rozścielonym sztormiaku - zwiałam jak wicher za mąż z domu rodzinnego, w którym rozpanoszył się ten, jak zwykłam go w myślach nazywać, "odeski gbur", długo jeszcze uważałam, że to właśnie on wyjął baterie z mojej mamy - zgasił i zbabił, przykręcił do jakichś niekończących się, nieznośnych dla ucha kulinarnych pogdakiwań: "Darusiu, córeńko, mam tu dla ciebie trzylitrowy słoik pomidorków na zimę, i oberżynek kilka słoików, a konfitura mi nie wyszła, rozgotowała się, spróbuję jeszcze raz, póki truskawki można dostać..." - a w młodości przecież wiersze pisała, i to niezłe!... Naprawdę uważałam ją za bierną ofiarę, której już nie można pomóc, i w swoje własne dorosłe życie zwiałam jak na odrzutowej miotle, uzbrojona w twarde postanowienie, że za nic na świecie nie pozwolę się zapuścić - wszelkie "ostateczne ustatkowanie się" tym właśnie groziło, pętało nogi i ciągnęło w dół - i potrzebowałam niejednego roku i mnóstwa guzów, żeby zrozumieć, że w takich sytuacjach kobieta nigdy nie bywa ofiarą, nawet jeśli sama tak twierdzi - że moja matka, gdy wreszcie tak ostatecznie, dzięki Bogu, ułożyła sobie życie, zwyczajnie nie miała na co w nim czekać, jeśli nie liczyć czekania z obiadem na wujka Wołodię, i swoje dawne baterie powykręcała sobie bez zbędnych wahań sama - przestały być potrzebne.) Wszystkie moje rówieśniczki były w mniejszym lub większym stopniu skażone tym samym standardem - jak najszybciej i raz na zawsze ułożyć sobie życie, jakby ktoś je gonił i musiały czym prędzej skoczyć do bunkra i na głucho się w nim zamknąć - wszystkie oprócz Włady. Ona jedna żyła, w ogóle nie zważając na to, czego oczekiwały od niej wychowanie i środowisko - a oczekiwały dobrze oporządzonego bunkra plus ojca dla Katrusi, bo jak to tak dziecko ma żyć bez ojca, i rodzinnych przyjaźni, i wspólnych urlopów, o których można potem opowiadać w towarzystwie, i nie wiadomo czego jeszcze, całej starannie uplecionej sieci, która sama, siłą własnego ciężaru, nadaje życiu formę już bez woli zainteresowanego i dopiero gdy wszystkie zakamarki zostaną wypełnione, a tym samym minimum życiowe zaliczone, kobieta może sobie pozwolić na odrobinę luzu i urządzić wystawę swoich prac w modnej galerii, z nieodłączną przy tym prezentacją elegancko ugarniturowanego męża, który będzie rozlewał wino dla gości - a Włada zachowywała się tak, jakby chodziła w dzieciństwie do jakiejś innej szkoły, gdzie o tym nie uczyli: pojawiała się i znikała jak rtęć, gdzie chciała i z kim chciała, i wyglądała przy tym ślicznie, i malowała coraz lepiej i lepiej, aż powoli zaczynano się jej obawiać, zwłaszcza odkąd zaczęła mieć pieniądze, wszak pogardliwie machnąć ręką - kto, Matusewycz? - nie przychodziło już tak łatwo, bo pieniądze, co tu gadać, mają władzę potwierdzania, same przez się, racji ich posiadacza, cokolwiek by robił... Z jakiegoś powodu ludziom tak trudno jest pogodzić się z faktem najbardziej oczywistym: Włada po prostu od urodzenia miała ten nadmiar wewnętrznej wolności, który dostaje się w jednym pakiecie z talentem i bez którego talent nie ma szans - rozmieni się na drobne wśród kręcenia główką na wszystkie strony w oczekiwaniu pochwał i oklasków - i na tym nadmiarze wolności, jak na pełnym baku, przeskakiwała wszystkie podsuwane jej zewnętrzne reguły, jakby ich nie zauważając, z rozpędu, skokiem na motocyklu - miejsce Wadyma, odkąd pojawił się w jej życiu, mogło być na tylnym siedzeniu, a mogło też być na poboczu drogi, z chorągiewką w garści, w każdym razie ich związku Włada nigdy nie traktowała jako "ustatkowania się" (i złościło ją, gdy tak traktowały go znajome baby, składając gratulacje - z podtekstem, że złapała bogatego faceta - "sama też biedna nie jestem", odgryzała się w takich wypadkach, co oznaczało ostateczne już granice złości...). Ale nawet ja za jej życia nie zdawałam sobie sprawy z tego, co tak gruboskórnie i nieładnie zaczęło odsłaniać się potem: że ten wrodzony nadmiar wolności dawał siłę bycia sobą nie tylko jej samej, ale też wszystkim innym wokół niej - nam wszystkim, Wadymowi też, Wadymowi nawet najbardziej.
Niektóre rzeczy, które wcześniej przegapiłam, teraz uwierały jak żwir poobcieraną skórę - na przykład Wadym, który po pijanemu desperował: "Jak ja mam teraz żyć - z bezpośredniością rozpieszczonego chłopczyka, który tarza się po podłodze bez spodni, bo nie ma komu go podetrzeć - ona mi poprzeczkę trzymała!..." - no i proszę, sucho i nieprzychylnie stukało mi w głowie, jak na klawiaturze kalkulatora, tobie, znaczy, też?... Na pogrzebie też palnął, już bez wysokiej nuty, ze skąpym męskim tragizmem: "Była najlepszym, co mnie w życiu spotkało" - jakby na takie zwierzenie Pan Bóg miał pojąć cały rozmiar zadanej mu osobiście krzywdy i zarumienić się - i znów poczułam ukłucie urazy: a co z jej życiem, jak teraz szukać sensu jej życia, czyż nie to jest w tej chwili najważniejsze? Można było, rzecz jasna, zrzucić to na szok, w tym stanie ludzie nie takie rzeczy mówią, a już zwłaszcza faceci - co poradzisz, no nie umieją ani urodzić, ani pochować, te najcięższe i najbrudniejsze życiowe prace są domeną kobiet, nie można wymagać od ogłuszonego bólem chłopa doskonałej stylistyki - najwyraźniej siłą inercji wciąż gromadziłam wtedy w myślach wrażenia, żeby kiedyś przekazać je Władzie (niejeden jeszcze miesiąc łapałam się na tym), bo przypomniało mi się w tamtym momencie, jakby weszło do mojego wewnętrznego dialogu na równych prawach, Włady opowiadanie - stare, bardzo już odległe - o tym, jak w dzieciństwie ojciec zawiózł ją na wieś na pogrzeb swojej matki, Włady nigdy-wcześniej-niespotkanej babci; Włada zapamiętała, jak budziła się w nocy i widziała przez otwarte drzwi migotanie świec w sąsiednim pokoju - tam trwało "czuwanie" przy zmarłej i świece, jak zdawało się małej Władzie, wyrastały z mroku samoczynnie, niczym kwiaty ogniste, pomyślała, że to właśnie jest bajkowy kwiat paproci, i nawet pomyślała życzenie, tylko nie pamiętała jakie - i tamtej właśnie nocy usłyszała lament pogrzebowy, "prawdziwy lament, Daryno, teraz już nawet na wsi się takiego nie usłyszy!" - mówiła, że to było jak śpiew: jedna jedyna, nieustannie powracająca muzyczna fraza, która rozpędzała się w górę, jak po urwisku, i bezsilnie zjeżdżała w dół, jak tamten gazik, którym jechali z ojcem przez jesienne bagna, buksując na każdym pagórku, i była w tej monotonii jakaś wszechogarniająca i poruszająca jasność, jakby to właśnie ona, ta monotonia, stanowiła najdokładniejszy przejaw piękna, męki i marności ludzkich wysiłków pod tym niebem - mała Włada zastygła pod ciężką wełnianą narzutą, bojąc się odetchnąć, do kości przejęta ogromem żalu, dla którego nie istniało pocieszenie: głos był kobiecy, śpiewał-płakał na tej jednej frazie, splatając słowa, wymieniając dzieła i uczynki zmarłej już przed kimś oddalonym, kogo nie było w pokoju, jakby przebierał je i obmywał sobą, by przetworzyć w klejnoty o szlachetnym blasku, aż Włada nie od razu zrozumiała, że wszystko to było śpiewane o jej rodzonej babci, której nie znała i która leżała teraz tam, pod gronami płomyków świec, i już nie wstanie, na niczyje prośby, z tą straszną siłą zrozumianej beznadziejności błagania, którą ludzie zwą rozpaczą: "Oj wstań, wstań, moja przyjaciółko..." - innych słów Włada nie zapamiętała, zresztą nie do zapamiętywania były przeznaczone, improwizacja, którą usłyszeć można tylko raz, nie powtarza się i nie odtwarza, za to zapamiętała, jak mruknął z uznaniem tuż obok, od drzwi, chrypliwy męski bas: "Pięknie płacze!" - i tak dowiedziało się dziecko miasta, że to był lament i że miał ten lament innych niż ono świadków - publiczność, która przyszła go ocenić. W tej właśnie chwili, mówiła, czar prysł - płaczka stała się w jej oczach kimś w rodzaju aktorki i wkrótce po tym, jak zamilkła, Włada wyłowiła z babskiego ściszonego rozgwaru jej zupełnie zwykły, jakby od razu przebrał się w świeże ubranie, głos: jak odpowiadał czy może dawał komuś bieżące wskazówki, o jakichś chustach, ile ich gdzie potrzeba - "Zasnęłam wtedy z takim gorzkim poczuciem - wspominała Włada - że mnie oszukano...". Teraz, gdy ona sama leżała, tonąc w nazrzucanych na nią kwiatach, i tylko jej imię co chwilę na nowo uderzało podczas panachydy, jakby budząc ze snu: "Przyjmij, Boże, duszę służebnicy Twojej Władysławy i odpuść jej grzechy świadome i nieświadome" - Władysławy? czy to o niej?... Boże, Włada! Właduśka, jak to!... - i natychmiast łzy ciurkiem płynęły mi z oczu i przez nos, a jeszcze nie mogłam bez płaczu patrzeć, kiedy na koniec brali na ramiona trumnę, tę "za tysiąc dolarów"; trumna wyglądała na maleńką, jak dla dziecka, jakoś za życia nie rzucało się w oczy, że z Włady była prawdziwa Calineczka: póki mówiła, ruszała się, śmiała, było jej niewiarygodnie dużo, i może też dlatego w trumnie wydawała się siłą unieruchomiona, nie martwa, tylko właśnie zabita i naumyślnie wystawiona na pokaz, żeby wreszcie ukazała się, jak ogólny wyrzut sumienia, jej niewidoczna wcześniej bezbronność - kiedy tak leżała, a my, stojąc nad nią, usiłowaliśmy coś powiedzieć (i ja też!), i wszystkie słowa były tak puste i nic nieznaczące - no kogóż to obchodzi, kim ona dla ciebie była, człowieku?! - niewspółmierne, nawet jeśli zebrać je wszystkie razem, do jej urwanego życia: to były te same słowa, którymi ludzie przemówią później, kiedy już wrócą z pogrzebu do domów i będą pić herbatę we własnej kuchni - dopiero tu mogłabym powiedzieć Władzie, ile bym dała, żeby ktoś nad nią, jak niegdyś nad jej babcią, "pięknie zapłakał". Mogłabym jej powiedzieć coś, czego wcześniej nie wiedziałyśmy: jak zaciska człowiekowi gardło ta potężna jak wole niemota, nieznająca tego zapomnianego, archaicznego rytuału - jedynego, jak się okazało, który może być w takiej chwili przydatny: przeznaczonego do obmycia całego ludzkiego życia naraz tak samo, jak obmywa się ciało, zwykłymi słowami nie da się tego zrobić - obmyć i wznieść nad głowami tłumu, by zobaczył ponad trumną - to nie było oszustwo, mówiłam w pustkę wyłączonego telefonu, to była sztuka, Właduś, tylko nikt już tego nie umiał, i ja nie umiałam, i gdybym spróbowała podnieść swój żal, uchwycić go głosem, wyrwałoby mi się co najwyżej zduszone muczenie rannej krowy...
A potem - powoli, po kropli - zaczynało się zapomnienie.
Boże, czyżby to naprawdę było już wszystko?
Daryna Hoszczynska wstaje zza stołu, podchodzi do okna i długo wpatruje się w ciemną szybę, za którą pobłyskują w dole nikłe gwiazdki miejskich świateł. Jak kiepsko oświetlony jest Kijów - a przecież to stolica. Można sobie wyobrazić, co się dzieje na prowincji. I mrok, ten mrok... Jak fatalnie żyjemy, Boże, i jak fatalnie umieramy...
- Daryna? - zdziwiony głos Jurka, kolegi z wieczornego wejścia. - Co tak siedzisz po ciemku?
Pstryka włącznik - i z głębi szyby przed nią wyłania się (w pierwszej chwili nieprzyjemne zaskoczenie) piękna młoda kobieta, w takim mdłym świetle, rozmywającym fakturę szczegółów, naprawdę młoda i niewiarygodnie, do bólu urodziwa, aż strach bierze: coś wiedźmiego, pogańskiego. Wydłużone egipskie brwi, wargi ciemne, jak nabrzmiałe krwią - jakiż brak podobieństwa do telewizyjnego obrazu, który najpierw narzuca pytanie, jakiej firmy kostiumik ma na sobie prowadząca i jakiej używa szminki. A tutaj - jakby twarz wyłowiona przez płomień z mroku nocy, archaiczna, burzowo piękna. Daryna, zanim wróci do świata (do Jurka, który coś do niej mówi), zachłannie wpatruje się w tę niedostępną twarz, swoją i obcą równocześnie: proszę, więc tak wygląda w samotności - na znacznie silniejszą, niż się czuje. Dzięki tej sile Daryna posyła Jurkowi olśniewający uśmiech.
- Przepraszam, zamyśliłam się... Co mówisz?
- Mówię, że właśnie dzwonił do ciebie młody człowiek. - Wzrok Jurka robi się wieloznacznie jedwabisty; stosunki między nimi od kilku już lat balansują na granicy pracowego flirtu, zupełnie niezobowiązującego, ale któryż mężczyzna lubi być heroldem zwiastującym przybycie innego, więc w króciutkiej, na poły pytającej pauzie Jurko daje jej szansę usprawiedliwienia, choćby uniesieniem brwi zepchnięcia "młodego człowieka" na drugi plan, a nie doczekawszy się, sam posyła łaskawy uśmiech pod jego adresem: - Martwił się, gdzie przepadłaś.
- Boże, przecież ja wyłączyłam komórkę! Dziękuję, Jurczyku.
No jasne, to Adrian. (Niezadowolony Jurczyk tymczasem usuwa się za drzwi.) Dziwne, że zapomniała o jego istnieniu. Że zawsze zapomina o jego istnieniu - jak zapomina się o własnej ręce czy nodze.
- Aduś?
- Lalusia?
Głos, jak zawsze, gdy rozmawia z nią po niedługiej nawet przerwie, kipi niepowstrzymaną radością, przez moment zdaje się jej, że trzyma w dłoni jego stwardniały, jak kamień obleczony w jedwab, członek, i fala zapachu Adriana (cynamon? kmin?) napływa na nią z taką siłą, że aż musi przysiąść na brzegu stołu, nieświadomie zaciskając między nogami wolną rękę; "Lalusia" - tak mówili na nią w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie umiała wymówić "Darusia", ale Adrian sam wymyślił to imię, lalka - moja lalka - laleczka - lalusia - jego miłosny język, jak większości mężczyzn o czystej duszy, był językiem dziecięcym; nie wyobrażał sobie, że można się tego wstydzić, na początku, speszona, jeszcze się broniła: nie jestem twoją lalką! - jednak trzydzieści-kilka-lat-niesłyszana "Lalusia" w końcu pokonała, ostatecznie przełamała inercję jej kobiecego doświadczenia, kolejny raz przekonując o niemal metafizycznej sensowności wszystkich działań Adriana - jakby naprawdę władał jakąś tajemną o niej wiedzą, wobec której powinna zamilknąć - i może przeczuwając to, za każdym razem wykrzykuje do słuchawki swoje triumfalne "Lalusia?", niczym młody tatuś, który właśnie nadał imię swojej pierworodnej i sprawdza jego brzmienie... Ale i tak za każdym razem czuje się speszona i chciałaby zasłonić mu usta, kiedy myśli, że świadkiem tej bezwstydnej demonstracji szczęścia może stać się ktoś obcy - w biurze, w samochodzie, w sklepie czy skądkolwiek on tam dzwoni...
- Skąd dzwonisz?
To brzmi jak troska, i on tak to odbiera, co budzi w niej leciutki wyrzut sumienia, jakby świadomie go oszukała, więc w odpowiedzi próbuje się skupić, grzecznie wysłuchuje, jak przyszedł - zebrał się wreszcie - na swoją katedrę o skomplikowanej nazwie, gdzie ciągle jest na liście doktorantów, szefa nie zastał, sekretarka twierdziła, że niedługo przyjdzie, i bez sensu stracił prawie godzinę, wypił z tą idiotką chyba z pół litra kawy - Adrian oczywiście nie mówi "idiotką", bo w ogóle bez potrzeby nie mówi źle o ludziach, i nawet gdy jest taka paląca potrzeba, ogranicza się do opisu jednego konkretnego zachowania, nie rozciągając tego na osobę jako taką, a Daryna od dawna podejrzewa, że sekretarka katedry zwyczajnie robi do Adriana słodkie oczka i korzysta z każdej okazji, by zorganizować z nim sobie małe t?te-a-t?te, w głowie się nie mieści, jakie się te baby nachalne porobiły!... (Gwoli sprawiedliwości, rzeczywiście, zanim stała się Daryną Hoszczynską, prezenterką jednego z państwowych programów, też zdarzało jej się przejawiać inicjatywę wobec mężczyzn, którzy jej przypadli do gustu, ale jest to wspomnienie tak odległe i mgliste, że niczego tu nie równoważy...) Słuchając go, odruchowo zerka na swoje odbicie w szybie (z komórką przy uchu): znów zwykły, ekranowy obraz, tylko w kiepściutkim świetle.
Włada i Adrian to jakby różne szuflady, równoległe kanały w jej świadomości: z Adrianem spotkali się, gdy Włada leżała już na Bajkowym. I nic teraz nie kusi, żeby w myślach ich sobie przedstawiać - nowa era, nowy sposób liczenia lat. P.W. Po Władzie. Tak.
Artem - tak, on znał Władę; Artem, od którego zaczęła się dla niej, Daryny, historia Dowhanówny (przelotny uśmiech na wspomnienie tamtej piwnicy, w której zaczęła się cała historia, i swojej ówczesnej niewygodnej pozycji...) - a potem, w drugiej kolejności, pojawił się Adrian. Artem teraz też jest częścią przeszłości i raczej już się na scenie jej życia nie pojawi - zupełnie jakby odegrał już przeznaczoną sobie rolę w tej sztuce. Na ułamek sekundy Darynę ogarnia paraliżujące oszołomienie, mąci jej się w głowie, jakby olbrzymia huśtawka przerzuciła ją ponad czasem, "diabelski młyn", tak się to nazywało w parku jej dzieciństwa, i na samym szczycie, kiedy w dole otwierała się panorama aż po horyzont, zawsze ją mdliło, czyżby ze strachu przed znalezieniem się oko w oko z całym światem?... (W dzieciństwie taka panorama wydawała się całym światem!) Coś niewłaściwego musiało być w tym widoku życia "z lotu ptaka", niczym z rusztowania Wieży Babel - coś, czego człowiekowi nie wolno, nie pozwala się utrzymać dłużej niż przez ulotny skrawek chwili - i teraz tak samo coś wtrąca ją w poślizg, jak od krótkiego spięcia, od momentalnego połączenia przed wewnętrznym wzrokiem tak odległych w czasie, dla normalnego, "z dołu", spojrzenia kompletnie niezwiązanych ze sobą osób - we wspólny wizerunek, starannie stworzoną opowieść, w spójny obraz: w panoramę! - właściwie w przebłysk panoramy, bo chwilę później obraz znów rozsypuje się w pył, Daryna wyławia z niego zaledwie nitkę od Artema przez Dowhanównę do Adriana i pozostaje na brzeżku stołu z nagłym, jak pot między łopatkami, domysłem - nie, pewnością! - że takie niteczki wiążą wszystko wokół, że i przez nią, Darynę Hoszczynską, setki ich, niewidzialnych dla oka, nieustannie biegną w czyjeś życia, ale przyjrzeć się i zatrzymać w oczach tworzony przez nie obraz - ten potężny i oszałamiający, samo zbliżanie się do niego budzi mdłości - nie można, nie można już choćby dlatego, że te nitki uciekają poza granice twojego ograniczonego widzenia, poza ramy twojego życia - tak cholernie krótkiego! - nanizując na siebie ludzi, rozdzielonych już nie przez lata, nie przez pokolenia, ale przez stulecia i dalej, gdzie wzrok już nie sięga: ta żywa tkanina powstaje z nas i przez nas, płynie, drga, faluje i nie da się, ze swoimi żałosnymi kilkoma dziesiątkami lat ziemskiego żywota, podskoczyć ponad nią, by ujrzeć z góry jej rozciągnięty w bezkresie i bardziej przecież od rozgwieżdżonego nieba skomplikowany wzór - wszyscy ocieramy się w czasie o siebie nawzajem, nie mając o tym pojęcia, martwi, żywi, nienarodzeni, i któż wie, ilu ich i w jak niezwykłych splotach losu złożyło się na to, żebym teraz mogła siedzieć, trzymając w ręku głos mężczyzny, którego kocham - i nawet tego nie dostrzegać: dlaczego go kocham, dlaczego właśnie jego?...
- Halo? - ostrożnie szturcha ją ten mężczyzna, wyczuwając na drugim końcu osłabienie uwagi, przejście jej, jak sam by to określił, ze stanu stałego do stanu plazmy. - Lalusiu? Słuchasz mnie?...
- Aha... Aduś, nie pamiętasz, na czym polegał ontologiczny dowód na istnienie Boga?
Prychnięcie - nie dlatego, że pytanie wydało mu się śmieszne, i nie z zaskoczenia, ale dlatego, że każda niespodzianka z jej strony wciąż sprawia mu ogromną radość; ciekawe, ile to jeszcze potrwa?...
- Kiedyś wiedziałem, teraz sobie nie przypomnę... Bo co?
- Bo zdaje mi się, że właśnie go odkryłam.
Śmieje się - głośno, szczerze śmieje się ze swojej sprytnej dziewczynki, niestrudzonej w poszukiwaniu pomysłów. Cieszy się, że jest w dobrym nastroju.
- Poważnie. Rozumiesz, ktoś musi to wszystko widzieć jako całość, z góry. Jak na diabelskim młynie w parku. Ale nie teraz, nie w tej chwili, tylko tak w ogóle...
Brzmi to wyjątkowo głupio; nawet jej samej wydaje się, że dawno już nie wygłaszała głupszej tyrady z takim przekonaniem w głosie - naprawdę, jak uczennica.
- Ty moja spryciulo!...
Zgadza się, z góry się zgadza ze wszystkim, co ona powie. Byle tylko było jej dobrze. Byle tylko był pokój w rodzinie i zgoda, i cisza - łamana co najwyżej przez jej jęki w sypialni, na łóżku king size z arabską narzutą. On lubi jej jęki; "nie przerywać muzyki" - tak to się u nich nazywa. Na moment Darynę ogarnia taka rozpacz, jakby ją ktoś wypchnął ze statku kosmicznego w otwartą przestrzeń i odciął przewód: pustka, pustka i próżnia. Samotność.
Adrian tymczasem podważa jej myśl z innej strony, chwyta pęsetką i kładzie gdzieś pod mikroskopem na szkiełku laboratoryjnym - i jeszcze dociska od góry do całkiem już nierozpoznawalnej postaci:
- Mogę ci odpowiedzieć co najwyżej z punktu widzenia teorii prawdopodobieństwa, jeśli chcesz... Gdzieś czytałem, że według statystyk nieszczęśliwych wypadków liczba ocalonych przewyższa przewidywaną o pięć procent, przy czym jest to stała proporcja...
Nie, ona nie chce tego wiedzieć. Nie chce nawet wysilać się, żeby zrozumieć, co ta gadanina ma znaczyć - jak w szkole na matematyce, kiedy za moment wezwą cię do tablicy i każą kontynuować od miejsca, w którym poprzednia ofiara odłożyła kredę. Ale on to dobra dusza, a ona była niesprawiedliwa, sam uprzejmie wszystko wyjaśni:
- Wydaje się, w każdym razie wedle teorii, że kostka powinna pokazywać pół na pół: ginie tylu, ilu przeżywa. A przeżywa zawsze o pięć procent więcej, stale. Te pięć procent to właśnie interwencja czynnika X, nieznanej siły - wychodzi na to, że to Bóg. Matematyczny dowód na jego istnienie.
- Naprawdę? Fascynujące...
Nie ironizuje (no może ociupinkę...), naprawdę uważa, że to ciekawe - w klasie jest ciepło, usypiająco mruczą lampy pod sufitem (na dworze jeszcze ciemno, zima, pierwsza lekcja...) i kreda na mokrej tablicy poskrzypuje tak swojsko - tylko palce będą potem jak nie własne, takie nieprzyjemnie szorstkie, aż do końca lekcji, i źle będzie się nimi trzymało długopis... Tamten wcześniejszy jej stan rozwiał się - zacisnęła w pamięci, jak buldog w szczękach, tylko słowo "nitki", teraz do końca dnia będzie jej krążyło w głowie i od czasu do czasu bezmyślnie wyrywało na usta, a ona nawet nie zauważy: nitki, nitki. Nitki. Nitki, które tworzą obraz, ale my go nie widzimy. I dlatego żadna, niczyja story nigdy nie jest zamknięta. I śmierć nie stawia w niej kropki.
Dopiero tutaj Daryna orientuje się, że ta egzystencjalna rozmowa przez komórki będzie ich oboje kosztować tyle, że można by przy takiej samej rozmowie o wiele smaczniej posiedzieć w kawiarni - tak oto raz po raz japiszonowata rozrzutność Adriana tłumi jej instynkt dziewczynki z ubogiego domu: dla niej pieniądze zawsze chyba będą tylko otwartym wachlarzem możliwości, z którego koniecznie trzeba wybrać najlepszą, a dla Adriana po prostu czymś, co należy wydać wedle własnego gustu, teraz i zaraz. W dodatku oboje zarabiają prawie tyle samo (ona troszkę lepiej!), więc rzecz nie w kwotach; rzecz w wolności wewnętrznej, której się nie kupi - albo jest, albo nie. Okej, nie ma to nie ma, chrzanić to.
- A dlaczego do mnie dzwoniłeś, wiedziałeś przecież, że jestem w studiu? Tak po prostu?
- No, wiesz...
Jego głos drży i ucieka, spłoszony chowa się gdzieś w ciemną dziurę, jak nieostrożnie dotknięty ślimak. Coś się stało, przeszywa Darynę myśl - ale nie, gdyby coś się niedobrego stało (a dlaczego właściwie miało stać się coś złego, dlaczego ona wiecznie spodziewa się właśnie złego, do cholery, kiedyż to się wreszcie skończy?!), gdyby naprawdę coś się stało, od razu by powiedział, nie zacząłby takiej wesołej gadaniny - a może właśnie by zaczął?... Jeszcze nic złego razem nie przeżywali, żadnych nieszczęśliwych wypadków, pogotowia ratunkowego, bezrobocia czy krachu finansowego - zwykłe drobiazgi, przeciętne życiowe kłopoty, problemy, które trzeba rozwiązywać i które nadają się do rozwiązywania - skąd ma wiedzieć, jak on znosi nieszczęścia?... Prawdziwe nieszczęścia?
- No... Chciałem ci od razu opowiedzieć, na gorąco... Wiesz, jakoś przysnąłem po południu, zmorzyło mnie tam, gdzie siedziałem, w fotelu, dziwne... Nawet szefa przespałem...
- Awitaminoza! - śmieje się koloraturowo, jak operowa diwa w scenie uczty, aria Violetty z Traviaty. Teraz już niepowstrzymana radość tryska z niej na wszystkie strony; jakaż ulga: nic się nie stało, wszyscy cali i zdrowi!... - W dzień się boję spać, mękę przynoszą sny i strach, Pawło Tyczyna - dorzuca jednym tchem, biorąc rozpęd, jak na łyżwach, do roziskrzonego, długiego, zakręconego piruetu natchnionego szczebiotu, ale natychmiast hamuje, płuca stop, łyżwy z ostrym zgrzytem ryją lód: to jeszcze nie koniec, on nie skończył mówić!...
- Może i awitaminoza... Sen mi się przyśnił.
- Sen? - Jakby nie rozumiała tego słowa.
- Sen - powtarza Adrian, co ostatecznie odbiera słowu sens. - Ty i ciocia Hela.
- Sen, widziałem dziwny sen... - mruczy już siłą inercji, echem pozbawionego sensu słowa, odruchowo chwytając się w pamięci pierwszych lepszych cytatów, by utrzymać zachwianą równowagę: nie, zupełnie jej się nie podoba występowanie w jego dostatecznie już podejrzanych snach w towarzystwie umarłych, od czegoś takiego mimowolnie cierpnie skóra, ale z "ciocią Helą" - z Ołeną Dowhanówną - łączy ją jednak też coś rzeczywistego i nawet zupełnie zrozumiałego: ten przeklęty film, z którym tyle już się namęczyła i dla którego, mimo wszystkich tych mąk, wciąż nie może znaleźć właściwego obrotu klucza w zamku, tego jedynego chwytu fabularnego, który cały mechanizm puściłby w ruch, może wrażliwy Adrian, nastawiony na jej falę, właśnie to podświadomie odbił - jej rosnący, związany z filmem o Dowhanównie niepokój?...
- I cóż robiłyśmy?
Jej śmiech brzmi żałośnie, cieniutko - jakby opowiedział jej straszną bajkę, a ona teraz chce usłyszeć, że to wszystko nieprawda. Ale skądś, z wnętrza wzbiera już w niej - i przybiera na sile, i rośnie - wiedza, że takiego zapewnienia nie usłyszy. Że nie o film tu chodzi.
- Najpierw siedziałyście razem przy stoliku w kawiarni. W ogródku, pod daszkiem... Przypominało Pasaż. Byłyście w letnich sukienkach, śmiałyście się... Wino piłyście.
Taaak.
- A potem?
- Wiesz, dużo tego było. - Adrian niespodziewanie się poddaje i dopiero teraz w jego głosie daje się słyszeć prawdziwa, niczym już nieprzesłonięta błagalna trwoga. - Nie wszystko pamiętam, dlatego dzwoniłem do ciebie od razu, jak tylko się obudziłem, żeby nic po drodze nie pogubić, ale cię nie było... - (Byłam, byłam - stuka bezdźwięcznie - akurat te same kadry oglądałam, tylko w towarzystwie innej nieboszczki!...) - Może już w domu porozmawiamy, opowiem, co zapamiętałem, z obrazkami... Wiesz co, Laluśku... Może ja po ciebie przyjadę, dobrze?
- Też wymyśliłeś - mówi najbardziej beztroskim na świecie głosem: żeby uspokoić i jego, i siebie równocześnie. - Odwiozą mnie, Jurko odwiezie.
I rzeczywiście, nad podziw gwałtownie zapragnęło jej się towarzystwa Jurka, zapragnęło się lekkiej, wesołej paplaniny w samochodzie, akrobatycznego przerzucania się podbarwionymi erotyzmem żarcikami i ironicznymi komentarzami do zakończonego dnia pracy, tej zwykłej i przyjemnej dla obojga chwili odprężenia, jak odświeżający prysznic albo filiżanka kawy - z tych drobnych rytuałów dobrze ułożonego świata, dających nam poczucie stałości i bezpieczeństwa: akurat się przyda.
- Nie przejmuj się, Aduś. To głupstwa.
- Nie wiem, sam nie wiem... - Niemal widzi, jak Adrian kręci głową, odpędzając przykre myśli, niczym brzęczącą w głowie muchę, taki śmieszny czasem jest ten jego odruch, jak u małego chłopca, i kończy zupełnie jak mały chłopiec: - Obiecaj mi, że będziesz uważać!
Daryna znów wybucha operowym śmiechem, ale tym razem bardziej dramatycznie, mezzosopranowo: bliżej Wagnera.
- Cóż, zawsze zostaje ta szczelina pięciu procent, prawda?...
Rozłącza się i na moment zamiera przed czarnym światem za oknem: przed tą kobietą po drugiej stronie lustra, wyrwaną z nocy migotliwym blaskiem ognia. Nietutejsza, burzowo piękna twarz z podłużnymi egipskimi oczami i purpurowymi ustami wstaje jej na spotkanie, zdecydowanym ruchem wysuwając podbródek - i nagle przebiega ją leciuchny, krótki dreszcz, jakby powstrzymywała nadpływający z wnętrza szloch.
...Władeczko, Władusiu. Pomóż mi.
Daryna Hoszczynska odwraca się do odtwarzacza, naciska eject, wyjmuje kasetę z kopią wywiadu, wrzuca ją do torby i z wizgiem zaciąga suwak. Potem narzuca płaszcz, gasi światło i gwałtownym ruchem otwiera drzwi na korytarz.
- Ju-u-uuurkuuu! - rozbrzmiewa pod sufitem w rytm postukiwania obcasów jej mruczący, głęboki głos, niemal jak gruchanie gołębia.
Potem przychodzi kolej na fotografie. Czarno-białe, wypłowiałe do sepii, karmelowobrązowe; niektóre na grubym gofrowanym papierze z białymi brzegami w ząbki, jak mereżka przy kołnierzu szkolnego mundurka - epoka sprzed Kodaka, epoka zimnej wojny i materiałów fotograficznych produkcji krajowej, zresztą wszystkiego produkcji krajowej, a kobiety na zdjęciach poupiększały się takimi samymi gigantycznymi stożkami koków, tych idiotycznych podkładek z martwych (a często pewnie jeszcze cudzych, fe, paskudztwo!) włosów i mają na sobie takie same nieforemnie prostokątne, sztywne z wyglądu sukienki, jak bohaterki filmów Andy'ego Warhola czy, dajmy na to, Anouk Aimée w Osiem i pół (ją przynajmniej mogły, choćby teoretycznie, zobaczyć - odstać pięć godzin w kolejce, w festiwalowej ciżbie, by w końcu przedrzeć się do sali, mokre i szczęśliwe, z poprzekrzywianymi na bakier kokami i różnobarwnymi, ciemnymi półkolami pod pachami białych bluzek, pod które zakładało się kolorowe halki - krajowej produkcji, pewnie, co kto miał najlepszego: błękitne, różowe, lila, ale bielizny na zdjęciu nie widać; zresztą tych mokrych półkoli ani zapachu tamtych kolejek, jeszcze nieobznajomionych z dezodorantami, za to gęsto obsypanych pudrem i różem, wyperfumowanych jakimś "Indyjskim sandałowcem" z fabryki Czerwona Moskwa albo w najlepszym razie polskim, równie słodkawo-mdłym "Być może..." na tle różnorodnego chóru rozgrzanego kobiecego potu też nikt już nie odrestauruje - a na zdjęciach, wystrojone i świeżo przyczesane, spokojnie mogą uchodzić za rówieśnice Anouk Aimée, żadnej żelaznej kurtyny stąd, z odległości czterdziestu lat, już nie widać...). Wiesz, co sobie właśnie pomyślałam? Że kobiety w ogóle są mniej podatne na zmiany klimatu politycznego - wskakują w nylonowe pończochy, a potem i w deficytowe rajstopy, i starannie wygładzają je na nodze, kompletnie nie zwracając uwagi ani na zabójstwo Kennedy'ego, ani na czołgi na ulicach Pragi - i dlatego prawdziwą twarz kraju określają mężczyźni, przynajmniej tego poprzedniego. Pamiętasz ich czapki? Takie identyczne, jak od munduru, futrzane uszanki? "Pyżyki", o właśnie, tak się na nie mówiło; po żołniersku sformowane szeregi czerniejących w milczeniu "pyżyków" na trybunie Mauzoleum, siódmego listopada, nie wiedzieć czemu w rocznicę rewolucji październikowej zawsze padał deszcz, i to ze śniegiem, jakby sama przyroda była w żałobie, a przed trybuną rządową na maszerujących pokrzykiwali, jak kapo na więźniów, zdenerwowani porządkowi po obu stronach kolumny - należało iść bez parasoli, w tym śniegu, żeby nie psuć ujęć telewizyjnych - kolorowych telewizorów też przecież jeszcze nie było, nie zdołał jeszcze krajowy przemysł aż tak dogonić Zachodu - ale skąd, były, zaprzeczasz, już w latach siedemdziesiątych to nie było dziwowisko, tylko towar deficytowy, i drogie jak cholera... Dobra, lećmy dalej - ten poważny bobas w paputach z pomponami to kto, też ty?... A kto cię trzyma na kolanach - babcia Lina?... (Niezwykłe zdjęcie, wciągające, trudno wzrok oderwać - może dlatego, że kobieta na nim widoczna, właśnie gdy fotograf nacisnął migawkę, spojrzała w dół, na malucha, z tym opiekuńczym i równocześnie rozjaśnionym wyrazem twarzy, z jakim wszystkie kobiety świata biorą na ręce niemowlęta, nieważne, swoje czy nie - a my, po tej stronie obiektywu, wciąż czekamy, aż znów podniesie na nas oczy: efekt, jeśli przyglądać się dłużej, niezbyt przyjemny, zwłaszcza kiedy wiadomo, że tej kobiety od kilkunastu lat nie ma wśród nas i nigdy już się nie dowiemy, jakim wzrokiem by na nas spojrzała, jak mrugnęłaby w tamtej chwili powiekami...)
...Zupełnie jakbym nie miała dość własnych duchów - niewyblakłych, wciąż jeszcze karmelowych, soczyście brązowych twarzy, pocętkowanych regularną ospą tego waflowego rastra, z którym dziś tak naprawdę nie radzi sobie żaden fotoszop - przy obróbce komputerowej te zdjęcia więdną, jak wiersze przy przekładzie z jednego języka na drugi, i na ekranie zyskują dziwnie żałosny wygląd, jakby zostały świeżo wyjęte z wody i powieszone do suszenia na niewidzialnym sznurku. W pewnym sensie to podniesiony z dna czasu podświadomy stereotyp postrzegania: leżeli sobie gdzieś tam, zagrzebani w mule lat, a my oto wydobyliśmy ich na światło dzienne - uszczęśliwiliśmy czy jak?... Doprawdy, ciekawe, skąd u nas, chciałoby się spytać, ta niezmienna wyższość w stosunku do przeszłości, to niezmienne, ślepe i głuche przekonanie, że my, dzisiaj, stanowczo mądrzejsi jesteśmy od nich, wczorajszych - z tego jednego jedynego powodu, że znana jest nam ich przyszłość, że wiemy, czym skończy się ich życie?... (Niczym dobrym!) To jak w stosunku do małych dzieci: mentorski ton, pobłażliwość. I tak samo jak dzieci, ludzie z przeszłości zawsze wydają się nam naiwni - pod każdym względem, od garniturów i fryzur do sposobu myślenia i odczuwania. Nawet wtedy, gdy ci ludzie to nasi bliscy. Dokładniej, kiedyś nimi byli.
- O czym tak myślisz?
- Nie wiem. O nas.
Oto czym różni się małżeństwo od wszystkich, nieważne jakim ogniem płonących, kochań i zakochań: obejmuje ono obowiązkową wymianę duchami. Twoi zmarli stają się moimi i wzajemnie. Lista imion, podawanych w cerkwi na mszy za dusze zmarłych w Wielki Czwartek, tę Wielkanoc umarłych, wydłuża się: Anatolij, Ludmyła, Odarka, Ołeksander, Fedir, Tetiana - dotąd jak zawsze, ale dalej pojawiają się, niczym nowa grupa instrumentów w drugiej części symfonii, niskim dźwiękiem wiolonczeli, z kontrabasowym, głębokim przydechem andante: Apolinaria, Stefania, Ambroży, Włodzimiera; brzmią jak imiona innego narodu, ale może ten naród rzeczywiście był inny, wszak wszyscy Talimonowie i Lampie, Porfowie i Tekliny, których życie zerwał 1933 rok na Kijowszczyźnie i Połtawszczyźnie, też raczej przywodzą na myśl pierwszych chrześcijan aniżeli krewnych oddalonych od nas raptem o dwa-trzy pokolenia, ówczesne katolickie imiona z zachodu Ukrainy w porównaniu z nimi jeszcze pobrzmiewają żywym, choć nieustannie słabnącym echem - na razie wciąż jeszcze ma kto powiedzieć: to mój wuj, to mój dziadek, zmarł na Syberii czy wyemigrował do Kanady - w tym miejscu ty, z tym niewidzącym, nostalgicznym uśmiechem, który rozlewa się po twarzy powoli, łagodnie, jak mleko po blacie, zaczynasz wspominać, jak na początku lat osiemdziesiątych twoja rodzina nieoczekiwanie dostała z Kanady paczkę od takiego właśnie, dziesiąta woda po kisielu, wujka - KGB nie wiedzieć czemu przepuściło, może w przeczuciu swojego bliskiego końca, a może już im zawziętość osłabła, wszystko zresztą w tamtym kraju opadło i zwiędło przed finałem - prawdziwa paczka z Kanady, i to nawet nie kwiecista chustka z tych, którymi nie wiedzieć czemu diaspora niezmiernie szczodrze wówczas Stary Kraj zasypywała, ale - dżinsy, matko jedyna: pierwsze twoje levisy, i do nich jeszcze dżinsowa koszula, a w sklepie walutowym rodzice kupili ci prawdziwe adidasy i torbę Adidasa, i tak chodziłeś do szkoły - i przez mgnienie oka prawie czuję ból, do gorącego skurczu w splocie słonecznym, od bezsensownej, z perspektywy czasu, nastoletniej zazdrości, zupełnie jakby mnie też ten pokazany przez ciebie obraz nagle strącił, jak z drabiny, ze dwadzieścia lat w dół, i przyrastam tam do ławki, niezdolna oderwać oczu od najbardziej niedostępnego chłopaka w klasie, a ty na mnie nie patrzysz - ty mnie ówczesnej, usianej pryszczami, z mysim warkoczykiem prymuski na ramieniu, nawet byś nie zauważył, chyba że grzecznie ustępując drogi: tacy dopieszczeni wczesnymi sukcesami chłopcy z dobrego domu zawsze są grzeczni, bo nie muszą zwracać na siebie uwagi wygłupami, w ogóle sukcesy życiowe lepiej niż cokolwiek rozwijają w ludziach przyjazność - tę powierzchowną, akuratną jak temperatura ciała, która nie przepuszcza żadnej agresji - co prawda współczucia też nie przepuszcza... To porażające, mówię na głos, kręcąc głową, ale ty nie rozumiesz, nie idziesz ze mną w nogę, ciągniesz swoje, mimochodem przyłączając moją replikę, niczym krótkie, urwane oklaski, do swojego ówczesnego powodzenia u dziewcząt, wrzucasz ją z cichutkim brzękiem do szuflady sprzed dwudziestu lat, i zostajemy tam, gdzieśmy byli - każde przy swojej szufladzie, nie mówię już o mieszaniu ich, kiedy nawet ich razem nie zsunęliśmy, i to właśnie miałam na myśli, mówiąc "porażające" - że jak niby, do licha, można wymienić się rodzinnymi duchami, wydać wzajemnie za siebie te zanikające w głębinach czasu długie szeregi zmarłych-z-obu-stron, jeśli nawet siebie przedwczorajszych - tego chłopca i tej dziewczyny, którzy kiedyś będą zakochiwać się w innych dziewczynach i chłopakach i nie spać nocami w różnych miastach, nie podejrzewając jeszcze wzajemnie swojego istnienia - nawet ich pożenić się nie udaje?... A najgorsze jest to, że oni nigdzie nie zniknęli, ani tamten chłopczyk, ani tamta dziewczynka, skoro ja, na przykład, wciąż bywam tak idiotycznie zazdrosna o twoją szkolną miłość - nieważne, że poznałyśmy się z nią w czasie jak najbardziej już teraźniejszym i to spotkanie zasadniczo powinno raz na zawsze zamknąć dla mnie ten temat, bo teraz porównanie zdecydowanie wypada nie na jej korzyść: wyrosła z niej dość ponura babka, średnio sympatyczna, tłumokowata z wyglądu i grubokoścista, typ niegdysiejszych inżynierek-projektantek, które teraz stoją po bazarach z używanymi ciuchami, w dodatku z tymi głęboko osadzonymi oczami, które z biegiem lat dają coraz silniejsze wrażenie czy to wiecznego zapłakania, czy to równie chronicznego zapoju, i porządnie postarzają swoją właścicielkę - w dodatku nawet nie uśmiechnęła się do mnie, kiedy nas sobie przedstawiano, co wskazuje na to, że jak na razie jej doświadczenie życiowe niespecjalnie sprzyjało pielęgnowaniu dobroduszności, niewykluczone, że ta pierwsza szkolna miłość pozostaje dla niej jedynym jasnym promykiem, powinnam więc raczej zwyczajnie jej pożałować, po kobiecemu i po ludzku - ale za diabła się nie udaje; nie udaje się, bo jednak nie mam pewności, którą z nich w niej widzisz: dzisiejszą czy ówczesną, obraz z drugim dnem, z przenikającym epoki podświetleniem z innego wymiaru, a wtedy w ostatecznym rachunku tracę przewagę, bo jestem dla ciebie tylko sobą dzisiejszą, jakby ściągniętą na płasko heblem z jednego jedynego rocznego słoja, nawet jeśli ten słój wydaje się taki nadzwyczajny...
- Wróbelku mój... Ty moja dziewczyneczko...
- Dziewczyneczko?
- W dotyku twoje ciało jest jak u dziewczynki. To niesamowite.
- Co właściwie?
- Że się tak zachowało.
- Chamulek z ciebie.
- Ano chamulek - zgadzasz się ochoczo, przewracając mnie na plecy, zdolność twoich rąk do wydobywania z mojego ciała tylko dla mnie słyszalnych dźwięków, tak różniących się wysokością i barwą (trochę jak u minimalistów, jak u Philipa Glassa, ale na takim tle Glass to prostak, jemu taka paleta nawet by się nie przyśniła...), po raz kolejny zmusza mnie do zmiany sposobu słuchania: zamknąć oczy, całkowicie skoncentrować się na wybuchających po wewnętrznej stronie powiek obrazach jak na koncercie symfonicznym - najpierw powoli, jakby pod wodą, zaczynają poruszać się blade pędy latorośli, rzeźbione z płynną elegancją japońskiej grafiki, potem - jak wyskok na powierzchnię - tropikalnie nasycona szmaragdowa zieleń, która nieustannie ciemnieje, kurcząc się i twardniejąc do granicy bólu sutka, i właśnie w tej chwili, gdy za moment krzyknę, bo naprawdę już sprawiasz mi ból, ucisk znika, przechodzi we wszechobecną pieszczotliwą powódź, i nad horyzontem zwycięsko wstaje okrągłe, ogniście pomarańczowe słońce! - z zachwytu śmieję się w głos, cała już niczym żywe gliniane naczynie, muzyczna rzeźba pod rękami mistrza; po uwerturze jeszcze nie bije się brawa, mówisz gdzieś z ciemności, jakby już z mojego wnętrza; twoje ręce nie ustają w ruchu, bezlitosna dokładność, że też Bóg daje takie dary, i umierać zaczynam, jak zwykle - jak ty to robisz? - jeszcze zanim, zanim wejdziesz i całkowicie mnie sobą wypełnisz, nie zostaje ze mnie nic ponad rozgrzaną na wskroś łagodnym blaskiem wdzięczności płynną i ruchomą formę, w którą mieścisz się ty cały, do ostatku, z rozpaczliwą siłą aż nieżywej już przyrody, zwycięskiego ognia-i-twardości, och ty, ty, ty, mój jedyny, mój bezimienny (w tych chwilach nie masz imienia - jak nie ma go żadna z wielkości nieskończonych...), pierwotny wybuch, rozbłysk nowo narodzonych planet, chmury, krzyk - jasne, że to jest szczęście, że mieliśmy niewiarygodne, nieprawdopodobne szczęście, aż strach pomyśleć, czym zasłużyliśmy i jaki będzie za to rachunek, pomyśl tylko, mamroczę, cudownie ociężała i wciąż mocno wtulona nosem, jak szczeniak, w mokrą od potu, swojsko-korzennie (cynamon? kmin?) pachnącą męską szyję, miliony ludzi żyły na świecie i nigdy nie zaznały czegoś podobnego (chociaż skąd właściwie mielibyśmy to wiedzieć? Ale z jakiegoś powodu szczęśliwi kochankowie zawsze mają tę niewzruszoną pewność, że im pierwszym od stworzenia świata coś takiego się przydarzyło...) - i dlatego, ma się rozumieć, nie ma w końcu żadnych powodów (a jeśli nawet były, to zmyła je oceaniczna fala), żadnych, no pewnie, podstaw, by cofać taśmę i od nowa deliberować nad tą "dziewczyneczką", nad tym, że w tobie, tylko ostatnia oślica by nie pojęła, wciąż trwa ta mozolna, górniczo uparta praca - dokleić, doszyć mnie, według kompletu odczuć, z pamięcią dotyku włącznie, bezpośrednio do swojej pierwszej miłości. (Zadanie w takiej chwili, z celowym cynizmem, pytania w rodzaju: a ty co, specjalista od uczennic? wielbiciel nimfetek? skąd takie porównania? oznaczałoby tak samo nieostrożną interwencję w te podziemne prace pamięci, jak wołanie na lunatyka idącego skrajem dachu, z podobnym ryzykiem, że obudzony spadnie i się połamie - nie, niech już będzie jak jest, nie będę na oślep dłubać w cudzej głowie...)
Właściwie powinnam się czuć mile połechtana, czyż nie? Albo przynajmniej uspokojona: jakąż bowiem trwalszą gwarancję miłości wieczystej może dać kobiecie mężczyzna, niż właśnie podłączyć ją (termin elektrotechniczny, wszyscy przecież bywamy gdzieś podłączani, ale nie pozostajemy dłużni, też na żywca lutujemy zaciski, obwijamy różnymi warstwami izolacji, póki - łup! - nie strzeli krótkim spięciem...) do tych najpierwszych obrazów kobiety, na beton zastygłych w wyobraźni - mamy, siostry, dziewczynki z sąsiedniej ławki?... Szanowne panie i siostry, kochajmy swoje teściowe, to nasza bezpośrednia przyszłość, kobiety, którymi staniemy się za jakieś trzydzieści lat (bo inaczej ukochany by nas zwyczajnie nie dostrzegł, nie rozpoznał). Kochajmy swoje rywalki, dawne i obecne: każda z nich ma w sobie coś z nas, coś, czego same w sobie zazwyczaj nie dostrzegamy i nie cenimy, co jednak dla niego okazuje się właśnie najważniejsze... Niech to diabli, czy ja naprawdę mam cokolwiek wspólnego z tą naburmuszoną babą o smoliście czarnych oczach?
A przecież to dopiero początek, Boże mój. Dopiero początek.
Apolinaria, Stefania, Ambroży, Włodzimiera (a jakie zabawne te kapelusiki z lat dwudziestych minionego już wieku, takie obcisłe, nasunięte po same brwi kociołki, obwiązane jedwabnymi szarfami - po blasku widać, że to jedwab, na zdjęciu nie matowieje - wąziutkie ronda, okrągłe główki, a na nogach, nawet latem, obowiązkowo pończochy, ależ te bidule musiały się pocić, aż strach pomyśleć!...) - przekładanie zdjęć to zarazem witanie się wzrokiem z nimi wszystkimi - nieważne, że wszyscy są martwi. To znaczy, tym gorzej dla mnie.
Bo nie tylko ja na nich patrzę - oni też patrzą na mnie. W pewnej chwili odczuwam to tak samo dogłębnie i bez logicznego wytłumaczenia (nawet tobie nie zdołałabym wytłumaczyć!), jak kiedyś, wiele lat temu, w soborze Sofijskim, do którego przybiegłam wprost z bezsennej nocy, rozstrojona nie tyle nawet przez wydarzenia, ile - znacznie silniej - przez przeczucie pierwszych ogromnych przemian życiowych, zbliżających się równocześnie ze wszystkich stron i zapowiadających koniec młodości - kasa właśnie się otworzyła, byłam pierwszym gościem, sam na sam z dźwięczną, wyczekującą ciszą świątyni, gdzie każdy krok po strasznej metalowej podłodze wybrzmiewa aż na chórze - i stojąc tak na dnie ciemnomiodowego półmroku, na poły przytomnie zapatrzona w ukośny snop słonecznego pyłu, nagle poczułam jakby uderzenie w pierś: z fresku na przeciwległej ścianie bocznej nawy patrzył wprost na mnie, składając suche orzechowe dłonie, siwobrody mężczyzna w błękitnym, fałdzistym płaszczu do ziemi - lekko zawirowało mi w głowie, jakby od wewnętrznego dotyku puszystej łapki, jakiś drżący błysk poruszył powietrze, coś się zmieniło, podeszłam na krok, ale mężczyzna patrzył już w inną stronę: jakiś mnich czy bojar, zmroczniała od upływu czasu twarz o tej typowo ukraińskiej, wyrazistej, ale równocześnie miękkiej jak w starych górach rzeźbie, którą i dziś jeszcze łatwo odnaleźć na przykład wśród handlujących na kijowskiejBesarabce2, i tylko oczy, nieporuszenie ciemne, nabrzmiałe wszechwiedzą, ciążyły nad nią, jakby nie mogły się pomieścić, i wydawało się, że jeszcze moment i znów zwrócą się ku mnie. Nie wytrzymałam, odwróciłam się pierwsza, i wtedy ujrzałam to, czego nie widziałam nigdy wcześniej: katedra była żywa, zamieszkana przez ludzi - na wszystkich ścianach i sklepieniach tak samo milczeli wyblakli, rozmyci przez wieki kobiety i mężczyźni, i każde z nich miało oczy tak samo nietutejsze, nabrzmiałe eklezjastycznym smutkiem wszechwiedzy; wszystkie te oczy widziały mnie, stałam jak na oczach tłumu, tyle że tłum ten nie był obcy: przyjmowali mnie tak życzliwie i przyjaźnie, jakby wiedzieli o mnie wszystko, znacznie więcej niż sama wiem o sobie - i wśród tego powolnego tajania, grudką masła w ciepłej wodzie, w ich wszechobecnych spojrzeniach (trudno powiedzieć, ile to trwało, bo czas stanął w miejscu) znienacka odsłoniło się przede mną, jak najbardziej oczywista rzecz na świecie, że ludzie ci żyli nie tak po prostu tysiąc lat temu, ale że żyli cały ten tysiąc lat, wchłaniając wzrokiem wszystko, co działo się przed nimi, i oczy ich stanowiły czystą kwintesencję czasu - gęsty roztwór, ciasno, jak ściśnięte jądra atomów, sprasowane esencje millenium.
I stałam przed nimi ja, śmiertelniczka - ledwie osiemnastoletnia, nawet, szczerze mówiąc, kobietą jeszcze wtedy nie byłam (niedługo potem się to właśnie stało!), więc może był to przebłysk z gatunku tych, które literatura teologiczna klasyfikuje jako widzenia dziewic albo coś w tym rodzaju - w każdym razie nigdy później, w żadnej z tysiącletnich świątyń, ani na Akropolis ateńskiej, ani na nagim płaskowyżu Świątyni Jerozolimskiej, ani w Ogrodzie Oliwnym - nigdzie więcej ci widzialni czy niewidzialni, którzy przez wieki tam zamieszkiwali, nie uznali mnie za swoją: wszystko, co tam czułam, nawet jeśli udało się zostać z nimi sam na sam, to ich przyczajenie - nie groźne czy odpychające, ale podobne do wstrzymanego oddechu, słowami można to oddać mniej więcej tak: "Czego szukasz, kobieto?". Muszę przyznać im rację: rzeczywiście, gdzie mi do nich? Kobieta, gdy raz przyjmie mężczyznę, w nieunikniony sposób przechodzi do innej sfery przyciągania - sama wpada w czas, jak w grząski strumień, całym ciężarem swego ziemskiego ciała, z macicą i przydatkami, tym żywym chronometrem, włącznie - i czas zaczyna płynąć przez nią już nie w czystej postaci (bo w czystej postaci w ogóle nie płynie - stoi nieporuszenie, jak wtedy w Sofii: jednolitym jeziorem podświetlonego ciemnomiodowego półmroku...), ale tak samo ucieleśniony - w rodzie, rodzinie, w nieskończonym chromosomowym sznurze umierającego i powracającego, pulsującego śmiertelnym ciałem genotypu - w tym, co w ostatecznym rachunku, z braku lepszego określenia, zwykło się nazywać ludzką historią. Jak w chemii - atomy łączą się... nie, wskakują! w cząsteczki: odskoczyć, żeby spojrzeć na nie z boku, już się nie da. Byłabyś wstąpiła do klasztoru - o, wtedy proszę bardzo.
I nie wiem teraz, co robić z tym nowym wrażeniem: patrzą na mnie ze starych fotografii tak, jakbym była im coś winna, i naprawdę kurczę się w sobie i niknę pod ich ciężkimi spojrzeniami, tak samo daleko wybiegającymi poza granice tamtej, uchwyconej na zdjęciu chwili, niepewna, czego właściwie ode mnie oczekują (tak jakby nie do końca mi ufali, przyglądali się, czy na pewno nadam się ich rodzinie na synową i na ile w ogóle poważne mam zamiary - Boże, co za głupoty pchają się do głowy...) te kobiety w kapelusikach-kociołkach i prostych sukienkach z obniżonym stanem, pocętkowanych błyskami słonecznego światła (pogodny letni dzień, w tle widać drzewa, które wciąż jeszcze mogą tam rosnąć, i zdyszanego psa z wywieszonym jęzorem), zapięci na wszystkie guziki wysportowani chłopcy w podkolanówkach i bryczesach, mężczyźni z czarnymi wąsikami przypominającymi przysiadłego motyla, które później zyskają nazwę "hitlerowskich" (ale Hitler jeszcze nie doszedł do władzy i za Zbruczem też jeszcze nie zbierają na stosy uschniętych za życia trupów, i Łemyk jeszcze nie strzelał do konsula Majłowa, a Maciejko - do ministra Pierackiego...3) - i powojenne, w bez porównania nędzniejszych już ubraniach; ci, którym udało się przeżyć, niedobitki albo lepiej, po angielsku - survivors, czyli ocaleńcy (jakby lepiej brzmi, nieprawdaż?); a propos, tu jest malutkie zdjęcie z zesłania, z niskimi, przytłaczająco podobnymi do siebie sopkami na horyzoncie (Kołyma? Zabajkale?...), na pierwszym planie chłopiec, dotknięty już nie sportowym, ale zupełnie plebejskim, od nadmiernego wysiłku, wychudzeniem, ubrany w workowatą marynarkę z dziwacznymi ramionami "na Terminatora", i młoda kobieta z lokami jak u pudla, też z watowanymi ramionami, śmieją się do obiektywu, głowy przysunęli blisko siebie, a ręce oboje trzymają za plecami, jakby wciąż jeszcze na rozkaz enkawudzisty, ale śmieją się szczerze, całymi twarzami, otwarcie się cieszą, a z czego tam - zapytać by - można się było tak cieszyć?... (W układzie zmarszczek wokół ust mężczyzny boleśnie przebłyskuje coś znajomego, jak déja vu albo sen, którego nie można sobie rano przypomnieć, musiałam widzieć u ciebie taki sam wyraz - mgnienie na twarzy, błyskawiczny podmuch z tamtego świata: przemknęło i nie ma, pozdrowienie od nieboszczyka, który co najwyżej w taki sposób może jeszcze czasem o sobie przypomnieć, i kiedy się dobrze przyjrzeć - a czym mianowicie, twoim zdaniem, ja się tutaj cały czas tak nienasycenie zajmuję - to w wielu twarzach można dostrzec coś twojego - coś nieuchwytnie innego, ale wspólnego dla nich wszystkich, jakby padająca na nich plamami poświata niewidzialnej lampki wyłapywała cię to w przypadkowym załamaniu rysów, to w ruchu głowy: już prawie, prawie - ale znów tylko prawie, i sen nierozpoznawania trwa, i pomaleńku koszmarnieje, jakbym goniła uciekającą zjawę...) To mój dziadek stryjeczny, przedstawiasz mimowolnie uroczystym tonem, a może tylko mi się zdaje; tłumaczę w myślach: stryjeczny, czyli brat dziadka ze strony taty, usta rozciąga mi głupkowaty uśmiech grzecznej dziewczynki, która stara się przypodobać dorosłym, bardzo mi miło - i nagle wzrok przesłania oślepiająca, rozedrgana zasłona łez, pospiesznie przełykam je i wymruguję, żebyś nie zauważył - jak wszyscy synkowie swoich mamuś, automatycznie odbierasz kobiece łzy jako wyrzut pod swoim adresem, twoja twarz momentalnie ciemnieje, jak od uderzenia, jakby oprócz ciebie nie istniały na tym świecie inne powody kobiecego płaczu - wybacz, kochanie, ale nie mogę dłużej wytrzymać tego dreszczu bezrozumnej, wszechogarniającej czułości, która zalewa mnie jak krwotok, tego wewnętrznego, w trzewiach rosnącego żalu - czy to do zmarłych, ich niesłyszalnej stąd rozmowy i śmiechu i ich szczególnie boleśnie przenikliwej dziecięcej niewiedzy o czekającym ich nieprzeniknionym mroku, a może też żalu nad nami obojgiem - dwojgiem sierot porzuconych na pastwę losu, jak Jaś i Małgosia w ciemnym lesie, dwojgiem samotnych niedonosków, wyrzuconych na brzeg nowego stulecia nadludzkim wysiłkiem tylu straconych pokoleń mężczyzn i kobiet, którzy w ostatecznym rachunku tyle raptem osiągnęli, że wydostali nas na świat, i z tego powodu należą się im pośmiertne gratulacje, bo przecież większości ich rówieśników nawet to się nie udało... No nie płacz, no co ty (z pociemniałą jak od uderzenia twarzą i natychmiastowym odruchem - przygarnąć mnie do piersi, pogłaskać po głowie, uspokoić...) - już nie będę, przepraszam, już. Idźmy dalej, do lat sześćdziesiątych z ich kokami i płaszczami z ortalionu, do tego, co przebłyskuje już w żywej dziecięcej pamięci nie dwuwymiarową fotografią, ale całkowicie przestrzennie, z dotykiem i zapachem, pamiętam, jak strasznie szeleścił taki płaszcz, kiedy my, dzieci, chowaliśmy się pod nim w szafie, oj, i takiego zajączka miałam, w kusych porteczkach i żabocie z koronką! tylko nie pamiętam, co robił, kiedy się go nakręciło - uderzał w bębenek?...
...Najwyraźniej wciąż tkwię w roli dziewczynki - a w roli dorosłego tym razem ty: rzecznik wszystkich swoich zmarłych. Naprawdę, jakbyś nad nimi wydoroślał, i nie przypominasz już tego wielkouchego dryblasa, którego zamaszyste, jakby na wyrost mierzone kroki zawsze odprowadzam wzrokiem z okna, póki nie zniknie za rogiem - jakbym odwijała nić z niewidzialnego kłębka, tylko ta nitka wychodzi ze mnie, z wnętrza, jak z jedwabnika... Czasem ogarnia mnie przy tym niemal macierzyńska duma, jakbym to ja cię urodziła, takiego starannie skrojonego, z taką hojną giętkością ruchów - poprzednie pokolenie "wzorowych chłopców", tych radzieckich, co to "pionier, komsomolec, potem komunista", i tak właśnie z nimi było, ruszało się inaczej, sztywniej, z ołowianą, żołnierską mechanicznością przyszłych posiadaczy pyżyków, która do dziś tak rzuca się w oczy na dowolnym lotnisku międzynarodowym, że można w ciemno podejść i zagadnąć po rosyjsku, może dlatego od dziecka nie znosiłam tych "wzorowych", a nieprzeparcie ciągnęło mnie - prymuskę z kokardami w warkoczach - do szpanerów. Tyle że ty, rzecz jasna, nie jesteś szpanerem i nie ma cię do kogo porównać - w czasach mojej młodości nie było takich chłopców, nie wyrośli jeszcze. Chyba tu właśnie jest powód wszystkich moich napadów macierzyńskiej dumy, uczucia nigdy wcześniej niezwiązanego z żadnym facetem: nie "proszę, co ja mam" - kiedy, jak to bywa, budzisz się rano pierwsza, odrzucasz kołdrę i z nienasyconą ciekawością, jak w jakąś nowość, wpatrujesz się w mężczyznę, który śpi obok, wyciągnięty na całą długość, jakbyś po kupiecku, na kilogramy mierzyła swój dorobek życiowy - i nawet nie szampańskim zachwytem uderzające do głowy, kiedy zbliżasz się z oddali, a on cię nie widzi: "i taki właśnie mężczyzna mnie kocha!" - nie jedno, nie drugie, ale jakieś niezwykłe, cielęco radosne zdziwienie za każdym razem, jakbym budziła się, przecierała oczy i nie mogła uwierzyć: czy to naprawdę mój chłopiec, taki, jakiego sobie wymyśliłam (zawsze sobie wyobrażałam - niemal od samej szkolnej ławy!), taki żywy, taki prawdziwy, taki o ileż bardziej nieoczekiwany, bogaty, interesujący, niż sama zdołałabym wymyślić, taki duży i zręczny, "daj, ja", rzeczywiście radzi sobie ze wszystkim lepiej niż ja, nawet chleb kroi na jednakowo równe, cienkie kromki, aż przyjemnie popatrzeć (spod mojego noża wychodzą wyłącznie niezgrabne, grube pajdy, krzywe i zębate, jakby bochenek trafił w paszczę głodnego zwierza!), a co najważniejsze (chwalę się przyjaciółkom, najpierw w myślach, a potem i na głos, święta prawda!), najważniejsze, że wszystko robi z jakąś nadzwyczajnie naturalną lekkością i prostotą, to też musi mieć jakiś związek z tą bezgranicznie wzruszającą giętkością młodego zwierzęcia: żadnej wrośniętej w ciało potrzeby udawania, wydawania się czymś, czym w rzeczywistości się nie jest (równy krok w kolumnie, patrzeć w tył głowy poprzednika, patrzeć w oczy przełożonemu i kłamać z niewinnym wzrokiem...) - nie, już czego jak czego, ale tego daru naturalnej godności na pewno nie umiałabym mu ofiarować, w żadnej szufladce wyobraźni nie mogłam mieć pod ręką takiego obrazu i nigdy nie spotkałam człowieka, który z tak niewymuszonym spokojem umiałby przechodzić przez fałsz, ani odrobinę się tym fałszem nie brudząc - tu pozostaje mi tylko w zadziwieniu otwierać usta, jak dziecku widzącemu sztukmistrza, jak to jednak dobrze, że to nie ja cię wymyśliłam (ulepiłam?)!... Chyba po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć: dobrze, że nie mam żadnego wpływu na to, jaki jesteś i jaki jeszcze możesz się stać; dokładniej: nie chcę mieć, boję się - jakakolwiek interwencja z mojej strony tylko by zaszkodziła.
...Ty, rzecz jasna, tak nie uważasz, nawet ci to do głowy nie przyjdzie - ty sobie w ogóle nie wiadomo co o mnie myślisz, czasem nawet strach mnie ogarnia - miłość to zawsze jest straszna rzecz, szczęśliwa w równej mierze co nieszczęśliwa, tylko nie wiedzieć czemu o tym się nie mówi... Strachem powiało już w tej najpierwszej chwili, kiedy ty, uśmiechając się jak do dawnej znajomej, ruszyłeś mi na spotkanie przez rozgardiasz studia telewizyjnego, a on niby wyłączył się przed tobą, zniknął z kadru, tak bardzo go nie dostrzegałeś, z gracją nocnego leśnego zwierzęcia przechodząc przez chaszcze splątanych kabli i omijając pułapki sprzętu, a we mnie nagle wybuchło oszałamiające odczucie wstrząśniętego rozumu, jakby rozsunęła się niewidzialna ściana odgradzająca nas od chaosu, i teraz można spodziewać się wszystkiego, ten nieznajomy chłopiec, który pojawił się nie wiadomo skąd, może być wariatem, maniakiem, co wydzwania na okrągło i gapi się przed wejściem do studia, tyle że psychiczni nie miewają takiego otwartego, dziecięcego uśmiechu (a równocześnie, jak po sąsiednim torze, zdążyło przemknąć z żalem, że ten chłopiec na pewno ma dziewczynę, młodą, z tych nowych i niezacukanych, w skąpym topie i obcisłych spodniach...), i tu usłyszałam jego głos, mówiący do mnie, i na moment zamarłam, bo dziwaczne pytanie zabrzmiało tak zwyczajnie, jakbyśmy naprawdę oboje wyrośli w tej samej piaskownicy, tylko on gdzieś w międzyczasie się na jakichś trzydzieści lat zabłąkał, ale już jest, oto on, dzień dobry:
- Pani mnie szukała?
Niezły start!
- Dlaczego miałabym pana szukać?! - oburzyłam się dość przytomnie, wysiłkiem woli próbując zepchnąć z powrotem na miejsce rozchwianą ścianę i przywrócić otaczającemu światu pozory normalności, ale świat już leżał wywrócony, jak sukienka tył na przód, i widziałam w nim siebie z boku, oczami tego chłopca, jak stoję, makijaż jeszcze niezmyty po niedawnym nagraniu, jakbym zeszła prosto z ekranu, na nowicjuszach to zawsze wywiera ogłuszające wrażenie: zamiast znajomego płaskiego obrazka - trójwymiarowy, i do tego żywy (można zmierzyć się z nim, opuścić wzrokiem do poziomu swoich ust) - buziulka jak ciastko z kremem, włosy gładziutko zaczesane do tyłu, żeby nikomu nie zabrakło moich ślicznych uszek, czarna skórzana kamizelka i biała z muszkieterskimi mankietami bluzka od Bianco (podziękowanie dla sponsorów w napisach końcowych), czarne - skądinąd też niczego sobie opięte - dżinsy, wszyscy operatorzy lubią pełnym planem pokazywać moje wejście do studia, całą figurę, żeby i nogi były w kadrze - i tak oto na zawsze zapamiętałam, w co byłam tego dnia ubrana (nieomylna oznaka wszelkich punktów zwrotnych w naszym życiu) - ale w tamtej chwili zarówno mój gwiazdorski image, jak i cała moja właśnie-wyszłam-z-kadru postawa były naciągnięte na mnie i zapięte na wszystkie guziki, jak kamizelka kuloodporna, w pełnej gotowości do odparcia ataku, co ty sobie myślisz, chłopczyku, kim ty, do cholery, jesteś, żebym cię miała szukać?!
- Powiedziano mi, że chce pani zrobić film o Ołenie Dowhanównie.
Ach, więc o to chodzi...
- A pan ma jakiś związek z...?
- To była moja babcia. To znaczy - ledwie dostrzegalny, przepraszający uśmiech - nie rodzona, cioteczna.
Jaki on ma przyjemny uśmiech, pomyślało mi się wtedy: jakby twarz mu pojaśniała, nawet gdy wargi przy tym tak oszczędnie się poruszają... Dziwne, nie wiedzieć czemu na pierwszy rzut oka automatycznie zaliczyłam go do rosyjskojęzycznych i już szykowałam się do wysłuchiwania tej ich kostropatej, świeżo wyuczonej ukraińszczyzny, sztywnej jak nierozchodzony but, z raz po raz wyskakującymi bolesnymi odciskami obcych fonemów - "czytaff", "szukaff" - i pełnym wysiłku, aż dusza zamiera, jakbyś obserwował kalekę, potykaniem się na tłumaczonych w myśli rosyjskich konstrukcjach - tak mówi nasz producent, bardzo się starając: "Ja liczę, że telefony do studia trzeba przykrócić", "nam potrzebny program bardziej silny, ze swoim licem" - z czym, z czym? - "z twarzą" - aha, rozumiem... (Nawet taki czysto galicyjski zwrot "to była moja babcia cioteczna" niczego jeszcze nie dowodził, bo tamci, nowi, chętnie przejmowali od Galicjan charakterystyczne słówka, dialektyzmy, nawet śpiewną pytającą intonację, i przyczepiali ją do swojego wolapiku w najbardziej niedorzecznych miejscach, najwyraźniej przekonani, że tak właśnie brzmi prawdziwy język ukraiński, którego w żywym wydaniu pewnie od nikogo oprócz Galicjan w życiu nie słyszeli, zresztą i wśród Galicjan zdarzają się rosyjskojęzyczni, wystarczy posłuchać, jak wszyscy zgodnym chórem szczebioczą po rosyjsku, ledwie trafią do Kijowa, a ukraiński zachowują, niczym tajna sekta, w ścisłej konspiracji przed miejscową ludnością, wyłącznie "do użytku wewnętrznego"!) I nawet to, że ten chłopiec przedstawił się jako wnuk bojówkarki UPA, kobiety, której obraz nie opuszczał mnie, odkąd po raz pierwszy ujrzałam ją na rozmazanym archiwalnym zdjęciu, tak radykalnie odmienną od wszystkich tych żołnierzy o prostych, chłopskich twarzach, śliczną i atrakcyjną (powabną, jak to się u nich mówi) nawet w powstańczym mundurze, tak zgrabnie opiętą w wąskiej talii wojskowym pasem, jakby nie z podziemnej kryjówki wyszła, tylko jakby panienka jakaś ubrała się na polowanie w rodowym majątku i gdzieś za plecami chowała angielski palcat, a poza kadrem czekało kilka rasowych chartów, z niecierpliwym ujadaniem szarpiących linkę - nawet to, że mógł mieć z tą kobietą najbardziej bezpośredni związek, związek krwi (chyba rzeczywiście przebłyskiwało coś wspólnego w ustach, w kształcie oczu...), też niczego nie dowodziło - chyba nie zapomniało jeszcze nasze stare towarzystwo (tylko gdzie ono teraz jest, ho ho...), jak rodzony prawnuk samego Mykoły Michnowskiego, tego radykała niepodległościowca, na początku lat dziewięćdziesiątych błąkał się po ówczesnych "demokratycznych" barach i kawiarniach na Chreszczatyku, świętej już pamięci Jamach i Kulinarkach, jako "stuprocentowy russkij czełowiek", do tego rosyjskie wierszyki monarchiczne własnej produkcji tam, zdaje się, deklamował? (Jego sławny pradziad pewnie przewraca się w grobie jak kurczak na rożnie...) A już o drugoplanowych postaciach historycznych nie ma nawet co wspominać - wiara, język i flagi zmieniały się w ukraińskich rodzinach niemal co pokolenie, nawet nie jak kostiumy, ale jak strzykawki jednorazowe, raz i do kosza, i tak przez całą drogę, od Konstantego Ostrogskiego poczynając, tego samego dobrego człowieka, który założył Akademię Ostrogską w sprzeciwie wobec polskiej ekspansji, a jego rodzona wnuczka bach, przeszła na katolicyzm i całą akademię jak na tacy podała tym samym ojcom jezuitom, z którymi dziadek przez całe życie walczył, i zdaje się, że to jedyna wciąż podtrzymywana tradycja narodowa: podstawiać się temu, kto akurat najsilniejszy, więc na tę przynętę tak szybko mnie nie złapiesz - kto kogo, jak w Biblii, narodził... To znaczy, żadnego błyskawicznego skojarzenia, nałożenia się obrazu na ten, który mnie interesował (oho, i to jeszcze jak!), żadnego pokrewieństwa dusz, poruszającej intrygi i tym podobnych bajek, niczego takiego, co mogłoby chociaż trochę wyjaśnić wszystko, co się na nas oboje zwaliło, jak sufit na głowy, nie było, i w ogóle nic nie było, chociaż ty w to nie wierzysz i nawet z lekka się obrażasz, no bo jakże to tak, ale nic, słońce moje, nic, może oprócz tego chwilowego zamroczenia od rozsuniętej ściany, wrażenia trochę przypominającego szaleństwa błędnika, jakby za mało było marihuany na odlotowej imprezie: świat popłynął, ale strach nie znikał. I szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po tym spotkaniu (bo rzeczywiście szukałam kontaktu z rodziną Dowhanówny, chociaż nie wiedziałam właściwie jakiego) niczego nadzwyczajnego, doświadczenie dziennikarskie dawno mnie przekonało, że krewni bohatera, zwłaszcza ci "w bocznej linii", to mało pożyteczny gatunek: wszystko, co można uzyskać (i to jeśli się poszczęści!), to kilka starych zdjęć, które ocalały w rodzinnym albumie, o ile ten nie przepadł bez śladu przy którymś z aresztowań, plus ewentualnie - być może, jeśli się bardzo, ale to bardzo poszczęści - kompletnie niepotrzebne osobiste wspomnienie, mimochodem, przypadkiem opowiedziane dziecku przez mamę-wujenkę-ciotkę (kobiety pamiętają więcej!) przy szydełkowaniu rękawiczek albo lepieniu pierogów, jakaś taka bezwartościowa, ulotna historyjka, nie wiedzieć czemu wciąż krążąca w przestrzeni ludzkiej pamięci, tak jak zdarza się z odrapaną kulką od dawno zapomnianego narzędzia na dnie starej szuflady albo z prehistorycznym słoiczkiem po jakiejś miksturze - do niczego niepotrzebna, z niczym niezwiązana, na przykład opowiastka o tym, jak to sławny nieboszczyk przed śmiercią prosił o kompot z gruszek - i zamierasz na moment, nie wiedząc, jak zareagować: czy to coś z Prousta, z dzieciństwa, jak zamoczona w herbacie magdalenka?... - albo o tym, że stół na tarasie rodzinnego domu (od dawna już nieistniejącego) był z nieheblowanego drewna, taki, wie pani, szorstki w dotyku blat - uhm, tak, to bardzo ciekawe, dziękuję, niestety kończy nam się kaseta... Kaseta kończyła się dlatego, że reżyser już od dobrego kwadransa pokazywał mi z oddali cierpiętnicze miny i wymachiwał rękami, krzywiąc się straszliwie, co miało znaczyć: "kończ!", aż wreszcie rozśmieszało mnie to i traciłam wątek rozmowy - a tak naprawdę właśnie ta drobnica za każdym razem poruszała mnie równie mocno, jak sama story, którą należało wcisnąć w ramy półgodzinnej audycji, nakręcić i zmontować, podlać sosikiem i przyprawić do spożycia dla publiczności: to była kuchnia z własnymi garnkami i patelniami, tam wchodził w grę mój własny talent kulinarny, a te marne i bezużyteczne, nadające się tylko do śmieci (non-recyclable!) oderwane szczątki czyjegoś życia - kiedyś dla kogoś cenne i wypełnione znaczeniami, póki to życie trwało, póki wypełniała je, podświetlając od środka każdy taki drobiazg, żywa wilgoć czyjejś miłości - niezmiennie raniły jakąś wyjątkowo poruszającą bezbronnością, niczym archeologiczne szczątki wymarłych cywilizacji. Wreszcie, to było chyba wszystko, co naprawdę pozostawało w świecie po ludziach ich własnego, z nimi nierozłącznego i niepoddającego się przetopowi - to, czego w żaden sposób nie można ani podrobić, ani przekłamać wedle nowej mody i nowych ideologii, nie można nawet uwspólnić, dać do gazet i telewizji, i w ten sposób zatrzeć, zadeptać tysiącami nóg wszelkie ślady obecności zmarłego - odkąd zginęła Władka Matusewycz, Władka, której kochany pysio o ostrych ptasich rysach pośmiertnie przerobili na logo kolorowych babskich pisemek, nawet mnie po jakimś czasie przestało ściskać za serce na widok jej powielonych portretów, miałam doskonałą okazję, żeby się przekonać: nie zniknąć, nie rozpłynąć się mają szansę tylko te bezużyteczne drobiazgi, i po Władce właśnie zachowałam sobie jeden taki, na pamiątkę: sama niewysoka, miała zwyczaj podchodzenia do rozmówcy bardzo blisko, jednym płynnym baletowym pas, wygięta w talii, z zadartą główką, jakby podkradała się z dołu w górę, rozwijając się jak lasso, ruchem kota zamierzającego wskoczyć na drzewo, od czego w pierwszej chwili podawały tyły nawet najbardziej niewzruszone szychy polityczne - i oto w tym właśnie jednym jedynym ruchu, jak morze w kropli wody rozbłyskuje dla mnie to, co za życia nosiło imię Władysławy Matusewycz; no i jaki film zdoła to pokazać? I nawet jeśli pokaże, nawet jeśli ocalało gdzieś jakieś amatorskie nagranie - z urodzin, wesela, imprezy w nocnym klubie, to przecież była modna artystka, do licha, pojawiała się zawsze i wszędzie, było jej tyle, że przez pierwsze miesiące po jej śmierci Kijów wydawał się pusty! - nawet jeśli pokaże, to do kogóż to przemówi?...
Powoli nabierałam przekonania, że ludzkie życie to chyba nie tylko, a przynajmniej nie wyłącznie ta epicko wygładzona story z kilkoma postaciami (rodzice, dzieci, kochankowie, przyjaciele i kto tam jeszcze), którą da się jako tako spójnie przekazać potomkom - tak życie może wyglądać chyba tylko z boku, przez odwróconą lornetkę, przez którą przywykliśmy patrzeć też na swoje własne, nieustannie naprowadzać na nie soczewki kolejnych CV, autoprezentacji, życiorysów, intymnych zwierzeń i mitów domowej roboty, czyli nieustannie przystrzygać je wedle formy "co ludzie powiedzą" - jeśli zaś spróbuje się spojrzeć na nie od środka, to wyglądać ono będzie jak ogromna, gigantyczna waliza, po brzegi wypchana właśnie tym bezużytecznym dla postronnych bałaganem, waliza, którą porzucający ten świat zmarły bezpowrotnie zabiera ze sobą. Co prawda niezapiętą, po drodze wysypuje się jeszcze na pamiątkę dla żyjących garstka czy dwie różności (przedśmiertna prośba o kompot z gruszek, taneczne pas, przypominające przyczajenie przed wysokim skokiem...) - i będzie wietrzeć w pamięci świadków i potomków, i zawsze, przy każdym spotkaniu z takim zagubionym kłębkiem czułam niewyraźną, głuchą winę za własną bezradność - jakby właśnie w tym czymś przez przypadek ocalałym mógł kryć się klucz, utracony tajny kod do jakichś głębszych, podziemnych sensów cudzego życia, i oto ten klucz trafia w moje ręce, a ja nie wiem nawet, do jakiego zamka pasuje - i co gorsza, czy w ogóle istnieje taki zamek...
To nie z telewizji do mnie przyszło, nie od tych ludzi i historii, które zdarzało się kręcić, tylko z tamtego dnia, kiedy nie wiedzieć po co kartkując starą, z pożółkłymi do sepii kartkami (radziecki papier gazetowy!) książkę z tatowej biblioteki, wpadłam na notatkę na marginesie, zrobioną ręką taty, jego charakterystycznym, ostrym i gęstym jak ciernisty żywopłot pismem (w siódmej czy ósmej klasie moje zapowiadało się podobnie, ale z czasem złagodniało, wyrównało się i zaczęło bardziej przypominać mamine): obok zupełnie na pozór niewinnego, głupawego sformułowania - "hamletowska niezdolność do zdecydowanych działań w obliczu triumfatorskiego zła" (a język, ten język, Boże Ty mój! - jeszcze nieotrząśnięty spod rumowisk stalinowskiego pogromu, jeszcze ze zdruzgotanymi i powykręcanymi kośćmi...), sformułowania podkreślonego zdecydowaną, prawie równą linią - widniało na marginesie "triumfatorskie" właśnie "i tyle!!!" z trzema wykrzyknikami i poraziło mnie jak nie wiadomo jakie odkrycie. W tej właśnie chwili zrozumiałam, że właściwie nie znam własnego ojca: umarł zaraz po moich siedemnastych urodzinach i zapamiętałam go tylko takim, jaki był wobec mnie dziecka i mnie nastolatki - i z tej tylko pamięci, odrobinę uzupełnionej pośmiertnymi, skąpymi (i tężejącymi z biegiem lat, bo przecież nowych nie przybywa!) wspomnieniami - mamy, przyjaciół, kolegów, jego studentów (którzy ponoć za nim szaleli, o ile to prawda) - stopniowo skonstruowałam sobie we własnej świadomości pewną postać wirtualną o wyglądzie mojego ojca w wieku lat czterdziestu, już szpitalnego pacjenta z dość jednak ponurą życiową story, których w jego pokoleniu w ogóle skądinąd było pod dostatkiem. Jednak ten mężczyzna, nawet nie, młody człowiek (policzyłam szybciutko: młodszy niż ja teraz!), który kiedyś dawno, Gdy-Mnie-Jeszcze-Nie-Było-Na-Świecie (nieprzypadkowa reakcja dziecka na ten mitologiczny zwrocik: "a gdzie ja wtedy byłem?..."), pewnego dnia pod koniec lat pięćdziesiątych czy na początku sześćdziesiątych tak entuzjastycznie rzucił na margines książki swoje "i tyle!!!" - w dokładnie takim samym porywie, jak sama bym to zrobiła, rozpoznawszy pokrewną myśl, taką, którą długo nosi się w sobie, która gryzie i męczy, którą się żyje! - tamten pozostawał całkowicie poza moją wirtualną postacią, tak jakby w ogóle się nie znali czy - dokładniej - jakbym ja nie znała tamtego drugiego, nowego. Wewnętrznie był do mnie jakoś nieuchwytnie podobny, widziałam doskonale - od wewnątrz, tak jak widzimy samych siebie we śnie - jak zwycięsko zaskoczyło mu w głowie w tamtej chwili: "i tyle!!!" - jakby palcami strzelił, kciukiem i środkowym, jak czasem i ja to robię w chwilach podniecenia - i przypomniałam sobie, że miał kiedyś, dawno temu, ten zwyczaj strzelania palcami!, i jak mama złościła się i mówiła, że to wulgarne i zły przykład dla dziecka, i jak on przy tym się robił zmieszany - i to też było nowe, bo nie pamiętałam, żeby kiedykolwiek bywał zmieszany, przy mnie zawsze był pewny siebie, nigdy chyba nie usłyszałam od niego "nie wiem" czy "pomyliłem się" - ale nie, było, i znów przypomniałam sobie, z nową falą: pewnego razu w szkolnym bloku rysunkowym wieczorem narysowałam zajączka, a rano znalazłam go pociapanego na niebiesko i podniosłam wrzask - i zawstydzony tata przyznał się, zupełnie jak chłopczyk przyłapany w szkodzie, że to on chciał zrobić szarego zajączka, ale wziął troszkę za dużo farby... Dygotałam wtedy ze sprawiedliwego oburzenia, w głowie mi się nie mieściło, po co dobierał się do mojego bloku, i to w dodatku z akwarelami, nie miał przecież pojęcia o malowaniu, nie umiał nawet pędzelka trzymać, i potem długo mu tego zajączka wypominałam, jakbym zdobyła nad nim punkt przewagi, bo za każdym razem tak samo się peszył - i dopiero teraz na nowo, od wewnątrz ujrzałam jego wybryk i zrozumiałam, że wstydził się wcale nie tego, że zepsuł mi rysunek (za który i tak dostałam swoją piątkę, ja, nieuleczalna prymuska!), tylko tego, że nie zdołał powstrzymać czysto dziecięcego impulsu, nagłego przypływu ciekawości, jak też rozpuszcza się farba w słoiczku z wodą, jak nabiera się ją na pędzelek i zapełnia białe miejsca na papierze - i na tej właśnie chwili słabości, jaka zupełnie nie przystoi dorosłemu mężczyźnie i ojcu rodziny, właśnie go przyłapano; i tak się wszystko we mnie rozwijało i rozwijało na łeb na szyję, jedno za drugim, jakbym, chwyciwszy, jak za koniuszek nitki, za wiechetek jednego atramentowego kłębowiska na marginesie, wyciągnęła na wierzch całą zatopioną grzybnię, włochaty zwitek korzonków, z którego niewyraźnie przebłyskiwało jakieś zupełnie inne, nieznane mi życie, niemające związku z córką, żoną i znajomymi - ale wyobrazić sobie tego życia w całości, z bliska, nie miałam już żadnej możliwości: swoją walizkę zabrał ze sobą.
Zwinęłam się wtedy, pamiętam, w kłębek na fotelu i i pochłonęłam całą książkę nienotowanym dotychczas w historii czytelnictwa sposobem lektury: nie od lewej do prawej i nie od prawej do lewej, tylko po spirali: wyjadając jak gąsienica fragmenty tekstu koncentrycznymi kręgami, rozchodzącymi się od podkreślonego zdania: "hamletowska niezdolność do zdecydowanych działań w obliczu triumfatorskiego zła". Zwyczajnie nie miałam pod ręką innego klucza - z odebranej mi kiedyś sprzed nosa walizki nie wypadł żaden inny drobiazg, który by przez tych dwadzieścia lat od śmierci ojca nie zwietrzał na proch - i krążyłam, i krążyłam nad tym zapiskiem rzuconym na margines, "i tyle!!!", jak detektyw Columbo nad jakimś krzywo przygryzionym niedopałkiem, znalezionym w pobliżu trupa, tyle że nie szukałam zabójcy - ja chciałam ożywić trupa. O czym była ta książka, zabij mnie, nie pamiętam, ale pod koniec tego nekromantycznego seansu zyskałam absolutną pewność: cała ojca wieloletnia tak zwana walka z systemem (wedle terminu wprowadzonego do użytku po 1991 roku) - jego desperackie dobijanie się do wszystkich wysokich dębowych drzwi, niezliczone listy, podania, skargi, notatki robocze - do Kijowskiej Rady Miejskiej, do Prokuratury Generalnej, do ukraińskiego KC, do moskiewskiego KC (trzy czy cztery pękate teczki zawiązane na tęgie supły, u mamy na pawlaczu!) - wyjazdy do Moskwy (każdy z nich miał być ostateczny i decydujący, a potem sprawa kolejny raz wracała do Kijowa i tak w kółko Macieju...) - cała ta zaciekła, wypełniająca życie szamotanina, która wypchnęła go do psychiatryka z dość typową dla tamtych czasów "polityczną" diagnozą - "nawracająca psychopatia paranoidalna" - brała się stąd właśnie, że w głębi duszy mój ojciec zawsze czuł w sobie, niczym skrywaną wstydliwą chorobę, tę właśnie, niezważającą na nic, "hamletowską-niezdolność-do-zdecydowanych-działań-w-obliczu-triumfatorskiego-zła" - i to ona właśnie zmusiła go, gdy zło przejechało wszechmocnym walcem niemal po nogach, żeby zamiast odskoczyć - rzucił się nań i potem znów i znów skakał pod koła tej samej machiny, nieustannie walcząc o prawo do poczucia własnej godności...
Do dziś jestem tego pewna.
Nieudane, kulawe zdanie nieoczekiwanie stało się wszechobecnym znakiem wodnym, wewnętrznym epigrafem do jego życia, tak samo zresztą kulawego, jeśli spróbowałoby się przedstawić je w postaci krótkometrażowej story: ciche konanie z przytępioną świadomością - najprawdopodobniej na tle nieludzkiego bólu wszystkich mięśni od potężnych dawek insuliny, którymi (co wyszło na jaw dopiero później!) szczególnie obficie częstowała swoich pacjentów radziecka psychiatria policyjna, i ten wściekle błękitny szlafrok, który zapamiętałam, kiedy przyjeżdżałyśmy z mamą do Dnieprodzierżyńska na dozwoloną wreszcie wizytę, a spod szlafroka wychudłe, żółte suche nogi z wystającymi piętami, podobne do sterczących z siatki kurzych łap - wszystko to razem z zastarzałą, słodkawą wonią czy to moczu, czy to niemytego ciała i otępiałym, mętnym wzrokiem (gałki oczne bez krzty blasku, przywiędłe jak u starego dziada: skutek odwodnienia) - to wszystko nie dostarcza żadnego materiału na jakąkolwiek romantycznie-heroiczną story, zwłaszcza jeśli dodać, że trwało to latami, a to już jest kompletnie niewidowiskowe, takie rzeczy wpycha się w napisy "pięć lat później", w czyimś innym przypadku "dwadzieścia pięć lat później", kto zgodziłby się tyle wysiedzieć przed ekranem?! (A innego sposobu nakręcenia takiej story, żeby to naprawdę dotarło do widza, nie ma, czyli samej story też nie ma, i idź, dziecko, z Bogiem, powie każdy redaktor...) W tym właśnie rzecz: tatowa codzienność, pokazana z boku - nie tylko ta szpitalna, przedszpitalna też, mam na myśli, rzecz jasna, nie jego karierę naukowca i wykładowcy, tylko to, co ją pogrzebało, a potem pogrzebało też jego samego - we wszystkich tych rozesłanych strumieniach listów, w całej tej absurdalnej i wycieńczającej wojnie, przegranej z góry jeszcze przed jej rozpoczęciem, bo system raz ruszony z miejsca nie mógł i nie zamierzał się zatrzymać, a on przecież właśnie przy tym się uparł i latami udowadniał niemal tym samym ludziom, którzy wydawali rozkazy, że źle czynią - w całej jego życiowej historii, jeśli przedstawić teraz tę historię w pełnej dokumentalnej rozciągłości, we wszystkich czterech teczkach ze sznureczkami, nie było sensu - była tylko gorycz zmarnowanych wysiłków. Sens był w epigrafie. W znaku wodnym. W jednym przypadkowo zachowanym podkreśleniu.
Znałam to też skądinąd. Akurat poprzedniego lata na Krymie pod Kara-Dagiem odeszłam kiedyś od towarzystwa na zupełne bezludzie i pół dnia spędziłam wyłącznie na wspinaniu się, raz po raz, jak Syzyf, na tę samą skałę i skakaniu z niej do wody na główkę. W powietrzu wisiał nieruchomy, czterdziestostopniowy upał, przy każdym podejściu oblewały mnie siódme poty, kolana dygotały, a serce podchodziło do gardła. Kiedyś w dzieciństwie boleśnie uderzyłam brzuchem o wodę - i od tamtej pory bałam się skakać.
Kiedy już o zmroku dowlokłam się z powrotem do namiotów, moje nogi żyły własnym życiem, jak u pijanego w sztok, i na siłę przełamywałam opór powietrza. W oczach znajomych potwierdziłam zapewne swoją i bez tego powszechną reputację totalnej ryzykantki, miłośniczki przygód i mocnych wrażeń, nie wiadomo do czego zdolnej dla kolejnej dawki adrenaliny, i obecni tam mężczyźni przy kolacji nie odrywali ode mnie rozmazanych podejrzanym blaskiem oczu (każdy najwyraźniej pewien, że zdołałby dostarczyć mi adrenaliny w znacznie przyjemniejszy sposób!), a kilka żon okazywało nieuzasadnioną nerwowość, co trochę psuło mi tamten słodko-upojny stan - skutek zabójczej mieszanki, złożonej z dwóch rzadkich dla zawodowego intelektualisty (czy ja naprawdę jestem zawodowym intelektualistą? czy w naszym kraju dziennikarz może być intelektualistą?) składników: śmiertelnego fizycznego zmęczenia i dumy z dokonanego wysiłku. Po co ty to robisz, spytała mnie wtedy jedna tylko stropiona Irka Moczerniuk, która naprawdę chciała zrozumieć, i odpowiedziałam: Nie "po co", tylko "dlaczego".
Skakałam, bo bałam się skakać. Pół bożego dnia, na bezludnym brzegu, pod palącym słońcem gwałciłam samą siebie jak maniak-zboczeniec, dlatego że głęboko w moim ciele żył wciśnięty w nie kiedyś paniczny strach - jak niewidzialna stalowa obręcz, która zaciska od środka i nie pozwala się wyprostować. Łamałam tę obręcz, ten zacisk - i udało mi się: przełamałam. W moim życiu było odtąd o jeden lęk mniej.
Dzięki tej notatce na marginesie książki zrozumiałam, że przez całe życie mój ojciec robił to samo: wspinał się na skałę i skakał. I wcale nie dlatego, że takim był urodzonym wojownikiem, raczej przeciwnie - musiał za każdym razem się do tego przymuszać. Za każdym razem łamać stalową obręcz, pokonywać w sobie "hamletowską niezdolność". Być może na samym początku szczerze wierzył, że cały problem tkwi wyłącznie w złej woli jakiegoś jednego wysokiego urzędnika, którą trzeba po prostu zlikwidować, wyciągnąć jak paproch z oka, a wtedy powstrzymana zostanie straszliwa głupota, jeśli nie otwarte przestępstwo, powstrzymane zostanie to, co nazywał "przerabianiem pałacu na stodołę". Pałac został ukończony jesienią 1970 roku i całą rodziną poszliśmy na uroczyste otwarcie - to był pierwszy pałac w moim życiu, który nareszcie nałożył się właśnie na to znane z bajek słowo "pałac", całkowicie stopił się z jego oślepiającym blaskiem i oszałamiającą, nierealną wręcz przestronnością, i wylał się poza granice słowa, wypełniwszy płyciutkie koryto dziecięcej wyobraźni (od tamtej pory nieodmiennie wszystkich królów i księżniczki osiedlałam w myślach właśnie tam, w Pałacu Ukraina, w tym najpiękniejszym z widzianych po dziś dzień, w wersji z 1970 roku - Pałac Kłowski się nie nadawał, Mariński był wtedy zamknięty dla publiczności, a te tam nowoczesne pałace ślubów były, wedle mojego ówczesnego zdania, czystym oszustwem, bo niczym nie różniły się od zadaszonych kołchozowych bazarów, zresztą i dziś się nie różnią...). Pamiętam niewyraźnie (ujęcie z daleka, wszakże kobiety i dzieci przy tak poważnej państwowej okazji muszą pozostać z boku) ojca w bezbrzeżnym, świetlistym morzu foyer, w grupie wysokich (z perspektywy pięciolatki), roześmianych mężczyzn ściskających sobie nawzajem dłonie, i własną dumną świadomość jego ówczesnej wagi: "To mój tata budował!" - chociaż oczywiście nie budował, tylko brał udział w pracach inżynierskich w składzie grupy ekspertów: świeżo upieczony doktor z rozprawą na potrzebny temat, właściwie blotka - gdyby się w porę pochylił, zamiast nie w porę wysuwać, nikt by go nawet nie zauważył - a ten, kto naprawdę budował, kto był głównym architektem projektu i pewnie też stał w tej grupie Bardzo Ważnych Mężczyzn, ten kilka dni później wyszedł z gabinetu sekretarza KC, wszedł do toalety, zamknął się w kabinie i powiesił na własnym pasku: jego Pałac okazał się zbyt dobry dla Kijowa, przewyższał Kremlowski Pałac Zjazdów, a to już była nie tylko niegrzeczność i wyzwanie, ale poważny błąd polityczny, za który ukraińskiemu kierownictwu nieźle pewnie w Moskwie przetrzepali tyłki i rzeczone kierownictwo musiało co tchu te sponiewierane tyłki ratować, stosować środki, szukać winnych; najlepiej byłoby wszcząć sprawę kryminalną o marnowanie materiałów budowlanych, ale jako że kandydat do roli głównego pasożyta tak jednoznacznie tę rolę odrzucił, bezczelnie wieszając się w samym budynku KC, to sprawy, dzięki Bogu (no i nieboszczykowi!) nie wszczęto, w ogóle przestała istnieć cała ta sprawa - spłukano ją, spuszczono do kanalizacji w sekretarzowskim klozecie, zagłuszono szumem wody z rezerwuaru, i niebawem nikt już o niej nie pamiętał, zresztą ileż takich spraw było, czy to się za wszystkimi nadąży... Świeżo otwarty Pałac Ukraina zwyczajnie został zamknięty "na remont", wnętrza pospiesznie odarto z ozdób, z delikatnie barwionych bukowych parkietów, gołębiej tapicerki na fotelach, kunsztownych żyrandoli - ze wszystkiego, co się zedrzeć dało; wszystko zostało zamienione na prostsze, tańsze i pozbawione wyrafinowania, i po miesiącu czy dwóch, kiedy ponownie go otwarto, z tym żałośnie lazurowym skajem na stojących po dziś dzień fotelach, nie poznałam już czarodziejskiego pałacu z moich bajek: tak samo przestał istnieć, rozwiał się w powietrzu, jak to bywa w bajkach ze wszystkimi czarodziejskimi pałacami, w nocy przenoszonymi przez dżinny gdzieś w zamorskie kraje, jednak po nich pozostaje przynajmniej puste miejsce, a tylko ono jedno może być godnym upamiętnieniem zamordowanego budynku (tak jak Wieże Nowojorskie pozostały wyrwą rany wśród wieżowców Dolnego Manhattanu; my napatrzyliśmy się na podobne miejsca dużo wcześniej - ile wybitych zębów ziało w kijowskiej zabudowie po wysadzonych w powietrze cerkwiach; pamięć przetrwała tylko o tych, których brak nie został przesłonięty - ani elewatorem, ani Domem-Pioniera-i-Ucznia...) - a tutaj pałac, całkiem już grzecznie i paskudnie przystrojony na wzór standardowego prowincjonalnego kina, stał jak wcześniej i nosił tę samą nazwę, i można było pomyśleć, że tamten, poprzedni, pierwszym gościom zwyczajnie się przywidział, że na przykład wszyscy się wtedy upili z radości i mieli omamy, a teraz wytrzeźwieli i proszę, oto jak wszystko wygląda naprawdę, uważajemyje tawariszczi: absolutnie banalna historia, a w ogóle jaka znowu historia, nie było żadnej historii - takie małe gospodarskie niedopatrzenie, winni zostali ukarani, kontynuujemy pracę... Mama wspominała, że na początku była ich nawet spora grupa - koledzy taty z pracy i Akademii, z Instytutu Badawczo-Rozwojowego Budownictwa i Architektury, którym nakazano stworzenie nowego kosztorysu dla uzasadnienia tak zwanych nadmiernych nakładów i którzy odmówili wykonania tego polecenia, broniąc poprawności wcześniejszych wyliczeń. Jednak mniej więcej po roku - a przez ten rok sprawa całkiem już została zamieciona pod dywan - w nowym pałacu odprawiono kolejny zjazd partii, dając w ten sposób błogosławieństwo jego prowincjonalnie poszarzałym wnętrzom, ktoś z uparciuchów dostał naganę, komuś pogrożono zwolnieniem w związku z redukcją etatów, ktoś (pewnie doktorant przed obroną, najsłabsze ogniwo) musiał nawet wyjechać z Kijowa i budować kina w zapadłych dziurach, i tak dobrze, że nie obory - z całej grupy został tylko mój ojciec, który nie przestawał wymachiwać pod wiszącym nad jego głową mieczem nikomu niepotrzebnymi dowodami czyjejś martwej niewinności. Być może z punktu widzenia najwyższych, obłożonych boazerią gabinetów to rzeczywiście wyglądało na czystej wody obłęd: po jaką cholerę ten dureń stanął okoniem, i co on sobie wyobraża, kim on jest?...
Jako skończony humanista - po mamie - zdołałam z tych teczek na pawlaczu (przejrzanych dość pobieżnie, z lękiem i odrazą, jakby to była zasuszona wężowa wylinka...) pojąć tyle, że po pewnym czasie już w zasadzie nie chodziło o historię budowy - wątek komplikował się gwałtownie, rozpełzał po instancjach, wytwarzał nowe i coraz to bardziej fantastyczne pędy, tylko ojciec niezmiennie dołączał do każdej kolejnej petycji swoje początkowe powiadomienia odnośnie zniekształconego projektu, demonstrując, od czego wszystko się zaczęło (i zapewne drażniąc adresatów tą swoją absurdalną pamiętliwością), więc petycje nieustannie się rozrastały, gromadziły odwołania do wciąż nowych pism z wymijającymi odpowiedziami, do wciąż nowych rozmów, tak samo wymijających, skargi na pogróżki, wysłuchiwane w niższych gabinetach, na anonimowe telefony z tymiż pogróżkami, na jakieś dziwne pobicie przez nieznajomych przed domem (do tego doszło, pamiętam, jakoś niedługo przed psychiatrykiem: ostatnie ostrzeżenie!), i tak wszystko latami puchło i puchło, jak śnieżna, czy raczej papierowa lawina, niczym w dziecinnej piosence ludowej, w której refren przybiera wers za wersem, stopniowo rozrastając się do groźnego, niemal kosmicznego ogromu, ko ko tu i ko ko tam, gę gę tu i gę gę tam, mu mu tu i mu mu tam - z każdą strofką zwierz nabiera ciała, powiększa się do osła, do konia i tak można dojść nawet do tyranozaura i tyranozaury przyjeżdżają - w samochodzie z czerwonym krzyżem, w białych fartuchach, po jaką cholerę, co on chciał udowodnić?...
Oto i cała historia - i gdzie jest jej miejsce?...
W dowolnej chwili można było ten narastający lepki koszmar przerwać i wyjść z gry: wychodzili z niej przecież i swobodnie po dziś dzień chodzą po ziemi - i daj im Boże, jak mawiają Huculi w Karpatach, "naprzód by więcej", czemu nie - i nie takie, jak on, niewinne owieczki gospodarcze, a imię ich legion, ale nawet ci bardziej eksponowani, którzy byli wplątani w głośne sprawy polityczne, a ich imiona rozbrzmiewały w zachodnich radiostacjach, którzy czynili publiczne gesty obywatelskiego sprzeciwu, wyrywali się z krzykiem na scenę czy pod drzwi zamkniętej rozprawy sądowej albo pod pomnik wieszcza, jedną taką chwilą można było zarobić sobie na dysydencki chleb do końca życia, a od 1991 roku już tylko występować ze wspomnieniami, czym zresztą przeważnie się zajmowali - nie wspominając jednak ani słowem o tym, jak porzucali grę - należy przypuszczać, że nie całkiem suchą nogą z tej wody wychodzili, trochę pewnie się jednak zamoczyli: listy z samokrytyką, a może jakieś bardziej intymne, za zamkniętymi drzwiami odbywane rytuały godzenia się i przeprosin (i zapewnień, że teraz już będą grzeczni?) - kto się w tym teraz połapie i kogo to zresztą obchodzi - grunt, że wychodzili i żyli, i pracowali w zawodzie (dostawali dodatki do pensji, wychowywali dzieci, powiększali powierzchnię mieszkalną...) - niechby nawet i wąziutkie, i ze śmierdzącego korytarzyka, ale jednak drzwi z zielonym napisem "Exit" w tych ostatnich dekadach imperium istniały, były zaznaczone na planie, wszak to nie epoka stalinowska, proszę państwa, tylko socjalizm z ludzką twarzą, co w tłumaczeniu na normalny język oznacza: jeśli ktoś bardzo chciał żyć, miał wybór... Tak więc mój ojciec bez wątpienia sam zaciągnął sobie węzeł na szyi - tak musieli uważać ci, którzy zadecydowali o jego losie, tak uważała mama, tak zwykłam, podrósłszy, uważać i ja: nie pozostawił puszczonej w ruch machinie miejsca na wycofanie - zwykły błąd strategiczny, pomyłka, niedopatrzenie gospodarcze. Smutno, przykro, ale nic się nie poradzi, trzeba żyć dalej. (Tak jakby naprawdę wpadł gdzieś na drodze pod koła ciężarówki!)
Małe uzupełnienie: dorastając, zaczęłam się go wstydzić. W porównaniu z moimi szkolnymi, a już na pewno uniwersyteckimi kolegami miałam kiepskiego ojca - nie było czym się chwalić. Na bezpośrednie pytania, jak na przykład przy wpisywaniu do szkolnego dziennika (wywołują według listy, wobec całej klasy, trzeba wstać, podyktować na głos, wychowawczyni każe powtarzać, bo nie dosłyszała...), mamrotałam, kuląc się i spuszczając wzrok: "Inwalida pierwszej grupy", a kiedy siadałam w ławce, długo jeszcze miałam wrażenie, że klasa szepcze i podśmiewa się za moimi plecami. Podobne rzeczy trudno jest zwalczyć - dzieci nie wybaczają rodzicom przeżytych z ich winy upokorzeń. Jego śmierć - już w domu, wypuścili go, gdy nerki całkowicie przestały działać po przewlekłej blokadzie z powodu leków - co najwyżej dodała do wstydu poczucie winy, jak łyżkę sody do łyżki soli, i z latami wszystko to rozpłynęło się, zmieszało w słabnący powoli gorzko-słony roztwór, którego nie mogły osłodzić ani coraz częstsze po 1991 roku (a kiedy moja buźka w pełnym blasku zaświeciła z ekranu, to dosłownie jak grad posypały się ze wszystkich stron) entuzjastyczne wspomnienia jego dawnych kolegów i studentów - jakim był świetnym wykładowcą i że go, jak się okazuje, wszyscy lubili (a gdzie to się wcześniej było?) - ani nawet całkowicie konkretne, w tym od naszego producenta, propozycje wyciągnięcia z archiwów tej od trzydziestu lat zakopanej historii z Pałacem Ukraina i pośmiertnego przyodziania mojego ojca w bardzo teraz atrakcyjną, niemal dysydencką biografię - można by z tego zmajstrować niezły programik, pewnie że można, przypomnieć narodowi zapomniane karty historii najnowszej (jakby ten naród miał w ogóle jakiekolwiek niezapomniane karty - wszystko jedno, najnowsze czy najstarsze!)... Ten ostatni pomysł zdusiła we mnie w zarodku sławna poetka, z tych swego czasu głośnych, z patriotycznymi wierszykami i mglistą reputacją ofiary reżimu - z ciekawości sama polazłam przeprowadzić z nią jubileuszowy wywiad, na którym przeżyłam kolejny nokaut: dorodny, heterowaty babiszon z krzywym zgryzem, pryskając śliną i raz po raz podrzucając głową, żeby zafalowały rzedniejące farbowane loki (gest, który czterdzieści lat wcześniej mógł się niewybrednym mężczyznom kojarzyć równocześnie z temperamentem młodej klaczy i z patriotycznym nieujarzmieniem), najpierw przez pół godziny znacząco, z naciskiem wbijał mi do głowy, że dopuszcza do siebie tylko wybranych, żebym się stosownie przejęła i przybrała właściwą pozę, a potem tak samo długo i dokładnie, z milionem szczegółów, jakby to było wczoraj, opowiedział, jak na jego pierwszy jubileusz, pięćdziesięciolecie - w tym samym roku, policzyłam sobie, w którym Wasylowi Stusowi wlepiono drugi wyrok, już śmiertelny - babiszonowi nawet nie przysłali ze Związku Pisarzy telegramu z życzeniami, a zamiast tego, pomyśleć tylko, przysłali zaproszenie na czyjś wieczór autorski - babiszon przez dwadzieścia pięć lat pamiętał czyj - specjalnie i podstępnie zorganizowany właśnie tego samego dnia - oto jak ją prześladowano!... Żadnych innych szczegółów prześladowań wyciągnąć nie zdołałam, babiszon też nie miał story, miał tylko własną, osobistą legendę, nad którą swego czasu musiał popracować niejeden mężczyzna, zaślepiony tym wówczas jeszcze naturalnie rudym wulkanem loków, a teraz babiszon zachłannie kąpał swoją pustą starość w echach ich ówczesnych wysiłków i chciał widzieć w grobie wszystkich wymordowanych w łagrach Mordowii kolegów swojej legendarnej młodości, których wspomnienie, gdyby było żywe, pozwoliłoby mu chociaż zachować wyczucie stylu i proporcji.
Wyszłam z tamtego domu zdruzgotana. Na myśl, że z podmalowanym trupem taty pod pachą będę sterczeć w tej samej kolejce - z tą zasłużoną męczennicą reżimu na czele - zrobiło mi się jakoś wyjątkowo przytłaczająco, paskudnie i tamtego wieczoru urąbałam się w Barabanie w trzy dupy, mieszając najmocniejsze drinki, jak kompletny żółtodziób - wszystkie smakowały solą i sodą, i tak samo piekła zgaga przy porannym kacu - sodą i solą... Story nie było. Musiałam zmierzyć się z bezwzględną oczywistością: jedynym śladem potwierdzającym, że ten człowiek żył kiedyś na świecie, byłam ja - miałam jego oczy i jego grupę krwi. Zresztą, jeśli się zastanowić, to dlaczego miałoby być inaczej? Czy nie taki właśnie los spotyka zdecydowaną większość zmarłych?...
"I tyle!!!" - zapisek na marginesie, zapomniany kłębek, który wypadł z walizy, po raz pierwszy odwrócił mi lornetkę drugim końcem. Na moment, jak w świetle błyskawicy wśród głuchej nocy, ujrzałam żywego człowieka - dziwne, że to był ten sam mój ojciec, którego najwyraźniej, skrywając to sama przed sobą, dalej trochę się wstydziłam. Postać, która nadawałaby się do jakiegoś portretu co najwyżej w roli statystycznego przedstawiciela; to znaczy, gdyby istniała możliwość policzenia, ilu ich, takich, było w tym pokoleniu - nie aresztowanych, nie uwięzionych, nie wpisanych na listy Amnesty International, tylko zgasłych cicho we własnych łóżkach od prawdziwych chorób sercowo-naczyniowych, nerek i tak dalej, których bezpośrednie przyczyny znali tylko bliscy krewni - o ile oczywiście tacy byli. Można tu dorzucić i tych, którzy się spili, i tych, którzy skończyli ze sobą - tak czy inaczej realną z punktu widzenia przyszłości historię mogła tu stworzyć tylko liczba, i to z kilkoma (im więcej, tym lepiej!) zerami. Sześć (czy więcej?) milionów martwych Żydów równa się Holocaust. Dziesięć (czy mniej?) milionów martwych ukraińskich chłopów równa się Wielki Głód. Trzysta milionów uciekinierów równa się pięćdziesiąt sześć lokalnych wojen początku XXI wieku. Historię tworzy buchalteria. Podczas chruszczowowskiej rehabilitacji rozstrzelanym w więzieniach NKWD konstruowano w informacjach dla rodzin, w rubryce "przyczyna śmierci", najbardziej wymyślne diagnozy - choroby sercowo-naczyniowe, choroby nerek i wszelkie inne - właśnie po to, żeby nie pozostała liczba rozstrzelanych. Dwadzieścia lat później fikcja stała się rzeczywistością (z udanymi fikcjami często tak bywa!): ludzie zaczęli naprawdę umierać na to, na co ich ojcowie i dziadkowie umierali na papierze. Liczba została ostatecznie zatarta i całe pokolenie utraciło własną, wspólną dla wszystkich historię - a w efekcie zabrakło też narzędzi, by ujrzeć każdego z osobna: ludzie jak ludzie, żyli sobie, umierali, zwyczajna rzecz... Był sobie niezły inżynier i dobry wykładowca; zmarł w wyniku zatrucia lekami, przedtem cierpiał w klinice psychiatrycznej z fałszywą diagnozą - i koniec, można zawiązywać sznureczki na supeł. Potrzebny był impuls - ten jeden, dzięki któremu, jak w łamigłówce, wszystko nagle trafia na swoje miejsca (odruchowe strzelanie palcami, niebieski zając w szkolnym bloku rysunkowym, zaraźliwy, szczery śmiech, rozpierający nadmiar energii życiowej, niemieszczącej się w człowieku...) - by ujrzeć tę postać od wewnątrz, a potem już bez wysiłku zobaczyć, co nim kierowało, co popychało go do końca, nie dając się wycofać i zgodzić na uznanie czarnego za białe, a niczego więcej nie wymagano: to było niepowstrzymane obrzydzenie wobec własnego strachu, fizjologiczna niezgoda absolutnie zdrowej i najwyraźniej ogromnie dumnej duszy (wszak dusza ma własną fizjologię tak samo jak ciało i nie zawsze fizjologia duszy zbiega się z tą cielesną...) na zrośnięcie się i utożsamienie z tym siłą wszczepionym ci, jak wirus, strachem. A kiedy latami nosi się w sobie coś, z czym nie umie się żyć, czasem łatwiej jest rozbić się o wodę, niż przestać skakać.
W tamtych chwilach nad pożółkłą książką doznawałam przypływu gwałtownego, do bólu przejmującego szczęścia - jak wyniesiona w górę na lotni: byłam z niego dumna. Nie z niego jako ojca, nie - na to był już zbyt oddalony w czasie - ale jako człowieka, którym mogłabym się zachwycić, gdybym go teraz spotkała. Od nie wiem jak dawna nie trafiali mi się tacy ludzie (czyżby naprawdę już wymarli?!) i niezaspokojona potrzeba - niekoniecznie wśród najbliższego otoczenia, niechby nawet z daleka, z boku, gotowa jestem podziwiać i w milczeniu, byle było co podziwiać! - ta potrzeba z biegiem lat coraz silniej gryzła od środka, przemieniając się w coś w rodzaju awitaminozy czy niezaspokojonego głodu seksualnego - a tu jakby ktoś prysnął na mnie żywą wodą: jak to, mamrotałam na wpół przytomnie, jak to się stało - odkładałam książkę, błąkałam się po pokoju, jakbym na oślep szukała zagubionej rzeczy, i znów padałam na fotel, wlepiając niewidzący wzrok w tę samą stronicę - myśli wiły się i krążyły, zapętlając same o siebie, wciąż nie mając odwagi ułożyć się w ostateczny, jasny wzór: jak to możliwe, że nic o nim nie wiem - i już nigdy się nie dowiem, nic nie zostało, żadnych dowodów na jego życie takie, jakim było naprawdę: nie pisywał prywatnych listów, nie prowadził dziennika, nie zostawił żadnych cząstek swojego wewnętrznego "ja", na których mogłabym teraz złapać trop - nic oprócz przypadkowego zapisku na marginesie przypadkowej książki...
"I tyle!!!"
Od tamtej pory wierzę utraconym drobiazgom o wiele bardziej niż gotowym historiom, które ktoś dla mnie wypatroszył, usmażył, przyprawił i podał na stół. Wierzę ocalałym gestom i znaczkom w książkach, mimowolnie złapanym na amatorskich zdjęciach dziwnym minom i krzywo przygryzionym niedopałkom: jestem detektywem Columbo początku nowego wieku (nie śmiej się, proszę!). Wiem, że te archeologiczne pozostałości zaginionych cywilizacji - niezliczonych zaginionych cywilizacji, które kiedyś istniały pod ludzkimi imionami - nie kłamią. Jeśli w ogóle istnieje sposób, by zrozumieć coś z cudzego życia (a spróbuj no z własnym dać sobie radę!), to tylko tyle ("i tyle!!!"). Wszystko inne już słyszeliśmy, wszystko inne już nam się uszami wylewa, pięknie dziękuję...
Ciągnie mnie do tych nieważnych, niekompletnych błyskotek jak srokę do rozsypanych korali. Właściwie dokładnie tak samo: zbieram i niosę do gniazda. Mam już całą kolekcję - moje własne (nieuporządkowane) notatki w różnych notesach (czasem na luźnych kartkach, na programach z festiwali i koncertów, na odwrocie informacji prasowych, na innych śmieciach, które wpadły pod rękę...), odrzucone przy montażu (zwinięte w ślimaki) kawałki taśmy, nie wiedzieć po co przechowywane od epoki analogowej w pudle po komputerze; w samym komputerze też zresztą jest totalny bajzel: po co mi na przykład otrzymany kiedyś mailem (kiepsko zeskanowany) rysunek zmarłej na białaczkę dziewczynki z Prypeci, której, zdaniem nie-przytłoczonych-przez-nieszczęście rodziców, pisana była wielka przyszłość artystyczna? (Trudno powiedzieć, prawda to czy nie - dziecięce rysunki zawsze są ciekawe, na tym brązowy hipcio stoi nad niebieskim okrągłym jeziorem po horyzont; do czarnobylskiego programu rysunek nie wszedł, nie pasował, chciałam tam utrzymać maksymalnie lakoniczny styl, suchy i surowy, bez łzawych tonów, bez pociągania nosem, i mama dziewczynki obraziła się na mnie: odebrałam jej nowo odnaleziony cel życia - rolę matki tragicznie zmarłego młodego geniusza, a cóż mogłam tak naprawdę zaproponować w zamian - martwe dziecko?... Ale nawet gdyby nie mama, nie moje poczucie winy, to i tak podejrzewam, że nie wystarczyłoby mi siły, żeby ten rysunek usunąć z dysku, i tak go trzymam, jakbym oczekiwała, że kiedyś do czegoś jeszcze się przyda...) Tak naprawdę wszystkie moje nakręcone dokumenty zaczynały się i rozrastały wcale nie od "tematu", jak zawsze poważnie udaję przed producentem i kolegami, ale - nieodmiennie - od jakiegoś drobnego punkciku zaczepienia, który czemuś przyciągnął uwagę, drażnił i wabił niedostępnością skrywanych przez siebie cudzych tajemnic, jak czasem odległe światełko ludzkiej siedziby z okna nocnego pociągu: chciałoby się podejrzeć, kto tam mieszka, co robi, dlaczego tak późno pali się światło?... W ostatecznym wariancie, w gotowym filmie ten wyjściowy szczegół zazwyczaj wypadał - albo całkowicie pozostawał poza kadrem, albo, w najlepszym razie, migał gdzieś przez moment na drugim planie, i tylko ja go rozpoznawałam: skromnie ukryty w kąciku obrazu autograf Daryny Hoszczynskiej, uczciwie mówiąc, przypomnienie mojej kolejnej porażki, znów, dla nikogo oprócz mnie niedostrzegalnej: bo nigdy jeszcze nie udało mi się - tak, jak czułam, że można to było zrobić: odszukać zaginiony, tajny kod! - ani razu nie udało się naprawdę czegoś z tych drobnych kamyczków zbudować, tak nimi pożonglować, żeby za jednym zamachem całe ludzkie życie od razu jak należy pokazać do głębi i żeby wszystko trafiło na swoje miejsca, jak w łamigłówce, ani razu nie zdarzyło się prawdziwe: "i tyle!!!".
Co, rzecz jasna, nie oznacza, że można zaprzestać wysiłków.
Innej metody nie mam, o ile to oczywiście w ogóle jest metoda. Dokładniej, w inne metody nie wierzę - wszystkie moim zdaniem dawno się wyczerpały. A inne sposoby zwyczajnie mnie nie interesują.
Nie wiem, co mnie tak przyciągnęło w tej fotografii, na której wśród pięciorga żołnierzy UPA (...bojówka, rzucił Artem, koniuszkami palców przesuwając fotografię po blacie i nie wiedzieć czemu ściszając głos, jakby ze zdjęcia, w razie nieostrożnego obchodzenia się, mógł lada chwila zagrzmieć strzał...) jako druga od prawej stała, z gołą głową, z ułożonymi wedle mody lat wojennych w hollywoodzką falę włosami, nawisającymi nad czołem, stała i leciutko uśmiechała się wprost do mnie młoda jasnooka kobieta - zgrabnie, a nawet zalotnie opięta w wąskiej talii wojskowym pasem, z tą spokojną, opanowaną pewnością ruchów, która nie wiedzieć czemu przywodziła na myśl wcale nie wojskowy świat, raczej wyjazd na polowanie w rodowym majątku: panienka czeka, aż przyprowadzą konia, a gdzieś poza kadrem kilka rasowych chartów z niecierpliwym ujadaniem szarpie linkę. Doskonale pasowałby do niej angielski palcat i białe rękawiczki - a równocześnie w jej nazbyt wyrafinowanej wśród lasu postaci było coś niesamowicie kobiecego, orzeźwiająco-uspokajającego, jak łagodna, zdecydowana ręka na rozpalonym czole, coś, co uspokaja i charty, i konie, i młodych mężczyzn z karabinami pewnie też - spośród nich uśmiechała się (niemal niedostrzegalnym drgnieniem ust) tylko ona jedna. "Jaka piękna kobieta" - zauważyłam, też czemuś przyciszonym głosem, chociaż ściśle mówiąc, była nie tyle piękna w zwykłym rozumieniu słowa, ile olśniewająca: nawet na wyblakłej fotografii niemal widać wokół niej plamę światła, jak na płótnach dawnych mistrzów wokół anioła przysłanego z dobrą nowiną, nie bój się, Zachariaszu, twoja modlitwa została wysłuchana - Artem łypnął z ukosa, mruknął niewyraźnie, czy to zgadzając się, czy, przeciwnie, jako historyk, który też-miał-komu pochwalić się dokumentem archiwalnym, dziwiąc się mojej głupocie (piękne kobiety jej w głowie!), ale podchwycił i z tym swoim lekko krzywym uśmieszkiem, jakby z góry wykpiwając to, co zamierzał powiedzieć, rozwinął temat, chociaż w dość nieoczekiwanym kierunku: "Jak myślisz, z którym z tych czterech spała?". "Z tym" - bez wahania pokazałam ostatniego z prawej, z wilczymi, blisko siebie osadzonymi oczyma i garbatym nosem, puszczając mimo uszu czytelną aluzję (z Artemem nie spaliśmy już wtedy ze sobą od dobrych trzech miesięcy i nie widziałam żadnego sensu w umacnianiu tego naturalnie obumierającego związku, przy każdym spotkaniu czymś się wymawiałam, aż mógłby zacząć podejrzewać mnie o jakąś skrywaną chroniczną dolegliwość, nieustanny krwotok albo co...) - wilkowate chłopisko pozowało w pół kroku, niby dla równowagi wspierając się na strzelbie lufą do góry; moja pewność co do niego była tym dziwniejsza, że sama na miejscu tej kobiety wybrałabym kogoś innego - tego, który stał najdalej, ostatni z lewej, i patrzył w bok, jakby całe to fotografowanie go nie obchodziło; spośród wszystkich mężczyzn na zdjęciu, właścicieli prostych chłopskich twarzy, wyciosanych przez wiele pokoleń ciężkiej pracy fizycznej (zresztą, czy wojna nie jest taką samą ciężką pracą fizyczną?...), on jeden był prawdziwie przystojny, urodziwy brunet, udoskonalona i uszlachetniona, wygolona na gładko wersja Clarka Gable'a z zastygłym w oczach prawdziwym, zadawnionym smutkiem, którego Clark Gable nie osiągnąłby za żadne honorarium: taki smutek trzeba hodować w sobie latami, na zawołanie się go nie obudzi, takim smutkiem przepełnione są nasze ludowe pieśni, chyba wszystkie jak jedna, z marszowymi włącznie, w tonacji minorowej, słowa nie mają znaczenia, bo żadne słowa i tak nie wyrażą tego smutku ani nie wypowiedzą jego przyczyny, obejmie go tylko muzyka, i dlatego brunet miał muzyczne dźwięczne oczy - a tymczasem ręka Artema ostrożnie, pytająco głaskała moją nogę w rozcięciu spódnicy, zapuszczając się nad kolano, i ja odruchowo, jak zawsze, pomyślałam o jego obrączce, żeby mi przypadkiem nie podarła rajstop - można się było po prostu odsunąć, po trzech miesiącach byłby to dostatecznie wymowny gest, ale ja bez ruchu, jak zaczarowana, zawisłam nad zdjęciem, na którym, byłam już prawie pewna, rozgrywał się między tą trójką jakiś ukryty dramat, Artem oddychał coraz głośniej, jego palec wskazujący dotarł do szczeliny między moimi nogami i pracowicie rozsuwał ją przez rajstopy i majtki, to zawsze był bardzo dbały kochanek - naukowiec i badacz, wszystko robił, jakby z książki czytał, i czasem odnosiłam wrażenie, że jestem cennym obiektem archiwalnym, zaopatrzonym w niewidzialną instrukcję dla użytkownika, a czasem, że on się mnie śmiertelnie boi, i wtedy chętnie przychodziłam mu z pomocą, mimo że w ustach na długo zostawał smak wyjętego z lodówki starego sera: nie wiedzieć czemu Artem miał zimny członek i w ogóle zimne w dotyku ciało, ale w tamtej chwili, gdy wbijałam dłonie w biurko, a oczy w fotografię, nieoczekiwanie poczułam potężne, gwałtowne pobudzenie, o wiele silniejsze, niż gdyby mi ktoś pokazał świerszczyki - jakieś obco-straszne, szalone i drapieżne, jakby to miał być ostatni raz w moim życiu, jakby znienacka wybuchł i oślepił skierowany prosto na mnie reflektor, nie zostawiając po mnie nic oprócz studziennie czarnego krzyku, tyle że krzyk ten nie tonął, lecz unosił się - w górę, jak wzdłuż rury, rozpierając żyły w gardle, z łoskotem wydzierając się przez zaciśnięte zęby, i nie miało już znaczenia, kto (czy co!) zadziera mi z tyłu spódnicę, niecierpliwie szarpie w dół zbędny materiał, szybciej, szybciej, kurczę się do tego jednego punktu, z którego może przyjść ratunek - i przychodzi natychmiast, błyskawiczny jak lipcowa burza, i czyjaś łapa brutalnie zatyka mi usta, z czego rozumiem, że krzyk, którego echo pozostało w uszach, pochodził z mojego własnego gardła, machnęłam głową na "nie", żeby strząsnąć łapę, i powoli zamrugałam - przed oczami wciąż jeszcze pływały mętne żółtawe kręgi i pierwszym, co się przez nie przebiło, była ta fotografia z pięcioma postaciami: wszystkie pałały ostrym białym światłem, jak na negatywie. Musiałam mrugnąć raz jeszcze, i jeszcze - aż zdjęcie pociemniało do normalnego stanu - i wtedy stało się jasne, że drży nie zdjęcie, tylko stół, i to z tego ważnego powodu, że padłam na niego w dość niewygodnej pozycji, a Artem nadal starannie łupcuje mnie od tyłu, w dodatku usiłując jedną ręką zasłaniać mi usta - całe to przedstawienie odbywało się w końcu w jego miejscu pracy, w podziemiach bibliotecznego magazynu, i byłoby dość pikantnie, gdyby ktoś z jego kolegów zajrzał przez drzwi - co prawda w chwili mojego przyjścia zawsze starannie je zamykał.
(Pomyślałam w tamtej chwili - martwo i pusto, jakby ślepą plamą zamiast myśli - że tylko to mnie tu pociągało, ta zimna piwnica z linoleum na podłodze i oszałamiającym, drożdżowym zapachem zetlałych ze starości papierów, z konspiracyjnie zamkniętymi drzwiami obitymi starym skajem, co przydawało naszemu żałosnemu romansikowi podniecającego smaczku studenckiej bezdomności: kiedy wszyscy zabawiają się jak króliki po wszelkich możliwych zakamarkach - wszystkie zaś średnio udane usiłowania Artema, by przenieść akcję na moje lub jego terytorium, do normalnego mieszkania z normalnym łóżkiem, po prostu wymazywałam z pamięci...) Pożegnałam się wtedy niemal od razu, jak tylko pospiesznie doprowadziłam do ładu ubranie i rzuciłam kontrolne spojrzenie w lusterko, omijając wzrokiem szczęśliwego, spoconego i zdezorientowanego Artema, który nie w takt zapragnął okazać mi czułość, rodzącą się, jak uczy poeta, po drugiej stronie namiętności, ale zastygł, zmrożony moim nieprzyzwoitym pośpiechem i jednosylabowymi mruknięciami - wszystko to niezmiernie przypominało paniczną ucieczkę z miejsca kompromitacji i niesławy, jednak orgazm rozjaśnił mi w głowie, pracującej teraz sprawnie i efektywnie jak dalekopis plujący poleceniami - maksymalna wydajność przy minimalnym wysiłku, bez odwracania głowy: był tu gdzieś u ciebie mój Ernst, przewodnik po Kijowie z 1928 roku, potrzebny ci jeszcze? I (bez pauzy, na tym samym oddechu) pożycz mi proszę to zdjęcie, nie na długo, dobrze? - fotografia wsunęła się między pożółkłe stronice niewinnie rozstrzelanego Ernsta, torebka dopięła się z trudem, najważniejsze, żeby niczego tu nie zostawić; Artem dogonił mnie, już na progu, pocałunkiem w policzek (mokrym) i pogróżką, że zadzwoni pod koniec tygodnia (dlaczego wszyscy mężczyźni uważają za konieczne przy rozstaniu akcentować swoje prawo do następnego razu? jakbym sama nie mogła zadzwonić, jeśli zechcę!) - i to było wszystko, to naprawdę było wszystko: więcej się nie widzieliśmy - a wymawiać się przez telefon nadmiarem pracy nieobraźliwie i nawet z żalem - rada by dusza do raju, ale grzechy, grzechy... - umiem, pewnie, umiem doskonale.
Artem (chwytający każdą okazję podparcia kulejącego związku jakimiś materialnymi zobowiązaniami, jak to zwykle bywa pod koniec i na początku - kiedy pożycza się książki, płyty i zdjęcia, wymyśla wspólne sprawy, z których potem niełatwo się wyplątać...) spytał wtedy: "Po co ci to?", a ja mruknęłam też coś monosylabowego i niejasnego, w rodzaju chcę-coś-zrobić-o-UPA, temat na czasie (jakbym się przed naszym producentem usprawiedliwiała!). To był oczywiście czystej wody wykręt, rzucony na odczepnego, bo o niczym takim nie myślałam. O UPA, byłam święcie przekonana, kręcić i pisać powinni wyłącznie zachodniacy, bo to u nich w każdej rodzinie, jeśli dobrze poszukać, można znaleźć jeśli nie samych "chłopców z lasu", to na pewno deportowanych "za współpracę", a że deportowali ich całymi wsiami, dobrze chociaż, że nie powywozili, do nogi gdzieś za Jenisej, jak Polacy za Wisłę, to pytam się grzecznie, z jakiej paki miałabym wtykać swoje trzy grosze tam, gdzie i beze mnie przy każdym kroku komuś żywe kości trzeszczą?... Wszystko, czym ja sama dysponowałam, ograniczało się do wspomnień mamy i ojczyma, wujka Wołodi, o głodzie 1947 roku na Wschodzie: wujek Wołodia (nigdy nie przełamałam się, żeby mówić o nim chociaż "tata Wołodia", jak chciał on sam i pewnie mama też...) brał niewód i chodził tamtej zimy, piętnastoletni chłopak, u siebie w Odessie z dorosłymi na łowienie ryb pod lodem i dzięki temu jakoś utrzymywał rodzinę - wokół przerębli, opowiadał, przez cały dzień nieruchomo jak zjawy tkwiły opuchnięte kobiety na słoniowych nogach, czekały na wyrzucaną z niewodu drobnicę, porywały ją z lodu i natychmiast pożerały na surowo - a po zbawczy chleb i u niego, i u mamy na Połtawszczyźnie wyprawiano ekspedycje na Ukrainę Zachodnią ("u Zapadnu", uparcie mówił wujek Wołodia, jakby ta prostacka łatka na jego ogólnie dość czystym jak na kogoś z Odessy języku była nieodłącznym elementem tamtych wydarzeń i korekcie nie podlegała: u Zapadnu i kropka, a "Zachodnia" to już ze słownika następnego pokolenia). Te wyprawy po zdobycz, jak śledzie w beczce (i pokotem na dachu) szalonego, bez wszelkiego ładu i rozkładu pyrkającego od stacji do stacji pociągu towarowego 500-W (czarny humor ludowy nazwał go "pięćset-wesołym": mógł znienacka stanąć w szczerym polu i stać tak pięć minut albo pięć godzin i tak samo znienacka ruszyć dalej, pozostawiając strząśnięty pył nieszczęśników, którzy wyskoczyli, żeby opróżnić pęcherze - nikt nie szukał ukrycia, na każdym postoju zwalali się pod nasyp, mężczyźni i kobiety, przemieszani, w biegu obnażając tyłki, opanowani wspólną gorączkową myślą: zdążyć, a potem wdrapać się z powrotem na swoje miejsce, póki nikt go nie zajął; wujkowi Wołodi szczególnie ostro wbiła się w pamięć ta nieustanna obawa o miejsce, pewnie trudne to było dla zagłodzonego nastolatka, który musiał rozpychać się na równi z dorosłymi, na moją zaś wyobraźnię najsilniej działała tamta bezpłciowa orgia pospiesznego wypróżniania się wzdłuż pociągu - łatwość przetworzenia ludzi w stado) - te wyprawy za chlebem nie były ani trochę bardziej bezpieczne od dzisiejszych, tak samo za chlebem, na saksy, do jeszcze bardziej zachodniej Europy, prawdziwej, szengeńskiej, obładowanym ikarusem po drogach Słowacji i Polski, gdzie z byle zagajnika może w każdej chwili wyskoczyć na spotkanie jakaś rosyjska mafia z kałaszami - wujek Wołodia, który podróżował wiosną 1947 na dachu "pięćset-wesołego", wspominał oślepiające światło latarki w środku nocy i mroźny dotyk metalu na gardle: "Dieńgi jest, pacan?". Jakimś cudem wpadł na to, żeby obiema rękami odwrócić poły marynarki, w której spał, wewnętrznymi kieszeniami do wierzchu: patrzcie, czysty - tak samo instynktownie wydusił z siebie, co nie wiedzieć skąd przyszło do głowy: "Do brata jadę..." - i zostawili go, nie przetrzepali, chociaż akurat miał pieniądze, starannie zaszyte przez matkę w majtkach na drogę, a brata - brata nigdy nie było. (Musiało to być skrywane chłopięce marzenie, sieroce, o bracie, koniecznie starszym, który wróci z frontu, przyłoży wszystkim krzywdzicielom, obroni i ochroni: i marzenie obroniło!) W ich oczach - w oczach wycieńczonych, brudnych ludzi, którzy gorączkowo oblewali parującym moczem kolejowe nasypy - ówczesna nowo przyłączona Galicja, ósmy rok plądrowana wzdłuż i wszerz przez fronty i partyzantkę, wciąż jeszcze oślepiała blaskiem Europy, oazy niewyobrażalnych rozkoszy - tak jak w oczach dzisiejszych ukraińskich gastarbeiterów Europa szengeńska - i tym, którzy umieli szczęśliwie do niej dotrzeć, szczodrze udzielała swoich rozkoszy: temu worek sucharów, temu dwie torebki kaszy i torebkę grochu, a tamtemu nawet pełniusieńki, z czubem nasypany worek mąki - takie dziwo jakimś cudem zdołała przyciągnąć na własnym grzbiecie gdzieś z tych okolic, z przesiadką w Zdołbunowie, świętej pamięci ciotka Lusia, mamy starsza siostra - i tak oto rok 1947 nie stał się dla Ukrainy, wbrew zamiarom wąsatego Generalissimusa, kolejnym i już ostatecznym rokiem 1933, więc przynajmniej tę wojnę, w żadnych podręcznikach nieodnotowaną, UPA ze Stalinem wygrała: żadne oddziały rekwizycyjne nie zaryzykowałyby pod koniec lat czterdziestych wchodzenia do zachodnioukraińskich wsi w poszukiwaniu zboża (a gdyby z głupoty zaryzykowały, to tyle by je widzieli, co na drodze do tej wsi, powiadał wujek Wołodia z drapieżnym uśmieszkiem satysfakcji, jak echo tamtego chłopięcego zachwytu nad cudzą siłą - ale komuś przyłożą! - a jednocześnie, co najdziwniejsze, z ledwie uchwytnym cieniem niechęci, trochę nawet jakby zazdrości, no tak, dobrze im się tam wojowało, ano popuchliby sobie u nas na lodzie, toby się okazało, czy by tacy wyrywni byli!). Opuchlizna opuchlizną, mogłabym zaprzeczyć wujkowi Wołodi (i zaprzeczałam - w myślach, nigdy na głos), ale jednak w porównaniu z 1933 coś się zmieniło: była masowa i jak widać nieźle zorganizowana armia, która wcześniej przez trzy lata z rzędu ćwiczyła odbijanie zboża od Niemców; doświadczenie przydało się i kraj nie wymarł. Jeśli nie liczyć wojny zimowej, to wychodzi, że była to jedyna klęska Stalina i jeszcze w czterdzieści lat po jego śmierci radziecka historiografia odgrywała się za nią na "Zapadnej" ze wszystkich sił dobrze opłacanej mrzonki - że opłacanej, to my sami, co rozumniejsi, bez szczególnych wysiłków zrozumieliśmy jeszcze w szkole; żaden temat nie budził wtedy na przerwach takich gorących dyskusji jak wojna - dla naszych rodziców to była jeszcze żywa, nie książkowa rzeczywistość, i nazbyt już różniła się nagromadzona w rodzinach pamięć od tego, co należało wykuć wedle podręcznika, i następowała czysto chemiczna reakcja niezgodności - furkotało, bulgotało i wytrącał się osad: krótkie i pogardliwe "łgarstwo!" pod adresem podręcznika... I to było w zasadzie wszystko, co tak naprawdę wiedziałam; delikatnie mówiąc - niewiele.
Słowem, UPA - UPA nie miała tu nic do rzeczy.
Po prostu nie mogłam zostawić u Artema tego zdjęcia. Było moje, a dokładniej stało się moje. I nie dlatego, że niemalże na nim przeleciano mnie bez jakiegokolwiek z mojej strony oporu, a raczej wręcz przeciwnie: dlatego bez oporu, że jakby wstąpiła we mnie wtedy cudza wola - takie właśnie miałam wrażenie. (Cały dzień snułam się potem rozbita, jakby mnie przepuszczono przez pranie z wirowaniem.)
Młoda kobieta, która z arystokratyczną nonszalancją stała pośród lasu w towarzystwie czterech mężczyzn z karabinami i ledwie dostrzegalnie się uśmiechała, wyróżniona plamą światła przypominającą dziwny defekt kliszy, nazywała się Ołena Dowhanówna.
A więcej naprawdę nic nie wiedziałam.
*
- Nad czym tak myślisz?
- Nigdy tego filmu nie zrobię. Nigdy.
- Ty wszystko potrafisz - mówisz z takim przekonaniem, że zaczynam się bać. Twoja rodzina milcząco patrzy na mnie ze wszystkich fotografii naraz. Niewiarygodne - coś ty we mnie zobaczył?
Pytanie, którego w żadnym razie nie wolno zadawać na głos, gryzę się w język, bo jeszcze - tylko tego brakowało - sam zaczniesz się nad tym zastanawiać...
Czego ci nie powiedziałam: kiedy po raz pierwszy mnie pocałowałeś (ściślej, to ja cię pierwsza pocałowałam, nie mogąc dłużej znieść twojego niemal ekstatycznie jaśniejącego spojrzenia, do którego brakowało już tylko modlitewnie złożonych rąk: jasne, że się mnie bałeś - jak inaczej, gwiazda TV i w ogóle...), tym, co naprawdę mną wstrząsnęło, o ileż potężniej, niż kiedy miałam lat piętnaście, był wyraz twojej twarzy, gdy nasze usta się rozdzieliły - mina człowieka, który stojąc na szczycie góry, widzi, jak pod nim, w dolinie, jego miasto zapada się pod ziemię. Patrzyłeś, jakbyś mnie nie poznawał, jakbym migotała i przemieniała się przed tobą z szaleńczą prędkością, i rozpalony światłocień szczęścia i przerażenia na twojej twarzy bezpośrednio odzwierciedlał moje migotanie - i tak, przez twoje oczy (spojrzenia nasze jeszcze się nie rozdzieliły) przez moment mogłam zobaczyć to trzęsienie ziemi w dolinie: niemo, z wyłączonym dźwiękiem, padały budynki i rozwierała się ziemia - jak przy zdjęciach z samolotu, od których operatorowi śmiertelny zachwyt zapiera dech w piersi...
Od tamtej pory znam to uczucie, długo nic - i raptem przypomina o sobie krótkim, dotkliwym ukłuciem: stoję na szczycie góry, pod twoim wzrokiem, i nie mam dokąd zejść.
- Ty wszystko potrafisz - mówisz z niewzruszoną pewnością w głosie.
I dopiero teraz rozumiem, dlaczego przy pierwszym spotkaniu tak mnie zaskoczyło, że mówisz po ukraińsku, kompletnie się tego nie spodziewałam; zbyt pewnym krokiem idziesz przez życie, zbyt spokojną i samodzielną przybierasz w nim postawę, jakbyś nawet nie podejrzewał, że może być inaczej. U nas wszystkich, którzyśmy skończyli trzydziestkę i od małego rośli świadomi swojej ukraińskości, rzadko zdarza się taka naturalna - niezduszona - godność; taka postawa wymaga co najmniej trzech-czterech pokoleń przodków za plecami, przodków nieznających jakichkolwiek form społecznego poniżenia - sytuacja w oczywisty sposób nie nasza, na Ukrainie po XX wieku praktycznie już niemożliwa, skądże miałaby się wziąć...
Nie zostawiaj mnie, słyszysz? Ja nic nie wiem - nie wiem nawet, prawdę mówiąc, czy to jest to, co ludzie nazywają miłością, czy jakaś przymusowa interwencja cudzej woli (czasem budzi się też takie podejrzenie). Nie wiem, czego chcieć od przyszłości ani nawet czy my oboje mamy przyszłość; nic nie wiem. Tylko trzymaj mnie, dobrze? Nie zostawiaj. Właśnie tak.
...Szpital czy co?... Białe fartuchy, nie, nie fartuchy, prześcieradła jakieś owinięte wokół ciał, dziwne... Chyba jednak szpital...
Czarny opel kadet, cóż za elegancki samochód; czarne mundury, błyszczące daszki kaszkietów, dokąd oni mnie wiozą?...
Obudź się, Adrianie.
(Kadr gwałtownie oddala się, jak w ciemny tunel - maleje aż do maleńkiej plamki; gaśnie.)
Jeszcze chwilę poleżeć z zamkniętymi oczami, wsłuchując się, po omacku badając pokój, wwąchując się w znajome zapachy: to mój pokój. W łóżku obok mnie pusto - wyciągnięta ręka niczym odrąbana upada na zmiętą poduszkę, z piersi wydostaje się głuchy pomruk protestu, który ostatecznie rozbudza: głos też jest mój. Wciąż jeszcze nie otwierając oczu, wysyłam swoje zmysły za drzwi, w myślach przesłuchuję-przepatruję przedpokój, łazienkę, kuchnię - wszędzie cisza. Jestem sam. Na szafce nocnej po drugiej stronie powinien być zegarek - wyciągnąć drugą rękę. Oho. Laluśka musiała zniknąć bladym świtem - no tak, ma dziś pasmo poranne. Które już zresztą przespałem, jak ostatnia świnia. A niech to, ale głupio... I co to mnie naszło?
W głowie, jak ślad po zastrzyku: czarny opel kadet, pełen obcych oficerów (co to za mundury?); kobieta w białym fartuchu czy tam prześcieradle, obwiązanym wokół ciała; w niskim metalowym naczyniu wygotowuje się szpatułka czy jak to się nazywa... A bierz to diabli, pora dojść do siebie.
Na dworze cicho szeleści deszcz - taki miły, wiosenny deszczyk, po którym w jedną noc budzą się drzewa i trawa. Otworzyć drzwi na balkon i głęboko wciągnąć powietrze: wilgoć, ciepło. Super. Na dole, na podwórzu, pokrywa się miriadami kropli - jak potem - srebrzysty mercedes z zygzakowatą flagą na parlamentarnej tablicy rejestracyjnej z literami WR, ludzie czytają to "Wyrwani Roky", wyrwane lata - mój staruszek volkswagen tuż za nim wygląda jak wiejski stróż przy Terminatorze. W sąsiedniej klatce mieszka pan deputowany. Skromny, cholera - najwyraźniej pierwsza kadencja: nieobyty jeszcze.
Wiem, że mieszka, bo w zeszłym roku go okradli i całą kamienicę tępo, z sumiennością hydraulików, obchodziły gliny i zbierały podpisy, że nikt nic nie słyszał i nie widział; oni mi powiedzieli. Wystawili, jak w pysk dał, pana deputowanego. Kiedy wcześniej okradziona została rodzina z parteru, nikt z żadnymi pytaniami nie przychodził, a ci z parteru zamontowali sobie ozdobne kraty. Teraz, gdy się wraca do domu późnym wieczorem, podwórze oświetlają gęste koronki złotych prostokątów od zakratowanych okien; średniowieczny zamek, można by pomyśleć. Dzieciaki mogłyby bawić się w takim świetle w różne tam wróżki, rycerzy i damy dworu, tylko że teraz dzieci się w takie rzeczy nie bawią. W sumie tak późno dzieci tak czy owak już śpią, a szkoda. Ściślej mówiąc, to mnie zawsze robi się żal - może tego, że już nie jestem małym chłopcem i nie mogę należycie wykorzystać bajkowego oświetlenia, a może że w moim dzieciństwie nie było takich koronkowo-złocistych okien: była dzielnica-sypialnia z brudnoszarych, obłożonych kafelkami jak wielkie WC dziesięciopiętrowców, między którymi zachęcająco bielały miniaturowe otynkowane domki z zagadkowymi tabliczkami "Odpady komunalne"; śmierdziało z nich straszliwie, ale i tak lubiliśmy się tam chować - wśród pojemników na śmieci, akurat na tyle wysokich, że kiedy się kucnie, nikt człowieka nie zobaczy; i w takim oto śmierdzącym, ciemnawym entourage'u po raz pierwszy dowiedziałem się, jak siusiają dziewczynki. Dziewczynka nazywała się Marynka i miała na sobie jaskrawoczerwone, aż oczy bolały, rajtuzki; ponieważ nie wierzyłem własnym oczom, wielkodusznie pozwoliła mi własnoręcznie zbadać mokrą szczelinkę i dwa malutkie wzgóreczki - najwyraźniej już wtedy żył we mnie eksperymentator. Każde doświadczenie jest doświadczeniem, to zdobyte w śmietniku też. Nie ma czegoś takiego jak "wyrwane lata".
...Laluśka najwyraźniej bardzo się spieszyła: w kuchni byle jak wrzucona do zlewu łyżeczka i filiżanka po kawie, w ekspresie zrudziały filtr z rozmazanymi do konsystencji bagna fusami, jeszcze ciepłymi, na parapecie miseczka niedojedzonego muesli, i to też mnie rozczula, łapię się na mimowolnym uśmiechu: jadła tu na stojąco, patrząc w studnię podwórka - zawsze tak robi, gdy je sama. Kiedy chodzi się tak po kuchni, po jej śladach, to jakby trafiało się w rękawy zrzuconego przez nią szlafroka, który przeistoczył się w powietrze; owijam się nim; chciałbym się przytulić, musnąć policzkiem: Laluśka... I jeszcze zapach - ulatujący z porannej poduszki zapach jej perfum, na wskroś wygrzany słodkim, chlebowym, drożdżowym zapachem jej ciała, nie odstępuje mnie na krok, nabiera mocy, niczym przyspieszony oddech, przy oknie, przy którym stała, z nową siłą atakuje w przedpokoju, koło drzwi wejściowych, gdzie zakładała buty; przykładam do nosa palce (na których zapach Laluśki jest trochę inny, ostrzejszy, bardziej słony, jak od morskich wodorostów - odległe echo nocy), odruchowo rozszerzam nozdrza i wyrywa mi się mimowolne westchnienie - śmieszne, w takiej chwili przypominam chyba zostawionego w domu psa, który myszkuje w poszukiwaniu śladów swojego pana... Na początku, kiedy zaczęła zostawać u mnie na noc, po jej wyjściu rzeczywiście zachowywałem się zupełnie po psiemu - to znaczy, wtykałem pysk w jej szlafrok i zapadałem w drzemkę, póki pan nie przyjdzie. Jak odłączony od akumulatora. Jedyne działanie społeczne, do którego byłem zdolny, polegało na zadzwonieniu do biura i leniwym wyłganiu się, dlaczego dziś nie przyjdę - nie wiem, czy wierzyli moi współpracownicy mojemu szczęśliwemu, ospałemu głosowi, ale miałem to w nosie, a kiedy masz w nosie, to zawsze masz przewagę, bo nikt ci nic nie zrobi. W takiej nirwanie wylegiwałem się w naszej stygnącej pościeli do południa - zasypiałem, budziłem się, znów zasypiałem, w półśnie, z radością obserwując zmiany oświetlenia i trudne do rozpoznania, jakieś odświeżone, jak żywe istoty, przedmioty w pokoju, wciąż wypełnionym wibracją Laluśczynej obecności - i nigdy jej o tym tak naprawdę nie mówiłem, jak jakieś wstydliwe chłopię... I wtedy to właśnie zaczęły mi się śnić te sny.
Za dnia, jak teraz, tają, w mig znikają pod wodą, niczym ułamki wiosennej kry - brzegi chudną do przezroczystości, fabuła rozmywa się i tyle tylko zdążasz zatrzymać w pamięci, jak dzięki uderzeniu w zszywacz: środkowe kartki, dwa-trzy oderwane obrazy - jakiś opel kadet, coś jakby szpital, szpatułka, białe prześcieradło obwiązane wokół ciała... W sumie ze snami często tak bywa, zwłaszcza gdy głowa nabita kłopotami i każde przebudzenie - jak pyskiem w ścianę: szlag, znowu to samo!... Kto by wtedy o snach myślał. Ale z tymi snami od początu było inaczej. Po pierwsze, one ani nie były fantazyjną przeróbką dziennych wrażeń, ani w ogóle nie miały żadnych związków z czymkolwiek, co mogłem poznać z własnego doświadczenia. Nawet cienia jakiegoś tam déja vu. Najdokładniej udało mi się to moje wrażenie opisać w rozmowie z Laluśką (bo właśnie w rozmowach z nią znajduję najtrafniejsze sformułowania, nawet gdy chodzi o zasadę działania generatora termojądrowego albo inne sprawy, o których ona nie ma zielonego pojęcia) - wrażenie takie, jakby przede mną omyłkowo otwierały się drzwi cudzej szafy, w której leżą nieznane rzeczy w nieznanym porządku. To, co widzę i zdążam zapamiętać, dla kogoś musi mieć sens, ale ja czuję się mniej więcej jak człowiek, który podnosi słuchawkę telefonu i przez pomyłkę staje się świadkiem cudzej rozmowy. Chcesz powiedzieć, sprecyzowała Laluśka, ściągając brwi i przygryzając dolną wargę, że śnią ci się cudze sny?... Nie, rzecz w tym, że właśnie nie, i na tym polega ich druga osobliwość - dokładniej będzie powiedzieć, że śni mi się cudza jawa. To znaczy? Nie wiem, jak to wyjaśnić - wygląda to nie jak marzenie senne, ale jak wspomnienie, w dodatku bardzo żywe i wyraziste, również w zapachu i dotyku, tylko że wiem na pewno: mnie nigdy się coś takiego nie przydarzyło, to nie jest moje wspomnienie. Jedna z niewątpliwych korzyści z życia z dziennikarką polega na tym, że z czasem człowiek uczy się porządnie, w dodatku literackim językiem, wyrażać swoje myśli, i zasoby leksyczne też rozrastają się do granic możliwości, aż jego samego czasem biorą niekiedy za dziennikarza - wszystko dzięki temu, że ona umie cierpliwie stawiać pytania. Tak więc ocalały obraz być może dlatego właśnie ocalał, że powtarzał się wiele razy: wiosenny las, słoneczne zajączki na pniach drzew, pachnie pleśnią i igliwiem, taki zielony zapach, i plecy tego, kto idzie przede mną, w szarobłękitnym mundurze wojskowym, ze szmajserem przez ramię, tylko pas nie skórzany, a nie wiem czemu parciany, stębnowany - idziemy przez las w szyku, skąd ja znam to słowo, i te silne chłopskie plecy przewiązane parcianym pasem są ostatnim, co widzę, bo znienacka zza drzew wybucha suchy stukot, silne uderzenie w piersi - i zapada ciemność. Dalej nie pamiętam - rozmyło się jak namoknięty papier w ciemnej wodzie. Po jakimś czasie zaintrygowana Laluśka, zasięgnąwszy rady kogoś mądrego - znajomych specjalistów z wszelkich dziedzin ma tylu, że blednie katalog biblioteki parlamentarnej, wystarczy podnieść słuchawkę i wybrać numer - z intonacją Sherlocka Holmesa (śledztwo dziennikarskie!) oznajmiła mi, że parciane pasy, jak się okazuje, naprawdę istnieją, i to od dawna - to mundur armii amerykańskiej! A widzisz, mówiłem przecież, skąd miałbym to wiedzieć?... No dobrze, a szmajser, pewien jesteś, że to był szmajser? Absolutnie, i nawet las był zupełnie nasz, nie żaden amerykański, więcej nawet - znałem nazwy nie tylko drzew, ale też poszycia, krzaków - głóg, wrzos... Jałowiec... Nie, no to mnie akurat słabo przekonuje, tego mogłeś gdzieś mimochodem nałapać, choćby na wycieczce, dajmy na to, jak z mamą w dzieciństwie na Howerlę szedłeś, a potem ci z głowy wyleciało... Wedle takiej logiki z mundurem amerykańskim może być tak samo: wiedziałem i zapomniałem, o to ci chodzi?... W odpowiedzi Laluśka zrobiła jedno ze swoich firmowych "miniątek" - zaciśnięte usteczka plus groźne łypnięcie spode łba, słowem "milczenie wilków": gdy skończyły się argumenty, ale do porażki przyznać się nie można, bo nie honor (jest też "milczenie owiec": z żałosnym spojrzeniem spod oka, i to już oznacza błaganie rozmówcy o miłosierdzie) - jak zawsze w takich wypadkach nie wytrzymałem i roześmiałem się, i objąłem moją kochaną grymaśnicę, i rzeczywiście ogarnęły mnie wątpliwości - na jakichś pieprzonych plakatach na szkoleniu wojskowym czy co?... Ostatecznie wszyscy jesteśmy dziećmi zimnej wojny, a ci, których uczyli na technicznych, to już w ogóle - nie do czego innego nas szkolili, jak do służby rodzonej zbrojeniówce, która, patrzcie państwo, tak się wzięła i wykopyrtnęła, z naszego roku chyba ja ostatni jeszcze mam jakieś symboliczne związki z zawodem, chociaż już nie on, dzięki Bogu, zapewnia mi chleb, bo z niego to by już nawet skórki nie było, całe szczęście, że od małego lubiłem bawić się dziadziowymi papierośnicami, przydało się świeżo upieczonemu, he, he, biznesmenowi! - ale i tak wciąż pamiętam straszne tajemnice wojskowe Zet-es-er-er, w rodzaju makaronu o kalibrze nabojów karabinowych, tudzież fabryk czekolady skonstruowanych tak, by w ciągu dwudziestu czerech godzin mogły przejść na produkcję prochu, więc czemu by ta moja zatęchła nieświadomość zbiorowa nie mogła teraz wypluć na wierzch jakiegoś dawno zapomnianego szczególiku?... Było to w zasadzie logiczne wytłumaczenie, ale nie podobało mi się: było nieeleganckie. Brakowało mu błysku, tego eleganckiego, nieoczekiwanego skojarzenia, przy którym klik! - i wszystko pasuje, jak w puzzlach, i nie ma już wiszących jak ogony wątków. Nie mogłem nie wierzyć własnym odczuciom, a one jednym głosem krzyczały, że w tym śnie na własne oczy widzę czyjąś śmierć, tak jak naprawdę miała miejsce - nawet jako fizyk jeszcze nie w takim stopniu straciłem kwalifikacje, żeby stracić wyczucie poprawności rozwiązania - a ta poprawność, Laluś, między innymi charakteryzuje się elegancją, jednym niestandardowym ruchem, dzięki któremu wreszcie wszystko trafia na swoje miejsce. Rozumiem, westchnęła Laluśka, patrząc na mnie już "jagnięcym wzrokiem", to nie tylko w twoich równaniach tak jest... Być może - ale wiesz, co jeszcze? Teraz, kiedy wspomniałaś o Howerli, jestem już zupełnie pewien, że ten las był gdzieś w Karpatach.
...Strasznie nie chce się iść pod prysznic i zmywać z siebie jej zapachu, lepiej po śniadaniu. ("Leniwski-Brudasiński!" - przezywa mnie Laluśka, kiedy razem jemy śniadanie: ona sama, porządna dziewczynka, nawet kawy nie popije, zanim się nie wykąpie i nie założy majteczek, i nie rozumie, jaka to frajda, kiedy ona cała jest taka czyściutka, aż pachnie - Ale przestań już - Obawiam się, że to niemożliwe - Postaraj się - Za późno - Wariat, erotoman! - łagodniutko, stłumionym głosem, a oczy już zachodzą mgiełką - moja dziewczynka! - i białe majteczki spadają jak biała flaga, i jeszcze wszystko się we mnie burzy na dźwięk jej cichutkiego - jak pluszowy miś - popiskiwania; wiesz, powiedziała kiedyś po tym, jak tak właśnie rano kochaliśmy się na środku kuchni, i siedziała na odsuniętym krześle taka niewiarygodnie moja, zmęczona i rozmarzona, włosy wilgotne u nasady, i oglądała swoje bezsilnie rozchylone uda - wiesz, męski instynkt zawsze ma w sobie coś psiego: naznaczyć kobietę jak swoje terytorium. Wtedy tylko mruknąłem, bardzo z siebie zadowolony, jak ostatni osioł - a zazdrość przyszła dopiero później, na luzie: jak mawiała babusia Lina, mądry Rusin po szkodzie. Chociaż niby o co tu być zazdrosnym - o wspomnienia?... Śmieszne. Tyle że nie wiedzieć czemu, kiedy kobieta słyszy od mężczyzny coś w rodzaju "wszystkie jesteście takie same", z pełnym przekonaniem traktuje to jako kolejny dowód swojej normalności - coś w rodzaju, a widzisz, nie tylko ja! - a mężczyzna przeciwnie, dostaje szału na samą myśl o tym, że mógłby zostać ustawiony w jednym rządku ze swoimi poprzednikami...)
Nie, w zasadzie to umiem poruszać się po tym polu minowym - nie jestem idiotą i pytań w rodzaju "Ilu ich było?" też nie zadaję, w ogóle nie zadaję pytań - jakie tu mogą być pytania, u licha... Swoje zabawki dawno już z Laluśką wrzuciliśmy do jednej piaskownicy - po odrobinie, po łyżeczce opowiadając sobie najważniejsze rzeczy z przeszłości, a z Serhijem, jej byłym mężem, nawet kiedyś podaliśmy sobie ręce na jakimś tłumnym spotkaniu, i nawet mógłby mi się spodobać - otwarta twarz, chłopięcy uśmiech, który pewnie do dziś działa na kobiety - gdyby nie jego ręka w dotyku: mdła jak zdechła ryba, jakby dawno temu wypuszczono z niego powietrze i chodził wyłącznie z przymusu, z dokuczliwego obowiązku pańszczyźnianego - starzejący się chłopczyk, jakich wielu. Jedyne pytanie, które Laluśce zadałem (a jednak zadałem!) i które naprawdę mnie interesowało - "Czemu się rozstaliście?" - pozostało bez odpowiedzi: rozeszliśmy się i już, jakby to była odpowiedź; innej Laluśka nie zna i szukać nie chce. Okej, jej prawo, cóż ja mogę. Gorzej, gdy z jej ust mimochodem wylatuje przypadkowe zdanie zapowiadające wspominkowy, niemal nostalgiczny ciąg dalszy - i kiedy ja z pełną gotowością wpadam jej w słowo i przerywam, być może trochę za ostrym tonem, takim, który z punktu ma zapobiec dalszym wspomnieniom: tak, tak, ten sam, z którym jeździłaś nad Bałtyk i który uczył cię jeść homara - a ona zawsze szczerze się dziwi: opowiadałam ci?... Nie pamięta. Na szczęście w naszym życiu jest skończona liczba historii miłosnych. (A homara rzeczywiście nie umiem jeść, grzebię w nim, jakbym nie miał rąk, bez cienia przyjemności, tylko mnożę stosy śmieci na talerzu...) Liczba historii jest skończona, ale nieskończona jest ilość wspomnień, a to wielka różnica: Laluśka zaczęła mówić o tym samym człowieku, mając na myśli coś innego niż poprzednio; to właśnie tłumaczy jej zdziwienie - nie oszukuje, naprawdę jest zaskoczona: jaki znowu homar?... Ona nie pamięta, ale ja z łatwością mogę to sobie wyobrazić: przełamana czerwona skorupa na białym talerzu, apetycznie zgnieciona połówka cytryny ze zmierzwionym miąższem, cmokanie, siorbanie, oblizywanie palców w zachwycie, przyniesiony przez kelnera foliowy fartuszek bezwstydnie poplamiony smakowitymi sokami; jedzenie homara to akt niemal seksualny, oczywiście, o ile umie się go jeść, nie mówię już o zapachu unoszącym się nad stołem - delikatnym i słonawym, i tak niewiarygodnie podobnym do naturalnego zapachu mojej dziewczynki, o czym, rzecz jasna, ona sama może wcale przy tym stole nie myśleć, ale z pewnością myśli jej towarzysz, o ile poprzednią noc spędzili razem i o ile nie jest kompletnym durniem - dość, wystarczy, stop, to naprawdę nic nie da: nie mogę wepchnąć się w jej wspomnienia. Tym bardziej że tym razem wcale nie o homara jej chodziło, a ilość wspomnień jest nieskończona. Jak ilość liczb naturalnych. I na tym cała rzecz polega.
...Rzecz w tym, moja dziewczynko, że nie da się całkiem i do reszty opowiedzieć siebie komuś innemu, choćby najbliższemu, z kim noc w noc dzielisz oddech, a dzień w dzień - całą resztę świata. (Nie wiem, może bliźnięta jednojajowe to potrafią, ale chyba też tylko do pewnego stopnia...) To jak zbiory skończone i nieskończone: nieważne, jakie są między nimi zależności, pierwszy zawsze będzie ograniczony, a drugi pozbawiony granic, choć siadaj i płacz. Instynktownie szukasz ratunku w mnożeniu na wszystkie sposoby wspólnych przeżyć, przemienianiu ukochanej kobiety w nieustannego świadka swojego życia w niejasnej nadziei zdobycia przewagi liczebnej, czysto arytmetycznej - tak by suma spędzonych razem godzin przewyższyła sumę godzin przeżytych osobno (a czemu właściwie godzin, dlaczego nie minut, nie sekund? nie milisekund?... jaka jednostka czasu pozwala nałapać wrażeń, które potem gdzieś tam, w kopalniach twojej podświadomości, przeistaczają się w odrębne i kompletnie dla mnie niedostępne wspomnienie, jak chlorofil w węgiel kamienny?...). Tyle że wszystko to też na nic - Love's Labours Lost, jak pisał staruszek Szekspir (dobrze mówię, Laluśka? pochwalisz mnie za mój angielski?). Arytmetyka nie działa tu choćby dlatego, że nawet to, co przeżyte wspólnie (pamiętasz, jak kupowaliśmy naszą pierwszą lampkę na biurko w "Świetle dla domu", w zachwycie bawiłaś się przegubowymi ramionami, w całym sklepie wyginając i składając lampy pod różnymi kątami, opowiadałem ci o zaletach halogenów w porównaniu ze starymi świetlówkami, a ty słuchałaś jak wzorowa uczennica, nawet usteczka miałaś rozchylone, a potem, gdy wyszliśmy ze sklepu, niosąc nasz zakup - nie na przegubie, na ciężkiej podstawie, stylowa rzecz, chromowana - z takim samym zachwytem, na tej samej fali, nawet tonem identycznym, rzuciłaś: Ale ten sprzedawca był podobny do kreta, co? - zbaraniałem z wytrzeszczonymi oczami, nie wiedząc, co powiedzieć, bo w ogóle nie zauważyłem, do czego by ten sprzedawca mógł być podobny...), nawet to, co przeżyte wspólnie, Laluśku, pozostawia w każdej z dwóch osób zupełnie różne wspomnienia i ich zbiór jest tak samo nieskończony. Jak się dobrze zastanowić, to od tego właśnie mogą się klepki obluzować. Kiedyś, jeszcze na studiach, zapętliłem się na tym problemie: mamy dwa zbiory nieskończone, na przykład, liczby naturalne i rzeczywiste - jak je porównywać, skoro obydwa są nieskończone? Co jest"większe", co "mniejsze", skoro żaden nie ma końca? Tak samo tutaj, oczywista analogia: mamy dwa zbiory nieskończone - pierwszy to zbiór wszystkich twoich wspomnień (X), drugi - zbiór wspomnień, które dzielisz ze mną (Y); istnieje jeszcze pojęcie mocy zbioru: kiedy każdemu elementowi zbioru (Y) można jednoznacznie przyporządkować pewien element zbioru (X), ale nie odwrotnie - wtedy mówi się, że zbiór (X) jest liczniejszy od zbioru (Y). Przykład: pamiętam, że w "Świetle dla domu" był sprzedawca - przecież musiał być! - ale nie pamiętam, czy przypominał kreta, czy może małpę albo wielbłąda. I nawet gdybym już do końca życia trzymał cię za rękę - co oczywiście powodowałoby pewne utrudnienia, pomińmy szczegóły - i tak zbiór (X) zawsze będzie liczniejszy od zbioru (Y) i żadne natężanie wyobraźni nie sprawi, że zobaczę, co jeszcze tam widziałaś. No właśnie.
Usmażę sobie jajecznicę, ot co.
Może to właśnie jest najbardziej elementarna istota miłości - człowiek, który żyje obok i wszystko zapamiętuje inaczej. Takie nieustające źródło zadziwienia: świat nie po prostu "jest", świat co chwilę ukazuje się, wystarczy wziąć tego kogoś za rękę. Zdarza się, nawet dość często, że równocześnie przychodzi nam do głowy to samo, jedno przerywa drugiemu: no właśnie o tym pomyślałam - i mimowolnie cieszymy się, jakbyśmy odnaleźli we wspólnym domu jeszcze jeden zakamarek-niespodziankę, ale podejrzewam, że gdybyśmy w takiej chwili rozeszli się każde do swojego kąta i spróbowali zapisać tę myśl na papierze, a potem porównali, to na pewno okazałoby się, że myśleliśmy zupełnie nie to samo, a jedynie o tym samym, różnica jest oczywista. Zbiór (X) pozostanie liczniejszy w każdych warunkach. Dlatego tak rzadko się zdarza, żeby dwóm osobom śnił się jeden i ten sam sen.
A jednak - zdarza się, zdarza?... Świętej pamięci babusia Lina opowiadała, jak w Karagandzie na zesłaniu jej i dziadziowi jednej i tej samej nocy przyśniło się, że na rzece ruszył lód i wszyscy troje - on, ona i mój ośmioletni tata - przeskakiwali z kry na krę, trzymając się za ręce, na brzeg, gdzie na zielonym zboczu bielał w oddali dom ze stołem na ganku, nakrytym tak samo białym obrusem; dziadzio powiedział wtedy o tym śnie: zdaje mi się, Lino, że niebawem ruszymy do domu - a niebawem okazało się, że tej samej chyba nocy umarł Stalin i w niecały rok później rzeczywiście wrócili... Inna rzecz, że takich wspólnych z Laluśką snów oczywiście za żadne skarby bym nie chciał, bardzo dziękuję: wspólny sen jako obraz przyszłości, gdy nad obojgiem wisi to samo zagrożenie. Bliskość, która kształtuje się pod naciskiem z zewnątrz, jak pod prasą, wciskającą dwoje ludzi w siebie nawzajem - bo innej drogi ucieczki nie mają. Niczego sobie szczęście. Któż może wiedzieć, jak taka para poradziłaby sobie w normalnych warunkach. To znaczy, kiedy groźba bliskości pochodzi nie z zewnątrz, ale z wewnątrz: po prostu z tego, że moja dziewczynka ma nieskończenie wiele wspomnień, i nie wiem, które z nich i w którym dokładnie momencie może obrócić się przeciwko mnie.
Natomiast te moje sny niepostrzeżenie stały się czymś w rodzaju naszego wspólnego sekretu - z rodzaju małżeńskich. Nigdy nie miałem żony (to Laluśka miała męża!) i takie sztuki bardzo mnie kręcą, pewnie bardziej niż ją - jak ona je zapamiętuje, niektóre nawet zapisuje, w ogóle traktuje to z ogromną powagą, śmiesznotka moja: domorosły asystent doktora Freuda! - tak samo starannie ja trzymam w pamięci kalendarz jej cyklu miesięcznego i zawsze mogę ją uspokoić, gdy się niepotrzebnie denerwuje. To wprawdzie bardzo rozsądna dziewczynka, kiedyś studiowała psychologię, mieli kurs - opowiadała, że przez cały semestr tom za tomem pochłaniała w czytelni specjalistyczne opracowania, nawet wyprosiła jakieś praktyki w wariatkowie: pewnie chciało dziecko zrozumieć, w jakich warunkach wykończyli mu ojca, ale podejrzewam, że nie obeszło się i bez podskórnego strachu - a jeśli naprawdę coś z ojcem było nie tak, jeśli to nie fałszywa diagnoza?... W efekcie jej wiedza w tym zakresie wciąż jeszcze znacznie przewyższa banalną erudycję inteligenta, a ja nawet i tym nie mogę się pochwalić: tyle mojego, co w biegu nałapałem, w pracy z klientami, psycholog domorosły ("psychik", jak podkpiwa Laluśka...). Chyba dzięki niej polubiłem w końcu te sny. Dzięki temu, że są nie moje, a nasze. Chociaż tak naprawdę są oczywiście niczyje i nie ma tam specjalnie czego lubić.
No i proszę, utkwiło jak drzazga w głowie...
Nie śmierć w wiosennym lesie (nie tyle śmierć, ile plecy tego na przodzie ze szmajserem przez ramię...) - nie, tej nocy było coś innego, ale też niepokojącego: każdy z tych snów jest jakiś niepokojący - nie nastrój, treść. We wnętrzu czarnego opla kadeta ludzie w nieznanych mundurach oficerskich, z przodu, z prawej, na lewo ode mnie; ja na tylnym siedzeniu, gdzieś mnie wiozą, bo jestem podejrzany o popełnienie zabójstwa, ale wiem, że to nic groźnego, że sprawa się rozwiąże... Inny obraz: prawdopodobnie gabinet lekarski, bo na maszynce spirytusowej grzeje się metalowy pojemnik z narzędziami chirurgicznymi, wyraźnie widzę, jak we wrzątku unoszą się wokół nich z dna roziskrzone bąbelki... I jeszcze była tam kobieta owinięta białym prześcieradłem, nie pamiętam, jak wyglądała - w następnym kadrze wstaje z miejsca i idzie gdzieś ze mną - przytłaczająco niski korytarz, fosforyzująca bielą w świetle księżyca drabina - przyciskam ją do drewnianej ściany i zadzieram jej spódnicę; mrok, pulsujące i rozbiegające się, koncentryczne ogniste kręgi, powolny, obojętny komentarz, jakby zza kadru, kobiecy głos mówi, że to niemożliwe, niemożliwe, żeby tak było, i to dwa razy na trzy z rzędu, cóż za pikantny szczegół. Zrozum, ona się na tym zna. Najmniej ze wszystkiego można to nazwać snem erotycznym: nic nie czuję. Nie tylko nic, co przypominałoby orgazm, ale po prostu nic zupełnie. Czyste stwierdzenie faktu, i to z boku: dwa razy na trzy - ognisty kontur, a to podobno niemożliwe. Cholera, a co jest możliwe?... Z Laluśką często różne rzeczy widzę, ale takich ognistych kręgów jakoś sobie nie przypominam...
To właśnie łączy jeszcze te wszystkie sny i dlatego od początku uznałem je za coś obcego: nie ma w nich żadnych uczuć, jak to zazwyczaj bywa w snach. Ani radości, ani strachu, ani przerażenia, ani podniecenia - nic z tych rzeczy, same zmysły: kolory, zapachy, dźwięki, faktura, proszę bardzo, wszystko na swoich miejscach, nawet bardziej wyraziste niż zwykle, jak przy narkotycznym odlocie - brakuje tylko emocji. To znaczy, jeśli to są wspomnienia, to z jakiegoś wyłączonego mózgu, jak u zombie. Albo, jak mawiała babusia Lina, marzenia ściętej głowy. Gdyby nie Laluśka, to najpewniej tak bym właśnie pomyślał - że schizem pachnie. A że mi z tym dobrze - jakby co chwilę przebłyskiwała inna perspektywa, niczym otwierający się znienacka między górami widok na dolinę - to widocznie schiz też ma radość ze swoich zwidów, może nie? Ale Laluśka już wcześniej mi powiedziała jasno: nie. Powiedziała, że oni właśnie są ogromnie nieszczęśliwi - z wyjątkiem epizodów maniakalnych, które szybko przechodzą w depresyjne, ale mnie to w żadnym stopniu nie dotyczy. I żebym nie zawracał sobie głowy tym, o czym nie mam pojęcia - nawet jakby trochę się obraziła. Zupełnie jak gdybym zazdrościł cudzego nieszczęścia jak niedostępnego mi przywileju. Sorry, dziecinko. To akurat rozumiem, to już nie homarożerni faceci, zawsze gotowi przejechać się ze śliczną dziennikarką do Beneluksu ("bene" nie "bene", a na Chorwację to mnie w tym roku stać, Laluśka jeszcze nie wie, powiem jej za jakiś tydzień...) - rozumiem, że wśród jej wspomnień, zwłaszcza tych o ojcu, muszą być ciemne i ciężkie jak głazy, z których wybudowała sobie malutką fortecę obronną i nawet mnie nie daje tam wstępu. Podzbiór zamknięty, można powiedzieć - wprost i w przenośni. Dobra, jasne, czy ja coś mówię? (Chociaż, mimo wszystko, trochę żal duszę ściska, człowiek to dziwna istota: zupełnie jakbym w roli potwierdzonego, pełnowartościowego wariata miał być dla niej bardziej interesujący - bohater większy czy co... Zupełnie jakbym naprawdę miał chętkę na to miejsce w jej życiu, które oddała ojcu - który, skądinąd, skoro już o tym mowa, tak samo nie był pełnowartościowym wariatem, więc nie masz żadnych osobistych powodów, najdroższa Lalusiu, by z taką gorliwością bronić interesów międzynarodowej federacji psychopatów, i w ogóle - każdy ma prawo do swojego szaleństwa! Jakoś tak by to było... I co, niezły ze mnie wariat?...)
Słonina już się usmażyła, cok-plum, cok-plum, cok-plum: wbijam na patelnę trzy jajka i kuchnię natychmiast wypełnia gwałtowne skwierczenie. W lodówce znajduję ogórki, lekko przywiędły pęczek rzodkiewek i kilka piórek dymki; ogólnie rzecz biorąc, życie nie jest złe. Do tego w drzwiach majonez Czumak (dobre, bo ukraińskie!) - i mamy sałatkę Witaminka, świetlaną pamiątkę epoki gerontologicznego socjalizmu... Ale, co ja gadam, majonezu za komuny nie było w sklepach - zajadaliśmy się wiejską śmietaną. Na studiach specjalnie chodziliśmy do ówczesnej kawiarni Teatralna na rogu Włodzimierskiej, tam gdzie teraz pięciogwiazdkowy hotel, co to go latami nie mogli skończyć, na takie dziwo, jak "jajko w majonezie" - jajko na twardo z kleksem majonezu, cóż za rozkoszna to była zakąska. Gdybym kiedyś miał otwierać restaurację, to tylko skrajnie nostalgiczną, a la lata osiemdziesiąte, i nazwałbym ją odpowiednio - Jadłodajnia albo Stołówka pracownicza, albo, w ostateczności, U pierwszego sekretarza - i to, proszę szanownych państwa, bez jaj, bez wulgarnych fałszerstw w rodzaju sieci supermarketów Silpo, gdzie po spółdzielni rolniczej ślad nie pozostał (oprócz nazwy) - tylko uczciwie, ze starannym odtworzeniem wszystkich archeograficznych szczegółów: mają być chwiejne stoły na nogach z duraluminiowych rurek, pod jedną z nich obowiązkowo złożony w kostkę papierek, żeby barszcz się nie rozlewał, mają być łyżki i widelce z wiecznie tłustego, miękkiego aluminium, a noży brak, i serwetki na środku stołu w postaci ręcznie pociętych papierowych kwadracików, wetkniętych w plastikowy pojemnik po niesprzedawalnych artykułach papierniczych: papier dość gruby i gładki, tak żeby przy byle dotknięciu zostawały na nim wyraźne tłuste odciski palców, wprost do milicyjnej kartoteki... W menu, oprócz mojej ulubionej sałatki Witaminka, byłyby kotlety mielone z przewagą czerstwego chleba plus sine purée ziemniaczane, smażony morszczuk z szarym makaronem bojowego kalibru, pielmienie z octem, barszcz i kompot z suszonych owoców - z rozgotowanym, ciemnoburym osadem, prawdopodobnie pochodzenia roślinnego, na dnie szklanki. Aha, jeszcze sałatka jarzynowa, koniecznie w wersji z burakami. A szklanki - bezwzględnie musztardówki, wódka z piwem, na deser tajemnicze "ciastka, asortyment": spora bryła posypanego cukrem kruchego ciasta pod erotyczną nazwą Języczek - kiedy przyjechałem do Kijowa, to przez pierwszy uniwersytecki rok, a był to rok, przy śniadaniu lepiej nie wspominać, czarnobylski, właśnie tymi Języczkami się żywiłem, póki się nie nauczyłem gotować. I jeszcze z sentymentu podawałbym "jajko w majonezie" - ale wyłącznie w roli specialité du jour. Gdyby tak wszystko zorganizować jak trzeba, żeby i design był stosowny, ściany pomalować na wysokość ludzkiego wzrostu zieloną farbą olejną, plakaty tam różniste adekwatne pouwieszać, z lamp żeby się najwyżej co druga paliła, i żeby od chwili pojawienia się klienta do momentu zauważenia go przez kelnera mijało co najmniej pół godziny, słowem, całkowite zanurzenie w atmosferę epoki, to jestem pewien, że drzwi by się nie zamykały. I nie tylko od turystów z Zachodu. Złota myśl, komu by tu ją sprzedać? Może temu od srebrnego mercedesa na podwórku? Naprawdę dziwne, że wciąż nikt na to nie wpadł - chyba wstydzą sięchłopcy swojej burzliwej komsomolskiej młodości, wszystko by teraz chcieli wymyślne dostawać, L'amour-bonjour i Château de Fleurs, i Chevalier de Konotop: jak ci chłopi, którzy dumnie poobstawiali się enerdowskimi meblościankami na wysoki połysk, za bezcen wypychając z chat stare skrzynie posagowe i ławy malowane w petrykiwskie wzory. Wnuki się potem opamiętają, ale guzik, będzie po ptokach: po ławach i po skrzyniach. Już dzisiaj klasyczny fajans kijowski przywozimy z Europy - i żeby tylko fajans... Za to francuskiego empire'u na każdej aukcji ile chcesz, i rzucają się na to jeden przez drugiego, ino furczy, i ceny nakręcają pod sufit, rozczapierzając palce, no spytać by ich: chłopie, weźże ty spójrz na siebie, gdzie ci twoi przodkowie ten empire mogli zobaczyć?... I po cholerę kupujesz cudzą przeszłość? A taki entourage "od pierwszego sekretarza" w mgnieniu oka bym im do restauracji dostarczył - kto wie, może i modę bym zapoczątkował. I tak za dwadzieścia lat przyjdzie, więc po co czekać?
E, gadanie...
Macham ręką na wiarygodność historyczną i w ostatniej chwili, po krótkim wahaniu, dorzucam do swojej quasi-Witaminki prawie pół puszki oliwek: wychodzi coś w rodzaju "Witaminki po grecku". Taka sobie hybryda postkomunistyczna - szkoda, że nie ma sera, sypnęłoby się troszkę fety albo jeszcze lepiej świeżej huculskiej bryndzy... Dobrze, damy radę; pora chlebek włożyć do tostera. Nie ma to jak zapach przypieczonego chleba... Okej, poziom mojego pogodzenia ze światem osiąga szczyt wraz z podjęciem pracy przez ślinianki - teraz można jeszcze telewizor włączyć: jest ustawiony na kanał Laluśki, ale samą Laluśkę - cham ze mnie i prostak - przespałem jak zabity, o pół godziny, i trafiam akurat na ostatnie wiadomości, no no. Żeby usłyszeć, że bombardowanie Bagdadu wciąż trwa. Dranie, pieprzeni blitzkriegowcy.
Ledwie umościłem się przed ekranem i z apetytem wypchałem paszczę jajecznicą, sałatką i ciepłym (aż chrupie!) chlebem, a świat zewnętrzny wtrąca się z zupełnie innej strony - i w kompletnie niechciany sposób: dzwoni telefon. Aż echo idzie. Było włączyć sekretarkę.
- Dobroje utro, Adrian Ambrozjicz.
To Juliczka, pszczółka moja niestrudzona - już w pracy. Raduje się serce. Żebyż jeszcze, słoneczko moje, zechciała mówić po ukraińsku, zamiast uparcie trwać przy rosyjskim, bo ten "Adrian Ambrozjicz" za każdym razem zabiera mi z dziesięć sekund, zanim utożsamię go z własną (chwilowo przeżuwającą) osobą... Niektórzy klienci, wiedząc o mojej pryncypialnej niechęci do otczestwa ("Kompleks Edypa" - zazwyczaj zbywam ich żartem, i liczne gęby się na to z szacunkiem wydłużają, znaczy, a-a, nu da, paniatno...), zdolni są wysztrykować kombinację nie z tego świata - gaspadin Adrian: wydaje im się, że to odpowiednik ukraińskiego "panie Adrianie". Całkowicie anegdotyczna forma, a coraz powszechniejsza - też swego rodzaju hybryda postkomunistyczna, tak jak moja sałatka, tylko znacznie mniej smakowita. I co to się stało, że człowiek śniadania zjeść nie może?...
- Adrian Ambrozjicz - Juliczka jest wyraźnie podekscytowana, bo nawet nie przeprasza, słysząc moje pomrukiwanie z pełnymi ustami - tu jeden klient przyszedł, nie stąd, gdzieś spod Boryspola, przyniósł szwajcarski scyzoryk, z wojny jeszcze, z piłką, w dobrym stanie... Mówi, że ma w chacie zegar z kukułką i jeszcze szafę orzechową, podobno po dziadku...
No i proszę! Prawdziwych zegarów z kukułką na rynku już od roku ani widu, ani słychu, B. zgarnął wszystko, co było, za cienki Bolek jestem dla niego... Czyżby nareszcie przyfarciło? Juliczka węch ma dobry, bez dwóch zdań, za to ją właśnie cenię... Orzechowa szafa - no, to może być cokolwiek, trzeba obejrzeć, ale "wujaszka" z rąk nie wypuszczać, za nic na świecie!
- Zadierży jewo, Juleńka. - Dopiero wymówiwszy tę frazę, zdaję sobie sprawę, że ze zdenerwowania sam przeszedłem na rosyjski, tego bym się po sobie nie spodziewał! Proszę, co potrafią zrobić z człowiekiem nawet jeszcze nie pieniądze, ale sam ich opatrznościowy zapach w powietrzu - przypomina się koleżanka z roku, która wpakowała się z mężem w handel ropą, pod skrzydłami jakiegoś moskiewskiego Pieti, a Pietia okazał się gejem i zaczął raz po raz jeździć do nich, dokładniej do Łesi ślubnego, a Łeśka wtedy kładła się spać w pokoju gościnnym. A więc nie sądźcie, byście nie byli sądzeni...
Ale Juliczka teraz pewnie nawet nie zauważa, w jakim języku rozmawiamy - oddychamy w jednym rytmie z obu końców drutu niczym parka zakochanych (jak o świcie z Laluśką - mignęło bezsensowne porównanie...).
- Kawy mu zaparzyłam...
- Zuch dziewczyna. - Biorę się w garść; naprawdę zuch. - Zajmij się nim jeszcze chwilę, zaraz przyjadę. - O mało nie dorzucam: tylko wskoczę pod prysznic, Bóg już z tą jajecznicą, z jej parą ciepłych złotych oczu, stygnących na talerzu, ale muszę się chociaż ogolić; ładne bym wrażenie zrobił na wiejskim dziadku, gdybym wpadł taki zarośnięty! A kawy w biurze się napiję, ekspres kupiłem jak się patrzy, nie gorszy niż u B....
Jołki-pałki, czyżby naprawdę fart? No pora by już, pora - który to rok przerzucam drobnicę, wszelkie rupiecie, co tylko wpadnie w ręce - dobrze mówi Laluśka, zupełnie jak ta kozucha-kłamczucha: biegła przez mosteczek, chwyciła jeden listeczek, biegła przez grobelkę, chwyciła wody kropelkę - śmiech pusty, nie biznes. Jakby tak błysnąć na aukcji w samym Dorotheum z paroma naprawdę cennymi rzeczami... Tfu, stop, niemoto, wystarczy dzielenia skóry na niedźwiedziu - na razie do dzieła, a potem się zobaczy!
Wyłączyć telewizor - to jak sprzątanie ze stołu, obrazki precz sprzed oczu: sałatka do lodówki, porcja białkowo-złocistych jajecznych farfocli - mimo wszystko do ust, choćby w biegu, talerz do zlewu, i dopiero w łazience przed lustrem, przy wtórze chlupotu wody i energicznego, trzmielowego brzęczenia golarki, nieoczekiwanie dociera do mnie, trafia do świadomości ten obrazek, który majaczył przed chwilą na ekranie, póki rozmawiałem z Juliczką - ten sam nieostry, bury bagdadzki kadr, który już od kilku dni pokazują na wszystkich kanałach: daleko w dole, rozmyty czy to przez chmurę piasku, czy to przez nieopadły ceglany pył most, na który wypełza z palmowych zarośli, z lewa na prawo, sznur amerykańskich abramsów, z takiej odległości przypominających dziwne, prehistoryczne żółwie - ostatni kadr uchwycony z balkonu hotelu Palestyna przez naszego operatora, Tarasa Prociuka, Laluśka go znała - w chwilę przed tym, jak prowadzący żółw, który zaczyna obracać wieżyczkę w stronę kamery, da salwę - i następnym kadrem na wszystkich ekranach świata będzie już ciało samego Tarasa, leżącego twarzą w dół na betonie, ze zgiętymi nogami i odrzuconą w bok ręką - bez kamery. Dźwięk, nie mogę sobie przypomnieć, czy było słychać jakiś dźwięk?... Głuchy, dławiący i groźny turkot czołgów wjeżdżających na most - czy naprawdę się rozlegał, czy to moja wyobraźnia go dodała - przez analogię do suchego stukotu serii z karabinu z tamtego mojego snu?...
Nagle ogarnia mnie chłód. Stoję w łazience na dywaniku, goły, bosy, w samych gatkach - i drżę. Jakieś krótkie spięcie, nic innego. Jakaś myśl mi błysnęła i teraz ją gonię, póki nie opadną mnie inne, z nią posklejane; pchają się jak tłum pijanych gości do pokoju, roztrącam je na wszystkie strony, szukając tej, która przeleciała niedomyślana, fragmenty rozmów z Laluśką, Associated Press obiecała pomoc dla rodziny zabitego, Ukraina znowu tkwi w czarnej dupie, bo jak może żądać od kogokolwiek śledztwa państwo, które samo u siebie zabija własnych dziennikarzy i jeszcze im głowy odcina, Laluśka raz kiedyś piła z tym Tarasem, niech mu ziemia lekką będzie, w jakimś ich dziennikarskim towarzystwie, czołgista mógł dostrzec odbłysk od obiektywu i wziąć go za celownik, wojna to wojna, jasny gwint, albo za snajpera, jak niektórzy gadają, chociaż czemu miałby się czołg bać snajpera, w ogóle tym razem w Iraku Amerykańcy jakby się powściekali, tak walić po swoich, babusia Lina powiedziałaby: jakby ich zły giez uciął, po kiego grzyba było pchać się demonom pustyni spokój mącić, w Afganistanie też, chłopcy opowiadali, zdarzały się takie rzeczy, gdzie do cholery mój płyn po goleniu, zawsze go tu stawiam, gdzie ona go wsadziła, miejmy nadzieję, że poselski mercedes nie zastawił mi wyjazdu, może lepiej od razu wezwać taksówkę, przed oczami tańczą numery Taxi-lux i Taxi-blues, spóźniony jestem, kurka, wujaszek z kukułką siedzi u mnie w biurze i z każdą chwilą mojego poślizgu rośnie w cenę, zbliżenie na cały ekran na twarz zapłakanej dziennikarki, południowa uroda, biała koszulka, w Bagdadzie upał, trumna z Tarasem Prociukiem zostanie przewieziona do ojczyzny i ktoś z tych, którzy z nim dzień wcześniej tam pili w hotelowym barze, dalej to kręci, i nawet jeśli przy tym płacze, to jego łez w kadrze nie będzie widać, bo główne jego oko, kamera, jest wysunięte na zewnątrz, bezosobowe i czyste... Stop. Stop, stop. Jest, tego szukałem. Teraz powolutku, krok za krokiem, nie zgubić...
Widok czołgów na moście, nakręcony przez Tarasa Prociuka i pokazywany teraz w kółko na wszystkich kanałach, to ostatnie, co w życiu zobaczył, tak? Ostatnie wspomnienie sfotografowane przez jego mózg. Tyle że on był operatorem z kamerą w ręku i udało mu się (fatalne określenie!) po własnej śmierci pokazać całemu światu ostatni obraz, jaki w swoim życiu zobaczył.
Pytanie: co by się stało z tym ostatnim kadrem jego świadomości, gdyby nie zdążył przenieść go z siatkówki własnego oka na siatkówkę tego zewnętrznego, mechanicznego?...
Kamerę można wyłączyć, a potem obejrzeć materiał. Kamera to proste urządzenie. A gdzie znika to, co zapisuje ludzkie oko, kiedy człowiek znienacka zostaje wyłączony na zawsze?
Dlaczego przywykliśmy sądzić, że tak zwyczajnie przepada, gaśnie wraz ze świadomością zmarłego - dlatego, że nikt nam tego nie pokazuje? Za życia też nam tego nikt nie pokazuje - to znaczy, póki świadomość działa. Nawet najbliżsi nie mogą tam zajrzeć, tak jak ja - w Laluśki zbiór wspomnień. To nie znaczy, że to nie istnieje.
Plecy tego przede mną w mundurze z parcianym pasem, suchy stukot zza drzew - i czerń. Dalej czerń. Ale ten obraz, na którym wszystko się kończy, z plecami poprzednika, z trawą i krzakami, głóg, wrzos, jałowiec, odbłyski słońca na pniach, zapach wilgotnej ziemi i mokrych liści - gdzie może się podziać ten obraz? Do jakiego pośmiertnego archiwum trafia?
Czarny opel kadet z oficerami niewiadomego wojska, zanurzona we wrzątku szpatułka wśród malutkich bąbelków, fosforyzująco wybielone blaskiem księżyca szczeble, kobiecy głos, który metodycznie podlicza nasze orgazmy... Ja nie zwariowałem, powtarzam sobie, nie zwariowałem. Spokojnie. Nie zwariowałem. Tylko od czasu do czasu widzę kadry z czyjegoś przestrzelonego filmu.
Z filmu zabitego, który nie miał przy sobie kamery.
I w nosie ma, że takimi starociami ja nie handluję.
Wiem, że to prawda, bo przechodzą mnie dreszcze. Puzzle się domknęły, żadne ogony nie wiszą. Wszystko okazało się naprawdę bardzo proste, nawet eleganckie, jak i być powinno przy każdym poprawnym rozwiązaniu. Brakowało tylko tego jednego, prostego i, kurczę, jakiegoż oczywistego przypuszczenia: że nakręcony w mózgu film nie przepada. Bo dlaczego niby miałby przepadać? Tylko dlatego, że ktoś nie miał przy sobie kamery? Bzdura - kamera to tylko element, który świadczy o obecności taśmy.
Tak samo jak te sny.