Mozaika. Śladami Rechowiczów - Max Cegielski

Reflow text when sidebars are open.
Rodzicom i dzieciom
NIE PAMIĘTAM, jaką barwę miało światło ani jaki odcień szarości dominował, nie opiszę barwy liści ani temperatury powietrza. W jednostajnie bure, jesienne przed - lub popołudnia zacierają się nawet kanty architektury przedwojennego osiedla. Kształty, kolory i czas rozmywają się w subiektywnej bylejakości. W dziury po kulach z 1944 roku powkładano kamienie, tworzące mozaikę. Z otoczaków zeszła farba, którą zostały pomalowane, tylko na skrawkach ściany mieni się parę plam drogiej, kolorowej farby, importowanej z Zachodu do Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Żelazna, zardzewiała furtka nie broni dostępu do ogródka zniszczonego jak stary dywan. Zamek nie działa, nie trzeba przeskakiwać płotów, grubych kresek ani przepaści społecznych. Chciałbym od razu budować metaforę, najlepiej, żeby nie działał od 1989 roku. To by pasowało do układanki z małych elementów, kompozycji z szumów, zlepów i ciągów.
Zostało jeszcze pięć minut do umówionej godziny, tak samo dobrej na rozpoczęcie akcji jak każda inna. Ani za mało, ani za bardzo symbolicznej: godzina W, godzina X, Y, Z. Po prostu ustalmy, arbitralnie, że to początek. Inaczej się po prostu nie dało. Właścicielka domu przy małej uliczce w centrum miasta nie chciała spotkać się wcześniej.
Miejsce osiadło na bocznej mieliźnie czasu, który nie całkiem się tu zatrzymał, ale spowolnił bieg. Za fasadą nie kryje się sanatorium pod klepsydrą, to byłoby zbyt ciekawe. Po prostu tutaj chodzi się późno spać i równie późno wstaje; nie używa się telefonów komórkowych, nie ma komputera ani internetu. Mogę się spóźnić, nikt nie zauważy, lecz nie mogę przyjść za wcześnie - to akurat zostanie dostrzeżone w półmroku wnętrz. Od ulicy ich nie widać, okna zarośnięte bluszczem, zasłonięte jedwabnymi, kiedyś bajecznie kolorowymi tkaninami, szyby bardziej szare od dnia, w którym się zjawiam. Wkraczam w przeszłość, gdzie zamierzam znaleźć ukrytą ścieżkę do teraźniejszości, a nawet liczę po cichu na ślady prowadzące w przyszłość.
Fresk i mozaika od strony ulicy zatarły się i zszarzały, a może kolor nigdy nie został położony, może nie dokończono dzieła? Może prace wciąż trwają, tylko robotnicy na chwilę je przerwali? Mają fajrant, ale wrócą pewnego dnia, dokończą dzieło, a przy okazji naprawią zamek i zamkną furtkę. Tuż obok, u zamkniętego dla samochodów wylotu uliczki, tworzy się korek. Codziennie rano pęcznieje, kiedy kierowcy chcą skręcić z przelotowej trasy na jedną z głównych ulic. W korku stoją terminy i godziny, szlagiery, nazwiska, gwiazdy, znajomości, które mijam na rowerze. Zaraz obok, w dwupiętrowym domku schowanym między bankami, biurowcami, urzędami i ministerstwami, każde nazwisko ulega przekręceniu. Nikt nie może więc czuć się pewny swojego prestiżu i znaczenia. Kalendarze i spisy telefonów rozsypują się jak hieroglify na papirusie. Właścicielka zawsze zapomina i myli, kto jest szefem czego i jak ma na nazwisko. To dodaje otuchy, znane mi współczesne układy towarzyskie rozpadają się w oczach, w uchu, na języku domowników. Wszystko jest więc możliwe, dźwięki tworzą anarchistyczną alternatywę, tymczasową strefę autonomiczną, zryw audiowolności. Tutaj historie ciągle wydarzają się na nowo, zmienia się więc także Historia - ruchliwy, niesforny, czasem dziki zwierz. Kameleon ciągle przybierający inne barwy i kształty. Nic nie jest pewne, czuję szansę na pokonanie niemożliwości.
Wkraczam w wieczny półmrok wnętrza. Dotykam dłonią kolorowego fresku na ścianie klatki schodowej, żeby upewnić się, czy ten dom naprawdę istnieje.
- Wiesz, coś sobie przypomniałam. - Słyszę glos dobiegający z górnych pięter. Hania schodzi już, mówiąc. Uśmiecha się, ale nie ma czasu na żadne powitania, impulsy muszą być natychmiast wcielane w życie. Czuję się drobnym, mdłym burżujem, który traci czas na formalne błahostki i puste formy towarzyskie. Ona nie daje mi odetchnąć, nie pozwala rozpłynąć się w kontemplacji, ona działa i czasem aż zawstydza elan vital.
Jest niewysoka i bardzo szczupła, skąd bierze więc aż tyle twórczej energii? Czuję się przy niej stary, za stary, zmurszały i zgrzybiały. Czy w tym domu prawa fizyki i upływ czasu tracą ważność? Może to jednak sanatorium pod klepsydrą Schulza i Hasa? Ile Hania może mieć lat? Kim jest? Jak ją określić? Panią? Damą? Na pewno nie "gospodynią domu", jak napisałem w pierwszej wersji tekstu, a później to usunąłem, zgadzając się, że owo określenie nie pasuje do roli granej przez nią tutaj i w ogóle w życiu. Odpowiednich słów będę jeszcze długo szukał. Mam wrażenie, że schodzi do mnie z piętra usytuowanego w innej epoce. Jest jak gwiazda wkraczająca na scenę, w każdej odsłonie programu zakłada inną kreację. Hipisowska czapka z dużym daszkiem, kiedy indziej kapelusz, dużo własnoręcznie robionej biżuterii, wzorzyste spódnice, które czasem wydają się nieprzyzwoicie krótkie. Stroje są jak obrazy jej męża, ktoś wspominał, że w latach sześćdziesiątych byli z Rechowiczem jak rajskie ptaki. Na pewno jest artystką.
Gabriel i Hania Rechowiczowie w latach dziewięćdziesiątych.
- Przypomniałam sobie, że w południe Gaber cichaczem wychodził stąd z Edziem. - Kiedy siadamy pod oknami wychodzącymi na ogród za domem, Hania kontynuuje kwestię rozpoczętą na schodach. - Wypatrzyli niespaloną kamienicę, która istnieje do dziś. - Twierdzi, choć wydaje mi się, że nie ma pojęcia, czy ten dom rzeczywiście wciąż stoi na swoim miejscu. Każdą opowieść ubarwia, dodaje kolory i detale, tak jak komponuje stroje, dlatego zawsze muszę być ostrożny. A jeśli wcale nie muszę zachowywać czekistowskiej czujności? Kto dziś zresztą pamięta, co to była "czekistowska czujność"? I jakie to ma znaczenie, czy kamienica oparła się historii, czy nie? Lepiej, żeby stała, można by powtórzyć wyczyny Edzia i Gabra. Może cała anegdota jest wymyślona, utkana z wycinków i skojarzeń po to, żeby zaspokoić moją ciekawość. Czy to źle? Przecież trwa przedstawienie rozpoczęte na schodach.
- Haniu, powiedz ładnie, jak do kamery, kto jest kto?
- Co to za słowo "ładnie"?
- Powiedz tak, żeby zainteresować, atrakcyjnie, ciekawie.
- Po co?
- Zeby czytelnik wiedział, o co chodzi...
- A musi wiedzieć?
- Dobrze by było...
- ...Mój mąż Gabriel, czyli Gaber, wszyscy go tak nazywali, a nas Gabrami... A więc mój mąż Gaber Rechowicz i nasz przyjaciel Edward Krasiński... Tak dobrze wyszło?
- Ślicznie...
- Okropne słowo! A czy ktoś wie, kto to był Krasiński? Bo na pewno nie znają Gabra...
- Dlatego trzeba go przedstawić. Poza paroma historykami sztuki, artystami i im podobnymi nikt nie wie, kim był Krasiński, ale to wyjaśnimy później. To postać drugoplanowa, więc wróćmy do głównej opowieści...
- Dobrze, sam chciałeś i mi przerwałeś... Tam było podwórko, studnia. Nie za szeroka, nie za wąska; w sam raz.
Pomyśleli sobie, że to będzie ciekawe, który przeskoczy, a który się zwali na dół...
- Jak to? - pytam jako racjonalny przedstawiciel pokolenia przejściowego, stojącego okrakiem między komunizmem a kapitalizmem. Wiem, że takimi eksperymentami podwyższa sobie adrenalinę młodsze ode mnie pokolenie. Nie przyszło mi do głowy, że pięćdziesiąt lat temu działy się podobne rzeczy. Ja sam manipulowałem ciśnieniem i poziomem endorfiny zupełnie inaczej. Staram się wierzyć w tę opowieść, zależy mi na jej prawdziwości, więc dziwię się, tak jakby była realna.
- Wymyślali sobie takie rzeczy, żeby życie nie było nudne, nie było praktyczne...
PRZYMIOTNIK "PRAKTYCZNE" jest w ustach Hani najgorszym epitetem. To źle, jeśli "coś" służy do "czegoś", służy "czemuś". Dobre i piękne są rzeczy niepraktyczne, a więc pozbawione wpływu na rzeczywistość. Przedmioty wykonywane, aby je zrobić, nawet nie po to, aby istniały. Liczy się sztuka dla sztuki, działanie dla działania, życie dla życia. A nie dla idei, postępowej czy konserwatywnej. Rezultaty, a nawet sukcesy, działań są zawsze rozczarowaniem, satysfakcję daje sama aktywność, potem jest zawsze gorzej.
"Piękno jest rzeczą nadrzędną. Interesuje nas sztuka, a nie funkcja" - powiedziała w wywiadzie dla jednego z pism o wnętrzach, w których dziennikarki regularnie opisywały dom Rechowiczów. Taki splot etyki z estetyką nie jest dziś en vogue, piękno okazało się burżuazyjnym grzechem. Piękna sztuka została napiętnowana, ponieważ uznano ją za fikcję ukrywającą rzeczywistość konfliktu społecznego. A ja muszę pisać o Hani i Gabrze, mając w dupie współczesną funkcjonalność sztuki służącej "do czegoś". Muszę rekonstruować życie bohaterów, olewając postulowaną konieczność wcielania w życie ideałów wytęsknionej rewolucji. Pisać, nie zważając na zbiorowość, której niepostrzeżenie ulegliśmy, myśląc ciągle o społeczeństwie, a nie o jednostce. Choć wydaje się, że żyjemy w czasach, kiedy każdy krzyczy "Ja! Ja! Ja!", to w świecie sztuki, zwracając ciągle uwagę na jej konteksty i skutki, zapomnieliśmy o człowieku, staliśmy się więźniami kolektywizacji, walcząc z nią w kolektywach. Zeby spełnić postulat "niepraktyczności", regularnie powtarzany przez Hanię, i napisać manifest swoich bohaterów lub chociaż dostroić się do nuty ich życia, trzeba mieć gdzieś parytet, wymogi zaangażowania ideologicznego, feminizm i szowinizm. Zeby zrozumieć losy domu z dziurami po kulach, muszę mieć głęboko w dupie bycie pro lub anty, ale też i bycie obok. Czy można w ogóle nie myśleć w tych kategoriach? Po prostu pisać, bo się musi, a nie dlatego, że się powinno? Nie dla idei, nie "po coś"? Nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że się chce? Czy można mieć w dupie zarówno naukę Kościoła, jak i chęć niezależności? Czy można założyć idealistycznie, że da się jednak próbować być sobą, przyjąć coś bez konsultacji społecznej, a nawet faszystowsko, arbitralnie i prywatnie?
Wiedząc więc, jak głęboko się mylę, rozumiejąc, że nie da się uciec od kontekstów, od ideologicznego "w dupie" oraz "w głębokim poważaniu", wiedząc to wszystko, zamieniam narratora w błędnego rycerza broniącego sztuki na wieży z kości słoniowej. Skoro Rechowiczowie nie tworzyli nigdy po coś, a teksty o ich sztuce grzęzły w pustych przymiotnikach, to ja także ulegam metamorfozie: zmieniam się w literata bujającego w obłokach i arystokratę zmęczonego rzeczywistością. Zmykam przed nią w przeszłość tej szarej jesieni, około południa. Nie tęsknię za tym, co już było, nie gloryfikuję historii, nie owijam minionych zdarzeń w zloty papierek. Przez zardzewiałą furtkę domu Rechowiczów wkraczam we wspomnienia, żeby dowiedzieć się, skąd się wziąłem ja i świat, aby poznać ich i samego siebie.
URODZIŁEM SIĘ pośród kolorowych mozaik, które zmieniały znaczenia architektury Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Mam wrażenie, że wychowałem się w przestrzeniach niedokończonych i wciąż podatnych na zmiany, w pustawym mieście, gdzie historia nie spodziewała się własnego końca. Stolica składa się wtedy z dekoracji, niszczejących i wciąż czekających na rozwój wydarzeń. Dzięki temu komunikaty nie gryzą w oczy, wciąż więcej wolnego miejsca, gdzie hula wiatr, niż informacji. Niewiele rekwizytów, mało samochodów, mniej ludzi niż dziś, tłok w autobusie, ale nie na ulicy. Mieszanka obrazów z czarno-białych zdjęć i atakującego znienacka koloru. Rekonstruuję samego siebie z powidoków, archiwalnych strzępów, odpadów, szczegółów tła i niepewnych relacji z drugiego planu.
NAJPIERW BUDYNEK, który pamiętam z dzieciństwa, a którego zgliszcza straszyły do niedawna niedaleko miejsca, gdzie obecnie mieszkam. Minęły trzy lata od dramatycznego wyburzenia, a na pustym placu jeszcze parę dni temu stała resztka bryły. Tak jakby spycharki i buldożery w ostatniej chwili uznały, że to jednak robota głupiego albo że już się nie opłaca. Może nie wystarczyło pieniędzy, żeby wyburzyć do końca. Resztkami sił postawiono jeszcze płot i zesłano ochroniarza, by pilnował placu-pobojowiska. Rozegrała się tu przecież bitwa.
Przed wigilią 2009 roku w nagłym przypływie energii wycięto wszystkie drzewa dookoła tak, żeby już nic nie kryło zgliszcz. Obrońcy zabytków, architekci i miłośnicy socjalistycznego, późnego, modernizmu nie mieli już nic do roboty. Z nosami na kwintę odeszliśmy opłakiwać przeszłość. Bitwę wygrali burzyciele przeszłości, deweloperzy zapatrzeni ślepo w przyszłość. Ortodoksi wierzący tylko w nowoczesność i zmianę dającą wymierny zysk. Resztki, które pozostawili, nie pozwalały wyobrazić sobie historii. Na cmentarzysku w nocy straszyły duchy PRL-u. Upiory nijakich ścian wewnętrznych - pomieszczeń technicznych, ukrytych wcześniej w głębi bogatej formy, pod słynnym falistym dachem, którego nie powstydziliby się architekci projektujący dziś na komputerach najbardziej fantastyczne kształty. Zostały kości i kiedy przechodziłem obok nocą, miałem wrażenie, że słyszę wycie potępionych dusz albo widzę plamki czerni: gawrony lub wrony zlatujące się nad ochłapy; przepędziło je dopiero wznowienie prac jesienią 2010 roku. Nowy płot z informacją o piętnastu tysiącach metrów do wynajęcia ostatecznie pogrzebał jasne strony przeszłości.
DOPÓKI ISTNIEJE, moja babcia, należąca do tego samego pokolenia co Rechowiczowie, robi tam zakupy. Jeździ po nie moskwiczem, potem ładą, a w końcu maluchem. Wtedy już strach wsiadać z nią do auta, słuch nie ten i oczy nie te co dawniej. Prowadzi raczej na pamięć, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się dookoła.
Kiedy w latach sześćdziesiątych mknie swoim sowieckim pojazdem, ruch jest niewielki i konkurencja mała. Nie trzeba zerkać co chwila we wsteczne lusterko. Tak, uprzedzam pytania, babcia jest żoną urzędnika państwowego, ale prawo jazdy zrobiła przed wojną jako córka burżuja. Trochę tłumaczy ją i usprawiedliwia fakt, że byłaby spadkobierczynią bogatego nafciarza, gdyby ten przez wojnę i komunizm nie stracił wielkiego majątku. W takiej sytuacji można bez obciachu jechać moskwiczem przez puste ulice do Supersamu.
Supersam, czyli erzac, podróbka i fałszywka, ale jakże piękna. Oglądany dziś na tle swojej epoki błyszczy i mieni się światłem ułudy z pasaży przemierzanych przez paryskiego wieśniaka Louisa Aragona. Sam spożywczy w wersji super, nadęty jak balon sklep osiedlowy, późniejsza Spółdzielnia Spożywców Społem udająca multikorporację. Dużo absurdu i piękna, kolejna nieudana próba zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych społeczeństwa, czyli kwintesencja Polski Ludowej. Produkt małej stabilizacji gomułkowskiej, symbol pierwszej złotej epoki między odwilżą 1956 a marcem 1968 roku.
Decyzję o "budowie w trybie priorytetowym" podejmuje Stołeczna Rada Narodowa w 1960 roku. W trakcie prac kompletowana jest prawie czterystuosobowa załoga. Prasa zapowiada, że na półkach znajdą się zarówno mleko, jak i kawior. Emocje sięgają zenitu, kiedy w miasto idzie plotka, że w dniu otwarcia rzucą cytryny. Podczas hucznej ceremonii w 1962 roku milicjanci muszą uspokajać cisnący się tłum, choć tak naprawdę Supersam od innych sklepów różni się tylko skalą i samoobsługą. Daje złudzenie wolności, jest przedsmakiem nadmiaru, spaceru wzdłuż półek, którym mogliśmy się później zachłysnąć w latach dziewięćdziesiątych. Kolejki nie ciągną się na zewnątrz jak gruby wąż boa po zjedzeniu słonia, lecz znikają w środku i nie kłują w oczy.
"Powiało światem, klient sam wchodzi do sklepu, sam bierze sobie koszyk, sam sobie wybiera, sam nakłada, co chce, sam podchodzi do kasy, sam płaci i sam sobie pakuje. To był szok" - wspomina w piśmie "Stolica" reżyser Jerzy Gruza i dodaje, że wiele osób zabiera koszyki do domu. Supersam jest lekkim zefirkiem wolności i władze dbają o jego zaopatrzenie, starając się, aby było lepsze niż gdzie indziej.
Wnętrze baru Frykas w warszawskim Supersamie, lata sześćdziesiąte.
Pracujące od początku sprzedawczynie porównują po latach Supersam do późniejszych Peweksów. Pozory konkurencji i wolnego wyboru stwarza reklamowanie stoisk i produktów przez radiowęzeł, uwieczniony przez Gruzę w komedii Dzięcioł. Wiele emocji wzbudza tez bar Frykas w drugiej części budynku, gdzie według "Życia Warszawy" jedzenie podgrzewane jest "promieniami podczerwonymi". Kurczaki pieczone na rożnie pęcznieją w oczach aż do rozmiarów zwiastunów nowych, lepszych czasów. Nowoczesność widać w każdej dziedzinie, choćby to: kasjerki raz w tygodniu dostają talony do fryzjera, z których muszą obowiązkowo korzystać. To sklep wzorcowy, odwiedzany przez wycieczki szkolne, a także gości z zagranicy, pokazowy dowód na wolność, piękno i bogactwo Polski za czasów Gomułki.
Jaki to kraj? Chcę spojrzeć przez różowe okulary na jego jaśniejszą stronę: Komeda w czarnym garniturze zagrał już na pierwszym festiwalu jazzowym w Sopocie, gdzie rozwydrzona młodzież pokonuje milicjantów nieprzygotowanych do walki z kulturą masową. Ukazuje się pismo "Ty i Ja", Polański wraca do Paryża po nakręceniu Noża w wodzie. Na ekranach telewizorów pierwszy sekretarz rzuca kapciem w cycki Kaliny Jędrusik i fraki Starszych Panów, ale nie może powstrzymać biegu wydarzeń: ojczyzna zmierza już do konsumpcji gierkowskiej, zdokumentowanej w kolorach ORWO. Niech nas nie zmylą szlachetne czerń i biel archiwów, po odkręceniu i szybkim zakręceniu śruby odwilżowej zmierzamy już prostą, choć długą drogą do dzikiego kapitalizmu lat dziewięćdziesiątych. Szaleństwo konsumpcji po Okrągłym Stole jest tylko konsekwencją wcześniej rozbudzonych apetytów, tych z Supersamu, i wiecznych żądz ludzkich.
HANNA I GABER Rechowiczowie właśnie skończyli ogromne mozaiki w patio, foyer i kawiarni świeżo otwartego Domu Chłopa. Nic dziwnego, że Jerzy Hryniewiecki, szef zespołu projektantów Supersamu, proponuje im oraz ich przyjacielowi Edwardowi Krasińskiemu realizacje we wnętrzu nowego wspaniałego sklepu.
Hryniewiecki jest przyjacielem rodziny, a szczególnie Wandy Ponikiewskiej, ciotki Hani. Ona sama i Gaber, syn architekta, od dzieciństwa dorastają w artystycznym, twórczym otoczeniu, w środowisku, które można wszakże napiętnować i nazwać układem. To słowo sugeruje związek wręcz przestępczy, a w każdym razie niejawny, podszyty domniemanym oszustwem. "Środowisko" brzmi dużo bardziej niewinnie, wszystko staje się ładniejsze, bardziej subtelne. Ja sam jestem częścią takiej struktury, więc wiem, na czym polega niesprawiedliwość, którą generuje. Podczas dokonywania wyboru spośród trzech równie dobrych kandydatów pracę otrzyma ten zaufany, już znany. Bycie częścią środowiska powoduje, że nie zastanawiamy się nawet, czy ktoś inny lepiej wykona zadanie, obracamy się w stałym kręgu. Jesteśmy leniwi, idziemy drogami na skróty, wolimy to, co oswojone, od nieznanego. Kto raz trafił do zbioru, już nigdy z niego nie wyjdzie, a nowym trudno przeniknąć przez barierę sieci znajomości i kontaktów. Piszę o tym, ponieważ sam czuję się uwikłany w związki towarzyskie wynikające z urodzenia, wykształcenia, pozycji rodziców, dziedziczenia znajomości wraz z zestawem genów. Na początku kariery w latach dziewięćdziesiątych często zastanawiałem się, w jakim stopniu wynika ona z moich zdolności i umiejętności, a w jakim z tego, że ktoś mnie zna, ponieważ jestem synem swojego ojca. Zadręczałem się poczuciem niesprawiedliwości, miałem wyrzuty sumienia, męczyło mnie przeświadczenie, że mogę zawdzięczać coś nie samemu sobie, lecz pochodzeniu społecznemu.
Dlatego staram się nie oceniać kariery Rechowiczów. Nie chcę być śledczym ani oskarżycielem, a jednak zastanawiam się, czy dostali pracę w Supersamie "po znajomości"? Takie zależności znam dobrze ze swojego środowiska, życie pod tym względem niewiele się zmieniło. Czy wobec tego Hania schodzi na spotkania ze mną nie z piętra innej epoki, tylko z tego samego świata, w którym ja żyję?
Jerzy Hryniewiecki, który pracę we "wzorcowym sklepie" zleca Rechowiczom, zaczyna karierę długo przed drugą wojną światową. Urodzony w 1908 roku, chłopak z warszawskiego liceum Batorego, do którego tez chodziłem, zanim mnie wyrzucili, więc wiem, jaka to kuźnia elit. Żołnierz kampanii wrześniowej, więzień oflagu w Woldenbergu. Zdolny i utalentowany, zdążył się wiele nauczyć przed inwazją niemiecką na Polskę i nabrać doświadczenia zawodowego. W 1945 roku tworzy wystawę Warszawa oskarża, przypinają mu ordery za kierownictwo artystyczne i koordynację Wystawy Ziem Odzyskanych, o której wkrótce. W 1955 roku buduje, a właściwie wymyśla, jak usypać z gruzów stolicy, stadion X-lecia Manifestu Lipcowego. Jego zamiłowanie do modernizmu oraz problemy finansowe i pośpiech prac, które miały być zakończone na Festiwal Młodzieży, chronią obiekt od zbędnych socrealistycznych dodatków. Za co znowu otrzymuje nagrody państwowe i Order Sztandaru Pracy, ponieważ w nowym systemie przywileje elit otrzymują odpowiednie ideologiczne nazwy.
Hanię denerwują moje rozważania o "środowisku" i "układzie", dla niej wszystko jest prostsze.
- Hrynio pokazał nam ścianę w barze Frykas w Supersamie i powiedział: teraz szalejcie. Ale myśmy chcieli jakoś się dostroić do bryły całej architektury, która była szalenie interesująca. Konstrukcja z takim dachem wygiętym zrobiona przez Zalewskiego, jednego z najlepszych światowych specjalistów. Ogromne były kłopoty z meblami, bo trzeba je było robić na zamówienie i nie wychodziło. Problemy były też z oszkleniem głównej ściany, dlatego że huta pomyliła się w wymiarach szyb o pięć centymetrów. Sprowadzani z całej Polski najlepsi szklarze musieli ręcznie je przycinać, ale grube, trzycentymetrowe lane płyty pękały. Nam się to tak spodobało, że parę tych wielkich tafli przywlekliśmy do domu i jedna nawet przez długi czas była stołem, a druga jest tutaj, na parterze.
Budynek musi rzeczywiście robić duże wrażenie na Gabrze, ponieważ wybiera zupełnie inne formy fresku niż wcześniej w Domu Chłopa. Na potrzeby Supersamu jedyny raz w życiu zmienia styl i maluje kompozycję geometryczną, a nie płynne fantastyczne światy. Oczywiście, nawet to panneau, pomimo kwadratów i prostokątów, ma w sobie poetyckość, która zawsze cechowała styl Rechowicza. W kolejnych realizacjach ścian wrócił do swojego znaku firmowego, połączenia fresku z mozaiką, grubych otoczaków i kamieni, bogatej faktury. Dla Hryniewieckiego malował płasko, trochę tak, jak na swoich obrazach.
Zachowane szkice różnią się tylko kolorystyką, natomiast sama kompozycja i temat nie zmieniają się, Gaber konsekwentnie rozwija pierwotny pomysł. Od pierwszego najbardziej ogólnego szkicu na kawałku szarego papieru po ostateczne propozycje dla komisji, starannie wymalowane na długich kawałkach twardej tektury.
- Zrobił malarstwo ścienne na całej przestrzeni baru Frykas, może czterdzieści metrów długości, siedem wysokości, aż do stropu naturalnie. - Wydaje mi się, że Hania jak zwykle przesadza, ale na zachowanych zdjęciach widać, że panneau jest ogromne i dominuje nad salą. - Natomiast w przejściu do części handlowej był bar i mozaika kamienna z freskiem, którą głównie ja robiłam. Była też ściana malowana przez Edzia Krasińskiego. Bardzo purystyczna forma malarska, czerwonobrązowa, taka w kolorze laki, płaszczyzna wysokości chyba sześć metrów, na dole ciemniejsza, na górze przechodziła w bardziej czerwoną. Bardzo dekoracyjna. Tę ścianę dosyć szybko chyba zamalowali... - Nie zachowało się żadne zdjęcie, nie wymieniają jej książki i opracowania z dziedziny historii sztuki i architektury. Po cichu zastanawiam się, czy naprawdę istniała, ale głośno zadaję inne pytanie:
- Czy do baru Frykas przychodziło się, bo było tam dobre jedzenie?
- Nie - śmieje się Hania. - Kiepskie potrawy, paskudne meble, bo juz nie było pieniędzy na wykończenie. Proponowaliśmy, żeby chociaż przemalować te stołki i blaty. Ale byliśmy szczęśliwi, że Supersam powstał. Uważaliśmy, że to jest piękny budynek i że zachowa się na zawsze jako taka wielka piękna forma.
"SZTANDAR MŁODYCH" z piątku 1 czerwca 1962 roku na ostatniej stronie w dziale Dzień dobry, Warszawo zamieszcza notatkę Superpięknie! Tytuł odnosi się do Supersamu, ale jak stwierdza dziennikarka: "o architektonicznym kształcie pisano już wiele", natomiast budynek "i wewnątrz godny jest uwagi. Otrzymaliśmy sklep-dzieło sztuki". Po opisaniu dzieła Rechowicza "Sztandar" zamieszcza rozmowę z nim, która zaczyna się nie od pytania, lecz wypowiedzi artysty:
"Nie zwróciła pani uwagi na sufit w Supersamie, dzieło Zalewskiego i Żurawskiego. Moim zdaniem wygląda jak łuska wieloryba czy liść, przeogromnie powiększony, no wspaniały" - Gaber skromnie zwraca najpierw uwagę na pracę innych, dopiero pod presją dziennikarki musi mówić o tym, do czego "zmierzała jego praca": "Do uzupełnienia architektury. W tym sensie, że chciałem w zamkniętym barze dać wrażenie szerszej przestrzeni". Panneau okazuje się modernistycznym wcieleniem malarstwa iluzjonistycznego, a następny wątek wywiadu jest ważny dla oceny późniejszych losów fresków i mozaik: "Czy nie przeszkadza panu fakt, że w ścianę ozdobioną mozaiką wmontowano telefon?".
"Nie, on też podporządkował się kompozycji. A jak wkoło aparatu zaczną notować numery telefoniczne, będzie jeszcze ciekawiej".
Czy Gabrowi nie przeszkadzałyby tez skrzynki elektryczne albo rury biegnące dziś przez jego dzieła? Dziennikarka się oburza: "Pisać na ścianach? Ależ to barbarzyństwo!".
"Trwające mniej więcej pięć tysięcy lat. Archeolodzy są wdzięczni mieszkańcom Pompei za ich napisy na murach".
Dzięki reakcji tajemniczej dziennikarki, podpisującej się jako "H", dowiaduję się, że Gaber był erudytą, nieprzywiązującym wagi do swojej twórczości.
W tym samym numerze "Sztandar Młodych" donosi, na pierwszej stronie obok notki Milicjant przyjaciel dziecka, że w konkursie plakatu zorganizowanym na festiwalu w Karlovych Varach nagrody otrzymali Polacy. W tych samych dniach odrzucono prośbę o łaskę dla Eichmanna i zbrodniarz zostanie stracony. "Sztandar" składa się z dużej ilości krótkich informacji, ta o Supersamie jest całkiem duża, w dodatku opatrzona dwoma zdjęciami. Jedno z nich przedstawia Gabra przy wzmiankowanym telefonie. Zamieszczony jest też program telewizji, która tego dnia nadaje Miasto bezprawia Johna Forda.
NIE WIDAĆ, niestety, mozaiki Gabrów w rozgrywającej się w Supersamie scenie filmu Lekarstwo na miłość. Nagle... Eureka! W swoim szale archiwisty rysuję szybko na kartce plan sytuacyjny. Tu stoi kamera, tu kręci się Łapicki w roli przystojnego kapitana milicji, czaruje damy głosem znanym z Polskiej Kroniki Filmowej okresu stalinowskiego. Tu koleżanka dzwoni do Kaliny Jędrusik, grającej główną bohaterkę, wabiącą mężczyzn swoją kapitalistycznie niemoralną pełną piersią. Daleko w tle widać długą, zwisającą kotarę we wzory. Przypomina tkaniny Gabra, chyba że Hania się myli i Krasiński nie robił "ściany" tylko właśnie "kotarę"? Oglądam inne zdjęcia z Frykasa, gdzie widać ten obiekt, i zastanawiam się, czy aktorka dzwoni z automatu na ścianie z mozaiką? Tego samego, z którym pozował Gaber?! Czy ktokolwiek podzieli mój szał historyczny, czy zrozumie dłubanie w szczegółach wystroju wnętrz epoki? Z Lekarstwa na miłość Jana Batorego nie można jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków. To bezpieczna, apolityczna i lekka komedia kręcona w najpiękniejszych miejscach Warszawy Anno Domini 1966. Wynika z niej, że to europejskie miasto zamieszkane przez świetnie ubranych mężczyzn i piękne kobiety, którzy spędzają czas w kawiarniach. Oficerowie Milicji Obywatelskiej są zabójczo przystojni i dyskretnie czuwają nad życiem społeczeństwa. Uchwała sekretariatu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z 1960 roku oficjalnie promowała "rozwijanie produkcji filmów rozrywkowych" podtrzymujących piękne złudzenia.
Śliczną i sentymentalną komedię trzeba zderzyć z zupełnie innym kinem. Piotr Szulkin w latach osiemdziesiątych wykorzystuje bar Frykas do stworzenia scenografii w filmie Wojna światów. Następne stulecie. Szeroki plan, kamera wysoko, nie widać fresku, tylko rzędy długich, pustawych lad, po których gdzieniegdzie walają się resztki naczyń i posiłków. Nad nimi na potrzeby filmu zamontowano telewizory, w których leci fragment filmu pornograficznego, wykorzystany przez Szulkina w ostatniej scenie dokumentu Kobiety pracujące. U reżysera motywy wracają i przewijają się od studiów w Łodzi aż po ostatni jego film. Wykorzystanie tej samej sceny to ważna wskazówka interpretacyjna, ponieważ w Kobietach pracujących stosunek seksualny jest kolejną rolą do zagrania, równie nudną i monotonną, co obsługa obrabiarki czy taśmy w fabryce.
Odbierając wnętrzu fresk Rechowicza, wtedy już zapewne brudny, wyszarzały, pokryty tłustym i ciemnym nalotem unoszącym się z kuchni, Szulkin być może ujawnia prawdziwą istotę przestrzeni. Czy tylko geometryczny pejzaż czyni! pięknym zwykły bar szybkiej obsługi? W Wojnie światów Frykas jest odczłowieczoną, zimną i świecącą niekiedy pustkami jadłodajnią. Kacem po epoce gierkowskiej, kacem po próbach konsumowania na kredyt, ale bez spłacania odsetek, nie mówiąc już o kapitale. Być może właśnie w scenie z tetralogii Szulkina znikają ostatnie złudzenia, ostatnie dziecięce marzenia o socjalizmie z ludzką twarzą, z małym fiatem, sklepami Pewex i festiwalami piosenki w Opolu i Sopocie.
Seks na ekranach małych telewizorów turystycznych (moja babcia miała taki w kuchni przez lata) powoduje, że scena wydaje się wciąż aktualna. Zaspokajanie potrzeb erotycznych i żywieniowych jest tu równie mechaniczne, równie banalne, a stosunek płciowy wyprany z uczuć, jak jedzenie w McDonaldzie. Kapitalizm to sex appeal hamburgera, pornografia kulinarna i niezaspokajane żądze wywoływane przez parówkę z mięsa zmielonego z papierem. Szalony Piotr Szulkin był prorokiem w całym cyklu, od Golema po Ga, ga, chwała bohaterom, i jego wizja baru w warstwie erotycznej bezpośrednio wiąże się ze smutnym końcem wystroju Supersamu. Bar Frykas był utopią, fresk artysty nad garmażerką - pięknym snem o sojuszu ludu i artystów, władzy i kultury, systemu kontroli i piękna. Budynek zburzono dopiero w 2006 roku, ale fresk jadłodajni i mozaika w barku kawowym zniknęły dużo wcześniej. Bitwa o dziedzictwo socmodernizmu została przegrana od razu na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy pod fałdami dachu ulokował się właśnie McDonald. Obok niego, pomiędzy hamburgerami a halą handlową, powstał sklep z wózkami dla dzieci, tak jakby hasłem kolejnych "nowych czasów" było: "Zryjcie i rozmnażajcie się!".
Dokonując liftingu, zniszczono prace Rechowiczów i chyba nikt się przy tym nie zająknął. Wygłodniali błyskotek kapitalizmu, po smucie stanu wojennego, chcieliśmy wielkiego żarcia, nie zwracaliśmy uwagi na wyburzenia i zniszczenia. Dzisiejsi obrońcy przeszłości chodzili jeszcze do przedszkoli, więc historię wyrzucano do kosza bez mrugnięcia okiem. Smutny bar z Wojny światów został pokolorowany, pokryty złotym pyłem, podrasowany, kanapki zapakowano w ładny papierek. Jedzenie miało być podniecające jak seks, już nie czarno-biały na starym filmie erotycznym, lecz błyszczący i barwny, jak w seryjnym pornosie kręconym kamerą wideo. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, dekoracje PRL-u w gorączce ogólnokrajowej, gorączce "burzy i naporu", przeszkadzały nam w dalszym snuciu marzeń o szybkim bogactwie.
- SUPERSAM BYŁ WYDARZENIEM na skalę europejską i wpisał się na trwałe do czołówki architektury światowej. Znakomicie wkomponowany w otoczenie, ze wspaniałym dachem, zaprojektowany po okresie wojny i socrealizmu, pokazywał naszą przerwaną łączność z Europą - zachwycała się w rozmowie ze mną Marta Leśniakowska, historyk architektury. Zarówno ona, jak i inni piewcy socmodernizmu, i ja także, zapominaliśmy dodać, że piękny budynek miał wady techniczne. Był tym, co Hania Rechowicz lubi najbardziej: formą, a nie treścią, obiektem sztuki, którego lepiej nie analizować.
To, że "flagowy sklep socjalizmu" od 1962 roku nie może pomieścić walących do niego tłumów, nie jest winą architektów. Błędy i usterki pozostawiane przez wykonawców to zmora polskiego budownictwa, niezależnie od obowiązującego stylu, aż do dziś. W 1971 roku "Gazeta Handlowa" donosi, że awangardowego dachu nie ma jak odśnieżać, ponieważ może tam wejść tylko jedna, odpowiednio lekka, osoba naraz. W stałym asortymencie sklepu są miski, do których skapuje woda przeciekająca z sufitu. Dach pokryty szybko utleniającą się blachą wkrótce jest pełen dziur, przez które wlatują ptaki - pamiętam je z dzieciństwa. Z wizyt w Supersamie zostały mi katedralne wysokości i ptaki pod powałą. Nie chadzałem wtedy do kościołów, nie mogły więc na mnie zrobić wrażenia ich rozmiary. Najwyżej zawieszonym sufitem, jaki znałem, był ten z socjalistycznej świątyni konsumpcji.
Natychmiast po wybudowaniu psuje się wentylacja, więc latem w środku jest bardzo gorąco, a zimą - zimno. Na początku lat siedemdziesiątych wizytę w sklepie, w związku ze skargami klientów, składa Piotr Jaroszewicz. W tamtych czasach rządzący lubią pokazywać, że osobiście interesują się handlem i architekturą. Na polecenie premiera rusza kolejna fala dorabiania, naprawiania, przystosowywania do użytku cudu małej stabilizacji. Już po uzyskaniu samodzielności przez spółdzielnię, w latach dziewięćdziesiątych, dyrekcja sklepu najwięcej pieniędzy przeznacza wciąż na ciągłe modernizowanie i ulepszanie wnętrza. Na generalny remont konstrukcji nigdy nie wystarcza pieniędzy, a wcześniej - woli politycznej. Nic dziwnego, że w końcu za pretekst do wyburzenia posłuży właśnie słynny i piękny dach, choć nie tak zaniedbany, jak twierdzili deweloperzy.
Jeden z obrońców Supersamu mówił mi, że sfałszowano ekspertyzę techniczną powstałą na zlecenie inwestora. Świadomie przyjęto w niej błędne założenia, a autorom konstrukcji uniemożliwiono wgląd w papiery. Deweloper, działając w porozumieniu z właścicielami placu i budynku, czyli Spółdzielnią Spożywców Supersam, wynajął agencję public relations, aby przekonywała warszawiaków o konieczności zburzenia sklepu. Macherzy od manipulowania opinią publiczną doprowadzili do publikacji wielu artykułów krytykujących wartość obiektu, wywierali naciski na dziennikarzy, a protestujących usiłowali zastraszyć. Supersam był piękną formą, więc musiał zniknąć, aby na jego miejscu powstał użyteczny biurowiec dający zysk. Postulat niepraktyczności Hani tak bardzo nie pasuje do współczesności, że wydaje mi się jedynym przed nią ratunkiem, a życie Rechowiczów idealną drogą ucieczki.
SKLEP NIE JEST pierwszym budynkiem, w którym pracują, łamię więc grzeczną chronologię historii sztuki, to nie rekonstrukcja z tego gatunku. Też, ale nie przede wszystkim, nie wyłącznie ona. Może tylko radykalny subiektywizm ma szansę stać się obiektywny i odrzucając liniowość czasu, udałoby się naprawdę opisać jego upływ? Potok czy rzekę z meandrami, zakolami, wirami, bystrzami i mieliznami, wyspami, ujściami innych strumieni, mieszaniem się wód. Jeśli czas jest jak woda, to co zrobić z kałużami, które wysychały po deszczu w jesienne przed - lub popołudnie, kiedy arbitralnie rozpocząłem narrację, której nie chcę jednak nazwać opowieścią. Raczej mozaiką z drobnych otoczaków, pomiędzy którymi lśnią lakierowane duże kamienie, przestrzenie wypełnione są farbami, malunkami, kształtami, szkiełkami, drobnostkami.
W porzuceniu chronologii usprawiedliwia mnie też poczucie, że pamiętam stary Frykas z dzieciństwa. Mam wrażenie, że wychowałem się pośród designu Rechowiczów. Babcia prawie codziennie odbierała mnie z przedszkola, wiele razy musieliśmy po drodze do jej domu zajeżdżać na plac Unii Lubelskiej do ulubionego sklepu. Babcia, choć wzorowo zajmowała się mężem i całym domem, nigdy nie była dobrą kucharką, więc w barze Frykas mogła kupować przygotowane jedzenie, gotową garmażerkę. Tak, musiałem tam z nią bywać. A może wymyśliłem to już teraz i dopisałem do historii? Czy wmawiam sobie, że parę lat temu, zaczynając rekonstruować dzieje Hanki i Gabra, czułem powrót do dzieciństwa? Czy jestem konserwatorem zabytków z pieczołowitością szukającym mitycznego oryginału, prawdziwego stanu wyjściowego? Archeologiem ze szczoteczką, odkurzającym starożytne artefakty z pyłu epok? Czy raczej wandalem, który z gruzów przeszłości lepi całkowicie nowe twory?
Mój małomówny bohater rozczula mnie fragmentem wywiadu ze "Sztandaru Młodych", kiedy, zamiast opowiadać o sobie, podkreśla zasługi innych. I wie, że nie sam Jerzy Hryniewiecki, choć jego kolega, jest autorem budynku. Ponad czterdzieści lat później Gaber długo trzymał w dłoniach, dotykał i oglądał pierwszy raz po latach szkice do fresku w Supersamie.
- Aż, aż się uśmiechnąłem... - w końcu udało mu się powiedzieć. - Podoba mi się, jaki to świat, taki długi... Trzeba zdjąć kapelusz czy co?
I rzeczywiście się uśmiechnął. Tak jakby wiedział, że na moim ulubionym zdjęciu stoi w barze Frykas i ma na głowie kapelusz. Niewiele mówi, ale trudno o lepszego bohatera niż taki, którego się lubi.
CZY NAJWAŻNIEJSZA jest wielka narracja, zaznaczająca udział bohatera opowieści w wielkich momentach historycznych? Czy wydarzeniami są wojny, powstania, okupacje? A w języku opisu sztuki - obrazy, dzieła, wystawy, katalogi, retrospektywy, monografie? Podawać je każe obyczaj spisywania w notce o artyście kolejnych pokazów indywidualnych i zbiorowych, w kraju i za granicą. Czy życie nie toczy się w gruncie rzeczy gdzieś indziej? Raczej pomiędzy wojnami i wystawami albo nawet na przekór im? Obok, pod spodem, po cichu, z daleka, w zakamarkach?
Rekonstrukcja wydarzeń zaczyna się od pytań: czy jej początkiem rzeczywiście jest jesienne przedpołudnie? Kiedy? W dwa tysiące którymś roku czy w latach dwudziestych, kiedy rodzą się Rechowiczowie i moja babcia? Jeszcze wcześniej, gdy ich dziadkowie żyli w tak historycznej, że aż niemożliwej do wyobrażenia, końcówce XIX wieku? A może rekonstrukcja, czy też twórcza dewastacja zaczyna się wtedy, kiedy ja się urodziłem, w słodko-gorzkich latach siedemdziesiątych? Niestety, zbyt często robiono wtedy kolorowe zdjęcia, odzierające obraz z nostalgii. Filmy ORWO opisują świat wyblakłą gamą barw, nie tworzą wyidealizowanego wspomnienia w czerni i bieli, ale w mojej pamięci jest wiele mocnego koloru z epoki. Nasycenie barwami umysłu dziecka narodzonego w pierwszym osiedlu z wielkiej płyty, które było przecież szare aż do zniknięcia, rozpłynięcia się we mgle. Czy z tej mgły przeziera opowieść, czy to w niej ma swój początek?
Hanna Rechowicz, lata dwudzieste.
Pomiędzy wojnami i wystawami, datami i jesiennymi dniami, narrator jest i tak najważniejszy... Nie chcę oszukiwać, strojąc się w fałszywe piórka pozorów prozy reporterskiej. Fikcja i tak zwycięża, ponieważ najwięcej zależy od narratora. Fakty są jak pomniki stawiane na cześć rzeczywistości, jak skamieliny, kości dinozaura, trylobity odciśnięte na papierze. Fakty są nudne, więc próba rekonstrukcji i wykopalisk zamiera, przytłoczona pytaniami i wątpliwościami autora. Praca może złapać oddech i życie tylko w śmierci, która jeszcze nie nastąpiła, ale zbliża się wielkimi krokami. Zycie toczy się przede wszystkim w śmierci, bez niej nie byłoby tej książki. Śmierć upoważnia mnie do bycia z boku, które też jest oczywiście pro, skoro nie jest anty.
PRZEZ PIERWSZE MIESIĄCE rozmawiamy o Gabrielu Rechowiczu, ale, poznając bohatera, nigdy go nie widzę. Dopiero rok po rozpoczęciu spotkań z Hanią udaje mi się wejść na trzecie, ostatnie piętro rodzinnej twierdzy. Tam Gaber zabija czas, jak księżniczka na wieży zamknięta przez złego czarownika. Główny protagonista, do którego zmierzają wszystkie wysiłki i nitki słabowitej intrygi, pozwala czasowi przeciekać swobodnie między palcami, ponieważ nie może już opierać się jego sile. Lata i sekundy przenikają przez malarza, artysta godzi się, by hulały swobodnie po nim i w nim. Mizerną obroną są rehabilitanci, pielęgniarki czy ukraińskie lub polskie sprzątaczki, sztab, którego członkowie długo nie wytrzymują w tym królestwie kurzu, ciemnych zakamarków i niepraktyczności. Gaber jest bezbronny, gotów, żeby czas się zatrzymał, bo ten rozpanoszył się na razie w jego ciele, ale tylko po to, żeby niedługo, może nawet przed dziewięćdziesiątymi urodzinami, pozostawić je ostatecznie i opuścić...
Wdrapuję się po klatce schodowej, całej pokrytej freskami, przechodzę na półpiętrze obok dwóch lwów, które chronią rodzinne przestrzenie przed inwazją rzeczywistości. Mijam wielkie bukiety zasuszonych kwiatów i płaskorzeźby ze skór. Wchodzę na drugie piętro, gdzie ukryta jest komnata Hani oraz pokój ze skarbami, archiwami rodu. Wyżej, u wejścia na szczyt wisi stelaż drutów i sprężyn kiedyś obleczony materiałem. Szkielet materaca to ostatnia szansa na odstraszenie intruzów przed osiągnięciem czubka wieży. Tam okna na ulicę i te od strony ogrodu nie wpuszczają światła. Zarosły pnącym się po zewnętrznych ścianach dzikim bluszczem, w pokoju zawsze pali się sztuczne światło.
Nie potrafię dokładnie opisać żadnej wizyty na ostatnim piętrze tego zamku, ponieważ zawsze boję się zobaczyć Gabra i w panice nie dostrzegam szczegółów. Czuję zapach wieczności, drżę ze strachu i niezdrowego podekscytowania. Pamiętam tylko, że kiedy dotarłem do niego pierwszy raz, nie zauważyłem braku nogi, skupiłem się na twarzy. Nie wiem, co bym o niej powiedział, gdybym nie znał wielu zdjęć Rechowicza. Dziesiątki czarno-białych fotografii, które widziałem wcześniej, tworzą kontekst, punkt odniesienia. Mimo upływu czasu to ta sama twarz, której nie potrafię opisać, mogę tylko rzucić garść przymiotników: symetryczna, szlachetna, piękna. Po wizytach u niego wpatruję się w stare fotografie, współczesny widok miesza się z archiwalnym. Zaglądam mu głęboko w oczy na odbitkach i jeszcze nie wiem, co w nich dostrzegam.
BOHATER TEJ OPOWIEŚCI niewiele słyszy i niewiele widzi. Reaguje jednak zaskoczeniem, słysząc nieznany głos w swojej samotni, czując obecność nowej osoby. Nie pamięta oczywiście, że jako mały chłopiec bawiłem się w tym domu z jego wnukiem. Zapomniał tez mojego ojca, który był tu częstym gościem pod koniec lat sześćdziesiątych. Trochę na siłę przedzieram się przez lata, epoki, ustroje, butelki wciąż tak samo mocnej wódki, czerwonego wina i kolejne namalowane obrazy. Przez pierwsze minuty jestem może nawet brutalny, pcham się z butami, za wszelką cenę próbując wprosić się do środka jego umysłu. Tymczasem dłoń Gabra, tak podobna do dłoni mojej babci, szuka ręki gościa. Chce mnie dotknąć i poczuć, jego zmysł dotyku pracuje najlepiej.
Trzyma mnie za rękę. Ja sam nie odważyłbym się na taki gest, na bliskość przy pierwszym spotkaniu po latach. On zaczął, przełamał barierę i ucichłem, odwzajemniłem dotyk, może nawet pieszczotę czasu i historii, pieszczotę śmierci. Gaber głaszcze mnie, bada, może sprawdza. Szuka we mnie człowieka, więc muszę, w obliczu majestatu rychłego końca, przestać być reporterem, dziennikarzem, pisarzem. Nie chcę już pakować się bez pardonu, bez znieczulenia w jego życie. Zamiast brać, chcę raczej dawać, nie mam zresztą innego wyjścia i głośno opowiadam Rechowiczowi jego własne losy. Mówię o tym, jak przez lata mieszkał z Edwardem Krasińskim i razem ciągle rysowali i projektowali. Przypominam, że przetrwały jeszcze fragmenty jego mozaiki w Domu Chłopa, czyli hotelu Gromada w centrum stolicy. Opowiadam, jak sfilmowała go japońska kamera, w długiej czarnej pelerynie z kapturem, zwiedzającego świątynię szinto. On nic nie pamięta, a w każdym razie nie potrafi tego powiedzieć, ale chyba się cieszy. Mówi, że to tak piękne, że ktoś..., że ktoś..., reszta zdania ginie, mam jednak wrażenie, że mówi o mnie, a nie o sobie, i cieszy się, że kogoś interesuje to, co zrobił, po tylu latach zapomnienia.
Choroba Gabra, obok postulatu Hani o jej niepraktyczności, każe pozostawić na boku zapotrzebowania ideologiczne, każe szukać nowej - starej - perspektywy. Zmusza do znalezienia własnego języka w strachu przed śmiercią. Jakie znaczenie ma wobec niej krytyka systemu, zaangażowanie, parytet, feminizm lub odwrotnie wyliczając: umacnianie polskości, konserwatyzm, szowinizm. Nawet trudno wymienić tę mityczną drugą stronę barykady, tak bardzo jest mi obca. Nie interesowały mnie nigdy ojczyzna ani patriotyzm, jednak dzięki Rechowiczom mogę i muszę odbyć swoją nową podróż. Tym razem nie uciekam w egzotykę dalekich krajów, lecz przedzieram się przez dżunglę przeszłości, w głąb historii kraju, w którym się urodziłem, w którym mieszkam i piszę w jego języku. Gaber i Hania prowadzą mnie na manowce, obszary zarezerwowane do tej pory przez prawicę.
ZANIM POWSTAŁA SZTUKA, najpierw było sobie życie, które losy tego pokolenia naznaczyło drugą wojną światową.
- Podobnie jak mnie, rodzice wywieźli Gabra na wieś, żebyśmy nie bawili się w konspirację, i tam się poznaliśmy. - Z opowieści Hani wynika, że związek Rechowiczów stworzyło wkroczenie wojsk niemieckich do Polski w 1939 roku. Gdyby nie wydarzenia wielkiej Historii Gabriel nie spotkałby przyszłej żony, która by teraz nie opowiadała swojej wersji małej, osobistej historii. To było siedemdziesiąt lat temu, ja urodziłem się na tyle późno, żeby nie czuć ciężaru nawet samej pamięci o wojnie. Przywilej, z którego muszę częściowo zrezygnować, żeby zrozumieć bohaterów. Chodziłem do szkoły podstawowej imienia Generała Władysława Sikorskiego, a nie Gwardii Ludowej. Oczywiście nie uczono nas o Katyniu, ale czytałem w podziemnych wydawnictwach o masakrze. Choć jestem dzieckiem historyków, to przeszłość kraju nie wydawała mi się interesującą tajemnicą, nie pociągały mnie ani białe, ani czarne plamy. W tym momencie rekonstrukcji wydarzeń okupacja niemiecka na pewno musi jednak stać się punktem odniesienia, wzorcem z Sevres, wobec którego wszystko jest mierzone.
"Po ucieczce z niewoli w okolicach Przemyśla (koniec października 1939) przedostaję się do Warszawy, gdzie zamieszkiwałem w czasie okupacji. Otrzymuję w 1940 pracę jako kierownik fabryczki wody sodowej i rozlewni piwa w Sochaczewie" - wystukał na maszynie Gaber w życiorysie, który znalazłem w szufladzie stoliczka w jego pracowni, pośród rachunków, wizytówek i rupieci malarskich.
- Ale ja nie powiedziałam "bawić się w konspirację"! - prostuje Hania. - Rodzice podczas wojny nie mieli nic do powiedzenia, nic nie mogli zabronić. - Zaczyna się powolny i bolesny proces autoryzacji, czyli tworzenia wersji oficjalnej wydarzeń. Jej poprawki chcę i czuję się zobowiązany przytoczyć także tutaj:
Gabriel Rechowicz z oddziałem partyzanckim, lata czterdzieste.
- Możesz napisać "brać udział w konspiracji". I dopisz, że miałam wtedy piętnaście lat i Gaber mnie zafascynował - domaga się Hania.
Daty i wiek się zgadzają, co ustaliłem dużo później, Rechowicz był sześć lat starszy od przyszłej żony. Po wszystkim, czego dowiedziałem się o artyście potem, nie dziwię się, że zrobił wrażenie na młodej dziewczynie i zostali ze sobą aż do dziś. Po kampanii wrześniowej z podoficerskim stopniem w podziemnej Armii Krajowej zostaje specjalistą od karabinu maszynowego. Na wsi, pracując dla browaru krewniaków, zajmuje się też propagandą i podrzuca niemieckojęzyczne, pacyfistyczne ulotki na stoły żołnierzy hitlerowskich pijących piwo.
- W Trojanowie, obok Sochaczewa, działał oddział partyzancki, którego dowódcą był Janek. Nazwiska nie pamiętam, ale sobie przypomnę... - Czytając pierwszą wersję tego rozdziału, Hania odnajduje w pamięci różne szczegóły. - O, tak. Niewiadomski. Gaber był jego zastępcą. Zapamiętałam, bo mi się to wydawało śmieszne, że ćwiczyli okolicznych chłopów w musztrze. Ponieważ nie było broni, wieśniacy defilowali ze sztachetami wyrwanymi z płotu. Bywało też jednak niebezpiecznie. Miał odwieźć do szpitala rannego kolegę i załadował jęczącego z bólu partyzanta na platformę ze skrzynkami piwa robionego w tym browarze. Sam powoził, ale kiedy mieli przejechać rzekę, konie spadły ze skarpy i nie mogły się wydostać. Mówił, że tak długo smagał je batem, aż wyciągnęły wóz. Jest zawziętym człowiekiem. Był.
Po tym bolesnym dopowiedzeniu Hania robi chwilę przerwy. W końcu opowiada dalej:
- Potem jednak wrócił do Warszawy i był w powstaniu. Jego interesowała rycerskość, szlachetność, pewnie przez to, że jego przodkowie walczyli u boku Napoleona, mieli za to jakieś tytuły, herby. Całe życie go to nie obchodziło, ale kiedyś dostał z Paryża papiery genealogiczne rodziny i teraz się z nimi nie rozstaje. - Rzeczywiście, Gaber za pazuchą trzyma cały czas zwitek papierów, swoją relikwię i amulet, który przy każdym spotkaniu usiłuje wyjąć i mi pokazać. To niekompletne strony przerwanych w połowie poszukiwań, pomięte i wytarte ślady prehistorii w postaci kserokopii krótkiego raportu dotyczącego przodków.
"Zainspirowany nimi stworzył po wielu latach cykl obrazów, portretów swoich przodków, w którym w tajemniczy sposób wyrażała się jego osobowość" - dopisuje Hania do próbnego wydruku tekstu.
"Dotyczy Stanisława Rechowicza urodzonego w Krakowie w 1783 roku, który wstąpił do armii napoleońskiej [...] otrzymał tytuły: Kawalera Książęcego Legionu Honorowego w 1809, Kawalera Orderu Virtuti Militari w 1810 i Kawalera Imperium w 1812. Zmarł w 1864".
Nazwy i tytuły, z których ostatni wiązał się często z nadaniem szlachectwa. To trop interpretacyjny, który każe mi skojarzyć Gabra nie tylko z jego przyjacielem Krasińskim, ale też z Eustachym Kossakowskim, fotografem. Pracowali dla tego samego pisma "Polska - Poland". Znali się, bywali na tych samych przyjęciach, mają nawet wspólne zdjęcie na ławce przed Galerią Foksal. Kossakowski dokumentował też artystyczne akcje Edka Krasińskiego. Choć podobnie jak on był hrabią pełną gębą, to olewał rodowe tytuły...
HANIA WYBIJA MNIE z transu tkania siatki opisu:
- Tylko nie pisz, że był jakimś arystokratą, bo to nieprawda.
Oczywiście, chcę się najpierw grzecznie zgodzić, ale całkowicie nie mogę, ponieważ przodek Stanisław nie był zwykłym żołnierzem. Z kolei siostra artysty, Barbara, wyszła za hrabiego Tyszkiewicza, co oznacza tylko skoligacenie, a nie pochodzenie. Tropy arystokratyczne, od których odżegnuje się Hania, zostawiam na później, ponieważ inni pamiętali o błękitnej krwi.
Na razie to, co najważniejsze: Gaber jest synem lwowskiego architekta Kazimierza Rechowicza, pracującego w Warszawie. Pupilkiem wychowywanym przez apodyktycznego ojca i starszą siostrę, ponieważ matka umiera, kiedy syn ma dziewięć lat. Zajmuje się nim też niemiecka guwernantka, dzięki czemu świetnie zna język. Później zostaje wysłany do szkoły z internatem i maturę zdaje w Prywatnym Gimnazjum Sanatoryjnym Męskim Doktora Jana Wieczorkowskiego w Rabce. Szkołę wybrano także ze względu na klimat, ma zawsze problemy z płucami, pali papierosy od czternastego roku życia. Tak jak ja, a on choruje teraz z zupełnie innych powodów, o czym muszę sobie przypomnieć, kończąc kolejną paczkę. Egzamin dojrzałości składa razem z późniejszym dziennikarzem Lucjanem Wolanowskim, którego wspomnieniom zawdzięczam część informacji. Na maturalnym zdjęciu obok łatwo rozpoznawalnego Gabra są chłopaki z rodzin łódzkich milionerów, młodzi hrabiowie, dzieci niemieckich przemysłowców, a poza tym synowie biednych góralskich rodzin z Rabki. Na jednym zdjęciu cały przekrój społeczny Polski. Jak to w dobrej szkole: burżuazja, arystokracja, inteligencja i biedne, ale zdolne dzieci, które, jak rozumiem, nie musiały płacić bardzo wysokiego czesnego. Przystojni młodzieńcy z tego zdjęcia, dzieci elit, wyemigrowali, większość synów górali zginęła podczas wojny. Lucjan Wolanowski w swoich wspomnieniach pisze, że Gaber po maturze "poszedł na zawodowego do marynarki wojennej", do czego się "nie nadawał".
Hania twierdzi, że Gaber bardzo dobrze wspomina! szkołę w Rabce i powtarzał, że wszystkiego nauczył się w gimnazjum, dzięki dobrym profesorom.
- Była tam cała grupa chłopców wychowywanych bez matek. Ojcowie wysyłali ich do szkoły z internatem, ponieważ nie potrafili się nimi zajmować. Po kampanii wrześniowej Gaber nie wrócił do domu, tylko ukrył się w Krakowie u jednego z wychowawców stamtąd, tak był z nim związany. Tu wszyscy myśleli, że zginął, a on był u niego. Spotykali się też po wojnie.
Najwyraźniej Prywatne Gimnazjum Sanatoryjne Męskie potrafiło zapewnić wychowankom nowy dom, stworzyć rodzinę, której im brakowało.
PODCZAS OKUPACJI Rechowicz nawiązuje pierwsze ze swoich zaskakujących dla mnie znajomości. Bywając regularnie w stolicy, utrzymuje niejasne kontakty ze środowiskiem Ruchu Kulturowego wydającego pismo literackie "Sztuka i Naród". Dziś poeci z karabinami, uważani za kulturalne przedłużenie radykalnej prawicy, marzący o wielkim imperium słowiańskim, interesują tylko prawicę. Moi znajomi z tamtej strony barykady dziwią się, że dopytuję o Ruch, ale wszystko wskazuje na to, że Andrzej Trzebiński, najbardziej legendarny z redaktorów "SiN"-u, wspominał o Gabrze. Czy poznali się przez Hanię, która przyjaźniła się z Magdaleną Nagabczyńską, wtedy jeszcze Trzebińską, siostrą późniejszego bohatera narodowego?
Hania twierdzi, że malarz i poeta spotkali się najwyżej raz w życiu, ale poeta musi stać się jedną z wielu drugoplanowych postaci tej rekonstrukcji. Trzebiński w Pamiętniku, który zdobyłem w swojej pasji historyczno-archiwizacyjnej, a nie reporterskiej, notuje: "Ruch (Kulturowy) dzieli się na dwa odłamy: organizacyjny i ideowo-twórczy. Oba odłamy muszą mieć swoich kierowników. [...] W pierwszej dziedzinie takimi ludźmi stać się muszą"...i wymienia między innymi Gabra. Przypis redaktora współczesnego wydania Pamiętnika nie pozostawia wątpliwości, że chodzi o Rechowicza. Trochę dalej, przedstawiając strukturę organizacji, której już samodzielnie przewodzi, młody poeta typuje na "swojego adiutanta" znów Gabra. W obydwu wypadkach mamy do czynienia z projekcją rzeczywistości, Trzebiński planuje i używa słów: "stać się muszą" i "typuję". Najprawdopodobniej przyszły malarz nie zgadza się z pomysłami dużo młodszego kolegi i nie zostaje jego "adiutantem", ani nawet współpracownikiem. Inne źródła dotyczące pisma "Sztuka i Naród" oraz Ruchu milczą o artyście. Być może jest on jednym z tych, na których poeta narzeka, że "psują robotę", robiąc "miniaturę piekła". Okazuje się natomiast pomocny w zdobywaniu funduszy na działalność konspiracyjną, o czym nie pisze sam Trzebiński, tylko inni uczestnicy lobbowania hrabiego Branickiego.
- Całą okupację jeździł do Branickich, do Radziwiłła. Był zdziwiony obyczajem, ale jak inni całował go w rękę. Bywał na balach, ślubach - mówi Hania i nie powinna być zaskoczona, że Gabra uważano potem za arystokratę. Hrabiego Branickiego Gaber namawia na spotkanie z wydawcami "Sztuki i Narodu", bolesne dla tych ostatnich, ponieważ po długiej rozmowie otrzymują tylko tysiąc złotych. "To był jeden z najtrudniejszych momentów obecnego życia", zapisał Trzebiński, dla którego łapanki i głód nie są tak dotkliwe jak proszenie "starszego, dystyngowanego pana" o pieniądze.
- Po aresztowaniu poety Gaber za gotówkę od Branickich usiłował wykupić Andrzeja, ale się nie udało. Pamiętam, że kiedyś pytałam o Trzebińskiego, ale Gaber naprawdę nic nie pamiętał i zarzekał się, że tylko raz się spotkali.
Po co więc tyle piszę o nieżyjącym od lat "poecie z karabinem"? Wygląda na to, że większy wpływ miał na niego malarz niż odwrotnie, ale Trzebiński wydaje mi się przede wszystkim przeciwieństwem moich bohaterów. Człowiekiem innym od nich tak diametralnie, że przez to stanowiącym ważne tło dla Rechowiczów jako przykład zupełnie odmiennej postawy wobec życia i wojny.
W ZBIORZE TEKSTÓW o Ruchu Kulturowym czytam, że Trzebiński "chciał być prorokiem współczesności" jak Brzozowski, w którym się zaczytywał. "W poezji początkowo najmocniej porywały Andrzeja problemy urbanistyczne. Interesował go motyw neonu - świateł na ulicy, człowiek w architekturze wnętrza, a zwłaszcza ulicy". To dosyć zaskakujące jak na poetę kojarzonego z Polską, Słowiańszczyzną, śpiewającego bojowe piosenki w tramwaju, prowokującego los i narażającego się na rozstrzelanie przez Niemców. Może gdyby nie wojna zostałby awangardowym futurystą albo w ogóle nie zaistniał w historii?
Czy zainteresowanie "człowiekiem w architekturze wnętrza" jest antycypacją późniejszej sztuki Gabra? Czy Andrzej polubił przyszłego malarza i chciał mieć go za adiutanta, ponieważ rozmawiali o mieście i urbanistyce? Czy takie zainteresowania mogły zbliżyć artystów? Poeta zginął, ale Rechowicz mógł po latach kontynuować wątek i tworzyć kompozycje oglądane przez człowieka we wnętrzu, na ulicy, pod budowlami.
Po okresie pierwszych miejskich fascynacji Trzebiński wraz z kolegami zajmuje się "organizacją wyobraźni narodowej", którą kształtować powinien właśnie artysta, choć ja mam wrażenie że członkowie Ruchu Kulturowego mają już umysły zorganizowane przez wyobraźnię narodową. Tworzyli mity dopiero wtedy, kiedy od sztuki ważniejsze stawało się życie, co było naturalną konsekwencją poglądu, że poeta jest odpowiedzialny za losy i wolność narodu. Tak bardzo, że w warunkach okupacyjnych ma porzucić studia i podjąć walkę zbrojną. "Pochłaniani przez historię" - mówi poeta z karabinem o sobie, pokoleniu i środowisku. Gabriel Rechowicz nie chce być pochłonięty przez historię, nie chce stać się jej marionetką, pociąganą za sznurki przez wydarzenia i wojnę, zmieloną w jej trzewiach. Choć odważny, stara się przeżyć i pomimo okoliczności działać dalej, taką filozofię rozwija chyba później w okresie Polski Ludowej.
Czy chybione jest szukanie w czasach młodości śladów i znaków tego, co nadeszło później? Urodzony w 1920 roku Rechowicz w momencie wkroczenia Niemców ma już skończone dziewiętnaście lat, Trzebiński zaś zaledwie siedemnaście. Być może po prostu dlatego artysta nie zostaje jego adiutantem, a nie z powodu innego podejścia do życia.
- Był dojrzalszy nie tylko wiekiem. Andrzej zachowywał się jak szaleniec, a Gaber był odważny, ale skupiony i zupełnie nie pasowała mu ideologia Ruchu Kulturowego.
Z dzisiejszej perspektywy dwa czy trzy lata to żadna różnica pokoleniowa, ale wtedy może mieć duże znaczenie. Rechowicz zdaje maturę przed wrześniem 1939 i zaczyna dorosłe życie, a Trzebiński kończy szkołę i idzie na studia już w czasie okupacji. Wraz z kolegami konspirują bardzo lekkomyślnie, jak pisze Jan Dobraczyński. Pisarz wspomina, że kiedy przyszedł na jeden z tajnych koncertów organizowanych przez Ruch Kulturowy, pomylił adres, który zapisywał na wszelki wypadek szyfrem, ale tłum młodych ludzi ciągnących na imprezę wskazał mu drogę. Taka młodzieńcza brawura doprowadza ich do śmierci. W rocznicę urodzin Kopernika chcą złożyć pod pomnikiem astronoma wieniec z napisem "Geniuszowi Słowiańszczyzny - Rodacy", a dokumentację fotograficzną propagandowej akcji wysłać w świat. Niestety, biorą ze sobą broń, w chwili napięcia strzelają i nawet "granatowy", czyli polski policjant, też musi zareagować, choć wcześniej po prostu kazał "chłopcom" zabrać wieniec i zmywać się.
Po tragicznie zakończonym performance redaktorem "Sztuki i Narodu" zostaje Trzebiński, współautor wszystkich poprzednich akcji. Jesienią 1943, na rok przed powstaniem, Niemcy aresztują Andrzeja w stołówce fabryki, w której nie pracuje, tylko żywi się, posługując fałszywym dokumentem. Nie ma szansy zginąć w walce z bronią w ręku, tak jak chciał, zostaje rozstrzelany na ulicy. Gaber jest bardziej rozważny i, w przeciwieństwie do Trzebińskiego, ma co jeść, nie musi ryzykować, aby napełnić żołądek. Wydaje mi się, że pochodzenie społeczne ułatwiało przetrwanie wojny, lecz Hania nie zgadza się ze mną i powtarza, że Andrzej prowokował los, ponieważ nie musiał wcale jeść w stołówce. Uważa zresztą, że wszystkie opowieści o konspiracji są mocno przesadzone, jej zdaniem w Warszawie w ogóle nie czuło się działalności podziemnej, choć łapanki i rozstrzeliwanie odbywały się także obok jej domu. Indywidualizm przeżyć bohaterki zmusza mnie do sięgania po inne źródła. Wiem, że mogę popaść w publicystykę, zadręczyć czytelnika wydawałoby się zbędnymi danymi. Ciekaw jednak jestem: czego nie pamięta Hania albo co wyparła?
Tomasz Szarota w książce Okupowanej Warszawy dzień powszedni pisze, że było to "miasto paragrafu śmierci", która oficjalnie groziła za, na przykład, wypiek, sprzedaż i kupno białego chleba, za czarnorynkowy handel mięsem, nadmierne zużycie elektryczności, ukrywanie Żydów. Śmiercią karano też "uszkadzanie urządzeń niemieckich" czy majątku Niemców, zachęcanie do nieposłuszeństwa, posiadanie broni, nieinformowanie władz o tym, że ktoś ją ma. Prawo okupanta nie przewidywało procesów, możliwości obrony, rozstrzeliwano także za planowanie czegoś niezgodnego z prawem albo w trakcie łapanki na ulicy, w pokazowej zemście za akcje sabotażu. Przede wszystkim w mieście panował ciągły głód, system nazistowski zakładał wyniszczenie ludności, a szczególnie elit intelektualnych. Jedzenie szmuglowano ze wsi, zaspokojenie podstawowych potrzeb było codzienną walką.
Hanię rozgrzesza tylko fakt, że w chwili wybuchu wojny miała zaledwie trzynaście lat, ma prawo nie pamiętać wielu rzeczy. A może prawda leży gdzieś pomiędzy?