Moja ojczyzna była pestką jabłka. Rozmawia Angelika Klammer - Herta Müller

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków,

tel. +48 12 432 08 52,

info@d2d.pl

Wydanie I

Wołowiec 2016

Sowy na dachu

"Krajobraz dzieciństwa - czytamy w jednym z Pani esejów - odciska się na postrzeganiu wszystkich innych, późniejszych. Krajobraz dzieciństwa socjalizuje niepostrzeżenie. Wślizguje się w nas"1. W Pani dzieciństwie pola kukurydzy rozciągały się na cały świat.

Olbrzymie socjalistyczne pola kukurydzy. Gdy stałam na środku pola, między grubymi łodygami kukurydzy, pole było lasem. Las był wyższy ode mnie, nic nie widziałam. Ale w górze brakowało koron, nie było cienia, słońce paliło cały dzień w głowę, przez całe lato. Późną jesienią wzrok przyciągały zapomniane pola. Leżały suche i zmierzwione, nikt nie zbierał z nich plonów. Widać je było z daleka. Nadchodził śnieg, a one ciągnęły równiną. Widziane z daleka i z zewnątrz były jak głodne stada, ciągnące pionowo wokół całego świata. Tak, pionowo.

W tym przytłaczająco bezkresnym krajobrazie dziecko czuje się zagubione, po raz pierwszy doświadcza wielkiej samotności.

Tak było i już się nie zmieni. Sądzę, że są dwa rodzaje ludzi, odmiennie odczuwający krajobraz. Jedni chętnie wspinają się na górę, stają tuż pod chmurami i biorą dolinę w panowanie, głową, spojrzeniem. Na wysokości mogą swobodnie oddychać, biorą głęboki oddech, wypinają pierś. Inni czują się kompletnie zagubieni, gdy staną na górze i spojrzą w dół. Ja należę do tych zagubionych, na wysokościach zawsze coś mnie ścis­ka w gardle. Im rozleglejszy widok, tym bardziej mnie przygniata i przytłacza. Tak jakbym za chwilę miała zginąć, moje istnienie zostaje zakwestionowane. Myślę, że dzieje się tak z powodu nieskończoności, w którą się natychmiast wczuwam i wobec której w zasadzie nie znaczę nic. Patrzę na rozległy krajobraz, a przede mną zamykają się wszystkie wyjścia.

Dawniej natura była dla mnie równoznaczna z fizyczną udręką, jest przecież bezlitosna, mrozi, pali, a ty płoniesz lub marzniesz razem z nią. Prażące, upalne lata, pragnienie w gardle, pył ziemi, nie masz jak się bronić. Ciało nie jest do tego stworzone, boli i odczuwa zmęczenie. Nie jesteśmy bowiem kamieniami czy drzewami. Materiał, z którego nas zrobiono, nie oprze się naturze, jest śmieszny, nietrwały. Każda praca na polu rodziła smutek, którego nie chciałam, bo kosztował dodatkowe siły. Ale i tak przychodził, zwracał się przeciwko mnie, nie dawał spokoju. Ten bezpodstawny, głupi smutek pojawiał się, jakby zawsze czekał na mnie na polu lub w dolinie rzeki: jak długo jeszcze to ciało będzie twoje, jak długo jeszcze zostaniesz przy życiu? Nieważne, jak często będziesz w krajobrazie, i tak nie należysz do niego. Czułam wrogość natury. Również zimą. Potem dowiedziałam się, że zjawiska naturalne są używane, by torturować ludzi, w więzieniach, w obozach. Krąg polarny i pustynia, mróz i upał mogą zabić i dają się wykorzystywać jako narzędzia tortur, do niszczenia ludzi. Wciąż o tym pamiętałam. Również później, w mieście, nie mogłam zrozumieć, że inni czują się uwzniośleni, stają na szczycie góry, oczami i palcami nóg patrzą w dolinę, i są szczęśliwi. Jak to im się udaje?

Przyroda jawi się jako wroga, gdyż jesteśmy zdani na jej łaskę i niełaskę, musimy w niej i przeciw niej jakoś się sprawdzić? Przyroda występuje w Pani dziełach nie jako miejsce zabawy czy kontemplacji, ale ciężkiej pracy.

Dla ludzi ze wsi krajobraz nie był ani brzydki, ani piękny, stanowił miejsce pracy, powierzchnię użytkową. Chłopi potrzebują krajobrazu, żeby przeżyć, pogoda decyduje, jakie będą zbiory. Ten ciągły bojkot ze strony przyrody, raz zalewa, raz wysusza, innym razem niszczy wszystko gradem lub wichurą. Nigdy nie lubiłam krajobrazu. Mimo to weszłam w wielką zażyłość z roślinami. Byłam często sama w krajobrazie, a obserwacje mi pomagały. Spędzałam w dolinie cały dzień, dzień nie miał końca. Co mi pozostawało? Skupiałam się na roślinach. Tak się złożyło. Nieświadomie szukałam jakiegoś oparcia.

Próbowałam wszystkich roślin, jadłam je każdego dnia. Smakowały cierpko, kwaśno, ostro lub gorzko. Najwidoczniej nigdy nie trafiłam na trującą. Być może codzienna długa samotność wykształciła we mnie zwierzęcy instynkt. Dlaczego nigdy nie zjadłam na przykład wilczej jagody lub konwalii? Dolina graniczyła z brzegiem lasu, konwalii było pod dostatkiem.

Opisuje Pani pragnienie, by upodobnić się do roślin, może nawet w nie zamienić, ponieważ rośliny radzą sobie z tym krajobrazem, a dziecko nie2.

Zawsze myślałam, że dolina jest domem roślin, że rośliny są zadowolone z siebie i ze świata, a ja snuję się tam tylko i nie wiem, co ze sobą począć. Wierzyłam też, że jeśli zjem wystarczająco dużo roślin, zacznę należeć do ich świata, ponieważ ciało, w którym tkwię, upodobni się do nich. Miałam nadzieję, że zjedzone rośliny tak zmienią moją skórę, mnie całą, że będę lepiej pasować do doliny. Tak, to była próba zbliżenia się do roślin, przemiany. Przemiana - tego słowa wtedy bym nie użyła, nie znałam go po prostu. To było pragnienie, by znaleźć sobie miejsce, chronić siebie, tak sobie ułożyć czas, żeby móc go wytrzymać. Widzisz własną przemijalność, na którą nie masz słowa, ale zajmuje nas przecież nie tylko to, na co mamy słowa. Nie potrzebowałam słów, żeby musieć coś wytrzymać, w każdym razie nie abstrakcyjnych pojęć. A nawet jeśli ich potrzebowałam, to dobrze, że o tym nie wiedziałam. Istnieją uczucia, szczególnie u dzieci, tak konkretne jak samo ciało - ani mniej, ani więcej. Po prostu są i to wystarcza. Aż zanadto. W moim przypadku było to poczucie obcości: wciąż jestem sam na sam z tymi roślinami i nadal do nich nie należę. Pozostaję obca, trudno im mnie znieść, kiedyś im zupełnie zbrzydnę i pewnego dnia, zapewne już niedługo, ziemia mnie pożre.

Pole żywi ludzi tylko po to, żeby ich później pożreć. W wizji tego cyklu dominuje agresja, nie łagodność czy naturalność, człowiek jest tu jedynie "kandydatem do panoptikum umierania"3.

Ludzie coś sadzą, to rośnie, potem to zbierają i zjadają. Myś­lałam sobie: człowiek zjada w swoim życiu mąkę z trzydziestu worków pszenicy albo pięćdziesięciu, albo stu, pszenica żywi go dopóty, dopóki nie pożre go ziemia. Śmierć oznaczała dla mnie zawsze pożarcie przez ziemię. I byłam przekonana, że ziemia jest taka gruba, ponieważ umarło już tylu ludzi i tyle zwierząt.

Dla wszystkiego szukałam właściwej miary. Jeśli zjem tyle kilogramów koniczyny, ile sama ważę, koniczyna polubi mnie, myślałam. Nie wiedziałam jednak, czy to dobrze, czy źle, jeśli koniczyna mnie polubi. Albo jeśli zjem babkę z powierzchni wielkości łóżka, to może też będę mogła chwilę pospać, gdy krowy się położą. Wierzyłam również, że ktoś liczy każde nasze tchnienie. Że tchnienia nawlekane są jak szklane paciorki na nitkę, aż powstaną korale. A kiedy korale tchnień będą tak długie, że połączą usta z cmentarzem, wtedy się umiera. Ponieważ oddech jest niewidoczny, nie znamy długości naszych korali tchnień. Dlatego żaden człowiek nie zna dnia swojej śmierci. Wierzyłam też, że jeśli zebrać by do worka wszystkie włosy obcięte jakiemuś mężczyźnie i ten worek będzie ważył tyle, ile ten mężczyzna, to on umrze. Zawsze chodziło o długość życia. Chciałam doczepić do czasu miarę, żeby stał się przedmiotem, takim widocznym, którym można się posługiwać. Ale nigdy nie znałam właściwej miary i dlatego przesuwałam znudzony lub zabiegany czas jako zagadkę z miejsca na miejsce, a te bezsensowne i bezowocne rachunki napędzały mi jeszcze więcej strachu.

Chciałam upodobnić się do roślin, toteż rozmawiałam z nimi na głos. Godzinami układałam obok siebie różne kwiaty, porównywałam ich twarze, kojarzyłam je w pary i żeniłam ze sobą.

Pani zadaniem w dolinie było pilnowanie krów. Jako zwierzęta zajmują miejsce pomiędzy: nie należą do krajobrazu tak jak rośliny, nie są w nim zakorzenione, lecz są mu bliższe niż człowiek.

Byłam przekonana, że rośliny nie ruszają się tylko za dnia, że nocami, gdy wszyscy śpią, biegają tak jak zwierzęta, odwiedzają się nawzajem albo oglądają sobie inne okolice. Że ich korzenie zostają w ziemi i czekają na nie, że nad ranem, kiedy się rozjaśnia, wracają i dlatego codziennie rosną w tym samym miejscu.

Oczywiście codziennie, bezmyślnie lub z zainteresowaniem, obserwowałam też krowy, całkowicie zajęte sobą. Ledwo dotarły do trawy, już pochylały się i żarły, aż do wieczora, kiedy pędzono je do domu. Poza tym nie potrzebowały niczego, nie patrzyły na niebo. Na mnie, chwała Bogu, też prawie nie patrzyły. Potrząsały głowami, bo muchy pchały im się do oczu. Piękne były w nich jedynie te ich wielkie oczy. Czasem było mi szkoda ich oczu, błyszczały jak woda w głębokiej studni i odbijały mnie, jakbym wyrastała krzywo z ziemi. W końcu sama nie wiedziałam, czy szkoda mi smutnych oczu, czy mnie samej. Zdarzały się jednak również takie dni, kiedy krowy ganiały po pastwisku, zamiast się paść. A ja za nimi, bo musiałam pilnować, żeby nie wbiegły na państwowe pola, żeby nie wyrządziły tam szkód, żeby nie trzeba było płacić kary. To było nie do wytrzymania, byłam śmiertelnie zmęczona i nienawidziłam krów.

Ilu krów Pani pilnowała?

Zazwyczaj mieliśmy trzy krowy i na kilka miesięcy dochodziły dwa, trzy cielaki. Kiedy cielaki osiągnęły określoną wagę, musieliśmy oddać je państwu. Trzy krowy, ale każda to potężne stworzenie i wcale nie takie dobroduszne, na jakie wygląda, potrafiły być dzikie i silne jak traktor, bardzo uparte i gwałtowne. W takie dzikie dni wpadałam w rozpacz, nauczyłam się płakać w biegu i w płaczu biec.

Rytm dnia wyznaczały przejeżdżające pociągi. Siedziały w nich mieszczuchy w pięknych letnich sukienkach4: dziec­ko podchodzi jak najbliżej do szyn, widzi połyskującą biżuterię, przebłyski innego życia i macha ręką na powitanie5.

Tak, w dolinie panowała cisza, nadjeżdżający pociąg było słychać z daleka, udawało mi się w samą porę podejść do szyn. Pociąg był jak odwiedziny. Jakby do doliny przybyli goście, szczególni ludzie, jacy do wsi nigdy nie przyjeż­dżali. Kiedy w oddali słyszałam pociąg, zdejmowałam natychmiast fartuszek, żeby nim powiewać. Już rano, gdy się ubierałam, pilnowałam, żeby ubrać niebieski fartuszek, jeśli poprzedniego dnia miałam na sobie ten w kwiatki lub groszki. Chciałam powiewać codziennie innym fartuszkiem, na wypadek, gdyby w pociągu byli ludzie z wczoraj. Pociąg był niestety bardzo krótki, miał nie więcej niż trzy, cztery wagony. Kiedy mnie już minęły, czułam się opuszczona, jakby powietrze zatrzasnęło mi przed nosem straszliwie wielkie, białe drzwi. Powoli odchodziłam od szyn, nakładałam fartuszek. W pociągu siedzieli mieszkańcy miast lub odświętnie ubrani mieszkańcy wsi, wracający z miasta. Kiedy mieszkańcy wsi jechali do miasta, wkładali niedzielne ubrania, żeby ukryć swoją szpetotę. Byłam kilka razy w mieście z mamą, u lekarza albo żeby kupić buty. Ludzie w mieście się tak nie brudzili, spędzali całe dnie nie w słońcu, w pyle pól kukurydzy, lecz w cieniu dużych domów, na chodnikach. Mężczyźni od rana mieli na sobie koszule z krótkimi rękawami, kobiety buty na obcasach i lakierkowe torebki. Widziałam je, choć pociąg jechał szybko, stały na korytarzu przy otwartym oknie, miały makijaż, broszki, łańcuszki, czerwone paznokcie. A ja powiewałam im swoim starym czerwonym lub niebieskim fartuszkiem, w swojej nędzy, brudnej samotności. Gdybym się urodziła gdzie indziej albo miała innych rodziców, roztrząsałam nieustannie, czy byłabym innym dzieckiem? Czy też byłabym tym samym dzieckiem i obojętne jest, kim są moi rodzice i gdzie się urodziłam? Może jestem, i zawsze będę, wrośniętym w moją skórę, zawsze tym samym dzieckiem, niezależnie od tego, czym chciałabym być i ile roślin zjem? Jednocześnie zawsze czułam, że to, co myślę, jest zakazane. Nikt nie może wiedzieć, z jakimi myślami się biję. Nikt też nie może po mnie poznać, że jem i żenię ze sobą kwiaty. Straszne byłoby, gdyby ktoś mnie przyłapał, ponieważ od razu by pomyślano, że jestem nienormalna.

Ale nie przyłapano Pani. Czy chroniły Panią małomówność rodziny, niema praca i obcowanie bez słów?

Nie, nie przyłapano mnie. Po mnie w ogóle nic nie było widać. Po nikim nie było nic widać. Kiedy na zewnątrz zapadała noc, wszyscy zbierali się przy stole na kolację. Jedliśmy i nikt nikogo nie pytał, jak minął mu dzień. Każdy był obwieszony tajemnicami. Byłam pewna, że wszyscy są smutni od czubka głowy po palce u nóg, każdy ma pazury w sercu i broni się, ale tylko w środku, w skrytości. Wierzyłam, że nad tym wiejskim smutkiem każdy panuje na swój sposób, że jest on równomiernie rozdzielony. I że nie można przed nim umknąć.

Właśnie dlatego, że nie można przed nim umknąć, pisze Pani, że trzeba "nauczyć się znosić i przyporządkowywać smutek"6. I nieco dalej: "Dzieciństwo jest prawdopodobnie najbardziej zagmatwanym etapem życia. [...] tak wiele jednocześnie buduje się i burzy jak nigdy potem".

Jako dziecko byłam nieustannie smutna, ponieważ zbyt często byłam sama, w domu musiałam dużo pracować, na przykład myć okna. Było to może sto szyb, potrójne skrzynkowe okna, zanim wszystkie umyłam, dzień dobiegał końca. Jasne, można było myć po łepkach albo się pospieszyć. Ale i tak pożerało to cały czas. Na tym polegało wychowywanie, miałam nauczyć się mycia okien na całe życie. Od tamtego czasu nigdy więcej ich nie myłam. Posłuszeństwo poznałam aż za dobrze, zmuszają cię do niego, żeby wtłoczyć w coś, co powinnaś przez całe życie uważać za niezbędne. Ale w głowie rodzi się sprzeciw, mówisz sobie: nigdy więcej mycia okien. Uwalniasz się, dobrze, że choć ta wolność na odwrót przychodzi łatwo.

Życie matki pochłaniają bez reszty te prace, sprząta i zamiata, ma cały zbiór mioteł7: miotła do kuchni, do obory, do chlewu i kurnika, do drewutni, wędzarni i dwie miotły na ulicę, jedna do bruku i jedna do trawy.

To oczywiście przesada, potrzebowałam powtórzenia słowa "miotła" jako środka literackiego, żeby przedstawić szał sprzątania. Prawdopodobnie nałóg sprzątania nie był równie silny we wszystkich domach, ale dla mojej matki stanowił treść życia. Kiedy nie pracowała w polu, sprzątała dom. Należy do ludzi, którzy nie dopuszczają do tego, by zajęta była tylko głowa, zawsze angażują też ciało. Sprzątanie było czystym przyzwyczajeniem, nie miało żadnego związku z brudem. Tak jak ja unikam pracy fizycznej, tak ci ludzie odczuwali wewnętrzną konieczność wysiłku. Pracowali łapczywie, dążyli do stanu wyczerpania. W przypadku mojej matki wiąże się to być może również z pięcioma latami obozu pracy: harówka, dająca oparcie, pozwalająca nie czuć samej siebie. Aby nie czuć siebie, musimy zrobić coś z głową. Nie jesteśmy inne, ale działamy inaczej. Dla mojej matki praca była czymś mechanicznym, leżała w jej naturze. Moja matka nie męczyła się, pracując, była zarówno całkowicie nieobecna, jak i w pełni obecna. Ponieważ była nieobecna dla siebie, stawała się tym, co robiła rękami. Znikała jako osoba i stawała się motoryczna, proces w sukience i fartuchu. Tak sobie dziś tłumaczę to, że zmęczenie nigdy nie było dla niej przeszkodą, że jej pracowitość nie miała granic. Jej ręce pracowały zawsze, z wyjątkiem godzin snu. O czym myślała podczas pracy, nie mam pojęcia. Czy nauczyła się w obozie nie myśleć o niczym? Kto wie, czy nie jest szczęściem zapomnieć o głowie i bezinteresownie oddać się najcięższej pracy.

Milczenie przy stole, pochłonięcie przez pracę, aż człowiek staje się procesem - w ten sposób powstaje atmosfera, w której przynależność rodzi się przede wszystkim przez wspólne garnki i przyzwyczajenia.

To jest spojrzenie dorosłej. W dzieciństwie było to dla mnie normalne, czy było mi z tym dobrze, to inna sprawa. Ludzie, których ciało musi cały dzień funkcjonować, nie mówią o sobie. Mówią jedynie o ruchach niezbędnych, żeby wykonać pracę. Jeśli jednak ktoś w ogóle nie mówi o sobie, to jak tworzy poczucie przynależności z innymi? Może jest ono tylko faktem, tak oczywistym, że uczucia są niepotrzebne. Albo uczucia są obecne, ale nie do oddzielenia od faktu. Może fakt przynależności był tak oczywisty, że nie czuło się uczuć. Dla wszystkich było normalne, że przynależymy do siebie, nie wyrażano tego słowami czy gestami. Coś jasnego i zobowiązującego jest we wspólnym siedzeniu przy stole, używaniu tych samych drzwi, wspólnych sztućców i garnka. Kiedy ubrania schną obok siebie na sznurku, przynależy się w jakiś sposób do siebie, gwarantują to przedmioty. Nie wiem, czy inni czuli się samotni, czy kiedyś ktoś zapragnął, żebyśmy poświęcali sobie więcej uwagi. Tak naprawdę w to nie wierzę, ja wtedy nie chciałam, żeby ktokolwiek grzebał w moim wiejskim smutku. Mówienia o sobie nauczyłam się dopiero później, w mieście.

Gdy opisuje się dzieciństwo, jawi się ono gorsze, niż było. Perspektywa dziecka w literaturze skrywa literacki chwyt. Jest w niej wprawdzie dawka rzeczywistości, ale słowa są ustawione jedno przed drugim, jedno za drugim, jedno po drugim, a przecież kiedy coś przeżywaliśmy, były zmieszane, jedno na drugim, jednoczesne i spiętrzone.

Jako dziecko marzyłam o tym, żeby mniej pracować, nie chodzić wciąż do doliny, móc się częściej bawić, pobyć trochę więcej z innymi dziećmi, nie były to jednak żadne szalone marzenia, nie miały rozmachu. Były podświadome, niewyartykułowane. Czarno-na-białym zdań, wprowadzone przez słowa, jest innym rodzajem fantazji niż dziecięce myśli. To jest sztucznie zbudowany świat ze słów, do tego trzydzieści lat później.

Czy dotyczy to również tego, że w Nizinach dziecko nie ma żadnego sprzymierzeńca, żadnej przyjaciółki w szkole, żadnego człowieka, któremu ufa? We wszystkich innych książkach jest ktoś, z kim narratorka dzieli doświadczenia, te dobre i te złe.

Być może nie dopuszczałam do siebie sprzymierzeńców, ponieważ wiedziałam, że to, co mam w głowie, jest zakazane, ponieważ uważałam, że nie jestem w stanie być normalna. Wiedziałam mianowicie, że nie jest normalne, gdy myślę, że rośliny nocą przemieszczają się, że życie nawleka na nitkę nasze tchnienia i je odmierza, że pożera nas ziemia. To było surrealne. Ale równie surrealna jest przecież religia, ona też robiła swoje: Bóg jest wszędzie, widzi wszystko. Zmarli idą do nieba. Szukałam ich i znajdowałam w chmurach, zmarłych sąsiadów i zwierzęta. Wiedziałam, że będę miała problemy z Bogiem. Skoro wszystko widzi, wie również, co się dzieje w mojej głowie. Na razie nie podejmuje żadnych działań, ale kiedyś mnie ukarze.

Głównym problemem było to, że wszystko, co robiłam i myślałam, nie mieściło się w dozwolonych ramach, jak więc miałam komuś o tym opowiedzieć? Byłam przekonana, że wszyscy przeżywają to co ja, że wszyscy wypchani są tajemnicami i wiejskim smutkiem, na który nic nie mogą poradzić, który wieś produkuje w głowach ludzi. Wszyscy mają w sercach jego pazury, zachowują to jednak dla siebie. Tak musiało być, każdy musiał wszystko zachować dla siebie.

Wpadki zdarzały się bardzo rzadko. Kiedy po mszy, w drodze do domu, powiedziałam babci, że serce świętej Marii jest przeciętym na pół arbuzem, odpowiedziała: "Możliwe, ale nie mów tego nikomu". I temat był zamknięty. Tego typu wpadki babcia kwitowała też czasami zdaniem: "Nie myśl, gdzie nie trzeba". Mówiła gdzie, jakby zabierało się myślenie w jakieś konkretne miejsce, na za długą ulicę lub do obcej sali.

Mówiła o myśleniu tak, jakby miało nogi. Była nieśmiała, małomówna, mówiła jeszcze mniej niż pozostali, nie tylko ze mną. A kiedy w końcu coś powiedziała, było to krótkie i płaskie, brzmiało sucho. Jednak jej słowa trzepotały we mnie. Wstrząsały mną i nie dawały mi spokoju. I wciąż mi się przypominały. Dziś wiem, że te zdania były bardziej spokrewnione z milczeniem niż z mówieniem, może nawet nie były wypowiadane, lecz tylko pomyślane na głos. Skracały się same podczas mówienia. To mimowolne mówienie wbija się mimowolnie w pamięć i pozostaje tajemnicą. Myślę, że są to niewinne aforyzmy, które nie potrzebują nic wyszukanego, nawet samych siebie.

Bóg jawi się dziewczynce jako sądząca, karząca instancja, natomiast Maria jako promienna królowa niebios. Dziewczynka odwiedza ją raz po raz, przynosi prezenty8: cukierki, zapałkę, drucianą spinkę do włosów.

Była przepiękna: olbrzymia gipsowa lalka w jasnoniebieskiej sukni, na której namalowano serce. Dla mnie nie była rzeźbą, tylko prawdziwą Marią, tą z nieba. Nigdy nie zadawałam sobie pytania, dlaczego stoi tutaj, w kościele, a nie w niebie. Pokazywała się ludziom w sposób oczywisty, stała tutaj, a ja byłam u niej. Jej długa suknia w kolorze nieba, kto nosił taką we wsi? Prezenty przynosiłam jej w tajemnicy, nikt nie mógł się o tym dowiedzieć. Skomplikowane to wszystko, skomplikowany świat. Ciągłe urządzanie się w rzeczywistości nie było proste, ledwo sobie z tym radziłam. Być może chciałam się przypodobać Marii, żeby powiedziała Bogu, że nie musi mnie surowo karać. Po spowiedzi trzeba było przyrzec: "Poprawię się i będę unikać grzechu". Jakbym to ja szukała grzechu, a nie on mnie. Po każdej spowiedzi wiedziałam, że nie mogę dotrzymać tej obietnicy, że kłamię. W ten sposób każda spowiedź kończyła się nowym wielkim kłamstwem. Tego nie dało się ukryć przed Bogiem.

W religii z jednej strony znajdują kontynuację strach, nadzór i kontrola - w domu wisiał klucz do nieba9, który też wszystko widział, z drugiej zaś strony dostarcza ona materiału do obrazów. Bóg, z długą białą brodą, tkwiący w koronach drzew, i zmarli pędzeni jako chmury po niebie, niczym rekruci w wojsku10.

Religia nigdy nie była pociechą, zawsze tylko groziła i rozdzielała winę.

Dzieci myślą z jednej strony bardzo surrealistycznie, z drugiej bardzo konkretnie, ale rzeczy surrealistyczne są przecież konkretne. Robiłam jedynie użytek z tego, co mówili dorośli: "Bóg jest wszędzie". I: "Wszyscy zmarli są w niebie". Szukałam więc ich i odnajdywałam w chmurach twarze, które przypominały mi kogoś, kogo znałam. Kiedy wiatr gonił chmury, od razu rozumiałam, że to Bóg goni zmarłych, jak w wojsku, dobrze wie, co mają na sumieniu, i kto wie jak mnie kiedyś pogoni. Na razie tylko mi się przygląda, ale coraz więcej zbiera mi się na koncie.

Strach, szczególnie ten nieuchwytny, silnie wiąże się z nocą, podchodzi pod same domy, opiera się o płoty, robi się ciemno jak w worku11, zapada martwa cisza.

Ciemność jest niesamowita, ponieważ otacza cię, toniesz w niej, znika wszystko dookoła, nie widzisz siebie samej. Noc jest niepewnym czasem. We śnie tracimy siebie. Na szczęście śpiąc, nie czujemy niepewności nocy. Kiedy się budzimy, niepewność mija, znów mamy siebie, po przespanej nocy jesteśmy jak nowi. Kto się nie obudzi, jest martwy. Zawsze bałam się ciemności, powietrze było czarnym atramentem albo czarną wełną, gęstym błotem albo olbrzymim futrem z jakiegoś zwierzaka. Ciemność pokazywała, jak będzie wyglądać śmierć. Śmierć była zawsze we wsi, była przecież inną, późniejszą częścią życia. I tak jak życie miała swoje drogi, swoje plany, swoje cele. Znała nas wszystkich i z każdym we wsi wiązała inne plany. Nocny strach miał również wiele wspólnego ze szkłem. Czarne szkło było bardzo kruche. Nocne drzewa, wiatr w rynnach, deszcz, zimne, oszlifowane gwiazdy i księżyc z mlecznego szkła. W ciemnościach tak długo mrugałam, aż gwiazdy, kontury domów i płotów zaczynały się chwiać. Byłam pewna, że przedmioty, tak samo jak rośliny, przemieszczają się nocą i dopiero gdy świta, zawsze w ostatniej chwili, zanim się je przyłapie, wracają na swoje miejsce. Włączałam szybko światło na werandzie, żeby przyłapać stół i krzesła. Jednak nigdy mi się to nie udawało, zawsze byłam ciut za późno. Meble były sprytne, szczególnie lustra dobrze znały ludzkie wnętrza. Potrafiły przejrzeć człowieka. Mówiło się, że w lustrze siedzi diabeł. Kiedy ktoś umarł, trzeba było zasłonić wszystkie lustra w domu, żeby nie zabrały zmarłemu duszy. Nocami bałam się też wielkiego mężczyzny, który mieszkał na końcu wsi. Ponoć nie musiał pracować, co miesiąc dostawał pieniądze z miasta, ponieważ sprzedał swój szkielet do muzeum. Słowo "szkielet" napawało zgrozą, nie słyszałam go nigdy wcześniej, po raz pierwszy w związku z tym mężczyzną. Upodabniało go do drewnianych rusztowań drzew i wysokich drabin. Był bliżej spokrewniony z drewnem niż z nami, ludźmi, a że drewno nie musi spać, wędrował nocami jak drewno.

Zasłanianie luster, żeby diabeł nie porwał duszy zmarłego, należy do rodzaju zabobonu, który nazywa Pani poetyckim.

Istniał również zabobon związany z sowami: podobno wyszukują sobie dach i pohukują na nim, wtedy w tym domu ktoś umiera. Było wiele dachów i wiele sów. Nasłuchiwało się, czy ich wołanie jest daleko, czy już blisko.

Zabobon związany z diabłem w lustrze, czy z sowami na dachu, porusza. Ma w sobie magię, jest w gruncie rzeczy poezją, poezją niepiszących. To są połączenia, które przekraczają same siebie i - kiedy spoglądam na nie dzisiaj - są zatrważająco piękne, językowo i jako obraz. Ale gdy żyje się w zabobonie, nie ma on w sobie nic poetyckiego, jest wtedy rzeczywistością taką jak każda inna. Jeśli skrzypią drzwi, muszę naoliwić zawiasy, a jeśli ktoś umarł, muszę zasłonić lustro, wtedy dusza nie odejdzie z diabłem, lecz trafi do nieba. I temu, i temu można zaradzić praktycznym działaniem. Jednak obie sytuacje różnią się znacząco: drzwi przestają skrzypieć po naoliwieniu, ale zasłonięte lustro nie wyzwala od strachu przed diabłem. Robiąc, co nakazuje zabobon, nigdy nie wiemy, czy zadziałaliśmy w porę lub poprawnie - zabobonu nie da się potraktować jak zawiasów. Robimy to, czego wymaga, ale niepewność pozostaje, ponieważ pochodzi z jego poetyckiego wymiaru, którego nie da się kontrolować.

Strach, ciemny zabobon, samotność - to wszystko kształtuje świat wsi. Jawna sympatia natomiast, albo czułość, pojawia się - jeśli w ogóle - tylko w ukryty sposób, trzeba ją wytropić, na przykład w pytaniu: "Czy masz chu­steczkę?12".

Pytanie o chusteczkę było dowodem na to, że mama trochę się jednak o mnie troszczy, przynajmniej o mój wygląd. Dziecko z porządnego domu musiało mieć zawsze czystą, wyprasowaną chusteczkę, żeby wydmuchać nos, otrzeć łzy, wytrzeć ręce, opatrzyć ranę, zrobić uchwyt do noszenia, schować pieniądze lub okryć głowę przed słońcem i deszczem. Raz po raz odnajdowałam zgubione chusteczki i sama je gubiłam. Najcenniejsze były unikatami z ręcznymi ­haftami, monogramami lub wydzierganymi na szydełku brzegami. Chusteczki należą do rzeczy najczęściej zmieniających swe przeznaczenie. Kiedyś w mieście ktoś upadł na ulicy martwy, a przechodzień przykrył mu twarz gazetą. Inny przechodzień zdjął gazetę z twarzy martwego, zgniótł ją, wepchnął bez słowa do swojej teczki i okrył mu twarz swoją chusteczką. Mężczyzna od gazety powiedział: "Nie miałem chusteczki". Połowę pierwszej strony gazety zajmował, jak co dzień, wizerunek Ceau?escu. Jednak myślę, że nie to było powodem zastąpienia gazety chusteczką, przynajmniej nie jedynym. Nawet bez wizerunku dyktatora gazeta nie nadałaby się na pierwszy, prowizoryczny całun. Czyniła nagłą śmierć na wyasfaltowanej parkowej alejce jeszcze nędzniejszą, niż była sama z siebie. Chusteczka zmieniła natomiast obraz, miękko okrywała twarz i chroniła ją, to nie był tylko praktyczny gest, lecz praktyczna czułość, nieme współczucie. Zapomniałam poruszać nogami, wewnątrz wstrząśnięta, na zewnątrz sparaliżowana. Ciekawość i wstręt, człowiek stoi jak wryty, o wiele dłużej, niżby chciał. Obaj mężczyźni już dawno zniknęli. Wzruszyła mnie myśl, że mimo prymitywizmu walącego się socjalizmu wciąż odrasta ludzka solidarność, że współczucie może pojawić się tak nagle jak fałsz i denuncjacja. Płakałam, ale zmarły nie był powodem, lecz pretekstem. W obliczu tej publicznej śmierci na asfalcie ryczałam nad wielką całością, która pojawiła mi się mgliście: odrażająca obłuda, ciągłe groźby i strach w tym państwie. Przede wszystkim płakałam jednak nad sobą.

Gdy spoglądam na moje dzieciństwo, widzę, że z wszystkimi uczuciami było podobnie jak z uczuciem przynależności: istniały w niewidocznej postaci. Tam, gdzie nie mówi się o sobie, nie można okazywać uczuć. Chybabym się przestraszyła, gdyby matka nagle mnie pogłaskała. Nie odczułabym tego jako pieszczoty, prawdopodobnie nie potrafiłabym się w tej sytuacji odnaleźć, zinterpretować matczynego gestu jako czułości, nie zniosłabym go chyba tak z zaskoczenia. Myślę, że niespodziewanej czułości można przestraszyć się tak samo, o ile nie bardziej, niż oczekiwanej przemocy. Jeśli dziecko jest regularnie bite, wyzbywa się strachu przed biciem. Czuje ból, to się nie zmienia. Ale strach znika. Dzieje się coś dziwnego, i to jest w tym wszystkim najgorsze, poczucie godności zostaje przenicowane. Nie wiem, jak to powiedzieć, regularne bicie nie znieczula wprawdzie ciała, ale wbrew rozumowi człowieka opada rodzaj pragnienia, aby poczuć siebie w bólu - gdyż jest to inne czucie niż bez bólu. Powstaje słodycz, która według własnych kryteriów moralnych jest niegodziwa. Trzeba wypierać się tej słodyczy nawet przed sobą samą, żeby jej za każdym razem pragnąć. Jest to jeszcze bardziej skomplikowane, gdyż w tej wypartej, nieakceptowalnej słodyczy kryje się godność. Być może godność ciała, której wstydzi się rozum. Jeśli godność rodzi się podczas gdy i ponieważ ktoś cię upokarza, musisz być już poważnie okaleczona. Lanie dostawałam codziennie, za wszystko i za nic. Za plamę na niedzielnej sukience, złą ocenę w szkole, źle wymyte okno, za zbyt wczesny lub zbyt późny powrót z krowami do domu. Czasem do bicia używano ręki, czasem ścierki, warząchwi albo miotły. Nie wszystkie dzieci przeżywały to w swoich domach, ale na pewno wiele z nich. Policzki i drobne kuksańce nie były warte wzmianki, należały do dnia codziennego. W gniewie matka krzyczała, że na mnie szkoda każdego niecelnego uderzenia. Oby trafić, powód znalazł się zawsze. Byłam tak otępiała, że nawet nie starałam się uniknąć kary. Wiedziałam, że i tak dostanę, że bicie wiąże się bardziej z matką niż ze mną. Dzisiaj wiem, była twarda i okaleczona, ledwo przeżyła pięć lat sowieckiego obozu pracy, przyszłam na świat niedługo po jej powrocie do domu. Tak wielu ludzi wokół niej umarło z głodu lub zamarzło, miała więcej szczęścia niż ci zmarli, wróciła wycieńczona, szybko wyszła za mąż, urodziła dziecko, które tuż po narodzinach zsiniało i umarło, zaraz potem drugie - to byłam ja. Nie mówiła o obozie, a jeśli już, to rzucała zawsze te same, niejasne zdania, w których ona sama nigdy się nie pojawiała: "Wiatr jest zimniejszy od śniegu, pragnienie męczy bardziej niż głód". Wciskała swoje życie w bezlitosną normalność, do której z jej strony należało bicie, z mojej otępienie i mylenie godności z poniżeniem.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

Sowy na dachu

1 "Krajobraz dzieciństwa..." - Żółta kukurydza i nie ma czasu [w:] Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2014, s. 114

2 "pragnienie, by upodobnić się do roślin" - Każdy język ma inne oczy [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 9.

3 "kandydatem do panoptikum umierania" - Każdy język ma inne oczy [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 11.

4 "w pięknych letnich sukienkach" - Niziny [w:] Niziny, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2006, s. 85.

5 "macha ręką na powitanie" - Każdy język ma inne oczy [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 9.

6 "nauczyć się znosić i przyporządkowywać smutek" - Nie myśl, gdzie nie trzeba [w:] Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2014, s. 23.

7 "cały zbiór mioteł" - Niziny [w:] Niziny, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2006, s. 81.

8 "przynosi prezenty" - Kiedy milczymy, stajemy się nieprzyjemni, kiedy mówimy - śmieszni [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 84.

9 "klucz do nieba" - Jeśli coś wisi w powietrzu, zazwyczaj nie jest to nic dobrego [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 190.

10 "niczym rekruci w wojsku" - Jeśli coś wisi w powietrzu, zazwyczaj nie jest to nic dobrego [w:] Król kłania się i zabija, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2005, s. 194.

11 "ciemno jak w worku" - Niziny [w:] Niziny, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2006, s. 53.

12 "Czy masz chusteczkę?" - Każde słowo krąży w błędnym kole [w:] Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec: Czarne, 2014, s. 5.