Mój Egipt - Jarosław Kret

-
Proszę czekać

"Where are you from?"

Moje pierwsze zderzenie z Kairem było łagodnym zderzeniem z Zamalkiem - bo trzeba zrazu oddzielić od siebie te dwa miejsca. Mimo że to drugie jest częścią pierwszego. Zamalek bowiem to śródmiejska dzielnica Kairu, położona na wyspie Gezira 2 na Nilu, (po arabsku dżazira znaczy "wyspa"). Tu w Kairze jest kilka takich wysp, ale ta jest bodaj najpiękniejsza, i najmilsza mojemu sercu. Dookoła tej wyspy cumują rzędem kolorowe barki o wymyślnych kształtach, przypominające czasem domy wiktoriańskie. To rzeczywiście były kiedyś domy, jeszcze za czasów krótkiego brytyjskiego panowania w Egipcie. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, po dojściu do władzy generała Nasera, barki-domy ulegały powolnej degradacji i zniszczeniu. Obecnie jednak, już w dwudziestym pierwszym wieku, co bogatsi i błyskotliwiej myślący kairczycy, a także mnóstwo artystów, zaczęli kupować owe barki i je odnawiać. Mieszkają na nich teraz jak w luksusowych apartamentach, ale też mają swoje restauracje, pracownie czy atelier.

Życie codzienne na Nilu. Kobiety wiosłują, mężczyźni obsługują silniki.

Zamalek to - można pokusić się o stwierdzenie - jedna z centralnych dzielnic egipskiej stolicy, ale też i odbiegająca charakterem od reszty miasta. Warszawiacy zrozumieją to od razu, kiedy Zamalek porównam do Saskiej Kępy. Nie wszyscy jednak jesteśmy warszawiakami (i może to dobrze), przyjdzie mi więc (z przyjemnością) w dwóch słowach opisać naturę kairskiej Saskiej Kępy. Zamalek to wciąż dość zielony kwartał, zamknięty nie tylko przez otaczające go wody Nilu, ale też w swoim europejskim charakterze. Tu mają siedziby ambasady i konsulaty, tu zachwycają urodą ciche, małe willowe uliczki, tu jest park Aquarium Grotto Garden, gdzie często spotykają się zakochani.

Ten wyjątkowy ogród botaniczny jest pełen sztucznych grot i zakamarków, pośród których zbudowano ogromne akwarium. Przychodzi tu dużo młodzieży. Nie jestem jednak do końca pewien, czy zaglądają tu, żeby odpocząć i uciec od kairskiego hałasu? Kiedy tutaj studiowałem, nierzadko wpadałem do tego zielonego parku, chociaż wstęp był płatny i nie na kieszeń biednego studenta. Można tu schować się w zieleni, której człowiek przyzwyczajony do wilgotnych europejskich lasów po kilku miesiącach życia pośrodku pustyni potrzebuje jak roślina wody.

Zamalkowy Central Park stworzył pod koniec dziewiętnastego wieku kedyw Ismail Pasza, wicekról Egiptu, będącego wówczas pod władzą Turków osmańskich; ten sam, za którego powstał Kanał Sueski i który zamówił u Verdiego Aidę. Kedyw miał ambicje sprowadzenia do swego parku wszystkich możliwych roślin z Azji i Afryki. W krótkim czasie mógł się pochwalić tak egzotycznymi roślinami, że niejeden ogród botaniczny pozazdrościłby mu takich osiągnięć. Znalazłem tu nawet pewną endemiczną roślinę z Madagaskaru, a to naprawdę rzadkość. Szczęśliwcami są ci, którzy mieszkają obok parku i okna ich mieszkań wychodzą na swoisty ocean zieleni pośród kamiennej pustyni kairskiej metropolii. Wyobraźmy sobie za oknem palmy, zieleń, dalej skrzą się wody Nilu, wstajemy rano, pijemy aromatyczną kawę, nie widzimy zatłoczonych ulic i nie słyszymy hałasu miasta. Ha! Żeby to mieć, trzeba być naprawdę bogatym człowiekiem. Wystarczy wspomnieć, że w takich apartamentach mieszkają gwiazdy filmu i muzyki, wielcy przemysłowcy, posiadacze...

Zejdźmy na ziemię i wejdźmy jeszcze na chwilę do parku. Panuje niemiłosierny upał, ale w końcu jesteśmy w Afryce. Szare skały wyłaniają się z gąszczu zieleni. Jesteśmy gdzieś w pustyni i w puszczy. Można sobie wyobrazić, że nagle zza tych skał wychodzi słoń i młodzieniec ze strzelbą, a obok biegnie mała dziewczynka, ma blond loczki na głowie, błękitne oczy i woła piskliwym głosem: "Stasiu, Stasiu, słoń". I co to państwu przypomina? Jak się dobrze rozejrzymy po Aquarium Grotto, okaże się, że chyba to znajome miejsce. Polacy mieszkający na Zamalku twierdzą, że to tu w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku kręcono niektóre sceny do filmu W pustyni i w puszczy, ot i cała tajemnica warsztatu filmowego. Polowanie na lwa można nakręcić w centrum Kairu...

Na następnych stronach: Zamalek - dzielnica Kairu położona na wyspie Gezira na Nilu. W Kairze jest kilka takich wysp, ale ta jest bodaj najpiękniejsza i najmilsza mojemu sercu.

Zamalek żyje własnym rytmem, zapachami, tempem, czyli swoistą zamalkową atmosferą. I z takim właśnie Kairem zetknąłem się pierwszego dnia, a właściwie pierwszej nocy mojego pobytu na stypendium w Egipcie. Z miejsca więc spodobało mi się tu, bo zapachniało jakoś przyjemnie Grecją. Pomyślałem, że nie jest chyba tak strasznie - wręcz przeciwnie - w Warszawie nastawały właśnie chłodne październikowe wieczory, z dnia na dzień robiło się coraz zimniej, nawet lekki wietrzyk powodował dreszcze, bo w wyniku pierwszych jesiennych deszczów było już mnóstwo wilgoci w powietrzu. A tu, w Kairze przyjemne ciepło, pachnie wręcz ciepłem. A gdy powieje niewinny wietrzyk, to zamiast dreszczu zimna uderza we mnie cichy szelest potężnych liści palm nad głową. Na dodatek słychać, jak grają cykady. Po prostu raj.

Zamalek przywitał mnie spokojem i trudnym do uchwycenia urokiem. Ciche uliczki z tajemniczymi ogrodami, z których wyłaniają się nie mniej tajemnicze kolonialne wille. Na ulicach stoją przedwojenne samochody pamiętające stare dobre czasy króla Faruka, a na głównej ulicy, w środku nocy, w jednej z wielu otwartych na ulicę kawiarenek można zjeść orientalne smakołyki i napić się aromatycznej kawy. Toż to sielanka, pomyślałem rozmarzony. I z tą wizją przeniesienia się do bajecznej krainy tysiąca i jednej nocy zasnąłem nie niepokojony żadnymi wątpliwościami natury egzystencjalnej. Nie wiedziałem jeszcze, że ta pierwsza noc będzie właśnie tą jedyną, bajeczną, a następne tysiąc - choć egzotyczne, gorące i pachnące, nie będzie już owiane tajemnicą i otulone w niejasne marzenia...

Feluka, czyli łódź z charakterystycznym trójkątnym żaglem. Nierzadki widok na Nilu.

Dzieci na wsi egipskiej, podobnie jak u nas, pomagają rodzicom w pracach polowych...

Następnego dnia czar prysnął jak bańka mydlana.

Pierwszym niepokojącym objawem powrotu do rzeczywistości, właściwie zderzenia z rzeczywistością, był nieprzerwany ryk klaksonów rozdzierający senną ciszę pozostałą już jedynie w mojej świadomości. Zerwaliśmy się na równe nogi i po błyskawicznej toalecie oraz krótkim delektowaniu się jogurtem i daktylami ruszyliśmy do miasta, by dopełnić wszelkich biurokratycznych formalności związanych z przyjazdem na stypendium uniwersyteckie. Naszym przywódcą stał się Tomek Waliszewski, jeden z trzech studentów archeologii chrześcijańskiej, z którymi zamieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu.

...a w mieście, podobnie jak u nas, bujają się na huśtawkach lub próbują się wmieszać w rozmowy dorosłych przy grillu.

Uderzające powszechnie w oczy niedokończone domy to sposób na uniknięcie płacenia podatków, bo dom jest wciąż w budowie.

Tomek, świetnie zorganizowany, a zarazem już trochę doświadczony w bojach z egipską biurokracją, przyjechał dwa tygodnie przed nami, przeszedł więc swoistą kairską szkołę życia. Zdążył zarejestrować się na policji, w Ministerstwie Edukacji, w ambasadzie, na uniwersytecie. Zdążył też znaleźć i wynająć mieszkanie, a także przetarł ścieżki do banku, w którym mieliśmy odbierać stypendium. Nie miałem pojęcia, jak tytaniczną pracę wykonał, choć już w ciągu najbliższych godzin było mi dane tego doświadczyć.

W ciągu dnia Zamalek różni się od tego nocnego. Jako studenci najczęściej pokonywaliśmy wszelkie odległości pieszo, tak bowiem jest najtaniej. Jedynie na dworzec czy lotnisko braliśmy taksówkę, bo można było podzielić się kosztem nawet na pięć osób - o ile udało nam się wsiąść w pięcioro, a udawało się prawie zawsze. Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas przebijania się pieszo przez Zamalek, to nieskończona liczba samochodów jeżdżących chaotycznie, jakby bez żadnych reguł.

Zabawy egipskich dzieci - czasem jest to uganianie się po podwórku za małą kózką, a czasem udawanie dorosłego.

Ryczenie osłów, trąbienie klaksonów, pisk, zgrzyt, warkot silników. I bałagan sprawiający wrażenie, jakby wszystko w tym mieście wymknęło się spod kontroli.

Kinematografia egipska jest jedną z potężniejszych na świecie. Dzięki temu w dialekcie egipskim można dogadać się w każdym kraju arabskim - wszyscy Arabowie uwielbiają egipskie seriale telewizyjne.

Pełno tu straganów lub kantorków, które nazywam wyciskarniami. Wyciska się w nich sok z pomarańczy, granatów i bardzo popularny z trzciny cukrowej.

Hałas uliczny, tłum pieszych i z godziny na godzinę rosnący upał uderzają w nowo przybyłego jak obuchem w głowę. To wszystko jednak, co działo się na Zamalku, było niczym w porównaniu z totalnym chaosem i bałaganem, jaki panował na ulicach za Nilem. Moją pierwszą myślą, zaraz po przejściu mostem na drugi brzeg rzeki - ten, o który wspiera się centrum miasta oraz między innymi słynny plac At-Tahrir - było: czy jest jakaś siła potrafiąca okiełznać ten żywioł? Czy ktoś kieruje tym miastem? Upał i klaksony, setki, tysiące, dziesiątki tysięcy klaksonów, nieopisany zgiełk, rzeki samochodów płynące we wszystkich kierunkach, a pośród nich bujające jak na lekkiej fali dwukołowe wózki z kolorowymi śmieciami, z białymi górami czosnku czy czerwonymi górami marchewki z zielonymi pióropuszami naci albo też ze stertami swojskich, wielkich główek kapusty. Wózki są zaprzężone w chude osiołki z wielkimi jak skrzydła nietoperza uszami, a na tych wózkach, a właściwie na górach ładunku przez nie wiezionych, siedzą małe, rozwrzeszczane dzieci, niemiłosiernie okładające rózgami chude grzbiety smutnych kłapouchów. Ryczenie osłów, trąbienie klaksonów, pisk, zgrzyt, warkot silników. I bałagan sprawiający wrażenie, jakby wszystko w tym mieście wymknęło się spod

kontroli. Kair ze spokojnego śródziemnomorskiego miasta marzeń zmienił się w jednym momencie w piekielny tygiel, w którym jakieś nieokreślone siły, jakby dla niezupełnie dla mnie zrozumiałej zabawy, mieszają ze sobą hałas, zgiełk, upał, kurz, bałagan, ludzki los i miliony samochodów. To przecież istne piekło!

Musiało wiele wody upłynąć w Nilu, bym nabrał do tego dystansu, a co za tym idzie, bym to miasto z czasem pokochał...

Na Kair trzeba mieć receptę. Gdy pojawisz się po raz pierwszy na jego ulicach, nie przerażaj się, że wszyscy cię zaczepiają. To tutaj normalne. Każdy chce powiedzieć turyście "hello", "welcome", "how are you?", "where are you from?". Cokolwiek odpowiesz, będzie dobrze. Kiedy zmęczony ciągłym nagabywaniem: "where are you from", poskarżyłem się pewnemu Amerykaninowi mieszkającemu od lat w Kairze, ten poradził mi, bym nie odpowiadał "Poland", bo zaczepiający i tak rozumieją "Holland" i chwalą tamten kraj, zamiast mojego, co doprowadza do irytacji. Radził więc, z chytrym uśmieszkiem, bym mówił "guess" - "zgadnij". Spróbowałem. Od tego czasu zawsze odpowiadam "guess" i mam dobrą zabawę, gdy po chwili słyszę: "aha, guess, it's nice country". Większość osób, które zadają te pytania, nie oczekuje odpowiedzi. Ot, po prostu to taka forma kairskiego pozdrowienia.

Obrazki z wiosek w delcie Nilu.

Na pierwszy rzut oka ludzie wydają się przyjaźni, choć zdarzają się naciągacze. Wyobraź sobie, że to twój pierwszy dzień w afrykańskiej metropolii. Jesteś trochę zagubionym turystą, idziesz szerokimi kairskimi ulicami z rozdziawionymi ustami i błędnym wzrokiem omiatasz przejawy wielkomiejskiego, orientalnego życia. I nagle podchodzi ktoś z boku albo z tyłu, jest uprzejmy, słodki, czasem wręcz namolny, chce niby pomóc odnaleźć jakieś miejsce, wskazać drogę. Nawet się nie zorientujesz, kiedy wciągnie cię do swojego sklepu z olejkami eterycznymi, poczęstuje herbatą, wmówi, że to muzeum esencji pachnących i że tanio może sprzedać próbki. I nie wiedząc, jak się z tego z honorem wycofać - przecież był tak grzeczny, mówił o tradycyjnej gościnności i częstował herbatą - kupujesz dwie, trzy fiolki esencji ponoć słynnych perfum. A potem kilka uliczek dalej widzisz na straganie te same fiolki, ale dziesięciokrotnie tańsze. Na szczęście nie jest to ogromny wydatek i przy odpowiedniej dozie poczucia humoru wydarzenie takie możesz potraktować jako orientalną przygodę. O ile oczywiście naciągnięto cię jedynie na kilka fiolek za grosze. Kair nie jest łatwy.

Aby to miasto pokochać, trzeba je sobie umiejętnie dawkować. Jeśli poczujesz pierwszy objaw zmęczenia, uciekaj, inaczej Kair znienawidzisz.