Miasteczko Surrender - Caleb Carr

Reflow text when sidebars are open.
Sprawa ta nie tyle zatrzęsła okręgiem Burgoyne w stanie Nowy Jork, ile niepostrzeżenie się tam zakradła, tak jak choroba drążąca ten region wylęgała się powoli, ukradkiem, na długo przed znalezieniem pierwszego ciała. Do mnie wiadomość o tym, że popełniono co najmniej jedną zbrodnię o nietypowym i prawdopodobnie dość brutalnym charakterze, dotarła za pośrednictwem zastępcy szeryfa, Pete'a Steinbrechera, na początku lipca tamtego lata. Mieszkałem wówczas od mniej więcej pięciu lat w Shiloh, jak nazywano farmę mleczną należącą do mojej niezamężnej ciotecznej babki, Clarissy Jones. Shiloh roztacza się wokół dużego domu w stylu włoskim, samotnego siedliska w Death's Head Hollow, jednej z kilku dolin, które ciągną się od północnych krańców gór Taconic w dół, do miasteczka Surrender.
Chociaż przed zesłaniem w tę idylliczną okolicę wśród surowych gór przez jakieś siedem lub osiem lat pracowałem jako psycholog śledczy (głównie w nowojorskiej policji), podczas mojego pobytu na północy stanu jedynie od czasu do czasu współdziałałem z miejscowymi organami ścigania. Wskutek poważnych cięć budżetowych na każdym poziomie administracji państwowej w okręgu Burgoyne siły policyjne zostały mocno okrojone i takie pozostają: w miasteczku Surrender i jemu podobnych już dawno zamknięto lokalne komisariaty, a także oddziały biura szeryfa okręgowego, te nieliczne zaś regularne patrole, które policja jest wciąż w stanie prowadzić, skupiają się na Fraser, siedzibie władz okręgu. Małe społeczności z tego regionu same więc muszą dbać o własne bezpieczeństwo, co też z zadowoleniem czynią: w okręgu Burgoyne bowiem większość mieszkańców posiada broń i biuro szeryfa we Fraser lub policję stanową zawiadamia się jedynie w przypadku najbardziej drastycznego zakłócenia porządku.
Z tych i innych powodów moja działalność kryminologiczna od przeprowadzki na farmę ciotecznej babki (gdzie w dzieciństwie spędzałem prawie każdy weekend i wakacje) miała charakter głównie akademicki, a nie praktyczny: pod egidą Uniwersytetu Stanu Nowy Jork w Albany, czyli SUNY, prowadziłem zajęcia online poświęcone różnym kontrowersyjnym aspektom kryminalistyki. Znakomity Wydział Polityki Kryminalnej tej uczelni od dawna oferował szereg zajęć w dziedzinie kryminalistyki, zarówno na studiach pierwszego, jak i drugiego stopnia; lecz wykładowcy i kierownictwo wydziału, mądrze biorąc pod uwagę skandale, które w ciągu ostatnich dwudziestu lat nadszarpnęły reputację federalnych i regionalnych laboratoriów policyjnych, a także ogólnie całego pola kryminalistyki, postanowili tuż przed moją przeprowadzką w ich okolice zaoferować studentom fakultatywne zajęcia pozwalające zgłębić dobrze udokumentowane mankamenty tej dziedziny. Mój głos był jednym z tych, które w sposób najbardziej zdecydowany próbowały wyeksponować te słabości; a ponieważ moja praca (i metody leżące u jej podstaw) doprowadziła do serii głośnych konfliktów z laboratorium kryminalistycznym nowojorskiej policji, co uczyniło ze mnie ostatecznie persona non grata w rodzinnej metropolii, nie zdziwiłem się specjalnie (aczkolwiek byłem niezmiernie wdzięczny), gdy uczelnia w Albany zaproponowała mi pomoc w zorganizowaniu tych pogłębiających temat zajęć.
Razem z moim najbliższym współpracownikiem z Nowego Jorku, Mikiem Li - ekspertem w dziedzinie śladów kryminalistycznych i dowodów DNA, który całymi latami głośno krytykował powszechne i często fatalne błędy popełniane w czasie gromadzenia, przechowywania i wykorzystywania w sali sądowej tego typu dowodów - skwapliwie przyjęliśmy propozycję uczelni, pod warunkiem że nasze kursy, moje i Mike'a, będą prowadzone online. (Z powodu wciąż odczuwanych skutków zmagań w dzieciństwie z kostniakomięsakiem na lewej kości udowej i miednicy dłuższe podróże, nawet te osiemdziesiąt kilometrów do Albany i z powrotem, stawały się dla mnie coraz bardziej kłopotliwe). Kierownictwo wydziału i tak pragnęło zaznaczyć swoją obecność w szybko rozwijającym się świecie edukacji internetowej, więc chętnie spełniło mój warunek; i niebawem razem z Mikiem urządziliśmy wirtualną salę wykładową w starym, ruderowatym hangarze lotniczym stojącym na wzgórzu za dwiema wybudowanymi w połowie dziewiętnastego wieku zielonymi stodołami, które stanowiły centralną część farmy nadzorowanej żelazną ręką przez moją cioteczną babkę.
Ściśle mówiąc, tę naszą skype'ową klasę stworzyliśmy w kadłubie przedwojennego niemieckiego samolotu cywilnego Junkers JU-52/3m, którego konserwowanie było pasją ojca Clarissy. Przeleciawszy nim z Niemiec do Senegalu w 1935 roku okrężną trasą nad Europą i Afryką Północną, ten stary wariat przetransportował następnie maszynę drogą morską do Brazylii, po czym odleciał nią na północ: przygoda, która najwyraźniej była tak barwna - i kosztowna - jak tylko można sobie wyobrazić. Teraz jednak trzysilnikowa bestia była uziemiona, zajmując niczym samolot widmo niemal każdy centymetr kwadratowy hangaru; i z kadłuba maszyny razem z Mikiem staraliśmy się wyperswadować naszym studentom - po pierwsze, powszechnie uznawany pogląd, jakoby kryminalistyka (nie tylko gromadzenie dowodów śladowych, w tym DNA, lecz także dużo starsze praktyki typu daktyloskopia i balistyka) stanowiła niejako "parytet złota" w analizie dowodów i procedurach sądowych, a po drugie, równie popularną i szkodliwą koncepcję, jakoby za sprawą kryminalistyki psychologia śledcza, a zwłaszcza profilowanie stały się czymś nieco już przestarzałym.
Tamtego lipcowego popołudnia wygłosiłem właśnie długi i dość żarliwy wykład, wyjaśniając dokładnie, jak groźne stały się powyższe opinie, i zwracając się do moich studentów - przedstawicieli przyszłego pokolenia dochodzeniowców - by przywrócili zarówno psychologii, jak i profilowaniu należną im pozycję, utraconą w dużej mierze po tym, gdy na początku lat dziewięćdziesiątych rzekomo bardziej precyzyjne dziedziny kryminalistyki zaczęły monopolizować praktykę śledczą. Opuściwszy swoje stanowisko przed kilkoma dużymi monitorami, które zdominowały wnętrze junkersa, powoli pokonałem stalowe stopnie zainstalowane przez pradziadka pod włazem przy prawym skrzydle samolotu i wspierając się na lasce, wyszedłem z hangaru na papierosa. Spod hangaru zauważyłem wóz patrolowy Pete'a Steinbrechera sunący szybko doliną, z migającym kogutem, ale wyłączoną syreną: Pete znał Shiloh i moją drobną, acz w gorącej wodzie kąpaną cioteczną babkę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że dźwięk syreny błyskawicznie wywabiłby Clarissę z domu, do którego wróciłaby dopiero po wygłoszeniu pod adresem zastępcy szeryfa surowej połajanki na temat wpływu takich dźwięków na mleczne krowy. Z tego i innych powodów Pete nie zapuszczał się tutaj w błahych sprawach - co więcej, jego obecność niemal stuprocentowo gwarantowała jedno...
- Mike - zawołałem, cofając się do wielkiej paszczy otwartej bramy hangaru - Pete Steinbrecher tu jedzie. - Usłyszałem, jak Mike przerywa przygotowania do zajęć, i dodałem beznamiętnym głosem: - Wygląda na to, że kogoś zamordowano...
W czasie, który był potrzebny Pete'owi, żeby zaparkować wóz pod jednym z budynków gospodarczych niedaleko hangaru, Mike wyskoczył z samolotu i zbiegł po stalowych schodkach, jak zwykle w takich sytuacjach ożywiony.
- Super! - rzucił, stając przy mnie. Jego oczy - często przymrużone po latach przyglądania się dowodom pod mikroskopem - teraz pod wpływem entuzjazmu otwierały się szerzej. - Mam odwołać swoje zajęcia? - Spojrzał na mnie niecierpliwie, kierując wzrok do góry (Mike ma niecałe metr siedemdziesiąt, nawet w chwilach ekscytacji, ja zaś, pomimo zwykle zgarbionej postawy, jestem dobre piętnaście centymetrów wyższy), i uśmiechnął się niemal diabolicznie, częstując się papierosem z paczki, którą mu podsunąłem.
- Wstrzymaj się - zasugerowałem, wyciągając z kamizelki kieszonkowy zegarek. Otworzyłem wieczko. - Masz jeszcze całe dwadzieścia minut... najpierw go wysłuchajmy.
- Ach! - Mike westchnął głośno, rozczarowany. - Skąd wiedziałem, że to powiesz, gweilo?
(Gdy go irytowałem, Mike miał w zwyczaju nazywać mnie po kantońsku "białym diabłem").
- Spokojnie, żółta zarazo - odpowiedziałem. Schowawszy zegarek, wydobyłem zapalniczkę Zippo i podsunąłem ogień swojemu partnerowi.
- Do diabła, L.T. - rzucił Mike. - Mówiłem ci już, że "żółta zaraza" odnosi się do Japońców, a Chińczycy mają akurat o wiele więcej, kurwa, powodów, żeby ich nienawidzić niż wy. Więc zaklepuję sobie.
Odwróciłem się do niego rozbawiony.
- Zaklepujesz sobie?
- Prawo do nienawidzenia Japończyków - wyjaśnił Mike, machnąwszy papierosem.
- Aha. - Skinąłem głową, ale nie mogłem powstrzymać stłumionego śmiechu. - "Zaklepuję sobie"- wymamrotałem. - Czasem, jak coś powiesz, Michael...
- Dobra, dobra... daruj sobie, Trajan, mam szaloną ochotę na jakieś prawdziwe śledztwo.
- Szalony to ty jesteś. Nie wiemy nawet, czy chodzi o prawdziwe śledztwo; możliwe, że chce się tylko poradzić.
- Jasne - ironizował Mike, gdy zaciągając się, obserwowaliśmy zastępcę szeryfa, który zbliżał się do nas ścieżką. - Pete narażałby się na ostre starcie z Clarissą, gdyby szukał tylko porady.
- Daj mu się wypowiedzieć - rzekłem.
Podchodząc do nas, Pete podniósł rękę w geście powitania, po czym ściągnął szary kowbojski kapelusz i uścisnął nam dłonie.
- Doktorze - zwrócił się do mnie. - Mike. Nie macie może ochoty wesprzeć służb kryminalnych okręgu Burgoyne?
Pete był postawnym mężczyzną o mocnych niemieckich rysach typowych dla imigrantów z tego kraju, którzy całymi falami osiedlali się w północnej części stanu Nowy Jork w dziewiętnastym wieku. Dodatkowo jeszcze był posiadaczem spokojnego, dźwięcznego głosu, który podziwiałem u uczciwych, pracowitych stróżów prawa, w jego przypadku lekko zabarwionego niezbyt łatwym do określenia, lecz uroczym lokalnym akcentem, zupełnie nieprzypominającym wiejskich nosowych dźwięków przyswojonych sobie przez młodszych mieszkańców okolic - jak na ironię dopiero po tym, gdy rolnictwo przestało być ich głównym zajęciem.
- Zapalisz, Pete? - spytałem, podsuwając mu paczkę. Zauważyłem, on zresztą też, że dłoń drży mi lekko, lecz w sposób niekontrolowany, w oczekiwaniu na jego wiadomości.
- Wiesz dobrze, doktorze Jones, że moja stara kazała mi rzucić - odpowiedział Pete, wyciągając chusteczkę, żeby wytrzeć nią czoło. - Jeśli wrócę do domu, śmierdząc petami, potraktuje moją czaszkę kluczem nasadowym.
Rzeczywiście wiedziałem o tym, ale taka już była natura naszej znajomości, podobnie jak moich interakcji z Mikiem: bez opamiętania wbijaliśmy sobie nawzajem szpile. Schowawszy papierosy do kieszeni marynarki, poluzowałem krawat i spytałem:
- No to... kto nie żyje?
- Jezus Maria... - Uśmiech Pete'a zniknął nagle i jego twarz sposępniała, ale ważniejszym sygnałem, że stało się coś niezwykłego, było to, co właśnie powiedział. Mieszkańcy okręgu Burgoyne może i mają słabość do broni palnej, ale - w przeważającej mierze - nie do religii; a ci nieliczni, którzy tak jak Pete dokładają starań, żeby nie zamknięto garstki ostatnich kościołów, poważnie traktują ich misję i swoje religijne powinności, a mimo to aktualna sprawa i moja niefrasobliwa aluzja sprawiły, że powiedział coś, co dla niego było z pewnością prawdziwym bluźnierstwem. - Walisz od razu z grubej rury, doktorze, co? - odezwał się znowu ze smętną miną. Włożywszy kapelusz z powrotem na głowę, teraz już osuszoną z potu wyciśniętego przez lipcowy upał, Pete przybrał rzadki u niego oficjalny ton. - Prawdę powiedziawszy, wolałbym, żebyś sam rzucił okiem.
Przyjrzałem się bacznie mojemu dobremu przyjacielowi, jednemu z nielicznych w policyjnych szeregach okręgu.
- Pete? O co chodzi?
- Chcesz wejść na piwko? - zaproponował Mike, także przyglądając się twarzy zastępcy szeryfa i dostrzegając rzadkie na niej natężenie niepokoju, a nawet konsternacji.
Pete oczywiście już wcześniej miał do czynienia z ofiarami śmiertelnymi, nawet z morderstwami, a jednak w tym momencie był wyraźnie wstrząśnięty. W odpowiedzi na zaproszenie Mike'a pokręcił głową i posłał mu krótki uśmiech wdzięczności.
- Muszę wracać. Najlepiej z naszym doktorkiem. Ty też, Mike, możesz się z nami zabrać. Przydasz się.
Mike odwrócił się do mnie i bezskutecznie usiłował powściągnąć uśmiech satysfakcji.
- Cóż: dostałem oficjalne zaproszenie. Więc, L.T., nie masz już nic, kurwa, do gadania. - Zgasiwszy prędko papierosa pod butem, Mike zwrócił się do Pete'a: - Daj mi pięć minut dla studentów. Może zadam im dodatkową pracę domową. Zaczekasz?
- Pewnie - odpowiedział Pete, wyraźnie oddychając z ulgą. - Jeśli to tylko pięć minut, nie ma problemu.
- To ja też skorzystam z tych kilku minut - stwierdziłem, odwracając się w stronę pastwiska, które rozciągało się na zboczu nad hangarem. Wybieg o powierzchni około czterech hektarów zajmował teren, który prowadził do niewielkiego wzniesienia u stóp stromej, gęsto porośniętej lasem góry. Otoczony był wyjątkowo solidnym i nadzwyczaj wysokim, prawie trzymetrowym ogrodzeniem z grubego stalowego drutu wzmocnionego gęstą siatką. - Mam jeszcze coś do zrobienia...
- Idziesz nakarmić swojego "psa"? - spytał Pete ze swobodnym uśmiechem, rozluźniwszy się wreszcie.
- Tak. Idziesz ze mną?
- Doktorze, z całym szacunkiem, ale, uff, wiesz, że ta bestia...
- Czyli "rzadki gatunek afrykańskiego psa myśliwskiego"? - wtrąciłem szybko.
- Tak, tak, nie martw się, będę potwierdzał tę wersję. Ale wiesz, spinam się, gdy widzę to zwierzę.
- Im więcej czasu będziesz przy niej spędzał, tym mniej będziesz miał powodów do nerwów. Poza tym ona cię lubi. Trochę.
- No cóż, "trochę" to za mało, w każdym razie dziękuję. Zaczekam sobie tutaj.
Idąc w stronę nieodległej furtki w ogrodzeniu zabezpieczonej z obu stron dodatkowymi warstwami drutu, usłyszałem głos Pete'a:
- Jak to cholerstwo się wabi, przypomnij mi?
- Marcjanna! - zawołałem w odpowiedzi. - Ulubiona siostra rzymskiego cesarza Trajana.
- I on się dziwi - Pete zwrócił się do Mike'a - że nie mogę zapamiętać...
Gdy dotarłem do furtki i wydałem z siebie specyficzne zawołanie - swego rodzaju świergot, na którego dźwięk moja ulubiona siostra zwykle przybiegała w podskokach - zorientowałem się, że Marcjanny nigdzie nie widać. Długoletnie doświadczenie podpowiadało mi, że musiała schwytać jakiegoś dużego ptaka - najprawdopodobniej kruka lub wronę, może nawet jastrzębia, który dostrzegł na jej wybiegu jakiegoś małego gryzonia - i teraz raczyła się zdobyczą w dużej kamiennej jamie mojego pomysłu zbudowanej z płaskich, podłużnych głazów sprowadzonych z góry przez kilku pomocników traktorem i saniami. Ci pomocnicy nie wiedzieli wtedy, co budują ani co będzie się mieściło w tej konstrukcji; i gdy w swoim czasie się dowiedzieli, posłuchali mojej prośby - tak jak potem Pete i kilka innych osób - żeby nie zdradzić, kto mieszka w zagrodzie. W miarę upływu czasu po Surrender zaczęły krążyć różne spekulacje i plotki i mam wrażenie, że wszystkich wtajemniczonych rajcowało trochę to, że nie wyjawiają sekretu. Tak czy siak, pewien, że znam miejsce pobytu Marcjanny, otworzyłem chłodziarkę, w której rano zostawiłem spory połeć mrożonej wołowiny razem z suplementami. Do tej pory mięso zdążyło ładnie się rozmrozić i wcisnąwszy rozpuszczalne suplementy głęboko w czerwoną, krwawą tkankę, przerzuciłem posiłek nad siatką na goły plac ziemi przy furtce.
- Marcjanna! - zawołałem, doskonale bowiem znała brzmienie swojego imienia. - Jadę do sklepu, zaraz wracam! - Słowa "sklep" i "zaraz" też były jej znane, chociaż ich nie lubiła; wiedziałem jednak, że pod moją nieobecność nie będzie się martwiła, odwróciłem się więc i odszedłem do hangaru.
Mike szybko spławił studentów - niewątpliwie za szybko - i teraz znowu stał obok Pete'a ze swoją torbą na próbki u stóp. Wszyscy razem przeszliśmy prędko do wozu patrolowego i Mike niechętnie zgodził się odegrać więźnia, dając się zamknąć z tyłu, gdy ja podszedłem do drzwi od strony pasażera z przodu. Czekając, aż Pete otworzy swoje drzwi, rzuciłem z udawaną nonszalancją:
- Wiesz, Pete, nigdy wcześniej nie wzbraniałeś się przed podaniem przynajmniej płci i wieku ofiary. Co się dzieje?
- Piętnastolatka - rzekł Pete, znowu wyraźnie poruszony. - I to wszystko, co ze mnie na razie wyciągniecie.
Wsiadłszy do samochodu, zerknąłem do tyłu na Mike'a i spostrzegłem, że unosi brwi z niepohamowanym zaciekawieniem. Miał chrapkę na śledztwo z prawdziwego zdarzenia i wszystko wskazywało na to, że takowe się szykuje.
Gdy sadowiłem się w fotelu, Pete podał mi małą poduszkę, którą zabrał z typową dla siebie troskliwością.
- Masz - rzucił skrępowany. - Na twoje... biodro czy co tam.
- Bardzo miło z twojej strony, szeryfie - powiedziałem z wdzięcznością, usiłując podeprzeć lewą stronę miednicy i dolną część pleców, żeby było mi jak najwygodniej. - A możemy też wiedzieć, dokąd się wybieramy?
- West Briarwood - odpowiedział. - Ale naprawdę już więcej nic nie mówię. Czekajcie, aż tam zajedziemy.
I po tych słowach ruszyliśmy doliną. Pete raz jeszcze włączył koguta na dachu, nie dotykając przycisku syreny, i jechał szybciej, niż miał w zwyczaju. Ponadto zauważyłem, że nie włączył radia: posunięcie bardzo nietypowe jak na funkcjonariusza sił porządkowych; najwyraźniej nie chciał dopuścić do tego, byśmy podsłuchali policyjną paplaninę na temat miejsca, do którego zmierzaliśmy, i czekającej nas sprawy.
West Briarwood było dużo bardziej reprezentatywne dla miasteczek okręgu Burgoyne niż nijakie na pierwszy rzut oka Surrender: wokół skrzyżowania autostrady numer 7 z drogą lokalną o losowo wybranym numerze (bo w stanie Nowy Jork nigdy nie funkcjonował żaden system w oznaczaniu pomniejszych dróg, decydowała jedynie fantazja) zgrupowane były sklep spożywczy Stewart's; małe centrum handlowe ze sklepem monopolowym, jeszcze jeden dziadowski spożywczak i kilka innych punktów handlowych, a w każdym z nich co chwila odbywały się a to wielkie otwarcie, a to wyprzedaż likwidacyjna. Co do budynków mieszkalnych, wznosiło się tam jakieś dwadzieścia, trzydzieści podupadłych, acz niepozbawionych staroświeckiego uroku domów z końca dziewiętnastego wieku (większość dawno już podzielona w środku na mieszkania), obok późniejszych parterowych klocków, które mogły co najwyżej zaświadczać, że w tym okręgu czas nie przyniósł wielkiego postępu. Cel naszej podróży tego dnia leżał jednak poza ścisłym centrum miasteczka: znów sunąc pod górę jedną z wszechobecnych w tym okręgu dolin, uliczką o optymistycznej nazwie Daybreak Lane, czyli ulica Zaranna (chociaż zbocze, w które się wcinała, wychodziło na zachód), pokonaliśmy trzy kilometry w poziomie i wspięliśmy się jakieś sto pięćdziesiąt metrów wzwyż, mijając wiejskie domy, którym przydałby się remont, otoczone starymi samochodami i ciężarówkami, a także kosiarkami i sprzętami rolniczymi, z czego prawie wszystko było na sprzedaż.
W końcu zajechaliśmy pod mocno leciwą przyczepę mieszkalną stojącą w kępie rozrośniętych drzew w pewnej odległości od drogi. Wszystko wskazywało na to, że jest opuszczona, chociaż trudno było stwierdzić, od jak dawna. Większość okładziny zewnętrznej zniknęła, odsłaniając luźną izolację, a kilka okien zastąpiono plastikowymi taflami, teraz całkowicie nieprzejrzystymi. Gruba, niczym nieosłonięta, oblepiona brudem rura kanalizacyjna stanowiła całą instalację sanitarną i biegła od domu na kółkach do pobliskiego pola; niewielkie zaś ilości brązowej cieczy pochodzącej najprawdopodobniej z zardzewiałej, cieknącej toalety z wadliwą spłuczką wciąż wypływały strumyczkiem na skrawek ziemi porośnięty wypłowiałą trawą. Jednak te wszystkie oznaki rozpadu i ignorancji byłyby niemal na pewno obecne, niestety, nawet gdyby w przyczepie ktoś mieszkał. Uzmysłowiwszy to sobie, obejrzałem się na Mike'a i spostrzegłem, że jego ekscytacja nieco przygasła: jeśli jakieś miejsce zapowiadało nie tylko zbrodnię, ale i szczególnie makabryczne detale, to właśnie tam zawitaliśmy.
Dodatkową przykrość, choć bardziej prozaicznego, acz nie mniej dokuczliwego rodzaju, sygnalizowała grupa pojazdów zaparkowanych wokół tego pomnika ludzkiej desperacji: osobisty radiowóz szeryfa Steve'a Spinettiego stał najbliżej drzwi przyczepy, za nim zaś sfatygowany chevrolet impala, w którym rozpoznałem wóz doktora Ernesta Weavera, lekarza medycyny sądowej nie tylko w Burgoyne, lecz i kilku innych okręgach. Na koniec wciśnięta za autem Weavera stała furgonetka pochodząca z parku samochodowego Forensic Investigation Center z Albany, w skrócie FIC, centralnego laboratorium kryminalistycznego stanu Nowy Jork, które obsługiwało wszystkie okręgi pozbawione własnego laboratorium (czyli większość) lub oddalone od placówek FIC w terenie. W epoce skandali kryminalistycznych głośno było o FIC z Albany, podobnie jak o większości innych ośrodków tego typu w kraju, i ani ja, ani Mike nie ucieszyliśmy się z obecności jego reprezentantów. Podobnie zresztą, trzeba mu oddać, Pete: jego ostre tempo na autostradzie musiało świadczyć o chęci sprowadzenia nas na miejsce na tyle wcześnie, by uniknąć terytorialnych i filozoficznych przepychanek. Tego typu potyczka wydawała się jednak teraz nieunikniona. Furgonetką przyjechał prawdopodobnie co najmniej jeden z techników laboratoryjnych FIC, a znaliśmy z Mikiem prawie wszystkich; i sądząc po znudzonej, lekko wkurzonej minie funkcjonariusza policji stanowej, który pewnie dostał rozkaz eskortowania technika i sprzętu, on, ona lub oni musieli spędzić tu już całkiem sporo czasu.
Pete zaparkował radiowóz przy furgonetce na dawnym trawniku przed przyczepą i gdy uwalniał Mike'a z tylnego siedzenia samochodu, ja za pomocą laski wykaraskałem się z fotela, przechwytując spojrzenie policjanta na tyle długo, by zarejestrować, że odwrócił głowę z niesmakiem wywołanym zapewne między innymi świadomością, że nie zapowiada się na rychły powrót do Albany. Co do doktora Weavera i technika, najwidoczniej znajdowali się w przyczepie, natomiast do nas podszedł Steve Spinetti, machając swoim wielkim łapskiem i uśmiechając się z zadowoleniem.
- Musiałeś wdepnąć w gaz naprawdę mocno, Pete - powiedział ze śmiechem, a gdy się śmiał, czubek jego długiego nosa sięgał niemal górnej wargi. Jego wesołość jak zwykle była podszyta drwiną: z pewnością wiedział, że medyk sądowy i technik z FIC są w drodze, zanim jeszcze Pete po nas wyjechał. Szeryf nie tyle chciał, by nasza misja stała się niepotrzebna, ile zależało mu na tym, by została przeprowadzona niejako w ramach rywalizacji z innymi dochodzeniowcami; tym samym poddawał wszystkie punkty widzenia natychmiastowej próbie: taki miał zwyczaj, zresztą niepozbawiony zalet. - Ale nie dość mocno - kontynuował. - Weaver i FIC przylecieli tu w ekspresowym, cholera, tempie, zwłaszcza jak na nich. Zupełnie jakby komuś zależało... - Sposób, w jaki Steve wypowiedział te ostatnie słowa, powoli, w zamyśleniu, sugerował, że stało się coś wyjątkowego; po chwili jednak wyciągnął prawą rękę i uścisnął dłonie mnie i mojemu partnerowi, znów wesoły jak zawsze. - Doktorze Jones... panie Li. Ucieszy was pewnie wiadomość, że, jak twierdzi Weaver, wszystko już wyjaśnione. Sprawa jest prosta: musi jeszcze poznać szczegóły, ale jego zdaniem to kolejne morderstwo nastolatki, chociaż tym razem dość paskudnie to wygląda.
- "Tym razem"? - powtórzyłem, zanim jednak miałem szansę pociągnąć temat, odezwał się Pete, który sprawiał wrażenie zaskoczonego.
- Czyżby, szefie? W takim razie pewnie nie ma przeciwwskazań, żeby panowie się trochę rozejrzeli, jeśli wszystko jest już pozamiatane.
Spinetti rzucił Pete'owi znaczące spojrzenie, po którym na jego twarz wypłynął jeszcze szerszy uśmiech.
- Kurde, Pete, nie chciałbym tłamsić inicjatywy, prawda? No i panowie się fatygowali. Jasne, będę wdzięczny, jeśli nasi znakomici goście zechcą się rozejrzeć. - Jego niezaprzeczalnie bystre szare oczy wyraźnie zdradzały, że jest zadowolony z możliwości zabezpieczenia się na wszystkie możliwe sposoby. - Niech tylko najpierw ci dwaj chłopcy oficjalnie zakończą swoje wstępne oględziny, a potem zobaczymy, na co stać nasze czarne owieczki z Surrender.
Steve Spinetti był jednym z niewielu wysoko postawionych przedstawicieli organów ścigania w okręgu Burgoyne, nie wspominając o całym stanie, z którym udało mi się zachować powściągliwie koleżeńskie stosunki po moim i Mike'a nie do końca dobrowolnym wygnaniu z Nowego Jorku. Sprawował rządy w swoim królestwie w stylu drobnego biurokratycznego tyrana lepszej klasy: nie z całkowicie zamkniętym umysłem, takim mianowicie, który sięga po wszelkie dostępne środki, by jak najszybciej zamknąć sprawę. A zatem nie poświęcał więcej czasu, niż potrzeba, na poszukiwanie detali, które tylko skomplikują dokumentację, podkopią jego autorytet, a także szansę na wyrazy uznania za rozwiązanie sprawy. Nie chciałbym bynajmniej deprecjonować jego zasług: Steve był twardym, a z drugiej strony empatycznym policjantem (w przeciwieństwie do wielu, którzy ograniczali się jedynie do bycia twardymi) i jego szczerość co do motywów związanych z papierologią i właściwym uznaniem zasług po prostu sprawiały, że współpraca z nim była łatwiejsza i bardziej bezpośrednia niż z większością mężczyzn i kobiet, którzy wspięli się równie wysoko w hierarchii organów ścigania.
Miał jednak przy tym żyłkę konspiratorską, o czym się wkrótce dobitnie przekonałem.
- Słuchaj no, doktorze. - Jego głos nagle przycichł, chociaż Steve ani na chwilę nie przestał się uśmiechać. - Póki czekamy, omówię parę rzeczy, ale nie chciałbym, żeby przez któregoś z nas, to się też tyczy ciebie, Pete, ten koleś z policji stanowej w furgonetce miał powody przypuszczać, że robimy tu coś innego, niż tylko gadamy o dupie Maryny i dobrze się bawimy. Okej?
Mike i ja byliśmy w tego typu delikatnych sytuacjach dziesiątki razy, obaj więc natychmiast się uśmiechnęliśmy i zarechotaliśmy, żeby policjant nie nabrał podejrzeń.
- Oczywiście, Steve - odpowiedziałem - pod warunkiem że nasze pogaduszki będą zawierały wyjaśnienie, co dokładnie znaczy "kolejne morderstwo nastolatki".
- Och, będą, będą - zapewnił Steve, a jego wymuszony uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej. - I któregoś dnia nauczę się uważać na każde pieprzone słowo, jakie wychodzi z moich ust w twojej obecności, doktorze. Ale w czym rzecz: Weaver i technik są pewni co do swojej wersji. I nie wiem, może mają rację. Ale ja i Pete byliśmy tu pierwsi, sprawdziliśmy historię tej dziewczyny i coś nam tu nie gra, jemu i mnie.
Zerknąłem na zastępcę szeryfa.
- To prawda, Pete?
- Prawda - potwierdził Pete, odwracając się od furgonetki. - To znaczy, oprócz sposobu, w jaki zginęła, a może z tego powodu... nie wiem, coś mi się tu nie podoba.
- Dobra - rzuciłem. - W takim razie skąd taka pewność u Weavera?
- Dojdziemy do tego wszystkiego, jak już obejrzysz ciało - uciął Spinetti, przenosząc spojrzenie na przyczepę i sam sprawiając wrażenie, nawet jeśli tylko przez krótką chwilę, nieco przygnębionego; przypomniawszy sobie jednak o policjancie, który rzeczywiście przyglądał się bacznie naszej rozmowie, roześmiał się sztucznie. - Nigdy nie wiadomo, do czego zdolne są te ćpuny. Ani kiedy. Ani dlaczego...
- Ćpuny? - powtórzył Mike.
- Teeak - potwierdził Steve ze swoim akcentem z północy stanu. - W każdym razie rodzice ćpali. Denatka nazywała się Shelby Capamagio, oni wszyscy tutaj mieszkali, ale rodzina zmyła się jakieś dwa lata temu. Zabrali młodszą córkę, a starszą zostawili u krewnych w pobliżu. Przynajmniej zakładamy, że to krewni, trudno się z nimi porozumieć. Albo nie potrafią, albo nie chcą.
- Hmm - mruknął Mike, podtrzymując uśmiech, chociaż zdążył się zmartwić. - A więc znowu odrzutek?
Mój partner nie ironizował: do śmierci Shelby Capamagio, jak wielu innych zgonów tego typu, doszło w kraju, w którym coraz więcej rodziców wobec finansowej katastrofy tego czy innego rodzaju po prostu znikało z życia co najmniej jednego dziecka i zacierało za sobą wszelkie ślady, przyjmując nową tożsamość albo zapadając się pod ziemię. W ten sposób powstawała zupełnie nowa klasa młodych ludzi, którzy nie zaliczali się do żadnej z grup w oficjalnych stanowych statystykach, nie byli bowiem ani "osieroceni", ani "wyrzuceni z domu", ani "bezdomni", tworzyli raczej nową, osobną kategorię dzieci odrzuconych, które potocznie w stanie Nowy Jork i innych określano z brutalną zwięzłością: "odrzutki".
- Teeak - powiedział znowu Steve. - Niewykluczone. Ale nie mamy jeszcze pewności... - Był to u szeryfa swego rodzaju nerwowy tik, owo uporczywe niewykluczanie w spekulacjach żadnej z możliwości; i musiałem przyznać, świadczył on o dociekliwym umyśle, który choć nieco zaniedbany, wciąż był naturalnie przenikliwy. - Gadałem z ludźmi, u których z początku mieszkała, nie dowiedziałem się zbyt wiele... ale z tego, co udało mi się z nich wycisnąć, wierzcie mi, nie jest to przyjemna historyjka. Sprawiała kłopoty i gdy mieli jej dość, kimkolwiek są ci ludzie, wyrzucali ją z domu do szopy na narzędzia. Karmili ją, gdy się pojawiała, zimą dawali piecyk do ogrzewania. I chyba nie muszę wam mówić, że było z nią coraz więcej problemów. I po jakichś sześciu miesiącach zniknęła. Uznali, że zaczęła zażywać metę jak jej starzy, i wyjechała ich szukać.
- Wiadomo, dokąd się udali? - spytałem.
- Chodziły pogłoski - odpowiedział szeryf, który wydawał się znużony relacjonowaniem tej historii (w ostatnich latach bowiem stała się przygnębiająco powtarzalna) - że ulotnili się na jakieś odludzie. Vegas, Phoenix, może pod Los Angeles...
- Ach - westchnął Mike. - Trójkąt Amfa. Gdzie króluje meta i gdzie umiera nadzieja... - Posępna prawda słów Mike'a chwilowo wpłynęła nawet na jego zdolność reagowania śmiechem niemal na wszystko; otrząsnął się jednak z przygnębienia, by zapytać z uśmiechem: - I tam wciągnęła się w narkotyki?
- Wszyscy chyba tak uważają - odpowiedział Spinetti. - Ale...
- Przepraszam, Steve - wtrąciłem, starając się podtrzymać wesoły wyraz twarzy - ale kim są "wszyscy"?
Szeryf roześmiał się raz jeszcze.
- Cierpliwości, doktorze, nie zamierzam niczego przed wami ukrywać. W każdym razie tutaj dziewczyna nie miała z narkotykami nic wspólnego, o tym wiemy, chociaż sprawdzamy dalej, ale Weaver, technik i ich szefowie uważają, zdaje się, że wciągnęła się w nałóg gdzie indziej. - Steve znów zerknął w stronę przyczepy, zadowolony najwidoczniej, że medyk sądowy i technik jeszcze się stamtąd nie wyłonili. - I o tym między innymi chciałem z wami dwoma pogadać. - Po czym dość niespodziewanie klepnął mnie w plecy i roześmiał się głośno. - Bardzo nam pomogliście, chłopaki, przy innych sprawach, nie myślcie sobie, że tego nie doceniam. Ale uwierzcie mi, gdy mówię, że ten przypadek to zupełnie inna para kaloszy. Coś tu porządnie śmierdzi i nie jestem nawet pewien, czy sam rozumiem, o co w tym gównie chodzi. W każdym razie jeszcze nie. Więc... - Znowu się roześmiał, usłużnie poprawił mi krawat i wygładził marynarkę, dodając: - Chcę poruszyć temat, którego nigdy jeszcze nie poruszałem, ani ja, ani Pete. Ale... cóż, obaj doskonale wiemy, dlaczego was wypierdolili z ostatniej roboty. - Mike już chciał odruchowo zaprotestować i przystąpić do żarliwej obrony, ale Steve podniósł rękę. - Nie mówię, że wierzymy w te brednie, które rozpuszczali na wasz temat wasi szefowie albo tutejsi żurnaliści. Chcę tylko powiedzieć jedno... - Nagle z twarzy Steve'a zniknął uśmiech i szeryf spojrzał mi prosto w oczy. - Gdy tam wejdziecie i będziecie wymyślać te swoje teorie i zbierać te wszystkie szczątki dowodów, których nikt inny nie widzi, nie... spieprzcie... sprawy. Bo gdy stamtąd wyjdziecie, muszę wiedzieć, czy Weaver autentycznie wciska kit i to nie tylko dlatego, że wszyscy uważamy go za pieprzonego palanta. Zgoda? - Nie czekając na odpowiedź, rzucił: - Okej! A teraz idę sprawdzić, co te dwa sukinkoty tam robią tyle czasu. Zostańcie tutaj i starajcie się zachowywać, jak gdyby, kurwa, nigdy nic, zaraz wracam...
Spinetti zniknął za wiszącymi na jednym zawiasie drzwiami domu na kółkach, zostawiając Pete'a z nieco skonsternowaną miną.
- Przepraszam, chłopaki, że nie mogłem wam powiedzieć więcej po drodze - rzekł zastępca szeryfa. - Miałem, mówiąc szczerze, nadzieję, że Weavera jeszcze tu nie będzie. Ale wiecie, jak Steve lubi pracować.
Przyglądałem się jego zasępionej twarzy.
- A tak, wiemy, wiemy, Pete. Ale coś jeszcze cię gnębi, prawda?
Wahał się przez chwilę.
- Dobra... tylko się na mnie nie powołujcie, jasne? Przyjechałem na miejsce przed Steve'em i jako pierwszy gadałem z tymi ludźmi, niby rodziną. I cóż... przez te wszystkie lata, kiedy jestem zastępcą szeryfa, chyba nigdy jeszcze nie miałem do czynienia ze sprawą, która by tak śmierdziała pod tyloma różnymi względami. Zaczynając od tego, ilu przełożonych najwyraźniej mocno się interesuje tym przeklętym śledztwem.
- Naprawdę? - spytałem z niezachwianą wiarą w instynkt Pete'a. - W takim razie, cóż, cieszę się, że po nas przyjechałeś. I nie martw się Weaverem. Już ja sobie z nim poradzę.
- A tak - przytaknął Mike ze śmiechem, który tym razem zabrzmiał bardzo szczerze. - Wszyscy widzieliśmy, jak sobie radzisz z Weaverem. - Wyciągnął papierosa i szturchnął zastępcę szeryfa. - Ale nie przejmuj się, Pete, stylem pracy swojego szefa... jak sam stwierdziłeś, wiemy, jak zwykle działa. I ma rację. To z wielu powodów bardzo sprytna taktyka. Napuszczasz ludzi na siebie i dzięki temu możesz się czasem dowiedzieć rzeczy, których normalnie by ci nie powiedzieli.
- Jestem wam wdzięczny - rzekł Pete z cichym zadowoleniem. - I szeryf też, cokolwiek mówi. Bo żaden z nas nie chce, żeby tym razem coś poszło nie tak...
I znowu: zasygnalizowana jedynie sugestia, że cokolwiek znaczy śmierć, którą przyjechaliśmy obejrzeć, jest najnowszą z całej serii.
- "Tym razem"? - powtórzyłem jak echo, starając się nie brzmieć zbyt natarczywie. - Pete? Zechcesz wyjaśnić to, czego wyjaśnienia twój szef tak starannie unikał?
- Nie martw się - powiedział Pete. - W końcu to zrobi. Ale chce usłyszeć wasze zdanie bez żadnych, jak to się mówi, sugerujących stwierdzeń z naszej strony.
I choć ja i Mike potrafiliśmy zachować obiektywność, Pete'owi i Steve'owi nietrudno by było, musiałem przyznać, uprzedzić się co do opinii dwóch mężczyzn, którzy po kilku sekundach wyłonili się z przyczepy wraz z szeryfem. Doktor Ernest Weaver był człowiekiem otyłym o okrągłej, nalanej twarzy z drobnym wąsikiem, wąsikiem, który sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili był gotów odpaść znad górnej wargi; druga postać była natomiast łysiejącym, spowitym w sterylny niebieski kombinezon mężczyzną niskiego wzrostu, który robił wszystko, co w jego mocy, żeby nie okazać, jak bardzo jest poruszony. Mimo swego skromnego sposobu bycia ten powłóczący nogami, drobnej postury technik z FIC był w tym konkretnym miejscu zdarzenia przedstawicielem niemal wszystkiego, co zawiodło w postępowaniu śledczym w ciągu ostatnich stu, a zwłaszcza ostatnich trzydziestu lat, a także ucieleśnieniem tego, dlaczego kryminalistyka nigdy tak naprawdę nie zasłużyła na miano nauki. Podobnie jak jego koledzy technik dźwigał na swych barkach odpowiedzialną rolę pierwszego, a zatem najważniejszego fachowego interpretatora materialnych śladów pozostawionych w tego typu miejscach i był postrzegany przez osoby niewtajemniczone - zwłaszcza gdy się pojawiał w pełnym rynsztunku w terenie tak jak teraz - jako na wpół mistyczny mistrz niezawodnej machiny dowodowej, aparatu, którego większość śmiertelników nie była w stanie pojąć, nikomu zaś nie wolno było wątpić w jego skuteczność. Prawdę mówiąc jednak, ci osobnicy nie byli żadnymi panami tajemnic tak potężnymi, że potrafili błyskawicznie rozwikłać każdą zagadkę nienaturalnej śmierci; była to bujda na resorach, rozpowszechniona przez powieści, filmy, a zwłaszcza telewizję. W rzeczywistości agenci CSI (jak uwielbiali, by ich tytułowano) stanowili jedynie zawodne ludzkie trybiki w mechanizmie dochodzeniowym, elementy, które niemal zawsze się zużywały i pękały lub nie wytrzymywały pod naporem lenistwa, niekompetencji, ambicji i korupcji.
A kim był ów konkretny śmiertelnik dźwigający brzemię tych wszystkich popularnych przesądów o potędze ludzkich możliwości rozwiązywania zagadek kryminalnych w ten parny lipcowy dzień u podnóża gór Taconic? Z nazwiska - niejaki Curtis Kolmback, i właśnie obejrzał, sądząc po jego fizis, scenę mordu pod jakimś względem bardziej wstrząsającą niż te, z którymi miał do czynienia, przynajmniej w ostatnim czasie. Na szczęście był też typem, który znaliśmy z Mikiem na tyle dobrze, by z łatwością sobie z nim poradzić: jak wielu techników jemu podobnych Kolmback przywędrował z innej specjalności (w jego przypadku, co też dosyć częste, była to antropologia) i zdobył kwalifikacje w American College of Forensic Examiners Institute - internetowym odpowiedniku uczelni, o której w dawniejszych czasach można było przeczytać w reklamie na pudełku zapałek, i placówki o reputacji szczególnie mocno nadwerężonej skandalami w ostatnich latach. Jednak w odróżnieniu od wielu swych kolegów Curtis zwykle dopuszczał pomoc z zewnątrz, co dobrze o nim świadczyło, i gdy dostrzegł nas przy samochodzie Pete'a, na jego twarz wypłynął wyraz ulgi.
- Doktor Jones? - zawołał, ruszając w naszym kierunku. - Pan Li? Panowie służbowo?
Mike skinął głową Kolmbackowi, ale do mnie wymamrotał:
- Wiesz, L.T., ja też jestem doktorem... dlaczego wiecznie słyszę "doktor Jones i pan Li"?
- Nie wiem, Michael - odparłem cicho, też kłaniając się Kolmbackowi. - Może musisz spożywać więcej sproszkowanego rogu nosorożca, nie tym zajadają się twoi rodacy, by emanować większą siłą?
- Jacy, kurwa, rodacy? - odburknął Mike, przechodząc na sposób mówienia z rodzinnego Queens. - Jestem takim samym Amerykaninem jak ty, biała protestancka świnio, i dobrze o tym wiesz.
- Ja akurat wiem - odparłem - ale może ci dżentelmeni nie do końca... - Podchodząc do zbliżającego się technika, wyciągnąłem rękę, która szybko i z wdzięcznością została uściśnięta. - Curtis! - powiedziałem, próbując się zdobyć na jak najbardziej serdeczny ton. - Wyglądasz na lekko zszokowanego. Nie jesteś pewien swoich wniosków?
- Czy jestem pewien, nie wiem - odpowiedział Curtis, szmatką ocierając z potu łysiejącą głowę, po czym uścisnął z kolei dłoń Mike'owi. - Ale gdybyście sami rzucili okiem, chętnie usłyszę wasz komentarz. - Obejrzał się na przyczepę i na jego twarzy też odmalowały się konsternacja oraz zwykły smutek. - Doktora Weavera zadowala zwykłe morderstwo, może też napaść na tle seksualnym, ale ja... coś tu jest nie tego...
Spoglądając znowu na Pete'a, powiedziałem:
- Cóż, wygląda na to, że chyba każdy z odrobiną oleju w głowie uważa, że coś tu jest "nie tego". To co, idziemy zobaczyć?
Kolmback pokiwał głową i wskazał na medyka sądowego.
- Lepiej najpierw pogadajcie z Weaverem. To on stwierdza zabójstwo. I wiem, jak bardzo wy dwaj cieszycie się na spotkanie. - Curtis pozwolił sobie na półuśmieszek.
Westchnąłem głęboko.
- Hmm - mruknąłem - tak. Nic, nie ma rady. - I chcąc nie chcąc, poszedłem złożyć coś w rodzaju hołdu medykowi sądowemu, który był zajęty spisywaniem notatek na pełnej formularzy podkładce opartej o maskę swojego samochodu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki