Man size - Daniel Wołyniec

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

Każdy facet ma dużego, po prostu nie każdy naprawdę. Sądzę, że to zdanie w dużej mierze wyczerpuje definicję tego, czym jest dla mnie męskość :) Tak to już bowiem z nami, facetami, jest, że rozmiar to wymiar, w którym żyjemy. Nieważne, czy w sensie pozycji społecznej, jaką zajmujemy; w sensie zarobków, majątku, prestiżu; czy naszej osobowości, w sensie uroku osobistego, charyzmy, inteligencji; czy może tylko budowy naszego ciała, w sensie wzrostu, muskulatury; czy po prostu wspomnianej wielkości wspomnianego kutasa – męskość to wielkość.

No dobrze, powiecie, ale co, jeśli facet nie jest duży; jeśli, powiedzmy, zalicza ostry przegryw na każdym możliwym polu; wszędzie, gdzie się nie pojawi, robi za żałosny okaz niedostateczności, niewystarczalności i niedawania rady (w miejsce czego dawania permanentnej dupy), jeśli jest po prostu, kurwa, z każdej strony mały? Co wtedy? Cóż, odpowiadam, zawsze jeszcze pozostaje mu dystans do siebie... ;) A wierzcie mi, bo wiem coś na ten temat i to for real niemało, na dystansie do siebie można naprawdę daleko zajechać. Kurewsko daleko można zajechać na dystansie do siebie; wystarczy tylko, bagatela, żeby dystans ten także był odpowiednio zwielokrotniony...

(Żeby użyć taniej gry słów: jeśli masz małego fiuta, musisz sobie robić jaja – najlepiej z samego siebie ;)).

No więc tak to wygląda i nie za bardzo pragnie wyglądać inaczej. Kolesie, aka mężczyźni, aka my, skazani są na wielkość – kolesie, aka mężczyźni, to istoty ze swej natury feudalne.

Amen ;)

Przyznam się wam, że ile razy bym o tym nie myślał – a myślę, z powodów, które już wkrótce staną się aż nadto zrozumiałe, regu-, kurwa, larnie (WRR!) – zawsze staje mi przed oczami pewna scena filmowa. I teraz uwaga, uwaga, proszę o ciszę, bo to będzie naprawdę spora niespodzianka i niebywały cymes dla wszystkich wiernych fanów – to stuprocentowy outtake! Tak jest, kochani, nikt tego jeszcze nie widział, będziecie pierwsi, my tego nawet nie zapisali w formie scenariusza – był to zaledwie only a pomysł, luźny koncept, który rozważaliśmy z Andym i Jimmym, moimi tak zwanymi partnerami z PV. Jest to też akurat ten szczególny wypadek przy pracy, gdzie można mówić o współautorstwie moim i ich – rzeczywiście siedzieliśmy razem na dupie – to znaczy oni na swojej, ja na swojej; ja ze swoim szlugiem między zębami, oni ze swoim (akurat rzeczywiście palili na spółę) – i w wyniku ostrej burzy mózgów ten jeden jedyny raz stworzyliśmy coś razem. Brawo dla nas! :)

To coś nie miało jeszcze nawet nazwy, dlatego teraz, dla potrzeb naszego wstępu, pozwolę to sobie nazwać ad hoc – Big Dick Curse. Klątwa Wielkiego Kutasa – brzmi trochę jak sequel Klątwy Doliny Węży, no nie? :) Anyways myślę, że taki tytuł dobrze pasuje do całości i, co więcej, myślę, że Jim i And nie mieliby nic przeciwko, a nawet myślę, że również byliby na tak.

Jesteście gotowi? Słyszymy się? Raz, raz, próba mikrofonu. A zatem proszę, oto przed wami premiera światowa, proszę o ciszę, proszę o spokój. I give you the Curse.

 

Szkic sceny mniej więcej 25

Big Dick Curse

 

Scena idzie jak zwykle i jak zwykle kończy się tam, gdzie zwykle, czyli w dupie. Bezdennej jak nie powiem co, choć you get the general idea. Bohater spuszcza tragicznie oczy (niektórzy aktorzy szekspirowscy tak nie spuszczają). Nic innego nie pozostaje mu do spuszczenia.

BOHATER

Forgive me.

DOBRA DZIEWCZYNA

No biggie.

Średni dobór słów. Bardzo średni. Mimo wszystko bohater kiwa na: "to miło z twojej strony, że mnie nie poniżasz". Dziewczyna odkiwuje mu biblijnie – "nie poniża się poniżonych". Oboje doprowadzają się do porządku, ona poprawia swój make-up, on unmake-up i po chwili są na najlepszej drodze do powrotu do rzeczywistości – ona przedmiotu męskich zalotów i uwodzeń, on do roli kontruwodziciela, zniewodziciela, antylowelasa.

D. DZIEWCZYNA

To trzymaj się (uśmiech niepewny jak rokowania przy chorobie wieńcowej). Jakoś...

BOHATER

Spróbuję. Dzięki za... (uśmiech równie marny) being so gentle.

D. DZIEWCZYNA

(machając mu na bye-bye) So long.

Kolejny, kurwa, popis doboru słowotwórczego – pieprzona smart-ass.

Bohater odchodzi. Samotnie. Daleko. Beznadziejnie... Spójrzcie tylko na niego, spójrzcie na jego twarz zbitego psa, na jego nogi powłóczące, szurające po podłodze, spójrzcie na całą postawę jego ciała, przygarbioną sylwetkę, pochyloną głowę i oczy – te smutne oczy – tak smutne, że Seweryn Krajewski mógłby napisać o nich piosenkę... Miejcie pewność, że ona też to widzi. Bardzo wyraźnie to widzi.

To ją rozczula. It gets her – moves her. Totalnie łapie za mięsień sercowy i nie puszcza. Dziewczyna, nie przez przypadek zwana przez nas dobrą, zaczyna nagle odczuwać coś, co tak charakterystyczne jest dla odczuć osób nieprzypadkowo zwanych dobrymi – wzruszenie. Targają nią też coraz silniejsze i coraz bardziej burzliwe wątpliwości i wyrzuty sumienia: czy aby jednak na pewno nie byłam nazbyt niedelikatna względem tego biednego człeczyny? Czy aby jednak na pewno zachowałam się w porządku? Czy aby nie mogłam rozegrać tego inaczej, przychylniej, bardziej po ludzku, jemu, temu biednemu człeczynie? (Boże, pobłogosław instynkt macierzyński – bez którego większość facetów nie tylko by się nie urodziła, ale i nigdy nie poznała miłości w wariancie fizycznym). Tak więc w dobrej dziewczynie wzrasta litość. Nie na tyle może wielka, żeby przelecieć naszego biednego bohatera – nie jest jednak wariatką ani masochistką. Na tyle wszakże spora, żeby gdzieś tam z tyłu jej głowy pojawiła się ta mała, maleńka myśl, ta empatyczna mała myślinka, tak również charakterystyczna dla dobrych dziewczątek, że i jemu należy się coś od życia; że on także zasługuje na małe co nieco from life. I zaraz potem wpada na pomysł, jak mu to coś zorganizować...

Jeszcze tego samego dnia wieczorową porą D. Dziewczyna ogłasza na fejsie, że człowiek, któremu właśnie dała kosza, z którym nie przespałaby się, bo nie jest wariatką ani masochistką, ma pewien plus, pewną – jak by to ujął Marks do spółki z Engelsem – wartość dodatkową, pewne – jak by z kolei powiedziała współczesna informatyka – rozszerzenie...

WPIS D. DZIEWCZYNY

Wiem, jak to brzmi, wiem, że niewiarygodnie, ale co poradzę? Został naprawdę przehojnie obdarzony przez naturę!!! Zarówno on, jak i my, maj drogie lejdis, powinniśmy być jej za to megawdzięczne! :D

Pomnik jej zróbcie. Najlepiej od razu z drewna – będzie się nazywał: Woody Monument :/

Dziewczyny początkowo nie bardzo chcą wierzyć, pukają się w czoła.

PIERWSZA ODPOWIEDŹ

Cytując psa – how? Czy ty w ogóle wiesz, o kim ty w ogóle mówisz?!

DRUGA

Na pewno go z kimś nie pomyliłaś? Może z Bobbym L.? :P

TRZECIA

Żaal... :/

Ale nasza przesadnie empatyczna bohaterka nie daje za wygraną. Odpisuje, pewna swego.

KOLEJNY WPIS D. DZIEWCZYNY

Yes, he is, and yes, he has! I was shocked, double checked, made absolutely sure about it, it's strange, but it's true – he's huge!!!

(Nawet jej rym wyszedł – na bogato poszła!)

Takie wieści szybko się rozchodzą, nie mogą nie – tak szybko, jak szybko kończy się w rzeczywistości penis naszego bohatera. W niedługim czasie biedak ze zdumieniem zaczyna obserwować wokół siebie pierwsze rezultaty wzrostu przyrodzenia – a to jedna laska puszcza mu znaczące oko z auta stojącego obok na światłach, a to druga uśmiecha się zachęcająco, na całą szerokość łóżka w jej apartamencie, a to jeszcze inna dziwnie tendencyjnie potyka się przed nim na ulicy, akurat wprost w jego objęcia... Bohater, w tym wypadku rzeczywiście bohaterski (uratował laskę przed glebą!), nie bardzo wie, jak na to reagować – uśmiecha się nerwowo, ucieka oczami, ręce mu się pocą, wyciera je w chusteczkę...

Tak nawiasem mówiąc, czy nie sądzicie, że facet to taka bestia, że co ma zakryte w gaciach, to mu zawsze wylezie na wierzch drugą stroną?

 

UWAGA: Mężczyźni powinni nosić majtki na twarzy.

Uwaga: u mężczyzn twarz jest narządem intymnym :)

 

W końcu któraś panna wyjeżdża prosto z mostu i bez owijania w świstakowe sreberko.

KTÓRAŚ PANNA

Co robisz dziś wieczorem? Nie chciałbyś tego porobić razem?

No, panowie, chyba się ze mną zgodzicie – jak ci laska wyjedzie z takim dictum, niełatwo jest oponować, oj, niełatwo. Nawet jeśli twoje plany na wieczór przewidywały zabawę z psem, Gwiezdne wojny epizod V i samotną masturbację przed kompem.

No więc, not having much of a choice, nasz coraz bardziej zdumiony bohater stawia się o wskazanej porze w umówionym miejscu (so long, Han Solo, maybe tomorrow), z kwiatami, ładnie ubrany, umyty i odświętny – wciąż zdziwiony, że mu się to dzieje, ale wiadomo, głupi ten, co daje, głupszy, co nie bierze! Dużo to zdanie mówi o stosunku mężczyzn do kobiet. I do siebie :(

Tymczasem Dobra Dziewczyna, która zafundowała mu to a little "co nieco z życia", promienieje – jaka jest szczęśliwa, jak niezmiernie z siebie zadowolona, jak świeci niczym słonecznik; wie wszak, że zrobiła w życiu dobry uczynek i bardzo ją to cieszy.

D. DZIEWCZYNA

It's good to be good!

Yes, it is. Zwłaszcza że na randce wszystko idzie jak w bajce – pocałunki na "dzień dobry", uśmiechy na "jak miło cię widzieć" i "jak świetnie wyglądasz", sexy minki na "czego się napijesz", potem przymrużone oczęta, nisko drżący głos, ostentacyjne dotykanie się po włosach na "wysyłam ci ewidentny sygnał, stary, więc może byś coś z tym łaskawie zrobił, okej?". Do tego romantyczna kolacja, świece, nastrojowa muza jazzowa, seksowny saksofon, sfrustrowany fortepian; to Możdżer tam zapodaje z głośników – nie ma co, gościówa się postarała, zrobiła research, wie o kogo b. I last but not least musujące wino, które człowieka rozluźnia, odstresowuje, spuszcza napięcie i wprowadza w stan pożądany w tego typu sytuacjach, czyli absolutnej gotowości na absolutnie wszystko. Niestety na dziewczynę wino działa w ten sam sposób, toteż jeszcze łyk, jeszcze dwa, przełknięcie, powstrzymanie odbicia i bajka zamienia się w bajkę braci Grimm...

PARTNERKA

Słyszałam, że masz dużą pałę.

Bohater krztusi się winem. "Słyszałaś, że mam co?! Dużą co?!!!" Jest w szoku równie ciężkim jak stan pojebania tego, od kogo to usłyszała – panna równie dobrze mogła mu wyjechać, że słyszała, że ma ogon. Chyba z tego szoku, kompletnego zaskoku, kiwa bezmyślnie głową.

BOHATER

Yy, znaczy się jasne (kiwanie), z grubsza biorąc, tak...

PARTNERKA

(czuła na takie niuanse) Z grubsza... Mmm... (mruczy zmysłowo)

BOHATER

Zasadniczo?

Panna nie wytrzymuje – rzuca się na niego jak pantera na jelenia. (Też niestety nazewnictwo mocno a propos).

BOHATER

(jak oparzony) Co ty, gdzie ty?!

PARTNERKA

Nie uciekaj! Przecież uwielbiam duże fiuty, chcę i muszę je mieć!

I na niego! Dopada jego rozpora, porywa w diaboliczne szpony, paznokcie gną się boleśnie w starciu z twardym metalem...

BOHATER

(panicznie) Porozmawiajmy!

PARTNERKA

Nie ma o czym.

BOHATER

Muszę ci coś wyznać!

PARTNERKA

(zatrzymując się, z obawą w głosie) Co, jednak nie masz dużego?!

Ile jest rozpaczy w tym pytaniu?! Ile jest cierpienia w tej rozpaczy?! Bohater znów nie wytrzymuje ciśnienia.

BOHATER

Nie, no mam...

PARTNERKA

No to pomóż mi, durniu. Co mnie obchodzi, że masz żonę?!

I dalej na rozporek, z jeszcze większą siłą i dalszym zdecydowaniem. (Swoją drogą brawa za babską solidarność dla tej niewiasty, o, jakie wielkie!) Co było robić? Co wy byście zrobili na jego miejscu? Ja wiem, że ze swej strony zrobiłbym dokładnie to samo. Kto by zrobił co innego, niech pierwszy rzuci w niego otwartym rozporkiem. I we mnie też.

Zwiał. Nie było innego wyjścia! Wziął dupę w troki i spitalał z mieszkania, aż się za nim kurzyły zawiedzione oczekiwania partnerki. Zamiast pieprzenia spieprzanie – też niezły image.

Laska patrzy jak osłupiała, nie wie, co ją trafiło (ale przynajmniej jako słup możesz się potraktować jako symbol falliczny, droga lasko, i sama się obciągnąć. It's good to be dick!).

Dziwicie mu się? Możecie się, kurwa, dziwić, tylko co innego mu pozostawało? Wbrew słowom laski nie był durniem, dobrze wiedział, że kiedy by tylko w końcu rozpięła mu te cholerne spodnie i odkryła, że zza rozporka wieje cholerną przeciętnością, a nie zachwycającą szczodrością, jak ją mylnie informowano i jak sam on to zdradziecko potwierdzał, she herself by go wywaliła na zbity bruk i jeszcze kto wie, czy nie oskarżyła o gwałt, you never know.

 

UWAGA: Złożenie erotycznej obietnicy bez pokrycia, np. odnośnie do rozmiaru swoich narządów reprezentacyjnych, jest rodzajem seksualnego wykorzystywania drugiego człowieka. Facet, który okłamuje partnerkę na randce, że ma dużego – w związku z czym ona z chęcią idzie z nim do łóżka, a gdy już w nim jest, naga i gotowa, tak że niełatwo jest się teraz wycofać, pokazuje jej, że definicja żadnego słowa w ludzkim słowniku nie jest tak szeroka jak słowa "duży" – czy taki facet, pytam, nie powinien być traktowany jako przestępca seksualny? Okej, powiedzmy soft, soft molester, ale wciąż still?

 

Naturalnie tak samo należy traktować dziewczyny, które noszą staniki typu push-up, a także odzież odchudzającą :P

 

BOHATER

Menda (to o promieniującej Dobrej Dziewczynie, która rozpuściła o nim tę cholerną plotę). Pieprzona w dupę kołkiem osikowym menda.

Cdn.

*

Mam dziwne wrażenie, że w tej krótkiej scence mieści się praktycznie wszystko, co mam wam do powiedzenia na swój temat. W sumie nie byłoby tego that much w takim wypadku... :/ Ale serio mówiąc, chyba całą moją amerykańską karierę, trwającą już od tylu długich miesięcy, a przecież tak naprawdę dopiero się rozpoczynającą, można sprowadzić do tej skromnej fabułki. Myślę, że w tej krótkiej anegdotce znajduje swoje najlepsze podsumowanie, jakieś błyskawiczne streszczenie, powalający short, coś w rodzaju autobiograficznego haiku, które można wystawić zamiast wielkiej, tysiącstronicowej knigi, którą czyta się długo, mozolnie, nierzadko boleśnie, strona za stroną, rozdział po rozdziale, a strony ze zdjęciami, jak na złość, nie zostały, kurwa, uwzględnione, gdy tymczasem wystarczy zerknąć na takie krótkie coś i proszę bardzo. "Siara i wszystko jasne!" – jak by to ujął Kiler :)

Jeśli więc wśród czytelników są ludzie, którzy niespecjalnie lubią czytać, a sądzę, że jest ich tu not that few, myślę, że spokojnie mogą odpuścić sobie resztę tej historii. Po co męczyć oczy – jest tyle przyjemniejszych sposobów na ich zniszczenie (jaskra, zaćma, ponoć zwyrodnienie plamki żółtej stoi wysoko w notowaniach). Może jeszcze tylko niech skoczą z łaski swojej do rozdziału piątego obecnej części, doczytają kontynuację – to tylko kilka stron more – i mogą uznać, że mają mnie na talerzu – podany do stołu, jeszcze parujący i gotowy do konsumpcji1.

W zasadzie sam mógłbym się na serio zastanowić, czy jest sens to dalej ciągnąć. Sami rozumiecie, jest tyle przyjemniejszych sposobów na spieprzenie sobie kręgosłupa lędźwiowego i szyjnego (dźwiganie, bieganie, wypadki samochodowe)... Jeśli jednak tego nie robię, w sensie nie porzucam pisania at the very beginning, dzieje się tak wyłącznie dlatego, przechodząc na moment w nieco poważniejszą tonację, że mam pewien problem z naszą diagnozą z początku, tą o mężczyznach skazanych na wielkość, prawdziwą lub urojoną. To znaczy nie wiem, nie potrafię wam z ręką na sercu i szczerze powiedzieć, jak ja osobiście się w tym mieszczę. Choćbym z całych sił wytężał umysł i inteligencję – niektórzy twierdzą, że mi jej nie brakuje (ale kto by tam wierzył własnym starym?) – nie potrafię jednoznacznie i ostatecznie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jestem raczej nie naprawdę wielki czy też może nieprawdziwie mały.

Oto jest pytanie. To big or not too big? :)

Udzielenie na nie odpowiedzi nazwijmy resztą tej książki.

A będzie to książka porno. W sensie ścisłym! Nie o porno, w sensie: poświęcona temu ciekawemu zjawisku, tej interesującej branży, temu pasjonującemu tematowi świńskiego półświatka zboczonych świerszczyków, opisująca go z zewnątrz i za pomocą aparatury naukowej, krytycznej czy jakiej tam chcecie, lecz właśnie i nieodmiennie – porno. Buu! Budzące słuszną grozę porno, na którego dźwięk dreszcze przechodzą po ludziach jak tsunami po świecie. Książka porno. A wy będziecie jej widzami. Boicie się? Bójcie się! ;)

Od razu trzeba jednak uściślić, że będzie to porno bardzo szczególnego rodzaju, bo otóż porno rodzaju polskiego. Tak jak istnieje pornografia typu, dajmy na to, protestanckiego, której inspirujący przykład mogliśmy podziwiać u Larsa Von Triera w filmach Nimfomanka – część pierwsza oraz Nimfomanka – część druga, zwłaszcza w wersji director's cut (scena z aborcją – OMG!) – i od razu szybka eksplikacja:

 

Film porno protestancki – utwór o charakterze pornograficznym, który zamiast stymulować swoich widzów i zachęcać do podejmowania działań o charakterze seksualnym bądź autoerotycznym, zniechęca do tychże, działając destymulująco. Tak, kurwa, skutecznie, że człowiek prędzej włoży łapy w kosiarę niż sobie w gacie.

 

Tak też i pornos w stylu polskim musi mieć w sobie ten analogicznie rdzenny i immanentnie polski ingredient. Jako że nasza historia rozgrywa się w US of A, a więc kraju, w którym mój ojczysty kraj kojarzy się głównie z Polish jokes, papieżem i Holokaustem, pozwolę sobie na sformułowanie definicji polskiego pornola, nie bez związku z powyższymi.

 

Film porno polski – utwór o charakterze pornograficznym, pozbawiony scen seksu :P

 

Inspirujący przykład takiego dzieła będziemy mogli podziwiać w tym oto, trzymanym przez was w łapkach, dziełku. Kogo więc interesują momenty, niech się czuje ostrzeżony, a i pewnie jeszcze bardziej odprawiony i rozgrzeszony z powodu braku dalszej lektury. Momentów nie będzie, zamiast momentów będę ja. Danny Volinets, jak mnie tu nazywacie (no, worrex, nie mam pretensji), względnie Łolynek (no tu już nie skłamię, że nie mam...) – zwykły facet z Polski, który od almost two years próbuje się jakoś odnaleźć za Oceanem – hello and welcome, kłaniam się do stóp, całuję w palce, czule i serdecznie, witam w mojej książce.

Tak że tak to wygląda. No nie najnormalniej – jak widzicie – nie najbardziej standardowo. Ale w sumie czemu się dziwić? Is it really that surprising? Ostatecznie rzecz biorąc, czegóż innego można się spodziewać po najsłynniejszym nieseksualnym aktorze porno w historii porno? No przecież chyba nie czegoś zgoła przeciwnego, don't you think so?

Ale zaraz – wait, hold on a minute (!), słyszę wasze głosy zdziwienia, zdumienia, zwłaszcza tych, what's obvious, którzy nie są zbyt obeznani w temacie. Czy my dobrze słyszymy? Czy tobie się coś nie pojebało? Aktor jaki? Aktor czego? Aktor nie-co? Nie-jaki? Nieseksualny? W porno? Aktor porno nieseksualny?!

To jakaś pomyłka? Jakiś joke? Prank? Błąd zecera jakiś?

Tak – odpowiadam na wszelkie odgłosy szoku przemieszanego ze zdziwem. A raczej nie – nie błąd i nie zecer. Aktor porno nieseksualny. To właśnie ja (werbel perkusyjny), bodaj najsłynniejszy w historii, a na pewno w tym stuleciu. Witam w mojej historii, a raczej karierze; kłaniam się. O tym będzie ona traktować, o tym opowiadać. I historia, i kariera – o byciu kimś takim, o byciu aktorem porno nieseksualnym. O byciu mną.

Boicie się?

(Zapada niezręczna cisza – taka dokładnie, jak wtedy, gdy nie wiesz, jak zareagować na coś, na co nie wiesz, jak zareagować).

Spokojnie, odpowiadam tej ciszy, nie ma powodu do niepokoju, nie ma powodu do zapadania. Relax, calm down. Wszystkie wątpliwości i niejasne kwestie zostaną w trakcie dalszej lektury rozwiązane i wyjaśnione, a także rozwiane. Obiecuję, że po przeczytaniu tej książki nic was już nie będzie dziwić ani szokować, nie w temacie porno, nie w temacie mnie. To jedno mogę wam zagwarantować. Na to jedno możecie mieć moje słowo. Wystarczy tylko odrobina cierpliwości i all of this will be clear like a tear. Jasne i przejrzyste jak Góry Skaliste :)

*

Tymczasem, skoro już o mnie mowa, skoro już dotarliśmy do tego newralgicznego tematu, jakim jestem dla mnie ja, pozwólcie, że skorzystam z nadarzającej się okazji i wyjaśnię oraz uściślę kilka istotnych spraw i nieporozumień, które mogły się na przestrzeni tego year and a half pojawić. Należy, wzorem Mariusza Maxa Nazwiska-wymieniać-nie-trzeba, powiedzieć, jak jest lub też raczej, jak nie jest, co w tym akurat wypadku wydaje się nawet bardziej adekwatne. Wokół mojej skromnej osoby narosło już tyle mitów, zmyśleń i zwykłych bullshitów, po części za moją, niestety, sprawą i przy moim, niestety, aktywnym udziale, że należałoby mnie zdefiniować właściwie jako postać fikcyjną. W miarę dalszej lektury wszystkie te mity będą kolejno wyjaśniane i strącane, jednak trzy najważniejsze wymagają interwencji natychmiastowej – bez naprostowania tych trzech pierwszych nie warto w ogóle zaczynać.

 

Mit mojego wieku

 

Nie jest tak, że mam trzydzieści trzy lata. Na Boga, kurde, wystarczy spojrzeć na moje zdjęcie. Come on, ludzie, widzieliście kiedyś tak młodo wyglądającego trzydziestotrzylatka? Spójrzcie jeszcze raz – widzicie gdzieś ślady po operacjach plastycznych, botoksie, liftingu, wspólnocie genetycznej z George'em Clooneyem? Przecież to nie ma żadnego sensu, to się nie do-da-je!

Prawda jest taka, że w ogóle jeszcze nie mam trzydziestki. W chwili przyjazdu do Stanów, czyli początku tej opowieści, miałem dopiero ledwie skończoną dwudziestkę piątkę. Słowo harcerza, przysięga ministranta (nie byłeś ministrantem!), mogę to udowodnić, kserokopia dowodu osobistego, skan paszportu, green card do wglądu, a jak nie styka, metryka chrztu... Odpieprzcie się od mojego wieku! To tani chwyt, ściema obliczona na wywarcie odpowiedniego efektu na publiczności, czyli was... – dojdziemy do tego, w jakim celu podjęta.

 

Mit mojego pochodzenia

 

W tym wypadku trzeba powiedzieć, dość dziwnie i strangely enough, że nie jest tak, żeby nie było wiadomo, jak jest... A przecież tak by wynikało z lektury mediów społecznościowych, mojego bloga czy informacji ze stron PV i HP. Oczywiście, że pochodzę z Polski i oczywiście, że jestem Polakiem – kim innym, do cholery jasnej, miałbym być? Mongołem? Kurwa, Szerpą? Przecież nie Amerykaninem, na litość boską, nawet sobie ze mnie nie żartujcie w ten sposób.

To w sumie dość szczególnego rodzaju mit – i tak wszyscy doskonale o tym wiedzą i wiedzieli, tyle że nikt nie mówił tego na głos. Mit Poliszynela ;). Zatem, zamiast odkłamania – potwierdzenie: yes, I'm Polish, thank you very much, dziękuję, dobranoc, nice to meet you.

Tymczasem trzecia sprawa – najbardziej newralgiczna, najbardziej delikatna. Zarówno dla mnie, jak dla was... Sam nie wiem, jak to powiedzieć. Sam nie wiem, czy powinienem... Obawiam się, że to może trochę zaboleć. Obawiam się, że nie tylko trochę...

 

Mit mojego mnie

 

Bez względu na wszystko, co widzieliście. Bez względu na wszystko, co słyszeliście. Bez względu na to, co o mnie wiecie, sądzicie, w co wierzycie, czego pragniecie i co sprawia, że wam dobrze i czujecie się shinny, happy, zapewniam was i przysięgam – to nieprawda. Ja to nie ja, jeśli wiecie, o czym mowa. Mogę mówić tylko o jednym, więc domyślam się, że wiecie. A jak jednak nie, to zerknijcie może jeszcze raz na okładkę i zastanówcie się, czy naprawdę chcieliście kupić właśnie tę pozycję, bo może sprzedawcy coś się pojebało i dał wam nie to, co chcieliście.

Wszystko to ściema ściem i bujda na resorach resorów, lie inside a bullshit robed in a fraud. Jest mi z tego powodu przykro, jest mi z tego powodu sorry, bowiem wiem, jak bardzo zawodzę tu moich fanów, a i niemało fanek. Nie tak zachowują się pracownicy show-biznesu, nie tak postępują entertainers, których praca polega na rozrywaniu pragnących się rozerwać widzów i zapewnianiu im having a good time. Naprawdę moje wielkie, szczere i totalne sorry oraz please forgive me, że muszę rozwiewać ten pokutujący na mój temat mit, który z powodzeniem możemy uznać za wręcz założycielski. Moim celem jest jednak opowiedzieć wszystko, jak było, a nie jak powinno było być czy jak to komu jest potrzebne czy wygodne, żeby było. Teraz więc chwila zupełnie serio: zacząłem pisać te wspomnienia z jasną ambicją – no bullshit. Zero koloryzowania, zero ściemy, zero podciągania faktów pod, z góry założone, wnioski czy koncepcje, a także, co w moim wypadku jest akurat może równie ważne, o ile nie wręcz ważniejsze, żadnego pogarszania, psucia, kaleczenia i wiążącej się z tymi działaniami konieczności ustawicznego poniżania i umniejszania siebie i swojej roli. Nadszedł czas, żebyście dowiedzieli się, jak było – nadszedł czas, żeby Ameryka dowiedziała się, jak to wyglądało from my point of view. Nadeszła chwila, żeby pokazać wam behind the scenes, które tak lubicie oglądać.

Także sorry za obalenie :(

*

Między nami mówiąc, jestem niemal pewien, że to jest ten moment, w którym wielu czytelników pierdoli książką o ścianę i krzyczy na full regulator: "Pieprzyć to pieprzone gówno! Ten facet to jedno wielkie, pierdolone oszustwo!". Czy się mylę? Chyba się nie mylę, he, he ;) Ale cóż mogę zrobić? Mogę jedynie raz jeszcze zapewnić, że mówię prawdę, prawdę i nothing but the prawdę i polecić podniesienie upuszczonego przedmiotu i kontynuację lektury (chyba że to czytnik e-booków, wtedy to może nie być takie proste) – myślę, że pełne poznanie mojej historii przyniesie, per saldo, jedynie korzyści. Jest to bowiem historia naprawdę pouczająca, z której płynie mnóstwo niezmiernie pouczających wniosków. Nie wahajcie się ich wyciągać ;)

No dobra, to chyba tyle tytułem krótkiego wprowadzenia was do historii. Jeszcze może tylko szybka dedykacja:

 

Moim widzom

 

Oczywiście, komu innemu?

 

Bez Was nie tylko nie byłbym tym, kim jestem.

Bez Was nie byłbym także tym, kim nie jestem.

 

Czy wszystko wiadomo i wszystko już jasne? Czy nie ma więcej żadnych pytań i wątpliwości? No questions, no doubts? Teraz jest dobry moment, żeby przemówić lub zamilknąć na wieki. Hm? Nie? Jeśli nie, to załączamy na słuchawach, z łaski naszej swojej, Sympathy for the Devil (te bębny. Te wrzaski. Ten Jagger!) i zgodnie z ulubioną maksymą Jaya Bridge'a, którą dane mi będzie usłyszeć o te kilka do kilkunastu razy za dużo, żebym mógł udawać, że mam do niej, podobnie jak on, przyjazne odczucia – jedźmy z tym koksem!

– Get on with this cock(s)!

:D

1 Uwaga! Podaję przepis na gotowanego mnie:

Składniki: Jeden Polak. Jedno Los Angeles.

Sposób przyrządzenia: Obieramy Polaka z godności, wkładamy w rozgrzane Los Angeles. Mieszamy, czekamy, aż Polak zrobi się nieszczęśliwy. Wyjmujemy nieszczęśliwego Polaka i kładziemy na talerzu. Posypujemy przyprawami.

Preferowane przyprawy: Szczypta pieprzu. Odrobina soli na jego rany. Zioła prowansalskie.

Po kilku sekundach Polak jest gotowy.

Uwaga! Polacy najlepiej smakują z frytkami. Smacznego! Mówiła Nigella LawLESSson.

 

INTRO

Kamera filmowa. Zacznijmy od niej. Od czegóż zresztą innego mogłaby się zaczynać taka historia jak ta? Może od klawiatury, ale o niej nie mam nic ciekawego do powiedzenia, więc musi pozostać kamera. Zatem kamera. Kamera to naprawdę szalenie ciekawe zjawisko, zwłaszcza w dzisiejszych, tak szalenie audiowizualnych czasach. Jako człowiek, który liznął zarówno teoretycznej, jak i praktycznej strony zagadnienia pod tytułem kino, mogę zażartować, że jako filmoznawca powiedziałbym: kamera filmowa jest przyrządem do badania rzeczywistości pozafilmowej. Na co natychmiast nie zgodziłbym się jako filmowiec, twierdząc, że nie, nie, po trzykroć, kurwa, nie: kamera to instrument do tworzenia rzeczywistości pozarzeczywistej, czysto filmowej, która nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek pozafilmowością what so ever, więc odwalcie się, durni teoretycy, wracajcie do swoich głupich bibliotek i kontynuujcie najbardziej chujowy model życia, jakim jest komentowanie cudzej pracy za pieniądze (brawa) :)

Socjolog stwierdziłby zapewne, że kamera to przyrząd do sterowania ludzkimi umysłami. Psycholog, że projektor zbiorowej jaźni. Politolog, że instrument władzy. Ideolog, że narzędzie represji i opresji społecznej. Filozof zaś, że właściwie nie wiadomo co, ale faktycznie warto by się nad tym w wolnej chwili zastanowić. Dziś wiem, że kamera jest wielkim weryfikatorem. Czym? – zdziwicie się. Właśnie tym, weryfikatorem. Wystarczy ją włączyć, nieważne, czy jest prawdziwa, tzn. ta z profesjonalnego planu zdjęciowego, która kosztuje majątek i służy do tworzenia magii w największych blockbusterach, czy taka tylko zwykła na telefonie z Wallmartu, którą kręci się chrzciny, wesela i wypadki samochodowe. Zresztą, to nawet nie musi być kamera, może to być tylko zwykły aparat fotograficzny – taki, którym się robi selfie i wrzuca na social media, żeby pokazać, kim chciałoby się być, lecz nie jest (zdjęcie to też weryfikacja, wcale nie mniejsza) – coś w każdym razie z obiektywem, coś, co chwyta rzeczywistość, rejestruje, zamyka ją w ciasne kleszcze perspektywy, tnie do rozmiaru prostokąta i utrwala, zapisuje, zachowując do wglądu. Wystarczy włączyć aparat rejestrujący i ustawić przed nim ludzi, a wszystko staje się jasne. Kliknij rec, a odpowiedzi zostaną ci dane.

Kto jest kim? Kto jest czym? Kto jest jaki? Kto ma charyzmę, a kto cierpi na jej patologiczny niedowład? Kto wygląda dobrze, kto wygląda średnio, a kto nie wygląda wcale? Kto jest fotogeniczny, kto nie jest, kto jest sexy, a kto jest seksu antytezą? Dziesięć fotek, dziesięć sekund i widać jak na dłoni, kto z nas, drodzy współuczestnicy audiowizualnej kultury naszych czasów, ma charakter raczej poważny, a kto ma raczej śmieszny, kto wygląda jak mąż stanu, a kto jak żona Lota, kto budzi zaufanie, a kto litość, kto zaciekawia, a kto nudzi, kto jest prawdziwy, a kto sztuczny. Kto skupia na sobie spojrzenie i przyciąga uwagę, a kto tego nie robi i choćby nie wiem, co robił, nie zrobi?

Tak. Na te pytania odpowiada kamera. Tymi kwestiami kamera się zajmuje. Te kwestie kamera weryfikuje. Who is who and who's not?

*

Jest dziewiąty lutego. Półtora roku temu. Niedziela. Dzień zero. Wiem, że dla was ta data jest pewnie kompletnie bez znaczenia i jesteście na generalnym "we don't give a damn i o czym ty, człowieku, do nas mówisz w tym momencie, powiedz?". Dla was to musiało być przecież znacznie później i zapewne każdy ma swój własny dzień zero, kiedy po raz pierwszy zapoznał się z tematem i, jak ujmie to jeden z followersów, postanowił pozostać z nim na zawsze.

Co do mnie – wyznaje Gary21 – przyznaję, że zaczęło się dopiero od Two Ways

To samo – zgadza się SimonDone. – Two Ways rullez! Two Ways best! :)

Absolutny beściak!

Fuckers! :/

Ja tam wolę Locked In Elevator :D – wtrąca MegaMick.

Serio?

Sentyment ;)

No chyba że. U mnie zdecydowało Date. Może trochę późno, ale za to z przytupem że ja perdolę :P

Ja Wind Of Bribe – wyznaje kolejny. – Jeszcze później :(

Right to be right

New Neighbors

Anything Please

Był i jeden zawodnik (Desplat__), który twierdził, że on zaczął od samego początku, from the very right beginning:

Totalna poważka, no shit, zero kitu

Ale ludzie, podobnie jak ja, nie bardzo dawali wiarę w takie rewelacje. Oczywiście najwięcej osób było po LST, tego możemy być pewni.

LST

LST

LST

LST

Mogę mnożyć w nieskończoność.

Tak więc jestem absolutnie pewien, że dla was to nie ma żadnego znaczenia, macie to w tzw. głębokim poważaniu, ale thing is, że dla mnie ma, ja to mam w poważaniu znacznie płytszym, bo dla mnie to było wtedy.

9 lutego, w niedzielę, półtora roku temu – wyznaje użytkownik Daniel26. – Tego dnia, o tej porze, w tym miejscu, ja sam postanowiłem pozostać w temacie.

Forever.

Choć, zgoda, słowo "postanowiłem"/"postanowić"/"postanowienie" nie jest w moim przypadku najbardziej na miejscu. Chyba się nie mylę, Sz. P. Renomo11? :/

Jest dziewiąty lutego, niedziela i dosłownie przed momentem wyszedłem na swój popołudniowy spacer. Tuż po godzinie trzynastej, więc krótka przerwa w pracy i czas na doładowanie akumulatorów na kontynuację after come back. Oczywiście jest to zupełny przypadek, mogłem nie wyjść albo wyjść później i wtedy nie byłby to dziewiątego lutego w niedzielę, ten cały dzień zero, kiedy wszystko się zaczęło. Ale co to w sumie za różnica, what difference does it make, czy dziewiątego, dziesiątego, jedenastego czy dwudziestego ósmego lutego, marca czy lipca? To nie moje wyjście na spacer było powodem czegokolwiek. Moje wyjście na spacer było tylko dowiedzeniem się o tym. Gdybym wyszedł dzień wcześniej, może już dzień wcześniej bym się wszystkiego dowiedział i nasza opowieść musiałaby się zacząć dwadzieścia cztery godziny earlier. (W sumie może dobrze, że się tak nie stało, będzie mniej do czytania ;)).

Tak więc dziewiąty lutego, this and no other, dzień, jak widzicie, upalny i gorący (a zdanie godne co najmniej barona Bulwera-Lyttona :P), słońce grzeje równo, niebo pozbawione chmur w równym stopniu, co powietrze ruchu, czyt. wiatru, temperatura na poziomie osiemdziesięciu dwóch stopni Fahrenheita, co na Celsjusze daje dwadzieścia osiem, co o tej porze roku może dziwić tylko kogoś, kto nie pochodzi z tej szerokości geograficznej. Czyli kogoś takiego jak ja. Generalnie żar tropików i szaleństwo zmysłów.

Niedawno, parę dni wcześniej, zaczął się mój trzeci miesiąc w Kalifornii. W pięknej, gorącej i diabelnie uderzającej do głowy Kalifornii, a ściśle rzecz biorąc Los Angeles, Mieście Aniołów, bo przecież o nie tu chodzi i nie udawajmy, że chodzi o jakiekolwiek inne miejsce. Nie są to, rzecz jasna, liczby ani specjalnie okrągłe, ani specjalnie inspirujące do jakichś zmasowanych rozważań i bilansów zysków i strat. Dlatego też nikogo chyba nie zdziwi, jeśli powiem uczciwie, że wtedy ich nie robiłem. Ani tego dnia, ani poprzedniego, ani w ogóle w obrębie ostatniego horyzontu czasowego. Sześćdziesiąt kilka dni, dwa miesiące, come on – nie była to nawet połowa mojego planowanego pobytu tutaj. Nawet przez myśl mi nie przechodziło, żeby snuć refleksje pt. "jak mi idzie?", "jak wypadam?", "co mi się udało, a co nie?", "czy wykorzystałem/ałam swoją szansę?" etc. Na tym etapie nie widziałem powodu ani sensu, aby robić podobny bilans kwartalny.

On the contrary zatem, idę sobie spokojnie na niezobowiązujący spacer, nie myśląc o tych sprawach, za to myśląc o zupełnie innych, niebieskich, migdalnych, palę papierosa, ocieram pot z czoła, zastanawiam się, czy nie iść do jakiegoś sklepu i nie kupić sobie zimnej coli albo równie orzeźwiającej wody. Jeśli się bliżej przyjrzeć, właściwie nie robię nic, co by zasługiwało na to, aby to opisywać, za to robię wszystko, co by należało immediately wyciąć i nie zanudzać was banalnymi, niepotrzebnymi opisami, z których nic, naprawdę nic nie wynika.

My God, ile bym dał, żeby tak zostało. To znaczy, ile bym dał, żeby moja historia was zanudziła... Wiele, naprawdę wiele, może nawet everything, by mogła się skończyć właśnie w tym miejscu, na banalnych, zanudzających opisach niewartych opisania, niewartych czytania, które ktoś by potem zrecenzował jako: "Nużące", "Niepotrzebne", "Książka, bez której przeczytania można się obejść...".

Ile bym dał, aby zostać tak zrecenzowanym. (Spokojna głowa – wszystko przed tobą!)

Bo jest dziewiąty lutego i do godziny zero pozostaje zaledwie dziewięćdziesiąt minut. Półtorej godziny. W sumie trudno powiedzieć, czy to mało, czy dużo – zależy, jak spojrzeć. Standardowy film w tym czasie zdąży się zacząć i skończyć, może tylko końcowe creditsy nie dadzą rady przelecieć do końca, więc nie dowiemy się, kto był statystą w piętnastej scenie ani kto odpowiada za dowóz kawy i pączków, a także za ich zjedzenie :). Plus minus tyle trwa też wykład na studiach, minus ewentualna przerwa, jeśli profesor jest nałogowym chain smoker i potrzebuje ze dwa razy przerwać. W istocie to, czego wkrótce na waszych oczach doświadczę, można nazwać wykładem i lekcją – wielką lekcją końca świata, wielkim wykładem this is it, man, jesteś w czarnej dupie i nie będziesz nigdzie indziej... Ponieważ jednak nie jest moim celem ani zamiarem nikogo pouczać ani nauczać, ani w ogóle przedstawiać treści o charakterze dydaktycznym (wszelkim treściom dydaktycznym pokazuję stanowczy middle finger!), lepiej dać sobie na wstrzymanie z tą metaforą i powrócić do tej z filmem, w którym zawsze może się zdarzyć coś ciekawego, ktoś coś zrobi, ktoś kogoś zastrzeli, coś się będzie działo.

Co do mnie – idę. Postępuję krok za krokiem w moim filmie, równym, spokojnym tempem, równie monotonnym, co gdybym spał, zamiast iść. I rzeczywiście poniekąd to robię – idę, śniąc mój American dream, śnię go już od dwóch miesięcy, zaciągam się papierosem i niczego nieświadom idę wzdłuż długiej, dalekiej ulicy, gdzieś w obcym kraju, w nieswoim mieście. Idę przez ostatnie dziewięćdziesiąt minut spokojnego życia. Właściwie – w ogóle życia.

*

To nie ma żadnego związku z prawdą na nasz temat, więc sobie nie myślcie. Powiem więcej, to, co widzi w nas kamera, to z reguły nie jest prawda na nasz temat. Na pewno każdy z was zna kogoś godnego szacunku, z którym się liczycie; człowieka mądrego, zacnego, poważnego, stanowiącego wzór cnót wszelakich. Ja w każdym razie znałem. Gdy spotyka się kogoś takiego w prawdziwym życiu, natychmiast ma się ochotę złożyć mu wyrazy szacunku, oddać hołd lenny, pokazać, że jest się wartym jego uwagi, że nie chce się go zawieść. Ale co z tego, skoro na zdjęciach ktoś taki wychodzi z reguły jak esesman? W dodatku wprost z 'Allo'Allo – kumacie, takie wąskie usteczka, świdrujący wzroczeczek, God only knows, jakie myśli pod zmarszczonym czółkiem... Człowiek na niego patrzy i ma ochotę zastrzelić go z pistoletu na wodę. So much for authority.

(Na pocieszenie: w przypadku gwiazd filmowych jest z reguły odwrotnie. W rzeczywistości bida z nędzą, syf z mogiłą, na ulicy w życiu nie zwróciłbyś na toto uwagi, przemknęłoby ci to niepostrzeżenie jak Daniel Craig po Przebudzeniu mocy. Jednak na ekranie wybuchają, błyszczą, stają się najwięksi, zjawiskowi, magnetyczni, hipnotyzujący ci oczy i niepozwalający odejść, dopóki nie dotrzesz do dna spojrzenia. Na ekranie są w Casino Royale)2.

Kto jest kim, decyduje kamera – chcesz się dowiedzieć, kim jesteś, idź na casting. Albo zresztą nie idź, poczekaj, aż casting przyjdzie do ciebie. Castingi mają to do siebie, że chodzą po ludziach. W galeriach handlowych w okolicy weekendu zdarzają się często takie special attractions, że wystawiają ci na środku białe namioty, wokół nich przechadzają się uśmiechnięte atrakcyjne hostessy z bulimią i zapraszającym słowem: "Może pan/pani się zdecyduje? Zapraszamy!". Zgódź się, weź udział, uczestnicz w zdjęciach próbnych. Wejdź do środka namiotu i daj sobie trzasnąć kilka fot, które dostaną się potem w ręce banku twarzy (że tak powiem), gdzie każdy, kto kręci filmy, seriale czy programy telewizyjne typu dokudramy, może sobie wejść i odnaleźć, czego szuka. Potem poczekaj, czy zadzwonią. Jak zadzwonią, słuchaj uważnie, co powiedzą.

– Potrzebujemy amanta. Potrzebujemy brzydala. Potrzebujemy lekarza. Prawnika. Polityka. Psychopatę. Mordercę. Jego ofiarę. Niesłusznie oskarżonego o tę zbrodnię. Złodzieja. Milionera (o ile to nie to samo). Intelektualistę. Lekkoducha. Kogoś dobrego. Kogoś złego. Kogoś znanego. Kogoś anonimowego. Kogoś popularnego, kogoś nie. Kogoś, kto kogoś przypomina lub człowieka podobnego z twarzy zupełnie do nikogo...

Wtedy będziesz wiedzieć, kim jesteś, drogi współuczestniku audiowizualnej kultury naszych czasów. A jak nie zadzwonią, też okej, też będziesz wiedzieć. Jesteś nikim.

*

How I got into this? Jak to się mogło stać, że za niecałe dziewięćdziesiąt minut znajdę się tam, gdzie się znajdę, czyli w samym środku sytuacji kryzysowej, mówiąc eufemistycznie, a mniej eufemistycznie, pardon my french, w tej bezdennej chujni, w jaką zamieni się my life? Jak to się mogło stać, że się tak stanie? Jak to się mogło stać, że za niecałe dziewięćdziesiąt minut stanę się nikim?

Nie pojmuję tego, nie umiem sobie wyjaśnić. Powiedziałem wam, że nie miałem żadnych refleksji z tytułu dwóch miechów w LA? Oczywiście podtrzymuję to, gdybym jednak miał, to znaczy zrobił that day bilans zysków i strat, i postanowił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dobrze zrobiłem, że tu przyjechałem i czy był to dla mnie right move, czy też raczej jednak no, it wasn't, nie mógłbym odpowiedzieć inaczej niż "yes". A nawet "YES". A nawet, kurde, "FUCK YES!!!".

Na tym etapie naprawdę wyglądało na to, że cały entire universe mówi mi: "that's right, dude, keep going!". Od dwóch miesięcy mieszkałem w Los Angeles – pięknym, słonecznym, wspaniałym Los Angeles. Miałem zieloną kartę, więc I was the man. To tak a propos swoją drogą tych wszystkich gigantów z drzewa sandałowego, którzy twierdzili i do dziś nierzadko twierdzą, że jestem nielegalem i już, zaraz, in two minutes, capną mnie urzędnicy imigration office i deportują z powrotem do Polski. Nie, nie jestem i nie, nie deportują – miałem, po prostu and simply, pewne rodzinne koligacje, nie ma sensu wchodzić w szczegóły (niektóre nie są legalne ;)), które ułatwiły mi zdobycie GC i przyjazd do Stanów. Koniec tematu.

Mieszkałem w porządnym miejscu, miałem fajnych znajomych, przyzwoitą pracę i, co najważniejsze, dzięki znajomości z Mr. G., miałem perspektywy! Realne perspektywy na realną przyszłość w tym kraju i tym mieście. Nie wiem, czy ten amerykański sposób myślenia rzucił mi się na mózg, ale od pewnego czasu byłem coraz bardziej pewien, wręcz deadly sure (z akcentem na deadly), że ja już właściwie osiągnąłem swój cel i już właściwie zrealizowałem to, o czym marzyłem, a tylko po prostu muszę jeszcze odrobinkę poczekać, zanim się to stanie tak na sto procent oficjalne.

Wiecie, coś a la honorowy Oscar, którego dają ludziom, którzy nigdy nie dostali tego normalnego, a niedługo umrą – Akademia się zbiera, decyduje, wydaje oświadczenie, że to właśnie ty go dostaniesz this year, więc wstrzymaj się z umieraniem jeszcze przez te parę tygodni, you old dirty bastardzie. Tak że już wiesz, już cię powiadomiono, już go masz w kieszeni i nikt ci go nie może odebrać (no, chyba że komuś się nagle przypomni, że go molestowałeś seksualnie dwadzieścia pięć lat temu, to wtedy who knows) – więc jedyne, co musisz zrobić, to poczekać do dnia ceremonii, gdy Oscar zostanie ci wręczony fizycznie i do faktu posiadania go dołączy też fakt posiadania go w jego materialnej emanacji ze złota.

I tak samo było ze mną, exactly the same – musiałem tylko chwilę poczekać, jeszcze wstrzymać się z umieraniem, aby do faktu, że osiągnąłem swój cel, dołączyły materialne emanacje jego osiągnięcia. Aczkolwiek nie jestem do końca pewien, jakiego w moim wypadku byłyby koloru – o zieleń aż tak mi nie chodziło, podobnie jak o złoto, więc może biel? Czerń i biel? Czerń na bieli? Doesn't w sumie matter. Wstyd się przyznać, ale byłem tego pewien. Byłem absolutnie positive about it. Bo niby czemu nie? Czemu nie miałoby mi się udać? No sami powiedzcie, czemu nie miałbym osiągnąć tego, o czym marzyłem i do czego dążyłem? Czemu nie miałbym zrealizować swoich planów? Zwłaszcza, że, as I said, miałem już pewne podstawy, jakiś punkt zaczepienia i zamocowania, który, jeśliby tylko wystrzelił, a przecież czemu, do cholery, nie miałby wystrzelić?!, doprowadziłby mnie dokładnie i wprost do celu, który sobie wyznaczyłem.

Jest dziewiąty lutego, półtora roku temu, dzień zero, idę ulicą, palę papierosa i rośnie we mnie poczucie zbliżania się do celu, rośnie we mnie poczucie sukcesu. Jeszcze dziewięćdziesiąt minut będzie rosło – jeszcze tylko przez dziewięćdziesiąt minut, cyfr. 90, ang. ninety – będę człowiekiem, który odniósł sukces w LA. Potem się zbudzę, nastąpi gwałtowny, brutalny wake up from my American dream, który nagle okaże się niczym innym niż American bullshit, jeśli nie nightmare. Potężne wybudzenie do realu, gdzie zacznie się rzeczywistość tak radykalnie inna, tak drastycznie i dramatycznie odmienna od tej, którą sobie jak idiota śniłem, że aż mi siebie jest żal. Czy i wam mnie żal? Powinno być, God damn you.

How I got into this?! Powiedzcie wy mi, moi drodzy i szanowni czytelnicy, którzy przejdziecie ze mną przez tę cholerną gehennę, dla niepoznaki nazwaną literaturą piękną – jak to się wszystko mogło tak totalnie i nieodwołalnie spierdolić?

2 Z czego wynika ta właściwość zdjęć, niech się może wypowiedzą specjaliści od obiektywów, ogniskowych, wizjerów i faktur obrazów, i tego, jak zniekształcają one obiekty fotografowane. Choć zapewne i oni w końcu bezradnie rozłożą łapki na boki. To po prostu tajemnica fotogeniczności, być może najbardziej niezgłębiona tajemnica naszych czasów (wliczając mechanikę kwantową) – czemu ktoś jeden wygląda na zdjęciu dobrze, a ktoś, jak to ujęliśmy, wcale? Why, oh why?

SOME GUY

– A tak w ogóle, Danny – usłyszałem głos siedzącego vis-a-vis mnie faceta, najstarszego z ekipy i z tego powodu nazywanego fourty-years-old-John – jakie są twoje plany na przyszłość?

– Właśnie! – podchwyciła dziewczyna z boku. – Co planujesz?

Zanim zdążyłem machnąć ręką na nevermind, zanim zdążyłem wydukać coś w stylu "och, to zupełnie nic szczególnego, nie warto nawet o tym wspominać", zrozumiałem, że mam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Literalnie, kurde, wszystkie głowy zwróciły się w moją stronę jak jeden mąż, rozmowy zamilkły, a w oczach pojawiło się pulsujące oczekiwanie. Poczułem, że nogi się pode mną uginają – a raczej ugięłyby, gdybym zamiast siedzieć przy stole, stał.

– Yyy – jęknąłem żałośnie. – Moje plany? Chcecie znać moje plany?

Time for a little confession – nigdy nie byłem mistrzem wystąpień publicznych. I know what you gonna say, wiem, że takie wyznanie w ustach kogoś takiego jak ja, kto wykonuje taki zawód jak mój, może mocno dziwić, a nawet szokować z towarzyszeniem opadu szczeny (copyright to Miko, którą pozdrawiam w tej chwili), ale taka jest prawda! Musicie mi wierzyć na słowo, że wszelkie tego typu akcje, gdy stajesz się nagle i bez wyraźnego powodu główną atrakcją wieczoru, dosłownie i w przenośni ścinają mnie z nóg. Serio! Natychmiast zaczynam się jąkać, dukać coś trzy po trzy, pocić, blednąć, stawać na granicy zawału serca, od którego nastąpienia ratuje mnie wyłącznie młody wiek (btw zaleta, której wkrótce się pozbędę) i natychmiast próbuję gdzieś uciec, odejść na bok, usunąć się w cień, zejść z linii pierwszego strzału, byle tylko jak najszybciej o mnie zapomniano i zajęto się czymś innym.

Nie inaczej było i tym razem. Z tą jedną różnicą, że nie miałem dokąd uciec.

– No, Danny – ponaglił mnie Mike. – Powiedz im to, co powiedziałeś mi w samochodzie. Nie wstydź się.

– O, wow – zaciekawiła się jego siostra. – Teraz to już jestem megazainteresowana!

– Dawaj, Dan. – Kolejna prośba.

– Nie daj się prosić.

– You have to tell us!

Kiedy ktoś ci mówi, "you have to tell us/musisz nam to powiedzieć", wiesz, że sytuacja osiąga powoli masę krytyczną i nie zbędziesz kogoś takiego byle czym. A ja wciąż miałem na to nadzieję – niezdarnie odłożyłem widelec i jeszcze bardziej koślawo otarłem serwetką usta.

– Och, to nic szczególnego – powiedziałem nerwowo nieporadną angielszczyzną, po czym spróbowałem się ratować starym, dobrze znanym numerem. – Nie warto o tym nawet wspominać... – Machnięcie ręki.

Plus uśmiech w stylu: wierzcie mi, naprawdę możecie się bez tego obejść, naprawdę możemy zmienić temat.

Ale masa krytyczna, jak powiedziałem, została już przekroczona.

– Pozwól nam to osądzić – naciera Vic.

– Yeah – zgadza się jej sąsiadka – let us be the judges.

– Don't be so shy. – Kolejna dziewczyna niemal kładzie mi rękę na ramieniu.

Moje zdenerwowanie od tej ręki – plus dwieście.

– But really – dalej próbuję – it's absolutelly nothing special...

– Come, come – mówi John.

To "come, come" widzę we wszystkich oczach, które na mnie patrzą. Dziesięć osób i jeden ja. Dziesięć par oczu i uszu, łącznie dwadzieścia (chyba że o czymś nie wiem), wszystkie wpatrzone i wsłuchane we mnie jak w telewizor z kanałem na Super Bowl o wiadomej porze roku.

Moje zdenerwowanie – plus pięćset. Tętno na podobnym poziomie.

– Muszę siku – ratuję się ostatnią rozpaczliwą próbą.

Ale oni nie chcą nawet o tym słyszeć.

– Wysikasz się potem – złośliwie rzuca Mike.

– Go on, Danny. – Kolejna prośba. – What you're up to?

– Don't keep us waiting!

– Shoot us.

– Go!

I już widzę, że się nie wywinę. Już widzę, że nie ma co marzyć i snuć beznadziejnych rojeń.

Moje zdenerwowanie – plus tysiąc!

*

Do Kalifornii przyleciałem pod koniec listopada. Do Mike'a. Kim był Mike? – spytacie. Mike – odpowiem – był kumplem z Polski. To znaczy ze Stanów, ale poznanym w Polsce. Jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało, był Amerykaninem zakochanym w Polce. Polka była moją kumpelą ze studiów and that's the whole french connection over here. Nie pamiętam już, jak się poznali ani co zdecydowało, że zapałali do siebie tak intensywnym uczuciem – musiało to być jednak uczucie totalnie nadnaturalnych temperatur, skoro koleś porzucił swój ojczysty kraj, swoją ojczystą Kalifornię i zamieszkał z wybranką serca w kraju nad Wisłą, w dodatku w pewnym mieście ze smogiem. Co za dziwny człowiek – myślałem wtedy o nim. W sumie do dziś tak myślę :)

Spotkałem go na paru imprach studenckich i muszę przyznać, że początkowo nie robił na mnie big impression. Perfekcyjny stereotyp Amerykanina – wiecznie uśmiechnięty, wiecznie zadowolony ze wszystkiego, z sobą na czele. Człowiek, dla którego zło na świecie nie istnieje, a na każde pytanie o samopoczucie odpowiada z tym samym, za każdym razem coraz mniej znośnym, uśmiechem: "I'm fine", "just perfect", "totally and inevitably great!". Tego ostatniego to nawet nie zrozumiałem, jak za pierwszym razem z tym wyjechał, musiałem potem sprawdzić w słowniku, o co kaman!

(Btw wszystkich moich amerykańskich czytelników dotkniętych tym opisem szczerze I'm sorry ze swojej strony – po prostu wiecie, jak ktoś pochodzi z Europy Wschodniej, każdy, kto jest szczęśliwy i zadowolony z życia, jest kimś w rodzaju wroga ideologicznego ;))

Jedyne, co mi w nim trochę imponowało, to jego zarost (hy?) – co chcecie, miałem wtedy dwadzieścia lat i jak widziałem kogoś takiego, kto musi się golić pewnie ze dwa razy dziennie, o ile nie trzy, myślałem: Jesus, jesteś moim bogiem, chcę być taki jak ty!

Potem, jak to zwykle w tego typu studenckich czasach bywa, raz się razem napiliśmy i załapaliśmy wspólny flow. I tak poszło. Polubiliśmy się na tyle bardzo, że od tego momentu imprezowaliśmy już cały czas na togetherze, jak to on kiedyś zgrabnie określił, tworząc słynny kwartet egzotyczny, w którego skład wchodził on, ja, mój kumpel M. oraz José z Wenezueli student stosunków międzynarodowych. José z Wenezueli, tak naprawdę nie był żadnym Josém z Wenezueli ani nawet studentem stosunków międzynarodowych. Nazywał się Arek i pomijając dziadka z volkslisty, był stuprocentowym Polakiem. Po prostu raz, gdzieś w jakimś klubie, ktoś mu powiedział:

– Ty, ale numer, wyglądasz zupełnie jak José z Wenezueli.

– Kto to jest José z Wenezueli? – spytał on.

– Student stosunków międzynarodowych.

Miał niestety tego fatalnego pecha, że byłem świadkiem tej wymiany zdań. Tak narodził się José z Wenezueli, student stosunków międzynarodowych ;)

Większości naszych imprez nawet nie mógłbym wam opowiedzieć. – Nie dlatego, że są zbyt szokujące – w tej opowieści, jak się wkrótce przekonacie, temat zbytniej drastyczności nie istnieje – ale dlatego, że ich nie pamiętam! Pieprzony amerykański spring breaker wyjął mi z życiorysu połowę trzeciego roku akademickiego! Chlalibyśmy i kolejny rok, Bóg jeden raczy wiedzieć, jakie dalsze spustoszenia w mojej biednej pamięci czyniąc, gdyby nie to, że wkrótce potem Mike pokłócił się ze swoją Polish girlfriend – tą moją kumpelą – i to tak śmiertelnie skutecznie, że nie było czego zbierać. Ona mu powiedziała, że żałuje, że go znała, że rok z nim był największą pomyłką w jej życiu, on jej odpowiedział: "I'm fine, just perfect" i tyle ze sobą gadali. Mike wrócił do Ameryki i więcej go nie było.

Nasz kontakt jakimś cudem jednak przetrwał, choć ze zrozumiałych względów ograniczał się wyłącznie do Messengera. Gadaliśmy od czasu do czasu, wymieniając uwagi o filmach, piosenkach i innych tego typu bzdetach, na których trwoni się czas na social mediach. Mike przez cały czas zapraszał, żeby go odwiedzić.

"Stary, zbieraj ekipę – pisał – i wpadajcie do mnie do Kalifornii. Będziemy się świetnie bawili, obiecuję!"

Że jednak nikt nie przyjeżdżał, po jakimś czasie zaproszenia się skończyły, podobnie rozmowy. Pozostały życzenia na urodziny, święta, w tym raz na thanksgiving, które on wysłał mi, co odebrałem jako osobisty afront. A potem i to zaczęło przygasać, tak że jedynym łącznikiem między nami był już po prostu fakt, że mieliśmy się wśród znajomych na fejsie, z którego to faktu ani on, ani ja nie bardzo kwapiliśmy się, aby korzystać.

I właśnie wtedy, gdy źródełko już prawie uschło, gdy kontakt uległ niemal ostatecznemu zerwaniu, a Mike zniknął w mrokach mojej niepamięci, podobnie jak ja w jego, postanowiłem się zjawić. Nie z ekipą, jak było planowane, ale sam, i nie po świetną zabawę, jak było obiecywane, ale po pomoc. Jechałem do Mike'a z prośbą o pomoc.

Los Angeles było moim celem od samego początku, right from the beginning wiedziałem, że jeśli moje plany mają wystrzelić, muszę przyjechać tu i nigdzie indziej. Co, nawiasem mówiąc, naraziło mnie na drobny zgrzyt w relacjach z pewną kolejną kumpelą, tym razem czystą Polką, która rok wcześniej zaczęła studia w New Yorku i kiedy tylko dowiedziała się, że jej dobry ziomek planuje przylot do Stanów, zaraz zaczęła go gwałcić:

– Daniel, no to wpadaj do mnie, przecież możemy mieszkać razem, ale byłoby super, ale byśmy mieli nieziemski fun razem!

Trouble is – ja do Stanów nie jechałem, żeby mieć fun. Ja tu jechałem zawodowo, a mój zawód był tam, gdzie był Mike. W Kalifornii.

Krótko przed wylotem z Polski skontaktowałem się z na wpół zapomnianym ziomalem i spytałem, czy nie byłby tak miły i nie pomógł staremu kumplowi, którego ledwie już pewnie pamięta, jakoś się tu zameldować i zorganizować – przez wzgląd na stare dobre, oby nie do końca zapomniane, czasy i sympatię, która nas allegedly łączyła. Trochę się bałem, że mnie oleje albo wyjedzie z czymś w stylu: "Ojej jaka szkoda, że akurat wyjeżdżam z domu na pół roku do innego zakątka na świecie wyobraź sobie, ale pech so lame so lame xoxo!".

Na szczęście były to obawy bezpodstawne.

"Wpadaj koniecznie! – odpisał mi na drugi dzień, a ja wyczułem w jego słowach iskrę dawnego entuzjazmu (such a relief!). – Wszystko się załatwi. I nie ma żadnego problemu, żebyś u nas przenocował przez jakiś czas. Mamy spory dom, miejsca pod dostatkiem, znajdzie się coś dla starego kumpla z Polski :)"

"Ratujesz mi tyłek, stary!" – odpisałem.

"Wiem :D i dlatego cieszę się, że mogę to zrobić. Can't wait to C U! ;)"

Trzy tygodnie później witaliśmy się na lotnisku w LA.

*

Mike mnie zaskoczył. Przez całą drogę do Long Beach, gdzie, as it turned out, mieszkał, usypiał moją czujność, rzucając jakieś głodne kawałki w stylu: "nie gniewaj się, Danny", "nie było czasu", "no skumaj, dude, środek tygodnia, ale spoko, zaraz zadzwonię do Vic i powiem, żeby zamówiła jakąś pizzę with mushrooms i parę piw albo, jak chcesz, pójdziemy na kręgle, co ty na to?", "w Polsce też macie kręgle? Bo nie pamiętam". Wiecie, jak to jest z Amerykanami – niektórym z nich się wydaje, że cywilizacja kończy się na Long Island, za którą zaczyna się jakieś średniowiecze czy coś w tym stylu, gdzie ludzie nie mają nawet samochodów. A co dopiero kręgli :)

– Mike – zacząłem go uspokajać. – Daj spokój, nie przepraszaj mnie za to, że nie zorganizowałeś mi imprezy powitalnej. Przecież to jakiś absurd.

– Jasne, jak tylko chcesz, w każdym razie raz jeszcze sorry.

– Przestań mnie przepraszać, bo się obrażę.

– Sorry.

– Mike!

– Tym razem to było sorry za tamto sorry – wyjaśnił – nie za imprezę.

– I should certainly hope so – rzuciłem, celowo podkręcając akcent.

Od razu zobaczyłem błysk w jego oku. Mike nazywał mnie Brytolem – twierdził, że mówię jak Anglik, że używam angielskich słów i nawet czasem mi się zdarza łapać ich akcent, co akurat chyba nie było prawdą, o czym przekonamy się całkiem niebawem, ale miło było, że tak to odbierał.

"O, a gdzie Brytol?" – pytał, gdy wchodził na jakąś imprę, a mnie nie było.

Jak widzicie, wciąż dogadywaliśmy się całkiem well. Mike był fajnym gościem. Myślę, że ja też – wbrew wszystkiemu temu, co możecie na ten temat sądzić – byłem gościem nie najgorszym. Przynajmniej jeszcze wtedy, at the beginning. Płaszczyzna kontaktu była nieunikniona ;)

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, ukazała mi się całkiem spora, leżąca niecałe sto metrów od plaży i oceanu, casa fantastica – piękny dwupiętrowy building, spory ogród wokół, kolejny samochód przed garażem... I ten facet – pomyślałem z autentycznym przerażeniem – porzucił coś takiego dla polskiego mieszkanka w starym budownictwie, z grzybem na ścianie, zapachem stęchlizny w przedpokoju, czuwającymi sąsiadami i laską typu "hej, mam na imię Klara i problemy emocjonalne, ale przykrywam je poczuciem humoru na swój temat, hi, hi, ha"? Co za naprawdę dziwny, dziwaczny fellow z tego Mike'a! A tak serio mówiąc, on naprawdę musiał kochać tę laskę i to bardzo. Miłość zaś, jak powszechnie wiadomo, lokuje się w obszarach mózgu pobliskich tym, które odpowiadają za szaleństwo.

Co pomyślawszy, zobaczyłem ją.

– Want some help? – spytała, rzucając pomocny uśmiech.

– No – odpowiedziałem wbity w glebę jej widokiem – but thanks. – Próba otrząśnięcia się (nieudana): – I mean thanks a lot!

– You can take this. – Mike wskazał swoją walizkę i oboje z dziewczyną zaczęli się śmiać.

To była Vic, jego siostra. Kobieta, której nie waham się nazwać najważniejszą dla mnie osobą, jaką spotkałem w Stanach. A może w ogóle w całym moim życiu...

Kiedy weszliśmy do środka, oczywiście okazało się, że impreza już tam była.

– Surprise!!! – Przestraszyły mnie okrzyki obcych ludzi. – Welcome to California! Hello, buddy! How are you?! Danny, right?! Hello, Danny! Surprise, Danny!

Poza Mikiem, jego dziewczyną i siostrą zjawiła się jeszcze siódemka czy ósemka innych znajomków. Kilku kolesiów, parę kolesin, wszyscy bardzo mili, wszyscy w trybie "how are you, how nice to meet you, we're very nice people, are you a very nice person too?". Impreza powitalna pełną gębą!

Mike zrobił mi tu oczywiście niezłą propagandę, przedstawiając jako "superkumpla z Europy, który knows how to party", więc zaraz wszyscy się do mnie rzucili z przedstawianiem. John, Patrick, Anna, Claire. I handshaki. Handshaki i komplementy: "your English is very natural". Yours too – zaraz odpowiedziałem. "O, ha, ha, you're very funny fellow, he's a funny fellow this Dan". Jak podróż? Znakomicie. Zmęczony? Ani trochę. Na długo do Stanów? Na razie pół roku z opcją przedłużenia. Jak ci się podoba w Kalifornii? So far, so good.

Tymczasem wyszliśmy na patio. Zapowiadało się całkiem przyjemne kalifornijskie popołudnie. Przed nami ocean, za nami grill, pod ręką niezły zapas alku... Another words to, co w języku angielskim nosi nazwę socializing.

*

Wiecie, jak to jest na dzisiejszych imprezach. Po dwóch drinkach ludzie zaczynają się przekrzykiwać w przechwałach i dowodach na to, co to nie oni, jacy są cool i zajebiści, a ty jak bardzo powinieneś się nimi zachwycać, padać na kolana i generalnie, że ludzkość dzieli się na nich, ośrodek wszelkiej zajebistości, oraz resztę świata, ośrodek wszelkiego zachwytu nad nimi. Jestem pewien, że też znacie takich ludzi, nie można żyć w dzisiejszych czasach i nie znać takich ludzi – człowiek na nich patrzy i ma ochotę zakazać bezstresowego wychowania.

 

WŁAŚCICIEL SIŁOWNI W PALMDALE

– 180 tysięcy dolców rocznie (piętnaście tysięcy miesięcznie!),

– dom w Kolorado,

– dwa samochody (jeden SUV),

– dwie wycieczki do Ameryki Południowej i Północnej, wyjazd służbowy do Azji.

 

FARMACEUTKA Z CARSON

– 100 tysięcy rocznie,

– mieszkanie w LA downtown,

– jeden samochód, ale to tylko dlatego, że się rozwiodła,

– zna osobiście kilka gwiazd telewizyjnych.

 

KUCHARZ Z LONG BEACH

– 120 tysięcy,

– dwa samochody,

– dyplom z wyróżnieniem,

– niestety słabej uczelni,

– skakał na bungee,

– niestety skręcił kostkę,

– licencja pilota,

– nurkowanie głębinowe (na szczęście wypłynął),

– coś jeszcze, ale nie skumałem, bo za szybko mówił,

– właśnie – wada zgryzu.

 

I na tym tle ja, pasujący tam jak psu skrzydła.

 

Z ZAWODU SYN

– jak to mnie kiedyś (nader akuratnie) określiła jedna kumpela ;)

 

Ale oto proszę, przed nami prawdziwy gwóźdź naszego stołu, zarazem drzazga w oczach wszystkich bliźnich, osoba przebijająca wszystkich razem wziętych. Siedziała z boku, skromnie, nie rzucając się w oczy, można powiedzieć, na marginesie stołu. Jej metoda autoprezentacji była interesująca – zupełne milczenie. Milczenie na swój temat, milczenie na temat swojego statusu, absolutny dead silence a propos swoich dokonań, zaś na temat innych zawsze życzliwy uśmiech, oszczędne, acz pełne akceptacji potakiwanie:

– Super... Coś podobnego... Doprawdy niesamowite.

Nie musiała mówić o sobie, i tak wszyscy wiedzieli, who is who. A im bardziej ona nie mówiła, im dalej znajdowała się od siebie i swoich spraw, tym bardziej sprawy te wychodziły na jaw, zyskując pierwszeństwo nad innymi, i tym bardziej wszyscy o niej wszystko wiedzieli, tym mocniej doświadczając jej górującej nad sobą obecności.

 

VICE-CEO WAŻNEJ FIRMY W LA (!)

– 375 tysięcy rocznie!!!,

– studia w Princeton!,

– apartament w Malibu Colony Beach (kto nie wie, co to jest, niech się nie dowiaduje – po co się dołować...),

– spała w jedynym na świecie hotelu z siedmioma gwiazdkami (Zjednoczone Emiraty Arabskie), do którego samo wejście kosztuje ze dwieście dolców – a ona tam rezydowała trzy doby)!,

– gdyby to nie był obciach, powiedziałaby, że rozmawiała z prezydentem USA...

 

W takich warunkach rzeczywiście lepiej zamknąć jadaczkę i jak to mówią na kursach dla królów angielskich: smile and wave your hand.

*

John, Patrick, Anna, Claire – tak naprawdę interesowała mnie jednak ona. Ona, Vicky. Vic, Vica, Vicuś, młodsza siostra Mike'a. Mike, co ciekawe, zarzekał się na konstytucję Stanów Zjednoczonych i jej wszystkie poprawki, że już się poznaliśmy, że Vic odwiedziła go kiedyś w Polsce i byliśmy nawet na jakiejś imprezie, podobno świetnie się razem bawiąc, ale czy można mu wierzyć? Po pierwsze, ja tego nie pamiętałem, po drugie, ona tego nie pamiętała.

– Ej, no, bez jaj, może mam trzydziechę na karku – upierał się Mike – ale nie Alzheimera, na bank się poznaliście.

– Skoro tak mówisz... – Puściłem oko do Vic.

– Mike na pewno się nie myli. – Vic odpuściła mi oko. – Mike nigdy się nie myli, prawda, mój kochany, starszy bracie?

– Wiecie co? – odparł na to Mike, udając obrażenie. – Pieprzcie się. Oboje się pieprzcie!

Myślę, że to "fuck you", to jego "fuck you both" w jakiś tajemniczy sposób nas połączyło :)

Już w tym momencie wiedziałem, że Vicky jest, jak to się mówi, my kind of person. Była w moim wieku, miała w chwili naszego poznania dwadzieścia pięć lat (a nie, jeszcze raz, trzydzieści trzy!). Była osobą dość nieśmiałą, ale at the same time tak jakoś fajnie do przodu w kontaktach międzyludzkich, garnęła się do ludzi, chciała z nimi rozmawiać, nawiązywać kontakty. Bała się ich, ale i tak chciała z nimi być, zupełnie jakby za każdym razem musiała sobie coś udowodnić albo pokonać naturalną słabość. Kontakt jako challenge? To mnie uspokajało – zawsze czułem się dobrze przy ludziach nieśmiałych, pewnie dlatego, że sam byłem trochę nieśmiały i nie czułem się przy nich w żaden sposób zagrożony.

Była też – sorry za rażące uprzedmiotowienie, ale jaka story, takie obyczaje – bardzo atrakcyjną kobietą. Miała taki czysty, prosty typ urody kobiecej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Taka uczciwie ładna dziewczyna – chciało się o niej powiedzieć. Jedyne lekkie ekstrawagancje, na jakie sobie pozwala, to olbrzymie okrągłe kolczyki, zwisające from her beautiful ears, pasujące do związanych w koka blond włosów, i tatuaż na lewej kostce, biegnący kilka centymetrów w górę i kończący się gdzieś w połowie łydki. Przedstawiał orchideę, ale to zobaczę znacznie, znacznie później, także na razie I'm gonna shut myself up about this...

*

– Yyy, no dobra – kapituluję. – Skoro tak bardzo chcecie wiedzieć, powiem wam.

– Hura! – cieszy się Claire.

– Zamieniamy się w słuch – dodaje czterdziestoletni John.

– Jesteś prawdziwym mistrzem suspensu – żartuje Anna.

Uśmiecham się niepewnie, wciąż nie mając odwagi spojrzeć komukolwiek z company w oczy.

– Poniekąd to są właśnie moje plany – silę się na próbę żartu.

– Tylko nie mów, że chcesz zostać saperem – rzuca Mike, choć przecież on akurat doskonale wie, kim chcę zostać, bo mu to wyznałem w drodze z lotniska (asshole!).

Wszyscy się śmieją. Ja z braku lepszej alternatywy też.

– Nie, akurat tego nie ma w moich planach, Mike – odpowiadam pod nosem. – Chociaż mogę to jeszcze przemyśleć.

– No to dawaj.

No to dałem...

Drugim z powodów, dla których nie bardzo paliłem się do rozmowy na temat moich planów i zamierzeń, było to, że nigdy nie należałem, i w sumie do dziś nie należę, do osób, które przesadnie lubią się chwalić (suprise, suprise!). To również nie jest cecha charakterystyczna dla wykonywanego przeze mnie zawodu, but what can I do? Nie jestem typem człowieka, który łazi i prawi na lewo i prawo o swoich licznych sukcesach i podbojach, popisuje się wszystkim, co ma, a nawet tym, czego nie ma i generalnie najmniejsze swoje osiągnięcie rozdyma do granic sformułowania ogólnej teorii względności. Jeśli nawet coś mi się uda, wolę to zachować dla siebie, nie panoszyć się z tym, nie obnosić się, nie epatować tym na wszystkie strony. Bo i po what fucking for? Żeby robić z siebie pajaca i publiczne pośmiewisko? Względnie denerwować innych, powodując, że zaczynają ci zazdrościć albo robi im się przykro, że nie mają takich osiągnięć jak ty? Z każdej strony bezsens. Z każdej strony no logic.

Dlatego nie lubię się chwalić. I dlatego wtedy też nie chciałem tego robić. Bo ten kawałek z "z zawodu synem" to przecież tylko zasłona dymna, jak zapewne zdążyliście się już domyślić. Tak naprawdę miałem plany – plany tak potężne i ambitne, że aż sam, wstyd się przyznać, miałem ochotę klęknąć przed sobą z wrażenia. I do dziś jeszcze mam.

– Jak powiedziałem – mówię asekuracyjnie – to naprawdę nic specjalnego i nie ma się czym chwalić, zwłaszcza w porównaniu z kimś takim jak John. – Wskazałem skromnie na Johna. John twierdził, że znał osobiście Steve'a Jobsa i że Steve Jobs był naprawdę fajnym gościem (btw nie wierzę ani w jedno, ani w drugie). – Ja tylko – mówię wreszcie (wy także słuchajcie, dla was także to jest niezmiernie important information) – chcę być scenarzystą filmowym.

(Po angielsku: I only want to be a screenwriter. Powinienem był powiedzieć samo writer, to by wystarczyło, nie trzeba dodawać "screen", ale już tam trudno, domyślą się o. c. b. ;))

 

SCENARZYSTA FILMOWY

– fajna praca,

– niezłe zarobki,

– super ludzie,

– świadomość, że robi się to, co się kocha i co stanowi twoją pasję...

– bezcenne!,

– no nie?

 

Cisza.

Po angielsku: silence.

Nieco zdziwiony ośmielam się wreszcie podnieść wzrok. Patrzę na ludzi patrzących na mnie – czekam na reakcję, jakąkolwiek reakcję ludzi, oczekujących na moje wyznanie. I wtedy to widzę. To coś w ich oczach. To coś w ich reakcji, tej bezpośredniej na moje słowa, to dziwne coś, które przeszywa mnie na wskroś. Jak to coś się nazywa? Hm, let me think about it... Zawód? Rozczarowanie? Obojętność? – to chyba odrobinę zbyt ostre określenia, aczkolwiek kierunek wydaje się quite accurate.

– Oh. – Anna kiwa z uznaniem głową.

– That sounds interesting – zgadza się ktoś inny. – It really does, doesn't it?

– It most certainly does. – Kiwa głowa następnej osoby.

Tak to się, kurde, kiwa głową, jak się chce skomplementować kogoś, że skleja modele siedemnastowiecznych hiszpańskich galeonów.

– Na pewno ci się uda – mówi Claire.

– Dasz radę.

– Wszystko pójdzie po twojej myśli.

Oho, wygląda na to, że ten ktoś swoim galeonem wygrał XXIII plażowy konkurs na najlepszy model galeonu, Santa Barbara, wakacje 2009.

Brak. To coś w ich oczach, co zobaczyłem i co mnie w tak osobliwy sposób przeszyło – tak to się nazywa. Brak. Miało być coś, nie ma nic – jak errata w książce.

Jestem lekko zbity z tropu. Chyba tym zbiciem należy tłumaczyć, że zamiast zamilknąć i ewentualnie zapaść się pod ziemię, co byłoby całkiem rozsądną drogą ewakuacyjną by the way (trzeba było!), brnę dalej:

– Bo wiecie, he, he... – Ocieranie potu z czoła, względnie czoła z potu. – Dzisiejsze czasy są w sumie bardzo atrakcyjne dla tego zawodu. Właściwie nigdy jeszcze bardziej się nie opłacało zostawać scenarzystą filmowym niż dzisiaj.

Very true – a już najbardziej w przypadku seriali telewizyjnych. Tam w ogóle można mówić o istnej dyktaturze scenarzystów! Tam to reżyser jest zerem, popychadłem, typu: przynieś, odnieś kawę, poinstruuj aktorów. Kurde, tam nawet producent jest dziś chłopcem na posyłki dla scenarzystów – przynieś, zanieś, daj kasę. Chyba każdy dzisiejszy writer marzy o pracy nad własnym serialem – nie jestem pewien, czy w naszym zawodzie istnieją piękniejsze słowa niż "created by". Myślę, że nawet "and the winner is..." nie są tak piękne.

– Ale w Hollywood też się coś zmienia – ciągnę łamiącym się głosikiem. – Na przykład coraz częściej na plakatach filmowych widnieje nazwisko scenarzysty zaraz obok reżysera. Takie rzeczy się wcześniej nie zdarzały! Kto by o czymś takim pomyślał jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu?

Dziesięć czy piętnaście lat temu łatwiej było się dostać na plakat filmowy, będąc recenzentem filmowym niż scenarzystą ("****" – Roger Ebert). Być niżej w hierarchii od krytyka filmowego? Czy można sobie wyobrazić większe upokorzenie dla artysty?

– Teraz to normalna praktyka – oświadczam.

Na potwierdzenie czego proponuję, żeby sobie obejrzeli plakat do Social Network. Reżyseria: David Fincher. Scenariusz: Aaron Sorkin. Po Ebercie ani śladu!

– Kiedyś nawet chodził taki żart w środowisku filmowym, trochę niepoprawny politycznie, że z kim się przespała niezbyt lotna blondynka, jak chciała dostać rolę w filmie?

Spojrzenia: "z kim, no z kim?". Odpowiedź (mocno zmieszana):

– No ze scenarzystą właśnie...

Uśmiechy. Kiwania głowami. "Ach, no tak, he, he, rzeczywiście, faktycznie, that makes sense".

Ciekawe, czy nie korciło ich, żeby odpowiedzieć: "z Polakiem?".

– Dziś to już nie do pomyślenia – wyjaśniam.

Also very true. I to nie tylko ze względu na akcję #MeToo. Także ze względu na znaczące, że się tak wyrażę, polepszenie usytuowania scenarzystów filmowych w hierarchii fabryki snów.

– Reasumując – reasumuję. – Myślę, że teraz jest najlepszy czas, żeby wejść do tego zawodu, więc wiecie... – Kolejny głupawy uśmiech (kolejna nadzieja, że tym razem coś przyniesie). – Jeśli ktoś jeszcze przy tym stole nad tym myśli, he, he, może się czuć przeze mnie zachęcony.

Ich reakcja?

Jak myślicie?

– Super. – Claire.

– Fenomenalnie. – Anna.

– Go knock them out!

No tak to się, for fuck's sake, mówi, jak się okazuje, że konstruktorem tych pieprzonych hiszpańskich galeonów z siedemnastego wieku był dzieciak z zespołem Downa!

"Super", "Fenomenalnie", "go knock them out!".

– Tak że wiesz... – Słyszę, jak ktoś wraca do przerwanej conversation. – Z tym kontraktem to jednak śliska sprawa, zrobisz, jak będziesz uważał, ale ja bym się na twoim miejscu poważnie zastanowił.

Patrzę na Annę i Claire. One też zaczynają gadać o czymś innym.

– Poważnie?

– No pewnie!

I zaczynają się śmiać (pewnie coś o kremach na cellulit, knowing them).

Rozpaczliwie jadę oczami po reszcie towarzycha – Mike je, Vicky wyszła do kuchni po chipsy, Steve pisze esemesa. Tylko John mi został, stary, dobry, czterdziestoletni John, tylko on na mnie jeszcze patrzy, paying attention. Zwracam się w jego stronę i słyszę jedno z najbardziej absurdalnych zdań świata:

– You know what?

– What? – pytam.

– Wydaje mi się – to jest to zdanie – że córka mojego dobrego znajomego też chciała być scenarzystką filmową. Ale nie jestem pewien na sto procent...

Potrząsam głową. Nie jestem pewien, czy dobrze słyszę.

– Że co? – Niemal się krztuszę.

– Jeżeli chcesz, mogę cię z nimi skontaktować.

– Że co?!

– Tylko, cholera. – Nagle wątpliwość w jego oczach. – Czy ona nie chciała być jednak scenografką?

Tu spojrzenie na mnie, jakby ode mnie zależało wyjaśnienie tej kwestii. Po czasie dochodzę do wniosku, że mógł chcieć się dowiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy tymi podstępnie blisko brzmiącymi zawodami.

– Poczekaj. – Wyjmuje telefon z kieszeni. – Sprawdzę to.

Jestem w ciężkim szoku. Czy ja rozmawiam z wariatem? Ja mu Sorkinem, a on mi córką znajomych. Ja mu blondynką, która chce zrobić karierę w Hollywood, a on mi telefonem, który chce sprawdzać! WTF? Rozglądam się po ludziach – nikt nie zwraca na mnie uwagi. Moje five minutes w towarzystwie się skończyło. Moje piętnaście minut sławy at this table, o które przecież nawet, cholera, nie zabiegałem, uległo zakończeniu. Najpierw wyrzucili mnie siłą na środek sceny, pod same koła rozpędzonych reflektorów, a potem olali jak burą sukę, moczem ciepłym i obfitym.

– Ty, ale numer! – Powrót Johna. – Ona chce być ortodontą, wyobrażasz to sobie? Zupełnie mi się popieprzyło.

– Dobry zawód – mówi uśmiechnięta Kathy, narzeczona Mike'a, która dopiero teraz wróciła z łazienki i nawet nie słyszała mojego big speech.

– Danny – John wskazuje na mnie – chce być scenarzystą, a mi się coś popieprzyło, że córka znajomych też chciała. Kumasz, a teraz się okazuje, że ona chciała być ortodontą.

– Super! – cieszy się Kate. – A tak swoją drogą, mojej siostrze przydałby się namiar na dobrego ortodontę, ile ona ma lat?

– Szesnaście, ale zapomnij.

– Czemu?

– Nieaktualne.

– Czemu?

– Teraz będzie weterynarzem.

Spoglądam nerwowo na Mike'a.

– Mind if I smoke, while you're eating? – pytam, mnąc spoconą ręką paczkę polskich (jeszcze) fajek.

Mike pokazał, że w tym domu pali się poza domem. Wylazłem więc na zewnątrz, stanąłem koło palmy, spojrzałem na zachodzące z wolna słońce, po czym odpaliłem papierosa, głęboko się nim zaciągnąłem i po raz pierwszy w tej opowieści, jak również, zapewniam was, nie ostatni, poczułem się jak skończony idiota.

Tak zakończył się mój pierwszy dzień w Kalifornii. Miejscu, do którego przyjechałem odnieść sukces w branży filmowej. And a big one!