Longobardowie. Ostatni z wielkiej wędrówki ludów. V-VIII wiek - Jerzy Strzelczyk


Reflow text when sidebars are open.
Początki i najdawniejsze dzieje wielu ludów i narodów Europy gubią się w pomroce dziejów. Tylko niektóre z tych, którym przypadła istotniejsza rola w ostatnich fazach istnienia Cesarstwa Zachodniego i pierwszych wiekach po jego upadku, doczekały się wczesnego utrwalenia własnej tradycji plemiennej. Oprócz Gotów, Franków i Sasów dotyczy to właśnie Longobardów, takie natomiast ludy jak - przykładowo - Gepidowie czy Herulowie, nie mówiąc już o intruzach w Europie, jak Hunowie i Awarowie, a także różne ludy słowiańskie, nie znalazły "własnego" dziejopisa. Fakt ten miał różnorakie skutki. Wykształcenie się, a następnie skodyfikowanie rodzimej pamięci historycznej, akcentującej ważne wydarzenia z przeszłości - zwycięskie wojny, chwalebne sojusze, postacie wspaniałych władców - sprzyjało umocnieniu więzi grupowej, poczuciu dumy plemiennej, równości, a jeszcze bardziej - wyższości nad innymi ludami. Tego wszystkiego brak ludom, które - choćby osiągały znaczne sukcesy i cieszyły się dużym prestiżem - nie doczekały się własnego dziejopisa.
Z punktu widzenia historyka istnienie spisanej tradycji danego ludu jest zjawiskiem bardzo pomyślnym. Daje ona możliwość porównania, a niekiedy zweryfikowania, rodzimej tradycji bądź jej elementów z informacjami w stosunku do danego ludu "zewnętrznymi". W odniesieniu do ludów i czasów, które interesują nas tutaj przede wszystkim, chodzi zarówno o informacje autorów antycznych, później bizantyńskich, jak i dziejopisów innych, szczęśliwszych pod tym względem ludów. Wspólną ich cechą jest - z niezbyt licznymi wyjątkami - niechęć do ludu będącego przedmiotem zainteresowania. Jeżeli chodzi o autorów antycznych i bizantyńskich, to - po pierwsze - do ludów "barbarzyńskich" mieli oni z reguły stosunek negatywny już choćby ze względu na przepaść kulturową dzielącą wykwintnych Rzymian od barbarzyńców, po drugie - jeżeli już zainteresowali się nimi, to najwyżej wtedy, gdy dochodziło do wojen czy koniecznych bądź pożądanych z nimi sojuszów. W związku z tym informacje pisarzy antycznych, pomijając takich autorów jak Strabon, Tacyt czy Ptolemeusz, którzy byli chwalebnym wyjątkiem od reguły, dotyczą najczęściej strefy pogranicznej, w której do różnorakich wzajemnych kontaktów z natury rzeczy dochodziło najczęściej, względnie przypadków wdarcia się barbarzyńców w granice Imperium. Mimo tych wszystkich ograniczeń (największym bodaj jest fragmentaryczność) świadectwa autorów antycznych mają niezaprzeczalne walory: są na ogół znacznie wcześniejsze od momentu spisania tradycji rodzimych, dotyczą więc wczesnych faz dziejów danego ludu, oraz względnie neutralne, co wyraża się jednakowym lub zbliżonym, co prawda - jak wspomniałem - przeważnie negatywnym, stosunkiem do różnych ludów barbarzyńskich. Im dalej dany lud zamieszkiwał od granic Imperium, tym mniej w Rzymie o nim wiedziano, zresztą tym mniej się nim też interesowano. Zważywszy te okoliczności, trudno się oprzeć podziwowi dla trudu i osiągnięć tych autorów antycznych, którzy zdecydowali się przypatrywać obcym ludom i o nich pisać.
Cechy choćby względnej bezstronności nie mają natomiast dzieła autorów spisujących losy i tradycję ludów konkurujących. Gdyby bezkrytycznie poprzestać na ich opiniach, przy braku głosów ze strony konkurencji, obraz niektórych ludów musiałby być nader niekorzystny. Taki los spotkał na przykład Gepidów, lud ze wszech miar zasługujący na poczesne miejsce w historii okresu "wielkiej wędrówki ludów", nawet - przynajmniej według tradycji - spokrewniony z Gotami, ale ukazany zarówno w tradycji gockiej, jak i longobardzkiej w sposób negatywny. Podobnie przedstawia się sprawa z Wandalami i Herulami. Nie tylko zwyciężeni, lecz także nieposiadający życzliwego, najlepiej własnego dziejopisa nie mają racji...
Ważnym czynnikiem negatywnego nastawienia dziejopisów mogły być też różnice religijne. Dla chrześcijan plemienny ("pogański") kult barbarzyńców był, oczywiście, czymś godnym najwyższej pogardy, ale nawet przyjęcie chrześcijaństwa niekoniecznie musiało powodować ich ostateczną akceptację. Większość ludów germańskich okresu wielkiej wędrówki ludów, za przykładem Wizygotów i z poparciem - w pewnych okresach - Cesarstwa Wschodniego, przyjęła bowiem chrześcijaństwo w wersji ariańskiej, rychło uznanej za nieortodoksyjną (heretycką), a tak się - nieprzypadkowo - złożyło, że zdecydowana większość informacji będących w dyspozycji historyka pochodzi ze strony katolickiej ortodoksji. Dzieje przemian religijnych niektórych ludów germańskich (o innych nie mamy pewniejszych informacji), np. Gotów i Longobardów (o tych ostatnich przekonamy się w tej książce), były zresztą dość skomplikowane i bynajmniej nieprostoliniowe.
Tak więc Longobardowie należą do ludów uprzywilejowanych pod względem przetrwania rodzimej tradycji plemiennej. Powstaje jednak, podobnie jak w innych analogicznych sytuacjach, kwestia wiarygodności tradycji longobardzkiej. Dostępne nam literackie przejawy tej tradycji, jako część dorobku kulturalnego Longobardów, zostaną dokładniej przedstawione w jednym z kolejnych rozdziałów tej książki, poświęconym kulturze longobardzkiej Italii. Na pierwszym miejscu należy postawić dzieło Historia Longobardów [w skrócie: HL] Pawła Diakona, potomka longobardzkiej rodziny, obejmujące dzieje ludu od legendarnych początków do śmierci króla Liutpranda w 744 r. Dzieło Pawła Diakona było bardzo popularne i znane jest z wielu przekazów rękopiśmiennych. Już wcześniej, to znaczy pod koniec VII w., powstał znacznie krótszy tekst noszący tytuł Origo gentis Langobardorum (O początkach narodu Longobardów), znany Pawłowi Diakonowi, różniący się w niektórych szczegółach od wizji najstarszych dziejów ludu zaprezentowanych przez tego ostatniego. Tekst Origo zachował się w kilku rękopisach zawierających zwód praw longobardzkich wydanych przez króla Rotariego. Z początku IX w. pochodzi jedyny zachowany przekaz rękopiśmienny zwięzłego zarysu dziejów ludu, Historia Langobardorum codicis Gothani ("Dzieje Longobardów z kodeksu gotajskiego [Gotha]"), doprowadzonego do czasów Karola Wielkiego i upadku samodzielnego królestwa Longobardów. Nieznany autor wykorzystał w sprawach zasadniczych niemal dosłownie Origo, korzystał także (zwłaszcza dla późniejszych czasów) z innych źródeł, ale najwyraźniej nie znał dzieła Pawła Diakona. Dzieje tak ważnego ludu jak Longobardowie oraz ich italskiego państwa musiały również, rzecz jasna, znaleźć odzwierciedlenie w źródłach wobec nich obcych, jak papieskiego Rzymu (zwłaszcza pisma papieża Grzegorza I Wielkiego), Cesarstwa Wschodniego (przede wszystkim Prokop z Cezarei - historyk wojen gockich) i państwa Franków (Grzegorz z Tours i tzw. Fredegar). Jeżeli jednak chodzi o najdawniejsze dzieje Longobardów, to, pomijając cenne, choć fragmentaryczne wiadomości autorów antycznych, którymi zajmiemy się nieco później, źródłem podstawowym jest dzieło Pawła Diakona, w niewielkim zakresie także wcześniejsza Origo gentis i późniejsza Historia Langobardorum z kodeksu gotajskiego.
Trzeba więc przyjrzeć się temu, co Longobardowie piórem swego najwybitniejszego dziejopisa zapamiętali - lub sądzili że zapamiętali - o własnych początkach[1].
Oto jakimi słowami zaczyna Paweł Diakon swe dzieło:
Rejon północny im bardziej jest oddalony od żaru słońca i ogarnięty lodowatym mrozem, tym zdrowszy jest dla ludzi i odpowiedni dla zwiększenia ich populacji; przeciwnie zaś, wszelka okolica południowa, im bliżej się znajduje piekącego słońca, tym bardziej jest niezdrowa i tym mniej nadaje się do życia ludzkiego. Dlatego tak wielkie masy ludzkie pochodzą z północy (I,1)[2].
Paweł Diakon, syn słonecznej Italii, miał, jak się wydaje, raczej mgliste wyobrażenie o warunkach życia na północy, ale przekonanie o tym, że surowy klimat korzystnie wpływa na tężyznę i rozrodczość mieszkańców, było w świecie śródziemnomorskim dość rozpowszechnione, hołdował mu m.in. sam wielki Tacyt, a także wcześniejszy o dwa stulecia od Pawła Diakona historyk Gotów - Jordanes.
Cała "północ", "od rzeki Tanais [Donu] aż po zachód słońca, mimo że poszczególne jej części mają własne nazwy, ogólnie zwie się Germanią". Przypomniawszy, że "z tej ludnej Germanii" często, z powodu niemożności wyżywienia się, wychodziły różne ludy nękające Azję i Europę, o czym świadczą zburzone przez nich miasta, "zwłaszcza w nieszczęsnej Italii, która doznała dzikości niemal wszystkich ludów germańskich", pisze autor, że "Goci i Wandale, Rugiowie i Herulowie, Turyngowie oraz inne dzikie i barbarzyńskie plemiona wyszły z Germanii", po czym przechodzi do właściwego tematu:
Z podobnej przyczyny wywodzące się od Germanów plemię Winilów czyli Longobardów, które później będzie szczęśliwie rządziło Italią, wyszło z wyspy zwanej Skandynawią, choć podaje się też inne przyczyny ich wyjścia (I,1).
Szkoda, że Paweł Diakon zrezygnował z ich przytoczenia. I tak jednak jego rodowód ludu Longobardów, longobardzka origo gentis, jest jedną z niewielu, jakie zostały utrwalone przez dziejopisów i tym samym zachowane dla potomności, a zarazem jedną z najokazalszych. Oprócz Longobardów jedynie Goci, Anglo-Sasi, Frankowie i Sasi kontynentalni, w różnym zresztą stopniu, zachowali rodzime tradycje swego pochodzenia[3]. Paweł Diakon znał niewątpliwie dzieło gockiego historyka Jordanesa (z ok. 550 r.), w którym mógł przeczytać analogiczną "prahistorię" Gotów, których odłam zamieszkiwał Italię i panował nad nią przed Longobardami. Jordanes, a raczej Kasjodor, z którego zaginionego dzieła Jordanes korzystał, także wywodził Gotów ze Skandynawii (aż do XI w. powszechne było przekonanie, że jest ona wyspą)[4]. Powstaje tu problem, na ile przekazana przez Pawła Diakona tradycja o pochodzeniu Longobardów ze Skandynawii jest oryginalna (co jeszcze samo przez się nie przesądzałoby o wiarygodności), czyli rzeczywiście odzwierciedla autentyczną tradycję longobardzką, na ile zaś jest konstrukcją sztuczną, "uczoną", stworzoną pod wpływem na przykład lektury dzieła Kasjodora/Jordanesa.
Wybitny znawca problematyki, austriacki uczony Walter Pohl[5], pisze:
Zapewne żaden współczesny [nam] historyk nie uwierzy, że Frankowie rzeczywiście przybyli z Troi, Sasi z Macedonii, Iryjczycy z Hiszpanii, a Bawarowie z Armenii. Jedynie w przypadku Gotów akceptuje się świadectwo Jordanesa o gockiej wędrówce znad Wisły nad Morze Czarne i dalej w głąb Imperium. Wprawdzie zasadnicze etapy [tej wędrówki] zostały potwierdzone w niezależnych źródłach, ale skandynawskie pochodzenie Gotów rzadko już obecnie jest akceptowane[6]. Inaczej przy Longobardach: żadna wiadomość z Origo[7] o przebiegu wędrówki Longobardów aż do Dunaju nie może zostać poparta innym niezależnym źródłem. Mimo tego, a zarazem właśnie dlatego, historię tę do dziś się przyjmuje.
Do wiarygodności longobardzkiej origo trzeba będzie jeszcze powrócić. Na razie podążajmy tropem Pawła Diakona. Poważnym argumentem za przynajmniej częściową autentycznością wersji podanej przez tego dziejopisa jest to, że została przezeń przejęta z wcześniejszego anonimowego źródła, wspomnianej Origo gentis Langobardorum. Niezbyt obszerny ten zabytek zawiera listę władców longobardzkich doprowadzoną do króla Perktarita (671-688), prawdopodobnie więc powstał w latach jego panowania, a ponieważ zachował się jedynie w rękopisach łącznie z tzw. edyktem króla Rotariego, należy przyjąć, że reprezentuje niejako oficjalną, uznaną przez dwór królewski wykładnię wcześniejszej historii ludu. Sprawia wrażenie materiału dość surowego, niepozbawionego cech archaiczności. Różnice w stosunku do znacznie bardziej rozbudowanej i doskonalszej pod względem literackim wersji Pawła Diakona dotyczą m.in. nazwy wyspy, z której rozpoczęła się epopeja Winilów/Longobardów (Origo: Scadanan, Paweł: Scadinavia), braku ekskursów geo- i etnograficznych, nazw Scoringa i Mauringa, walk z Assipitami, Amazonkami i Bułgarami. Origo nie wnika także w przyczyny migracji, u Pawła Diakona (I,2) natomiast czytamy, że gdy ludność owej wyspy Skandynawii "stała się tak liczna", że zrobiło jej się zbyt ciasno, "podzieliła się [...] na trzy grupy, z których jedna, wyznaczona losem, musiała opuścić ojczyznę i szukać dla siebie nowych domostw".
Odtąd uwaga dziejopisa skupiła się wyłącznie na tych emigrantach. Jest to typowe dla podobnych relacji: pozostająca w dawnych siedzibach część plemienia nie interesowała autorów, pozostawała zapomniana, niejako "poza historią", wymyka się historycznemu poznaniu.
Grupa migrująca
wybrała sobie dwóch wodzów, a mianowicie braci Ibora i Aiona, ludzi młodych, wyróżniających się wśród rówieśników, a następnie, pożegnawszy rodaków i ojczyznę wyruszyła w drogę, aby znaleźć ziemie, które nadają się do uprawy i założenia stałych siedzib. Matką wodzów była Gambara, kobieta o bystrym umyśle i mądrej radzie, tak iż drugiej takiej próżno by szukać. Na jej mądrości w rozstrzyganiu wątpliwych spraw synowie bardzo polegali (I,3).
Niekoniecznie dopatrując się w tej relacji Pawła Diakona wiernego odbicia realnych wydarzeń, uczeni dostrzegają w każdym razie pewne rysy bardzo archaiczne, raczej trudne do wymyślenia w drugiej połowie VIII w. Dotyczy to zwłaszcza powierzenia wyboru migrującej grupy losowi, "dioskuryjskiej" pary wodzów oraz wybitnej roli kobiety - ich roztropnej matki.
Teraz następuje w dziele Pawła Diakona rozbijający narrację, ale interesujący ekskurs o charakterze geograficzno-etnograficznym (I,4-6), w większości dotyczący zjawisk charakterystycznych dla Północy. Mowa jest między innymi o Skritobinach, sąsiadujących "z miejscem tym", czyli ze Skandynawią - chodzi bez wątpienia o Finów lub Lapończyków; dalej autor pisze o dniu i nocy polarnej oraz o otchłani na Oceanie i gwałtownych pływach morskich, po czym wraca do tematu: "Winilowie zatem wyszedłszy ze Skandynawii pod wodzą Ibora i Aiona, przybyli do krainy zwanej Skoringą i tam osiedli na kilka lat" (I,7). Nastąpiły dość typowe w takich sytuacjach trudności:
W tym czasie Ambri i Assi, wodzowie Wandalów, gnębili wojną wszystkie sąsiadujące z nimi kraje. Pyszni z powodu odniesienia wielu zwycięstw wysłali posłów do Winilów, aby ci albo płacili im haracz, albo przygotowywali się do rozstrzygającej bitwy. Wtedy Ibor i Aion za radą matki Gambary doszli do wniosku, że lepiej strzec wolności orężem, niż splamić ją płaceniem haraczu. Wyprawili więc do Wandalów posłów z odpowiedzią, że będą raczej walczyć, niż znosić ich niewolę. Wszyscy zaś Winilowie byli podówczas w kwiecie wieku, ale słabi liczebnie, jako że stanowili ledwie trzecią część ludności jednej, i to niezbyt wielkiej wyspy (I,7).
Nieco podobną historię o konflikcie z Wandalami - tyle że jej bohaterami byli oczywiście Goci - możemy przeczytać u Jordanesa. Niestety, jak wiadomo, nie zachowała się odpowiednia tradycja wandalska. Możemy być pewni, że gdyby się była zachowała, przeczytalibyśmy o zwycięstwie Wandalów albo przynajmniej nic o tym, co mogłoby wystawiać gorsze świadectwo temu ludowi.
Na uwagę zasługuje kolejna opowieść Pawła Diakona, mająca, rzecz jasna, podnieść w oczach czytelników kroniki znaczenie rychłego zwycięstwa nad Wandalami, choć, jak zaraz zobaczymy, nie tylko męstwo Winilów przyczyniło się do zwycięstwa.
Do tej pory kronikarz referował wydarzenia jego zdaniem pewne, nie czyniąc żadnych zastrzeżeń. Teraz jednak zmienia się sytuacja. Pisze Diakon:
Tradycja przekazuje tu zabawne opowiadanie. Oto Wandalowie udali się do boga Godana [Wodana, Odyna] i prosili o zwycięstwo nad Winilami. Bóg odpowiedział, że da zwycięstwo tym, których jako pierwszych ujrzy o wschodzie słońca. Wtedy Gambara udała się do Frei, żony Godana, i prosiła o zwycięstwo dla Winilów. Freja udzieliła jej rady, aby kobiety Winilów swoje rozpuszczone włosy ułożyły sobie na twarzy na podobieństwo brody oraz aby wcześnie rano przybyły razem z mężami i stanęły tak, żeby mógł je zobaczyć Godan, który ma zwyczaj patrzeć przez okno w kierunku wschodnim. Tak też zrobiły. Kiedy Godan zauważył je o wschodzie słońca, rzekł: "Kim są ci długobrodzi?[8]" Wtedy Freja wtrąciła, że winien dać zwycięstwo tym, którym już nadał imię. W ten sposób Godan przyznał zwycięstwo Winilom.
"Śmieszna to zaiste historia i bez znaczenia - dodaje sceptyczny kronikarz, nie zamierzając dawać wiary temu pogańskiemu podaniu - bo zwycięstwo nie zależy od mocy ludzkiej, ale pochodzi raczej z nieba" (I,8)[9].
Wątpliwej wiarygodności "pogańskie" podanie było jednak chrześcijańskiemu dziejopisowi potrzebne do wyjaśnienia pochodzenia nazwy ludu. "Długobrodzi" to, okazuje się, druga jego nazwa, która po zwycięstwie nad Wandalami zastąpiła dawną: Winilowie.
Winilowie, już jako Longobardowie, stoczyli z Wandalami zaciętą bitwę w obronie wolności i odnieśli zwycięstwo. Następnie w tejże krainie Skoringi doświadczyli strasznego głodu i z tego powodu bardzo podupadli na duchu (I,10).
Skoringa to być może Skania, czyli obecnie południowa Szwecja. "Postanowili ją zatem opuścić i przenieść się do Mauringi". Kolejna zagadka, bynajmniej nie ostatnia:
W marszu przeszkodzili im Assipitowie[10], oznajmiając że w żaden sposób nie będą mogli przejść przez ich kraj. Na widok wielkiego wojska nieprzyjaciół Longobardowie nie odważyli się stanąć do walki. Kiedy zaś zastanawiali się, co począć, potrzeba zesłała im radę. Zmyślili mianowicie, że wśród nich znajdują się kynoskefalowie, to znaczy ludzie o psich głowach. Rozpuścili pogłoskę między wrogami, iż kynoskefalowie staczają zacięte boje, piją ludzką krew, a jeśli nie mogą dosięgnąć nieprzyjaciela, raczą się nawet własną krwią. Ażeby uwiarygodnić tę informację, rozstawili większą liczbę namiotów i rozpalili w obozie liczne ogniska. Wrogowie widząc i słysząc to wszystko, uwierzyli pogłosce i nie odważyli się stoczyć bitwy, którą przedtem grozili Winilom (I,11).
Zaproponowali natomiast Winilom/Longobardom, by zamiast bitwy konflikt rozstrzygnął pojedynek. Wystawili jakiegoś bardzo dzielnego wojownika, a to samo mieli uczynić Longobardowie. "Warunki były następujące: jeśli mąż Assipitów odniesie zwycięstwo, Longobardowie odejdą drogą, którą przyszli; jeśli zaś zostanie pokonany, wtedy pozwolą Longobardom przejść przez swój kraj" (I,12). Po stronie Longobardów do pojedynku zgłosił się pewien niewolnik, uzyskawszy uprzednio zapewnienie, że w razie zwycięstwa zostanie wraz z potomstwem wyzwolony "od hańby niewolnictwa". I tak się rzeczywiście stało.
Wędrówka trwała. Longobardowie znaleźli się w owej Maurindze. Widać przypadek dzielnego niewolnika nie był u nich zupełnie odosobniony, skoro "aby powiększyć liczbę wojowników, zdjęli jarzmo niewoli z wielu niewolników, czyniąc ich ludźmi wolnymi. Fakt ten starym zwyczajem - odnotował Paweł - uświęcili za pomocą strzały, mamrocząc przy tym słowa w ojczystym języku, aby tej sprawie nadać większą moc" (I,13).
Kolejne etapy wędrówki Longobardów, o których Paweł Diakon nie chciał czy nie potrafił podać w zasadzie nic bliższego, to Golanda, "gdzie zatrzymali się na dłuższy czas", Anthaib, Banthaib i Burgundaib ("podobno posiadali [te krainy] przez kilka lat"). Sam autor zresztą zdaje się nie mieć pojęcia, o które krainy chodzi ("uważamy, że mogą to być jedynie nazwy obwodów lub jakichś miejscowości").
Teraz opowiadanie Pawła Diakona zyskuje jakby na oddechu. Dowiadujemy się, że w pewnym momencie (w świadomości dziejopisa wszakże niezbyt odległym od wywędrowania ze Skandynawii) Longobardowie "nie chcieli dłużej pozostawać pod rządami wodzów, lecz na podobieństwo innych ludów wybrali sobie króla". Został nim Agilmund, syn Aiona, "pochodzący ze znakomitego rodu Gungingów", który panował ponoć 33 lata (I,14). Autor przytacza też opowieść o nierządnicy, która swoich siedmioro dzieci wrzuciła do sadzawki, by je utopić. Przebywający tam przypadkowo król Agilmund uratował jedno z nich, nakazał je starannie wychować i nadał chłopcu imię Lamission, "ponieważ wydobył je z sadzawki, która w ich języku zwie się "lama"". Chłopiec ten po śmierci Agilmunda został jego następcą (I,15).
Sytuacja z Assipitami miała się powtórzyć. Longobardowie w swej wędrówce zostali zatrzymani nad jakąś rzeką przez bitne Amazonki. Lamission, "pływając w rzece stoczył walkę z najdzielniejszą spośród nich i zabił ją. W ten sposób zyskał dla siebie sławę, a dla Longobardów możliwość przejścia przez rzekę". I tym razem odnotujmy sceptycyzm autora, a zarazem przynajmniej w myśli podziękujmy mu za to, że mimo to uznał za stosowne przytoczyć ów epizod: "Dobrze wiadomo, że to opowiadanie jest mało prawdopodobne. Wszyscy bowiem znawcy dziejów wiedzą, że plemię Amazonek uległo zagładzie na długo przedtem, nim mogły się rozegrać opisane wydarzenia". Pewności mieć jednak nie można: "Jednakże z uwagi na to, że miejsca owych wydarzeń nie były historykom dość znane i tylko niewielu z nich je opisało, mogło tego rodzaju plemię kobiece aż do tego czasu tam egzystować. Sam bowiem słyszałem relacje niektórych ludzi, że plemię tych kobiet żyje do dzisiaj w najdalszych zakątkach Germanii" (I,15)[11].
Potem jakby szczęście odwróciło się od Longobardów. Przybywszy na drugi brzeg tej nieznanej nam rzeki, "nie podejrzewając niebezpieczeństwa i ciesząc się długim pokojem, stali się mniej czujni". Skutki tej beztroski nie dały na siebie długo czekać. "Oto bowiem nocą, gdy wszyscy beztrosko spali, niespodziewanie napadli na nich Bułgarowie; wielu Longobardów ranili, wielu zabili i tak szaleli po ich obozie, że samego króla Agilmunda zgładzili, a jedyną jego córkę wzięli do niewoli" (I,16).
W tej sytuacji Longobardowie obwołali królem znanego nam już Lamissiona. Pierwsza próba sił w walce z Bułgarami zakończyła się haniebną ucieczką Longobardów do obozu, druga natomiast - poprzedzona płomiennym apelem Lamissiona i obietnicą, że walczący dzielnie niewolnicy zostaną obdarzeni wolnością - przyniosła Longobardom walne zwycięstwo, pomstę i wielkie łupy, "i odtąd stali się [Longobardowie] odważniejsi w podejmowaniu trudów walki" (I,17).
Do następnego okresu najwidoczniej znowu zabrakło kronikarzowi tworzywa, przeto ograniczył się do suchych danych:
Po śmierci Lamissiona, drugiego króla, ster władzy ujął Lethu, trzeci z kolei król. Panował on prawie czterdzieści lat i swoim następcą pozostawił syna Hildehoka, który był czwartym z kolei królem. Po jego śmierci jako piąty przejął berło królewskie Gudehok (I,18).
*
Do tego miejsca, to znaczy aż do końca 18. rozdziału I księgi Historii Longobardów, dzieje Winilów/Longobardów były jak gdyby zawieszone w próżni dziejowej, przebiegały bez jakichkolwiek odniesień do historii powszechnej - innych krajów i ludów. Fakt ten praktycznie uniemożliwia historykowi jakąkolwiek weryfikację informacji podawanych przez Pawła Diakona. Teraz sytuacja zaczęła się zmieniać: stajemy na w miarę pewnym gruncie chronologicznym, czytamy o wydarzeniach częściowo już historycznie znanych i sprawdzalnych. W rozdziale 19. Paweł opowiada o konflikcie między Odoakrem, sprawującym faktyczne panowanie nad Italią w latach 476-493, a władcą naddunajskich Rugiów zakończonym zwycięstwem Odoakra i zniszczeniem kształtującego się państwa Rugiów. "Wtedy to Longobardowie wyszli ze swoich ziem i przybyli do Rugilandii, co w języku łacińskim znaczy ojczyzna Rugiów, i tam z powodu żyzności gleb zatrzymali się na kilka lat".
Zanim opowiemy, jakie były dalsze losy naszego ludu, spróbujmy spojrzeć na Longobardów oczyma autorów antycznych. W porównaniu z innymi współczesnymi sobie ludami germańskimi Longobardowie zostali poświadczeni stosunkowo wcześnie i licznie, dowiadujemy się też rozmaitych ważnych szczegółów o nich (m.in. w kwestii ich lokalizacji nad Łabą), wszystkie znane nam świadectwa nie sięgają jednak poza początek drugiej połowy II w., po czym na całe trzy stulecia w źródłach zapada na ich temat głuche milczenie.
Pierwsza chronologicznie wzmianka o Longobardach zawarta jest w spisanym około roku 29 lub 30 dziele Historia Romana ("Historia Rzymska") Velleiusa Paterculusa, a dotyczy wydarzeń z 5 r. n.e. i lat następnych, których dziejopis ten był czynnym uczestnikiem. Doszło wtedy do wielkiej równoczesnej wyprawy rzymskich wojsk lądowych i floty morskiej pod wodzą następcy tronu i późniejszego (od 14 r.) cesarza - Tyberiusza. Wyprawa kierowała się w rejon dolnej Łaby i miała na celu przywrócenie rzymskiego panowania czy przynajmniej efektywnej kontroli nad ludami germańskimi zamieszkującymi tereny między Renem a Łabą. Obszar ten został już wcześniej, w latach 12-7 p.n.e., poddany panowaniu rzymskiemu przez Druzusa i Tyberiusza, ale w wyniku antyrzymskiego powstania w pierwszych latach naszej ery sukces ten w znacznej mierze zaprzepaszczono. Teraz Tyberiusz miał zakończyć owe immensum bellum ("ogromną wojnę"). Wyprawa rzymska wyruszyła w 4 r. n.e. i do końca tego roku udało się Tyberiuszowi i jego wodzom podbić część plemion i dotrzeć aż w rejon Wezery. Ekspedycja nie powróciła na zimę, jak to zwykle bywało, do pozycji wyjściowych nad Renem, lecz pozostała w opanowanym kraju. W roku następnym udało się Rzymianom podporządkować sobie bitne plemię Chauków, mających siedziby nad Morzem Północnym, między rzekami Amizą (Ems) a Łabą, a następnie wojska rzymskie zwróciły się przeciw Longobardom i ich pokonały. To właśnie w związku z tymi wydarzeniami pojawiła się w źródle antycznym nazwa tego ludu - i nie tylko nazwa, lecz także znamienna, choć lakoniczna i mało precyzyjna charakterystyka: "Langobardi, gens etiam Germana feritate ferocior" ("Longobardowie, lud jeszcze bardziej dziki niż dzikość germańska"). Nie jest naszym zadaniem dokładne śledzenie zmagań Imperium Rzymskiego z Germanami, dlatego zaznaczymy jedynie, że armia Tyberiusza po zwycięstwie nad Longobardami dotarła aż w rejon dolnej Łaby i tam doszło do połączenia z oddzielnie operującą flotą (tak znakomita koordynacja działań słusznie uchodzi za dowód mistrzostwa rzymskiej sztuki wojennej). Dalej, poza Łabę, Rzymianie - stosując się do woli cesarza Oktawiana Augusta - już się nie posunęli.
Niewiele więc o Longobardach dowiemy się z dzieła Velleiusa Paterculusa, ale oprócz tego, że jest to, jak wspomniałem, pierwsza chronologicznie wzmianka o tym ludzie, na uwagę zasługuje przytoczona (pejoratywna z rzymskiego punktu widzenia, ale mogąca być powodem chluby u samych Germanów) charakterystyka, a także dające się z kontekstu relacji wydedukować niezbyt odległe położenie ich siedzib od dolnej Łaby (Albis), jak gdyby między Chaukami a tą rzeką. Sąsiadami ich mieli być poza tym Semnonowie i Hermundurowie. Velleius nic nie wie o schronieniu się Longobardów przed Rzymianami na drugim (wschodnim) brzegu Łaby. Dowiadujemy się o tym dzięki innemu autorowi, Grekowi z pochodzenia, nie historykowi, lecz geografowi - Strabonowi z Amazei Pontyjskiej (zm. 23/24 n.e.), który w swoim obszernym dziele, będącym prawdziwą kopalnią wiadomości o ówczesnej (z przełomu starej i nowej ery) ekumenie, zawarł również wiele, co prawda rozproszonych, informacji o charakterze historycznym, w tym także dotyczących wojen czasów Augusta. Formalnie rzecz biorąc, informacja Strabona, w sensie czasu spisania, jest nawet około dziesięciu lat starsza od relacji Velleiusa Paterculusa, gdyż trzeba ją datować na około 20 r. Oto relacja Strabona (Geogr. 7,1,3):
Ogromne przeto jest plemię Swebów, rozpościera się przecież od Renu aż do Łaby, a jego część osiedliła się nawet za Łabą, mianowicie Hermundurowie i Longobardowie; obecnie w każdym razie wypędzeni, zbiegli całkowicie na przeciwległy brzeg.
Strabon, a zatem geograf, nie historyk, jako jedyny podał informację o ucieczce pokonanego przez Tyberiusza ludu na wschód od dolnej Łaby, czyli na obszar późniejszej Meklemburgii, umożliwiając tym samym jakiekolwiek próby lokalizacji związanych z Longobardami wydarzeń zanotowanych przez innych autorów, a także, jak jeszcze zobaczymy, nawiązania do pewnych obserwacji archeologicznych. Hermundurów i Longobardów zalicza Strabon do szerszego pojęcia Swebów, co poświadczają także niektórzy inni autorzy. Problem Swebów jest bardzo skomplikowany, a samo pojęcie dalekie od jednoznaczności[12] - zajmiemy się nim wyłącznie w związku z Longobardami. U Strabona występują w charakterze pojęcia zbiorczego, ponadplemiennego, zdaniem części uczonych stanowili oni ugrupowanie odpowiadające pojęciu "Germanów nadłabskich" (Elbgermanen).
Późniejsi autorzy, opisujący czasy i wojny cesarza Augusta, opierali się na wiadomościach Strabona i Velleiusa Paterculusa, wspominali o wyparciu Germanów poza Łabę, ale nie wymieniali nazw konkretnych ludów, a więc i Longobardów. Szeroko zakrojona kampania roku 4 i lat następnych miała pozostać już ostatnią poważną demonstracją siły Imperium w rejonie Łaby, do czego przyczyniło się w poważnej mierze wielkie antyrzymskie powstanie w prowincjach naddunajskich. Wyprawy P. Quinctiliusa Varusa w latach 7-9 nie sięgnęły poza Wezerę na wschodzie, a druzgocąca klęska zadana jego legionom w Lesie Teutoburskim oznaczała praktycznie kres aspiracji rzymskich na obszarze "wolnej" Germanii.
Dzięki schronieniu się na wschód od Łaby Longobardowie uwolnili się od zagrożenia rzymskiego. W 5 r. n.e. nikt nie mógł jeszcze przewidzieć, że Rzymianie niebawem zrezygnują z dalszej ekspansji na wschód. Longobardowie wraz z niektórymi innymi plemionami germańskimi znaleźli się natomiast w orbicie wpływów władcy Markomanów Marboda, który poczynając od 8 r. p.n.e. częściowo orężem, częściowo układami stworzył silną i rozległą konfederację z centrum na obszarze późniejszych Czech, sięgającą na północy dolnej Łaby, na południu zaś środkowego Dunaju. Potęga germańskiego władcy musiała niepokoić Rzymian, ale planowana na 6 r. n.e. wyprawa zbrojna nie doszła do skutku ze względu na wybuch wspomnianego powstania w Panonii i Dalmacji i przez pewien czas pomiędzy Imperium a polityczną organizacją Marboda panował pokój. Longobardowie, jak się wydaje, nie byli w tych latach aktywni, a w każdym razie źródła nie wspominają o ich udziale w bitwie w Lesie Teutoburskim ani w wyprawach Germanika.
Zaniechanie przez Rzymian ofensywnej polityki na wschód od Renu, szczególnie wyraźne w pierwszych latach panowania Tyberiusza, zapewniło Germanom sąsiadującym z Imperium, a także tym dalej osiadłym, bezpieczeństwo z tej strony, zarazem jednak, co zauważył sam Tacyt, sprzyjało ujawnieniu się bądź pogłębieniu wśród Germanów konfliktów międzyplemiennych. Ludy germańskie skupiały się wokół dwóch wybijających się osobowości wodzowskich - znanego nam już Marboda oraz pogromcy Rzymian w Lesie Teutoburskim, wodza plemienia Cherusków Arminiusza, którzy podjęli walkę o hegemonię. Nie wiemy, jakie były konkretne przyczyny, ale już na początku owych walk, jak donosi Tacyt (Ann. 2,45,1), Semnonowie i Longobardowie porzucili Marboda i przeszli na stronę opromienionego sławą Arminiusza. Dzięki tej wzmiance Tacyta w ogóle się dowiadujemy o niezbyt długim (dobrowolnym czy wymuszonym?) sojuszu Longobardów z "państwem" Marboda.
Czy zerwanie z Marbodem i przyłączenie się do konfederacji Arminiusza wiązało się z powrotem do poprzednich, "pierwotnych" siedzib na zachód od dolnej Łaby? Po śmierci Arminiusza znaczenie Cherusków szybko malało i część zdziesiątkowanej walkami wewnętrznymi arystokracji plemiennej poczuła się w 47 r. zmuszona prosić cesarza Klaudiusza o wyznaczenie im nowego władcy. Wybór Klaudiusza padł na przebywającego i wychowanego w Rzymie krewnego zmarłego Arminiusza, znanego jedynie pod nadanym mu przez Rzymian imieniem Italicus. Wyposażony przez Rzymian udał się Italicus w rejon Wezery, gdzie rychło miało się okazać, że znaczna część Cherusków wcale go sobie nie życzy, doszło więc do walk. Początkowo stronnicy Italicusa zwyciężyli, następnie został on jednak wypędzony i mógł odzyskać władzę jedynie dzięki pomocy Longobardów.
Tacytowi, który wiedzę o wojnach w Germanii zaczerpnął w znacznej mierze z zaginionego niestety dzieła (Bella Germaniae, "Wojny germańskie", w 20 księgach) drugiego (oprócz Velleiusa Paterculusa) uczestnika tych wydarzeń Pliniusza Starszego[13], zawdzięczamy nie tylko przytoczone przed chwilą informacje o politycznych losach Longobardów, lecz także (tym razem w krótkim, ale dla znajomości świata germańskiego niezwykle cennym traktacie De origine et situ Germanorum ["O pochodzeniu i położeniu ludów germańskich"], krótko: "Germania", powstałym w 98 r.) coś w rodzaju bardzo ogólnikowej i niezupełnie jasnej charakterystyki tego ludu w 40. rozdziale tego traktatu:
Dla odmiany[14], tytułem do chwały Longobardów jest ich mała liczba. Otoczeni przez liczne i silne plemiona pozostają bezpieczni nie dzięki posłuszeństwu, lecz temu, że w bitwach narażają się na niebezpieczeństwa.
Można z tych słów, oprócz podzielanej także przez niektórych innych autorów (a także przez rodzimą tradycję) opinii o niezbyt dużej liczebności Longobardów, wyczytać także przekonanie o ich waleczności, wyrównującej niejako mniejszą liczebność. Trudno jednak stwierdzić, na ile wymienione przez Tacyta cechy stanowią odbicie rzeczywistości, na ile zaś literackiej topiki. Przy licznych Semnonach, jednych z imiennie wyliczonych ważniejszych sąsiadów Longobardów, Tacyt nie wspomina o jakiejś szczególnej wojowniczości. Jeżeli chodzi o Chauków, to nawet wyraźnie pisze o nich jako o ludzie pokojowo nastawionym, co tłumaczy się sprzyjającą Rzymianom postawą tego ludu w walkach 9 i 14-16 r. W ogóle zaś nic nie wiadomo o ówczesnych wojnach Longobardów ani z Semnonami (z którymi wspólnie przyłączyli się do Marboda), ani z jakimkolwiek innym ludem.
W późniejszym okresie Longobardowie pojawiają się już tylko u dwóch autorów. W spisanym zapewne między 150 a 160 r. "Wstępie do geografii" - który wraz z niezachowaną bezpośrednio[15] mapą (mapami) ekumeny słusznie uchodzi za najdoskonalsze osiągnięcie antycznej myśli geograficznej[16] - Klaudiusz Ptolemeusz z egipskiej Aleksandrii dwukrotnie wspomina Longobardów, ale w taki sposób, że nie sposób jednoznacznie wykazać, że w obu przypadkach chodzi o jeden i ten sam lud. Zgodnie ze Strabonem i Tacytem uważa ich za odłam Swebów. Kłopotu uczonym dostarczyła pierwsza ze wzmianek Ptolemeusza: "Obszar Germanii wzdłuż Renu, postępując od północy, zamieszkują niewielkie [ludy] Brukterów i Sugambrów, niżej są swebscy Longobardowie, dalej - Tenkterowie i Inrionowie" - i tak dalej. Kłopot polega na tym, że żadne inne źródło nie potwierdza pobytu jakichkolwiek Longobardów nad Renem, co wprawdzie, wobec znanego faktu ubóstwa i przypadkowości źródeł, nie stanowi podstawy do kategorycznego odrzucenia odosobnionej wiadomości Ptolemeusza, który, jako typowy (choć bez wątpienia genialny) kompilator, mógł korzystać z różnych, w dodatku z rozmaitych epok pochodzących, także nam zupełnie nieznanych źródeł, przeto nie można z góry odrzucić możliwości czasowego pobytu Longobardów (raczej jakiejś części plemienia) tak daleko na zachód od ich źródłowo potwierdzonych nadłabskich siedzib. Domysł taki cechuje jednak takie samo prawdopodobieństwo, jak przeważający, jak się wydaje, w nauce pogląd o pomyłce Ptolemeusza.
Druga wzmianka nie przysparza już trudności. Po wymienieniu ludów rozmieszczonych "nad Oceanem", tzn. na południowych wybrzeżach mórz Północnego i Bałtyckiego, czytamy u Ptolemeusza:
Z bardziej we wnętrzu [kontynentu] żyjących ludów najwięksi są swebscy Anglowie, mieszkający na wschód od Longobardów, a siedziby ich rozciągają się w kierunku północnym do środkowego biegu Łaby, dalej - swebscy Semnonowie, których siedziby położone są poza [na wschód od] Łabą, od środkowego jej biegu w kierunku wschodnim aż do Suebos, oraz Burgundowie, do których należy kolejny obszar aż do rzeki Wisły. Pomiędzy nimi zamieszkują następujące mniejsze plemiona: między małymi Chaukami i Swebami znaczni Brukterowie, poniżej nich Chaimowie, pomiędzy dużymi Chaukami i Swebami Angriwariowie, następnie Longobardowie, poniżej nich Dulgumnierowie
i tak dalej. Swebowie odgrywają w tej części "Geografii" rolę punktu orientacyjnego. Oprócz nazw plemiennych skądinąd nieznanych lub mało znanych pojawiają się także Sasi, Teutonowie, Burgundowie, nieco dalej - Silingowie, Lugiowie i Cheruskowie. O wczesnej historii Longobardów niewiele się zatem dowiemy z dzieła Klaudiusza Ptolemeusza.
Ostatnia wiadomość o Longobardach - przed ich mającym trwać całe trzy stulecia zniknięciem ze źródeł - dotyczy wydarzeń 166/167 r., czyli początku trudnych dla Rzymu wojen z Markomanami. Jak informuje historyk rzymski Kasjusz Dion (Cassius Dio Cocceianus) w napisanej na początku III w. "Historii rzymskiej", konkretnie: we fragmencie przekazanym w VI w. przez Petrosa Patrikiosa[17], początkiem wojny markomańskiej za panowania cesarza Marka Aureliusza było przeprawienie się 6000 Longobardów i Obiów[18] przez Dunaj oraz wdarcie się ich do Panonii, gdzie jednak zostali przez Rzymian rychło pokonani, musieli prosić o pokój, po czym się wycofali. Jeżeli chodzi o Longobardów, to mogło chodzić albo o jakąś grupę oddzieloną od głównego plemienia - które, jak wiemy, zajmowało siedziby odległe od Dunaju - albo o odosobnioną wczesną i niefortunną "awangardę", zapowiedź późniejszej migracji[19].
*
Czy archeologia i ewentualnie inne nauki, jak językoznawstwo i religioznawstwo, mogą nam pomóc w wyjaśnieniu początków Longobardów? Rozważmy w pierwszej kolejności problemy związane z archeologią, najpierw te o charakterze ogólnym, by nie powtarzać ich już w późniejszych wywodach.
Archeologia jest dyscypliną, która stosunkowo późno, bo na dobrą sprawę dopiero w XX w., awansowała do rangi głównego sprzymierzeńca historii w rozpoznawaniu bardziej odległej przeszłości. Wprawdzie zakres kompetencji archeologii jest ograniczony, nie bardzo potrafi ona "sama z siebie" przyczynić się do rozwikłania kwestii politycznych i etnicznych, czy - co nas w tym kontekście szczególnie interesuje, ale też jest dość oczywiste - znacznych obszarów kultury (poza materialną jej stroną), ale za to ma wiele właściwości czyniących ją bezcenną. Pozwala na choćby ograniczone poznanie społeczności, które - po pierwsze - nie pozostawiły po sobie jakichkolwiek innych śladów (np. w źródłach pisanych) bądź - po drugie - pozostawiły ich niewiele; w sprzyjających warunkach dotyczy to także tych części czy warstw społeczeństwa, które w praktyce były pozbawione możliwości "zaistnienia" w źródłach pisanych; po trzecie wreszcie - zasób źródeł i informacji pozyskiwanych dzięki archeologii jest praktycznie niewyczerpany, nigdy nie zostanie w pełni ujawniony i ciągle można oczekiwać kolejnych danych, nowych albo korygujących lub precyzujących znane już wcześniej fakty. To byłby ten optymistyczny aspekt archeologii, która zresztą ciągle doskonali swoje metody i narzędzia badawcze: wciąż można spodziewać się nowych odkryć i nowych interpretacji, podczas gdy w przypadku źródeł pisanych oczekiwania historyków, by mogły się pojawić jakieś nowe, zupełnie dotąd nieznane, a przy tym ważne źródła, są w odniesieniu do tak odległych czasów bez porównania mniejsze - niekiedy zgoła znikome.
Źródła archeologiczne, to znaczy pozyskiwane przez archeologów, dzielą z pisanymi pewną doniosłą, a z punktu widzenia badacza przeszłości niekorzystną cechę. Nie wiadomo bowiem na ogół, jaka część rzeczywistego dorobku dawnych wieków przetrwała i może stać się źródłem historycznym. Ta część, która przetrwała (trzeba tutaj zresztą zaraz dodać: i została naukowo rozpoznana), stanowi zatem reprezentację (próbę) nieznanej "ówczesnej" całości, na jej podstawie musimy wysnuwać wnioski dotyczące tej nieznanej wielkości. Nie wiadomo, jaka to część w sensie ilościowym, a także jakościowym, inaczej mówiąc: na ile "próba" jest reprezentatywna dla całości; jeszcze inaczej: czy i w jakim stopniu wnioski bądź rekonstrukcje dokonane dzięki badaniom próby będą wiernie odzwierciedlać ówczesny stan rzeczy.
Problem jest ważny, ale nie sposób go tu przedstawiać w całej okazałości. Może tylko dwa przykłady z archeologicznego "podwórka". Ponieważ archeologia, jak już wspomniałem, przynajmniej ta z naukowymi aspiracjami, jest dziedziną stosunkowo młodą, a w dodatku kosztowną, wymagającą znacznych (i rosnących w miarę postępu badań) nakładów oraz specjalistów, stopień archeologicznego rozpoznania terenu często jest niewystarczający bądź nierówny - na ogół lepszy w pobliżu ośrodków akademickich, muzeów lub innych centrów badawczych niż na obszarach położonych z dala od nich. Kolejna okoliczność: niektóre rodzaje obiektów badanych przez archeologów bywały, a nawet niekiedy są nadal z różnych względów bardziej uprzywilejowane od innych. Na ogół wyróżnia się obiekty i znaleziska osadnicze, militarne, grobowe (sepulkralne) i luźne (np. skarby lub znaleziska pojedyncze, odosobnione). Osadnicze i militarne to kategorie bardzo zróżnicowane, w ich skład wchodzą m.in. pozostałości po dawnych miastach, grodach, urządzeniach obronnych (np. słynny Wał Hadriana w północnej Brytanii), zamkach, często okazałych i sławnych ówcześnie i w czasach późniejszych, ale także niepozorne pozostałości niewielkich osad czy pojedynczych domostw. Dawniejsza archeologia, "przednaukowa" - a może tylko niedostrzegająca innych potrzeb, zresztą na ogół niedysponująca odpowiednimi narzędziami i metodami badawczymi - interesowała się najczęściej tylko tymi pierwszymi, okazałymi, przyciągającymi uwagę szerszej publiczności i mecenasów finansujących badania. Tych drugich nie dostrzegała, zresztą trudniej je w praktyce dostrzec, a nawet jeżeli się dostrzegło, to pomijano jako nieinteresujące naukowo i niegodne uwagi. Tym też można chyba tłumaczyć fakt bez wątpienia większego zainteresowania obiektami sepulkralnymi w porównaniu z niepozornymi osadniczymi. Pochówki naszych przodków, o ile obowiązujący obrządek tak nakazywał, są łatwiej dostrzegalne od pozostałości - powiedzmy - skromnego domostwa, najczęściej drewnianego (a więc z materiału w normalnych warunkach nietrwałego), po którym zachowały się być może tylko resztki paleniska, nieco skorup ceramicznych, kości zwierzęcych, rzadko kiedy coś więcej - jakieś, na ogół uszkodzone, narzędzie, fragment zgubionej ozdoby czy - i to byłoby szczególnie ważne dla archeologa - moneta. W dodatku pozostałości dawnych osad i domostw są obecnie często niedostępne dla badań, gdyż znajdują się na przykład pod późniejszą (nawet obecną) zabudową i można je ewentualnie badać jedynie przy okazji jakichś inwestycji budowlanych czy drogowych bądź zniszczeń losowych.
Jeżeli człowiek, który po raz pierwszy (a zarazem często, niestety, ostatni) zetknął się z taką pozostałością, był nieświadomy, niezainteresowany bądź nieuważny - czy to rolnik orzący pole (zwłaszcza z użyciem nowoczesnego sprzętu), czy robotnik obsługujący koparkę lub inne urządzenie, czy osoba postronna, w której ręce trafił ujawniony w ten sposób przedmiot - to szansa, by dowiedział się o tym świat nauki, była niewielka. Co innego, jeżeli ktoś postronny zetknął się nieoczekiwanie z dawnym pochówkiem, pojedynczym czy tym bardziej ich zespołem (czyli cmentarzyskiem). Po pierwsze zaznaczmy, że często były one zakładane z dala od osad ludzkich, na jakichś nieużytkach (niekiedy później przez wieki całe porośniętych lasem), w mniejszym stopniu niż osady i domostwa narażone były i są na destrukcyjną działalność rolniczą (z obecnie powszechną głęboką orką na czele) bądź budowlaną. Po drugie - na ogół były one umieszczane w ziemi na pewnej głębokości, do czego dochodziły w ciągu wieków kolejne warstwy gleby, dlatego lepiej się zachowały do dnia dzisiejszego. Wreszcie, znalezisko grobu, tym bardziej gdy pochówek był solidny, np. w obudowie kamiennej, zwłaszcza gdy zachował się szkielet (niekiedy w towarzystwie innych przedmiotów i darów grobowych), albo ciałopalny w zachowanej urnie, w przypadku ujawnienia w czasach dawniejszych budził u niektórych nawet grozę, a później przynajmniej zaciekawienie na tyle duże, że istniała szansa powiadomienia o tym jakiegoś nauczyciela czy księdza, co stanowiło często pierwszy etap rozpoznania znaleziska.
O kłopotach związanych z archeologią można by jeszcze długo pisać. Dodajmy na koniec taką, zgoła innej natury, ale także ważną okoliczność, jak nastawienie społeczne (niekiedy także polityczne). Bywają dziedziny budzące szerokie zainteresowanie i popierane przez miarodajne czynniki. Przypomnijmy sobie, jak jeszcze nie tak dawno w Polsce, gdy panowało przekonanie o zasiedziałości naszych ziem przez (Pra)Słowian, z czym się wiązało niedocenianie czy wręcz negowanie wpływów bądź czynników obcych, zwłaszcza germańskich, znaleziska pochodzące nawet z epoki brązu lub wczesnej fazy epoki żelaza (z powszechnie znanym Biskupinem na czele) uważane były za słowiańskie, a znaleziska ewidentnie obcej proweniencji traktowano jako importy, rezultat wpływów, byle tylko nie obecności obcych ludów na ziemiach polskich, w najlepszym zaś razie jako ślad przypadkowych i krótkotrwałych wędrówek obcych drużyn. Panująca od pewnego czasu w Rumunii teoria o pochodzeniu Rumunów od starożytnych Daków powodowała (w najlepszym razie) niedocenianie znalezisk innych niż dackie lub za dackie uważanych (np. słowiańskich). Archeologia (najpierw kolonialna francuska, później już rodzima) w Afryce Północnej niechętnie uznawała wagę okazałych (jak obecnie oceniamy) pozostałości pobytu germańskich Wandalów na tym terenie w V i pierwszych dziesięcioleciach VI w. Podobne zjawisko występowało na bezpośrednio nas tutaj interesującym Półwyspie Apenińskim: nauka zapatrzona w świetność antyku, a później (mniej więcej od XI w.) miast komunalnych, zbyt łatwo przechodziła do porządku dziennego nad "ciemnymi wiekami" w dziejach Italii, których apogeum miały być dwa stulecia panowania bądź dominacji Longobardów. Ten problem sygnalizowaliśmy już zresztą, nawet w szerszym kontekście, we Wstępie, dlatego tutaj jedynie o nim wspominamy.
Na razie jednak jesteśmy u początków longobardzkiej epopei. Okolicznością sprzyjającą porównaniu wymowy omówionych przez nas źródeł pisanych, zarówno tych antycznych, jak i tradycji longobardzkiej, jest nieczęsta w przypadku innych ludów tej epoki nieco dokładniejsza lokalizacja Longobardów, zarówno w aspekcie geograficznym (niedaleko Łaby), jak i sąsiedztwa plemiennego. Pomijając jedyną odmienną wzmiankę u Ptolemeusza, jako sąsiadów Longobardów w północnej Germanii źródła raczej zgodnie wymieniają Chauków, Angriwariów, Cherusków, Hermundurów, Semnonów i pomniejsze ludy północne skupione wokół kultu bogini Nerthus.
Jest przeto oczywiste, że uwaga archeologów skupiła się na zjawiskach kulturowych występujących w okresie zbliżonym do pojawiania się Longobardów w źródłach antycznych, tzn. w wiekach I-II, oraz - oczywiście w szerszym przedziale czasowym - na obszarach położonych na południe od dolnej Łaby i po drugiej stronie tej rzeki - w południowo-zachodniej Meklemburgii. Poświadczona źródłowo po raz pierwszy pod koniec VIII w. i do dziś występująca nazwa miejscowości Bardowick oraz nazwa okręgu Bardengau, zdaniem zdecydowanej większości uczonych wywodzące się od nazwy plemiennej Longobardów - choć trzeba przyznać, że pojawiają się także inne koncepcje - wydają się dodatkowo potwierdzać związek wspomnianych terenów z Longobardami.
Naiwnością byłoby oczekiwać po archeologii prostego i jednoznacznego potwierdzenia lub zaprzeczenia zjawisk i procesów znanych ze źródeł pisanych. Trzeba jednak przyznać, że w przypadku Longobardów stopień koordynacji rezultatów obu dyscyplin jest stosunkowo znaczny, choć nie wszystkie wydarzenia mogą zostać uznane za potwierdzone przez archeologów. Na przykład brak dotychczas jakichkolwiek poważniejszych argumentów za pochodzeniem tego ludu ze Skandynawii, co stanowi zasadniczą przeszkodę w uznaniu wiarygodności początków tradycji samych Longobardów, ale zgadza się z wymową źródeł antycznych, które o ich skandynawskich prasiedzibach nic nie wiedzą, a Longobardów znają wyłącznie w nieźle poświadczonych kontynentalnych siedzibach.
Z archeologicznego punktu widzenia istotna jest obserwacja, że grupa kulturowa[20] istniejąca około przełomu starej i nowej ery na obszarze położonym na południe od dolnej Łaby od dawna - co najmniej od młodszej fazy epoki brązu - rozwijała się zasadniczo na miejscu, bez istotniejszego udziału elementów napływowych. Zasadniczo, gdyż jednak na początku tzw. okresu lateńskiego ("przedrzymskiego") pojawiły się tam w większej liczbie nowe cmentarzyska, co niektórzy uczeni skłonni byli tłumaczyć właśnie migracją ze Skandynawii lub Jutlandii, wszakże argumenty archeologiczne przemawiające za tą tezą są bardzo nikłe. Nie wchodząc bliżej w nader skomplikowaną materię, wystarczy stwierdzić, że w nowszej nauce przeważa raczej pogląd o endogennym charakterze przemian zachodzących w okresie lateńskim na interesującym nas obszarze, znanych pod nazwą latenizacji (czyli rozprzestrzeniania się wpływów i osiągnięć kultury Celtów) także na wielu innych, rozległych obszarach Europy.
Stan rozpoznania archeologicznego obszarów domniemanie longobardzkich w północnych Niemczech jest wprawdzie lepszy niż na wielu innych obszarach, ale (co nie jest tu wyjątkiem) jednostronny, gdyż opiera się w głównej mierze na badaniu cmentarzysk pozostawionych przez ówczesne społeczności. Prawdą jest, że właśnie cmentarzyska przynoszą materiał ważny poznawczo. Wprawdzie niemal wszechwładnie dominował obrządek ciałopalny, niesprzyjający badaniom antropologicznym, ale za to zachowały się w wielkiej liczbie (na jednym tylko stanowisku archeologicznym w miejscowości Pritzier odnaleziono ich ponoć ponad 1700!) urny, w których deponowano spalone szczątki zmarłych, oraz przedmioty, jakie przydawano zmarłym na życie pozagrobowe, zwłaszcza ozdoby (biżuteria, zapinki) i broń. Oczywiście, w trakcie ciałopalenia na stosie również część przedmiotów towarzyszących zmarłym ulegała uszkodzeniu, a nawet zniszczeniu. Okazuje się także, że dość często występowało zjawisko jakby rozdzielności cmentarzysk - osobno chowano mężczyzn (wyposażanych w broń) i kobiety (wyposażane w ozdoby), chociaż o jakiejkolwiek systematyczności i konsekwencji nie można mówić, gdyż ozdoby występowały niekiedy także w grobach mężczyzn. Groby były najczęściej płaskie, niekiedy tylko oznaczane niewielkimi wzniesieniami, elementy obudowy kamiennej występowały rzadko. Ciekawe, że około przełomu er występował obyczaj, zapewne rytualnego, uszkadzania broni wkładanej do grobów. Urny mogły być miejscowego wyrobu, z gliny, ale w przypadkach pochówków bardziej wybitnych osób bywało, że używano w tym celu kosztownych, importowanych z obszarów Cesarstwa Rzymskiego albo w inny sposób pozyskiwanych, okazałych naczyń z brązu.
Mimo wspomnianych nikłych możliwości badań antropologicznych (zwłaszcza modnych obecnie badań DNA zmarłych), wynikających z dominowania ciałopalenia, obserwacja rozplanowania i położenia cmentarzysk (tam, oczywiście, gdzie to jest możliwe: znaczna część cmentarzysk i pojedynczych pochówków uległa bowiem destrukcji, zanim mogła zostać systematycznie zbadana) oraz wyposażenia grobów i różnic w tym zakresie doprowadziła uczonych do interesujących wniosków dotyczących struktury społecznej ich użytkowników (Longobardów?). Około przełomu er pojawiają się, wyraźnie odróżniające się od masy w ogóle pozbawionych wyposażenia bądź ubogo jedynie wyposażonych grobów, okazałe pochówki, dowodzące eksponowanej pozycji zmarłych w społeczności. W grobach tych spotyka się m.in. wspomniane naczynia brązowe (nie tylko jako urny na szczątki), ozdoby (np. srebrne zapinki, ostrogi, miecze), a same pochówki wykazują tendencję do przestrzennego grupowania się, co wolno uważać za wyraz kształtowania się czegoś w rodzaju grup rodzinnych, trwających niekiedy przez kilka pokoleń. Przykładem takiego okazałego pochówku może być odkryty i zbadany w 1995 r. grób (nr 9) w miejscowości Hagenow w Meklemburgii[21], zawierający szczątki liczącego około 55 lat wojownika z pełnym uzbrojeniem: mieczem, pochwą, włócznią, oszczepem i tarczą, pancerzem, trzema parami wykładanych srebrem ostróg, okuciami obuwia i pasa z wyobrażeniami figuralnymi, nożem, krzesiwem i 6 zapinkami. Grób ten archeolodzy datują na około 100 r. n.e. Nie ulega wątpliwości, że mężczyzna w nim pochowany musiał należeć do szczególnie uprzywilejowanych społecznie i chociaż został poddany rytuałowi kremacji, to nie różnił się zapewne pod względem pozycji społecznej od współczesnych mu, pochowanych na ogół w inhumacyjnych (grzebalnych) "grobach książęcych", występujących mniej więcej w tym samym czasie w różnych regionach "barbarzyńskiej" Europy (także w ramach tzw. kultury przeworskiej na ziemiach polskich). Dodajmy jeszcze, że na cmentarzysku w Hagenow chowano także kobiety i dzieci, co chyba niedwuznacznie wskazuje na "rodzinny" czy rodowy charakter nekropoli.
Niestety, z interesującego nas obszaru ciągle niewiele mamy znalezisk niesepulkralnego charakteru, to znaczy pochodzących z osiedli ludzkich, reprezentujących kulturę "żywą", nie zaś "przefiltrowaną" przez obrządek pogrzebowy. Pozostałości dawnych osiedli trudniej na ogół archeologom odkryć, często bowiem znajdują się pod obecnymi wsiami i miastami i dostęp do nich jest utrudniony, a niekiedy wręcz niemożliwy. Materiał pochodzący z osad nie jest też na ogół tak spektakularny, jak ten pochodzący z grobów i cmentarzysk, nie mówiąc już o tym, że niewprawne oko (a znaczna część wszelkich stanowisk archeologicznych została ujawniona przypadkowo, np. w trakcie orki lub prac ziemnych) nierzadko nawet nie zwróci uwagi na niepozorne pozostałości osadnicze i archeolog nigdy się o nich nie dowie. Wreszcie, nowoczesne badania dawnych osad muszą często objąć szerszy obszar i dlatego są kosztowne. Niemniej, tylko możliwie dokładne archeologiczne rozpoznanie dawnej sieci osadniczej może dać pewniejszą odpowiedź na pytanie o rozmieszczenie i organizację osadnictwa, wyróżnić i objaśnić strefy intensywnego osadnictwa i obszary zupełnie go pozbawione lub słabo zasiedlone[22], charakter zabudowy, tryb życia ludności i podstawy jej bytu materialnego.
Dla historyka co najmniej tak samo ważne, jak rozmieszczenie osadnictwa i wskazówki dotyczące społecznej struktury ówczesnej ludności, są wysuwane na podstawie materiału archeologicznego wnioski dotyczące chronologii. Okazuje się, że na południe od dolnej Łaby, czyli na głównym obszarze przypisywanym Longobardom w pierwszych stuleciach naszej ery, ciągłość osadnicza utrzymuje się w młodszej fazie okresu wpływów rzymskich, to znaczy w wiekach II-IV, wyjątkowo do V, choć z malejącą intensywnością. Spora część cmentarzysk w różnych rejonach areału longobardzkiego przestaje jednak być użytkowana i zostaje porzucona pod koniec starszej lub na początku młodszej fazy okresu rzymskiego. Trudno wyjaśnić to inaczej, jak tylko odejściem dużej części dotychczasowych mieszkańców. Podobne zjawisko obserwuje się w południowo-zachodniej Meklemburgii. Powstaje pytanie, w jakim stopniu "rozrzedzenie" osadnictwa na rdzennych obszarach longobardzkich można i należy wiązać z epizodycznym raczej pojawieniem się oddziałów longobardzkich w drugiej połowie II w. nad Dunajem w związku z wybuchem wojen markomańskich. Na takie pytanie prostej i pewnej odpowiedzi nie możemy się spodziewać...
Wstęp
ROZDZIAŁ I. Tajemnicze początki
[1] Dzieło Pawła Diakona jest od niedawna dostępne w dwóch polskich przekładach (zob. Wskazówki bibliograficzne na końcu książki). Z przekładu Ignacego Lewandowskiego pochodzą fragmenty przytaczane w tekście. Niektóre fragmenty podaję w parafrazie. We Wskazówkach bibliograficznych także dane o edycjach ważniejszych innych źródeł zawierających informacje o Longobardach, ze szczególnym uwzględnieniem istniejących przekładów na język polski.
[2] Przy cytatach z Historii Longobardów Pawła Diakona będę podawał jedynie numery księgi i rozdziału.
[3] Nie mam tu na myśli tradycji rzekomej, późnej, z pewnością nieautentycznej i niewiarygodnej, będącej rezultatem swobodnej inwencji znacznie późniejszych autorów (w Polsce np. Mistrza Wincentego Kadłubka), której kulminacja nastąpiła w okresie renesansu i baroku.
[4] Polski przekład Getiki Jordanesa, pióra Edwarda Zwolskiego, został wraz z obszernym wstępem i komentarzem opublikowany w książce E. Zwolskiego, Kasjodor i Jordanes. Historia gocka czyli scytyjska Europa, Lublin 1984.
[5] W. Pohl, Migration und Ethnogenesen der Langobarden aus Sicht der Schriftquellen, w: Kulturwandel in Mitteleuropa. Langobarden - Awaren - Slawen (2008), s. 1-12, cytat na s. 1.
[6] To ostatnie twierdzenie Pohla ma, moim zdaniem, charakter dyskusyjny, choć rzeczywiście coraz częściej negowana jest skandynawska geneza Gotów, m.in. w rezultacie prac Herwiga Wolframa i samego Pohla.
[7] W tym miejscu Pohl zdaje się łączyć w jedno świadectwa Pawła Diakona i znanych nam już, pomniejszych zabytków longobardzkich.
[8]Longibarbi, od łac. longus - "długi" i barba - "broda".
[9] W następnym rozdziale (I,9) Paweł Diakon daje wyraz swojej erudycji w zakresie mitologii: "Wotan zaś, którego po dodaniu litery nazwano Godan, jest odpowiednikiem Merkurego u Rzymian; wszystkie plemiona germańskie czczą go jak boga. Tradycja głosi, że żył nie w omawianym tu okresie, lecz daleko wcześniej, i nie w Germanii, lecz w Grecji".
[10] O ludzie tym nic więcej nie wiadomo.
[11] Przekonanie o istnieniu gdzieś na północy lub północnym wschodzie ówczesnej Europy kraju kobiet pokutowało jeszcze długo nawet w kręgach oświeconych. Około 965 r. na dworze cesarza Ottona I w Magdeburgu opowiadano (żartem czy serio - to już inna sprawa) Ibrahimowi ibn Jakubowi - przybyszowi z dalekiej Hiszpanii - że kraj taki rozciąga się gdzieś na wschód od "kraju Burus", czyli raczej bałtyckich Prusów niż Rusów. Zob. J. Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian, Poznań 1998, s. 35-37 (wyd. 2, 2007, s. 36-39).
[12] Zob. J. Strzelczyk, Zapomniane narody Europy, Wrocław i in. 2006, s. 51-86, 304-305.
[13] Tacyt w pewnym miejscu wyraził się o nim "Germanicorum bellorum scriptor" ("historyk wojen germańskich"). W zachowanym obszernym traktacie o charakterze encyklopedycznym Naturalis historia (Historia naturalna) Pliniusza Starszego znalazło się co prawda dużo cennych wiadomości (z natury rzeczy jednak rozproszonych i niesystematycznych) o Germanach, zwłaszcza o sąsiadujących z Longobardami Chaukach, samych jednak Longobardów w Historii naturalnej nie znajdziemy.
[14] W poprzednim, 39. rozdziale, Tacyt znacznie obszerniej opisuje lud Semnonów, uchodzących "za najstarszych i najznakomitszych wśród Swebów", którzy "zamieszkują sto okręgów, a wielkość ich plemienia pozwala im wierzyć, że stoją na czele wszystkich Swebów". Siedziby Semnonów lokalizuje się nad środkową Łabą i Hawelą, czyli na obszarze późniejszej Brandenburgii.
[15] Znane są jedynie późne bizantyńskie kopie lub wersje.
[16] Horyzont geograficzny Ptolemeusza obejmuje obszar od zachodniego skraju Europy po Chiny. Dzieło zawiera około 8100 nazw obiektów geograficznych (rzeki, góry itd.), miast i ludów, najczęściej z podaniem koordynat (długość i szerokość) geograficznych.
[17] Obszerne (80 ksiąg) dzieło Kasjusza Diona zachowało się tylko częściowo.
[18] Ludu o takiej nazwie nie znają inne źródła, nie występuje on nawet u Ptolemeusza. Nasuwa się wprawdzie domysł, że może chodzić o Ubiów, ale ci mieszkali zbyt daleko od Dunaju.
[19] Odnotujmy, jako naukowe kuriozum, wywodzące się ze szkoły polskich autochtonistów końca XIX w. próby wykazania słowiańskości Longobardów. Wilhelm Bogusławski (Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do połowy XIII w., t. 1, Poznań 1887, s. 131-135) uznał Longobardów autorów antycznych za słowiańskich "Łągobrdan", niemających nic wspólnego z germańskimi Longobardami. "Skandynawscy Longobardy od przybycia roku 379 przez lat 100 z górą wałęsali się gdzieś po niewiadomych manowcach, w końcu V wieku ukazali się nad Dunajem, a w roku 568 wyszli do Italii. Tłum włóczęgów, przesuwający się powolnie po szerokich przestrzeniach, nie mógł po sobie zostawić śladów, aż do ostatecznego osiedlenia się w Italii. W półtora wiekowej włóczędze mięszał się z innymi ludami, nie mało cudzych żywiołów wciągnął, tak że ostatecznie jeszcze nie wiadomo czy był to lud Skandynawski zesłowianiony, czy Słowianie zniemczeni. W każdym razie ci Longobardy nie mogą być za jedno brani z Lankobrdanami". Proboszcz żerkowski ks. Maksymilian W. Łukaszewicz (Sarmacja - Lechia - Polska. Trójlistek słowiański, Poznań 1890, s. 46) uznał Longobardów za "plemię słowiańskie Wendom, Swewom i Sasom pokrewne, także Wenilami nazwane, od łęgu, ługu, łuku, łużyć i barda berda, brda, t.j. oparzeliska trzciną porosłego" wiodące swą nazwę.
[20] Pojęcie grupa kulturowa jest powszechne w archeologii, która sama przez się nie dysponuje możliwościami ujmowania tych grup w kategoriach etnicznych ("lud", "plemię").
[21] Cmentarzysko w tej miejscowości znane było i wielokrotnie eksplorowane począwszy od początku lat czterdziestych XIX w., ale dopiero w 1995 r. w sposób metodycznie zupełnie poprawny. Mimo że zachowało się tylko fragmentarycznie, w odkrytych 17 pochówkach znaleziono m.in. 28 naczyń brązowych (lub ich szczątków) i jedno srebrne.
[22] Pomocne mogłyby być tu rezultaty badań językoznawców nad zachowanym lub poświadczonym źródłowo zasobem nazw własnych badanego terenu (miejscowości, wód, regionów, miejsc w terenie), ale jeżeli chodzi o wczesne domniemane siedziby Longobardów, to badań takich, o ile mi wiadomo, na szerszą skalę nie prowadzono.