Literki Aurelki. O średniku, który nie chciał być średniakiem - Przemysław Olek


Reflow text when sidebars are open.
Co za spotkanie!
To był jeden z tych przedwiosennych dni, kiedy dzieci chodzą po ścianach. Po ścianach? - zapytacie - jak pająki?! Nie... dzieci to nie pająki i nie plotą pajęczyn. Co najwyżej - dla żarciku - czasami plotą głupotki. Tak jak Aurelka, która mieszka z rodzicami, siostrą i babcią w domku przy lesie. Ma prawie, prawie sześć lat.
- "Chodzić z nudów po ścianach" - to taka przenośnia - wytłumaczył Aurelce tego dnia tata - Nikt, kto się nudzi, tak naprawdę nie chodzi od tego po ścianach - wyjaśnił córeczce.
- Chyba że alpinista - zauważyła Aurelka.
Zapracowany tata z nosem utkwionym w laptopie nie wiedział już co na to odpowiedzieć, ale obiecał Aurelce, że pobawi się z nią, jak tylko skończy pracę. Dziewczynka, szukając sobie zajęcia, po cichutku weszła na mały stryszek. Piętrzyły się tam aż po sufit klamoty, starocie i książki, o których kiedyś ktoś - pewnie tata - powiedział: "Jeszcze się przyda...".
Aurelka zauważyła drewniany, zielony kuferek i po kilku chwilach już zaglądała do środka. Nie było tam nic oprócz leżącego na dnie jednego, niezbyt grubego zeszytu. Miał poszarzałą okładkę i pożółkłe ze starości kartki.
- Tato, tato! Co to takiego? - zapytała Aurelka, pokazując swoje znalezisko.
- O! To chyba ... stary kajet twojego dziadka, w którym pisał dawno temu, kiedy był małym chłopcem i chodził do szkoły. A może dopiero poznawał wtedy literki i uczył się pisać?
- A co to jest "kajet"? - zapytała Aurelka.
- To po prostu starodawne określenie zeszytu - powiedział tata.
Aurelka usiadła na dywaniku w swoim pokoju i nieśmiało otworzyła pierwszą stronę. W pierwszej chwili głośno kichnęła: AAAAAAAAAAAAAAAA ....PSIK! - od kurzu, który wyskoczył ze środka kajetu. Na pierwszej stronie nie zauważyła niczego oprócz linijek, o których wie, że pomagają pisać prosto i nie stawiać kulfonów. Już miała przewrócić kartkę, kiedy nagle w prawym dolnym rogu zauważyła małą kreseczkę nakreśloną niebieskim atramentem. Aurelka szybko złapała za lupę, przez którą kreseczka wyglądała w powiększeniu mniej więcej tak:
- Nic ciekawego - powiedziała do siebie dziewczynka.
"Wszyscy tak mówią..." - usłyszała czyjś cichutki smutny głosik, dobiegający nie wiadomo skąd.
Aurelka zastygła ze zdziwienia. Kto to powiedział? Przecież to nie był głos nikogo z jej domowników. Zbliżyła lupę, wysiliła wzrok i zdawało jej się, że atramentowa kreseczka drgnęła na papierze, a może nawet leciutko pomachała do małej czytelniczki, chwiejąc się na boki. Znów dało się słyszeć z zeszytu smutny głosik: "Dawno nikt tu do mnie nie zaglądał - chyba całą wieczność." Nie było wątpliwości - ten znaczek mówił do Aurelki ludzkim głosem!
- Ale, ale ... ty mówisz? - zapytała zdziwiona dziewczynka.
- Tak, ale tylko do dzieci, które uczą się czytać i pisać. Czyli ty do nich na pewno należysz. Jak masz na imię?
- Aurelka - odpowiedziała coraz bardziej zaciekawiona dziewczynka - a ty kim..., to znaczy... czym jesteś?
- Jakie to szczęście, że mnie odwiedziłaś. Dawno, dawno temu pióro, które mnie nakreśliło, powiedziało mi, że jak będę sięgała wysoko i zdobędę kropeczkę - to mogę zostać nawet literką:
,ale coraz bardziej w tą wątpię. Proszę cię, Aurelko, zabierz mnie w podróż na koniec zeszytu. Może wtedy dowiem się, kim jestem i kim będę, kiedy dorosnę. Musisz tylko przewracać kolejne strony w zeszycie. Pomożesz mi?
- Ruszajmy w drogę! - zdecydowała Aurelka.
- Wołaj na mnie "Kreseczka" - powiedziała nowa znajoma i chyba nawet się uśmiechnęła.