Królestwo kłamstw. Podróż w głąb świata cyberprzestępców - Kate Fazzini


Reflow text when sidebars are open.
Charlie Mack pracuje nocami i w weekendy, żeby przygotować publiczne oświadczenie na temat wydarzeń w banku NOW.
Kiedy doszło do włamania, a plotki dotarły do mediów, zapanowała pieprzona wolna amerykanka. Ludzie zaczęli bez opamiętania gadać o tym, co ich zdaniem zaszło, choć o niczym nie mieli pojęcia. Ta ignorancja doprowadziła do idiotycznych, bezsensownych spekulacji. Właśnie dlatego prawnicy są niezbędni - ujawnienie prawdy natychmiast ucina wszelkie debilne domysły.
Ta tendencja do szerzenia plotek jest plagą sektora bezpieczeństwa, co Charlie zaobserwował już w swojej poprzedniej pracy, w CIA. Bezpośrednio przed przejściem do banku NOW był szpiegiem w libijskim Bengazi. Odszedł tuż przed morderczym atakiem na tamtejszy korpus. Charlie Mack doskonale zdaje sobie sprawę z ryzyka spekulacji.
W sprawie banku NOW krążą plotki, że wykradziono całe księgi majątkowe najbogatszych klientów, że hakerzy przejęli kontrolę nad platformami handlu wysokich częstotliwości, że mogą doprowadzić do upadku banku, a nawet załamania się całego sektora finansowego. "Oni" to rzekomo chińscy szpiedzy, którym zlecono monitorowanie wszystkich operacji bankowych. A może Rosjanie usiłujący uzyskać informacje finansowe o wrogach lub przyjaciołach Władimira Putina. Plotki w większości są absurdalne, ale jak wszystkie dobre kłamstwa, zawierają ziarno prawdy.
Charlie wie, że niektóre z pogłosek rozprzestrzenił w mediach sam Raykoff. Ukazało się nawet kilka niezwykle pochlebnych artykułów o tym, jakich to silnych i nieugiętych wojskowych bank niedawno zatrudnił.
Ale dobra prasa mu nie pomogła. Już na początku śledztwa dla Charliego stało się jasne, że Raykoff nie radzi sobie z presją. Najpierw tylko nominalnie, a potem faktycznie zastąpił go Ramesh.
Raykoff zostanie w końcu przesunięty na bardziej adekwatne stanowisko, do działu relacji z rządem. Wkrótce potem zacznie podlegać Rameshowi.
Teraz Charlie robi to, co potrafi najlepiej. Ratuje świat, a przynajmniej swój świat, dzięki niezwykłej skrupulatności i encyklopedycznej wiedzy na temat prawa z dziedziny cyberbezpieczeństwa. Oświadczenie ma jak najjaśniej przedstawić zajścia w banku, a jednocześnie ocalić resztki godności instytucji. Charlie ujawni w nim większość tego, co wiadomo na pewno, trochę tego, co jeszcze nie jest szerzej znane, i przezornie nie wspomni o niewiadomych.
Dwie ostatnie kategorie podpadają głównie pod kompetencje organów ścigania. To na nich spoczywa niewdzięczne zadanie ujawnienia tego, co społeczeństwo ma prawo wiedzieć, a zachowania w tajemnicy tego, co Departament Sprawiedliwości chce zostawić dla siebie, żeby potem mieć się czym chwalić.
Charlie bierze głęboki oddech.
"Włosi z północy" odpowiedzialni za operację "Wenecja" to trzej Izraelczycy, w tym jeden pochodzenia rosyjskiego. Wkrótce zostaną zatrzymani przez FBI i trafią do więzienia. Jest jeszcze czwarty haker, tajemnicza postać o nicku Belvedere, który przez Newark i Manhattan prał pieniądze dla pozostałej trójki. Ta informacja nie trafi do komunikatu. To nie bank ma ją ujawnić.
Zespół do spraw komunikacji pracuje z Charliem Mackiem nad oświadczeniem dla mediów. Chcą zapewnić opinię publiczną o tym, że bank dba o cyberbezpieczeństwo, prywatność swoich klientów i nienaruszalność ich kont.
Jest niedziela i Charlie ma na sobie różową koszulę, szorty bojówki i sandały. Właśnie wrócił z krótkiego urlopu na Karaibach. Jest szczupły, opalony i wygląda bardziej jak nastolatek tuż po wakacjach niż poważny prawnik. W przerwach między sprawdzaniem dokumentów rozmawia z Caroline oraz Frances, szefową zespołu do spraw komunikacji, które też przyszły do biura.
Charlie jest znudzony. Uwielbiał pracę szpiega - jeździł w egzotyczne miejsca, realizował ekscytujące misje, wiedział o wszystkim, jeszcze zanim się wydarzyło. Zanim zostało ujawnione. Jeśli w ogóle zostało ujawnione. Bengazi. Malta. Maroko. Rumunia. Kocha tajemnice. A jeszcze bardziej ich dochowywanie. Teraz jednak jest ojcem, ma dwie córeczki. Zatem ze szpiegowaniem koniec. Obecna sytuacja stanowi dla niego namiastkę dawnego życia. Dreszczyk, który czuje, bo wie o czymś, zanim to trafi do prasy.
Właściwie we wszystkich plotkach jest ziarno prawdy, tyle że nie dotyczą one ściśle "Wenecji". Czy chińscy hakerzy włamali się do banku i wykradli wszystkie sekrety? Tak, ale to było jakiś czas temu. Czy Rosjanie przeczesują bankowe sieci w poszukiwaniu informacji o "przyjaciołach" i wrogach Putina? Owszem, tyle że nie w tym konkretnym wypadku.
To włamanie ujawniło ważniejsze kwestie. Czy to wszystko ma znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego? Czy bank jest w stanie odeprzeć atak zasobnych w środki armii międzynarodowych? Czy w ogóle można tego od niego oczekiwać?
Bank NOW ma skomplikowaną relację z "partnerami" rządowymi. Po pierwsze, wbrew temu, co twierdzą różne agencje, nie dysponują one wystarczającymi zasobami, żeby naprawdę pomóc w walce z silniejszym, złowrogim przeciwnikiem. Żeby cokolwiek zdziałać, musiałyby mieć pełny wgląd w sieci banku. NOW działa jednak w wielu krajach, nie tylko w Stanach. Gdyby rząd amerykański uzyskał dostęp do wszystkich danych, odstręczyłoby to sporo ważnych klientów.
Poza tym wielu agentom zależy na tym, żeby bank popadł w tarapaty z powodu różnych naruszeń. Pracując nad tego typu sprawami, mogą zapewnić sobie uznanie, awans i - co najważniejsze - dobrze płatną posadkę w którejś z wielkich firm konsultingowych. Kto wie, może niektórym z nich faktycznie zależy na sprawiedliwości. Ale jeśli bank do każdego problemu wzywałby agencję rządową, czekałyby go reprymenda regulatorów, ostra krytyka mediów oraz strata mnóstwa czasu i pieniędzy, które można by lepiej spożytkować na zapewnianie faktycznego bezpieczeństwa.
Wszystko to stało się bardzo skomplikowane. Nic nie jest proste. Charlie nie ma wątpliwości, że największe zaufanie należy pokładać w ludzkiej inteligencji.
Bank, cały zespół cyberbezpieczeństwa - cholera, cały sektor cyberbezpieczeństwa - za bardzo polegają na analizowaniu danych. "Big data". Olbrzymich zbiorów informacji przepływających przez wąskie bankowe serwery, przeczesywanych przez "sztuczną inteligencję" i interpretowanych w formie arkuszy kalkulacyjnych lub PowerPointów przez dzieciaki, które ledwo dwa lata wcześniej skończyły studia.
Z doświadczenia Charliego wynika, że tego typu działalność przydaje się do rozwiązywania codziennych problemów, ale na dłuższą metę jest bez znaczenia. Niczego nie rozwiązuje.
Tak naprawdę liczy się jeden człowiek w terenie, w okopach, który popełnia przestępstwa lub obserwuje przestępców, więc jest w stanie wyjaśnić rzeczywiste problemy i zasugerować rozwiązania. Z kim mamy do czynienia? Jaki mają cel? Wszystko inne to zwykłe gdybanie i pustosłowie. Charlie wie to najlepiej. W końcu jest prawnikiem.
Właśnie to podziwia u Caroline. Ona docenia czynnik ludzki. Dlatego zatrudniła aż tylu byłych szpiegów.
Oświadczenie będzie brzmiało następująco:
"W dniu 5 sierpnia 2014 roku odkryliśmy, że grupa hakerów włamała się do naszego systemu i wykradła dane osobowe 87 milionów klientów banku NOW, w tym ich imiona i nazwiska, numery ubezpieczenia społecznego, adresy i numery telefonów. Współpracujemy z organami ścigania, żeby zbadać tę sprawę, w związku z czym nie możemy ujawnić wszystkich szczegółów śledztwa".
Będzie tego więcej. Ale to jest dobre. Uprzejmy, prosty, rzeczowy komunikat. Świeże, bezpieczne, znane fakty.
Kogo on oszukuje? Ludzie i tak wpadną w panikę.
W walentynki 2015 roku wszyscy członkowie zespołu cyberbezpieczeństwa banku NOW szukają nowej pracy. To znaczy ci, którzy jeszcze nie opuścili tonącego statku. Za kilka tygodni zostaną wypłacone premie. Dopiero wtedy rozpocznie się prawdziwy exodus.
Kiedy w pocie czoła harowali nad "Wenecją", obiecano im niebotyczne pensje i olbrzymie premie. Żadna z tych obietnic nie została spełniona. Wiele zaangażowanych w sprawę osób twierdzi, że to wszystko wina Raykoffa, który wkurzył tylu ludzi, że teraz próbują go przycisnąć, żeby mieć więcej argumentów za jego zwolnieniem. Wielu z nich, nieobznajomionych z wewnętrznymi mechanizmami banku, zapomniało, że pracują w centrum kosztów.
A kto raz znajdzie się w centrum kosztów, już tam zostaje. Dziś Raykoff jest zajęty. Ma się spotkać z ważnymi ludźmi. Pracowników administracyjnych SOC zaskakuje pukanie do drzwi. W biurze pojawiają się kobieta i mężczyzna, oboje ze słuchawkami w uszach, a za nimi stoi jeszcze jeden mężczyzna. Wyglądają poważnie.
- Szukamy Boba Raykoffa - mówi facet bez słuchawki.
- Jest na górze. Ale mogę wpuścić państwa do jego biura - odpowiada sekretarka.
Mężczyzna to admirał Michael Rogers, a jego towarzysze to agenci tajnych służb. Rogers jest ubrany po cywilnemu. Kieruje National Security Agency, wewnętrzną agencją wywiadowczą, i Cyber Command, centralnym ośrodkiem operacyjnym wszystkich gałęzi sił zbrojnych i innych agencji Departamentu Bezpieczeństwa. Przyszedł zobaczyć SOC. Na jego twarzy maluje się zdziwienie.
Sekretarka otwiera drzwi kartą i prowadzi ich do zabezpieczonego pokoju. Pracownicy SOC z zaciekawieniem podnoszą głowy, a potem spuszczają wzrok z powrotem na komputery. Tylko jedna osoba, były żołnierz marynarki, staje na baczność i salutuje. Nikt poza nim nie wie, kim jest Michael Rogers.
Frances jest w piątym miesiącu ciąży. Wchodzi do pokoju, wita się z Rogersem i jego świtą, a potem siada przy biurku.
Ledwie kilka chwil przed przybyciem Rogersa dostała ofertę od firmy konsultingowej, gdzie proponują jej dwukrotność obecnej pensji, mimo że spodziewa się dziecka. Nie ma pojęcia, kim jest admirał Rogers, i obecnie w ogóle jej to nie obchodzi. Pożar domu, atak na bank - to nie był łatwy rok.
Wielu pracowników banku NOW dostaje teraz hojne oferty i jest zasypywanych propozycjami. Telefony urywają się od zachęt rekruterów. Fachowcy od cyberochrony banku są teraz w cenie, ich umiejętności stanowią rzadkie dobro, więc mogą dyktować warunki. A wszystko dlatego, że pracowali nad "Wenecją" i zdobyli doświadczenie w radzeniu sobie ze skomplikowanym włamaniem do bazy danych, jednym z największych w historii. Żadna z rekrutujących firm ich za to nie obwinia. Wyższe kierownictwo spada ze stołków, specjaliści od cyberbezpieczeństwa uciekają gdzie indziej.
Caroline przejdzie do firmy ubezpieczeniowej, gdzie pracuje wielu z jej najlepszych ludzi, którzy czmychnęli już wcześniej. Charlie zostanie, nie ze względu na brak ofert, tylko dlatego, że otwierają się przed nim perspektywy w banku NOW - inni się wykruszają, a kierownictwo zdaje sobie sprawę, że on jest jedyny w swoim rodzaju.
Ramesh dotrze na sam szczyt. Już teraz zastąpił Raykoffa i urzęduje w jego biurze. Skompletuje sobie nową ekipę, a więzy scalające starą gwardię powoli zanikną. Raykoff przyzwyczaja się do nowej roli specjalisty od kontaktów rządowych. Sprawy najwyraźniej idą ku lepszemu, bo kilkoro pracowników zauważyło, że na jego nowym biurku stoi olbrzymie opakowanie viagry.
Pojawili się też nowi przestępcy. Charlie jest zajęty sporządzaniem dla kierownictwa wewnętrznych wytycznych, jak reagować na cyberszantaż i jego rzadszego krewniaka - cyberwyłudzenie.
Ma dopiero wersję wstępną. Szantażyści działają teraz bardzo dyskretnie. Charlie wie, że to się zmieni, kiedy inne grupy przestępcze pojmą zalety prostych, wydajnych kosztowo ataków. To nowy wektor. Charlie lubi takie wyzwania. Tyle że idea - narażanie, wyłudzanie, ucieczka - jest stara jak świat.
Charlie jest w swoim żywiole.
Sig się uśmiecha. Odzyskał kontrolę nad sytuacją, więc teraz uśmiecha się bardzo często. René jest w domu, w jego domu, w domu, który kupił dla nich po burzliwym romansie.
René nie przychodzi już do biura. Tak jest lepiej.
Po dzikim, niespodziewanym sukcesie faceci w TechSolu zaczęli podziwiać ją tak bardzo, że zagroziło to pozycji Siga w firmie. Żeby sobie z tym poradzić, zakochał się w niej i rozkochał ją w sobie. Zanim się zorientowała, wszystkie jej marzenia o ekscytującym, a przy tym wygodnym życiu się spełniły. Zupełnie straciła głowę. Co, swoją drogą, było urocze. Problem zniknął. René nadal pracuje dla TechSolu, ale usunęła się w cień. Rozwiązanie idealne.
Sig rozważa obecnie trzy propozycje biznesowe. Pierwsza oferta - coś, co później zostanie okrzyknięte "postsowieckim napadem na bank" - obecnie jest dopiero w fazie wstępnej. Żeby dowiedzieć się więcej, musi pojechać na dzień do Bukaresztu. Ostatnio nie lubi podróżować. Ale zainstalował już oprogramowanie szpiegujące na komputerze René i GPS w jej telefonie, więc nawet z daleka będzie w stanie ją kontrolować.
René trudno uwierzyć, że nie dalej jak sześć miesięcy wcześniej tańczyła w klubie, świętując swoje nowe życie milionerki. Kontakty na całym świecie, niebezpieczeństwo, oszustwa, szantażowanie miliardowych spółek - to wszystko było niezwykle pociągające. I trwało mniej więcej tydzień. Teraz nie chodzi już do klubów. Nie chodzi już nawet do pracy. Zupełnie wycofała się z mediów społecznościowych. Zostawiła rodzinę i wszystkich przyjaciół. Matka, która prawie tego nie zauważyła, zadzwoniła do niej tylko raz.
Minęło ledwie pół roku, a René już pracuje z domu, a raczej ze starego gospodarstwa, które Sig dla niej kupił i które zamierza wyremontować. Dom jest duży, przestronny, ale René większość czasu spędza tam sama, siedząc w najmniejszym pokoju. Czasem boi się nawet wyjść na zewnątrz.
Początki były wspaniałe i romantyczne. Sig nieustannie ją wychwalał: za ambicję, umiejętność szybkiego reagowania, czerpanie maksymalnych profitów z marnego wykształcenia i przeciętnego wyglądu.
Marne. Przeciętny.
Potem nakłonił ją do porzucenia college'u. I do pracy zdalnej, z jego nowego domu.
A raczej z jej domu. Tak powiedział, że to jej dom. Że kupił go dla niej. Tyle że należy do niego.
Na początku przyjaciele nie mogli uwierzyć, że ustatkowała się tak szybko i tak wcześnie, więc Sig kazał jej zerwać z nimi kontakty. Twierdzi, że wywierają na nią zły wpływ.
Mówi, że chce się z nią ożenić, zamieszkać na stałe na zielonych przedmieściach w tym dużym gospodarstwie. Ona jednak ma wrażenie, że jej świat bardzo się skurczył. Ceniła wolność, jaką dawała jej praca kelnerki, uwielbiała muzykę, pogaduszki z kolegami, publikowanie zdjęć na Facebooku. Wszystko to zostało jej odebrane. Najpierw przez pracę, potem przez Siga. Myślenie o nim, zamartwianie się, czy jest z nią szczęśliwy, strach, żeby go nie urazić. Sig chce, żeby była lepsza i lepsza.
- Czy jest w tym coś złego? Po prostu zależy mi, żebyś była najlepsza.
Siedzi zatem w domu i ciężko pracuje. On ją kocha, prawda? Tak mówi. Kontroluje czas, który spędza online, więc trudno jej wyjść. Nieustannie wysyła jej wiadomości, a jeśli nie odpisuje od razu, zaczyna się martwić. Albo się wścieka. Czasem i to, i to. Ale René nie ma mu tego za złe. Jest w niej zadurzony. Właśnie tego słowa użył: zadurzony.
Skurczyła się więc do rozmiarów groszku. Nawet teraz siedzi zwinięta w kłębek na małej kanapie z laptopem na kolanach, a tuż obok stoi moduł VoIP, żeby mogła odbierać telefony od szantażowanych klientów. Ostatnio dzwonią rzadziej. Firmy zorientowały się, jak to wygląda. TechSolu zyskała reputację wiarygodnego szantażysty, który po otrzymaniu zapłaty odblokowuje pliki. Nie ma potrzeby dzwonić do biura obsługi klienta.
René tęskni za czasami boomu szantażowego, do którego na swój skromny sposób się przyczyniła. Zastanawia się, czy coś jest nie tak z jej szczęką. Boli, a René nie wie dlaczego. Czuje dziwne pieczenie. Sig powtarza jej, że jest zbyt nerwowa. Czuje, jak szczęka się jej zaciska, a zęby zgrzytają. Czy to nerwy, lęk? A może co innego? Jak lekarze diagnozują poczucie osaczenia bez perspektywy ucieczki?
W Szanghaju Bo flirtuje z jednym z klientów. Biznesmen jest Anglikiem, ale pracuje w Senegalu. Jego profil na portalu Fiverr ma zdjęcie, co zdarza się niezwykle rzadko. Przenoszą rozmowę offline i kontynuują zaloty przez Signal, zaszyfrowaną aplikację esemesową.
Sytuacja szybko się jednak zmienia, kiedy klient, który pracuje dla spółki naftowej, zaczyna go wypytywać, skąd czerpie dane. Bo serwuje mu standardową wersję o publicznych źródłach informacji, raportach SEC i tak dalej, ale klient nie odpuszcza. "Te dane są za dobre. Na pewno nie są upublicznione".
Wcześniej rozmawiali o bardziej seksownych sprawach, więc w głowie Bo zapala się czerwona lampka. Nigdy całkiem nie zapomina, czego nauczył się w wojsku.
"Jestem pewny, że adresy mailowe z Saudi Aramco, które oferujesz, nie zostały nigdzie opublikowane" - pisze klient.
Tego wieczoru Bo upije się na umór i rano pójdzie do pracy skacowany. Najpierw jednak rzuca telefon na łóżko, jakby się oparzył. Potem kasuje historię rozmów w aplikacji Signal. Następnie ją odinstalowuje. I całkiem oczyszcza pamięć komórki. Wreszcie, w przypływie złości, wrzuca aparat do kibla. I na koniec rozbija go młotkiem.
Ostrożności nigdy za wiele.
Zbliża się koniec wiosny, w Rumunii jest piękny czerwcowy dzień. Historia Siga i historia TechSolu właśnie zmieniają bieg.
Sig patrzy przez ramię swojemu kuzynowi z Niemiec. Kuzyn nazywa się Dieter Reichlin i znacznie bardziej niż on sam przypomina hakera, co niezwykle Siga bawi. Obie ręce Dietera, od nadgarstków po ramiona, pokrywają kolorowe tatuaże kosmosu i fantastycznych, nieistniejących planet. Ma na sobie czarny T-shirt, czarne dżinsy i czarne oficerki, wszystko bardzo tanie. Nosi długie włosy i lekko łysieje na czubku głowy.
Sig zwabił go do siebie, bo chce dowiedzieć się więcej o oszustwie, o którym Dieter tylko pisał, ale nie miał odwagi go popełnić. Na tym polega różnica między kuzynami - Sig działa, natomiast Dieter siedzi z boku i obserwuje. Dieterowi, jak się wydaje, nie zależy na pieniądzach, czego Sig nie może pojąć. "Nieważne, tym więcej dla mnie", myśli.
Dieter jest badaczem specjalizującym się w kwestiach bezpieczeństwa. Ma na to papiery. Do Rumunii przyjechał na rekonesans. Nie podoba mu się tu. Kraj nie wzbudza jego zaufania. Zanim w ogóle postawił tu stopę, musiał zaopatrzyć się w kilka fałszywych telefonów.
Badacze bezpieczeństwa zajmują osobliwą niszę na polu cyberbezpieczeństwa. Zwykle to niezależni naukowcy, hakerzy lub pozyskiwacze informacji. Oferują swoje usługi jako freelancerzy i promują się za pośrednictwem artykułów i blogów, w których opisują różne korporacyjne potknięcia lub nowe rodzaje cyberprzestępstw. Często zaznajamiają się z przestępcami i organizacjami przestępczymi, żeby wyjaśniać ich działalność niewtajemniczonym. Dieter stanowi tu niejaką anomalię. Żywo interesuje się kwestiami prywatności, ale odkrycia zachowuje dla siebie.
Zdaniem Dietera Sig nie ma pojęcia, że kuzyn wie o jego machlojkach - o tym, że TechSolu to tylko przykrywka dla działalności przestępczej. Dieterowi to nie przeszkadza. Kuzyn mętnie tłumaczył powody przenosin do Arnica Valka. Unika wszelkich rozmów o swojej obecnej pracy. Unik, uśmiech, kiwnięcie głową, zmiana tematu. To właśnie Sig, mistrz manipulacji.
Dieter jest jego kuzynem nie ze względu na pokrewieństwo, ale na bliskość. Ich matki były przyjaciółkami z dzieciństwa, więc jako mali chłopcy musieli się razem bawić i jeździć na wycieczki, a potem przez całe życie nieuchronnie zmierzali mniej więcej w tym samym kierunku. Obozy informatyczne. Zajęcia z programowania, na których Dieter brylował, a Sig sobie nie radził. Treningi piłki nożnej, na których Dieter sobie nie radził, a Sig, dzięki szczupłej sylwetce i pokaźnemu wzrostowi, wręcz przeciwnie.
Z jakiegoś powodu, mimo że wyższy i atrakcyjniejszy, Sig nigdy nie miał u dziewczyn takiego powodzenia jak kuzyn. Dieter wiedział, że to zawsze stanowiło dla Siga problem, potencjalne niebezpieczeństwo. Sig miewał napady lodowatej, przerażającej złości; Dieter wolał go wtedy unikać.
Sig i dziewczyny. Dieter rozmyślał o tym przez całe trzy godziny lotu z Helsinek do Rumunii. Dziewczyny zlatywały się do Siga stadami, zachęcone jego atrakcyjnym wyglądem i urokiem, ale po kilku dniach albo tygodniach zrywały z nim, wyraźnie zdezorientowane i zniesmaczone. Potem szeptały coś na jego temat do przyjaciółek, sugerując, żeby te omijały go z daleka. I rzeczywiście potem nie miał już powodzenia. Poszerzał więc krąg znajomych, ruszając się poza ich małe miasteczko, jeździł do sąsiednich wiosek, ale po jakimś czasie również tamtejsze dziewczyny zaczynały o nim szeptać. Sig musiał wędrować coraz dalej. Teraz dotarł aż tu, do Rumunii, i Dieter zastanawia się, jaką dziewczynę usidlił w tym domu, którym nie przestaje się chwalić.
Ku własnemu zaskoczeniu, kiedy obaj wkroczyli w wiek nastoletni, to on, Dieter - niski, trochę dziwaczny, ale dość empatyczny - miał u dziewczyn większe branie. Zwykle trafiały mu się fanatyczki komputerów, ale zawsze miał jakąś ładną dziewczynę, która nawet po rozstaniu utrzymywała z nim kontakt i chciała się nadal przyjaźnić. Sig z tego szydził, ale wyraźnie był zazdrosny. To ich od siebie oddaliło. Dieter nie jest psychologiem, więc nie wie dlaczego.
Nie lubi Siga, ale łączącej ich więzi nie zerwał. Ta niezrozumiała decyzja, niezrozumiała nawet dla samego Dietera, dopiero później nabrała sensu. Kiedy Sig został przestępcą, a Dieter badaczem, zrozumiał dlaczego. Otóż Sig był wspaniałym obiektem badań, a Dieter świetnym analitykiem.
Trzy lata przed podróżą do Bukaresztu Dieter poślubił piękną, bladą dziewczynę z Finlandii i tam się z nią osiedlił. Zamierzał spłodzić gromadkę bladych dzieci i spokojnie hakować komputery w szczytnych celach. Mniej więcej w tym samym czasie Sig popadł w Niemczech w jakieś tarapaty i uciekł do Europy Wschodniej. Telefony i wizyty ustały. Dieter nie był pewny, czy źródło problemu stanowiły dziewczyny, czy komputery.
Wtedy Sig zniknął. Jak twierdzi, odbywał luksusowe podróże.
Dieter opublikował w niemieckich czasopismach naukowych kilka artykułów o oprogramowaniu szantażującym i grupach przestępczych w Europie Wschodniej. Podpisał je cudzym nazwiskiem. Specjalizuje się zwłaszcza w technikach inżynierii społecznej - w oszustwach polegających na podszywaniu się pod kogoś innego w mailach, rozmowach telefonicznych, a nawet spotkaniach twarzą w twarz, żeby coś wyłudzić.
W jednym z artykułów, które opublikował pod swoim nazwiskiem, analizuje konkretny szwindel bankomatowy. Wymagał on szczególnie zmyślnej inżynierii społecznej, machinacji, w których gustowali przede wszystkim narcyzi i socjopaci. Właśnie po tej publikacji dostał mail od Siga. Kuzyn był pod wrażeniem jego badań i chciał go zaprosić do Rumunii. Pisał, że o tej porze roku Bukareszt jest wyjątkowo piękny.
Dieter natychmiast przyjął propozycję. Sig uznał to za przejaw znudzenia życiem małżeńskim i opieką nad dziećmi, bo komu by się to podobało. Tymczasem Dieter, jak przystało na badacza, po prostu chciał wiedzieć, co Sig knuje, bo Sig jest przestępcą. A Dieter analizuje przestępstwa i lubi o nich pisać.
Rozpoczęli więc długą wymianę maili i telefonów - przez kilka tygodni ustalali szczegóły przyjazdu i prowadzili niezobowiązujące pogaduszki, tańcząc lekkiego walca niczym dwa odpychające się magnesy. Ustalili dogodne miejsce spotkania, pub niedaleko bukareszteńskiego lotniska. Dieter skłamał, że ma tylko jeden dzień, a potem musi wracać do domu. Wiarygodna wersja wydarzeń: musi zająć się dziećmi, bo żona wyjeżdża w interesach.
- Straszne - stwierdził Sig.
- Tak, ale co zrobić. Ona chce pracować, wiesz, jakie są baby. - Dieter jęknął, a żona się uśmiechnęła i pokazała mu z kuchni środkowy palec.
No i spotkali się, siedzą w bukareszteńskim pubie. Sig patrzy z wyczekiwaniem, a Dieter szczegółowo opisuje mu nowy rodzaj oszustwa. Okradanie bankomatów to nic oryginalnego, ale nowa strategia wynosi je na zupełnie inny poziom.
- Zaczyna się tak - mówi Dieter. - Przypuśćmy, że mamy dwie lokalizacje. Bukareszt w Rumunii i Tallin w Estonii. Najpierw robisz research. Banki mają różne rodzaje bankomatów, w niektórych jest więcej kasy niż w innych. Bywa, że nawet dwieście tysięcy dolarów, ale zwykle około dziesięciu tysięcy. Bankomaty z dwustoma tysiącami mają wiele cech wspólnych: są starsze, należą do banków, które są otwarte dość krótko, i z reguły znajdują się w obszarach, gdzie wiele transakcji przeprowadza się w gotówce. Może jest to rewir mafii czy teren popularny wśród Saudyjczyków, coś w tym stylu. Dowiadujesz się więc, że Główny Lokalny Bank Tallina ma właśnie taki duży, przeładowany bankomat. Badasz dalej. Kiedy uzupełnia się gotówkę, o której godzinie? Jaki firmowy samochód ją dostarcza? O której odjeżdżają? Czy bank jest o tej porze otwarty czy zamknięty? Czy tego dnia odbywa się dużo transakcji? - Dieter na moment milknie. - Znajdujesz optymalną lokalizację, która spełnia wszystkie twoje kryteria. No i masz cel do ograbienia.
Żeby to zobrazować, Dieter przygotował prymitywną prezentację w PowerPoincie. Wyświetla ją na lichym siedmioletnim laptopie. Sig się krzywi, szydzi z jakości prezentacji i mówi, że zna kogoś, kto zrobiłby to znacznie lepiej. Dieter upija łyk piwa i puszcza ten komentarz mimo uszu.
- Kolejnym krokiem jest założenie konta. Powiedzmy, że znajdujesz przyjemną małą filię Głównego Lokalnego Banku Tallina. Mieści się ona w Bukareszcie. Rekrutujesz więc mrówkę, kogoś, kogo dobrze znasz i komu możesz zaufać. Kogoś, kto wygląda jak ty, a nie jakiegoś wytatuowanego, kiepsko ubranego gościa jak ja! - Dieter uśmiecha się z zażenowaniem, po czym mówi dalej: - Ta elegancka mrówka zakłada konto w bukareszteńskiej filii banku, a jako adres do korespondencji podaje skrzynkę pocztową w Tallinie. Otwiera rachunek bieżący z kartą debetową, wpłaca niewielki depozyt, dostaje też kartę kredytową ze skromnym limitem. Obie karty zostają wysłane do skrzynki w Tallinie, gdzie masz inną mrówkę, no wiesz, mrówkę, która odbierze pieniądze. Oczywiście jeśli dysponujesz, to znaczy, jeśli przestępca dysponuje dużą siatką współpracowników.
Kolejny slajd za długo się ładuje. Dieter udaje poirytowanie starym laptopem.
- Wiesz, skoro nie podoba ci się prezentacja, to mam jeszcze filmik, który wyjaśnia to oszustwo. Tylko że na tym pieprzonym starociu nie mogę go odtworzyć.
Sig wzdycha, zagadkowo przyglądając się kuzynowi. Potem sięga do torby i wyjmuje nowiutki, drogi laptop.
- Chryste, jaki piękny.
- Musisz sobie taki sprawić. Rozumiem, że przy żonie i dzieciach ci się nie przelewa, ale jeśli chcesz odnieść sukces na tym polu, musisz mieć najlepszy sprzęt. Mam nadzieję, że twoja kobieta zdaje sobie z tego sprawę. - Sig uśmiecha się ze współczuciem.
- Co zrobić - odpowiada standardowo Dieter, wzruszając ramionami. - Wiesz, jakie są baby.
Szarpie kołnierzyk koszulki wartej dwa dolary. Oblewa się rumieńcem i zaciska zęby. Próbuje zamaskować tę reakcję, udając, że się wstydzi, ale coś w bezinteresownej złośliwości Siga wzbudza w nim gniew. Nie wydaje mu się, żeby chodziło o wspólną przeszłość czy jakąś rodzinną rywalizację.
W domu Dieter ma najnowszą, zbudowaną na specjalne zamówienie posegmentowaną sieć komputerową. Dom jest w pełni zautomatyzowany i inteligentny. Dieter posiada trzy lub cztery laptopy o niebo lepsze niż ten, który ze sobą przywiózł. Jego roczna pensja sięga sześciocyfrowej sumy, a jeśli się trochę wysili, może zarobić nawet więcej. Jego żona jest cenioną księgową. Dieter nie musi chwalić się bogactwem. Słabością Siga jest arogancja. Dieter zdaje sobie z tego sprawę, więc się opanowuje.
Wyjmuje pendrive'a i wtyka go do laptopa Siga. Kuzyn prawie tego nie zauważa. Dieter nie przestaje zachwalać komputera, rozwodzi się nad eleganckim dizajnem i pojemną pamięcią. Uruchamia wgraną na USB prezentację o oszustwie bankomatowym. Kiedy Dieter komplementował sprzęt, cicho i niepostrzeżenie instalowało się na nim wyjątkowo wredne złośliwe oprogramowanie.
Ostrożny walc między kuzynami trwa. Wideo pokazuje piękną, schludną prezentację, która jakimś cudem zaczyna się dokładnie w momencie, w którym Dieter przerwał opowieść.
- Na czym to ja skończyłem? Aha, no więc jeśli współpracujesz, to znaczy jeśli oszust współpracuje z siatką przestępców, oni na pewno mają w Tallinie mrówki, które mogą zrealizować kolejny krok. Jeśli grupa jest mniejsza, sam główny przestępca albo ktoś bardzo mu bliski jedzie do Estonii. Odbiera kartę debetową ze skrzynki w Tallinie, aktywuje ją i czeka.
- Czeka? To do bani! - Sig się uśmiecha. Skupia się na filmiku i w ogóle nie zwraca uwagi na pendrive'a. "Kiepski z niego haker", myśli Dieter.
- Potem przychodzi czas na hakowanie. Ktoś musi się włamać do sieci banku, tyle że dyskretnie. Można to zrobić dzięki inżynierii społecznej: przekonać administratora systemu do ujawnienia loginu i hasła. Albo zastosować wobec nich phishing. Albo jakoś inaczej zainstalować złośliwe oprogramowanie, które wykradnie login i hasło. Jest na to kilka sposobów. Ta część oszustwa nie jest jeszcze dokładnie dopracowana. Niezależnie od sposobu musisz się dostać do sieci bankowej. Potem znajdujesz w niej konto, które mrówka właśnie otworzyła. - Dieter zatrzymuje wideo. - Teraz chodzi o to, żeby zmienić dzienny limit wypłat z bankomatu i limit na karcie kredytowej. Ustawiasz obydwa bardzo wysoko, minimum na dwieście tysięcy dolarów. Większość kont ma ograniczenia na dzienne wypłaty z bankomatu, więc musisz to przeprogramować. No i oczywiście ustawić najwyższy możliwy limit kredytowy.
Sig szeroko otwartymi oczami wpatruje się w zamrożony kadr filmu. Przynoszą im drugą kolejkę piwa.
- Bank nie wyłapuje zmiany? - pyta.
- Zdarza się. Dużo zależy od pracowników, którzy monitorują nieprawidłowości. Ale z reguły nie, przynajmniej nie od razu. Właśnie dlatego kolejny krok trzeba wykonać bardzo szybko. Mrówka w Tallinie odbiera kartę i czeka na dzień, w którym uzupełnia się bankomat. Przynosi płócienny worek. Idzie do bankomatu w nocy, w odpowiednim stroju, trochę się maskuje. Wkłada kartę do maszyny, wpisuje jakąś kwotę, coś tuż poniżej dwustu tysięcy, a bankomat ją wypluwa. Mrówka podstawia worek, napełnia go forsą i odchodzi. Niektórzy zgarniają nawet milion jednego dnia.
- Jakiego oprogramowania się używa, żeby wykraść login i hasło?
- Malware August do łamania dokumentów Worda działa w wypadku większości banków, ale nie rosyjskich. Jest też Acecard i GMBot, oba atakują system operacyjny Android. - Dieter niewinnie wzrusza ramionami, ale wie, że w Rumunii wszyscy używają Androida, więc kuzyn uważnie go słucha.
Sig lekko się teraz uśmiecha, jest już ciut pijany. Już wszystko sobie obmyślił. Oprogramowanie szantażujące zaczyna go męczyć, konkurencja robi się za duża. To wygląda na dobrą alternatywę. No i zna już ładną rumuńską szatynkę, która idealnie nadaje się na mrówkę.
Dieter sprawnie wyjmuje pendrive'a i chowa go do kieszeni. Też się trochę rozluźnił, częściowo ze względu na alkohol, po części zaś dlatego, że oprogramowanie szantażujące zadziałało. A przynajmniej Sig niczego nie zauważył. Dieter niedługo ma samolot do Helsinek.
Kuzyni rozmawiają o błahostkach. Sig nie wspomina o René, Dieter jak może unika mówienia o żonie i dzieciach. Kończy się na polityce. Zbliżające się wybory we Francji - Sig nie ma wątpliwości, że wygra skrajna prawica. W Stanach swoją kandydaturę ogłosił właśnie Donald Trump; jeśli Dieter dobrze się orientuje, to jakaś gwiazda telewizyjna.
- Wiem jedno: to będzie niezły cyrk - stwierdza.
Podpity Sig potakuje.
- Nie sądzę, żeby kobieta, która będzie kandydować, zdobyła dużo głosów - mówi. - Ciekawe, jak zareagują Rosjanie. Ostatnio bardzo się uaktywnili.
- Tak - potwierdza Dieter, i tym razem to prawda. Patrzy na zegarek. Czas wracać.
René Kreutz, wciąż jeszcze nastoletnia mieszkanka rumuńskiej Arnica Valka, nie dowiedziała się od ojca absolutnie nic o manewrach unikowych, chociaż kiedyś był policjantem. Na długo przed narodzinami córki przeszedł na emeryturę. W stan spoczynku - dosłownie, bo zasiadł w fotelu i już z niego nie wstał. Przynajmniej tak się René wydawało.
Matka gotuje smaczne rumuńskie potrawy i kupuje córce porządne konserwatywne ubrania, ale życiowych rad jej nie udziela. Kiedy René pyta rodziców, co ich zdaniem powinna zrobić ze swoją przyszłością, patrzą na nią bez większego zrozumienia. "Chyba co chcesz".
Dziewczyna ma wrażenie, że ciągle wpada w jakieś kłopoty - niby nic poważnego, ale jednak.
Kilku koleżankom, z którymi dorastała i chodziła do klubów, udało się wkręcić w nieformalną prostytucję. René w ogóle to nie interesuje, więc zrywa z nimi kontakty. Umawia się z różnymi łajzowatymi chłopakami bez większych aspiracji, ale znajomość nigdy nie trwa dłużej niż parę tygodni. Kiedy proszą ją o pożyczkę, natychmiast z nimi zrywa. Stara się być pragmatyczna. Nie chce wpaść w żadne kłopoty.
René i Arnica Valka dorastają razem. Dziewczyna czuje się dojrzalsza i mądrzejsza nie tylko dlatego, że kończy dziewiętnaście lat. Chodzi o coś znacznie bardziej konkretnego.
Arnica Valka to spokojne miasteczko, które ma ledwie sto tysięcy mieszkańców. Leży u podnóża Alp Transylwańskich, dwie godziny drogi na zachód od Bukaresztu. Właściwie to tuż pod nosem René zamieniło się w jeden z najsłynniejszych na świecie ośrodków cyberprzestępczości, z czarnym rynkiem opartym prawie wyłącznie na ransomware, skradzionych kartach płatniczych i danych osobowych. Później media będą opisywać sąsiednie miasteczka jako "najniebezpieczniejsze miejsca w internecie" i "wioski hakerskie". Dla René to po prostu rodzinna okolica.
Urodziła się w Arnice i wychowała na osiedlu z epoki Ceauşescu. Mniej więcej dwa lata temu, gdy miała siedemnaście lat, zauważyła, że jej miasteczko się zmienia. W magazynach i starych szopach zaczęły powstawać technologiczne start-upy, umeblowane jak amerykańskie siedziby mediów społecznościowych, z miękkimi sofami i gołymi cegłami na ścianach. René słyszała, że pensje w tych firmach są świetne - sumy wydawały jej się zupełnie astronomiczne.
René nie opanowała matematyki, jak chcieli rodzice, wbrew radom matki nie chciała też wyjść za miłego starszego faceta z zasobnym portfelem. Wybrała karierę w reklamie. Jako studentka marketingu w państwowym college'u w Arnice marzy o pracy w informatycznym start-upie, ale nie potrafi kodować. Poza tym firmy, o których słyszy, nie rekrutują. Wszystko rozgrywa się potajemnie.
W wolnym czasie René tańczy i czyta kryminały. Pali z przyjaciółmi papierosy, które sama skręca ze świeżego tytoniu. Naukę opłaca z pensji w City Italia, jednej z eleganckich restauracji, które powstały niedawno w odpowiedzi na popyt ze strony napływowych pracowników. René żartuje z klientami, że jej talent technologiczny ogranicza się do tego, że umie jedną ręką pisać wiadomości, a drugą nalewać kawę.
Prawdziwym darem René jest zdolność perswazji. Dziewczyna ma gadane. W szkole przekonuje nauczycieli, żeby stawiali jej lepsze stopnie, mimo że opuszcza zajęcia. Skłania managera City Italia, żeby ją zatrudnił, a policjantów, żeby nie wlepiali jej mandatów. Do tego jest ładna - szczupła, z długimi kasztanowymi włosami. Tyle że w Arnica Valka większość młodych dziewczyn jest urodziwa. René zauważa, że populacja ładnych dziewczyn rośnie wraz ze wzrostem gospodarczym.
Sig Himelman pierwszy raz spotyka René podczas niedzielnego brunchu w City Italia. Przygląda się, jak dziewczyna flirtuje z klientami przy każdym stoliku - na tyle śmiało, żeby dostać dobry napiwek, ale nie aż tak, żeby zrozumieli to opacznie. Sig natychmiast widzi w niej potencjał. Sam siedzi z grupą dobrze ubranych trzydziestoparoletnich mężczyzn. Jest wysoki, energiczny, ma świeżo przyciętą bródkę, nowe bielutkie zęby i bez wątpienia jest liderem swojego stolika. W związku z tym René to właśnie z nim flirtuje.
Rozmawiają po angielsku, Sig z wyraźnym niemieckim akcentem. René od początku wydaje się, że facet jest zbyt ciekawski.
- Ile masz lat?
- Dziewiętnaście.
- Masz bardzo niski głos jak na swój wiek.
- Sama skręcam sobie papierosy i często zapominam o filtrach.
- Masz dobry głos. Wzbudza zaufanie. Lubisz swoją pracę?
René podejrzliwie traktuje takie pytania, bo bywają wstępem do niemoralnych propozycji. Nachyla się i mówi szeptem:
- Jestem porządną dziewczyną. Dziwek poszukaj sobie gdzie indziej.
Zabiera napiwek ze stolika i odchodzi. On rusza za nią, więc René zastanawia się, czy nie wezwać managera. Nie, poradzi sobie sama.
- Poczekaj, źle mnie zrozumiałaś.
Ona odwraca się, zaplata ręce na piersi i słucha.
- Pracuję w firmie, która nazywa się TechSolu - mówi Sig. - Kilka miesięcy temu otwarliśmy biuro przy ulicy Generała Maleura. Szukamy kogoś do pracy w call center. Kogoś, kto ma dojrzały głos i lubi rozwiązywać problemy. Zapłacę ci trzy razy więcej, niż dostajesz tutaj.
To wszystko brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, myśli René, ale bardzo chce pracować w start-upie. Może to właśnie tak się odbywa...
Sig widzi, że dziewczyna się waha. Daje jej swoją wizytówkę i zwitek czyściutkich dolarów.
- Przyjdź pod ten adres w poniedziałek o dziewiątej rano. - Pokazuje ręką salę restauracyjną. - Co masz do stracenia?
W poniedziałek rano René idzie ulicą Generała Maleura. Do torebki na wszelki wypadek wetknęła pistolet ojca.
Okolica rzeczywiście się zmieniła. W miarę jak zbliża się do centrum miasteczka, widzi nowe latarnie, więcej policyjnych radiowozów. Przybyło też młodych ludzi; w ten chłodny poranek szybkim krokiem zmierzają do pracy. Sklepy, w których przedtem sprzedawano tanie komórki, teraz mają na wystawach drogie tablety. Zamiast ogłoszeń o szczeniakach w witrynach można przeczytać o serwerach komputerowych. Gdzieniegdzie widać naklejki, że sklep przyjmuje płatności w bitcoinach. René mija starą, burożółtą pralnię, gdzie matka zabierała ją, kiedy psuła im się pralka. Teraz lokal nazywa się Café Americain i wygląda zupełnie jak Starbucks.
Między sklepem ze zdrową żywnością, gdzie sprzedają jakiś koreański napój z bąbelkami, a kancelarią adwokacką specjalizującą się w przestępstwach finansowych wciśnięte jest biuro TechSolu. Wchodząc, René mocniej ściska torebkę.
Siedziba firmy jest bardzo dobrze urządzona. Pracownicy, sami mężczyźni, intensywnie wpatrują się w ekrany. Sig zrywa się z miejsca, wita ją jak starą znajomą, a potem prowadzi do przeszklonego biura. Na biurku zamiast stosu papierów leży pięć laptopów, jeden na drugim.
- Bardzo się cieszę, że przyszłaś, René!
- Sama się sobie dziwię.
Zaprasza ją, żeby usiadła, a potem sam wygodnie mości się w fotelu.
- Wiesz, czym się zajmujemy?
- Przypuszczam, że technologią - odpowiada, unosząc brew. - Ale ja nie znam się na komputerach. Świetnie piszę za to na klawiaturze, a już na pewno potrafię odbierać telefony. Pierwszą wypłatę chcę dostać z góry. - Poprawia się na krześle i uśmiecha. Negocjowanie jest jej mocną stroną.
Sig odpowiada jej uśmiechem.
- Znasz jakieś inne języki oprócz angielskiego?
- Rosyjski i francuski.
- Obydwa się tu przydadzą. Mamy klientów na całym świecie.
René zachowuje pokerową twarz.
- Zajmujemy się testowaniem penetracyjnym - wyjaśnia niepytany. - To znaczy, że hakujemy komputery firm, a one płacą nam za wskazanie słabych punktów, żeby móc naprawić problem. Jesteśmy specjalistami od cyberbezpieczeństwa.
- Od cyberbezpieczeństwa? A nie hakerami? - pyta śmiało René.
Sig uśmiecha się szeroko.
- No i tak, i nie. Jesteśmy hakerami, ale dobrymi. Etycznymi. Białymi kapeluszami.
- To po co wam dział obsługi klienta?
- Zdarza się, że kiedy nasi klienci mają problem, muszą się wygadać. Są wściekli, bo nie lubią się dowiadywać, że ich komputery nie są bezpieczne. Szczerze mówiąc, czasem muszą sobie pokrzyczeć. Albo nie wiedzą, jak zapłacić, więc trzeba im to wytłumaczyć krok po kroku. Większość klientów rozlicza się z nami w bitcoinach i miewają z tym trudności.
- Ale pracownikom nie płacicie w bitcoinach?
- Nie, oczywiście, że nie. Twoja pensja będzie w lejach albo w euro, albo w dolarach.
René wie, że żadna uczciwa firma w Rumunii nie oferuje pensji w dowolnej obcej walucie. Zaczyna jednak darzyć Siga coraz większą sympatią. Sprawia wrażenie szczerego i ma duży urok osobisty. Poza tym wszyscy pracownicy w open space są dobrze ubrani i wydają się zadowoleni. Mają nawet miękkie sofy. Właśnie tak René wyobraża sobie siedzibę Facebooka, tyle że na mniejszą skalę. Poza tym jest bardzo dobra w obsłudze klienta.
- Dolary - mówi.
- Świetnie! Pokażę ci, gdzie będziesz pracować.
Jej małe biuro znajduje się trochę z boku, żeby nie przeszkadzała innym, kiedy dzwoni.
Pierwszego dnia w pracy René pomaga czterem "klientom" przelać bitcoiny do cyfrowego portfela TechSolu. Biznesmeni, z którymi rozmawia przez telefon, są wstrząśnięci. Sig wyjaśnia, że złoszczą się, bo o tym, jak rozwiązać problem, dowiadują się dopiero po uiszczeniu opłaty.
René szybko łapie, o co chodzi. Informatycy na głównym piętrze TechSolu są hakerami, ale zdecydowanie nie w białych kapeluszach. Hakują amerykańskie i europejskie firmy, zamrażają im ważne pliki i żądają zapłaty za cyfrowy klucz, który pozwoli je odblokować. Oprócz klucza TechSolu dostarcza również przydatną prezentację PowerPoint z instrukcjami, jak uniknąć podobnych ataków w przyszłości. Któryś ze współpracowników René czasem chwyta za telefon i tłumaczy biznesmenom, gdzie popełnili błąd.
Choć interes ma przypominać firmę konsultingową, nie ulega wątpliwości, że Sig i reszta ekipy to cyberprzestępcy. Modelem biznesowym TechSolu jest wyłudzanie okupów.
Pracują jednak w zupełnie zwyczajnym biurze, które René naprawdę lubi. Personel ma ubezpieczenie zdrowotne. Jest tu też stół do piłkarzyków. René tłumaczy sobie, że cyberprzestępczość nie jest taka zła. To przecież nie to samo co zwykła przestępczość. Trzeba być bystrym i mieć dużą wiedzę. No i nikt nie odnosi przy tym obrażeń, przynajmniej fizycznych.
René dostaje czasem sowitą premię w gotówce. Niewielkie zwitki pieniędzy przykleja pod swoim biurkiem. Na wszelki wypadek.
Braki w umiejętnościach technicznych René nadrabia inteligencją. Szybko uzależnia się od obsługi klienta.
Codziennie rozmawia ze zdenerwowanymi biznesmenami, uspokaja ich i wyjaśnia, że zostali zhakowani oraz że za niewielką opłatą mogą odzyskać dane i zdobyć gwarancję, że nic podobnego się nie powtórzy.
"Klienci", którzy najpierw błagali, płakali, a nawet krzyczeli, często kończą na serdecznych podziękowaniach. Niektórzy twierdzą nawet, że pieniądze - zwykle tylko kilkaset dolarów - to niewielka zapłata za odzyskanie plików i strategię zapobiegawczą na przyszłość. René szybko się orientuje, że start-upy przy ulicy Generała Maleura specjalizują się w oprogramowaniu szantażującym i pokrewnej działalności. Firma mieszcząca się nad koreańską herbaciarnią hakuje bazy danych amerykańskich biznesów i kradnie numery kart kredytowych. Inna, z siedzibą obok Café Americain, odkupuje te numery i wytwarza fałszywe karty działające jak prawdziwe. Opłacają przemytników do nabywania towarów, które można łatwo sprzedać, "piorąc" w ten sposób pieniądze z nielegalnych transakcji kartą.
Sig mylił się, mówiąc, że potroi jej pensję z City Italia. W rzeczywistości dostaje cztery razy więcej niż w restauracji. Rzuca college, ale zdobytą tam wiedzę wykorzystuje do poprawiania estetyki i czytelności firmowych PowerPointów. Wkrótce zaczyna optymalizować pakiet szantażujący TechSolu. Tworzy znacznie bardziej przekonujące wiadomości, które wyświetlają się na monitorach zhakowanych klientów. Nie jest to już czarny ekran z zielonym napisem: "Padłeś ofiarą ataku!". Teraz na białym tle pojawia się bardziej zniuansowany, niemal krzepiący komunikat:
"Przepraszamy za zakłócanie pracy, ale wada w Państwa systemie operacyjnym umożliwiła hakerom zablokowanie Państwa systemu. Pliki zostały zamrożone, istnieje jednak kilka sposobów na ich odzyskanie".
René projektuje dla klientów menu opcji, które w zaledwie kilka miesięcy pozwala zwiększyć zyski TechSolu o dwadzieścia procent. Większość okupów to trzysta lub czterysta dolarów, ale dzięki nowemu menu niektóre firmy wydają nawet tysiąc. Mogą wybrać, czy zapłacą od razu i dostaną zniżkę, czy zaczekają, ale w tym czasie okup wrośnie. Po upływie wyznaczonego terminu pliki zostaną zniszczone. Firmy mogą też od nich kupić najnowszą i najbardziej aktualną prezentację PowerPointa. W kilku przypadkach René zdołała nawet przekonać klientów, by udostępnili hakerom TechSolu całą swoją sieć, tak żeby można było przeprowadzić legalne testy penetracyjne. Sig ją awansuje, daje jej podwyżkę i osobne przeszklone biuro.
Niedługo potem jednemu z hakerów udaje się włamać do dużej firmy technologicznej w San Francisco. Takiej, o której nawet René słyszała. Pakiet zhakowanych plików zawiera maile, a wśród nich natychmiast rzucają się w oczy bardzo kompromitujące wiadomości od dyrektora zarządzającego.
To znany gość i René, przeglądając łup, jest zniesmaczona tym, jak facet wykorzystuje firmowe kontakty do zdobywania prostytutek. W wiadomościach wewnętrznych, które wysyła do pracownic, pełno oczywistych aluzji i komentarzy na temat ich wyglądu i stroju.
René jest wściekła. Sama dobrze zarabia, ale ten gość jest miliarderem. Niedawno dyrektorzy Sony zostali zlinczowani w internecie za znacznie mniejsze przewinienia. Facetowi trzeba pokazać, gdzie jego miejsce. René obmyśla scenariusze zemsty, a potem wybiera ten, który może okazać się dla TechSolu bardzo zyskowny.
Kiedy koledzy na piętrze obśmiewają sprośne maile, René puka do biura Siga.
- Mam pomysł. Skontaktujemy się z dyrektorem i zażądamy okupu w zamian za jego maile, a nie za pliki firmy. Zachowamy dyskrecję i wystraszymy go na tyle, żeby zapłacił, ale nie tak bardzo, żeby zawiadomił FBI. Nawiążę z nim kontakt i wszystko mu wyjaśnię. Ile twoim zdaniem będzie skłonny zapłacić? Milion dolarów?
- Tak zrób - mówi Sig.
René nie znajduje prywatnego adresu dyrektora, ma tylko firmowy. Pisze do niego bardzo dyskretną wiadomość, ale z wyraźną aluzją do jego maili, na którą na pewno zareaguje: "Założę się, że smakuje jak kurczak, ale bardzo dobry kurczak". René pisze to z lekkim obrzydzeniem, jeszcze raz czyta cały tekst i dodaje na końcu numer komórki na kartę, z którego rozmowa zostanie przekierowana na jej telefon. Podpisuje się pseudonimem Katrina i klika "wyślij".
Dyrektor oddzwania po trzech minutach, choć w San Francisco jest pierwsza w nocy. Połączenie odbywa się przez WhatsAppa i jest zaszyfrowane. Głos w słuchawce jest wyraźnie zmęczony, lekko zmanierowany.
- Halo? Czy to Katrina?
- Tak.
- Chciałem zapytać, ile kosztuje skorzystanie z państwa... niszczarek.
- Obecnie stawka wynosi dwieście bitcoinów.
- To... - głos cichnie, gdy klient dokonuje obliczeń, choć René łatwo mogłaby dokończyć za niego zdanie - ponad milion dolarów.
- Tak - potwierdza René.
- A dokumenty... zostaną całkowicie zniszczone... po państwa usłudze?
- Tak.
René ma już doświadczenie w pracy z klientami i wie, że facet stopniowo przekonuje sam siebie do przyjęcia jej oferty.
- Da mi pani gwarancję?
- Tak. Jeśli pan chce, mogę przygotować pisemną umowę i przesłać ją na...
- Nie! Nie, w porządku. Wierzę pani na słowo. W końcu jeśli nie dotrzymywalibyście obietnic, już nikt więcej by wam nie zapłacił, prawda?
- Ma pan rację.
W słuchawce na dłuższą chwilę zapada cisza.
- Ma pani miły głos. Skąd pani jest? Z Rosji? Ile pani zarabia? Założę się, że chciałaby pani pracować w Stanach. Wizę H-1B trudno dostać. Chcę, żeby pani wiedziała, że kocham kobiety. Szanuję je.
- Nie mam co do tego wątpliwości. Jeśli nie zapłaci pan w ciągu dziesięciu minut, stawka wzrasta do trzystu bitcoinów. Instrukcję, jak przelać pieniądze do naszego elektronicznego portfela, prześlę panu WhatsAppem. Miłego wieczoru!
René rozłącza się. Jest spocona. Odwraca się i widzi, że wszyscy siedzący na piętrze hakerzy obserwują ją przez przeszklone ściany biura.
Jej telefon znów zaczyna dzwonić. René nie zwraca na niego uwagi. Dzwoni jeszcze raz. Znów go ignoruje. "Odbierz!" - ktoś krzyczy. Na to też nie zwraca uwagi.
Potem z sąsiedniego biura Siga rozlega się cichutkie piknięcie. Słychać je tylko dlatego, że wokół panuje martwa cisza. Chwilę później na całym piętrze rozlega się głos Siga:
- Oh mein verdammter Gott! Ja pierdolę! - Sig odchrząkuje, wychodzi z biura i oznajmia skromnie: - Potwierdzenie: depozyt dwieście bitcoinów.
Milion trzysta tysięcy dolarów.
Hakerzy skandują i gwiżdżą. René zdobyła największy okup w historii firmy.
W Arnica Valka nie ma jeszcze dziesiątej rano.
Po kilku chwilach świętowania René wraca do siebie i siada za biurkiem. W głowie nieustannie przewija jej się scenka z dzieciństwa. Ojciec, policjant, próbuje uczyć ją matematyki przy kuchennym stole. "Musisz być dobra w matematyce, a potem z komputerów. Będziesz mogła zostać księgową, to porządna biurowa praca". Córka opiera czoło o blat i próbuje nie zwracać na niego uwagi.
Teraz robi to samo w biurze. Jak jej ojciec policjant zareagowałby na wieść o tym, czym zajmuje się René?
Sig puka i wchodzi. René podnosi wzrok.
- Jak się dzielimy? - pyta ją. - Ty zadecyduj.
Z reguły każdy pracownik dostaje taką samą część okupu. To praca grupowa i jeśli jedna osoba utonie, wszyscy pójdą na dno.
- Po równo, jak zwykle - odpowiada René. - To pozwoli uniknąć kłótni.
- Jesteś pewna?
- Tak. To nie będzie ostatni taki numer, prawda?
Sig się uśmiecha. Wszystkie poprzednie szantaże dotyczyły firm i kradzieży danych korporacyjnych. Po raz pierwszy zaatakowali człowieka na prominentnym stanowisku. Nie tyle chodziło tu o wykorzystanie oprogramowania ransomware, ile o pospolity szantaż bez nędznej przykrywki usług z zakresu cyberbezpieczeństwa. TechSolu opatentuje niedługo znacznie niebezpieczniejszy i bardziej lukratywny model biznesowy.
Tego wieczoru idą do jednego z ulubionych klubów René. Ona stawia wszystkim wiśniowe koktajle. To impreza w stylu lat osiemdziesiątych. René wiruje z kolegami do Blue Monday New Order, Depeche Mode, Prince'a. Sig siedzi w rogu, obserwuje, rysuje coś na serwetce.
Tego się nie spodziewał. Podoba mu się, że zarobili tyle pieniędzy. Tylko że teraz w centrum zainteresowania jest René. Przestępca doskonały po ledwie kilku godzinach pracy. Zna się tylko na PowerPoincie, ma wrodzony talent do rozmawiania z ludźmi, i to wystarczy, żeby wszyscy pracownicy TechSolu orbitowali wokół niej jak satelity.
Sig zdaje sobie sprawę, że już nie kontroluje sytuacji. Nie podoba mu się to. Posyła René szeroki, szczery uśmiech. Ona odwzajemnia się uśmiechem, lekko podpita, i trochę za długo się w niego wpatruje.
"Sig jest taki przystojny", myśli, kiedy rozlega się Welcome to the Jungle Guns N' Roses. Tak ładnie się uśmiecha.
Ma takie ładne zęby.
Jak wampir.