Kostek i zagubiony koń - Claire Barker

Reflow text when sidebars are open.
Nuuuuuudaaaaaa - zawył Kostek Pepper i zasłonił oczy łapami. - Nuda, nuda, nuda.
- Koszmarna - jęknął chomik Marcin, z frustracją wywijając maleńkim mieczykiem. - Wszystko jest nudne jak flaki z olejem.
Niedzielny poranek był wilgotny i dżdżysty. Strumyki deszczu, kropelka po kropelce, spływały po szybach. Małpiszon Orlando ziewnął potężnie, po czym wybrał jedną z łyżeczek, które trzymał w torebce, i gruchnął się nią w głowę.
Wraz z nadejściem zimy posiadłość Pechowa Wola w hrabstwie sielskim w Anglii zamknęła podwoje. Dom, do niedawna pełen pisków i śmiechu turystów, ponownie zapadł w głęboki sen. Kolekcja nakryć głowy zniknęła pod chroniącymi od kurzu prześcieradłami, zniknął też szyld "Czapki z Głów przed Pechową Wolą". Krzesła z bufeciku ustawiono w stertę, a sklep z pamiątkami został zamknięty na cztery spusty. Korytarze opustoszały, pokoje zaś sennie czekały na ponowne przybycie gości.
Lord i lady Pepperowie, wyczerpani po pracowitym letnim sezonie, założyli lawendowe maski na oczy, wcisnęli twarze w poduszki i na wiele dni zasnęli kamiennym snem. Gdyby nie tykanie zegara w bibliotece, w domu byłoby ciszej niż w grobie.
Zając Walenty wyglądał przez okno i wpatrywał się w niesione wiatrem jesienne liście. Miał nadzieję, że wszyscy zauważyli, jaki jest przystojny w swojej zadumie.
- Dziwnie tu tak bez gości, prawda? - westchnął, głaszcząc długie uszy oraz starannie układając wąsiki. - I trochę strasznie.
- Tak, brakuje mi zamieszania - westchnęła zafrasowana Dusia Pepper i popatrzyła na duży, oprawiony plakat na ścianie. - Czy cyrk Truppi naprawdę przyjechał do Pechowej Woli, czy to był jedynie cudowny sen? Nasz stary dom ożył jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szkoda, że tylko na lato...
Gąsior Gabriel ze zniecierpliwieniem zatrzepotał skrzydłami i zacmokał.
- Święty Jacku z pierogami! Posłuchajcie wszyscy, wystawa się skończyła zaledwie przed tygodniem! - zagęgał i poprawił napis "Zapraszamy ponownie wiosną", zawieszony w oknie holu. - Poważnie, zachowujecie się tak, jakby ktoś umarł. Hej, rozumiecie? UMARŁ! To żart. W dodatku śmieszny, bo tak się składa, że jesteśmy DUCHAMI! Cha, cha!
Dowcip nie rozbawił Kostka, który powlókł się schodami na strych, myśląc o tym, że tydzień bez wystawy ciągnął się jak wieczność. Nie chodziło tylko o brak zwiedzających. Dusia wróciła do szkoły i Kostek tęsknił za nią przez cały dzień. Nie podobało mu się, że widywał ją tylko rankami. I wieczorami. I w weekendy. I kiedy już spała.
Poza tym prawie wcale się nie widywali.
Właściwie to się cieszył, że jest duchem, bo przecież bycie pupilem to najfajniejsza sprawa pod słońcem, ale latem tak dobrze się bawił...
Na szczycie schodów zatrzymał się i odwrócił.
- Tylko że teraz nie ma nic do roboty, Gabrielu! - zawył. - Psy muszą mieć jakieś zajęcie!
- Wielkie nieba, Kostku Pepper! - jęknął Gabriel, gramoląc się za nim na górę. - Jako pupil i zarazem Stacjonarny Opiekun Spirytualny nie powinieneś mieć czasu na nudę! Tam dom twój, gdzie serce twoje! Jesteśmy strażnikami i mamy pełne łapy roboty.
- Niby jakiej? - zapytał Marcin ponuro i wdrapał się na najwyższy stopień, skąd oskarżycielskim wzrokiem obserwował gąsiora przez teleskop.
- No, wiesz... - Gabriel nastroszył pióra. - Wszelkiego typu, dajmy na to... porządkowanie skarpet... wycieranie kurzu... odkurzanie podłogi...
Wszyscy zgodnie jęknęli, a Kostek otworzył nosem drzwi na strych. Marcin wbiegł do środka i - żeby poprawić sobie humor - natychmiast dał susa do paczki ciastek imbirowych z orzeszkami. Po przygodach z duchem tygrysa, cyrkiem i międzynarodowym złodziejem klejnotów perspektywa prac domowych wydawała się radosna niczym rodzinny grobowiec.
Orlando wskoczył na starą skrzynię, wyciągnął łapki i zdjął przypiętą do ściany cyrkową pocztówkę z chłopcem i tygrysem. Przycisnął do niej pyszczek, a po jego policzku spłynęła łza.
- Orlando tęskni za tygrysowym zębacem. Orlando go kocha. - Cicho pociągnął nosem. - Orlando tęskni.
- Wszyscy tęsknimy za Radziem - westchnął Kostek. - Przeczytaj pocztówkę jeszcze raz.
Orlando odczytał treść pocztówki, powoli, dramatycznie zawieszając głos, żeby załkać.
Zapadła długa, głucha cisza. Dusia sięgnęła do kieszeni i wyjęła upominek od Berta, dyrektora cyrku. Uniosła piękny staroświecki zegarek i przy jesiennym świetle głośno odczytała inskrypcję: "Przyjaźń jest wieczna". Westchnęła cicho i nawet Gabriel poczuł, że odrobinę psuje mu się humor. Atmosfera siadła i przywiędła jak balonik dzień po przyjęciu.
- Biorąc pod uwagę zaistniałe okoliczności, chcę powiedzieć, że książki bardzo się przydają - oświadczył Gabriel.
Sięgnął po Poradnik dobrego ducha, dla wygody pozostawiony na zajmowanym przez pupilów strychu.
- Jesteś bibliotecznym gąsiorem. Zawsze uważasz, że książki bardzo się przydają - mruknął Kostek, po czym zatoczył kółko i przygnębiony pacnął na podłogę jak kupka nieszczęścia.
- I mam rację. Poza tym przypominam ci uprzejmie, Kostku Pepper, że to nie jest pierwsza lepsza stara książka, tylko niepowtarzalna księga. Musimy zająć się czymś aż do wiosny, a tutaj znajdziemy podpowiedzi. - Niebieskie oczy gąsiora rozbłysły. - Dla przykładu, mamy tu cały rozdział o hobby. To nas podniesie na duchu! - Gabriel otworzył księgę w odpowiednim miejscu i końcem skrzydła wskazał stronicę. - O, proszę! Widzicie? Zaczyna się od A.
Kostek zerknął i z powątpiewaniem uniósł brwi.
- Akcja akacja? Anonimowi adoratorzy alpak? Co ty wymyślasz, Gabrielu?
Gąsior zacmokał z dezaprobatą.
- Nie patrz tam, tylko tu. - Wskazał inne słowo.
- A-R-C-H-E-O-L-O-G-I-A - przeliterował, podniósł wzrok i postawił długie uszy.
- To, mój drogi przyjacielu, jest hobby polegające na poszukiwaniu skarbów zakopanych w ziemi. - Gabriel wypiął pierzastą pierś, co zawsze oznaczało, że chce powiedzieć coś mądrego. - Oficjalna nazwa brzmi "wykopaliska archeologiczne".
Kostek natychmiast zastrzygł uszami i zerwał się na równe łapy. Wykopaliska? Czy to oznaczało kopanie w ziemi? Gabriel nareszcie mówił do rzeczy! Życie nagle nabrało rumieńców.
Udali się prosto do starej oranżerii, która niegdyś była perełką wiktoriańskiej architektury, ale bardzo podupadła przez niemal sto lat zapomnienia. Wyglądała teraz jak mroczny i posępny wrak zatopionego statku, a przypominające powykrzywiane maszty palmy dosięgały szklanego sufitu. Oranżeria zmieniła się w tajemny ogród, pełen rozmaitych zdziczałych roślin, które wiły się i pięły bez żadnej kontroli, tworząc gęstą dżunglę z niespotykanymi kwiatami oraz owocami. Wszędzie walały się śmieci i rupiecie, a Kostek z doświadczenia wiedział, że trudno o lepsze miejsce na małe poszukiwanko skarbów.
Zaledwie kilka lat wcześniej znalazł tam wraz z Dusią bezcenną kość dinozaura. Już mieli ją wysłać do Muzeum Przyrodniczego, gdy lady Pepper łagodnie zauważyła, że pradawny szczątek to w istocie pozostałość po kotlecie jagnięcym.
Odsunąwszy kilka starych czarno-białych płytek terakoty, Walenty użył potężnych tylnych nóg do wykopywania głębokich dołów, w których Gabriel pracowicie gmerał dziobem. W ten sposób szybko znaleźli parę drogocennych groszy oraz kilka ubłoconych puzzli. Marcin tak się umorusał ziemią, że do złudzenia przypominał kartofelek.
Orlando długo kopał łyżeczką ze starej torebki lady Pepper, aż wreszcie znalazł i ostrożnie wydobył gładki, zaokrąglony przedmiot. Uniósł go wysoko i wstrzymał oddech.
- To gzybek z prastarego drewna - wyszeptał z zachwytem, a jego okrągłe oczy zalśniły.
- Wcale nie, ty trąbo - odparł Marcin oschle, obejrzawszy znalezisko. - To gałka od drzwi. Lepiej szukaj dalej.
Tego poranka udało się im zgromadzić całkiem pokaźną kolekcję śmieciowych skarbów. Znaleźli kolorowe butelki, skorupy talerzy, chwosty od dzwonków i połamane kafelki. Z wszystkich tych rzeczy usypali chwiejny stos. Gabriel opisał znaleziska w notatniku. Marcin natrafił na maleńkiego żołnierzyka, a Orlando wygrzebał niebieską sowę z plastiku. Przejęty, nazwał ją czule Ćwir i poprzysiągł jej miłość do grobowej deski.
Kostek spędził większość poranka z nosem w jednym dołku, w którym węszył i rył, głośno prychając. W pewnym momencie poczuł ogromny entuzjazm, gdyż uznał, że znalazł miecz, a przynajmniej kość żyrafy, lecz było to tylko coś, co przypominało kawałek starej rynny. Kostek nie krył rozczarowania.
- Co tam masz, piesku? - zapytała Dusia, wycierając ubłocone dłonie o kolana.
Kostek rzucił przedmiot u stóp Dusi, która go podniosła i uważnie obejrzała. Nie była to rynna, gdyż po obu końcach rurki znajdowały się szkiełka.
- Kostek, ty spryciarzu - powiedziała Dusia, przytykając brudne szkło do oka. - Wydaje mi się, że znalazłeś lunetę.
Kostek zamerdał ogonem. Jego zdaniem luneta nie umywała się do kości żyrafy, ale skoro Dusia się cieszyła, to i on był zadowolony.
- Ha! - zagęgał Gabriel. Jego umazany błotem dziób wyglądał tak, jakby ktoś nieudolnie wysmarował go szminką. - Dobra robota, Kostku. Znalazłeś tę lunetę w jak najodpowiedniejszej chwili, bo następne hobby w naszej księdze to... astronomia! Nauka o gwiazdach! - Z zapałem zatrzepotał skrzydłami. - Do biblioteki!
Pupile posłusznie wymaszerowali z oranżerii. Idąc korytarzem, zostawiali za sobą błotnisty szlak odcisków łap. Byli gotowi zagłębić się po same uszy w encyklopediach. Najbardziej zagłębiła się w nich sama Dusia, otoczywszy się książkami jak murem obronnym.
Kostek nie wątpił, że jego pani jest najmądrzejszą dziewczynką na całym świecie, ale nawet on zdumiał się jej nagłym głodem astronomicznej wiedzy. Począwszy od niedzielnego popołudnia, bez końca czytała albumy o supernowych i czarnych dziurach, pochłaniając je jeden po drugim niczym świeże babeczki. Sięgała po nowy, zanim jeszcze skończyła poprzedni. Dusia nieustannie czytała, pożerała książki, syciła się nimi i wypełniała umysł informacjami, i wciąż jej było mało. Rozpływała się nad galaktykami spiralnymi, zachwycały ją kosmiczne śnieżki. Od świtu do zmierzchu rozmyślała o ciemnej materii, gwiazdach rozbłyskowych i kosmicznym pyle.
Jej przyjaciele, cokolwiek zaniepokojeni i nieporównanie mniej zafascynowani kosmosem, szybko pożegnali się z literą A i skupili na B, czyli na hasłach boskie bibeloty, bilard na balu i bombowy boks. Dusia Pepper chodziła jednak z głową w chmurze Oorta.