Kostek i ostatni cyrkowy tygrys - Claire Barker

Reflow text when sidebars are open.
Kostek Pepper traktował Pechową Wolę jak własne niebo. Ukryty za trawiastą dróżką w hrabstwie sielskim budynek od dziewięciuset czterech lat był domem dla całych pokoleń Pepperów, zarówno ludzi, jak i zwierząt.
Podupadający i senny gmach przetrwał tu wieki, otulony bluszczem i ukojony śpiewem ptaków. Kruszejące mury i bliskie zawalenia wieżyczki skrywały interesujące tajemnice. Sekrety krążyły po zakątkach, dreptały po przestronnych korytarzach i hałasowały w na wpół opuszczonych pokojach.
W Pechowej Woli nie obowiązywały powszechne domowe zasady. Nikt nie mówił: "Posprzątaj" ani: "Dokąd idziesz z tą procą?". Nie istniały zabawy zbyt hałaśliwe, za bardzo szalone ani przesadnie bałaganiarskie. Nigdy nie było za późno ani za wcześnie na wygłupy. Ograniczenia nie wchodziły w grę. Na całym świecie nie było bardziej rozrywkowego miejsca - na dodatek z przyjemnością widziano tu psy, a w szczególności psie duchy.
Kostek Pepper leżał w ciemnej szafie w pokoju Dusi i z łapami na oczach cierpliwie liczył do dwudziestu. Uwielbiał zabawę w chowanego, bo wiązało się z nią wszystko to, co psy lubią najbardziej: węszenie, tropienie, pościg i aportowanie.
Poruszył brwiami i z zadumą oblizał sobie nos. Dla zabicia czasu opracowywał strategię poszukiwań, co nie trwało zbyt długo, gdyż znał ulubione kryjówki pozostałych duchów jak własne cztery łapy.
Marcin z pewnością czmychnął do puszki na ciastka, z której jak zwykle dobiegało teraz chomicze chrupanie i mlaskanie. Gąsior Gabriel niewątpliwie wcisnął się między encyklopedie na najwyższej półce w bibliotece. A Walenty? Był zającem, więc całkiem możliwe, że ukrył się w cienistym zakątku gęstego żywopłotu na podwórzu. Z kolei Orlando dostawał małpiego rozumu w szufladzie kuchennej, w której szalał między łyżkami.
Została jeszcze cudowna Dusia. Kostek nie wątpił, że to najlepsza i najinteligentniejsza ludzka istota na całym świecie, ale nawet ona nie mogła się ukryć przed duchem ukochanego psa.
A to z trzech powodów:
1. Przez całe życie Dusi (i jakiś czas po śmierci Kostka) bawili się w chowanego i Kostek nigdy nie przegrał.
2. Pachniała ładniej niż wszystko w niebie i na ziemi, więc łatwo ją było wytropić. Jej zapach unosił się w korytarzach niczym obłok.
3. Jedyna w grupie przyjaciół była a) człowiekiem, b) żywym stworzeniem. Jedno i drugie znaczyło, że jako cielesną istotę dawało się ją zauważyć o wiele łatwiej niż ziarenko groszku zamrożone w kostce lodu.
- Szesnaście... siedemnaście... osiemnadziewiętna... DWADZIEŚCIA! - Kostek wystrzelił z szafy, przebiegł przez pokój Dusi i wypadł na nieodkurzony korytarz, jazgocząc: - BIEGNĘ! ZARAZ WAS WSZYSTKICH ZNAJDĘ!
Pędząc po szerokich schodach Pechowej Woli, Kostek przypomniał sobie, jak kiedyś był bardzo smutny. Teraz jednak Dusia znowu mogła go zobaczyć, więc jego dni stały się jednym długim pasmem psiej radości. Kostek był pupilem Dusi, czyli wyjątkowym ekstraduchem ukochanego zwierzęcia i jej najlepszym przyjacielem na zawsze. Życie po życiu okazało się niebiańsko odlotowe i za nic nie chciał, żeby coś się w nim zmieniło.
Wszystko się zmieni!
Następnego ranka tata Dusi, osiemnasty lord Pechowej Woli, z szeroko otwartymi oczami oraz zmierzwioną fryzurą wpadł do kuchni i gwałtownie uniósł ręce, przy okazji zrzucając miedziany rondel, który z głośnym łoskotem wylądował na podłodze.
Zdumiona lady Pepper odłożyła miodowy racuszek. Jej córka zamarła nad owsianką, z łyżką w połowie drogi do ust. Kostek, który siedział obok Dusi, niewidzialny dla dorosłych, zrobił przerażoną minę.
- W nocy miałem sen - obwieścił zarumieniony lord Pepper, poruszając gwałtownie brwiami. - Śniło mi się, że w Pechowej Woli znalazła się największa kolekcja kapeluszy na świecie! - Popatrzył na żonę. - Ach, Izadoro, to było takie piękne... Zakochałabyś się w tej wizji. Błyszczące korony, lśniące bermyce, szlafmyce z puchatymi pomponami... - Westchnął ze smutkiem. - A potem się obudziłem. Nasza kolekcja prezentuje się bez wątpienia fenomenalnie, lecz... - wskazał nakrycia głowy walające się po całej kuchni - niezaprzeczalnym faktem jest, że nie można mieć nadmiaru kapeluszy.
Przez chwilę spacerował po kuchni, stukając się w czoło.
- A potem pomyślałem: Chwileczkę, Hektorze Auguście Pogodynie Pepper. Przecież wiadomo, że najlepszą inwestycją jest kupno jeszcze większej liczby nakryć głowy! Ha! To oczywiste! Pomyśl kapkę i kup czapkę! Człowiek w kapeluszu ma więcej animuszu! Patrzcie! - Zademonstrował egzemplarz najnowszego wydania miesięcznika "Szalony Kapelusznik", swojego ulubionego czasopisma. Błyszcząca okładka przedstawiała żółty turban ozdobiony broszką z rozmigotanym rubinem wielkości ziemniaka. Nagłówek głosił:
Lord Pepper nadal krążył po kuchni.
- Mam naprawdę wielkie plany - ciągnął. - Pora działać! Musimy powiększyć kolekcję i otworzyć ją dla publiczności. - Sięgnął do kieszeni szlafroka i wyciągnął stamtąd czapkę błazna, po czym wcisnął ją na głowę. - To nasze przeznaczenie! Ten sen to ZNAK!
Po tych słowach klapnął na kuchenne krzesło. Jeszcze nigdy w życiu nie popisał się taką ambicją i to go całkiem wyczerpało. Lady Pepper podsunęła mu kubek uspokajającej herbatki z rzepy, a lord wypił łyk krzepiącego napoju.
Wszyscy milczeli, zastanawiając się nad pomysłem lorda. Nawet duchy pupilów, od wieków przecież przyzwyczajone do osobliwych zachowań Pepperów, przestały grać w wojnę.
Dusia pierwsza przerwała ciszę.
- Tato, czyżbyś chciał przyjmować gości w Pechowej Woli? - Popatrzyła z powątpiewaniem na pajęczyny w kątach i na zakurzone kapelusze na podłodze. - Prawdziwych turystów? Mają się tu zjawić?
Jej ojciec, wzmocniony cudowną herbatką z rzepy, skinął głową.
- Pora na nowe rozdanie, Dusiu. Przez tę okropną licytację i perspektywę utraty naszego kochanego starego domku uświadomiłem sobie, że Pechowa Wola zbyt długo pozostawała w uśpieniu. Mamy przecież dwudziesty pierwszy wiek! Potrzebujemy mnóstwa ludzi, którzy przybędą obejrzeć mnóstwo kapeluszy! Ludzi - uśmiechniętych, wesołych, szczęśliwych ludzi! Pechowa Wola znów musi zaznaczyć swoją obecność na mapie. To będzie wyjątkowa chwila dla wszystkich, bez względu na wiek! - Słowa wysypywały się z jego ust niczym cukierki ze słoja. - Po raz pierwszy od lat mam wrażenie, że głowa mi pęka od pomysłów. - Zerwał się na równe nogi i zrobił piruecik. - To będzie śmieszniejsze niż żaba za koszulą! Izadoro, co ty na to, staruszko?
Lady Pepper skupiła się na moment, by uporządkować myśli.
- Ależ Hektorze, to by oznaczało, że... mielibyśmy pracę! - Szeroko otworzyła usta ze zdumienia. - Prawdziwą PRACĘ! Co za genialny pomysł! Zawsze chciałam pracować. - Zamilkła, po czym jęknęła, chwyciwszy za boa z piór. - Oczywiście! Moja nowa kuchenka! Ci wszyscy goście zgłodnieją po obejrzeniu naszych boskich kapeluszy. A ja tak marzyłam o otworzeniu własnego bufeciku! - Ze ściągniętymi brwiami krążyła po kuchni. - Mogłabym zaprezentować swoje najśmielsze, najbardziej karkołomne przepisy. Nazwałabym go... bufecik Bekniątko. Albo lepiej... Pychotka Smakotka. Nie, może jednak nie. No to... Spiżarniani Spustoszyciele. Tak jest!
Lordostwo Pepperowie wspięli się na stół i odtańczyli szaloną polkę, huśtając się na żyrandolu z poroża jelenia, wiwatując i krzycząc z radości.
Bawili się tak świetnie, że żadne z nich nie zauważyło, jak Dusia wymknęła się z kuchni, otworzyła drzwi domu i wyszła do szkoły, a za nią pośpieszył ogonek niewidzialnych zwierząt.
- No cóż - mruknął Kostek, zmierzając wraz z resztą Stacjonarnych Opiekunów Spirytualnych na przystanek autobusowy. - Nie jestem ani trochę przekonany. Cała ta sprawa wydaje się bardzo ryzykowna. - Coraz bardziej się rozkręcał. - Nie podoba mi się wizja tłumów ludzi w domu. A jeśli będą nam przeszkadzać w zabawie albo... albo w naszych ćwiczeniach? Nie chcę znów być słabą i oklapłą zjawą. Jest dobrze tak, jak jest. Nie, to zdecydowanie zły pomysł. W gruncie rzeczy to fatalny pomysł, i tyle. - Warknął, żeby podkreślić swój punkt widzenia.
Dusia poklepała go po łbie.
- Nie przejmuj się, Kostku, może nie będzie najgorzej - oznajmiła. - Zresztą, taka jest tradycja. Kiedyś Pechową Wolę odwiedzało mnóstwo gości. Prawda, Gabrielu?
Gąsior Gabriel zagęgał na potwierdzenie, podążając za nią chwiejnym krokiem i kopiąc chwasty na dróżce.
- O tak, tak, tak. Zdecydowanie - przytaknął.
Zając Walenty kicał u nogi Dusi.
- Setki lat temu odbywały się tu nieustające przyjęcia i uczty - zauważył.
Elżbietański małpiszon Orlando z entuzjazmem wskoczył na ramię dziewczynki.
- Och! Och! - zawołał. - Kiedyś mieliśmy tu wielkie, wielkie urocystości, były lwy, tygrysy, ząglezy...
- Ząglezy? - zachichotała Dusia.
Walenty przewrócił oczami.
- Chodzi mu o żonglerów - wyjaśnił.
Chomik Marcin dyszał ciężko, biegnąc obok i próbując dotrzymać im kroku.
- Gdy skończyła się druga wojna światowa, urządziliśmy przyjęcie - wyrzęził. - Przyszli wszyscy mieszkańcy Sielska, a ja zjadłem nieświeże jajko po szkocku. Potem umarłem.
- No widzisz? - zaskomlał Kostek, truchtając tyłem przed Dusią. Miał oczy jak spodki. - Słyszałaś? Marcin umarł. To nie jest bezpieczne. Dlaczego nie może zostać tak jak teraz? Przecież jesteśmy szczęśliwi. Zbliżają się wakacje, a czekam na nie od wieków! Dlaczego wszystko nie może pozostać po staremu?
Dotarli do końca dróżki, gdy szkolny autobus podjeżdżał na przystanek. Dusia przyklęknęła i pogłaskała Kostka po uszach, próbując go uspokoić.
- Ponieważ, Kostku Pepper, najdroższy pupilu, zmiany bywają dobre - oznajmiła. - I kto wie, może czeka nas niezła zabawa!
Wsiadła do autobusu, zajęła miejsce przy oknie i chuchnęła na lodowatą szybę. W znikającej parze narysowała palcem serduszko i przesłała Kostkowi buziaka, nieświadoma że kierowca obserwuje ją w lusterku. "Dziwna ta Dusia Pepper", pomyślał i odjechał z przystanku.