Konformista - Alberto Moravia

-
Proszę czekać

RZEŹ I ME­LAN­CHO­LIA

Po­wieść Kon­for­mi­sta uka­zu­je się we Włoszech w roku 1951. W twórczości Al­ber­ta Mo­ra­vii to mo­ment szczególny, lata pięćdzie­siąte bo­wiem wy­zna­czają bez­spor­nie szczy­to­wy okres ka­rie­ry pi­sa­rza. W rok po Kon­for­miście otrzy­ma on naj­ważniejszą ro­dzimą na­grodę li­te­racką, Pre­mio Stre­ga, za tom opo­wia­dań po­chodzących z lat 1927-1951. W tym sa­mym cza­sie sta­je się jed­nym z najchętniej tłuma­czo­nych au­torów włoskich, a jego po­zycję utwier­dzają ko­lej­no wy­da­wa­ne tytuły: Po­gar­da (1954), Mat­ka i córka (1957), Nuda (1960). Między­na­ro­do­wa sława i po­pu­lar­ność au­to­ra zo­stają osta­tecz­nie ugrun­to­wa­ne dzięki ekra­ni­za­cjom tych właśnie po­wieści, zre­ali­zo­wa­nym na początku lat sześćdzie­siątych, w gwiaz­dor­skiej ob­sa­dzie, przez twórców tej ran­gi co choćby Jean-Luc Go­dard i Vit­to­rio De Sica.

Rok 1951 jako data ogłosze­nia Kon­for­mi­sty wydać się może szczególny także z in­nych względów. W li­te­ra­tu­rze włoskiej, po­dob­nie jak w ki­nie tego okre­su, try­um­fy święci neo­re­alizm, re­la­cjo­nujący doświad­cze­nia wo­jen­ne języ­kiem kro­ni­kar­skim, w do­dat­ku z po­zy­cji ludu i par­ty­zantów. Pro­za­ików tego cza­su in­te­re­sują głównie niższe war­stwy społecz­ne, sa­me­mu Mo­ra­vii nie­kwe­stio­no­wa­ny rozgłos przy­no­si wy­da­na czte­ry lata wcześ- niej po­wieść Rzy­mian­ka, opi­sująca losy pro­sty­tut­ki Ad­ria­ny. Tym­cza­sem Kon­for­mi­sta jest próbą uka­za­nia me­cha­nizmów fa­szy­zmu ab in­tra, z per­spek­ty­wy roz­po­czy­nającego ka­rierę funk­cjo­na­riu­sza reżimu. To próba z pew­nością przed­wcze­sna, która siłą rze­czy nie mogła ustrzec się pew­nych wad z ra­cji bra­ku od­po­wied­nie­go dy­stan­su, lecz właśnie dla­te­go trud­no jej dziś nie do­ce­nić.

Po­wieść Mo­ra­vii dzie­li się wyraźnie na trzy części roz­gry­wające się w do­określo­nych prze­działach cza­so­wych, dzięki cze­mu czy­tel­nik może dość łatwo ob­li­czyć, że główny bo­ha­ter jest rówieśni­kiem uro­dzo­ne­go w 1907 roku pi­sa­rza. Pro­log roz­gry­wa się w roku 1920, na dwa lata przed dojściem Mus­so­li­nie­go do władzy; właściwa ak­cja po­wieści, roz­bi­ta na dwie części, to­czy się w roku 1937, okre­sie po­li­tycz­ne­go zbliżania się fa­szy­zmu i na­zi­zmu; w epi­lo­gu zaś mamy rok 1943, kie­dy to Be­ni­to Mus­so­li­ni zo­sta­je zdy­mi­sjo­no­wa­ny z funk­cji sze­fa rządu, a jego sta­no­wi­sko obej­mu­je mar­szałek Pie­tro Ba­do­glio. Losy główne­go bo­ha­tera ob­ra­zują odpo­wiednio ko­lej­ne eta­py sta­wa­nia się i by­cia fa­szystą. Nie jest jed­nak Kon­for­mi­sta po­wieścią po­li­tyczną sen­su stric­to. To ra­czej opo­wieść o jed­no­st­ce wo­bec reżimu i o je­dy­nej możli­wej for­mie z nim sym­bio­zy: kon­for­mi­zmie właśnie, który w za­mie­rze­niu wy­klu­cza wszelką inność, dając pod­sta­wy po­wszech­nej uni­for­mi­za­cji i mo­no­li­tycz­nej jed­ności. Sam au­tor w wy­wia­dzie rze­ce z Ala­inem El­kan­nem przy­zna­wał, że sposób, w jaki można zo­stać fa­szystą, był w Kon­for­miście "wewnętrznym i nie­ro­ze­rwal­nym pro­ble­mem jed­ne­go fa­szy­sty"1. Po la­tach zresztą pi­sarz uzna te­mat za nie­do­sta­tecz­nie zgłębio­ny i po­dej­mie go po­now­nie w ogłoszo­nej w 1982 roku po­wieści za­ty­tułowa­nej 1934, re­zy­gnując z jed­nost­ko­wości na rzecz opi­su całych na­rodów pod rządami to­ta­li­tar­ny­mi: Włoch, Nie­miec i Związku Ra­dziec­kie­go.

Co może wydać się cie­ka­we, ter­min "kon­for­mi­sta", noszący prze­cież zna­mio­na kry­ty­ki wo­bec bez­wa­run­ko­we­go pod­porządko­wa­nia się nor­mom, w po­wieści Al­ber­ta Mo­ra­vii pada je­dy­nie w ty­tu­le. Wie­lo­krot­nie na­to­miast dają o so­bie znać słowa klu­cze jego pro­zy, zwłasz­cza zaś "obojętność" i "po­gar­da". Obojętny jest przede wszyst­kim główny bo­ha­ter, Mar­cel­lo Cle­ri­ci, nie­wzru­szo­ny wo­bec wszel­kich kon­se­kwen­cji popełnia­nych przez sie­bie ko­lej­no małych i wiel­kich zbrod­ni. Obojętność ta ce­chu­je go już od wcze­sne­go dzie­ciństwa, co wie­lo­krot­nie pod­kreślone zo­sta­je w pro­lo­gu. Równie obojętni wo­bec losów własne­go syna są ro­dzi­ce Mar­cel­la, których on, już w wie­ku do­rosłym, trak­to­wać będzie z niekłamaną po­gardą. Obojętny jest ksiądz spo­wia­dający Mar­cel­la; obojętna wo­bec ota­czającego ją świa­ta i do­zna­nych krzywd jest trzpio­to­wa­ta Giu­lia, przyszła żona Cle­ri­ciego; wo­bec kon­taktów z daw­nym uczniem obojętność wy­ka­zu­je także pro­fe­sor Qu­adri, choć wie, że od­no­wie­nie tej zna­jo­mości nie może dlań skończyć się do­brze. Przykłady można by mnożyć. Obojętność lub po­gardę, taką re­akcję u bo­ha­terów Mo­ra­vii bu­dzić będzie również wszel­ka od­mien­ność.

Mar­cel­lo Cle­ri­ci od za­wsze czuł się inny. Mo­ra­via, w ty­po­wy dla sie­bie sposób odwołując się do teo­rii Freu­da, sięga w pro­lo­gu do naj­wcześniej­szych lat dzie­ciństwa bo­ha­te­ra i uka­zu­je jego nie­zdrową fa­scy­nację bro­nią, cho­ro­bliwą przy­jem­ność czer­paną z nisz­cze­nia zie­le­ni i dręcze­nia zwierząt. Na­sto­let­ni Mar­cel­lo lęka się jed­nak tej prze­możnej po­trze­by czy­nie­nia zła, po­strze­ga w niej coś "anor­mal­ne­go, cze­go musi się wsty­dzić, z czym musi się kryć nie tyl­ko przed sobą sa­mym, ale także przed in­ny­mi ludźmi". Za­bi­cie jasz­czu­rek, zabójstwo kota i chęć po­zba­wie­nia życia małego Ro­ber­ta, to­wa­rzy­sza dzie­cinnych za­baw: ta eska­la­cja prze­mocy, która sta­je się ta­jem­nicą Mar­cel­la, co­raz bar­dziej od­dzie­la go od śro­do­wi­ska rówieśników. Ale inność Mar­cel­la kry­je się także w jego sek­su­al­ności, z cze­go jako dziec­ko nie może so­bie jesz­cze zda­wać spra­wy. In­stynk­tow­nie zaś wy­czu­wają ją szkol­ni ko­le­dzy. Do­strze­gają dziewczęce rysy chłopca, jego ty­po­wo ko­biecą kru­chość, spo­le­gli­wość i ko­kie­te­rię. Mar­cel­lo sta­je się wkrótce obiek­tem drwin rówieśników, którzy zmie­niają na­wet jego imię na żeński od­po­wied­nik: Mar­cel­li­na. Kpi­ny te budzą jed­nak w chłopcu dwo­ja­kie uczu­cie: "roz­drażnie­nie oraz jakąś szczególną przy­jem­ność, choć sam nie wie­dział jaką, jak­by jed­na część jego isto­ty nie była z tego nie­za­do­wo­lo­na". Mar­cel­lo nie będzie więc opie­rał się szczególnie próbom uwie­dze­nia go przez doj­rzałego mężczyznę: początko­wo pod­da się im bier­nie, by w końcu roz­sma­ko­wać się w per­wer­syj­nej grze po­zorów. Przy­pad­ko­we i do­mnie­ma­ne zabójstwo okaże się dopełnie­niem jego chłopięcych żądz. Za­bi­jając ho­mo­sek­su­alistę, Mar­cel­lo za­bi­ja po­niekąd cząstkę sa­me­go sie­bie, sym­bo­licz­nie wy­rze­ka się swo­jej inności. To wy­par­cie bu­dzi w Mar­cel­lu to­wa­rzyszącą mu sta­le w do­rosłym życiu me­lan­cho­lię, płynącą ze świa­do­mości utra­co­nej pełni, "przesłaniającą mu rze­czy­wi­stość jak przej­rzy­sty żałobny we­lon".

Mar­cel­lo nie może także po­go­dzić się z wiążącą się z tym dra­ma­tycz­nym wy­da­rze­niem rze­komą utratą nie­win­ności, z tym, że na­gle stał się kimś in­nym, kimś, kim wca­le być nie chce i czy­je ist­nie­nie spy­cha wciąż w mro­ki podświa­do­mości. Choć z po­zo­ru ce­chu­je go nie­wzru­szo­na obojętność, to równo­cześnie do­zna­je on ciągle wewnętrzne­go smut­ku, którego przy­czy­ny nie po­tra­fi wska­zać: "Za­wsze ce­cho­wał go smu­tek, a właści­wie brak wesołości, jak niektóre je­zio­ra u podnóża wy­so­kiej góry, która przegląda się w ich wo­dach, zasłaniając światło słonecz­ne, pogrążając je w czer­ni i me­lan­cho­lii. Oczy­wiście, gdy­by od­sunąć górę, wody uśmiechnęłyby się w słońcu, lecz góra stoi za­wsze i je­zio­ro jest smut­ne. Mar­cel­lo był smut­ny jak te je­zio­ra, lecz czym była góra, tego nie umiałby po­wie­dzieć". Je­dy­ne­go re­me­dium na od­czu­waną me­lan­cho­lię bo­ha­ter upa­tru­je w dążeniu do osławio­nej "nor­mal­ności", co prze­ja­wia się przede wszyst­kim w umiłowa­niu ładu, który od lat dzie­cin­nych daje mu uko­je­nie ("naj­bar­dziej lubił porządek lek­cyj­ny: wejście pro­fe­so­ra, spraw­dza­nie li­sty obec­ności, py­ta­nia, współza­wod­nic­two z ko­le­ga­mi w od­po­wie­dziach, zwy­cięstwa i porażki w tej ry­wa­li­za­cji, spo­koj­ny, bez­oso­bo­wy ton głosu na­uczy­cie­la"), a który w życiu do­rosłym za­gwa­ran­to­wać mu może wstąpie­nie w sze­re­gi reżimu.

Nor­mal­ności będzie szu­kał Mar­cel­lo wprost ob­se­syj­nie. Z jed­nej stro­ny ma mu ją za­pew­nić ślub z drob­no­miesz­czańską, ba­nalną, po­zba­wioną wszel­kiej wrażliwości Giu­lią. Z tych sa­mych po­wodów Cle­ri­ci przyj­mie misję zle­coną mu przez fa­szy­stow­skie­go zwierzch­ni­ka i zgo­dzi się wziąć udział w pla­no­wa­nym mor­der­stwie swo­je­go daw­ne­go wykładow­cy uni­wer­sy­tec­kie­go. "Lu­dzie nor­mal­ni nie są do­brzy - w jed­nym z mo­no­logów wewnętrznych kon­sta­tu­je pro­ta­go­ni­sta - sta­le muszą płacić za nor­mal­ność, świa­do­mie lub nieświa­do­mie, wy­soką cenę, przykładając rękę do różnych spraw, za­wsze ni­skich, na­ce­cho­wa­nych głupotą, podłością, cy­ni­zmem, jeśli nie wręcz zbrod­ni­czych". Nor­mal­ność w owym okre­sie siłą rze­czy wiązała się z kon­for­mi­zmem, pójściem na ustępstwa, re­zy­gnacją z własnej tożsamości, z głuchą ak­cep­tacją reguł rządzących fa­szy­zmem. A fa­szyzm, czer­piący wzor­ce z aktu założyciel­skie­go Rzy­mu, nie­jed­no­krot­nie wy­ma­gał od no­wi­cju­sza popełnie­nia zbrod­ni. Jak w wy­wia­dzie z En­zem Si­ci­lia­nem przy­zna­je sam au­tor, "wstąpie­nie w sze­re­gi fa­szystów należało opłacić ja­kimś występkiem. Na początek - do­nos. Pierwszą rzeczą, ja­kiej Mus­so­li­ni wy­ma­gał od in­te­lek­tu­ali­sty, było na­pi­sa­nie ar­ty­kułu wy­mie­rzo­ne­go prze­ciw ja­kie­muś jego wro­go­wi, na przykład prze­ciwko Be­ne­det­to­wi Cro­ce". Mo­ra­via uka­zu­je w Kon­for­miście przy­pa­dek skraj­ny, w którym wier­ność reżimo­wi należy oka­zać po­przez zabójstwo. Mar­cel­lo przy­sta­je na po­sta­wio­ne wa­run­ki i de­cy­du­je się wy­ko­nać roz­kaz, nie­mniej jed­nak kie­rującą nim po­budką nie jest wca­le wier­ność wo­bec fa­szy­zmu, ale właśnie po­trze­ba ładu, który miałby mu za­pew­nić uko­je­nie, po­zwo­lił po­czuć się "nor­mal­nym". Wszel­kie odstępstwo od z góry na­rzu­co­ne­go porządku będzie bu­dzić w nim od­ru­chową niechęć, więc nie bez po­wo­du, widząc po la­tach pro­fe­so­ra Qu­adrie­go, wro­ga sys­te­mu, już w pierw­szej chwi­li spo­tka­nia z od­razą zwróci uwagę na jego "asy­me­tryczną twarz".

Upodo­ba­nie do porządku daje o so­bie znać w sposo­bie per- cy­po­wa­nia prze­strze­ni przez główne­go bo­ha­te­ra. Mar­cel­lo zwra­ca uwagę na obec­ność reguł sy­me­trii szczególnie tam, gdzie zda­je się tkwić obiet­ni­ca nor­mal­ności, cho­ciażby w fa­szy­stow­skim mi­ni­ster­stwie: "Wszedł na bar­dzo sze­ro­kie scho­dy wysłane czer­wo­nym chod­ni­kiem i o piętro wyżej stanął na podeście, gdzie znaj­do­wało się tro­je dużych, dwu­skrzydłowych drzwi. Skie­ro­wał się do środ­ko­wych, otwo­rzył je i zna­lazł się w pogrążonej w mro­ku sali. Stał tam długi ma­syw­ny stół, a pośrod­ku stołu glo­bus". Po­dob­nie sy­me­trycz­nie Mar­cel­lo po­strze­ga ciąg hi­sto­rycz­nych zda­rzeń, także i w nim do­szu­kując się nie­za­prze­czal­nej kon­se­kwen­cji. Sam za­sta­na­wia się, czy aby nie życzy so­bie zwy­cięstwa ge­ne­rała Fran­co je­dy­nie ze względu na umiłowa­nie sy­me­trii: "jak ktoś, kto urządzając swo­je miesz­ka­nie, dba o to, żeby wszyst­kie me­ble były w jed­nym sty­lu. Zda­wało mu się, że do­strze­ga tę sy­me­trię w wy­da­rze­niach ostat­nich lat, występujących stop­nio­wo z co­raz to większą ja­snością i na­bie­rających co­raz większe­go zna­cze­nia: usta­no­wie­nie fa­szy­zmu we Włoszech, po­tem w Niem­czech, po­tem woj­na w Etio­pii, po­tem w Hisz­pa­nii". Ta­kie po­strze­ganie świa­ta przez bo­ha­te­ra daje mu po­czu­cie bez­pie­czeństwa i spo­ko­ju, a wszel­kie spra­wy i wy­da­rze­nia układają się w na­tu­ral­nym porządku nie­mogącym bu­dzić sprze­ciwów.

Z tych sa­mych względów Mar­cel­la pociąga kościół, ta osto­ja porządku, norm, reguł. Związana z pla­no­wa­nym ślu­bem ko­niecz­ność przystąpie­nia do świętych sa­kra­mentów każe mu myśleć, że oto nada­rza się jesz­cze jed­no "ogni­wo w łańcu­chu nor­mal­ności, którym próbował się za­ko­twi­czyć w ru­cho­mych pia­skach życia", przy czym jest to "ogni­wo wy­ku­te z me­ta­lu szla­chet­niej­sze­go i bar­dziej od­por­ne­go od in­nych: z re­li­gii". Aktu spo­wie­dzi do­ko­nu­je Mar­cel­lo z ty­pową dla sie­bie obojętnością, nie od­czu­wając zupełnie skru­chy, ale to właśnie spo­wiedź jest jed­nym z ele­mentów fun­da­men­tal­nych dla całej nar­ra­cji. Do­cho­dzi do niej wie­lo­krot­nie, co zo­sta­je do­dat­ko­wo za­su­ge­ro­wa­ne przez au­to­ra niektórymi roz­wiąza­nia­mi prze­strzen­ny­mi. Już w pro­lo­gu Mar­cel­lo spo­wia­da się ze swej pierw­szej winy, z za­bi­cia jasz­czu­rek, to­wa­rzy­szo­wi dziecin­nych za­baw, Ro­ber­to­wi, który wysłuchu­je go przez mały otwór w żywopłocie z blusz­czu. Chłopiec po­dej­mu­je także próbę spo­wie­dzi wo­bec mat­ki, chcąc wy­znać swo­je prze­wi­ny. Te za­bie­gi mają pomóc mu "wy­rwać się z prze­rażającej sa­mot­ności, na którą ska­zy­wała go jego anor­mal­ność". Także Giu­lia będzie "spo­wia­dać się" mężowi w półmro­ku prze­działu ko­le­jo­we­go ze swo­jej trud­nej przeszłości, ze swo­jej "anor­mal­ności", której Mar­cel­lo nie mógł się spo­dzie­wać. Niektórzy kry­ty­cy zwy­kli po­strze­gać w Kon­for­miście po­wieść na­tu­ry re­li­gij­nej. Mo­ra­via odwołuje się jaw­nie do wątków bi­blij­nych, ta­kich jak hi­sto­ria Ka­ina i Abla, do po­sta­ci Ju­da­sza, to­po­su raj­skie­go ogro­du, gdzie zo­sta­je popełnio­ny pierw­szy grzech, a jed­no­cześnie nie waha się przed wy­ty­ka­niem kon­for­mi­zmu i uległości Kościoła wo­bec fa­szy­stow­skie­go państwa.

Układ po­wier­nik - grzesz­nik to jed­na z wie­lu kon­fi­gu­ra­cji dwójko­wych, ja­kie po­ja­wiają się w po­wieści. Dra­ma­tur­gia po­szczególnych scen roz­gry­wa się za­wsze w obrębie pary, a rządzące nią reguły przy­bie­rają najczęściej cha­rak­ter re­la­cji ofia­ra - kat. Dzie­je się tak, począwszy od dzie­cin­nych za­baw Mar­cel­la, w których uczest­ni­czy jego bar­dziej au­to­ry­tar­ny wa­riant - Ro­ber­to, stający się wkrótce pier­wo­wzo­rem wro­ga, pierw­szym obiek­tem zbrod­ni­czych pra­gnień, swo­istym pro­to­ty­pem homo- sek­su­ali­sty Lina czy an­ty­fa­szy­sty Qu­adrie­go. Mo­tyw roz­dwo­je­nia ob­ja­wia się także w ry­sun­ku po­szczególnych po­sta­ci: każda z nich nosi w so­bie dru­gie "ja", najczęściej spro­wa­dzające się do tłumio­nej lub wy­par­tej tożsamości sek­su­al­nej. To roz­dar­cie au­tor wie­lo­krot­nie sy­gna­li­zu­je czy­tel­ni­kom w kon­struk­cji prze­strze­ni, często każąc swym bo­ha­te­rom od­bi­jać się w lu­strach, wy­sta­wach skle­po­wych, mar­mu­ro­wej po­sadz­ce etc. In­nym ra­zem czy­ni to na za­sa­dzie kon­tra­stu: rzym­skie miesz­ka­nie Qua- drie­go wygląda zgoła in­a­czej niż jego pa­ry­ski apar­ta­ment, w którym su­ro­wy wystrój i brak książek mają wska­zy­wać na nie­odwołalne przejście pro­fe­so­ra od fazy "słowa" do fazy "czy­nu". Bywa też, że Mo­ra­via nie uni­ka dopo­wiedzeń i żonie Qu­adrie­go, w której za­ko­chu­je się główny bo­ha­ter, na­da­je imię Lina, przy­dając jej przy tym męskich cech i les­bij­skich skłonności, tak by uczy­nić z niej kom­ple­men­tar­ny wa­riant ho­mo­sek­su­al­ne­go szo­fe­ra. Po­szczególne wątki po­wieści są po­wielane, od­bi­jając się wza­jem­nie ni­czym w lu­strze: tak będzie z uwie­dze­niem Mar­cel­la w okre­sie chłopięcym, które znaj­dzie od­bi­cie w nie­mal iden­tycz­nym pa­ry­skim spo­tka­niu z pod­sta­rzałym pe­de­rastą. Sam Mar­cel­lo zresztą, o czym wie­lo­krot­nie wspo­mi­nał Mo­ra­via, sta­no­wi po­niekąd eks­tensję Mi­che­le z Obojętnych i jest w za­sa­dzie tą samą po­sta­cią co męski bo­ha­ter Rzy­mian­ki.

Wie­le wątków po­wieści ma swo­je źródła w au­ten­tycz­nych wy­da­rze­niach z życia pi­sa­rza. Choć rzecz ja­sna trud­no do­szu­ki­wać się bez­pośred­nich po­wi­no­wactw fa­szy­sty Mar­cel­la z po­chodzącym z za­sy­mi­lo­wa­nej żydow­skiej ro­dzi­ny Al­ber­tem Mo­ra­vią (właśc. Al­ber­to Pin­cher­le), nie bez zna­cze­nia wy­da­je się to, że są oni rówieśni­ka­mi. Dzięki temu Mo­ra­via uka­zu­je nie­ja­ko re­wers przeżywa­nych wy­da­rzeń. Rok 1937 także w życiu pi­sa­rza wy­zna­cza mo­ment dość szczególny: za­cieśniają się wówczas więzy łączące go z przyszłą żoną, po­znaną w li­sto­pa­dzie 1936 roku Elsą Mo­ran­te, okrzyk­niętą później jedną z naj­wy­bit­niej­szych pi­sa­rek włoskich dru­giej połowy XX wie­ku, w Pol­sce znaną z po­wieści Wy­spa Ar­tu­ra i Kłam­stwo i cza­ry. W tym sa­mym roku z po­bu­dek po­li­tycz­nych we Fran­cji za­mor­do­wa­ni zo­stają dwaj ku­zy­ni Mo­ra­vii, Car­lo i Nel­lo Ros­sel­li, czyn­ni an­ty­fa­szyści, a zabójstwo to sta­nie się jedną z najsłyn­niej­szych zbrod­ni po­li­tycz­nych lat trzy­dzie­stych. We wspo­mnia­nym już wy­wia­dzie z El­kan­nem Mo­ra­via wy­zna­je, że spra­wa ta wstrząsnęła nim do tego stop­nia, że po la­tach po­sta­no­wił poświęcić jej po­wieść Kon­for­mi­sta, która miała być dziełem nie tyle dla, ile o Ros­sel­lich: przez pry­zmat losów pro­fe­so­ra Qu­adrie­go uka­zał tę tra­ge­dię od stro­ny tego, kto przy­czy­nił się do ich za­bi­cia, chcąc w ten sposób ustrzec się ha­gio­gra­ficz­ne­go tonu2. Co może się wydać in­te­re­sujące, podłoże po­niekąd au­ten­tycz­ne ma także inne zabójstwo do­ko­na­ne w Kon­for­miście. Mowa o po­zor­nej śmier­ci Lina, którą Mo­ra­via za­czerpnął z opo­wieści Mo­ran­te - pi­sar­ka miała swe­go cza­su utrzy­my­wać in­tym­ne sto­sun­ki z pew­nym An­gli­kiem, którego włoski ko­cha­nek zginął rze­ko­mo w iden­tycz­nych oko­licz­nościach, wy­krzy­kując do swe­go opraw­cy słynne: "Za­bij mnie! Za­bij!". Do­pie­ro czter­dzieści lat później Al­ber­to Mo­ra­via do­wie się, że hi­sto­ria ta zo­stała przez Mo­ran­te do cna zmyślona3.

Jak w wy­wia­dach przy­zna­wał sam pi­sarz, Kon­for­mi­sty nie po­wi­ta­no ze spo­dzie­wa­nym en­tu­zja­zmem. Po­wieść spo­tkała się z chłod­nym przyjęciem przede wszyst­kim ze stro­ny kry­ty­ki, bo czy­tel­ni­cy, spra­gnie­ni ko­lej­nej do­brej lek­tu­ry sy­gno­wa­nej na­zwi­skiem Al­ber­ta Mo­ra­vii, i tym ra­zem nie za­wie­dli. Za­rzu­ty do­ty­czyły war­stwy li­te­rac­kiej, nie­kie­dy miały też wy­miar po­li­tycz­ny. Często pod­kreślano brak do­sta­tecz­nej sym­pa­tii au­to­ra dla śro­do­wi­ska pa­ry­skich an­ty­fa­szystów, co nie było zresztą bez­za­sad­ne o tyle, że pi­sarz otwar­cie mówił, iż jego zda­niem je­dy­ny sen­sow­ny opór byli w sta­nie sta­wić fa­szy­zmo­wi ko­mu­niści, emi­gra­cja zaś nie­odwołal­nie wiązała się dlań z re­zy­gnacją z wal­ki. Jako uprosz­cze­nie po­strze­ga­no także po­mysł Mo­ra­vii, by w bier­ności Qu­adrie­go zo­bra­zo­wać nie­umiejętność stwo­rze­nia ru­chu an­ty­fa­szystowskiego z praw­dzi­we­go zda­rze­nia pośród przedsta­wicieli wyższej burżuazji i in­te­lek­tu­alistów. War­to w tym miej­scu dodać, że ta kry­ty­ka pa­syw­ności za­war­ta w po­sta­ci Qu­adrie­go nosiła zna­mio­na autokry­ty­ki, zważyw­szy że pi­sarz do szczególnie ak­tyw­nych an­ty­fa­szystów nig­dy nie należał, choć był prze­ciw­ni­kiem reżimu i z pew­nością nie cie­szył się za­ufa­niem władz. Za­rzu­ty te spra­wiły, że Mo­ra­via w ko­lej­nej po­wieści po­sta­no­wił sku­pić się na wewnętrznych przeżyciach bo­ha­terów, po­mi­jając tło hi­sto­rycz­ne. Ta­kie właśnie założenia przyświe­cały po­wsta­wa­niu Po­gar­dy. W później­szych wy­wia­dach Mo­ra­via bro­nił Kon­for­mi­sty, tłumacząc się swoją ówczesną pi­sarską nie­doj­rzałością, wska­zując przy tym na nośność po­mysłu, by zin­ter­pre­to­wać fa­szyzm z po­zy­cji in­te­lek­tu­ali­sty. Przy­zna­wał też, że książka po­wsta­wała w pośpie­chu, a te­mat wy­ma­gał prze­cież większe­go nakładu pra­cy. Tak czy owak, choć pi­sarz do lek­tu­ry Kon­for­mi­sty miał już nig­dy nie powrócić, to po la­tach wspo­mi­nał Mar­cel­la jako jedną ze swych bar­dziej uda­nych po­sta­ci, której me­lan­cho­licz­ny, wręcz żałobny, wy­miar nig­dy nie prze­stał go in­try­go­wać.

Po­dob­nie przed­sta­wiała się re­cep­cja w Pol­sce. Długo ocze­ki­wa­ny przekład au­tor­stwa Zo­fii Ern­sto­wej uka­zał się w roku 1964, książka wywołała jed­nak roz­cza­ro­wa­nie ro­dzi­mych kry­tyków. Za­strzeżenia zgłasza­no przede wszyst­kim do ana­chro­nicz­ności mo­ty­wa­cji kie­rującej Cle­ri­cim, w od­bior­cy budzącym ra­czej chłodny dy­stans. Re­cen­zen­ci wy­ty­ka­li także nad­miar wewnętrznych sprzecz­ności tar­gających bo­ha­te­rem, "podłym w czy­nach i na­iw­nie szla­chet­nym w in­ten­cjach, za­ra­zem świa­do­mym i nieświa­do­mym, zbun­to­wa­nym i uległym, in­te­li­gent­nym i bez­na­dziej­nie ogra­ni­czo­nym w ro­zu­mie­niu sie­bie i świa­ta"4. Nie prze­ko­ny­wało też po­wo­dujące dez­orien­tację star­cie fa­ta­li­zmu ze stu­dium za­cho­wań włoskie­go in­te­lek­tu­ali­sty wo­bec fa­szy­zmu. Tym, co za­zwy­czaj kry­ty­kom po­do­bało się naj­bar­dziej, był pro­log, nawiązujący zresztą w sposób nie­za­wo­alo­wa­ny do Dzie­ciństwa wo­dza Je­ana-Pau­la Sar­tre'a, opo­wia­da­nia ze zbio­ru Mur opu­bli­ko­wa­ne­go pod ko­niec lat trzy­dzie­stych. Wśród re­cen­zentów po­wta­rzała się też opi­nia, że Kon­for­mistę, po­dob­nie jak całą prozę Mo­ra­vii, czy­ta się łatwo i lek­ko, co wska­zy­wa­no jako nie­kwe­stio­no­wa­ny atut książki, po­zwa­lający przy­mknąć oko na pew­ne jej nie­do­stat­ki. Al­ber­to Mo­ra­via za­wsze cie­szył się w Pol­sce wielką po­pu­lar­nością; dość po­wie­dzieć, że w jed­nym z ówcze­snych ar­ty­kułów Kon­for­mi­sta zna­lazł się u boku pre­mier książko­wych Eri­cha Ma­rii Re­ma­rque'a, Ar­nol­da Zwe­iga i Joh­na Ste­in­bec­ka, sam tekst zaś nosił tytuł Czte­rej wiel­cy.

Do rozgłosu po­wieści bli­sko dwa­dzieścia lat później przy­czy­ni się w znacz­nej mie­rze po­chodząca z 1970 roku ekra­ni­za­cja Ber­nar­da Ber­to­luc­cie­go, po­wszech­nie uważana dziś za ar­cy­dzieło. Zre­ali­zo­wa­ny w między­na­ro­do­wej ob­sa­dzie film wy­zna­czył, jak przy­zna­wał sam reżyser, przełomo­wy mo­ment w jego ka­rie­rze, otwie­rając mu drogę do wiel­kich pro­duk­cji. Choć ad­ap­ta­cja znacz­nie różni się od li­te­rac­kie­go pier­wo­wzo­ru, to Al­ber­to­wi Mo­ra­vii bar­dzo przy­padła do gu­stu. Pi­sarz uważał zresztą, że wier­ność wer­sji ki­no­wej wo­bec po­wieści w ogóle nie jest osiągal­na, a w każdym ra­zie im mniej ekra­ni­za­cja będzie wier­na, tym le­piej dla dzieła fil­mo­we­go. Ber­to­luc­ci, który sam na­pi­sał uho­no­ro­wa­ny w 1972 roku no­mi­nacją do Osca­ra sce­na­riusz, po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać przede wszyst­kim z pro­lo­gu, a co za tym idzie, od­rzu­cić pre­de­sty­nację bo­ha­te­ra do czy­nie­nia zła. Dzie­ciństwo Mar­cel­la w fil­mie po­wra­ca tyl­ko raz, w jed­nej krótkiej re­tro­spek­cji przy­ta­czającej spo­tka­nie z Li­nem. W dzie­le Ber­to­luc­cie­go brak także społecz­nej czy eko­no­micz­nej ana­li­zy fa­szy­zmu. Reżyser sku­pił się na zo­bra­zo­wa­nia psy­cho­lo­gii i wewnętrznych napięć po­sta­ci, przy czym po­sta­no­wił połamać obecną u Mo­ra­vii chro­no­lo­gię fabuły, zastępując ją swo­bod­nym ze­sta­wia­niem ze sobą zda­rzeń roz­gry­wających się na różnych pla­nach cza­so­wych, we wspo­mnie­niach i w teraźniej­szości, na­dając w ten sposób swo­je­mu dziełu wi­zjo­ner­ski cha­rak­ter. Co cie­ka­we, de­cy­zja ta za­padła do­pie­ro w ostat­niej fa­zie pro­duk­cji fil­mu, dzięki pra­cy jed­ne­go z naj­wy­bit­niej­szych włoskich mon­tażystów, Fran­ca "Kima" Ar­cal­le­go, słynącego ze swych upodo­bań do im­pro­wi­za­cji.

Jed­nym z wiel­kich atutów fil­mu Ber­nar­da Ber­to­luc­cie­go jest ob­sa­da. Jak twier­dził reżyser, ob­da­rzo­ny drob­ny­mi, pro­por­cjo­nal­ny­mi ry­sa­mi twa­rzy Jean-Lo­uis Trin­ti­gnant jako Mar­cel­lo oraz młod­ziut­ka Ste­fa­nia San­drel­li jako Giu­lia byli jego pierw­szym i na­tych­mia­sto­wym wy­bo­rem. Do roli żony Qu­adrie­go - w fil­mie jej imię zmie­nio­no na Anna - za­an­gażowa­no Do­mi­ni­que Sandę, którą Ber­to­luc­ci zdążył za­chwy­cić się w Łagod­nej Ro­ber­ta Bres­so­na. Do hi­sto­rii kina przeszły też zdjęcia do Kon­for­mi­sty au­tor­stwa Vit­to­ria Sto­ra­ra. Sil­nie zge­ome­try­zo­wa­na, chłodna kom­po­zy­cja kadrów, czer­piąca in­spi­rację z ra­cjo­na­li­stycz­nej ar­chi­tek­tu­ry fa­szy­stow­skiej, przekłada się także na grę ostrych kon­trastów światła i cie­nia, nawiązującą m.in. do ma­lar­stwa Ca­ra­vag­gia, przede wszyst­kim zaś do ob­ra­zu Powołanie świętego Ma­te­usza, jak dzie­je się cho­ciażby w słyn­nej, do­da­nej przez Ber­to­luc­cie­go sce­nie roz­mo­wy Qu­adrie­go z Cle­ri­cim, przy­wołującej mo­tyw pla­tońskiej ja­ski­ni. Tak czy owak, po­dob­na gra światła i cie­nia zda­je się też nawiązywać do kon­trastów ja­sności i mro­ku, na które Mo­ra­via w po­wieści często zwra­ca uwagę czy­tel­ników, roz­gra­ni­czając wyraźnie to, co jaw­ne, i to, co skry­wa­ne, uta­jo­ne czy wręcz wy­par­te.

W ekra­ni­za­cji Ber­to­luc­cie­go sza­le­nie istot­na jest fi­gu­ra ojca. Mar­cel­lo-Trin­ti­gnant zdra­dza swe­go daw­ne­go pro­fe­so­ra, a zdra­da ta ma wy­miar oj­cobójczy. W po­wieści du­cho­we oj­co­stwo Qu­adrie­go może nie jest aż tak istot­ne, na­to­miast ważną rolę od­gry­wa po­stać ro­dzo­ne­go ojca Mar­cel­la, od lat prze­by­wającego w zakładzie psy­chia­trycz­nym. Z jed­nej stro­ny jest on źródłem oczy­wi­stych obaw Mar­cel­la do­tyczących rze­ko­mo dzie­dzicz­nej "anor­mal­ności", z dru­giej zaś w jego po­staci zbie­ga się idea tak sa­me­go pi­sa­rza, jak i Ber­to­luc­cie­go, by po­ka­zać fa­szyzm przez pry­zmat ja­kiejś ułomności i w ten sposób uka­zać jego ab­surd i kru­chość. Reżyser wpro­wa­dza do fil­mu nie­obecną w po­wieści po­stać przy­ja­cie­la główne­go bo­ha­te­ra, ślep­ca, w pełni od­da­ne­go reżimo­wi, o znaczącym imie­niu Ita­lo, który przy­bie­ra po­niekąd funkcję por­te-pa­ro­le zaśle­pio­ne­go fa­szy­zmem na­ro­du włoskie­go. W po­wieści dia­gnozę społeczeństwu pod rządami to­ta­li­tar­ny­mi wy­sta­wia z ko­lei leczący ojca Mar­cel­la psy­chia­tra, który zwra­ca się do pani Cle­ri­ci słowa­mi: "jeśli idzie o Duce, to wszy­scy je­steśmy wa­ria­ta­mi jak pani mąż, nie­bez­piecz­ny­mi wa­ria­ta­mi, których się po­win­no le­czyć zim­ny­mi na­try­ska­mi i zakładać im ka­fta­ny bez­pie­czeństwa... Całe Włochy to je­den dom wa­riatów". W ujęciu Mo­ra­vii fa­szyzm to ob­jaw zbio­ro­we­go sza­leństwa. W cza­sie wi­zy­ty naj­bliższych obłąkany oj­ciec Mar­cel­la, któremu zda­je się, że jest człon­kiem fa­szy­stow­skie­go rządu, wska­ku­je na szpi­tal­ne łóżko i wygłasza płomien­ne przemówie­nie, a opis tej sce­ny, jed­nej z naj­lep­szych w całej po­wieści, do złudze­nia przy­po­mi­na o trzy lata późniejszą mowę Be­ni­ta Mus­so­li­nie­go ob­wiesz­czającego przystąpie­nie Włoch do dru­giej woj­ny świa­to­wej. "Rzeź i me­lan­cho­lia"5, te dwa słowa dużym i roz­strze­lo­nym pi­smem ob­se­syj­nie wy­pi­su­je na kart­kach nie­po­czy­tal­ny oj­ciec. "Rzeź i me­lan­cho­lia", dwie sprzecz­ności od za­wsze tar­gające Mar­cel­lem Cle­ri­cim, w ustach sza­leńca an­ty­cy­pujące akt wy­po­wie­dze­nia woj­ny.

Ka­ta­rzy­na Skórska

ROZ­DZIAŁ I

Kie­dy Mar­cel­lo był dziec­kiem, urze­kał go byle przed­miot, byle błyskot­ka, jak srokę. Może dla­te­go, że w domu ro­dzi­ce, ra­czej przez obojętność niż przez su­ro­wość, nig­dy nie pomyśleli o tym, żeby za­spo­koić jego po­czu­cie własności, a może dla­te­go, że inne in­stynk­ty, głębsze i jesz­cze nie­ujaw­nio­ne, prze­obrażały się w zachłanność. W efek­cie nie­ustan­nie dręczyło go pra­gnie­nie zdo­by­cia na własność naj­roz­ma­it­szych rze­czy. Ołówek zakończo­ny gumką, książka z ob­raz­ka­mi, li­nij­ka, ebo­ni­to­wy kałamarz kie­szon­ko­wy, pierw­sze lep­sze głupstew­ko bu­dziły w nim naj­pierw gwałtowną i nie­do­rzeczną pożądli­wość, a po­tem, gdy upa­trzo­ny dro­biazg stał się już jego własnością, napełniała go zdu­mie­wająca, nie­wy­czer­pa­na, ma­gicz­na radość. Mar­cel­lo miał w domu własny pokój, w którym sy­piał i się uczył. Wszyst­kie leżące tam na sto­le czy za­mknięte w szu­fla­dach przed­mioty były dla nie­go święte lub nie­mal święte, w zależności od tego, jak daw­no zo­stały na­by­te. Słowem, nie były po­dob­ne do in­nych znaj­dujących się w domu przed­miotów, lecz sta­wały się ułam­ka­mi zdo­by­tych już lub mających przyjść doświad­czeń, za­wsze pa­sjo­nujących i za­bar­wio­nych ta­jem­ni­czością. Mar­cel­lo na swój sposób zda­wał so­bie sprawę z tego dzi­wacz­ne­go przy­wiąza­nia do własności, które dawało mu nie­opi­sa­ne szczęście, a za­ra­zem bu­dziło w nim przy­kre uczu­cie sta­le popełnia­nej winy i na­wet nie pozo­stawiało mu cza­su na skruchę.

Po­nad wszyst­ko jed­nak - może dla­te­go, że było to czymś za­ka­za­nym - pociągała go broń. Nie broń na niby, ta do za­ba­wy dla dzie­ci, bla­sza­ne strzel­by, pi­sto­le­ty na ka­pi­szo­ny, drew­nia­ne pałasze, ale praw­dzi­wa broń, z którą wy­obrażenie gro­zy, nie­bez­pie­czeństwa i śmier­ci nie ko­ja­rzy się, tak jak w przy­pad­ku tam­tej, wyłącznie przez po­do­bieństwo for­my, lecz jest je­dyną racją jej ist­nie­nia. Za­ba­wa dzie­cinnymi re­wol­we­ra­mi nie mogła spo­wo­do­wać śmier­ci. Z re­wol­we­ra­mi dla do­rosłych wyglądało to in­a­czej, śmierć nie tyl­ko była możliwa, ale na­rzu­cała się po pro­stu ni­czym natrętna po­ku­sa, którą ha­mu­je tyl­ko prze­zor­ność. Mar­cel­lo kil­ka­krot­nie miał w ręku praw­dziwą broń: myśliwską flintę na wsi oraz sta­ry re­wol­wer, który oj­ciec po­ka­zał mu kie­dyś w szka­tułce. Za każdym ra­zem przy do­tknięciu bro­ni Mar­cel­la prze­ni­kał dreszcz, jak gdy­by jego ręka zna­lazła wresz­cie na­tu­ral­ne przedłużenie w rękojeści bro­ni.

Mar­cel­lo miał wie­lu przy­ja­ciół wśród miesz­kających w sąsiedz­twie dzie­ci, lecz w krótkim cza­sie uświa­do­mił so­bie, że jego zamiłowa­nie do bro­ni wy­wo­dzi się z głębszych i o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych po­bu­dek niż na­iw­ne upodo­ba­nia mi­li­tar­ne ko­legów. Oni ba­wi­li się w żołnie­rzy, udając dra­pieżność i krwiożer­czość, w rze­czy­wi­stości jed­nak ro­bi­li to tyl­ko dla za­ba­wy i małpując mor­der­cze ge­sty, nie byli na­prawdę przejęci swoją rolą. Z nim na­to­miast działo się wręcz od­wrot­nie: w za­ba­wie w żołnie­rzy szu­kały ujścia jego krwiożer­czość i dra­pieżność, a gdy bra­ko­wało mu to­wa­rzy­stwa do tej za­ba­wy, sam wy­szu­ki­wał so­bie roz­ryw­ki, za­wsze ta­kie, które za­spo­ka­jały jego nisz­czy­ciel­skie i mor­der­cze skłonności. W owym cza­sie Mar­cel­lo był okrut­ny i ani się tego nie wsty­dził, ani nie robił so­bie wy­rzutów z tego po­wo­du, bo okru­cieństwo do­star­czało mu wyłącznie sa­mych przy­jem­ności, w których nie wi­dział nic obrzy­dli­we­go; było jesz­cze na tyle dzie­cinne, że nie bu­dziło nie­po­ko­ju ani w nim sa­mym, ani w in­nych lu­dziach. Zda­rzało mu się na przykład scho­dzić do ogro­du w upal­nych go­dzi­nach na początku lata. Był to ogród mały, ale gęsty, pełen roślin i buj­nie rosnących drzew, nie­tkniętych od lat ludzką ręką. Mar­cel­lo scho­dził do ogro­du uzbro­jo­ny w cien­ki, giętki wi­kli­no­wy pręt, odłama­ny na stry­chu ze sta­rej trze­pacz­ki; krążył przez chwilę po wy­sy­pa­nych żwi­rem ścieżkach między roz­igra­ny­mi cie­nia­mi drzew i palącymi pro­mie­nia­mi słońca, ob­ser­wując rośliny. Czuł, że błyszczą mu oczy, że całym ciałem wchłania ową błogość, która zda­wała się sta­piać z żywot­nością wy­bu­jałego, za­la­ne­go słońcem ogro­du, i roz­pie­rało go szczęście. Nie­mniej było to szczęście dra­pieżne i okrut­ne, które chce mie­rzyć swoją wiel­kość przez porówna­nie z nieszczęściem in­nych lu­dzi. Kie­dy wi­dział na środ­ku grządki piękną kępę sto­kro­tek, usianą białymi i żółtymi kwia­ta­mi, albo tu­li­pa­na z czer­wo­nym kie­li­chem na pro­stej łodyżce, albo krzew ka­lii ze strze­li­sty­mi, białymi, mięsi­sty­mi kwia­ta­mi, z roz­ma­chem sma­gał je witką, która świsz­czała w po­wie­trzu jak szpa­da. Wit­ka ścinała ostro kwia­ty i liście, które wdzięcznie opa­dały wokół rośliny, po­zo­sta­wiając sztyw­ne, ogołoco­ne z kie­lichów łody­gi. W ta­kich mo­men­tach czuł potęgującą się w nim pasję życia i nie­mal roz­kosz, jaką daje wyładowa­nie po­wstrzy­my­wa­nej na­zbyt długo ener­gii, a za­ra­zem ro­dziło się w nim nie­określone po­czu­cie potęgi i spra­wie­dli­wości. Jak gdy­by owe rośliny były win­ne i on wy­mie­rzał im karę, prze­ko­na­ny, że ka­ra­nie ich leży w jego władzy. Wy­czu­wał jed­nak, że tego ro­dza­ju za­ba­wa jest czymś za­ka­za­nym i na­gan­nym. Za każdym ra­zem, nie­mal wbrew własnej woli, rzu­cał ukrad­ko­we spoj­rze­nia na willę w oba­wie, że może go ob­ser­wo­wać mat­ka z okna w sa­lo­nie albo ku­char­ka z okna w kuch­ni. Zda­wał so­bie sprawę, że boi się nie wymówek, lecz na­ocz­nych świadków swo­ich czynów, które sam uważał za nie­nor­mal­ne i w ta­jem­ni­czy sposób sple­cio­ne z po­czu­ciem winy.

Przejście od kwiatów i roślin do zwierząt było nie­uchwyt­ne, tak samo jak w na­tu­rze. Mar­cel­lo nie umiałby po­wie­dzieć, kie­dy uświa­do­mił so­bie, że przy­jem­ność, jaką spra­wia mu łama­nie roślin i strąca­nie kie­lichów kwiatów, pogłębia się jesz­cze i wzma­ga, gdy ofia­ra­mi są zwierzęta. Może tyl­ko przy­pa­dek pchnął go na tę drogę, traf, że wi­kli­no­wy pręt za­miast ude­rzyć w krzew, spadł na grzbiet śpiącej na gałęzi jasz­czur­ki, a może, za­czy­nając w końcu od­czu­wać nudę i prze­syt, szu­kał no­we­go przed­mio­tu, na którym mógłby wyłado­wać swo­je podświa­do­me okru­cieństwo. Tak czy in­a­czej, pew­ne­go ci­che­go popołudnia, gdy wszy­scy w domu spa­li, Mar­cel­lo jak rażony gro­mem, skru­szo­ny i za­wsty­dzo­ny, stanął na­gle w ob­li­czu po­gro­mu jasz­czu­rek. Było ich pięć czy sześć, zna­lazł je na gałęziach drzew i na ka­mien­nym mu­rze ota­czającym ogród. Po­za­bi­jał wszyst­kie jed­nym za­ma­chem pręta, właśnie w mo­men­cie kie­dy za­nie­po­ko­jo­ne jego obec­nością próbowały szu­kać schro­nie­nia w ja­kiejś kryjówce. Jak do tego doszło, nie po­tra­fiłby po­wie­dzieć, a ra­czej wolał so­bie nie przy­po­mi­nać, lecz było już po wszyst­kim: nie zo­stało nic oprócz słońca, palącego i nie­czy­ste­go, na krwa­wiących, po­kry­tych ku­rzem ciałach mar­twych jasz­czu­rek. Stał przed ce­men­to­wym chod­ni­kiem, na którym leżały jasz­czur­ki, i ści­skał w pięści witkę; czuł jesz­cze w całym cie­le i zdra­dzał wy­ra­zem twa­rzy pod­nie­ce­nie, które ogarnęło go w chwi­li po­gro­mu. Jed­nak tym ra­zem nie było ono tak roz­kosz­nie ożyw­cze jak przed­tem, lecz za­bar­wio­ne wsty­dem i żalem. Uświa­da­miał so­bie poza tym, że do przeżywa­nych jak za­wsze uczuć potęgi i okru­cieństwa dołączył się jakiś nowy, nie­zna­ny mu nie­pokój o cha­rak­te­rze nie­mal fi­zycz­nym; do wsty­du i żalu dołączył się nie­wytłuma­czo­ny lęk. Jak gdy­by od­krył w so­bie coś anor­mal­ne­go, cze­go musi się wsty­dzić, z czym musi się kryć nie tyl­ko przed sobą sa­mym, ale także przed in­ny­mi ludźmi, i co w kon­se­kwen­cji od­dzie­li go raz na za­wsze od śro­do­wi­ska rówieśników. Nie ule­gało wątpli­wości, że różnił się od chłopców w swo­im wie­ku, którzy ani w gro­ma­dzie, ani w po­je­dynkę nie od­da­wa­li się tego ro­dza­ju roz­ryw­kom. W do­dat­ku różnił się od nich w sposób za­sad­ni­czy. Jasz­czur­ki bo­wiem nie żyły, co do tego nie było wątpli­wości, i ta śmierć, tak jak okrut­ne i sza­lo­ne czy­ny, których się dopuścił i które ją spo­wo­do­wały, były nie do na­pra­wie­nia. Słowem, utożsa­miał się z owy­mi czy­na­mi, tak jak w przeszłości z in­ny­mi, zupełnie zresztą niewin­ny­mi, postępka­mi.

Tego sa­me­go dnia, aby zdo­być dowód po­twier­dzający to nowe i bo­le­sne od­kry­cie, Mar­cel­lo po­sta­no­wił porównać się ze swo­im małym przy­ja­cie­lem Ro­ber­tem, który miesz­kał w sąsied­niej wil­li. Ro­ber­to o zmierz­chu, po od­ro­bie­niu lek­cji, scho­dził do ogro­du i za zgodą ro­dziców dwaj chłopcy ba­wi­li się ra­zem aż do ko­la­cji, raz w jed­nym ogro­dzie, raz w dru­gim. Mar­cel­lo cze­kał nie­cier­pli­wie na tę chwilę przez całe długie, ci­che popołudnie, leżąc na łóżku w swo­im po­ko­ju. Ro­dzi­ce wy­szli, w domu zo­stała tyl­ko ku­char­ka, raz po raz słyszał jej głos, gdy nuciła so­bie w kuch­ni na par­te­rze. Po południu za­zwy­czaj uczył się albo bawił sam w swo­im po­ko­ju, ale tego dnia nie miał ocho­ty ani na naukę, ani na za­bawę; czuł się nie­zdol­ny do ja­kie­go­kol­wiek wysiłku, a jed­no­cześnie nie mógł znieść bez­czyn­ności i próżniac­twa. Zarówno lęk, który wzbu­dziło w nim do­mnie­ma­ne od­kry­cie, jak i na­dzie­ja, że ów lęk mi­nie przy naj­bliższym spo­tka­niu z Ro­ber­tem, pa­ra­liżowały go i wy­pro­wa­dzały z równo­wa­gi. Gdy­by Ro­ber­to po­wie­dział mu, że on także za­bi­ja jasz­czur­ki, że lubi je za­bi­jać i nie wi­dzi nic złego w ich za­bi­janiu, to - tak mu się wy­da­wało - uczu­cie anor­mal­ności znikłoby bez śladu i mógłby pa­trzeć obojętnie na po­grom jasz­czu­rek jak na coś, co nie ma żad­ne­go zna­cze­nia i nie pociąga za sobą żad­nych następstw. Nie umiałby po­wie­dzieć, dla­cze­go Ro­ber­to był dla nie­go ta­kim au­to­ry­te­tem. Ma­ja­czyło mu w myśli, że jeśli Ro­ber­to także robił te rze­czy w ten sam sposób i od­czu­wał to samo, ozna­czało to, że ro­bi­li je wszy­scy; a to, co ro­bi­li wszy­scy, było nor­mal­ne, czy­li do­bre. Owe re­flek­sje zresztą nie na­su­wały mu się ja­sno, przed­sta­wiały się ra­czej jako głębo­kie uczu­cia i im­pul­sy niż jako spre­cy­zo­wa­ne myśli. Nie­mniej jed­no było pew­ne: od od­po­wie­dzi Ro­ber­ta zależał jego spokój wewnętrzny.

Z tą na­dzieją i z tym lękiem cze­kał nie­cier­pli­wie na na­dejście zmierz­chu. Pra­wie już drze­mał, gdy do­biegł go z ogro­du prze­ciągły, mo­du­lo­wa­ny gwizd: był to umówio­ny znak, Ro­ber­to oznaj­miał mu, że już jest na miej­scu. Mar­cel­lo wstał z łóżka i nie za­pa­lając światła, wy­szedł z mrocz­ne­go po­ko­ju, zszedł po scho­dach i zna­lazł się w ogro­dzie.

W gasnącym świe­tle let­nie­go zmierz­chu drze­wa stały nie­ru­cho­me i po­nu­re; cień pod ko­na­ra­mi był już czar­ny jak w nocy. Za­pach kwiatów i ku­rzu, żar ema­nujący z na­grza­nej słońcem zie­mi wi­siały w nie­ru­cho­mym, ciężkim po­wie­trzu. Płot dzielący ogród Mar­cel­la od ogro­du Ro­ber­ta ginął całko­wi­cie pod gi­gan­tycz­nym blusz­czem, gęstym i głębo­kim jak mur z liści. Mar­cel­lo skie­ro­wał się od razu w kąt ogro­du, gdzie bluszcz i cień były jesz­cze gęściej­sze, wszedł na duży ka­mień i jed­nym szyb­kim ru­chem od­sunął buj­ne pnącze. Sam wymyślił ten ro­dzaj drzwi­czek w blusz­czu, żeby nadać za­ba­wie po­smak ta­jem­ni­czości i przy­go­dy. Po roz­su­nięciu blusz­czu uka­zały się szta­che­ty ogro­dze­nia, a między szta­che­ta­mi de­li­kat­na, bla­da twa­rzycz­ka i ja­sna czu­pry­na Ro­ber­ta. Mar­cel­lo stanął na pal­cach i za­py­tał:

- Czy nikt nas nie wi­dział?

Od tej for­mułki roz­po­czy­nała się ich za­ba­wa. Ro­ber­to od­po­wie­dział, jak gdy­by re­cy­to­wał wy­uczoną lekcję:

- Nie, nikt... - A po chwi­li za­py­tał: - Od­ro­biłeś lek­cje?

Szep­tał, co było także obo­wiązującą regułą. Mar­cel­lo również szep­tem od­po­wie­dział:

- Nie, nic dziś nie od­ro­biłem... Nie chciało mi się... Po­wiem na­uczy­ciel­ce, że źle się czułem.

- Ja na­pi­sałem wy­pra­co­wa­nie z włoskie­go - wy­szep­tał Ro­ber­to - i roz­wiązałem jed­no za­da­nie aryt­me­tycz­ne... Zo­stało mi jesz­cze dru­gie... Dla­cze­go nie od­ro­biłeś lek­cji?

Mar­cel­lo cze­kał na to py­ta­nie.

- Nie od­ro­biłem - od­rzekł - bo urządziłem po­lo­wa­nie na jasz­czur­ki.

Miał na­dzieję, że Ro­ber­to od­po­wie mu: "Ach, tak... ja także po­luję cza­sem na jasz­czur­ki" - czy coś w tym ro­dza­ju. Na twa­rzy Ro­ber­ta jed­nak nie od­ma­lo­wało się ani zro­zu­mie­nie, ani na­wet za­cie­ka­wie­nie. Mar­cel­lo dodał z wysiłkiem, próbując ukryć zmie­sza­nie:

- Po­za­bi­jałem wszyst­kie.

- A ile ich było? - za­py­tał prze­zor­nie Ro­ber­to.

- Sie­dem - od­po­wie­dział Mar­cel­lo. A po­tem, siląc się na prze­chwałki tech­nicz­nej i in­for­ma­cyj­nej na­tu­ry dodał: - Leżały na gałęziach drzew i na ka­mie­niach... cze­kałem, żeby się po­ru­szyły... i po­tem je zatłukłem jed­nym za­ma­chem... wy­star­czyło jed­no ude­rze­nie. - Wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie za­do­wo­le­nia i po­ka­zał Ro­ber­to­wi wi­kli­no­wy pręt.

Zo­ba­czył, że tam­ten spogląda na nie­go z cie­ka­wością gra­niczącą z prze­rażeniem.

- Dla­cze­go je zabiłeś? - za­py­tał.

- Tak so­bie! - Za­wa­hał się, miał już na końcu języka: "dla­te­go, że mi to spra­wiało przy­jem­ność", lecz po­tem, sam nie wiedząc dla­cze­go, po­wstrzy­mał się i od­rzekł: - Bo to są szkod­ni­ki... Nie wiesz, że jasz­czur­ki to szkod­ni­ki?

- Nie - po­wie­dział Ro­ber­to - nie wie­działem... A co one ta­kie­go robią?

- Zja­dają wi­no­gro­na - od­po­wie­dział Mar­cel­lo. - W zeszłym roku na wsi zjadły wszyst­kie wi­no­gro­na na we­ran­dzie.

- Ale tu­taj nie ma wi­no­gron.

- A poza tym - ciągnął da­lej, nie zwra­cając uwa­gi na ten za­rzut - one są złe... Jed­na, kie­dy mnie zo­ba­czyła, za­miast ucie­kać, rzu­ciła się na mnie z otwar­tym pyszcz­kiem i gdy­bym jej w porę nie za­trzy­mał, wy­sko­czyłaby na mnie.

Umilkł na chwilę i po­tem do­rzu­cił już bar­dziej po­ufałym to­nem:

- Ty nie za­bi­jałeś ich nig­dy?

- Nie, nig­dy - od­po­wie­dział Ro­ber­to, potrząsając głową. Po­tem, spuściw­szy oczy, z żałosnym wy­ra­zem twa­rzy dodał: - Mówią, że nie wol­no robić krzyw­dy zwierzętom.

- Kto tak mówi?

- Ma­mu­sia.

- Mówi się tyle rze­czy... - rzekł Mar­cel­lo, tracąc co­raz bar­dziej pew­ność sie­bie. - Ale ty nie bądź głupi, spróbuj... Za­pew­niam cię, że to za­baw­ne.

- Nie, nie będę próbował.

- A dla­cze­go?

- Bo to jest "zły uczy­nek".

"A więc nic nie da się zro­bić" - pomyślał z niechęcią Mar­cel­lo. Po­rwała go złość na przy­ja­cie­la, który, sam o tym nie wiedząc, utwier­dzał go w prze­ko­na­niu, że jest w nim coś anor­mal­ne­go. Zdołał się jed­nak opa­no­wać.

- Słuchaj, ju­tro urządzę zno­wu po­lo­wa­nie na jasz­czur­ki; jeżeli przyj­dziesz i za­po­lu­jesz ra­zem ze mną, dam ci talię kart do gry w "Prze­kup­nia na jar­mar­ku" - za­pro­po­no­wał.

Wie­dział, że dla Ro­ber­ta była to kusząca pro­po­zy­cja: wie­lo­krot­nie wspo­mi­nał, że bar­dzo by chciał mieć ta­kie kar­ty. Istot­nie Ro­ber­to, jak gdy­by do­znał nagłego olśnie­nia, po­wie­dział:

- Przyjdę na po­lo­wa­nie, ale pod jed­nym wa­run­kiem: że schwy­ta­my je żywe, za­mknie­my w pudełku i po­tem wypuścimy na wol­ność... a ty dasz mi kar­ty.

- Co to, to nie - rzekł Mar­cel­lo. - Cała przy­jem­ność po­le­ga na za­bi­ja­niu ich tą witką... Założę się, że ty tego nie po­tra­fisz. - Tam­ten nic nie od­po­wie­dział. Mar­cel­lo ciągnął da­lej: - No więc przyjdź, pamiętaj... I ty też wy­szu­kaj so­bie taką witkę.

- Nie - od­rzekł Ro­ber­to z upo­rem. - Nie przyjdę.

- Ale dla­cze­go? Te kar­ty są nowe.

- Na­wet nie próbuj mnie na­ma­wiać - po­wie­dział Ro­ber­to. - Nie będę za­bi­jał jasz­czu­rek, na­wet gdy­byś - tu za­wa­hał się nad wy­bo­rem od­po­wied­nio war­tościo­we­go przed­mio­tu - na­wet gdy­byś mi dał twój pi­sto­let.

Mar­cel­lo zro­zu­miał, że nic nie wskóra, i wy­buchnął złością, która wzbie­rała w nim już od dłuższej chwi­li.

- Nie chcesz, bo je­steś tchórzem! - zawołał. - Bo się bo­isz!

- Cze­go miałbym się bać? Śmiesz­ny je­steś.

- Bo­isz się - powtórzył roz­gnie­wa­ny Mar­cel­lo. - Je­steś królik... Praw­dzi­wy królik. - Na­gle wsunął rękę pomiędzy szta­che­ty i złapał przy­ja­cie­la za ucho. Ro­ber­to miał czer­wo­ne i od­stające uszy i Mar­cel­lo nie­raz się do nich do­bie­rał, lecz nig­dy nie robił tego z taką wściekłością i z taką chęcią za­da­nia mu bólu. - Przy­znaj się, że je­steś królik.

- Nie, puść mnie! - zaczął jęczeć jego przy­ja­ciel, skręcając się cały. - Ojej, ojej!

- Przy­znaj się, że je­steś królik.

- Nie, puść mnie.

- Przy­znaj się, że je­steś królik.

Gorące, spo­co­ne ucho Ro­ber­ta paliło mu dłoń; w nie­bie­skich oczach ofia­ry uka­zały się łzy.

- No do­brze, je­stem królik - wybełkotał Ro­ber­to i Mar­cel­lo puścił go od razu. Ro­ber­to od­sko­czył od szta­chet i od­bie­gając, zawołał: - Nie je­stem królik... Kie­dy to mówiłem, myślałem so­bie: nie je­stem królik... Dałeś się okpić! - Znikł, a jego szy­der­czy i płacz­li­wy głos rozpłynął się w gęstwi­nie drzew przy­ległego ogro­du.

Po­zo­stało mu po tej roz­mo­wie uczu­cie głębo­kiej roz­ter­ki. Ro­ber­to nie so­li­da­ry­zo­wał się z nim i wo­bec tego on nie uzy­skał roz­grze­sze­nia, którego tak pragnął i które łączył z ową so­li­dar­nością. Tak więc nie po­zbył się piętna anor­mal­ności, ale przed­tem jesz­cze oka­zał Ro­ber­towi, jak bar­dzo mu na tym zależało, żeby się z niej wy­zwo­lić, i w unie­sie­niu, z cze­go do­sko­na­le zda­wał so­bie sprawę, uciekł się do kłam­stwa i prze­mo­cy. Te­raz wsty­dził się i robił so­bie wy­rzu­ty nie tyl­ko z po­wo­du za­bi­cia jasz­czu­rek, lecz także dla­te­go, że chcąc zro­bić z Ro­ber­ta swo­je­go wspólni­ka, kłamał, nie po­dając praw­dzi­wych przy­czyn swo­je­go postępo­wa­nia, i zdra­dził się wy­bu­chem złości, kie­dy chwy­cił go za ucho. Do pierw­sze­go prze­wi­nie­nia dołączało się dru­gie i nie mógł w żaden sposób wyplątać się ani z jed­ne­go, ani z dru­giego.

Raz po raz wśród tych gorz­kich roz­ważań po­wra­cał myślą do po­gro­mu jasz­czu­rek, nie­mal w na­dziei, że okaże się to czymś nie­win­nym, ot, zda­rze­niem jak każde inne. Jed­nak na­tych­miast uświa­da­miał so­bie, że chciałby, aby jasz­czur­ki nie były mar­twe, a za­ra­zem odżywało w nim uczu­cie pod­nie­ce­nia i nie­mal fi­zycz­ne­go nie­po­ko­ju (za­bar­wio­ne­go odro­biną przy­jem­ności, a więc tym bar­dziej od­py­chające), którego do­zna­wał pod­czas po­lo­wa­nia. Było ono tak sil­ne, że za­czy­nał wątpić, czy w naj­bliższych dniach po­tra­fi oprzeć się po­ku­sie no­we­go po­gro­mu. Ta myśl zdru­zgo­tała go: był anor­mal­ny i nie dość że nie mógł zwal­czyć tego zbo­cze­nia, to w do­dat­ku nie umiał na­wet nad nim za­pa­no­wać. Sie­dział właśnie w swo­im po­ko­ju przy sto­le, nad otwartą książką, ocze­kując na ko­lację. Ze­rwał się z krzesła, pod­szedł do łóżka i klękając na dy­wa­ni­ku, gdzie za­zwy­czaj od­ma­wiał pa­cierz, złożył ręce i po­wie­dział głośno, to­nem, który wydał mu się szcze­ry:

- Przy­sięgam przed Bo­giem, że nie tknę już nig­dy ani kwiatów, ani roślin, ani jasz­czu­rek.

Nie­mniej po­trze­ba roz­grze­sze­nia, która kazała mu szu­kać wspólni­ka w Ro­ber­cie, trwała nadal, cho­ciaż zmie­niła się te­raz w po­trzebę sa­mo­oskarżenia. Ro­ber­to, stając przy jego boku, mógłby go uwol­nić od wy­rzutów su­mie­nia, nie miał jed­nak aż ta­kie­go au­to­ry­te­tu, by za­wy­ro­ko­wać, że są one słuszne, i uporządko­wać cha­os w głowie Mar­cel­la bez­a­pe­la­cyj­nym orze­cze­niem. Był dziec­kiem, tak samo jak on, od­po­wied­nim na wspólni­ka, lecz nie­na­dającym się na sędzie­go. Ale Ro­ber­to, aby uza­sad­nić wstręt, powołał się na au­to­ry­tet swo­jej mat­ki. Mar­cel­lo po­sta­no­wił także zwrócić się do mat­ki. Tyl­ko ona jed­na mogła go potępić albo unie­win­nić, a w każdym ra­zie za­sze­re­go­wać jego czyn do ja­kiejś określo­nej ka­te­go­rii. Mar­cel­lo, znając swoją matkę, ro­zu­mo­wał teo­re­tycz­nie, jak gdy­by zwra­cał się do ide­al­nej mat­ki, jaką po­win­na być, a nie do ta­kiej, jaką była. W rze­czy­wi­stości nie wie­rzył, żeby jego apel przy­niósł za­do­wa­lające roz­wiąza­nie. Ale tak czy owak, miał tyl­ko tę matkę, a poza tym od­ruch, by szu­kać u niej ra­tun­ku, był sil­niej­szy od wszel­kich wątpli­wości.

Mar­cel­lo cze­kał na mo­ment, kie­dy będzie już leżał w łóżku i mat­ka przyj­dzie do jego po­ko­ju po­wie­dzieć mu do­bra­noc. Była to jed­na z rzad­kich chwil, kie­dy mógł być z nią sam na sam: posiłki i nie­licz­ne wspólne spa­ce­ry od­by­wały się za­zwy­czaj w to­wa­rzy­stwie ojca. Mar­cel­lo, cho­ciaż in­stynk­tow­nie nie miał wiel­kie­go za­ufa­nia do mat­ki, ko­chał ją, a może ra­czej po­dzi­wiał w sposób nie­określony, jak po­dzi­wia się starszą siostrę, która ma dzi­wacz­ne i ka­pryśne uspo­so­bie­nie. Mat­ka Mar­cel­la wyszła za mąż bar­dzo młodo i po­zo­stała dziewczątkiem psy­chicz­nie, a na­wet i fi­zycz­nie. Poza tym, cho­ciaż syn był jej ra­czej obojętny i zaj­mo­wała się nim mało z po­wo­du licz­nych obo­wiązków to­wa­rzy­skich, trzy­mała go w cia­snym kręgu swo­je­go życia. Tak więc Mar­cel­lo wyrósł w nie­ustan­nym roz­gar­dia­szu jej nagłych wy­jazdów na wi­zy­ty i po­wrotów do domu, przy­mie­rza­nych i od­rzu­ca­nych su­kien, nie­skończe­nie długich i czczych rozmów przez te­le­fon, kłótni z kraw­ca­mi i do­staw­ca­mi, ciągłych zmian hu­mo­ru z byle po­wo­du. Mar­cel­lo mógł o każdej po­rze wcho­dzić do po­ko­ju mat­ki, gdzie nie­zau­ważony przez ni­ko­go, ob­ser­wo­wał z cie­ka­wością jej oso­bi­ste życie, w którym nie było dla nie­go miej­sca. W mat­ce od cza­su do cza­su bu­dziły się wy­rzu­ty i otrząsała się z odrętwie­nia, po­sta­na­wiając poświęcić się sy­no­wi; za­bie­rała go wte­dy z sobą do kraw­co­wej albo do mo­dyst­ki. Przy ta­kich oka­zjach, pod­czas gdy mat­ka przy­mie­rzała suk­nie i ka­pe­lu­sze, Mar­cel­lo mu­siał wy­sia­dy­wać całymi go­dzi­na­mi na ta­bo­re­cie i tęsknił nie­mal za swo­im co­dzien­nym życiem, pełnym zgiełku i obojętności.

Tego wie­czo­ru zro­zu­miał od razu, że mat­ka spie­szy się jesz­cze bar­dziej niż za­zwy­czaj; rze­czy­wiście, za­nim zdążył prze­zwy­ciężyć swoją nieśmiałość, ona już odwróciła się do nie­go ple­ca­mi i szła przez ciem­ny pokój ku przy­mkniętym drzwiom. Mar­cel­lo nie za­mie­rzał jed­nak cze­kać dłużej na wy­rok, który tak pragnął usłyszeć. Sia­dając na łóżku, zawołał głośno:

- Ma­mu­siu!

Zo­ba­czył, że obej­rzała się na pro­gu, ru­chem pra­wie niechętnym.

- Cze­go chcesz, Mar­cel­lo? - za­py­tała, pod­chodząc znów do łóżka.

Stała te­raz tuż obok nie­go, pod światło, biała i wy­smukła w czar­nej, wy­de­kol­to­wa­nej suk­ni. De­li­kat­na, bla­da twarz oko­lo­na czar­ny­mi włosa­mi znaj­do­wała się w mro­ku, lecz po­mi­mo to Mar­cel­lo do­strzegł na niej wy­raz nie­za­do­wo­le­nia i nie­cier­pli­wości. Nie mogąc jed­nak oprzeć się od­ru­cho­wi, oświad­czył:

- Ma­mu­siu, muszę ci coś po­wie­dzieć.

- Do­brze, Mar­cel­lo, tyl­ko prędko... ma­mu­sia musi wyjść... tatuś cze­ka. - I pod­niosła ręce, po­pra­wiając na kar­ku za­mek na­szyj­ni­ka.

Mar­cel­lo chciał oznaj­mić mat­ce o po­gro­mie jasz­czu­rek i za­py­tać ją, czy źle zro­bił. Nie­mniej mat­czy­ny pośpiech skłonił go do zmia­ny za­mia­ru, a ra­czej do prze­ro­bie­nia zda­nia, które już przy­go­to­wał w myśli. Jasz­czur­ki wydały mu się na­gle stwo­rze­nia­mi zbyt małymi i nie­znacz­ny­mi, żeby mogły przy­kuć uwagę tak roz­tar­gnio­nej oso­by. W re­zul­ta­cie sam nie wiedząc dla­cze­go, wymyślił na po­cze­ka­niu kłam­stwo, wy­ol­brzy­miając swoją zbrod­nię. Miał na­dzieję, że ogrom winy po­ru­szy matkę, której wrażliwość - wy­czu­wał to in­stynk­tow­nie - była przytępio­na i ogra­ni­czo­na. Po­wie­dział z taką pew­nością, że sam był tym zdu­mio­ny:

- Ma­mu­siu, zabiłem kota.

W tym mo­men­cie mat­ce udało się wresz­cie uchwy­cić dwa końce za­mecz­ka. Trzy­mając dłonie na kar­ku, opie­rając podbródek o pierś, pa­trzała w zie­mię i nie­cier­pli­wie stu­kała raz po raz ob­ca­sem o podłogę.

- Ach tak... - po­wie­działa bez odro­bi­ny zro­zu­mie­nia, obojętnym to­nem, jak gdy­by całko­wi­cie pochłonięta swo­im zajęciem.

- Zabiłem go z pro­cy - do­rzu­cił nie­pew­nie Mar­cel­lo.

Zo­ba­czył, że mat­ka niechętnie potrząsnęła głową i ode­rwała dłonie od kar­ku, trzy­mając w jed­nej z nich na­szyj­nik, którego nie udało się jej zapiąć.

- Ten przeklęty za­mek! - zawołała ze złością. - Mar­cel­lo, pokaż, co umiesz, pomóż mi zapiąć na­szyj­nik. - Usiadła bo­kiem na łóżku, odwrócona ple­ca­mi do syna, do­dając nie­cier­pli­wie: - Tyl­ko uważaj, żebyś za­trzasnął za­me­czek... bo in­a­czej zno­wu się otwo­rzy.

Mówiąc to, nad­sta­wiała mu ple­cy, szczupłe, obnażone po pas, białe jak pa­pier w świe­tle pa­dającym od drzwi. Wąskie dłonie o spi­cza­stych, szkarłat­nych pa­znok­ciach pod­trzy­my­wały na­szyj­nik na de­li­kat­nym kar­ku, ocie­nio­nym fa­lującymi włosa­mi. Mar­cel­lo po­wie­dział so­bie, że po umo­co­wa­niu na­szyj­nika mat­ka wysłucha go z większą cier­pli­wością. Po­chy­lając się, ujął oba jego końce i jed­nym ru­chem za­trzasnął za­me­czek. Wte­dy mat­ka po­de­rwała się od razu i musnąwszy go usta­mi po po­licz­ku, po­wie­działa:

- Dziękuję... a te­raz śpij, do­bra­noc. - I za­nim Mar­cel­lo zdążył przy­wołać ją ge­stem lub okrzy­kiem, zniknęła.

Na­za­jutrz było gorąco i po­chmur­no. Mar­cel­lo sie­dział w mil­cze­niu przy sto­le między milczącymi ro­dzi­ca­mi, a gdy skończył jeść, ześliznął się z krzesła na podłogę i wy­szedł przez bal­ko­no­we drzwi do ogro­du. Jak zwy­kle po je­dze­niu do­zna­wał nie­miłego uczu­cia ociężałości i zmysłowe­go roz­le­ni­wie­nia. Stąpając ci­cho, pra­wie na pal­cach, po chrzęszczącym żwi­rze, w cie­niu drzew rojącym się od owadów, pod­szedł do furt­ki i wyj­rzał na zewnątrz. Uka­zała mu się do­brze zna­na uli­ca, biegnąca lek­ko w dół, wy­sa­dza­na po obu stro­nach drze­wa­mi pie­przo­wy­mi o zie­le­ni pu­szy­stej i nie­mal mlecz­nej, pu­sta o tej po­rze i dziw­nie ciem­na, bo po nie­bie prze­wa­lały się ni­skie, czar­ne chmu­ry. Na­prze­ciw widać było szta­che­ty, ogro­dy i wil­le po­dob­ne do jego domu. Mar­cel­lo przez chwilę uważnie ob­ser­wo­wał ulicę, po czym od­sunął się od szta­chet, wyciągnął z kie­sze­ni procę i po­chy­lił się. W drob­niut­kim żwi­rze wid­niały gdzie­nieg­dzie większe białe ka­my­ki. Mar­cel­lo pod­niósł je­den z nich wiel­kości włoskie­go orze­cha, wsunął go w skórza­ny krążek pro­cy i zaczął spa­ce­ro­wać wzdłuż ogro­dze­nia dzielącego jego ogród od ogro­du Ro­ber­ta. Uważał, a ra­czej wy­czu­wał, że jest na wo­jen­nej sto­pie z Ro­ber­tem, że musi czuj­nie strzec blusz­czu po­kry­wającego mur gra­nicz­ny, a przy najlżej­szym ru­chu dać ognia, czy­li wy­strze­lić ka­mień, który ści­skał w pro­cy. W tej za­ba­wie wyłado­wy­wał swoją urazę do Ro­ber­ta za to, że nie chciał uczest­ni­czyć w za­bi­ja­niu jasz­czu­rek, a jed­no­cześnie swój okrut­ny, wo­jow­ni­czy in­stynkt, który pchnął go do tej rze­zi. Oczy­wiście Mar­cel­lo do­sko­na­le wie­dział, że Ro­ber­to za­wsze sy­pia o tej po­rze i nie szpie­gu­je go po­przez gęstwinę blusz­czu. Nie­mniej mimo tej wie­dzy działał poważnie i kon­se­kwent­nie, jak gdy­by był pew­ny, że Ro­ber­to stoi na cza­tach. Ol­brzy­mi, sta­ry bluszcz sięgał aż po czub­ki szta­chet i liście leżące jed­ne na dru­gich, duże, czar­ne, za­ku­rzo­ne, po­dob­ne do ko­ron­ko­wych fal­ba­nek na ko­bie­cym biuście, zwi­sały nie­ru­cho­me i wiot­kie w ciężkim i dusz­nym po­wie­trzu. Kil­ka­krot­nie zda­wało mu się, że le­ciu­teńko zadrżały, a właści­wie wma­wiał so­bie, że wi­dział to drgnięcie, i wte­dy zu­chwa­le, z głębo­kim za­do­wo­le­niem wy­pusz­czał ka­mień w gąszcz zie­le­ni.

Na­tych­miast po strza­le szyb­ko się schy­lał, pod­no­sił następny ka­mień i przy­bie­rał po­now­nie bo­jową po­stawę, sze­ro­ko roz­sta­wiając nogi, wyciągając ręce przed sie­bie i na­pi­nając procę. Nig­dy nic nie wia­do­mo: Ro­ber­to mógł stać za ścianą, gotów do strzału, i w do­dat­ku mając nad nim tę prze­wagę, że był ukry­ty, pod­czas gdy on znaj­do­wał się na odsłoniętym te­re­nie. Bawiąc się w ten sposób, do­tarł do końca ogro­du, gdzie przed­tem wyciął okien­ko w zasłonie blusz­czu. Tam za­trzy­mał się, uważnie wpa­trzo­ny w ogro­dze­nie. W jego fan­ta­zji dom stał się zam­kiem, ukry­te pod blusz­czem szta­che­ty wa­row­ny­mi mu­ra­mi, a dziu­ra - nie­bez­piecz­nym wyłomem, przez który łatwo się prze­drzeć. Na­gle, tym ra­zem bez żad­nej wątpli­wości, zo­ba­czył, że liście po­ru­szają się od pra­wej stro­ny ku le­wej, drżąc i kołysząc się lek­ko. Tak, był tego pe­wien, liście chwiały się, a więc ktoś mu­siał nimi po­ru­szać. W jed­nej chwi­li prze­mknęło mu przez myśl, że Ro­ber­ta tam nie ma, że to tyl­ko za­ba­wa, a w ta­kim ra­zie może wypuścić ka­mień z pro­cy. Pomyślał też, że Ro­ber­to tam stoi i że nie wol­no mu strze­lać, jeśli nie chce go zabić. Po­tem po­wziął nagłą, nie­prze­myślaną de­cyzję, naciągnął gumę i wypuścił ka­mień w gąszcz liści. Nie po­prze­stał na tym: schy­lił się, gorączko­wo wsa­dził dru­gi ka­mień w procę, strze­lił, wziął trze­ci i strze­lił zno­wu. Prysnęły jego oba­wy i skru­puły i nic go nie ob­cho­dziło, czy Ro­ber­to tam jest, czy go nie ma; od­czu­wał wyłącznie pod­nie­ce­nie, ra­do­sne i wo­jow­ni­cze. W końcu zdy­sza­ny, gdy już podziu­rawił w wie­lu miej­scach ścianę blusz­czu, rzu­cił na zie­mię procę i wdra­pał się na ogro­dze­nie. Jego prze­wi­dy­wa­nia i na­dzie­je spraw­dziły się, Ro­ber­ta tam nie było. Nie­mniej rzad­kie szta­che­ty po­zwa­lały wsunąć głowę do sąsied­nie­go ogro­du. Pchnięty nie­wytłuma­czoną cie­ka­wością, zaj­rzał tam i po­pa­trzył w dół.

Od stro­ny ogro­du Ro­ber­ta nie było blusz­czu, lecz grządka wy­sa­dza­na iry­sa­mi, biegnąca między płotem i wy­sy­paną żwi­rem alejką. Tam na dole, pod mu­rem, wśród białych i fio­le­to­wych irysów, Mar­cel­lo zo­ba­czył leżącego na boku dużego, sza­re­go kota. Ogarnął go nie­przy­tom­ny lęk, za­brakło mu tchu; rzu­ciła mu się w oczy nie­na­tu­ral­na po­zy­cja zwierzęcia; leżało z wyciągniętymi bezwład­ny­mi no­ga­mi, z pyszcz­kiem we­tkniętym w zie­mię. Gęsta sierść sza­ro­nie­bie­skie­go ko­lo­ru była lek­ko zjeżona i po­tar­ga­na, a za­ra­zem sztyw­na jak pióra nieżywych ptaków, które Mar­cel­lo ob­ser­wo­wał nie­gdyś na mar­mu­ro­wym bla­cie ku­chen­ne­go stołu.

Z co­raz większym prze­rażeniem Mar­cel­lo ze­sko­czył na zie­mię, wyciągnął z krza­ku różane­go podpórkę, wszedł znów na ogro­dze­nie i przełożyw­szy rękę przez szta­che­ty, trącił kota w bok uwa­la­nym zie­mią końcem tycz­ki. Jed­nak zwierzę na­wet nie drgnęło. Na­gle iry­sy o długich zie­lo­nych łody­gach z białymi i fio­le­to­wy­mi kie­li­cha­mi, chylącymi się nad sza­rym, nie­ru­cho­mym ciałem, przy­po­mniały mu żałobne kwia­ty, rozłożone litościwą ręką wokół nie­bosz­czy­ka. Rzu­cił tyczkę i nie myśląc o tym, by za­tkać otwór w blusz­czu, ze­sko­czył na zie­mię.

Opa­no­wały go przeróżne lęki. W pierw­szym od­ru­chu chciał biec do domu i skryć się w sza­fie, w ja­kimś schow­ku, gdzie­kol­wiek, gdzie mógłby się za­mknąć w ciem­ności, żeby uciec przed sobą sa­mym. Lęk dręczył go przede wszyst­kim dla­te­go, że zabił kota, lecz może jesz­cze bar­dziej prze­rażała go myśl, że po­przed­nie­go wie­czo­ru przy­znał się mat­ce do za­bi­cia kota. Był to nie­omyl­ny znak, że jego prze­zna­cze­niem kie­ro­wały ta­jem­ne wy­ro­ki losu, pchając go do okru­cieństwa i zabójstwa. Ale sil­niej­sza od lęku, jaki bu­dziła w nim śmierć kota i zna­mien­na prze­po­wied­nia tej śmier­ci, była gro­za ogar­niająca go na myśl, że za­bi­jając kota, w rze­czy­wi­stości chciał i za­mie­rzał zabić Ro­ber­ta. Tyl­ko przy­pa­dek spra­wił, że śmierć spo­tkała kota, a nie przy­ja­cie­la. Przy­pa­dek nie­po­zba­wio­ny jed­nak zna­cze­nia, bo nie mógł już wątpić, że robi w okru­cieństwie szyb­kie postępy: od kwiatów do jasz­czu­rek, od jasz­czu­rek do kota, od kota do zabójstwa Ro­ber­ta, zabójstwa pla­no­wa­ne­go i prze­myśla­ne­go, nie­do­ko­na­ne­go wpraw­dzie, lecz nadal możli­we­go i kto wie, czy nie­unik­nio­ne­go. Był więc anor­mal­ny i nie mógł o tym nie myśleć. Co więcej, do­tkli­wie i z pełną świa­do­mością od­czu­wał swoją anor­mal­ność pełną gro­zy, ska­zującą go na sa­mot­ność i wpro­wa­dzającą na krwawą drogę, z której nie było już od­wro­tu. Bijąc się z tymi myślami, krążył nie­spo­koj­nie po cia­snej prze­strze­ni między do­mem a ogro­dze­niem, pod­nosząc od cza­su do cza­su oczy na okna wil­li, nie­mal ocze­kując, aż w którymś z nich ukaże się za­lot­na syl­wet­ka jego roz­tar­gnio­nej mat­ki. Jeśli kie­dy­kol­wiek mógł się po niej cze­goś spo­dzie­wać, to te­raz na pew­no nie po­tra­fiłaby już nic dla nie­go zro­bić. Z nagłą na­dzieją po­biegł znów w głąb ogro­du, wspiął się na ka­mień i wyj­rzał przez szta­che­ty. Łudził się nie­mal, że w miej­scu, gdzie przed­tem wi­dział nie­ru­cho­me­go kota, zo­ba­czy pustkę. Ale kot nie zniknął: leżał tam nadal sza­ry, mar­twy pośrod­ku żałob­ne­go wieńca białych i fio­le­to­wych irysów. Po­twier­dze­niem śmier­ci w jej ma­ka­brycz­nej wi­zji rozkładu był czar­ny sze­reg mrówek sunących z alej­ki na grządkę i rojących się na oczach i py­sku zwierzęcia. Mar­cel­lo pa­trzył i na­gle, jak­by w ha­lu­cy­na­cji, wy­da­wało mu się, że za­miast kota wi­dzi Ro­ber­ta, który leży nie­ru­cho­mo wśród irysów, a mrówki bie­gają mu po za­snu­tych mgłą oczach i wpółotwar­tych ustach. Z dresz­czem od­ra­zy otrząsnął się z tych strasz­li­wych wy­obrażeń i sko­czył w dół. Tym ra­zem jed­nak sta­ran­nie zasłonił otwór w blusz­czu. Te­raz bo­wiem do żalu i lęku przed sobą sa­mym dołączył się strach, że go przyłapią i ukarzą.

Nie­mniej cho­ciaż bał się tego, równo­cześnie pragnął, by wszyst­ko się wydało i by go uka­ra­no; choćby dla­te­go, że wówczas prze­stałby się sta­czać ku prze­paści, na której dnie - jak mu się wy­da­wało - cze­kała go zbrod­nia. Jed­nak odkąd pamiętał, ro­dzi­ce nig­dy go nie ka­ra­li. Wy­czu­wał nie­ja­sno, że nie ro­bi­li tego ra­czej przez obojętność niż dla­te­go, że ich za­sa­dy wy­cho­waw­cze od­rzu­cały karę. Tak więc spra­wiało mu cier­pie­nie nie tyl­ko to, iż po­dej­rze­wał sie­bie o popełnie­nie zbrod­ni, ale również to, że nie wie­dział, do kogo się zwrócić, i na­wet nie miał pojęcia, jaka go może spo­tkać kara. Mar­cel­lo w pew­nym stop­niu zda­wał so­bie sprawę, że ten sam me­cha­nizm, który kazał mu wy­znać winę przed Ro­ber­tem (w złudnej na­dziei od­kry­cia, że to nie wina, lecz rzecz po­wszech­na, popełnia­na przez wszyst­kich lu­dzi), skłaniał go te­raz do wy­ja­wie­nia swo­je­go postępku ro­dzi­com. Tym ra­zem jed­nak było o tyle in­a­czej, że pragnął usłyszeć od nich słowa na­ga­ny, chciał, by potępili jego strasz­liwą zbrod­nię i wy­mie­rzy­li mu od­po­wied­nią karę. Nie­wie­le go ob­cho­dziło, że w pierw­szym wy­pad­ku roz­grze­sze­nie ze stro­ny Ro­ber­ta po­zwo­liłoby mu nadal ule­gać swo­im popędom, na­to­miast w dru­gim spo­wiedź przed ro­dzi­ca­mi ściągnęłaby na nie­go su­rową karę. Ro­zu­miał, że w obu wy­pad­kach pragnął za wszelką cenę, ja­kim­kol­wiek spo­so­bem, wy­rwać się z prze­rażającej sa­mot­ności, na którą ska­zy­wała go jego anor­mal­ność.

Może zde­cy­do­wałby się przy­znać przed ro­dzi­ca­mi do za­bi­cia kota, gdy­by tego sa­me­go wie­czo­ra, przy ko­la­cji, nie odniósł wrażenia, że oni już wiedzą o wszyst­kim. Istot­nie, gdy tyl­ko usiadł przy sto­le, za­uważył ze stra­chem i za­ra­zem nie bez uczu­cia ulgi, że oj­ciec i mat­ka są w złym hu­mo­rze i jakoś wro­go do nie­go na­sta­wie­ni. Mat­ka sie­działa wy­pro­sto­wa­na, z wy­ra­zem prze­sad­nej dumy na dzie­cin­nej twa­rzy, ze spusz­czo­ny­mi ocza­mi, w osten­ta­cyj­nie po­gar­dli­wym mil­cze­niu. Na­prze­ciw niej oj­ciec oka­zy­wał w inny, lecz nie mniej wy­mow­ny sposób swój zły hu­mor. Oj­ciec Mar­cel­la był o wie­le star­szy od jego mat­ki i wsku­tek tego chłopiec odniósł dziw­ne wrażenie, że mat­ka dzie­li z nim dzie­ciństwo, jak gdy­by nie była jego matką, lecz siostrą. Oj­ciec był chu­dy, twarz miał suchą, po­marsz­czoną, rzad­ko roz­jaśnianą ury­wa­ny­mi wy­bu­cha­mi nie­we­sołego śmie­chu, twarz, której dwie ce­chy szczególne były niewątpli­wie powiązane z sobą: po­zba­wio­ny wy­ra­zu, nie­mal ka­mien­ny błysk wy­pukłych źre­nic oraz ner­wo­we drga­nie ja­kie­goś ner­wu pod naciągniętą skórą po­licz­ka. Może po długich la­tach spędzo­nych w woj­sku po­zo­stało mu zamiłowa­nie do powściągli­wości w ru­chach i za­cho­wa­niu. Mar­cel­lo wie­dział jed­nak, że kie­dy oj­ciec był roz­gnie­wa­ny, umiar i powściągli­wość sta­wały się aż prze­sad­ne, ma­skując dziwną gwałtow­ność, tłumioną i wy­ra­fi­no­waną, która nada­wała szczególne zna­cze­nie naj­po­spo­lit­szym ge­stom. Tak więc tego wie­czo­ru przy sto­le Mar­cel­lo za­uważył od razu, że oj­ciec pod­kreślał do­bit­nie nic nie­znaczące, co­dzien­ne czyn­ności, jak gdy­by chciał zwrócić na nie ogólną uwagę. Brał na przykład kie­li­szek, pociągał łyk i od­sta­wiał go na miej­sce, moc­no stu­kając w stół; szu­kał sol­nicz­ki, sięgał po szczyptę soli i ze stu­kiem od­sta­wiał także sol­niczkę; chwy­tał chleb, łamał go i odkładał, ude­rzając nim o stół. Albo, jak­by ogar­nięty nagłą manią sy­me­trii, z hałasem usta­wiał między sztućcami ta­lerz, tak by nóż, wi­de­lec i łyżka sty­kały się ze sobą pod kątem pro­stym. Gdy­by Mar­cel­lo nie był taki przejęty swoją winą, szyb­ko by się zo­rien­to­wał, że te od­ru­chy, pełne zna­mien­nej i pa­te­tycz­nej ener­gii, zwrócone były nie prze­ciw­ko nie­mu, ale prze­ciw­ko jego mat­ce. Rze­czy­wiście mat­ka przy każdym stuk­nięciu pod­kreślała swoją pełną god­ności po­stawę pobłażli­wy­mi wes­tchnie­nia­mi i pod­no­siła brwi z wy­ra­zem re­zy­gna­cji. Nie­mniej Mar­cel­lo, zaśle­pio­ny nie­po­ko­jem, był pe­wien, że ro­dzi­ce o wszyst­kim wiedzą: Ro­ber­to, ten królik, na pew­no po­skarżył się na nie­go. Pragnął kary, lecz te­raz, na wi­dok rozjątrzo­nych ro­dziców, ogarnął go nagły lęk przed oj­cem, który był popędli­wy w ta­kich wy­pad­kach. O ile mat­ka oka­zy­wała uczu­cia spo­ra­dycz­nie, przy­pad­ko­wo i dyk­to­wała je ra­czej skru­cha niż miłość ma­cie­rzyńska, o tyle su­ro­wość ojca była za­wsze nagła, nie­spra­wie­dli­wa i prze­sad­na. Wypływała nie tyle z in­ten­cji wy­cho­waw­czych, ile z chęci po­we­to­wa­nia długich okresów obojętności. Przy oka­zji skarg mat­ki albo ku­char­ki oj­ciec przy­po­mi­nał so­bie na­gle, że ma syna, wrzesz­czał, sza­lał, bił go. Mar­cel­lo bał się przede wszyst­kim bi­cia, bo oj­ciec nosił na małym pal­cu pierścień w ma­syw­nej opra­wie, która w ta­kich mo­men­tach nie wia­do­mo dla­cze­go znaj­do­wała się za­wsze po wewnętrznej stro­nie dłoni, tak więc siar­czy­ste po­licz­ki były nie tyl­ko upo­ka­rzające, ale połączo­ne z do­tkli­wym bólem. Mar­cel­lo po­dej­rze­wał, że oj­ciec na­umyślnie przekręca ten pierścień na pal­cu, lecz nie był tego pew­ny.

Onieśmie­lo­ny, wy­stra­szo­ny, sta­rał się wymyślić naprędce ja­kieś wia­ro­god­ne kłam­stwo: to nie on zabił kota, ale Ro­ber­to; kot znaj­do­wał się prze­cież w ogro­dzie Ro­ber­ta, ja­kim więc spo­so­bem mógłby go zabić po­przez płot porośnięty blusz­czem? Po­tem na­gle przy­po­mniał so­bie, że po­przed­nie­go wie­czo­ru po­wie­dział mat­ce o za­bi­ciu kota, cze­go rze­czy­wiście do­ko­nał dzień później, i zro­zu­miał, że nie może się uciec do kłam­stwa. Mat­ka, cho­ciaż roz­tar­gnio­na, powtórzyła na pew­no jego wy­zna­nie ojcu, a ten powiązał to wy­zna­nie z oskarżeniem Ro­ber­ta; tak więc nie ist­niała żadna możliwość odwołania. Na tę myśl, prze­ska­kując z jed­ne­go na­stro­ju w dru­gi, wręcz prze­ciw­ny, zno­wu za­pragnął kary, byle tyl­ko nastąpiła szyb­ko i była de­cy­dująca. Ja­kiej? Przy­po­mniał so­bie, że Ro­ber­to wspo­mi­nał pew­ne­go razu o in­ter­na­tach, w których ro­dzi­ce umiesz­czają za karę trud­ne dzie­ci, i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że życzy so­bie gorąco, by uka­ra­no go w ten sposób. Nie uświa­da­miał so­bie, że pra­gnie tego, po­nie­waż zmęczyło go nie­ure­gu­lo­wa­ne i po­zba­wio­ne ciepła życie w domu ro­dzin­nym. Nie tyl­ko więc nęciło go to, co ro­dzi­ce uważali­by za karę, lecz oszu­ki­wał sam sie­bie i swoją po­trzebę od­ku­pie­nia winy, kal­ku­lując spryt­nie, że w ten sposób uspo­koi swo­je su­mie­nie i za­ra­zem po­lep­szy so­bie wa­run­ki. Ta myśl pod­sunęła mu na­tych­miast ob­ra­zy, które po­win­ny być zniechęcające, a tym­cza­sem wydały mu się miłe: su­ro­wy, zim­ny, sza­ry gmach z za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi, lo­do­wa­te sale, ni­czym nie­ozdo­bio­ne, z rzędami łóżek stojących pod białymi, wy­so­ki­mi ścia­na­mi, skrom­ne kla­sy, pełne ławek, z wid­niejącą w głębi ka­tedrą, na­gie ko­ry­ta­rze, ciem­ne scho­dy, ciężkie drzwi, bra­my za­mknięte na czte­ry spu­sty, słowem, wszyst­ko jak w więzie­niu, a jed­nak wszyst­ko to było lep­sze od nie­pew­nej, przygnębiającej, nie­znośnej wol­ności w oj­cow­skim domu. Na­wet wi­zja chłopców z domu poprawcze­go, których wi­dy­wał na uli­cy ubra­nych w pa­sia­ste mun­dur­ki, ostrzyżonych do gołej skóry, ma­sze­rujących w sze­re­gach, na­wet ta upo­ka­rzająca i pra­wie od­py­chająca wi­zja zda­wała mu się miła w jego obec­nym roz­pacz­li­wym dążeniu do uporządko­wa­ne­go i nor­mal­ne­go życia, bez względu na to, jak miałoby wyglądać.

Pusz­czając wo­dze wy­obraźni, nie pa­trzył już na ojca, ale na ośle­piającą biel ob­ru­sa, na który raz po raz spa­dały noc­ne owa­dy, wla­tujące przez okno i od­bi­jające się od abażuru lam­py. Po­tem pod­niósł oczy w samą porę, żeby zo­ba­czyć na pa­ra­pe­cie okna, za ple­ca­mi ojca, syl­wetkę kota. Za­nim zdążył zo­ba­czyć, ja­kie­go jest ko­lo­ru, kot ze­sko­czył, prze­mknął przez ja­dal­nię i znikł za ku­chen­ny­mi drzwia­mi. Ser­ce wez­brało mu na­dzieją, cho­ciaż nie miał pew­ności, czy to ten sam kot, którego wi­dział przed kil­ku go­dzi­na­mi leżącego nie­ru­cho­mo wśród irysów w ogro­dzie Ro­ber­ta. Nie­mniej ta na­dzieja uszczęśliwiła go, ozna­czała bo­wiem, że po­mi­mo wszyst­ko bar­dziej mu zależało na życiu kota niż na własnym lo­sie.

- Kot! - zawołał głośno, po czym rzu­cając ser­wetkę na stół i spusz­czając jedną nogę z krzesła, za­py­tał: - Ta­tu­siu, już zjadłem, czy mogę wstać?

- Masz sie­dzieć na swo­im miej­scu - od­rzekł oj­ciec groźnym głosem.

Onieśmie­lo­ny Mar­cel­lo spróbował jesz­cze po­wie­dzieć:

- Prze­cież kot żyje...

- Po­wie­działem ci już, że masz sie­dzieć na swo­im miej­scu - od­pa­lił oj­ciec. I jak gdy­by słowa Mar­cel­la prze­rwały także jego długie mil­cze­nie, zwrócił się do żony: - No więc po­wiedz coś, mów.

- Nie mam nic do po­wie­dze­nia - od­po­wie­działa z osten­ta­cyjną god­nością, spusz­czając oczy i po­gar­dli­wie wy­dy­mając usta. Była w stro­ju wie­czo­ro­wym, w czar­nej, wy­de­kol­to­wa­nej suk­ni. Mar­cel­lo spo­strzegł, że ści­ska w chu­dych pal­cach małą chu­s­teczkę, którą często pod­no­siła do nosa, na­to­miast drugą ręką chwy­tała i opusz­czała na stół kawałek chle­ba, lecz nie pal­ca­mi, tyl­ko czub­ka­mi pa­znok­ci, jak ptak.

- Po­wiedzże w końcu, co masz do po­wie­dze­nia... mów... u diabła!

- To­bie nie mam nic do po­wie­dze­nia.

Mar­cel­lo do­pie­ro za­czy­nał poj­mo­wać, co jest przy­czyną złego hu­mo­ru ro­dziców, kie­dy wy­pad­ki po­to­czyły się jak la­wi­na. Oj­ciec powtórzył jesz­cze raz:

- Mów, na Boga!

Je­dyną od­po­wie­dzią mat­ki było wzru­sze­nie ra­mion: wte­dy oj­ciec chwy­cił stojący przed ta­le­rzem kie­li­szek i krzycząc głośno: - Będziesz mówiła czy nie? - gwałtow­nie ude­rzył nim o stół. Kie­li­szek stłukł się, oj­ciec, mio­tając prze­kleństwa, pod­niósł ska­le­czoną dłoń do ust, a prze­rażona mat­ka ze­rwała się od stołu i szyb­kim kro­kiem ru­szyła ku drzwiom. Oj­ciec wy­sy­sał krew z dłoni nie­mal z upo­je­niem, unosząc brwi wy­so­ko do góry, lecz gdy zo­ba­czył, że żona wy­cho­dzi, prze­rwał to zajęcie i zawołał:

- Za­bra­niam ci wy­cho­dzić, ro­zu­miesz?! - Za­miast od­po­wie­dzi roz­legło się głośne trzaśnięcie drzwia­mi.

Oj­ciec wstał i także rzu­cił się do drzwi. Mar­cel­lo, pod­nie­co­ny tą gwałtowną sceną, po­szedł za nim.

Oj­ciec wstępował już na scho­dy, z ręką na poręczy, na pozór spo­koj­nie i bez pośpie­chu, lecz gdy Mar­cel­lo zna­lazł się za nim, zo­ba­czył, że oj­ciec prze­ska­ku­je po dwa stop­nie na­raz, nie­mal bez­sze­lest­nie wznosząc się co­raz wyżej, i ani przez chwilę nie miał wątpli­wości, że ten jego mia­ro­wy, groźny krok był następstwem uciecz­ki mat­ki, która wy­prze­dziła ojca, wbie­gając w popłochu na scho­dy drob­ny­mi krocz­ka­mi, miała bo­wiem ru­chy skrępo­wa­ne wąską spódnicą, "Te­raz on ją za­bi­je" - pomyślał, idąc za oj­cem. Na górze mat­ka wpadła do swo­je­go po­ko­ju, jed­nak nie tak szyb­ko, by oj­ciec nie zdążył wśliznąć się za nią przez nie­do­mknięte drzwi. Mar­cel­lo wi­dział to wszyst­ko, idąc po scho­dach. Nie mógł ani prze­ska­ki­wać stop­ni jak oj­ciec, ani biec tak szyb­kim truch­ci­kiem jak mat­ka, po­nie­waż nie po­zwa­lały mu na to jego krótkie dzie­cin­ne nogi. Gdy zna­lazł się na podeście, ude­rzyła go nagła ci­sza, która nastąpiła po hałaśli­wym pościgu. Drzwi od po­ko­ju mat­ki po­zo­stały otwar­te. Mar­cel­lo z wa­ha­niem stanął na pro­gu.

Naj­pierw w półmro­ku rzu­ciły mu się w oczy tyl­ko białe, lek­kie ni­czym mgiełka fi­ran­ki w oknach, znaj­dujących się po oby­dwu stro­nach sze­ro­kie­go ni­skie­go łóżka, które w prze­ciągu pod­fru­wały wy­so­ko do góry, pra­wie do­ty­kając lam­py na su­fi­cie. Te bez­sze­lest­nie po­wie­wające fi­ran­ki, bie­lejące w ciem­nym po­ko­ju, wy­wie­rały wrażenie prze­raźli­wej pust­ki, jak gdy­by ro­dzi­ce ule­cie­li przez otwar­te okna w let­nią noc. Po­tem w smu­dze światła, biegnącej od ko­ry­ta­rza aż do łóżka, do­strzegł wresz­cie ro­dziców. A ra­czej tyl­ko ojca, jego ple­cy, za którymi mat­ka była pra­wie nie­wi­docz­na; w półmro­ku ma­ja­czyły je­dy­nie jej roz­rzu­co­ne na po­dusz­ce włosy i ręka wznie­sio­na ku poręczy łóżka. Usiłowała kon­wul­syj­nie, ale bez­sku­tecz­nie uchwy­cić się poręczy, tym­cza­sem oj­ciec, przy­gnia­tając ją swo­im ciężarem, po­ru­szał rękami, jak gdy­by chciał ją udu­sić. Mar­cel­lo, prze­ko­na­ny o tym, pomyślał: "Mor­du­je ją". W tym mo­men­cie ogarnęło go dziw­ne, okrut­ne i burz­li­we pod­nie­ce­nie, a za­ra­zem sil­na po­ku­sa, żeby włączyć się do wal­ki, sam jed­nak nie wie­dział, czy chce pomóc ojcu, czy też bro­nić mat­ki. A przy tym pra­wie uśmie­chała mu się na­dzie­ja, że ta zbrod­nia, o tyle cięższa, prze­kreśli jego zbrod­nię: czymże bo­wiem było za­bi­cie kota w porówna­niu z za­bi­ciem ko­bie­ty? Nie­mniej w tej sa­mej chwi­li, kie­dy przełamał wa­ha­nie i po­rwa­ny gwałtow­nością tych zma­gań postąpił krok naprzód, dał się słyszeć szept mat­ki, by­najm­niej nie­zdu­szo­ny, a na­wet nie­mal piesz­czo­tli­wy: - Puść mnie... - i wbrew tej prośbie jej unie­sio­na ręka, która do tej pory próbowała uchwy­cić poręcz łóżka, opadła i objęła męża za szyję. Mar­cel­lo zdu­mio­ny i pra­wie za­wie­dzio­ny cofnął się i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Zszedł po ci­chu ze schodów, sta­rając się nie robić hałasu, i po­drep­tał w stronę kuch­ni. Te­raz zno­wu paliła go cie­ka­wość. Może kot ze­ska­kujący z pa­ra­pe­tu to ten sam, którego zabójstwo przy­spo­rzyło mu tyle zmar­twie­nia? Gdy otwo­rzył ku­chen­ne drzwi, uka­zał mu się spo­koj­ny ob­raz do­mo­we­go za­ci­sza: sta­ra ku­char­ka i młoda po­kojówka jadły ko­lację przy mar­mu­ro­wym sto­li­ku, w białej kuch­ni, między elek­trycz­nym pie­cem i lodówką. Na podłodze pod oknem kot chłeptał różowym języcz­kiem mle­ko z mi­secz­ki. Za­uważył jed­nak od razu, ogrom­nie roz­cza­ro­wa­ny, że nie był to sza­ry kot, lecz prążko­wa­ny, wca­le do tam­te­go nie­po­dob­ny.

Nie wiedząc, jak uspra­wie­dli­wić swoją obec­ność w kuch­ni, pod­szedł do kota i pogłaskał go po grzbie­cie. Kot zaczął mru­czeć, nie prze­stając wy­li­zy­wać mle­ka. Ku­char­ka wstała i poszła za­mknąć drzwi. Po­tem otwo­rzyła lodówkę, wyjęła z niej kawałek cia­sta na ta­le­rzu, po­sta­wiła je na sto­le i przy­su­wając krzesło, po­wie­działa do Mar­cel­la:

- Chcesz zjeść resztę wczo­raj­sze­go de­se­ru? Odłożyłam spe­cjal­nie dla cie­bie.

Mar­cel­lo bez słowa zo­sta­wił kota, usiadł i zaczął jeść de­ser. Po­kojówka po­wie­działa:

- Nie mogę tego zro­zu­mieć... Mają tyle cza­su przez cały dzień, mają tyle miej­sca w domu i muszą się kłócić właśnie przy sto­le, w obec­ności dziec­ka.

Ku­char­ka od­rzekła sen­ten­cjo­nal­nie:

- Kto nie ma ocho­ty zaj­mo­wać się dziećmi, to le­piej, by nie wy­da­wał ich na świat.

Po­kojówka po chwi­li mil­cze­nia wtrąciła:

- On jest taki sta­ry, że mógłby być jej oj­cem... Nic dziw­ne­go, że nie zga­dzają się z sobą.

- Gdy­by szło tyl­ko o to... - po­wie­działa ku­char­ka, spoglądając prze­ni­kli­wie w stronę Mar­cel­la.

- Poza tym - ciągnęła da­lej po­kojówka - według mnie on nie jest nor­mal­ny.

Na to słowo Mar­cel­lo, cho­ciaż w dal­szym ciągu jadł po­wo­li de­ser, nad­sta­wił ucha.

- Ona myśli to samo co ja - mówiła da­lej po­kojówka. - Wiesz, co mi po­wie­działa wczo­raj, kie­dy wie­czo­rem po­ma­gałam się jej roz­bie­rać? "Gia­co­mi­no, mój mąż mnie za­bi­je, jak nie dziś, to ju­tro...". A ja jej odpo­wie­działam: "To na co pani cze­ka, żeby go rzu­cić?". A ona...

- Psst - prze­rwała jej ku­char­ka, wska­zując na Mar­cel­la. Po­kojówka zro­zu­miała i za­py­tała chłopca:

- Gdzie są tatuś i ma­mu­sia?

- W po­ko­ju na górze - od­rzekł Mar­cel­lo. Po­tem na­gle, jak gdy­by kie­ro­wa­ny nie­prze­zwy­ciężonym od­ru­chem, dodał: - To praw­da, że tatuś nie jest nor­mal­ny. Wie­cie, co zro­bił?

- Co?

- Zabił kota - po­wie­dział Mar­cel­lo.

- Kota? A jak?

- Z mo­jej pro­cy... Wi­działem go w ogro­dzie, jak szedł za sza­rym ko­tem, który spa­ce­ro­wał po ogro­dze­niu... Po­tem wziął ka­mień i strze­lił do kota, i tra­fił go w ucho... Kot upadł w ogro­dzie Ro­ber­ta. Po­tem po­szedłem zo­ba­czyć i zo­ba­czyłem, że zdechł. - Za­pa­lał się w miarę opo­wia­da­nia, nie za­tra­cając jed­nak tonu nie­wi­niątka, opo­wia­dającego ze świętą na­iw­nością o okrop­nościach, których był przy­pad­ko­wym świad­kiem.

- No, pomyśleć tyl­ko - zawołała służąca, składając ręce - że mężczy­zna w tym wie­ku, pan... za­bie­ra procę dziec­ku i za­bi­ja kota... A po­tem nie wol­no mówić, że jest anor­mal­ny.

- Kto krzyw­dzi zwierzęta, krzyw­dzi także lu­dzi - rzekła ku­char­ka. - Za­czy­na się od kota, a po­tem za­bi­ja się człowie­ka.

- Dla­cze­go? - za­py­tał na­gle Mar­cel­lo, pod­nosząc oczy znad ta­le­rza.

- Tak się mówi - od­po­wie­działa ku­char­ka, głaszcząc go. - Cho­ciaż - dodała, zwra­cając się do po­kojówki - to się nie za­wsze spraw­dza... Ten, co za­mor­do­wał tych lu­dzi w Pi­stoi... Czy­tałam w ga­ze­cie... Wiesz, co robi te­raz w więzie­niu? Ho­du­je ka­nar­ka.

De­ser był zje­dzo­ny. Mar­cel­lo wstał i wy­szedł z kuch­ni.