Konformista - Alberto Moravia

Reflow text when sidebars are open.
Powieść Konformista ukazuje się we Włoszech w roku 1951. W twórczości Alberta Moravii to moment szczególny, lata pięćdziesiąte bowiem wyznaczają bezspornie szczytowy okres kariery pisarza. W rok po Konformiście otrzyma on najważniejszą rodzimą nagrodę literacką, Premio Strega, za tom opowiadań pochodzących z lat 1927-1951. W tym samym czasie staje się jednym z najchętniej tłumaczonych autorów włoskich, a jego pozycję utwierdzają kolejno wydawane tytuły: Pogarda (1954), Matka i córka (1957), Nuda (1960). Międzynarodowa sława i popularność autora zostają ostatecznie ugruntowane dzięki ekranizacjom tych właśnie powieści, zrealizowanym na początku lat sześćdziesiątych, w gwiazdorskiej obsadzie, przez twórców tej rangi co choćby Jean-Luc Godard i Vittorio De Sica.
Rok 1951 jako data ogłoszenia Konformisty wydać się może szczególny także z innych względów. W literaturze włoskiej, podobnie jak w kinie tego okresu, tryumfy święci neorealizm, relacjonujący doświadczenia wojenne językiem kronikarskim, w dodatku z pozycji ludu i partyzantów. Prozaików tego czasu interesują głównie niższe warstwy społeczne, samemu Moravii niekwestionowany rozgłos przynosi wydana cztery lata wcześ- niej powieść Rzymianka, opisująca losy prostytutki Adriany. Tymczasem Konformista jest próbą ukazania mechanizmów faszyzmu ab intra, z perspektywy rozpoczynającego karierę funkcjonariusza reżimu. To próba z pewnością przedwczesna, która siłą rzeczy nie mogła ustrzec się pewnych wad z racji braku odpowiedniego dystansu, lecz właśnie dlatego trudno jej dziś nie docenić.
Powieść Moravii dzieli się wyraźnie na trzy części rozgrywające się w dookreślonych przedziałach czasowych, dzięki czemu czytelnik może dość łatwo obliczyć, że główny bohater jest rówieśnikiem urodzonego w 1907 roku pisarza. Prolog rozgrywa się w roku 1920, na dwa lata przed dojściem Mussoliniego do władzy; właściwa akcja powieści, rozbita na dwie części, toczy się w roku 1937, okresie politycznego zbliżania się faszyzmu i nazizmu; w epilogu zaś mamy rok 1943, kiedy to Benito Mussolini zostaje zdymisjonowany z funkcji szefa rządu, a jego stanowisko obejmuje marszałek Pietro Badoglio. Losy głównego bohatera obrazują odpowiednio kolejne etapy stawania się i bycia faszystą. Nie jest jednak Konformista powieścią polityczną sensu stricto. To raczej opowieść o jednostce wobec reżimu i o jedynej możliwej formie z nim symbiozy: konformizmie właśnie, który w zamierzeniu wyklucza wszelką inność, dając podstawy powszechnej uniformizacji i monolitycznej jedności. Sam autor w wywiadzie rzece z Alainem Elkannem przyznawał, że sposób, w jaki można zostać faszystą, był w Konformiście "wewnętrznym i nierozerwalnym problemem jednego faszysty"1. Po latach zresztą pisarz uzna temat za niedostatecznie zgłębiony i podejmie go ponownie w ogłoszonej w 1982 roku powieści zatytułowanej 1934, rezygnując z jednostkowości na rzecz opisu całych narodów pod rządami totalitarnymi: Włoch, Niemiec i Związku Radzieckiego.
Co może wydać się ciekawe, termin "konformista", noszący przecież znamiona krytyki wobec bezwarunkowego podporządkowania się normom, w powieści Alberta Moravii pada jedynie w tytule. Wielokrotnie natomiast dają o sobie znać słowa klucze jego prozy, zwłaszcza zaś "obojętność" i "pogarda". Obojętny jest przede wszystkim główny bohater, Marcello Clerici, niewzruszony wobec wszelkich konsekwencji popełnianych przez siebie kolejno małych i wielkich zbrodni. Obojętność ta cechuje go już od wczesnego dzieciństwa, co wielokrotnie podkreślone zostaje w prologu. Równie obojętni wobec losów własnego syna są rodzice Marcella, których on, już w wieku dorosłym, traktować będzie z niekłamaną pogardą. Obojętny jest ksiądz spowiadający Marcella; obojętna wobec otaczającego ją świata i doznanych krzywd jest trzpiotowata Giulia, przyszła żona Clericiego; wobec kontaktów z dawnym uczniem obojętność wykazuje także profesor Quadri, choć wie, że odnowienie tej znajomości nie może dlań skończyć się dobrze. Przykłady można by mnożyć. Obojętność lub pogardę, taką reakcję u bohaterów Moravii budzić będzie również wszelka odmienność.
Marcello Clerici od zawsze czuł się inny. Moravia, w typowy dla siebie sposób odwołując się do teorii Freuda, sięga w prologu do najwcześniejszych lat dzieciństwa bohatera i ukazuje jego niezdrową fascynację bronią, chorobliwą przyjemność czerpaną z niszczenia zieleni i dręczenia zwierząt. Nastoletni Marcello lęka się jednak tej przemożnej potrzeby czynienia zła, postrzega w niej coś "anormalnego, czego musi się wstydzić, z czym musi się kryć nie tylko przed sobą samym, ale także przed innymi ludźmi". Zabicie jaszczurek, zabójstwo kota i chęć pozbawienia życia małego Roberta, towarzysza dziecinnych zabaw: ta eskalacja przemocy, która staje się tajemnicą Marcella, coraz bardziej oddziela go od środowiska rówieśników. Ale inność Marcella kryje się także w jego seksualności, z czego jako dziecko nie może sobie jeszcze zdawać sprawy. Instynktownie zaś wyczuwają ją szkolni koledzy. Dostrzegają dziewczęce rysy chłopca, jego typowo kobiecą kruchość, spolegliwość i kokieterię. Marcello staje się wkrótce obiektem drwin rówieśników, którzy zmieniają nawet jego imię na żeński odpowiednik: Marcellina. Kpiny te budzą jednak w chłopcu dwojakie uczucie: "rozdrażnienie oraz jakąś szczególną przyjemność, choć sam nie wiedział jaką, jakby jedna część jego istoty nie była z tego niezadowolona". Marcello nie będzie więc opierał się szczególnie próbom uwiedzenia go przez dojrzałego mężczyznę: początkowo podda się im biernie, by w końcu rozsmakować się w perwersyjnej grze pozorów. Przypadkowe i domniemane zabójstwo okaże się dopełnieniem jego chłopięcych żądz. Zabijając homoseksualistę, Marcello zabija poniekąd cząstkę samego siebie, symbolicznie wyrzeka się swojej inności. To wyparcie budzi w Marcellu towarzyszącą mu stale w dorosłym życiu melancholię, płynącą ze świadomości utraconej pełni, "przesłaniającą mu rzeczywistość jak przejrzysty żałobny welon".
Marcello nie może także pogodzić się z wiążącą się z tym dramatycznym wydarzeniem rzekomą utratą niewinności, z tym, że nagle stał się kimś innym, kimś, kim wcale być nie chce i czyje istnienie spycha wciąż w mroki podświadomości. Choć z pozoru cechuje go niewzruszona obojętność, to równocześnie doznaje on ciągle wewnętrznego smutku, którego przyczyny nie potrafi wskazać: "Zawsze cechował go smutek, a właściwie brak wesołości, jak niektóre jeziora u podnóża wysokiej góry, która przegląda się w ich wodach, zasłaniając światło słoneczne, pogrążając je w czerni i melancholii. Oczywiście, gdyby odsunąć górę, wody uśmiechnęłyby się w słońcu, lecz góra stoi zawsze i jezioro jest smutne. Marcello był smutny jak te jeziora, lecz czym była góra, tego nie umiałby powiedzieć". Jedynego remedium na odczuwaną melancholię bohater upatruje w dążeniu do osławionej "normalności", co przejawia się przede wszystkim w umiłowaniu ładu, który od lat dziecinnych daje mu ukojenie ("najbardziej lubił porządek lekcyjny: wejście profesora, sprawdzanie listy obecności, pytania, współzawodnictwo z kolegami w odpowiedziach, zwycięstwa i porażki w tej rywalizacji, spokojny, bezosobowy ton głosu nauczyciela"), a który w życiu dorosłym zagwarantować mu może wstąpienie w szeregi reżimu.
Normalności będzie szukał Marcello wprost obsesyjnie. Z jednej strony ma mu ją zapewnić ślub z drobnomieszczańską, banalną, pozbawioną wszelkiej wrażliwości Giulią. Z tych samych powodów Clerici przyjmie misję zleconą mu przez faszystowskiego zwierzchnika i zgodzi się wziąć udział w planowanym morderstwie swojego dawnego wykładowcy uniwersyteckiego. "Ludzie normalni nie są dobrzy - w jednym z monologów wewnętrznych konstatuje protagonista - stale muszą płacić za normalność, świadomie lub nieświadomie, wysoką cenę, przykładając rękę do różnych spraw, zawsze niskich, nacechowanych głupotą, podłością, cynizmem, jeśli nie wręcz zbrodniczych". Normalność w owym okresie siłą rzeczy wiązała się z konformizmem, pójściem na ustępstwa, rezygnacją z własnej tożsamości, z głuchą akceptacją reguł rządzących faszyzmem. A faszyzm, czerpiący wzorce z aktu założycielskiego Rzymu, niejednokrotnie wymagał od nowicjusza popełnienia zbrodni. Jak w wywiadzie z Enzem Sicilianem przyznaje sam autor, "wstąpienie w szeregi faszystów należało opłacić jakimś występkiem. Na początek - donos. Pierwszą rzeczą, jakiej Mussolini wymagał od intelektualisty, było napisanie artykułu wymierzonego przeciw jakiemuś jego wrogowi, na przykład przeciwko Benedettowi Croce". Moravia ukazuje w Konformiście przypadek skrajny, w którym wierność reżimowi należy okazać poprzez zabójstwo. Marcello przystaje na postawione warunki i decyduje się wykonać rozkaz, niemniej jednak kierującą nim pobudką nie jest wcale wierność wobec faszyzmu, ale właśnie potrzeba ładu, który miałby mu zapewnić ukojenie, pozwolił poczuć się "normalnym". Wszelkie odstępstwo od z góry narzuconego porządku będzie budzić w nim odruchową niechęć, więc nie bez powodu, widząc po latach profesora Quadriego, wroga systemu, już w pierwszej chwili spotkania z odrazą zwróci uwagę na jego "asymetryczną twarz".
Upodobanie do porządku daje o sobie znać w sposobie per- cypowania przestrzeni przez głównego bohatera. Marcello zwraca uwagę na obecność reguł symetrii szczególnie tam, gdzie zdaje się tkwić obietnica normalności, chociażby w faszystowskim ministerstwie: "Wszedł na bardzo szerokie schody wysłane czerwonym chodnikiem i o piętro wyżej stanął na podeście, gdzie znajdowało się troje dużych, dwuskrzydłowych drzwi. Skierował się do środkowych, otworzył je i znalazł się w pogrążonej w mroku sali. Stał tam długi masywny stół, a pośrodku stołu globus". Podobnie symetrycznie Marcello postrzega ciąg historycznych zdarzeń, także i w nim doszukując się niezaprzeczalnej konsekwencji. Sam zastanawia się, czy aby nie życzy sobie zwycięstwa generała Franco jedynie ze względu na umiłowanie symetrii: "jak ktoś, kto urządzając swoje mieszkanie, dba o to, żeby wszystkie meble były w jednym stylu. Zdawało mu się, że dostrzega tę symetrię w wydarzeniach ostatnich lat, występujących stopniowo z coraz to większą jasnością i nabierających coraz większego znaczenia: ustanowienie faszyzmu we Włoszech, potem w Niemczech, potem wojna w Etiopii, potem w Hiszpanii". Takie postrzeganie świata przez bohatera daje mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju, a wszelkie sprawy i wydarzenia układają się w naturalnym porządku niemogącym budzić sprzeciwów.
Z tych samych względów Marcella pociąga kościół, ta ostoja porządku, norm, reguł. Związana z planowanym ślubem konieczność przystąpienia do świętych sakramentów każe mu myśleć, że oto nadarza się jeszcze jedno "ogniwo w łańcuchu normalności, którym próbował się zakotwiczyć w ruchomych piaskach życia", przy czym jest to "ogniwo wykute z metalu szlachetniejszego i bardziej odpornego od innych: z religii". Aktu spowiedzi dokonuje Marcello z typową dla siebie obojętnością, nie odczuwając zupełnie skruchy, ale to właśnie spowiedź jest jednym z elementów fundamentalnych dla całej narracji. Dochodzi do niej wielokrotnie, co zostaje dodatkowo zasugerowane przez autora niektórymi rozwiązaniami przestrzennymi. Już w prologu Marcello spowiada się ze swej pierwszej winy, z zabicia jaszczurek, towarzyszowi dziecinnych zabaw, Robertowi, który wysłuchuje go przez mały otwór w żywopłocie z bluszczu. Chłopiec podejmuje także próbę spowiedzi wobec matki, chcąc wyznać swoje przewiny. Te zabiegi mają pomóc mu "wyrwać się z przerażającej samotności, na którą skazywała go jego anormalność". Także Giulia będzie "spowiadać się" mężowi w półmroku przedziału kolejowego ze swojej trudnej przeszłości, ze swojej "anormalności", której Marcello nie mógł się spodziewać. Niektórzy krytycy zwykli postrzegać w Konformiście powieść natury religijnej. Moravia odwołuje się jawnie do wątków biblijnych, takich jak historia Kaina i Abla, do postaci Judasza, toposu rajskiego ogrodu, gdzie zostaje popełniony pierwszy grzech, a jednocześnie nie waha się przed wytykaniem konformizmu i uległości Kościoła wobec faszystowskiego państwa.
Układ powiernik - grzesznik to jedna z wielu konfiguracji dwójkowych, jakie pojawiają się w powieści. Dramaturgia poszczególnych scen rozgrywa się zawsze w obrębie pary, a rządzące nią reguły przybierają najczęściej charakter relacji ofiara - kat. Dzieje się tak, począwszy od dziecinnych zabaw Marcella, w których uczestniczy jego bardziej autorytarny wariant - Roberto, stający się wkrótce pierwowzorem wroga, pierwszym obiektem zbrodniczych pragnień, swoistym prototypem homo- seksualisty Lina czy antyfaszysty Quadriego. Motyw rozdwojenia objawia się także w rysunku poszczególnych postaci: każda z nich nosi w sobie drugie "ja", najczęściej sprowadzające się do tłumionej lub wypartej tożsamości seksualnej. To rozdarcie autor wielokrotnie sygnalizuje czytelnikom w konstrukcji przestrzeni, często każąc swym bohaterom odbijać się w lustrach, wystawach sklepowych, marmurowej posadzce etc. Innym razem czyni to na zasadzie kontrastu: rzymskie mieszkanie Qua- driego wygląda zgoła inaczej niż jego paryski apartament, w którym surowy wystrój i brak książek mają wskazywać na nieodwołalne przejście profesora od fazy "słowa" do fazy "czynu". Bywa też, że Moravia nie unika dopowiedzeń i żonie Quadriego, w której zakochuje się główny bohater, nadaje imię Lina, przydając jej przy tym męskich cech i lesbijskich skłonności, tak by uczynić z niej komplementarny wariant homoseksualnego szofera. Poszczególne wątki powieści są powielane, odbijając się wzajemnie niczym w lustrze: tak będzie z uwiedzeniem Marcella w okresie chłopięcym, które znajdzie odbicie w niemal identycznym paryskim spotkaniu z podstarzałym pederastą. Sam Marcello zresztą, o czym wielokrotnie wspominał Moravia, stanowi poniekąd ekstensję Michele z Obojętnych i jest w zasadzie tą samą postacią co męski bohater Rzymianki.
Wiele wątków powieści ma swoje źródła w autentycznych wydarzeniach z życia pisarza. Choć rzecz jasna trudno doszukiwać się bezpośrednich powinowactw faszysty Marcella z pochodzącym z zasymilowanej żydowskiej rodziny Albertem Moravią (właśc. Alberto Pincherle), nie bez znaczenia wydaje się to, że są oni rówieśnikami. Dzięki temu Moravia ukazuje niejako rewers przeżywanych wydarzeń. Rok 1937 także w życiu pisarza wyznacza moment dość szczególny: zacieśniają się wówczas więzy łączące go z przyszłą żoną, poznaną w listopadzie 1936 roku Elsą Morante, okrzykniętą później jedną z najwybitniejszych pisarek włoskich drugiej połowy XX wieku, w Polsce znaną z powieści Wyspa Artura i Kłamstwo i czary. W tym samym roku z pobudek politycznych we Francji zamordowani zostają dwaj kuzyni Moravii, Carlo i Nello Rosselli, czynni antyfaszyści, a zabójstwo to stanie się jedną z najsłynniejszych zbrodni politycznych lat trzydziestych. We wspomnianym już wywiadzie z Elkannem Moravia wyznaje, że sprawa ta wstrząsnęła nim do tego stopnia, że po latach postanowił poświęcić jej powieść Konformista, która miała być dziełem nie tyle dla, ile o Rossellich: przez pryzmat losów profesora Quadriego ukazał tę tragedię od strony tego, kto przyczynił się do ich zabicia, chcąc w ten sposób ustrzec się hagiograficznego tonu2. Co może się wydać interesujące, podłoże poniekąd autentyczne ma także inne zabójstwo dokonane w Konformiście. Mowa o pozornej śmierci Lina, którą Moravia zaczerpnął z opowieści Morante - pisarka miała swego czasu utrzymywać intymne stosunki z pewnym Anglikiem, którego włoski kochanek zginął rzekomo w identycznych okolicznościach, wykrzykując do swego oprawcy słynne: "Zabij mnie! Zabij!". Dopiero czterdzieści lat później Alberto Moravia dowie się, że historia ta została przez Morante do cna zmyślona3.
Jak w wywiadach przyznawał sam pisarz, Konformisty nie powitano ze spodziewanym entuzjazmem. Powieść spotkała się z chłodnym przyjęciem przede wszystkim ze strony krytyki, bo czytelnicy, spragnieni kolejnej dobrej lektury sygnowanej nazwiskiem Alberta Moravii, i tym razem nie zawiedli. Zarzuty dotyczyły warstwy literackiej, niekiedy miały też wymiar polityczny. Często podkreślano brak dostatecznej sympatii autora dla środowiska paryskich antyfaszystów, co nie było zresztą bezzasadne o tyle, że pisarz otwarcie mówił, iż jego zdaniem jedyny sensowny opór byli w stanie stawić faszyzmowi komuniści, emigracja zaś nieodwołalnie wiązała się dlań z rezygnacją z walki. Jako uproszczenie postrzegano także pomysł Moravii, by w bierności Quadriego zobrazować nieumiejętność stworzenia ruchu antyfaszystowskiego z prawdziwego zdarzenia pośród przedstawicieli wyższej burżuazji i intelektualistów. Warto w tym miejscu dodać, że ta krytyka pasywności zawarta w postaci Quadriego nosiła znamiona autokrytyki, zważywszy że pisarz do szczególnie aktywnych antyfaszystów nigdy nie należał, choć był przeciwnikiem reżimu i z pewnością nie cieszył się zaufaniem władz. Zarzuty te sprawiły, że Moravia w kolejnej powieści postanowił skupić się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów, pomijając tło historyczne. Takie właśnie założenia przyświecały powstawaniu Pogardy. W późniejszych wywiadach Moravia bronił Konformisty, tłumacząc się swoją ówczesną pisarską niedojrzałością, wskazując przy tym na nośność pomysłu, by zinterpretować faszyzm z pozycji intelektualisty. Przyznawał też, że książka powstawała w pośpiechu, a temat wymagał przecież większego nakładu pracy. Tak czy owak, choć pisarz do lektury Konformisty miał już nigdy nie powrócić, to po latach wspominał Marcella jako jedną ze swych bardziej udanych postaci, której melancholiczny, wręcz żałobny, wymiar nigdy nie przestał go intrygować.
Podobnie przedstawiała się recepcja w Polsce. Długo oczekiwany przekład autorstwa Zofii Ernstowej ukazał się w roku 1964, książka wywołała jednak rozczarowanie rodzimych krytyków. Zastrzeżenia zgłaszano przede wszystkim do anachroniczności motywacji kierującej Clericim, w odbiorcy budzącym raczej chłodny dystans. Recenzenci wytykali także nadmiar wewnętrznych sprzeczności targających bohaterem, "podłym w czynach i naiwnie szlachetnym w intencjach, zarazem świadomym i nieświadomym, zbuntowanym i uległym, inteligentnym i beznadziejnie ograniczonym w rozumieniu siebie i świata"4. Nie przekonywało też powodujące dezorientację starcie fatalizmu ze studium zachowań włoskiego intelektualisty wobec faszyzmu. Tym, co zazwyczaj krytykom podobało się najbardziej, był prolog, nawiązujący zresztą w sposób niezawoalowany do Dzieciństwa wodza Jeana-Paula Sartre'a, opowiadania ze zbioru Mur opublikowanego pod koniec lat trzydziestych. Wśród recenzentów powtarzała się też opinia, że Konformistę, podobnie jak całą prozę Moravii, czyta się łatwo i lekko, co wskazywano jako niekwestionowany atut książki, pozwalający przymknąć oko na pewne jej niedostatki. Alberto Moravia zawsze cieszył się w Polsce wielką popularnością; dość powiedzieć, że w jednym z ówczesnych artykułów Konformista znalazł się u boku premier książkowych Ericha Marii Remarque'a, Arnolda Zweiga i Johna Steinbecka, sam tekst zaś nosił tytuł Czterej wielcy.
Do rozgłosu powieści blisko dwadzieścia lat później przyczyni się w znacznej mierze pochodząca z 1970 roku ekranizacja Bernarda Bertolucciego, powszechnie uważana dziś za arcydzieło. Zrealizowany w międzynarodowej obsadzie film wyznaczył, jak przyznawał sam reżyser, przełomowy moment w jego karierze, otwierając mu drogę do wielkich produkcji. Choć adaptacja znacznie różni się od literackiego pierwowzoru, to Albertowi Moravii bardzo przypadła do gustu. Pisarz uważał zresztą, że wierność wersji kinowej wobec powieści w ogóle nie jest osiągalna, a w każdym razie im mniej ekranizacja będzie wierna, tym lepiej dla dzieła filmowego. Bertolucci, który sam napisał uhonorowany w 1972 roku nominacją do Oscara scenariusz, postanowił zrezygnować przede wszystkim z prologu, a co za tym idzie, odrzucić predestynację bohatera do czynienia zła. Dzieciństwo Marcella w filmie powraca tylko raz, w jednej krótkiej retrospekcji przytaczającej spotkanie z Linem. W dziele Bertolucciego brak także społecznej czy ekonomicznej analizy faszyzmu. Reżyser skupił się na zobrazowania psychologii i wewnętrznych napięć postaci, przy czym postanowił połamać obecną u Moravii chronologię fabuły, zastępując ją swobodnym zestawianiem ze sobą zdarzeń rozgrywających się na różnych planach czasowych, we wspomnieniach i w teraźniejszości, nadając w ten sposób swojemu dziełu wizjonerski charakter. Co ciekawe, decyzja ta zapadła dopiero w ostatniej fazie produkcji filmu, dzięki pracy jednego z najwybitniejszych włoskich montażystów, Franca "Kima" Arcallego, słynącego ze swych upodobań do improwizacji.
Jednym z wielkich atutów filmu Bernarda Bertolucciego jest obsada. Jak twierdził reżyser, obdarzony drobnymi, proporcjonalnymi rysami twarzy Jean-Louis Trintignant jako Marcello oraz młodziutka Stefania Sandrelli jako Giulia byli jego pierwszym i natychmiastowym wyborem. Do roli żony Quadriego - w filmie jej imię zmieniono na Anna - zaangażowano Dominique Sandę, którą Bertolucci zdążył zachwycić się w Łagodnej Roberta Bressona. Do historii kina przeszły też zdjęcia do Konformisty autorstwa Vittoria Storara. Silnie zgeometryzowana, chłodna kompozycja kadrów, czerpiąca inspirację z racjonalistycznej architektury faszystowskiej, przekłada się także na grę ostrych kontrastów światła i cienia, nawiązującą m.in. do malarstwa Caravaggia, przede wszystkim zaś do obrazu Powołanie świętego Mateusza, jak dzieje się chociażby w słynnej, dodanej przez Bertolucciego scenie rozmowy Quadriego z Clericim, przywołującej motyw platońskiej jaskini. Tak czy owak, podobna gra światła i cienia zdaje się też nawiązywać do kontrastów jasności i mroku, na które Moravia w powieści często zwraca uwagę czytelników, rozgraniczając wyraźnie to, co jawne, i to, co skrywane, utajone czy wręcz wyparte.
W ekranizacji Bertolucciego szalenie istotna jest figura ojca. Marcello-Trintignant zdradza swego dawnego profesora, a zdrada ta ma wymiar ojcobójczy. W powieści duchowe ojcostwo Quadriego może nie jest aż tak istotne, natomiast ważną rolę odgrywa postać rodzonego ojca Marcella, od lat przebywającego w zakładzie psychiatrycznym. Z jednej strony jest on źródłem oczywistych obaw Marcella dotyczących rzekomo dziedzicznej "anormalności", z drugiej zaś w jego postaci zbiega się idea tak samego pisarza, jak i Bertolucciego, by pokazać faszyzm przez pryzmat jakiejś ułomności i w ten sposób ukazać jego absurd i kruchość. Reżyser wprowadza do filmu nieobecną w powieści postać przyjaciela głównego bohatera, ślepca, w pełni oddanego reżimowi, o znaczącym imieniu Italo, który przybiera poniekąd funkcję porte-parole zaślepionego faszyzmem narodu włoskiego. W powieści diagnozę społeczeństwu pod rządami totalitarnymi wystawia z kolei leczący ojca Marcella psychiatra, który zwraca się do pani Clerici słowami: "jeśli idzie o Duce, to wszyscy jesteśmy wariatami jak pani mąż, niebezpiecznymi wariatami, których się powinno leczyć zimnymi natryskami i zakładać im kaftany bezpieczeństwa... Całe Włochy to jeden dom wariatów". W ujęciu Moravii faszyzm to objaw zbiorowego szaleństwa. W czasie wizyty najbliższych obłąkany ojciec Marcella, któremu zdaje się, że jest członkiem faszystowskiego rządu, wskakuje na szpitalne łóżko i wygłasza płomienne przemówienie, a opis tej sceny, jednej z najlepszych w całej powieści, do złudzenia przypomina o trzy lata późniejszą mowę Benita Mussoliniego obwieszczającego przystąpienie Włoch do drugiej wojny światowej. "Rzeź i melancholia"5, te dwa słowa dużym i rozstrzelonym pismem obsesyjnie wypisuje na kartkach niepoczytalny ojciec. "Rzeź i melancholia", dwie sprzeczności od zawsze targające Marcellem Clericim, w ustach szaleńca antycypujące akt wypowiedzenia wojny.
Katarzyna Skórska
Kiedy Marcello był dzieckiem, urzekał go byle przedmiot, byle błyskotka, jak srokę. Może dlatego, że w domu rodzice, raczej przez obojętność niż przez surowość, nigdy nie pomyśleli o tym, żeby zaspokoić jego poczucie własności, a może dlatego, że inne instynkty, głębsze i jeszcze nieujawnione, przeobrażały się w zachłanność. W efekcie nieustannie dręczyło go pragnienie zdobycia na własność najrozmaitszych rzeczy. Ołówek zakończony gumką, książka z obrazkami, linijka, ebonitowy kałamarz kieszonkowy, pierwsze lepsze głupstewko budziły w nim najpierw gwałtowną i niedorzeczną pożądliwość, a potem, gdy upatrzony drobiazg stał się już jego własnością, napełniała go zdumiewająca, niewyczerpana, magiczna radość. Marcello miał w domu własny pokój, w którym sypiał i się uczył. Wszystkie leżące tam na stole czy zamknięte w szufladach przedmioty były dla niego święte lub niemal święte, w zależności od tego, jak dawno zostały nabyte. Słowem, nie były podobne do innych znajdujących się w domu przedmiotów, lecz stawały się ułamkami zdobytych już lub mających przyjść doświadczeń, zawsze pasjonujących i zabarwionych tajemniczością. Marcello na swój sposób zdawał sobie sprawę z tego dziwacznego przywiązania do własności, które dawało mu nieopisane szczęście, a zarazem budziło w nim przykre uczucie stale popełnianej winy i nawet nie pozostawiało mu czasu na skruchę.
Ponad wszystko jednak - może dlatego, że było to czymś zakazanym - pociągała go broń. Nie broń na niby, ta do zabawy dla dzieci, blaszane strzelby, pistolety na kapiszony, drewniane pałasze, ale prawdziwa broń, z którą wyobrażenie grozy, niebezpieczeństwa i śmierci nie kojarzy się, tak jak w przypadku tamtej, wyłącznie przez podobieństwo formy, lecz jest jedyną racją jej istnienia. Zabawa dziecinnymi rewolwerami nie mogła spowodować śmierci. Z rewolwerami dla dorosłych wyglądało to inaczej, śmierć nie tylko była możliwa, ale narzucała się po prostu niczym natrętna pokusa, którą hamuje tylko przezorność. Marcello kilkakrotnie miał w ręku prawdziwą broń: myśliwską flintę na wsi oraz stary rewolwer, który ojciec pokazał mu kiedyś w szkatułce. Za każdym razem przy dotknięciu broni Marcella przenikał dreszcz, jak gdyby jego ręka znalazła wreszcie naturalne przedłużenie w rękojeści broni.
Marcello miał wielu przyjaciół wśród mieszkających w sąsiedztwie dzieci, lecz w krótkim czasie uświadomił sobie, że jego zamiłowanie do broni wywodzi się z głębszych i o wiele bardziej skomplikowanych pobudek niż naiwne upodobania militarne kolegów. Oni bawili się w żołnierzy, udając drapieżność i krwiożerczość, w rzeczywistości jednak robili to tylko dla zabawy i małpując mordercze gesty, nie byli naprawdę przejęci swoją rolą. Z nim natomiast działo się wręcz odwrotnie: w zabawie w żołnierzy szukały ujścia jego krwiożerczość i drapieżność, a gdy brakowało mu towarzystwa do tej zabawy, sam wyszukiwał sobie rozrywki, zawsze takie, które zaspokajały jego niszczycielskie i mordercze skłonności. W owym czasie Marcello był okrutny i ani się tego nie wstydził, ani nie robił sobie wyrzutów z tego powodu, bo okrucieństwo dostarczało mu wyłącznie samych przyjemności, w których nie widział nic obrzydliwego; było jeszcze na tyle dziecinne, że nie budziło niepokoju ani w nim samym, ani w innych ludziach. Zdarzało mu się na przykład schodzić do ogrodu w upalnych godzinach na początku lata. Był to ogród mały, ale gęsty, pełen roślin i bujnie rosnących drzew, nietkniętych od lat ludzką ręką. Marcello schodził do ogrodu uzbrojony w cienki, giętki wiklinowy pręt, odłamany na strychu ze starej trzepaczki; krążył przez chwilę po wysypanych żwirem ścieżkach między rozigranymi cieniami drzew i palącymi promieniami słońca, obserwując rośliny. Czuł, że błyszczą mu oczy, że całym ciałem wchłania ową błogość, która zdawała się stapiać z żywotnością wybujałego, zalanego słońcem ogrodu, i rozpierało go szczęście. Niemniej było to szczęście drapieżne i okrutne, które chce mierzyć swoją wielkość przez porównanie z nieszczęściem innych ludzi. Kiedy widział na środku grządki piękną kępę stokrotek, usianą białymi i żółtymi kwiatami, albo tulipana z czerwonym kielichem na prostej łodyżce, albo krzew kalii ze strzelistymi, białymi, mięsistymi kwiatami, z rozmachem smagał je witką, która świszczała w powietrzu jak szpada. Witka ścinała ostro kwiaty i liście, które wdzięcznie opadały wokół rośliny, pozostawiając sztywne, ogołocone z kielichów łodygi. W takich momentach czuł potęgującą się w nim pasję życia i niemal rozkosz, jaką daje wyładowanie powstrzymywanej nazbyt długo energii, a zarazem rodziło się w nim nieokreślone poczucie potęgi i sprawiedliwości. Jak gdyby owe rośliny były winne i on wymierzał im karę, przekonany, że karanie ich leży w jego władzy. Wyczuwał jednak, że tego rodzaju zabawa jest czymś zakazanym i nagannym. Za każdym razem, niemal wbrew własnej woli, rzucał ukradkowe spojrzenia na willę w obawie, że może go obserwować matka z okna w salonie albo kucharka z okna w kuchni. Zdawał sobie sprawę, że boi się nie wymówek, lecz naocznych świadków swoich czynów, które sam uważał za nienormalne i w tajemniczy sposób splecione z poczuciem winy.
Przejście od kwiatów i roślin do zwierząt było nieuchwytne, tak samo jak w naturze. Marcello nie umiałby powiedzieć, kiedy uświadomił sobie, że przyjemność, jaką sprawia mu łamanie roślin i strącanie kielichów kwiatów, pogłębia się jeszcze i wzmaga, gdy ofiarami są zwierzęta. Może tylko przypadek pchnął go na tę drogę, traf, że wiklinowy pręt zamiast uderzyć w krzew, spadł na grzbiet śpiącej na gałęzi jaszczurki, a może, zaczynając w końcu odczuwać nudę i przesyt, szukał nowego przedmiotu, na którym mógłby wyładować swoje podświadome okrucieństwo. Tak czy inaczej, pewnego cichego popołudnia, gdy wszyscy w domu spali, Marcello jak rażony gromem, skruszony i zawstydzony, stanął nagle w obliczu pogromu jaszczurek. Było ich pięć czy sześć, znalazł je na gałęziach drzew i na kamiennym murze otaczającym ogród. Pozabijał wszystkie jednym zamachem pręta, właśnie w momencie kiedy zaniepokojone jego obecnością próbowały szukać schronienia w jakiejś kryjówce. Jak do tego doszło, nie potrafiłby powiedzieć, a raczej wolał sobie nie przypominać, lecz było już po wszystkim: nie zostało nic oprócz słońca, palącego i nieczystego, na krwawiących, pokrytych kurzem ciałach martwych jaszczurek. Stał przed cementowym chodnikiem, na którym leżały jaszczurki, i ściskał w pięści witkę; czuł jeszcze w całym ciele i zdradzał wyrazem twarzy podniecenie, które ogarnęło go w chwili pogromu. Jednak tym razem nie było ono tak rozkosznie ożywcze jak przedtem, lecz zabarwione wstydem i żalem. Uświadamiał sobie poza tym, że do przeżywanych jak zawsze uczuć potęgi i okrucieństwa dołączył się jakiś nowy, nieznany mu niepokój o charakterze niemal fizycznym; do wstydu i żalu dołączył się niewytłumaczony lęk. Jak gdyby odkrył w sobie coś anormalnego, czego musi się wstydzić, z czym musi się kryć nie tylko przed sobą samym, ale także przed innymi ludźmi, i co w konsekwencji oddzieli go raz na zawsze od środowiska rówieśników. Nie ulegało wątpliwości, że różnił się od chłopców w swoim wieku, którzy ani w gromadzie, ani w pojedynkę nie oddawali się tego rodzaju rozrywkom. W dodatku różnił się od nich w sposób zasadniczy. Jaszczurki bowiem nie żyły, co do tego nie było wątpliwości, i ta śmierć, tak jak okrutne i szalone czyny, których się dopuścił i które ją spowodowały, były nie do naprawienia. Słowem, utożsamiał się z owymi czynami, tak jak w przeszłości z innymi, zupełnie zresztą niewinnymi, postępkami.
Tego samego dnia, aby zdobyć dowód potwierdzający to nowe i bolesne odkrycie, Marcello postanowił porównać się ze swoim małym przyjacielem Robertem, który mieszkał w sąsiedniej willi. Roberto o zmierzchu, po odrobieniu lekcji, schodził do ogrodu i za zgodą rodziców dwaj chłopcy bawili się razem aż do kolacji, raz w jednym ogrodzie, raz w drugim. Marcello czekał niecierpliwie na tę chwilę przez całe długie, ciche popołudnie, leżąc na łóżku w swoim pokoju. Rodzice wyszli, w domu została tylko kucharka, raz po raz słyszał jej głos, gdy nuciła sobie w kuchni na parterze. Po południu zazwyczaj uczył się albo bawił sam w swoim pokoju, ale tego dnia nie miał ochoty ani na naukę, ani na zabawę; czuł się niezdolny do jakiegokolwiek wysiłku, a jednocześnie nie mógł znieść bezczynności i próżniactwa. Zarówno lęk, który wzbudziło w nim domniemane odkrycie, jak i nadzieja, że ów lęk minie przy najbliższym spotkaniu z Robertem, paraliżowały go i wyprowadzały z równowagi. Gdyby Roberto powiedział mu, że on także zabija jaszczurki, że lubi je zabijać i nie widzi nic złego w ich zabijaniu, to - tak mu się wydawało - uczucie anormalności znikłoby bez śladu i mógłby patrzeć obojętnie na pogrom jaszczurek jak na coś, co nie ma żadnego znaczenia i nie pociąga za sobą żadnych następstw. Nie umiałby powiedzieć, dlaczego Roberto był dla niego takim autorytetem. Majaczyło mu w myśli, że jeśli Roberto także robił te rzeczy w ten sam sposób i odczuwał to samo, oznaczało to, że robili je wszyscy; a to, co robili wszyscy, było normalne, czyli dobre. Owe refleksje zresztą nie nasuwały mu się jasno, przedstawiały się raczej jako głębokie uczucia i impulsy niż jako sprecyzowane myśli. Niemniej jedno było pewne: od odpowiedzi Roberta zależał jego spokój wewnętrzny.
Z tą nadzieją i z tym lękiem czekał niecierpliwie na nadejście zmierzchu. Prawie już drzemał, gdy dobiegł go z ogrodu przeciągły, modulowany gwizd: był to umówiony znak, Roberto oznajmiał mu, że już jest na miejscu. Marcello wstał z łóżka i nie zapalając światła, wyszedł z mrocznego pokoju, zszedł po schodach i znalazł się w ogrodzie.
W gasnącym świetle letniego zmierzchu drzewa stały nieruchome i ponure; cień pod konarami był już czarny jak w nocy. Zapach kwiatów i kurzu, żar emanujący z nagrzanej słońcem ziemi wisiały w nieruchomym, ciężkim powietrzu. Płot dzielący ogród Marcella od ogrodu Roberta ginął całkowicie pod gigantycznym bluszczem, gęstym i głębokim jak mur z liści. Marcello skierował się od razu w kąt ogrodu, gdzie bluszcz i cień były jeszcze gęściejsze, wszedł na duży kamień i jednym szybkim ruchem odsunął bujne pnącze. Sam wymyślił ten rodzaj drzwiczek w bluszczu, żeby nadać zabawie posmak tajemniczości i przygody. Po rozsunięciu bluszczu ukazały się sztachety ogrodzenia, a między sztachetami delikatna, blada twarzyczka i jasna czupryna Roberta. Marcello stanął na palcach i zapytał:
- Czy nikt nas nie widział?
Od tej formułki rozpoczynała się ich zabawa. Roberto odpowiedział, jak gdyby recytował wyuczoną lekcję:
- Nie, nikt... - A po chwili zapytał: - Odrobiłeś lekcje?
Szeptał, co było także obowiązującą regułą. Marcello również szeptem odpowiedział:
- Nie, nic dziś nie odrobiłem... Nie chciało mi się... Powiem nauczycielce, że źle się czułem.
- Ja napisałem wypracowanie z włoskiego - wyszeptał Roberto - i rozwiązałem jedno zadanie arytmetyczne... Zostało mi jeszcze drugie... Dlaczego nie odrobiłeś lekcji?
Marcello czekał na to pytanie.
- Nie odrobiłem - odrzekł - bo urządziłem polowanie na jaszczurki.
Miał nadzieję, że Roberto odpowie mu: "Ach, tak... ja także poluję czasem na jaszczurki" - czy coś w tym rodzaju. Na twarzy Roberta jednak nie odmalowało się ani zrozumienie, ani nawet zaciekawienie. Marcello dodał z wysiłkiem, próbując ukryć zmieszanie:
- Pozabijałem wszystkie.
- A ile ich było? - zapytał przezornie Roberto.
- Siedem - odpowiedział Marcello. A potem, siląc się na przechwałki technicznej i informacyjnej natury dodał: - Leżały na gałęziach drzew i na kamieniach... czekałem, żeby się poruszyły... i potem je zatłukłem jednym zamachem... wystarczyło jedno uderzenie. - Wykrzywił twarz w grymasie zadowolenia i pokazał Robertowi wiklinowy pręt.
Zobaczył, że tamten spogląda na niego z ciekawością graniczącą z przerażeniem.
- Dlaczego je zabiłeś? - zapytał.
- Tak sobie! - Zawahał się, miał już na końcu języka: "dlatego, że mi to sprawiało przyjemność", lecz potem, sam nie wiedząc dlaczego, powstrzymał się i odrzekł: - Bo to są szkodniki... Nie wiesz, że jaszczurki to szkodniki?
- Nie - powiedział Roberto - nie wiedziałem... A co one takiego robią?
- Zjadają winogrona - odpowiedział Marcello. - W zeszłym roku na wsi zjadły wszystkie winogrona na werandzie.
- Ale tutaj nie ma winogron.
- A poza tym - ciągnął dalej, nie zwracając uwagi na ten zarzut - one są złe... Jedna, kiedy mnie zobaczyła, zamiast uciekać, rzuciła się na mnie z otwartym pyszczkiem i gdybym jej w porę nie zatrzymał, wyskoczyłaby na mnie.
Umilkł na chwilę i potem dorzucił już bardziej poufałym tonem:
- Ty nie zabijałeś ich nigdy?
- Nie, nigdy - odpowiedział Roberto, potrząsając głową. Potem, spuściwszy oczy, z żałosnym wyrazem twarzy dodał: - Mówią, że nie wolno robić krzywdy zwierzętom.
- Kto tak mówi?
- Mamusia.
- Mówi się tyle rzeczy... - rzekł Marcello, tracąc coraz bardziej pewność siebie. - Ale ty nie bądź głupi, spróbuj... Zapewniam cię, że to zabawne.
- Nie, nie będę próbował.
- A dlaczego?
- Bo to jest "zły uczynek".
"A więc nic nie da się zrobić" - pomyślał z niechęcią Marcello. Porwała go złość na przyjaciela, który, sam o tym nie wiedząc, utwierdzał go w przekonaniu, że jest w nim coś anormalnego. Zdołał się jednak opanować.
- Słuchaj, jutro urządzę znowu polowanie na jaszczurki; jeżeli przyjdziesz i zapolujesz razem ze mną, dam ci talię kart do gry w "Przekupnia na jarmarku" - zaproponował.
Wiedział, że dla Roberta była to kusząca propozycja: wielokrotnie wspominał, że bardzo by chciał mieć takie karty. Istotnie Roberto, jak gdyby doznał nagłego olśnienia, powiedział:
- Przyjdę na polowanie, ale pod jednym warunkiem: że schwytamy je żywe, zamkniemy w pudełku i potem wypuścimy na wolność... a ty dasz mi karty.
- Co to, to nie - rzekł Marcello. - Cała przyjemność polega na zabijaniu ich tą witką... Założę się, że ty tego nie potrafisz. - Tamten nic nie odpowiedział. Marcello ciągnął dalej: - No więc przyjdź, pamiętaj... I ty też wyszukaj sobie taką witkę.
- Nie - odrzekł Roberto z uporem. - Nie przyjdę.
- Ale dlaczego? Te karty są nowe.
- Nawet nie próbuj mnie namawiać - powiedział Roberto. - Nie będę zabijał jaszczurek, nawet gdybyś - tu zawahał się nad wyborem odpowiednio wartościowego przedmiotu - nawet gdybyś mi dał twój pistolet.
Marcello zrozumiał, że nic nie wskóra, i wybuchnął złością, która wzbierała w nim już od dłuższej chwili.
- Nie chcesz, bo jesteś tchórzem! - zawołał. - Bo się boisz!
- Czego miałbym się bać? Śmieszny jesteś.
- Boisz się - powtórzył rozgniewany Marcello. - Jesteś królik... Prawdziwy królik. - Nagle wsunął rękę pomiędzy sztachety i złapał przyjaciela za ucho. Roberto miał czerwone i odstające uszy i Marcello nieraz się do nich dobierał, lecz nigdy nie robił tego z taką wściekłością i z taką chęcią zadania mu bólu. - Przyznaj się, że jesteś królik.
- Nie, puść mnie! - zaczął jęczeć jego przyjaciel, skręcając się cały. - Ojej, ojej!
- Przyznaj się, że jesteś królik.
- Nie, puść mnie.
- Przyznaj się, że jesteś królik.
Gorące, spocone ucho Roberta paliło mu dłoń; w niebieskich oczach ofiary ukazały się łzy.
- No dobrze, jestem królik - wybełkotał Roberto i Marcello puścił go od razu. Roberto odskoczył od sztachet i odbiegając, zawołał: - Nie jestem królik... Kiedy to mówiłem, myślałem sobie: nie jestem królik... Dałeś się okpić! - Znikł, a jego szyderczy i płaczliwy głos rozpłynął się w gęstwinie drzew przyległego ogrodu.
Pozostało mu po tej rozmowie uczucie głębokiej rozterki. Roberto nie solidaryzował się z nim i wobec tego on nie uzyskał rozgrzeszenia, którego tak pragnął i które łączył z ową solidarnością. Tak więc nie pozbył się piętna anormalności, ale przedtem jeszcze okazał Robertowi, jak bardzo mu na tym zależało, żeby się z niej wyzwolić, i w uniesieniu, z czego doskonale zdawał sobie sprawę, uciekł się do kłamstwa i przemocy. Teraz wstydził się i robił sobie wyrzuty nie tylko z powodu zabicia jaszczurek, lecz także dlatego, że chcąc zrobić z Roberta swojego wspólnika, kłamał, nie podając prawdziwych przyczyn swojego postępowania, i zdradził się wybuchem złości, kiedy chwycił go za ucho. Do pierwszego przewinienia dołączało się drugie i nie mógł w żaden sposób wyplątać się ani z jednego, ani z drugiego.
Raz po raz wśród tych gorzkich rozważań powracał myślą do pogromu jaszczurek, niemal w nadziei, że okaże się to czymś niewinnym, ot, zdarzeniem jak każde inne. Jednak natychmiast uświadamiał sobie, że chciałby, aby jaszczurki nie były martwe, a zarazem odżywało w nim uczucie podniecenia i niemal fizycznego niepokoju (zabarwionego odrobiną przyjemności, a więc tym bardziej odpychające), którego doznawał podczas polowania. Było ono tak silne, że zaczynał wątpić, czy w najbliższych dniach potrafi oprzeć się pokusie nowego pogromu. Ta myśl zdruzgotała go: był anormalny i nie dość że nie mógł zwalczyć tego zboczenia, to w dodatku nie umiał nawet nad nim zapanować. Siedział właśnie w swoim pokoju przy stole, nad otwartą książką, oczekując na kolację. Zerwał się z krzesła, podszedł do łóżka i klękając na dywaniku, gdzie zazwyczaj odmawiał pacierz, złożył ręce i powiedział głośno, tonem, który wydał mu się szczery:
- Przysięgam przed Bogiem, że nie tknę już nigdy ani kwiatów, ani roślin, ani jaszczurek.
Niemniej potrzeba rozgrzeszenia, która kazała mu szukać wspólnika w Robercie, trwała nadal, chociaż zmieniła się teraz w potrzebę samooskarżenia. Roberto, stając przy jego boku, mógłby go uwolnić od wyrzutów sumienia, nie miał jednak aż takiego autorytetu, by zawyrokować, że są one słuszne, i uporządkować chaos w głowie Marcella bezapelacyjnym orzeczeniem. Był dzieckiem, tak samo jak on, odpowiednim na wspólnika, lecz nienadającym się na sędziego. Ale Roberto, aby uzasadnić wstręt, powołał się na autorytet swojej matki. Marcello postanowił także zwrócić się do matki. Tylko ona jedna mogła go potępić albo uniewinnić, a w każdym razie zaszeregować jego czyn do jakiejś określonej kategorii. Marcello, znając swoją matkę, rozumował teoretycznie, jak gdyby zwracał się do idealnej matki, jaką powinna być, a nie do takiej, jaką była. W rzeczywistości nie wierzył, żeby jego apel przyniósł zadowalające rozwiązanie. Ale tak czy owak, miał tylko tę matkę, a poza tym odruch, by szukać u niej ratunku, był silniejszy od wszelkich wątpliwości.
Marcello czekał na moment, kiedy będzie już leżał w łóżku i matka przyjdzie do jego pokoju powiedzieć mu dobranoc. Była to jedna z rzadkich chwil, kiedy mógł być z nią sam na sam: posiłki i nieliczne wspólne spacery odbywały się zazwyczaj w towarzystwie ojca. Marcello, chociaż instynktownie nie miał wielkiego zaufania do matki, kochał ją, a może raczej podziwiał w sposób nieokreślony, jak podziwia się starszą siostrę, która ma dziwaczne i kapryśne usposobienie. Matka Marcella wyszła za mąż bardzo młodo i pozostała dziewczątkiem psychicznie, a nawet i fizycznie. Poza tym, chociaż syn był jej raczej obojętny i zajmowała się nim mało z powodu licznych obowiązków towarzyskich, trzymała go w ciasnym kręgu swojego życia. Tak więc Marcello wyrósł w nieustannym rozgardiaszu jej nagłych wyjazdów na wizyty i powrotów do domu, przymierzanych i odrzucanych sukien, nieskończenie długich i czczych rozmów przez telefon, kłótni z krawcami i dostawcami, ciągłych zmian humoru z byle powodu. Marcello mógł o każdej porze wchodzić do pokoju matki, gdzie niezauważony przez nikogo, obserwował z ciekawością jej osobiste życie, w którym nie było dla niego miejsca. W matce od czasu do czasu budziły się wyrzuty i otrząsała się z odrętwienia, postanawiając poświęcić się synowi; zabierała go wtedy z sobą do krawcowej albo do modystki. Przy takich okazjach, podczas gdy matka przymierzała suknie i kapelusze, Marcello musiał wysiadywać całymi godzinami na taborecie i tęsknił niemal za swoim codziennym życiem, pełnym zgiełku i obojętności.
Tego wieczoru zrozumiał od razu, że matka spieszy się jeszcze bardziej niż zazwyczaj; rzeczywiście, zanim zdążył przezwyciężyć swoją nieśmiałość, ona już odwróciła się do niego plecami i szła przez ciemny pokój ku przymkniętym drzwiom. Marcello nie zamierzał jednak czekać dłużej na wyrok, który tak pragnął usłyszeć. Siadając na łóżku, zawołał głośno:
- Mamusiu!
Zobaczył, że obejrzała się na progu, ruchem prawie niechętnym.
- Czego chcesz, Marcello? - zapytała, podchodząc znów do łóżka.
Stała teraz tuż obok niego, pod światło, biała i wysmukła w czarnej, wydekoltowanej sukni. Delikatna, blada twarz okolona czarnymi włosami znajdowała się w mroku, lecz pomimo to Marcello dostrzegł na niej wyraz niezadowolenia i niecierpliwości. Nie mogąc jednak oprzeć się odruchowi, oświadczył:
- Mamusiu, muszę ci coś powiedzieć.
- Dobrze, Marcello, tylko prędko... mamusia musi wyjść... tatuś czeka. - I podniosła ręce, poprawiając na karku zamek naszyjnika.
Marcello chciał oznajmić matce o pogromie jaszczurek i zapytać ją, czy źle zrobił. Niemniej matczyny pośpiech skłonił go do zmiany zamiaru, a raczej do przerobienia zdania, które już przygotował w myśli. Jaszczurki wydały mu się nagle stworzeniami zbyt małymi i nieznacznymi, żeby mogły przykuć uwagę tak roztargnionej osoby. W rezultacie sam nie wiedząc dlaczego, wymyślił na poczekaniu kłamstwo, wyolbrzymiając swoją zbrodnię. Miał nadzieję, że ogrom winy poruszy matkę, której wrażliwość - wyczuwał to instynktownie - była przytępiona i ograniczona. Powiedział z taką pewnością, że sam był tym zdumiony:
- Mamusiu, zabiłem kota.
W tym momencie matce udało się wreszcie uchwycić dwa końce zameczka. Trzymając dłonie na karku, opierając podbródek o pierś, patrzała w ziemię i niecierpliwie stukała raz po raz obcasem o podłogę.
- Ach tak... - powiedziała bez odrobiny zrozumienia, obojętnym tonem, jak gdyby całkowicie pochłonięta swoim zajęciem.
- Zabiłem go z procy - dorzucił niepewnie Marcello.
Zobaczył, że matka niechętnie potrząsnęła głową i oderwała dłonie od karku, trzymając w jednej z nich naszyjnik, którego nie udało się jej zapiąć.
- Ten przeklęty zamek! - zawołała ze złością. - Marcello, pokaż, co umiesz, pomóż mi zapiąć naszyjnik. - Usiadła bokiem na łóżku, odwrócona plecami do syna, dodając niecierpliwie: - Tylko uważaj, żebyś zatrzasnął zameczek... bo inaczej znowu się otworzy.
Mówiąc to, nadstawiała mu plecy, szczupłe, obnażone po pas, białe jak papier w świetle padającym od drzwi. Wąskie dłonie o spiczastych, szkarłatnych paznokciach podtrzymywały naszyjnik na delikatnym karku, ocienionym falującymi włosami. Marcello powiedział sobie, że po umocowaniu naszyjnika matka wysłucha go z większą cierpliwością. Pochylając się, ujął oba jego końce i jednym ruchem zatrzasnął zameczek. Wtedy matka poderwała się od razu i musnąwszy go ustami po policzku, powiedziała:
- Dziękuję... a teraz śpij, dobranoc. - I zanim Marcello zdążył przywołać ją gestem lub okrzykiem, zniknęła.
Nazajutrz było gorąco i pochmurno. Marcello siedział w milczeniu przy stole między milczącymi rodzicami, a gdy skończył jeść, ześliznął się z krzesła na podłogę i wyszedł przez balkonowe drzwi do ogrodu. Jak zwykle po jedzeniu doznawał niemiłego uczucia ociężałości i zmysłowego rozleniwienia. Stąpając cicho, prawie na palcach, po chrzęszczącym żwirze, w cieniu drzew rojącym się od owadów, podszedł do furtki i wyjrzał na zewnątrz. Ukazała mu się dobrze znana ulica, biegnąca lekko w dół, wysadzana po obu stronach drzewami pieprzowymi o zieleni puszystej i niemal mlecznej, pusta o tej porze i dziwnie ciemna, bo po niebie przewalały się niskie, czarne chmury. Naprzeciw widać było sztachety, ogrody i wille podobne do jego domu. Marcello przez chwilę uważnie obserwował ulicę, po czym odsunął się od sztachet, wyciągnął z kieszeni procę i pochylił się. W drobniutkim żwirze widniały gdzieniegdzie większe białe kamyki. Marcello podniósł jeden z nich wielkości włoskiego orzecha, wsunął go w skórzany krążek procy i zaczął spacerować wzdłuż ogrodzenia dzielącego jego ogród od ogrodu Roberta. Uważał, a raczej wyczuwał, że jest na wojennej stopie z Robertem, że musi czujnie strzec bluszczu pokrywającego mur graniczny, a przy najlżejszym ruchu dać ognia, czyli wystrzelić kamień, który ściskał w procy. W tej zabawie wyładowywał swoją urazę do Roberta za to, że nie chciał uczestniczyć w zabijaniu jaszczurek, a jednocześnie swój okrutny, wojowniczy instynkt, który pchnął go do tej rzezi. Oczywiście Marcello doskonale wiedział, że Roberto zawsze sypia o tej porze i nie szpieguje go poprzez gęstwinę bluszczu. Niemniej mimo tej wiedzy działał poważnie i konsekwentnie, jak gdyby był pewny, że Roberto stoi na czatach. Olbrzymi, stary bluszcz sięgał aż po czubki sztachet i liście leżące jedne na drugich, duże, czarne, zakurzone, podobne do koronkowych falbanek na kobiecym biuście, zwisały nieruchome i wiotkie w ciężkim i dusznym powietrzu. Kilkakrotnie zdawało mu się, że leciuteńko zadrżały, a właściwie wmawiał sobie, że widział to drgnięcie, i wtedy zuchwale, z głębokim zadowoleniem wypuszczał kamień w gąszcz zieleni.
Natychmiast po strzale szybko się schylał, podnosił następny kamień i przybierał ponownie bojową postawę, szeroko rozstawiając nogi, wyciągając ręce przed siebie i napinając procę. Nigdy nic nie wiadomo: Roberto mógł stać za ścianą, gotów do strzału, i w dodatku mając nad nim tę przewagę, że był ukryty, podczas gdy on znajdował się na odsłoniętym terenie. Bawiąc się w ten sposób, dotarł do końca ogrodu, gdzie przedtem wyciął okienko w zasłonie bluszczu. Tam zatrzymał się, uważnie wpatrzony w ogrodzenie. W jego fantazji dom stał się zamkiem, ukryte pod bluszczem sztachety warownymi murami, a dziura - niebezpiecznym wyłomem, przez który łatwo się przedrzeć. Nagle, tym razem bez żadnej wątpliwości, zobaczył, że liście poruszają się od prawej strony ku lewej, drżąc i kołysząc się lekko. Tak, był tego pewien, liście chwiały się, a więc ktoś musiał nimi poruszać. W jednej chwili przemknęło mu przez myśl, że Roberta tam nie ma, że to tylko zabawa, a w takim razie może wypuścić kamień z procy. Pomyślał też, że Roberto tam stoi i że nie wolno mu strzelać, jeśli nie chce go zabić. Potem powziął nagłą, nieprzemyślaną decyzję, naciągnął gumę i wypuścił kamień w gąszcz liści. Nie poprzestał na tym: schylił się, gorączkowo wsadził drugi kamień w procę, strzelił, wziął trzeci i strzelił znowu. Prysnęły jego obawy i skrupuły i nic go nie obchodziło, czy Roberto tam jest, czy go nie ma; odczuwał wyłącznie podniecenie, radosne i wojownicze. W końcu zdyszany, gdy już podziurawił w wielu miejscach ścianę bluszczu, rzucił na ziemię procę i wdrapał się na ogrodzenie. Jego przewidywania i nadzieje sprawdziły się, Roberta tam nie było. Niemniej rzadkie sztachety pozwalały wsunąć głowę do sąsiedniego ogrodu. Pchnięty niewytłumaczoną ciekawością, zajrzał tam i popatrzył w dół.
Od strony ogrodu Roberta nie było bluszczu, lecz grządka wysadzana irysami, biegnąca między płotem i wysypaną żwirem alejką. Tam na dole, pod murem, wśród białych i fioletowych irysów, Marcello zobaczył leżącego na boku dużego, szarego kota. Ogarnął go nieprzytomny lęk, zabrakło mu tchu; rzuciła mu się w oczy nienaturalna pozycja zwierzęcia; leżało z wyciągniętymi bezwładnymi nogami, z pyszczkiem wetkniętym w ziemię. Gęsta sierść szaroniebieskiego koloru była lekko zjeżona i potargana, a zarazem sztywna jak pióra nieżywych ptaków, które Marcello obserwował niegdyś na marmurowym blacie kuchennego stołu.
Z coraz większym przerażeniem Marcello zeskoczył na ziemię, wyciągnął z krzaku różanego podpórkę, wszedł znów na ogrodzenie i przełożywszy rękę przez sztachety, trącił kota w bok uwalanym ziemią końcem tyczki. Jednak zwierzę nawet nie drgnęło. Nagle irysy o długich zielonych łodygach z białymi i fioletowymi kielichami, chylącymi się nad szarym, nieruchomym ciałem, przypomniały mu żałobne kwiaty, rozłożone litościwą ręką wokół nieboszczyka. Rzucił tyczkę i nie myśląc o tym, by zatkać otwór w bluszczu, zeskoczył na ziemię.
Opanowały go przeróżne lęki. W pierwszym odruchu chciał biec do domu i skryć się w szafie, w jakimś schowku, gdziekolwiek, gdzie mógłby się zamknąć w ciemności, żeby uciec przed sobą samym. Lęk dręczył go przede wszystkim dlatego, że zabił kota, lecz może jeszcze bardziej przerażała go myśl, że poprzedniego wieczoru przyznał się matce do zabicia kota. Był to nieomylny znak, że jego przeznaczeniem kierowały tajemne wyroki losu, pchając go do okrucieństwa i zabójstwa. Ale silniejsza od lęku, jaki budziła w nim śmierć kota i znamienna przepowiednia tej śmierci, była groza ogarniająca go na myśl, że zabijając kota, w rzeczywistości chciał i zamierzał zabić Roberta. Tylko przypadek sprawił, że śmierć spotkała kota, a nie przyjaciela. Przypadek niepozbawiony jednak znaczenia, bo nie mógł już wątpić, że robi w okrucieństwie szybkie postępy: od kwiatów do jaszczurek, od jaszczurek do kota, od kota do zabójstwa Roberta, zabójstwa planowanego i przemyślanego, niedokonanego wprawdzie, lecz nadal możliwego i kto wie, czy nieuniknionego. Był więc anormalny i nie mógł o tym nie myśleć. Co więcej, dotkliwie i z pełną świadomością odczuwał swoją anormalność pełną grozy, skazującą go na samotność i wprowadzającą na krwawą drogę, z której nie było już odwrotu. Bijąc się z tymi myślami, krążył niespokojnie po ciasnej przestrzeni między domem a ogrodzeniem, podnosząc od czasu do czasu oczy na okna willi, niemal oczekując, aż w którymś z nich ukaże się zalotna sylwetka jego roztargnionej matki. Jeśli kiedykolwiek mógł się po niej czegoś spodziewać, to teraz na pewno nie potrafiłaby już nic dla niego zrobić. Z nagłą nadzieją pobiegł znów w głąb ogrodu, wspiął się na kamień i wyjrzał przez sztachety. Łudził się niemal, że w miejscu, gdzie przedtem widział nieruchomego kota, zobaczy pustkę. Ale kot nie zniknął: leżał tam nadal szary, martwy pośrodku żałobnego wieńca białych i fioletowych irysów. Potwierdzeniem śmierci w jej makabrycznej wizji rozkładu był czarny szereg mrówek sunących z alejki na grządkę i rojących się na oczach i pysku zwierzęcia. Marcello patrzył i nagle, jakby w halucynacji, wydawało mu się, że zamiast kota widzi Roberta, który leży nieruchomo wśród irysów, a mrówki biegają mu po zasnutych mgłą oczach i wpółotwartych ustach. Z dreszczem odrazy otrząsnął się z tych straszliwych wyobrażeń i skoczył w dół. Tym razem jednak starannie zasłonił otwór w bluszczu. Teraz bowiem do żalu i lęku przed sobą samym dołączył się strach, że go przyłapią i ukarzą.
Niemniej chociaż bał się tego, równocześnie pragnął, by wszystko się wydało i by go ukarano; choćby dlatego, że wówczas przestałby się staczać ku przepaści, na której dnie - jak mu się wydawało - czekała go zbrodnia. Jednak odkąd pamiętał, rodzice nigdy go nie karali. Wyczuwał niejasno, że nie robili tego raczej przez obojętność niż dlatego, że ich zasady wychowawcze odrzucały karę. Tak więc sprawiało mu cierpienie nie tylko to, iż podejrzewał siebie o popełnienie zbrodni, ale również to, że nie wiedział, do kogo się zwrócić, i nawet nie miał pojęcia, jaka go może spotkać kara. Marcello w pewnym stopniu zdawał sobie sprawę, że ten sam mechanizm, który kazał mu wyznać winę przed Robertem (w złudnej nadziei odkrycia, że to nie wina, lecz rzecz powszechna, popełniana przez wszystkich ludzi), skłaniał go teraz do wyjawienia swojego postępku rodzicom. Tym razem jednak było o tyle inaczej, że pragnął usłyszeć od nich słowa nagany, chciał, by potępili jego straszliwą zbrodnię i wymierzyli mu odpowiednią karę. Niewiele go obchodziło, że w pierwszym wypadku rozgrzeszenie ze strony Roberta pozwoliłoby mu nadal ulegać swoim popędom, natomiast w drugim spowiedź przed rodzicami ściągnęłaby na niego surową karę. Rozumiał, że w obu wypadkach pragnął za wszelką cenę, jakimkolwiek sposobem, wyrwać się z przerażającej samotności, na którą skazywała go jego anormalność.
Może zdecydowałby się przyznać przed rodzicami do zabicia kota, gdyby tego samego wieczora, przy kolacji, nie odniósł wrażenia, że oni już wiedzą o wszystkim. Istotnie, gdy tylko usiadł przy stole, zauważył ze strachem i zarazem nie bez uczucia ulgi, że ojciec i matka są w złym humorze i jakoś wrogo do niego nastawieni. Matka siedziała wyprostowana, z wyrazem przesadnej dumy na dziecinnej twarzy, ze spuszczonymi oczami, w ostentacyjnie pogardliwym milczeniu. Naprzeciw niej ojciec okazywał w inny, lecz nie mniej wymowny sposób swój zły humor. Ojciec Marcella był o wiele starszy od jego matki i wskutek tego chłopiec odniósł dziwne wrażenie, że matka dzieli z nim dzieciństwo, jak gdyby nie była jego matką, lecz siostrą. Ojciec był chudy, twarz miał suchą, pomarszczoną, rzadko rozjaśnianą urywanymi wybuchami niewesołego śmiechu, twarz, której dwie cechy szczególne były niewątpliwie powiązane z sobą: pozbawiony wyrazu, niemal kamienny błysk wypukłych źrenic oraz nerwowe drganie jakiegoś nerwu pod naciągniętą skórą policzka. Może po długich latach spędzonych w wojsku pozostało mu zamiłowanie do powściągliwości w ruchach i zachowaniu. Marcello wiedział jednak, że kiedy ojciec był rozgniewany, umiar i powściągliwość stawały się aż przesadne, maskując dziwną gwałtowność, tłumioną i wyrafinowaną, która nadawała szczególne znaczenie najpospolitszym gestom. Tak więc tego wieczoru przy stole Marcello zauważył od razu, że ojciec podkreślał dobitnie nic nieznaczące, codzienne czynności, jak gdyby chciał zwrócić na nie ogólną uwagę. Brał na przykład kieliszek, pociągał łyk i odstawiał go na miejsce, mocno stukając w stół; szukał solniczki, sięgał po szczyptę soli i ze stukiem odstawiał także solniczkę; chwytał chleb, łamał go i odkładał, uderzając nim o stół. Albo, jakby ogarnięty nagłą manią symetrii, z hałasem ustawiał między sztućcami talerz, tak by nóż, widelec i łyżka stykały się ze sobą pod kątem prostym. Gdyby Marcello nie był taki przejęty swoją winą, szybko by się zorientował, że te odruchy, pełne znamiennej i patetycznej energii, zwrócone były nie przeciwko niemu, ale przeciwko jego matce. Rzeczywiście matka przy każdym stuknięciu podkreślała swoją pełną godności postawę pobłażliwymi westchnieniami i podnosiła brwi z wyrazem rezygnacji. Niemniej Marcello, zaślepiony niepokojem, był pewien, że rodzice o wszystkim wiedzą: Roberto, ten królik, na pewno poskarżył się na niego. Pragnął kary, lecz teraz, na widok rozjątrzonych rodziców, ogarnął go nagły lęk przed ojcem, który był popędliwy w takich wypadkach. O ile matka okazywała uczucia sporadycznie, przypadkowo i dyktowała je raczej skrucha niż miłość macierzyńska, o tyle surowość ojca była zawsze nagła, niesprawiedliwa i przesadna. Wypływała nie tyle z intencji wychowawczych, ile z chęci powetowania długich okresów obojętności. Przy okazji skarg matki albo kucharki ojciec przypominał sobie nagle, że ma syna, wrzeszczał, szalał, bił go. Marcello bał się przede wszystkim bicia, bo ojciec nosił na małym palcu pierścień w masywnej oprawie, która w takich momentach nie wiadomo dlaczego znajdowała się zawsze po wewnętrznej stronie dłoni, tak więc siarczyste policzki były nie tylko upokarzające, ale połączone z dotkliwym bólem. Marcello podejrzewał, że ojciec naumyślnie przekręca ten pierścień na palcu, lecz nie był tego pewny.
Onieśmielony, wystraszony, starał się wymyślić naprędce jakieś wiarogodne kłamstwo: to nie on zabił kota, ale Roberto; kot znajdował się przecież w ogrodzie Roberta, jakim więc sposobem mógłby go zabić poprzez płot porośnięty bluszczem? Potem nagle przypomniał sobie, że poprzedniego wieczoru powiedział matce o zabiciu kota, czego rzeczywiście dokonał dzień później, i zrozumiał, że nie może się uciec do kłamstwa. Matka, chociaż roztargniona, powtórzyła na pewno jego wyznanie ojcu, a ten powiązał to wyznanie z oskarżeniem Roberta; tak więc nie istniała żadna możliwość odwołania. Na tę myśl, przeskakując z jednego nastroju w drugi, wręcz przeciwny, znowu zapragnął kary, byle tylko nastąpiła szybko i była decydująca. Jakiej? Przypomniał sobie, że Roberto wspominał pewnego razu o internatach, w których rodzice umieszczają za karę trudne dzieci, i ze zdziwieniem stwierdził, że życzy sobie gorąco, by ukarano go w ten sposób. Nie uświadamiał sobie, że pragnie tego, ponieważ zmęczyło go nieuregulowane i pozbawione ciepła życie w domu rodzinnym. Nie tylko więc nęciło go to, co rodzice uważaliby za karę, lecz oszukiwał sam siebie i swoją potrzebę odkupienia winy, kalkulując sprytnie, że w ten sposób uspokoi swoje sumienie i zarazem polepszy sobie warunki. Ta myśl podsunęła mu natychmiast obrazy, które powinny być zniechęcające, a tymczasem wydały mu się miłe: surowy, zimny, szary gmach z zakratowanymi oknami, lodowate sale, niczym nieozdobione, z rzędami łóżek stojących pod białymi, wysokimi ścianami, skromne klasy, pełne ławek, z widniejącą w głębi katedrą, nagie korytarze, ciemne schody, ciężkie drzwi, bramy zamknięte na cztery spusty, słowem, wszystko jak w więzieniu, a jednak wszystko to było lepsze od niepewnej, przygnębiającej, nieznośnej wolności w ojcowskim domu. Nawet wizja chłopców z domu poprawczego, których widywał na ulicy ubranych w pasiaste mundurki, ostrzyżonych do gołej skóry, maszerujących w szeregach, nawet ta upokarzająca i prawie odpychająca wizja zdawała mu się miła w jego obecnym rozpaczliwym dążeniu do uporządkowanego i normalnego życia, bez względu na to, jak miałoby wyglądać.
Puszczając wodze wyobraźni, nie patrzył już na ojca, ale na oślepiającą biel obrusa, na który raz po raz spadały nocne owady, wlatujące przez okno i odbijające się od abażuru lampy. Potem podniósł oczy w samą porę, żeby zobaczyć na parapecie okna, za plecami ojca, sylwetkę kota. Zanim zdążył zobaczyć, jakiego jest koloru, kot zeskoczył, przemknął przez jadalnię i znikł za kuchennymi drzwiami. Serce wezbrało mu nadzieją, chociaż nie miał pewności, czy to ten sam kot, którego widział przed kilku godzinami leżącego nieruchomo wśród irysów w ogrodzie Roberta. Niemniej ta nadzieja uszczęśliwiła go, oznaczała bowiem, że pomimo wszystko bardziej mu zależało na życiu kota niż na własnym losie.
- Kot! - zawołał głośno, po czym rzucając serwetkę na stół i spuszczając jedną nogę z krzesła, zapytał: - Tatusiu, już zjadłem, czy mogę wstać?
- Masz siedzieć na swoim miejscu - odrzekł ojciec groźnym głosem.
Onieśmielony Marcello spróbował jeszcze powiedzieć:
- Przecież kot żyje...
- Powiedziałem ci już, że masz siedzieć na swoim miejscu - odpalił ojciec. I jak gdyby słowa Marcella przerwały także jego długie milczenie, zwrócił się do żony: - No więc powiedz coś, mów.
- Nie mam nic do powiedzenia - odpowiedziała z ostentacyjną godnością, spuszczając oczy i pogardliwie wydymając usta. Była w stroju wieczorowym, w czarnej, wydekoltowanej sukni. Marcello spostrzegł, że ściska w chudych palcach małą chusteczkę, którą często podnosiła do nosa, natomiast drugą ręką chwytała i opuszczała na stół kawałek chleba, lecz nie palcami, tylko czubkami paznokci, jak ptak.
- Powiedzże w końcu, co masz do powiedzenia... mów... u diabła!
- Tobie nie mam nic do powiedzenia.
Marcello dopiero zaczynał pojmować, co jest przyczyną złego humoru rodziców, kiedy wypadki potoczyły się jak lawina. Ojciec powtórzył jeszcze raz:
- Mów, na Boga!
Jedyną odpowiedzią matki było wzruszenie ramion: wtedy ojciec chwycił stojący przed talerzem kieliszek i krzycząc głośno: - Będziesz mówiła czy nie? - gwałtownie uderzył nim o stół. Kieliszek stłukł się, ojciec, miotając przekleństwa, podniósł skaleczoną dłoń do ust, a przerażona matka zerwała się od stołu i szybkim krokiem ruszyła ku drzwiom. Ojciec wysysał krew z dłoni niemal z upojeniem, unosząc brwi wysoko do góry, lecz gdy zobaczył, że żona wychodzi, przerwał to zajęcie i zawołał:
- Zabraniam ci wychodzić, rozumiesz?! - Zamiast odpowiedzi rozległo się głośne trzaśnięcie drzwiami.
Ojciec wstał i także rzucił się do drzwi. Marcello, podniecony tą gwałtowną sceną, poszedł za nim.
Ojciec wstępował już na schody, z ręką na poręczy, na pozór spokojnie i bez pośpiechu, lecz gdy Marcello znalazł się za nim, zobaczył, że ojciec przeskakuje po dwa stopnie naraz, niemal bezszelestnie wznosząc się coraz wyżej, i ani przez chwilę nie miał wątpliwości, że ten jego miarowy, groźny krok był następstwem ucieczki matki, która wyprzedziła ojca, wbiegając w popłochu na schody drobnymi kroczkami, miała bowiem ruchy skrępowane wąską spódnicą, "Teraz on ją zabije" - pomyślał, idąc za ojcem. Na górze matka wpadła do swojego pokoju, jednak nie tak szybko, by ojciec nie zdążył wśliznąć się za nią przez niedomknięte drzwi. Marcello widział to wszystko, idąc po schodach. Nie mógł ani przeskakiwać stopni jak ojciec, ani biec tak szybkim truchcikiem jak matka, ponieważ nie pozwalały mu na to jego krótkie dziecinne nogi. Gdy znalazł się na podeście, uderzyła go nagła cisza, która nastąpiła po hałaśliwym pościgu. Drzwi od pokoju matki pozostały otwarte. Marcello z wahaniem stanął na progu.
Najpierw w półmroku rzuciły mu się w oczy tylko białe, lekkie niczym mgiełka firanki w oknach, znajdujących się po obydwu stronach szerokiego niskiego łóżka, które w przeciągu podfruwały wysoko do góry, prawie dotykając lampy na suficie. Te bezszelestnie powiewające firanki, bielejące w ciemnym pokoju, wywierały wrażenie przeraźliwej pustki, jak gdyby rodzice ulecieli przez otwarte okna w letnią noc. Potem w smudze światła, biegnącej od korytarza aż do łóżka, dostrzegł wreszcie rodziców. A raczej tylko ojca, jego plecy, za którymi matka była prawie niewidoczna; w półmroku majaczyły jedynie jej rozrzucone na poduszce włosy i ręka wzniesiona ku poręczy łóżka. Usiłowała konwulsyjnie, ale bezskutecznie uchwycić się poręczy, tymczasem ojciec, przygniatając ją swoim ciężarem, poruszał rękami, jak gdyby chciał ją udusić. Marcello, przekonany o tym, pomyślał: "Morduje ją". W tym momencie ogarnęło go dziwne, okrutne i burzliwe podniecenie, a zarazem silna pokusa, żeby włączyć się do walki, sam jednak nie wiedział, czy chce pomóc ojcu, czy też bronić matki. A przy tym prawie uśmiechała mu się nadzieja, że ta zbrodnia, o tyle cięższa, przekreśli jego zbrodnię: czymże bowiem było zabicie kota w porównaniu z zabiciem kobiety? Niemniej w tej samej chwili, kiedy przełamał wahanie i porwany gwałtownością tych zmagań postąpił krok naprzód, dał się słyszeć szept matki, bynajmniej niezduszony, a nawet niemal pieszczotliwy: - Puść mnie... - i wbrew tej prośbie jej uniesiona ręka, która do tej pory próbowała uchwycić poręcz łóżka, opadła i objęła męża za szyję. Marcello zdumiony i prawie zawiedziony cofnął się i wyszedł na korytarz.
Zszedł po cichu ze schodów, starając się nie robić hałasu, i podreptał w stronę kuchni. Teraz znowu paliła go ciekawość. Może kot zeskakujący z parapetu to ten sam, którego zabójstwo przysporzyło mu tyle zmartwienia? Gdy otworzył kuchenne drzwi, ukazał mu się spokojny obraz domowego zacisza: stara kucharka i młoda pokojówka jadły kolację przy marmurowym stoliku, w białej kuchni, między elektrycznym piecem i lodówką. Na podłodze pod oknem kot chłeptał różowym języczkiem mleko z miseczki. Zauważył jednak od razu, ogromnie rozczarowany, że nie był to szary kot, lecz prążkowany, wcale do tamtego niepodobny.
Nie wiedząc, jak usprawiedliwić swoją obecność w kuchni, podszedł do kota i pogłaskał go po grzbiecie. Kot zaczął mruczeć, nie przestając wylizywać mleka. Kucharka wstała i poszła zamknąć drzwi. Potem otworzyła lodówkę, wyjęła z niej kawałek ciasta na talerzu, postawiła je na stole i przysuwając krzesło, powiedziała do Marcella:
- Chcesz zjeść resztę wczorajszego deseru? Odłożyłam specjalnie dla ciebie.
Marcello bez słowa zostawił kota, usiadł i zaczął jeść deser. Pokojówka powiedziała:
- Nie mogę tego zrozumieć... Mają tyle czasu przez cały dzień, mają tyle miejsca w domu i muszą się kłócić właśnie przy stole, w obecności dziecka.
Kucharka odrzekła sentencjonalnie:
- Kto nie ma ochoty zajmować się dziećmi, to lepiej, by nie wydawał ich na świat.
Pokojówka po chwili milczenia wtrąciła:
- On jest taki stary, że mógłby być jej ojcem... Nic dziwnego, że nie zgadzają się z sobą.
- Gdyby szło tylko o to... - powiedziała kucharka, spoglądając przenikliwie w stronę Marcella.
- Poza tym - ciągnęła dalej pokojówka - według mnie on nie jest normalny.
Na to słowo Marcello, chociaż w dalszym ciągu jadł powoli deser, nadstawił ucha.
- Ona myśli to samo co ja - mówiła dalej pokojówka. - Wiesz, co mi powiedziała wczoraj, kiedy wieczorem pomagałam się jej rozbierać? "Giacomino, mój mąż mnie zabije, jak nie dziś, to jutro...". A ja jej odpowiedziałam: "To na co pani czeka, żeby go rzucić?". A ona...
- Psst - przerwała jej kucharka, wskazując na Marcella. Pokojówka zrozumiała i zapytała chłopca:
- Gdzie są tatuś i mamusia?
- W pokoju na górze - odrzekł Marcello. Potem nagle, jak gdyby kierowany nieprzezwyciężonym odruchem, dodał: - To prawda, że tatuś nie jest normalny. Wiecie, co zrobił?
- Co?
- Zabił kota - powiedział Marcello.
- Kota? A jak?
- Z mojej procy... Widziałem go w ogrodzie, jak szedł za szarym kotem, który spacerował po ogrodzeniu... Potem wziął kamień i strzelił do kota, i trafił go w ucho... Kot upadł w ogrodzie Roberta. Potem poszedłem zobaczyć i zobaczyłem, że zdechł. - Zapalał się w miarę opowiadania, nie zatracając jednak tonu niewiniątka, opowiadającego ze świętą naiwnością o okropnościach, których był przypadkowym świadkiem.
- No, pomyśleć tylko - zawołała służąca, składając ręce - że mężczyzna w tym wieku, pan... zabiera procę dziecku i zabija kota... A potem nie wolno mówić, że jest anormalny.
- Kto krzywdzi zwierzęta, krzywdzi także ludzi - rzekła kucharka. - Zaczyna się od kota, a potem zabija się człowieka.
- Dlaczego? - zapytał nagle Marcello, podnosząc oczy znad talerza.
- Tak się mówi - odpowiedziała kucharka, głaszcząc go. - Chociaż - dodała, zwracając się do pokojówki - to się nie zawsze sprawdza... Ten, co zamordował tych ludzi w Pistoi... Czytałam w gazecie... Wiesz, co robi teraz w więzieniu? Hoduje kanarka.
Deser był zjedzony. Marcello wstał i wyszedł z kuchni.