Komedia świąteczna - Victoria Alexander

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

18 grud­nia 1886 roku

- Sądzisz więc, że to do­bry po­mysł - zwróciła się Be­ryl, lady Dun­well, do sio­stry. Wy­raz jej twa­rzy nie zdra­dzał, czy wy­po­wiedź tę należałoby ro­zu­mieć w ka­te­go­riach py­ta­nia, czy ra­czej stwier­dze­nia. Za­wsze było to na­der fru­strujące. Tym bar­dziej, że twarz sio­stry sta­no­wiła lu­strza­ne od­bi­cie jej własnej, a bliźnia­cze ro­dzeństwo po­win­no bez pro­ble­mu od­czy­ty­wać swo­je myśli.

- Prawdę po­wie­dziaw­szy, nie uważam tego za do­bry po­mysł. Do­bry po­mysł to ubrać się sto­sow­nie do po­go­dy. Do­bry po­mysł to zasięgnąć opi­nii o no­wym służącym. Do­bry po­mysł to na przyjęcie za­pro­sić tę samą liczbę ko­biet co mężczyzn. To... - Ca­mil­la, lady Ly­din­gham, na­chy­liła się do sio­stry i spoj­rzała w jej oczy z mocą, która w niej sa­mej stłumiła zalążki wszel­kich wątpli­wości- ... zna­ko­mi­ty po­mysł.

- Po­dej­rze­wam, że tę zna­ko­mi­tość przyj­dzie nam oce­niać podług po­wo­dze­nia tego po­mysłu - stwier­dziła Be­ryl, uważnie przyglądając się sio­strze znad filiżanki.

Od kil­ku mie­sięcy bliźniacz­ki przy­najm­niej raz na dwa ty­go­dnie spo­ty­kały się w stwo­rzo­nej dla płci pięknej her­ba­ciar­ni, która należała do księgar­ni Fen­wick i Sy­no­wie. Właśnie tu lubiły prze­by­wać damy z wyższych sfer. Na­wet te­raz nie­mal wszyst­kie sto­li­ki były zajęte. Ca­mil­la nie była do końca pew­na przy­czyn tej po­pu­lar­ności - sala za­sad­ni­czo ni­czym nie różniła się od in­nych po­miesz­czeń księgar­ni. Na półkach biegnących wzdłuż ścian stały książki, bez ładu i składu. Her­ba­ta i cia­sta były tu wyśmie­ni­te, cho­ciaż aku­rat wyśmie­ni­te nie za­wsze musi ozna­czać mod­ne w to­wa­rzy­stwie. Nie­mniej jed­nak sio­stry z pew­nością aspi­ro­wały do by­cia mod­ny­mi, więc sko­ro w tym miej­scu należało bywać, właśnie tu­taj cha­dzały.

- A wy­da­je mi się, że wie­le rze­czy może pójść źle - ciągnęła Be­ryl. - Strasz­nie źle.

- Bzdu­ra - Ca­mil­la lek­ce­ważąco skwi­to­wała ostrzeżenie sio­stry. - Bar­dzo do­brze to prze­myślałam. To prak­tycz­nie ide­al­ny plan.

- I właśnie nad stroną prak­tyczną po­win­naś się za­sta­no­wić - stwier­dziła cierp­ko Be­ryl.

- Żaden plan nie jest zupełnie ide­al­ny... - Ca­mil­la za­wa­hała się na mo­ment. - Śmiem twier­dzić, że jest tak ide­al­ny, jak to tyl­ko możliwe. Mama i De­li­lah zo­stają na święta w Paryżu u ja­kiejś tam hra­bi­ny i do An­glii wrócą do­pie­ro po No­wym Roku. Stryj Ba­zy­li jest na sa­fa­ri w Afry­ce, a taka eska­pa­da ciągnie się u nie­go całymi mie­siącami. Do­sko­na­le o tym wiesz. To jest mi bar­dzo na rękę, po­nie­waż po­trze­buję te­raz tra­dy­cyj­nej an­giel­skiej ro­dzi­ny świętującej tra­dy­cyj­ne an­giel­skie Boże Na­ro­dze­nie w tra­dy­cyj­nej an­giel­skiej po­siadłości wiej­skiej. - Ca­mil­la wes­tchnęła z miną cier­piętni­cy. - Na­wet jeśli na pierw­szy rzut oka na­sza ro­dzi­na może wy­da­wać się tra­dy­cyj­na, tra­ci jed­nak przy bliższym po­zna­niu.

- Mil­l­worth Ma­nor jest ra­czej tra­dy­cyj­ne - mruknęła pod no­sem Be­ryl.

- I całe szczęście - przy­taknęła Ca­mil­la. - A w tym roku święta w tej tra­dy­cyj­nej wiej­skiej po­siadłości spędzi tra­dy­cyj­na an­giel­ska ro­dzi­na.

Ca­mil­la przy­brała groźny wy­raz twa­rzy.

- Żaden osob­nik nie będzie robił umizgów do mamy w na­dziei, że pod wpływem świątecz­ne­go na­stro­ju wpuści go do swo­jej sy­pial­ni. Żaden lu­bieżny stry­ja­szek nie będzie na­pa­sto­wał nie­win­nych nie­wiast, które na swo­je nieszczęście wpadły mu w oko. Żaden ary­sto­kra­ta na wy­gna­niu­nie będzie opłaki­wał swo­jej oj­czy­zny za czasów, które­prze­minęły i już nie wrócą. Nie będą się też kręcili aspi­rujący li­te­ra­ci, eman­cy­po­wa­ni artyści ani żadne in­dy­wi­dua tego sor­tu, którzy cze­kają tyl­ko, aż mama albo któraś z nas syp­nie im gro­szem.

Be­ryl uniosła brwi.

- Przed­sta­wiasz to, jak­by to był jakiś cyrk.

- Dom mat­ki ma z nim wie­le wspólne­go, zwłasz­cza w święta. Cho­ciaż w cyr­ku pa­nu­je mniej­szy cha­os.- Ca­mil­la ciężko wes­tchnęła i dodała: - Gdy­by byłz nami oj­ciec...

- Ale go nie ma! - ucięła sta­now­czo Be­ryl. - Nie żyje już od dwu­dzie­stu lat i na­wet w Boże Na­ro­dze­nie ni­cze­go nie zmie­ni­my w tej kwe­stii ... - prze­rwała, by za­czerpnąć po­wie­trza. - Sądzę, że to ozna­cza dla cie­bie nie­małykłopot i wy­dat­ki...

- O tak - Ca­mil­la po­ki­wała głową. - Nie miałam pojęcia, że wy­najęcie tru­py ak­torów tyle kosz­tu­je.

- No cóż, nie za­po­mi­naj, że do ob­sa­dze­nia masz wszy-stkich członków ro­dzi­ny. Pomyślmy... - Be­ryl zamyśliła się na chwilę. - Jest am­bit­na i nie­co roz­tar­gnio­na mama, która za­wsze ma do­bre in­ten­cje. Po­tem wi­dzi­my pod­sta­rzałego łaj­da­czynę, do którego nie do­cie­ra fakt, że nie jest już tym cza­rującym ba­wi­dam­kiem co nie­gdyś. Ktoś musi za­grać wiecz­nie wzbu­rzoną i za­dzie­rającą nosa młodszą siostrę... - Be­ryl utkwiła wzrok w bliźniacz­ce. - Wiesz, że De­li­lah nig­dy by tego nie za­apro­bo­wała.

- Och, w ta­kim ra­zie do­sko­na­le się składa, że jest z mamą w Paryżu.

Zarówno Ca­mil­la, jak i Be­ryl nie mogły się na­dzi­wić, ja­kim spo­so­bem ich młod­sza sio­stra od­zna­czała się tak ude­rzającym bra­kiem po­lo­tu oraz do prze­sa­dy nie­na­gan­ny­mi ma­nie­ra­mi. Skąd jej się to wzięło?

- I nie za­po­mi­naj, że poza główny­mi ro­la­mi są też po­sta­cie dru­go­pla­no­we. - Ca­mil­la zaczęła wy­li­czać na pal­cach: - Po­trze­buję lo­ka­ja i zarządcy, ku­char­ki, a do tego całego zastępu po­kojówek i lo­kaj­czyków. Zo­sta­wię jed­nak swoją oso­bistą po­kojówkę.

- A co zro­biłaś ze służącymi mamy? - Be­ryl spoj­rzała na siostrę świ­drującym wzro­kiem. - Co zro­biłaś z Cle­men­tem?

- Nie patrz na mnie tak, jak­bym go uka­tru­piła i za­ko­pała w ogro­dzie. - Ca­mil­la przewróciła ocza­mi. - Sko­ro­na­wet mama rzad­ko przy­jeżdża tu na święta, Cle­ment od kil­ku lat jeździ bo­daj do Wa­lii, do swo­jej ku­zyn­ki i tam spędza Boże Na­ro­dze­nie. To nie­do­rzecz­ność trzy­mać lo­ka­ja w pu­stej po­siadłości. Resz­cie służby dałam wol­ne. Płatne oczy­wiście.

- Oczy­wiście - mruknęła Be­ryl.

- Czy­li ko­lej­ny wy­da­tek. Za­pew­nio­no mnie jed­nak, że większość ak­torów le­piej so­bie ra­dzi z obsługą do­mu­niż z grą na sce­nie. I całe szczęście, bo właśnie tego od nich za­zwy­czaj ocze­kuję.

Tu Ca­mil­la kon­fi­den­cjo­nal­nie zniżyła głos.

- Z tego co zro­zu­miałam, większość z nich do nie­daw­na służyła po do­mach. Te role nie po­win­ny im spra­wić szczególne­go pro­ble­mu.

- Sko­ro znają się na obsłudze domu...

- Nie są ani trochę sławni. Jako ak­to­rzy, ma się ro­zu­mieć. Z jed­nej stro­ny to powód do za­do­wo­le­nia, ale z dru­giej... do nie­po­ko­ju. - Ca­mil­la w zamyśle­niu bębniła pal­ca­mi po sto­le.

- Muszą grać wia­ry­god­nie, ale ab­so­lut­nie nikt nie może ich roz­po­znać. Dla­te­go brak spek­ta­ku­lar­nych suk­cesów to w tym wy­pad­ku ogrom­ny atut.

Be­ryl pa­trzyła na siostrę zdębiała, jak­by nie mogła uwie­rzyć w to, co właśnie usłyszała.

- Tak trud­no o dobrą po­moc.

- Nie za­przeczę. Nie są roz­chwy­ty­wa­ni, więc tym chętniej podjęli się tej... pro­duk­cji. Jeśli można to tak określić. Wpraw­dzie będą mnie spo­ro kosz­to­wa­li, ale gdy­by byli sławni, mu­siałabym im zapłacić o wie­le więcej. - Ca­mil­la uśmiechnęła się z za­do­wo­le­niem.

- No to całe szczęście, że cię na nich stać.

- Tak, to praw­dzi­we błogosławieństwo, że Ha­rold zo­sta­wił mi taką for­tunę.

Ha­rold, wi­ceh­ra­bia Ly­din­gham, był znacz­nie star­szy od Ca­mil­li, a do tego majętny i z wyższych sfer. Dokład­nie wpi­sy­wał się w mo­del ide­al­ne­go męża, który mat­ka za­szcze­piła w umysłach swo­ich trzech córek. Uczy­niła to na tyle sku­tecz­nie, że Be­ryl, Ca­mil­la i De­li­lah właśnie ta­kie par­tie so­bie zna­lazły. W na­grodę zo­stały nie­za­leżnymi fi­nan­so­wo wdo­wa­mi, które były jed­no­cześnie dość młode, aby móc cie­szyć się życiem i miłością, jeśli to aku­rat uważały za sto­sow­ne.

Mimo wszyst­ko Ha­rold był bar­dzo miłym człowie­kiem. Ca­mil­la uważała, że to było praw­dzi­we zrządze­nie losu, że mogła go po­znać. Przez większość swo­je­go małżeństwa byli na­wet jeśli nie szczęśliwi, to przy­najm­niej za­do­wo­le­ni. W ciągu ośmiu lat pożycia Ha­rold nie sta­wiał Ca­mil­li zbyt wygóro­wa­nych wy­ma­gań. Oka­zała się wspa­niałą żoną, która miała do męża na­wet pewną słabość. Do tego stop­nia, że z sza­cun­ku do nie­go przez dwa lata po jego śmier­ci nie wda­wała się w żadne miłost­ki. Na­wet te­raz, czte­ry lata po jego odejściu wciąż w pew­nym sen­sie za nim tęskniła.

- Więc to wszyst­ko tyl­ko po to, żeby przy­po­do­bać się mężczyźnie.

- Nie zwy­czaj­ne­mu mężczyźnie, lecz księciu - wy­niosłym to­nem uściśliła Ca­mil­la. Obie jej sio­stry wpraw­dzie do­brze wyszły za mąż, a dru­gi małżonek Be­ryl zo­sta­nie może kie­dyś pre­mie­rem, ale żadna z jej sióstr nie miała nig­dy do czy­nie­nia z praw­dzi­wym człon­kiem ja­kiej­kol­wiek ro­dzi­ny królew­skiej. - Książę Mikołaj Pru­zin­ski z rodu pa­nującego w króle­stwie... Cóż, za­po­mniałam w ja­kim, ale to jed­no z tych ma­lut­kich państe­wek, których pełno w Eu­ro­pie Środ­ko­wej.

- Prze­cież le­d­wie go znasz.

- Małżeństwo roz­wiąże ten pro­blem.

- Mimo wszyst­ko uważam, że ta two­ja in­try­ga wy­da­je się dość prze­sa­dzo­na.

- Może i tak, ale jest jak naj­bar­dziej war­ta całego tego za­cho­du i pie­niędzy. On ma ogromną for­tunę orazwłasny za­mek. Poza tym jest przy­stoj­ny, no i jest księciem.A to ozna­cza, że ja będę księżną. On uosa­bia wszyst­ko to, o czym za­wsze ma­rzyłam, a dosłownie tyle... - tu­Ca­mil­la zbliżyła kciuk do pal­ca wska­zującego - ...dzie­li go od po­pro­sze­nia mnie o rękę. Wpraw­dzie jesz­cze sięnie oświad­czył, ale po­czy­nił kil­ka alu­zji. Je­stem pew­na, że chce się tyl­ko upew­nić, że na­sza ro­dzi­na jest god­na królew­skie­go rodu.

- Co mu za­mie­rzasz udo­wod­nić, dając mu tra­dy­cyjną an­gielską ro­dzinę i tra­dy­cyjne an­gielskie Boże Na­ro­dze­nie?

- Dokład­nie - przy­taknęła Ca­mil­la.

Be­ryl sięgnęła po im­bryk, żeby dolać so­bie her­ba­ty, a Ca­mil­la, jak na bliźniaczkę przy­stało, w lot zro­zu­miała, że sio­stra chce tym sa­mym zy­skać na cza­sie, by sfor­mułować swoją myśl.

- Moim zda­niem, jeśli rze­czy­wiście za nie­go wyj­dziesz, przyj­dzie mu kie­dyś po­znać mamę, De­li­lah i stry­ja Ba­zy­le­go. Tych praw­dzi­wych, rzecz ja­sna. Na przykład na ślu­bie. Wzięłaś to pod uwagę?

- Przy­znaję, że nie wszyst­kie szczegóły jesz­cze do­pra­co­wałam, ale za­mie­rzam to uczy­nić - Ca­mil­la zbyła nie­pokój sio­stry. - Te­raz uwagę należy przede wszyst­kim sku­pić na świętach. Może tego jesz­cze nie za­uważyłaś, ale Boże Na­ro­dze­nie zbliża się równie nie­uchron­nie, co...

- Co sta­czający się głaz, go­to­wy zmiażdżyć wszyst­ko na swo­jej dro­dze? - dokończyła Be­ryl z przesłod­zo­nym uśmie­chem.

- Ujęłabym to nie­co in­a­czej, ale właści­wie do tego to się spro­wa­dza.

- A po świętach? Co wte­dy?

- Tego jesz­cze nie wiem. Ale się do­wiem. Resz­ta­sa­ma się ułoży - stwier­dziła Ca­mil­la z nad­ra­bianą pew­nością sie­bie. - Zajmę się tym w swo­im cza­sie. Nie prze­widzę prze­cież wszyst­kie­go, ale je­stem pew­na, że znajdę zna­ko­mi­te roz­wiąza­nie.

- Równie zna­ko­mi­te co za­an­gażowa­nie ak­torów do ode­gra­nia ro­dzi­ny w święta?

Ca­mil­la za­cisnęła usta. Be­ryl mie­wała ten iry­tujący zwy­czaj prze­ma­wia­nia głosem rozsądku.

- Jesz­cze zna­ko­mit­sze.

- Przy­da ci się. Bo twój obec­ny zna­ko­mi­ty po­mysłjest naj­bar­dziej idio­tyczną rzeczą, o ja­kiej słyszałam. To się nie może udać.

- Wiel­kie nie­ba, Be­ryl. W tym szczególnym cza­sie trze­ba mieć nie­co wia­ry w dru­gie­go człowie­ka.

Be­ryl po­pa­trzyła na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Wia­ry?

- Tak, wia­ry - stwier­dziła Ca­mil­la. - Przed ślu­bem wszyst­ko mu wy­znam. Już i tak stra­cił dla mnie głowę. Tym bar­dziej więc wy­ba­czy mi tę maleńką farsę - je­stem tego naj­zu­pełniej pew­na.

Be­ryl za­krztu­siła się her­batą.

- Maleńką?

- Względnie tak - przy­taknęła Ca­mil­la. - Naj­pew­niej wy­bor­nie go to roz­ba­wi. A o to u nie­go nie jest trud­no. Prze­cież nie oszu­kuję go co do własnej oso­by ani na­szej ro­dzi­ny. Nie­zu­pełnie. Nasz ro­dowód jest dokład­nie taki, jak mu po­wie­działam - je­dy­nie pew­ne oso­by mogą wydać się lek­ko... nie­kon­wen­cjo­nal­ne. Czy­li mama i stryj Ba­zy­li. W rze­czy­wi­stości ja tyl­ko chro­nię tego nieszczęśni­kai chcę dać mu tra­dy­cyj­ne an­giel­skie Boże Na­ro­dze­nie, na które tak cze­ka i na które zasługu­je. To mój świątecz­ny pre­zent dla nie­go. I je­stem pew­na, że ko­niec końców będzie­my się z tego śmiać.

- Wiesz prze­cież, że to sza­leństwo?

- Albo spryt. - Tu Ca­mil­la znacząco do­tknęła pal­cem skro­ni. - God­ny lisa.

- Chy­ba wściekłego. Nie prze­myślałaś tego, moja dro­ga. To ko­lej­na z two­ich nie­roz­ważnych przygód.

- Bzdu­ra. Z nie­roz­ważnymi przy­go­da­mi skończyłam rok temu, jak nie więcej.

- Po in­cy­den­cie bri­gh­tońskim?

- Być może. Te­raz to nie­istot­ne.

Nie zno­siła, kie­dy wy­po­mi­na­no jej wy­skok przez ro­dzinę zwa­ny in­cy­den­tem bri­gh­tońskim. Nie był to naj­bar­dziej chlub­ny punkt w jej życio­ry­sie, a wszel­kie akty nie­roz­wa­gi, ja­kich kie­dykolwiek mogłaby się dopuścić, sku­mu­lo­wały się w ten je­den, naj­cu­dow­niej­szy, jak się jej wówczas wy­da­wało, po­mysł pod słońcem. Ów in­cy­dent otarł się o pełno­wy­mia­ro­wy skan­dal, do którego głównych czyn­ników można za­li­czyć: in­spi­ro­wa­ny nad­mierną ilością szam­pa­na zakład, dwie jesz­cze bar­dziej od Ca­mil­li upo­jo­ne przy­ja­ciółki oraz ogro­do­wy bal ma­sko­wy, gdzie ko­stiu­mom uczest­ników bliżej było do strojów Ada­ma niż cze­go­kol­wiek in­ne­go. Od kom­plet­nej kom­pro­mi­ta­cji ura­to­wały je ma­ski na twa­rzach, re­pu­ta­cja bez ska­zy (od­su­wająca od nich wszel­kie po­dej­rze­nia) oraz fakt, że było już po se­zo­nie. Tyl­ko kil­ka osób wie­działo, kim są zasłaniające swo­je ob­li­cza damy.

- Roz­ważyłam wszyst­kie za i prze­ciw. - Rze­czy­wiście, przy ta­kiej złożoności po­sta­wio­ne­go so­bie wy­zwa­nia nie mogła myśleć o ni­czym in­nym.

- Nie mogę pojąć, że się w to pa­ku­jesz. - Mrużąc oczy, Be­ryl uważnie zmie­rzyła wzro­kiem siostrę.- Nie ro­bisz tego dla pie­niędzy. Ha­rold zo­sta­wił ci więcej, niż wydałabyś przez całe życie, a z pew­nością dość, żeby kupić so­bie własny za­mek, jeśli miałabyś taki ka­prys. Może cho­dzi o jego tytuł?

- Za­wsze uważałam, że księżna Ca­mil­la brzmi uro­czo.

- Mimo wszyst­ko nie poj­muję... - Be­ryl sze­rzej otwo­rzyła oczy. - Za­ko­chałaś się w nim?

- Nie ma w nim nic, cze­go nie mogłabym po­ko­chać - od­parła ostrożnie Ca­mil­la.

Za­ko­chała się tyl­ko raz w życiu, a w do­dat­ku była wówczas bar­dzo młoda i ra­czej głupiut­ka. Uświa­do­miła so­bie, że to miłość do­pie­ro wte­dy, gdy było już za późno.W sto­sun­ku do Ha­rol­da żywiła nie­zwy­kle ciepłe uczu­cia i w pew­nym tego słowa zna­cze­niu na­wet go ko­chała, ale nie była w nim zako­chana. Nie była na­wet pew­na,do cze­go miałaby się przy­dać praw­dzi­wa miłość w życiu, cho­ciaż byłaby mile wi­dzia­na. - Ist­nie­je możliwość, że on się zako­chał we mnie.

- Nie o to pytałam.

- W na­szej ro­dzi­nie żadne małżeństwo nie wy­ni­kało z miłości - stwier­dziła Ca­mil­la. Nie do końca było to prawdą. Od daw­na po­dej­rze­wała, że mama wyszła za mąż z miłości, co tłuma­czyłoby, dla­cze­go swo­im córkom wpa­jała, aby wy­cho­dziły za mąż z in­nych po­wodów. Je­dy­nie w tej kwe­stii ich mat­ka miała bar­dzo prag­ma­tycz­ne po­dejście.

- Ale czy ty...

- Obec­nie nie. Ale zde­cy­do­wa­nie za­mie­rzam - uzu­pełniła szyb­ko. - Je­stem ab­so­lut­nie pew­na, że ani się obejrzę, po­ko­cham go całym ser­cem. Nie ma w nim nic, cze­go nie mogłabym po­ko­chać.

- To ty tak mówisz.

- I będę to po­wta­rzać.

- Cóż, ogrom­na for­tu­na i tytuł królew­ski czy­nią miłość znacz­nie łatwiejszą - Be­ryl posłała sio­strze miły uśmiech.

Ca­mil­la nie dała się na­brać. Uśmiech może był miły,ale nie zni­we­lo­wał sar­ka­zmu tej uwa­gi.

- Aku­rat ty nie po­win­naś się tu wy­po­wia­dać. Swo­je­go pierw­sze­go męża, Char­le­sa, poślubiłaś dokład­nie z tych sa­mych przy­czyn, z których ja wyszłam za Ha­rol­da.

- Char­le­sa da­rzyłam uczu­ciem - oświad­czyła Be­ryl.

- Tak, ale nie byłaś w nim za­ko­cha­na. Ani w Lio­ne­lu, kie­dy za nie­go wy­cho­dziłaś.

- Nie - z ociąga­niem po­twier­dziła Be­ryl. - Ale...

Ca­mil­la utkwiła wzrok w sio­strze.

- Wiel­kie nie­ba, Be­ryl! Chcesz mi po­wie­dzieć, że je­steś za­ko­cha­na w swo­im małżonku?

- Możliwe.

- To jakiś non­sens... Żadna ko­bie­ta nie jest za­ko­cha­na we własnym mężu.

Ca­mil­la prychnęła.

- Tak się po pro­stu nie robi. Nie wyszłaś prze­cież za nie­go z miłości.

- Nie. Zro­biłam to, po­nie­waż jego am­bi­cje od­po­wia­dały moim. Ale te­raz... - Be­ryl prze­rwała, by wziąć głęboki od­dech. - Kil­ka mie­sięcy temu, a właści­wie na początku roku, Lio­nel i ja po­sta­no­wi­liśmy za­nie­chać na­szych przygód miłosnych i sku­pić uwagę na so­bie na­wza­jem.

Ca­mil­la sze­rzej otwo­rzyła oczy. O po­za­małżeńskich eska­pa­dach jej sio­stry i szwa­gra krążyły już le­gen­dy.

- I co?

- I jest o wie­le le­piej, niż mogłabym się spo­dzie­wać.- Be­ryl wzru­szyła ra­mio­na­mi. - Tak się składa, że fak­tycz­nie mogę być za­ko­cha­na we własnym mężu. - Nie­pew­ny uśmiech zagościł na jej twa­rzy, jak­by sama nie mogła uwie­rzyć we własne słowa. Wyglądała na za­do­wo­loną, a na­wet szczęśliwą. Ca­mil­la nie była pew­na, czy na twa­rzy sio­stry kie­dy­kol­wiek wi­działa po­dob­ne uczu­cia. Ale z dru­giej stro­ny była właści­wie pew­na, że Be­ryl nig­dy wcześniej nie była za­ko­cha­na. Ca­mil­la po­czuła ukłucie prze­dziw­nej za­zdrości. Zi­gno­ro­wała je jed­nak. Sko­ro sio­stra była szczęśliwa, ona cie­szyła się ze względu na nią.

- To... cu­dow­ne.

Be­ryl posłała jej po­dejrz­li­we spoj­rze­nie.

- Rze­czy­wiście tak myślisz?

- Oczy­wiście. Wiesz, że w prze­ciw­nym wy­pad­ku nie po­wie­działabym tego - przy­taknęła Ca­mil­la. - Za lor­dem i lady Dun­well za­wsze ciągnęła się sława amorów, ko­chanków i spraw tego ro­dza­ju. To po pro­stu dość nie­spo­dzie­wa­ne, nic więcej.

- Uwierz mi... Ja też je­stem za­sko­czo­na - wy­szep­tała Be­ryl.

- I co po­czną te­raz te wszyst­kie plot­ka­ry?

Be­ryl się roześmiała.

- Jakoś so­bie po­radzą.

- Cieszę się, że je­steś szczęśliwa.

- W ta­kim ra­zie za­sto­suj mój sposób.

- Czy­li? Mam wyjść za człowie­ka, który pew­ne­go dnia sta­nie na cze­le państwa?

- Nie. - Błękit­ne oczy Be­ryl na­po­tkały wzrok sio­stry. Po­czuła, jak­by przeglądała się w lu­strze. - Za­ko­chaj się.

Ca­mil­la zmarsz­czyła brwi.

- Nig­dy nie poświęcałaś większej uwa­gi miłości. Za­wsze myślałam, że uważasz ją za coś mało poważnego.

- To było, za­nim się za­ko­chałam - wyjaśniła rze­czo­wo Be­ryl, a po krótkiej prze­rwie dodała: - Jeśli do­brze pamiętam, zda­rzyło ci się raz za­ko­chać.

- Bar­dzo daw­no temu - po­spiesz­nie uściśliła Ca­mil­la. Nie był to te­mat, który lubiła po­ru­szać. Wówczas od­rzu­ciła tę miłość, cho­ciaż właści­wie nie miała in­ne­go wyjścia. A na­wet jeśli przez te wszyst­kie lata zda­rzyło jej się żałować tej de­cy­zji i zacząć się za­sta­na­wiać, jak mogłoby się po­to­czyć jej życie, gdy­by postąpiła in­a­czej, ale ta­kie­ro­zmyśla­nia nie miały większe­go sen­su. Zupełnie o nim za­po­mniała i za­mknęła przed nim swo­je ser­ce. Nig­dy o nie­go nie pytała, a jej sio­stra miała dość tak­tu, aby o nim nie wspo­mi­nać. Tak to już jest. Nikt nie lubi, kie­dy przy­po­mi­na mu się jego błędy. Nic już nie dało się zro­bić i naj­le­piej było za­mknąć ten te­mat w przeszłości, gdzie było jego miej­sce.

- Nie chcesz so­bie przy­po­mnieć, jak to jest?

- Nig­dy do końca nie wie­działam, jak to jest, ale się do­wiem - od­rzekła sta­now­czo Ca­mil­la. - Mam za­miar się za­ko­chać. - Sięgnęła po im­bryk i dolała so­bie her­ba­ty. Przez chwilę za­sta­na­wiała się nad dal­szy­mi słowa­mi.

Ma­rze­nia o poślu­bie­niu Mikołaja nie mogła wia­ry­god­nie uza­sad­nić, nie po­pa­dając przy tym w nad­zwy­czaj płytki ton i nie prze­ja­wiając pew­nej dozy wy­ra­cho­wa­nia, którym zda­rzało jej się w przeszłości kie­ro­wać. Mimo to Ca­mil­la da­le­ka była jed­nak od uzna­nia się za osobę wy­ra­cho­waną bądź płytką. Tu nie cho­dziło o for­tunę księcia - własnych pie­niędzy miała aż nad­to. Nie był to na­wet tytuł, cho­ciaż określe­nie księżna Ca­mil­la niewątpli­wie brzmiałoby cu­dow­nie. Nęcił ją, być może, dresz­czyk związa­nej z tym przy­go­dy. Po­rwa­na do ob­ce­go kra­ju przez przy­stoj­ne­go księcia, z którym będzie żyła długo i szczęśli­wie. Przy­go­da, której jesz­cze do końca so­bie nie uświa­da­miała. Przy­go­da, która po­ru­szała głęboko ukry­te stru­ny jej du­szy. Be­ryl zbyt moc­no stąpała po zie­mi, aby to zro­zu­mieć, ale ona za­wsze była tą rozsądniejszą bliźniaczką. Właśnie o tym opo­wia­dały baj­ki, a która ko­bie­ta nie chciałaby sama tego doświad­czyć? Ca­mil­la nie była tu wyjątkiem.

- To nie tak, że po­sta­no­wiłam upo­lo­wać księcia. Kie­dy go po­znałam, nie wie­działam na­wet, że nosi taki tytuł. Podróżuje in­co­gni­to, co jest mu o wie­le bar­dziej na rękę pod­czas po­by­tu w ob­cym kra­ju. Mówi, że bez tej całej królew­skiej otocz­ki znacz­nie prościej mu po­znać miesz­kańców. Kie­dy trak­tu­je się go nie jak księcia, ale jak zwykłą osobę.

- Za­ska­kująco... oświe­ce­nio­wa fi­lo­zo­fia jak na księcia.

- Jest nie­zwy­kle oświe­co­ny i bar­dzo no­wo­cze­sny. Poważnie pod­cho­dzi do swo­ich obo­wiązków i twier­dzi, że chce być księciem ludu. To prze­uro­cze, na­wet jeśli­nie­zu­pełnie to ro­zu­miem, ale pamiętaj, że jest cu­dzo­ziem­cem, więc można mu wy­ba­czyć te drob­ne dzi­wac­twa.Pro­si na­wet, żebym nie zwra­cała się do nie­go Wa­sza­Wy­so­kość, ani nic w tym ro­dza­ju. Mówi, że dopóki nie zasiądzie na tro­nie, pod­czas za­gra­nicz­nych podróży woli być zna­ny jako hra­bia Pru­zin­ski. To je­den z jego niższych tytułów. Za­zwy­czaj za­cho­wu­je się jed­nak jak na księcia przy­stało. Na­wet mnie nie pocałował. Cho­ciaż pro­sił, a na­wet błagał, abym zwra­cała się do nie­go po imie­niu. Oczy­wiście księciu to nie przy­stoi, ale ma w so­bie cu­downą po­ufałość.

- Której po księciu ra­czej nie można się spo­dzie­wać.

- Uważam, że to ab­so­lut­nie uro­cze. Nic nie może się równać z zażyłymi sto­sun­ka­mi z człon­kiem królew­skie­go rodu, sama wiesz.

- Nie wiem, ale wierzę ci na słowo. - Be­ryl przyj­rzała jej się z za­cie­ka­wie­niem. - A jak spo­tkałaś tego nie­tu­zin­ko­we­go księcia?

- Zupełnie przy­pad­ko­wo. Wy­cho­dziłam z balu, a on właśnie przy­je­chał. Po­tknęłam się o ka­mień, a on mnie pod­trzy­mał. - Ca­mil­la uśmiechnęła się na to wspo­mnie­nie. - To było ta­kie ro­man­tycz­ne... To prze­zna­cze­nie.

- Ro­zu­miem.

- Darzę go ogromną sym­pa­tią.

Be­ryl kiwnęła głową.

- W prze­ciw­nym ra­zie nie chciałabyś za nie­go wyjść.

- To może być moja ostat­nia szan­sa na małżeństwo i miłość.

- A może po­win­naś ra­czej naj­pierw się za­ko­chać, a po­tem poślubić kan­dy­da­ta?

- Dziw­ne rady mi da­jesz. A ile mam na to cze­kać, dro­ga sio­strzycz­ko? - Ca­mil­la zmarsz­czyła nos. - Skończyłyśmy już trzy­dzieści lat i kto wie, ile będzie­my jesz­cze miały spo­sob­ności ku...

- Szczęściu? - pod­po­wie­działa Be­ryl.

- Dokład­nie - zde­cy­do­wa­nie przy­taknęła Ca­mil­la.- To może być moja ostat­nia szan­sa. Je­stem prze­ko­na­na, że on uczy­ni mnie bar­dzo szczęśliwą, a poza tym za­mie­rzam być do­sko­nałą żoną.

- I księżną.

- Będę bar­dzo dobrą księżną - ożywiła się Ca­mil­la. - Będzie­my mie­li małe książątka i księżnicz­ki i ra­zem się ze­sta­rze­je­my. Będzie­my bar­dzo szczęśliwi.

Be­ryl się uśmiechnęła.

- Więc nic nie może stanąć ci na dro­dze.

- I nie sta­nie. - Wzięła głęboki od­dech. - Ale będzie mi po­trzeb­na two­ja po­moc.

Be­ryl zdzi­wio­na uniosła brew.

- Czyżby?

- Po­ju­trze za­mie­rzam ulo­ko­wać się w domu mamy. Nie wy­obrażam so­bie Bożego Na­ro­dze­nia bez mo­jej­sio­stry bliźniacz­ki.

Be­ryl zmarsz­czyła czoło.

- Więc... - Ca­mil­la po­spiesz­nie wy­po­wia­dała słowa. - Mam na­dzieję, że wraz z Lio­ne­lem spędzi­cie z nami święta na wsi.

- Z nami?

Ca­mil­la przy­taknęła.

- Czy­li z tobą, księciem i udającą naszą ro­dzinę ak­torską trupą?

Ca­mil­la prze­ciągle wes­tchnęła.

- W two­ich ustach za­brzmiało to dość ab­sur­dal­nie.

- W każdych ustach za­brzmi to ab­sur­dal­nie.

- Zdaję so­bie sprawę, że nie je­steśmy zbyt tra­dy­cyj­ni, ale Mikołaj prze­ja­wia oso­bliwą fa­scy­nację an­giel­skim Bożym Na­ro­dze­niem. To ko­lej­ne dzi­wac­two, ale cu­dzo­ziem­cy mogą być tacy...

- Cu­dzo­ziem­scy? - pod­sunęła Be­ryl.

- Dokład­nie - zgo­dziła się Ca­mil­la. - Prze­czy­tał całego Dic­ken­sa. Świersz­cza za ko­mi­nem, Dzwo­ny i Opo­wieść wi­gi­lijną, ma się ro­zu­mieć. A ja chcę mu dać tra­dy­cyj­ne an­giel­skie Boże Na­ro­dze­nie w gro­nie tra­dy­cyj­nej an­giel­skiej ro­dzi­ny. Właśnie tego pra­gnie. A to prze­cież tak nie­wie­le - dodała me­lan­cho­lij­nie.

- A przy oka­zji prze­ko­na się, że nie wżeni się w ro­dzinę o wątpli­wych ma­nie­rach.

- To też - w roz­tar­gnie­niu przy­taknęła Ca­mil­la.

Be­ryl za­sta­no­wiła się przez chwilę.

- To nie jest sy­tu­acja, w której od­na­lazłby się Lio­nel.

- Ale nie za­prze­czysz, że zna­jo­mość z głową in­ne­go państwa może tyl­ko pomóc aspi­rującemu pre­mie­ro­wi.

- Coś w tym jest - wy­szep­tała Be­ryl.

Ca­mil­la uśmiechnęła się z za­do­wo­le­niem.

- Pomożesz mu zro­zu­mieć, ja­kie to dla mnie ważne. A poza tym, już od lat nie spędza­liśmy świąt na wsi. Przy­po­mni­my so­bie dzie­ciństwo. Ude­ko­ru­je­my dom, w ko­min­ku położymy bożona­ro­dze­nio­we po­la­no1 i będzie­my śpie­wać kolędy - będzie po pro­stu cu­dow­nie.

W jej głosie ode­zwał się błagal­ny ton.

- Proszę, Be­ryl. Zrób to dla mnie. Obie­cuję, że już nig­dy nie po­proszę cię o nic, co będzie miało związek z ak­tor­ski­mi po­pi­sa­mi w święta.

- No sko­ro obie­cu­jesz, jak mogłabym ci odmówić? Poza tym, dro­ga sio­stro... - w oczach Be­ryl zatańczyły fi­glar­ne ogni­ki - ... za żadne skar­by nie prze­ga­piłabym ta­kiej oka­zji.

Roz­dział 2

21 grud­nia

- Jak do­brze, że je­steś wresz­cie w domu, Gray­son. - Lord Fa­ir­bo­ro­ugh uważnie przyglądał się bra­tan­ko­wi. - Zbyt długo cię tu nie było.

- Nie aż tak zno­wu długo. - Uśmiech na twa­rzy Gray­so­na El­liot­ta zda­wał się za­prze­czać słowom stry­ja.

Stryj Ro­land uniósł brwi.

- Po­wie­działbym, że je­de­naście lat to bar­dzo długo.

- Być może. - Gray wziął łyk bran­dy i przyj­rzał się star­sze­mu mężczyźnie. Wyglądał o wie­le le­piej, niż Gray się spo­dzie­wał. Prawdę po­wie­dziaw­szy, czas łagod­nie się z nim ob­szedł. Włosy wy­da­wały się tyl­ko trochę bar­dziej przyprószo­ne si­wizną, a twarz po­kry­wała nie­co gęstsza sia­tecz­ka zmarsz­czek, ale w grun­cie rze­czy, jak na swo­je lata, stryj Ro­land świet­nie się trzy­mał. Gray­owi przyszło na myśl, że to właśnie on przy­czy­nił się do po­wsta­nia kil­ku do­dat­ko­wych zmarsz­czek na twa­rzy stry­ja. Zda­wał so­bie sprawę, że przez ostat­nie je­de­naście lat zarówno stryj, jak i ciot­ka bar­dzo się o nie­go mar­twi­li, cze­go nie mógł po­wie­dzieć o ku­zy­nie Win­fiel­dzie. Ten wie­lo­krot­nie przy­zna­wał, że za­zdrości Gray­so­no­wi wol­ności, cho­ciaż osiągnięcia ku­zy­na spra­wiają mu au­ten­tyczną radość.Gray­son le­piej od in­nych wie­dział, że jego ko­re­spon­den­cja ze stry­jo­stwem była, de­li­kat­nie mówiąc, dość wy­ryw­ko­wa. Bywało, że i przez pół roku nie wysyłał żad­nych listów. Zi­gno­ro­wał wy­rzu­ty su­mie­nia.

- Ale szyb­ko minęły.

- Może dla cie­bie, cze­go nie można po­wie­dzieć o nas. - Stryj Ro­land zaśmiał się lek­ko. - Mnie­mam, że ten czas upłynął ci in­te­re­sująco.

- Bywało i tak - sze­ro­ko uśmiechnął się Gray. Nie można za­prze­czyć, że dro­ga do for­tu­ny okra­szo­na była wie­lo­ma przy­go­da­mi, co nie ozna­cza jed­nak, że była łatwa. Jego wysiłki oraz ko­lej­ne in­we­sty­cje w ame­ry­kańską żeglugę, ko­lej i im­port były na tyle wy­czer­pujące, że nie po­zo­stało mu wie­le cza­su na głupo­ty i święto­wa­nie suk­ce­su. Jed­nak ciężka pra­ca popłaciła. Miał te­raz for­tunę, po którą prze­cież po­je­chał. - I muszę ci za to po­dziękować, stry­ju.

- Bzdu­ra - prychnął stryj. - To był dro­biazg, za który odpłaciłeś mi z nawiązką po­nad dwa lata temu... Nie było to na­wet ko­niecz­ne. Twój oj­ciec był moim je­dy­nym bra­tem i za­wsze trak­to­wałem cię jak dru­gie­go syna.

- I za to je­stem ci do­zgon­nie wdzięczny, stry­ju.

Gray do­sko­na­le wie­dział, ja­kie szczęście go spo­tkało, że nie trak­to­wa­no go jak piąte koło u wozu. Miał nie­wie­le po­nad pięć lat, kie­dy stra­cił zarówno ojca, jaki matkę Ame­ry­kankę. Stryj z żoną przy­garnęli go do sie­bie i wy­cho­wy­wa­li ra­zem ze swo­im sześcio­let­nim dziec­kiem. Trak­to­wa­li go dokład­nie tak samo, jak własne­go syna.Była jed­nak jed­na różnica. Win nosił ho­no­ro­wy tytuł wi­ceh­ra­bie­go Stil­l­well, a pew­ne­go dnia miał zo­stać hra­bią Fa­ir­bo­ro­ugh. Gray na za­wsze miał zo­stać krew­nym bez ary­sto­kra­tycz­ne­go tytułu.

- Nie mu­siałeś tak od razu wyjeżdżać w świat.- W głosie stry­ja za­brzmiał szorst­ki ton. - Za­wsze miałem za­miar za­pew­nić ci do­sta­tek, po­dzie­lić majątek między cie­bie i Win­fiel­da. Oczy­wiście, on do­dat­ko­wo odzie­dzi­czy tytuł i całą po­siadłość Fa­ir­bo­ro­ugh z te­re­na­mi, ale...

- Mu­siałem, stry­ju - Gray za­opo­no­wał nie­co ostrzej, niż za­mie­rzał. Mo­gli­by się te­raz wdać w tę samą dys­kusję, którą to­czy­li, kie­dy w po­szu­ki­wa­niu for­tu­ny opusz­czał Fa­ir­bo­ro­ugh Hall i An­glię. - Są pew­ne rze­czy, które należy zro­bić sa­me­mu - dodał już łagod­niej.

- Za­wsze byłeś upar­ty i nie­za­leżny. Za co po­niekąd można winić tę twoją ame­ry­kańską krew. - Uśmie­chając się w zamyśle­niu, stryj mie­rzył go przez dłuższą chwilę wzro­kiem. - Ale tyle jest w to­bie mo­je­go bra­ta. Jesz­cze więcej te­raz, niż kie­dy wyjeżdżałeś.

Uniósł kie­li­szek.

- Wi­taj w domu, chłopcze.

- Dziękuję, stry­ju - uśmiechnął się Gray. - Do­brze być z po­wro­tem.

Rze­czy­wiście, do­brze było wresz­cie być w domu.Aż do tej pory nie zda­wał so­bie spra­wy z tego, jak bar­dzo tęsknił za An­glią i ro­dziną, a z dru­giej stro­ny w pew­nym sen­sie czuł, jak gdy­by nig­dy nie wyjeżdżał.

W wiej­skiej po­siadłości wszyst­ko było dokład­nie tak, jak za­pa­miętał. Ro­zej­rzał się po bi­blio­te­ce. Zaj­mujące całą ścianę półki zapełnio­ne były pre­cy­zyj­nie ułożony­mi wo­lu­mi­na­mi. Gdy­by się im bliżej przyj­rzał, niewątpli­wie prze­ko­nałby się, że każdy eg­zem­plarz stoi na miej­scu od za­wsze przy­pi­sa­nym mu przez stry­ja. Wy­god­ne skórza­ne fo­te­le i sofa, prak­tycz­nie nie­znisz­czo­ne upływem cza­su, stały tam, gdzie zwy­kle. Ma­syw­ne ma­ho­nio­we biur­ko, które dzia­dek Graya odzie­dzi­czył z ko­lei po swo­im dziad­ku, nie­zmien­nie oku­po­wało prze­strzeń między dwo­ma okna­mi z szy­ba­mi ze szkła ołowio­we­go. Te same por­tre­ty ro­dzin­ne wi­siały dokład­nie w tych sa­mych miej­scach co nie­gdyś, z jed­nym, rzu­cającym się w oczy, wyjątkiem.

Kie­dy ostat­nio był w tym po­miesz­cze­niu, ho­no­ro­we miej­sce nad ko­min­kiem zaj­mo­wał wi­ze­ru­nek dziad­ka. Te­raz jed­nak zastąpio­no go dwo­ma wiszącymi obok sie­bie por­tre­ta­mi. Były do sie­bie ude­rzająco po­dob­ne, jed­nak zde­cy­do­wa­nie nie­iden­tycz­ne. Przed­sta­wiały w su­mie czte­rech chłopców, których rysy twa­rzy łączyło ro­dzin­ne po­do­bieństwo. Po­mi­jając różnice w sty­lach por­tre­to­wa­nia, można by stwier­dzić, że na obu ob­ra­zach wid­nieją po­do­bi­zny tej sa­mej pary chłopców. Ten po le­wej przed­sta­wiał ojca i stry­ja, kie­dy ci mie­li może dzie­sięć i dwa­naście lat. Na por­tre­cie po pra­wej na­to­miast można było zo­ba­czyć Graya i Wina w wie­ku ja­kichś dzie­sięciu i je­de­na­stu lat. Star­szy por­tret był wpraw­dzie nie­co bar­dziej for­mal­ny, ale ma­la­rzo­wi udało się uchwy­cić czułość, jaką star­szy z bra­ci oka­zy­wał młod­sze­mu. Jeśli cho­dzi o dru­gi por­tret, Gray do­sko­na­le pamiętał, kie­dy do nie­go po­zo­wa­li. Urządzi­li por­tre­ciście ist­ne piekło, do którego zdol­na może być tyl­ko para dzie­sięcio­let­nich urwisów. Skończyło się tym, że umęczo­ny ar­ty­sta za­gro­ził im sro­gi­mi kon­se­kwen­cja­mi, jeśli nie za­czną się od­po­wied­nio za­cho­wy­wać. Sro­gie kon­se­kwen­cje, jak przy­po­mniał so­bie Gray, ozna­czały skargę, lecz kie­ro­waną nie do stry­ja Ro­lan­da, a do ciot­ki Mar­ga­ret. To właśnie ona zażyczyła so­bie ma­lar­ski por­tret chłopców, cho­ciaż fo­to­gra­fia byłaby znacz­nie łatwiej­sza w wy­ko­na­niu i o wie­le mniej uciążliwa dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych. Jed­nak bia­da tym, którzy sprze­ci­wi­li­by się jej życze­niu.

- Wróciłeś więc na stałe? A może zbyt wcześnie o to pytać?

- Biorę to pod uwagę. - Gray nie uni­kał od­po­wie­dzi, ale zwy­czaj­nie nie wie­dział jesz­cze, na jak długo za­trzy­ma się w An­glii. Czy była to je­dy­nie wi­zy­ta, a może powrót na stałe. Na pew­no miał za­miar zo­stać tak długo, jak będzie po­trzeb­ny stry­jo­wi, cho­ciaż za­po­bie­gli­wie za­re­zer­wo­wał so­bie ka­jutę na stat­ku po­wrot­nym do Ame­ry­ki na pierw­szy dzień po świętach. Co za­wsze jed­nak mógł odwołać.

- Później o tym po­roz­ma­wia­my - po­wie­dział stryj Ro­land. - Two­ja ciot­ka nie będzie po­sia­dała się ze szczęścia na twój wi­dok.

- A gdzie ona jest? Myślałem, że kie­dy służba po­wie jej, że przy­je­chałem, zbie­gnie po scho­dach szyb­ko jak wiatr.

- Gdy­byś uprze­dził, że na­resz­cie pla­nu­jesz wrócić do domu, na pew­no byś ją za­stał. - W głosie stry­ja dało się wy­czuć na­ganę. - Ale sko­ro o tym nie wie­działa, kil­ka dni temu wy­brała się do Lon­dy­nu, gdzie bawi u swo­jej sio­stry, ku­pu­je pre­zen­ty i czy­ni wszyst­ko to, co uważa za ko­niecz­ne do za­pew­nie­nia świątecz­nej radości i od­po­wied­nie­go na­stro­ju. Wra­ca na dzień przed Bożym Na­ro­dze­niem -wyjaśnił z uśmie­chem. - Ty jed­nak je­steś naj­lep­szym pre­zen­tem, jaki mogłaby so­bie wy­ma­rzyć. Stęskniła się za tobą, jak my wszy­scy.

- A ja za wami - od­parł Gray i dokład­nie przyj­rzał się bra­tu ojca.

- Stry­ju, a jak ty się czu­jesz?

- Jak na mój wiek nie mogę chy­ba na­rze­kać - od­parł lek­ko stryj Ro­land. - Re­gu­lar­nie się gim­na­sty­kuję. Nie mogę już jeść wszyst­kie­go co nie­gdyś, cze­mu nie po­wi­nie­nem się dzi­wić, ale mimo wszyst­ko jest to dość uciążliwe. Sta­wy mi trochę trzeszczą, ale ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że dziel­nie znoszę upływ cza­su.

- Więc nie... cho­ru­jesz?

- Kil­ka mie­sięcy temu wal­czyłem z pa­skud­nym prze­ziębie­niem.

- I to wszyst­ko?

- To było bar­dzo sil­ne prze­ziębie­nie - pod­kreślił stryj.

- Więc nie... umie­rasz? - za­py­tał Gray, ważąc słowa.

- Umie­ram? - Stryj Ro­land sze­ro­ko otwo­rzył oczy. -Czy ja wyglądam na umie­rającego?

- Wszy­scy umie­ra­my, dro­gi ku­zy­nie. Jed­ni wcześniej, inni później. - Win wszedł do bi­blio­te­ki zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Ubra­ny był w strój do jaz­dy kon­nej, a na jego twa­rzy gościł sze­ro­ki uśmiech.

Gray pod­niósł się z fo­te­la i spoj­rzał na ku­zy­na z mie­szanką gnie­wu, za to bez­czel­ne kłam­stwo, i radości na wi­dok mężczy­zny, który był dla nie­go jak brat.

- Pisałeś, że umie­ra.

- Bo umie­ra. - Win wzru­szył ra­mio­na­mi. - Wszy­scy kie­dyś umrze­my. Przed śmier­cią nie ma ra­tun­ku.

Stryj Ro­land ściągnął brwi.

- Win­field, coś ty zro­bił?

- Oto, co zro­biłem, dro­gi oj­cze: dałem to­bie i ma­mie naj­bar­dziej upra­gnio­ny pre­zent na święta... No może poza moim ożen­kiem i spłod­ze­niem dzie­dzi­ca. Ale to po­cze­ka do przyszłego roku. - Win rzu­cił ojcu zaraźliwy uśmiech, który zgu­bił już nie­jedną oporną damę i dzięki któremu nie­mal za­wsze osiągnął za­mie­rzo­ny cel.

- No więc... - Pod­szedł do Graya i spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Obaj byli wy­so­cy, dzie­liło ich za­le­d­wie parę cen­ty­metrów. Byli także po­dob­nie zbu­do­wa­ni, a ich syl­wet­ki zdra­dzały dobrą kon­dycję fi­zyczną. - Przy­zna­jesz, że nie postąpiłeś właści­wie i po­wi­nie­neś był wrócić już wie­le­lat temu, a te­raz w du­chu się cie­szysz, że cię do te­gow końcu zmu­siłem? A może mam cię wyciągnąć do ogro­du i dać ci porządne cięgi, jak to miałem kie­dyś w zwy­cza­ju? - Win błysnął zębami w łobu­zer­skim uśmie­chu. - Ty nie­okrze­sa­ny Jan­ke­sie.

- Spróbuj... Ale nig­dy ci się to nie uda. Zresztą tak samo, jak i wcześniej - Gray od­wza­jem­nił uśmiech. - Ty nadęty an­gol­ski la­lu­siu.

Stryj Ro­land jęknął.

Win klepnął ku­zy­na w ramię.

- To co, wy­ba­czasz mi?

Ulga wal­czyła z iry­tacją, jed­nak osta­tecz­nie zwy­ciężyła bra­ter­ska miłość.

- Sko­ro mamy Boże Na­ro­dze­nie... - od­po­wie­dział Gray, wzru­szając ra­mio­na­mi.

Win roześmiał się i wziął go w objęcia.

- Do­brze mieć cię z po­wro­tem.

- Do­brze być z po­wro­tem - od­parł Gray z pełną świa­do­mością zna­cze­nia tych słów. Zbyt długo go nie było.

Stryj Ro­land odchrząknął, na co ku­zy­ni odwrócili się do nie­go. Na krótką chwilę oczy star­sze­go mężczy­zny zaszły mgłą. Gray wie­dział, że ich wi­dok na­sunął mu wspo­mnie­nie uko­cha­ne­go młod­sze­go bra­ta. Win, ze swo­imi ciem­ny­mi włosa­mi i nie­bie­ski­mi ocza­mi bez­sprzecz­nie wyglądał jak młod­sza wer­sja stry­ja Ro­landa. Gray z ko­lei sta­no­wił wyraźną kopię własne­go ojca, ale jego włosy­były o ton ciem­niej­sze od czu­pry­ny Wina, a oczy miały ciem­nobrązową barwę.

Stryj Ro­land ob­rzu­cił syna su­ro­wym spoj­rze­niem.

- W nor­mal­nych oko­licz­nościach nie po­pie­ram ucie­ka­nia się do oszu­stwa, ale te­raz mamy święta, a two­je in­ten­cje były niewątpli­wie szla­chet­ne... - Na jego twa­rzy po­ja­wił się mi­mo­wol­ny uśmiech za­do­wo­le­nia. - Sądzę więc, że w tej sy­tu­acji można przy­mknąć oko na spo­ra­dycz­ne kłam­stew­ko. - Lek­ko zmrużył oczy. - A jeśli cho­dzio tę drugą kwe­stię...

- Bez obaw, oj­cze - prze­rwał mu Win z pew­nym­sie­bie uśmie­chem. - Plan jest w opra­co­wa­niu, jak to po­wia­dają. Idę na­wet o zakład, że za rok o tej po­rze będęjuż żona­ty.

Stryj Ro­land przyj­rzał mu się po­dejrz­li­wie, prychnął z nie­do­wie­rza­niem i od­da­lił się, żeby dolać so­bie bran­dy.

Gray na­chy­lił się do ucha ku­zy­na.

- Masz więc plan?

Na twa­rzy Wina przez chwilę gościł le­d­wie do­strze­gal­ny uśmiech.

- Ra­czej pew­ne prze­czu­cia.

Gray od­po­wie­dział mu uśmie­chem. Nie tyl­ko pokójsię nie zmie­nił.

- Lor­dzie - w drzwiach po­ja­wił się właśnie Pre­scott, który odkąd Gray pamiętał służył tu jako lo­kaj - pro­siłpan, żeby mu przy­po­mnieć, kie­dy będzie do­cho­dziła pierw­sza. - Wciąż dys­kret­nie ob­ser­wo­wał zgro­ma­dzo­nych.

- Tak, dziękuję, Pre­scott. - Stryj Ro­land ob­rzu­cił syna i bra­tan­ka prze­ciągłym spoj­rze­niem. - Nie po­chwa­lam tego, ab­so­lut­nie, ale nie był to naj­gor­szy z two­ich po­mysłów.

Win za­chi­cho­tał.

- Dziękuję, oj­cze.

Stryj Ro­land ru­szył w kie­run­ku drzwi.

- Mam szczerą na­dzieję, że twój plan w tej dru­giej kwe­stii okaże się równie sku­tecz­ny.

- Ja także, oj­cze.

Stryj Ro­land rzu­cił za sie­bie pełen powątpie­wa­nia po­mruk. Gray pomyślał, że na­wet le­piej, że nie usłysze­li słów, bo ton i tak nie po­zo­sta­wiał wie­lu wątpli­wości.

Gray się zaśmiał.

- Widzę, że wal­ka o twój ożenek nadal trwa.

- I usta­nie do­pie­ro wówczas, gdy za­kuję się w dożywot­nie oko­wy małżeństwa z jakąś biedną i ni­cze­go nie­podej­rze­wającą białogłową - Win prze­szedł na drugą stronę po­ko­ju i ze stojącej na biur­ku stry­ja Ro­lan­da ka­raf­ki dolał so­bie bran­dy. - Wiesz, że to two­ja wina.

Gray się roześmiał.

- Jak to moja?

- Gdy­byś tu był, mat­ka i oj­ciec roz­dzie­li­li­by swoją uwagę na nas dwóch, a tak skon­cen­tro­wa­li ją wyłącznie na mnie. Oj­ciec pra­gnie po­tom­ka, a ma­rze­niem mat­ki­jest tak na­prawdę dru­ga ko­bie­ta w ro­dzi­nie. - Win uniósł kie­li­szek w kie­run­ku ku­zy­na. - A o to równie do­brze możesz za­dbać i ty.

- Chy­ba tak.

- I właśnie dla­te­go wi­nien mi je­steś prze­pro­si­ny.

- Czyżby? - Gray uniósł brew. - Wy­da­je mi się, że to mnie one się należą.

- Bo na­pi­sałem, że oj­ciec umie­ra?

Gray utkwił w nim wzrok.

- Nie sądzisz, że po­wi­nie­neś za to prze­pro­sić?

- Nie wiem - z na­mysłem od­rzekł Win i przy­siadł na biur­ku. - Jak już wspo­mi­nałem, wszy­scy umie­ra­my. Ten szczegół, że oj­ciec nie umrze w naj­bliższym cza­sie,jest tu nie­istot­ny.

- Nie na­zwałbym go nie­istot­nym.

- W każdym ra­zie od­niosło to za­mie­rzo­ny sku­tek. - Win wziął łyczek bran­dy i przyj­rzał się ku­zy­no­wi. - Po­wi­nie­nem był o tym pomyśleć już wie­le lat temu.

- Mogłeś po pro­stu zażądać, żebym wrócił - od­parł Gray i zmarsz­czył czoło.

- A nie uczy­niłem tego? - Win zmrużył oczy. - Niech pomyślę... Zażądałem two­je­go po­wro­tu po trzech la­tach.

- Nie mogłem...

- Rok później, po ze­rwa­nych pierw­szych zaręczy­nach, kie­dy moje ser­ce krwa­wiło z bólu, pro­siłem, byś wrócił i pomógł mi uto­pić smut­ki.

- Nie byłem w sta­nie...

- A dwa lata później za­pro­siłem cię na ślub, ale­byłeś zbyt zajęty...

Gray par­sknął.

- Ale to był ko­lej­ny ślub, do którego nie doszło.

- Nie doszło do nie­go w ostat­niej chwi­li. Zo­sta­wiła mnie właści­wie przy ołta­rzu. - Win pokręcił smut­no głową. - Byłem załama­ny. Po­trze­bo­wałem wspar­cia, a przy­najm­niej po­cie­chy ze stro­ny człowie­ka, którego uważam za bra­ta. Człowie­ka, który jest mi naj­ser­decz­niej­szym przy­ja­cie­lem. Ale cóż, co in­ne­go miałeś na głowie.

- Oko­licz­ności były dość...

- A po ko­lej­nych dwóch la­tach, kie­dy w końcu­zgro­ma­dziłeś swoją for­tunkę, na którą tak ciężko pra­co­wałeś... Kie­dy nie byłeś już bez gro­sza przy du­szy i bezżad­nych szans...

- Win - w głosie Graya dał się posłyszeć ostrze­gaw­czy ton.

Jed­nak ku­zyn bez­li­tośnie ciągnął da­lej.

- Kie­dy ona owdo­wiała i aż się pro­siło...

- Win!

- Wówczas także nie wróciłeś. - Win wes­tchnął z re­zy­gnacją. - Jeśli na­wet to nie było w sta­nie zwa­bić cię do domu, nie wie­działem już, ja­kich spo­sobów się chwy­tać. - Pociągnął łyk bran­dy. - Je­stem roz­cza­ro­wa­ny sa­mym sobą, że do­pie­ro te­raz na to wpadłem. Oj­ciec umie­ra - za­chi­cho­tał. - On jest na to zde­cy­do­wa­nie zbyt upar­ty, żeby się przekręcić i wszyst­ko zo­sta­wić w mo­ich, jak­kol­wiek kom­pe­tent­nych, rękach.

- Uwierz, na­prawdę miałem szcze­ry za­miar wrócić wkrótce do An­glii.

- Wiem.

Gray łypnął na nie­go po­dejrz­li­wie.

- Co masz na myśli?

- Od ja­kichś dwóch lat w two­ich li­stach zaczął prze­wi­jać się no­stal­gicz­ny ton, a z ko­lei dwa lata wcześniej po­ja­wiła się pew­na sub­tel­na alu­zja. Może na­wet nie zda­wałeś so­bie z tego spra­wy. Ale ja znam cię na wy­lot.

- Nadal nie ro­zu­miem, co właści­wie chcesz mi przez to po­wie­dzieć.

- Do­sko­na­le wiesz, co chcę po­wie­dzieć. To doj­rze­wało we mnie przez je­de­naście lat, Gray. - Win potrząsnął głową i spoj­rzał na nie­go z wy­rzu­tem.

Gray pa­trzył za­sko­czo­ny.

- Prze­pra­szam...?

- No ja myślę. - Win pod­niósł się i zaczął krążyćwokół ku­zy­na. - Wy­je­chałeś, po­zo­sta­wiając mamę i ojca w prze­ko­na­niu, że ja­kieś nie­ja­sne po­czu­cie obo­wiązku wo­bec two­ich ro­dziców i sa­me­go sie­bie każe ci oso­biście za­pra­co­wać na własną for­tunę. Przy­najm­niej brzmiało do­brze.

- Ale właśnie z tej przy­czy­ny wy­je­chałem - stwier­dził Gray oschle.

- Bre­dzisz - prychnął Win. - Do­sko­na­le wie­działeś, że oj­ciec za­mie­rzał po­wie­rzyć ci pro­wa­dze­nie in­te­resów ro­dzi­ny, a ja miałem się zająć majątkiem i nie­ru­cho­mościa­mi. Myślał chy­ba, że ra­zem, jako ro­dzi­na, mo­gli­byśmy co naj­mniej rządzić świa­tem.

- Tak...

- Nie wy­ni­kało to z ja­kie­goś błędnie pojętego po­czu­cia obo­wiązku, a na pew­no nie z litości. I to takżedo­sko­na­le wiesz.

- Tak sądzę, ale...

- Ale ty ze swo­jej stro­ny odwróciłeś się od ro­dzi­ny i po­zwo­liłeś po­kie­ro­wać swo­im życiem ko­bie­cie, która od­rzu­ciła cię dla in­ne­go, który dys­po­no­wał większy­mi pie­niędzmi i lep­szym tytułem.

Gray prychnął.

- To nie była...

- Nie była? - Win spoj­rzał na nie­go ostro. - Jeśli do­brze pamiętam była to Ca­mil­la Chan­ning, obec­nie lady Ly­din­gham, ko­bie­ta, którą ko­chałeś. Od­rzu­ciła cię, żeby poślubić znacz­nie star­sze­go mężczyznę z nie­małą for­tuną i po­zycją. Mężczyznę, który miał to, cze­go ty nie miałeś.Do tego miej­sca się zga­dza, praw­da?

- Po­niekąd...

- I nie­mal w tym sa­mym cza­sie ty, który za­wsze wy­da­wałeś się rozsądnym człowie­kiem, uroiłeś so­bie, że mu­sisz wy­je­chać i zbić for­tunę, mając w za­na­drzu nie­wie­le więcej niż skromną pożyczkę od ojca. To też się zga­dza?

Gray skinął głową.

- Mów da­lej.

- A kie­dy ona owdo­wiała, a stan two­je­go majątku po­zwa­lał cię na­zwać obrzy­dli­wie bo­ga­tym...

- Tego nie wiem...

- W każdym ra­zie... - Win nadal krążył wokół Graya ni­czym dra­pieżnik szy­kujący się do ata­ku, co było w naj­wyższym stop­niu iry­tujące. - ...ty nadal od­ma­wiałeś po­wro­tu. Po­nie­waż...

- Po­nie­waż? - Gray wy­sy­czał przez zęby.

- Po­nie­waż to było wciąż zbyt mało - dokończył Win z trium­fem. - Mu­siałeś do­wieść jej, że nie tyle dorównu­jesz mężczyźnie, którego wy­brała, ale je­steś od nie­go lep­szy. Może nie masz tytułu, ale masz większy majątek. A po­nie­waż ona i jej sio­strzycz­ki były na to za­wsze łase, powrót z górami pie­niędzy byłby ide­al­nym ode­gra­niem się na ko­bie­cie, która złamała ci ser­ce.

Gray nie mógł temu za­prze­czyć.

- Przy­znaję, że to mogło mnie w pe­wien sposób zmo­ty­wo­wać...

- Aha! Wie­działem. - Win uniósł kie­li­szek bran­dy. - Te­raz możesz się przed nią pu­szyć.

- Może wcześniej tak, ale te­raz... - Gray wzru­szył ra­mio­na­mi. - To gra nie­war­ta świecz­ki.

- Nie­war­ta świecz­ki? Do­bry Boże. - Win wle­pił w nie­go wzrok. - Od kie­dy je­steś taki szla­chet­ny?

- Nie je­stem szla­chet­ny. - Z na­mysłem pociągnął łyk bran­dy. - Ona już nic dla mnie nie zna­czy. Za­mknąłem ten roz­dział mo­je­go życia. Było, minęło. Nie można tego zmie­nić, a ja nie widzę sen­su roz­dra­py­wa­nia ran. O Ca­mil­li, lady Ly­din­gham, za­po­mniałem już tak daw­no, że na­wet tego nie pamiętam. I jak wspo­mniałem: udo­wad­nia­nie jej te­raz cze­go­kol­wiek nie jest war­te mo­je­go cza­su.

- Bra­wo, Gray. Świet­na mowa. - Win uniósł szklankę w geście to­a­stu. - Robi wrażenie, do­praw­dy. Nie uwie­rzyłem w ani jed­no słowo, ma się ro­zu­mieć, ale mimo wszyst­ko wy­ra­zy uzna­nia.

- To aku­rat nie jest ważne, czy uwie­rzyłeś - Grayw­zru­szył ra­mio­na­mi. - Z lady Ly­din­gham nie mam ab­so­lut­nie nic wspólne­go. No, może poza przy­jaźnią w da­le­kiej przeszłości.

- Ro­zu­miem. - Win łyknął bran­dy i prze­ciągle przyj­rzał się ku­zy­no­wi. - Ale wiesz, że nadal jest wdową i nie wyszła po­now­nie za mąż, o czym nie omiesz­kałem wspo­mnieć w mo­ich li­stach?

- Wspo­mi­nałeś, nie za­przeczę. - Gray po­wo­li sączył bran­dy. - Z nie­zwykłą wręcz re­gu­lar­nością.

- I nic to dla cie­bie nie zna­czy?

- Nic a nic.

- A co jeśli po­wiem, że w tym roku spędza święta w po­siadłości mat­ki, nie­całe pół go­dzi­ny jaz­dy stąd? To też nie ma zna­cze­nia?

- Żad­ne­go.

- A jeśli nie­spo­dzie­wa­nie spo­tkasz ją na uli­cy, czy­twe ser­ce nie za­cznie bić szyb­ciej od trze­po­tu skrzy­deł uwięzio­nej pta­szy­ny?

- Uwięzio­nej pta­szy­ny? - Gray wy­buchnął śmie­chem. - Wiel­kie nie­ba, co w cie­bie wstąpiło?

- Sta­rałem się być po­etyc­ki - stwier­dził pod­niośle Win. - Mam ser­ce wiesz­cza.

Gray prychnął.

- Nie masz.

- Może i nie. - Win wzru­szył ra­mio­na­mi. W tej chwi­li nie ma to jed­nak żad­ne­go zna­cze­nia, po­nie­waż nie o moim ser­cu roz­pra­wia­my, lecz o two­im.

- Win. - Gray po­chy­lił się i spoj­rzał ku­zy­no­wi pro­sto w oczy. - Przy­znaję, że moje ser­ce biło kie­dyś dla Ca­mil­li Chan­ning. I w isto­cie wpłynęło to na moją de­cyzję o wy­ru­sze­niu w sze­ro­ki świat, co wyszło mi na­der uda­nie. W tym względzie sta­no­wiła je­dy­nie śro­dek do celu i może kie­dyś była także ce­lem. Ale już nim nie jest. Nie żywię już do niej żad­nych uczuć, poza tymi, ja­kie można żywić w sto­sun­ku do sta­re­go przy­ja­cie­la.

- Więc nie będziesz jej uni­kał?

- Nie ma ta­kie­go po­wo­du.

- A jeśli miałbyś ją po­now­nie spo­tkać...

- Przy­pad­kiem na dro­dze? - Gray się uśmiechnął.

- Albo gdzie­kol­wiek in­dziej... - ciągnął Win. - Trak­to­wałbyś ją jak...

- Jak trak­tu­je się sąsia­da, którego się znało przez kawał życia, jak dawną przy­ja­ciółkę - stwier­dził zde­cy­do­wa­nie Gray. - Z uprzejmą ser­decz­nością.

- I nie ze­chciałbyś chwy­cić jej w ra­mio­na, ob­sy­pać pocałunka­mi i wy­znać do­zgonną miłość?

Gray się roześmiał.

- Ależ nie.

- Sko­ro je­steś tego taki pe­wien...

- Bo je­stem.

- To wy­bor­nie - pod­su­mo­wał Win. - Bo wi­dzisz, kie­dy trzy dni temu mama wyjeżdżała do Lon­dy­nu, kazała ku­char­ce przy­go­to­wać kosz naj­lep­szych ba­be­czek, cia­stek i bisz­koptów. W całym hrab­stwie wciąż nie znaj­dziesz­lep­szych... Kosz należy posłać do po­siadłości Mil­l­worth, aby tym ge­stem sąsiedz­kiej życz­li­wości należycie po­wi­tać lady Ly­din­gham i jej ro­dzinę. Mama nie była pew­na, czy mat­ka i sio­stry lady Ly­din­gham także przybędą na święta, gdyż słyszała, że lady Mil­l­worth wraz z najmłodszą córką udała się do Paryża.

Gray rzu­cił ku­zy­no­wi po­dejrz­li­we spoj­rze­nie.

- No i?

- No i, zgod­nie z mo­imi in­for­ma­cja­mi, lady Ly­din­gham przy­była wczo­raj. Ku­char­ka przy­go­to­wała kosz i należy go tam do­star­czyć.

- No i?

- No i, mimo iż mogę prze­ka­zać go przez posłańca, mama ukręciłaby mi łeb, gdy­by ko­sza nie do­star­czyłktoś z ro­dzi­ny.

- Sądzę więc, że miała na myśli cie­bie.

- Tyl­ko dla­te­go, że nie wie­działa, że ty się po­ja­wisz. A ja mam masę spraw do załatwie­nia. - Win posłał młod­sze­mu ku­zy­no­wi su­ro­we spoj­rze­nie. - Pod­czas gdy ty zbi­jałeś swoją for­tunkę, ja przy­swa­jałem so­bie wszyst­ko, co oj­ciec za­mie­rzał roz­dzie­lić między nas dwóch, mia­no­wi­cie pro­wa­dze­nie in­te­resów, fi­nan­se, in­we­sty­cje i zarządza­nie całym majątkiem ro­dzi­ny. Je­stem nie­zwy­kle zajętym człowie­kiem. To ogrom­na odpowie­dzialność, ro­zu­miesz...

- Wy­obrażam so­bie... - bąknął Gray.

- Co zo­sta­wia mi tak nie­wie­le cza­su na roz­ryw­ki to­wa­rzy­skie.

- Pew­nie dla­te­go zry­wają z tobą ko­lej­ne na­rze­czo­ne.

- Nie byłbym zdzi­wio­ny. Za­nim dzi­siaj przy­je­chałeś, mu­siałem prak­tycz­nie wy­kraść so­bie chwilkę na prze­jażdżkę. Dla­te­go właśnie to­bie po­wie­rzam za­da­nie prze­ka­za­nia świątecz­ne­go ko­sza lady Ly­din­gham.

Gray uniósł na nie­go wzrok.

- Nie.

- Dla­cze­go?

- Wolałbym nie, po pro­stu.

- A to z ja­kie­go po­wo­du? - Win ob­rzu­cił go uważnym spoj­rze­niem. - Mówiłeś, że jej nie uni­kasz.

- Zga­dza się.

- A za­nim się w niej za­ko­chałeś, przez długi czas­by­liście przy­ja­ciółmi.

- Nie za­przeczę.

- Po­wie­działeś, że nie żywisz do niej żad­nych uczuć, że za­po­mniałeś o niej, a jeśli ją spo­tkasz, okażesz jej je­dy­nie uprzejmą ser­decz­ność. W du­chu sta­rej przy­jaźni.

- Po­wie­działem to, ale...

- Ale? - Win uniósł brew. - Chy­ba że nie miałeś tego na myśli. Chy­ba że nadal da­rzysz ją głębszym uczu­ciem. Chy­ba że oba­wiasz się, że przy ta­kim spo­tka­niu odżyją...

- Do li­cha - warknął Gray - wezmę te ciast­ka.

- Nie proszę chy­ba o wie­le po tych wszyst­kich la­tach, na które mnie po­rzu­ciłeś...

- Po­wie­działem, że go za­niosę!

- Wiem, ale przed­nio się bawię. - Win posłał mu­trium­fal­ny uśmiech i ru­szył do drzwi. - Po­proszę ku­charkę, żeby przy­go­to­wała ko­szyk. Będziesz mógł go za­brać za jakiś kwa­drans. - Będąc już przy wyjściu, odwrócił się do ku­zy­na. - Nie­za­leżnie od tego, co mówisz, wiem, że to będzie dla cie­bie dość niezręczne. Nie wi­działeś jej od je­de­na­stu lat i dopóki tego nie uczy­nisz, nie możesz z całko­witą pew­nością stwier­dzić, czy two­je uczu­cia zupełnie wy­gasły.

- Bzdu­ry - uciął Gray. - Ja nie mam żad­nych wątpli­wości, a ty?

Win pa­trzył się na nie­go przez chwilę, a następnie przy­taknął.

- Wy­bor­nie. A kie­dy wrócisz, pomożesz mi wdrożyć w życie mój plan ożenku.

- Sądzę, że każda po­moc ci się przy­da, sko­ro nie­masz jesz­cze ni­ko­go na oku. - W głosie Graya za­brzmiała nut­ka kpi­ny.

- Ten fakt tyl­ko pod­no­si po­przeczkę, dro­gi dru­hu.A ja za­wsze lubiłem wy­zwa­nia. - Win spoj­rzał na nie­go z za­wa­diacką pew­nością sie­bie, która ce­cho­wała go już od najmłod­szych lat, po czym wy­szedł.

Kie­dy tyl­ko za­mknęły się drzwi, uśmiech zniknął z twa­rzy Graya. Psia­krew, że też mu­siał go aku­rat dziś wro­bić w tę wi­zytę? Le­piej byłoby ju­tro, po­ju­trze albo na­wet w pierw­szy dzień świąt... Tak, wte­dy byłoby ide­al­nie. Przy­pad­ko­we spo­tka­nie na mszy w obec­ności in­nych - oto cy­wi­li­zo­wa­ne oko­licz­ności spo­tka­nia ko­bie­ty, która, mi­mo­wol­nie wpraw­dzie, ale jed­nak wie­le lat temu złamała mu ser­ce.

Gray zakręcił szkla­neczką z bran­dy i prze­szedł się po po­ko­ju. Nie oszu­ki­wał Wina... No może nie­zu­pełnie. Już daw­no temu uznał, że Ca­mil­la należy do przeszłości i zdał so­bie sprawę z tego, że winę za to, co się między nimi stało, po­no­si zarówno on, jak i ona, a w większym stop­niu może na­wet on.

Znał Ca­millę od lat, ale swoją miłość do niej uzmysłowił so­bie do­pie­ro wówczas, gdy miała wyjść za lor­da Ly­din­gha­ma. Nie, to nie tak. Z uczu­cia zdał so­bie sprawę już wówczas, gdy pew­ne­go dnia w dziew­czyn­ce z sąsied­niej po­siadłości uj­rzał doj­rzałą ko­bietę. Ko­bietę, która zawładnęła jego ser­cem. Nic z tym jed­nak nie zro­bił. Był młody, nie­pew­ny sie­bie, a patrząc z per­spek­ty­wy cza­su - również głupi. Do­pie­ro na dzień przed jej ślu­bem zdo­był się na od­wagę, by wy­znać jej, co czu­je.

Był idiotą, jeśli sądził, że Ca­mil­la sprze­nie­wie­rzy się na­gle wszyst­kim za­sa­dom, które przez całe życie jej wpa­ja­no, ale mimo wszyst­ko miał na­dzieję. Wie­dział, że z jej punk­tu wi­dze­nia należy do­brze wyjść za mąż, bo nig­dy nie wia­do­mo, co spo­tka ro­dzinę. Ar­gu­ment ten zda­wał się wówczas uza­sad­niać to nad­zwy­czaj prag­ma­tycz­ne po­dejście ko­biet do swo­je­go losu. Ubóstwo, wy­znała mu kie­dyś szcze­rze, za­wsze czy­hało tuż za ro­giem. Nie żeby lady Mil­l­worth kie­dykolwiek ono gro­ziło. Jed­nak nikt prze­cież nie wie, co się dzie­je w domu sąsia­da. Jej mąż zmarł przed wie­lu laty, a lady Mil­l­worth nig­dy po­now­nie nie stanęła na ślub­nym ko­bier­cu. Bliźniak jej męża nadal wolał posługi­wać się rangą pułkow­ni­ka za­miast odzie­dzi­czo­ne­go po bra­cie tytułu lor­da, co niewątpli­wie wy­ni­kało z sza­cun­ku do zmarłego. Za­pew­ne ani pułkow­nik Chan­ning, ani lady Mil­l­worth nig­dy nie po­go­dzi­li się z tą śmier­cią. Be­ryl, sio­stra Ca­mil­li, zdążyła już wyjść do­brze za mąż, więc te­raz przyszła pora na Ca­millę.

Jego ro­man­tycz­ne wy­zna­nie moc­no ją za­sko­czyło. W sposób naj­uprzej­miej­szy w sto­sun­ku do oko­licz­ności stwier­dziła, że jest to po pro­stu nie­możliwe. Po­dziękowała mu po praw­dzie za to, że próbował od­wieść ją od małżeństwa bez miłości, której za­wsze tak bar­dzo pragnęła, ale wy­raz jej oczu zda­wał się temu prze­czyć.

To wte­dy właśnie ją pocałował. Po raz pierw­szy i ostat­ni. A ona mu się od­wza­jem­niła. I przez jedną nie­sa­mo­witą chwilę głęboko w ser­cu czuł, że wszyst­ko jest możliwe.Nie­za­leżnie od tego, co mu po­wie­działa, w rze­czy­wi­stości go ko­chała.

Po­tem jed­nak od­sunęła się od nie­go i za­su­ge­ro­wała, że po­wi­nien na­tych­miast wyjść. Po­sta­wił jej idio­tycz­ny za­rzut, że poślubiłaby go, gdy­by miał pie­niądze. Ona na­to­miast skwi­to­wała, że sko­ro i tak ich nie ma, ten ar­gu­ment jest bez zna­cze­nia. On znał ją jed­nak le­piej. Zaczął się z nią sprze­czać, ale zro­zu­miał, że tyl­ko na tym stra­ci. Była zde­cy­do­wa­na za­wrzeć to małżeństwo i żyć tak, jak za­wsze pla­no­wała. Może gdy­by tyle nie zwle­kał i wcześniej ze­brał się na od­wagę. Może gdy­by był sil­niej­szy albo gdy­by nie byli tacy młodzi. Ona miała wte­dy dzie­więtnaście lat, a on za­le­d­wie dwa­dzieścia. Może...

Od­szedł więc z jej życia. Ona zo­stała lady Ly­din­gham, a on wy­ru­szył w świat, aby stać się kimś. Te­ra­zwrócił do domu, a ona była wol­na. Mimo wszyst­ko, nie miało to właści­wie żad­ne­go zna­cze­nia. Dla ich oboj­ga minęło zbyt wie­le cza­su. Był te­raz in­nym człowie­kiem­niż wcześniej. A ona, niewątpli­wie, była zupełnie inną ko­bietą. Nie­za­leżną fi­nan­so­wo wdową z własny­mi po­mysłami na życie. Co­kol­wiek nie­gdyś było między nimi, prze­padło z bie­giem lat.

Ale mimo wszyst­ko po­zo­stał jej daw­nym przy­ja­cie­lem i właśnie w tej roli miał do­star­czyć świątecz­ny koszw imie­niu ciot­ki. Wy­mie­nią się uprzej­mościa­mi. Ona­za­py­ta o zdro­wie stry­ja, on - o jej sio­stry. On pod­trzy­ma roz­mowę tak długo, jak przy tego typu spo­tka­niach to ko­niecz­ne, a następnie złoży jej świątecz­ne życze­nia i wróci do domu. I tyle.

Zi­gno­ro­wał prze­pełnio­ny powątpie­wa­niem głos podświa­do­mości: A co, jeśli będzie in­a­czej?