Kobieta na krańcu świata 3 - Martyna Wojciechowska

-
Proszę czekać

W Pol­sce je­stem nie­za­leż­ną ko­bie­tą suk­ce­su i sa­mot­ną mat­ką. Mam swo­je miesz­ka­nie, pie­nią­dze, któ­re sama za­ro­bi­łam i mogę de­cy­do­wać, na co je wy­dam...

W Afga­ni­sta­nie za rzą­dów ta­li­bów mu­sia­ła­bym no­sić bur­kę, sie­dzia­ła­bym w domu i nie mo­gła­bym opusz­czać go bez to­wa­rzy­stwa ojca, męża, czy syna. O ile w ogó­le prze­ży­ła­bym na­ro­dzi­ny dziec­ka, bo co siód­ma ko­bie­ta w tym kra­ju umie­ra w trak­cie po­ro­du z po­wo­du nie­do­sta­tecz­nej opie­ki me­dycz­nej...

W Ne­pa­lu mo­gła­bym mieć trzech, a na­wet sze­ściu mę­żów, któ­rych wy­bra­li­by dla mnie ro­dzi­ce...

W Nor­we­gii by­ła­bym pew­nie już po trze­cim roz­wo­dzie, ale za to gdy­bym miesz­ka­ła w In­diach i po­wie­dzia­ła, że chcę odejść od męża, to ten mógł­by mnie po­lać naf­tą i pod­pa­lić. Co roku w wy­ni­ku ta­kich "przy­pad­ko­wych" po­ża­rów gi­nie na­wet 15 ty­się­cy ko­biet...

W So­ma­lii zo­sta­ła­bym ob­rze­za­na i wy­da­na za mąż za męż­czy­znę star­sze­go o 40 lat, a w Ni­ge­rii z pew­no­ścią by mnie uka­mie­no­wa­no za seks przed­mał­żeń­ski, bo prze­cież mam dziec­ko bez ślu­bu...

Jako miesz­kan­ka Bo­li­wii uwa­ża­ła­bym, że je­śli męż­czy­zna mnie ko­cha, to musi mnie bić, bo ta­kie jest jego od­wiecz­ne pra­wo. Je­śli nie bije, to zna­czy, że nie jest wy­star­cza­ją­co za­zdro­sny i mu­szę się sta­rać bar­dziej...

Praw­da bo­wiem jest taka, że nasz los w du­żej mie­rze za­le­ży od tego, w ja­kiej czę­ści świa­ta przy­szły­śmy na świat.

Je­stem wdzięcz­na wszyst­kim moim bo­ha­ter­kom za to, że były tak otwar­te i ser­decz­ne, że po­dzie­li­ły się ze mną czę­sto bar­dzo in­tym­ny­mi i nie­jed­no­krot­nie bo­le­sny­mi do­świad­cze­nia­mi ze swo­je­go ży­cia. Przy­zna­ję, że cza­sem, kie­dy o tym wszyst­kim my­ślę, to po­tem dłu­go nie mogę w nocy spać... Ale przy­najm­niej wiem, że miesz­ka­jąc w Eu­ro­pie, w Pol­sce, je­stem szczę­ścia­rą.

Mam na imię Dik­sza Kan­war. Mam 40 lat i po­cho­dzę z rodu De­pa­wat, któ­ry wy­wo­dzi się bez­po­śred­nio od bo­gi­ni Kar­ni Maty. Tyl­ko człon­ko­wie mo­jej ro­dzi­ny mogą słu­żyć w świą­ty­ni szczu­rów, a dla nas to wiel­ki za­szczyt. Czym są dla mnie szczu­ry? To moja ro­dzi­na. Jak my umrze­my, też się w nie zmie­ni­my. Dla­te­go się nimi opie­ku­je­my, kar­mi­my je. Przy­go­to­wu­ję dla nich pud­ding, lo­kal­ne przy­sma­ki. Jest pięć ro­dza­jów sło­dy­czy, któ­re tu­taj za­wsze po­da­je­my, a one je bar­dzo lu­bią. To do­bry uczy­nek.

Nie wia­do­mo, co jest w tej hi­sto­rii praw­dą, co pół­praw­dą, a co zo­sta­ło cał­ko­wi­cie zmy­ślo­ne... O bo­gi­ni Kar­ni Ma­cie krą­ży mnó­stwo le­gend, ale ona po­dob­no le­gen­dą nie była, żyła na­praw­dę w XIV wie­ku. Ale ile lat? Pew­no­ści już nie ma - 70 lat, inni mó­wią, że 90, a może i 150... Fak­tem jest, że roz­sła­wi­li ją ów­cze­śni tru­ba­du­rzy na­le­żą­cy do ka­sty Ća­ra­na. Ci po­boż­ni wę­drow­ni po­eci i pie­śnia­rze two­rzy­li przej­mu­ją­ce opo­wie­ści, wiel­biąc w nich miej­sco­wych wład­ców, czy­li ma­ha­ra­dżów. Oto­czy­li czcią tak­że Kar­ni Matę. Stwo­rzy­li wie­le utwo­rów sła­wią­cych jej do­broć, bo­skie po­cho­dze­nie, wy­jąt­ko­we czy­ny. Trzy po­ko­le­nia wład­ców Ra­dża­sta­nu za­się­ga­ło u niej rad w waż­nych spra­wach, w tym zwią­za­nych z obron­no­ścią. Nie­któ­re źró­dła po­da­ją, że to wła­śnie ona przy­czy­ni­ła się do bu­do­wy for­tów w Dźo­dh­pu­rze i Bi­ka­ne­rze.

Kar­ni Mata była po­dob­no prak­ty­ku­ją­cą asce­zę jo­gin­ką, opie­ko­wa­ła się naj­bied­niej­szy­mi, po­cie­sza­ła lu­dzi na­pięt­no­wa­nych i oskar­ża­nych o prze­stęp­stwa, kry­tycz­nie od­no­si­ła się tak­że do wy­ko­rzy­sty­wa­nia ko­biet. Nie­wy­klu­czo­ne więc, że była pierw­szą hin­du­ską fe­mi­nist­ką.

Hin­du­si wie­rzą, że była wcie­le­niem Dur­gi - wiel­kiej bo­gi­ni wo­jow­nicz­ki zma­ga­ją­cej się z de­mo­na­mi. Jed­na z le­gend gło­si, że uro­dzi­ła się 2 paź­dzier­ni­ka 1387 roku we wsi Su­wap, po­ło­żo­nej nie­da­le­ko Dźo­dh­pu­ru, jako 17. cór­ka Me­ho­dźi Ća­ra­na i jego żony De­wal Dewi. Dziew­czy­na otrzy­ma­ła imię Kar­ni w wie­ku 6 lat, po tym jak cu­dow­nie ule­czy­ła ciot­kę. Na­to­miast sło­wo "Mata" ozna­cza "mat­kę" i jest po­wszech­nie do­da­wa­ne do imion czczo­nych bo­giń. Wia­do­mo, że wy­szła za mąż w wie­ku oko­ło 27 lat i że jej mąż miał wie­le żon, a z jed­ną z nich syna - Laksz­ma­na. Kar­ni Mata bar­dzo lu­bi­ła pa­sier­ba i kie­dy ten uto­pił się w je­zio­rze, bła­ga­ła wład­cę pod­ziem­ne­go świa­ta - Jamę, o przy­wró­ce­nie chło­pa­ko­wi ży­cia. Bóg zgo­dził się, by Laksz­man wró­cił na zie­mię, ale pod po­sta­cią szczu­ra. I obie­cał, że wszy­scy jej mę­scy po­tom­ko­wie na­le­żą­cy do kla­nu De­pa­wat będą po śmier­ci wcie­lać się w te gry­zo­nie, by póź­niej znów od­ro­dzić się jako lu­dzie w jej kla­nie. To wiel­ki przy­wi­lej, bo każ­dy z człon­ków tego rodu wie, że po za­le­d­wie roku czy dwóch po­now­nie bę­dzie czło­wie­kiem. Nor­mal­nie wę­drów­ka przez wcie­le­nia może trwać na­wet set­ki lat...

To wła­śnie Kar­ni Mata po­ło­ży­ła ka­mień wę­giel­ny pod bu­do­wę świą­ty­ni szczu­rów w De­śnok. Mia­ło to być miej­sce, w któ­rym jej po­tom­ko­wie za­wsze znaj­dą schro­nie­nie.

I tak jest do dziś.

Na ogół ko­ja­rzo­ne są z czymś brud­nym, od­ra­ża­ją­cym i roz­no­szą­cym cho­ro­by. Gdy w śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie sza­la­ła dżu­ma, nikt jesz­cze nie znał jej przy­czyn, ale zdy­cha­ją­ce ma­so­wo szczu­ry były za­po­wie­dzią nad­cią­ga­ją­cej za­ra­zy. Nic dziw­ne­go, że bu­dzi­ły gro­zę, choć fak­tycz­ny­mi spraw­ca­mi epi­de­mii czar­nej śmier­ci były pa­so­ży­tu­ją­ce na nich pchły. Pod­czas pan­de­mii w la­tach 1347-1352 w nie­któ­rych re­gio­nach Sta­re­go Kon­ty­nen­tu licz­ba lud­no­ści spa­dła na­wet o 80 pro­cent. Był to tak ol­brzy­mi szok de­mo­gra­ficz­ny, kul­tu­ro­wy i po­li­tycz­ny, że od tam­tych cza­sów gry­zo­nie nie zdo­ła­ły już od­bu­do­wać swo­jej pa­skud­nej re­pu­ta­cji.

Choć więk­szość z nas ich nie­na­wi­dzi, praw­da jest taka, że są na­szy­mi naj­bliż­szy­mi są­sia­da­mi i jako naj­wier­niej­si to­wa­rzy­sze czło­wie­ka po­dą­ża­ją za nami wszę­dzie. Zwie­rzę­ta te sko­lo­ni­zo­wa­ły świat i czy tego chce­my, czy nie - nig­dy nie dzie­li nas od nich dy­stans więk­szy niż kil­ka czy kil­ka­na­ście me­trów. Po­dob­no na jed­ne­go czło­wie­ka przy­pa­da śred­nio je­den szczur, choć w mia­stach ten prze­licz­nik zwięk­sza się na nie­ko­rzyść lu­dzi. Jed­nak ab­so­lut­nie naj­bar­dziej za­szczu­rzo­nym kra­jem świa­ta są In­die, gdzie na jed­ne­go miesz­kań­ca przy­pa­da aż sześć gry­zo­ni. Wiem, aż trud­no w to uwie­rzyć.

***

Sie­dzę w kłę­bo­wi­sku szczu­rów, któ­re fa­lu­ją ni­czym żywy dy­wan. W ży­ciu nie wi­dzia­łam cze­goś po­dob­ne­go. I jest to za­rów­no od­ra­ża­ją­ce, jak i fa­scy­nu­ją­ce... Są tu szczu­ry po­grą­żo­ne w głę­bo­kim śnie, szczu­ry re­lak­su­ją­ce się, szczu­ry wy­ko­nu­ją­ce akro­ba­cje na za­kra­to­wa­nych oknach, szczu­ry bie­ga­ją­ce po ścia­nach, szczu­ry ska­czą­ce i mięk­ko lą­du­ją­ce na po­sadz­ce, szczu­ry prze­ci­ska­ją­ce się przez otwo­ry wiel­ko­ści pię­cio­zło­tów­ki, szczu­ry znu­dzo­ne, wresz­cie szczu­ry ucztu­ją­ce przy mi­skach wy­peł­nio­nych mle­kiem i in­ny­mi ła­ko­cia­mi...

W słyn­nej świą­ty­ni w De­śnok w Ra­dża­sta­nie szczu­ry są nie­mal od za­wsze i nig­dy nie opusz­cza­ły jej te­re­nu. Cał­ko­wi­cie wy­zby­ły się więc lęku przed ludź­mi, a przede wszyst­kim zmie­ni­ły swo­je zwy­cza­je. Ich krew­ni że­ru­ją głów­nie nocą, te są ak­tyw­ne w cią­gu dnia, kie­dy to do świą­ty­ni przy­cho­dzą piel­grzy­mi i ofia­ro­wu­ją im ła­ko­cie. Po­noć lu­bią chłep­tać mle­ko, chęt­nie za­ja­da­ją pud­ding, cia­stecz­ka spe­cjal­ne­go wy­pie­ku i jesz­cze wie­le in­nych słod­ko­ści, któ­re w przy­ro­dzie ra­czej nie wy­stę­pu­ją. Poza tym w prze­ci­wień­stwie do "nor­mal­nych" gry­zo­ni są wy­jąt­ko­wo śmia­łe. Wła­śnie je­den szczur pod­gry­za mi pa­lec, dru­gi wcho­dzi do no­gaw­ki mo­ich spodni, trze­ci wspi­na mi się na ple­cy, a ko­lej­ny do­ma­ga się piesz­czot, trą­ca­jąc moją rękę pyszcz­kiem. Wzdry­gam się z obrzy­dze­niem i jest to chy­ba od­ruch bez­wa­run­ko­wy. O ile je­den szczur wzbu­dza we mnie nie­chęć, pięć szczu­rów to był­by praw­dzi­wy hor­ror, o tyle ty­sią­ce to po pro­stu sta­ty­sty­ka.

Miej­sco­wi pa­trzą na mnie ze zdzi­wie­niem, bo mało kto po­tra­fi za­skar­bić so­bie ta­kie za­ufa­nie miesz­kań­ców świą­ty­ni. Gry­zo­nie, owszem, bio­rą je­dze­nie od lu­dzi, ale ra­czej uni­ka­ją kon­tak­tu fi­zycz­ne­go. Tym­cza­sem ja po chwi­li je­stem ob­le­pio­na sza­rym fu­trem. Może to kwe­stia tego, że wy­czu­wa­ją moje za­in­te­re­so­wa­nie, a zwie­rzę­ta za­zwy­czaj mnie lu­bią? Albo za­uwa­ży­ły, że przy­cho­dzę tu każ­de­go dnia? Przy­zna­ję, że co rano wy­bie­ram ze śnia­da­nia so­czy­ste eg­zo­tycz­ne owo­ce, pa­ku­ję do ple­ca­ka i przy­no­szę do świą­ty­ni. Może więc po pro­stu kar­mię je naj­lep­szy­mi sma­ko­ły­ka­mi i stąd ta sym­pa­tia?

Nie mam ja­kichś szcze­gól­nych fo­bii i nie­wie­le rze­czy bu­dzi we mnie strach. Nie brzy­dzę się ro­ba­ków czy węży, ale wi­zja, że ob­ła­żą mnie szczu­ry, od po­cząt­ku wy­wo­ły­wa­ła we mnie zde­cy­do­wa­ną nie­chęć. Wy­star­czy­ło jed­nak, że zo­ba­czy­łam pierw­sze gry­zo­nie ze świą­ty­ni w De­śnok, by oka­za­ło się, że nie ro­bią na mnie szcze­gól­ne­go wra­że­nia - są małe i w ni­czym nie przy­po­mi­na­ją na­szych wy­pa­sio­nych szczu­rów. Jak cho­ciaż­by tego, któ­re­go ostat­nio spo­tka­łam w przy­do­mo­wym śmiet­ni­ku - toż to był po­twór wiel­ko­ści do­mo­we­go kota!

- O tych szczu­rach mó­wi­my kaba i trak­tu­je­my je jak po­tom­ków Kar­ni Maty - do­wia­du­ję się już na po­cząt­ku od Na­va­ra­ta­na, swo­je­go tłu­ma­cza.

I ni­czym dzie­ci - roz­piesz­cza się je do gra­nic zdro­we­go roz­sąd­ku. Nie cho­dzi tu tyl­ko o die­tę, ale też o to, że spe­cjal­nie dla nich ten za­byt­ko­wy bu­dy­nek po­dziu­ra­wio­ny jest bar­dziej niż naj­bar­dziej doj­rza­ły szwaj­car­ski ser. Już po­nad 600 lat temu, kie­dy po­wsta­wa­ła świą­ty­nia w De­śnok, ar­chi­tekt wziął pod uwa­gę upodo­ba­nia szczu­rów i za­pro­jek­to­wał la­bi­rynt ko­ry­ta­rzy nie­zna­nej dłu­go­ści, gdzie zwie­rzę­ta mogą się spo­koj­nie roz­mna­żać, umie­rać, a może na­wet zja­dać na­wza­jem, bo ja­koś nikt tu nie znaj­du­je roz­kła­da­ją­cych się zde­chłych gry­zo­ni. Po­dob­no nikt też nie wi­dział ma­łe­go szczu­ra i nie do koń­ca wia­do­mo, gdzie się ro­dzą.

Żyją w ścia­nach, pod pod­ło­gą, mię­dzy bel­ka­mi w stro­pie, na da­chu. Same też wy­gry­za­ją nowe tu­ne­le, a po­nie­waż sie­ka­cze tych gry­zo­ni ro­sną bez prze­rwy - 0,4 mi­li­me­tra na dobę - i są tward­sze niż że­la­zo, nie oprą się im ani fun­da­men­ty bu­dow­li, ani żad­na rura ka­na­li­za­cyj­na czy na­wet mar­mu­ro­wa ścia­na.

Z ty­się­cy otwo­rów znaj­du­ją­cych się do­słow­nie wszę­dzie wy­cho­dzą ko­lej­ne szczu­ry nie­wie­le więk­sze od my­szy, za to co­raz bar­dziej pa­skud­ne. To chy­ba naj­bar­dziej scho­ro­wa­na i zde­ge­ne­ro­wa­na gro­ma­da świa­ta, li­czą­ca po­noć 20 ty­się­cy gry­zo­ni, choć kto by je zdo­łał do­kład­nie po­li­czyć? Nie­mal każ­de­mu coś do­le­ga: jak nie parch, to pa­ra­liż, brak ogo­na, cher­la­wa łapa, ka­pra­we oczy, ob­gry­zio­ne uszy, ubyt­ki fu­tra. Jak wi­dać, krzy­żo­wa­nie się przez stu­le­cia osob­ni­ków w ob­rę­bie jed­nej ro­dzi­ny nie pro­wa­dzi do ni­cze­go do­bre­go. Sa­mi­ca szczu­ra wę­drow­ne­go po­tra­fi od­być po­noć 500 sto­sun­ków sek­su­al­nych w cza­sie rui, któ­ra trwa kil­ka go­dzin. Po mniej wię­cej 23 dniach ro­dzi śred­nio od 7 do 11 mło­dych i znów jest go­to­wa, żeby zajść w cią­żę. W cią­gu roku może wy­dać na świat na­wet 100-150 szczu­rzych ma­lu­chów. Jej dzie­ci osią­ga­ją doj­rza­łość już w trze­cim mie­sią­cu ży­cia i też za­czy­na­ją się mno­żyć na po­tę­gę. I tak w kół­ko.

Co roku szczu­ry po­wo­du­ją w świa­to­wej go­spo­dar­ce stra­ty li­czo­ne w mi­liar­dach do­la­rów, dla­te­go trak­to­wa­ne są jak naj­gor­sze szkod­ni­ki. Ale nie tu. Świą­ty­nia szczu­rów w De­śnok to je­dy­ne miej­sce na świe­cie, gdzie zwie­rzę­ta te są ho­łu­bio­ne i mogą ro­bić ab­so­lut­nie wszyst­ko, a za­miast trut­ki do­sta­ją je­dze­nie przy­go­to­wa­ne spe­cjal­nie z my­ślą o nich. Cie­ka­we, czy na­sze szczu­ry wę­drow­ne tak wła­śnie wy­obra­ża­ją so­bie raj? Nie­ste­ty nie jest ła­two do­stać się do kra­iny szczu­rzej szczę­śli­wo­ści, bo gry­zo­nie ze świą­ty­ni są ni­czym ma­fia, nie wpusz­cza­ją na swój te­ren żad­nej kon­ku­ren­cji. Mają do­sko­na­ły węch i dzię­ki nie­mu bez­błęd­nie roz­po­zna­ją człon­ków swo­je­go kla­nu, a każ­dy osob­nik spo­za ko­lo­nii zo­sta­je na­tych­miast za­gry­zio­ny.

W świą­ty­ni jest mnó­stwo piel­grzy­mów z naj­dal­szych za­kąt­ków kra­ju, wszy­scy ubra­ni od­święt­nie. Do­strze­gam wśród nich wie­le mło­dych par, któ­re wy­róż­nia­ją się wy­so­ki­mi czer­wo­ny­mi tur­ba­na­mi, zwią­za­ni są też sza­lem. Każ­dy z tych no­wo­żeń­ców jest tu po to, żeby po­pro­sić o bło­go­sła­wień­stwo, cza­sem po­dzię­ko­wać za do­bry los. Te­raz ob­cho­dzą bu­dy­nek i skła­da­ją dary.

Na­zy­wam się Ra­win­dra Dźa­in, mam 23 lata, moja żona ma 18. Roz­po­czy­na­my ra­zem nowe ży­cie, więc przy­by­li­śmy tu po bło­go­sła­wień­stwo Kar­ni Maty i je­ste­śmy pew­ni, że na­sze proś­by zo­sta­ną wy­słu­cha­ne Je­ste­śmy świe­żo po ślu­bie, tyl­ko 10 dni.Nie zna­li­śmy się wcze­śniej, pierw­szy raz zo­ba­czy­łem żonę do­pie­ro pod­czas uro­czy­sto­ści... Mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­aran­żo­wa­ne, jak nie­mal wszyst­kie w Ra­dża­sta­nie, ale je­ste­śmy z tego bar­dzo za­do­wo­le­ni. A moja żona chce po­wie­dzieć, że też jest bar­dzo szczę­śli­wa. Dla­cze­go sama nic nie mówi? Bo jest nie­śmia­ła. A co to zna­czy do­bra żona? No, to taka, któ­ra po­tra­fi słu­żyć moim ro­dzi­com, mnie i dzie­ciom. Musi opie­ko­wać się całą ro­dzi­ną. To jej obo­wią­zek.

Żona Ra­win­dry ma na imię Ći­tra i fak­tycz­nie jest bar­dzo spe­szo­na. Co chwi­la przy­kry­wa sza­lem ślicz­ną bu­zię i uśmie­cha się nie­pew­nie. Ko­bie­ta ma na so­bie pięk­ne sari, któ­re wbrew temu, co my­ślą nie­któ­rzy, nie jest go­to­wym stro­jem, bo to tyl­ko 5,5 me­tra tka­ni­ny, któ­rą na­le­ży się owi­nąć w spe­cjal­ny spo­sób. Na dło­niach i sto­pach Ći­tra ma jesz­cze świe­że we­sel­ne wzo­ry wy­ma­lo­wa­ne hen­ną. Ko­bie­ty bar­wią so­bie nią skó­rę już od po­nad 5 ty­się­cy lat, a szcze­gól­nie mi­ster­ne wzo­ry ozda­bia­ją dło­nie i sto­py wła­śnie pa­nien mło­dych. To waż­ny ry­tu­ał pod­czas ślub­nej ce­re­mo­nii, bo ist­nie­je prze­ko­na­nie, że czer­wo­na­wy ko­lor hen­ny przy­no­si szczę­ście.

Mę­żat­ki ła­two od­róż­nić od pa­nien, bo mają sin­dur - czer­wo­ny pro­szek apli­ko­wa­ny na prze­dzia­łek mię­dzy wło­sa­mi. Przy­rzą­dza­ny jest z cy­no­bru, a po raz pierw­szy na­kła­da się go ko­bie­cie pod­czas ce­re­mo­nii ślub­nej, jest to więc od­po­wied­nik na­szej ob­rącz­ki. Kie­dy ko­bie­ta zo­sta­je wdo­wą, tak­że nie może już no­sić tej wy­jąt­ko­wej ozdo­by.

Ra­win­dra za­brał do świą­ty­ni tak­że swo­ją star­szą sio­strę, sko­ro już je­cha­li z da­le­ka. Rina Na­go­ra ma 28 lat i od trzech jest mę­żat­ką.

- Speł­ni­ła się proś­ba, któ­rą za­nio­słam kie­dyś do bo­gi­ni Kar­ni Maty, dla­te­go przy­je­cha­łam tu po­now­nie - tłu­ma­czy mi te­raz.

Dziew­czy­na ma prze­pięk­ne zie­lo­ne sari wy­szy­wa­ne czer­wo­ny­mi kwia­ta­mi i wy­koń­czo­ne zło­tą la­mów­ką. Bie­rze na ko­la­na swo­ją dwu­let­nią có­recz­kę.

- Nie bo­isz się przy­pro­wa­dzać tu ze sobą ma­łe­go dziec­ka? Nie oba­wiasz się cho­rób roz­no­szo­nych przez szczu­ry?

- Dzię­ki ła­sce Kar­ni Maty kaba nie roz­no­szą żad­nych cho­rób. To praw­dzi­we bło­go­sła­wień­stwo, są od­por­ne na­wet na dżu­mę - twier­dzi Rina z prze­ko­na­niem.

Przed wej­ściem do świą­ty­ni trze­ba zdjąć wszyst­kie skó­rza­ne ele­men­ty stro­ju po­cho­dzą­ce od zwie­rząt - męż­czyź­ni po­zby­wa­ją się pa­sków, pa­nie od­kła­da­ją skó­rza­ne to­reb­ki i port­mo­net­ki. Każ­dy też obo­wiąz­ko­wo musi zdjąć buty. Ko­le­dzy z eki­py wło­ży­li po­dwój­ne pary skar­pet, więk­szość tu­ry­stów ku­pu­je spe­cjal­ne ochra­nia­cze. Ja zde­cy­do­wa­łam się, na wzór miej­sco­wych, cho­dzić boso. Te­raz mam więc sto­py wy­ma­za­ne szczu­rzy­mi od­cho­da­mi i cią­gle wdep­tu­ję w coś mięk­kie­go, mo­kre­go i ra­czej nie­zbyt przy­jem­ne­go... Za­pach jest prze­po­twor­ny, szcze­gól­nie że upał tyl­ko go po­tę­gu­je. Sta­ram się nie my­śleć o cho­ro­bach roz­no­szo­nych przez szczu­ry, a jest ich po­nad 50, w tym: ty­fus, wło­śni­ca, tok­so­pla­zmo­za, prysz­czy­ca, a na­wet wście­kli­zna. Po świą­ty­ni bie­ga jed­nak mnó­stwo dzie­ci, któ­re ba­wią się ra­do­śnie, nic so­bie nie ro­biąc z tych za­gro­żeń. Nie wy­obra­żam so­bie, by na­sze eu­ro­pej­skie dzie­ci rów­nie spo­koj­nie znio­sły wi­dok sta­da szczu­rów, co utwier­dza mnie tyl­ko w prze­ko­na­niu, że wszyst­kie na­sze fo­bie to zwy­kle sku­tek wmó­wio­nych nam uprze­dzeń. No bo skąd niby dziec­ko mia­ło­by wie­dzieć, że na­le­ży się bać szczu­rów albo się nimi brzy­dzić? Boi się mat­ka i ten lęk prze­ka­zu­je dziec­ku, da­jąc taki, a nie inny przy­kład. Tu jest po­dob­nie, tyle że w dru­gą stro­nę.

- A nie ża­łu­jesz, że mu­sia­łaś za­koń­czyć edu­ka­cję, kie­dy mia­łaś za­le­d­wie 12 lat? - py­tam, bo dziew­czy­na przy­zna­ła się do tego mo­je­mu tłu­ma­czo­wi już na sa­mym po­cząt­ku roz­mo­wy.

De­ter­mi­na­cja, żeby wy­kształ­cić dzie­ci, jest tu czę­sto ogrom­na, po­nie­waż tyl­ko dzię­ki wy­kształ­ce­niu ma­lu­chy mają szan­sę na lep­sze ży­cie i wy­rwa­nie się z nę­dzy. Zgod­nie z in­dyj­ską kon­sty­tu­cją edu­ka­cja jest bez­płat­na i obo­wiąz­ko­wa do 14. roku ży­cia. Ale po­dob­nie jak u nas ro­dzi­ce mu­szą pła­cić za pod­ręcz­ni­ki, mun­dur­ki, do­dat­ko­we lek­cje. Niby to nie­wie­le, ale w In­diach, gdzie więk­szość lu­dzi żyje za rów­no­war­tość do­la­ra dzien­nie, każ­dy wy­da­tek to abs­trak­cyj­nie wy­so­ka kwo­ta. Dla­te­go do szkół pod­sta­wo­wych za­pi­sa­nych jest za­le­d­wie dwie trze­cie in­dyj­skich dzie­ci. To ozna­cza, że 33 mi­lio­ny ma­lu­chów jest po­zba­wio­nych ja­kie­go­kol­wiek wy­kształ­ce­nia, a te, któ­re cho­dzą do szko­ły, w wie­lu przy­pad­kach nie ro­bią tego re­gu­lar­nie. No i oczy­wi­ście im wyż­sza kla­sa, tym więk­sza prze­wa­ga li­czeb­na chłop­ców nad dziew­czyn­ka­mi, któ­rych z każ­dym ro­kiem za­czy­na uby­wać. Dla­cze­go? Bo za­ga­nia­ne są do pra­cy w polu lub do po­mo­cy w pra­cach do­mo­wych. W grun­cie rze­czy więk­szość ro­dzi­ców uwa­ża, że kształ­ce­nie dziew­czy­nek jest stra­tą cza­su i pie­nię­dzy, prze­cież osta­tecz­nie i tak ich rolą jest ro­dze­nie dzie­ci i słu­że­nie mę­żo­wi.

- Bar­dzo chcę się da­lej uczyć, jed­nak moi te­ścio­wie się temu sprze­ci­wia­ją. - Rina jed­nak nie ma do nich o to żalu, ro­zu­mie ich sy­tu­ację. - To bar­dzo duża ro­dzi­na, mój mąż ma pięć sióstr, z któ­rych tyl­ko jed­na jest za­męż­na, resz­ta miesz­ka z ro­dzi­ca­mi. Dla­te­go mu­szę pra­co­wać, a nie uczyć się - koń­czy ze smut­kiem w gło­sie.

- A cie­szysz się z có­recz­ki czy wo­la­ła­byś syna?

Dwu­lat­ka bawi się obok nas w ster­cie su­chych łu­pin ko­ko­sa, gdzie bu­szu­je co naj­mniej 10 szczu­rów. Mat­ka zer­ka na nią ką­tem oka, ale jest spo­koj­na.

- Wo­la­ła­bym mieć pier­wo­rod­ne­go syna. Z dziew­czyn­ki też się w su­mie cie­szę, ale z syna bar­dziej za­do­wo­lo­na by­ła­by ro­dzi­na mo­je­go męża... - milk­nie na chwi­lę, jak­by szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. - Gdy­by po­ja­wił się przede mną bóg i obie­cał speł­nić ży­cze­nie, to naj­pierw po­pro­si­ła­bym go o zdro­wie dla ca­łej ro­dzi­ny, a póź­niej o syna. Tak bar­dzo bym chcia­ła...

"Wo­lisz uro­dzić dziew­czyn­kę czy chłop­ca?" - u nas to py­ta­nie za­da­je się tyl­ko pro for­ma, żeby spro­wo­ko­wać ro­dzin­ną dys­ku­sję. Wia­do­mo, każ­dy ta­tuś chce mieć syna, żeby mieć part­ne­ra w mę­skich roz­ryw­kach, a ma­mu­sia có­recz­kę, któ­ra bę­dzie grzecz­niej­sza od chło­pa­ka, nie spra­wi tylu pro­ble­mów wy­cho­waw­czych, a gdy do­ro­śnie, bę­dzie dla niej przy­ja­ciół­ką. Po­tem zwy­kle się oka­zu­je, że mat­ki naj­bar­dziej roz­piesz­cza­ją sy­nów, a oj­co­wie ko­cha­ją có­recz­ki bez­gra­nicz­ną mi­ło­ścią. Tak na­praw­dę nie ma więc zna­cze­nia, co się uro­dzi, by­le­by po­to­mek był zdro­wy i roz­wi­jał się tak jak trze­ba.

Tym­cza­sem w In­diach wciąż li­czą się tyl­ko chłop­cy. Na­ro­dzi­ny dziew­czyn­ki to dla ro­dzi­ców duży pro­blem, dla­te­go chcą się go po­zbyć jak naj­szyb­ciej. Czę­sto roz­wią­zu­ją go, kie­dy dziec­ko jest jesz­cze w brzu­chu mat­ki. We­dług CIA Fact­bo­ok w USA na 1000 chłop­ców przy­pa­da 995 dziew­cząt, zaś w In­diach od­po­wied­nio 893. Co ozna­cza, że w tym kra­ju jest po­nad 7 mi­lio­nów dziew­czy­nek mniej, niż być po­win­no. W cią­gu ostat­niej de­ka­dy w wy­ni­ku abor­cji usu­nię­to tu bo­wiem od 3 do 6 mi­lio­nów pło­dów płci żeń­skiej. W daw­nych cza­sach zda­rza­ło się tak­że, że dziew­czyn­ki tuż po na­ro­dze­niu usy­pia­no za po­mo­cą opium i za­bi­ja­no. Dla­cze­go? Dziew­czyn­ka to duże ob­cią­że­nie dla ro­dzin­ne­go bu­dże­tu. W In­diach to ro­dzi­na pan­ny mło­dej pła­ci po­kaź­ny po­sag panu mło­de­mu i po­kry­wa kosz­ty we­se­la. Aran­żo­wa­niu mał­żeń­stwa czę­sto to­wa­rzy­szą burz­li­we ne­go­cja­cje nad li­stą ży­czeń przy­go­to­wa­ną przez ro­dzi­nę na­rze­czo­ne­go. A znaj­du­ją się na niej ta­kie po­zy­cje jak: licz­ba tra­dy­cyj­nych sari, bi­żu­te­ria, sprzęt go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, sa­mo­chód kon­kret­nej mar­ki, pie­nią­dze w go­tów­ce. Syn więc gwa­ran­tu­je ro­dzi­nie przy­chód, zaś cór­ka ozna­cza duży de­bet na kon­cie. I choć po­sa­gi są obec­nie nie­le­gal­ne, to w rze­czy­wi­sto­ści wciąż trze­ba mieć na­praw­dę spo­re środ­ki. Po­dob­no am­bi­cją każ­de­go ro­dzi­ca jest wy­da­nie cór­ki za ko­goś le­piej sy­tu­owa­ne­go i wy­żej usta­wio­ne­go w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Wła­ści­wie nie ma w tym ni­cze­go nie­zwy­kłe­go, każ­da mat­ka chce dla swo­je­go dziec­ka jak naj­le­piej. Jed­nak w In­diach ci mniej za­moż­ni czę­sto od­da­ją swo­je dziec­ko temu, kto po pro­stu bę­dzie miał mniej­sze rosz­cze­nia fi­nan­so­we.

Ra­dża­stan po­wi­tał mnie wy­jąt­ko­wo go­rą­co. Stan ten leży w pół­noc­no-za­chod­niej czę­ści In­dii, gra­ni­czy z Pa­ki­sta­nem i Mo­rzem Arab­skim. "Kli­mat Ra­dża­sta­nu zmie­nia się na ła­god­niej­szy w mia­rę prze­su­wa­nia się na wschód" - prze­czy­ta­łam w prze­wod­ni­ku, ale ja nie je­cha­łam w tym kie­run­ku. Na­szym ce­lem od po­cząt­ku był Bi­ka­ner, uro­cze mia­stecz­ko wy­bu­do­wa­ne w XV wie­ku na szla­ku ka­ra­wan prze­ci­na­ją­cym pu­sty­nię Thar, któ­ra ma po­wierzch­nię pra­wie taką jak Pol­ska i zaj­mu­je więk­szą część sta­nu.

Dla nas Bi­ka­ner z pra­wie 500 ty­sią­ca­mi miesz­kań­ców ucho­dził­by za wiel­kie mia­sto, w In­diach, przy licz­bie lud­no­ści prze­kra­cza­ją­cej 1,3 mi­liar­da, to za­le­d­wie mia­stecz­ko. Zbu­do­wał go Rao Bika, dru­gi syn ma­ha­ra­dży Dźo­dh­pu­ru. Po­nie­waż nie miał szans odzie­dzi­czyć ani ty­tu­łu, ani kró­le­stwa ojca, po­sta­no­wił za­ło­żyć wła­sne, ze sto­li­cą w Bi­ka­ne­rze.

Dzię­ki do­pro­wa­dze­niu tu­taj wody ka­na­ła­mi z Gan­ge­su te­re­ny do­oko­ła mia­sta za­zie­le­ni­ły się od ba­weł­ny, zbo­ża, plan­ta­cji orzesz­ków ziem­nych i wszel­kie­go ro­dza­ju wa­rzyw. Z cza­sem mia­sto sta­ło się jed­ną z waż­niej­szych przy­sta­ni na je­dwab­nym szla­ku i czer­pa­ło zy­ski, bę­dąc oazą, w któ­rej ka­ra­wa­ny kup­ców mo­gły uzu­peł­nić za­pa­sy wody i je­dze­nia. Wciąż mnó­stwo tu po­zo­sta­ło­ści z tam­tych cza­sów. Są więc pięk­nie zdo­bio­ne domy zbu­do­wa­ne z pia­skow­ca, mury miej­skie ota­cza­ją­ce mia­sto na dłu­go­ści 5 ki­lo­me­trów i wy­so­kie na­wet na 9 me­trów, są pa­ła­ce, fort i świą­ty­nie. Chcia­ła­bym mieć czas, by po­dzi­wiać te wspa­nia­łe bu­dow­le, ale my go spę­dza­my w od­da­lo­nym o 30 ki­lo­me­trów De­śnok.

Na­zy­wam się Ka­ilaś Dan De­pa­wat i na­le­żę do ro­dzi­ny bo­gi­ni Kar­ni Maty. Kon­ty­nu­uje­my tra­dy­cję, we­dług któ­rej każ­da z ro­dzin na­sze­go kla­nu od po­nad pół wie­ku, po ko­lei, przez mie­siąc peł­ni służ­bę w tej świą­ty­ni. Mnie się to zda­rza już po raz dru­gi, ostat­nio peł­ni­li­śmy służ­bę 7,5 roku temu.

Mój brat, jako naj­star­szy w ro­dzi­nie, jest obec­nie głów­nym ka­pła­nem w świą­ty­ni, a ja go w tym wspie­ram.Wiem, że je­śli kie­dy­kol­wiek ktoś z mo­jej ro­dzi­ny umrze, wcie­li się po śmier­ci w szczu­ra, a kie­dy szczur zdech­nie, to na­stą­pi in­kar­na­cja w nowo na­ro­dzo­ne dziec­ko, któ­re po­ja­wi się w na­szej ro­dzi­nie. Dla­te­go słu­żę tu tak na­praw­dę swo­im bra­ciom i sio­strom, po pro­stu swo­jej ro­dzi­nie.

Wy­zna­czo­no nam spo­tka­nie z przed­sta­wi­cie­la­mi rodu De­pa­wat, czy­li praw­dzi­wy­mi po­tom­ka­mi Kar­ni Maty. Zgo­dę mu­sie­li­śmy ne­go­cjo­wać ze wszyst­ki­mi męż­czy­zna­mi opie­ku­ją­cy­mi się obec­nie świą­ty­nią. I trwa­ło to naj­pierw kil­ka ty­go­dni w Pol­sce, a po przy­jeź­dzie do In­dii jesz­cze ko­lej­nych kil­ka dni. Sza­cu­je się, że w In­diach żyje od 500 do 700 ro­dzin spo­krew­nio­nych z bo­gi­nią i tyl­ko one mają pra­wo i jed­no­cze­śnie obo­wią­zek trosz­czyć się o świą­ty­nię. Męż­czyź­ni z kla­nu po ko­lei, co 30 dni, przej­mu­ją rolę ka­pła­nów i bez wzglę­du na to, gdzie miesz­ka­ją i czym się zaj­mu­ją, na czas po­słu­gi prze­no­szą się wraz z ro­dzi­na­mi do De­śnok. Uwa­ża­ją to za naj­więk­sze wy­róż­nie­nie i za­szczyt.

Nie­ste­ty, o ile z męż­czy­zna­mi moż­na roz­ma­wiać i pew­nie na­krę­cić o nich nie­je­den pro­gram, o tyle ko­bie­ty są tu pod spe­cjal­nym nad­zo­rem mę­żów, oj­ców, bra­ci. Ci zaś ab­so­lut­nie nie zga­dza­ją się na fil­mo­wa­nie swo­ich żon, có­rek, sióstr w pry­wat­nych sy­tu­acjach, w domu, a tym bar­dziej je­że­li za ka­me­ra­mi sto­ją obcy męż­czyź­ni.

- W Ra­dża­sta­nie to ab­so­lut­nie nie­do­pusz­czal­ne! - sły­szę na każ­dym kro­ku i sama już za­czy­nam wąt­pić, czy co­kol­wiek uda się nam tu zdzia­łać.

Nadal nie je­stem jed­nak pew­na, czy uda mi się po­roz­ma­wiać z ja­ką­kol­wiek przed­sta­wi­ciel­ką tego kla­nu... Przy­zna­ję, że wszy­scy ostrze­ga­li, że zdo­by­cie po­zwo­le­nia na coś ta­kie­go bę­dzie gra­ni­czy­ło z cu­dem.

Mam żonę Ma­ni­szę, po­ślu­bi­łem ją pięć lat temu, do­cze­ka­li­śmy się dwóch có­re­czek. Ma­ni­sza po­cho­dzi z do­sko­na­le wy­kształ­co­nej ro­dzi­ny, jej oj­ciec jest le­ka­rzem. Od pię­ciu lat miesz­ka­my w Dźaj­pu­rze, gdzie prze­pro­wa­dzi­li­śmy się za­raz po ślu­bie i je­ste­śmy tam bar­dzo szczę­śli­wi. Ale kie­dy wy­pa­da na­sza ko­lej służ­by w De­śnok, mu­szę wziąć urlop i wró­cić tu, do ro­dzin­ne­go mia­sta, do resz­ty ro­dzi­ny, żeby ją od­być.Co­dzien­nie wsta­je­my o 4 rano. Roz­po­czy­na­my dzień od sprzą­ta­nia świą­ty­ni, ko­bie­ty przy­go­to­wu­ją je­dze­nie dla szczu­rów. O 10 rano skła­da­my ofia­rę Kar­ni Ma­cie i rów­no­cze­śnie dary dla szczu­rów. Ten pierw­szy po­si­łek przy­go­to­wu­je moja żona oso­bi­ście. To jej po­win­ność.

Mu­szę przy­znać, że ro­dzi­na De­pa­wat jest nie­zwy­kle prze­ję­ta fak­tem, że oto przy­je­cha­ła do nich te­le­wi­zja. I chy­ba na­wet nie ma zna­cze­nia, że je­ste­śmy z Pol­ski i ra­czej ża­den z są­sia­dów nie obej­rzy tego pro­gra­mu... Ka­ilaś, któ­ry pra­cu­je w Dźaj­pu­rze i z wy­kształ­ce­nia jest eko­no­mi­stą, bez prze­rwy pod­kre­śla, jak wiel­ką czu­je od­po­wie­dzial­ność za cały ród De­pa­wat i jego wie­lo­wie­ko­wą tra­dy­cję opie­ko­wa­nia się szczu­ra­mi ze świą­ty­ni Kar­ni Maty. Za­le­ży mu na tym, by w jak naj­lep­szym świe­tle przed­sta­wić kult bo­gi­ni, więc tak­że cały swój ród. Robi więc wszyst­ko, co w jego mocy, że­by­śmy byli za­do­wo­le­ni, na każ­dym kro­ku pod­kre­śla jed­nak:

- Mu­sisz zro­zu­mieć, że je­ste­śmy bar­dzo, ale to bar­dzo tra­dy­cyj­ni...

Z tego po­wo­du jest tak ze­stre­so­wa­ny, że ma pro­blem z od­po­wie­dzią na­wet na naj­prost­sze py­ta­nia. Jak­by oba­wiał się, że wy­pad­nie za mało tra­dy­cyj­nie.

- A co mo­żesz opo­wie­dzieć o swo­jej żo­nie, tak pry­wat­nie? - za­py­ta­łam wcze­śniej Ka­ilaś a, żeby przy­go­to­wać się do wy­wia­du.

- Oj­ciec Ma­ni­szy od­wie­dzał świą­ty­nię i wi­dział, jak ród De­pa­wat słu­ży bo­gi­ni. Za­le­ża­ło mu, żeby jego cór­ka wy­szła za mąż za ja­kie­goś mło­de­go, bar­dzo in­te­li­gent­ne­go czło­wie­ka z tej wła­śnie ro­dzi­ny, więc przy­szedł do mo­je­go ojca... - Ka­ilaś mówi to z ta­kim prze­ko­na­niem i tak nie­skrom­nie, że uśmie­cham się te­raz od ucha do ucha. On jed­nak nie­spe­szo­ny kon­ty­nu­uje: - To z ko­lei wy­war­ło ol­brzy­mie wra­że­nie na moim ojcu, dla­te­go uznał, że po­wi­nie­nem po­ślu­bić cór­kę tego czło­wie­ka. Na­sze mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­aran­żo­wa­ne, po­nie­waż tak jest przy­ję­te w na­szej kul­tu­rze.

- Ko­chasz ją? - to py­ta­nie pada z mo­ich ust bez­wied­nie.

- No, tak... - jest chy­ba za­sko­czo­ny, że po­ru­szam TAKI te­mat. - Jest prze­cież bar­dzo po­słusz­na i od­da­na bo­gi­ni, ko­cha na­szą ro­dzi­nę. Świet­nie się zna na pro­wa­dze­niu domu i jest bar­dzo go­ścin­na. Wspie­ra mnie na każ­dym kro­ku i jest... pięk­na. - Ka­ilaś re­flek­tu­je się jed­nak, że może zbyt­nio się przede mną otwo­rzył. - Ale tak na­praw­dę mnie na tym nie za­le­ży, uro­da nie trwa wiecz­nie. Naj­waż­niej­sze, że po­świę­ca się opie­ce nad dzieć­mi. To pro­sta ko­bie­ta - do­da­je, ale wi­dzę, że w jego mnie­ma­niu to kom­ple­ment.

Ka­ilaś waży te­raz każ­de sło­wo, chy­ba boi się, że jed­nak po­wie za dużo.

(Wiem, że za chwi­lę do­czy­ta­cie ten roz­dział do po­ło­wy, a nadal nie po­zna­li­ście głów­nej bo­ha­ter­ki, ale przy­znam szcze­rze, że je­stem w ta­kiej sa­mej sy­tu­acji. I od­czu­wam z tego po­wo­du fru­stra­cję po­mie­sza­ną z wku­rze­niem... Sfil­mo­wa­li­śmy już świą­ty­nię szczu­rów, im­po­nu­ją­ce za­byt­ki Ra­dża­sta­nu, oko­licz­ne wi­do­ki, a na­wet targ wiel­błą­dów. Prze­pro­wa­dzi­łam wy­wia­dy z po­ło­wą piel­grzy­mów, któ­rzy ko­czu­ją na pla­cu w De­śnok, za­trud­ni­łam się na­wet jako ulicz­ny fry­zjer mę­ski i ba­wi­łam się przy tym świet­nie. Nadal jed­nak nie po­zna­łam ko­bie­ty, dla któ­rej prze­mie­rzy­łam pół świa­ta, i któ­ra po­win­na być naj­waż­niej­sza w tej opo­wie­ści...).

Kil­ka mi­nut przed 9 rano sto­imy pod do­mem Ma­ni­szy i Ka­ilaś a, go­to­wa na głów­ny wy­wiad, któ­ry mam w koń­cu prze­pro­wa­dzić. Nadal jed­nak nie mam pew­no­ści, czy plan się po­wie­dzie, bo w In­diach ni­cze­go nie moż­na być pew­nym... Na ra­zie, żeby nie mar­no­wać cza­su, ope­ra­to­rzy fil­mu­ją dom z ze­wnątrz, ja przy­sy­piam w sa­mo­cho­dzie, cze­ka­jąc na znak, że TO JUŻ.

Bu­dy­nek wy­glą­da jak kil­ka po­łą­czo­nych ze sobą pro­sto­ką­tów z ma­lut­ki­mi za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi i pła­skim da­chem. Ścia­ny są bia­łe, a ich gór­ne kra­wę­dzie zwień­cza po­ma­rań­czo­wy szla­czek. Na dole jest z ko­lei ró­żo­wa lam­pe­ria, któ­ra prze­cho­dzi w nie­wy­so­ki mur w tym sa­mym ko­lo­rze. Samo po­dwór­ko zo­sta­ło wy­la­ne be­to­nem, two­rzy coś na kształt gru­bej plat­for­my i wy­glą­da jak nie­do­koń­czo­na in­we­sty­cja, choć na­ru­szo­na już zę­bem cza­su. Mniej wię­cej na jej środ­ku wy­cię­ty jest kwa­drat, któ­ry oka­zu­je się wie­kiem stud­ni, obok sto­ją gli­nia­ne dzba­ny na wodę. Z całą pew­no­ścią nikt ja­koś szcze­gól­nie nie dba o to miej­sce, nie ma tu ro­ślin, stoi tyl­ko jed­no brud­ne pla­sti­ko­we krze­sło, na sznur­kach su­szy się ko­lo­ro­we pra­nie. Ale prze­cież ro­dzi­na nie miesz­ka w De­śnok na sta­łe - to dom wy­ko­rzy­sty­wa­ny tyl­ko pod­czas peł­nie­nia służ­by w świą­ty­ni i za­pew­ne tak­że w cza­sie wa­ka­cji. Z ze­wnątrz przy­po­mi­na twier­dzę. I rze­czy­wi­ście nie jest ła­two do­stać się do nie­go, o czym mam oka­zję się prze­ko­nać po go­dzi­nie cze­ka­nia na za­pro­sze­nie do środ­ka.

W koń­cu go­spo­darz wita nas w pro­gu. Ka­ilaś Dan De­pa­wat uśmie­cha się pro­mien­nie. Ma na so­bie nie­bie­ską ko­szu­lę i czar­ne spodnie w kant, a jego gę­ste kru­czo­czar­ne wło­sy, lśnią­ce od po­ma­dy, za­cze­sa­ne są do góry, two­rząc fry­zu­rę a la Elvis. Wy­lew­nie oka­zu­ję mu swo­ją wdzięcz­ność, że zgo­dził się przy­jąć eki­pę te­le­wi­zyj­ną w swo­im domu. Bły­ska­wicz­nie ścią­gam buty i wcho­dzi­my do środ­ka. Pierw­sze po­miesz­cze­nie to po­kój go­ścin­ny, jest tu te­le­wi­zor, są książ­ki, mnó­stwo ro­dzin­nych fo­to­gra­fii opra­wio­nych w ram­ki - Ka­ilaś jako dziec­ko, mło­dy chło­pak, stu­dent, z ko­le­ga­mi.

Zwy­kle więk­szość za­pro­szo­nych go­ści zo­sta­je wła­śnie tu. W do­mach tra­dy­cyj­nych ro­dzin z Ra­dża­sta­nu żad­na oso­ba płci mę­skiej nie ma bo­wiem pra­wa wstę­pu da­lej. Je­śli na­wet przy­jeż­dża z da­le­ka ja­kiś krew­ny, to w tym de fac­to przed­po­ko­ju śpi, a na­wet je. Go­spo­da­rze go w tym po­miesz­cze­niu od­wie­dza­ją, a ko­bie­ty do­no­szą je­dze­nie i na­po­je. My jed­nak, jako że przy­je­cha­li­śmy nie tyl­ko z da­le­ka, ale w ogó­le z in­nej kul­tu­ry, wy­jąt­ko­wo do­sta­je­my zgo­dę na prze­kro­cze­nie ko­lej­ne­go pro­gu.

- Wi­docz­nie nie je­ste­ście uzna­wa­ni przez Ka­ila­śa za męż­czyzn - mó­wię pół­gło­sem do na­szych ope­ra­to­rów, kie­dy W KOŃ­CU prze­cho­dzi­my na we­wnętrz­ny dzie­dzi­niec domu wy­ło­żo­ny czar­no-bia­łą mo­zai­ką.

Ma może ze 20 me­trów kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni, ale wi­dząc, jak jest zor­ga­ni­zo­wa­ny, za­kła­dam, że wła­śnie tu­taj wie­czo­ra­mi to­czy się ro­dzin­ne ży­cie. Na sto­licz­ku stoi srebr­ny im­bryk, w któ­rym za­pew­ne pani domu pa­rzy pysz­ną her­ba­tę i któ­ry nie­chcą­cy po­trą­cam, po­wo­du­jąc ha­łas. Za­mie­ram, że oto zro­bi­łam coś bar­dzo nie tak i za­raz mnie stąd wy­pro­szą. Prze­pra­szam grzecz­nie, a Ka­ilaś ma­cha ręką i do­da­je wiel­ko­dusz­nie:

- Nic się nie sta­ło.

W pla­sti­ko­wych ko­szach su­szą się me­ta­lo­we garn­ki, ta­le­rze i pa­te­ry, któ­re za­pew­ne wcze­śniej wy­peł­nio­ne były pysz­ny­mi hin­du­ski­mi po­tra­wa­mi do­pra­wio­ny­mi chi­li. Ta przy­pra­wa jest w tu­tej­szej kuch­ni po pro­stu nie­za­stą­pio­na. Zresz­tą hin­du­skie da­nia są nie­zwy­kle aro­ma­tycz­ne: pach­ną kar­da­mo­nem, im­bi­rem, cy­na­mo­nem, tra­wą cy­try­no­wą i mlecz­kiem ko­ko­so­wym. I nie cho­dzi tu tyl­ko o wa­lo­ry sma­ko­we - przy­pra­wy mają bo­wiem dzia­ła­nie an­ty­sep­tycz­ne, a po­nad­to za­trzy­mu­ją w or­ga­ni­zmie wodę, co w tym kli­ma­cie jest zba­wien­ne.

Przy­zna­ję, że uwiel­biam hin­du­ską kuch­nię. Ća­pa­ti, czy­li chleb­ki przy­po­mi­na­ją­ce na­le­śni­ki - wła­ści­wie mo­gła­bym się ży­wić tyl­ko nimi... Ale są tu też sa­mo­sy, czy li sma­żo­ne pie­roż­ki z wa­rzyw­nym na­dzie­niem ma­cza­ne w pi­kant­nym so­sie śliw­ko­wym - po pro­stu pal­ce li­zać. No i cur­ry na wszel­kie spo­so­by, po­tra­wy do­pra­wio­ne ma­sa­lą, bir­ja­ni - ryż z mię­sem i wa­rzy­wa­mi. A do tego las­si, czy­li na­pój na ba­zie jo­gur­tu z do­dat­kiem owo­ców, któ­ry świet­nie gasi pra­gnie­nie i ła­go­dzi ostre sma­ki. Ech, roz­ma­rzy­łam się przez chwi­lę... Za­cią­gam się te­raz za­pa­cha­mi, któ­re uno­szą się w po­wie­trzu. Nie do­sta­ję jed­nak za­pro­sze­nia na po­si­łek. Trud­no, i tak cie­szę się, że w ogó­le tu je­stem. Tak bar­dzo, że aż się boję od­dy­chać, żeby ro­dzi­na Ma­ni­szy się nie roz­my­śli­ła...

Dum­ny Ka­ilaś opro­wa­dza mnie po domu i uchy­la­jąc ko­lej­ne drzwi, opo­wia­da:

- A tu mamy ła­zien­kę, zo­bacz, są na­wet ka­fel­ki na ścia­nach. Ład­nie, praw­da? - do­ma­ga się kom­ple­men­tów. - Tu jest kuch­nia, tam mamy taki po­ko­ik go­spo­dar­czy, ale z lo­dów­ką - mówi nie bez za­do­wo­le­nia i otwie­ra za­ma­szy­ście bia­łe drzwi urzą­dze­nia.

No nie, aż nie mogę w to uwie­rzyć! Za­czy­nam się po­wo­li nie­cier­pli­wić. Od kil­ku dni cze­kam na spo­tka­nie z bo­ha­ter­ką pro­gra­mu, a na­wet te­raz za­miast w koń­cu z nią po­roz­ma­wiać, oglą­dam dom opro­wa­dza­na przez fa­ce­ta. A prze­cież to miał być pro­gram o ko­bie­tach...

- Tu mamy oł­ta­rzyk Kar­ni Maty - Ka­ilaś wska­zu­je na fi­gur­ki oraz ob­raz­ki z dzie­siąt­ka­mi jej wi­ze­run­ków, u góry wi­szą gir­lan­dy ze sztucz­nych kwia­tów, a oł­ta­rzyk zo­stał ob­sta­wio­ny świecz­ka­mi i pla­sti­ko­wy­mi lamp­ka­mi po­dob­ny­mi do na­szych cho­in­ko­wych.

W tym sa­mym po­ko­ju na wiel­kim łóż­ku śpi mała dziew­czyn­ka z rącz­ka­mi wci­śnię­ty­mi pod po­li­czek.

- To Na­wja, moja młod­sza cór­ka - wy­ja­śnia, kie­dy py­tam o ubra­ne w pięk­ną nie­bie­ską su­kien­kę dziec­ko.

Ka­ilaś ma z żoną dwie cór­ki: dwu- i czte­ro­let­nią.

- W cza­sie, kie­dy nie słu­ży­my Kar­ni Ma­cie, moja żona pro­wa­dzi nor­mal­ne ży­cie. Rano wsta­je, bie­rze ką­piel, od­pra­wia mo­dli­twę, a na­stęp­nie przy­go­to­wu­je śnia­da­nie dla mnie. Po­tem ja wy­cho­dzę do pra­cy.

Na dzie­dziń­cu po­ja­wia się ko­bie­ta w ja­sno­nie­bie­skim wzo­rzy­stym sari wy­koń­czo­nym srebr­ną la­mów­ką. Tka­ni­na wy­glą­da, jak­by ktoś kil­ka razy pac­nął ją pędz­lem za­mo­czo­nym w pur­pu­ro­wej far­bie. Ale to za­bieg ce­lo­wy. Każ­da Hin­du­ska pra­gnie bo­wiem, aby jej sari było wy­jąt­ko­we, dla­te­go tu­tej­sze ko­bie­ty po­tra­fią go­dzi­na­mi szu­kać od­po­wied­nie­go ma­te­ria­łu. Po­nie­waż każ­de sari ma taki sam krój, pa­nie sta­ra­ją się, żeby przy­najm­niej tka­ni­na, z któ­rej zo­sta­ło wy­ko­na­ne, była nie­po­wta­rzal­na.

Wło­sy i twarz nie­zna­jo­mej za­sła­nia we­lon z tej sa­mej tka­ni­ny, na dło­niach po­brzę­ku­ją dzie­siąt­ki bran­so­le­tek. To jest wła­śnie Ma­ni­sza, moja bo­ha­ter­ka. Na­stę­pu­je szyb­ka pre­zen­ta­cja mał­żon­ki, ale po­nie­waż ko­bie­ta nie zdej­mu­je we­lo­nu, nadal nie wiem, jak wy­glą­da...

Po­pę­dza­ni przez Ka­ila­śa drep­cze­my scho­da­mi na górę i wy­cho­dzi­my na gór­ny ta­ras. Roz­ta­cza się z nie­go wi­dok na De­śnok. Szcze­rze mó­wiąc, nie ma się czym za­chwy­cać. Wy­star­czy wy­obra­zić so­bie dom pań­stwa De­pa­wat i sko­pio­wać go w ty­siącu eg­zem­pla­rzach - tak wła­śnie mniej wię­cej wy­glą­da to mia­stecz­ko.

Z ta­ra­su, zgod­nie z wy­tycz­ny­mi pana domu, do­sta­je­my się do mał­żeń­skiej sy­pial­ni. Ma­ni­sza sia­da na wiel­kim łóż­ku przy­kry­tym be­żo­wym pat­chwor­kiem wy­szy­wa­nym ko­ra­li­ka­mi. Ope­ra­to­rzy roz­sta­wia­ją ka­me­ry, a ja roz­glą­dam się po po­ko­ju. Jest tu to­a­let­ka z lu­strem i re­gał z bi­be­lo­ta­mi, pod­ło­gę przy­kry­wa wzo­rzy­sty dy­wan. Uśmie­cham się do dziew­czy­ny ukry­tej za wo­alem, żeby na­wią­zać z nią ja­ki­kol­wiek kon­takt, jed­nak Ma­ni­sza uni­ka ka­me­ry, zresz­tą i tak jej nie wi­dać za tą gę­stą za­słon­ką. Zgod­nie z tu­tej­szą tra­dy­cją pa­nie mają obo­wią­zek za­kry­wać wło­sy, ale w obec­no­ści ro­dzi­ców męża lub ob­cych męż­czyzn cza­sem za­sła­nia­ją rów­nież twarz, co - nie ukry­wam - bar­dzo kom­pli­ku­je na­sze za­da­nie.

- Chło­pa­ki, jak do cho­le­ry po­ka­zać bo­ha­ter­kę, któ­ra nie ma twa­rzy? - szep­czę do ope­ra­to­rów, a oni krę­cą gło­wa­mi, co ma naj­wy­raź­niej ozna­czać, że się nie da.

No wła­śnie, to tak, jak­by prze­pro­wa­dzać wy­wiad przez ścia­nę. Tyl­ko co te­raz? Wy­da­li­śmy mnó­stwo pie­nię­dzy z bu­dże­tu pro­duk­cji pro­gra­mu, żeby się tu do­stać, po­świę­ci­li­śmy wie­le dni na do­ku­men­ta­cję, a te­raz mamy zre­zy­gno­wać?

- Przy­najm­niej spró­buj­my - mó­wię z prze­ko­na­niem, a oni pa­trzą na mnie z uśmiesz­ka­mi, któ­re ozna­cza­ją: "Jak chcesz".

Za­wsze tak ro­bią, kie­dy wie­dzą, że to, co pla­nu­ję, i tak nie wyj­dzie, ale sko­ro się upie­ram... Po­tem, kie­dy fak­tycz­nie się coś nie uda­je, pa­trzą na mnie trium­fal­nie z miną: "A nie mó­wi­li­śmy", a ja tego na­praw­dę nie­na­wi­dzę. Tyle że tym ra­zem nie mam wyj­ścia. Ale też - nic do stra­ce­nia.

Na moje pierw­sze py­ta­nie, z re­per­tu­aru tych "prze­ła­mu­ją­cych lody", Ma­ni­sza jed­nak nie od­po­wia­da.

- Jak wy­glą­da twój zwy­czaj­ny dzień? - py­tam z uśmie­chem, żeby ja­koś za­cząć.

Ona sie­dzi i mil­czy. Za­pa­da krę­pu­ją­ca ci­sza. Po­nie­waż nie zna an­giel­skie­go, mąż coś do niej mówi w hin­di. W koń­cu Ma­ni­sza duka zza za­słon­ki kil­ka słów.

Po­nie­waż Ka­ilaś Dan De­pa­wat ode­słał na­sze­go (świet­ne­go zresz­tą) tłu­ma­cza i sa­mo­zwań­czo po­sta­no­wił za­jąć się prze­kła­da­niem słów żony na ję­zyk an­giel­ski, te­raz nie wiem, czy­jej wer­sji wy­po­wie­dzi słu­cham: żony, żony ocen­zu­ro­wa­nej przez męża, czy też po­zna­ję wy­łącz­nie jego punkt wi­dze­nia, tyle że wło­żo­ny w usta mał­żon­ki? Na migi i szep­cząc, po­sta­na­wia­my na­grać ca­łość i prze­tłu­ma­czyć wszyst­ko raz jesz­cze po po­wro­cie do Pol­ski. Do­dam, że była to bar­dzo do­bra de­cy­zja...

- Przed­staw się. Po­wiedz, ile masz lat, co ro­bisz, ja­kie masz wy­kształ­ce­nie. Po­wiedz to w hin­di - mąż in­stru­uje ją znie­cier­pli­wio­ny ni­czym agent, któ­re­mu na­wa­la gwiaz­da; niby mia­ła wy­stą­pić w fil­mie, a roli za­po­mnia­ła... - "Mam na imię Ma­ni­sza", no ode­zwij się! Po­cho­dzę z ta­kiej a ta­kiej ro­dzi­ny, mam tyle a tyle lat... - Ka­ilaś mówi do żony jak do ma­łe­go dziec­ka.

- Ty im to po­wiedz - do­bie­ga głos zza za­sło­ny.

Ma­ni­sza miesz­ka w Dźaj­pu­rze, stu­dio­wa­ła li­te­ra­tu­rę, a obec­nie robi li­cen­cjat z pe­da­go­gi­ki. U nas taka ko­bie­ta mia­ła­by wie­le do po­wie­dze­nia. Tym­cza­sem tu­taj, jak na do­brze wy­cho­wa­ną żonę przy­sta­ło, w obec­no­ści męża nie ma wła­sne­go zda­nia. Li­czy się tyl­ko to, co uwa­ża gło­wa ro­dzi­ny.

- Ty mu­sisz to po­wie­dzieć. To twój wy­wiad - stro­fu­je ją mąż. - Po­wiedz: "Mam na imię Ma­ni­sza" - sy­la­bi­zu­je. - No, po­wiedz­że wresz­cie!

Na­zy­wam się Ma­ni­sza Kan­war De­pa­wat. Mam 27 lat... Po­cho­dzę z Dźaj­pu­ru. W świą­ty­ni Kar­ni Maty... Moi... Moi te­ścio­wie... Co w koń­cu mam po­wie­dzieć na te­mat świą­ty­ni?

Ma­ni­sza jest po­twor­nie stre­mo­wa­na. Zwra­ca się bez­rad­nie do męża, ma trud­no­ści ze skle­ce­niem zda­nia, jak­by bała się, że źle wy­pad­nie, że po­wie coś, co się nie spodo­ba mę­żo­wi. Ka­ilaś jest znie­cier­pli­wio­ny.

- Po­wiedz, co ro­bisz w świą­ty­ni. Po­wiedz, że cho­dzisz tam rano, przy­go­to­wu­jesz je­dze­nie, po­tem ofia­ro­wu­je się je Kar­ni Ma­cie...

- Ty po­wiedz - ko­bie­ta od­wra­ca się od ka­me­ry, mam wra­że­nie, że za­raz wyj­dzie z po­ko­ju.

- Ty mu­sisz po­wie­dzieć - mąż się nie pod­da­je.

Cały czas roz­mo­wa to­czy się w hin­di. Ja co praw­da pró­bu­ję za­da­wać ko­lej­ne py­ta­nia, ale ab­so­lut­nie nie mam wpły­wu na ten wy­wiad. W pew­nym sen­sie on się robi sam. Ka­ilaś roz­ma­wia z żoną, a my to po pro­stu na­gry­wa­my. Te­raz na­wet nie do koń­ca wie­my, o czym roz­ma­wia­ją, choć mniej wię­cej po­dej­rze­wam, o co może cho­dzić.

- Nie po­wiem tego do­brze - dziew­czy­na od­dy­cha in­ten­syw­nie, co po­wo­du­je, że we­lon co chwi­lę się wzdy­ma i za­pa­da. Z ner­wów nie­ustan­nie prze­kła­da bran­so­let­ki, któ­re dzwo­nią tak in­ten­syw­nie, że Ja­cek, dźwię­ko­wiec, aż ścią­ga słu­chaw­ki z uszu i krzy­wi się za­baw­nie.

- Po­wiesz - na­ci­ska Ka­ilaś.

Naj­wy­raź­niej ocze­ku­je... Ba! Żąda, żeby jego żona wzię­ła się w garść! Prze­cież re­pre­zen­tu­je ro­dzi­nę De­pa­wat i nie może przy­nieść mu wsty­du.

- To wy­wiad z tobą. Po­wiedz no coś, ze czte­ry zda­nia cho­ciaż!

- Niech Dik­sza po­wie - Ma­ni­sza pro­si, żeby za­stą­pi­ła ją ku­zyn­ka, sio­stra męża. Ten jed­nak igno­ru­je proś­bę żony.

- Po­wiedz: "Moje obo­wiąz­ki wy­glą­da­ją na­stę­pu­ją­co..." - dyk­tu­je jej od­po­wiedź.

- Po­wiedz, że rano idziesz i ro­bisz...

Ma­ni­sza bie­rze głę­bo­ki od­dech i mówi.

- Wsta­ję o 4 rano, myję się, szy­ku­ję dzie­ci, a po­tem idę do świą­ty­ni. Tam wszyst­ko sprzą­tam, przy­go­to­wu­ję pro­duk­ty, z któ­rych przy­rzą­dzam po­tra­wy. Chcia­ła­bym ro­bić dla swo­jej ro­dzi­ny tyle, ile tyl­ko będę w sta­nie.

- Po­wiedz, ja­kie są obo­wiąz­ki męż­czyzn. Że dum­nie słu­żą bo­gi­ni - Ka­ilaś su­ge­ru­je żo­nie, że o czymś waż­nym za­po­mnia­ła.

- Ty po­wiedz. Ja tam nie wiem - szep­cze ner­wo­wo Ma­ni­sza.

Szcze­rze mó­wiąc, czu­ję się, jak­bym wła­śnie uczest­ni­czy­ła w ja­kimś ka­ba­re­cie. W su­mie z tru­dem po­wstrzy­mu­ję wy­buch śmie­chu, choć sy­tu­acja za­baw­na nie jest, szcze­gól­nie dla tej bied­nej ko­bie­ty, któ­ra jest aż spo­co­na z ner­wów. Jest mi jej au­ten­tycz­nie żal, a cała ta roz­mo­wa wy­da­je mi się co­raz bar­dziej bez­sen­sow­na i ku­rio­zal­na. Na ra­zie za­miast bo­ha­ter­ki mam bo­ha­te­ra. Ka­ilaś sie­dzi na fo­te­lu i za­chę­ca żonę, żeby coś po­wie­dzia­ła, a jed­no­cze­śnie nie­ustan­nie ją po­pra­wia, ko­ry­gu­je i cen­zu­ru­je jej od­po­wie­dzi. Bied­na Ma­ni­sza jest co­raz bar­dziej zdez­o­rien­to­wa­na i spa­ni­ko­wa­na.

- Męż­czyź­ni wsta­ją rano i idą do świą­ty­ni. Tam od­pra­wia­ją ce­re­mo­nię ku czci bo­gi­ni. Nie­któ­rzy po­tem idą do biu­ra albo za­ła­twić inne spra­wy...

- Ale naj­waż­niej­sza jest świą­ty­nia - mąż prze­ry­wa jej w pół sło­wa, żeby nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, ja­kie są prio­ry­te­ty. - Do­pie­ro po­tem pra­ca, in­te­re­sy i tak da­lej. - Ka­ilaś chce wy­ka­zać wszem wo­bec, że jego ro­dzi­na, a on w szcze­gól­no­ści, jest bez­gra­nicz­nie od­da­na służ­bie. Po­wta­rza to jak man­trę.

- Czy two­je ubra­nie jest wy­god­ne? - zmie­niam na­gle te­mat, wpa­da­jąc w pół sło­wa w tę nie­mal ro­dzin­ną sprzecz­kę, choć prze­cież wia­do­mo, że żona nie ma tu pra­wa kłó­cić się z mę­żem. - We­wnątrz jest bar­dzo go­rą­co, jak się więc czu­jesz w sari i tym gę­stym we­lo­nie? - mam na­dzie­ję, że to może za­chę­ci Ma­ni­szę do po­ka­za­nia twa­rzy.

Nie ma tu kli­ma­ty­za­cji, więc ko­bie­ta musi się nie­mi­ło­sier­nie mę­czyć za tymi wszyst­ki­mi wo­ala­mi. Sły­szę, że na­wet od­dy­cha z tru­dem, bo tka­ni­na blo­ku­je jej do­stęp po­wie­trza.

Mąż już bez zbęd­nych ce­re­gie­li dyk­tu­je żo­nie od­po­wiedź na­wet na tak bła­hy te­mat:

- Po­wiedz, że tak się ko­bie­ty ubie­ra­ją w Ra­dża­sta­nie i opo­wiedz o na­szej kul­tu­rze. Po­wiedz, że lu­bisz sari, że jest wy­god­ne.

Ma­ni­sza po­wta­rza.

- To bar­dzo wy­god­ny strój, lu­bię go, czu­ję się w nim bar­dzo do­brze. Do chu­s­ty też się przy­zwy­cza­iłam, oka­zu­je­my w ten spo­sób sza­cu­nek star­szym.

Ro­zu­miem, że ma na my­śli na­szą eki­pę, bo oprócz nas ni­ko­go star­sze­go tu­taj nie wi­dzę.

Po­dob­no no­sze­nie we­lo­nu za­kry­wa­ją­ce­go twarz jest ozna­ką naj­więk­sze­go od­da­nia mę­żo­wi. Daw­niej mó­wi­ło się, że ko­cha­ją­ca ko­bie­ta na­wet nie chce spoj­rzeć na słoń­ce, któ­re uwa­ża za obce, dla­te­go mę­żat­ka mia­ła cały czas za­sło­nię­tą twarz. Te­raz jed­nak chu­s­ta jest w pew­nym sen­sie ozna­ką znie­wo­le­nia ko­biet i ich cał­ko­wi­te­go pod­po­rząd­ko­wa­nia męż­czy­znom. Bo­wiem tyl­ko mąż i naj­bliż­si krew­ni mogą oglą­dać jej ob­li­cze.

Kie­dyś ko­bie­ty za­my­ka­no w do­mach i za­bra­nia­no im kon­tak­tów z płcią prze­ciw­ną, po­nie­waż oba­wia­no się ich nie­wier­no­ści, a nie ist­nia­ły żad­ne sku­tecz­ne me­to­dy po­twier­dze­nia oj­co­stwa. Je­że­li ra­dża chciał mieć pew­ność, że ma­ją­tek odzie­dzi­czy jego praw­dzi­wy syn, mu­siał nie­mal­że wię­zić jego mat­kę i ogra­ni­czać jej kon­tak­ty ze świa­tem ze­wnętrz­nym. Męż­czy­zna mógł się dzie­lić wszyst­kim: je­dze­niem, do­mem, do­bra­mi, ale nig­dy żoną. Ko­bie­ta była jego ab­so­lut­ną wła­sno­ścią, nad któ­rą chciał mieć wła­dzę na­wet po śmier­ci - stąd po­dob­no na­ro­dził się zwy­czaj sati, czy­li pa­le­nia wdów na sto­sie po­grze­bo­wym męża. Kie­dy ra­dża Ka­ran Singh z Bi­ka­ne­ru zmarł w 1669 roku, na sto­sie po­grze­bo­wym spło­nę­ło 8 jego żon i 11 kon­ku­bin.

Na­zwa tego strasz­ne­go zwy­cza­ju po­cho­dzi od bo­gi­ni Sati, żony boga Siwy, któ­ra po­dob­no jako pierw­sza do­ko­na­ła sa­mo­spa­le­nia. Samo sło­wo sati ozna­cza w san­skry­cie "cno­tli­wa ko­bie­ta" i to chy­ba naj­le­piej od­da­je siłę i zna­cze­nie tego zwy­cza­ju w In­diach.

Po­nie­waż wie­rzo­no, że mał­żeń­stwo to zwią­zek na całe ży­cie, hin­du­skie żony wręcz wal­czy­ły o pra­wo ta­kiej śmier­ci, trak­to­wa­ły ją jako przy­wi­lej. Zresz­tą ży­cie wdo­wy w In­diach, na­wet dziś, jest nie do po­zaz­drosz­cze­nia - sta­je się ona wy­rzut­kiem spo­łecz­nym na kra­wę­dzi ubó­stwa. Teo­re­tycz­nie ce­re­mo­nia była wy­ko­ny­wa­na za zgo­dą ko­bie­ty, ale wie­lo­krot­nie zda­rza­ło się, że siłą za­ła­twia­no tę kwe­stię. Po­nie­waż wdo­wa, któ­ra od­mó­wi­ła wej­ścia na stos, przy­no­si­ła ro­dzi­nie wstyd, na­wet je­śli była mat­ką jesz­cze ma­łych dzie­ci. Co praw­da sati jest za­ka­za­ne od po­cząt­ku XIX wie­ku, ale wciąż zda­rza­ją się ta­kie przy­pad­ki, głów­nie na pro­win­cji.

- Po­wiedz, czy two­je mał­żeń­stwo zo­sta­ło za­war­te z mi­ło­ści, czy za­aran­żo­wa­ła je ro­dzi­na? - nie­co już zre­zy­gno­wa­na py­tam Ma­ni­szę, bo bar­dzo mi za­le­ży na wy­wia­dzie, te­raz już chy­ba na­wet ja­kim­kol­wiek.

Na­gle do sy­pial­ni wcho­dzi dziew­czyn­ka, ta któ­ra spa­ła w po­ko­ju na dole. Ma wło­ski ob­cię­te na chło­pa­ka i nie­praw­do­po­dob­nie duże czar­ne oczy. Jest ślicz­na, jak więk­szość dzie­ci tu­taj. Chy­ba obu­dził ją ha­łas, bo prze­cie­ra te­raz rącz­ka­mi za­spa­ne oczę­ta i spra­wia wra­że­nie, jak­by za­raz mia­ła się roz­pła­kać. Do­ma­ga się uwa­gi mat­ki, ła­pie ją za rękę zdez­o­rien­to­wa­na ka­me­ra­mi i tym, co się wo­kół niej dzie­je. Jed­nak Ma­ni­sza, prze­ję­ta wy­wia­dem, cał­ko­wi­cie igno­ru­je cór­kę.

- Czy spo­tka­łaś mnie przed, czy po ślu­bie? - Ka­ilaś tłu­ma­czy moje py­ta­nie i od razu mówi: - Po­wiedz, że spo­tka­li­śmy się po ślu­bie.

- Moje mał­żeń­stwo było za­aran­żo­wa­ne. Po­zna­li­śmy się już po ślu­bie - po­wta­rza Ma­ni­sza bez en­tu­zja­zmu.

- Czy ktoś z two­ich zna­jo­mych wziął ślub z mi­ło­ści?

- Nie - tym ra­zem z ust Ma­ni­szy pada na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź.

- Jak wy­obra­żasz so­bie przy­szłość swo­ich có­rek? Chcia­ła­byś, żeby same wy­bra­ły so­bie mę­żów, czy wy im za­aran­żu­je­cie mał­żeń­stwa? - nie wiem wła­ści­wie, po co py­tam, bo prze­cież przy ta­kim cen­zo­rze ra­czej nie mogę li­czyć na szcze­rą ko­bie­cą po­ga­węd­kę.

- Za­aran­żo­wa­ne - uprze­dza jej od­po­wiedź Ka­ilaś. - Po­wiedz, że tak zro­bi­li oj­ciec i mat­ka, że przy­kła­dy po­ka­zu­ją, że mał­żeń­stwo z mi­ło­ści nie jest do­bre - tłu­ma­czy żo­nie. - Po­wiedz, że w mał­żeń­stwo aran­żo­wa­ne za­an­ga­żo­wa­na jest cała ro­dzi­na, że po­ma­ga roz­wią­zy­wać pro­ble­my.

- W aran­żo­wa­nym mał­żeń­stwie ro­dzi­ce my­ślą o tym, żeby dzie­ciom było do­brze, żeby były szczę­śli­we - Ma­ni­sza od­po­wia­da au­to­ma­tycz­nie.

- W ta­kim ra­zie ja­kie­go byś chcia­ła męża dla swo­ich có­rek? - do­cie­kam.

- Po­wiedz, że pra­co­wi­te­go, do­bre­go, opie­kuń­cze­go. Po­wiedz jej (czy­li mnie), że ta­kie­go, ja­kie­go ci mat­ka...

- Wi­dzę, że panu bar­dzo pa­su­je rola su­fle­ra - zwra­cam się bez­po­śred­nio do męża, te­raz tłu­ma­cza.

Za­czy­nam mieć tego do­syć. Nie wiem, czy to wszyst­ko jest war­te tych ner­wów. Mo­ich i Ma­ni­szy, bo naj­wy­raź­niej Ka­ilaś czu­je się jak ryba w wo­dzie. Męż­czy­zna wy­bu­cha jed­nak śmie­chem. Sie­dzi obok mnie na krze­śle i jest bar­dzo pew­ny sie­bie. "Ja tu rzą­dzę", mówi ję­zyk jego cia­ła.

- Cze­mu two­im zda­niem aran­żo­wa­ne mał­żeń­stwa są lep­sze? - py­tam te­raz wprost Ka­ila­śa, a ope­ra­to­rzy bły­ska­wicz­nie kie­ru­ją ka­me­ry na nas.

Pod­da­ję się. Nie ma sen­su cią­gnąć da­lej tej far­sy. Ma­ni­sza w obec­no­ści męża tłu­ma­cza, cen­zo­ra i rzecz­ni­ka nie może mieć wła­sne­go zda­nia, a już na pew­no nie zdra­dzi go dzi­siaj nam.

- Mał­żeń­stwo jest de­cy­zją na całe ży­cie i wy­ma­ga ogrom­nej od­po­wie­dzial­no­ści. Na­sza tra­dy­cja do­wo­dzi, że mał­żeń­stwa aran­żo­wa­ne się uda­ją. A te wa­sze, z mi­ło­ści? No co, jak czę­sto uda­je się je utrzy­mać, co? - męż­czy­zna za­czy­na być na­pa­stli­wy. - Prze­cież u was w ogó­le nie ma ro­dzin - rzu­ca oskar­że­nia. - Mało któ­re mał­żeń­stwo się uda­je! Więc ona (mnie­mam, że Ma­ni­sza) bar­dzo się boi wa­sze­go sty­lu ży­cia, ro­zu­miesz?!

A więc na­sza wol­ność i nie­za­leż­ność ko­biet wy­wal­czo­na z ta­kim tru­dem i to, co z niej wy­ni­ka, w In­diach jest ar­gu­men­tem na ko­rzyść aran­żo­wa­nych mał­żeństw. Czy to zna­czy, że tu­taj ko­bie­ty nie chcą być nie­za­leż­ne, wolą sie­dzieć w domu, zaj­mo­wać się dzieć­mi, do­ga­dzać mę­żom, być na ich ła­sce i nie­ła­sce, no i ko­niecz­nie mo­dlić się, żeby uro­dzić im syna? Po pro­stu nie zna­ją in­nej rze­czy­wi­sto­ści.

- Te­raz wie­my tyl­ko, że na Za­cho­dzie ko­muś jed­ne­go dnia po­do­ba się ktoś, a na­stęp­ne­go już ktoś inny, i tego pierw­sze­go zo­sta­wia. I bar­dzo, bar­dzo głę­bo­ko się z tym nie zga­dza­my, bo ro­dzi­na i dzie­ci to po­waż­na spra­wa. My wo­li­my całe ży­cie spę­dzić z jed­ną oso­bą. Kie­dy wa­sze mał­żeń­stwa z mi­ło­ści będą trwa­łe i za­czną się uda­wać, to my się za­sta­no­wi­my nad zmia­ną na­szej tra­dy­cji, do­brze? - pod­su­mo­wu­je Ka­ilaś. - Wi­dzia­łem wie­le fil­mów o wa­szej tra­dy­cji i uwa­żam, że wa­sze zwy­cza­je pa­su­ją do wa­szej kul­tu­ry, a na­sze do na­szej. Dys­ku­sja jest nie­po­trzeb­na - kwi­tu­je.

Fak­tem jest, że w In­diach roz­wo­dzi się naj­mniej mał­żeństw na świe­cie. O ile w Szwe­cji 55 pro­cent par de­cy­du­je się na roz­sta­nie, w Pol­sce 17, to w In­diach za­le­d­wie 1,1 pro­cent. Moż­na więc po­wie­dzieć, że w tym kra­ju w za­sa­dzie nie ma roz­wo­dów. Inną spra­wą jest, dla­cze­go tak się dzie­je. W Eu­ro­pie sin­giel­ka le­piej lub go­rzej, ale ja­koś da so­bie radę, na­to­miast w In­diach sy­tu­acja ko­biet nie­za­męż­nych lub roz­wie­dzio­nych jest bar­dzo trud­na.

- Czy dziew­czy­na może od­mó­wić za­war­cia mał­żeń­stwa? - py­tam, igno­ru­jąc fakt, że pan domu za­koń­czył ten wą­tek.

- Owszem - od­po­wia­da. - Je­śli cór­ka jest prze­ciw­na, ro­dzi­na może jesz­cze zmie­nić zda­nie. Jed­nak po ślu­bie już nie, dziew­czy­na jest prze­cież do cze­goś zo­bo­wią­za­na. A roz­wo­dy u nas nie ist­nie­ją.

A więc teo­re­tycz­nie ko­bie­ta może roz­my­ślić się na­wet w dniu ślu­bu, acz­kol­wiek nie chce mi się wie­rzyć, żeby któ­ra­kol­wiek mia­ła od­wa­gę to zro­bić. Wy­star­czy wy­obra­zić so­bie pre­sję jed­nej i dru­giej ro­dzi­ny. Po­tem, w licz­nych roz­mo­wach z miesz­kań­ca­mi oko­lic Bi­ka­ne­ru, wra­ca­łam do tego py­ta­nia i nie spo­tka­łam oso­by, któ­ra ze­rwa­ła­by za­rę­czy­ny tuż przed ślu­bem. Ale na­le­ży też wziąć pod uwa­gę, że to jed­nak pro­win­cja i to fak­tycz­nie bar­dzo tra­dy­cyj­na. W du­żych mia­stach jest już zu­peł­nie in­a­czej, moż­na by rzec, że bar­dziej "po eu­ro­pej­sku", choć to aku­rat mało po­cie­sza­ją­ce i rze­czy­wi­ście ża­den po­wód do dumy.

- Więc sy­tu­acja dziew­cząt jest tu nie do po­zaz­drosz­cze­nia - stwier­dzam i na­gle za­pa­da krę­pu­ją­ca ci­sza.

Ka­ilaś bie­rze dwu­let­nią cór­kę na ko­la­na, a mała przy­tu­la się do ojca. Zna­ne jest tu­taj po­wie­dze­nie: "W dzie­ciń­stwie dziew­czyn­ka­mi opie­ku­ją się oj­co­wie, gdy do­ro­sną, zaj­mu­ją się nimi mę­żo­wie, na sta­rość zaś sy­no­wie". Ko­bie­ta za­wsze musi mieć mę­skie­go opie­ku­na.

Wra­ca­my na dzie­dzi­niec, na któ­rym te­raz nie­mal roi się od ko­biet. Sze­lesz­czą sari, po­wie­trze pach­nie pa­czu­lą, ja­śmi­nem, san­da­łem, różą, wa­ni­lią, ota­cza­ją mnie ra­do­sne śmie­chy. Ko­bie­ty roz­ma­wia­ją i prze­ko­ma­rza­ją się, więk­szość ma od­sło­nię­te twa­rze. Je­dy­nie Ma­ni­sza po­zo­sta­je nie­ugię­ta i do koń­ca mo­je­go po­by­tu w De­śnok nie po­ka­że mi swo­je­go ob­li­cza, ukry­wa­jąc je za co­raz to in­ny­mi wo­ala­mi.

Są tu dziew­czyn­ki, na­sto­lat­ki i do­ro­słe pa­nie, jak Dik­sza, sio­stra Ka­ila­śa i głów­ne­go ka­pła­na świą­ty­ni. Ma chy­ba naj­pięk­niej­sze sari ze wszyst­kich, któ­re tu­taj wi­dzia­łam. To po­łą­cze­nie głę­bo­kiej czer­wie­ni, fio­le­tu, zie­le­ni i zło­ta, z la­mów­ką, z frędz­la­mi. Tka­ni­na przy­po­mi­na mu­ślin, jest de­li­kat­na i zwiew­na, ale jed­no­cze­śnie bar­dzo ład­nie się ukła­da, jak­by ob­le­wa­ła cia­ło Dik­szy. Przy­glą­dam się, jak na­peł­nia wodą gli­nia­ne dzba­ny, po­ma­ga jej dziew­czy­na, jak się po­tem oka­że, cór­ka. Dik­sza cały czas się uśmie­cha. Ma gład­ką skó­rę i nie­by­wa­le ciem­ne oczy, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla wszyst­kich Hin­du­sek, drob­ne rysy twa­rzy, krzy­we zęby, któ­re tyl­ko do­da­ją jej uro­ku. Pro­mie­nie­je z niej po­zy­tyw­na ener­gia. Nie ro­zu­mie­my się prak­tycz­nie w ogó­le, po­nie­waż ona nie mówi po an­giel­sku, a ja w żad­nym z lo­kal­nych ję­zy­ków, ale od razu na­wią­zu­je się mię­dzy nami nić po­za­wer­bal­ne­go po­ro­zu­mie­nia i te­raz wo­dzę za nią wzro­kiem.