Kobieta na krańcu świata 3 - Martyna Wojciechowska

Reflow text when sidebars are open.
W Polsce jestem niezależną kobietą sukcesu i samotną matką. Mam swoje mieszkanie, pieniądze, które sama zarobiłam i mogę decydować, na co je wydam...
W Afganistanie za rządów talibów musiałabym nosić burkę, siedziałabym w domu i nie mogłabym opuszczać go bez towarzystwa ojca, męża, czy syna. O ile w ogóle przeżyłabym narodziny dziecka, bo co siódma kobieta w tym kraju umiera w trakcie porodu z powodu niedostatecznej opieki medycznej...
W Nepalu mogłabym mieć trzech, a nawet sześciu mężów, których wybraliby dla mnie rodzice...
W Norwegii byłabym pewnie już po trzecim rozwodzie, ale za to gdybym mieszkała w Indiach i powiedziała, że chcę odejść od męża, to ten mógłby mnie polać naftą i podpalić. Co roku w wyniku takich "przypadkowych" pożarów ginie nawet 15 tysięcy kobiet...
W Somalii zostałabym obrzezana i wydana za mąż za mężczyznę starszego o 40 lat, a w Nigerii z pewnością by mnie ukamienowano za seks przedmałżeński, bo przecież mam dziecko bez ślubu...
Jako mieszkanka Boliwii uważałabym, że jeśli mężczyzna mnie kocha, to musi mnie bić, bo takie jest jego odwieczne prawo. Jeśli nie bije, to znaczy, że nie jest wystarczająco zazdrosny i muszę się starać bardziej...
Prawda bowiem jest taka, że nasz los w dużej mierze zależy od tego, w jakiej części świata przyszłyśmy na świat.
Jestem wdzięczna wszystkim moim bohaterkom za to, że były tak otwarte i serdeczne, że podzieliły się ze mną często bardzo intymnymi i niejednokrotnie bolesnymi doświadczeniami ze swojego życia. Przyznaję, że czasem, kiedy o tym wszystkim myślę, to potem długo nie mogę w nocy spać... Ale przynajmniej wiem, że mieszkając w Europie, w Polsce, jestem szczęściarą.
Mam na imię Diksza Kanwar. Mam 40 lat i pochodzę z rodu Depawat, który wywodzi się bezpośrednio od bogini Karni Maty. Tylko członkowie mojej rodziny mogą służyć w świątyni szczurów, a dla nas to wielki zaszczyt. Czym są dla mnie szczury? To moja rodzina. Jak my umrzemy, też się w nie zmienimy. Dlatego się nimi opiekujemy, karmimy je. Przygotowuję dla nich pudding, lokalne przysmaki. Jest pięć rodzajów słodyczy, które tutaj zawsze podajemy, a one je bardzo lubią. To dobry uczynek.
Nie wiadomo, co jest w tej historii prawdą, co półprawdą, a co zostało całkowicie zmyślone... O bogini Karni Macie krąży mnóstwo legend, ale ona podobno legendą nie była, żyła naprawdę w XIV wieku. Ale ile lat? Pewności już nie ma - 70 lat, inni mówią, że 90, a może i 150... Faktem jest, że rozsławili ją ówcześni trubadurzy należący do kasty Ćarana. Ci pobożni wędrowni poeci i pieśniarze tworzyli przejmujące opowieści, wielbiąc w nich miejscowych władców, czyli maharadżów. Otoczyli czcią także Karni Matę. Stworzyli wiele utworów sławiących jej dobroć, boskie pochodzenie, wyjątkowe czyny. Trzy pokolenia władców Radżastanu zasięgało u niej rad w ważnych sprawach, w tym związanych z obronnością. Niektóre źródła podają, że to właśnie ona przyczyniła się do budowy fortów w Dźodhpurze i Bikanerze.
Karni Mata była podobno praktykującą ascezę joginką, opiekowała się najbiedniejszymi, pocieszała ludzi napiętnowanych i oskarżanych o przestępstwa, krytycznie odnosiła się także do wykorzystywania kobiet. Niewykluczone więc, że była pierwszą hinduską feministką.
Hindusi wierzą, że była wcieleniem Durgi - wielkiej bogini wojowniczki zmagającej się z demonami. Jedna z legend głosi, że urodziła się 2 października 1387 roku we wsi Suwap, położonej niedaleko Dźodhpuru, jako 17. córka Mehodźi Ćarana i jego żony Dewal Dewi. Dziewczyna otrzymała imię Karni w wieku 6 lat, po tym jak cudownie uleczyła ciotkę. Natomiast słowo "Mata" oznacza "matkę" i jest powszechnie dodawane do imion czczonych bogiń. Wiadomo, że wyszła za mąż w wieku około 27 lat i że jej mąż miał wiele żon, a z jedną z nich syna - Lakszmana. Karni Mata bardzo lubiła pasierba i kiedy ten utopił się w jeziorze, błagała władcę podziemnego świata - Jamę, o przywrócenie chłopakowi życia. Bóg zgodził się, by Lakszman wrócił na ziemię, ale pod postacią szczura. I obiecał, że wszyscy jej męscy potomkowie należący do klanu Depawat będą po śmierci wcielać się w te gryzonie, by później znów odrodzić się jako ludzie w jej klanie. To wielki przywilej, bo każdy z członków tego rodu wie, że po zaledwie roku czy dwóch ponownie będzie człowiekiem. Normalnie wędrówka przez wcielenia może trwać nawet setki lat...
To właśnie Karni Mata położyła kamień węgielny pod budowę świątyni szczurów w Deśnok. Miało to być miejsce, w którym jej potomkowie zawsze znajdą schronienie.
I tak jest do dziś.
Na ogół kojarzone są z czymś brudnym, odrażającym i roznoszącym choroby. Gdy w średniowiecznej Europie szalała dżuma, nikt jeszcze nie znał jej przyczyn, ale zdychające masowo szczury były zapowiedzią nadciągającej zarazy. Nic dziwnego, że budziły grozę, choć faktycznymi sprawcami epidemii czarnej śmierci były pasożytujące na nich pchły. Podczas pandemii w latach 1347-1352 w niektórych regionach Starego Kontynentu liczba ludności spadła nawet o 80 procent. Był to tak olbrzymi szok demograficzny, kulturowy i polityczny, że od tamtych czasów gryzonie nie zdołały już odbudować swojej paskudnej reputacji.
Choć większość z nas ich nienawidzi, prawda jest taka, że są naszymi najbliższymi sąsiadami i jako najwierniejsi towarzysze człowieka podążają za nami wszędzie. Zwierzęta te skolonizowały świat i czy tego chcemy, czy nie - nigdy nie dzieli nas od nich dystans większy niż kilka czy kilkanaście metrów. Podobno na jednego człowieka przypada średnio jeden szczur, choć w miastach ten przelicznik zwiększa się na niekorzyść ludzi. Jednak absolutnie najbardziej zaszczurzonym krajem świata są Indie, gdzie na jednego mieszkańca przypada aż sześć gryzoni. Wiem, aż trudno w to uwierzyć.
***
Siedzę w kłębowisku szczurów, które falują niczym żywy dywan. W życiu nie widziałam czegoś podobnego. I jest to zarówno odrażające, jak i fascynujące... Są tu szczury pogrążone w głębokim śnie, szczury relaksujące się, szczury wykonujące akrobacje na zakratowanych oknach, szczury biegające po ścianach, szczury skaczące i miękko lądujące na posadzce, szczury przeciskające się przez otwory wielkości pięciozłotówki, szczury znudzone, wreszcie szczury ucztujące przy miskach wypełnionych mlekiem i innymi łakociami...
W słynnej świątyni w Deśnok w Radżastanie szczury są niemal od zawsze i nigdy nie opuszczały jej terenu. Całkowicie wyzbyły się więc lęku przed ludźmi, a przede wszystkim zmieniły swoje zwyczaje. Ich krewni żerują głównie nocą, te są aktywne w ciągu dnia, kiedy to do świątyni przychodzą pielgrzymi i ofiarowują im łakocie. Ponoć lubią chłeptać mleko, chętnie zajadają pudding, ciasteczka specjalnego wypieku i jeszcze wiele innych słodkości, które w przyrodzie raczej nie występują. Poza tym w przeciwieństwie do "normalnych" gryzoni są wyjątkowo śmiałe. Właśnie jeden szczur podgryza mi palec, drugi wchodzi do nogawki moich spodni, trzeci wspina mi się na plecy, a kolejny domaga się pieszczot, trącając moją rękę pyszczkiem. Wzdrygam się z obrzydzeniem i jest to chyba odruch bezwarunkowy. O ile jeden szczur wzbudza we mnie niechęć, pięć szczurów to byłby prawdziwy horror, o tyle tysiące to po prostu statystyka.
Miejscowi patrzą na mnie ze zdziwieniem, bo mało kto potrafi zaskarbić sobie takie zaufanie mieszkańców świątyni. Gryzonie, owszem, biorą jedzenie od ludzi, ale raczej unikają kontaktu fizycznego. Tymczasem ja po chwili jestem oblepiona szarym futrem. Może to kwestia tego, że wyczuwają moje zainteresowanie, a zwierzęta zazwyczaj mnie lubią? Albo zauważyły, że przychodzę tu każdego dnia? Przyznaję, że co rano wybieram ze śniadania soczyste egzotyczne owoce, pakuję do plecaka i przynoszę do świątyni. Może więc po prostu karmię je najlepszymi smakołykami i stąd ta sympatia?
Nie mam jakichś szczególnych fobii i niewiele rzeczy budzi we mnie strach. Nie brzydzę się robaków czy węży, ale wizja, że obłażą mnie szczury, od początku wywoływała we mnie zdecydowaną niechęć. Wystarczyło jednak, że zobaczyłam pierwsze gryzonie ze świątyni w Deśnok, by okazało się, że nie robią na mnie szczególnego wrażenia - są małe i w niczym nie przypominają naszych wypasionych szczurów. Jak chociażby tego, którego ostatnio spotkałam w przydomowym śmietniku - toż to był potwór wielkości domowego kota!
- O tych szczurach mówimy kaba i traktujemy je jak potomków Karni Maty - dowiaduję się już na początku od Navaratana, swojego tłumacza.
I niczym dzieci - rozpieszcza się je do granic zdrowego rozsądku. Nie chodzi tu tylko o dietę, ale też o to, że specjalnie dla nich ten zabytkowy budynek podziurawiony jest bardziej niż najbardziej dojrzały szwajcarski ser. Już ponad 600 lat temu, kiedy powstawała świątynia w Deśnok, architekt wziął pod uwagę upodobania szczurów i zaprojektował labirynt korytarzy nieznanej długości, gdzie zwierzęta mogą się spokojnie rozmnażać, umierać, a może nawet zjadać nawzajem, bo jakoś nikt tu nie znajduje rozkładających się zdechłych gryzoni. Podobno nikt też nie widział małego szczura i nie do końca wiadomo, gdzie się rodzą.
Żyją w ścianach, pod podłogą, między belkami w stropie, na dachu. Same też wygryzają nowe tunele, a ponieważ siekacze tych gryzoni rosną bez przerwy - 0,4 milimetra na dobę - i są twardsze niż żelazo, nie oprą się im ani fundamenty budowli, ani żadna rura kanalizacyjna czy nawet marmurowa ściana.
Z tysięcy otworów znajdujących się dosłownie wszędzie wychodzą kolejne szczury niewiele większe od myszy, za to coraz bardziej paskudne. To chyba najbardziej schorowana i zdegenerowana gromada świata, licząca ponoć 20 tysięcy gryzoni, choć kto by je zdołał dokładnie policzyć? Niemal każdemu coś dolega: jak nie parch, to paraliż, brak ogona, cherlawa łapa, kaprawe oczy, obgryzione uszy, ubytki futra. Jak widać, krzyżowanie się przez stulecia osobników w obrębie jednej rodziny nie prowadzi do niczego dobrego. Samica szczura wędrownego potrafi odbyć ponoć 500 stosunków seksualnych w czasie rui, która trwa kilka godzin. Po mniej więcej 23 dniach rodzi średnio od 7 do 11 młodych i znów jest gotowa, żeby zajść w ciążę. W ciągu roku może wydać na świat nawet 100-150 szczurzych maluchów. Jej dzieci osiągają dojrzałość już w trzecim miesiącu życia i też zaczynają się mnożyć na potęgę. I tak w kółko.
Co roku szczury powodują w światowej gospodarce straty liczone w miliardach dolarów, dlatego traktowane są jak najgorsze szkodniki. Ale nie tu. Świątynia szczurów w Deśnok to jedyne miejsce na świecie, gdzie zwierzęta te są hołubione i mogą robić absolutnie wszystko, a zamiast trutki dostają jedzenie przygotowane specjalnie z myślą o nich. Ciekawe, czy nasze szczury wędrowne tak właśnie wyobrażają sobie raj? Niestety nie jest łatwo dostać się do krainy szczurzej szczęśliwości, bo gryzonie ze świątyni są niczym mafia, nie wpuszczają na swój teren żadnej konkurencji. Mają doskonały węch i dzięki niemu bezbłędnie rozpoznają członków swojego klanu, a każdy osobnik spoza kolonii zostaje natychmiast zagryziony.
W świątyni jest mnóstwo pielgrzymów z najdalszych zakątków kraju, wszyscy ubrani odświętnie. Dostrzegam wśród nich wiele młodych par, które wyróżniają się wysokimi czerwonymi turbanami, związani są też szalem. Każdy z tych nowożeńców jest tu po to, żeby poprosić o błogosławieństwo, czasem podziękować za dobry los. Teraz obchodzą budynek i składają dary.
Nazywam się Rawindra Dźain, mam 23 lata, moja żona ma 18. Rozpoczynamy razem nowe życie, więc przybyliśmy tu po błogosławieństwo Karni Maty i jesteśmy pewni, że nasze prośby zostaną wysłuchane Jesteśmy świeżo po ślubie, tylko 10 dni.Nie znaliśmy się wcześniej, pierwszy raz zobaczyłem żonę dopiero podczas uroczystości... Małżeństwo zostało zaaranżowane, jak niemal wszystkie w Radżastanie, ale jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. A moja żona chce powiedzieć, że też jest bardzo szczęśliwa. Dlaczego sama nic nie mówi? Bo jest nieśmiała. A co to znaczy dobra żona? No, to taka, która potrafi służyć moim rodzicom, mnie i dzieciom. Musi opiekować się całą rodziną. To jej obowiązek.
Żona Rawindry ma na imię Ćitra i faktycznie jest bardzo speszona. Co chwila przykrywa szalem śliczną buzię i uśmiecha się niepewnie. Kobieta ma na sobie piękne sari, które wbrew temu, co myślą niektórzy, nie jest gotowym strojem, bo to tylko 5,5 metra tkaniny, którą należy się owinąć w specjalny sposób. Na dłoniach i stopach Ćitra ma jeszcze świeże weselne wzory wymalowane henną. Kobiety barwią sobie nią skórę już od ponad 5 tysięcy lat, a szczególnie misterne wzory ozdabiają dłonie i stopy właśnie panien młodych. To ważny rytuał podczas ślubnej ceremonii, bo istnieje przekonanie, że czerwonawy kolor henny przynosi szczęście.
Mężatki łatwo odróżnić od panien, bo mają sindur - czerwony proszek aplikowany na przedziałek między włosami. Przyrządzany jest z cynobru, a po raz pierwszy nakłada się go kobiecie podczas ceremonii ślubnej, jest to więc odpowiednik naszej obrączki. Kiedy kobieta zostaje wdową, także nie może już nosić tej wyjątkowej ozdoby.
Rawindra zabrał do świątyni także swoją starszą siostrę, skoro już jechali z daleka. Rina Nagora ma 28 lat i od trzech jest mężatką.
- Spełniła się prośba, którą zaniosłam kiedyś do bogini Karni Maty, dlatego przyjechałam tu ponownie - tłumaczy mi teraz.
Dziewczyna ma przepiękne zielone sari wyszywane czerwonymi kwiatami i wykończone złotą lamówką. Bierze na kolana swoją dwuletnią córeczkę.
- Nie boisz się przyprowadzać tu ze sobą małego dziecka? Nie obawiasz się chorób roznoszonych przez szczury?
- Dzięki łasce Karni Maty kaba nie roznoszą żadnych chorób. To prawdziwe błogosławieństwo, są odporne nawet na dżumę - twierdzi Rina z przekonaniem.
Przed wejściem do świątyni trzeba zdjąć wszystkie skórzane elementy stroju pochodzące od zwierząt - mężczyźni pozbywają się pasków, panie odkładają skórzane torebki i portmonetki. Każdy też obowiązkowo musi zdjąć buty. Koledzy z ekipy włożyli podwójne pary skarpet, większość turystów kupuje specjalne ochraniacze. Ja zdecydowałam się, na wzór miejscowych, chodzić boso. Teraz mam więc stopy wymazane szczurzymi odchodami i ciągle wdeptuję w coś miękkiego, mokrego i raczej niezbyt przyjemnego... Zapach jest przepotworny, szczególnie że upał tylko go potęguje. Staram się nie myśleć o chorobach roznoszonych przez szczury, a jest ich ponad 50, w tym: tyfus, włośnica, toksoplazmoza, pryszczyca, a nawet wścieklizna. Po świątyni biega jednak mnóstwo dzieci, które bawią się radośnie, nic sobie nie robiąc z tych zagrożeń. Nie wyobrażam sobie, by nasze europejskie dzieci równie spokojnie zniosły widok stada szczurów, co utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że wszystkie nasze fobie to zwykle skutek wmówionych nam uprzedzeń. No bo skąd niby dziecko miałoby wiedzieć, że należy się bać szczurów albo się nimi brzydzić? Boi się matka i ten lęk przekazuje dziecku, dając taki, a nie inny przykład. Tu jest podobnie, tyle że w drugą stronę.
- A nie żałujesz, że musiałaś zakończyć edukację, kiedy miałaś zaledwie 12 lat? - pytam, bo dziewczyna przyznała się do tego mojemu tłumaczowi już na samym początku rozmowy.
Determinacja, żeby wykształcić dzieci, jest tu często ogromna, ponieważ tylko dzięki wykształceniu maluchy mają szansę na lepsze życie i wyrwanie się z nędzy. Zgodnie z indyjską konstytucją edukacja jest bezpłatna i obowiązkowa do 14. roku życia. Ale podobnie jak u nas rodzice muszą płacić za podręczniki, mundurki, dodatkowe lekcje. Niby to niewiele, ale w Indiach, gdzie większość ludzi żyje za równowartość dolara dziennie, każdy wydatek to abstrakcyjnie wysoka kwota. Dlatego do szkół podstawowych zapisanych jest zaledwie dwie trzecie indyjskich dzieci. To oznacza, że 33 miliony maluchów jest pozbawionych jakiegokolwiek wykształcenia, a te, które chodzą do szkoły, w wielu przypadkach nie robią tego regularnie. No i oczywiście im wyższa klasa, tym większa przewaga liczebna chłopców nad dziewczynkami, których z każdym rokiem zaczyna ubywać. Dlaczego? Bo zaganiane są do pracy w polu lub do pomocy w pracach domowych. W gruncie rzeczy większość rodziców uważa, że kształcenie dziewczynek jest stratą czasu i pieniędzy, przecież ostatecznie i tak ich rolą jest rodzenie dzieci i służenie mężowi.
- Bardzo chcę się dalej uczyć, jednak moi teściowie się temu sprzeciwiają. - Rina jednak nie ma do nich o to żalu, rozumie ich sytuację. - To bardzo duża rodzina, mój mąż ma pięć sióstr, z których tylko jedna jest zamężna, reszta mieszka z rodzicami. Dlatego muszę pracować, a nie uczyć się - kończy ze smutkiem w głosie.
- A cieszysz się z córeczki czy wolałabyś syna?
Dwulatka bawi się obok nas w stercie suchych łupin kokosa, gdzie buszuje co najmniej 10 szczurów. Matka zerka na nią kątem oka, ale jest spokojna.
- Wolałabym mieć pierworodnego syna. Z dziewczynki też się w sumie cieszę, ale z syna bardziej zadowolona byłaby rodzina mojego męża... - milknie na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. - Gdyby pojawił się przede mną bóg i obiecał spełnić życzenie, to najpierw poprosiłabym go o zdrowie dla całej rodziny, a później o syna. Tak bardzo bym chciała...
"Wolisz urodzić dziewczynkę czy chłopca?" - u nas to pytanie zadaje się tylko pro forma, żeby sprowokować rodzinną dyskusję. Wiadomo, każdy tatuś chce mieć syna, żeby mieć partnera w męskich rozrywkach, a mamusia córeczkę, która będzie grzeczniejsza od chłopaka, nie sprawi tylu problemów wychowawczych, a gdy dorośnie, będzie dla niej przyjaciółką. Potem zwykle się okazuje, że matki najbardziej rozpieszczają synów, a ojcowie kochają córeczki bezgraniczną miłością. Tak naprawdę nie ma więc znaczenia, co się urodzi, byleby potomek był zdrowy i rozwijał się tak jak trzeba.
Tymczasem w Indiach wciąż liczą się tylko chłopcy. Narodziny dziewczynki to dla rodziców duży problem, dlatego chcą się go pozbyć jak najszybciej. Często rozwiązują go, kiedy dziecko jest jeszcze w brzuchu matki. Według CIA Factbook w USA na 1000 chłopców przypada 995 dziewcząt, zaś w Indiach odpowiednio 893. Co oznacza, że w tym kraju jest ponad 7 milionów dziewczynek mniej, niż być powinno. W ciągu ostatniej dekady w wyniku aborcji usunięto tu bowiem od 3 do 6 milionów płodów płci żeńskiej. W dawnych czasach zdarzało się także, że dziewczynki tuż po narodzeniu usypiano za pomocą opium i zabijano. Dlaczego? Dziewczynka to duże obciążenie dla rodzinnego budżetu. W Indiach to rodzina panny młodej płaci pokaźny posag panu młodemu i pokrywa koszty wesela. Aranżowaniu małżeństwa często towarzyszą burzliwe negocjacje nad listą życzeń przygotowaną przez rodzinę narzeczonego. A znajdują się na niej takie pozycje jak: liczba tradycyjnych sari, biżuteria, sprzęt gospodarstwa domowego, samochód konkretnej marki, pieniądze w gotówce. Syn więc gwarantuje rodzinie przychód, zaś córka oznacza duży debet na koncie. I choć posagi są obecnie nielegalne, to w rzeczywistości wciąż trzeba mieć naprawdę spore środki. Podobno ambicją każdego rodzica jest wydanie córki za kogoś lepiej sytuowanego i wyżej ustawionego w hierarchii społecznej. Właściwie nie ma w tym niczego niezwykłego, każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Jednak w Indiach ci mniej zamożni często oddają swoje dziecko temu, kto po prostu będzie miał mniejsze roszczenia finansowe.
Radżastan powitał mnie wyjątkowo gorąco. Stan ten leży w północno-zachodniej części Indii, graniczy z Pakistanem i Morzem Arabskim. "Klimat Radżastanu zmienia się na łagodniejszy w miarę przesuwania się na wschód" - przeczytałam w przewodniku, ale ja nie jechałam w tym kierunku. Naszym celem od początku był Bikaner, urocze miasteczko wybudowane w XV wieku na szlaku karawan przecinającym pustynię Thar, która ma powierzchnię prawie taką jak Polska i zajmuje większą część stanu.
Dla nas Bikaner z prawie 500 tysiącami mieszkańców uchodziłby za wielkie miasto, w Indiach, przy liczbie ludności przekraczającej 1,3 miliarda, to zaledwie miasteczko. Zbudował go Rao Bika, drugi syn maharadży Dźodhpuru. Ponieważ nie miał szans odziedziczyć ani tytułu, ani królestwa ojca, postanowił założyć własne, ze stolicą w Bikanerze.
Dzięki doprowadzeniu tutaj wody kanałami z Gangesu tereny dookoła miasta zazieleniły się od bawełny, zboża, plantacji orzeszków ziemnych i wszelkiego rodzaju warzyw. Z czasem miasto stało się jedną z ważniejszych przystani na jedwabnym szlaku i czerpało zyski, będąc oazą, w której karawany kupców mogły uzupełnić zapasy wody i jedzenia. Wciąż mnóstwo tu pozostałości z tamtych czasów. Są więc pięknie zdobione domy zbudowane z piaskowca, mury miejskie otaczające miasto na długości 5 kilometrów i wysokie nawet na 9 metrów, są pałace, fort i świątynie. Chciałabym mieć czas, by podziwiać te wspaniałe budowle, ale my go spędzamy w oddalonym o 30 kilometrów Deśnok.
Nazywam się Kailaś Dan Depawat i należę do rodziny bogini Karni Maty. Kontynuujemy tradycję, według której każda z rodzin naszego klanu od ponad pół wieku, po kolei, przez miesiąc pełni służbę w tej świątyni. Mnie się to zdarza już po raz drugi, ostatnio pełniliśmy służbę 7,5 roku temu.
Mój brat, jako najstarszy w rodzinie, jest obecnie głównym kapłanem w świątyni, a ja go w tym wspieram.Wiem, że jeśli kiedykolwiek ktoś z mojej rodziny umrze, wcieli się po śmierci w szczura, a kiedy szczur zdechnie, to nastąpi inkarnacja w nowo narodzone dziecko, które pojawi się w naszej rodzinie. Dlatego służę tu tak naprawdę swoim braciom i siostrom, po prostu swojej rodzinie.
Wyznaczono nam spotkanie z przedstawicielami rodu Depawat, czyli prawdziwymi potomkami Karni Maty. Zgodę musieliśmy negocjować ze wszystkimi mężczyznami opiekującymi się obecnie świątynią. I trwało to najpierw kilka tygodni w Polsce, a po przyjeździe do Indii jeszcze kolejnych kilka dni. Szacuje się, że w Indiach żyje od 500 do 700 rodzin spokrewnionych z boginią i tylko one mają prawo i jednocześnie obowiązek troszczyć się o świątynię. Mężczyźni z klanu po kolei, co 30 dni, przejmują rolę kapłanów i bez względu na to, gdzie mieszkają i czym się zajmują, na czas posługi przenoszą się wraz z rodzinami do Deśnok. Uważają to za największe wyróżnienie i zaszczyt.
Niestety, o ile z mężczyznami można rozmawiać i pewnie nakręcić o nich niejeden program, o tyle kobiety są tu pod specjalnym nadzorem mężów, ojców, braci. Ci zaś absolutnie nie zgadzają się na filmowanie swoich żon, córek, sióstr w prywatnych sytuacjach, w domu, a tym bardziej jeżeli za kamerami stoją obcy mężczyźni.
- W Radżastanie to absolutnie niedopuszczalne! - słyszę na każdym kroku i sama już zaczynam wątpić, czy cokolwiek uda się nam tu zdziałać.
Nadal nie jestem jednak pewna, czy uda mi się porozmawiać z jakąkolwiek przedstawicielką tego klanu... Przyznaję, że wszyscy ostrzegali, że zdobycie pozwolenia na coś takiego będzie graniczyło z cudem.
Mam żonę Maniszę, poślubiłem ją pięć lat temu, doczekaliśmy się dwóch córeczek. Manisza pochodzi z doskonale wykształconej rodziny, jej ojciec jest lekarzem. Od pięciu lat mieszkamy w Dźajpurze, gdzie przeprowadziliśmy się zaraz po ślubie i jesteśmy tam bardzo szczęśliwi. Ale kiedy wypada nasza kolej służby w Deśnok, muszę wziąć urlop i wrócić tu, do rodzinnego miasta, do reszty rodziny, żeby ją odbyć.Codziennie wstajemy o 4 rano. Rozpoczynamy dzień od sprzątania świątyni, kobiety przygotowują jedzenie dla szczurów. O 10 rano składamy ofiarę Karni Macie i równocześnie dary dla szczurów. Ten pierwszy posiłek przygotowuje moja żona osobiście. To jej powinność.
Muszę przyznać, że rodzina Depawat jest niezwykle przejęta faktem, że oto przyjechała do nich telewizja. I chyba nawet nie ma znaczenia, że jesteśmy z Polski i raczej żaden z sąsiadów nie obejrzy tego programu... Kailaś, który pracuje w Dźajpurze i z wykształcenia jest ekonomistą, bez przerwy podkreśla, jak wielką czuje odpowiedzialność za cały ród Depawat i jego wielowiekową tradycję opiekowania się szczurami ze świątyni Karni Maty. Zależy mu na tym, by w jak najlepszym świetle przedstawić kult bogini, więc także cały swój ród. Robi więc wszystko, co w jego mocy, żebyśmy byli zadowoleni, na każdym kroku podkreśla jednak:
- Musisz zrozumieć, że jesteśmy bardzo, ale to bardzo tradycyjni...
Z tego powodu jest tak zestresowany, że ma problem z odpowiedzią nawet na najprostsze pytania. Jakby obawiał się, że wypadnie za mało tradycyjnie.
- A co możesz opowiedzieć o swojej żonie, tak prywatnie? - zapytałam wcześniej Kailaś a, żeby przygotować się do wywiadu.
- Ojciec Maniszy odwiedzał świątynię i widział, jak ród Depawat służy bogini. Zależało mu, żeby jego córka wyszła za mąż za jakiegoś młodego, bardzo inteligentnego człowieka z tej właśnie rodziny, więc przyszedł do mojego ojca... - Kailaś mówi to z takim przekonaniem i tak nieskromnie, że uśmiecham się teraz od ucha do ucha. On jednak niespeszony kontynuuje: - To z kolei wywarło olbrzymie wrażenie na moim ojcu, dlatego uznał, że powinienem poślubić córkę tego człowieka. Nasze małżeństwo zostało zaaranżowane, ponieważ tak jest przyjęte w naszej kulturze.
- Kochasz ją? - to pytanie pada z moich ust bezwiednie.
- No, tak... - jest chyba zaskoczony, że poruszam TAKI temat. - Jest przecież bardzo posłuszna i oddana bogini, kocha naszą rodzinę. Świetnie się zna na prowadzeniu domu i jest bardzo gościnna. Wspiera mnie na każdym kroku i jest... piękna. - Kailaś reflektuje się jednak, że może zbytnio się przede mną otworzył. - Ale tak naprawdę mnie na tym nie zależy, uroda nie trwa wiecznie. Najważniejsze, że poświęca się opiece nad dziećmi. To prosta kobieta - dodaje, ale widzę, że w jego mniemaniu to komplement.
Kailaś waży teraz każde słowo, chyba boi się, że jednak powie za dużo.
(Wiem, że za chwilę doczytacie ten rozdział do połowy, a nadal nie poznaliście głównej bohaterki, ale przyznam szczerze, że jestem w takiej samej sytuacji. I odczuwam z tego powodu frustrację pomieszaną z wkurzeniem... Sfilmowaliśmy już świątynię szczurów, imponujące zabytki Radżastanu, okoliczne widoki, a nawet targ wielbłądów. Przeprowadziłam wywiady z połową pielgrzymów, którzy koczują na placu w Deśnok, zatrudniłam się nawet jako uliczny fryzjer męski i bawiłam się przy tym świetnie. Nadal jednak nie poznałam kobiety, dla której przemierzyłam pół świata, i która powinna być najważniejsza w tej opowieści...).
Kilka minut przed 9 rano stoimy pod domem Maniszy i Kailaś a, gotowa na główny wywiad, który mam w końcu przeprowadzić. Nadal jednak nie mam pewności, czy plan się powiedzie, bo w Indiach niczego nie można być pewnym... Na razie, żeby nie marnować czasu, operatorzy filmują dom z zewnątrz, ja przysypiam w samochodzie, czekając na znak, że TO JUŻ.
Budynek wygląda jak kilka połączonych ze sobą prostokątów z malutkimi zakratowanymi oknami i płaskim dachem. Ściany są białe, a ich górne krawędzie zwieńcza pomarańczowy szlaczek. Na dole jest z kolei różowa lamperia, która przechodzi w niewysoki mur w tym samym kolorze. Samo podwórko zostało wylane betonem, tworzy coś na kształt grubej platformy i wygląda jak niedokończona inwestycja, choć naruszona już zębem czasu. Mniej więcej na jej środku wycięty jest kwadrat, który okazuje się wiekiem studni, obok stoją gliniane dzbany na wodę. Z całą pewnością nikt jakoś szczególnie nie dba o to miejsce, nie ma tu roślin, stoi tylko jedno brudne plastikowe krzesło, na sznurkach suszy się kolorowe pranie. Ale przecież rodzina nie mieszka w Deśnok na stałe - to dom wykorzystywany tylko podczas pełnienia służby w świątyni i zapewne także w czasie wakacji. Z zewnątrz przypomina twierdzę. I rzeczywiście nie jest łatwo dostać się do niego, o czym mam okazję się przekonać po godzinie czekania na zaproszenie do środka.
W końcu gospodarz wita nas w progu. Kailaś Dan Depawat uśmiecha się promiennie. Ma na sobie niebieską koszulę i czarne spodnie w kant, a jego gęste kruczoczarne włosy, lśniące od pomady, zaczesane są do góry, tworząc fryzurę a la Elvis. Wylewnie okazuję mu swoją wdzięczność, że zgodził się przyjąć ekipę telewizyjną w swoim domu. Błyskawicznie ściągam buty i wchodzimy do środka. Pierwsze pomieszczenie to pokój gościnny, jest tu telewizor, są książki, mnóstwo rodzinnych fotografii oprawionych w ramki - Kailaś jako dziecko, młody chłopak, student, z kolegami.
Zwykle większość zaproszonych gości zostaje właśnie tu. W domach tradycyjnych rodzin z Radżastanu żadna osoba płci męskiej nie ma bowiem prawa wstępu dalej. Jeśli nawet przyjeżdża z daleka jakiś krewny, to w tym de facto przedpokoju śpi, a nawet je. Gospodarze go w tym pomieszczeniu odwiedzają, a kobiety donoszą jedzenie i napoje. My jednak, jako że przyjechaliśmy nie tylko z daleka, ale w ogóle z innej kultury, wyjątkowo dostajemy zgodę na przekroczenie kolejnego progu.
- Widocznie nie jesteście uznawani przez Kailaśa za mężczyzn - mówię półgłosem do naszych operatorów, kiedy W KOŃCU przechodzimy na wewnętrzny dziedziniec domu wyłożony czarno-białą mozaiką.
Ma może ze 20 metrów kwadratowych powierzchni, ale widząc, jak jest zorganizowany, zakładam, że właśnie tutaj wieczorami toczy się rodzinne życie. Na stoliczku stoi srebrny imbryk, w którym zapewne pani domu parzy pyszną herbatę i który niechcący potrącam, powodując hałas. Zamieram, że oto zrobiłam coś bardzo nie tak i zaraz mnie stąd wyproszą. Przepraszam grzecznie, a Kailaś macha ręką i dodaje wielkodusznie:
- Nic się nie stało.
W plastikowych koszach suszą się metalowe garnki, talerze i patery, które zapewne wcześniej wypełnione były pysznymi hinduskimi potrawami doprawionymi chili. Ta przyprawa jest w tutejszej kuchni po prostu niezastąpiona. Zresztą hinduskie dania są niezwykle aromatyczne: pachną kardamonem, imbirem, cynamonem, trawą cytrynową i mleczkiem kokosowym. I nie chodzi tu tylko o walory smakowe - przyprawy mają bowiem działanie antyseptyczne, a ponadto zatrzymują w organizmie wodę, co w tym klimacie jest zbawienne.
Przyznaję, że uwielbiam hinduską kuchnię. Ćapati, czyli chlebki przypominające naleśniki - właściwie mogłabym się żywić tylko nimi... Ale są tu też samosy, czy li smażone pierożki z warzywnym nadzieniem maczane w pikantnym sosie śliwkowym - po prostu palce lizać. No i curry na wszelkie sposoby, potrawy doprawione masalą, birjani - ryż z mięsem i warzywami. A do tego lassi, czyli napój na bazie jogurtu z dodatkiem owoców, który świetnie gasi pragnienie i łagodzi ostre smaki. Ech, rozmarzyłam się przez chwilę... Zaciągam się teraz zapachami, które unoszą się w powietrzu. Nie dostaję jednak zaproszenia na posiłek. Trudno, i tak cieszę się, że w ogóle tu jestem. Tak bardzo, że aż się boję oddychać, żeby rodzina Maniszy się nie rozmyśliła...
Dumny Kailaś oprowadza mnie po domu i uchylając kolejne drzwi, opowiada:
- A tu mamy łazienkę, zobacz, są nawet kafelki na ścianach. Ładnie, prawda? - domaga się komplementów. - Tu jest kuchnia, tam mamy taki pokoik gospodarczy, ale z lodówką - mówi nie bez zadowolenia i otwiera zamaszyście białe drzwi urządzenia.
No nie, aż nie mogę w to uwierzyć! Zaczynam się powoli niecierpliwić. Od kilku dni czekam na spotkanie z bohaterką programu, a nawet teraz zamiast w końcu z nią porozmawiać, oglądam dom oprowadzana przez faceta. A przecież to miał być program o kobietach...
- Tu mamy ołtarzyk Karni Maty - Kailaś wskazuje na figurki oraz obrazki z dziesiątkami jej wizerunków, u góry wiszą girlandy ze sztucznych kwiatów, a ołtarzyk został obstawiony świeczkami i plastikowymi lampkami podobnymi do naszych choinkowych.
W tym samym pokoju na wielkim łóżku śpi mała dziewczynka z rączkami wciśniętymi pod policzek.
- To Nawja, moja młodsza córka - wyjaśnia, kiedy pytam o ubrane w piękną niebieską sukienkę dziecko.
Kailaś ma z żoną dwie córki: dwu- i czteroletnią.
- W czasie, kiedy nie służymy Karni Macie, moja żona prowadzi normalne życie. Rano wstaje, bierze kąpiel, odprawia modlitwę, a następnie przygotowuje śniadanie dla mnie. Potem ja wychodzę do pracy.
Na dziedzińcu pojawia się kobieta w jasnoniebieskim wzorzystym sari wykończonym srebrną lamówką. Tkanina wygląda, jakby ktoś kilka razy pacnął ją pędzlem zamoczonym w purpurowej farbie. Ale to zabieg celowy. Każda Hinduska pragnie bowiem, aby jej sari było wyjątkowe, dlatego tutejsze kobiety potrafią godzinami szukać odpowiedniego materiału. Ponieważ każde sari ma taki sam krój, panie starają się, żeby przynajmniej tkanina, z której zostało wykonane, była niepowtarzalna.
Włosy i twarz nieznajomej zasłania welon z tej samej tkaniny, na dłoniach pobrzękują dziesiątki bransoletek. To jest właśnie Manisza, moja bohaterka. Następuje szybka prezentacja małżonki, ale ponieważ kobieta nie zdejmuje welonu, nadal nie wiem, jak wygląda...
Popędzani przez Kailaśa drepczemy schodami na górę i wychodzimy na górny taras. Roztacza się z niego widok na Deśnok. Szczerze mówiąc, nie ma się czym zachwycać. Wystarczy wyobrazić sobie dom państwa Depawat i skopiować go w tysiącu egzemplarzach - tak właśnie mniej więcej wygląda to miasteczko.
Z tarasu, zgodnie z wytycznymi pana domu, dostajemy się do małżeńskiej sypialni. Manisza siada na wielkim łóżku przykrytym beżowym patchworkiem wyszywanym koralikami. Operatorzy rozstawiają kamery, a ja rozglądam się po pokoju. Jest tu toaletka z lustrem i regał z bibelotami, podłogę przykrywa wzorzysty dywan. Uśmiecham się do dziewczyny ukrytej za woalem, żeby nawiązać z nią jakikolwiek kontakt, jednak Manisza unika kamery, zresztą i tak jej nie widać za tą gęstą zasłonką. Zgodnie z tutejszą tradycją panie mają obowiązek zakrywać włosy, ale w obecności rodziców męża lub obcych mężczyzn czasem zasłaniają również twarz, co - nie ukrywam - bardzo komplikuje nasze zadanie.
- Chłopaki, jak do cholery pokazać bohaterkę, która nie ma twarzy? - szepczę do operatorów, a oni kręcą głowami, co ma najwyraźniej oznaczać, że się nie da.
No właśnie, to tak, jakby przeprowadzać wywiad przez ścianę. Tylko co teraz? Wydaliśmy mnóstwo pieniędzy z budżetu produkcji programu, żeby się tu dostać, poświęciliśmy wiele dni na dokumentację, a teraz mamy zrezygnować?
- Przynajmniej spróbujmy - mówię z przekonaniem, a oni patrzą na mnie z uśmieszkami, które oznaczają: "Jak chcesz".
Zawsze tak robią, kiedy wiedzą, że to, co planuję, i tak nie wyjdzie, ale skoro się upieram... Potem, kiedy faktycznie się coś nie udaje, patrzą na mnie triumfalnie z miną: "A nie mówiliśmy", a ja tego naprawdę nienawidzę. Tyle że tym razem nie mam wyjścia. Ale też - nic do stracenia.
Na moje pierwsze pytanie, z repertuaru tych "przełamujących lody", Manisza jednak nie odpowiada.
- Jak wygląda twój zwyczajny dzień? - pytam z uśmiechem, żeby jakoś zacząć.
Ona siedzi i milczy. Zapada krępująca cisza. Ponieważ nie zna angielskiego, mąż coś do niej mówi w hindi. W końcu Manisza duka zza zasłonki kilka słów.
Ponieważ Kailaś Dan Depawat odesłał naszego (świetnego zresztą) tłumacza i samozwańczo postanowił zająć się przekładaniem słów żony na język angielski, teraz nie wiem, czyjej wersji wypowiedzi słucham: żony, żony ocenzurowanej przez męża, czy też poznaję wyłącznie jego punkt widzenia, tyle że włożony w usta małżonki? Na migi i szepcząc, postanawiamy nagrać całość i przetłumaczyć wszystko raz jeszcze po powrocie do Polski. Dodam, że była to bardzo dobra decyzja...
- Przedstaw się. Powiedz, ile masz lat, co robisz, jakie masz wykształcenie. Powiedz to w hindi - mąż instruuje ją zniecierpliwiony niczym agent, któremu nawala gwiazda; niby miała wystąpić w filmie, a roli zapomniała... - "Mam na imię Manisza", no odezwij się! Pochodzę z takiej a takiej rodziny, mam tyle a tyle lat... - Kailaś mówi do żony jak do małego dziecka.
- Ty im to powiedz - dobiega głos zza zasłony.
Manisza mieszka w Dźajpurze, studiowała literaturę, a obecnie robi licencjat z pedagogiki. U nas taka kobieta miałaby wiele do powiedzenia. Tymczasem tutaj, jak na dobrze wychowaną żonę przystało, w obecności męża nie ma własnego zdania. Liczy się tylko to, co uważa głowa rodziny.
- Ty musisz to powiedzieć. To twój wywiad - strofuje ją mąż. - Powiedz: "Mam na imię Manisza" - sylabizuje. - No, powiedzże wreszcie!
Nazywam się Manisza Kanwar Depawat. Mam 27 lat... Pochodzę z Dźajpuru. W świątyni Karni Maty... Moi... Moi teściowie... Co w końcu mam powiedzieć na temat świątyni?
Manisza jest potwornie stremowana. Zwraca się bezradnie do męża, ma trudności ze skleceniem zdania, jakby bała się, że źle wypadnie, że powie coś, co się nie spodoba mężowi. Kailaś jest zniecierpliwiony.
- Powiedz, co robisz w świątyni. Powiedz, że chodzisz tam rano, przygotowujesz jedzenie, potem ofiarowuje się je Karni Macie...
- Ty powiedz - kobieta odwraca się od kamery, mam wrażenie, że zaraz wyjdzie z pokoju.
- Ty musisz powiedzieć - mąż się nie poddaje.
Cały czas rozmowa toczy się w hindi. Ja co prawda próbuję zadawać kolejne pytania, ale absolutnie nie mam wpływu na ten wywiad. W pewnym sensie on się robi sam. Kailaś rozmawia z żoną, a my to po prostu nagrywamy. Teraz nawet nie do końca wiemy, o czym rozmawiają, choć mniej więcej podejrzewam, o co może chodzić.
- Nie powiem tego dobrze - dziewczyna oddycha intensywnie, co powoduje, że welon co chwilę się wzdyma i zapada. Z nerwów nieustannie przekłada bransoletki, które dzwonią tak intensywnie, że Jacek, dźwiękowiec, aż ściąga słuchawki z uszu i krzywi się zabawnie.
- Powiesz - naciska Kailaś.
Najwyraźniej oczekuje... Ba! Żąda, żeby jego żona wzięła się w garść! Przecież reprezentuje rodzinę Depawat i nie może przynieść mu wstydu.
- To wywiad z tobą. Powiedz no coś, ze cztery zdania chociaż!
- Niech Diksza powie - Manisza prosi, żeby zastąpiła ją kuzynka, siostra męża. Ten jednak ignoruje prośbę żony.
- Powiedz: "Moje obowiązki wyglądają następująco..." - dyktuje jej odpowiedź.
- Powiedz, że rano idziesz i robisz...
Manisza bierze głęboki oddech i mówi.
- Wstaję o 4 rano, myję się, szykuję dzieci, a potem idę do świątyni. Tam wszystko sprzątam, przygotowuję produkty, z których przyrządzam potrawy. Chciałabym robić dla swojej rodziny tyle, ile tylko będę w stanie.
- Powiedz, jakie są obowiązki mężczyzn. Że dumnie służą bogini - Kailaś sugeruje żonie, że o czymś ważnym zapomniała.
- Ty powiedz. Ja tam nie wiem - szepcze nerwowo Manisza.
Szczerze mówiąc, czuję się, jakbym właśnie uczestniczyła w jakimś kabarecie. W sumie z trudem powstrzymuję wybuch śmiechu, choć sytuacja zabawna nie jest, szczególnie dla tej biednej kobiety, która jest aż spocona z nerwów. Jest mi jej autentycznie żal, a cała ta rozmowa wydaje mi się coraz bardziej bezsensowna i kuriozalna. Na razie zamiast bohaterki mam bohatera. Kailaś siedzi na fotelu i zachęca żonę, żeby coś powiedziała, a jednocześnie nieustannie ją poprawia, koryguje i cenzuruje jej odpowiedzi. Biedna Manisza jest coraz bardziej zdezorientowana i spanikowana.
- Mężczyźni wstają rano i idą do świątyni. Tam odprawiają ceremonię ku czci bogini. Niektórzy potem idą do biura albo załatwić inne sprawy...
- Ale najważniejsza jest świątynia - mąż przerywa jej w pół słowa, żeby nikt nie miał wątpliwości, jakie są priorytety. - Dopiero potem praca, interesy i tak dalej. - Kailaś chce wykazać wszem wobec, że jego rodzina, a on w szczególności, jest bezgranicznie oddana służbie. Powtarza to jak mantrę.
- Czy twoje ubranie jest wygodne? - zmieniam nagle temat, wpadając w pół słowa w tę niemal rodzinną sprzeczkę, choć przecież wiadomo, że żona nie ma tu prawa kłócić się z mężem. - Wewnątrz jest bardzo gorąco, jak się więc czujesz w sari i tym gęstym welonie? - mam nadzieję, że to może zachęci Maniszę do pokazania twarzy.
Nie ma tu klimatyzacji, więc kobieta musi się niemiłosiernie męczyć za tymi wszystkimi woalami. Słyszę, że nawet oddycha z trudem, bo tkanina blokuje jej dostęp powietrza.
Mąż już bez zbędnych ceregieli dyktuje żonie odpowiedź nawet na tak błahy temat:
- Powiedz, że tak się kobiety ubierają w Radżastanie i opowiedz o naszej kulturze. Powiedz, że lubisz sari, że jest wygodne.
Manisza powtarza.
- To bardzo wygodny strój, lubię go, czuję się w nim bardzo dobrze. Do chusty też się przyzwyczaiłam, okazujemy w ten sposób szacunek starszym.
Rozumiem, że ma na myśli naszą ekipę, bo oprócz nas nikogo starszego tutaj nie widzę.
Podobno noszenie welonu zakrywającego twarz jest oznaką największego oddania mężowi. Dawniej mówiło się, że kochająca kobieta nawet nie chce spojrzeć na słońce, które uważa za obce, dlatego mężatka miała cały czas zasłoniętą twarz. Teraz jednak chusta jest w pewnym sensie oznaką zniewolenia kobiet i ich całkowitego podporządkowania mężczyznom. Bowiem tylko mąż i najbliżsi krewni mogą oglądać jej oblicze.
Kiedyś kobiety zamykano w domach i zabraniano im kontaktów z płcią przeciwną, ponieważ obawiano się ich niewierności, a nie istniały żadne skuteczne metody potwierdzenia ojcostwa. Jeżeli radża chciał mieć pewność, że majątek odziedziczy jego prawdziwy syn, musiał niemalże więzić jego matkę i ograniczać jej kontakty ze światem zewnętrznym. Mężczyzna mógł się dzielić wszystkim: jedzeniem, domem, dobrami, ale nigdy żoną. Kobieta była jego absolutną własnością, nad którą chciał mieć władzę nawet po śmierci - stąd podobno narodził się zwyczaj sati, czyli palenia wdów na stosie pogrzebowym męża. Kiedy radża Karan Singh z Bikaneru zmarł w 1669 roku, na stosie pogrzebowym spłonęło 8 jego żon i 11 konkubin.
Nazwa tego strasznego zwyczaju pochodzi od bogini Sati, żony boga Siwy, która podobno jako pierwsza dokonała samospalenia. Samo słowo sati oznacza w sanskrycie "cnotliwa kobieta" i to chyba najlepiej oddaje siłę i znaczenie tego zwyczaju w Indiach.
Ponieważ wierzono, że małżeństwo to związek na całe życie, hinduskie żony wręcz walczyły o prawo takiej śmierci, traktowały ją jako przywilej. Zresztą życie wdowy w Indiach, nawet dziś, jest nie do pozazdroszczenia - staje się ona wyrzutkiem społecznym na krawędzi ubóstwa. Teoretycznie ceremonia była wykonywana za zgodą kobiety, ale wielokrotnie zdarzało się, że siłą załatwiano tę kwestię. Ponieważ wdowa, która odmówiła wejścia na stos, przynosiła rodzinie wstyd, nawet jeśli była matką jeszcze małych dzieci. Co prawda sati jest zakazane od początku XIX wieku, ale wciąż zdarzają się takie przypadki, głównie na prowincji.
- Powiedz, czy twoje małżeństwo zostało zawarte z miłości, czy zaaranżowała je rodzina? - nieco już zrezygnowana pytam Maniszę, bo bardzo mi zależy na wywiadzie, teraz już chyba nawet jakimkolwiek.
Nagle do sypialni wchodzi dziewczynka, ta która spała w pokoju na dole. Ma włoski obcięte na chłopaka i nieprawdopodobnie duże czarne oczy. Jest śliczna, jak większość dzieci tutaj. Chyba obudził ją hałas, bo przeciera teraz rączkami zaspane oczęta i sprawia wrażenie, jakby zaraz miała się rozpłakać. Domaga się uwagi matki, łapie ją za rękę zdezorientowana kamerami i tym, co się wokół niej dzieje. Jednak Manisza, przejęta wywiadem, całkowicie ignoruje córkę.
- Czy spotkałaś mnie przed, czy po ślubie? - Kailaś tłumaczy moje pytanie i od razu mówi: - Powiedz, że spotkaliśmy się po ślubie.
- Moje małżeństwo było zaaranżowane. Poznaliśmy się już po ślubie - powtarza Manisza bez entuzjazmu.
- Czy ktoś z twoich znajomych wziął ślub z miłości?
- Nie - tym razem z ust Maniszy pada natychmiastowa odpowiedź.
- Jak wyobrażasz sobie przyszłość swoich córek? Chciałabyś, żeby same wybrały sobie mężów, czy wy im zaaranżujecie małżeństwa? - nie wiem właściwie, po co pytam, bo przecież przy takim cenzorze raczej nie mogę liczyć na szczerą kobiecą pogawędkę.
- Zaaranżowane - uprzedza jej odpowiedź Kailaś. - Powiedz, że tak zrobili ojciec i matka, że przykłady pokazują, że małżeństwo z miłości nie jest dobre - tłumaczy żonie. - Powiedz, że w małżeństwo aranżowane zaangażowana jest cała rodzina, że pomaga rozwiązywać problemy.
- W aranżowanym małżeństwie rodzice myślą o tym, żeby dzieciom było dobrze, żeby były szczęśliwe - Manisza odpowiada automatycznie.
- W takim razie jakiego byś chciała męża dla swoich córek? - dociekam.
- Powiedz, że pracowitego, dobrego, opiekuńczego. Powiedz jej (czyli mnie), że takiego, jakiego ci matka...
- Widzę, że panu bardzo pasuje rola suflera - zwracam się bezpośrednio do męża, teraz tłumacza.
Zaczynam mieć tego dosyć. Nie wiem, czy to wszystko jest warte tych nerwów. Moich i Maniszy, bo najwyraźniej Kailaś czuje się jak ryba w wodzie. Mężczyzna wybucha jednak śmiechem. Siedzi obok mnie na krześle i jest bardzo pewny siebie. "Ja tu rządzę", mówi język jego ciała.
- Czemu twoim zdaniem aranżowane małżeństwa są lepsze? - pytam teraz wprost Kailaśa, a operatorzy błyskawicznie kierują kamery na nas.
Poddaję się. Nie ma sensu ciągnąć dalej tej farsy. Manisza w obecności męża tłumacza, cenzora i rzecznika nie może mieć własnego zdania, a już na pewno nie zdradzi go dzisiaj nam.
- Małżeństwo jest decyzją na całe życie i wymaga ogromnej odpowiedzialności. Nasza tradycja dowodzi, że małżeństwa aranżowane się udają. A te wasze, z miłości? No co, jak często udaje się je utrzymać, co? - mężczyzna zaczyna być napastliwy. - Przecież u was w ogóle nie ma rodzin - rzuca oskarżenia. - Mało które małżeństwo się udaje! Więc ona (mniemam, że Manisza) bardzo się boi waszego stylu życia, rozumiesz?!
A więc nasza wolność i niezależność kobiet wywalczona z takim trudem i to, co z niej wynika, w Indiach jest argumentem na korzyść aranżowanych małżeństw. Czy to znaczy, że tutaj kobiety nie chcą być niezależne, wolą siedzieć w domu, zajmować się dziećmi, dogadzać mężom, być na ich łasce i niełasce, no i koniecznie modlić się, żeby urodzić im syna? Po prostu nie znają innej rzeczywistości.
- Teraz wiemy tylko, że na Zachodzie komuś jednego dnia podoba się ktoś, a następnego już ktoś inny, i tego pierwszego zostawia. I bardzo, bardzo głęboko się z tym nie zgadzamy, bo rodzina i dzieci to poważna sprawa. My wolimy całe życie spędzić z jedną osobą. Kiedy wasze małżeństwa z miłości będą trwałe i zaczną się udawać, to my się zastanowimy nad zmianą naszej tradycji, dobrze? - podsumowuje Kailaś. - Widziałem wiele filmów o waszej tradycji i uważam, że wasze zwyczaje pasują do waszej kultury, a nasze do naszej. Dyskusja jest niepotrzebna - kwituje.
Faktem jest, że w Indiach rozwodzi się najmniej małżeństw na świecie. O ile w Szwecji 55 procent par decyduje się na rozstanie, w Polsce 17, to w Indiach zaledwie 1,1 procent. Można więc powiedzieć, że w tym kraju w zasadzie nie ma rozwodów. Inną sprawą jest, dlaczego tak się dzieje. W Europie singielka lepiej lub gorzej, ale jakoś da sobie radę, natomiast w Indiach sytuacja kobiet niezamężnych lub rozwiedzionych jest bardzo trudna.
- Czy dziewczyna może odmówić zawarcia małżeństwa? - pytam, ignorując fakt, że pan domu zakończył ten wątek.
- Owszem - odpowiada. - Jeśli córka jest przeciwna, rodzina może jeszcze zmienić zdanie. Jednak po ślubie już nie, dziewczyna jest przecież do czegoś zobowiązana. A rozwody u nas nie istnieją.
A więc teoretycznie kobieta może rozmyślić się nawet w dniu ślubu, aczkolwiek nie chce mi się wierzyć, żeby którakolwiek miała odwagę to zrobić. Wystarczy wyobrazić sobie presję jednej i drugiej rodziny. Potem, w licznych rozmowach z mieszkańcami okolic Bikaneru, wracałam do tego pytania i nie spotkałam osoby, która zerwałaby zaręczyny tuż przed ślubem. Ale należy też wziąć pod uwagę, że to jednak prowincja i to faktycznie bardzo tradycyjna. W dużych miastach jest już zupełnie inaczej, można by rzec, że bardziej "po europejsku", choć to akurat mało pocieszające i rzeczywiście żaden powód do dumy.
- Więc sytuacja dziewcząt jest tu nie do pozazdroszczenia - stwierdzam i nagle zapada krępująca cisza.
Kailaś bierze dwuletnią córkę na kolana, a mała przytula się do ojca. Znane jest tutaj powiedzenie: "W dzieciństwie dziewczynkami opiekują się ojcowie, gdy dorosną, zajmują się nimi mężowie, na starość zaś synowie". Kobieta zawsze musi mieć męskiego opiekuna.
Wracamy na dziedziniec, na którym teraz niemal roi się od kobiet. Szeleszczą sari, powietrze pachnie paczulą, jaśminem, sandałem, różą, wanilią, otaczają mnie radosne śmiechy. Kobiety rozmawiają i przekomarzają się, większość ma odsłonięte twarze. Jedynie Manisza pozostaje nieugięta i do końca mojego pobytu w Deśnok nie pokaże mi swojego oblicza, ukrywając je za coraz to innymi woalami.
Są tu dziewczynki, nastolatki i dorosłe panie, jak Diksza, siostra Kailaśa i głównego kapłana świątyni. Ma chyba najpiękniejsze sari ze wszystkich, które tutaj widziałam. To połączenie głębokiej czerwieni, fioletu, zieleni i złota, z lamówką, z frędzlami. Tkanina przypomina muślin, jest delikatna i zwiewna, ale jednocześnie bardzo ładnie się układa, jakby oblewała ciało Dikszy. Przyglądam się, jak napełnia wodą gliniane dzbany, pomaga jej dziewczyna, jak się potem okaże, córka. Diksza cały czas się uśmiecha. Ma gładką skórę i niebywale ciemne oczy, charakterystyczne dla wszystkich Hindusek, drobne rysy twarzy, krzywe zęby, które tylko dodają jej uroku. Promienieje z niej pozytywna energia. Nie rozumiemy się praktycznie w ogóle, ponieważ ona nie mówi po angielsku, a ja w żadnym z lokalnych języków, ale od razu nawiązuje się między nami nić pozawerbalnego porozumienia i teraz wodzę za nią wzrokiem.