Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka - Sue Townsend


Reflow text when sidebars are open.
O dwudziestej drugiej Brian Senior wszedł do sypialni i zaczął się rozbierać.
Eva zamknęła oczy. Słyszała, jak jej mąż otwiera, a następnie zamyka szufladę z piżamą. Dała mu minutę, aż ją włoży, a potem, zwrócona do niego plecami, powiedziała:
- Brian, nie chcę, żebyś tu dzisiaj spał. Może pójdziesz do pokoju Briana Juniora? Dam sobie głowę uciąć, że jest tam czysto, schludnie i nienaturalnie pedantycznie.
- Kiepsko się czujesz? - zapytał. I zaraz dodał: - Fizycznie?
- Nie - odparła. - W porządku.
- Czy wiesz o tym - zaczął pouczać Brian - że w niektórych grupach terapeutycznych pacjentom nie wolno używać sformułowania "w porządku"? Ponieważ oczywiście nie jest w porządku. Przyznaj, martwi cię nieobecność bliźniaków.
- Nie, cieszę się, że ich nie ma.
- To bardzo nikczemne słowa w ustach matki - w głosie Briana pojawił się gniew.
Eva odwróciła się i spojrzała na niego.
- Skrewiliśmy to. Ich wychowanie - powiedziała. - Brianne daje sobie włazić na głowę, a Brian Junior wpada w panikę, jeśli ma cokolwiek powiedzieć do drugiego człowieka.
Brian usiadł na brzegu łóżka.
- To wrażliwe dzieci, z tym się zgodzę.
- Neurotyczne jest lepszym słowem. Swoje najmłodsze lata spędziły w kartonowym pudle.
- Tego nie wiedziałem. Co tam robiły?
- Po prostu siedziały i nic nie mówiły - odparła Eva. - Od czasu do czasu odwracały się i patrzyły na siebie. Kiedy próbowałam je stamtąd wyjąć, biły mnie i drapały. Wolały być razem w ich własnym pudełkowym świecie.
- To utalentowane dzieci.
- Ale czy są szczęśliwe, Brian? Nie wiem, za bardzo je kocham.
Brian podszedł do drzwi i stał tam przez chwilę, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Eva miała nadzieję, że nie będzie to żadne dramatyczne oświadczenie. Wyczerpały ją emocje tego dnia. Brian otworzył usta, lecz najwyraźniej zmienił zdanie, gdyż wyszedł i cicho zamknął za sobą drzwi.
Eva usiadła na łóżku, odsunęła kołdrę i doznała szoku, że wciąż ma na sobie swoje czarne szpilki. Spojrzała na szafkę nocną, na której stała bateria niemal identycznych słoiczków i tubek kremów nawilżających. "Potrzebuję tylko jednego" - pomyślała. Wybrała Chanel, a resztę po kolei rzucała do kosza na śmieci stojącego w rogu pokoju. Nieźle jej szło. Swojego czasu weszła do krajowej reprezentacji szkoły dla dziewcząt w Leicester w rzucie oszczepem.
Kiedy nauczyciel łaciny pogratulował jej zdobycia nowego rekordu szkoły, wymamrotał:
- Jesteś jak Atena, panno Brown-Bird. A przy okazji wyglądasz oszałamiająco.
Teraz musiała skorzystać z toalety. Była zadowolona, że namówiła Briana na przerobienie pakamery na niewielką łazienkę. Zrobili to jako ostatni mieszkańcy na tej ulicy pełnej edwardiańskich domów.
Dom Beaverów postawiono w 1908 roku. Tak napisano nad drzwiami wejściowymi. Cyfry otaczał kamienny fryz z wyrzeźbionym bluszczem i dzikim winem. Jest w okolicy kilku mieszkańców, którzy wybrali swoje domy z czysto romantycznych powodów. Eva była jednym z nich. Jej ojciec palił papierosy Woodbine, a biało-zielona paczka zdobiona motywem bluszczu kojarzyła się jej z dzieciństwem. Na szczęście dom zamieszkiwał współczesny Ebenezer Scrooge, który oparł się histerii modernizacji z lat sześćdziesiątych. Dom pozostał nietknięty, miał przestronne pokoje i wysokie sufity, gzymsy, kominki oraz solidne dębowe drzwi i podłogi.
Brian go nienawidził. Chciał mieć "maszynę do życia". Widział się w lśniącej białej kuchni, w której czeka, aż ekspres do kawy przyrządzi mu poranne espresso. Nie chciał mieszkać milę od centrum miasta. Wolał stalowo-szklany klocek w stylu Le Corbusiera, przez którego okna widać pola i ogrom nieba. Agentowi nieruchomości tłumaczył, że jest astronomem i że jego teleskopy są bezużyteczne w oświetlonym mieście. Agent spojrzał na Briana i Evę i nie mógł wyjść ze zdumienia, po co dwoje tak skrajnie różnych ludzi o tak odmiennych gustach postanowiło wziąć ślub.
Eva w końcu poinformowała Briana, że nie może mieszkać w minimalistycznej modułowej zabudowie z dala od miasta i że musi mieszkać w domu. Brian odbił piłeczkę, informując, że on z kolei nie może mieszkać w ruderze razem z pluskwami, wszami, szczurami oraz myszami, w której na pewno ktoś umarł. Gdy po raz pierwszy przyszli do tego edwardiańskiego domu, narzekał, że czuje "kilkusetletni kurz zatykający mu płuca".
Evę cieszyło, że dom stoi przy drodze. Przez duże i ładne okna mogła patrzeć na wysokie budynki w centrum, a za nimi na lasy i pola, jeszcze dalej zaś - na wzgórza.
Ostatecznie, w związku z dramatycznym brakiem modernistycznych budowli w wiejskiej części Leicestershire, kupili wolno stojącą edwardiańską willę przy Bowling Green Road 15 za czterdzieści sześć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć funtów. Wprowadzili się w kwietniu 1986 roku po trzech latach mieszkania u Yvonne, matki Briana. Eva nigdy nie żałowała przeciwstawienia się Brianowi i Yvonne w kwestii domu. Warto było przetrzymać trzy tygodnie dąsów, jakie nastąpiły.
Kiedy zapaliła światło w łazience, musiała stawić czoło miriadom swoich odbić. Szczupła blondynka w średnim wieku z krótko przyciętymi włosami, wystającymi kośćmi policzkowymi i stalowoszarymi oczami. Na jej prośbę - uznała, że dzięki temu pomieszczenie będzie wyglądało na większe - fachowcy zamontowali duże lustra na trzech ścianach. Niemal natychmiast chciała ich poprosić, żeby zdjęli większość z nich, ale nie miała odwagi. Więc za każdym razem, kiedy siadała na sedesie, widziała nieskończone zwielokrotnienie własnej osoby.
Zrzuciła z siebie ubranie i weszła pod prysznic, unikając patrzenia w lustra.
Jej matka powiedziała do niej ostatnio:
- Nic dziwnego, że sama z ciebie skóra i kości, skoro nigdy nie siadasz. Nawet obiad jesz na stojąco.
To prawda. Po obsłużeniu Briana, Briana Juniora i Brianne wracała do kuchni, gdzie dziobała mięso i warzywa z rondelków i brytfanek. Lęk związany z gotowaniem, podaniem obiadu o odpowiedniej godzinie i w odpowiedniej temperaturze, a także życie nadzieją, że rozmowa przy stole nie okaże się zbyt jadowita sprawiały, iż jej żołądek wytwarzał za dużo kwasu, przez co jedzenie miało mdły smak, o ile w ogóle go miało.
Na metalowej półeczce w rogu prysznica piętrzyły się szampony, odżywki i żele do kąpieli. Eva przez chwilę wybierała swoje ulubione, resztę zaś wyrzuciła do kosza przy umywalce. Następnie szybko się ubrała i włożyła szpilki. Dzięki nim miała jakieś trzy i pół cala więcej, a dziś musiała się czuć silna. Przechadzała się po pokoju i ćwiczyła, co powie Brianowi, gdyby ten postanowił wrócić i położyć się w ich łóżku.
Musiałaby działać szybko, zanim opuściłaby ją pewność siebie.
Powiedziałaby mu, jak nie docenia jej w towarzystwie, że przedstawiając ją swoim znajomym, mówi: "A to jest Klingonka2". Że na ostatnie urodziny podarował jej pakiet losów na loterię wart dwadzieścia pięć funtów.
Niemniej przypomniała sobie, jak zeszło z niego powietrze i że wyglądał na smutnego, kiedy go poprosiła, żeby spał gdzie indziej. Przez chwilę stała przy drzwiach sypialni, rozważając różne warianty, po czym wróciła do łóżka, chcąc uniknąć jakiejkolwiek potyczki.
Piętnaście po trzeciej w nocy obudził ją wrzask walczącego z kołdrą Briana. Po jego stronie łóżka zapaliła się lampka nocna. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do światła, zobaczyła Briana z jedną nogą na dywanie i trzymającego się za łydkę drugiej.
- Kurcz? - zapytała.
- Żaden kurcz! Twoje pieprzone szpilki! Kopnęłaś mnie i teraz mam dziurę w nodze!
- Trzeba było zostać w pokoju Briana Juniora, a nie wkradać się do mojego.
- Twojego? Kiedyś był nasz.
Brian niezbyt dobrze sobie radził z bólem czy krwią, a teraz, nad ranem, musiał sobie radzić z obiema rzeczami naraz. Zaczął jęczeć. Eva się zorientowała, że faktycznie miał dziurę w nodze.
- Sporo krwi... Musisz oczyścić ranę - powiedziała. - Przemyj ją wodą utlenioną i jodyną.
Ona nie mogła wyjść z łóżka. Zamiast tego sięgnęła na swoją szafkę nocną i wzięła flakonik Chanel No. 5. Skierowała rozpylacz na ranę Briana i nacisnęła. Brian zawył i w podskokach wybiegł po beżowym dywanie z sypialni.
Zrobiła słusznie, pomyślała, kiedy znów zasypiała. Każdy wie, że Chanel No. 5 to doskonały antyseptyk w nagłych sytuacjach.
Około wpół do szóstej Eva znów się obudziła.
Brian kuśtykał po sypialni i w regularnych odstępach czasu ryczał: "Boli! Boli!". Kiedy Eva usiadła, powiedział:
- Zadzwoniłem na medyczną infolinię. Zatrudniają tam stado baranów! Idiotów! Głupków! Kretynów! Półdebili! Ćwierćinteligentów! Matołów! Tłuczki do mięsa! Stawonogi! Afrykański szaman byłby lepiej poinformowany!
- Brian, proszę - powiedziała znużonym głosem Eva. - Nie męczy cię walka z całym światem?
- Nie, nie lubię świata.
Eva ogromnie współczuła swojemu mężowi, kiedy tak stał przy łóżku, nagi, z białą serwetką zawiązaną wokół nogi i z okruszkami pieczywa w brodzie. Odwróciła się od niego.
Teraz był intruzem w jej sypialni.
Brianne zastanawiała się, jak długo Poppy będzie płakać. Słyszała jej łkanie przez ścianę.
Spojrzała na budzik, który miała od czasów dzieciństwa. Barbie wskazywała czwórkę, a Ken jedynkę. Nie tego oczekiwała po pierwszej nocy na uniwersytecie.
"Przez tę okropną dziewczynę czuję się, jakbym znalazła się na stronach scenariusza EastEnders3" - pomyślała.
Mniej więcej o wpół do szóstej z niespokojnego snu wyrwało ją walenie do drzwi. Usłyszała skomlenie Poppy. Zamarła. Nie miała jak przed nią uciec, mieszkała na piątym piętrze akademika - poza tym okno dało się uchylić tylko na kilka cali.
- To ja, Poppy. Wpuść mnie.
- Nie! - krzyknęła Brianne. - Idź spać, Poppy!
- Brianne, pomóż mi! - błagała Poppy. - Zaatakował mnie jednooki mężczyzna!
Brianne otworzyła drzwi i Poppy wpadła do środka.
- Zostałam zaatakowana!
Brianne wyjrzała na korytarz. Był pusty. Drzwi do pokoju Poppy stały otworem, ze środka zaś dobiegały dźwięki Almost Lover Fine Frenzy, piosenki, której słuchała na okrągło. Wsunęła głowę do środka. Żadnych oznak walki. Narzuta na łóżku leżała nietknięta.
Kiedy wróciła do swojego pokoju, z zażenowaniem zobaczyła, że Poppy ma na sobie jej ulubioną mechatą koszulę nocną, leży pod kołdrą i szlocha w poduszkę. Brianne nie wiedziała, co zrobić, nastawiła więc wodę w czajniku.
- Mam zadzwonić na policję?
- Myślisz, że zostałam za mało pohańbiona? - krzyknęła Poppy. - Śpię dzisiaj w twoim łóżku. Z tobą.
Trzydzieści minut później Brianne uczepiła się krawędzi łóżka. Obiecała sobie pójść nazajutrz do biblioteki i wypożyczyć książkę o tym, jak wzmacniać charakter.
Brianne stała we wspólnej kuchni i napawała się poczuciem nieprzystosowania. Jak dotąd spotkała chłopca ubranego jak dziewczyna i kobietę ubraną jak mężczyzna. Rozmawiali o klubach i muzykach, o których w życiu nie słyszała.
Brianne wykazała chwilowe zainteresowanie, ale wkrótce przestała ich słuchać, niemniej kiwała głową i mówiła "spoko", kiedy uznała, że sytuacja tego wymaga. Była wysoką dziewczyną o szerokich ramionach, długich nogach i dużych stopach. Przez większość czasu jej twarz zasłaniała długa grzywka potarganych czarnych włosów, które odsuwała wyłącznie wtedy, kiedy naprawdę chciała coś zobaczyć.
Do kuchni weszła zagubiona dziewczyna w cętkowanej sukience do ziemi i brązowych uggach, trzymała pękatą reklamówkę z Holland & Barret, którą wepchnęła do lodówki. Miała ogoloną połowę głowy i wytatuowane na czaszce złamane serce. Druga połowa była źle ufarbowaną na zielono asymetryczną kurtyną.
- Niesamowite włosy - powiedziała Brianne. - Sama robiłaś?
- Brat mi pomógł - odparła. - Jest pedziem.
Zdania wypowiadane przez dziewczynę miały kadencję wznoszącą, tak jakby nieustannie kwestionowała wiarygodność własnych osądów.
- Jesteś z Australii?
- Boże! Nie! - krzyknęła dziewczyna.
- Jestem Brianne.
- Jestem Poppy. Brianne? Pierwsze słyszę.
- Mój ojciec ma na imię Brian - powiedziała bezbarwnie. - Trudno się chodzi w takiej sukience?
- Nie. Przymierz, jak masz ochotę. Powinna pasować.
Zdjęła sukienkę przez głowę i została w prześwitujących staniku i majtkach. Obie części garderoby wyglądały, jakby zostały zrobione ze szkarłatnej pajęczej nici. Dziewczyna nie miała żadnych zahamowań. Brianne miała ich od groma. Nienawidziła w sobie wszystkiego: twarzy, szyi, włosów, ramion, rąk, dłoni, paznokci, brzucha, piersi, sutków, talii, bioder, ud, kolan, łydek, kostek, stóp, paznokci u stóp oraz głosu.
- Przymierzę w pokoju - powiedziała.
- Masz niesamowite oczy - uznała Poppy.
- Naprawdę?
- Nosisz zielone szkła kontaktowe? - zapytała. Gapiła się w twarz Brianne i odsunęła jej grzywkę.
- Nie.
- Niesamowita zieleń.
- Naprawdę?
- Odjazd.
- Muszę trochę schudnąć.
- No racja. Jestem specjalistką od tracenia na wadze. Nauczę cię, jak się rzyga po każdym posiłku.
- Nie chcę zostać bulimiczką.
- Lily Allen pomogło.
- Nie znoszę wymiotować.
- Nie warto się trochę poświęcić dla szczupłości? Pamiętasz powiedzenie: "Nie możesz być zbyt bogatą i zbyt szczupłą"?
- Kto to powiedział?
- Chyba Winnie Mandela.
Poppy poszła za Brianne do jej pokoju, wciąż w bieliźnie. W korytarzu natknęły się na Briana Juniora, który właśnie zamykał drzwi do swojego pokoju. Wlepił oczy w Poppy, a ona zrobiła dokładnie to samo. Był najpiękniejszym chłopakiem, jakiego w życiu widziała. Podniosła ręce nad głowę i przyjęła sztuczną, wyzywającą pozę, mając nadzieję, że Brian Junior zacznie podziwiać jej piersi w rozmiarze C.
- Ohyda - wymruczał pod nosem, ale wystarczająco głośno, by go usłyszano.
- Ohyda? - spytała Poppy. - Byłoby niezmiernie wskazane, gdybyś łaskawie rozwinął temat. Muszę wiedzieć, które elementy mnie są szczególnie odpychające.
Brian Junior odsunął się niezdarnie.
Poppy przechodziła przed nim tam i z powrotem, zrobiła obrót, po czym stanęła i położyła dłoń na biodrze. Spojrzała na niego wyczekująco, ale nic nie powiedział. Zamiast tego otworzył drzwi do swojego pokoju i wszedł do środka.
- Dzieciak - stwierdziła Poppy. - Nieokrzesany, oszałamiająco przystojny dzieciak.
- Oboje mamy po siedemnaście lat - powiedziała Brianne. - Skończyliśmy liceum wcześniej.
- Też skończyłabym wcześniej, ale dotknęła mnie osobista tragedia... - Poppy zrobiła pauzę, chcąc, żeby Brianne spytała o rodzaj tragedii. Kiedy ta jednak milczała, dziewczyna zakończyła: - Nie mogę o tym mówić. Tak czy siak, mam czwórkę z egzaminów końcowych. Oxbridge1 chciał mnie u siebie. Poszłam na rozmowę, ale mówiąc szczerze, nie mogłabym żyć i studiować w tak staromodnym miejscu.
- Gdzie miałaś tę rozmowę, w Oksfordzie czy w Cambridge?
- Masz jakieś kłopoty ze słuchem? Przecież powiedziałam. Miałam rozmowę na Oxbridge!
- A gdzie proponowano ci, żebyś studiowała? Na Uniwersytecie Oxbridge? - upewniła się Brianne. - Przypomnij mi, gdzie leży Oxbridge?
- Pośrodku kraju - wymamrotała Poppy i wyszła.
Brian Junior i Brianne mieli rozmowy na Uniwersytecie Cambridge i obojgu zaproponowano tam miejsca. Sława wyprzedzała rodzeństwo Beaverów. W Trinity College dostali do rozwiązania pozornie nierozwiązywalne zadanie z matematyki. Brian Junior został poproszony o udanie się do osobnego pokoju z na-uczycielem. Kiedy rodzeństwo odłożyło długopisy po pięćdziesięciu pięciu minutach szaleńczego notowania na kartkach formatu A4, komisja czytała ich prace, jak gdyby to był rozdział jakiejś pikantnej powieści. Brianne metodycznie, by nie powiedzieć, że bez polotu, dotarła do rozwiązania. Brian Junior doszedł do niego bardziej tajemniczymi ścieżkami. Komisja nawet nie zapytała bliźniaków o ich hobby czy jakieś zainteresowania. Jej członkowie łatwo się domyślili, że poza wybraną dziedziną niczym innym się nie zajmują.
Po tym jak bliźniaki odrzuciły ich propozycję, Brianne czuła się w obowiązku wyjaśnić, że ona i jej brat chcą pójść tam, dokąd przenosiła się ich słynna profesor matematyki, Lena Nikitanowa: do Leeds.
- Ach, Leeds - powiedział ktoś z komisji. - Mają znakomity wydział matematyczny, światowy poziom. Staraliśmy się nakłonić cudowną Nikitanową, oferując jej nikczemnie wysokie uposażenie, ale odpisała nam, że woli uczyć dzieci robotników - podobnego wyrażenia nie słyszałem od czasów Breżniewa - i że obejmuje posadę wykładowcy na uniwersytecie w Leeds! Typowa dla niej donkiszoteria!
Wtedy zaś, w akademikach Sentinel Towers, Brianne powiedziała:
- Lepiej będzie, jeśli przymierzę sukienkę na osobności. Wstydzę się swojego ciała.
- Nic z tego - oznajmiła Poppy. - Idę z tobą. Pomogę ci.
Brianne poczuła się osaczona. Nie chciała wpuszczać Poppy do swojego pokoju. Nie chciała się z nią zaprzyjaźniać, niemniej wbrew swoim uczuciom otworzyła drzwi i pozwoliła Poppy wejść.
Walizka Brianne leżała otwarta na wąskim łóżku. Poppy natychmiast zaczęła wyjmować ubrania oraz buty i umieszczać je w szafie. Brianne usiadła bezradnie.
- Nie, Poppy. Sama mogę to zrobić.
Pomyślała, że kiedy Poppy już sobie pójdzie, poukłada wszystko po swojemu.
Dziewczyna otworzyła pudełko na biżuterię ozdobione perłowymi muszelkami i zaczęła przymierzać niektóre drobiazgi. Wyjęła srebrną bransoletkę z trzema amuletami: księżycem, słońcem i gwiazdą.
Bransoletkę kupiła jej Eva pod koniec sierpnia, żeby uczcić piątkę na egzaminie końcowym Brianne. Brian Junior zdążył już zgubić swoje spinki do mankietów, które matka dała mu z okazji zdobycia szóstki.
- Pożyczę sobie - oznajmiła.
- Nie! - krzyknęła Brianne. - Tę nie! Jest dla mnie bardzo cenna.
Zabrała ją Poppy i założyła na swój nadgarstek.
- Oezu, ale z ciebie materialistka. Wyluzuj.
Tymczasem Brian Junior łaził po swoim niewielkim pokoju. Drzwi i okno dzieliły od siebie trzy kroki. Zastanawiał się, dlaczego matka nie zadzwoniła, choć obiecała.
Rozpakował się już wcześniej i wszystko miał starannie poukładane. Jego ołówki i długopisy leżały kolorami od żółtego do czarnego. Brian przykładał bardzo dużą wagę do tego, żeby czerwony długopis zawsze znajdował się dokładnie pośrodku rządka.
Wcześniej tego dnia, kiedy rzeczy bliźniaków zostały już przytaszczone z samochodu, laptopy podładowane, a nowe czajniki, tostery i lampki z Ikei podłączone do prądu, Brian, Brianne i Brian Junior usiedli obok siebie na łóżku Brianne i nic nie mieli sobie do powiedzenia.
- No i tak - kilka razy powtórzył Brian.
Bliźniaki oczekiwały jakiejś przemowy, ale ojciec milczał.
W końcu odchrząknął i powiedział:
- No i tak. W końcu nadszedł ten dzień, co? Straszny dla mnie i dla mamy, ale dla was pewnie jeszcze bardziej: będziecie niezależni, poznacie nowych ludzi.
Podniósł się i spojrzał na nich.
- Dzieci, wysilcie się trochę i bądźcie mili dla innych. Brianne, przedstawiaj się, postaraj się uśmiechać. Nie okażą się tak bystrzy jak ty czy Brian Junior, ale bystrość to nie wszystko.
- Przyjechaliśmy tu pracować, tato - powiedział Brian Junior matowym głosem. - Gdybyśmy potrzebowali "znajomych", założylibyśmy konta na Facebooku.
Brianne wzięła brata za rękę.
- Taki znajomy może się okazać całkiem w porządku, Bri. No wiesz, taki ktoś, z kim mogłabym pogadać o... - zawahała się.
- Ciuchach, chłopakach i fryzurach? - podpowiedział ojciec.
Brianne pomyślała: "Że jak? Fryzury? Nie, chciałabym móc pogadać o cudach świata, tajemnicach Wszechświata".
- Możemy pozawierać jakieś znajomości, kiedy już obronimy doktoraty - powiedział Brian Junior.
Brian Senior się zaśmiał.
- Wrzuć na luz, BJ. Urżnij się, pociupciaj, oddaj choć raz pracę zaliczeniową po terminie. Jesteś studentem, ukradnij pachołek drogowy!
Brianne spojrzała na brata. Łatwiej potrafiła go sobie wyobrazić w jakimś głupim programie Po prostu tańcz, wciśniętego w limonkowozieloną lycrę i tańczącego rumbę niż rozwrzeszczanego i pijanego z pachołkiem na głowie.
Zanim Brian poszedł, wykonali kilka nieudolnych uścisków i niezdarnie poklepali się po plecach. Zamiast ust i policzków zostały ucałowane nosy. Nastąpiono sobie na palce przy próbach wyjścia z pokoiku i dopadnięcia windy. Kiedy już do niej dotarli, czekali niewyobrażalnie długo, aż pokona tych sześć pięter w górę. Słyszeli rzężenie i zgrzytanie, gdy do nich jechała.
W końcu drzwi się rozsunęły i Brian niemal wbiegł do środka. Pomachał bliźniakom na do widzenia, a oni mu odmachali. Po kilku sekundach nacisnął przycisk "parter", drzwi się zamknęły, a bliźniaki przybiły piątkę.
Nieoczekiwanie winda wróciła i otworzyła się znowu.
Bliźniaki poczuły przerażenie, gdy ujrzały płaczącego ojca. Już miały wejść do kabiny, kiedy drzwi ponownie się zasunęły i winda, szarpiąc i zgrzytając, pojechała w dół.
- Dlaczego tato płacze? - zapytał Brian Junior.
- Pewnie dlatego, że mu smutno, bo opuściliśmy dom - odpowiedziała.
Brian Junior był zdumiony.
- I to jest normalna reakcja?
- Chyba tak.
- Mama nie płakała, kiedy się żegnaliśmy.
- Mama uważa, że łzy są zarezerwowane wyłącznie do spraw o randze tragedii.
Jeszcze przez chwilę stali przy windzie, żeby sprawdzić, czy aby znów nie wróci z ojcem. Ponieważ tak się nie stało, poszli do swoich pokoi i próbowali - bezskutecznie - skontaktować się z matką.
Brianne spojrzała na zegarek. Dochodziła jedenasta trzydzieści pięć. W efekcie chronicznej potrzeby Poppy bycia w centrum uwagi nie spała od wpół do szóstej rano.
Poppy od ponad godziny trzymała przy uchu telefon komórkowy Brianne, rozmawiając z kimś o imieniu Marcus.
"Nosi moją bransoletkę z amuletami i korzysta z mojego telefonu, a ja nie miałam wystarczającej odwagi, żeby poprosić - nie, zażądać - ich zwrotu" - pomyślała.
- Więc nie pożyczysz mi nędznych stu funciaków? - mówiła Poppy. - Ależ z ciebie skąpy patafian. - Potrząsnęła telefonem i rzuciła go na wąskie łóżko. - Skończyły się zasrane impulsy - stwierdziła ze złością i spojrzała na Brianne, jakby to była jej wina.
- Miałam zadzwonić do mamy - powiedziała Brianne.
- Masz szczęście, że masz matkę. Ja nie mam nikogo. - Przeszła na "zabawny" akcent cockney5. - Och, biedna Poppy, jest na świecie samiuteńka jak palec. Nikt jej nie kocha.
Brianne zmusiła się do uśmiechu.
Poppy, już własnym głosem, powiedziała:
- Jestem dobrą aktorką. Rzucałam monetą, czy iść tutaj, czy na Królewską Akademię Sztuki Dramatycznej. Szczerze mówiąc, nie podobają mi się tutejsi studenci. Są tak do bólu prowincjonalni. Boję się zaczynać tę moją amerykanistykę; przecież nawet tam nie pojadę. Rozważam zmianę kierunku na ten co ty. Co to było?
- Astrofizyka.
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi. Brianne otworzyła. W progu stał Brian Junior. Żeby opisać poranny wygląd chłopaka, trzeba użyć słowa "zmysłowy". Miał ociężałe powieki, a jego włosy były potargane w uwodzicielskim nieładzie.
- Cześć, Bri! - krzyknęła Poppy. - Coś tam wyprawiał przez cały czas w swoim pokoju, sprośny chłopczyku?
Brian Junior się zaczerwienił.
- Przyjdę później... kiedy...
- Nie - powiedziała Brianne. - Mów teraz.
- To nic takiego, ale dzwonił tato i powiedział, że po naszym wyjeździe mama położyła się do łóżka w ubraniu, nawet w butach, i wciąż w nim leży.
- Często leżę w butach na łóżku - wtrąciła Poppy. - Jeszcze się taki facet nie urodził, żeby go nie kręciła babka w szpilkach.
Przepchnęła się między bliźniakami, wyszła na korytarz i zapukała do sąsiednich drzwi, za którymi mieszkał Ho Lin, Chińczyk studiujący medycynę. Otworzył w piżamie w biało-niebieskie paski.
- Nagły przypadek, kochany! Mogę skorzystać z twojego telefonu? - Wepchnęła się i zamknęła drzwi.
Brianne i Brian Junior spojrzeli po sobie. Żadne z nich nie miało ochoty powiedzieć na głos, jakim potworem okazała się Poppy, ani przyznać otwarcie, że to ona - własnymi rękami - zmieniła ich pierwszy łyk wolności w coś ohydnego. Dała im do zrozumienia, że jeśli nie mówisz czegoś głośno, wtedy to po prostu nie istnieje. Ich matka była małomówna i przelała na nich swoją małomówność.
- Właśnie takie rzeczy zdarzają się kobietom, kiedy dobijają pięćdziesiątki. To się nazywa men-o-pauza - powiedziała Brianne.
- I co się z nimi dzieje?
- Och, głupieją, okradają sklepy, dźgają mężów, kładą się w łóżku na trzy dni... różne tam takie.
- Biedna mama. Zadzwonimy do niej po imprezie integracyjnej.
Kiedy dotarli do samorządu studenckiego, natychmiast poszli do klubu matematycznego. Przedarli się przez tłum pijanych studentów i w końcu stanęli przed stołem pokrytym dużymi kserowanymi i zalaminowanymi równaniami.
Jakiś chłopiec noszący ciasną, robioną na drutach czapkę aż się zachłysnął.
- Jezu Chryste, bliźniaki Beaver! Szacun! Jesteście niesamowici! Nie, nie, jesteście legendą. Złoty medal dla każdego z was na międzynarodowej olimpiadzie matematycznej. - Spojrzał na Briana Juniora i dodał: - I nagroda specjalna. Megaszacun. "Rozwiązanie o wybitnej elegancji". Możesz je dla mnie omówić? To byłby dla mnie zaszczyt.
- Hm, no tak, jeśli masz wolne dwie godziny.
- Słuchaj, zawsze i wszędzie - powiedział chłopiec w czapce. - Prywatne zajęcia u Beavera Juniora wyglądałyby luksusowo w moim CV. Skoczę po długopis, co?
Wokół Briana Juniora i Brianne zaczęli gromadzić się gapie. Rozeszła się wieść, że przyszły bliźniaki Beaver. Kiedy Brian Junior mówił z pamięci wzór, który zupełnie znikąd wpadł mu do głowy - egzaminujący go wtedy profesorowie nigdy by nie wpadli na myśl, że taka może być odpowiedź - usłyszał, jak Brianne mówi: "O cholera!".
Zza ich pleców wyrosła Poppy.
- Znalazłam was! - wrzasnęła. A potem pogroziła im palcem. - Musi wejść wam w krew, że mówicie mi, dokąd idziecie. Koniec końców jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi.
Miała na sobie starą suknię wieczorową z tafty, a pod spodem golf. Odwróciła się do młodego w czapce.
- Mogę się przyłączyć? Proszę! Choć jestem misiem o małym rozumku, mogę waszej poważnej grupce nadać piekielnie potrzebnego sznytu. I nie będę wam przeszkadzała w rachunkach. Będę sobie cichutko siedziała z tyłu z moją śliczną buzią na kłódkę, aż się we wszystkim połapię.
Brian Junior na chwilę zszedł na drugi plan, a student podał Poppy formularz z płomiennym uśmiechem.
- Nie sypiam już ze Steve'em - powiedziała Julie. - Siedzi w rupieciarni z PlayStation i składanką największych przebojów Guns N' Roses.
- Nie brakuje ci go? Fizycznie? - spytała Eva.
- Och nie, my nadal uprawiamy seks! Na dole, kiedy już położymy dzieci do łóżek. Kiedyś musieliśmy się wpasować w przerwy reklamowe, wiesz, jak lubię swoje seriale, ale teraz mamy nagrywarkę. Z konieczności kupiliśmy ją po tym, jak przegapiłam kawałek, w którym Phil Mitchell4 po raz pierwszy wziął heroinę. A ty? Ciągle w łóżku?
- Podoba mi się tu. - Eva lubiła Julię, ale teraz chciała, żeby już sobie poszła.
- Włosy mi wypadają - stwierdziła Julie.
- Ale to nie rak?
Julie wybuchnęła śmiechem.
- Stres w pracy. Jest u nas nowy kierownik, kobieta o nazwisku Damson. Bóg wie, skąd ją przywiało. To jedna z tych szefowych, które oczekują przepracowania bitych ośmiu godzin. Kiedy Bernard był kierownikiem, prawie się nie pracowało. Przychodziliśmy na ósmą, nastawiałam czajnik, a potem z dziewczynami siadałyśmy na zapleczu i śmiałyśmy się do rozpuku, a klienci musieli się dobijać do drzwi, żeby ich wpuścić. Czasami dla zabawy udawałyśmy, że ich nie słyszymy i otwierałyśmy dopiero koło wpół do dziesiątej. Tak, dla Bernarda pracowało się świetnie. Szkoda, że odszedł. To nie nasza wina, że nasz oddział nie przynosił zysków. Wszystko przez klientów, po prostu przestali przychodzić.
Eva zamknęła oczy i udawała, że śpi, ale Julie mówiła dalej:
- Tej Damson wystarczyły trzy dni, żebym dostała wysypki. - Podwinęła rękaw sweterka powyżej łokcia i podsunęła Evie ramię pod nos. - Patrz, ile tego jest.
- Nic nie widzę.
Julie opuściła ramię.
- Bo teraz już zeszło. - Wstała i obeszła sypialnię. Podniosła buteleczkę kremu Olay Regenerist, który obiecywał odmłodzić cerę, zaśmiała się krótko i odłożyła ją na miejsce.
- Przeżywasz załamanie nerwowe - powiedziała.
- Naprawdę?
- To pierwszy objaw. Kiedy odwaliło mi po urodzeniu Scotta, leżałam w łóżku przez pięć dni. Steve musiał lecieć z powrotem na swoją platformę. Martwiłam się o to, że helikopter się rozbije, one zawsze się rozbijają, Eva. Nie jadłam, nie piłam, nie myłam twarzy. Po prostu płakałam i płakałam. Tak bardzo chciałam mieć dziewczynkę. Urodziłam już przecież czterech chłopców.
- Ale miałaś powód, żeby się czuć przybita.
- Byłam taka pewna - kontynuowała Julie, ignorując słowa Evy. - Kupowałam tylko różowe ciuszki. Kiedy go wyjmowałam z łóżeczka, ludzie patrzyli i mówili: "Jest przepiękna, jak ma na imię?". Mówiłam, że Amelia, bo tak nazwałabym swoją córeczkę. Myślisz, że z tego powodu Scott jest gejem?
- On ma dopiero pięć lat - powiedziała Eva. - Jest za wcześnie, żeby był kimkolwiek.
- Kiedyś kupiłam mu mały zestaw chińskiej porcelany do parzenia herbaty. Imbryk, dzbanek na mleko, cukiernicę, dwie filiżanki z podstawkami, maleńkie łyżeczki, prześliczne, wszystko w różowe różyczki. Bawił się tym cały dzień. No ale Steve wrócił i wywalił. - Zaśmiała się. - A potem płakał i płakał.
- Scott?
- Nie, Steve! Ogarnij się.
- A co zrobił Scott?
- To samo, co zwykle, kiedy w domu zbierają się burzowe chmury. Wlazł do szafy i dotykał moich ubrań.
- To nie jest trochę...?
- Trochę co? - spytała Julie.
- Trochę dziwne?
- Tak myślisz?
Eva przytaknęła.
Julie usadziła swój szeroki tyłek na łóżku Evy.
- Mówiąc szczerze, jakoś straciłam kontakt ze swoimi chłopcami. Nie są źli, ale nie mam pojęcia, co z nimi robić. Są tacy hałaśliwi i niemili dla siebie. Ten hałas, jaki z siebie wydają, kiedy biegają po schodach, ten sposób, w jaki jedzą i w jaki kłócą się o pilota, te ohydne chłopięce ubrania, stan ich paznokci. Kiedy Steve znowu wróci na ląd, myślimy znów postarać się o dziewczynkę. Co myślisz?
- Nie, zabraniam ci!
Obie zdziwiła gwałtowność w głosie Evy.
Eva spojrzała za okno i zobaczyła chłopca wspinającego się po jaworze. Wskazując brodą w tym kierunku, spytała:
- Czy to nie jeden z twoich wspina się na nasze drzewo?
Julie zerwała się i otworzyła okno.
- Scott! - wrzasnęła. - Złaź stamtąd, skórkojadzie, albo sama skręcę ci kark!
- Jest chłopcem, Julie - powiedziała Eva. - Odpuść sobie ten zestaw do parzenia herbaty.
- Ta... Chyba postaram się o dziewczynkę.
Kiedy Julie schodziła po schodach, pomyślała: "Szkoda, że to nie ja leżę w łóżku".
Kiedy wyjechali, Eva zasunęła rygiel w drzwiach i odłączyła telefon. Lubiła mieć dom tylko dla siebie. Sprzątała pokój po pokoju, porządkując i zbierając kubki oraz talerze, które jej mąż i dzieci porzucili w różnych miejscach. Ktoś zostawił łyżkę na oparciu jej specjalnego fotela - tego, który własnoręcznie obiła na zajęciach wieczorowych. Natychmiast weszła do kuchni i sprawdziła stan pudełka ze środkami czyszczącymi.
- Co usunie plamę po zupie Heinza z tego wyszywanego, wzorzystego adamaszku? - zrzędziła do siebie, poszukując najodpowiedniejszego preparatu. - To twoja wina. Mogłaś trzymać fotel w swojej sypialni. Zostawienie go w salonie to była czysta próżność. Chciałaś, żeby goście zauważyli fotel i mówili, jaki jest piękny, żebyś mogła wyjaśnić, że dwa lata zajęło ci dokończenie haftów i że zainspirował cię obraz Claude'a Moneta Staw nenufarów i wierzba płacząca.
Wyszywanie samych drzew zajęło rok.
Na kuchennej podłodze stało bajorko pomidorowej, które dostrzegła dopiero wtedy, kiedy w nie wlazła i zostawiła za sobą pomarańczowe ślady. Nieprzywierający rondelek z połową puszki zupy wciąż bulgotał na kuchence.
"Zbyt leniwi, żeby zdjąć garnek z palnika" - pomyślała. Potem uświadomiła sobie, że bliźniaki to teraz problem uniwersytetu w Leeds.
Zobaczyła swoje odbicie w przydymionym szkle piekarnika. Natychmiast się odwróciła. Gdyby się przyjrzała, ujrzałaby kobietę koło pięćdziesiątki z pełną uroku, ładną twarzą o jasnym, badawczym spojrzeniu i ustach, których nie powstydziłaby się Clara Bow. Nikt - nawet Brian, jej mąż - nie widział jej bez szminki. Eva uważała, że czerwień ust doskonale współgra z czernią noszonych przez nią ubrań. Od czasu do czasu pozwalała sobie na jakieś szarości.
Kiedy pewnego razu Brian wrócił z pracy, zastał Evę w ogrodzie. Miała na sobie czarne kalosze i właśnie wyrwała kilka rzep.
- Na litość boską, Eva! - powiedział. - Wyglądasz jak powojenna Polska.
Jej uroda mieściła się w kanonach współczesnej mody. "Dobry rocznik", jak to ujęła dziewczyna za ladą sklepu Chanel, w którym kupiła szminkę (zawsze pamiętała, żeby wyrzucić paragon - jej mąż nie pojąłby takiego skandalicznego wydatku).
Złapała rondelek z zupą, przeszła z kuchni do salonu i wylała całą zawartość naczynia na swój cenny fotel. Potem udała się do sypialni na piętrze i nie zdejmując ubrania ani butów, położyła się na łóżku i została tam na rok.
Nie wiedziała, że minie akurat tyle czasu. Kładła się z myślą, że wstanie za jakieś pół godziny, jednak komfort łóżka okazał się nieodparty, a biała pościel świeża i pachnąca śniegiem. Odwróciła się na bok w kierunku otwartego okna i patrzyła na spadające błyszczące liście jaworu.
Zawsze kochała wrzesień.
Obudziła się, kiedy zapadał zmierzch, i usłyszała krzyczącego na dworze męża. Zadzwoniła jej komórka. Na wyświetlaczu zobaczyła, że to jej córka, Brianne. Zignorowała połączenie. Naciągnęła kołdrę na głowę i zaśpiewała I Walk the Line Johnny'ego Casha.
Gdy następnym razem wysunęła głowę spod kołdry, dobiegł ją wzburzony głos jej sąsiadki Julii:
- To nie w porządku, Brian.
Stali w ogródku przed domem.
- Miałem na myśli - powiedział jej mąż - że byłem w Leeds, właśnie wróciłem i muszę wziąć prysznic.
- Oczywiście, że musisz.
Eva zastanowiła się nad tą wymianą zdań. Dlaczego podróż do Leeds i z powrotem wymaga wzięcia prysznica? Czyżby powietrze na północy było takie zanieczyszczone? A może się spocił w bmw? Przeklinał ciężarówki? Wrzeszczał na tych, którzy nie zachowują bezpiecznej odległości? Gniewnie komentował występki pogody?
Włączyła nocną lampkę.
To spowodowało kolejny wybuch krzyku i żądań.
- Przestań się opieprzać i odrygluj drzwi!
Wtedy uświadomiła sobie, że choć chce wstać i zejść, żeby mu otworzyć, nie potrafi podnieść się z łóżka. Miała wrażenie, jakby zanurzyła się w zbiorniku z ciepłym szybko wiążącym betonem i że nie ma sił się poruszyć. Czuła cudowną ociężałość rozlewającą się po całym ciele i pomyślała: "Musiałabym oszaleć, żeby stąd wychodzić".
Dobiegł ją dźwięk tłuczonego szkła, a niedługo potem kroki Briana na schodach.
Wykrzykiwał jej imię.
Nie odpowiadała.
Otworzył drzwi sypialni.
- Tutaj jesteś - oświadczył.
- Tak, jestem tutaj.
- Źle się czujesz?
- Nie.
- Dlaczego leżysz na łóżku ubrana i w butach? Co ty wyprawiasz?
- Nie wiem.
- To syndrom pustego gniazda. Słyszałem o tym w audycji Woman's Hour. - Kiedy nie odpowiedziała, zapytał: - No dobra, wstajesz?
- Nie, nie wstaję.
- A co z kolacją?
- Dziękuję, nie jestem głodna.
- Pytałem, co z moją kolacją? Jest coś?
- Nie wiem - odparła. - Zajrzyj do lodówki.
Zszedł na dół. Usłyszała jego kroki na laminowanych panelach, które nieudolnie położył rok wcześniej. Po skrzypieniu poszczególnych paneli rozpoznała, że wszedł do salonu. Wkrótce znów właził po schodach.
- Co, do cholery, stało się z twoim fotelem? - zapytał.
- Ktoś zostawił na oparciu łyżkę.
- Cały fotel jest w cholernej zupie!
- Wiem, sama to zrobiłam.
- Co? Rozlałaś zupę?
Eva przytaknęła.
- Przechodzisz załamanie nerwowe. Dzwonię do twojej mamy.
- Nie!
Wzdrygnął się od zaciekłości w jej głosie.
Z paniki w jego oczach wyczytała, że po dwudziestu pięciu latach małżeństwa znany mu domowy świat legł w gruzach. Zszedł na dół. Dotarły do niej przekleństwa, jakie wycedził na temat odłączonego telefonu, a po chwili dźwięki wybierania numeru. Kiedy podniosła słuchawkę w sypialni, jej matka mozolnie recytowała swój numer po drugiej stronie linii.
- Zero, jeden, jeden, sześć, dwa, cztery, cztery, cztery, trzy, trzy, trzy, przy telefonie pani Ruby Brown-Bird.
- Ruby, tu Brian - powiedział. - Musisz natychmiast przyjechać.
- Nie da rady, Brian. Jestem w połowie robienia trwałej. Co jest?
- Chodzi o Evę - wyszeptał. - Chyba jest chora.
- No to zadzwoń po karetkę - odparła zirytowana.
- Fizycznie nic jej nie jest.
- No to wszystko w porządku.
- Przyjadę po ciebie, żebyś mogła sama zobaczyć.
- Brian, nie mogę. Urządzam właśnie przyjęcie ondulacyjne i swój roztwór mogę spłukać dopiero za pół godziny. W przeciwnym razie będę wyglądała jak Harpo Marx. Pogadaj z Michelle.
Po kilku przytłumionych dźwiękach w słuchawce zabrzmiał głos młodej kobiety:
- Halo? Masz na imię Brian, tak? Jestem Michelle. Czy mogę z tobą omówić konsekwencje tego, co by się stało, gdyby pani Bird przerwała ondulację na tym etapie? Owszem, jestem ubezpieczona, jednak stawianie się w sądzie byłoby dla mnie wyjątkowo niekorzystne. Mam umówione terminy do końca roku.
Słuchawka wróciła do Ruby.
- Brian, jesteś tam jeszcze?
- Ruby, ona leży w łóżku w ubraniu i butach.
- Ostrzegałam cię, Brian. Staliśmy w kruchcie, pamiętasz, odwróciłam się i powiedziałam: "Nasza Eva jest zagadkowa. Niewiele mówi i nigdy nie będziesz wiedział, o czym myśli...". - Nastąpiła długa przerwa, po czym Ruby dodała: - Zadzwoń do własnej matki.
Połączenie zostało przerwane.
Eva była zdziwiona informacją, że jej matka próbowała w ostatniej chwili sabotować ślub. Podniosła torebkę leżącą po drugiej stronie łóżka i zaczęła w niej szperać w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Zawsze coś ze sobą nosiła. Taki nawyk od czasów, gdy bliźniaki były małe i wiecznie głodne i rozdziawiały paszcze jak pisklęta. Znalazła pogniecioną paczkę chipsów, sprasowany baton Bounty i pół opakowania miętusów.
Usłyszała, że Brian znów wybiera numer.
Zawsze zżerała go trema, gdy dzwonił do swojej mamy. Język nie układał się we właściwe słowa. Matka potrafiła wpędzać go w poczucie winy niezależnie od tematu rozmowy.
- Tak? - odpowiedziała cierpko po pierwszym sygnale.
- To ty, mamusiu? - zapytał.
Eva znów podniosła słuchawkę i ostrożnie zakryła ją dłonią.
- A niby kto? Nikt inny tutaj nie dzwoni. Jestem sama jak palec przez siedem dni w tygodniu.
- Ale... yyy... ty... yyy... nie lubisz gości.
- Nie, nie lubię gości, ale miło byłoby móc kogoś odprawić. Nieważne. O co chodzi? Jestem w połowie Emmerdale.
- Przepraszam, mamusiu. Chcesz do mnie oddzwonić w przerwie na reklamy?
- Nie - odrzekła. - Miejmy to już za sobą, cokolwiek to jest.
- Chodzi o Evę.
- Ha! Dlaczego mnie to nie dziwi? Zostawiła cię? Jak tylko zobaczyłam tę dziewczynę, wiedziałam, że złamie ci serce.
Brian zastanowił się, czy kiedykolwiek miał złamane serce. Nigdy nie potrafił rozpoznawać emocji. Gdy przyniósł dyplom ukończonych z wyróżnieniem studiów, jej ówczesny facet powiedział:
- Musisz być bardzo szczęśliwy, Brian.
Brian pokiwał głową i zmusił się do uśmiechu, ale prawda była taka, że nie czuł się wcale szczęśliwszy niż dzień wcześniej, kiedy nic specjalnego się nie stało.
Matka wzięła zdobiony dyplom do ręki, przestudiowała go i stwierdziła:
- Nieźle się naszarpiesz, żeby znaleźć robotę w astronomii. Są tabuny bardziej wykształconych ludzi i z lepszymi kwalifikacjami niż ty, którzy nie mają pracy.
Teraz jednak Brian powiedział grobowym głosem:
- Eva położyła się do łóżka w ubraniu i butach.
- Nie powiem, żebym była zdziwiona, Brian - odparła. - Zawsze zwracała na siebie uwagę. Pamiętasz, jak w osiemdziesiątym szóstym pojechaliśmy na Wielkanoc wozem kempingowym? Wzięła walizkę pełną tych idiotycznych bitnikowskich fatałaszków. Nie nosi się takich rzeczy w Wells-next-the-Sea. Wszyscy się na nią gapili.
Eva wrzasnęła z góry:
- Nie musiałaś wrzucać moich pięknych czarnych ubrań do morza!
Brian nigdy wcześniej nie słyszał, żeby jego żona krzyczała.
- Co to za wrzaski? - spytała Yvonne Beaver.
- W telewizorze - skłamał Brian. - Ktoś właśnie wygrał fortunę w Eggheads.
- Bardzo szykownie wyglądała w tej sukience, którą jej kupiłam.
Eva przypomniała sobie, jak wyjmowała z reklamówki te ohydne rzeczy. Cuchnęły, jakby przez lata ktoś trzymał je w zatęchłym magazynie na Dalekim Wschodzie, kolory zaś dźgały w oczy fioletami, różowościami i żółciami. Znalazła też tam parę sandałów, które uznała za męskie, oraz beżowy pensjonarski skafanderek. Kiedy to przymierzyła, wyglądała na dwadzieścia lat więcej.
- Nie wiem, co mam zrobić, mamusiu.
- Pewnie jest pijana - powiedziała. - Daj jej to odespać.
Eva rzuciła telefonem przez pokój i ryknęła:
- W Wells-next-the-Sea kupiła mi męskie sandały! Widziałam noszących je facetów, w dodatku razem z białymi skarpetkami! Powinieneś mnie przed nią chronić, Brian! Powinieneś powiedzieć: "Moja żona nawet po śmierci nie włoży takich idiotycznych sandałów!".
Krzyczała tak głośno, że rozbolało ją gardło. Wrzasnęła na Briana, żeby przyniósł jej szklankę wody.
- Zaczekaj, mamusiu - powiedział do telefonu. - Eva prosi o szklankę wody.
- Ani mi się waż nosić jej wodę - wysyczała do słuchawki. - Narobisz sobie tylko kłopotów, jeśli to zrobisz. Powiedz jej, żeby sama sobie wzięła.
Brian nie wiedział, co zrobić. Kiedy stanął w pół kroku w przedpokoju, jego matka dodała:
- I bez tego mam dość problemów. Już nie daję rady z moim kolanem. Prawie zadzwoniłam do mojego lekarza, żeby odciął mi nogę.
Ze słuchawką przy uchu poszedł do kuchni i odkręcił kurek z zimną wodą.
- Czy ja słyszę cieknącą wodę? - zapytała jego matka.
- Napełniam wazon, żeby wstawić kwiaty - skłamał ponownie.
- Kwiaty! Ty szczęściarzu! Możesz sobie pozwolić na kwiaty.
- Są z naszego ogrodu, mamusiu. Eva je wyhodowała.
- Ty szczęściarzu, masz ogród.
Telefon zamilkł. Jego matka nigdy się nie żegnała.
Wszedł na górę ze szklanką zimnej wody. Kiedy podał ją Evie, ta upiła łyczek, po czym postawiła naczynie na pełnej drobiazgów szafce nocnej. Brian przysiadł na krawędzi łóżka. Nie miał nikogo, kto by mu powiedział, co robić.
Evie niemal było go żal, ale nie na tyle, żeby wstać z łóżka. Zamiast tego powiedziała:
- Może zejdziesz na dół i obejrzysz swoje programy?
Brian był wielbicielem kilku z nich. Kirstie i Phila uznawał za swoich bohaterów. Bez wiedzy Evy napisał do Kirstie o tym, że zawsze wygląda ładnie, i zapytał, czy Phil jest jej mężem, czy też ich relacja ma podłoże czysto zawodowe. Trzy miesiące później otrzymał odpowiedź: "Dziękuję za zainteresowanie" oraz podpis "Serdecznie, Kirstie". Do listu dołączona była jej fotografia. Miała na sobie czerwoną sukienkę z alarmująco głębokim dekoltem. Brian trzymał to zdjęcie w starej Biblii. Wiedział, że tam będzie bezpieczne. Nikt jej nigdy nie otwierał.
Później tego dnia pełny pęcherz zmusił Evę do wstania. Przebrała się w jedną z dwóch piżam, które trzymała na okoliczność nagłej konieczności udania się do szpitala. Rada pochodziła od matki. Jej matka wierzyła, że jeśli szlafrok, piżama i kosmetyczka są dobrej jakości, pielęgniarki i lekarze traktują pacjenta lepiej niż obdartusów, którzy pojawili się w szpitalu z reklamówką z Tesco pełną tandetnych ciuchów.
Eva wróciła do łóżka i zastanawiała się, jak jej dzieci spędzają pierwszą noc na uniwersytecie. Wyobrażała sobie, że siedzą razem w pokoju, łkają i tęsknią za domem, dokładnie jak wtedy, kiedy pierwszy raz poszły do przedszkola.
Drugiego dnia Eva obudziła się, zrzuciła kołdrę i usiadła na brzegu łóżka.
Potem przypomniała sobie, że nie musi wstawać i pichcić śniadania, wrzeszczeć na nikogo, żeby wstał, opróżniać zmywarki czy nastawiać prania, prasować stosu ubrań, taszczyć odkurzacza z góry na dół, robić porządku w szafkach kuchennych ani szufladach, czyścić kuchenki ani ścierać kurzu z różnych powierzchni, także z buteleczek z sosami, polerować drewnianych mebli, myć szyb ani podłóg, ścielić łóżek ani poprawiać poduszek, szorować obesranych sedesów ani zbierać porozrzucanych ubrań i wkładać ich do kosza na brudną bieliznę, wymieniać przepalonych żarówek ani zużytych rolek papieru toaletowego, podnosić różnych rzeczy na dole, które powinny być na piętrze, i tam je zanosić ani podnosić rzeczy na piętrze, które powinny być na dole, odbierać rzeczy z pralni, pielić grządek, odwiedzać sklepów ogrodniczych, żeby kupić cebulki i sadzonki, polerować butów ani nosić ich do szewca, zwracać książek do biblioteki, sortować śmieci, opłacać faktur, odwiedzać matki ani martwić się nieodwiedzeniem teściowej, karmić rybek ani czyścić im filtra, odbierać telefonu w imieniu dwojga nastolatków ani notować dla nich wiadomości, golić nóg ani regulować brwi, robić manikiuru, zmieniać pościeli i poszewek trzech łóżek (jeśli wypadała sobota), ręcznie prać wełnianych swetrów ani suszyć ich na płasko na ręcznikach, płacić rachunków, kupować jedzenia, którego nie jada, pchać wózka do auta, upychać zakupów w bagażniku, jechać do domu, rozmieszczać wszystkiego w lodówce i szafkach oraz, stojąc na palcach, stawiać konserw i produktów sypkich w miejscach poza jej zasięgiem, za to doskonale dostępnych dla Briana.
Nie będzie siekać warzyw ani rumienić mięsa do zapiekanki. Nie będzie już piec chleba ani ciastek, bo Brian wolał te domowej roboty niż ze sklepu. Nie będzie kosić trawy, pielić, sadzić, zamiatać ścieżek ani grabić liści w ogrodzie. Nie będzie impregnować nowego płotu kreozotem. Nie będzie rąbać drewna do kominka, przed którym siadywał Brian po powrocie z pracy w zimowe miesiące. Nie będzie układać włosów, kąpać się ani pospiesznie się malować.
Dziś nie zrobi żadnej z tych rzeczy.
Nie będzie sobie zawracać głowy, że jej ubrania do siebie nie pasują, ponieważ nie wie, kiedy znów się ubierze. W dającej się przewidzieć przyszłości będzie nosić tylko piżamę i szlafrok. Zda się na innych w kwestii karmienia, mycia i kupowania jedzenia. Nie wiedziała, kogo ma na myśli, ale wierzyła, że większość ludzi aż się pali do ukazywania ukrytego w nich dobra.
Wiedziała, że nie będzie się nudzić - ma wiele do przemyślenia.
Pobiegła do łazienki, przemyła twarz i pachy, ale źle się czuła poza łóżkiem. Pomyślała, że jej stopy na podłodze mogą dać się zwieść poczuciu obowiązku i zaprowadzić ją na dół. Być może poprosi kiedyś swoją matkę o wiadro. Przypomniała sobie porcelanowy nocnik pod przeciwodleżynowym łóżkiem babci - z dzieciństwa pamięta, że do obowiązków Ruby należało opróżnianie jego zawartości każdego ranka.
Eva położyła się z powrotem w poduszkach i wkrótce zasnęła, lecz zbudził ją głos Briana.
- Co zrobiłaś z moimi czystymi koszulami?
- Oddałam je przechodzącej praczce - odparła. - Ma je zabrać nad potok i tam ubijać kijanką do prania o kamienie. Powinna wrócić w piątek.
Brian nie słuchał.
- W piątek! - krzyknął. - To źle! Jest potrzebna teraz!
Eva położyła się na boku i spojrzała w okno. Kilka złotych liści spiralnym lotem spadło z jaworu.
- Nie musisz nosić koszuli - powiedziała. - Nie masz takiego obowiązku w miejscu pracy. Profesor Brady ubiera się tak, jakby grał w Rolling Stonesach.
- To cholernie żenujące - stwierdził Brian. - W zeszłym tygodniu mieliśmy delegację z NASA. Każdy z nich, co do jednego, miał na sobie marynarkę, koszulę i krawat, a Brady oprowadził ich w tych swoich skrzypiących skórzanych spodniach, T-shircie z Yodą i kowbojskich butach na obcasie! Z jego pensją! Wszyscy cholerni kosmolodzy są tacy sami. A kiedy zbiorą się w jednym pokoju, wyglądają jak terapeutyczna grupa narkomanów! Mówię ci, Eva, że gdyby nie my, astronomowie, ich wizyta okazałaby się fiaskiem.
Odwróciła się i powiedziała:
- Włóż swoją zieloną koszulkę polo, bojówki i brązowe półbuty.
Chciała, żeby już sobie poszedł. Poprosiłaby swoją niewyedukowaną matkę, żeby pokazała doktorowi Brianowi Beaverowi, inżynierowi, magistrowi, doktorowi filozofii (Oksford), jak obsługiwać pralkę.
Zanim wyszedł, zapytała:
- Myślisz, że Bóg istnieje, Brian?
Siedział na łóżku i wiązał sznurowadła.
- Nie mów mi, że stałaś się teraz religijna. To zawsze kończy się na łzach. Wedle najnowszej książki Steve'a Hawkinga Bóg niczemu nie służy. To postać z bajki.
- To dlaczego tyle milionów ludzi w niego wierzy?
- Zrozum, Evo, statystyki temu przeczą. Właściwie coś może powstać z niczego. Zasada nieoznaczoności Heisenberga pozwala bąblowi czasoprzestrzennemu rozszerzać się z niczego... - Zamilkł. - Wiem, że kwestia cząsteczek jest... trudna. Chłopaki od teorii strun i supersymetrii naprawdę muszą znaleźć bozon Higgsa. Załamanie funkcji falowej to zawsze kłopot.
Eva pokiwała głową.
- Rozumiem, dziękuję.
Przeczesał brodę jej grzebieniem i spytał:
- A w zasadzie do kiedy masz zamiar leżeć w łóżku?
- Gdzie kończy się Wszechświat?
Brian bawił się brodą, skręcając ją między palcami.
- Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego uciekasz od świata?
- Nie wiem, jak w nim żyć - odpowiedziała. - Nie wiem nawet, jak działa pilot do telewizora. Wolałam, kiedy telewizja miała trzy kanały i wszystko, co było trzeba, to pach, pach, pach. - Wciskała przyciski niewidzialnego odbiornika.
- Będziesz się byczyć w łóżku, bo nie potrafisz rozpracować pilota?
- Nie potrafię także rozpracować funkcji grilla w kuchence mikrofalowej - wymamrotała. - I nie umiem wyliczyć, ile kwartalnie płacimy za prąd. Oni są nam winni pieniądze czy my im?
- Nie wiem - przyznał. Wziął ją za rękę i powiedział: - Widzimy się wieczorem. A swoją drogą, czy seks wypadł z menu?
Eva żałowała, że nastał ten dzień, w którym Marks & Spencer wprowadził do sprzedaży piżamy z lycry dla mężczyzn. Nie schlebiały ciałom w średnim wieku. Przez bezlitosny materiał genitalia Briana wyglądały jak niewielki woreczek na narzędzia.
Po trzech nieprzespanych nocach Brian wybłagał sobie powrót do małżeńskiego łoża, powołując się na swoje problemy z kręgosłupem.
Eva kapitulowała niechętnie.
Brian wrócił też do swojej rutyny przed położeniem się spać: gulgotania i charkania w łazience, nakręcania budzika, słuchania prognozy pogody, polowania na pająki w każdym rogu pokoju i pod łóżkiem za pomocą dziecięcej wędki, którą trzymał w garderobie, wyłączania "dużego światła" (jak je nazywał), otwierania okienka oraz siedzenia na brzegu łóżka i zdejmowania kapci (zawsze zaczynał od lewego).
Eva nie pamiętała, kiedy Brian zdziadział. Być może wtedy, kiedy zaczął wydawać z siebie dźwięki przy wstawaniu z krzesła.
Zwykle, monotonnie i ze szczegółami, relacjonował swój dzień, opowiadał jej o ludziach, których nie znała, ale tej nocy milczał. Kiedy się położył, leżał tak blisko krawędzi, że Evie przyszedł na myśl człowiek balansujący nad wężowiskiem.
- Dobranoc, Brian - powiedziała zwyczajnym tonem.
Z ciemności usłyszała jego głos:
- Nie wiem, co mówić ludziom, którzy mnie spytają, dlaczego nie wstajesz z łóżka. Wstyd mi. Nie mogę się skupić na pracy. Moja matka i twoja zadają pytania, na które nie potrafię odpowiedzieć. Zwykle przecież znam odpowiedzi. Jestem doktorem astronomii, do kurwy nędzy. I nauk planetarnych.
- Ani razu nie odpowiedziałeś mi wyczerpująco na pytanie, czy Bóg istnieje.
Brian gwałtownie zarzucił głową i wrzasnął:
- Na rany Chrystusa! Sama rusz cholerną mózgownicą!
- Tak dawno nie używałam mózgu, że to biedactwo kuli się w kącie i czeka, aż je ktoś nakarmi.
- Nieustannie mylisz ideę nieba z cholernym kosmosem! A jeśli twoja matka jeszcze raz mnie poprosi, żebym jej coś wyczytał z gwiazd... Wyjaśniałem jej różnicę między astronomem a astrologiem milion pierdolonych razy!
Wyskoczył z łóżka, zahaczył dużym palcem u nogi o szafkę, zawył i kuśtykając, wyszedł z pokoju. Usłyszała trzask zamykanych drzwi u Briana Juniora.
Eva zaczęła grzebać w swojej szafce nocnej, gdzie trzymała skarby, i wyjęła zeszyty szkolne. Dbała o nie przez ponad trzydzieści lat. Kiedy je kartkowała, światło księżyca padło na złote gwiazdki, które dostała za doskonałe wyniki.
Była bardzo mądrą dziewczynką, jej wypracowania zawsze głośno czytano w klasie, a nauczyciele mówili jej, że dzięki ciężkiej pracy i stypendium może się dostać nawet na studia. Musiała jednak pójść do pracy i zacząć zarabiać. W jaki sposób Ruby miałaby sobie pozwolić na to, żeby kupić jej mundurek szkolny w specjalnym sklepie, mając tylko rentę po zmarłym mężu?
W 1977 roku Eva ukończyła liceum dla dziewcząt w Leicester i została telefonistką w Głównym Urzędzie Pocztowym. Ruby zabierała dwie trzecie jej zarobków - za dach nad głową i wyżywienie.
Kiedy Eva została zwolniona za notoryczne łączenie nie tej rozmowy z nie tym klientem, bała się przyznać matce, zaczęła więc chodzić do niewielkiej biblioteki w stylu Arts & Crafts i zaczytywać się w klasyce literatury angielskiej. Wtedy, dwa tygodnie po wyrzuceniu jej z pracy, szef biblioteki - intelektualista bez krzty zdolności menedżerskich - powiesił ogłoszenie, że szuka asystentki: "Wymagane kwalifikacje".
Nie miała odpowiednich kwalifikacji. Jednak podczas nieformalnej rozmowy dyrektor biblioteki powiedział Evie, że jego zdaniem ma doskonałe kwalifikacje, gdyż widział, jak czytała Młyn nad Flossą, Jima Szczęściarza, Samotnię, a nawet Synów i kochanków.
Eva oznajmiła matce, że zmieniła pracę i że w bibliotece będzie zarabiać mniej.
Ruby odrzekła, że jest idiotką oraz że książki są przereklamowane i niehigieniczne.
- Nie wiesz, jakie obrzydlistwa wyczyniali ludzie z tymi kartkami.
Niemniej Eva pokochała swoją pracę.
Otwieranie ciężkich drzwi wejściowych i wchodzenie do cichego wnętrza, podczas gdy poranne światło rozlewało się z wysokich okien na oczekujące książki, dawało jej tyle rozkoszy, że pracowałaby za darmo.