Karafka La Fontaine'a tom II - Melchior Wańkowicz

-
Proszę czekać

13. CHCIEJSTWO

POJĘCIE CHCIEJSTWA

Całe życie tej rośliny (Vallisneria - przyp. M.W.) odbywa się na dnie wody,

w pewnego rodzaju półśnie, i stan ten trwa aż do chwili,

która napełnia ją nową, nieznaną energią. Roślina żeńska wznosi się, wynurza.

Kwiat męski patrzy poprzez prześwietloną wodę, podnosi się także,

zmierzając ku powierzchni, w inny świat, ale w pół drogi zatrzymuje się,

bowiem zbyt krótka łodyga, jedyne źródło życia,

nie pozwala dostać się na światło słońca. Czy istnieje w naturze okrutniejsza próba? Trudno sobie przedstawić w całej pełni, jak tragiczne jest owo pożądanie,

owa niesiężność tego, co jest tak blisko, oddzielone przejrzystą, fatalną,

niedostrzegalną, a nieprzezwyciężoną przeszkodą. Kwiat sam przeczuwał

od początku swój zawód, przechował bańkę powietrza, podobnie jak dusza kryje

rozpaczliwą myśl wyzwolenia. Przez pewien czas waha się, walcząc ze sobą,

potem zaś niezrównanym wysiłkiem zrywa nić łączącą z życiem.

Odrywa się od łodygi i z rozmachem pośpiechu, pośród wrzenia baniek powietrza pęka na powierzchni. Śmiertelnie ranny straceniec - ginie.

Oto pierwszy rok wojny. Jesień 1939 roku w Bukareszcie. Obiad u członka polskiej ambasady, na który zaproszono jako sensację panią właśnie przybyłą z kraju. Informuje o cenach, przytacza parę ostatnich kawałów krajowych; o rozpakowywaniu waliz nie myśli, przecież na wiosnę Niemcy będą rozbite, i wróci.

Pułkownik dyplomowany uważa, że powinno się myśleć realnie. Naturalnie, że na wiosnę 1940 roku Niemcy zostaną rozbite, ale liczy się z trudnościami reewakuacyjnymi: przede wszystkim zatłoczą komunikację eszelony wojskowe; lepiej się nie łudzić, on przed jesienią, i to późną jesienią, reewakuacji ludności cywilnej nie przewiduje.

Pani z kraju z oburzeniem polemizuje. Jej główny argument: bo ludzie w Polsce dłużej nie wytrzymają.

Było to typowo pobożne życzenie, co Anglicy nazywają wishful thinking. Ukułem na to neologizm "chciejstwo"1. Bo tłumaczyć to terminem "pobożne życzenie" jest to obniżać rangę pojęcia, które decyduje nieraz o losach narodów, stawia całe religie na nogi.

"Kiedy widzisz, że zwycięża prawda - pisał Nietzsche - zawsze pytaj, jakie potężne kłamstwo za nią walczyło".

Taki argument wypływa - z chciejstwa.

Chciejstwo jest tak szeroko rozlane po świecie, jak szeroko rozlane są ludzkie tęsknoty. Im większa bezsiła, tym większe chciejstwo. W październiku 1956 roku inteligent wypuszczony po siedmioletnim uwięzieniu zapewniał mnie, że Eisenhower da wielką pożyczkę (on to wie z najlepszego źródła) w zamian za przywrócenie wielkiej własności. Przytaczał argumenty o światowej konieczności zwiększenia produkcji, sypał liczbami. I że już na to rząd PRL się zgodził. On to wie i już z góry mnie do swojego majątku zaprasza.

Cóż to było? - jakieś Hamsunowskie wizje wypielęgnowane przez lata bezsiły i rozpaczy. Chciejstwo.

Oto ostatni rok wojny. Kapitulacja bezwarunkowa przez Niemcy podpisana. Czy wracać do kraju?

Generał Anders mi mówił:

- Przecież jesienią rozpocznie się wojna aliantów z Rosją.

- Czemu jesienią?

- Po żniwach.

Nie bardzo byłem uspokojony tym sielsko-gospodarskim planowaniem w epoce wojny atomowej. Już wówczas właśnie wyszła książka pt. The Anatomy of Peace, która była wielką sensacją, uderzając całkiem nowymi kategoriami myślenia. Jej autor E. Reeves pisał: "Jest to jeden z absurdów naszego nieszczęsnego pokolenia, że beznadziejni utopiści, niezdolni do innego spojrzenia w przyszłość jak przez kanony przeszłości, nazywają siebie realistami, podczas kiedy wyszydzają każde realne myślenie".

Tak mi to samo chodziło po głowie, wobec czego spytałem generała mającego o gwiazdkę mniej:

- Panie generale, gdzie będziemy za rok o tej porze?

- Na Sycylii.

- ?

- Będzie należało tam na razie odskoczyć i tam prowadzić działania opóźniające.

Nie trzeba chyba tłumaczyć, jaką zasadzką dla pisarza mogą być wysoce autorytatywne opinie fachowców, jaki nacisk na niego wywiera tęsknota ludzka tysięcy zawiedzionych.

Tak oto biegło wraz ze zdarzeniami dziejowymi polskie chciejstwo. Reeves pisze, że wishful thinking (chciejstwo) jest cechą ludzką. Ale wyrasta na pożywce nieszczęścia bujniej. Jest ujemne - bo łudzi. Jest dodatnie, bo daje impet Vallisnerii, o której mówi motto.

Cofnijmy się z górą pół wieku wstecz. Było w przededniu wojny, aresztowano mnie, znaleziono kwitki zbiórki na fundusz zakupu broni. Pozwożono do więzienia kolegów. Z jednym z nich rozpocząłem przekorny studencki dyskurs:

- Bolek, co ważniejsze: naród czy ludzkość?

Musiał przyznać niechętnie, że... ludzkość.

Tego mi trzeba było... Zasypałem go kazuistyką: że skoro tak, to narody mniejsze powinny być wchłaniane w większe aż do skutku, aż powstanie jedna ludzkość.

Bolek nie był mocny w argumentacji. Widząc, że się nie opędzi, zawołał ze łzami w oczach:

- Milcz, bo, jak Boga kocham, dam po mordzie.

- Teraz mnie przekonałeś.

Był dla nas czas trudny. Bolesław Prus w kronice tygodniowej pisał dobrotliwie: Kochani chłopcy, weźcie ołówek: ile wojska ma Rosja? A ile Niemcy? A ile Austria?

Tenże Prus, analizując Farysa, zachwycał się stylem, ale wartość poezji mierzył kryterium użyteczności: czegóż pożytecznego może nauczyć to ganianie po stepie?

Właściwie Bolkowy argument był jedynym argumentem na miejscu wobec tej nieubłaganej logiki.

Umieszczam w tej książce chciejstwo na czołowej liście zasadzek, jakie grożą pisarzowi. Dosyć nam szkód przyniosło myślenie paniusi w Bukareszcie i generałów w Londynie.

Ale kiedy myślę o tym koledze z więzienia, ciepło mi się robi na sercu i niech mi wprzód wolno będzie przyznać wszystko, co można, chciejstwu - wsparciu mężnych, pocieszeniu nieszczęsnych.

Myślę o tych chłopcach, którzy ginęli - pozornie na próżno.

Philip Gibbs, korespondent wojenny w pierwszej wojnie, opowiada o pułkowniku, dowódcy pułku Staffordshires, który mu tłumaczył: "Posiadam mistyczną władzę. Nie weźmie mnie żadna kula, bo wierzę w absolutne panowanie ducha nad materią. Przechodzę gładko przez każdą zaporę ogniową, bo moja wola jest tak silna, że zmienia trajektorie pocisków. Pociski są bezskuteczne, gdy trafiają na wolę ludzką płynącą z Ducha Wszechświata".

Żołnierze też uważali, że tego pułkownika nie imają się kule.

Znałem takich. Znany narciarz, podporucznik komandosów Bachleda roześmiał się, kiedy pocisk wybuchnął. Zapewne sam się zawstydziłem i zapytałem zaczepnie, czy się nigdy nie boi. Czarniawy Adaś Bachleda błysnął białymi zębami:

- Ja? Mnie żadna kula nie weźmie.

Tak sobie wbił w głowę po akcji na tyłach niemieckich na przyczółku Anzio.

Rozmawialiśmy 10 maja 1944 roku. Osiemnastego maja poległ, prowadząc natarcie bez hełmu, trafiony odłamkiem w głowę.

Czy takim, jak dowódca pułku Staffordshires, jak ten komandos, należało wybijać z głowy złudzenie, które pomagało im w walce? Czy na miejscu byłoby im bryznąć w oczy racjonalistyczną ironią Koestlera: "Wiara jest rzeczą wspaniałą; nie tylko góry porusza, ale pozwala wierzyć, że śledź jest koniem wyścigowym".

A przecież naród nasz był cały czas niewoli w walce ponad siły, w walce, której by racjonalistyczne myślenie nie dźwignęło.

Oto rozterka. Wieczna rozterka. W zamiarze jej przeanalizowania w rocznicę powstania w 1963 roku zaprosiłem do siebie ludzi różnego autoramentu: prof. Kieniewicz, prof. Stomma, Władysław Bieńkowski, Aleksander Bocheński, Paweł Jasienica. Dyskutowaliśmy w szóstkę wyczerpująco, rozstaliśmy się, z czymeśmy przyszli: trzech z tym, że powstanie było potrzebne, trzech - że szkodliwe.

Pisarz więc nie ma recepty jednej na omijanie zasadzki chciejstwa. Bo może być tak, może być inaczej.

Tak było i u innych. Realistyczne myślenie nie dźwignęłoby żadnej rewolucji. Kiedy "dwunodzy z lasu" w Ameryce porwali za broń przeciw wojskom Jego Królewskiej Mości, nie było to dla realistycznego przekalkulowania. Beniamin Franklin, promotor tego buntu, pisał: "Gdyby człowiek zmniejszył o połowę swoje chęci, toby podwoił swoje trudności". Jest to jedno z licznych w dziejach zaświadczeń na rzecz użyteczności chciejstwa, które doceniał już Cezar, jak pamiętam ze szkolnej lektury De bello Gallico: "Fere libenter homines id, quod volunt, credunt". (Ludzie chętnie wierzą w to, czego by pragnęli). I wiemy, jak manewrował ludzkim chciejstwem, począwszy od Pompejusza aż po Kleopatrę.

Chyba byłoby wywalaniem drzwi otwartych pisać o znaczeniu podświadomości po Freudzie, Adlerze, Jungu. Freud zanalizował, jak rzeczom przykrym nie pozwalamy dać się przebić do sformułowań (na przykład że ta pani będzie czekać na koniec wojny sześć lat, że generałowie zostaną odstawieni od wojaczki, a ziemianie nie wrócą do swych majątków), natomiast pozwalamy naszemu mózgowi na sformułowanie tylko tego, czego życzy sobie nasza podświadomość. Że to ona więc nami rządzi, a mózg tylko usłużnie formułuje jej życzenia.

Wszak jeszcze Ksenofanes pisał:

Etiopowie twierdzą, że bogowie ich są czarni i płaskonosi, a Trakowie, że są niebieskoocy i rudowłosi. Gdyby byki i konie, i lwy posiadały ręce i mogły nimi malować i dzieła tworzyć jak ludzie, to konie malowałyby postacie bogów podobne do koni i takież ciała im dawały, a byki podobne do byków, takie dając im kształty, jakie dany gatunek właśnie posiada.

Empirycznie zawsze doceniano chciejstwo, i to doceniali je nie tylko polityczni macherzy i demagodzy. Pascal pisał: "La derni?re démarche de la raison, c'est de connaître qu'il y a une infinité de choses qui la surpasse. Elle est bien faible si elle ne va jusque-la". (Ostatni wysiłek rozumu to poznać, że istnieje nieskończoność rzeczy, która go przewyższa. Jeśli do tego nie dochodzi, jest bardzo słaby).

Tak wybitni ludzie, jak Darwin, Edison, Ford, Westinghouse, mówili, że ich najbardziej odkrywcze objawienia przychodziły z głębi podświadomości, podczas kiedy ich świadomość zajmowała się czym innym lub była w stanie spoczynku.

Einstein pisał o podświadomości, że "jest to podstawowy walor ludzkości, stojący u kolebki prawdziwej wiedzy i prawdziwej sztuki".

Jednostka więc musi kierować się nie tylko rozumem. Rozum powierzchowny to rzecz zawodna, która przez stulecia kazała wierzyć, że dzieje kształtuje wola wybitnych jednostek. W środku XIX wieku potężne korektywy dał temu materializm dziejowy, a w początku XX stulecia potężnego wsparcia udzieliła nauka o podświadomości (mimo że wielu marksistów atakowało Freuda za jego "biologizm").

Powierzchowny rozum to jest czubek jaźni ludzkiej widoczny na powierzchni życia, tak jak czubek góry lodowej na powierzchni oceanu. Ale ten czubek stanowi jedną dwunastą masy zanurzonej pod powierzchnią. Jeżeli tej masy nie obliczyć, następują awarie.

To samo z całym zbiorowiskiem ludzkim: naród ma swoją głęboką podświadomość, "nieświadomość zbiorową" - jak to nazywał Jung, teoretyk archetypów. To ona waży na decyzjach zbiorowych, to ona trasuje dziejowe trakty. H. van Loon w swej Historii ludzkości stwierdza: "Nauczycie się wielu faktów, ale jest stokroć ważniejsze "czuć historię", aniżeli ją znać".

To samo potwierdza Toynbee (A Study of History): "Nie można w socjologii stosować logiki, jaką się stosuje do inanimate forces [sił nieuduchowionych]. Porównują zespoły ludzkie do organizmu albo rośliny, albo wzrostu człowieka, albo maszyny i wszystkie te analogie dają się dociągnąć tylko do pewnego momentu".

Dlatego polityk nie może się nie liczyć z podświadomością. Churchill (w My Early Life) stwierdza, że już w zaraniu swej kariery nauczył się konieczności pobierania nauk z podświadomości: "Stawało się dla mnie jasne, że byłoby szaleństwem [it would by very foolish] odrzucać argumenty serca na rzecz argumentów rozumu".

Stary pan jeszcze nie nawykł do terminologii Freuda, ale staroświecki termin "serce" znaczy u niego toż samo co "podświadomość".

Dlatego nie można wymagać od pisarzy lekceważenia czynników irracjonalnych. Jeśli chodzi o wrażliwość na sejsmiczne ruchy historii i umiejętność stawiania koncepcji także politycznych, można nawet najbardziej egzotycznym lirykom udzielić odrobiny zaufania.

Czyż Kafki Proces, Zamek, Kolonia karna (wizja obozów koncentracyjnych), czyż H.G. Wellsa Wehikuł czasu, Wojna światów, Pierwsi ludzie na księżycu albo K. Čapka Inwazja jaszczurów czy Krakatit, albo Szewcy Witkacego nie są dramatem ludzkości poszukującej dróg w mgle zamylenia?

Ale kiedy społeczeństwo zawodzą wszelkie rozeznawalne przez rozum drogi i na końcu każdej z tych dróg zasadza się rozpacz, podświadomość rozbestwia się w chciejstwo i wtedy pisarz staje przed zasadzką groźną, nieomal bez ochyby zgubną dla jego rozeznania.

Dlatego pisarz - członek narodu leżącego na skrzyżowaniu odrębnych cywilizacji, poddanego kataklizmom, w których trudno jest o logikę rozeznania, powinien być jak najmocniej szczepiony przeciw chciejstwu.

Te szczepienia w silnych dawkach po klęskach chciejstwa w 1863 roku stosowała historyczna szkoła krakowska z Kalinką, Bobrzyńskim, Szujskim, Szajnochą na czele, w geopolityce - Nałkowski, w publicystyce realiści z Pilzem, Spasowiczem i Świętochowskim (w jego najświetniejszym okresie), w literaturze Orzeszkowa i Prus, w krytyce literackiej Chmielowski.

Prawda, że był to odblask Spencera, J.S. Milla, Buckle'a, ale na dnie tego polskiego mądrzenia się skowytało - risum teneatis, amici - toż samo nieszczęsne polskie chciejstwo, które tym razem nie śpiewało jak w "Witaj, majowa jutrzenko": "chociaż raz się nie powiodło, może jeszcze się powiedzie", odrzekało się od chciejstwowatej bufonady Mierosławskiego ("kijami zdobędziemy karabiny, a karabinami armaty"), ale samo "chciejstwowało", nader, jak się im zdawało, realistycznie, przez: "czyń każdy w swoim kółku", wówczas kiedy na widownię wkraczał socjalizm.

"Ci na pozór trzeźwi przedstawiciele pozytywizmu - pisze Z. Szweykowski - byli bardzo często marzycielami stawiającymi na swych sztandarach utopie [proszę mnie nie bić za cytowanie takiej metafory - przyp. M.W.] i zmagającymi się o nie z życiem".

Więc już Prus drapał się w głowę, pisząc, że wiedza jest zawodna, że w lesie idei, w plątaninie czysty rozum nie nastarcza.

Było to w roku 1896. W tym roku w Instytucie Salp?tri?re w Paryżu czterdziestoletni Freud począł się doławiać swojej teorii podświadomości.

Jeśli jednak w obronie tej teorii powoływałem jej prekursorów od Cezara poczynając, to na specjalny użytek naszej literatury muszę zasygnalizować dzwonki ostrzegawcze przed chciejstwem.

Najsilniej przed chciejstwem ostrzegają nosiciele nowych prawd, przeciw którym staje chciejstwo z nawyków myślenia dawnej epoki. To chciejstwo nie pozwala spojrzeć w oczy prawdzie, którą niosą zmienione warunki.

Łukasz Ewangelista (rozdz. XII 54-55) wołał: "Gdy wiatr wieje od południa, mówicie: gorąco będzie; i bywa tak. Obłudnicy! Postawę nieba i ziemi rozeznawać umiecie, a tego czasu jakoż nie poznawacie?".

Kiedy jednak promotor staje się panem opinii powszechnej, natychmiast przestaje gromić chciejstwo, owszem, bierze je w pacht w samoobronie przeciw nadciągającej ponownej rewizji poglądów. Bo to, co ongiś było pionierstwem, przekształciło się w nawyk, którego się broni. Ten cykl się powtarza i już w XVI wieku Francis Bacon wzdychał: "Ludzie swoje myślenie przystosowują do swoich skłonności (according to their inclination)".

Freud, który usystematyzował to, co empirycznie było z dawien dawna ludziom wiadome, pisał: "Jednej tylko rzeczy jestem pewien - to tego, że oceny wydawane przez ludzi są wyznaczane przez ich pragnienie szczęścia; innymi słowy: są usiłowaniem dostarczania argumentów złudzeniom". Jego następca i korektor, Jung, również twierdził, że "wierzymy w to, czego żarliwie życzymy".

I oto - bezlitosna pointa wykazująca przemożną siłę chciejstwa. Jego demaskator, Freud, umierał w 1939 roku. Uczniowie odwiedzający mistrza w jego ogródku na Hampstead byli uprzedzani, żeby nie zwracać uwagi na jego wargę. Freud, lekarz, zachowujący do końca pełnię władz umysłowych, wiedział, że ma raka, ale odkrywca podświadomości, demaskator wszelakich "chciejstw", nigdy nie nazwał swego cierpienia po imieniu, chciał się samooszukiwać.

To samooszukiwanie się osiemdziesięcioletniego człowieka, który wiedział wszystko i o chorobie, i o tyranii podświadomego chciejstwa, ale chciał za wszelką cenę żyć - jest kłamstwem aż heroicznym.

"Heroiczne kłamstwo jest tchórzostwem - pisał Romain Rolland. - Jeden jest tylko heroizm na świecie: widzieć świat, jakim jest, i kochać go".

Kiedy Tomasz Huxley (1825-1895), ewolucjonista, który bezwzględniej od Darwina rozwijał przekonanie o pochodzeniu od małpy, stracił 6-letniego synka, Karol Kingsley (1819-1876), duchowny, socjalista chrześcijański, obrońca robotników, zaprzyjaźniony z Huxleyem, tłumaczył mu, że stratę kogoś ukochanego można tylko znieść wówczas, jeśli zamiast poniżać człowieka do rzędu małp, umacnia się wiarę w nieśmiertelność duszy ludzkiej i w ponowne spotkanie się z nią w zaświatach.

Zbolały Huxley odpowiedział: "Nie widzę powodu, dla którego miałbym wierzyć w nieśmiertelność, choć z drugiej strony nie widzę, czym bym miał wiarę w nieśmiertelność podważać. Obowiązkiem moim jest nauczyć moją tęsknotę przystosowania się do faktów, nie zaś naginać fakty do moich pragnień".

Tak więc, drodzy czytelnicy: mięso podświadomości zastawione w pułapkach chciejstwa jest smakowite. Nie chcę wam go obrzydzać, syćcie się podświadomością jak najpełniej. Ale nim ją w zęby chwycicie, obejdźcie trzykrotnie każdą pułapkę chciejstwa. A zwłaszcza najżarłoczniejsze pułapki fideizmów różnych - nieraz kontrastujących ze sobą maści.

Takie oto zasadzki niesie chciejstwo na wirach eklektyki, puentylizmu i wszystkoizmu.

Rozpatrzmyż, jak się to chciejstwo przełamuje przez pryzmat pisarzy, czytelników i budowniczych - władców.

1 Zaaprobowany i wkluczony do Słownika pod red. W. Doroszewskiego.

REDUTA ORDONA A LA CARTE (CHCIEJSTWO PISARZY). CHCIEJSTWO SIŁĄ NAPĘDOWĄ

...skoczył w dół - do lochów.

"Dobrze, rzecze Jenerał - nie odda im prochów".

Redutę Ordona deklamowano z uniesieniem przez kilka pokoleń, podczas kiedy Ordon, bohater poematu, który miał się wysadzić w powietrze w 1831, zakończył życie dopiero w 1887 roku.

W jednym z salonów emigracyjnych Mickiewicz rzekomo twierdził, że należało raczej zagrzebać się pod ruinami, niż poddać Warszawę. Na co podobno generał Małachowski spytał: "Czy po to, byś pan mógł opisywać zagrzebanych?".

Takie bohaterskie chciejstwo mogłoby mieć usprawiedliwienie w idei "pokrzepiania serc".

Do tejże kategorii należy Trębacz z Samarkandy Ksawerego Pruszyńskiego, w którym mówi się o legendzie Uzbekistanu. Mianowicie ongiś łucznik mongolski przestrzelił gardło trębacza krakowskiego zwołującego lud na modlitwę. Ten grzech przestanie ciążyć dopiero wówczas, kiedy przed grobowcem Tamerlana trębacz polski odegra hejnał. Tak się stało, kiedy znalazły się tam wojska Andersa.

Tymczasem Grażyna i Andrzej Miłoszowie, poszukując w Samarkandzie śladów tej legendy, stwierdzili, że była ona w tym kraju najzupełniej nie znana. Nie doszukał się też jej w Uzbekistanie Józef Hen. Wątpliwości ostatecznie rozwiał sam Pruszyński, wyznając Henowi, że historię zmyślił od początku do końca. A tymczasem Anders już w Londynie zarządził dochodzenie, na czyj rozkaz wydelegowano tam trębacza w asyście oddziału honorowego.

To chciejstwo więc ku pokrzepieniu serc bądź to Ordonem, bądź trębaczem z Samarkandy jest pisarskim chciejstwem nietypowym, bo zamierzonym. Typowym jednak pisarskim chciejstwem jest chciejstwo nie zamierzone, w którym autor przestaje być panem swego opowiadania, staje się jego ofiarą.

Tak na przykład zdaje się uchodzić uwagi Mickiewicza, że idealizowany sędzia Soplica prawuje się o niezwrócenie Horeszkom mienia darowanego mu przez rząd carski jako nagrodę za zabicie patrioty stolnika Horeszki, zwolennika Konstytucji 3 maja.

Tak samo Prusa nie razi, że podstarzały Wokulski, wzbogacony na aferach dostaw do armii rosyjskiej, osacza ojca pięknej i młodej panny, skupując jego weksle.

Chciejstwo pisarskie więc istniało i istnieć będzie tak długo, jak istnieje literatura.

Horacy pisał:

Non fumum ex fulgore, sed ex fumo dare lucem

Cogitat ut speciosa dehinc miracula promat.

[Niech on nie myśli o tym, aby dobyć dym ze światła

Lecz przeciwnie - z dymu zrobić światło.

Niech tym sposobem tworzy wymyślne cuda.]

Horacy tu popiera brązowników - więcej wszak na świecie dymów, które powstały z ukrytych ogni, niżeli blasków, które wyławia się z dymów.

Wydobywanie blasku - to przemożna tęsknota pisarska.

Sandauer pisze: "Tomasz Mann, jeden z najbardziej apollińskich pisarzy XX wieku, powtarza wielokrotnie, że artysta jest rodzajem Hermesa pośredniczącego między dolnym a górnym Królestwem, między podświadomością a świadomością, ciałem a duchem".

Faulkner pisze o Sienkiewiczu: "Pewnego dnia zrozumiałem, że na pytanie, po co piszemy, Sienkiewicz znał odpowiedź od samego początku: "ku pokrzepieniu serc". To dotyczy każdego z nas".

Ale na dnie tych szlachetnych podniet chciejstwa kryją się niebezpieczeństwa deformacji zawodowej. Pisarz ulegający chciejstwu swojego zainteresowania zawęża obserwację tylko do tego właśnie punktu, który go interesuje. Ortega y Gasset w jednym z esejów zastanawia się nad tym, co nad łożem umierającego czuje żona, reporter, lekarz i malarz: każdy z nich wyławia co innego. Fascynacja jedną stroną zdarzenia zawęża obserwację całości. Tak na przykład mój znajomy lekarz zastanawiał się po sekcji nad "interesującymi zmianami na wątrobie" na skutek zażycia trucizny przez młodą dziewczynę, której los poruszał do głębi.

Wzrok - pisał Tomasz Mann - który artysta kieruje na zewnętrzne i wewnętrzne cechy rzeczy, jest innym wzrokiem niż zwykły wzrok człowieka. Jest i zimniejszy, i bardziej namiętny. Możesz jako człowiek być dobrym, cierpliwym, godnym sympatii, wartościowym, możesz posiadać całkiem bezkrytyczną skłonność patrzenia na wszystko z przychylnością - jako artystę demon zmusi cię do błyskawicznej selekcji, jak gdybyś nie miał żadnego ludzkiego stosunku do przedmiotu obserwacji.

Ludzkiego stosunku nie miał gorliwy działacz abstynencki, który oburzał się: "Jakże nieczuli są ludzie! Kiedy wracałem po półgodzinie, widziałem, że ten pijak wciąż leży". I tu deformacja zawodowa spowodowała, że profesjonalizm pozwolił na analizę faktu z punktu widzenia społecznego, ale przesłonił subiektywne wzruszenie.

Ale przecież deformacja działacza albo lekarza zagrozi i profesjonalistom pióra, jeśli nie będą się mieć na baczności.

Profesor jednego z uniwersytetów amerykańskich zaproponował mi poddanie się testowi Rorschacha.

Test Rorschacha przestał być eksperymentem. Posiłkują się nim sądy amerykańskie przy ferowaniu wyroków.

Jak na andrzejki, interpretowałem, co widzę w rozlanych kleksach czarnych, a potem dwubarwnych.

Profesor orzekł:

- Lepiej pan reaguje na kształt niż na kolor, to znaczy, że jest pan uwrażliwionym mniej na człowieka, więcej na problemy. Głód w Indiach wstrząśnie panem, ale nie śmierć pojedynczego Hindusa.

Różne więc bywają chciejstwa: w moim wypadku chciejstwo było poszerzone na syntezę, deformując widzenie szczegółów. W innym chciejstwo powoduje wyolbrzymienie szczegółu i nieobejmowanie całości.

Chciejstwo - nieraz najszlachetniejsze - było powodem deformacji socrealistycznych. Nie uniknęli ich ani Andrzejewski, ani obaj Brandysowie. Były to deformacje wypływające z formuły Manna, które należy szanować, ale których należałoby unikać.

PRZYKŁADY CHCIEJSTWA

Nie mam prawa krytykować innych, nie zrobiwszy własnego rachunku sumienia.

Druk Sztafety dobiegał końca. W Drukarni Narodowej już leżały stosy wydrukowanych starannie arkuszy - każdy z nich raz był drukowany na wklęsłodruku, drugi raz na maszynie płaskiej. Była to z górą sześćsetstronicowa książka o sztafecie gospodarczej, która idzie przez nasze dzieje. O rudach, o węglu od króla Ćwieczka - po naftę, po gaz, aż po budowę Gdyni i COP-u.

Były tam drobne, ale dopuszczalne chciejstwa. Startując od zera powojennego, łatwo było grać współczynnikami wzrostu (jak i po tej wojnie). Żartowano, że w 1920 roku przyjeżdżam do powiatu wołożyńskiego i widzę kozę. W 1921 roku przyjeżdżam, widzę dwie kozy i raduję się, że pogłowie wzrosło o 100 procent.

Ale i mnie dopadło chciejstwo niedopuszczalne. Kiedy już drukowały się ostatnie arkusze, wróciło do nas Zaolzie. Pamiętałem tę ziemię z walk z Czechami w 1919 roku, w najtrudniejszym dla Polski czasie. Skoczyłem w najbliższy pociąg, by widzieć odwracanie się karty.

Werżnąłem się autem z polską flażką głęboko w tę ziemię, wyprzedzając wkraczające wojska polskie.

Pisałem w uniesieniu:

Doszło w tym dniu 1 listopada szesnaście dolin i czterdzieści szczytów. Nasza jest Dolina Jaworowa, otoczona jednolitym murem dzikich turni; nasza jest granitowa Dolina Białej Wody, leżąca wśród najwspanialszych tatrzańskich kolosów; nasz jest Lodowy liczący 2630 m; nasze są lasy, na których tylko Boże oko spoczywa; nasze te piękne nazwy: Wysoka, Żelazne Wrota, Zadni Garłuch, Świstowy, Jaworowe Turnie, Baranie Rogi, Kołowy, Jagnięcy... Pisałbym a pisał te nazwy bez końca, bo dźwięczą jak dzwonki stad wracających ku domowi.

Temu ostatniemu rozdziałowi dałem tytuł Fanfara zaolziańska.

Oto jest klasyczny przykład pisarskiego chciejstwa.

Chciejstwo zawsze dorabia sobie argumenty. Takim argumentem było rozumowanie, że zabierając Zaolzie, uchronimy polską ludność tego kraju od losu pod inwazją niemiecką, który miał spotkać Czechy.

Czyż można było stracić rozeznanie racji naczelnych, skoro w Smętku przepowiadałem, że wojna wybuchnie na jesieni 1939 roku, że w ciągu trzech godzin naloty pokryją całą Polskę. A tu tymczasem już po zrobieniu alarmu dałem się ponieść temu, że to mi tak "pasowało" dla książki.

To była dla mnie nauczka na całe życie. Już pisząc Monte Cassino, ustrzegłem się mitomanii - kwituje to Zabiełło: "W swej książce rozwiewa Wańkowicz jeden z zakorzenionych mitów, a mianowicie, że Polacy zdobyli szturmem klasztor Monte Cassino".

"Żołnierz Polski" z 15 września 1958 roku pisał: "Dobrze, że o Monte Cassino pisał Wańkowicz, a nie kto inny. Dzięki temu mamy reportaż, a nie opowieść o cudownej obronie Jasnej Góry. Czas obecnie niełaskawy jest dla legend i mitów".

Niestety, dla mitów jest łaskawa każda epoka.

Dlatego, sam połajawszy się, dzwonię na alarm.

Dając rozgrzeszenie na chciejstwo pisarzom, których poniesie pasja pisarska, nie można nie konstatować, że prowadzi to do dużych dla pisarza niebezpieczeństw. Wyszedłszy z wieży z kości słoniowej, zadomawia się nieraz na agitatorskiej skrzynce od mydła bez możności powrotu.

Erenburg, z którym popijaliśmy noc całą, którego pamiętam jako Cygana z nieuporządkowaną szewelurą, w wywalonym po wierzchu marynarki pomarańczowym krawacie, którego Julia Jurenitę, Miłość Joanny Ney, Lejzorka Rojtszwanca itd. wydawałem przy zachwycie liberalistycznych cmokierów, nagle w trzech tomach Godów wojny aż chrypnie od antyniemieckiego wrzasku, bo jest to czas walki na śmierć i życie, w której, jak pisze Erenburg - "jedyny dobry Niemiec to jest Niemiec zabity".

Z wieży z kości słoniowej można i należy, kiedy trzeba, wychodzić, z relatywizmem można i należy brać rozbrat w chwilach walki, ale zawsze, mówiąc sonetem Mickiewiczowskim, należy baczyć, aby "zostały skrzydła do powrotu" na tę wieżę z kości słoniowej.

Szołochow zaczynał Cichy Don od opisu Kozaków idących w składzie III Korpusu Konnego Korniłowa na ówczesny Piotrogród. Byłem wówczas w Piotrogrodzie, chłonąłem te wydarzenia nie od strony bolszewickiej. Mimo to uderzyła mnie prawda, którą i ja przeżyłem.

O tych dniach opowiadał mi w 1961 roku Kiereński, który podczas nich musiał bezpowrotnie pożegnać się z myślą rządzenia Rosją. Ale sądzę, że i on musiał z przejęciem czytać opis Szołochowa.

Bo taka jest siła prawdy artystycznej, choćby podanej w napędzie chciejstwa. "Pasja Wańkowicza - pisał Adam Klimowicz - jest porywająca, chociaż nie zawsze mnie przekonuje". Cenię pasję. W życiu nie napisałem ani jednego wiersza niezaangażowanego.

Ale cóż widzimy w pisarstwie tegoż Szołochowa poświęconym drugiej wojnie?

Gierasimow z opowiadania Sud'ba czełowieka i jego otoczenie - to malowanki. Żona żegnając napomina, aby poległ, jeśli zajdzie potrzeba, ojciec też deklamuje, żeby się dobrze bił jako potomstwiennyj raboczyj.

Gierasimow wojuje w sposób przypominający operę buffo. Pod Skwirą widzi wąwóz, na którego skłonach wiszą na drzewach trupy odarte ze skóry (?), a na dnie jego - ciała porąbane na kawałki. Tyle uciążliwej roboty!

Kiedy go biorą do niewoli, uderza Niemca łopatą w twarz (nie może uderzyć w głowę, bo Niemiec jest w hełmie) i uderzeniem w twarz zabija z punktu i na miejscu Niemca tak bezapelacyjnie, że może zabitemu zabrać broń.

Na wojnie masowej trudno jest zaliczyć zabicie człowieka na własny rachunek. Tymczasem Gierasimow osobiście zabił blisko setkę Niemców.

Żołnierze radzieccy po trzydniowej walce wchodzą wreszcie na ziemię niczyją, porytą pociskami. I cóż widzą: trupa dziesięcioletniej zgwałconej dziewczynki z twarzyczką porąbaną tasakami (?). A naokoło rozrzucone pokrwawione podręczniki. Bo okazuje się, że dziewczynka... szła do szkoły. W tym pasie ziemi niczyjej...

Otóż o ile artystyczne chciejstwo Szołochowa z czasów pierwszej wojny może poruszyć oddaniem prawdy nawet wroga ideowego - Kiereńskiego - to chciejstwowata brechta o tej drugiej wojnie musi być spotkana z ironią tego żołnierza radzieckiego, który zna realia. Komu więc to chciejstwo służy?

Chińczycy pasjonują się walkami modliszek zamkniętych w drewnianych klateczkach. Ten owad tak nazwany, bo ma w ekstazie skrzyżowane jak do modlitwy "ręce", walczy z drugim takimże na śmierć i życie.

Warto by urządzać zapasy takich dwóch chciejów.

Ot, powiedzmy, Erwina Kischa, który wyśmiewa, jak reporter z obozu kapitalistycznego, lecąc przez Rosję do Japonii, "widział" ze swej kabiny chłopów - wymizerowanych i głodnych.

Ale cóż widzi socjalistyczny chciejca, właśnie sam Kisch? W ciągu paru godzin oczekiwania na zmianę pociągu na inną szerokość torów na przedwojennej granicy polsko-radzieckiej, Kisch zdążył po stronie rosyjskiej, w Szepietówce, zobaczyć szkołę i dom kultury, a po stronie polskiej księży nastawiających łapy do całowania i agentów stręczących do burdeli.

Zarzucając szerokim niewodem chciejstwo, można w czasie paru godzin wyciągnąć całą ławicę podpadających faktów.

Czytałem korespondencję innego chciejcy, angielskiego, Eldona Griffithsa, który już nie zatrzymuje się dłużej na powojennej granicy, więc zdążył tylko zanotować po dwóch stronach granicy polskich i radzieckich żołnierzy: "I ci, i tamci mieli na piersiach czerwone gwiazdy, ale mierzyli do siebie nabitymi karabinami".

Pisałem już o próbach zaradzenia indywidualnemu chciejstwu przez zespołowe kolektywy pisarzy (Biełomor Kanał, tygodnik "Time" itd.), gdzie poszczególne utwory nie są podpisywane, a ołówek naczelnego może tuszować chciejstwa indywidualne. A kto stuszuje chciejstwo właśnie tego naczelnego?

Nie ma ucieczki przed chciejstwem - chyba dla czytelników. Ci czytelnicy mają swój rozum. Chcą, aby pisać dla nich, i pamiętają autorom wyboczenia ad usum delfini.

W ich to imieniu napisałem recenzję książki Żukrowskiego W królestwie miliona słoni pod tytułem Pamiętliwe słonie, z której cytuję: "Trzecim manowcem jest wmontowywanie w niektórych książkach Żukrowskiego stacji przekaźnikowych w linii autor - czytelnik".

Taką stacją przekaźnikową jest, jak rzemiosło pisarskie istnieje, gust wydawców i taką stacją są opinie sędziów w sądach konkursowych.

Nigdy nie obesłałem żadnego konkursu. Gdybym pisał na konkurs, jurorzy przesłoniliby mi czytelnika.

Pisząc książkę Skąpani w ogniu, zgłoszoną pod tytułem Rebiata na konkurs z nagrodą, którą przysądzało jury z generałem Kuszką, z pułkownikiem Hubertem itd., Żukrowski nadawał swoje myśli przez stację przekaźnikową.

Pamiętam wrażenie, kiedy skończywszy przedostatni rozdział Dni klęski, będący skomponowanym epilogiem, zobaczyłem w następnym rozdziale toporną przyczepę.

Że nie było to konieczne, wnoszę ze współczesnych recenzji (1954 rok):

"Decyzja bohatera pod koniec książki nie wydaje się dosyć umotywowana psychologicznie" (Ryszard Matuszewski).

"Usterką powieści jest nie dosyć przekonywająco przedstawiona decyzja wyjazdu Nowosada" (Monika Warneńska).

"Nie dopracowana psychologicznie końcowa decyzja Nowosada" (Janina Preger).

"Coś niezrozumiałego tkwi w zakończeniu książki" (A. Trepka).

Z tych głosów tylko Trepkę bym zakwestionował. Niestety, nic tu niezrozumiałego nie ma.

Naturalnie, że taki zabieg ciesielski jest samookaleczeniem. "Nowosad jest odcięty na dystans pisarskiej spekulacji" (Mach).

Żukrowski, dając powód do takich twierdzeń, krzywdzi siebie, narażając się na zarzuty na przykład Kijowskiego o panegiryzmie.

Dom bez ścian to też załamany przekaz czytelnikowi. Autor nagina reportaż nie tylko pod zbyt kolorowaną opowieść, ale i pod publicystykę, wtrącając swoje komentarze.

Jak psy słyszą wibracje niedostępne, tak i rasowy pisarz, jakim jest Żukrowski, słyszy wielkiego niemowę - czytelników. Tkwiąc wśród ich milionów, niechże doceni i ich pamięć nie mniejszą niż legendarna pamięć "miliona słoni".

To z pozycji czytelnika, nie - mentora, napisałem tę recenzję.

Taką samą łyżką dziegciu w beczce wybornego miodu nie zawahał się uczęstować czytelników Ksawery Pruszyński w opowiadaniu Ksiądz Ułas: ksiądz Ułas piorunuje w swym kazaniu na "faszystów" we wrześniu 1939 roku, kiedy termin ten nie był w użyciu. Takie nakładanie szymla współczesności na przeszłość (na przykład robienie przez Sienkiewicza zdrajcą Janusza Radziwiłła, kiedy w tamtej epoce nie rządzono się kategoriami dziewiętnastowiecznymi) jest przez chciejców uprawiane dosyć naiwnie. Na przykład w opowiadaniu K. Gostyńskiego ("Żołnierz Polski", wrzesień 1949) przekupki warszawskie we wrześniu 1939 roku mówią: "Niedoczekanie faszystów, żebyśmy się tak poddać mieli".

W rozdziale o zaangażowaniu uzasadniłem obszernie, że mówienie o literaturze "obiektywnej" jest czystą fikcją, taka literatura nie istnieje. Ale idzie o to, aby w literaturze unikać łatwizny.

Ilustrując to twierdzenie, nie ułatwiam sobie zadania, biorąc na stół wiwisekcyjny czołowych reporterów, którym nie szczędzę uznania w różnych miejscach tej książki.

Jeśli Górnicki pisze o "matactwach Lawrence'a" (który zwrócił ordery, kiedy nie dotrzymano obietnic danych Arabom), jeśli Dziewanowski oburza się, że arabscy robotnicy w arabskiej koncesji rządowej leżą na wspólnych czyściutkich salach, a inżynierowie w separatkach (chyba to całkiem naturalne), że arabscy oficerowie tylko syjonistów nie lubią, jeśli Wolanowski o japońskim wodzu naczelnym pisze "Todźio i jego szajka", a pieśni patriotyczne japońskie nazywa "ponurym bełkotem" - to wszyscy trzej autorzy nie ustrzegli się łatwych ześlizgów... z zaufania czytelnika. Ale jeśli Górnicki dociekliwie dokopuje się do 11 deka ryżu na głowę dziennie w Surabai; jeśli Dziewanowski wyciska w fabryce bawełny El Earrak w Egipcie prawdę o wyzysku dzieci i robotników; jeśli Wolanowski w Zarazie w Hongkongu dynamikę swego wzburzenia opiera na zestawionych cyfrach - to wszyscy ci trzej pisarze są zaangażowani w najbardziej twórczy sposób.

Zagęszczenie czarnej farby jest stałą cechą niezdarnego chciejstwa.

W opowiadaniu T.S. Jasińskiego hrabia Sojecki i hrabia Pawlikowski, brat proboszcza, knują przeciw strajkującym robotnikom rolnym. Jest tu nie tylko zagęszczenie hrabiów, ale i pomieszanie reakcyjnych materii: proboszczowie nie wywodzili się z hrabiów. Tak samo w tymże opowiadaniu jeszcze inny hrabia, tym razem Lipski, podpisuje listy: "hrabia Lipski", co nie było praktykowane.

W opowiadaniu Leona Gomolickiego wciąż się mówi o żandarmach, katach ludu w dwudziestoleciu, podczas kiedy Polska miała tylko wojskowych żandarmów, którzy byli ograniczeni do służby porządkowej w wojsku. Do rozruchów używano policji i w cięższych wypadkach wzywano wojsko.

Tenże L.G. mówi o "bestialskich egzekucjach nad chłopami, z gwałceniem kobiet, rzezią dzieci" (nie rozumie, że tu już spotwarza nie reżym, lecz esencję kultury, w której mogły zachodzić takie rzeczy).

Takie chciejstwo staje się drętwą mową, nie budzącą zaufania, posuwającą się aż do śmieszności.

To jest produkt panujący nie tylko w Polskiej Republice Ludowej.

Na emigracji te łatwe szymle nazywałem "polrealizmem".

Oto pikantne próbki na ten sam temat socrealizmu i polrealizmu:

Bohater trzytomowej powieści Giertycha wydanej na emigracji, widząc, że kobieta leci mu przez ręce, kładzie ją na kanapie, rozpina stanik, spostrzega krzyżyk, przypomina, że popełniłby grzech śmiertelny, i starannie zapina z powrotem obrażoną dziewoję.

W powieści Koźniewskiego robotnik rzuca koleżankę na wór strużyn i zamierza to samo, do czego zmierzał ten katolik. Ale dziewczyna mu tłumaczy, żeby odłożyli to na wieczór, bo nie wyrobią normy, i zapina z powrotem kombinezon.

W powieści Gerharda bohater przychodzi w wiadomym celu do pokoju atrakcyjnej korespondentki kapitalistycznej, która go zraża ideologicznie. "Ona najwidoczniej czekała, abym ją zaczął głaskać po kolanach, co stanowiłoby zwykły wstęp do przeniesienia się na łóżko. Nie ruszałem jej jednak. Nie wyciągnąłem ręki. Ten fakt mnie unieruchomił".

Strumph-Wojtkiewicz też zgłasza obiekcje ideologiczne: "Kto wie, czy nie uwiodłaby wreszcie młodzika, ale nie krępując się moją obecnością, traktowała w sposób arogancki i niesprawiedliwy służbę i oficjalistów".

Można z tego wnosić, że zarówno u polrealistów, jak socrealistów nawet każdy organ fizycznego organizmu jest politycznie zorientowany.

Wielki jest diapazon chciejstwa - od rozszarpywanych na arenie przez lwy, którzy wierzyli, że dziś jeszcze staną przed obliczem Boga, aż po piszących teksty, po których wierzyli, że dziś jeszcze pójdą do kasy.

"Wszystko to już było" - jak twierdzi Ben Akiba-Parandowski o naszych kolegach pisarzach w III w. n.e.: "Ta hołota dorabiała się chleba, układając teksty na uroczystości państwowe, epitalamia i epitafia dla wielkich panów, sekretarzując mężom stanu, wynajdując wszelkie inne sposoby, znane odtąd ich kolegom do najpóźniejszych czasów".

Dla rozróżnienia używajmy więc terminów "chciejstwo" i "niby-chciejstwo".

Kto tam rozróżni w oparach chciejstwa i pseudochciejstwa, które pasmo dymu (z którego wbrew radom Horacego nader trudno jest wyłowić ogień) wznosiło się z niezdarnych dołów aż na szczyty Olimpu.

Toteż Włodzimierz Maciąg słusznie stwierdza, że nawet "pisarze starsi, onegdaj niemarksiści, mało obeznani z historią ruchu komunistycznego, różnych jego powikłań z przeszłości i obecnie, tym bakcylem zostali zarażeni".

Każde masowe zjawisko jest eksploatowane dla celów użytkowych. Wiemy, jak były eksploatowane rozliczne "ślubowania częstochowskie". A przecież tęsknota do Boga jest piękną rzeczą i godną poszanowania nawet przez niewierzących.

Spekulowanie na tęsknotach marksistowskich było też przystosowywane do napędów praktycznych.

Hibniewicz, przemysłowiec, tak poucza, jak to się robi (w Obywatelach K. Brandysa), redaktora Łękota: "Niech pan powtarza, że wszystko, co pan drukował o Zarzewiu [fabryka, którą prowadzi Hibniewicz - przyp. M.W.], było rezultatem troski o rozwój budownictwa w naszym kraju. Niech pan to powtarza jak maniak, do utraty tchu; ani słowa więcej, żadnych nowych motywów... No cóż, jesteśmy dorośli, czasami musimy paplać dziecięcym językiem".

Tak oto niby-chciejcy wyższej hierarchii niż ten cwaniaczek domalowujący aureolę Marksowi starali się sobie stworzyć z socrealizmu otoczkę ochronną.

WYPRAWA NA NIBY-CHCIEJSTWO

Nieuchronnie przyszedł, bo przyjść musiał, zły czas na niby-chciejstwo.

Takie reakcje zresztą też nie są nowe. Orzeszkowa, przecież, jak byśmy teraz powiedzieli, "aktywistka", broniąc powieści "tendencyjnej", pisała: "Nie idzie jednak za tym, aby tendencyjna powieść oblekać się miała w trywialną nudną formę".

Tak Orzeszkowa pisała w roku 1866, a w sto lat później:

J. Przyboś: "Osławione "produkcyjniaki" do czego się ograniczały, czym w istocie były? Opisywactwem i opiewalstwem. Łączyły opis przebiegów wytwórczych ze schematycznym panegirykiem. Opisywactwo i opiewalstwo zawsze wydawało mi się czymś zawstydzającym i w istocie upokarzającym i opiewanego, i piejącego. Do prawdziwego przymierza robotnika z artystą wiedzie inna droga".

Stanisław Zieliński: "Właśnie ci z zardzewiałymi schematami w głowie, ci bez żadnych oporów i zahamowań, nie znający, co to wątpliwość i rozterka, kładą ciężki cień swoich utworów na dobrym polskim reportażu".

Do tych konkluzji dochodzić musieli nawet dwaj Włodzimierzowie głęboko zaangażowani partyjnie:

Sokorski:

Weźmy dla przykładu świetny, ostry i bezkompromisowy utwór, jakim jest Złote cielę Ilfa i Pietrowa. Tak długo, jak autor obraca się w świecie faktów rzeczywistych kontrastów, autentycznie przeżywanych przeciwieństw, tak długo mamy do czynienia z dziełem na pograniczu genialnego pamfletu. Przy tym pamfletu antykołtuńskiego, antymieszczańskiego, antyreakcyjnego. Z chwilą jednak gdy autor naciąga na siebie gorset schematu i wszystko podciąga pod tezę, że pieniądze w ustroju socjalistycznym nic nie znaczą, utwór staje się nieautentyczny, jałowy filozoficznie, nieprawdziwy moralnie, nierzeczywisty w fakturze.

Dalej Sokorski pisze, że "nie przemawiam w ten sposób przeciw "tendencyjności"" etc., no, ale to już jest nieciekawy wszystkoizm zastrzegomanii.

Włodzimierz Maciąg:

W powieściach produkcyjnych postać komunisty rozpływa się w wykoncypowanym wzorze "pozytywu". Dołączyły się do tego i inne czynniki. Jakość sylwetki dodatniej, mówmy raczej: reprezentującej sobą konstruktywne idee, zależy w dużym stopniu od tego, jakimi są jego kontrpartnerzy. Tymczasem kontrpartnerów nie było. Byli kułacy, "bumelanci", sklepikarze, reakcjoniści, agenci i było kilka wersji biurokraty (biurokrata-lizus, biurokrata-człek sztywny, konserwatywny, biurokrata-wróg itp., itp.). Ci ludzie nie byli nawet groźni, byli śmieszni [...].

Temat bowiem współczesny, tak jak go wówczas rozumiano, narzucał taki właśnie układ postaci i konfliktu. Na licznych rysunkach satyrycznych (satyra dość dobrze odbija klimat czasu) stał wielkolud w drelichu i przydeptywał butem malutkie kukiełki we frakach lub butach z cholewami (kułak chodził w cholewach).

Tu mi się przypomina inny obrazek, tym razem z "niemrealizmu", to znaczy stylu, w jakim usiłowali Niemcy zaagitować naszych żołnierzy we Włoszech. Mianowicie strzelali na nasze pozycje pociskami rozpryskującymi ulotki. Szło wówczas niemieckiej propagandzie, aby wyzyskać rozżalenie żołnierzy, zwłaszcza Kresowców, jakie nastąpiło po konferencji teherańskiej. Istotnie, propagowano wówczas wśród wojska nawet pomysły buntu, co by się musiało zakończyć internowaniem. W tym miejscu powoływano przykład Beniaminowa i Szczypiorna, gdzie internowano legionistów, kiedy Piłsudski odżegnał się od współdziałania z Niemcami.

Niemcom więc szło o to, żeby te nastroje pogłębić. Ale jak?

Do kasyna przyniesiono właśnie taką ulotkę. Był na niej narysowany brzuchaty bankier angielski we fraku (a jakże!), w cylindrze na głowie (przy zajęciu jak niżej?), jedną ręką obejmujący siedzącą mu na kolanach nagą kobietę, a drugą, na której ogromny brylant wysyłał snopy promieni, trzymający butelkę z szampanem. Aha! - na domiar wszystkiego w gębie miał potężne cygaro z napisem wgnieżdżonym "na chamego": "Hawana". Oj - i jeszcze z lakierków pokrytych białymi getrami biły, jak i z brylantu, niesamowite blaski. Tak samo gorzały brylanty i w spinkach, i przy gorsie koszuli.

Gdzież to ja już widziałem setki takich burżujów z gołymi kobietami i z brylantami? Aha - w pierwszej wiośnie rosyjskiej rewolucji, w dobie walk z interwentami, gdzie właśnie tak byli wyobrażani kapitaliści usiłujący zdławić Rosję.

Kobietka była narysowana seksapilowato. Pod obrazkiem był napis: "Czy warto za to umierać?". Młodziutki podporucznik wpił się w rysunek oczami i wykrzyknął: "Warto, cholera!". Parsknęliśmy śmiechem.

Efekt był podwójnie chybiony, jeden wróg wraz ze swoim frakiem, brylantami i cygarem był abstraktem dla żołnierza, a drugi, to znaczy kapitalistyczny kociak - daj Boże zdrowie!

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

CZĘŚĆ TRZECIA. ZASADZKI

13. CHCIEJSTWO

POJĘCIE CHCIEJSTWA

REDUTA ORDONA A LA CARTE (CHCIEJSTWO PISARZY). CHCIEJSTWO SIŁĄ NAPĘDOWĄ

PRZYKŁADY CHCIEJSTWA

WYPRAWA NA NIBY-CHCIEJSTWO

"SZA! - MY WIEMY LEPIEJ". CHCIEJSTWO CZYTELNIKÓW

"MOTYLKA RÓZECZKĄ GONIĘ". CHCIEJSTWO "CZYNNIKÓW''

14. RELATYWIZM

ZIELONE ŚWIATŁO

CZERWONE ŚWIATŁO

PUENTYLIZM

WSZYSTKOIZM

15. ZAMYLENIA

NIEROZEZNANIE

RELACJE NIESPRAWDZALNE

16. CUDZOSŁOWIE

FE! - JAKA BRZYDKA RZECZ

W OBRONIE PLAGIATU

17. POTKNIĘCIA

LAPSUSY

BLAGA

ANEKS 7. CZY ZAWSZE "DOPOWIADANIE" BOHATERÓW JEST BLAGĄ?

GŁUPOTA

PRZEINWESTOWANIE

18. DEFORMACJE

O KOMPLEKSACH TYLKO UŁAMKOWO

SCHIZOFRENIA I PARANOJA

MITOMANIA

O MITOMANACH W POLSCE

19. OBSERWATORZY Z ZAPCHLONEJ KANAPY (KRYTYKA)

KRYTYKA TOWARZYSZEM

DZIEJOWE WIELOKROPKI

NA WIRAŻACH XIX WIEKU

W ODMĘTACH MIĘDZYEPOKI

ANEKS 8. "TODSCHWEIGEN'' CZY CELOWY BAŁAGAN?

20. ANIOŁOM SWOIM KAŻĘ CIĘ PILNOWAĆ (CENZURA)

ONGIŚ

DZISIAJ

JUTRO

ANEKS 9. FRAGMENT TYCZĄCY CENZURY Z WYKŁADU INAUGURACYJNEGO M. WAŃKOWICZA

CZĘŚĆ CZWARTA. SPRAWY PODSTAWOWE. (WARSZTAT, ZAPLECZE)

21. GENY I ŚRODOWISKO

GENY INDYWIDUALNE

GENY ZESPOŁOWE

CECHY ŚRODOWISKOWE

22. PRACA

METODY

WYTRWAŁOŚĆ

WYDAJNOŚĆ

PRECYZJA

ANEKS 10. CHARLIE CHAPLIN I KNYKIEĆ MICHAŁA ANIOŁA

23. TALENT

O NATCHNIENIU

BODŹCE

JASKÓŁCZY NIEPOKÓJ

ANEKS 11. LIST DO PISARZA X O IMPOTENCJI PISARSKIEJ

24. BYT MATERIALNY

MIĘDZY PODDASZEM A KOLCHIDĄ

POLSKIE DOLE I NIEDOLE

ANEKS 12. W POSZUKIWANIU MECENATU LITERATURY

U INNYCH

25. ZNAJOMOŚĆ ŚWIATA

PEREGRYNANCI

TERMINATORZY

RATOWNICY

EKSPLORATORZY

BORYKANIE SIĘ POD WIEŻĄ BABEL

NASZE INNOŚCI

KUCHENNYMI SCHODAMI

BRAK ZAPLECZA

MOZÓŁ WYKLUWANIA SIĘ

26. PAMIĘĆ SYNTETYCZNA

JAK SIĘ OBCHODZIĆ Z PAMIĘCIĄ?

W JARZMIE MNEMOZYNY

PAMIĘĆ STABILNA I KINETYCZNA

SPRAWNOŚĆ SYNTEZY

27. LEKTURA

PISARZE I LEKTURA

TRADYCJE POLSKIE

TĘSKNOTA ZA LITERATURĄ "BEZINTERESOWNĄ"

LEKTURA W JARZMIE FAKTOGRAFII

28. BIBLIOTEKI

BIBLIOTEKI PUBLICZNE

ANEKS 13. JESTEM MOCARZEM

BIBLIOTEKI DOMOWE

29. INDEKSY

INDEKS ZBRODNI NA KULTURZE

WAGA INDEKSÓW

30. KARTOTEKA

KARTOTEKA OSOBISTA

MOJA KARTOTEKA

31. SZPERACTWO

O KONIECZNOŚCI SZPERACTWA

32. INFORMATORY

DZIEJE RÓŻNYCH INFORMATORÓW

NIECO O POLSKICH "INFORMATORACH"

33. WSPÓŁPRACOWNICY

RODZINA I MASZYNISTKI

SEKRETARKI I SZPERACZE

MURZYNI

RYRAJTERZY

ADIUSTATORZY

KOREKTY I KOREKTORZY

34. OD CALAMUSA DO MAGNETOFONU

NARZĘDZIA PISARSKIEGO RZEMIOSŁA

35. SŁOWO MÓWIONE

WIELKIE TRADYCJE

O SZTUCE ORATORSKIEJ

DYFAMACJA SŁOWA

ANEKS OSTATNI. SZKOŁY PISANIA

AMERYKAŃSKIE SZKOŁY DZIENNIKARSKIE

POSŁOWIE