Jej Bohater - Laura Kaye

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Mając w kieszeni siedemdziesiąt pięć dolarów i zadłużoną ponad limit kartę kredytową, Alyssa Scott siedziała za kierownicą wiekowej toyoty corolli i wpatrywała się w budynek, w którym, jak liczyła, spełnią się jej marzenia.

Być może innym dziewczynom nie marzy się akurat Whiskey - Koncerty i Imprezy, ale dla Alyssy, od zawsze kochającej muzykę, a od tygodnia dumnej absolwentki zarządzania i marketingu ze specjalizacją gastronomia i imprezy masowe, było to idealne miejsce na początek pracy zawodowej. A fakt, że pracował tam Marco Vieri - najlepszy przyjaciel jej brata, mężczyzna, w którym kochała się, odkąd sięgała pamięcią - sprawiał, że miała wrażenie, że czeka ją coś więcej niż rozmowa o pracę - początek reszty jej życia.

Otworzyła drzwi i wysiadła w wilgotny majowy upał. Jej samochód był jednym z nielicznych na ogromnym parkingu - w sumie nic dziwnego o jedenastej w czwartkowy ranek. Jeśli wierzyć informacjom ze strony internetowej, w Whiskey podaje się lunche tylko w niedziele, gdy są dwa koncerty, jeden po południu, drugi wieczorem.

Przez całą długość dachu ciągnęły się ciemne w ciągu dnia neony - keyboard, gitara elektryczna i butelka whisky. Prawdopodobnie wieczorem zalewają cały parking feerią barw. Idąc przez parking, Alyssa puściła wodze wyobraźni; widziała się w tłumie gości, wyczuwała energię świetnego zespołu, niemal czuła hipnotyzujący rytm basów, słyszała muzykę rozpalającą do białości, czuła ekscytację publiczności. Adrenalina dodała jej sił i sprawiła, że jej ramiona pokryła gęsia skórka.

Złapała za klamkę - zamknięte. Podeszła do rogu, ale budynek był długi i głupio się czuła, myszkując tu samotnie.

Wróciła do drzwi i usiłowała zajrzeć do środka przez szybę. Wilgotny upał dawał się we znaki. Dostrzegła biało-czarne plakaty z nazwami zespołów, które miały wkrótce wystąpić, a po lewej stronie - zamkniętą budkę z biletami. Przeszył ją dreszcz oczekiwania. Pewnego dnia sama będzie organizowała takie imprezy.

Starła z czoła krople potu i zaczęła szukać komórki w torebce. Wolała nie myśleć, jak bardzo jej zależy na tej pracy, lepiej skupić się na tym, dlaczego jej potrzebuje. Potencjalna współlokatorka zaręczyła się na tydzień przed przeprowadzką do wspólnego mieszkania i Alyssa straciła swoją część kaucji, do czasu, jeśli w ogóle, koleżanka zdoła ją zwrócić. Kaucja pochłonęła prawie wszystko, co miała, a na ogłoszenia o poszukiwanej współlokatorce odpowiadali sami dziwacy.

Nie chciała ryzykować.

Rozważała, czy w ogóle wracać do Frederick, ale tu były jej korzenie, zresztą nie stać jej było na przyjęcie propozycji bezpłatnej praktyki w Waszyngtonie u dawnego pracodawcy. Jeszcze jako nastolatka upatrywała w Whiskey miejsce, w którym spełnią się jej marzenia. A kiedy umówiła się na rozmowę, wiedząc, że Marco też tu pracuje... wszystko się ułożyło. To zbyt piękny zbieg okoliczności, by z tego rezygnować. Tak więc postawiła wszystko na Frederick i teraz naprawdę potrzebowała tej pracy. I chciała ją dostać. Innego wyjścia po prostu nie ma.

W końcu wygrzebała telefon. Zadzwoniła. Jeden dzwonek... drugi... Spojrzała przed siebie - prosto w oczy starszego mężczyzny.

Drgnęła i upuściła komórkę, która z brzękiem upadła na chodnik.

Mężczyzna przez chwilę mocował się z pękiem kluczy, w końcu znalazł właściwy, otworzył drzwi i uchylił je odrobinę.

- Słucham panią?

Odetchnęła głęboko i schyliła się po telefon. Weź się w garść.

- Jestem Alyssa, byłam umówiona na rozmowę o pracę.

- Ach tak, proszę bardzo, na dworze już skwar. - Otworzył drzwi i wskazał jej drogę. - Chuck Wilson, menadżer tej budy.

Alyssa weszła do środka i wzdrygnęła się, czując zimny powiew klimatyzacji.

- Alyssa Scott. - Podała mu rękę. Uścisnął ją z uśmiechem, mrużąc błyszczące oczy.

- No to, panno Scott, usiądźmy i pogadajmy.

Szła za Chuckiem przez przestronny hol; minęli też bar, za którym, jak wspominał jej brat, pracował Marco. Jej serce zatrzepotało na samą myśl.

- Czy jest Marco Vieri? - zapytała.

Chuck wbił dłonie w kieszenie spodni. Odwrócił się do niej.

- Tak, panienko. Zna pani Marco?

- Dorastaliśmy razem, to najlepszy przyjaciel mojego brata.

- Tak? Porządny z niego dzieciak.

- Owszem, wspaniały. - Zachichotała. Nigdy nie myślała o Marco Vieri jako o dzieciaku. Wysoki, ciemnowłosy, starszy od niej o prawie pięć lat. Nie, nigdy nie nazwałaby go dzieciakiem. Był za to najprzystojniejszym, najbardziej lojalnym mężczyzną, jakiego znała i nie mogła się doczekać, kiedy go znowu zobaczy. Minęło dużo czasu, za dużo, ale teraz, gdy oboje wrócili do domu - ona po studiach, on z wojska - może w końcu będzie szansa na to, o czym od dawna marzyła.

Znaleźli się w przepastnym wnętrzu. Ciąg lamp oświetlał wejście i pierwszy rząd stolików.

- Proszę usiąść. Pójdę po dokumenty.

Chuck zniknął w korytarzu po prawej, a Alyssa opadła na wiekowe drewniane krzesło, położyła torebkę na podłodze i rozejrzała się ciekawie. Nie była tu na żadnym występie, w ciemności nie widziała nawet końca ogromnej sali. Przypominała amfiteatr, stoliki, otaczające scenę podkową, stały coraz wyżej. Domyślała się, że dzięki temu tworzy się intymny nastrój podczas koncertów.

- Już jestem! - zawołał Chuck.

Alyssa skoncentrowała się z trudem, a on odsunął nakrycie stołowe. Podała mu swoje CV, wzięła formularz, który kazał jej wypełnić. Była tak zdenerwowana - myślą o pracy i o tym, że wkrótce zobaczy Marco - że nie mogła opanować nerwowych ruchów nogą. Oddychaj głęboko, Aly. Posłuchała własnej rady - raz, drugi - i w końcu jakoś wzięła się w garść. Dobrze chociaż, że formularz nie był zbyt skomplikowany.

Przejrzał jej podanie i poprosił, żeby opowiedziała coś więcej o studiach i praktykach. Whiskey to największe centrum rozrywkowe w zachodnim Maryland i gdyby dostała tę pracę, wszystko w końcu zaczęłoby się układać, więc zebrała się w sobie i mówiła o studiach i doświadczeniu zawodowym. W miarę jak z jej ust wypływały słowa, nabierała pewności siebie.

Gdy skończyła, Chuck skinął głową.

- Imponujące CV, panno Scott. Ma pani dobre kwalifikacje, aż za dobre. - Odłożył papiery na stół. - To rodzinna firma, właściciele wyznają zasadę, że pracownicy powinni poznać firmę od podszewki, od samego dołu.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Jestem gotowa na ciężką pracę, chciałabym przekonać się, jak funkcjonuje ten lokal, pod każdym względem, na każdym stanowisku. No i przez cztery lata pracowałam jako kelnerka. - Pochyliła się nad stołem. - Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak przechwałki, ale jestem w tym naprawdę dobra. Nie zawiodę pana.

Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, zanim się uśmiechnął.

- Tupet. To mi się podoba... dziewczyno, nigdy nie miej oporów, żeby się zareklamować, nikt inny tego nie zrobi. I mów mi Chuck. - Na jego okrągłej, dobrodusznej twarzy zagościł szeroki uśmiech. - Możesz pracować o każdej porze dnia i nocy? I zacząć od zaraz?

Alyssa uśmiechnęła się, słysząc entuzjazm w jego głosie.

- Tak.

Poczuła się jeszcze lepiej, gdy jej powiedział, ile płaci za godzinę i jak wysokie napiwki dostają kelnerki. Boże, przy takich zarobkach będzie mogła samodzielnie wynająć małe mieszkanko i nie będzie musiała zawracać sobie głowy kolejną nieuczciwą współlokatorką. Ba, może nawet uda jej się co nieco odłożyć.

- Oczywiście muszę sprawdzić referencje, ale zakładając, że wszystko jest w porządku, chciałbym zaproponować pani pracę, panno Scott. Brakuje mi personelu, a w lecie zawsze mamy tu urwanie głowy. Potrzebuję kelnerki od zaraz, na wczoraj. A jeśli okaże się, że się nie mylę, oceniając pani potencjał, nie widzę powodu, dla którego nie miałaby pani stopniowo awansować.

Tak jest!

- Może pan na mnie liczyć, zapewniam.

Uśmiechnął się.

- Kiedy możemy zacząć szkolenie? Musisz się zapoznać z instrukcjami i zasadami, przejrzeć kartę dań, poznać rozkład lokalu. Same przyjemności, Oczywiście za wynagrodzeniem.

- W każdej chwili, kiedy to panu pasuje. Jestem wolna.

- Możemy zacząć natychmiast?

- Tak. - Nie ma sensu zwlekać, zwłaszcza że w portfelu ma pieniędzy na tylko jeden nocleg w hotelu.

- W takim razie poczekaj, zaraz przyniosę zasady pracy.

Alyssa zacisnęła dłonie i odetchnęła z ulgą. O Boże, udało się! No i co, losie? Po klęsce z mieszkaniem naprawdę potrzebowała czegoś pozytywnego.

Chuck wrócił z segregatorem i plikiem dokumentów.

- Tu masz zasady pracy. Przejrzyj to, a ja wypełnię te wszystkie papiery i sprawdzę twoje referencje. Tak na wszelki wypadek.

Wyszedł, a Alyssa zagłębiła się w spisie procedur i zasad. Przypływ adrenaliny na myśl, że być może wkrótce dostanie pracę, dodawał energii motylom, które i bez tego szalały w jej brzuchu w związku z tym, że lada chwila może zobaczyć...

- Ej, Chuck? - usłyszała męski głos od strony baru.

Alyssa wstrzymała oddech. Wszędzie rozpoznałaby ten głos. Słyszała go w snach.

- Chuck?! - zawołał głos ponownie.

Odwróciła się na krześle. Czuła, jak serce bije jej coraz szybciej, gdy Marco znalazł się w kręgu światła. Chłonęła go wzrokiem. Niósł karton, na tyle ciężki, że pod rękawem koszulki uwydatniły się mięśnie ramion. Kiedy widziała go po raz ostatni, był na przepustce między kolejnymi misjami. Miał wtedy na sobie mundur - i wyglądał zabójczo. Teraz jego ciemne włosy były dłuższe i zmierzwione, jakby przeczesał je palcami, ale nadal przypominał żołnierza, którym do niedawna był. Podrzucił pudełko, aż uniósł się skraj koszulki, odsłaniając skrawek płaskiego brzucha. Opuściła wzrok niżej, na czarne dżinsy, obcisłe dokładnie tam, gdzie trzeba.

Dawne uczucie dławiło ją w gardle, aż nie mogła oddychać. Zerwała się z krzesła, chciała zawołać go po imieniu, ale zaschło jej w ustach.

- Przepraszam, nie zauważyłem... - Urwał, zmarszczył brwi, wszedł do pokoju, przyjrzał się jej uważnie i szeroko otworzył oczy. - Alyssa? - Przysunął krzesło, postawił pudło. Uśmiechał się szeroko, aż dostrzegła dołeczek w jego lewym policzku. Podszedł do niej. Niebieskie oczy pojaśniały z zaskoczenia. - A niech mnie. Coś takiego!

Zakręciło jej się w głowie od jego bliskości, olśniewającego uśmiechu, czystego, męskiego zapachu jego skóry. Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- Cudownie znowu cię widzieć, Marco - wykrztusiła w końcu. O Boże, był jeszcze przystojniejszy niż w jej wspomnieniach.

Wyciągnął ręce.

- Jak to, nie przywitasz mnie? Minęły dwa lata, prawda?

- Prawie - odparła i ze ściśniętym gardłem znalazła się w jego ramionach. Ledwie poczuła przy sobie jego klatkę piersiową, wiedziała, że ma problem. Objął ją mocno, przytulił do siebie, pocałował w czubek głowy. Alyssa odwzajemniła uścisk. O Boże, czy on zawsze był tak muskularny? Taki wysoki? Taki potężny? Nikła w jego objęciach i nagle wszystko, co do niego czuła, powróciło z dawną siłą, a serce waliło w jej piersi jak oszalałe.

- Jak się masz, Aly? - zapytał, tuląc ją do siebie.

- Dobrze - mruknęła, zarazem zachwycona, że posłużył się zdrobnieniemm i rozczarowana, że tak po prostu weszli w stare koleiny, stare nawyki. Odepchnęła tę myśl od siebie. Najważniejsze, że Marco jest tutaj, że dochodzi do siebie po ranach, przez które musiał odejść z Oddziałów Specjalnych, ze strefy zagrożenia. - Martwiłam się o ciebie. Cieszę się, że już wróciłeś.

Marco odsunął się, wypuścił ją z objęć i Alyssa od razu zauważyła blizny pokrywające jego lewe ramię i całą rękę. Szybko odwróciła wzrok. Czuła, że na nią patrzy. Skrzyżował ręce na piersi tak, że lewa niknęła pod prawą, zdrową.

Na jej oczach radość i szczęście, które widziała w jego oczach, zmieniły się w prawie namacalny niepokój. Powietrze wokół nich zgęstniało.

Zacisnął usta i zorientowała się, że on także to wyczuwa.

- A właściwie... co tu robisz?

- Staram się o pracę. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem, w nadziei, że odpowie tym samym i dzięki temu znowu zobaczy dołeczek w jego policzku.

Niestety.

- Tutaj?

Niespokojnie przestąpiła z nogi na nogę, skóra zaczęła ją mrowić. Skrzyżowała ręce na piersi i usiłowała nadążyć za jego nagłą zmianą nastroju. Nagle zdała sobie sprawę, że przyjęła tę samą postawę co on, jakby udzielił się jej jego nastrój.

- No, tak.

Zmrużył oczy, co jeszcze bardziej wyostrzyło rysy jego twarzy, podkreśliło ciemne sińce pod oczami.

- O nie, Alysso, nie tutaj.

Zrobiło jej się niedobrze, gdy usłyszała dezaprobatę w jego głosie.

- Dlaczego nie?

- To nie jest odpowiednie miejsce dla dziewczyny, za dużo tu agresji.

Nadąsała się. Jego słowa skutecznie zabiły jej radość, a obudziły mieszane uczucia.

- Marco, nie jestem dziewczyną, jestem kobietą.

Naburmuszył się, oparł dłonie na biodrach.

- Słuchaj, na pewno znajdziesz coś lepszego. Co by powiedział Brady, gdyby się dowiedział?

- On już wie. - Choć wcale mu się to nie podoba. Mocniej objęła się ramionami. - Zresztą co Brady ma z tym wspólnego?

- Ja tylko... - Pokręcił głową. Wydawało się, że z trudem dobiera słowa. - Za barem mam zbyt dużo pracy, żeby cię pilnować. - Frustracja i rozpacz zabarwiły jego głos goryczą.

Otworzyła usta z wrażenia. Przecież szuka pracy, a nie poczucia bezpieczeństwa! Dlaczego on się tak zachowuje? I czy w przeszłości też tak do niej mówił? Jedną z rzeczy, które ją w nim dawniej pociągały, była łagodność, z jaką się do niej odnosił, choć pewnie obecność młodszej siostry przyjaciela musiała mu przeszkadzać.

Potrzebowała tej pracy. Do cholery, chciała jej.

- Wiesz co? Nie musisz się o mnie martwić. Sama potrafię o siebie zadbać. - Jego ostry ton miał też dobre skutki. Utwierdzał ją w uprzednim przekonaniu, a dzięki temu udało jej się zapanować nad łzami.

W jego oczach błysnęło uczucie, którego nie potrafiła nazwać.

- Alysso, do cholery, jesteś zbyt...

Z korytarza dobiegł głos Chucka. Marco zacisnął usta w wąską linię, przeczesał włosy palcami.

Menadżer wszedł do pomieszczenia z telefonem przy uchu i z promiennym uśmiechem na twarzy.

- Wielkie dzięki - powiedział.

Alyssa wodziła wzrokiem od rozpromienionego Chucka do ponurego Marco; ten kontrast przyprawiał ją o zawrót głowy.

Chuck wcisnął guzik na telefonie, schował aparat do kieszeni i podszedł do nich.

- Z przyjemnością informuję, że wszyscy wyrażają się o tobie w samych superlatywach. - Podał jej rękę. - Zatrudniam cię. Od tej chwili.

Rozdział 2

Marco obserwował z narastającym niepokojem, jak Chuck i Alyssa podają sobie ręce, żeby przybić umowę. Whiskey to nieodpowiednie miejsce dla niewinnej dziewczyny; widział przecież, jak niektórzy goście traktują kelnerki - jakby były częścią spektaklu. Alyssa jest słodka, młoda, nieśmiała - taką osobą trzeba się zaopiekować.

Co ten Brady sobie myślał, do cholery, że jej na to pozwolił? Przecież skopie Marco tyłek, jeśli Alyssie coś się stanie.

Po raz pierwszy obiecał przyjacielowi, że zaopiekuje się jego siostrą, gdy tylko jego dom dzielił rodzeństwo Scottów od agresywnego ojca i opieki społecznej. Po maturze wynajęli z Bradym mieszkanie i zabrali ze sobą Alyssę; mieszkali we Frederick, póki nie wyjechała na studia. A później, jakby tego wszystkiego jeszcze było mało, w zeszłym roku w Afganistanie Brady uratował mu życie. Więc, jakby na to nie patrzeć, Marco miał honorowy dług wobec przyjaciela i musiał czuwać nad jego siostrą. Chronić ją, choćby przed głupotą jej własnego brata.

Rzecz w tym, że Marco z trudem radził sobie sam ze sobą. A kiedy ostatnio chciał komuś pomóc, skończyło się fatalnie.

- Alyssa mówiła, że razem dorastaliście. - Głos Chucka wyrwał go z zadumy.

Marco przesunął wzrok z szefa na nią i dopadły go wyrzuty sumienia, bo unikała jego wzroku.

- No, tak. To były dobre czasy - dodał w nadziei, że Alyssa przyjmie gałązkę oliwną, którą jej ofiarował i na niego spojrzy.

Podziałało i niemal od razu tego pożałował. W jej ciemnych, czekoladowych oczach nie było już iskierki, która dodawała im uroku, gdy nie tak dawno się z nim witała.

Uroku?

Niech to szlag.

I nagle spojrzał na nią zupełnie inaczej, i wcale nie widział małej dziewczynki, już nie.

Owszem, nadal była drobna, ale patrząc na ciemne loki, na piersi w dekolcie sweterka, na jej sylwetkę w obcisłych dżinsach, nie sposób nie dostrzec kobiety.

A stąd już tylko krok do rozważań, jakie to uczucie, mieć ją w ramionach, przy sobie. W końcu jest mężczyzną, który od wielu miesięcy obchodził się bez kobiet, walcząc zajadle o odzyskanie choćby cząstki dawnego siebie.

Tylko że ta piękna dziewczyna, przepraszam, kobieta, która stała naprzeciwko niego, to nie byle kto. To młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela. Zakazany owoc. Pierwsza zasada honorowego faceta.

Zresztą, nawet gdyby było inaczej, nie może od żadnej oczekiwać, by brała sobie na głowę taki wybrakowany towar jak on, zwłaszcza osoba tak młoda, jak Alyssa.

- To jak? - Znowu uciekła od niego wzrokiem. - Mam najpierw do końca zapoznać się z zasadami czy...

- Tak - mruknął Chuck. - Czytaj i daj znać, kiedy skończysz. Odpowiem na wszystkie ewentualne pytania, a potem oprowadzę cię po lokalu. A, i jeszcze muszę mieć kserokopię twojego prawa jazdy, dowód, że jesteś pełnoletnia.

- Jasne. - Schyliła się po torebkę na podłodze.

Marco z trudem powstrzymał jęk. Te dżinsy go zabiją.

- Ja... - Podrapał się w policzek. - Wracam do inwentaryzacji. - Przeszedł przez pomieszczenie, zobaczył karton, który go tu sprowadził. - Tej paczki nie było na liście.

- Zostaw to tutaj - mruknął menadżer. - Później to przejrzę. - Chuck wziął od Alyssy prawo jazdy. Ponownie usiadła na krześle, na którym Marco zobaczył ją po raz pierwszy.

Wrócił do baru, ominął stertę kartonów na podłodze za długim kontuarem, sięgnął po spis na podkładce, by z westchnieniem odłożyć go na gładki blat i oprzeć się o ladę.

W pierwszej chwili tak się zdziwił, widząc kogoś na sali, że jej nie poznał. W dodatku wyglądała o wiele doroślej niż na Boże Narodzenie dwa lata temu, gdy spotkali się po raz ostatni, dlatego trwało chwilę, zanim wszystko mu się ułożyło w głowie.

Stłumił jęk i ponownie zajął się liczeniem butelek wina, piwa i wódki, myślami jednak uparcie wracał do brunetki przy stoliku, zbyt słodkiej, by miało jej to wyjść na dobre.

Dlaczego wróciła do Frederick? Właściwie nie miała tu rodziny. Brady nadal służył w oddziałach specjalnych, Bóg jeden wie gdzie, a od powrotu Marco tylko raz spotkał Josepha Scotta. Wiedział, że ojciec Alyssy i Brady'ego nie zmienił się ani odrobinę. Może nawet byłoby mu go żal, gdyby nie był świadkiem tego, jak po śmierci żony Joe wyładowywał złość i frustrację na dzieciach.

W przeszłości Brady i Alyssa nie raz i nie dwa pukali do jego drzwi, pobici, posiniaczeni. Miał szczerą nadzieję, że Aly nie wybiera się do staruszka.

Ukucnął i przesunął ostrzem noża po taśmie klejącej na spoiwie kolejnego pudła.

Przeżycia Scottów i przekonanie, że musi walczyć za tych, którzy sami nie mogą się bronić, kazały mu wstąpić do wojska. A teraz za kogo ma walczyć?

- O, cholera. - Czuł, jak za lewym uchem narasta migrena. Opadł na kolana, zamknął oczy, skoncentrował się na ćwiczeniach oddechowych, których go uczono. Wdech na dwa, wydech na dwa, i tak do skutku, aż ustąpią zawroty głowy.

Uniósł powieki i zorientował się, że prawą ręką machinalnie masuje lewe ramię, rozerwane od bicepsa po nadgarstek na minie pułapce, której w ogóle nie pamiętał.

Chirurdzy zrobili, co w ich mocy, zwłaszcza że doszło do tak poważnych uszkodzeń nerwów, iż obawiali się, czy w ogóle odzyska władzę w ręce. Jednak przeszczep ścięgna nie udał się do końca - palce nadal były słabe, a łokieć sztywny jak drewno.

Ale i tak najgorzej było z jego głową. Nie pamiętał, jak doszło do wypadku, wyobraźnia podsuwała mu koszmarne wizje, czasami odzywała się także apraksja - niezdolność formułowania słów i wyrażania myśli. Na to chirurdzy nie mieli sposobu. A wszystko razem złożyło się na bilet w jedną stronę, do cywila, na rentę.

Marco rozerwał karton i wyjmował butelki, ustawiając je na kontuarze. Widok Alyssy sprawił, że poczuł się więźniem dwóch światów, choć zarazem do żadnego w pełni nie należał. Podczas ich krótkiej rozmowy wrócił na chwilę do czasów, gdy doskonale wiedział, kim jest i czego pragnie. Gdy zdawało mu się, że może być kim chce i robić, co zechce.

A potem powiedziała, że się cieszy, że jest w domu - i to było jak cios w splot słoneczny, bo od dziesięciu długich miesięcy o niczym tak nie marzył, by tam wrócić i robić to, do czego go wyszkolono. Choć to już się nigdy nie wydarzy.

Musiał pożegnać się z tamtym Marco, z tamtym marzeniem... Chyba nigdy się z tym nie pogodzi.

Zaklął pod nosem i cisnął pusty karton za siebie.

Właśnie w tym problem. Wystarczyła godzina z Alyssą, a dopadły go myśli, których wcale nie chciał. Inwentaryzacja. Piwo. Wino. Z beczki. Butelkowe. Białe. Czerwone. O tym może myśleć. O tym chce myśleć.

Nie o tym, że nie może patrzeć na swoje odbicie w lustrze.

Nie o tym, że słabość i ból wzięły górę.

Nie o tym, jak wszystko, do cholery, się zmieniło.

A już na pewno nie o tych trzech, których śmierć miał na sumieniu.

Jej dłonie wystukiwały rytm na ladzie.

- Może przerwa na lunch?

Marco odwrócił się na pięcie, spięty, gotów do walki. Uderzył kolanem o szyjkę butelki, wystającą z kosza na śmieci na podłodze. Butelka i dwie pozostałe potoczyły się po posadzce. Skrzywił się, słysząc odgłos tłuczonego szkła.

- Cholera, przepraszam - mruknął, zerkając kątem oka na Chucka za barem.

- Nie przejmuj się, synu, idę po miotłę.

Pozbierał co większe kawałki, czując, jak serce idiotycznie wali mu w piersi; wrzucił je do kosza, jeden po drugim. Jeśli to jej obecność tak na niego działa, byłoby lepiej, gdyby...

- Pomogę. - Alyssa kucnęła przy nim, schyliła się nad kartonem, podniosła odłamek.

- Nie! - warknął.

Odskoczyła.

Marco zacisnął pięści, wściekły na siebie za tę nerwowość, brak opanowania, szybką irytację.

- Czemu właściwie tu jesteś?

Alyssa otrzepała dłonie o uda, wstała, wyszła zza baru.

On także wstał i zerknął na nią. Patrzyła na niego jak na dzikie, nieprzewidywalne zwierzę. Świetnie.

- Chciałem tylko zapytać, czemu jeszcze jesteś w pracy? - Przycisnął palce do skroni. - Wiem, że Chuck chciał, żebyś wypełniła... - W głowie oczywiście miał słowo: "dokumenty", ale nie był w stanie go wypowiedzieć. Przełknął gulę w gardle. - Nie sądziłem... - Cholera, nie jest nawet w stanie z nią porozmawiać. Przeczesał włosy palcami, westchnął.

Alyssa skrzyżowała ręce na piersi.

- Chuck zaproponował, żebym zjadła z pracownikami i zorientowała się, co jest w karcie dań. Skoro już tu jestem i w ogóle.

W tej chwili wrócił Chuck z komórką przy uchu i miotłą w drugiej ręce.

- Zaprowadź Alyssę do rekreacyjnego - szepnął. - Ja tu skończę.

Marco wytarł ręce w ścierkę i skinął głową.

- Tędy. - Niezręczna cisza ciążyła mu, gdy szli krętym korytarzem do pokoju rekreacyjnego niedaleko kuchni. Poczucie winy i dziesięć miesięcy przekonania, że jest do niczego, nie dawały mu spokoju. Mógłby przynajmniej spróbować porozmawiać, prawda? - Miałaś jakieś wieści od Brady'ego?

Podniosła na niego wielkie, niespokojne brązowe oczy.

- Dzwonił w dniu rozdania dyplomów. Nie wiem skąd, ale wydawał się spokojny.

Marco oddałby wszystko, by z nim być, ale ta część jego życia minęła bezpowrotnie i tylko on był temu winny, nikt inny.

- To dobrze.

- Tak.

Cholera. Musi to naprawić. Owszem, Brady to jego najlepszy przyjaciel, ale z Alyssą także przyjaźnił się od lat. Drażniła go ta obcość między nimi.

- Nadal grasz na gitarze?

Założyła niesforny lok za ucho.

- Wyobraź sobie, że tak. Brady przysłał mi nową z okazji ukończenia studiów. Poczekaj, aż ją zobaczysz!

Ucieszyło go, że nadal robi coś, czego sam ją nauczył, ale zarazem był na siebie wściekły, że nie dostała niczego od niego. Cholera.

- Moja mała Aly skończyła studia. Nie do wiary.

Przewróciła komicznie oczami, ale na jej ustach błąkał się uśmiech.

Razem weszli do pokoju rekreacyjnego. Przy stole siedziało już trzech mężczyzn. Zajadali z apetytem. Jednocześnie podnieśli głowy znad talerzy i przyglądali się Marco z namacalnym wręcz zdumieniem.

Najwyraźniej nie zależało mu na nowych przyjaźniach. Zaraz jednak skoncentrowali się na dziewczynie i mierzyli ją spojrzeniami pełnymi aprobaty. Marco miał ochotę objąć ją ramieniem. Czy mu się zdaje, czy ma trochę za głęboki dekolt? Z trudem opanował odruch, by ją chronić. Zamiast tego przedstawił jej pozostałych.

- Panowie, to Alyssa Scott, nasza nowa kelnerka. Alysso, poznaj Tommy'ego, Erica i Vana.

Odsunęła krzesło koło Erica.

- Cześć.

Eric wstał, spojrzał na jej krzesło, więc odsunęła się i pozwoliła, by je przytrzymał, kiedy siadała; oboje się zarumienili.

Marco przyglądał się Ericowi i w głębi duszy zżymał się, widząc zachwyt na jego twarzy. Świetnie, po prostu świetnie.

- Dzięki - mruknęła. - Więc co tu jest dobrego?

- Wszystko. - Van podał jej półmisek przystawek. - Ale nie jestem obiektywny.

- A dlaczego? - zapytała, biorąc od niego talerz.

- Bo to ja tu gotuję. - Puścił do niej oko.

Uśmiechnęła się.

- Czyli twoja opinia albo liczy się podwójnie, albo wcale. - Spojrzała na pozostałych. - Jak jest?

Jej pytanie na chwilę zawisło w powietrzu, zaraz jednak rozległy się śmiechy i dobroduszne kpiny z Vana.

To był zabawny widok, ale jej gotowość, by się zaprzyjaźnić z grupą mężczyzn, którzy znali się od dawna, przełamała lody i rozmowa potoczyła się gładko nad smakołykami Vana. Wypytywała ich o pracę w Whiskey i opowiadała o sobie - z większą swobodą niż podczas rozmowy z nim, zauważył Marco ze smutkiem. W końcu dołączył do nich Chuck. Jej mądre, przemyślane pytania na temat firmy do końca podbiły jego serce. Ironiczne poczucie humoru Vana, które wiele osób odstraszało, dla niej było wyzwaniem, aż wydawało się, że toczą niewypowiedziany pojedynek na złośliwości, a pozostali przyglądali się im ze śmiechem i zdumieniem, nie wyłączając jego.

Kim jest ta pewna siebie, dowcipna kobieta? Alyssa, którą zapamiętał, była nieśmiała, wycofana, zahukana, niepewna siebie - bo tylko w taki sposób mogła przeżyć w domu swojego ojca. Poczuł dumę, widząc przemianę, która w niej nastąpiła, ledwie się stamtąd wyrwała, ale też jego żołądek ścisnął się boleśnie. Przez moment widział tę dawną Alyssę - wtedy przy barze, gdy na nią warknął.

Z jednej strony chciał odciągnąć ją na bok i przeprosić, z drugiej był pewien, że właśnie dlatego jest dla niej absolutnie nieodpowiedni, przynajmniej teraz. Dla niej i dla każdej innej.

Kolejny dowód na to, że nie jest żadnym pieprzonym bohaterem.

Odsunął od siebie talerz.

Alyssa wytarła usta serwetką i odłożyła ją na pusty talerz.

- Cóż, mistrzu, nie skąpię komplementów, kiedy mam ku temu podstawy. Wszystko było pyszne i pękam z przejedzenia.

Van się uśmiechnął.

- Chuck prawie codziennie prosi o podobny lunch, więc wkrótce znowu się najesz.

- Jeszcze nigdy nie pogardziłam darmowym jedzeniem, a szczególnie tak pysznym. Zawsze tu zajrzę, jeśli akurat będę w pracy. Wkrótce będziecie mieli mnie dosyć.

- Nie sądzę - mruknął cicho Eric i zaraz się skrzywił, jakby wcale nie chciał powiedzieć tego na głos. Marco spojrzał w jego stronę i po raz kolejny przyłapał się na tym, że tłumi w sobie idiotyczny, denerwujący odruch, by pochylić się w prawo i objąć Alyssę ramieniem.

Chuck wstał.

- Moja droga, będziesz pracowała tyle, ile zechcesz; jak mówiłem, brakuje mi rąk do pracy.

Pozostali poszli w jego ślady, a Alyssa sprytnie wykorzystała okazję i przy sprzątaniu zapytała, dokąd odnieść brudne talerze.

- Chodź, zaczniemy od kuchni, oprowadzę cię po całym lokalu, jak obiecałem. To fantastyczne miejsce.

Alyssa z uśmiechem podniosła stertę talerzy i sztućców.

- Fajnie was poznać, chłopaki. Do zobaczenia. - Uśmiechnęła się lekko do Marco.

Odprowadzał ją chór pożegnań.

Głos Chucka niósł się echem po korytarzu, gdy opowiadał Alyssie o lokalu.

Van podszedł do Erica ze znaczącym uśmieszkiem na twarzy. Położył mu rękę na ramieniu.

- Wyluzuj, smyku.

Eric strącił jego dłoń i się skrzywił.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

Van się roześmiał.

- Jak sobie chcesz, ale następnym razem radzę jednak trzymać język za zębami.

Śmiejąc się i przekomarzając, zniknęli za drzwiami. Marco ciężko oparł się o stół. Cholerny ból za uchem znowu dawał mu się we znaki.

Koniec wersji demonstracyjnej