Imaginarium. Ogród Leonarda - Agnieszka Stelmaszyk

Reflow text when sidebars are open.
- Alarm! Alarm! - Strwożony okrzyk przeszył nocną ciszę. Marianna wybudzona z głębokiego snu usiadła na swojej koi. Do jej świadomości dotarł przeciągły dźwięk syreny i krzyki. Chciała sprawdzić, skąd to zamieszanie, ale gdy spuściła stopy na podłogę, z przerażeniem odkryła, że do kajuty wdarła się woda, sięgająca jej już niemal do łydek.
- Co się dzieje? - wymruczała sennym głosem Penny.
- Wstań, prędko! Chyba toniemy!
- Co? - Penny rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem.
Wszędzie chlupotała woda, a co gorsza, prędko jej przybywało.
Marianna chwyciła swoją niezwykłą puszkę po herbatnikach z wieżą Eiffla na wieczku, z którą nie rozstawała się od czasu, gdy znalazła ją w piwnicy domu swojej ciotki.
- Otwarta! Wieczko znowu się otworzyło! - stwierdziła ze zgrozą, bo z doświadczenia wiedziała już, że to oznacza wielkie kłopoty.
- Sprzysiężenie Ghirlandaia! - Penny zrozumiała, co się stało. - Znaleźli nas nawet tutaj! A miało być bezpiecznie.
Ktoś załomotał w drzwi i dziewczynki spojrzały na siebie niepewnie.
- Penny! Marianno! - Usłyszały wołanie ciotki Izabeli. - Jesteście tam?
- Jesteśmy! Co się dzieje? - zapytała Marianna.
- Musimy się ewakuować! Otwórzcie!
Marianna spróbowała wydostać się z kajuty.
- Nie mogę! - krzyknęła przestraszona. - Drzwi są zablokowane! Pomóż mi! - zawołała do przyjaciółki.
Penny wyskoczyła z łóżka, ale w tym momencie rozległ się metaliczny dźwięk i barka przechyliła się mocno na jedną burtę. Dziewczyna straciła równowagę, przewróciła się i wylądowała w wodzie.
Marianna rzuciła się na ratunek i podała jej rękę.
- Dzięki! - wychrypiała Penny, zanosząc się kaszlem.
- Musimy się stąd wydostać! - mówiła z paniką w głosie Marianna.
Kaszląc i trzęsąc się z zimna, obie pośpieszyły do zablokowanych drzwi. Choć napierały na nie z całych sił, nie chciały ustąpić.
- Dziewczynki, odsuńcie się! Zaraz was uwolnimy! - Usłyszały i posłusznie zastosowały się do zalecenia madame Sorel.
Po chwili rozległ się łomot i drzwi zostały wyważone, a Didier Dubois, kapitan barki, zdyszany i przemoczony do suchej nitki, stanął przed uwięzionymi pasażerkami.
- Ktoś was zamknął! - poinformował Miłosz, który wychylił się zza pleców kapitana. - Tak samo jak nas! - dodał z przejęciem.
- Nie ma chwili do stracenia! - mówił tymczasem kapitan. - Musimy się ewakuować! To już wszyscy? - Spojrzał na madame Sorel. Jej policzki były całkiem blade.
- Tak, teraz jesteśmy w komplecie. Uciekajmy! - zwróciła się do Penny i Marianny.
- Zaraz, zabiorę tylko torbę! - Marianna cofnęła się do łóżka. Całe szczęście, że torba nie wpadła do wody, gdy nastąpił przechył. Upewniła się, że puszka i parę ważnych drobiazgów nadal są wewnątrz, przerzuciła pasek torby przez ramię, chwyciła jeszcze błękitną walizkę, którą dostała od Johna Fultona, i chwytając się dłoni Miłosza, ruszyła na pokład.
- Co się właściwie stało? - zapytała, z trudem brnąc przez zalane pomieszczenia.
- Idziemy na dno! - powiedział z paniką w głosie Miłosz.
- Ktoś wyciął dziurę w poszyciu barki! - wyjaśnił idący z tyłu Dreyfus, a Septimus dodał:
- I pozamykał wszystkich w kajutach!
- Nie brzmi to dobrze - mruknęła Marianna.
- Zwłaszcza że tutaj miało być bezpiecznie - dodał Dreyfus.
Barka wciąż nabierała wody, a dwóch członków załogi w wielkim pośpiechu przygotowywało ponton ratunkowy.
- Prędko, musimy się przesiąść! - ponaglał kapitan Dubois.
Wszystko rozgrywało się w takim tempie, że Marianna nie miała zbyt wiele czasu do namysłu. Akcja ratunkowa przebiegała jednak szybko i sprawnie. Wszyscy zajęli miejsca w pontonie i zdążyli się nieco oddalić od barki akurat w chwili, gdy ta z wielkim zgrzytem i jękiem poszła na dno.
Potem zaległa przygnębiająca cisza.
Rozbitkowie pozostali sami na środku rzeki. W przemoczonych ubraniach trzęśli się z zimna, choć noc była ciepła i bezwietrzna.
- I co te-te-teraz będzie? - spytał Miłosz, szczękając zębami.
- To stało się tak prędko, że nie zdążyliśmy wezwać pomocy - wyznała madame Sorel.
- Na brzegu rozpalimy ognisko i spróbujemy się osuszyć - oznajmił kapitan, po czym zaczął mocniej pracować wiosłami.
Ponton był jednak bardzo obciążony i mimo że wiosłowało trzech silnych mężczyzn, z wielkim trudem pokonywali wyjątkowo silny nurt, który odpychał ich od lądu i porywał w zdradliwe wiry.
- Gdzie my właściwie jesteśmy? - spytała Marianna, rozglądając się wokół.
Nad głową miała rozgwieżdżone niebo, a brzegi Loary ginęły w mroku. Rzeka płynęła tutaj szerokim i głębokim korytem. Żadne światła nie rozpraszały ciemności. Marianna domyśliła się więc, że znajdują się w odludnym rejonie.
Jak daleko stąd było do najbliższej miejscowości? Czy na brzegu nie czają się ich prześladowcy? Co teraz będzie? Jak dotrą do Amboise? Te i różne inne pytania zaprzątały myśli Marianny. Nie tak bowiem miała wyglądać ta noc, a poranek miał być miły i wesoły, pełen radosnego gwaru w domu ciotki Izabeli.
Ze ściśniętym żołądkiem Marianna zamarzyła o pachnących, świeżych bagietkach i pysznych jeżynowych konfiturach. To jej przypomniało, że nie mieli przy sobie żadnych zapasów i kto wie, jak prędko nadejdzie jakaś pomoc.
Spojrzała na ciotkę. Madame Sorel miała bardzo zatroskaną minę. Ten niespodziewany zamach na ich życie pokrzyżował wszystkie jej plany.