Po raz pierwszy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać w
Muzeum Narodowym w Neapolu, w parterowych salach zawierających
przesławną kolekcję brązów z Herculaneum i Pompei: ów cudowny legat
sztuki starożytnej, którego subtelna doskonałość została dla nas
zachowana dzięki katastrofalnej furii wulkanu. Zwrócił się do mnie pierwszy i powiedział kilka zdań o słynnym
Hermesie Spoczywającym, którego właśnie oglądaliśmy ze wszystkich
stron. Mówił bardzo dorzecznie o tym naprawdę zachwycającym
arcydziele. Nic zresztą głębokiego. Jego dobry smak był raczej
wrodzony niż nabyty przez wykształcenie. Najwidoczniej oglądał w
ciągu swego życia wiele rzeczy pięknych i umiał je cenić; obcy mu
był jednak żargon amatora czy
connaisseura - owej klasy ludzkiej, zaiste, godnej
nienawiści. Mówił jak człowiek światowy, istotnie inteligentny i
prawdziwie po wielkopańsku naturalny. Od kilki dni znaliśmy się z widzenia. Mieszkając w tym samym
hotelu - pierwszorzędnym, lecz nie krzycząco modnym - zauważyłem go
niejednokrotnie w przedsionku hotelowym, jak wchodził lub
wychodził. Widziałem, że jest tu dawnym i cenionym gościem. W
uszanowaniu, z jakim kłaniał mu się właściciel, wyczuwało się
serdeczność, która znów, z jego strony, była przyjmowana z
niewymuszoną uprzejmością. Służba nazywała go
Il Conte. Byłem właśnie świadkiem sprzeczki o parasol
męski - przedmiot z żółtego jedwabiu z białą podszewką -
pozostawiony za drzwiami sali jadalnej i znaleziony przez lokai.
Nasz wygalonowany złotem odźwierny poznał ów parasol i natychmiast
kazał jednemu z chłopców od windy zanieść go do
Il Conte. Może to był jedyny hrabia mieszkający w tym
hotelu, a może nadano mu tutaj tytuł hrabiego
par excellence z racji wypróbowanej jego wierności dla
zakładu. Ponieważ rozmawiałem z nim w
Museo (gdzie mimochodem przyznał mi się, iż nie lubi
popiersi i posągów rzymskich cesarzy w galerii rzeźb marmurowych:
ich twarze są dla niego nazbyt krzepkie i nazbyt grubo wyraziste) -
ponieważ, zatem, rozmawiałem już z nim rano, sądziłem więc, że
wieczorem zastawszy salę jadalną przepełnioną nie będę chyba
natrętem, jeżeli zechcę przysiąść się do jego stolika. Wnosząc z
łagodnej uprzejmości jego zezwolenia, musiał i on być tegoż zdania.
Jego uśmiech był naprawdę zapraszający. Hrabia ubrany był do obiadu w wyciętą kamizelkę, "smoking" (jak
sam to nazwał) i czarny krawat. Wszystko doskonale skrojone, nie
nowe - takie właśnie, jak powinny te rzeczy być. W ogóle jego
strój, ranny czy wieczorny, zawsze był zupełnie bez zarzutu. Nie
wątpię również, że i cała jego egzystencja była bez zarzutu,
doskonale uporządkowana i konwencjonalna, niezamącona przez żadne
zatrważające wypadki. Białe włosy, zaczesane do góry ponad
wyniosłym czołem, nadawały mu wygląd idealisty i marzyciela. Białe
wąsy, obwisłe, lecz starannie utrzymane i podstrzyżone, całkiem
miło złociły się środkowym zżółknieniem. Nikła woń, jakichś
doskonałych perfum i bardzo dobrych cygar (z tym ostatnim zapachem
nie łatwo spotkać się we Włoszech), doleciała mnie spoza stołu.
Wiek hrabiego najwyraźniej uwydatniał się w oczach. Oczy te były
trochę znużone, a powieki pełne zmarszczek. Musiał mieć lat
sześćdziesiąt lub nieco więcej. I był bardzo rozmowny. Bynajmniej,
nie chciałbym powiedzieć, że był gadatliwy, nie - był, ściśle
mówiąc, rozmowny. Opowiadał mi, że próbował wszelkich klimatów: bywał w Abbazji, na
Rivierze i w wielu innych miejscach; lecz jedynym klimatem, który
mu naprawdę służył, był klimat Zatoki Neapolitańskiej. Wykazywał
mi, że starożytni Rzymianie, ludzie - jego zdaniem - doświadczeni w
sztuce życia, doskonale wiedzieli, co robią, kiedy budowali swe
wille na tych wybrzeżach, w Baiae, w Vico, na Capri. W poszukiwaniu
zdrowia przychodzili na ten brzeg morski i dla uprzyjemnienia
wywczasów ciągnęli za sobą całe obozy swoich mimów i fletnistek.
Wydawało mu się rzeczą wysoce prawdopodobną, iż Rzymianie z
wysokich sfer społecznych byli specjalnie skłonni do zapadania na
męczące choroby reumatyczne. To był jedyny pogląd osobisty, jaki od niego usłyszałem. Pogląd
ten nie był ugruntowany na specjalnej erudycji. O Rzymianach hrabia
wiedział nie więcej, niż może wiedzieć średnio wykształcony
wielkoświatowiec. Argumenty swoje czerpał z doświadczenia
osobistego. Sam cierpiał z powodu męczącego i niebezpiecznego
reumatyzmu, dopóki nie znalazł ulgi w tym osobliwym zakątku Europy
Południowej. Stało się to przed trzema laty; od tego czasu stale mieszka na
wybrzeżach zatoki, czy to w jednym z hotelów w Sorrento, czy też w
wynajętej niewielkiej willi na Capri. Ma fortepian, trochę książek;
trochę znajomości przelotnych; trwających dzień, tydzień, miesiąc,
wybranych spośród fali podróżników z całej Europy. Można go sobie
wyobrazić wychodzącego na przechadzkę po ulicach i zaułkach,
znanego dobrze żebrakom, sklepikarzom, dzieciom i wieśniakom;
rozmawiającego uprzejmie za miastem z
contadinami - i wracającego do hotelu lub willi, aby
zasiąść do fortepianu - z białą, uczesaną głową i gęstymi
statecznymi wąsami - i "pograć trochę dla siebie". A dla odmiany
był tuż pod ręką cały Neapol - życie, ruch, podniecenie, opera.
Trochę rozrywki, mówił, niezbędnie potrzebne dla zdrowia. Mimy i
fletnistki; tak. Jedyną różnicą, która zachodziła pomiędzy nim a
magnatami starożytnego Rzymu, było to, że nie miał w stolicy
żadnych interesów, zdolnych odciągnąć go od tych umiarkowanych
rozkoszy. W ogóle nie miał żadnych interesów. Prawdopodobnie nigdy
w ciągu swego życia nie był zmuszony do zajmowania się poważnymi
interesami. Był to żywot miły, z radościami i smutkami regulowanymi
naturalnym biegiem rzeczy - przez małżeństwa, narodziny, zgony -
rządzonymi przez uznane przepisy dobrego towarzystwa i ochranianymi
przez państwo. Hrabia był wdowcem. W lipcu i sierpniu musiał jednak corocznie
odważać się na przekroczenie Alp dla złożenia sześciotygodniowej
wizyty zamężnej swej córce. Wymienił mi jej nazwisko. Należało do
bardzo arystokratycznej rodziny. Córka posiadała zamek - zdaje się
- w Czechach. Poza tym nigdy w bliższy sposób nie udało mi się
ustalić narodowości hrabiego. Własnego nazwiska, rzecz dość dziwna,
nie wymienił ani razu. Być może, sądził, że widziałem je w spisie
gości. Prawdę powiedziawszy, nigdy tego spisu nie oglądałem. W
każdym razie hrabia był doskonałym Europejczykiem - mówił, co wiem
na pewno, czterema językami - i był człowiekiem bogatym. Nie było
to, oczywiście, wielkie bogactwo. Wyobrażam sobie, że posiadanie
olbrzymiej fortuny wydałoby mu się czymś niewłaściwym,
outré - czymś nazbyt krzykliwym. I najwidoczniej, również
majątek jego nie był jego dziełem. Majątku nie można zdobyć bez
pewnej gruboskórności. Jest to kwestia temperamentu. Jego natura
nazbyt łagodna dla współzawodnictwa. Podczas rozmowy, zupełnie
mimochodem, opowiadając o męczącym go i zatrważającym reumatyzmie,
wspomniał o swoich dobrach. Jednego roku, pozostawszy nieostrożnie
poza Alpami aż do połowy września, musiał się na trzy miesiące
położyć do łóżka w odludnym dworze wiejskim, gdzie oprócz lokaja i
pary pielęgniarzy nikt się nim nie opiekował. Stało się tak
dlatego, że - jak się wyraził - "nie prowadził tam domu". Zajechał
jedynie na parę dni, aby rozmówić się ze swoim rządcą. Obiecał
sobie, że nigdy w przyszłości nie będzie tak nierozsądny. Pierwsze
tygodnie września muszą go zastać już na wybrzeżach ulubionej
zatoki. W czasie podróżowania niejednokrotnie można spotkać takich
samotnych ludzi, których jedynym zajęciem jest wyczekiwanie rzeczy
nieuchronnych. Zgony i małżeństwa wytworzyły wokół nich samotność
i, ostatecznie, trudno ganić ich za to, że zabiegają, aby to swoje
wyczekiwanie urządzić sobie możliwie najwygodniej. Hrabia
powiedział właśnie do mnie:
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI