I że Cię nie opuszczę aż do śmierci - Kate White

Reflow text when sidebars are open.
Wiem, nad czym się teraz zastanawiacie. Skoro Peyton Cross uważała mnie za tak bliską przyjaciółkę, że aż poprosiła, bym została druhną, dlaczego w takim razie nie widziałyśmy się od dnia wesela?
No cóż, a słyszeliście kiedyś o takim słowie jak bridezilla? To panna młoda, która swoim potwornym zachowaniem terroryzuje wszystkich zaangażowanych w organizację ceremonii weselnej do tego stopnia, że w dniu ślubu wszyscy czują się tak, jakby walec wdeptał ich w ziemię. No więc ten termin opisuje Peyton w stu procentach. Jak wspominałam, zawsze była raczej egoistyczną osobą, ale w ostatnich tygodniach przed ślubem przeistoczyła się w istne monstrum, wredną jędzę.
Nie dość, że wybrała dla nas te ohydne suknie, to jeszcze zażyczyła sobie, żebyśmy miały na sobie takie same dodatki, włączając w to identyczne pończochy od Donny Karan (szczerze mówiąc, dziwiłam się, że nie sprawdziła, czy nasze majtki są odpowiednio dopasowane). Miała wariackie wymagania co do naszego wyglądu. Na dwa miesiące przed ślubem nie wolno nam było się opalać, ponieważ nie chciała wyglądać na bledszą od nas. Nie wolno nam też było zmieniać fryzury bez jej pozwolenia. Ciągle wysyłała nam mailem elaboraty na temat naszych obowiązków dotyczących uroczystości. W wieczór przed ślubem, z powodu stłuczki, spóźniłyśmy się dwadzieścia pięć minut na próbę generalną. Zamiast się zainteresować, czy nic nam się nie stało, zbeształa nas z góry na dół przy wszystkich gościach za to, że zaburzyłyśmy plan wieczoru.
Byłam naprawdę zaskoczona, że Peyton w ogóle zaprosiła mnie na ten cholerny ślub. A właściwie poinformowała, że dostąpił mnie taki zaszczyt. Zastosowała nawet specjalną strategię. Poprzedniej jesieni ni stąd, ni zowąd zadzwoniła do mnie, pytając, jakie mam plany na trzeci weekend kwietnia. Kiedy odpowiedziałam, że nic mi nie przychodzi do głowy, zaproponowała rolę druhny, nie pozostawiając szansy na odmowę. Przypomniała mi, że jeszcze na studiach obiecywała, że niezależnie od tego, kiedy będzie wychodzić za mąż, ja będę obecna na tym ślubie. Musiałam być wtedy nie w formie, bo za nic nie mogłam sobie przypomnieć takiej umowy.
Pod koniec weekendu weselnego wszystkie druhny nie ukrywały pragnienia, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Atmosfera była dramatyczna i każda z nas obwiniała o to Peyton. Ślub, w dodatku z jednym z najbogatszych ludzi w mieście, odpowiedzialność za catering na własnym weselu doprowadziły ją do potwornego stresu, tak że jej zachowanie stało się nie do zniesienia. Ponieważ kilka z druhen dla niej pracowało, mogły albo jej wybaczyć, albo zapomnieć o następnej pensji. Ja jednak nie miałam takich rozterek i żadna ilość ostryg, kawioru z bieługi czy szampana Veuve Cliquot nie mogła sprawić, bym puściła w niepamięć jej wredne zachowania. Zdecydowałam więc, że przez jakiś czas nie będę z nią utrzymywać kontaktu. Kiedy zadzwoniła w sierpniu, by zaprosić mnie do swej szkoły kulinarnej z jakiejś tam okazji, grzecznie odmówiłam. Myślę, że zorientowała się, że byłam na nią wściekła. Chociaż, może wcale nie. Wtedy wiedziałam już, że Peyton Cross dba tylko o własne samopoczucie.
Żaden z tych powodów nie powstrzymał mnie jednak przed zatelefonowaniem do niej następnego dnia, w środę rano tuż po zaparzeniu sobie kawy. Odebrał ktoś obcy, pewnie pomoc domowa, która poinformowała mnie, że Peyton wyszła już na farmę. Zostałam przełączona na jej komórkę.
- Och, Bailey, jak dobrze, że dzwonisz - rzekła, gdy dowiedziała się, że wiem o ostatnich wypadkach. - Jak się zapewne domyślasz, zrobiło się tu strasznie.
Oznajmiłam jej, że wybieram się do Greenwich w porze lunchu i że chciałabym wpaść do niej na farmę i porozmawiać. Wyjaśniłam, że poruszyła mnie śmierć jej koleżanek i że w związku z tym chciałabym zamienić z nią parę zdań. Wahała się przez kilka sekund - nie wiem, czy z powodu zaskoczenia moją propozycją, czy dlatego, że nie miała ochoty mnie widzieć - tak czy owak po chwili odparła, żebym koniecznie przyjechała.
Potem zadzwoniłam do Ashley, która natychmiast odebrała telefon. Ustaliłyśmy, że najpierw zabiorę ją z mieszkania, a potem razem pojedziemy na farmę. Ashley pobieżnie wytłumaczyła mi, jak do niej dojechać. Ludzie mieszkający w ekskluzywnych dzielnicach zawsze mają wrażenie, że wszyscy wiedzą, jak się tam dostać, musiałam więc spojrzeć na plan miasta w Internecie.
Poprosiłam, by wystawiono z garażu mojego jeepa na jedenastą, po czym wykonałam kilka telefonów, żeby dowiedzieć się więcej na temat wypadków Robin i Jamie. Najpierw zadzwoniłam do Paula Petrocelli, lekarza pogotowia ratunkowego. Zrobiłam z nim kiedyś wywiad w związku z jednym z moich artykułów i od tego czasu chętnie mi pomagał. Szczęśliwie akurat nikogo nie zszywał ani nie płukał niczyjego żołądka, miał więc kilka minut na rozmowę. Zapytałam, czy zna jakieś leki przeciwdepresyjne, które wchodzą w niebezpieczne interakcje z jedzeniem.
- Inhibitory MAO - odpowiedział bez zastanowienia.
- A możesz jaśniej?
- Inhibitory monoaminooksydazy to rodzaj antydepresantów. Podaje się je pacjentom, którzy nie reagują na leczenie nowoczesnymi lekami, takimi jak prozac. Były bardzo popularne swego czasu, ale później okazało się, że mają poważną wadę: jednoczesne przyjmowanie leków i niektórych potraw może doprowadzić do niebezpiecznego skoku ciśnienia, czasem ze skutkiem śmiertelnym.
- O jakie potrawy chodzi?
- Lista jest dość długa. Każde fermentowane jedzenie, konserwowane albo wędzone mięso jak salami i tego typu rzeczy. Sos sojowy, kawior, wątróbki drobiowe też, wydaje mi się. Piwo. I ser. Ser należy obchodzić szerokim łukiem. Wysokie ciśnienie, o jakim mówimy, nazywane jest nawet czasem "reakcją na ser".
- Co dokładnie się może stać?
- No dobrze, opowiem ci, ale przerwij mi, gdy będę mówił niezrozumiale. Wszystkie potrawy, które wymieniłem, zawierają tyraminę, czyli związek, który wpływa na ciśnienie krwi. Enzymy MAO w sposób naturalny pozbywają się nadmiaru tyraminy z organizmu. Ale jeśli przyjmujesz inhibitory MAO, które pomagają ulżyć w depresji, to pozbywanie się jej jest utrudnione. Tyramina zaczyna się gromadzić, co może się skończyć udarem mózgu.
- Więc ktoś musiałby być naprawdę głupi, żeby celowo jeść którąkolwiek z tych rzeczy? Czy tak?
- Tak, ale niektórzy nie mogą się powstrzymać i próbują się oszukać. Jak na każdej innej diecie. Skosztują mały kawałek i widzą, że nic złego się nie dzieje. Może tak się zdarzyć, bo nie każde jedzenie zawiera jednakową ilość tyraminy. Może się udać raz, dwa razy, a za trzecim razem dojdzie do skoku ciśnienia.
- Po jakim czasie od spożycia występuje reakcja?
- Po kilku godzinach. Nie jest natychmiastowa.
- Ostatnie pytanie. Dałoby się w taki sposób zamordować kogoś, kto przyjmuje inhibitory MAO?
- Bailey, a ty zawsze o morderstwie, co? - zaśmiał się. - No cóż, pewnie dałoby się jakoś przemycić te zakazane produkty do posiłku. Jednak zazwyczaj ludzie po prostu odpuszczają sobie zakaz skuszenia się kawałkiem pysznego, miękkiego brie, co okazuje się śmiertelnym błędem.
Podziękowałam za informację i rozłączyłam się. Potem zadzwoniłam do redaktorki działu kulinarnego w "Gloss", która jak się dowiedziałam, widywała się z Jamie i pewnie znała jakieś szczegóły dotyczące jej śmierci. Nikt nie odebrał, zostawiłam więc wiadomość. Z naszej dotychczasowej współpracy wiedziałam, że zwykle mija kilka dni, nim odsłucha pocztę głosową.
Kiedy wyszłam z domu, tuż po jedenastej, miasto wyglądało jak z bajki. Warstwa nieskazitelnie białego puchu mieniła się w słońcu niczym skarbiec Ali Baby. Samochody nie zdążyły jej jeszcze zepchnąć na pobocze, gdzie niechybnie zmieniłaby się w brudne zaspy.
Podróż do Greenwich okazała się dużo łatwiejsza, niż się spodziewałam. Autostrady były czyste, a ruch niewielki. Jednak w Greenwich wszystko się popsuło. Główna ulica pełna eleganckich butików, Greenwich Avenue, całkiem się zakorkowała. Ludzie najwyraźniej nie godzili się, by pogoda przeszkadzała im w zakupach drogich win czy kaszmirowych swetrów.
Kiedyś mój były mąż zasugerował, żebyśmy pomyśleli o przeprowadzce na przedmieścia i niemal dostałam ataku paniki. Zakochałam się w Nowym Jorku i nie wyobrażałam sobie, bym mogła gdzie indziej mieszkać. Potem zorientowałam się, że mój najdroższy jest beznadziejnie uzależnionym hazardzistą i szybko stało się jasne, że już nigdy i nigdzie nie będziemy razem mieszkać.
Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, Ashley otworzyła drzwi tak samo szybko, jak odebrała telefon. Urzekała kreacją w odcieniu dojrzałej brzoskwini, a w ręku trzymała tlącego się papierosa, cienkiego i superdługiego, jak rurociąg na Alasce.
- Ładnie tu - powiedziałam, wchodząc do środka.
W salonie dominowała czerwień i złoto, a wszędzie przewijał się motyw małpy. Małpki tańczyły na tkaninach, lampy miały kształt małpy, małpa na plecach podtrzymywała szklaną kulę z potpourri.
- Sama urządzałaś?
- Oczywiście - odparła protekcjonalnym i poirytowanym tonem. - Przecież jestem dekoratorką wnętrz. Napijesz się czegoś?
- Zabiłabym za łyk kawy - powiedziałam, a ona chyba skrzywiła się, słysząc taki plebejski zwrot.
- Mam tylko ekspresową w torebkach, taką jak herbata - poinformowała. Tak bardzo chciało mi się kawy, że nie odmówiłam.
Zaprowadziła mnie do małej kuchni wyposażonej w czarno-zielony blat z granitu i błyszczące, nowiutkie sprzęty AGD. Nigdzie nie było ani śladu brudu czy tłuszczu. Wszystko w idealnym porządku i na swoim miejscu.
Ashley zgasiła papierosa i napełniła wodą czajnik. Kiedy zapalała palnik kuchenki, zauważyłam, że jej ruchy są nerwowe. Wydawała się tak samo spięta jak poprzedniego wieczoru.
- Ashley, uspokój się - powiedziałam.
- Wczoraj, jeszcze przed naszym spotkaniem, myślałam, że jak z kimś porozmawiam o moich lękach, to mi przejdzie. Tak się nie stało. Jestem jeszcze bardziej przerażona.
- To naprawdę wygląda na zbieg okoliczności.
- Nie daje mi spokoju to pytanie, które zadała Robin: czy zauważyłam coś dziwnego podczas ślubu?
- Przecież gdy je zadawała, mogło wcale jej nie chodzić o śmierć Jamie. Opowiedz, jak to się stało, że się zaprzyjaźniły?
- Z tego, co mi opowiadała, po prostu zaczęły ze sobą rozmawiać podczas próby albo już na samym ślubie. Jamie właśnie z kimś zerwała, a Robin rozstawała się z mężem. Wspominała potem, że w kółko wałkowały ten sam temat. Można powiedzieć, że zbliżyły się do siebie z powodu złych facetów.
Ashley podskoczyła na ostry gwizd czajnika. Napełniła wrzątkiem jasnoczerwony kubek i kilkakrotnie zanurzyła w nim torebkę z kawą. Jej mina zdradzała obrzydzenie, jakby moczyła w kubku zdechłą mysz.
- Mleka?
- Tak, poproszę. Czy to dlatego Robin brała inhibitory MAO? Z powodu rozwodu?
- Słucham?
- Inhibitory MAO. Myślę, że to właśnie takie antydepresanty brała.
- Robin miała problem z depresją od czasu liceum. Próbowała brać prozac czy paxil, ale nie działały. Zawsze dokuczały jej skutki uboczne. Zeszłego lata lekarz przepisał jej ten inny lek, o którym mówisz, i zaczęła się czuć świetnie.
- Ciężko jej było utrzymać dietę? Zrobiłam małe rozeznanie i okazuje się, że lista produktów, których nie można jeść podczas przyjmowania tego leku, jest dość długa.
- Na pewno było jej ciężko. Robin uwielbiała dobrze zjeść. Nawet Peyton się na nią wściekła, bo przybrała parę kilogramów przed ślubem. Ale to nie znaczy, że zjadłaby jakiś ryzykowny produkt. Tak jak ci wczoraj mówiłam, była bardzo ostrożna w kwestii diety.
- Wiesz, kto był jej psychiatrą?
- Nie, ale... - podbiegła nerwowo do szuflady i szarpnęła ją. Wyjęła pogniecioną karteczkę i podała mi. Widniały na niej inicjały C.B. i numer telefonu z kierunkowym, którego nie rozpoznałam. - Robin trzymała to na lodówce. Kiedy zapytałam ją, co to jest, odpowiedziała, że to jej linia życia.
- Masz tu jeszcze jej rzeczy? - zapytałam, przepisując numer z kartki do notesu.
- Niewiele. Jej rodzice nie żyją, ale brat mieszka w mieście. Kilka dni po pogrzebie ni z tego, ni z owego pojawił się tutaj z żoną i zabrał jej ubrania, biżuterię i papiery. Zachowywali się bardzo obcesowo i patrzyli na mnie, jakbym przywłaszczała sobie jej rzeczy.
Zapytałam, czy mogę zobaczyć to, co zostało. Zaprowadziła mnie do sypialni na górze. Pokój był zaskakująco pusty: kremowe ściany, proste białe rolety i poza szerokim łóżkiem, toaletką i biurkiem żadnych mebli czy dekoracji.
- Nieźle wymiecione - zauważyłam.
- Kiedy Robin tu mieszkała, pokój wyglądał bardzo podobnie. Nigdy nie zadbała o urządzenie tego miejsca. Myślę, że potrzebowała czasu, żeby oswoić się z myślą, że została sama.
- Dlaczego się rozstali?
- Brace jest maklerem na Wall Street i ma kompletnego świra na punkcie pracy. Kiedy byli małżeństwem, prawie każdego wieczoru wychodził z klientami, a w środku nocy zawsze ktoś do niego dzwonił, na przykład z Japonii. Nigdy nie miał czasu dla Robin, a to tylko pogłębiało jej depresję. Oczywiście, gdy odeszła, zaczął wydzwaniać, przepraszać i obiecywać, że się zmieni. Rozważali kilka razy, żeby się ponownie zejść, ale ona zdawała sobie sprawę, że i tak nic się nie zmieni. W końcu to zrozumiał i się odczepił.
Podeszłam do małego biurka i obejrzałam je. Nic szczególnego nie zauważyłam: puste segregatory, koperty, katalogi ze sprzętem kuchennym.
- Na czym konkretnie polegała praca Robin dla Peyton?
- Odpowiadała za zakupy i była kierownikiem sklepu. Zamawiała sprzęt kuchenny i żywność, którą sprzedawali. Peyton miała pomysł na linię własnych produktów i tym też się zajmowała Robin.
- Były blisko ze sobą?
- Dosyć. Znały się od podstawówki. Chociaż myślę, że ta relacja bardziej niż na prawdziwej przyjaźni opierała się na tym, że zżyły się przez tyle lat. Ten układ z pracą odpowiadał im obu. Robin zdawała sobie sprawę, że nie podołałaby żadnemu poważniejszemu stanowisku biurowemu, a prowadzenie sklepu bardzo jej odpowiadało. Z kolei Peyton zawsze wolała otaczać się ludźmi, których znała. Szczerze mówiąc, zachęcałam Robin, żeby pomyślała o czymś nowym, szczególnie odkąd lepiej się poczuła. Peyton... no wiesz, widziałaś ją w akcji. Przez ostatni rok stała się bardzo wymagająca. Praca u niej to nielekki kawałek chleba.
- A ty? Też dla niej pracujesz, prawda?
- Tak - odpowiedziała, pociągając nosem - ale sporadycznie. Peyton wyrobiła się w dekorowaniu, kiedy urządzała dom, i teraz nadzoruje większe projekty sama. Kiedy pojawia się coś mniejszego i mniej ważnego, wtedy zatrudnia mnie. Teraz właśnie pracuję nad nowym projektem dla niej: przekształcam silos w galerię. Peyton nie zawracałaby sobie głowy czymś takim.
- Nie przeszkadzało ci, że dawała ci mniej zleceń?
- Nie, moja firma nieźle się rozkręciła. Częściowo dzięki projektom, które robiłam dla Peyton. - W jej słowach nie było słychać wdzięczności ani też niechęci, jakby Ashley zaakceptowała to, że Peyton daje i odbiera.
Otworzyłam szufladę biurka. W środku leżało kilka artystycznych pocztówek, parę długopisów spiętych gumką, pilnik do paznokci i papeteria. Uniosłam papiery, by sprawdzić, co jest pod spodem. Spostrzegłam kopertę z zakładu fotograficznego. Zawierała chyba ze dwa tuziny fotografii ze ślubu Peyton. Zaczęłam im się uważnie przyglądać.
- Przekazałam pudło ze zdjęciami Robin jej bratu, ale tego nie zauważyłam - rzekła Ashley. - Może zrobiła je tym jednorazowym aparatem, wiesz... jednym z tych, które leżały na stołach...? Mieliśmy je zwrócić w recepcji przy wyjściu. Pamiętasz? Widać Robin postanowiła zachować go dla siebie.
- Taak, tylko że...
- Tylko, że co? - spytała Ashley z lękiem w głosie. Wydawało się, że zaraz z byle powodu wpadnie w histerię.
- Nie sądzę, żeby to Robin je pstrykała - wyjaśniłam. - Widzisz, ona jest na wielu z nich. I nie są pozowane, nie sądzę więc, żeby prosiła kogoś, by je robił.
Przejrzałam zdjęcia jeszcze raz. Na dwóch Peyton prezentowała piękną suknię ślubną. Na innym Peyton i David ściskali się w namiętnym pocałunku pod treliażem. Było też kilka fotek przedstawiających gości, jak rozmawiają i tańczą, oraz parę ujęć druhen. Wszystkich, oprócz jednej.
- Myślę, że to Jamie robiła te zdjęcia, nie Robin - zawyrokowałam w końcu. - Tylko jej nie ma na żadnej fotografii. Pamiętam, że miała wtedy własny aparat. To był taki mały nikon, chciałam go nawet obejrzeć.
- Ale co...? O Boże, Jamie dała Robin te zdjęcia na przechowanie, prawda? Widzisz, jednak działo się na ślubie coś dziwnego. Może Jamie to odkryła i powiedziała Robin?
Ashley bardzo się zdenerwowała. Rzucała głową to w jedną, to w drugą stronę, jak pies szarpiący stary but. Musiałam przyznać, że było coś dziwnego w tym, że zdjęcia Jamie leżały ukryte w szufladzie Robin.
Odwróciłam kopertę i ze stempla odczytałam adres zakładu fotograficznego na dolnym Manhattanie w pobliżu mieszkania Jamie. To oznaczało, że wywołała tam zdjęcia, a potem, z jakiegoś powodu, przywiozła je do Greenwich.
- Może Jamie zdecydowała, że jednak nie chce tych zdjęć i podarowała je Robin? - zasugerowałam.
Ashley znowu pokręciła głową, jakby moje słowa ani trochę jej nie uspokoiły.
- Nie, za tym kryje się coś więcej. Jamie na pewno zobaczyła coś tego dnia, a zdjęcia dała Robin, żeby ta przechowała je w bezpiecznym miejscu.
- Proszę, nie denerwuj się, Ashley - powiedziałam, wkładając zdjęcia do torebki. - Zajmę się tym, dobrze? Wiesz może, jak się mogę skontaktować z pozostałymi dwiema druhnami Peyton?
- Prudence mieszka w Londynie, bo jej mąż dostał tam pracę. Była świadkową, nie wiem, czy ten fakt ją w jakiś sposób z tego wyklucza. A Maverick jest w Nowym Jorku, robi PR dla firmy Peyton. Nie mam pojęcia, gdzie mieszka, ale możemy wziąć jej numer od Peyton albo znaleźć w książce telefonicznej.
Zaproponowałam, żebyśmy zeszły na dół i pojechały już na farmę Ivy Hill. Mimo że próbowałam uspokoić Ashley, te znalezione zdjęcia mnie zaniepokoiły. Może Jamie rzeczywiście zobaczyła coś dziwnego, co uwieczniła na zdjęciu? A potem powiedziała Robin. Jednak ciągle trudno mi było sobie wyobrazić, żeby ktoś ją z tego powodu zabił. Ją, a potem Robin. Wciąż powracało jedno pytanie: dlaczego? No i poza tym nie było żadnych, nawet najmniejszych dowodów zbrodni.
Umówiłyśmy się, że pojadę za Ashley. Jej czerwony mercedes coupe stał zaparkowany na tyłach domu, niedaleko mojego auta. Wsiadłam do jeepa, po czym przez chwilę czekałam, aż Ashley włoży do bagażnika kilka toreb z próbkami materiałów. Naraz, dosłownie znikąd wyrósł koło niej wysoki blondyn, na oko koło trzydziestki, i zaczął coś do niej mówić. W granatowym, wełnianym płaszczu i apaszce wyglądał na biznesmena. Ashley wysłuchała go, spoglądając nań wyniośle, a potem gwałtownie pokręciła głową. Może to sąsiad zgłaszał pretensję, że zajęła mu miejsce parkingowe. Wyminęła go, by wsiąść do samochodu. Odwrócił się, poczłapał w czarnych, miękkich śniegowcach przez parking i wsiadł do swojego wozu.
Farma mieściła się na północy miasta, tam, gdzie znajdowały posiadłości i stajnie należące do multimilionerów. Z powodu ciężkich warunków na drodze i dużego ruchu nasza podróż trwała dłużej, niż zakładałam - około dwudziestu minut. Byłam kiedyś na tej farmie, ale zapomniałam już, jaka była urocza. Teraz, przykryta śniegiem, wyglądała jak z pocztówki bożonarodzeniowej. Zajmowała pierwotnie ogromną połać ziemi, ale większość z niej została potem sprzedana, a nowi właściciele pobudowali ogromne domy. Do Peyton należało jakieś pięć akrów. W starych bielonych domach z drewna urządziła biura. Przygotowanie cateringu i kursy kulinarne odbywały się w czerwonej stodole. W mniejszej, szarej stodole znajdował się sklep. Był jeszcze pokryty drewnianym gontem silos. Za zabudowaniami dostrzegłam budynek w trakcie budowy - być może studio telewizyjne.
Na parkingu prawie nikt nie parkował, stanęłam więc obok Ashley. Wyjęła torby z bagażnika mercedesa i wskazała na silos:
- Idę tam - powiedziała. Na jej twarzy ciągle malowało się zdenerwowanie. - Mój projekt nie wymaga zbyt wielu dekoracji, ale zależało mi, żeby ściany dobrze się prezentowały. Znalazłam cudowny materiał do obicia ławek.
- Mam tam przyjść, kiedy skończę?
- Nie - odparła. - Robotnicy już się zwijają, ale wciąż jest straszny bałagan. Chcę tylko jeszcze raz sprawdzić, czy materiały pasują do koloru ścian, i przyjdę do kuchni. Od samotnego przesiadywania w tym silosie dostaję gęsiej skórki.
Już miała odejść, kiedy spytałam, kim był facet, który zatrzymał ją przy samochodzie.
- Eksmąż Robin, Brace Atkins - odpowiedziała. - Miał czelność dopytywać się, gdzie są jej rzeczy. Zdenerwował się, gdy mu powiedziałam, że zabrał je jej brat.
Odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem w stronę silosu, nie zważając na to, że jej brązowe, skórzane botki za tysiąc dolarów toną w śniegu. Ja poszłam krótszą ścieżką w stronę stodoły. Poczułam coś mokrego na nosie i zauważyłam, że zaczął prószyć śnieg.
W mniejszej stodole, tej szarej, znajdował się sklep. Przez szybę zobaczyłam, że młoda sprzedawczyni rozmawia przez telefon z klientem. Zaraz za budynkiem wznosiła się większa stodoła, świeżo pomalowana na czerwono, w środku krzątało się ze sześć osób. Przestronne wnętrze wypełniały sosnowe kredensy, ceglane kominki oraz ogromne kuchenki i lodówki ze stali nierdzewnej, czyli niesamowita krzyżówka skansenu z kreskówką Jetsonowie. Peyton pochłonięta pracą stała przy wielkim stole wraz z kilkoma kobietami. Gdy tylko mnie zauważyła, pomachała ręką na powitanie. Przeszłam przez całe pomieszczenie i podeszłam do niej.
- Cześć - powiedziała, odkładając jakiś nieznany mi przyrząd, by mnie uścisnąć.
Jej złote blond włosy były gładko zaczesane we francuski kok, z którego uczyniła swój znak rozpoznawczy, kiedy kilka lat temu rozpoczęła karierę medialną. Miała na sobie zieloną sukienkę od Diane von Furstenberg, z zachodzącymi na siebie połami: nie był to ostatni krzyk mody, ale tej dziedziny Peyton nigdy do końca nie zgłębiła. Ku mojemu zaskoczeniu, wyglądała, jakby od czasu ślubu przytyła jakieś pięć czy osiem kilogramów. Pomyślałam, że może jest w ciąży.
- Pamiętacie Bailey Weggins? - zwróciła się do dwóch kobiet stojących najbliżej. - To moja kuzynka Phillipa, spotkałyście się na ślubie. A to Mary, dyrektor wykonawcza w mojej firmie. Przygotowujemy przyjęcie na jutro.
Podałam rękę obu kobietom. Mary miała na oko koło czterdziestki. Takie babki często widywało się w okolicach Greenwich: raczej aseksualna, jasnobrązowe włosy, fryzura na boba, ani śladu makijażu, widoczne zmarszczki mimiczne. Dobrze zapamiętałam kuzynkę Peyton, Phillipę. Głównie dlatego, że w dniu ślubu obnosiła się ze swoim aż nadto czytelnym niezadowoleniem. Miała zielone oczy jak Peyton i również blond włosy, lecz w odcieniu mocno lśniącej platyny. Miała nie więcej niż metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, a ważyła chyba z dziewięćdziesiąt kilogramów.
- Rozmawiałam rano z Ashley i uprzedziła mnie, że wybiera się tu z tobą - powiedziała Peyton, ostentacyjnie rozglądając się dookoła.
- Poszła do silosu z próbkami materiałów - wyjaśniłam. - Przyjdzie tu później.
- Będzie tam ślicznie, jak już skończymy. Chcesz kawałek tarty cytrynowej? - zapytała.
- Z przyjemnością. Umieram z głodu.
Mary i Phillipa wróciły do pracy, a Peyton odwróciła się i otworzyła jedną z lodówek, przypominających rozmiarem kostnicę, która pomieściłaby czterech lub nawet pięciu nieboszczyków. Zamiast ciała Peyton wyjęła z niej zawiniętą w folię tartę i ukroiła dla nas po kawałku. Potem poprowadziła mnie do drewnianego stołu stojącego w zacisznym kącie hali, z dala od personelu kuchni, a bliżej kominka, w którym strzelały płonące polana. Czekała tu na nas świeżo zaparzona kawa. Kiedy usiadłyśmy, Peyton nalała nam po kubku, dolewając mi odrobinę mleka. Cała ona: bezustannie skupiona na sobie, ale zawsze pamiętająca szczegóły, takie jak ulubiona kawa czy imiona rodzeństwa.
- No i jak się miewasz? - zagadnęłam, gdy zdjęłam płaszcz i upiłam łyk kawy. Mimo tych kilku kilogramów więcej, wyglądała ładnie. Blada, nieskazitelna cera, lekko naznaczona piegami, zaróżowione policzki i idealnie wyrzeźbiony nosek.
- Tak jak wspominałam ci przez telefon, rozpętała się straszna afera - odpowiedziała, grzebiąc w swojej tarcie. - Wypadł mi dysk, jak zwykle, kiedy się stresuję. Myśleliśmy, żeby zamknąć sklep na parę dni, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że to bez sensu.
- Ashley uważa, że te dwa wypadki mogą mieć ze sobą związek. A co ty o tym myślisz?
- Nie tylko związek! Ona myśli, że ktoś zabił Robin i Jamie. Dlatego tu jesteś, prawda? Chce, żebyś przeprowadziła dochodzenie?
- Jest mocno podenerwowana, obiecałam jej, że się rozejrzę.
- No cóż, wiem, że Robin i Jamie się zaprzyjaźniły, ale wszystko to wygląda mi na paskudny zbieg okoliczności. Robin zjadła coś, czego nie powinna. Brała leki i była na ścisłej diecie, której zasady złamała. Jamie przytrafił się bezsensowny wypadek. Nie wiem zbyt wiele na jej temat. Latem trochę się pokłóciłyśmy i nie rozmawiałam z nią już od kilku tygodni przed jej śmiercią.
Czyżby Jamie miała dość Peyton podobnie jak ja? Przyszło mi też do głowy, że Jamie oddała ślubne zdjęcia Robin przez tę kłótnię z Peyton.
- O co się pokłóciłyście? - spytałam.
- Chciała otworzyć własny sklep w Nowym Jorku, w East Village. Miała kłopoty ze znalezieniem inwestorów i rozkręceniem interesu, więc zaoferowałam jej doradztwo. Zareagowała oburzeniem, jakbym zrobiła coś wyjątkowo niestosownego. Tak zupełnie szczerze, to myślę, że mi po prostu zazdrościła. Przykro mi to mówić, ale to zaczyna być dla mnie coraz bardziej uciążliwe.
Spojrzała w kierunku kuchni.
- Wybaczysz mi na chwilę, Bailey? Muszę sprawdzić, czy niczego nie zepsują.
Kiedy odeszła, wyjęłam z torby zeszyt w czarno-białej okładce. Zawsze robię w nim notatki podczas pracy nad artykułem. Zapisuję istotne informacje, obserwacje, wrażenia i pytania do samej siebie. Oczywiście artykuły piszę na komputerze, ale odkryłam, że robienie notatek miękkim ołówkiem nr 2 pozwala mi spojrzeć na fakty pod innym kątem. Dzięki temu mój umysł działa w inny sposób. Kiedy przeglądam ten zeszyt, zdarza mi się dostrzec jakieś powiązania czy ważne szczegóły, które wcześniej mi umykały. Korzystałam z niego podczas śledztw w sprawach o morderstwo i teraz zamierzałam zrobić to samo, choć moje bazgroły równie dobrze mogły doprowadzić mnie donikąd. Jednak lubiłam ten zwyczaj i skrzętnie zapisywałam nowe spostrzeżenia, zawsze żywiąc nadzieję, że przydadzą się podczas próby zrekonstruowania zdarzeń. Teraz w trakcie pisania jednym uchem starałam się łowić odgłosy dochodzące z kuchni. Od razu zwróciłam uwagę, że pracownicy w obecności Peyton chodzą na paluszkach.
Nagle dobiegł mnie jej wściekły ryk:
- Nigdy nie używa się do tego dojrzałego sera koziego, ty idiotko! - wrzeszczała tak głośno, jakby zapaliła się cała stodoła. - Za bardzo się kruszy!
Zobaczyłam, jak Phillipa wybiega przez obrotowe drzwi. Po chwili dołączyła do niej Mary. Inni wrócili do pracy, spuszczając głowy posępnie niczym stroskani szatniarze.
Wróciłam do tarty cytrynowej i moich notatek, zapisując to, czego dowiedziałam się od Ashley i z dotychczasowej rozmowy z Peyton. Im dłużej myślałam o teorii Ashley, tym bardziej zdawała mi się niedorzeczna. Od czasu do czasu zerkałam w kierunku kuchni. Wyglądało na to, że Peyton zachowywała się jak cierpliwa instruktorka, by za moment przeistoczyć się we wstrętną jędzę. Jakieś dwadzieścia minut później nasze spojrzenia skrzyżowały się, kiedy ubijała coś gigantyczną trzepaczką. Dała mi ręką znak, że potrzebuje jeszcze pięciu minut. Po dziesięciu minutach w końcu wróciła, wycierając ręce w fartuszek.
- Przepraszam... - powiedziała - ale musiałam. Posłuchaj, wpadnij do mnie dzisiaj na kolację? Bardzo bym chciała, żebyś zobaczyła mój dom.
- Mam spotkanie w "Gloss" jutro z rana, ale chętnie odwiedzę cię następnym razem - odparłam. - Jeszcze tylko kilka pytań, jeśli pozwolisz. Czy Robin jadała tu codziennie lunch?
- Tak. Generalnie pracownicy jedzą to, co zostaje po przyjęciach.
- A widziałaś kiedyś, żeby jadła coś, czego nie powinna?
- Mam za dużo własnych spraw na głowie, żeby jeszcze troszczyć się o czyjąś dietę. Ale wiem, że zawsze lubiła dobrze zjeść. No i miała bardzo słabą wolę, szczególnie podczas kryzysów. Ashley na pewno ci opowiadała.
Wtedy zaczęłam się zastanawiać, co takiego zatrzymało Ashley w silosie? Spojrzałam w okno i z zaskoczeniem spostrzegłam, że śnieg pada coraz mocniej. Byłam na siebie zła, że nie sprawdziłam prognozy pogody przed wyjazdem z Nowego Jorku. Powiedziałam Peyton, że muszę już iść, i zapytałam, czy można zadzwonić do silosu.
- Niestety, linie telefoniczne jeszcze nie działają. Ale chętnie cię odprowadzę.
Włożyłyśmy płaszcze i wyszłyśmy na dwór. Śnieżyca była inna niż poprzedniego dnia. Śnieg nie padał tak gęsto, ale płatki kłuły w twarz niczym drobne szpileczki. Na parkingu stało kilka samochodów, wokół ani żywej duszy. Jedynie wysoko wśród gałęzi drzew głucho zawodził wiatr.
Kiedy zbliżałyśmy się do silosu, zdałam sobie sprawę, że w oknach nie palą się światła. Jeśli Ashley była w środku, powinny być zapalone. Poczułam, że serce zaczęło mi szybciej bić.
- Może poszła do innego budynku?! - zawołałam, przekrzykując wiatr. - Nie widzę świateł w oknach...!
- Wiem, to dziwne! - odkrzyknęła Peyton z troską.
Pierwsza sięgnęła do klamki drewnianych, ciężkich drzwi i przekręciła ją. Drzwi stawiały opór, więc naparła na nie z całej siły ramieniem. Wreszcie zgrzytnęły i ustąpiły. Odrobina światła dziennego rozjaśniła pustą przestrzeń i kręcone schody.
- Ashley! - zawołała Peyton, próbując znaleźć włącznik światła. - Jesteś tam?
Przez kilka sekund usiłowała wymacać włącznik; wprost słyszałam, jak głośno wali mi serce. Wreszcie światło zalało wnętrze i Peyton wrzasnęła.
Ashley leżała na plecach tuż przy kręconych schodach. Jej oczy były puste, a usta wykrzywione w wiecznym grymasie, w którym zaskoczenie mieszało się ze strachem. Nie zdjęła płaszcza, ale zdążyła go rozpiąć. Jego poły opadły na boki, odsłaniając piękne spodnium w kolorze dojrzałej brzoskwini. Prawa noga wygięła się pod nienaturalnym kątem, jak pęknięta gałąź zwisająca z drzewa. Na jasnej, kamiennej podłodze rozlała się kałuża krwi, tworząc wokół jej głowy jasnoczerwoną aureolę.
Kiedy zadzwoniła do mnie pewnego styczniowego wieczoru i się przedstawiła, jej głos wydał mi się skądś znajomy. Mówiła kategorycznym, pogardliwym tonem, jakby chciała oznajmić: "To ja mam torebkę od Marca Jacobsa, a nie ty".
- Ashley Hanes - powtórzyła, tym razem z poirytowaniem i przesadnie akcentując sylaby jak amerykański turysta zwracający się do obcokrajowca, który go nie rozumie. - Spotkałyśmy się na ślubie Peyton Cross. Byłam druhną, pamiętasz mnie?
Ach tak, rzeczywiście. Zostałyśmy sobie przedstawione pod koniec kwietnia w Greenwich, w stanie Connecticut, podczas sławetnego weekendu, gdy panna Cross i pan Slavin zawarli związek małżeński. Ashley ukończyła ekskluzywne liceum prywatne w tej samej klasie co panna młoda i pracowała teraz - jeśli mnie pamięć nie myli - jako dekoratorka wnętrz w Greenwich. Choć praca była dla niej raczej kaprysem niż koniecznością. Przypomniałam sobie, jak wyglądała: długie kasztanowe włosy, szczupła jak francuska bagietka i wyniosła jak wszyscy diabli - tak samo jak ten głos w słuchawce. Zaliczała się do kobiet tego pokroju, które w trakcie przyjęcia patrzą na człowieka jakby był rośliną doniczkową.
- Ach tak, rzeczywiście - powiedziałam. - Przepraszam, miałam jakieś zaćmienie. Co u ciebie?
Wiedziałam mniej więcej, co teraz nastąpi. Pisuję dla magazynu "Gloss" i często dostaję telefony od ludzi, którzy mnie kiedyś poznali i teraz oczekują porady na temat mody albo przysługi związanej z koneksjami w wydawnictwie. Ja jednak opisuję dla magazynu prawdziwe historie ludzi z kryminalnym wątkiem w tle i nie mam związku z całym tym blichtrem. Nazywam się Bailey Weggins, tak przy okazji, i żeby było jasne - absolutnie nie mogę nikomu ani pomóc zostać modelką Toma Forda, ani załatwić wejściówki na wyprzedaż próbek Chanel, ani pomóc w opublikowaniu pamiętników dokumentujących odsysanie tłuszczu i opisujących późniejsze brzydkie blizny na pośladkach.
- Potrzebuję twojej pomocy - zaczęła.
- Dobrze - przerwałam jej - ale jeśli chodzi o...
- To bardzo poważna sprawa. Muszę z tobą porozmawiać.
"Poważna sprawa" dla kogoś takiego jak Ashley mogła oznaczać, że jej stylista wyjechał na tydzień z miasta, ale poruszyła mnie nuta niepokoju w jej głosie.
- Chodzi o Peyton? - spytałam. Latem zeszłego roku rozmawiałam raz z Peyton przez telefon, ale nie widziałam jej od dziewięciu miesięcy, czyli od czasu, kiedy oszołomiła pięciuset gości zgromadzonych na sali balowej satynową suknią ślubną od Very Wang z mocno wydekoltowanym, usztywnionym gorsetem. Stamtąd udała się prosto na wyspy greckie ze swym świeżo poślubionym, starszawym mężem, Davidem, który dorobił się fortuny w świecie finansów, cokolwiek by to miało znaczyć.
- Nie. To znaczy tak, ale niebezpośrednio. Słuchaj, to nie jest sprawa na telefon. Możemy się spotkać i porozmawiać w cztery oczy?
- W porządku. Mów, gdzie i kiedy. Wciąż mieszkasz w Greenwich?
- Tak, ale dziś jestem w Nowym Jorku. Zatrzymałam się w hotelu Four Seasons. Możesz wpaść do mnie na drinka?
- Dzisiaj?! - wykrzyknęłam. Kilka godzin temu zaczął sypać śnieg, a teraz przez okno mojego mieszkania na czternastym piętrze zobaczyłam, że nadciąga zawieja. Mieszkam na wschodnim krańcu Greenwich Village na rogu Dziewiątej ulicy i Broadwayu. W taką pogodę złapanie taksówki w kierunku Pięćdziesiątej Siódmej będzie cholernie trudne, a w stronę powrotną jeszcze trudniejsze.
- To pilne - odparła. - Gdy usłyszysz, co mam ci do powiedzenia, sama zrozumiesz, dlaczego musimy się natychmiast spotkać.
Wyglądało na to, że nie mam wyboru. Była gotowa usłyszeć odmowę mniej więcej tak samo, jak odbyć długą podróż zatłoczonym autobusem dalekobieżnym. Poza tym, jeśli sprawa rzeczywiście dotyczyła Peyton Cross, nawet pośrednio, byłam ciekawa, o co chodzi. Poinformowałam Ashley, że dojazd zajmie mi jakieś czterdzieści pięć minut. Umówiłyśmy się, że gdy będę na miejscu, zadzwonię do jej pokoju z recepcji, a ona zejdzie do baru w lobby.
Kiedy Ashley do mnie zatelefonowała, właśnie czytałam książkę, wylegując się w ulubionym dresie, i popijałam gorące kakao, by uczcić nadciągającą śnieżycę. I teraz niby miałam wyściubić nos z mojego ciepłego gniazdka? Kilka miesięcy temu zaangażowałam się w stały związek z facetem o nazwisku Jack Herlihy, który wykładał psychologię na Georgetown University w Waszyngtonie, więc widywaliśmy się tylko w weekendy. W tygodniu czasem wychodziłam ze znajomymi do kina czy na kolację, ale najczęściej albo zaszywałam się w moim mieszkanku, albo ucinałam sobie miłą pogawędkę z siedemdziesięcioletnim sąsiadem, Landonem. Nie mogłam się doczekać weekendów z Jackiem, bo reszta wieczorów była zazwyczaj tak fascynująca jak transmisja obrad Kongresu w telewizji. Ostatnio Landon niepokoił się, że prowadzę się tak, jakbym lada moment miała zacząć przygarniać bezdomne koty.
Przebrałam się w obcisłe, ciemne dżinsy, czarny golf, a w uszy wpięłam wielkie srebrne koła (żeby wyglądać odrobinę bardziej elegancko). Do tego włożyłam wysokie kozaki, które po trwających pięć minut poszukiwaniach wygrzebałam z szafy. Nad Manhattan nadciągała pierwsza tej zimy śnieżyca.
Wyszłam na zewnątrz i z zaskoczeniem stwierdziłam, że na chodniku leży już pięciocentymetrowa warstwa śniegu. Ciężkie chmury na niebie zapowiadały, że to jeszcze nie koniec. Postanowiłam pojechać metrem, linią numer 6, z Astor Place. Pomyślałam, że tak będzie szybciej niż taksówką, a wysiądę zaledwie kilka przecznic od hotelu.
Gdy pociąg pędził tunelem, a podłoga wagonu wypełniała się coraz większą kałużą topniejącego śniegu, miałam wreszcie czas zastanowić się, jakie kłopoty mogła mieć czarująca Peyton Cross. Z wiadomości, jakie do mnie docierały, wnosiłam, że żyło jej się komfortowo. Podobnie jak ja, zaledwie przekroczyła trzydziestkę, a już nazywano ją drugą Marthą Stewart albo "wierną kopią Marthy Stewart". Tak określali ją ci, którzy zazdrościli jej tak bardzo, że nie mogli tego znieść. Prowadziła coś na kształt szkoły kulinarnej, firmy cateringowej, wykwintnej kuchni i sklepu z żywnością na starej farmie Ivy Hill na obrzeżach Greenwich. Jej pierwsza książka kucharska wyszła w tym roku, a ona sama często gościła w programach telewizji Food Network. Ostatnio słyszałam, że jej mąż zainwestował w budowę studia telewizyjnego na farmie, żeby mogła prowadzić własne show.
Znałam ją od pierwszego roku na Uniwersytecie Browna. Byłyśmy wtedy współlokatorkami. Tryskała wprost energią i nosiła się z nieprzesadnie wyrafinowaną sportową elegancją, choć zawsze dopięta na ostatni guzik. Miałam wrażenie, że nie bała się niczego. Była ładna i choć onieśmielała część facetów, to większość dawała się porwać jej urokowi. Zawsze biegało za nią przynajmniej kilku straceńców. Lubiła atrakcyjnych mężczyzn w typie "niegrzecznych chłopców", takich, co to porzucają kobiety, łamiąc im bez skrupułów serca, ale w większości wypadków to ona dominowała.
Bycie jej współlokatorką bywało zabawne, ale potwornie irytujące. Potrafiła być wyjątkowo samolubna i nieprzyjemna. Zdarzało jej się umówić ze mną na kolację, a potem kazać mi samotnie czekać w restauracji przez godzinę, albo pożyczyć mój najlepszy ciuch i porzucić go gdzieś pod łóżkiem między kłębami kurzu. Z czasem nauczyłam się, jak unikać sytuacji, w których doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Po prostu należało mieć niewielkie oczekiwania i dobrze się bawić.
Na drugim roku dostałyśmy pojedyncze pokoje i od tej pory widywałyśmy się z rzadka, choć polubiłyśmy się do tego stopnia, że czasem wypadałyśmy razem na piwo. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma dziewczynami, które w odróżnieniu od Peyton, stanowiły lepszy materiał na przyjaciółki. Po studiach pisywałyśmy do siebie maile, ale niezbyt często. Zadebiutowałam w roli reporterki w "Albany Times Union" i "Record" w Bergen County, a potem ruszyłam na Manhattan z nadzieją znalezienia pracy w którymś z dużych magazynów. Zadzwoniłam więc do niej z prośbą o pomoc w nawiązaniu kontaktów. Pracowała wtedy dla "Food and Wine" przy opracowywaniu przepisów. Obiecała przedstawić mnie kilku osobom z branży i - ku mojemu zdumieniu - zrobiła to. Zaprosiła mnie też parę razy do Greenwich na przyjęcia, które wydawała w ramach własnego, szybko rozkwitającego biznesu związanego z cateringiem i organizacją przyjęć. Taka właśnie była Peyton - kiedy już, już miało się ochotę ją skreślić na zawsze z listy znajomych, nagle stawała się do bólu urzekająca.
Nigdy wcześniej nie byłam na tak luksusowej imprezie jak jej ślub. Odbywał się w historycznej rezydencji na przedmieściach Greenwich, catering przygotowała jej własna firma. Po pierwsze dlatego, że Peyton nie wierzyła, by ktoś inny mógł zająć się tym tak dobrze jak ona, a po drugie była to dla niej świetna reklama. Moi przyjaciele zakładali się, że upoluję na tym weselu jakiegoś bogatego gościa, ale David Slavin był od Peyton piętnaście lat starszy i większość jego przyjaciół czy wspólników była raczej prostackimi, podstarzałymi panami z brzuszkiem. Toteż większą część przyjęcia spędziłam, flirtując z jednym z barmanów.
Kiedy wyszłam ze stacji metra na rogu Pięćdziesiątej Dziewiątej ulicy i Lexington, śnieg padał jeszcze mocniej. Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie dotarłam do wysokiego, wyłożonego marmurem lobby hotelu Four Seasons. Zadzwoniłam z dołu do Ashley, by poinformować ją o przybyciu, i udałam się do baru, prosząc o dyskretnie położony stolik. Kolory wnętrza - ściany, zasłony i meble - wszystko błyszczało złotawym beżem. Jak na mój gust, nieco za bardzo przypominało to mauzoleum.
Choć przez telefon nie skojarzyłam nazwiska Ashley, bez trudu rozpoznałam ją, gdy pewnym siebie krokiem zmierzała do mojego stolika. Kiedy szła, obróciło się za nią kilka głów. Roztaczała wokół siebie tak charakterystyczną dla bogatych dziewczyn aurę pewności siebie i wyjątkowości. Wiele aktorek z pierwszych stron gazet całymi latami pracowało nad tą cechą, na ogół bezskutecznie.
Gdy się zbliżyła, zauważyłam, że to coś w kolorze ciemnej śliwki, co miała na sobie, było futrem. Albo zamierzała gdzieś wyjść, albo bała się je zostawić w pokoju. Futro uszyte z bobra, a może z norek, wydawało się miękkie i puszyste, z pewnością kosztowało co najmniej dwadzieścia tysięcy dolarów. Zastanawiałam się, czy na zderzaku jej sportowego samochodu można było przeczytać NIE HAMUJĘ PRZED MAŁYMI ZWIERZĘTAMI.
Wsunęła się na krzesło po mojej lewej stronie, nie zawracając sobie głowy zdawkowym cmoknięciem w policzek ani nawet zwykłym "cześć". Pewnie uznała, że wymieniłyśmy konieczne uprzejmości podczas rozmowy telefonicznej. Kasztanowe włosy spięła z tyłu, podkreślając smukłą, opaloną twarz. Jej kości policzkowe zdawały się tak ostre i wysokie, że gdyby się zanadto do nich zbliżyć, pewnie zadrasnęłyby do krwi.
- Zamówiłaś już? - spytała, energicznie zdejmując futro. Miała na sobie lawendową wełnianą sukienkę z delikatnymi bufkami. Obrzuciła zniesmaczonym spojrzeniem moje dżinsy i golf, jakbym włożyła wielki plastikowy śliniak z napisem JESTEM ŚWINKĄ.
- Nie, czekałam na ciebie - odrzekłam.
Rozejrzała się po sali i skinęła na kelnerkę. Wyglądała na zdenerwowaną. Podejrzewałam, że ma to związek z tym, co zamierzała mi obwieścić. Nie widziałam powodu, by tracić kolejne pięć minut na gadkę-szmatkę, toteż gdy tylko zamówiła martini, a ja poprosiłam o kieliszek caberneta, wypaliłam prosto z mostu:
- No to mów, co się dzieje.
- Kiedy ostatni raz rozmawiałaś z Peyton?
- Jakiś czas temu. Chyba latem.
- Pamiętasz druhnę Jamie Howe? Brunetka, krótko ścięte włosy?
Jamie. Spędziłam z nią sporo czasu podczas wesela, głównie dlatego, że też była dziennikarką. Poznała Peyton, kiedy pracowała w "Food and Wine", potem została redaktorką w jakimś innym miesięczniku. Nie przepadałam za nią - stale nadąsana i zawistna, chyba zazdrościła Peyton sukcesu. Ciągle powtarzała, jakie to ona miała szczęście, znaczy się Peyton, że David płaci za wszystkie jej pomysły.
- Jasne. Mieszka w Nowym Jorku, no nie?
- Mieszkała - rzuciła Ashley niemal wyzywająco. - Już nie żyje.
- Żartujesz! - wykrzyknęłam. Takiej wiadomości się nie spodziewałam. - Jak to się stało?
- Została porażona prądem we własnym mieszkaniu na Lower East Side. We wrześniu.
Na moment odjęło mi mowę. Ashley pociągnęła solidny łyk martini. Kiedy przełykała, przyłożyła wypielęgnowaną dłoń do klatki piersiowej, jakby dzięki temu alkohol miał łatwiej spływać do żołądka. Kiedy odstawiła szklankę, poczułam mdły zapach oliwek.
- O rany, teraz sobie przypominam. Słyszałam, że ktoś z branży zginął w ten sposób - powiedziałam w końcu - ale nie miałam pojęcia, że to o nią chodzi. Co się dokładnie stało?
- Brała kąpiel i odtwarzacz CD wpadł jej do wanny.
- To okropne.
- Wiem. Aż trudno uwierzyć, że nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, stawiając sprzęt tak blisko wanny.
Miała dziwny zwyczaj kończyć wypowiedź pociągnięciem nosem.
- Co masz na myśli? - zapytałam. - Myślisz, że...
- Do zeszłego tygodnia niewiele o tym myślałam - rzekła wyraźnie rozgorączkowana. - Nie znałam nawet Jamie przed tym ślubem. Ale nie uwierzysz, co się stało. Dwa tygodnie temu zmarła kolejna druhna. Robin Lolly, moja współlokatorka.
Wypuściłam powietrze tak głośno, że nadęty ważniak siedzący przy sąsiednim stoliku odwrócił się w naszą stronę. Ashley miała rację - nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam.
- Jak to się stało?
- Brała antydepresanty i doszło do reakcji alergicznej. Połączyła leki z jakimś nieodpowiednim jedzeniem. - Tutaj jej oczy wypełniły się łzami, które jak mi się zdawało, brały się w tym samym stopniu ze zdenerwowania, co ze smutku.
- Robin? - upewniłam się. - Ta Robin, która prowadziła sklep na farmie Peyton?
- Tak, ta sama - potwierdziła Ashley niecierpliwie. - Ładna blondynka z długimi włosami. Kiedy się spotkałyście, mogła używać nazwiska po mężu, Atkins.
- To straszne... - wymamrotałam. - Byłyście ze sobą blisko?
- Nie można powiedzieć, że wskoczyłybyśmy za sobą w ogień - potrząsnęła głową - ale znałyśmy się od czasów liceum. Ja, Robin, Peyton, Prudence, która jak pamiętasz, była świadkową na ślubie, chodziłyśmy razem do Greenwich Academy. W marcu Robin zamieszkała ze mną, bo potrzebowała mieszkania po rozwodzie, a akurat wyprowadzała się moja poprzednia współlokatorka.
- Umarła w domu?
- Nie, wyjechała sama na narty do Vermont, gdzie odziedziczyła domek po rodzicach. Pojechała tam w piątek. Patolog stwierdził, że zmarła prawdopodobnie niedługo po przyjeździe. Ciało znalazła sprzątaczka dopiero w poniedziałek rano. - Jej głos załamał się, gdy wypowiadała ostatnie zdanie.
- Przykro mi - rzekłam. - To musi być dla ciebie okropne. I dla Peyton też.
- Słuchaj! - zawołała, chwytając mnie nagle za ramię tak mocno, że musiałabym chyba użyć rozpieracza hydraulicznego, żeby się uwolnić. - Czy nie wydaje ci się dziwne, że ni z tego, ni z owego dwie zdrowe, młode kobiety, będące wcześniej na jednym ślubie, umierają w odstępie kilku miesięcy w tak dziwacznych okolicznościach?
- Chcesz powiedzieć, że ktoś je zabił? - spytałam. - Dlatego że były druhnami?
- Wiem tylko, że coś tu jest nie w porządku, a ja zaczynam wariować. Robin i Jamie nawet się nie znały przed ślubem. Potem się zaprzyjaźniły. A teraz obie nie żyją. Boję się, że i mnie może się coś podobnego zdarzyć.
- Domyślam się, że mocno to przeżywasz, ale cała sprawa wygląda na fatalny zbieg okoliczności, nic więcej.
- Wszyscy tak mówią - pokręciła głową wzburzona. - Peyton i reszta też.
- No cóż... Masz coś jeszcze na potwierdzenie swych podejrzeń?
- Po pierwsze, cała ta historia z połączeniem leków z niedozwolonym jedzeniem wydaje mi się absurdalna. Robin przecież doskonale wiedziała, co może jeść, a czego nie. Zawsze mnie o tym uprzedzała, gdy dla nas gotowałam.
Jakoś trudno mi było sobie wyobrazić, że Ashley przygotowuje posiłek w jakiś inny sposób niż przez zamówienie go w wykwintnej restauracji.
- Ludzie czasem oszukują, nawet gdy są na specjalnej diecie, choć zarzekają się, że wypełniają wszystkie zalecenia - zauważyłam.
Rozejrzała się nerwowo po sali, jakby obawiała się, że ktoś podsłuchuje i nachyliła się do mnie.
- Nie ona. Wiedziała, jakie skutki może mieć dla niej nawet drobne odstępstwo od diety. Nie sądzę, żeby oszukiwała. Poza tym jest coś jeszcze. Po śmierci Jamie Robin stała się jakaś dziwna. Jakby nerwowa i spięta.
- To chyba normalne w żałobie - zasugerowałam.
- Nie wierzę - westchnęła. - Myślałam, że chociaż ty potraktujesz to poważnie. Zdaje się, że sama będę musiała zadbać o własne bezpieczeństwo.
Była w jej głosie jakaś nuta szaleństwa. Ważniak przy stoliku obok znowu się obejrzał. Dla postronnych obserwatorów wyglądało to pewnie tak, jakbym próbowała uciszyć kogoś, kto zażył sporą dawkę koki i teraz odlatywał spokojnie w równoległe światy.
- Ashley, posłuchaj. Musisz zachować spokój. Nawet jeśli stało się najgorsze, jeśli ktoś je zabił, to może to mieć związek z ich przyjaźnią, a nie z tym, że bawiły się na jednym weselu.
- Nie, nie - pokręciła głową. - Też tak myślałam przez jakieś czterdzieści sekund, ale potem coś mi się przypomniało. Otóż zaraz po śmierci Jamie Robin zaczęła mnie wypytywać o ślub. Chciała wiedzieć, czy zauważyłam tego dnia coś dziwnego.
Poczułam, jak zjeżyły mi się włoski na karku, jakbym do tej pory ze znudzeniem przysłuchiwała się rozmowie, a teraz wreszcie usłyszałam coś, co przyciągnęło moją uwagę.
- Co rozumiesz przez "coś dziwnego"? - zapytałam.
- Sama nie wiem. Nic mi wtedy nie przyszło do głowy, może poza tym, że w tych cholernych sukniach druhen wyglądałyśmy jak gigantyczne bezy. Poprosiłam ją, żeby wyjaśniła, o co jej dokładnie chodzi, ale odpowiedziała, że nieważne. Wtedy nie łączyłam jej pytania ze śmiercią Jamie, ale teraz widzę, że to musi mieć związek.
Zapytałam, czy opowiedziała to wszystko policji. Powiedziała o Jamie oficerowi prowadzącemu śledztwo w sprawie śmierci Robin, ale ten nie wykazał najmniejszego zainteresowania. Oba wypadki zdarzyły się w różnych stanach i policja nie chciała ich ze sobą łączyć.
- Czego właściwie ode mnie oczekujesz? - spytałam w końcu.
- Przyjedź do Greenwich. Przyjrzyj się temu z bliska. W końcu chyba takimi właśnie sprawami się zajmujesz, prawda?
Kobieta taka jak Ashley nie przyjęłaby do wiadomości odpowiedzi, że nie do końca takimi sprawami się zajmuję. Co prawda pracowałam przy kilku morderstwach, ale w zasadzie jestem tylko reporterką. Jednak tak kategoryczne damy interesowało tylko to, czy człowiek może im się do czegoś przydać.
Przez chwilę pogrążyłam się w zadumie, sącząc wino. Na pierwszy rzut oka sprawa rzeczywiście wyglądała na przerażający zbieg okoliczności. Jednak pytanie, które Robin zadała Ashley na temat ślubu, nie dawało mi spokoju. Poza tym chciałam pogadać z Peyton. Musiała być tym wszystkim wstrząśnięta.
W końcu powiedziałam Ashley, że się zgadzam. Przyjadę do Greenwich, porozmawiam z Peyton i być może się rozejrzę. Następny dzień, środa, wydał mi się odpowiedni na ten godzinny wypad samochodem. W czwartek po południu musiałam być z powrotem w wydawnictwie na kolegium redakcyjnym. Miałam wrażenie, że Ashley ulżyło. Wzięłam od niej numer telefonu i oświadczyłam, że zadzwonię do niej następnego dnia, kiedy będę już wiedziała, o której ruszam.
Poprosiłyśmy o rachunek. Zapłaciła, choć przez moment pomyślałam, że zaproponuje, żebyśmy go podzieliły. To byłoby typowe. Odprowadziłam ją do windy i wyszłam z hotelu tylnym wyjściem, prosto na 58. Ulicę. Ciągle sypał gęsty śnieg, a samochody wolno sunęły po jezdni, raz po raz ślizgając się na mokrej nawierzchni. Jakimś cudem pojawiła się taksówka i nikt nie próbował mi sprzątnąć jej sprzed nosa. Kiedy usadowiłam się już w ciepłym samochodzie, poczułam ucisk w żołądku. Rozmowa z Ashley poruszyła mnie.
Kiedy dotarłam z powrotem do domu, zrzuciłam płaszcz oraz buty i nie zapalając światła, opadłam na kanapę. Może i nie mieszkam jak siostry Hilton, ale jak na singielkę żyjącą na Manhattanie mam całkiem przytulne mieszkanko z jedną sypialnią, sporym salonem, w którym zmieścił się nawet duży stół. No i jeszcze taras wychodzący na zachodnią stronę. Widok co prawda bez żadnych fajerwerków, ale moim zdaniem fantastyczny. Rozciąga się na dziesiątki szarych, czerwonawych i piaskowych domów oraz setki rozsianych po dachach kontenerów na wodę, przykrytych starym gontem.
Światła miasta odbijające się w śniegu zalegającym na tarasie rozjaśniały salon. Otulona poduchami próbowałam przypomnieć sobie dzień ślubu Peyton. Wspomnienia rozmywały się, choć udało mi się przywołać pewne ważne szczegóły. Ceremonia, która odbyła się w kościele protestanckim w Greenwich, zajęła raptem piętnaście minut. Za to przyjęcie ciągnęło się godzinami. Zaczęło się od koktajlu, podczas którego obok innych rarytasów serwowano wódkę z kawiorem. Kolacja składała się z pięciu dań, wliczając w to sery podane tuż przed deserem.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk telefonu. Dzwonił Jack. Jak zwykle, by mi rzec dobranoc.
- Próbowałem się dodzwonić wcześniej - zaczął. - Nie wiedziałem, że miałaś wyjść... - W jego tonie słychać było nie pretensję, lecz ciekawość.
Pokrótce opowiedziałam mu całą historię.
- Bez dwóch zdań, to jest dziwne - zauważył. - Ale nie przejmowałbym się. To zapewne tylko zwykły zbieg okoliczności.
- Niezgodny z rachunkiem prawdopodobieństwa, nie sądzisz? - odparłam w nadziei, że Jack, jako psycholog, zdoła mi racjonalnie wytłumaczyć tę sekwencję wydarzeń.
- Niekoniecznie. To się nazywa klaster. Czyli układ losowych zdarzeń, który wydaje się nieprzypadkowy ze względu na ich ponadprzeciętną liczbę. Tymczasem nie są one niczym więcej niż losowymi zdarzeniami. I naprawdę nic nie znaczą.
Jeszcze raz mnie zapewnił, żebym się nie przejmowała, po czym przeszliśmy do omawiania planów na weekend. Od razu poczułam się lepiej, ale gdy tylko odłożyłam słuchawkę, niepokój wrócił. Owszem, zgoda, do dwóch wypadków mogło dojść przypadkiem, ale skąd w takim razie to pytanie Robin: "Czy zauważyłaś wtedy coś dziwnego?". Nie mogłam sobie wyobrazić, co takiego mogło się zdarzyć tego kwietniowego popołudnia, że aż doprowadziło do zamordowania dwóch kobiet, które w dodatku dopiero co się poznały.
Włączyłam światło i poczłapałam do maleńkiego gabinetu, w którym kiedyś się mieściła garderoba. Przeszukałam szufladę biurka i znalazłam fotografię z wesela przysłaną mi przez Peyton na pamiątkę. Oboje z Davidem promiennie się na niej uśmiechali. Na lewo od nich stał świadek Davida, Trip, i kilku jego przyjaciół, z którymi ledwie zamieniłam słowo w czasie tego weekendu. Po prawej, obok Peyton, stała świadkowa i pięć druhen. Pośród nich ja: krótkie, złotobrązowe włosy zmaltretowane we fryzurze a la Doris Day oraz cały metr i sześćdziesiąt osiem centymetrów ciała uwięzionego w niekończących się fałdach żółtej tafty.
Teraz rozumiecie, dlaczego opowieść Ashley zrobiła na mnie takie wrażenie. Ja też byłam druhną na tym ślubie.