Heartland (#20). Rozstania i powroty - Lauren Brooke

Reflow text when sidebars are open.
Zapraszamy na www.publicat.pl
Amy stała w palącym, czerwcowym słońcu i strzelała batem do lonżowania w taki sposób, że rzemień trzaskał, uderzając sam o siebie.
- I kłus! - poleciła młodemu Patyczkowi.
Dwuletni gniadosz parsknął, po czym puścił się kłusem, wyginając szyję w łuk i poruszając się sprężystym, równym krokiem. Chłopak Amy, Treg, biegł cały czas obok konia, ledwie muskając palcami kawecan.
- Świetnie, Patyczku! - zachęcała źrebaka Amy. Przyglądała się, jak długonogi konik pędzi żwawo wokół piaszczystego wybiegu. Zauważyła, że w promieniach słońca jego sierść wydaje się złocista. Pomyślała, że źrebak czyni postępy, reaguje na jej głos i trzyma się w szerokim, równym kole. Jeszcze trochę i Treg nie będzie już musiał biec u jego boku.
- A teraz... chód - zakomenderowała, kiedy Patyczek i Treg skończyli kolejne okrążenie.
- Dzięki - uśmiechnął się Treg, nieco zdyszany.
Odpowiedziała mu uśmiechem i uderzyła ponownie batem, żeby Patyczek nie przystawał. Zareagował ochoczo, wyciągając szyję i wydłużając krok.
Minął już ponad rok od czasu, kiedy źrebak znalazł się w Heartlandzie - był jednym z ośmiu koni, które przyjechały do nich w przegrzanej bydlęcej przyczepie. Trzy konie nie przeżyły podróży, a z ocalałej piątki tylko Patyczek został u nich. Amy zatrzymała go dla siebie i teraz szkoliła z pomocą Trega i Joni, stosując łagodne metody, jakich nauczyła ją kiedyś mama.
- Amy! Telefon! - zawołała Joni, pojawiając się nagle przy bramie. - Soraya do ciebie.
- Już lecę!
Zatrzymała Patyczka i podbiegła do Trega, żeby podać mu lonżę oraz bat.
- Muszę iść do telefonu - powiedziała. - Zrób z nim jeszcze dwa albo trzy okrążenia, dobrze?
- Jasne. Poproszę Joni, żeby go prowadziła - odparł i od razu gestem przywołał dziewczynę. Amy podziękowała mu, poklepała raz jeszcze Patyczka i ruszyła pospiesznie w stronę domu, zastanawiając się, czegóż może chcieć od niej Soraya. Obie kończyły właśnie szkołę średnią. Zajęć już nie było, następnego dnia miały zakończenie roku, a wieczorem imprezę dla całej klasy. Soraya była bardzo podekscytowana tymi planami, jednak Amy nie podzielała entuzjazmu przyjaciółki.
Do ostatniej jesieni Amy nosiła się z zamiarem pozostania po ukończeniu szkoły w Heartlandzie. Zaskakująco dobre wyniki, jakie uzyskała z egzaminu SAT, sprawiły, że zmieniła zdanie. Po długim namyśle złożyła papiery na prestiżowy czteroletni kierunek przygotowujący do studiów weterynaryjnych na politechnice, oddalonej od domu o jakieś dwie godziny drogi. Kiedy w końcu powiedziała rodzinie, że zdecydowała się na studia, otrzymała od wszystkich ogromne wsparcie. Nawet Treg, który z pewnością musiał podchodzić z rezerwą do jej wyjazdu, wyglądał na szczerze uradowanego. Gdy Amy dostała potwierdzenie przyjęcia na studia, nagle wszystko stało się dziwnie realne. Chociaż Treg nadal popierał jej wybór, Amy wyczuwała, że rodzi się pomiędzy nimi pewien dystans - miała poczucie, że i on, tak jak wszyscy w Heartlandzie, przygotowuje się psychicznie do jej odejścia. Sama Amy cieszyła się na myśl o tym, co czeka ją na uczelni, ale w głębi duszy nie pogodziła się jeszcze z faktem, że zostawia ukochany dom rodzinny i tak bliską sercu pracę. Pracę, która była spuścizną po zmarłej mamie.
- Cześć. Nie spieszyłaś się! - Kiedy podniosła słuchawkę, powitał ją głos Sorai.
- Byłam na wybiegu treningowym - wyjaśniła.
- Słuchaj. Właśnie dzwoniłam do salonu i mają jeszcze miejsce! Możemy jutro z samego rana pójść razem, żeby nas uczesali.
- Och, właściwie to nie planowałam żadnej fryzury.
- Amy... - Soraya westchnęła ciężko. - Kończymy szkołę. Chyba chcesz wyglądać ładnie, prawda? No dawaj, przecież zrobiłaś sobie włosy na wesele Lou.
- Cóż za niespodzianka, Soraya się uparła... - zaśmiała się Amy. - O której masz tę wizytę?
- Punkt ósma. Za wcześnie dla ciebie?
- Skąd - zapewniła ją. Była przyzwyczajona do wstawania o świcie, bo w Heartlandzie zawsze mieli dramatycznie napięty plan dnia.
- Ale się cieszę! - zapiszczała Soraya. - Do zobaczenia jutro rano!
- Przyjdę - obiecała jej Amy, po czym odłożyła słuchawkę, pokręciła głową i weszła do kuchni.
Ku jej zaskoczeniu, przy stole siedziała Lou i rozmawiała z przyjaciółką dziadka, Nancy.
- Jeszcze jesteś! - zawołała Amy. Po ślubie ze Scottem Trewinem, Lou wyprowadziła się z Heartlandu. Codziennie przyjeżdżała do pracy w schronisku, ale zwykle po południu wracała do domu, żeby zjeść późny obiad ze swoim mężem.
- Scott został wezwany do jakiegoś konia - uśmiechnęła się jej siostra. - Nie jest pewien, ile mu to zajmie, więc pomyślałam, że zostanę na obiedzie. Zresztą, uznałam, że może będzie ci potrzebna pomoc w przygotowaniach do tego wielkiego dnia.
- Nie przypominaj mi! - jęknęła Amy. - Soraya właśnie wkręciła mnie w wizytę u fryzjera.
- To dobrze. Powinna jeszcze tu przyjechać i upewnić się, że nie masz na sobie pogniecionej, pokrytej sianem sukienki.
Amy uśmiechnęła się wbrew sobie.
- Nie jest ze mną aż tak źle - powiedziała. - Na twoim ślubie nie prezentowałam się tragicznie, prawda? Bardzo się cieszę, że zostałaś. O co chodzi z tym koniem, do którego pojechał Scott? Znamy go?
- Nie miałam okazji, żeby go o to zapytać - odparła jej siostra.
Nancy i Lou zabrały się do szykowania obiadokolacji, a Amy wyszła na zewnątrz. Cienie już się zaczęły wydłużać; Treg szedł właśnie z Patyczkiem w stronę stajni.
- Zacznę wprowadzać konie! - zawołała do niego, więc uniósł rękę w odpowiedzi. Zabrała kilka uzd i uwiązów z siodlarni i ruszyła w kierunku pastwisk. Większość koni spędzała latem całe dnie na dworze, ale i tak były wprowadzane na noc do budynku.
Weszła na górny wybieg i podeszła powoli do Cyrkonii, siwej rasowej klaczy o płowym ogonie i takiej samej grzywie. Cyrkonia przyjechała do nich, ponieważ od pewnego czasu zaczęła zasypiać za każdym razem, kiedy właściciel próbował na niej jeździć. Amy pracowała już od kilku tygodni nad rozwiązaniem tego problemu. Zauważywszy ją, klacz uniosła łeb i na powitanie wypuściła powietrze nozdrzami. Amy ukryła uzdę za plecami i wyciągnęła przed siebie dłoń z kostkami lucerny.
- Dobra dziewczynka - szepnęła, kiedy Cyrkonia zrobiła krok do przodu. Dziewczyna pozwoliła jej zjeść przysmak i włożyła jej uzdę. Zanim poprowadziła klacz do wyjścia, rozejrzała się jeszcze dookoła, żeby sprawdzić, co robią pozostałe konie. Większość pasła się spokojnie, jednak jej uwagę zwrócił mieszkający na stałe w Heartlandzie Kacperek. Ten uroczy kuc szetlandzki znalazł się u nich dwa lata wcześniej, kiedy nagle zmarła jego właścicielka.
Kacperek leżał, ale zaczął się podnosić na widok Cyrkonii zajadającej się lucerną. Amy zmarszczyła czoło. Czy jej się tylko wydawało, czy faktycznie miał trudności ze wstaniem?
Kuc potrząsnął grzywą i parsknął, prostując się. Chociaż wydawało się, że wszystko z nim w porządku, Amy postanowiła, że tak czy inaczej, przyjrzy mu się dokładniej. Przywiązała Cyrkonię do palika i podeszła do Kacperka, patrząc, jak rusza chwiejnie w jej stronę.
- Hej, mały - powiedziała, podając mu kostki lucerny.
Wyciągnął szyję, a nozdrza rozszerzyły mu się łakomie.
- Chyba wprowadzę cię na noc do boksu - oznajmiła z zadumą, kiedy zaczął chrupać przysmak.
Przełożyła mu uzdę przez łeb i poprowadziła go do Cyrkonii. Rzeczywiście, coś było nie tak z jego chodem. Nie to, że kulał, nie szedł też, powłócząc nogami, jak to bywa u koni z ochwatem[1]. Raczej chodziło o to, że jego tylne nogi wydawały się nieco sztywne i niezdarne, zwłaszcza lewa. Amy przeanalizowała w myślach listę potencjalnych schorzeń, ale nie znalazła niczego, co by pasowało.
Poprowadziła oba konie na podwórze. Krótkie nogi Kacperka chrzęściły na żwirze z podwójną prędkością, żeby nadążyć za długimi, rytmicznymi krokami Cyrkonii. Joni właśnie rozdzielała siano i zaniosła już siatkę do boksu klaczy. Kiedy Amy wprowadziła Cyrkonię do boksu i odpięła jej uzdę, klacz od razu podeszła do siana i zaczęła ochoczo je skubać. Amy poklepała ją po grzbiecie i wróciła do Kacperka, którego przywiązała pod siodlarnią.
- Wszystko z nim w porządku? - zapytała Joni.
- No właśnie nie wiem - przyznała Amy. - Tylne nogi ma jakieś takie chwiejne, więc pomyślałam, że go wprowadzę pod dach - na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że coś mu jednak dolega.
- F a k t y c z n i e idzie dziwnie - zgodziła się z nią Joni, kiedy Amy wprowadziła kuca do stajni i otworzyła zasuwę na drzwiach boksu. - Masz jakieś podejrzenia, co to może być?
- Na razie nie - odparła Amy. Kiedy znalazła się w boksie, odpięła Kacperkowi uzdę i przesunęła ręką po każdej nodze po kolei. Joni stała za drzwiami i przyglądała się.
- Nie są gorące, więc to chyba nie jest zwyczajne okulenie - zauważyła Amy. Spojrzała w oczy kuca, delikatnie odsuwając skórę. - Błony śluzowe wyglądają blado. Dam mu kwas foliowy, zobaczymy, jak będzie rano. Może to anemia.
- Brzmi rozsądnie - odparła Joni i zaśmiała się. - Będziesz świetnym weterynarzem. Może ja coś zrobię? Przecież jutro masz zakończenie roku. Nie będziesz miała czasu, żeby do niego zajrzeć, więc...
- Dam radę - powiedziała Amy stanowczo i od razu pożałowała, że tak przerwała koleżance, więc uśmiechnęła się przepraszająco. - Ale jeżeli rozdzielasz pasze, możesz do jego porcji dodać kwasu foliowego. A gdybyś miała ochotę mu zaśpiewać, będzie cię wielbił na wieki.
- Dlaczego? - Joni przechyliła głowę i zmarszczyła brwi.
- Jak wiesz, kiedy Kacperek przyjechał do nas, był w żałobie po śmierci swojej właścicielki, pani Bell - wyjaśniła Amy. Kacperek przebywał w Heartlandzie znacznie dłużej niż Joni, lecz kiedy dziewczyna zaczynała pracę, Amy opowiedziała jej historię każdego konia. - Nic, co robiliśmy, nie było w stanie wyciągnąć go z rozpaczy. Straszne to było. Myśleliśmy już, że zgaśnie i umrze. A wtedy Lou przypomniała sobie, że pani Bell ciągle śpiewała. I zaczęła śpiewać Kacperkowi, a on wyzdrowiał!
- Niesamowite - oznajmiła Joni. - To dlatego Lou jest z nim tak związana.
Amy skinęła głową i wyszła z boksu.
- Kacperek jest na pewno jej ulubieńcem - przyznała. Nie wspomniała jednak, że pani Bell umarła krótko po śmierci ich mamy, a Lou i Kacperek wspólnie przeszli każde przez swoją żałobę.
Amy wróciła na pastwisko, żeby sprowadzić pozostałe konie. Oparła się o ogrodzenie i przez kilka minut patrzyła, jak zwierzęta pasą się na tle zachodzącego słońca. Nie mogła uwierzyć, że następnego dnia kończy naukę w szkole średniej. Cała ta bieganina, żeby zrobić wszystko w stajniach przed wyjściem do szkoły, znajdowanie z trudem czasu na odrobienie lekcji - wreszcie koniec!
Amy cieszyła się, że dobiegł kresu ten zwariowany etap jej życia, choć jednocześnie bała się, co przyniosą zmiany. Jeszcze tylko kilka krótkich miesięcy wakacji i zacznie studia na politechnice.
W końcu pchnęła bramę, postanawiając, że chwilowo nie będzie się niepotrzebnie zamartwiać. Złapała dereszowatego Cezara, a potem musiała biec za kasztankiem, jakże trafnie nazywanym Chochlikiem. Zanim dotarła na podwórze, Lou już wołała ją na obiad, więc zostawiła Trega i Joni, żeby dokończyli pracę, a sama weszła do domu.
- Soraya znowu dzwoniła - poinformowała ją Lou, ledwo Amy zdążyła wejść do domu. - Zostawiła wiadomość: coś o imprezie po zakończeniu roku.
- Co za dziewczyna - westchnęła Amy.
Lou uśmiechnęła się do niej współczująco.
- Wiem, jak nie znosisz tego typu wydarzeń, ale będziemy jutro z ciebie bardzo dumni. My się już t r o c h ę nie możemy doczekać, a ty nie?
- Oj, pewnie że tak - odparła z nagłym zakłopotaniem. Ona też była dumna z tego, że kończy szkołę. Tylko że wydawało jej się to takie ostateczne. Kiedy minie jutrzejszy dzień, nie będzie już powrotu. Będzie miała przed sobą studia - i całą przyszłość.
Lou obeszła stół i uścisnęła siostrę.
- Ja też już na to czekam - powiedziała. - Jutro będzie niezapomniany dzień.
Amy oddała uścisk, a potem zaczęła rozkładać sztućce, bo przyszedł dziadek. Nancy stała przy kuchence i mieszała sos, Lou przeglądała pocztę - Amy poczuła się jak za dawnych, dobrych czasów. Uśmiechnęła się do siebie, przypominając sobie wieczór poprzedzający ślub siostry. Tak bardzo się wtedy bała, że kiedy Lou się wyprowadzi, życie w Heartlandzie będzie wyglądać zupełnie inaczej. Jak się okazało, niewiele się zmieniło.
Za to na samą myśl o zmianach, jakie ona wprowadzi, bolał ją żołądek. Zaczęła myśleć o tym, że kiedy pójdzie na studia, skończą się powroty do domu na obiadokolację.
Tej nocy Amy źle spała. Przez cały wieczór Lou wydziwiała nad nią, wygładzając na niej sukienkę i zmuszając ją do przymierzania rozmaitych naszyjników. To była sukienka pożyczona od Lou, która wkładała ją na imprezy, jeszcze gdy mieszkała w Nowym Jorku. Kreacja miała krótkie rękawki, sięgała do kolan i została uszyta z jedwabiu w kolorze głębokiej akwamaryny. Dziadek i Nancy zachwycali się wyglądem Amy, a Nancy przyniosła piękny naszyjnik i kolczyki, które idealnie pasowały do niebieskiego materiału. Amy udało się nawet wczuć w sytuację i zaczęła wirować dookoła, przyglądając się własnemu odbiciu w lustrze.
Teraz leżała w łóżku i jej myśli były bardzo mroczne. Na pierwszy plan wysunęły się nękające ją przez cały dzień wyrzuty sumienia i wątpliwości. Zaczęła myśleć o mamie. Zawsze nakłaniała ona córkę do nauki, a jednak dla niej samej najważniejszy był Heartland. Czy mama zaakceptowałaby to, że Amy przedkłada studia nad pracę w stajniach? Zaczęła przewracać się z boku na bok, marząc o zaśnięciu. Przecież na zakończeniu szkoły nie może wyglądać jak blady duch!
W końcu zapadła w sen, lecz obudziła się o świcie. Mimo że oczy szczypały ją z niewyspania, usiadła i wyjrzawszy za okno, patrzyła, jak szare niebo pokrywa się różowym blaskiem. Nagle przypomniała sobie, że przecież wprowadziła Kacperka na noc do stajni, wyskoczyła więc z łóżka, szybko się ubrała i pobiegła na dwór. Było bardzo wcześnie; Treg i Joni jeszcze nie przyjechali. Kiedy zajrzała ponad drzwiami boksu, Kacperek drzemał.
- Kacperek! - zawołała cicho i odsunęła zasuwę.
Uniósł łeb na dźwięk jej głosu. Od razu zwróciła uwagę, że stoi z nieco rozstawionymi nogami. Obserwując uważnie każdy ruch kuca, weszła do boksu z założeniem, że będzie wypatrywać wszelkich oznak niezdarności, którą zauważyła poprzedniego dnia. Kacperek odsunął się, robiąc dla niej miejsce, a wtedy zmarszczyła czoło. Schyliła się i położyła dłoń na boku konia, prosząc go, by przesunął się w bok. Spełnił jej polecenie, chociaż zdecydowanie chwiał się na tylnych nogach - tak samo jak dzień wcześniej, bardziej na lewej niż na prawej.
Pogłaskała go po szyi i zatopiła się w myślach. Nigdy nie widziała podobnych objawów. Czy to jakiś wirus? Nie chciała niepokoić Lou, wiedziała przecież, ile Kacperek dla niej znaczy, ale stwierdziła, że jednak będzie musiała wezwać Scotta.
Szybko wyszła ze stajni i biegła do domu, kiedy zauważyła podjeżdżający samochód Trega.
- Hej, absolwentko! - zawołał. - Nie powinnaś się czasem szykować?
- Mam jeszcze godzinę do spotkania z Sorayą - odparła z uśmiechem, który chwilę później zgasł na jej ustach. - Poszłam zajrzeć do Kacperka. Coś z nim nie tak.
- Co się stało? - zaniepokoił się Treg.
- Tylne nogi ma jakieś takie słabe. Zauważyłam to już wczoraj wieczorem. Zerkniesz na niego? Miałam właśnie dzwonić do Scotta, zaczynam się martwić.
Od razu poszli do boksu kuca. Nadal stał z rozstawionymi szerzej nogami, jakby nie potrafił złapać równowagi. Amy nakłoniła go do ruchu w bok, demonstrując Tregowi dziwny brak koordynacji w tylnych kończynach Kacperka. Poza tym kuc miał boki zlane potem.
- Jak myślisz, co to takiego? - zapytała.
- Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. - Treg pokręcił głową. - Masz rację, trzeba zadzwonić do Scotta. Ale ty masz sporo na głowie, może ja zajmę się tym telefonem?
- Nie. - Amy pokręciła głową. - Soraya i jej fryzjer mogą zaczekać. Zadzwonię od razu. Miej na niego oko, dobrze?
Treg zgodził się, więc poszła do domu. Wybrała numer domowy Scotta i Lou. Ku jej przerażeniu telefon odebrała siostra. Miała wybitnie zaspany głos.
- Amy, która godzina? - wymamrotała.
- Koło siódmej. Przepraszam, że cię obudziłam. Jest Scott?
- Dlaczego pytasz? - Lou natychmiast oprzytomniała. - Coś się stało?
Amy wzięła głęboki wdech.
- To Kacperek - powiedziała i wyjaśniła, w czym rzecz.
- Jak to chwiejne nogi? - zapytała Lou. - Dlaczego nie powiedziałaś nam wczoraj wieczorem?
- Myślę, że to nic poważnego - odparła Amy. - Ale chyba Scott powinien go obejrzeć.
- OK. - Lou wydawała się spokojniejsza. - Scott pojechał do kliniki, przekażę mu wszystko, kiedy wróci. Ja będę w Heartlandzie za jakieś pół godziny. Ach, Amy, a co ty tak w ogóle robiłaś w stajni? Nie powinnaś...
- Wiem - przerwała siostrze. - Idę wziąć prysznic. Kiedy się zobaczymy, będę świeża i pachnąca!
Godzinę później Amy dotarła zdyszana do salonu fryzjerskiego, ubrana w jedwabną niebieską suknię, z togą i biretem schowanymi w pokrowcu. Rodzice Sorai mieli odwieźć je potem od razu do szkoły, co oznaczało, że Amy nie będzie miała możliwości zajrzenia do Heartlandu i sprawdzenia, co u Kacperka.
Scott pojawił się w Heartlandzie właśnie wtedy, gdy wsiadała do samochodu dziadka i jechała na umówioną wizytę w salonie fryzjerskim. Chciała zostać na czas badania, lecz wygonił ją, obiecując, że zadzwoni do niej na komórkę, jeśli pojawią się jakiekolwiek problemy. Teraz zerknęła nerwowo na telefon i usiadła na czarnym obrotowym krześle fryzjerskim obok przyjaciółki.
- Coś się stało? - zapytała Soraya z błyskiem podekscytowania w oczach. Fryzjerka upinała właśnie jej czarne loki.
Amy zaczęła wyjaśniać sytuację, a wtedy za jej plecami stanęła druga fryzjerka i spryskała jej włosy mgiełką wody.
- Skoro przyjechał Scott, wszystko będzie dobrze - powiedziała uspokajająco Soraya, wysłuchawszy ze współczuciem całej historii. - Nie pozwól, żeby zepsuło ci to dzień.
- Nie zepsuje - odparła Amy i po chwili zdała sobie sprawę, że nie brzmi zbyt przekonywająco. Fryzjerka starannie zwijała jej długie jasnobrązowe włosy w kok francuski.
- Zapomnisz o wszystkich zmartwieniach na wieczornej imprezie - zapewniła ją Soraya i uśmiechnęła się do lustra. - Będzie bosko. Dzwoniłam do ciebie w tej sprawie wczoraj wieczorem. Lou ci nie przekazała? Chciałam zapytać, czy zabierasz Trega, czy nie.
Amy spojrzała na przyjaciółkę ze zdumieniem, a odwracając głowę, przeszkodziła fryzjerce w pracy.
- Dlaczego miałabym go nie zabrać? - zapytała zaczepnie. Oczywiście, że zamierzała iść razem z Tregiem na imprezę zakończeniową, która miała się odbyć w domu przewodniczącego ich klasy. Już w maju zabrała swego chłopaka na tradycyjny bal z okazji zakończenia nauki i do tej pory pamiętała, jak cudownie było wirować razem na parkiecie sali gimnastycznej, pod sznurami serpentyn i światełek. Dziewczyny z jej klasy, które nigdy wcześniej nie widziały Trega, szeptały po kątach o przystojnym i tajemniczym starszym chłopaku. Amy tańczyła w jego objęciach dumna i zadowolona.
- No wiesz - odparła Soraya z pewnym wahaniem - czasami bywało już dość niezręcznie, w końcu Treg nie skończył szkoły średniej i tak dalej. A wszyscy będą mieli dopiero co otrzymane dyplomy, będziemy gadać o studiach i takich tam... - Soraya zawiesiła głos i wzruszyła przepraszająco ramionami.
Amy przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze, zastanawiając się nad słowami przyjaciółki. Soraya miała rację. Treg rzucił szkołę, żeby zająć się pracą w Heartlandzie, i Amy czasami wyczuwała pewien dystans pomiędzy nim a swoimi szkolnymi znajomymi - jakby ich doświadczenia były dla jej chłopaka czymś obcym. Amy nie wyobrażała sobie, że Trega mogłoby nie być z nią na imprezie, ale z drugiej strony rozumiała, że może czuć się wyobcowany, zwłaszcza jeśli rozmowy będą koncentrować się wokół końca roku szkolnego i planów dotyczących dalszej nauki.
- To nie ma znaczenia - odpowiedziała w końcu z przekonaniem. Fryzjerka poprawiła jej kok i spryskała lakierem. - Treg nie będzie się czuł źle. On wspiera mnie w moim wyborze.
Jednak przyglądając się swojemu nowemu wizerunkowi w lustrze, poczuła, że ogarniają ją wątpliwości. Zdała sobie sprawę, że jeśli wszyscy będą rozmawiać o studiach, nie pozwoli to jej i Tregowi zapomnieć, że Amy z końcem lata opuści Heartland - oraz ukochanego.
Boisko szkolne zostało przygotowane do uroczystości zakończenia roku. Przed wielką sceną ustawiono rzędy krzeseł, a kiedy Amy i Soraya przyjechały tuż przed dziesiątą, miejsca zaczynały się już zapełniać krewnymi i przyjaciółmi uczniów najstarszej klasy. Soraya, Amy oraz Matt szli w togach i biretach w rytm wygrywanego marsza, a potem zajęli miejsca w pierwszym rzędzie. Co chwilę się odwracali, żeby sprawdzić, czy przyjechali już ich bliscy. Soraya zauważyła rodziców i zaczęła machać im gorączkowo. Wkrótce pojawili się także rodzice Matta, uśmiechając się do nich ciepło. Nigdzie nie było jednak widać nikogo z Heartlandu.
Amy zaczęła się zamartwiać. Od razu przyszedł jej do głowy Kacperek. Może coś mu się stało? Dlaczego w takim razie Scott do niej nie dzwonił? Siedziała z rękoma na kolanach i nerwowo przygryzała dolną wargę, bo orkiestra szkolna już zaczęła grać, a na podium stanął dyrektor.
- Przyjadą. - Soraya ścisnęła jej rękę.
Amy uśmiechnęła się blado. Rzuciła raz jeszcze spojrzenie przez ramię, jednak nie zauważyła nikogo z bliskich. Dyrektor zakończył już przemowę, rozległy się gromkie brawa i rozpoczęło się wywoływanie uczniów.
Ashford, Bellini, Butler, Davies, De Silva, Drayton... Serce Amy zaczęło bić jak oszalałe, bo zbliżała się litera F. Chociaż miała mieszane uczucia co do tego dnia, i tak marzyła o tym, by spędzić go w towarzystwie rodziny i Trega.
- Amy Fleming - dyrektor wyczytał jej nazwisko.
Wstała i ruszyła na drżących nogach do sceny. Wchodząc po schodkach, obejrzała się po raz ostatni, a wtedy ogarnęła ją fala ulgi. Lou, Scott i Treg siadali pospiesznie na pustych krzesłach, za nimi szedł dziadek z Nancy. Lou pokiwała ręką i Amy uśmiechnęła się nerwowo. A potem, przez sekundę, zatrzymała spojrzenie na Tregu.
Weszła na scenę, odebrała świadectwo i uścisnęła rękę dyrektora. Schodząc ze sceny, popatrzyła znowu na Trega. Klaskał tak jak wszyscy, lecz w jego oczach widać było wyraźny smutek.
W tym momencie, przekładając zdrętwiałymi palcami chwościk z jednej strony biretu na drugą, postanowiła, że nie zrobi tego Tregowi - nie zabierze go na wieczorną imprezę. I sama też na nią nie pójdzie. Przez resztę lata każdą wolną chwilę zamierzała spędzić z Tregiem - w Heartlandzie. Nie ułatwi to wcale późniejszego rozstania, ale nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej.