Hashtag - Remigiusz Mróz

Reflow text when sidebars are open.
Część pierwsza
Tesa
Rocznie w trakcie snu człowiek produkuje około dziewięćdziesięciu ośmiu litrów potu. Stwarza to odpowiednie warunki, żeby na samej poduszce wyhodować szesnaście rodzajów grzybów.
Dziś w nocy na mojej z pewnością żerowało ich jeszcze więcej, bo przez kilka ostatnich godzin toczyłam ze sobą nierówną walkę, pocąc się obficie. Właściwie nie było to wielkie odstępstwo od normy. Niedawno moja waga przekroczyła sto siedemnaście kilogramów, a mierzyłam sobie raptem metr siedemdziesiąt jeden - dawało to BMI w dolnej skali trzeciego stopnia otyłości.
I było jednym z powodów, dla których tej nocy rozważałam samobójstwo.
Nie pierwszy i nie ostatni raz. Bywały okresy, kiedy podobne myśli nachodziły mnie dwa, trzy razy w tygodniu. Oswoiłam się z nimi, spowszedniały mi, stały się czymś naturalnym i mieszczącym się w normie. Może właśnie dzięki temu nigdy nie zrobiłam kroku, po którym nie byłoby już powrotu.
Raz nafaszerowałam się lekami, ale zaraz potem rzygałam jak kot. Innym razem próbowałam podciąć sobie żyły, ale efekt był mizerny - poraniłam się tylko i w lecie musiałam nosić bluzki z długim rękawem. Kilkakrotnie próbowałam ze sobą skończyć na dworcach kolejowych, ledwo jednak przekroczyłam linię na peronie, cofałam się. Nawet dzieciaki rzucające sobie nawzajem wyzwanie wychodziły dalej.
W końcu musiałam uznać to, co oczywiste - nie potrafiłam nawet się zabić.
Była to jedna z wielu dojmujących myśli, które latami nie dawały mi spokoju. Od pewnego czasu udawało mi się jednak jakoś sobie z nimi radzić. Głównie dzięki mojemu mężowi.
Igor potrafił do mnie przemówić jak nikt inny, chociaż najczęściej tak naprawdę nie musiał nawet się odzywać. Wystarczało, że był. Tej nocy go zabrakło, a ja byłam zdana wyłącznie na siebie.
Efekt? Pościel i piżama do prania, pokój do wietrzenia, a psychika do wymiany.
W tej ostatniej kwestii niewiele mogłam zdziałać, ale za dwie pierwsze zabrałam się już z samego rana. Ledwo ściągnęłam poszewkę z kołdry, rozległ się metaliczny świergot z mojej komórki. Sięgnęłam po nią, przekonana, że Igor przysłał mi esemesa.
Miał wrócić ze służbowego wyjazdu integracyjnego dopiero pod wieczór, ale może szefowie uznali, że nie ma sensu ciągnąć dalej farsy zwanej dla niepoznaki szkoleniem. Albo udało mu się wywinąć z jakiejś konferencji, żeby wcześniej być w domu. Nie lubił go opuszczać niemal tak samo, jak ja.
Nadawcą wiadomości był jednak automat jednej z firm kurierskich.
"Twoja przesyłka już na ciebie czeka!" - brzmiał krótki komunikat. Zaraz po nim podano lokalizację paczkomatu, w którym miałam odebrać rzekomo zamówiony przeze mnie pakunek.
Ściągnęłam brwi, wpatrując się w wyświetlacz. Nie robiłam ostatnio zakupów online, Igor też nie. Nie czekaliśmy na żadną paczkę, a nawet gdybym złożyła jakieś zamówienie, z pewnością wybrałabym opcję z dostawą do domu. Po co wychodzić, skoro kurier może ci dostarczyć zakupy pod drzwi? Owszem, to też nie było idealne rozwiązanie - wymagało stanięcia z innym człowiekiem twarzą w twarz i zamienienia z nim kilku słów. W dzień powszedni w godzinach szczytu posłańcom jednak zazwyczaj się spieszyło i nawet na mnie nie patrzyli. Podpisywałam, zamykałam drzwi i mogłam odetchnąć. Wycieczka do paczkomatu byłaby znacznie bardziej kłopotliwa.
Igor wiedział o moich trudnościach w relacjach międzyludzkich, więc też nie zdecydowałby się na tę opcję. I nie było nikogo, kto chciałby zrobić mi niespodziankę. Na święta - być może. Matka lub ojciec, jeśliby akurat nie zdecydowali się na jeden ze swoich tradycyjnych wypadów na narty.
Werdykt mógł być tylko jeden: pomyłka. Słyszałam go dość często, nie odnosił się wyłącznie do paczki, którą ktoś przez przypadek mi wysłał.
Tyle że "przypadek" to tylko zgrabne określenie niepoznanej jeszcze przyczyny danego zdarzenia.
W tym przekonaniu utwierdził mnie fakt, że paczkomat znajdował się kilkaset metrów od mojego osiedla na Lewandowie. Trudno było uznać to za zbieg okoliczności.
Założyłam świeżą bluzkę, związałam włosy, a po chwili już wiązałam sznurówki butów. Dla osób o normalnej wadze była to zwyczajna czynność, więc mało kto zdawał sobie sprawę, że ktoś taki jak ja musi przy niej wstrzymać oddech.
Zeszłam do garażu, bo mimo że od karykaturalnie małego centrum handlowego przy Berensona dzielił mnie raptem dziesięciominutowy spacer, nawet przez chwilę go nie rozważałam.
Niewiele później zaparkowałam samochód na pustym o tej porze placu i podeszłam do żółtej maszyny. Na otłuszczonym i opalcowanym wyświetlaczu widniało zdjęcie jakiejś dziewczynki i krótki przekaz: "Witaj, uśmiechnij się!". Jakby tego było mało, dodano mrugający emotikon. Z noskiem.
Skrzywiłam się i szybko przeszłam do wpisywania kodu, a zaraz potem jedna ze skrytek się otworzyła. Wyjęłam z niej opakowanie, w którym zmieściłyby się dwie, najwyżej trzy książki. I to pod warunkiem, że żadną z nich nie byłby gigant pokroju Małego życia Yanagihary, Bastionu Kinga lub Drogi królów Sandersona.
Na paczce nie było etykiety nadawczej, co w pierwszej chwili wydało mi się niemożliwe. Byłam przekonana, że aby w ogóle nadać przesyłkę, trzeba podać dane nie tylko swoje, ale także odbiorcy.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że można to przecież zrobić w paczkomacie. Wystarczy podać numer komórkowy swój i adresata, a potem wybrać odpowiednią maszynę, do której wysyłka ma zostać skierowana.
Zerknęłam na znajdujący się po drugiej stronie ulicy market Netto i się zawahałam. Skoro już wyszłam z domu, planowałam najpierw zrobić zakupy, a dopiero później sprawdzić przesyłkę.
Moja ciekawość jednak rosła. Kto wysłał mi tę paczkę? Dlaczego to zrobił? I co się w niej znajdowało?
Ostatecznie po chwili wróciłam z nią do samochodu. Rozdarłam opakowanie i zobaczyłam stosunkowo małe kartonowe pudełko. Mimo niewielkich gabarytów było dość ciężkie. Chwilę zajęło mi uporanie się z taśmą klejącą i dobranie się do zawartości.
Wewnątrz znalazłam kartkę A4, na której ktoś grubym, czarnym flamastrem napisał "TESA". O żadnej pomyłce nie mogło więc być mowy. Tylko osoby, które mnie znały, wiedziały, że tak się nazywam.
Było to coś więcej niż tylko ksywka. Rodzice dali mi na imię Teresa, za co chyba od razu miałam do nich pretensje, bo przekręciłam je, gdy tylko nauczyłam się mówić. Do dziś upierali się, że "Tesa" było pierwszym słowem, jakie wypowiedziałam. W pewien sposób od tamtej pory mnie definiowało - na tyle, że chciałam, by znalazło się na moim nagrobku.
Zerknęłam na kartkę, na której ktoś je umieścił.
Pod napisem "TESA" znajdował się drugi, mniejszy, który właściwie nic mi nie mówił. Jedynie charakterystyczny znak przed nim dawał pojęcie, czym może być. Symbol ten dziś wskazywał jednoznacznie na hashtag, kiedyś był kojarzony z numerem, kanałami na IRC-u lub mocą zbioru w matematyce.
Spojrzałam na znacznik "#apsyda" i zmarszczyłam czoło. Słowo brzmiało obco, ale jednocześnie byłam pewna, że obiło mi się już o uszy. Pierwsze skojarzenie w mojej głowie zaczęło układać się wokół architektury.
Odłożyłam kartkę na bok i zajrzałam do środka. W folię bąbelkową ktoś zawinął przedmiot wielkości dłoni - poza nim w kartonie niczego więcej nie było. Szybko zaczęłam odwijać zabezpieczenie, a serce zabiło mi nieco szybciej. Warstw było tyle, że nie wiedziałam, co w istocie odpakowuję.
Po chwili moim oczom ukazał się przedmiot, a ja miałam wrażenie, jakbym odkopała ukryty skarb. Przesyłką była ciemna figurka dekoracyjna z lśniącego kamienia. Ciężka, być może wykonana z ametystu. Przedstawiała czaszkę, która przywodziła na myśl te umieszczane niegdyś na dziobach pirackich okrętów.
Jej wartość estetyczna była nikła i nie miałam pojęcia, dlaczego ktokolwiek miałby przysyłać mi coś takiego. Odłożyłam czaszkę do pudełka i wyciągnęłam telefon. Uznałam, że jakąś odpowiedź może dać mi sprawdzenie, co oznacza hashtag.
Pierwsze, architektoniczne skojarzenie było prawidłowe. Szybko przejrzałam wyniki w Google i ustaliłam, że apsydy to rodzaj dobudówek do kościołów, zazwyczaj wielobocznych lub półkolistych.
A zatem czacha i kościoły.
Połączenie niezbyt wesołe, a co gorsza, jeszcze mniej znaczące. Absolutnie nic mi nie mówiło i nie pozwoliło nawet zgadywać, kto i dlaczego miałby mi sprawić taki prezent.
Zrobiłam szybkie zakupy w netto i wróciłam do domu. Przez klatkę schodową jak zawsze szłam na wdechu, obawiając się, że nawinie mi się jakiś sąsiad. O tej porze jednak większość była w pracy i dotarłam do mieszkania bez konieczności zamieniania słowa z kimkolwiek.
Zamknęłam za sobą drzwi i dopiero wtedy wypuściłam powietrze. Nienawidziłam wychodzić. Za każdym razem po powrocie czułam się, jakbym zrealizowała wyjątkowo trudną, ale całkowicie nieistotną misję. Z ulgą przekręciłam zamek, a potem usiadłam przed komputerem.
Uznałam, że nie ma czasu do stracenia - moje prywatne śledztwo było sprawą niecierpiącą zwłoki. Wpisałam hashtag na Facebooku, licząc na to, że skoro ktoś zadał sobie trud, by wysłać tajemniczą anonimową przesyłkę, zostawił mi trop w internecie.
Zobaczyłam jednak tylko zdjęcia kościołów. Trochę aktualnych, kilka starych, przedstawiających zniszczone świątynie. Doszłam do wniosku, że Facebook to nieodpowiednie miejsce do przeglądania znaczników - zmieniłam teren poszukiwań na Instagram.
Trzy wyniki. Pierwsze zdjęcie przedstawiało, a jakże, kościół. Drugie - dziedziniec klasztoru Convento de Cristo w Portugalii. Trzecie - zajęcia z kursu rysunku w jakiejś krakowskiej szkole.
Sprawdziłam to pierwsze, bo wydawało się najtrafniejsze. Świątynią okazała się bazylika Świętego Jerzego w Pradze. Słyszałam o tym mieście wiele dobrego, ale nigdy tam nie byłam. W Portugalii też nie, a w Krakowie wiele lat temu - i to tylko po to, by zobaczyć Wawel.
Podrapałam się po głowie i sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku. Konto na Twitterze założyłam niemal dziesięć lat temu, ale od tamtej pory wysłałam najwyżej kilka tweetów. Omijałam to medium szerokim łukiem, wychodząc z założenia, że koncentracja politycznego bagna jest tam stanowczo za duża.
A jednak to właśnie Twitter był ojczyzną hashtagów. I to on dał mi cień nadziei na to, że dowiem się, jakie znaczenie ma "#apsyda".
Wynik wyszukiwania był tylko jeden. Znacznika użyła dziewczyna o nicku deCrista, zamieszczając swoje zdjęcie na tle rozległej łąki. Zdawał się nie mieć nic wspólnego ani z nią, ani z okolicą - jakiegokolwiek kościoła próżno było szukać.
W tle dostrzegłam trochę niskich drzew, może krzewów, a za nimi szerokie koryto rzeki. Jakość zdjęcia nie była najlepsza. Przypuszczałam, że zostało zrobione przednim aparatem w komórce, względnie głównym w jakimś starszym modelu. Nic więcej właściwie nie potrafiłam stwierdzić.
Dziewczyna miała na sobie luźną flanelową koszulę, a pod nią zwyczajny T-shirt, jakich na pęczki w Reserved i innych sieciach. Zdjęcie mogło zostać zrobione w ciągu kilku ostatnich miesięcy, temperatury do takiego ubioru były wtedy w sam raz. Wrzucono je jednak dopiero dzisiaj rano - mniej więcej w porze, kiedy budziłam się spocona w łóżku.
Teraz ten moment wydał mi się tak odległy, jak niewyraźne wspomnienia z dzieciństwa. A myśli, które snułam jeszcze godzinę temu, zdawały się nie należeć do mnie.
Potrząsnęłam głową, a potem wbiłam wzrok w deCristę. Zaczęłam machinalnie odrywać skórki przy paznokciach - był to nawyk, z którym od lat nie potrafiłam sobie poradzić.
Nick dziewczyny mógł mieć coś wspólnego z kościołem w Portugalii, ale miałam zbyt mało informacji, by wyciągnąć jakikolwiek znaczący wniosek. Pomocne byłyby z pewnością inne tweety deCristy, na jej koncie znajdował się jednak tylko ten ze zdjęciem i hashtagiem.
Zastanowiło mnie to, bo konto miała założone mniej więcej tak długo, jak ja. Wpis raz na dziesięć lat? Wydawało się to wręcz nieprawdopodobne.
Brakowało jednak tropu, którym mogłabym podążyć, więc ostatecznie zamknęłam laptopa i zajęłam się tym, co miałam dzisiaj załatwić. Sprzątanie, pranie, gotowanie. Igor miał wrócić około osiemnastej, do tego czasu powinnam ze wszystkim zdążyć.
Nie wyrobiłam się. Kiedy wszedł do mieszkania, nawet nie zabrałam się jeszcze do beszamelu, a planowałam zaserwować na kolację gigantyczną lasagne. Wszystko przez to, że apsyda nie dawała mi spokoju i każdą czynność albo wykonywałam dwa razy dłużej, albo musiałam powtarzać.
Igor nie zdążył ściągnąć butów, a już zaczęłam relacjonować mu wszystko, co się wydarzyło. Od początku słuchał z uwagą, a im dłużej mówiłam, tym większe stawało się jego zainteresowanie.
- I był tam tylko jeden tweet? - dopytał niepewnie.
- Jeden jedyny. Samotny jak ja na licealnych potańcówkach.
Spojrzał na mnie z rezerwą.
- To nie jedyne porównanie, które przychodzi mi do głowy - dorzuciłam. - Ale drugie jest związane z księżycem na nocnym niebie i zabrzmiałoby patetycznie.
Uśmiechnął się, podniósł czaszkę i przerzucił ją z ręki do ręki.
- Pewnie dziewczyna skasowała pozostałe tweety - zauważył.
- Pewnie tak. Ale po co miałaby to robić?
Było to tylko jedno z wielu pytań, na które chciałabym znać odpowiedzi. Igor zmrużył oczy i niezbyt żwawo ruszył w stronę komputera, jakby chciał zasugerować, że pomoże mi z zagadką, choć sam wolałby zająć się czymś innym.
- Sprawdzałaś Wayback Machine? - zapytał, podnosząc klapę laptopa.
Moje milczenie było wystarczająco wymowne.
- Internetowe archiwum - dodał. - Robi zrzuty stron od dwa tysiące pierwszego roku. Może są tam screeny z konta tej deCristy.
Miał rację. Trochę trwało, nim udało nam się znaleźć działający link, ale już parę minut później mieliśmy dwa dodatkowe zdjęcia. Na jednym widać było dziewczynę na tle chyba tej samej rzeki, na drugim kawałek ogrodzenia i ogródki działkowe.
Skubiąc skórki, starałam się skojarzyć okolicę. Bezskutecznie.
- To nie ma sensu - powiedziałam. - Potrzebujemy czegoś więcej.
Liczyłam na to, że Igor przeszpera inne zakątki internetu, o których nie miałam pojęcia, ale on trwał w bezruchu, jakby poraził go piorun.
Stałam za nim, nie odrywając wzroku od ekranu. Kiedy położyłam dłonie na jego ramionach, nagle się wzdrygnął.
- Co jest? - zapytałam.
Obrócił głowę w moim kierunku, a ja zobaczyłam, że zupełnie pobladł.
- To... - wykrztusił. - Tesa, przecież to...
Uniosłam brwi zniecierpliwiona, a on potrząsnął głową.
- Wybrzeże Puckie - dodał. - A ta dziewczyna... Chryste, naprawdę nie poznajesz?
- Nie - odparłam. - A powinnam?
Przycisk do papieru
Pelcowizna, Praga-Północ
Strachowski biegł za dziewczyną Wybrzeżem Puckim i zastanawiał się, ile kilometrów miała już w nogach. On właśnie dobijał do dziesiątego i przy tempie poniżej pięciu minut na kilometr powoli miał dosyć. Ona jednak zdawała się wciąż przyspieszać, jakby uciekała przed kimś lub przed czymś.
Może tak było. Może każdy biegacz starał się to zrobić.
Krystian Strachowski zatrzymał się przy ogródkach działkowych, uznając poranny bieg za zakończony. Oparł ręce na kolanach, nabrał tchu, a potem powiódł wzrokiem wzdłuż Wisły. W tym miejscu rzeka miała jakieś czterysta metrów szerokości, właściwie trudno było dostrzec cokolwiek po drugiej stronie.
Strach wyprostował się, przeciągnął, a potem ruszył w stronę komendy rejonowej. Minął ją i skręcił w lewo, ku gmachowi uczelni, w której był zatrudniony. Dochodziła siódma rano, miał jeszcze wystarczająco dużo czasu, by wziąć prysznic i przygotować się do tego, co czekało go tego dnia.
Przypuszczał, że łatwo nie będzie. Pierwszy dzień roku akademickiego zazwyczaj wiązał się z całym szeregiem komplikacji.
Krystian wyciągnął torbę sportową z samochodu zostawionego na pustym jeszcze parkingu, a potem skinął głową do ochroniarza, którego jedynym zadaniem było podnoszenie i opuszczanie szlabanu.
- W tym roku jak zawsze? - zapytał podstarzały mężczyzna.
Strach uniósł brwi jak aktor w pantomimie.
- Znowu będzie pan codziennie rano zapierdalał po wybrzeżu? - doprecyzował ochroniarz.
- Nie wyobrażam sobie inaczej zacząć dnia.
Rozmówca wzruszył ramionami, a potem zapalił papierosa, jakby chciał zasugerować, że każdy zmaga się z jakimś nałogiem. Krystian posłał mu jeszcze uśmiech, a potem wszedł tylnym wejściem do głównego budynku.
Właściwie siłownia była o tej porze jeszcze zamknięta, ale dzięki dobrym układom z rektorem Strachowski mógł z niej korzystać od bladego świtu. Czasem po biegu robił jeszcze serię na ławeczce, tym razem jednak z niej zrezygnował i udał się prosto pod prysznic.
Tuż po ósmej był już na posterunku. Wyciągnął laptopa, położył go na blacie, a potem podłączył do systemu i włączył rzutnik. Wiekowy acer zarzęził niechętnie, ale po chwili obraz z ekranu pojawił się za plecami Krystiana.
Strach nabrał głęboko tchu i przesunął dłonią po krawacie. Omiótł wzrokiem pustą salę wykładową, myśląc o tych wszystkich nowych twarzach, które dziś zobaczy. Początek roku akademickiego dla części z tych ludzi będzie obietnicą czegoś nowego, obiecującego i ekscytującego.
Dla niewielkiej części. Wszyscy pozostali przyjdą tu tylko po to, by odbębnić pierwsze, niespecjalnie ciekawe zajęcia z podstaw zarządzania i stwierdzić, czy można odpuścić sobie systematyczne zjawianie się na wykładach, czy nie.
Był to już piąty rok, w którym Strachowski prowadził zajęcia w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania, zwanej przez wszystkich Koźmińskim, od nazwiska patrona. Przychodzili na nie studenci kilku kierunków, głównie tych, które z profilem uczelni tak naprawdę nie miały wiele wspólnego - i które raczej nie przyciągały osób żywo zainteresowanych zarządzaniem.
Osoby te będą dla Krystiana jak samochody mijane na autostradzie w trakcie długiej podróży. Większość przemknie niezauważenie, niektóre zirytują go, zmieniając pas bez kierunkowskazu lub spowalniając innych. Koniec końców za rok nie będzie pamiętał żadnego ze studentów.
Potrafił przypomnieć sobie większość słuchaczy z pierwszych semestrów pracy na uczelni, trochę osób z tych późniejszych, ale to wszystko. Parę lat w zupełności wystarczyło, by przeszedł w tryb automatu serwującego wiedzę grupie zobojętniałych nastolatków.
Strach rozpiął marynarkę i przysunął krzesło do laptopa. Dziś będzie musiał odfajkować kilka pozycji, które nudziły go nawet bardziej niż studenckie prezentacje w PowerPoincie.
Zacznie od tego, czym są organizacja i zarządzanie. Potem przejdzie do Petera Druckera, wyłoży jego neoklasyczne poglądy, wspomni o Maxie Weberze, czasu starczy też na Fayola, Forda i Taylora.
Krystian miał swój sposób na przedstawienie fundamentów zarządzania, niechronologiczny, ale skuteczny - w teorii miał sprawić, że studenci zrozumieją to i owo. W praktyce cała grupa i tak wykuje na pamięć czternaście zasad Fayola, pięć części procesu zarządzania, teorie X i Y McGregora i tak dalej...
Nie, nie cała. Znajdą się tacy, którzy naprawdę się przyłożą, zignorują podręcznikowe formułki i postarają się zrozumieć, co w rzeczywistości oznaczają dane kwestie. Ile takich osób będzie? Dwie, w porywach trzy.
Strach obserwował wchodzących do sali studentów, starając się wyłowić kogoś takiego. Większość pogrążona była w entuzjastycznych rozmowach, ale Krystian dostrzegł kilkoro samotników.
Jednym z nich była dziewczyna o wyjątkowo rubensowskich kształtach. Musiała ważyć grubo ponad sto kilogramów. Usiadła w pierwszym rzędzie, a potem wyjęła z torby kołonotatnik i podręcznik pod redakcją Koźmińskiego. Słuszny wybór. Słuszny, ale ryzykowny, jeśli wziąć pod uwagę, że jako jedyna miała ze sobą jakąkolwiek literaturę przedmiotu. Sama prosiła się o ostracyzm.
Nie patrzyła na innych, właściwie sprawiała wrażenie, jakby była w sali zupełnie sama. Mizantropka.
Krystian nieco się ożywił. Istniała szansa, że przynajmniej jedna osoba wysłucha tego, co miał do powiedzenia. Oprócz dziewczyny namierzył jeszcze kilkoro potencjalnych kandydatów. Jeden przyniósł najnowszy numer "Managera", inny wyraźnie ignorował próbującego go zagadywać kumpla, skupiając się na wykładowcy.
Strach przypiął mikrofon do klapy marynarki i się podniósł.
- Witam państwa na pierwszym wykładzie z podstaw zarządzania - odezwał się.
Przykuł ich uwagę. Wszyscy ci ludzie świeżo po liceum nie mogli przejść obojętnie obok faktu, że ktoś zwracał się do nich per "państwo". Strachowski miał jednak świadomość, że znikome uznanie, jakie sobie zyskał, rozpłynie się, kiedy tylko zacznie mówić o kierownikach i pracownikach w ujęciu klasycznej szkoły Taylora.
Nie pomylił się. Po dziesięciu minutach wykładu większość studentów powróciła do rozmów, część wyciągnęła gazety lub książki, a pozostali mazali bezmyślnie w notatnikach. Mizantropka zaś patrzyła na niego z zaciekawieniem.
Uciekała wzrokiem za każdym razem, kiedy na nią spojrzał, więc starał się tego nie robić. Trudno było mu się jednak skupić, kiedy musiał mówić do innych. Innych, którzy nie poświęcali jego słowom najmniejszej uwagi.
Na początku roku nie było jeszcze najgorzej. Pierwszoroczniacy dopiero oswajali się z nową rzeczywistością - minie kilka tygodni, zanim uświadomią sobie, że wszyscy starsi studenci przychodzą na zajęcia z laptopami.
Zamiast twarzy Strach będzie widział jedynie pochylone nad komputerami sylwetki. Widma.
Osoby takie jak mizantropka będą wyjątkami. Nielicznymi, ale cennymi. Dziewczyna zdawała się bowiem słuchać nawet, kiedy mówił o sześciu funkcjach przedsiębiorstw Fayola.
Kiedy wykład się skończył i studenci zaczęli z ulgą opuszczać salę, Krystian ściągnął słuchaczkę wzrokiem. Zawahał się, bo zaczepienie przez wykładowcę piętnowało właściwie gorzej niż przynoszenie podręcznika na zajęcia.
Strach uznał jednak, że warto zaryzykować. Zatrzymał dziewczynę przy biurku i posłał jej uśmiech. Większość studentów wyszła, mógł pozwolić sobie na nieco luźniejszy ton.
- Chyba minęła się pani z powołaniem - odezwał się.
Mizantropka zdawała się skołowana, jakby sam fakt, że ktoś się do niej odezwał, był czymś absolutnie niespodziewanym.
- Słucham? - spytała niepewnie, może nawet z pewnym przestrachem.
Krystian dopiero teraz uświadomił sobie, że z jej punktu widzenia znalazła się na wrogim terenie. Otoczona przez innych ludzi, sprawiała wrażenie zwierzyny w pułapce.
Zobaczywszy pierwsze kropelki potu na jej czole, Strachowski utwierdził się w tym przekonaniu.
- Powinna pani aplikować do łódzkiej filmówki - powiedział. - Prawie uwierzyłem, że ktoś na tej sali autentycznie mnie słucha.
Przełknęła głośno ślinę, rozejrzała się, a w końcu lekko uśmiechnęła.
- Mroczkowie mają większe zdolności aktorskie ode mnie - odparła.
Strach nie bardzo wiedział, jak zareagować. Normalnie po prostu pociągnąłby temat, ale dziewczyna była tak zestresowana niezobowiązującą rozmową, że cokolwiek by powiedział, zapewne pogorszyłby sytuację.
Cisza się przedłużała.
- Zresztą na pewno nie ja jedyna pana słuchałam.
- Obawiam się, że była pani wyjątkiem - odparł, zamykając laptopa. - Reszta skupiała się raczej na mówieniu niż słuchaniu.
Mizantropka pokiwała głową i znów zaległa niewygodna cisza. Strach odchrząknął, uznając, że najwyższa pora przejąć inicjatywę.
- Słyszała pani o Bernardzie Baruchu? - spytał.
- Niestety nie.
- To amerykański trader, który w dziewiętnastym wieku szalał na Wall Street. Z ledwo trzydziestką na karku dorobił się fortuny na spekulacjach na rynku cukrowym.
Ręka jej drgnęła, jakby dziewczyna chciała otrzeć kropelki potu z twarzy, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła, obawiając się, że w ten sposób zwróci na nie uwagę rozmówcy.
- Baruch dożył niemal setki, stał się sławnym finansistą, ale też filantropem. A kiedy pewnego razu zapytano go, co łączy wszystkich ludzi sukcesu, jakich zna, odparł, że osoby te więcej słuchają, niż mówią.
Mizantropka znów pozwoliła sobie na lekki uśmiech.
- Prosta recepta - dodał Strach. - Ale dla niektórych nie do zrealizowania.
Dziewczyna nie odpowiadała.
- Jak się pani nazywa?
- Tesa.
Czekał na więcej, ale najwyraźniej nie uznała za stosowne, żeby podać mu imię lub nazwisko.
- W porządku - odparł. - A więc pani Teso, zapraszam we wtorek po zajęciach na spotkanie koła.
Kurwa, czy to nie zabrzmiało nazbyt protekcjonalnie? Dla niego nie, ale dla wyraźnie zakompleksionej dziewczyny tuż po maturze z pewnością mogło.
Uniosła brwi, wyraźnie nie mając pojęcia, co miał na myśli.
- Koło naukowe marketingu - wyjaśnił. - Sala D310. Wtorek. Osiemnasta.
- Ale...
- Spodoba się pani - uciął Krystian. - Mamy zgraną grupę, organizujemy ciekawe spotkania, a potem można wpisać sobie do CV przyzwoitą pozycję.
Nie musiał dodawać tego ostatniego. Dziewczyna nie potrzebowała żadnej dodatkowej motywacji, żeby zainteresować się tematem. Po pięciu latach nauczania Strach widział to jak na dłoni - podobnie jak to, że w wypadku Tesy problem dotyczył nie materii naukowej, ale zasobów ludzkich. Konkretnie tych, które ją otaczały.
Postanowił wyciągnąć do niej pomocną dłoń, a nie było nic lepszego od integracji w ramach koła. Należeli do niego ludzie, którym zależało na czymś więcej niż tylko na dyplomie ukończenia studiów.
- Pierwsze spotkanie jest w dużej mierze organizacyjne, ale na pewno zaprosimy kogoś interesującego, żeby dobrze zainaugurować rok - dodał Krystian.
- Po prostu nie wiem, czy... - zaczęła i zawiesiła głos, jakby spodziewała się, że znów jej przerwie. - Nie jestem pewna, czy uda mi się akurat wtedy być.
Zignorował ten wybieg.
- Nie będzie pani żałowała - zapewnił. - A po latach będzie pani wspominać to jako coś przełomowego.
Skrzywiła się ledwo zauważalnie, jakby w jakiś sposób zabrzmiało to dla niej złowrogo. Krystian spojrzał jej prosto w oczy, ale ona natychmiast uciekła wzrokiem i odsunęła się od biurka.
Chciał powtórzyć godzinę i miejsce spotkania, zanim jednak zdążył się odezwać, Tesa odwróciła się i ruszyła w stronę korytarza, rzucając jeszcze ciche "do widzenia". Strach roztarł kark, uznając, że nie zaszkodziłoby popracować nad podejściem do introwertycznych studentów.
Nie spodziewał się, że Tesa zjawi się na spotkaniu koła, ale przyszła jeszcze przed czasem. Zajęła miejsce w pierwszej ławce, unikając jego spojrzenia, mimo że siedzieli raptem kilka metrów od siebie.
Skupiała całą uwagę na telefonie. Z tego, co Strach zdołał dostrzec, był to najnowszy model motoroli z klapką, RAZR V3. Miała wyświetlacz TFT, dwieście pięćdziesiąt sześć tysięcy kolorów - i drugi z tyłu, na którym pokazywały się powiadomienia. Niezły sprzęt.
Po chwili zeszli się pozostali członkowie koła. Krystian lubił tych studentów, wszyscy byli zaangażowani i dawali nadzieję na to, że jego robota w WSPiZ wiąże się nie tylko z przyzwoitą wypłatą, ale także z czymś więcej.
Największą sympatią darzył jednego ze studentów drugiego roku europeistyki. Chłopak był postury zbliżonej do Tesy, choć miał znacznie więcej pewności siebie. Całkiem słusznie, bo potrafił zagiąć kilku doktorantów, a jego idealistyczna obrona krzywej Laffera była tak przekonująca, że naprawdę można było uwierzyć w koncepcję amerykańskiego guru liberałów.
Strach uniósł dłoń, kiedy zobaczył, jak chłopak wchodzi do sali. Igor odpowiedział mu skinieniem głowy, a potem powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Na dłużej zatrzymał spojrzenie na Tesie, zawahał się, po czym zdecydował się zająć miejsce obok niej. Oderwała się od telefonu tylko na moment, by wymienić z nim uścisk dłoni. Potem zaczerwieniła się i otarła rękę o spodnie.
Krystian przejrzał jeszcze trochę papierów, czekając, aż wszyscy się zejdą. Czasem miał wrażenie, że więcej czasu spędza na zmaganiach z ministerialną makulaturą niż na uczeniu studentów. Starsi wykładowcy podkreślali, że unijne wymogi w dziedzinie papierologii biją na łeb na szyję nawet te, które obowiązywały za czasów słusznie minionych.
- To jak, zaczynamy? - odezwał się Strachowski.
Kilka osób skinęło głowami. Tesa nadal była zajęta telefonem, a siedzący obok niej Igor coraz chętniej na nią zerkał. Strachowski uśmiechnął się w duchu.
Odłożył ostatni plik kartek na biurko, a potem wyjął z torby swoją ametystową czaszkę i postawił ją na papierzyskach.