Gra w kłamstwa - Ruth Ware

Reflow text when sidebars are open.
ZASADA NUMER JEDEN
KŁAM
Ten odgłos to tylko zwyczajne powiadomienie o nadejściu esemesa, ciche bipnięcie w środku nocy, które nie budzi Owena i nie obudziłoby mnie, gdybym już nie leżała rozbudzona, ze wzrokiem utkwionym w ciemnościach i dzieckiem posapującym przy mojej piersi, nie do końca ciągnącym mleko, ale też nie do końca chcącym się ode mnie oderwać.
Przez chwilę leżę nieruchomo, rozmyślając o tej wiadomości, zastanawiając się, od kogo może być. Kto napisałby do mnie o takiej godzinie? Nikt z moich przyjaciół nie bywa na nogach o tej porze... chyba że Milly zaczęła rodzić... Boże, to nie może być Milly, prawda? Obiecałam, że wezmę do siebie Noaha, jeśli jej rodzice nie zdążą przyjechać z Devon na czas, żeby się nim zająć, ale nigdy tak naprawdę nie myślałam, że do tego dojdzie...
Z miejsca, w którym leżę, nie mogę dosięgnąć telefonu, więc w końcu odrywam Freyę od piersi, wsuwając palec w kącik jej ust, i przekładam ją delikatnie na plecki, nasyconą mlekiem, z oczami wywróconymi do góry, jakby była pijana. Delikatnie kładę dłoń na jej małym ciałku i obserwuję ją przez chwilę. Czuję, jak jej mocno bijące serce powoli się uspokaja, a potem odwracam się, żeby odczytać wiadomość. Moje własne serce przyspiesza odrobinę, niczym słabe echo serduszka córki.
Gdy wstukuję PIN, mrużąc oczy w blasku ekranu, powtarzam sobie, że jestem głupia. Przecież Milly ma jeszcze cztery tygodnie do terminu. To pewnie jakiś spam w stylu "Czy rozważasz zgłoszenie żądania odszkodowania za ubezpieczenie spłaty kredytu?".
Gdy odblokowuję ekran, odkrywam, że wiadomość rzeczywiście nie pochodzi od Milly. I że składa się tylko z dwóch słów:
Potrzebuję was.
Jest wpół do czwartej nad ranem, ale ja jestem całkowicie przytomna, gdy drepczę po zimnej kuchennej podłodze, obgryzając paznokcie i próbując stłumić głód nikotyny. Rzuciłam palenie niemal dziesięć lat temu, jednak w chwilach stresu i strachu wciąż nachodzi mnie potrzeba zapalenia jednego papierosa.
"Potrzebuję was".
Nie muszę pytać, co to znaczy. Wiem doskonale, bo wiadomość pochodzi od Kate.
Kate Atagon.
Sam dźwięk jej imienia sprawia, że staje przede mną jak żywa - zapach jej mydła, piegi znaczące grzbiet nosa, cynamon na tle oliwkowej skóry. Kate. Fatima. Thea. I ja.
Zamykam oczy i wyobrażam sobie je wszystkie, podczas gdy wciąż ciepły telefon leży w kieszeni mojego szlafroka, a ja czekam na kolejne esemesy.
Fatima pewnie śpi u boku Alego, wtulona w jego plecy. Jej odpowiedź przyjdzie około szóstej rano, gdy wstanie, żeby zrobić śniadanie dla Nadii i Samira i wyszykować ich do szkoły.
Thea - ją trudniej mi sobie wyobrazić. Jeśli pracuje na nocną zmianę, będzie w kasynie, gdzie personel musi trzymać telefony zamknięte w szafkach, bo nie wolno ich mieć przy sobie. Skończy pracę może o ósmej, wypije drinka z pozostałymi dziewczynami i dopiero potem odpowie, nakręcona udaną nocą, segregowaniem żetonów i uważaniem na oszustów karcianych oraz zawodowych hazardzistów.
I Kate. Kate na pewno nie śpi. Ostatecznie to ona wysłała tę wiadomość. Będzie siedziała za biurkiem taty - które teraz jest jej biurkiem, jak sądzę - przy oknie wychodzącym na rzekę, zabarwioną bladą szarością tuż przed świtem, odbijającą chmury i ciemną masywną sylwetkę Młyna. Będzie paliła, jak zawsze, ze wzrokiem utkwionym w nieustannie zmieniających się falach przypływu. To widok, który nigdy się nie zmienia, a jednocześnie nigdy nie pozostaje taki sam - zupełnie jak Kate.
Odgarnie z twarzy długie włosy, odsłaniając szlachetne rysy i zmarszczki, które trzydzieści dwa lata morskiego wiatru wyryły w kącikach jej oczu. Palce będzie miała poplamione farbą olejną, wżartą w skórki wokół paznokci i tkwiącą głęboko pod paznokciami, a jej oczy będą miały najciemniejszy odcień szaroniebieskiego, głęboki i nieprzenikniony. Będzie czekała na nasze odpowiedzi, chociaż wie, co napiszemy - to, co zawsze pisałyśmy, gdy dostawałyśmy wiadomość o takiej treści. Tylko dwa słowa.
Już pędzę.
Już pędzę.
Już pędzę.
- Już pędzę! - krzyczę do Owena, który przywołuje mnie z góry, przekrzykując wrzaski rozespanej Frei.
Gdy docieram do sypialni, on trzyma ją na rękach i drepcze po pokoju w tę i z powrotem. Twarz ma wciąż zaczerwienioną od snu i pokrytą zagnieceniami od poduszki.
- Przepraszam - mówi, tłumiąc ziewnięcie. - Próbowałem ją uspokoić, ale nie chciała mnie słuchać. Wiesz, jaka jest, gdy robi się głodna.
Gramolę się na łóżko i przesuwam do tyłu, żeby oprzeć się o zagłówek, a Owen podaje mi Freyę, czerwoną na twarzy z oburzenia. Mała rzuca mi tylko jedno obrażone spojrzenie, po czym przywiera do mojej piersi z cichym sapnięciem satysfakcji. Zapada cisza, w której wyraźnie słychać, jak ssie łapczywie. Owen znowu ziewa, mierzwi palcami włosy i patrzy na zegarek, a potem zaczyna się ubierać.
- Już się nie kładziesz? - pytam zaskoczona.
Kręci głową.
- Równie dobrze mogę się już wyszykować. Nie ma sensu wracać do łóżka, skoro i tak muszę wstać o siódmej. Cholerne poniedziałki.
Patrzę na zegarek. Szósta rano. Jest później, niż myślałam. Musiałam krążyć po kuchni dłużej, niż mi się wydawało.
- A swoją drogą, czemu ty nie spałaś? - pyta Owen. - Obudziła cię śmieciarka?
- Nie, po prostu nie mogłam spać.
Kłamstwo. Niemal zapomniałam, jak smakuje - śliskie i mdlące na języku. Czuję twardą wypukłość telefonu w kieszeni szlafroka. Czekam, aż zawibruje.
- Rozumiem. - Tłumi kolejne ziewnięcie i zapina koszulę. - Napijesz się kawy?
- Tak, pewnie - mówię, a gdy wychodzi z pokoju, wołam za nim: - Owen...
Ale on już mnie nie słyszy.
Dziesięć minut później wraca z kawą, tymczasem ja zdążyłam już ustalić, co chcę mu powiedzieć, i przećwiczyć swobodny ton, jakim zamierzam to zrobić. Mimo wszystko z trudem przełykam ślinę i oblizuję wargi. Zdenerwowanie sprawia, że czuję suchość w ustach.
- Owen, dostałam wczoraj wiadomość od Kate.
- Kate z pracy? - Odstawia kawę na stolik z cichym stuknięciem, przy okazji rozlewając odrobinę. Rękawem szlafroka wycieram małą kałużę, żeby ochronić książkę, a przy okazji daję sobie trochę więcej czasu.
- Nie, Kate Atagon. No wiesz, od tej, z którą chodziłam do szkoły.
- Ach, od tej Kate. To ta, która zabrała swojego psa na ślub waszej wspólnej koleżanki?
- Zgadza się. Wabił się Cień.
Myślę o nim. Cień - biały owczarek niemiecki o czarnym pysku i z czarnymi plamami na grzbiecie. Wspominam, jak stawał w progu, warcząc na obcych, jak odsłaniał śnieżnobiały brzuch przed tymi, których kochał.
- No więc...? - pyta Owen, a ja uświadamiam sobie, że zamilkłam, straciłam wątek.
- A tak. No więc zaprosiła mnie do siebie na trochę i pomyślałam, że faktycznie mogłabym pojechać.
- Brzmi nieźle. Kiedy?
- Tak jakby... teraz. Zaprosiła mnie teraz.
- A Freya?
- Zabrałabym ją ze sobą.
Niemal dodaję "oczywiście", ale tego nie robię. Freya wciąż jeszcze nie nauczyła się pić z butelki, pomimo naszych wielkich starań. Któregoś wieczoru, gdy wyszłam na przyjęcie, wrzeszczała nieustannie od dziewiętnastej trzydzieści do dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt osiem, kiedy to wreszcie wpadłam do mieszkania i wyjęłam ją z bezwładnych, zmęczonych ramion Owena.
Znowu milkniemy. Freya odchyla głowę do tyłu i spogląda na mnie, marszcząc brwi, a potem beka cichutko i wraca do czynności najważniejszej, czyli jedzenia. Widzę emocje przemykające po twarzy Owena... będzie za nami tęsknił... będzie miał całe łóżko dla siebie... będzie mógł dłużej pospać...
- Mógłbym ruszyć z odnawianiem pokoju dziecięcego - mówi w końcu. Kiwam głową, chociaż jest to temat, na który dyskutujemy bez końca. Owen chciałby odzyskać dla siebie i sypialnię, i mnie, i wydaje mu się, że tak po prostu przeniesiemy półroczną Freyę do jej własnego pokoju. Ja... ja tak nie uważam. I między innymi dlatego nie znalazłam wolnej chwili, żeby opróżnić pokój gościnny i przemalować go na kolory przyjazne dziecku.
- Pewnie. - Kiwam głową.
- Cóż, no to jedź śmiało - zachęca mnie. Odwraca się i zaczyna przeglądać krawaty. - Chcesz wziąć samochód? - pyta przez ramię.
- Nie, nie trzeba. Pojadę pociągiem. Kate odbierze mnie z dworca.
- Jesteś pewna? Chyba nie chcesz taszczyć wszystkich rzeczy Frei do pociągu? Jest prosto?
- Słucham? - Przez moment nie jestem pewna, o co mu chodzi, ale po chwili uświadamiam sobie, że pyta o krawat. - Och, tak, jest prosto. Nie, serio, chętnie pojadę pociągiem. Będzie mi łatwiej nakarmić Freyę, jeśli się obudzi. Po prostu wsadzę wszystkie jej rzeczy do kosza pod wózkiem.
Owen nie odpowiada i podejrzewam, że już rozmyśla o czekającym go dniu, układa w głowie listę spraw do załatwienia, tak jak ja to robiłam jeszcze kilka miesięcy temu, chociaż teraz wydaje mi się, że to było w innym życiu.
- Dobra, cóż, słuchaj, ja chyba pojadę już dziś, jeśli ci to nie przeszkadza.
- Dzisiaj? - Zgarnia drobne z komody i wsadza je do kieszeni, a potem podchodzi, żeby pocałować mnie w czubek głowy na pożegnanie. - Skąd ten pośpiech?
- Nie spieszy mi się - kłamię. Czuję, jak rumieniec zalewa mi policzki. Nienawidzę kłamać. Kiedyś to było nawet zabawne, aż w końcu nie miałam wyboru... Ostatnio nie rozmyślałam o tym za wiele, być może dlatego że robię to od tak dawna, ale to zawsze mi towarzyszy, w tle, jak wiecznie ćmiący ząb, który nagle odzywa się ukłuciem bólu.
A przede wszystkim nienawidzę okłamywać Owena. Do tej pory jakoś udawało mi się trzymać go z dala od tej sieci kłamstw, a teraz go w nią wciągam. Myślę o esemesie od Kate i mam wrażenie, jakby trucizna sączyła się z telefonu do pokoju, grożąc, że wszystko zniszczy.
- Po prostu Kate jest teraz pomiędzy projektami i ten termin jej odpowiada, a ja... cóż, będę musiała wrócić do pracy za kilka miesięcy, więc mam wrażenie, że pora jest dobra jak każda inna.
- Okej - mówi Owen, zdezorientowany, ale nie podejrzliwy. - Cóż, w takim razie chyba lepiej pocałuję cię porządnie na pożegnanie.
Całuje mnie, porządnie, głęboko, sprawiając, że przypominam sobie, dlaczego go kocham i dlaczego nienawidzę go oszukiwać. W końcu odrywa się ode mnie i daje buziaka Frei. Mała zerka na niego z ukosa, z powątpiewaniem, na moment przerywając ssanie, a potem podejmuje je na nowo, z upartą determinacją, którą tak w niej uwielbiam.
- Ciebie też kocham, mały wampirku - mruczy Owen z czułością. A potem zwraca się do mnie: - Jak długo trwa podróż?
- Z cztery godziny? W zależności od tego, jakie połączenie uda mi się złapać.
- Okej, cóż, w takim razie baw się dobrze i napisz do mnie, gdy już dotrzesz na miejsce. Jak długo zamierzasz tam zostać?
- Kilka dni? - ryzykuję. - Wrócę przed weekendem. - Kolejne kłamstwo. Bo nie wiem. Nie mam pojęcia. Zostanę tak długo, jak długo Kate będzie mnie potrzebować. - Zobaczę na miejscu.
- Okej - powtarza Owen. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham. - W końcu mogę powiedzieć prawdę.
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Kate co do dnia, niemal co do godziny i minuty. Był wrzesień. Próbowałam złapać wczesny pociąg do Salten, żeby przybyć do szkoły w porze lunchu.
- Przepraszam! - zawołałam nerwowo, a mój piskliwy głos odbił się echem po peronie.
Dziewczyna idąca przede mną odwróciła się. Była bardzo wysoka i wyjątkowo piękna, o pociągłej, nieco wyniosłej twarzy, jak z obrazu Modiglianiego. Miała sięgające pasa czarne włosy, z końcówkami tlenionymi na złoto, i dżinsy z dziurami na udach.
- Tak?
- Przepraszam, czy to jest pociąg do Salten? - wysapałam.
Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu; poczułam, jak mnie ocenia - mój szkolny mundurek, granatową spódniczkę, wciąż sztywną od nowości, i nieskazitelnie czystą marynarkę, którą tego ranka po raz pierwszy zdjęłam z wieszaka.
- Nie wiem - powiedziała w końcu i zwróciła się do dziewczyny stojącej za nią: - Kate, czy to pociąg do Salten?
- Nie bądź suką, Thee - rzuciła tamta. Jej chropawy głos nie pasował do młodego wieku. Nie sądziłam, by mogła mieć więcej niż szesnaście czy siedemnaście lat. Miała krótko przycięte, jasnobrązowe włosy, które okalały jej twarz, i uśmiechnęła się do mnie, marszcząc nos usiany piegami w kolorze cynamonu. - Tak, to pociąg do Salten. Ale upewnij się, że wsiadasz do właściwej połowy. Część wagonów zostanie odłączona w Hampton's Lee.
Odwróciły się i podjęły marsz. Były już w połowie peronu, gdy zdałam sobie sprawę, że nie zapytałam, która część pociągu jest tą właściwą.
Popatrzyłam na tablicę ogłoszeniową i doczytałam, że do stacji w Salten dociera siedem pierwszych wagonów, ale które to były? Te najbliżej bramki biletowej czy może chodziło o pierwsze zgodnie z kierunkiem jazdy?
W pobliżu nie było żadnego pracownika, którego mogłabym o to zapytać, a zegar nad moją głową wskazywał, że do odjazdu zostało tylko kilka chwil, więc ostatecznie ruszyłam za tamtymi dwiema dziewczynami.
Wtaszczyłam ciężką walizkę do wagonu i znalazłam pusty sześciomiejscowy przedział. Gdy tylko zatrzasnęłam za sobą drzwi, rozległ się gwizdek zawiadowcy. Usiadłam z okropnym uczuciem, że być może znajduję się w złej części pociągu, czując na skórze ud szorstką, drapiącą wełnę siedziska.
Pociąg opuścił ciemną pieczarę stacji ze szczękiem i zgrzytem metalu o metal; słońce raptownie zalało przedział, oślepiając mnie. Odchyliłam głowę do tyłu, opierając ją o zagłówek, i zamknęłam oczy przed rażącym blaskiem. W miarę jak nabieraliśmy prędkości, przyłapałam się na tym, że wyobrażam sobie, co by się wydarzyło, gdybym się nie pojawiła w Salten, gdzie będzie na mnie czekała wychowawczyni z internatu. Co, gdyby pociąg zabrał mnie do Brighton albo do Canterbury, albo zupełnie gdzie indziej? Albo jeszcze gorzej - co, gdybym przy odłączaniu wagonów została rozdarta na pół i przeżywała dwa życia, jedno nieustannie oddalające się od drugiego i od tej mnie, którą powinnam była się stać?
- No, no - usłyszałam czyjś głos i gwałtownie otworzyłam oczy. - Widzę, że zdążyłaś na pociąg.
To była wysoka dziewczyna z peronu, którą ta druga nazwała Thee. Stała w drzwiach mojego przedziału, opierając się o drewnianą framugę, i obracała w palcach niezapalonego papierosa.
- Tak - powiedziałam z nutą urazy, bo przecież nie wskazały mi, do której części pociągu powinnam wsiąść. - W każdym razie taką mam nadzieję. Ten wagon jedzie do Salten, prawda?
- Owszem - odrzekła dziewczyna lakonicznie. Znowu zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, postukała niezapalonym papierosem o framugę, a potem, jakby zamierzała wyświadczyć mi przysługę, powiedziała: - Słuchaj, nie myśl, że jestem suką, ale powinnaś wiedzieć, że dziewczyny nie zakładają mundurków do pociągu.
- Co?
- Przebierają się dopiero w Hampton's Lee. To... sama nie wiem... po prostu tak jest. Pomyślałam, że lepiej ci powiem. Tylko pierwszoklasistki i nowe dziewczyny mają na sobie mundurki przez całą podróż. To sprawia, że rzucasz się w oczy.
- A więc... ty też się uczysz w Salten House?
- Ta... Za moje grzechy.
- Thea została wyrzucona z trzech innych szkół - rozległ się głos za jej plecami i zobaczyłam tę drugą dziewczynę, krótkowłosą; stała w korytarzu z dwoma kubeczkami herbaty. - Salten to jej ostatnia szansa. Nigdzie indziej nie chciano jej przyjąć.
- Przynajmniej nie biorę od nikogo jałmużny - rzuciła Thea, ale ze sposobu, w jaki to powiedziała, wywnioskowałam, że te dwie dziewczyny są przyjaciółkami, a takie przekomarzanki to dla nich normalna rzecz. - Ojciec Kate jest wykładowcą sztuki - wyjaśniła. - Jego córka dostała darmowe miejsce w ramach umowy.
- Za to nie ma szans, żeby Thea załapała się na jałmużnę - odcięła się Kate. - Ktoś tu się urodził ze srebrną łyżeczką w ustach - szepnęła ledwo słyszalnie i puściła do mnie oko.
Spróbowałam powstrzymać uśmiech.
Ona i Thea wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, po czym Thea przemówiła:
- Jak masz na imię?
- Isa - odparłam.
- Cóż, Isa, może dołączysz do mnie i do Kate? - Uniosła jedną brew. - Zajęłyśmy przedział na drugim końcu korytarza.
Wzięłam głęboki wdech i skinęłam głową. Czułam się tak, jakbym miała skoczyć z bardzo wysokiej trampoliny. Gdy dźwignęłam walizkę i ruszyłam za oddalającą się Theą, nie miałam pojęcia, że ta jedna niepozorna decyzja na zawsze odmieni moje życie.
To dziwne uczucie - znów znaleźć się na dworcu kolejowym Victoria. Pociąg do Salten jest nowoczesny, z wagonami bez przedziałów i drzwiami zamykanymi automatycznie, ale sam peron prawie się nie zmienił. Zdaję sobie sprawę, że spędziłam siedemnaście lat życia, nieświadomie unikając tego miejsca - unikając wszystkiego, co wiąże się z tamtym okresem.
Trzymając w jednej dłoni kubek z kawą na wynos, drugą ręką wciągam wózek Frei do pociągu, po czym odstawiam kubek na pusty stolik i przeżywam tę samą katorgę, co zawsze, próbując wypiąć gondolę. Walczę z zapięciami i zatrzaskami, które nie chcą puścić. Dzięki Bogu w pociągu jest spokojnie, a wagon jest niemal pusty, więc nie palę się ze wstydu jak zawsze, że ludzie ustawiają się w kolejce przede mną albo za mną, albo przepychają się obok w tej ograniczonej przestrzeni. W końcu - akurat w chwili, gdy rozlega się gwizdek zawiadowcy i pociąg zaczyna się wytaczać ze stacji, kołysząc się i wzdychając - ostatni zatrzask ustępuje i gondola zostaje w moich dłoniach. Odstawiam wciąż śpiącą Freyę w bezpieczne miejsce, z daleka od stolika, na którym postawiłam kawę, ale i tak pilnuję kubka, gdy zajmuję się upychaniem bagaży na półce. Przed oczami przelatują mi żywe obrazy: gwałtownie hamujący pociąg, gorący napój oblewający Freyę. Wiem, że to irracjonalne - przecież jej gondola leży po drugiej stronie przejścia - ale właśnie taką osobą się stałam, od kiedy wydałam ją na świat. Wszystkie moje lęki - te, które wcześniej obejmowały strach przed podróżowaniem w złej części pociągu, zmiażdżeniem przez drzwi windy, obcymi taksówkarzami czy rozmowami z nieznajomymi ludźmi - wszystkie skupiły się na Frei.
W końcu sadowię się wygodnie z książką i kubkiem, podczas gdy Freya śpi, z policzkiem wtulonym w kocyk. W jaskrawym blasku czerwcowego słońca jej twarzyczka przypomina oblicze cherubinka - ze skórą niemożliwie delikatną i czystą - i zalewa mnie gorąca, niemal bolesna fala miłości do niej, tak zaskakująca, jakby wrząca kawa oblała mi serce. Siedzę tak i przez moment jestem tylko jej matką, nikim więcej, a na świecie nie ma nikogo innego poza nami dwiema, skąpanymi w sadzawce słonecznego blasku i miłości.
A potem zdaję sobie sprawę, że mój telefon wibruje.
"Fatima Chaudhry", wyświetla się informacja na ekranie, a moje serce podskakuje.
Otwieram wiadomość drżącymi palcami.
Już pędzę. Przyjadę dziś wieczorem, jak tylko położę dzieciaki do łóżek. Będę z Wami około dziewiątej, dziesiątej.
A więc lawina ruszyła. Thea jeszcze się nie odezwała, ale wiem, że wiadomość od niej wkrótce nadejdzie. Czar prysł - iluzja, że nie ma nikogo poza Freyą i mną, że po prostu jedziemy we dwie na wakacje nad morze. Przypominam sobie, dlaczego naprawdę tu jestem. Przypominam sobie, co zrobiłyśmy.
Jadę pociągiem o 12:05 z Victorii. Kate, odbierzesz mnie ze stacji w Salten? - odpisuję wszystkim.
Nie odpowiada, ale wiem, że mnie nie zawiedzie.
Zamykam oczy. Kładę dłoń na piersi Frei, żeby czuć jej obecność. A potem próbuję zasnąć.
Budzę się gwałtownie, z walącym sercem, i instynktownie sięgam po Freyę. Przez moment nie jestem pewna, co to za hałas wyrwał mnie ze snu, ale potem zdaję sobie sprawę, że to odgłos odłączanych wagonów. Jesteśmy w Hampton's Lee. Freya wierci się w gondoli, niezadowolona, ale wygląda na to, że jeśli mi się poszczęści, zaraz się uspokoi. Rozlega się kolejny łoskot, głośniejszy niż pierwszy. Freya otwiera oczy, zaszokowana i urażona, jej buzia wykrzywia się w nagłym wrzasku irytacji i głodu.
- Cii... - śpiewam półgłosem i wyswobadzam jej ciepłe, wijące się ciałko spod sterty koców i zabawek. - Cicho... już dobrze, skarbie, wszystko jest dobrze, szkrabie. Nie masz się czym przejmować.
Mierzy mnie wściekłym spojrzeniem ciemnych oczu i uderza rozgniewaną buzią o moją pierś, podczas gdy rozpinam guziki bluzki. Czuję, że mleko zaczyna płynąć; to wciąż dziwne wrażenie, chociaż karmienie stało się dla mnie rutyną.
Podczas gdy mała ssie, rozlega się kolejny huk, zgrzyt, a potem dźwięk gwizdka i zaczynamy powoli opuszczać stację. Perony ustępują miejsca bocznicom, a potem domom, aż w końcu polom i słupom telegraficznym.
To hipnotyzująco znajomy widok. Londyn zmienia się nieustannie. Przypomina rosnącą Freyę - tutaj otwiera się sklep, tam zamyka pub. Wieżowce strzelają w górę - Gherkin, Shard - supermarkety zajmują połacie nieużytków, a bloki mieszkalne zdają się przebijać beton i wyrastać z wilgotnej gleby jak grzyby po deszczu, z dnia na dzień.
Ale ta trasa kolejowa, ta podróż... nie zmieniła się wcale.
Tam jest wypalony wiąz.
Tam popadający w ruinę bunkier z czasów drugiej wojny światowej.
Tam rozchwierutany most - stukot kół pociągu brzmi pusto nad przepaścią.
Zamykam oczy i przenoszę się z powrotem do przedziału z Theą i Kate. Śmieję się, podczas gdy one naciągają szkolne spódniczki na dżinsy, zakładają bluzki na letnie koszulki i wiążą krawaty. Thea zakładała pończochy, pamiętam, jak naciągnęła je na niemożliwie długie, szczupłe nogi, a potem sięgała pod szkolną spódniczkę o przepisowej długości, żeby przypiąć je podwiązkami. Pamiętam gorący rumieniec, który zalał moje policzki, gdy ujrzałam skrawek jej nagiego uda i z bijącym sercem odwróciłam wzrok, wlepiając go w jesienne pola porośnięte pszenicą, podczas gdy ona śmiała się z mojej pruderii.
- Lepiej się pospiesz. - Kate rzuciła leniwie do Thei. Była już przebrana; dżinsy i botki spakowała do walizki spoczywającej na półce bagażowej. - Zaraz będziemy w Westridge, a tam do pociągu zawsze ładuje się mnóstwo plażowiczów. Chyba nie chcesz przyprawić jakiegoś turysty o zawał serca.
Thea tylko pokazała jej język, ale dokończyła zapinanie podwiązek i wygładziła spódnicę akurat w momencie, gdy wjeżdżaliśmy na stację.
I rzeczywiście, tak jak przewidziała Kate, na peronie kręciło się sporo turystów. Thea jęknęła, gdy pociąg się zatrzymał. Drzwi naszego przedziału znalazły się na wysokości trojga wycieczkowiczów - matki, ojca i chłopca, mniej więcej sześcioletniego, z wiaderkiem i łopatką w jednej dłoni i cieknącym lodem w polewie czekoladowej w drugiej.
- Znajdzie się miejsce jeszcze dla trzech osób? - zapytał ojciec rodziny jowialnie, otwierając drzwi, po czym cała trójka wgramoliła się do środka. Mały przedział nagle wydał się bardzo zatłoczony.
- Tak mi przykro - powiedziała Thea i faktycznie brzmiała, jakby było jej żal. - Z przyjemnością byśmy państwa przyjęli, ale moja przyjaciółka... - Tu wskazała na mnie. - ...jest na przepustce i nie może mieć kontaktu z nieletnimi. To jeden z warunków jej zwolnienia. W wyroku sądowym bardzo wyraźnie to podkreślono.
Mężczyzna zamrugał, a jego żona zachichotała nerwowo. Chłopiec nie słuchał, zajęty zbieraniem kawałeczków czekolady z podkoszulka.- Mówię to w trosce o państwa dziecko - kontynuowała Thea z poważną miną. - Poza tym oczywiście Ariadne nie ma ochoty wracać do zakładu dla młodocianych przestępców.
- Obok jest pusty przedział - wtrąciła Kate pospiesznie. Widziałam, że z trudem zachowuje kamienną twarz. Wstała i odsunęła drzwi na korytarz. - Tak mi przykro. Nie chcemy przysparzać państwu kłopotów, ale myślę, że tak będzie najlepiej ze względu na bezpieczeństwo wszystkich zainteresowanych.
Mężczyzna obrzucił nas podejrzliwym spojrzeniem, a potem wypchnął żonę i chłopca na korytarz.
Thea prychnęła śmiechem, ledwie zasunęły się za nimi drzwi przedziału. Kate zaczęła kręcić głową.
- Nie dostaniesz za to punktu - oświadczyła z twarzą wykrzywioną w paroksyzmie tłumionego śmiechu. - Nie uwierzyli ci.
- Och, daj spokój! - Thea wyciągnęła papierosa z kieszeni marynarki i zapaliła, zaciągając się głęboko. Zignorowała naklejkę "Zakaz palenia" widniejącą na szybie. - Poszli sobie, czyż nie?
- Tak, ale tylko dlatego że uznali cię za pieprzone dziwadło. To się nie liczy!
- Czy... czy to jest jakaś gra? - zapytałam niepewnie.
Zamilkły na chwilę.
Popatrzyły po sobie, znowu porozumiewając się bez słów. To było jak ładunek elektryczny przepływający od jednej do drugiej. A potem Kate uśmiechnęła się zagadkowo i pochyliła w moją stronę, tak blisko, że widziałam ciemne plamki w jej szaroniebieskich oczach.
- To nie jest jakaś gra - powiedziała. - To jest jedyna słuszna gra. Gra w kłamstwa.
Gra w kłamstwa.
Wspomnienia wracają do mnie teraz, ostre i żywe jak zapach morza i krzyk mew nad rzeką Reach, i nie mogę uwierzyć, że niemal wyleciało mi to wszystko z głowy - zapomniałam o zestawieniu, które Kate powiesiła nad łóżkiem, zawierającym zagadkowe oznaczenia jej skomplikowanego systemu przyznawania punktów. Tyle i tyle za nową ofiarę. Tyle i tyle za przekonanie kogoś całkowicie. Punkty dodatkowe były przyznawane za wymyślne szczegóły lub nabranie na nowo kogoś, kto niemal przyłapał cię na kłamstwie. Nie myślałam o tym od lat, ale w pewnym sensie grałam w tę grę przez cały ten czas.
Wzdycham i spoglądam na spokojną twarzyczkę Frei całkowicie zaabsorbowanej ssaniem mleka. I nie wiem, czy potrafię to zrobić. Nie wiem, czy mogę wrócić.
Co takiego skłoniło Kate do wezwania nas nagle, w środku nocy?
Przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz... i nie mogę znieść myśli o niej.
Kiedy pociąg zbliża się do Salten, mój telefon brzęczy po raz kolejny. Wyciągam go, myśląc, że to Kate potwierdza, że mnie odbierze. Ale to nie ona. To wiadomość od Thei.
Już pędzę.
Peron w Salten jest niemal pusty. Gdy huk pociągu zamiera w oddali, na stację powraca spokój wiejskiej okolicy; słyszę charakterystyczne odgłosy lata - cykające świerszcze, śpiew ptaków, odległy warkot kombajnu na polach. Kiedyś, zawsze gdy tu przyjeżdżałam, czekał na mnie minivan z Salten House, wymalowany w barwy szkoły: na granatowo i jasnoniebiesko. Teraz nad pustym parkingiem unosi się gorący kurz i nie ma tu nikogo, nawet Kate.
Prowadzę wózek po peronie w stronę wyjścia, wypchana torba ciąży mi na ramieniu, i zastanawiam się, co robić. Zadzwonić do Kate? Powinnam była umówić się z nią z wyprzedzeniem. Założyłam, że dostała moją wiadomość, ale co, jeśli jej telefon nie miał zasięgu? W Młynie nie ma linii naziemnej, nie istnieje żaden inny numer, pod którym mogłabym ją złapać.
Blokuję koła wózka, a potem wyciągam telefon, żeby sprawdzić, która jest godzina i czy dostałam jakieś wiadomości. Wstukuję kod, gdy rozlega się ryk silnika nadjeżdżającego samochodu; odwracam się i widzę auto wjeżdżające na dworcowy parking. Spodziewałam się ogromnego, wysłużonego land rovera, którym Kate przyjechała na ślub Fatimy siedem lat temu, z długimi kanapami i Cieniem wystawiającym łeb przez okno. Ale to nie land rover, tylko taksówka. Przez chwilę nie jestem pewna, czy to Kate nią przyjechała, ale nagle dostrzegam ją, jak szarpie się z drzwiami pasażera, i serce fika mi koziołka. Nie jestem już prawniczką pracującą w administracji rządowej ani matką - jestem zwykłą dziewczyną biegnącą powitać przyjaciółkę.
- Kate!
Nic się nie zmieniła. Te same cienkie, kościste nadgarstki, te same orzechowe włosy i skóra o miodowym odcieniu, nos wciąż zadarty i usiany piegami. Włosy ma teraz dłuższe, związane gumką, a skórę wokół oczu i ust żłobią zmarszczki, ale poza tym to cała Kate, moja Kate. I gdy się obejmujemy, wciągam powietrze w płuca i czuję ten jej szczególny zapach, mieszaninę papierosów, terpentyny i mydła, dokładnie taki, jak zapamiętałam. Odsuwam ją od siebie, żeby jej się przyjrzeć, i przyłapuję się na tym, że szczerzę zęby w uśmiechu, niemądrze, na przekór wszystkiemu.
- Kate - powtarzam głupio, a ona przyciąga mnie do siebie w kolejnym uścisku, zanurzając twarz w moich włosach i ściskając mnie tak mocno, że czuję jej kości.
A potem słyszę wrzask i przypominam sobie, kim jestem, przypominam sobie osobę, którą się stałam - i wszystko, co się wydarzyło, od kiedy Kate i ja widziałyśmy się ostatnio.
- Kate - mówię raz jeszcze; dźwięk jej imienia brzmi tak idealnie na moim języku. - Kate, poznaj moją córkę.
Odchylam osłonę przeciwsłoneczną, wyjmuję z wózka mały, wiercący się, rozgniewany tobołek i podaję go jej.
Kate bierze ode mnie małą z miną pełną niepokoju, ale po chwili na jej drobnej, lecz wyrazistej twarzy pojawia się uśmiech.
- Jesteś piękna - mówi do Frei, a jej głos jest łagodny i chropawy, dokładnie taki, jaki pamiętam. - Zupełnie jak twoja mamusia. Ona jest urocza, Isa.
- Prawda? - Patrzę na zdeprymowaną Freyę, która gapi się na Kate, niebieskie oczy utkwione w niebieskich oczach. Wyciąga pulchną rączkę w stronę jej włosów, ale nagle zatrzymuje się, zafascynowana jakąś barwą światła. - Ma oczy Owena - mówię. Jako dziecko zawsze chciałam mieć niebieskie oczy.
- Chodź - mówi w końcu Kate, zwracając się do Frei, a nie do mnie. Ujmuje jej rączkę i gładzi palcami jedwabistą niemowlęcą pulchność, knykcie z ich dołeczkami. - Zbierajmy się.
- Co się stało z twoim samochodem? - pytam, gdy idziemy w stronę taksówki. Kate niesie Freyę, a ja popycham wózek, wkładając do niego torbę.
- Och, znowu się zepsuł. Naprawię go, ale jak zwykle nie mam pieniędzy.
- Och, Kate...
Och, Kate, kiedy znajdziesz porządną pracę? - mogłabym zapytać. Kiedy wreszcie sprzedasz Młyn i wyjedziesz gdzieś, gdzie ludzie docenią twoją sztukę, zamiast polegać na wysychającym strumieniu turystów pragnących spędzać wakacje w Salten? Ale znam odpowiedź. Nigdy. Kate nigdy nie opuści Tide Mill. Nigdy nie opuści Salten.
- Z powrotem do Młyna, drogie panie? - woła taksówkarz przez okno.
Kate kiwa głową.
- Dzięki, Rick.
- Wrzucę wózek do bagażnika. - Kierowca wysiada. - Składa się, prawda?
- Tak. - Znowu walczę z zatrzaskami gondoli i wtedy nagle uświadamiam coś sobie. - Do licha, zapomniałam fotelika samochodowego. W zamian zabrałam przystawkę do łóżka... myślałam, że będzie mogła w niej spać.
- Ach, nie spotkamy tu policji - uspokaja mnie Rick, zatrzaskując bagażnik. - Poza dzieciakiem Mary, a on na pewno nie aresztuje jednego z moich pasażerów.
To nie policją się martwiłam, ale to imię przykuwa moją uwagę i odwraca ją od problemu.
- Dzieciak Mary? - Patrzę na Kate. - Chyba nie chodzi o Marka Wrena?
- Właśnie o niego - mówi Kate, uśmiechając się półgębkiem. - Teraz to sierżant Wren.
- Nie mogę uwierzyć, że jest już taki dorosły!
- Jest tylko dwa lata młodszy od nas - zauważa Kate, a do mnie dociera, że ma rację. Trzydziestka to wystarczająco dojrzały wiek, żeby być policjantem. Mimo wszystko nie potrafię myśleć o Marku Wrenie jako o trzydziestoletnim mężczyźnie - oczami wyobraźni wciąż widzę czternastolatka z trądzikiem i meszkiem nad górną wargą, garbiącego się, żeby ukryć swój wysoki wzrost. Zastanawiam się, czy wciąż nas pamięta. Czy pamięta grę.
- Przepraszam - mówi Kate, gdy zapinamy pasy. - Trzymaj ją na kolanach. Wiem, że to nie jest idealne rozwiązanie...
- Będę jechał ostrożnie - obiecuje Rick, gdy opuszczamy poryty koleinami parking i wyjeżdżamy na głębocznicę. - Poza tym to tylko kilka kilometrów.
- Przez moczary całkiem blisko - mówi Kate. Ściska moją dłoń i wiem, że myśli o wszystkich razach, gdy pokonywałyśmy tę trasę, wybierając drogę przez słone mokradła do szkoły i z powrotem. - Ale z wózkiem nie przeszłybyśmy piechotą.
- Upalnie jak na czerwiec, co nie? - zagaduje Rick swobodnym tonem, gdy bierzemy zakręt. Cętki słonecznego światła przedzierają się przez drzewa, kładąc gorącymi plamami na mojej twarzy. Mrużę oczy, zastanawiając się, czy spakowałam okulary przeciwsłoneczne.
- To prawda - przytakuję. - W Londynie nie było nawet w przybliżeniu tak ciepło.
- A zatem co sprowadza cię w te strony? - Rick zerka na mnie w lusterku. - Chodziłaś do szkoły z Kate, zgadza się?
- Tak - mówię. A potem milknę. Właściwie to co mnie tu sprowadziło? Esemes? Dwa słowa? Napotykam wzrok Kate i wiem, że nie ma nic, co mogłaby powiedzieć przy Ricku.
- Isa przyjechała na zjazd absolwentów - wyjaśnia Kate niespodziewanie. - W Salten House.
Mrugam, zdziwiona, a ona ostrzegawczo ściska moją dłoń; po chwili przejeżdżamy przez przejazd kolejowy i muszę puścić jej rękę, żeby mocniej przytrzymać Freyę, bo samochód trzęsie się i podskakuje na torach.
- Są bardzo wytworne, te kolacje w Salten House, tak słyszałem - komentuje Rick. - Moja najmłodsza pracuje tam czasem jako kelnerka, żeby dorobić do kieszonkowego, i słyszę rozmaite historie. Baldachimy, szampan, różne różności.
- Nigdy wcześniej na żadnej nie byłam - przyznaje Kate. - Ale minęło piętnaście lat, od kiedy nasz rocznik skończył naukę, i pomyślałam, że w tym roku może wreszcie warto się wybrać.
Piętnaście? Przez moment wydaje mi się, że musiała się pomylić, ale potem dociera do mnie, że to prawda. Minęło siedemnaście lat, od kiedy odeszłyśmy, po egzaminach GCSE1, ale gdybyśmy zostały w szkole do końca, to by się zgadzało. Dla reszty naszej klasy to będzie piętnasta rocznica ukończenia nauki.
Bierzemy kolejny zakręt, a ja mocniej przytrzymuję Freyę, z sercem w gardle, naprawdę żałując, że nie zabrałam fotelika samochodowego. To było takie głupie z mojej strony, że o tym nie pomyślałam.
- Często tu przyjeżdżasz? - pyta mnie Rick, znów zerkając w lusterko.
- Nie - przyznaję. - Ja... dawno tu nie byłam. Wiesz, jak to jest. - Wiercę się niespokojnie na siedzeniu; wiem, że przyciskam Freyę za mocno, ale nie potrafię rozluźnić uścisku. - Trudno jest znaleźć czas.
- Piękny zakątek świata - mówi Rick. - Sam nie wyobrażam sobie, żebym miał mieszkać gdziekolwiek indziej, ale chyba jest inaczej, jeśli ktoś się tu nie urodził i nie wychował. Skąd pochodzą twoi rodzice?
- Pochodzą... pochodzili - poprawiam się. Czuję dodającą otuchy obecność Kate u mego boku i biorę głęboki wdech. - Mój ojciec mieszka teraz w Szkocji, ale dorastałam w Londynie.
Z grzechotem przejeżdżamy po przeszkodzie dla bydła, a potem drzewa rozstępują się i wjeżdżamy na mokradła.
I nagle ją widzę. Rzekę Reach. Szeroka i szara, upstrzona trzcinami i pomarszczona wiatrem powierzchnia wody odbija leniwe smugi spłowiałych od słońca chmur nad naszymi głowami; krajobraz jest tak jasny, czysty i rozległy, że czuję gulę w gardle.
Kate obserwuje mnie i kątem oka widzę, że się uśmiecha.
- Już zapomniałaś? - pyta cicho.
Kręcę głową.
- Nigdy w życiu. - Ale to nieprawda... zapomniałam. Zapomniałam, jakie to uczucie. Nie ma miejsca, żadnego miejsca, które przypominałoby tę rzekę. Widziałam ich wiele, przekraczałam inne estuaria, ale żadne nie było tak piękne jak to, gdzie ziemia, niebo i morze zabarwiają się wzajemnie swoimi kolorami, chłoną się nawzajem, łączą i mieszają, aż trudno odróżnić jedno od drugiego, ustalić, gdzie się kończą chmury, a zaczyna woda.
Droga zwęża się do jednego pasa, a potem do kamienistego traktu, z trawą rosnącą pomiędzy koleinami pozostawionymi przez opony.
A potem go widzę - Młyn; czarna sylwetka kontrastująca z wodą, w której odbijają się smugi chmur, jeszcze bardziej nędzna i pijacko przekrzywiona, niż zapamiętałam. To nie tyle budynek, ile zbieranina wyrzuconego na brzeg drewna, zrzuconego na jedną stertę przez wiatry; wygląda, jakby te same wiatry mogły ją w każdej chwili rozerwać na strzępy. Serce szarpie mi się w piersi, a wspomnienia napływają nieproszone, szamocą mi się w głowie, machają upierzonymi skrzydłami.
Thea pływająca nago w rzece o zachodzie słońca, jej skóra lśniąca złotem w wieczornym świetle, długie czarne cienie skarłowaciałych drzew przecinające wodę o barwie płomieni i zmieniające Reach we wspaniałość naznaczoną tygrysimi pręgami.
Kate wychylająca się z okna Młyna w zimowy poranek, gdy szron grubą warstwą pokrywał wewnętrzną stronę szkła, puszył się na trzcinach i pałkach wodnych, otwierająca ramiona i wydychająca w niebo białą chmurkę powietrza.
Fatima rozciągnięta na drewnianym molo i wygrzewająca się w upale, w skąpym kostiumie kąpielowym, ze skórą pokrytą mahoniem przez letnie słońce i z ogromnymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie, których szkła migotały światłem odbijającym się od fal.
I Luc... Luc - w tym momencie czuję ucisk w sercu i nie mogę brnąć dalej w te wspomnienia.
Docieramy do bramy przegradzającej ścieżkę.
- Lepiej się tu zatrzymaj. - Kate zwraca się do Ricka. - Zeszłej nocy mieliśmy przypływ i tam dalej grunt wciąż jest miękki.
- Jesteś pewna? - Rick odwraca się, żeby spojrzeć na nią przez ramię. - Mógłbym spróbować.
- Nie, pójdziemy piechotą. - Kate podaje mu dziesięć funtów, ale on odpędza ją gestem dłoni.
- Nie chcę twoich pieniędzy, złotko.
- Ale Rick...
- Żadne "ale Rick". Twój tata był dobrym człowiekiem, niezależnie od tego, co ludzie gadają, a ty dobrze sobie poradziłaś, wytrzymując tu pomimo plotek. Zapłacisz mi kiedy indziej.
Kate przełyka ślinę i widzę, że brakuje jej słów, więc mówię za nią:
- Dzięki, Rick, ale ja chcę zapłacić. Proszę. - Podaję mu własny banknot dziesięciofuntowy.
Rick waha się przez chwilę, ale w końcu bierze go i chowa do popielniczki. Wysiadam z samochodu, trzymając Freyę w ramionach, podczas gdy Kate wyciąga z bagażnika moją torbę i wózek. W końcu, gdy Freya leży już w wózku, bezpiecznie przypięta, Rick kiwa głową.
- W porządku. Ale słuchajcie, drogie panie, gdybyście potrzebowały podwózki dokądkolwiek, dzwońcie do mnie, rozumiecie? W dzień czy w nocy. Nie podoba mi się, że będziecie siedzieć tu same bez żadnego środka transportu. To miejsce... - Wskazuje głową na Młyn. - ...niedługo się zawali. Jeśli będziecie potrzebowały taksy, nie wahajcie się do mnie dzwonić, z dziesiątakiem czy bez dziesiątaka. Łapiecie?
- Łapiemy - potakuję.
Ta myśl jakoś dodaje mi otuchy.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
ZASADA NUMER JEDEN. KŁAM
ZASADA NUMER DWA. TRZYMAJ SIĘ SWOJEJ WERSJI WYDARZEŃ
ZASADA NUMER TRZY. NIE DAJ SIĘ PRZYŁAPAĆ
ZASADA NUMER CZTERY. NIGDY NIE OKŁAMUJ PRZYJACIÓŁEK
ZASADA NUMER PIĘĆ. WIEDZ, KIEDY PRZESTAĆ KŁAMAĆ
Podziękowania
1 Odpowiednik polskiego egzaminu gimnazjalnego (przyp. tłum.).