Gorący Rytm - Olivia Cunning

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Już kilka sekund od poznania mężczyzny Aggie potrafiła przypisać go do jednej z dwóch list.

Lista A: Faceci niewarci mojego czasu.

Lista B: Faceci, z którymi miałabym ochotę się pieprzyć.

Lista A wydłużała się z każdą godziną pracy Aggie w klubie nocnym Raj Odnaleziony. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio jakiś trafił na Listę B.

To by wyjaśniało, dlaczego upuściła bicz, kiedy On pojawił się na horyzoncie. Kimkolwiek był. Kandydat na Listę B kroczył przez salę, jakby był jej właścicielem. Wyglądał jak stereotypowy niegrzeczny chłopiec - skóry, tatuaże i wypisane na czole "bez kija nie podchodź" - ale ten image jaskrawo kontrastował z najsłodszą twarzą, jaką Aggie w życiu widziała. Kiedy usiadł przy stoliku najbliższym jej sceny, odchylił krzesło do tyłu, wyciągnął nogi i skrzyżował je w kostkach, jakby planował zostać dłuższą chwilę.

Interesujący. I z całą pewnością wart, żeby się z nim pieprzyć.

Popijając napój, Facet o Twarzy Anioła spojrzał na nią z dziwnym, wyzywającym błyskiem w ciemnych oczach. Było w nim coś, co natychmiast wywołało w Aggie falę niegrzecznych myśli. I tylko połowa z nich dotyczyła zadawania bólu temu twardemu ciału. Przystojny facet, na pewno, ale nie z powodu urody tak ją pociągał. Najdziwniejsze, że sama nie wiedziała, co wyróżnia go spośród klientów klubu. Może potrzebowała oddzielnej listy specjalnie dla niego.

Tymczasowa Lista C: Faceci, których nie potrafię oszacować w jednej chwili. Nie miała wątpliwości, że jedyny gość z tej listy szybko wylądowałby na Liście A. Wykluczone, żeby uznała klienta klubu za kandydata na Listę B. Nieważne, jak bardzo byłby atrakcyjny.

Podniosła bicz z podłogi (ale wstyd) i strzeliła nim tuż koło policzka przystojniaka. Nawet nie drgnął. Jego ciało stężało, ale nie ze strachu. Cicho sapnął i gwałtownie zamrugał - po tym poznała, że zagrożenie go podnieciło.

Faceci w większości lubili oglądać występ Aggie z ciemnego kąta i wyobrażać sobie, że są tak brutalne przez nią traktowani. W Raju Odnalezionym wybierali zabawę z dominatrix, bo chcieli pokazać, jacy są twardzi, ale niewielu siadało w zasięgu jej bicza. Oczywiście w klubie nigdy nikogo nie uderzyła. Jeśli facet chciał zostać ukarany za posiadanie chromosomu Y, musiał zapłacić ekstra.

Aggie zamachnęła się i jeszcze raz strzeliła biczem obok policzka nowego gościa. Rzemień trzasnął centymetry od jego skóry. Z zadowoleniem stwierdziła, że koleś i tym razem nawet nie mrugnął. Rany, ale byłoby super go łamać. Już od wieków nie miała prawdziwego wyzwania w swoim lochu.

Patrzył jej prosto w oczy, kiedy zbliżała się, tańcząc. Wyglądał dość młodo - na jakieś dwadzieścia pięć lat - ale w oczach miał mądrość ponad swój wiek. Założyłaby się, że widział w życiu niejedną tragedię. Jak wielu z tych, którzy szukali u niej ulgi.

Młody mężczyzna pokiwał na nią palcem. Zaskoczona uniosła brew i zerknęła na Elegio - ochroniarz stał niedaleko sceny. Nie powinna w klubie załatwiać swoich prywatnych interesów. Dla kolegów z pracy dominatrix Aggie była tylko sceniczną kreacją. Później, kiedy zeszła ze sceny, żeby obcować z klientami bardziej bezpośrednio, dyskretnie rozdawała wizytówki potencjalnym niewolnikom, ale teraz jej występ jeszcze się nie skończył. Musiała się skupić na tańcu, a nie śnić na jawie o zrobieniu z tego superprzystojnego twardziela swojej dziwki.

Oplotła nogą srebrzystą rurę i zawirowała dookoła; długie czarne włosy powiewały za jej plecami. Kiedy się zatrzymała, zobaczyła, że facet wstał z krzesła i stoi tuż przy scenie, u jej stóp. Z tylnej kieszeni wyciągnął banknot i uniósł w jej stronę, trzymając między dwoma palcami. O, dzień dobry, stówko. Mamusia potrzebuje nowych botków.

Chwyciła rurę jedną ręką i pochyliła się w stronę klienta, dając mu lepszy widok na swój głęboki, pełny dekolt. Jego spojrzenie przesunęło się na nagą skórę; przeciągnął językiem po górnej wardze. Zwykle w jej oczach jeden klient wyglądał równie nijako jak drugi, ale tego obejrzała sobie dokładnie, od ciężkich czarnych buciorów po platynowe nażelowane kolce włosów. Ciemne oczy. Ciemne brwi. Ciemny zarost. Zza dekoltu koszulki wystawał kawałek tatuażu. Prawy nadgarstek zdobiła nabijana ćwiekami skórzana bransoleta. Wyglądał twardo i szorstko, a jednocześnie słodko jak cukierek. Anioł z piekła rodem, z mocnym wskazaniem na anioła. Ciekawe, czy niegolony zarost to próba zasłonięcia tej dziewczęco ślicznej twarzy.

Gość wsunął banknot między piersi Aggie, pod jej czarny skórzany stanik. Kiedy jego palce musnęły ciało, stwardniały jej sutki. To u niej absolutnie nietypowa reakcja. Zwykle przechodziły ją, kiedy dotykali jej klienci. A ten obudził całe jej ciało do życia. Małe srebrne kółko w jego uchu błysnęło w świetle stroboskopu. Aggie przygryzła język, ale tak naprawdę chętnie skubałaby jego ucho. Można powiedzieć, że miała słabość do uszu.

Oj, źle, Aggie. Klienci nigdy nie są odpowiednimi kandydatami do łóżka.

- Tańczysz prywatnie? - wbił w nią spojrzenie swoich czekoladowych oczu. Głos miał niższy, niż się spodziewała, i tak cichy, że nie usłyszałaby go przez dudniącą muzykę, gdyby nie pochylała się tak blisko niego.

- Masz na myśli taniec na kolanach klienta?

- Jeśli to robisz. Ile?

- Pięćdziesiąt dolców.

Wręczył jej kolejną stówkę. Facetowi musiało się poszczęścić w kasynie. Nie wyglądał na nadzianego. Był w gładkiej białej koszulce, znoszonej kurtce z czarnej skóry i w obcisłych dżinsach, które opinały wielką wypukłość pod rozporkiem. Oo, witaj, wielkoludzie. Cieszyła się, że nie tylko ona ma tu ochotę zatańczyć horyzontalną mambę.

Aggie, kobieto, weź się w garść. To klient. Nie liczy się jako facet. Och, ale tak bardzo chciała, żeby się liczył. Czy raczej: żeby ją zaliczył.

Spojrzał w podłogę i się zarumienił.

- A oferujesz inne usługi?

Prr, kolego. Wyhamuj trochę.

- Nie jestem prostytutką, jeśli o to pytasz.

Pokręcił głową.

- Nie to miałem na myśli. Chciałbym, żebyś mnie zbiła. - Wciągnął drżący oddech w szeroką pierś. - Mocno.

O tak. To się da zrobić, cukiereczku.

Aggie znów spojrzała na ochroniarza, żeby się upewnić, że nie obserwuje jej pokątnej transakcji. Ale Elie skupił się na drugiej, dalszej scenie, na której najnowsza tancerka Raju Odnalezionego, Jessica alias Feather, tańczyła w białych piórach i jedwabnym szalu. Mężczyźni byli nią oczarowani. Ale choć Jessica miała fantastyczne ciało i umiała się poruszać, zwyczajnie nie miała odpowiedniego nastawienia, żeby być tancerką egzotyczną. Żaden z śliniących się facetów, którzy otaczali scenę Feather z wybałuszonymi oczami i bulwą pod rozporkiem, nie zgodziłby się z opinią Aggie. Oni widzieli tylko piękne opakowanie - nie widzieli złamanego serca w środku. Aggie je dostrzegała. Zauważyła to, kiedy tylko poznała Jessicę i pomogła jej dostać tę pracę. Biedna mała. Taka skołowana, skłócona sama ze sobą.

Wróciła spojrzeniem do faceta u swoich stóp. Jej współczucie nie obejmowało mężczyzn.

- Spełniam zachcianki za odpowiednią cenę - odparła. - Ale nie uprawiam seksu.

- Nie potrzebuję seksu.

Skinęła głową. Nie był nowicjuszem w tej zabawie, przez co wydawał się bardziej intrygujący niż większość jej ofiar. Owszem, miała paru stałych klientów w lochu, ale to głównie goście zwiedzający Vegas, którzy chcieli przez jedną noc zgłębiać swoją mroczną stronę. Większości z nich nie widziała nigdy więcej, co jej odpowiadało. Wiele dziewczyn w jej fachu preferowało stałych klientów, ale Aggie wolała zarobić na szybko parę dolców i nie ryzykować, że za bardzo polubi któregoś ze swoich niewolników.

Ten najnowszy chętny bardzo ją zainteresował - każdy centymetr jego ciała był pełen potwornego napięcia. Kiedy popatrzył jej w oczy, głęboki emocjonalny ból w jego spojrzeniu sprawił, że poczuła łaskotanie w żołądku. O tak, blondasku, właśnie takiego wyzwania potrzebuję w tej chwili.

- Zajmę się tobą, aniołku, ale nie tutaj. Później dam ci wizytówkę i możesz zadzwonić. Jeśli ci się poszczęści, pokażę ci swój loch.

Zadrżał, a z jego ust wyrwało się przesycone podnieceniem westchnienie.

Może powinna go wziąć za kulisy i dać mu próbkę tego, co ma do zaoferowania. Sprawiał wrażenie, że zaraz eksploduje z napięcia; ledwie mieścił w sobie ten cały ból. Potrzebował ulgi, a ona mogła mu ją dać. Aggie z kolei potrzebowała zobaczyć, jak on czołga się u jej stóp, by móc go zaliczyć do facetów niewartych jej czasu. Im szybciej ten gość dołączy do tysięcy innych na Liście A, tym lepiej dla niej.

Uklękła na scenie, by porozmawiać z nim, nie przerywając tańca.

- To kiedy?

Jak najszybciej.

- Zdaje się, że mam wolną chwilę za parę dni.

- Dzisiaj. Pieniądze nie grają roli. Podaj cenę.

Podaj cenę? O tak, z całą pewnością mówił jej językiem, ale wiedziała, że jeśli zmusi go do czekania, połowa roboty odwali się sama. Przeciągnęła krwistymi spiczastymi paznokciami po jego szyi, pozostawiając lekkie zadrapania.

- Zajrzę w terminarz i sprawdzę, czy uda mi się ciebie wcisnąć. Może jutro. Albo pojutrze.

Miała wielką ochotę poznaczyć jego skórę szramami i usłyszeć, jak płacze z bólu. Pragnęła największej satysfakcji, jaką mógł jej dać: błagania o litość, błagania, żeby przestała. W tej słodkiej chwili on odda jej całą swoją moc i zostanie jej własnością. Tego chciała. Potrzebowała tego, żeby nie zapaść się na nowo w tę czarną dziurę, w której kiedyś egzystowała. Ale jeszcze za wcześnie, żeby go zaspokoić. Wiedziała, że jego spełnienie będzie głębsze, jeśli każe mu czekać parę dni. Niech oczekiwanie ogarnie całe jego ciało i umysł, aż nie będzie mógł myśleć o niczym oprócz tego cudownego bólu, który mu obiecała.

Jej uwagę ściągnęło zamieszanie po drugiej stronie sali. Ochroniarz ruszył biegiem w stronę sceny Feather. Jakiś potężnie zbudowany, przystojny klient w skórzanej kurtce chwycił Jessicę w ramiona. Uwięził jej ręce, więc miotała się bezradna w objęciach. Kilku ochroniarzy próbowało ją uwolnić. Kilku innych wyprowadzało z klubu jakiegoś wysokiego, chudego gościa. Trzeci facet, stojący obok napastnika, kręcił z zażenowaniem głową. Wszyscy trzej klienci wyglądali dziwnie podobnie, jakby grali w tym samym zespole rockowym, czy coś w tym rodzaju. Jak się tak zastanowić, to przystojniak pod jej sceną też do nich pasował. Kolejny od kompletu. Spojrzała w dół - jej potencjalna zabawka zniknęła.

- Sukinsyny! - wrzasnął jej blond anioł i rzucił się na plecy jednego z ochroniarzy.

Kiedy Jace zobaczył, że ochroniarz wlecze perkusistę Sinnersów, Erica, w stronę wyjścia, nie zastanawiał się - po prostu ruszył do akcji. Z jego głowy uleciały wszystkie myśli o pięknej czarnowłosej dominatrix i cudownych rzeczach, które mogłaby zrobić z jego ciałem.

Popędził przez klub, wybił się na krześle i wylądował na plecach ochroniarza. Zdawał sobie sprawę, że nie jest dość potężny, żeby powalić takiego byka, ale umiał walczyć. Gdyby jego życie potoczyło się inaczej, pewnie zostałby zawodowym bokserem, a nie basistą zespołu rockowego Sinners.

Nie miał nic przeciwko bójce od czasu do czasu - potrafił się bić i załatwić przeciwnika jednym ciosem - ale teraz nie wiedział nawet, dlaczego nawalają się z bandą ochroniarzy w trakcie wieczoru kawalerskiego Briana. Mieli tu balować, a nie robić bydło. Oby Eric miał dobre wytłumaczenie, dlaczego wkurzył ośmiu bramkarzy do tego stopnia, że zaczęli tłuc wszystko, co się rusza. Kiedy rozróba przeniosła się na chodnik przed klubem, rozkręciła się na dobre. Jace wyeliminował dwóch gości jednym uderzeniem pięścią, po czym zatrzymał się, żeby ocenić sytuację.

Eric, wysoki i żylasty, robił, co mógł, ale tamci mieli nad nim przewagę liczebną - czterech na jednego. Otoczony, bez drogi ucieczki, wskazał nagle w niebo.

- Patrzcie, latające Elvisy!

Wszyscy czterej ochroniarze spojrzeli w mroczne niebo jak indyki podczas gradobicia. I kiedy tak wpatrywali się w ciemność, pochylony Eric rąbnął jednego z nich na wysokości pasa, próbując uciec z tego kręgu mięśni, ale kiedy tamci zorientowali się, że z nieba nie lecą gwiazdorzy na spadochronach, od nowa zaczęli go okładać.

Jace postanowił trochę wyrównać szanse. Dwa sierpowe i kilkadziesiąt prostych później kolejni dwaj ochroniarze leżeli na chodniku: jednemu całkiem odcięło zasilanie, drugi próbował wstać, ale jakoś nie mógł złapać równowagi.

Eric otarł krew z oka i ogarnął zaskoczonym spojrzeniem ludzkie szczątki u swoich stóp. Spojrzał na Jace'a.

- Jezu, knypku, jesteś człowiekiem demolką.

Jace rozproszony komplementem Erica poczuł nagle pięść na szczęce. Ból ogarnął całe pół twarzy. Zadzwoniło mu w uszach. Obraz się zamazał. Ból mu nie przeszkadzał, ale zakłócenie działania zmysłów wytrąciło go z równowagi. Dostał kolejnego haka w szczękę, zanim zdołał się skupić na tyle, żeby grzmotnąć przeciwnika w podbródek.

Zadyszany odwrócił się i zobaczył, że jakiś gość walnął gitarzystę rytmicznego Sinnersów, Treya, kijem bejsbolowym w głowę. Trey nawet nie był w klubie, kiedy zaczęła się zadyma. Za co w ogóle oberwał?

- Pieprzona ciota - warknął bramkarz.

Nieprzytomny Trey osunął się na ziemię. Eric ruszył na popaprańca z kiem. Wyrwał mu broń z ręki i rzucił na jezdnię.

- Nikt... - Walnął tamtego w twarz. - Nie będzie... - Uderzył jeszcze raz. - Go nazywał... - I jeszcze raz. - Ciotą. - Tłukł, aż facet przestał się podnosić.

Ich gitarzysta solowy Brian (a ten kiedy, u diabła, przyłączył się do awantury?) bił się solo z ostatnim stojącym ochroniarzem. Wymieniali się ciosami kawałek dalej. W końcu Brian dostał pięścią w nos i to go tak wkurzyło, że załatwił przeciwnika dwoma mocnymi, szybkimi prostymi.

Jace wziął głęboki wdech. Cieszył się, że już po wszystkim. Teraz może będzie mógł dopić swoją whisky i umówić się z tą seksowną jak diabli dominatrix. Wokalista Sinnersów, Sed, wypadł z klubu. Widocznie znudził się striptizerką, którą porwał ze sceny, i przybył gotów do walki. Przydałby się trochę wcześniej. Był ogromny. Paker świetnie nadawałby się na wykidajłę, gdyby nie jego niebiański głos. Teraz rozejrzał się dookoła, szukając kogoś, komu mógłby przyłożyć, ale wszyscy ochroniarze leżeli pokotem.

Niestety Trey też.

Sed dwoma krokami przeszedł przez chodnik i schylił się nad kumplem. Chwycił go za ramiona, uniósł jego tułów z ziemi i delikatnie potrząsnął. Głowa Treya bezwładnie opadła do tyłu. Był całkowicie nieprzytomny.

- Trey? Trey! Trey, otwórz oczy. - Sed spojrzał na Erica. - Kurde, co mu się stało?

- Ten palant walnął go bejsbolem w tył głowy. - Wspomniany palant jęczał na ziemi. Eric zmasakrował mu twarz.

- Cholera, co jest? - Sed z powrotem opuścił Treya na chodnik, po czym sam padł na kolana i przyłożył mu ucho do piersi. - Serce mu bije. I oddycha.

- No ba. Chyba nie myślałeś, że się przekręcił? Nawet nie krwawi.

Brian podszedł do nich chwiejnym krokiem. Rozmasowywał kostki prawej dłoni, jego brwi marszczył groźny grymas.

- Niech cię szlag, Eric, dlaczego zawsze musisz wywołać zadymę?

- To przez Seda. To on porwał Jessicę ze sceny.

Jace spojrzał na Seda ze zdumieniem. Jessica? Narzeczona, która rzuciła Seda prawie dwa lata temu? Jaki ten świat mały. Jace nie rozpoznał jej bez ubrania.

- Czy to ważne, kto zaczął? Już po wszystkim - mruknął Sed. - Wynośmy się stąd, zanim przyjadą gliny. Wątpię, żeby Myrna chciała wyciągać Briana z aresztu w dniu ślubu, a poza tym jutro mamy koncert. Nie bardzo możemy go odpuścić.

Pewnie powinni pomyśleć o tym, zanim zmasakrowali sobie dłonie, twarze i resztę w awanturze, która teraz, kiedy się skończyła, wydawała się bezsensowna. I choć ta impreza dla uczczenia ostatnich chwil wolności Briana mogłaby startować w konkursie na Najkrótszy Wieczór Kawalerski w Historii, z pewnością nieprędko ją zapomną.

Jace spojrzał na drzwi klubu i westchnął sfrustrowany. Nie dostał wizytówki od tej kuszącej dominatrix, a bardzo potrzebował spotkać się z nią w bardziej kameralnych warunkach. Owszem, bójki po części uwalniały napięcie - dlatego wciąż boksował rekreacyjnie, choć miał teraz lepszą fuchę w zespole - ale barowa awantura nie koiła zamętu w jego duszy. A na pewno nie tak skutecznie jak chłosta do granic wytrzymałości w wykonaniu kobiety w szpilkach i czarnych skórach.

Sed podniósł Treya z chodnika, przerzucił go sobie przez szeroki bark i ruszył do różowego thunderbirda rocznik 57 przy krawężniku. Wycie syren stawało się coraz głośniejsze.

- Spadamy! - krzyknął Eric.

Jace rzucił ostatnie tęskne spojrzenie na wahadłowe drzwi klubu, wsiadł na swojego harleya, poczekał, aż Eric usadowi się za nim, i pomknął za thunderbirdem do autokaru - ich domu na kołach zaparkowanego na tyłach hotelu Mandalay Bay. Na pewno ktoś zgłosi glinom, czym odjechali. Było mnóstwo świadków bójki. Teraz cały zespół prawdopodobnie ma przechlapane. Wpadli na całego. Szykowały się potężne kłopoty. Ich menedżer Jerry zapowiedział im, że jeśli znów wylądują w areszcie, to już niech do niego nie dzwonią. Ostrzegł, że nie wpłaci kaucji. Zagroził też, że jeśli ekipa techniczna im pomoże, natychmiast zostanie zwolniona. A Jerry nie rzucał słów na wiatr.

Kiedy Jace zatrzymał się za autokarem, Trey wytoczył się z samochodu Myrny i oparł o zderzak. Teraz przynajmniej był przytomny. Jace postawił motocykl na nóżkach, wyłączył silnik i podszedł do gitarzysty.

- Dobrze się czujesz, stary?

Żaden z członków zespołu nie miał zdrowych rumieńców, ale Trey był biały jak duch.

- Taak. Jestem tylko trochę zamulony. - Trey przycisnął skronie obiema dłońmi. - Ja pierdolę, ale mnie łeb boli.

Brian wychylił się przez okienko kierowcy.

- Wracaj do samochodu, Trey, zawieziemy cię do szpitala.

- Wal się. Wiesz, że nie cierpię szpitali. Niby dlaczego nie poszedłem w ślady ojca?

- Bo jesteś za głupi na doktora - odparł Brian. - Wracaj do samochodu.

Sed z lekkim trudem wydostał się z małego auta.

- Posłuchaj Briana, Trey. Wsiadaj z powrotem. - Chwycił Treya za ramiona i spróbował siłą wepchnąć go do kabiny.

Trey mu się wyrwał.

- Eric krwawi jak zarzynana świnia, a jemu nie grozicie wycieczką do szpitala.

Sed wzruszył ramionami.

- Jasne, bo to tylko Eric.

- Bardzo ci, kurde, dziękuję za troskę, Sed - burknął Eric. - Naprawdę. Doceniam. - Krew z rozcięcia na skroni wciąż ciekła mu na twarz i czarną koszulkę.

- Trzeba cię szyć? - spytał Jace.

Eric zmarszczył brwi.

- A ciebie?

Jace pokręcił głową.

- Mnie nie leci krew.

- A dlaczego, knypku?

Jace wzruszył ramionami i spojrzał w ziemię, żeby Eric nie zorientował się, że zdołał go wkurzyć. Znowu. Z Erikiem po prostu nie dało się wygrać. Nigdy. A Jace za bardzo go szanował, żeby dać mu w zęby. Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze, nie przestając wpatrywać się w ziemię. Znosił wieczne docinki Erica, ale jeśli tego trzeba, żeby zostać w zespole, to będzie je znosił dalej. Nic na całej pieprzonej planecie nie znaczyło dla niego więcej niż ci czterej genialni muzycy.

- Sed, daj mi swoje okulary - powiedział Brian, który zdążył wysiąść z samochodu. Niecierpliwie pomachał ręką na Seda.

- Do cholery, po co ci ciemne okulary? Jest prawie północ.

- Dawaj i tyle.

Sed wyjął okulary z kieszeni kurtki, wręczył je Brianowi i wziął głęboki wdech.

- Okej, wchodzę. Myrna mnie zabije, że pozwoliłem skopać tyłek Brianowi w noc przed ślubem.

- Nikt mi nie skopał tyłka.

- Wyglądałeś lepiej, przyjacielu. Uwierz mi.

Sed ruszył do schodków autokaru. Eric poszedł za nim.

- Na pewno wszystko dobrze, Trey? - spytał Jace.

- Tak. Potrzebuję tylko trochę lodu. - Dotknął palcami potylicy i się skrzywił. Poszedł po schodkach za Erikiem, lekko zataczając się na lewo.

- Ty następny - polecił Brian Jace'owi.

Jace wyszczerzył się w uśmiechu.

- Boisz się Myrny?

- Jasne, że się boję Myrny. Nie cierpię się z nią kłócić. Zawsze wygrywa. I ma wszelkie powody, żeby się na mnie wściec. Kto chce iść do ołtarza z facetem, który ma podbite oczy?

Jace uśmiechnął się szerzej, po jego twarzy rozlał się rumieniec zażenowania.

- Myrna chce. Bo cię kocha.

Brian westchnął głęboko.

- Obyś miał rację. Boże, nie mogę się doczekać, żeby jej założyć tę obrączkę na palec. No dobra, Jace, idź. Pewnie już usłyszała nowiny. Im więcej przeszkód na jej drodze, tym lepiej dla mnie, a nie sądzę, żeby cię uderzyła. Nie wiedzieć czemu myśli, że jesteś słodki. - Mało nie zakrztusił się ze śmiechu.

Jace nigdy nie dał Myrnie powodu, żeby myślała inaczej.

- Wszystko będzie dobrze. Po prostu się płaszcz.

- Płaszczyć się? - Brian zastanawiał się chwilę, w końcu skinął głową. - To się da zrobić.

Jace wszedł po schodkach i zobaczył Myrnę, wciąż jeszcze ubraną w biznesowy kostium. Wyglądała jak grzeczna skromnisia, choć z całą pewnością nie była ani grzeczna, ani skromna. Opatrywała skaleczenie na skroni Erica, a ten rozkoszował się każdą minutą jej zainteresowania. Był trochę... nie, był potwornie zabujany w dziewczynie Briana, więc kiedy tylko poświęcała mu uwagę, zaczynał się zachowywać jak podpity. Trey szukał lodu w zamrażarce. Sed stał przy stole z taką miną, jakby obrabował bank.

Myrna nie potrzebowała nawet dwóch minut, żeby ustawić Briana. Brak prywatności jej przeszkadzał, więc zabrała go z tą kłótnią do sypialni na końcu autokaru, ale nawet przez zamknięte drzwi Jace słyszał, jak kumpel się płaszczy. Zdaniem Jace'a całkiem nieźle mu szło, choć Myrna wciąż nie chciała darować swojemu narzeczonemu, że ten ma lima pod oczami.

Jace rozmasowywał spuchnięte kostki palców, zastanawiając się, jak będzie grał jutro wieczorem. Nie mógł się narażać na więcej bójek. Gdyby rozwalił sobie dłonie, Sinnersi pozbyliby się go bez mrugnięcia okiem. Wolał nie dawać im powodu do wyrzucenia go z zespołu. Zbyt ciężko pracował, by go przyjęli.

Sed przyniósł z łazienki aspirynę i z szerokim uśmiechem podał ją Treyowi. Skinieniem głowy wskazał drzwi sypialni.

- Wygląda na to, że się pogodzili.

Nie było już słychać błagań Briana. Zza drzwi dobiegały tylko niedające się z niczym pomylić krzyki rozkoszy, które Myrna wydawała z siebie właściwie codziennie.

Trey się roześmiał.

- Kto mógłby się długo gniewać na Briana? - Połknął kilka tabletek i podał pudełko Ericowi.

- Cieszę się, że się pogodzili - powiedział Eric, który przyciskał do skroni zakrwawioną ściereczkę do naczyń. - Czułbym się fatalnie, gdyby odwołała ślub.

- I powinieneś się czuć fatalnie - odparł Jace, wpatrując się w podłogę, bo wiedział, że jego spojrzenie będzie prowokacyjne. Mimo wszystkich lekcji, jakich próbował udzielać mu ojciec, nigdy nie zdołał zgasić tego wyzwania w spojrzeniu. - Ty to wszystko zacząłeś.

- No cóż, nie prosiłem cię o pomoc, knyplu.

Fakt, nie prosił. Jace powinien trzymać się z daleka i pozwolić, żeby goryle z klubu przefasonowali Ericowi twarz.

Zacisnął wargi i lekko skinął głową. Wyszedł z autokaru bez słowa, bo nie był w nastroju na kolejną konfrontację. A już na pewno nie z Erikiem. Z facetem, który nie zdawał sobie sprawy, jak pozytywny wpływ miał na życie Jace'a. Gdyby Jace nie uważał Erica za swojego bohatera, już dawno dałby mu po gębie.

Wsiadł na harleya, zapiął kask i odpalił silnik. Motocykl ryknął. Poczucie wolności, jakie symbolizował ten dźwięk, natychmiast przyniosło mu spokój ducha. Odjechał. Nie bardzo wiedział, dokąd zmierza, ale jego myśli skupiły się na czarnowłosej piękności z biczem. Ta kobieta była dokładnie tym, czego potrzebował.

Zastanawiał się, czy ona jest jeszcze w klubie. Musiał odebrać tę wizytówkę, którą mu obiecała, i umówić się na cudowne lanie.

Natychmiast.

Koniec wersji demonstracyjnej