Gdzie jesteś? - Danuta Sadownik

Reflow text when sidebars are open.
Gdzie ja jestem? Nie mam siły unieść powiek. Co się ze mną dzieje? Chce mi się pić, ale nie mam siły wstać... Dlaczego nie mam siły? Gdzie ja jestem... Otworzę oczy...
Otwieram, nachyla się nade mną skośnooka twarz, czuję, jak dotyka mego czoła zimnym, mokrym kompresem.
– Pić! – krzyczę z całych sił. Nachyla się jeszcze bliżej, nadstawia ucho. – Pić! – wołam znowu. Dlaczego mnie nie słyszy, jest tak blisko. Pojawia się jasnowłosa twarz anioła, nachyla się do moich ust, zbliżając ucho... – Pić! – błagam.
Po twarzy płynie wodna ścieżka biorąca swe źródło w zimnym kompresie. Jaka ulga. Chociaż tyle...
– Ona chyba chce pić – mówi anioł do władcy kompresu.
Zamykam oczy ze zmęczenia. Tak długo już na nich patrzę. Gdzie ja jestem? Co się stało, nic nie pamiętam...
– Agata, napij się. – Anioł pokazuje szklankę z wodą. Próbuję się unieść. On podtrzymuje mi głowę, ona przykłada naczynie do ust. Piję łapczywie, chłodzi, zamykam oczy z rozkoszy i zmęczenia. Śpię. We śnie widzę, jak mój brat chce zabić babcię, a tłum obcych ludzi próbuje zgnieść mnie jak skorupkę orzecha... Jakaś scena naszpikowana kablami... chowam się za kurtyną, ale nie mogę się ukryć przed kimś, kto chce mnie dogonić...
Zasypiam i budzę się, sama nie wiem, ile razy, jest jasno, jest ciemno... jest anioł, nie ma anioła, są skośne oczy, nie ma skośnych oczu, są skośne oczy, jest anioł, jest inny anioł, chyba go znam... zimno, gorąco, gorąco, zimno...
– Yama, to ty? Gdzie ja jestem? – Zaczynam powoli wracać do życia, otwieram oczy, poznaję kumpla.
– Agata, poznajesz mnie?! Budzisz się! Spada ci gorączka! Chcesz pić?
– Tak, pić. Co się dzieje?
– Już wszystko dobrze, napij się, odpocznij, wszystko ci opowiem, ale jeszcze odpocznij. Jesteś w domu, znaczy w szpitalu, w Paryżu... Będzie dobrze, jesteśmy przy tobie.
Piję, zasypiam, ale już zwyczajnym snem, nie śni mi się nic. Budzę się wyspana, ale bez sił. Nie szkodzi, siły przyjdą.
Powoli przypominam sobie fakty. Byłam na długim i bardzo wyczerpującym tournée promującym moją pierwszą płytę. Każdego dnia granie w innym klubie, w innym mieście, na innym festynie. Dziesiątki przejechanych kilometrów, codziennie inny hotel... Setki, a może i tysiące uściśniętych dłoni, dziesiątki fotek z fanami, oficjalne i nieoficjalne spotkania, wywiady, uśmiechy, uśmiechy, uśmiechy...
Z każdym dniem siły mnie opuszczały coraz bardziej, ale spinałam się na maksa i dotrwałam. Przyleciałam do Paryża, wsiadłam w autobus do centrum, potem do metra. Osłabiona wjechałam na szóste piętro i tuż przed własnymi drzwiami straciłam przytomność. Czułam jeszcze, jak osuwam się bezwładnie na podłogę i... film mi się urwał.
11 MAJA
Powrót do szpitala po urlopie, nawet tak krótkim i częściowo wypełnionym pracą naukową, zawsze jest dla mnie nieprzyjemny. No dobrze, nie zawsze, kiedyś lubiłam wracać na oddział, ciekawa byłam, co się działo, kiedy mnie nie było, czy jakieś dzieciaki już nas opuściły zdrowsze, weselsze i gotowe do kolejnych życiowych potyczek; kto przybył, jak sobie radzą beze mnie i czy wszystko toczy się gładko. Od wielu lat jestem ordynatorką oddziału dziecięcego i dotychczas radziłam sobie z tą pracą całkiem dobrze. Od pewnego czasu jest coraz gorzej, koń trojański w postaci marnej lekarki, ale za to doskonałej przyjaciółki naszej prezes, rozwala oddział od środka.
Wyjeżdżając na konferencję medyków do Walencji, postawiłam wszystko na jedną kartę – albo ona, albo ja. Sądząc z zaangażowania szefowej, spodziewałam się raczej wypowiedzenia umowy ze strony spółki. Z takim nastawieniem wracałam po konferencji i krótkim, ale bardzo intensywnym i znaczącym pobycie na Costa Blanca.
W czasie pobytu na lotnisku i lotu powrotnego zwykle zaprzątają mnie myśli o tym, co będzie, co mnie czeka, jakie zadania mam do zrealizowania... Tym razem głowę miałam wypełnioną bardzo świeżymi wspomnieniami. Konferencja i niezobowiązujące propozycje pracy w Japonii czy Szwajcarii przeplatały się z obrazami z wieczornych koncertów i pokoncertowych ostrych imprez w prywatnej rezydencji moich amerykańskich przyjaciół. Mam wrażenie, że istniałam w pożyczonym życiu, w świecie nie z mojej opowieści. Artyści, muzycy, milionerzy – to kompletnie inna bajka. Mimo to byłam w samym centrum wydarzeń, a teraz wracam do szarej codzienności, w dodatku niezbyt pewnej. Banalne babskie rozgrywki, urażona duma, plotki, głupota, mężowska zdrada i matura córki – to właśnie na mnie czeka w domu. Czy tylko to? Nie wiem, sporo mogło się zmienić w ciągu tygodnia, nieraz bywałam zaskoczona po powrocie do domu czy pracy.
Jest jeszcze jedna rzecz, która na mnie czeka – moje białe porsche cayenne GTS, mój mały świat, miejsce, gdzie odpoczywam, gdzie jestem sobą i z sobą. Rzadko wpuszczam kogokolwiek do tego świata, czasami któreś z dzieci, czasami kogoś bardzo mi bliskiego. Kogoś, z kim spędziłam ostatnie dni, kto odwiózł mnie na samolot, kogoś, kogo może zobaczę za kolejne pół roku albo wcale... Kogoś, kto stąpa własną drogą, czasami tylko przecinającą się z moim traktem. Wspaniała utalentowana dziewczyna, która właśnie teraz ma swój czas, teraz jest na fali kariery, ale czy ta fala nie uniesie jej bardzo daleko od mojego portu, tego nie wie nikt, ani ona, ani ja. Mam jednak pewność, że nie zrobię nic, aby zatrzymać ten nurt. Niech płynie, mimo że nieraz spotka ostre krawędzie i wielekroć jeszcze zapłacze pod wpływem ludzkiej zawiści, ale to jest jej droga, jej pasja, jej przeznaczenie. Jest tego warta, mimo iż ból będzie towarzyszył szczęściu, a lina, po której będzie kroczyć, rozciągnięta jest wysoko w tym cyrku zwanym Sukcesem.
Autostrada A4 i lekki dreszcz podniecenia prędkością, szybko jednak się dyscyplinuję. Dlaczego to robię? Przepisy, zbyt silne emocje, ryzyko mandatu? Pewnie każde z nich po kolei. Pół godziny od lotniska i już zjazd na Kostomłoty. Mijam go mechanicznie, tak bardzo nie mam ochoty wracać do domu, jadę dalej – Legnica, zjazd na Złotoryję, teraz mogłabym wskoczyć na trasę do domu, wprawdzie trochę dookoła, ale... Nie zmieniam pasa, utrzymuję spokojne 140, czuję, że ta szybkość reguluje moje ciśnienie krwi. Zbyt wiele czasu spędziłam przy basenie w luksusowej willi, zbyt wiele się działo, potrzebuję ruchu, potrzebuję przestrzeni. Coraz bardziej od tyłu ku przodowi głowy przesuwa się myśl – Drezno. Tego mi potrzeba! Nadal 140, niechętnie zwalniam do 110 na godzinę, zgodnie z przepisami. Już wiem, że za granicą przycisnę spokojnie. Niemieckie autostrady pozwalają na dużo więcej, w zamian za drastyczne ograniczenie do 50 w mieście i radary ustawione na 51 km/h.
Dobra muzyka i po godzinie zjazd na Drezno. Robię to, przejeżdżam pętlą na drugą stronę i już spokojna udaję się w kierunku na Wrocław. Zjadę w Zgorzelcu i pojawię się w Jeleniej z zupełnie innej strony. Pewnie i tak nikt na mnie nie czeka, więc nie zauważą, że dołożyłam sobie około trzygodzinną przejażdżkę. Było mi to potrzebne, uspokoiło mnie tak, że byłam gotowa na starcie z prezeską, być może nawet odejście z pracy. Jutro pójdę do szpitala i ze spokojem zorientuję się, co dla mnie przygotowała. Wiem, że nie szanuje ludzi, bez względu na ich zaangażowanie w pracę, a mnie darzy dodatkowo wielką zazdrością, bo ja wciąż jestem aktywna zawodowo, biorę czynny udział w konferencjach medycznych i złożyłam do obrony pracę habilitacyjną. Ona pewnie zarabia dużo więcej ode mnie, ale stała się tylko urzędnikiem, w dodatku na usługach zagranicznej spółki. Jak pies, który pilnuje gospodarzowi ogrodu, ale może zrobić tylko to, czego życzy sobie jego pan, który mami dobrą karmą i ciepłą budą tuż przy bramie. To, że łańcuch bywa raz krótszy, a raz dłuższy, jest tylko jednym ze składników pieskiej służby.
PARYŻ, 15 MAJA
Gorąca paryska wiosna przyciągnęła licznych turystów. Polacy, Rosjanie, Japończycy, Niemcy i nie wiadomo kto jeszcze przybywali coraz tłumniej, mimo że Paryż nie jest aktualnie najbezpieczniejszym miastem w Europie.
To będzie moje pierwsze lato w tym mieście. Właściwie to również moja pierwsza wiosna, a czeka mnie także jesień – rozmyślałam, patrząc na miasto z okien autobusu.
Lubiłam je coraz bardziej. Chyba mam taką umiejętność dość szybkiego adaptowania się w nowych miejscach. Rodzinny Lublin zostawiłam po maturze, potem Wrocław, Jelenia Góra, Katowice, a teraz Paryż – stolica sztuki, mody i miłości. Powoli zaczynam dostrzegać wszystkie te strony. Dotychczas było dla mnie miastem pracy ponad siły. Stypendium w École Normale de Musique spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Wygrałam ogólnopolski konkurs dla młodych kompozytorów i to zapewniło mi prawo udziału w rocznym projekcie unijnym w Paryżu. Szkoła z tradycjami jakich mało, wymagania bardzo wysokie, a ja – dziewczyna z małego miasta. I jestem tu. Musiałam dorównać innym, co oznaczało ciężką pracę od świtu do późnych godzin nocnych. Przed wyjazdem słyszałam, że tak się nie zdarza, żeby ktoś taki jak ja wygrywał międzynarodowe konkursy. Dla większości osób pojawiłam się znikąd. Pewnie tak, tylko że oni nie wiedzieli, jak ciężko na to pracowałam. Grałam w kapeli rockowej z chłopakami dobrych kilka lat, skończyłam Akademię we Wrocławiu, zatrudniano mnie podczas sesji nagraniowych i koncertów w filharmonii. Ćwiczyłam, grałam, znów ćwiczyłam z kimś innym, a grałam z jeszcze innym. A wszystko dla pieniędzy. Sama muszę się utrzymać, bo rodzice nie akceptują mojego stylu życia, chcieliby, żebym była prawnikiem. Nauczyło mnie to samodzielności, odpowiedzialności i przede wszystkim elastyczności. Dlatego dobrze czuję się w projekcie, w którym mamy komponować i grać muzykę z różnych gatunków. To jest mój świat.
Miałam już okazję poznać siebie w kapeli klezmerskiej, teraz przygotowujemy koncert z kapelą heavymetalową na Przystanek Woodstock w Kostrzynie. Paryż to praca, praca, praca... Ale chyba nie tylko. Wczesny powiew wiosny pokazał mi, że również przyjemności.
Ciepło skróciło sukienki dziewczynom, a chłopakom kazało nosić bardziej dopasowane T-shirty. Można było z przyjemnością zaczepić oko na różnego rodzaju wersjach modowych, których w Paryżu doświadczysz niemało. Walczy dzielnie z Mediolanem o miano stolicy mody. Nie byłam jeszcze we Włoszech, ale tu we Francji podoba mi się coraz bardziej. Wyraźnie da się zauważyć różnicę pomiędzy rodowitymi mieszkankami stolicy a turystkami. Te pierwsze mają szyk zapisany w genach. Cokolwiek by ubrały, wyglądają świetnie. Mężczyźni sprawiają wrażenie, jakby właśnie przed chwilą zbudzili się po nocy spędzonej w śmietniku – dwudniowy zarost, zmierzwione włosy, pognieciona lniana koszula, takie same spodnie, a mimo to czujesz od nich smak, zapach i styl. Taka teraz moda na bogatego kloszarda. Mnie się to podoba. Chociaż chwilami myślę, że prawdziwi bezdomni z wyboru pociągają mnie jeszcze bardziej. Ich wolność i niezależność to jest to, czego pragnę, od kiedy skończyłam naście lat. Być może dlatego, że nigdy na to nie mogłam sobie pozwolić. Szkoła państwowa, po południu muzyczna, potem studia pedagogiczne i muzyczne równolegle, a w międzyczasie dorabianie do mizernego stypendium – granie, granie, chałtury, koncerty, praca, praca, praca... Muzyka i jej tworzenie dają radość wolności, a szczególnie mój osobisty wybór, że będę grać mimo niezgody rodziców. Niemniej to wciąż tylko wyszarpany kawałek swobody. Kiedyś w barze spędzałam czas nad filiżanką przedłużonej kawy i obserwowałam przygarbionego kloszarda, który przygotowywał sobie kolację i nocleg. Siedziałam i myślałam, kto z nas ma teraz lepiej. Obydwoje jesteśmy w Paryżu, obydwoje bez domu, obydwoje samotni i biedni. Jest jednak coś, co nas różni – on ma czas, a ja nie. A nawet jeśli go mam, to nie potrafię uszanować. Zabijam go po kawałku ciężką pracą. On celebruje każdą chwilę, ja gnam z miejsca na miejsce, wciąż patrząc na zegarek. Kto z nas jest bogatszy? Jeśli czas to pieniądz, to ja klepię biedę, a on jest milionerem.
Odpoczęłam fantastycznie na Costa Blanca w Xabii podczas festiwalu folkowego i spotkania z najbliższą mi osobą, moją osobistą fanką, fotografką, lekarką i masażystką, przyjaciółką i... no właśnie, kim jeszcze dla mnie jest, kim jestem dla niej ja... Rozjechały się chyba nasze drogi. Po koncercie odwiozłam ją rankiem na lotnisko, wróciłam, zapakowałam bębny oraz osobiste rzeczy i ruszyłam z chłopakami nadmorską hiszpańską trasą do tymczasowego domu. Po drodze graliśmy w Barcelonie na ulicy, tak nas ciągnęło, aby ocenili nas zwykli piesi. Nie ludzie, którzy celowo wybierają się na koncert, wrażliwi na dźwięk, ale całkowicie przeciętni przechodnie: turyści, mieszkańcy pędzący z pracy do domu, zakochani, wściekli, zamyśleni, smutni, szczęśliwi, zabiegani... ci, których muzyka spotyka w ich zwyczajnym dniu, przy codziennych czynnościach, i pojawia się nagle, bez uprzedzenia. Ustaliliśmy, że jeśli zarobimy sto euro albo więcej, to będzie oznaczało, że warto w nas inwestować, jeśli mniej, to czas na zastanowienie się, czy to jest nasze przeznaczenie i życiowa droga.
Rozstawiliśmy się koło gotyckiej katedry i nie zwracając na nikogo uwagi, zaczęliśmy grać. Futerał bardzo długo był pusty, mimo że niektórzy zatrzymywali się na chwilę, robili zdjęcia, nagrywali filmiki i pstrykali selfie z nami w tle. Drugi, trzeci, czwarty kawałek i nic, żadnego dźwięku spadającej monety. Wcześniej daliśmy sobie szansę i czas w wymiarze jedna pełna koncertowa godzina. Oczywiście na zachętę leżało jakieś pięć euro w papierze i kilka monet, taki marketingowy chwyt ulicznych grajków i żebraków. Sugestia, że ktoś już dał, i najlepiej by było, abyś i ty, bezimienny przechodniu, wrzucił coś w tej kwocie. Otaczał nas coraz większy wianuszek, ale żadnych finansowych zmian. Co jest, jakieś sprzeczne sygnały – jesteśmy, bo nas przyciągnęliście dźwiękami, ale nie zapłacimy – bo co? Co jest nie tak? Znaczy, że srebrna festiwalowa statuetka nie nam się należała? Kurna, co jest? Kolejny kawałek i nic, nikt nie reaguje, stoją, podrygują, ale nie płacą. Przychodzą, odchodzą, stoją, kręcą ciałem i nic, żadnego gestu ku futerałowi. Po czwartym kawałku patrzymy wszyscy na klarnecistę, bo to właściwie jego kapelą jesteśmy.
– Dobra, chłopaki, gramy kolejno kawałki z koncertu, skoro już tu jesteśmy, to nie odpuszczamy. Mamy ich w nosie, bawmy się. Sprawmy radość chociaż sobie. Jeść mamy co, przeżyjemy bez ich datków, ale w Barcelonie pod katedrą nigdy już nie będziemy w tym gronie. Agata – dajesz, zaczynamy od twojego weselnego kawałka – zakomenderował po cichu – a potem po kolei, tak jak było na festiwalu.
Wystukałam rytm, dołączył klarnet, kontrabas Yamy i cymbałki Arniego. Rozluźniliśmy się, nic nie mieliśmy do stracenia, i tak już nie zarobimy, więc chociaż bawmy się. Poszliśmy na całość, bez ograniczeń i spoglądania na futerał. Kilkoro odważnych złapało się za ramiona i rytmicznie tańczyli, dołączyli inni, otoczyli nas tanecznym korowodem. Dodałam partię wokalną. Coś, czego nie robiłam na festiwalu, teraz poszło mi bez oporu. Słowa wymyślałam na poczekaniu i w dodatku po polsku, bo tak jakoś mi było radośnie, kiedy przed oczami miałam ostatnie chwile spędzone w Javei. Szło samo, chłopcy, początkowo zdziwieni, dali mi pole do eksperymentu. Widziałam potwierdzenie w oczach Jeremiego. Lekcje śpiewu operowego nakręciły mnie na zabawę, a pudło, na którym siedziałam, wydawało dokładnie takie dźwięki, o jakie je prosiłam. Bawiliśmy się świetnie, nie czekając już na datki. Wyczerpaliśmy repertuar, tancerze i widzowie chciwie chłonęli nuty.
– Znacie It's over Orbisona? – zapytałam chłopaków.
– Pewnie, przecież to już klasyk.
– Zaśpiewamy na koniec? Rozbawiło się towarzystwo, ale chyba czas dać znać, że to już koniec – zaproponowałam.
– Dasz radę? – Jeremi chciał tylko mieć pewność.
– Śpiewałam to kiedyś na egzaminie.
– Dawaj.
Wstałam z pudła i zaśpiewałam z głębi duszy smutną piosenkę o końcu miłości. Czułam, że tak właśnie jest, że to już koniec, że drogi zaczynają nam się rozchodzić. Pojechałyśmy w dwóch różnych kierunkach. Niby zawsze tak bywało, ale tym razem było zupełnie inaczej. Wspaniale, niepowtarzalnie, mocno... ale jakby ostatecznie. Odrzuciłam to wrażenie rozumem, niemniej serce podsycane słowami piosenki zaczynało mówić coś zupełnie innego. Co tym razem spieprzyłam, co znów zrobiłam źle, dlaczego jedyne, co potrafię, to niszczyć?
Finałowe vibrato wybrzmiało całą mocą mojego gardła na samym środku placu katedralnego, gdzie Kolumb zakończył swoją uwieńczoną sukcesem podróż do Indii Zachodnich, a ja zamykałam nasz pobyt w Hiszpanii. Gruchnęły gromkie brawa i zabrzmiały gwizdy aprobaty. Ludzie zaczęli sięgać do portfeli i błyskawicznie nasz futerał wypełnił się papierami. Nieliczni tylko rzucali monety. Nieźle nas wytrzymali. Oni od początku byli gotowi zapłacić, tylko czekali na nasz ruch, by wiedzieć, ile jesteśmy warci. Zdjęcia, uściski rąk, uśmiechy, komplementy, pytania o płytę, znowu zdjęcia i prośby o bis. Byliśmy tak skołowani reakcją publiczności, że sporo czasu zajęło nam uzgodnienie, co chcemy zagrać. Bo że chcemy, to akurat było bez dyskusji.
– Damy im jeszcze ten weselny, bo od tego kawałka rozruszali się trochę – zaproponował autorytarnie Jeremi.
– Nie tylko oni – wtrącił Yama. – My chyba też spuściliśmy trochę powietrza i dlatego poszło tak dobrze.
– Fakt – dorzucił Arni. – Trochę nam woda sodowa uderzyła do głowy po tym festiwalu i zapomnieliśmy, dla kogo i po co gramy. Dajemy, chłopaki?!
– Dajemy! – odpowiedzieliśmy chórem, nie zwracając uwagi na to, że ja chyba nie jestem chłopakiem, ale wybaczyłam im szybko to przeoczenie. Muzyczne podniecenie było silniejsze. A zresztą, szczerze mówiąc – czyż mogę o sobie powiedzieć, że jestem stuprocentową dziewczyną?
17 MAJA, ANGIELSKI USTNY I KONIEC MATURY!
Od rana chodzę w kółko po mieszkaniu, nie mogąc uspokoić nerwów, a z nimi całego ciała. Tak już mam, że jak się denerwuję, to czuję to od koniuszków palców po czubek głowy. Nosi mnie bez celu i nawet na chwilę nie potrafię przysiąść. Egzamin mam ustalony na czternastą, ale pojadę już na dwunastą, bo i tak w domu nie wysiedzę. Zastanawiam się jeszcze, czy jechać autem, czy lepiej autobusem. Chyba jednak wybiorę autobus. Po pierwsze – jedzie dłużej, więc zabiję trochę czasu przez dojazd, a poza tym – jeszcze nie jestem zbyt dobrym kierowcą, żeby poradzić sobie z egzaminacyjnymi nerwami i koncentracją za kierownicą. Dobra, ruszam więc po 100 punktów! Muszę tyle zdobyć, jeśli chcę się dostać tam, gdzie chcę. Muszę mieć maksa, bo nie jestem całkiem pewna chemii rozszerzonej. Na medycynę liczą z biologii, chemii – rozszerzenia, a z matmy albo fizy podstawę lub rozszerzenie. Matma chyba poszła mi nieźle, sprawdzałam w necie, biologia też – powinnam mieć setkę, ale chemia jakoś koło dziewięćdziesięciu. Słabiutko, no chyba że się czegoś nie doliczyłam. Muszę zrobić dobry wynik z angielskiego ustnego, bo jeśli nie medycyna, to mam jeszcze jeden pomysł, ale to już w Brytanii. Zauroczył mnie St John's College w Cambridge, kiedy byłyśmy tam z mamą w ubiegłe wakacje. Cały tydzień jeździłyśmy wzdłuż Wielkiej Brytanii i odwiedzałyśmy różne uczelnie. Wiadomo, że tylko turystycznie, bo w sierpniu to tam akurat nikogo nie ma, tak samo zresztą jak w Polsce. Wylądowałyśmy w Edynburgu, pożyczyłyśmy auto i ruszyłyśmy po wiedzę, gdzie zdobywać wiedzę – to mama tak wymyśliła. Kolejno Glasgow, Manchester i finalnie Oxford i Cambridge. Spodobał mi się system studiowania na Wyspach, ale ostatecznej decyzji nie podjęłam. Rodzice nie naciskają, mogę sama wybrać. Oczywiście będzie to zależało od wyników matury.
Spacerowałyśmy po St John's College, zatrzymałyśmy się na mostku westchnień i pośmiałyśmy trochę z nieudolnego flisaka, który zamiast do przodu spychał łódź raz na jeden brzeg, raz na drugi. Panna zaśmiewała się z niego, a on był czerwony jak burak i tym bardziej nic mu nie wychodziło. Trochę zrobiło mi się go żal, ale sam sobie upiekł taki godny pożałowania los. Chciał zaimponować dziewczynie, a wyszło jak zwykle. Poszłyśmy zgodnie ze strzałkami trasy turystycznej ku dużemu zielonemu trawnikowi, gdzie spacerowali turyści, mieszkańcy, jacyś różnokolorowi obcokrajowcy z zawieszonymi na szyjach plakietkami. Studentów ani widu, ani słychu. Taka pora. Usiadłyśmy na ławeczce obok dojrzałej kobiety, która coś czytała, prawdopodobnie przygotowując się do wystąpienia.
– No i jak ci się podoba w Cambridge? – zapytała mama.
– Nieźle, ale wiesz co, wszędzie, gdzie byłyśmy, to szłyśmy tylko turystycznymi ścieżkami, fajnie byłoby tu wpaść w ciągu roku akademickiego, zobaczyć, jak oni mieszkają, żyją, bawią się i uczą.
– Pewnie, pewnie, we Wrocławiu wiesz, jak to działa, bo wpadasz do Adama, ale Wrocław nie ma aż takich tradycji, no i nie jest taki snobistyczny – odpowiedziała.
– Fakt.
Babeczka, która siedziała obok nas, przestała czytać i ni stąd, ni z owąd w normalnym cywilizowanym polskim języku zapytała:
– Chcą może panie zobaczyć akademik w środku, albo bibliotekę?
– Naprawdę!? – Aż zapiszczałam z przejęcia. – Pewnie! A jak tam można wejść?
– Chodźcie ze mną, zaprowadzę was do mojego pokoju, mieszkam tu podczas Zjazdu Naukowców Świata. Wprawdzie tylko przez tydzień, ale warto zobaczyć, jak oni się tutaj urządzili.
Nie zdążyła dokończyć, a ja już stałam gotowa do wymarszu, jak dobrze wyszkolona harcerka. Kobieta pokazała nam swój pokój w akademiku wybudowanym w XVIII wieku, kiedy każdy student miał oddzielny pokój z niewielkim pomieszczeniem dla służącego, który pomagał panu ubierać się, a po nocnych hulankach trafić do własnego łóżka. Dzisiaj były to mieszkanka dwuosobowe z łazienką, malutką kuchenką i wyjściem bezpośrednio na klatkę schodową. Przy drzwiach frontowych dla wygody umieszczono tabliczki z nazwiskami lokatorów, co pozwalało uniknąć biegania po całym kampusie w celu odnalezienia kolegi. Jeśli ktoś wychodził z pokoju, zaznaczał na tabliczce, że go nie ma. Rozwiązanie proste jak budowa cepa, ale mimo upływu lat, wciąż nieźle funkcjonujące.
Nasza nowa znajoma zaprosiła nas też do kaplicy i stołówki rodem z Harry'ego Pottera. Weszłyśmy wszędzie tam, gdzie nie wolno wchodzić turystom.
– Czy my możemy tutaj przebywać, poza trasą turystyczną? – zapytała mama. Ona zawsze taka poukładana.
– Myślę, że nie – odpowiedziała, jak się okazało, profesorka ze szczecińskiej pedagogiki – ale przecież młoda osoba chce studiować, być może w tej słynnej Alma Mater, więc nikt nie powinien jej ograniczać dostępu do wiedzy. Czyż nie? – zapytała filuternie.
– Tak, tak, nie powinien – potwierdziłam, a mama roześmiała się rozluźniona.
– Czy ktoś jeszcze reprezentuje nasz kraj podczas Zjazdu, w którym pani uczestniczy? – zapytała profesorkę.
– Założenie jest takie, że tylko jedna osoba może reprezentować dany kraj. Padło na mnie, a ponieważ lubię te konferencje, to nawet nie narzekam, że muszę dziś po południu wygłosić referat – wyjaśniła pogodnym, spokojnym tonem. Chyba lubiłabym chodzić do niej na zajęcia, ale pedagogika to nie moja bajka.
– Moja mama też jeździ na międzynarodowe konferencje – nie wytrzymałam, tak swędział mnie język, żeby się pochwalić, jakbym miała trzy latka.
– W jakiej branży? – zainteresowała się nasza znajoma.
– Medycyna – odpowiedziała mama. – Jestem pediatrą.
– Fantastycznie! Na tym zjeździe też jest sporo medyków, o, choćby ten Japończyk, który właśnie robi sobie sesję fotograficzną.
– Panie Harada – przywołała go taktownie – pragnę przedstawić panu moją przyjaciółkę, która też jest lekarzem. Pediatrą.
– Bardzo miło mi panią poznać, pani...
– ...Iga Ubicka, bardzo mi miło.
Zauważyłam, że mama nie wyciągnęła ręki do nowego znajomego, tylko złożyła dłonie i skłoniła lekko głowę, a on zrobił dokładnie to samo. Nie znałam mojej mamy z takich międzykulturowych kontaktów. Ona wie takie rzeczy, jakie mnie do głowy by nie przyszły. Pewnie uznałabym, że jako kobieta powinnam pierwsza podać rękę, by się przywitać, a tu widzę, że Japończycy nie witają się w ten sposób. Nieźle, nieźle. Jezu, ile ja jeszcze się muszę nauczyć!
Mama i pan Harada rozgadali się na dobre, dołączyli do nich jeszcze inni, pewnie też lekarze, a ja zostałam u boku pani profesor.
– A panienka co zamierza studiować? – zapytała.
– Medycynę.
– Ach, trudno się dziwić, wyssała ją pani z mlekiem matki.
– Tato też jest lekarzem. Chirurgiem. Tylko mój brat poszedł na polibudę, przepraszam, politechnikę, a właściwie to teraz jest chyba Uniwersytet Politechniczny we Wrocławiu. Studiuje na wydziale mechanicznym – bardzo mocno pilnowałam swojego języka po pierwszej wpadce.
– Politechnika to nadal właściwa nazwa – odparła.
Coraz bardziej podobała mi się ta babeczka. Taka gruba ryba – jedyna reprezentantka naszego kraju na takim ważnym zjeździe, a rozmawia ze mną jak z dobrą znajomą. Mama zawsze mówiła, że klasę człowieka poznaje się po jego skromności, a nie pyszałkowatości i przemądrzałości. Obiecałam sobie wtedy, że będzie ona moim wzorem do naśladowania. Często wracałam do tej rozmowy z panią profesor, szczególnie gdy chciałam wszystkim zagrać na nosie, a również wówczas, gdy cała klasa odwróciła się ode mnie tylko dlatego, że wezwałam karetkę pogotowia do chłopaka, który przedawkował. Dla nich nie było ważne jego życie, tylko to, czy nie będą musieli ponosić konsekwencji zbyt dobrej i wzmocnionej prochami zabawy.
Dziś już wiem, że doświadczenia minionego roku szkolnego były dla mnie niezłą szkołą życia, a jedynym, który przy mnie trwał, był Hubert. On też dzisiaj zdaje angielski, ale zostały mu jeszcze jakieś pisemne. Chyba historia i historia sztuki. Wybiera się na kulturoznawstwo. Oczywiście do Wrocławia, bo uważa, że musi je studiować tam, gdzie otwarto pierwszy taki kierunek w Polsce. Ja tego nie wiem, ale on to już dobrze przemyślał.
17 MAJA
Kasia zdaje dziś ostatni egzamin maturalny. Miała spore zagęszczenie pisemnych, ale za to dziś już będzie mogła odpocząć. Najdłuższe wakacje w jej życiu. Chyba na nie zasłużyła, ostatni rok był dla niej wyjątkowo trudny, a szczególnie drugi semestr. Ostracyzm, który ją dotknął bardzo mocno, pokazał jej trudniejszą stronę relacji międzyludzkich. Wolałabym, żeby nie musiała tego doświadczać, ale życie pisze własne scenariusze.
– Wstawaj, maturzystko! – Zbudziłam ją jeszcze przed wyjściem do pracy. – Cała komisja już zaczyna ostrzyć sobie zęby na ciebie, ale obawiam się, że połamią je sobie. Angielski to twoje hobby, więc ci nie podskoczą.
Już od wczoraj rozmawialiśmy w domu tylko po angielsku, żeby Kasieńka w naturalny sposób myślała w tym języku. Stosowaliśmy tę zasadę przed dużymi sprawdzianami dzieciaków. Dla nas to też była niezła szkoła.
– Dobrze, jeszcze chwileczkę, mam dopiero na czternastą. – Broniła się przed opuszczeniem ciepłego łóżeczka. Uczyła się zwykle do późna w nocy, a ranek zaskakiwał ją jak zawsze słońcem i dzwonkiem budzika. Dziś do tego zespołu dołączyłam ja.
– Przygotować ci śniadanko? – zaproponowałam, kręcąc się po kuchni.
– Ta matura to chyba faktycznie ważne wydarzenie – odpowiedziała, przemieszczając się noga za nogą w kierunku łazienki. – Rodzona mama proponuje mi śniadanie! Gdybym miała to komu opowiedzieć, to nikt by mi nie uwierzył.
– Nawet rodzona mama może mieć chwilę słabości z okazji matury najmłodszego dziecka – odparłam rozbawiona, bo faktycznie nasze dzieci bardzo szybko musiały nauczyć się samodzielności. Większość posiłków i porządków była w zakresie obowiązków kolejnych gospoś, które nazywaliśmy Paniami Pelagiami (oczywiście za ich plecami), ale śniadania każdy przygotowywał sobie sam. Nasza praca w szpitalach spowodowała, że dzieciaki potrafiły same zadbać o własne podstawowe potrzeby. – Kasza manna na mleku może być jako lekkie śniadanie przedmaturalne?! – krzyknęłam już w kierunku zamykających się drzwi od łazienki.
– Pewnie, pewnie, ale z cukrem i cynamonem, na gęsto, jak w dzieciństwie!
Jak tu odmówić własnemu dziecku smakołyku z dzieciństwa? Patrząc na kuchenny zegar, gotowałam maturzystce kaszę mannę, stojąc nad garnkiem jak wzór matki Polki.
W telefonie Kasieńki odezwał się przychodzący SMS. Zaczęło się. Pewnie ostatnie uzgodnienia przedegzaminacyjne.
Wyszła z łazienki jeszcze w piżamie, ale już bardziej komunikująca się ze światem zewnętrznym. Delikatnie podmalowana, podkreśliła swoją urodę, a że piękna jest, to chyba nie wymaga dyskusji. Może jestem trochę subiektywna, ale moje dzieciaki są najpiękniejsze i najmądrzejsze na świecie! I już! Oj tam, oj tam, że co, że jestem całkowicie nieobiektywna? A kto mi zabroni?
– Agata z Paryża napisała SMS z życzeniami powodzenia na maturze – poinformowała, odpisując równocześnie na wiadomość. – Wiesz, co tam u niej słychać?
– Od czasu wyjazdu z Hiszpanii to nie wiem, wysłałyśmy sobie tylko SMS o tym, że każda z nas dotarła do domu i tyle. Jakoś nie ma czasu, aby pogadać, nawet przez Skype'a.
– Nooo. – Wyraźnie nie słuchała mnie, skupiona na klawiaturze smartfona.
Może to i dobrze, bo mogłaby zauważyć moją minę, pewnie by coś z niej wyczytała, a chyba tego nie chciałam. Osobiście nie wiem, jaka jest ta moja mina, co niesie ze sobą, bo ja sama nie rozpoznaję, co czuję. Rozstałyśmy się po nieprzewidywalnym wybuchu uczuć, które chyba zaskoczyły każdą z nas w takim samym stopniu. Teraz jednak pewnie rozsądek wziął górę. Skąd to wiem? To dosyć proste. Jedyna wiadomość to:
AGATA
Paryż, cała i zdrowa.
JA
Cieszę się, ja też już na miejscu. Jutro ruszam do pracy.
Powodzenia.
AGATA
Wzajemnie. Ja też biorę się do ćwiczeń. Do zobaczenia.
JA
Do zobaczenia.
Czy tak wygląda korespondencja bliskich sobie osób? Chyba nie. Jakbyśmy bały się napisać to, co faktycznie chciałybyśmy powiedzieć. A może właśnie wyraziłyśmy dokładnie to, co czujemy – było miło, ale teraz czas na szarą rzeczywistość. W Hiszpanii byłam całkowicie oderwana od realnego świata – słońce, ciepło, muzyka, basen, willa z gosposią spełniającą moje oczekiwania... Czy to dlatego tak mnie poniosło w inny wymiar, bo moja praca i relacje z Pawłem stały się trudne do wytrzymania? Czy dla Agaty Xabia też była tylko oderwaniem od codziennych ćwiczeń, sprawdzianów umiejętności i kolejnych wyzwań? Pewnie tak, bo jak nazwać krótką wiadomość: Paryż, cała i zdrowa? Koniec, kropka, więcej nic. Short Message Service – czego ja jeszcze chcę? Przecież to tylko usługa wysyłania krótkich wiadomości. Krótkich, zimnych, pełnych obojętności? Kolejny raz zostałam odrzucona, potraktowana jak maszyna, która działa wtedy tylko, gdy jest potrzebna.
Co ja sobie wkręciłam? Czego oczekiwałam? Dokąd podążałam? Kto mnie oszukał – Agata, Paweł czy ja sama?
Ile już razy patrzyłam w ekran smartfona z nadzieją, że może tam jest jakaś wiadomość, ikonka o nieodebranym połączeniu... Nie było...
A może to ja powinnam dać znać? Ale dlaczego, jeśli ona nie pisze, to widocznie nie chce tego zrobić. Może też zaskoczyło i przeraziło ją to, co między nami się zdarzyło? Nie była na to gotowa, tak jak ja, a teraz chce o tym zapomnieć. Nawet Yama potrafił się dokładniej określić:
YAMA
Dojechaliśmy do Paryża. Dziękuję za wszystko. Do zobaczenia gdzieś, kiedyś...
JA
Też dojechałam do domu. Do zobaczenia.
Dał znać, że było fajnie, ale znajomość już skończona, jeśli spotkamy się przypadkowo, możemy wspólnie wypić herbatę, ale nie łączy nas już nic. Świat jednak jest tak ogromny, że własne pragnienia będziemy musieli najpewniej zaspokoić oddzielnie. On zieloną, a ja czarną herbatą. To mi odpowiada, bo tak czuję nasze relacje. Tak – relacje, bo chyba jedynie tak mogę nazwać to, co między nami zaszło. Ale z Agatą...
– Pa, kochanie – zawołałam do Kasi już z przedpokoju. – Dawaj pupę, to zaaplikuję ci kopniaka na szczęście!
– Już daję. – Przybiegła, chętnie wypinając się przede mną, abym mogła jej przed wyjściem jeszcze przyłożyć symbolicznego kopniaka. – Wyślę ci eska, jak zdałam.
– Wyślij, pewnie, ale ja i tak jestem pewna, że będziesz miała sto na sto.
– Wiara czyni cuda. Leć, bo się spóźnisz. Nie gnaj na zakrętach, bo dzieciaki czekają – ostrzegała mnie własna córka.
– Tym bardziej jestem pewna, że zdasz ten egzamin dojrzałości śpiewająco, bo jakaś nad wyraz dojrzała się zrobiłaś.
Zamknęłam drzwi, odpaliłam silnik i pojechałam do pracy, w której ostatnio zmieniło się bardzo dużo. Na gorsze.
17 MAJA
Wracam spocona z porannego treningu. Zbliża się ósma, to chyba właściwa pora, żeby wysłać eska do Kaśki. Zdaje dzisiaj angielski.
JA
Powodzenia 3mam kciuki!
KASIA
Nie dziękuję.
JA
To, że zdasz, to pewniak, życzę na 100%.
KASIA
Chciałabym. Dam znać po wynikach.
JA
Połamania!
Sądząc po tym, z jakim zacięciem rozmawiała z Yamą, powinna zdać na 100 punktów, ale pewności nigdy nie ma, bo stres potrafi zrobić swoje. Wiem to doskonale. Czasami tak zmotywuje, że nie wiesz, jak to się dzieje, a płyniesz na fali i dopiero kiedy skończysz, dociera do ciebie, jak genialnie grasz. Bywa jednak, że potrafi ulokować kluskę w środku gardła i najmniejszy nawet dźwięk nie może się z ciebie wydobyć. Kaśka jest odważna, zorganizowana, przebojowa i nie do zdarcia, więc pewnie zachwyci komisję swoim wystąpieniem, ale... Zawsze może być to "ale", więc chyba lepiej trzymać kciuki. One za mnie zwykle trzymały.
One...
Czy nadal powinnam się oszukiwać, że do Kaśki piszę tylko dlatego, bo mi zależy na tym, aby wiedziała, że ją wspieram? A może należy się przyznać, że nie mam odwagi odezwać się do Igi, więc chociaż przez córkę chcę mieć z nią łączność. Rozstałyśmy się chyba w zgodzie, ale od tygodnia nie mamy ze sobą kontaktu, napisałam krótki SMS po przyjeździe, dostałam równie zwięzłą odpowiedź i nic poza tym. Sprawdzam wiadomości każdego ranka, podczas przerw między zajęciami i przed snem.
Nic...
Trzymam telefon i chciałabym coś napisać, może zadzwonić, ale wciąż nie mam odwagi. Nie wiem, czy nie posunęłam się za daleko, czy nie przekroczyłam linii, której nie wolno mi było przestąpić. Kolejny raz nie potrafię sobie z tym poradzić. Zarejestrowałam się na LinkedIn, ale nie wysłałam do niej zaproszenia, oglądam jej profil, nawet czytam zamieszczone w necie artykuły z konferencji (medyczne!, fachowe!), ale i tak nie mam odwagi wykonać jakiegokolwiek ruchu. Dlaczego pieprzę wszystko, czego tylko się dotknę?! Pierwszy raz w życiu poczułam prawdziwe motyle w brzuchu, co ja mówię motyle, to są kolibry, gołębie, a może nawet orły. Dzięki niej frunę tam, gdzie kiedyś nie miałabym odwagi nawet zajrzeć przez dziurkę od klucza. Mój Anioł Stróż prowadzi mnie po muzycznych drogach i bezdrożach. Jest, kiedy jej potrzebuję, ale nie narzuca mi swojej osoby, stoi z boku, przygląda się, kiedy należy nadejść z odsieczą, gdy jestem na dnie albo fruwam z chmurami.
Czy teraz też tak jest? Pewnie jak zwykle wpadła w wir obowiązków i nawet nie ma czasu na wspomnienia z hiszpańskiego miasteczka o dwóch nazwach. Jak zwykle wkręciłam się w opcję: ja, ja, ja i tylko ja, a inni się nie liczą... Nawet Yama mówił, że ona pojawia się dokładnie wtedy, gdy bez niej nie mogę być sobą.
A właśnie, Yama zaraz zapuka, żeby mnie zabrać na wspólne śniadanie do pobliskiej kawiarenki. Stało się to już prawie rytuałem, takim stałym punktem w coraz większym natłoku obowiązków związanych z naszymi działaniami w projekcie.
– Dzień dobry, Agata. – Jak zwykle dobrze ułożony Japończyk zapukał do drzwi o stałej porze. – Czy już jesteś gotowa do wyjścia?
– Cześć, Yama. Pewnie, przed chwilą pisałam SMS z życzeniami powodzenia do Kasi. Ona dziś zdaje maturę z angielskiego.
– To córka Igi, która tak płynnie rozmawia po angielsku?
– Dokładnie ta sama, dlatego myślę, że powinna zdać celująco – odpowiedziałam, przypominając sobie jej rozmowę telefoniczną z Yamą. Chłopak był zaskoczony jej temperamentem, ale kiedy poznał jej mamę... Ech, szkoda gadać...
– Poradzi sobie. Jest świetna. Tęskno mi za jej mamą – powiedział bez zastanowienia. – To znaczy, wiesz, no, to wspaniała kobieta, ale ja nie tęsknię tak, jak ty myślisz, tylko tak inaczej. – Pogubił się całkowicie, nie chcąc mi sprawić przykrości.
– Dobra, Yama, kończmy temat, bo nie zjemy razem śniadania – próbowałam zakończyć.
– Obiecuję już ani słowa, ale chciałbym, żebyś pierwsza usłyszała moją kompozycję zainspirowaną naszym pobytem w Jávea. To będzie taki utwór dla nas trojga. Zgodzisz się? – zapytał niepewnie.
Gotowałam się wewnętrznie we wszystkich kolorach zazdrości, ale przecież nie mogłam mu zabronić komponować. Mógł przecież tworzyć i mnie nawet nie poinformować, co było źródłem inspiracji.
– Dobra, jak coś napiszesz, to posłucham, ale wcale nie znaczy, że to muszę polubić – burknęłam chyba mało uprzejmie znad filiżanki przedłużonej porannej kawy.
– Zapraszam po zajęciach do mnie, puszczę ci tę Sonatę pierwszej nocy.
– Yama, błagam cię, nie dobijaj mnie. Ty już to zdążyłeś nagrać? Kiedy nad nią pracowałeś? – Moje zdziwienie i artystyczna zazdrość było silniejsze od złości na przyjaciela, który spędził swoją pierwszą noc z kobietą będącą najbliższą mi osobą, moim Aniołem Stróżem.
– Nocami, musiałem czuć właściwy klimat.
– Jezu, Yama, zaraz po zajęciach wbijam się do ciebie. Podkręciłeś mnie. Jestem zazdrosna, ja przez ten tydzień tylko ćwiczę, nic nie napisałam.
– Agata, jesteśmy przyjaciółmi, jeśli moja sonata wzbudzi w tobie zazdrość i spowoduje, że napiszesz coś swojego, będę szczęśliwy.
– Wiesz, chyba nigdy cię nie zrozumiem, albo to są różnice kulturowe, albo ty jesteś nieźle zakręcony! Wszyscy Japończycy są tacy sami?
– Nie wiem, nie mam zbyt wielu japońskich przyjaciół. Ty jesteś moim jedynym przyjacielem. Chciałbym jeszcze, żeby Iga była, ale ty mi chyba nie pozwolisz.
Wyszliśmy już z kawiarenki i podążaliśmy w kierunku stacji metra jadącego do Akademii. Wiele uczuć przelewało się przez moje serce, swobodnie przepływające nuty z początku nie chciały ułożyć się w całość, ale powoli, bardzo powoli zaczynałam je składać jedna do drugiej; jakbym kroczyła po linie, trzymając w ręce parasolkę, która pozwalała mi utrzymać równowagę, a drugą ręką łapała i zagarniała nutki – połówki, ósemki, bemole... Szum miasta nie przeszkadzał w tworzeniu, a wręcz przeciwnie – dodawał kolorytu wspomnieniom, w których słyszałam szum wody i mruczenie pożyczonego harleya.
– Yama, ja chyba znów coś spieprzyłam. Nie wiem co, ale ona do mnie nie pisze, nie dzwoni, w ogóle nie daje znaku życia – przyznałam się kumplowi, kiedy w zapchanym wagonie metra staliśmy bardzo blisko siebie.
– Przecież zawsze mówiłaś, że zjawia się wtedy, gdy jej potrzebujesz, kiedy rzeczy idą źle, a ty masz doła, a teraz nie masz trudnych dni – próbował mnie uspokajać.
– Była też w chwilach dla mnie szczęśliwych...
– Tak, wiem, jakie byłyście szczęśliwe na Costa Blanca. Wszyscy chłopcy z zespołu wam zazdrościli. – Zaskoczył mnie tym, bo ja oczywiście niczego nie widziałam.
– To co? Mówisz, że wymyślam, że się czepiam? Może faktycznie ona ma masę pracy i jeszcze Kasia zdaje maturę, a ja jak zwykle tylko o sobie myślę. Zadzwonię dzisiaj do niej, a przynajmniej wyślę SMS.
– Zrób to, nie czekaj – zakomenderował.
JA
Pozdrowienia z miasta miłości. Jedziemy z Yamą na zajęcia. Miłej pracy.
Czekałam na odpowiedź w drodze na uczelnię, podczas przerw i po zajęciach.
Nic...
Koło szesnastej usłyszałam charakterystyczny dźwięk:
KASIA
Zdałam, zdałam, zdałam! 100 na 100!
JA
Gratulacje, gratulacje, gratulacje!
Wieczorem poszłam do pokoju Yamy. Przygotował czerwone wino i dwa eleganckie kieliszki. Pokój wypełniały rozstawione w różnych miejscach zapalone świece, a centralnie położył japońskie poduszki do siedzenia na podłodze. Włączył komputer. Usłyszałam chasydzkie dźwięki weselne, klarnet i akordeon, daleko w tle skrzypki i wspierające je kontrabas i bębenek. Nadpłynęły wyklaskane cygańskie rytmy flamenco, a odgłosy widowni przelały się w szum bankietujących nad basenem gości. Gdzieś w głębi czyjś śmiech, rozmowy, zapach majowych kwiatów, rozwiane włosy, miłosny szept i równy rytm pracy motocyklowego silnika. Morze uderzało o kamienisty brzeg, nadmorski ptak skrzeczał ponad zmagającym się z wiatrem żeglarzem. Nie wiadomo, skąd nadpłynęła muzyka delikatna, pełna miłości, po to tylko, by rozbłysnąć erotyczną siłą spełnienia. To wszystko tylko dzięki siedmiu nutom, które znalazły idealne dla siebie miejsce w najwspanialszej sonacie, jaką słyszałam. Beethoven, Czajkowski, Mozart i Prokofiew nie byli w stanie tak mnie zachwycić, jak to zrobił Yama. On pokazał wnętrze mojej własnej duszy, dając wyraz temu, co sam czuł.
Oniemiałam z zachwytu...
Kochaliśmy się najpierw delikatnie, z każdą nutą coraz bardziej namiętnie, w poczuciu, że to nie powtórzy się już nigdy, ale dziś zdarzyć się musiało. Dwa złączone ciała, trzy nierozerwalne dusze.
Wróciłam do pokoju przed świtem. Spojrzałam na leżący na stole telefon – masz wiadomość:
IGA
Pozdrowienia z gór. Tęsknię.
18 MAJA
Poranny dyżur w atmosferze niepewności. Dziś powinna wrócić z urlopu prezeska, więc może wreszcie wyjaśni się moja sytuacja. Pracuje mi się koszmarnie, Krystynka szarogęsi się tak, jakby już była ordynatorką, a ja mam zbyt mało zawziętości, aby pokazać jej, gdzie powinna stać w strukturze. Służba zdrowia jest wciąż jeszcze bardzo zhierarchizowaną organizacją. Coś jak wojsko i kościół. Piramida odpowiedzialności, przywilejów, finansów i możliwości. Na szczycie oczywiście prezes spółki, w niektórych szpitalach dyrektor, ale oni to administracja. Cała drabina zaczyna się od ordynatora przez lekarzy, pielęgniarki, sanitariuszy i salowych na końcu. Gdzieś tam pomiędzy znajdują się ratownicy i analitycy medyczni. Każdy w strukturze dokładnie zna swoje miejsce, a jeśli próbuje mieć z tym jakiś problem, natychmiast zostanie mu to przypomniane.
Krystynka wyraźnie chce zmienić swoją pozycję, a ponieważ jest ona już zajęta przeze mnie, to wciska się, korzystając z plotek, donosów, złośliwości. Niestety, tracą na tym pacjenci, pewnie też i ja, bo złożyłam podanie o zwolnienie, nie mając żadnych propozycji pracy. Zakładam jednak, że wciąż potrzebni są lekarze specjaliści, a pediatrów jest niewystarczające grono. Coraz bardziej czuję, jak podświadomie opuszczam już miejsce, które współtworzyłam i którym przez wiele lat zawiadowałam. Wspólnie z całym zespołem wypracowaliśmy niezłe metody pracy tak, by dzieciaki były jak najlepiej leczone. Nie potrafię jednak działać w chaosie i atmosferze wzajemnego na siebie donoszenia. To nie mój świat. Tyle lat dojeżdżałam do pracy do innego miasta, bo odpowiadał mi tutejszy klimat. Bańka prysła i czas odchodzić. Jeszcze nie wiem gdzie, ale jak już zauważyłam, ja zawsze spadam na cztery łapy. Tak to jest. Zwykle ktoś zupełnie obcy wyciąga do mnie rękę i mogę dalej iść, zostawiając za sobą to, co złe.
Gdyby nie mój mechaniczny przyjaciel, w którym spędzam czas w drodze do i ze szpitala, byłoby mi bardzo ciężko. Relaks w porsche to najlepsze, co ostatnio mnie spotyka. Paweł nic nie wie o moich problemach, bo mu o nich nie mówię. Nie rozmawiamy ze sobą poza oficjalnymi komunikatami dotyczącymi domu lub dzieci. Od czasu, kiedy zorientowałam się, że mnie zdradza, nie potrafię być z nim blisko.
Dlaczego w takim razie jednak z nim jestem? Dlaczego nie odchodzę?
A kimże ja jestem, aby go oceniać? Czy ja sama jestem w stu procentach bez skazy? Nie, i nawet nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia (no może jednak takie malutkie...).
Wracam z rutynowego obchodu i widzę, że przyszedł SMS. Krew krąży szybciej...
AGATA P.
Co słychać? Dawno nie dawałaś znaku. Zadzwoń, jak będziesz mogła.
Mam propozycję.
Agata P. Ach, prawie zapomniałam o niej. Ciekawe, co ją zmusiło, by napisać, kiedy ja czekam na wiadomość od całkiem innej Agaty. Tak, zupełnie innej, szalonej, nieprzewidywalnej, utalentowanej i niepokojącej. Dziewczyny, której moc przyciąga i odpycha równocześnie, której pragnę i której się boję. Ona odkrywa we mnie najskrytsze tajemnice, których nawet ja sama nie znałam... Pozwala żyć pełną piersią, a z drugiej strony wzbudza takie emocje, że lękam się własnych myśli...
JA
Możesz rozmawiać? Wróciłam z obchodu. Zadzwonić?
Agata P. to całkowite przeciwieństwo tamtej – odpowiedzialność, uporządkowanie, dobra żona i matka, wspaniała onkolog dziecięca, stabilna koleżanka, rzetelny naukowiec.
– Hej, dzwonię, bo mam ciekawą propozycję. – Słyszę podekscytowany głos w słuchawce. – Dostałam zaproszenie do Singapuru na konferencję i chciałabym, abyśmy znów coś razem zrobiły. Co ty na to?
– Wiesz, że z tobą zawsze i wszędzie, ale nakreśl mi coś dokładniej. – Udzielił mi się jej nastrój. Już byłam gotowa się pakować i jechać, a po nocach pisać artykuł i przygotowywać prezentację.
– To jest dopiero na listopad, ale oni już w przyszłym tygodniu chcieliby ułożyć listę prelegentów. Słyszałam, że miałaś genialne wystąpienie w Walencji, a ja właśnie mam pomysł na temat, który łączyłby twoje i moje badania. Co ty na to? – Ilość słów na minutę była nienaturalna dla Agaty, tak się nakręciła. Nie znałam jej takiej.
– Biorę w ciemno – zgodziłam się bez zastanowienia. – Obgadamy to spokojnie na Skypie, tylko podeślij mi link do konferencji i kilka twoich pomysłów, to zobaczę, co tam mogę dorzucić od siebie. Widzę, że ty już sobie to przemyślałaś, więc zgłaszaj nas. Ale tak nawiasem mówiąc, skąd ty już wiesz o Walencji, skoro ja dopiero kilka dni temu przyjechałam do domu?
– Rozmawiałam z Malikiem, ale nie tylko stąd. Muszę ci się pochwalić – piętnastego czerwca mam obronę pracy habilitacyjnej. Dlatego teraz nocami siedzę nad wszystkim, co się dzieje w naszej branży, i oczywiście wypatrzyłam twój artykuł.
– Gratulacje!
– Trochę się boję, jak to będzie, czy nie nawalę.
– Ty? To niemożliwe. – Zareagowałam bardzo impulsywnie, doskonale znałam Agatę, wszystko, co robiła, było perfekcyjne. – Chętnie bym uczestniczyła w twojej obronie, ale z tego, co wiem, to nie robi się ich teraz publicznie, tylko przed własną Radą Wydziału.
– Tak, masz rację, a ty kiedy się bronisz? – zapytała, nie zdając sobie sprawy, jaką delikatną strunę poruszyła.
– Nie mam pojęcia. Wiesz, że pracuję z dala od Wrocławia, w małym kowarskim szpitalu, więc jakoś powoli to wszystko się toczy. Dokumenty i pracę już złożyłam jesienią, teraz będę musiała uzupełnić listę publikacji, a termin nadal niewyznaczony – pożaliłam się swojej starej przyjaciółce.
– Musisz ich docisnąć, bo tak to znów o tobie zapomną i przełożą na kolejny rok akademicki. Ostatnie Rady są w czerwcu, kolejne dopiero w ostatnich dniach września. Tak przynajmniej jest u nas, nie wiem jak tam u was – doradzała świetnie zorientowana w temacie.
– Masz rację, chyba ostatnio byłam zbyt zaabsorbowana innymi sprawami i jakoś nie pomyślałam o tym wszystkim – przyznałam. – Chciałabym mieć to już z głowy, chociaż nie wiem, do czego może mi się przydać ten tytuł tutaj, na końcu świata...
– A choćby na konferencje. Ale może powinnaś aplikować do Wrocławia do szpitala uniwersyteckiego? – podrzuciła pomysł, pełna twórczej energii. Zupełnie inaczej nastawiona do życia i pracy niż ja.
– Motywujesz mnie mocno, ale jest jeszcze jedna osoba, która robi to nawet lepiej niż ty.
– Mąż?
– Nie, on mało interesuje się tym, co robię, jest bardzo skoncentrowany na sobie. – Mówiąc to, poczułam smutne ukłucie w sercu.
– Dzieciaki?
– Też nie...
– Hej, Iga, ty chyba nie chcesz powiedzieć, że kochanek? – rzuciła mocno zdziwiona Agata. Znała mnie dobrze ze wspólnych wyjazdów i wiedziała, że mężczyźni interesowali mnie tylko jako partnerzy do dyskusji naukowych. (Na szczęście nie wszystko o mnie wiedziała).
– Nie – zareagowałam gwałtownie – to nikt z nich. Mam tu takiego konia trojańskiego, lekarkę karierowiczkę, która koniecznie chce wysadzić mnie z siodła. Nawet złożyłam już podanie o zwolnienie, bo atmosfera jest tak napięta, że nie sposób pracować. Mam tego donosicielstwa i lizusostwa dość – wyrzuciłam z siebie całą złość.
– To tym bardziej musisz się spiąć i dopilnować swoich spraw – podpowiadała. – A swoją drogą masz ciekawe spojrzenie na tę sprawę. Każdy inny by wyzywał, a ty mówisz, że ona cię motywuje. Jesteś niesamowita. Tego się muszę od ciebie uczyć, bo dzisiejszy świat tak jest pełny złych ludzi, ale można widzieć w nich lustro własnych niezrealizowanych pragnień i zastanowić się, dlaczego znaleźli się na naszej drodze. Co nam daje ich obecność, złość, nienawiść, podstępność, intrygowanie.
– Tak, dokładnie tak. Czego nas uczą swoją postawą na naszej ścieżce życia – odpowiedziałam, głęboko wzdychając. – Dzięki, że do mnie zadzwoniłaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo mi pomogłaś. Jestem w takiej matni własnych emocji, że chyba zaczynałam się w tym gubić. Tego mi było potrzeba. Głosu rozsądku osoby z zewnątrz, która nie siedzi w tym, co ja...
– Co się dzieje, Iga? Potrzebujesz jakiejś pomocy? – zapytała zasmucona stara empatyczna przyjaciółka z trudnych lat.
– Nie, nie, już dostałam pomoc. Postawiłaś mnie na baczność. Ruszam do boju. Dziś porozsyłam maile do Wrocławia, a może lepiej zaraz zadzwonię gdzie trzeba. Za ciosem. A co u ciebie? Dawno się nie słyszałyśmy – zapytałam nie tylko z kurtuazji. Faktycznie mnie to interesowało. Tyle czasu się nie widziałyśmy.
– Zadzwonię wieczorem, teraz dzwoń, gdzie musisz, a wieczorem wymienimy się informacjami i pogadamy o projekcie – zakomenderowała jak zwykle poukładana i rozsądna Agatka.
– Dobra, spadam do zadań. Do wieczora.
– Do wieczora.
Odłożyłam telefon, wstałam i ruszyłam do gabinetu prezeski.
Wiedziałam już, czego chcę, a czego zdecydowanie nie.
***
– Dzień dobry, ja do pani prezes – zameldowałam sekretarce. Starałam się być jak najbardziej oficjalna, chyba po to, by nikt swobodną rozmową nie zechciał mnie odwieść od mojego zamiaru,
– Dzień dobry, pani doktor – odpowiedziała grzecznie sekretarka. – Pani prezes jeszcze jest zajęta, bo dziś pierwszy dzień, więc ma mnóstwo spraw, ale może zadzwonię na oddział po panią doktor, jak tylko szefowa będzie miała wolną chwilę.
Ponieważ po szpitalu krążyło moje przezwisko "Królowa śniegu", wszyscy byli dla mnie służbowo uprzejmi. Szczególnie ludzie z administracji i innych oddziałów. Nie zawsze jestem miła, kiedy trzeba zawalczyć o wyposażenie oddziału czy warunki pracy dla pracowników. Uważam, że zarówno pacjenci, jak i personel powinni mieć jak najlepsze okoliczności leczenia. Dziś postanowiłam wykorzystać swój lodowaty oddech.
– Dobrze, bardzo proszę zadzwonić, tylko w miarę szybko, bo mam kilka trudnych przypadków i potem ja nie będę mogła rozmawiać z panią prezes.
– Wiem, pacjenci są najważniejsi – odpowiedziała z całą powagą, nie wyczułam ani odrobiny kpiny, na którą nieraz pozwalali sobie nawet moi koledzy po fachu, dla których istotniejsze były inne wartości niż tylko zdrowie podopiecznych.
Wróciłam na oddział, by za kilka minut być zaproszoną do gabinetu przełożonej.
– Słucham, pani doktor. – Służbowy ton prezeski nie wróżył niczego dobrego, ani dzień dobry, ani proszę usiąść, tylko słucham. To dobrze, obie jesteśmy w podobnym nastroju, łatwiej będzie nam się rozmawiać, mimo iż nie będzie to proste.
– Jak zapewne pani pamięta, złożyłam podanie o rozwiązanie ze mną stosunku pracy, chciałabym uzgodnić warunki mojego odejścia – przedłożyłam krótko moje stanowisko, stojąc wyprostowana przed starym poniemieckim biurkiem (nie chcesz zaprosić, abym usiadła, to masz mnie ponad sobą, bo to ja teraz spoglądam na ciebie z góry).
– Dobrze, że pani jest, bo właśnie miałam po panią dzwonić. Pani podanie zostało przyjęte, zgodnie z kodeksem pracy powinna pani odejść po trzech miesiącach od daty złożenia dokumentu. Do tego czasu warunki pani zatrudnienia nie zmieniają się. Sprawy urlopowe proszę uzgodnić z działem kadr. Miała pani również godziny nadliczbowe, te może pani wybrać w formie dni wolnych. To chyba wszystko. Czy ma pani jeszcze jakieś pytania? – zapytała, równie lodowatym służbowym tonem wyuczonym na takie właśnie okoliczności.
– Nie, wszystko wiem, do widzenia.
Zrobiłam wojskowy w tył zwrot i opuściłam niemałych rozmiarów gabinet prezeski.
Zamknęłam za sobą drzwi sekretariatu i automatycznie skierowałam swoje kroki do przyległej toalety dla pracowników. Zamknęłam się i dopiero wtedy poczułam, jak miękną mi nogi. Opadłam na sedes kompletnie zdruzgotana. Szłam odważnie, a zostałam sponiewierana takim krótkim tekstem. To kim ja właściwie byłam przez tyle lat? Po co tak się angażowałam? Znów dostałam kopa w dupę! Kolejny raz przed oczami przebiegło mi dzieciństwo, kiedy starałam się z całych sił, a mimo to wciąż byłam odtrącana przez najbliższych. Czekałam na cud, a on nie nadchodził.
Łzy pociekły mi strużką, najpierw powoli, a potem wywołały spazmatyczny szloch dławiony ze względu na sąsiedztwo sekretariatu. Królowa śniegu topniała we własnych łzach.
Powoli uspokoiłam się, umyłam twarz, odetchnęłam głęboko kilka razy, poczekałam, aż policzki wrócą do naturalnego koloru, i ponownie pojawiłam się na oddziale. Jeszcze nie poinformowałam kolegów o odejściu, bo nie byłabym w stanie mówić tego bez emocji. Chociaż pewnie i tak już wiedzą, bo ploteczki w pracy to jedno, czego można być pewnym. Niemniej uważam, że oficjalnie i tak powinnam przekazać tę wiadomość z odkrytym czołem...
Jezu, co ja pieprzę sama przed sobą! Mam to wszystko w dupie! Po tylu latach, rezygnacji prawie ze wszystkiego, co nie jest pracą, zostałam wykopana za bramę. W taki sposób! Wprawdzie to ja złożyłam podanie, ale naiwna miałam nadzieję, że chociaż mnie jeden raz poproszą o pozostanie. Nic takiego się nie zdarzyło. Tyle dokładnie jestem warta – trzy minuty służbowej rozmowy.