Gdybyś tylko wiedziała - Hannah Beckerman

-
Proszę czekać

Rozdział 1Audrey

Audrey Siskin siedziała na łóżku, z dłońmi płasko ułożonymi po obu bokach na kołdrze. Zupełnie zagubiona, rozejrzała się po pokoju, który odtąd miała uważać za własny. Znajome przedmioty znajdowały się w przypadkowych miejscach, niczym dzieci w pierwszy dzień szkoły. Stały tam dwuosobowe łóżko z kutego żelaza, w którym spała przez wszystkie lata małżeństwa i długo potem, pomalowana na biało toaletka, o jakiej marzyła w dzieciństwie, ale na którą było ją stać dopiero wtedy, kiedy już była dorosła, oraz wysoka dębowa szafa, którą razem z Edwardem kupili po wprowadzeniu się do domu na Barnsbury Square, świeżo po ślubie, gdy była w piątym miesiącu ciąży.

Wychyliła się do przodu, zdarła taśmę z jednego z dwudziestu kilku tekturowych pudeł rozstawionych po całym pokoju, ale nie mogła się zmusić do otworzenia go. Kiedy już się rozpakuje, klamka zapadnie: nie będzie odwrotu.

"Mamo, to niedaleko. Zaledwie parę kilometrów. Nic aż tak bardzo się nie zmieni".

Powiedziały to jej obie córki: osobno, ale z takim samym przekonaniem. Technicznie rzecz biorąc - pod względem położenia geograficznego - obie, Jess i Lily, miały rację. Była zaledwie jedenaście kilometrów od domu, niemal rzut beretem. Zwykłe przesunięcie się z północnego Londynu nieco na zachód. Z Islington do Shepherd's Bush. Z domu w stylu georgiańskim do domu w stylu wiktoriańskim. Ale z jakiegoś powodu Audrey miała wrażenie, że przeniosła się z Ziemi na Księżyc.

Wiedziała, że ma wielkie szczęście, bo obie córki zaproponowały, żeby się wprowadziła do nich. Miała świadomość, że lepiej zrobić ten krok teraz niż za rok, kiedy może się to okazać o wiele trudniejsze. A jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest nie tak. Dzieci nie powinny być odpowiedzialne za swoich rodziców, to zakłócało naturalny porządek rzeczy. Ale przecież - myślała Audrey, przytłoczona natłokiem wspomnień, których wolałaby nie mieć - tyle wydarzeń w jej życiu zakłóciło naturalny porządek rzeczy. Tyle przełomowych chwil - narodziny, śmierć, zaślubiny - powinno wyglądać inaczej, gdyby ziemia sumiennie kręciła się wokół własnej osi, nie przechylając się nawet o kilka stopni.

- Babciu, jak sobie radzisz? Pomóc ci w czymś?

Głos Mii popłynął po schodach i dotarł do sypialni, która aż do tego dnia należała do niej. Odtąd Mia miała spać w małym pokoiku na najwyższym piętrze, gdzie kiedyś znajdował się strych. W głosie wnuczki zabrzmiała troska, której Mia próbowała nadać pozory normalności.

- Nie, dziękuję, kochanie. Właśnie się zabieram do rozpakowania tych pudeł. Niedługo przyjdę na dół.

Audrey dźwignęła się na nogi, sprężyny materaca zaskrzypiały ze współczuciem. Rozejrzała się po swojej nowej sypialni, zupełnie nie wiedząc, od czego zacząć. Organizowała tę przeprowadzkę w stanie takiego otumanienia, że nie była pewna, co wyrzuciła, a co zatrzymała albo co może znaleźć.

Kiedy zdarła taśmę z drugiego pudła i je otworzyła, zobaczyła starannie owinięte, schludnie poukładane przedmioty. Odpakowała pierwszy z brzegu - oprawioną w ramkę nieco wyblakłą fotografię. Patrzyła na nią ze wstrzymanym oddechem, niemalże słysząc, jak piaski czasu przesypują się przez klepsydrę.

Jej córeczki na plaży - to chyba Woolacombe Bay? - biegnące wzdłuż brzegu, z rozmazanymi rękami i nogami, bo poruszały się tak szybko, że migawka aparatu za nimi nie nadążyła. Słońce świeciło wysoko na niebie, granatowe morze zlewało się z horyzontem, w oddali majaczył ledwo widoczny mały biały trójkącik żagla łódki. Jej dziewczynki: trzymające się za ręce, uśmiechnięte, rozbawione, skąpane we wręcz nierealnym blasku smugi światła, która przecinała kadr.

Audrey przesunęła palcami po szybce - po włosach zaplecionych w warkocze, opalonych kończynach i zarumienionych od słońca policzkach - i niemalże poczuła upał panujący tamtego letniego dnia. Niemalże słyszała śmiech dziewczynek, szum fal rozbijających się o brzeg, krzyk mew na niebie. Czuła zapach soli w powietrzu, piasek między palcami u nóg, smak radości swoich córek. Chciałaby móc zanurzyć ręce w tej fotografii, objąć dzieci, przyciągnąć je blisko do siebie i już nigdy nie puścić.

Z sercem tłukącym się o żebra, ściskała w dłoniach zdjęcie.

Jej córeczki. Ostatnio czasami tylko te zdjęcia przypominały jej, że sobie tego wszystkiego nie wymyśliła, że to nie tylko owoc fantazji. Że dawno temu jej córki były przyjaciółkami.

Oddychała powoli, myśląc o wszystkich tych straconych latach. Nawet teraz wydawało jej się nierealne, że minęły prawie trzy dekady, odkąd Jess odwróciła się od Lily. Audrey przypomniała sobie dziesięcioletnią Jess z kamiennym wyrazem twarzy, który pojawił się u niej niemalże w ciągu jednej nocy przez rzeczy, jakich żadne dziecko nie powinno doświadczyć. Krzywda na stałe naznaczyła jej rysy, jakby tamte wydarzenia zabrały Jess i zastąpiły ją dzieckiem, które Audrey ledwo rozpoznawała. Po wszystkim Audrey przez wiele miesięcy miała nadzieję, że zachowanie Jess zmieniło się w wyniku szoku, że wkrótce znowu stanie się tą samą szczęśliwą dziewczynką, którą była przedtem. Przez całe lata kurczowo czepiała się nadziei, że wydarzenia z okresu ich dzieciństwa na nowo zbliżą wzajemnie Jess i Lily. Stało się inaczej - zniszczyły jej rodzinę. Puls Audrey przyśpieszył, kiedy przypomniała sobie wszystkie te posiłki spożywane w ciszy. Razem z Lily i Jess siedziały przy kuchennym stole za dużym dla ich trójki, a Audrey sztucznie pogodnym głosem pytała dziewczynki, jak było w szkole, i z całych sił starała się nie reagować ze złością na monosylabiczne odpowiedzi Jess. Pamiętała, jak pukała do drzwi jej pokoju, pytała, czy miałaby ochotę na wspólne oglądanie telewizji, i co wieczór słyszała taką samą obojętną odpowiedź: "Nie. Chcę zostać sama". Przez całe lata Audrey wielokrotnie zadawała sobie pytanie, co przeoczyła i czy mogła zrobić coś inaczej, żeby nie dopuścić do konfliktu między nimi. Odkąd Jess opuściła dom i na stałe zerwała kontakty z Lily, Audrey wielokrotnie ją błagała, żeby córka wyjawiła jej powód, Jess jednak nie chciała się zwierzyć. Teraz Audrey miała dwie córki, które ze sobą nie rozmawiały, i dwie siedemnastoletnie wnuczki urodzone w odstępie zaledwie sześciu tygodni, którym nigdy nie pozwolono się poznać.

Wbiła paznokcie w dłoń, przypominając sobie, kiedy ostatnio próbowała - bezowocnie - pogodzić ze sobą córki.

- Babciu, wszystko dobrze? Mam wejść i ci pomóc?

- Kochanie, wszystko w porządku, naprawdę. Tylko trochę się krzątam.

"Wszystko w porządku". Audrey nie miała pojęcia, dlaczego ciągle powtarzała te słowa, które były tak bardzo dalekie od prawdy.

Kiedy spojrzała w lustro stojące na toaletce, nie dostrzegła na twarzy żadnego znaku, który by ją zdradził. Wokół oczu miała jedynie drobniutkie zmarszczki. Włosy ufarbowała na brązowo i ułożyła u fryzjera poprzedniego dnia, ale do tej pory zachowały sprężystość. Jej makijaż był nieskazitelny. Nałożyła go rano, jeszcze zanim się ubrała.

Ludzie często nie dowierzali, kiedy mówiła, że ma sześćdziesiąt dwa lata. "Wygląda pani co najmniej dziesięć lat młodziej!" - wołali, a ona jak ta głupia wierzyła, że ma to jakiekolwiek znaczenie i że zewnętrzne oznaki dobrego samopoczucia automatycznie przekładają się na wnętrze. Tak jakby nie zdarzało się, że apetycznie wyglądające jabłko w środku bywa zgniłe.

Dopiero z bardzo bliska, tak jak Audrey patrzyła teraz, dało się dostrzec jasnofioletowe półksiężyce pod oczami lub częstotliwość, z jaką mięśnie na jej czole układały się w marsową minę. Dopiero z bliska można było zaobserwować krótki, płytki oddech, jakby Audrey nie mogła głęboko zaczerpnąć powietrza. Ale przypadkowemu obserwatorowi tak naprawdę nic w jej twarzy nie zdradzało, że w jej wnętrzu z niepowstrzymaną szybkością komórki dzielą się i namnażają. Nic nie zdradzało prawdy, jaką był fakt, że powoli umierała.

Audrey odwróciła się od lustra, rozluźniła splecione dłonie i pochyliła się nad pudłem leżącym u jej stóp. Kiedy sięgnęła do środka, ostry ból przeciął jej brzuch po prawej stronie, zmuszając ją do opadnięcia na łóżko. Oddychając powoli, żeby zapanować nad bólem, Audrey zrozumiała, dlaczego Jess tak bardzo nalegała, żeby matka już teraz się do niej wprowadziła. Audrey chciała jeszcze poczekać, zachować swój dom i niezależność tak długo, jak tylko się dało. Miała nadzieję, że zostanie tam, dopóki ciało wyraźnie nie da jej znać, że już dłużej sobie nie radzi. Teraz po raz pierwszy poczuła wdzięczność za radę Jess, zadowolenie, że sprzedała dom i meble, zostawiając tylko najważniejsze rzeczy - ze względów zarówno praktycznych, jak i sentymentalnych - zanim bardziej podupadła na zdrowiu. Kiedy tak siedziała na łóżku, próbując siłą woli odgonić ból, zrozumiała, że gdyby zwlekała zbyt długo, być może nie zdołałaby samodzielnie zorganizować przeprowadzki, a do tego stałaby się dla córek jeszcze większym ciężarem.

Odwinęła z papieru kolejne oprawione zdjęcie i zobaczyła Edwarda z rodzicami. Trzymał na rękach Lily przed świąteczną choinką, a dziadkowie stali sztywno po jego bokach. Na odwrocie widniało napisane jej ręką: "Barnsbury Square, Boże Narodzenie 1972". Ich pierwsze święta jako małżeństwa, jako rodziców, pierwsze we własnym domu.

Przenosiła wzrok po kolei na wszystkich obecnych na fotografii, jak to robiła tyle razy w ciągu tych wszystkich lat, próbując odczytać z tych zamrożonych przez czas twarzy jakąkolwiek zapowiedź tego, co miało się wydarzyć. Ale widziała tylko sztywną etykietę teścia, kwaśną minę teściowej i wyraźną radość Edwarda tulącego w ramionach sześciotygodniowe maleństwo.

Patrząc na to zdjęcie, znowu zaczęła się zastanawiać, jak rodzice Edwarda by sobie poradzili, gdyby wiedzieli, co się stanie szesnaście lat później. W tamtym roku życie jej i Edwarda zmieniło się nieodwracalnie, ziemia się pod nimi zatrzęsła i wciągnęła ich w przepaść, z której nigdy tak naprawdę się nie wydostali. Zastanawiała się, czy jego rodzice udźwignęliby tę rozpacz, gniew i wstyd, i za każdym razem dochodziła do wniosku, że dobrze się stało, że nie dożyli tej chwili. Niekiedy Audrey zazdrościła im tej nieświadomości, tego, że nie musieli zmagać się z poczuciem winy, zamętem w głowie i długą listą pytań bez odpowiedzi, które męczyły ją przez te wszystkie lata.

Kilka razy potrząsnęła głową, usiłując pozbyć się natrętnych myśli. Nie mogła sobie pozwolić na wspominanie Edwarda dziś, kiedy już i tak wiele innych emocji walczyło o jej uwagę. Jednak przez ostatnie pięć miesięcy, odkąd rutynowa mammografia wykryła guzek w jej piersi - guzek, który dał już przerzuty do wątroby i węzłów chłonnych, co jej lekarka bez ironii nazwała "pozytywnymi węzłami chłonnymi" - przez cały ten czas miała wrażenie, że jej umysł całkowicie pogrążył się w przeszłości. Odkąd dowiedziała się, że najprawdopodobniej za półtora roku już nie będzie żyła, mogła myśleć prawie tylko o tym, o czym przez kilkadziesiąt lat próbowała zapomnieć.

Chwyciła się solidnej czarnej gałki na ramie łóżka i zakazała sobie dalszych rozmyślań. Jednak kiedy tylko schyliła się i zdarła taśmę z kolejnego pudła, w jej głowie pojawił się obraz, od którego serce zawsze boleśnie jej się ściskało: prawie trzydzieści lat wcześniej siedziały we trójkę przy kuchennym stole, wokół nich atmosfera gęstniała od czegoś, czego Audrey nie mogła ani przerwać, ani wyjaśnić, a Jess piorunowała wzrokiem Lily i odmawiała odpowiedzi na pytanie, dlaczego nagle nie mogła znieść obecności siostry w tym samym pokoju.

Rozdział 2Jess

Stojąc przed małym kwadratowym monitorem i patrząc, jak aktorzy po raz ósmy powtarzają swoje role, Jess potarła kark, którego mięśnie zacisnęły się w twarde węzły. W połowie ostatniej kwestii aktor potknął się na słowach, które próbował powiedzieć już siedem razy. Jess wyczuła irytację całej ekipy.

Kiedy przyjechała o szóstej rano - wcześniej od całej reszty, co należało do jej obowiązków jako kierownika planu - wiedziała, że będzie to jeden z tych dni. Pierwszy dzień zdjęciowy nowego serialu obyczajowego nieodmiennie wyglądał tak samo: aktorzy z obsady musieli się przestawić na grę poza salą prób, członkowie zespołu odnawiali stare znajomości z poprzednich planów zdjęciowych albo tworzyli nowe sojusze. Za każdym razem pojawiała się atmosfera pełnego napięcia wyczekiwania, przypominająca chwile przed przyjściem gości na przyjęcie, którego jest się gospodarzem.

- Zróbmy znowu ujęcie z góry. Izzy, mogłabyś upudrować Lucię?

Reżyser, Justin, zaczął rozmawiać z dwoma głównymi aktorami o zaangażowaniu w scenę, podczas gdy makijażystka odświeżała im make-up. Jess ciaśniej otuliła się grubą pikowaną kurtką, żałując, że nie pomyślała o tym, żeby włożyć rajstopy pod dżinsy i ciepłe skarpetki. Problem z kręceniem w zabytkowych budynkach polegał na tym, że zawsze było w nich zimno, zwłaszcza pod koniec lutego. Kiedy znalazła to miejsce, rzut beretem od Spitalfields Market, uprzedziła producenta, że może panować tam arktyczny ziąb, choćby wszędzie porozstawiano przenośne grzejniki - on jednak postanowił spróbować.

Asystent reżysera poprosił o ciszę i znowu włączono kamery, jeszcze zanim dwójka aktorów po raz dziewiąty rozpoczęła scenę.

Jess upiła parę łyków herbaty z cukrem, szybko stygnącej w piankowym kubku, na którego krawędzi pojawił się wyraźny odcisk jej zębów. Postawiła naczynie na ziemi, uwolniła włosy z koka, który naprędce zrobiła o piątej rano, i ściągnęła je w ciasny kucyk, niemalże je wyrywając. Wpatrując się w ekran monitora pokazującego aktorów robiących dziewiąte podejście w sąsiednim pomieszczeniu, próbowała zdusić w sobie frustrację spowodowaną samą obecnością na planie. Jako profesjonalistka wiedziała, że musiała tu przyjść, nie zmniejszyło to jednak jej niezadowolenia. Nie mogła przestać żałować, że nie została w domu, żeby pomóc mamie się rozpakować. Audrey powiedziała, że wszystko rozumie i że sobie poradzi, ma dużo roboty i Mię do towarzystwa. Jednak Jess wiedziała, jak trudno musiało być jej rozstać się z domem, w którym mieszkała przez czterdzieści pięć lat i który był świadkiem wszystkich przełomowych chwil w jej dorosłym życiu.

- Doskonale. Byliście super. Czy wszyscy chcą piętnaście minut przerwy, zanim przeniesiemy się na dół? Jess... gdzie jest Jess?

Jess z trudem przełknęła ślinę i ruszyła po siedemnastowiecznym mahoniowym parkiecie do sąsiedniego salonu, gdzie Justin siedział na składanym krześle z płóciennym oparciem.

- O, jesteś, Jess. Sam powiedział, że na górnym piętrze, gdzie potem będziemy kręcić, jest rozchwiane gniazdko elektryczne. Możesz to sprawdzić? Wolałbym pierwszego dnia na planie nie porazić prądem całego zespołu.

Roześmiał się, a Jess zmusiła się do uśmiechu, wymamrotała odpowiedź i czym prędzej wbiegła na schody - z zimna zaczynała tracić czucie w palcach u stóp, była tylko w tenisówkach - żeby Justin nie zobaczył, jak przewraca oczami.

Znalazła obluzowane gniazdko i zasłoniła je czarną taśmą samoprzylepną, przeklinając się w duchu za to, że wcześniej tego nie zauważyła, po czym zerknęła na schody, żeby sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi, wyjęła z kieszeni telefon i go włączyła.

Żadnych SMS-ów, żadnych e-maili, żadnych nieodebranych połączeń.

Palcami sztywnymi z zimna wybrała numer Mii i dopiero po pięciu sygnałach usłyszała jej zdyszany głos.

- Cześć, mamo. Co tam?

- Nic. Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko u was w porządku.

W słuchawce zapadła cisza, po czym rozległ się odgłos przełykania.

- Tak, wszystko gra. Właśnie piję herbatę i odrabiam lekcje. Babcia się rozpakowuje.

Jess pociągnęła za odstający kawałeczek skórki u podstawy paznokcia, poczuła ukłucie bólu i ją oderwała.

- Mam nadzieję, że nie skończymy dziś zbyt późno. Zgodnie z grafikiem powinniśmy się zwinąć o czwartej. Spytam Justina, czy Sasza mógłby po mnie posprzątać. Przyjechałabym wtedy do domu i jeszcze zdążyłabym pomóc babci.

- Naprawdę nie musisz się martwić. U nas wszystko gra... Babciu, wszystko u nas w porządku, prawda? Babcia mówi, że tak. Poważnie, i tak nie miałabyś co tu robić. Babcia spokojnie się rozpakowuje, a ja już zrobiłam zapiekankę rybną na kolację. Jeżeli się spóźnisz, zjemy same, a dla ciebie zostawimy resztę.

Jess zaczęła ssać kciuk, na którym pojawiła się kropelka krwi.

- Skoro tak, to zgoda. Tylko nie zapomnij, że w weekend masz do napisania wypracowanie z historii. Nie zostawiaj tego na ostatnią chwilę.

- Dobrze, obiecuję. Miłego dnia i do zobaczenia później. Kocham cię.

- Ja też cię kocham.

Jess rozłączyła się, otworzyła listę kontaktów w telefonie i przejrzała imiona, próbując znaleźć kogoś, do kogo mogłaby napisać, żeby uniknąć zawodowej gadki szmatki na dole. Miała mnóstwo zapisanych kontaktów - znajomych ze szkoły i studiów, byłych współpracowników - a jednak nikogo, kto by się nie zdziwił, gdyby bez konkretnego powodu dostał od niej SMS-a. Zupełnie jakby to były numery telefonów do duchów, pamiątka po wszystkich przyjaźniach, które przez lata zaniedbywała.

Zawahała się na chwilę, ogarnęła ją pokusa. Patrzyła, jak jej kciuk przesuwa się nad ikonkę wyszukiwarki internetowej, która ją kusiła, wabiła do siebie.

"Przestań. Nie rób tego. Potem będziesz żałować".

Głos rozsądku przemówił stanowczo, ale jej ręka działała niezależnie od niego. Jess zaczęła wpisywać imię, które wcześniej wprowadzała już tyle razy i tak często, że Google już po trzeciej literze domyślił się, czego szuka.

"Nie otwieraj linków. Jeszcze masz szansę. Jeszcze możesz się wycofać".

Ale było już za późno. Zawsze było za późno, gdy tylko ziarno trafiło na podatny grunt. Chwilowa nuda, bezsenna noc, frustrujący dzień. Jess nie mogła się powstrzymać, gdy tylko ta myśl pojawiła się w jej głowie.

"Lily Goldsmith".

Kiedy Jess zobaczyła imię siostry na ekranie telefonu, mięśnie jej brzucha się napięły.

Przebiegła wzrokiem listę wyników w poszukiwaniu nieprzeczytanego artykułu. Na pierwszych trzech stronach nie znajdowało się nic, czego by wcześniej nie sprawdzała: Lily przemawia na międzynarodowych konferencjach, Lily odbiera nagrody, Lily dostaje kolejny awans.

Kliknęła na zakładkę z newsami z nadzieją, że to okaże się bardziej owocne. Ale i tam nie pojawiło się nic nowego.

Sama nie wiedziała, czy jej ulżyło, czy tylko się zdenerwowała. Z jednej strony była zadowolona, że nazwisko jej siostry nie pojawiło się w prasie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, odkąd ostatnio sprawdzała, ale z drugiej poczuła się oszukana.

"Jess, schowaj ten telefon. Nie ma tu nic nowego. Nie rób tego sobie".

Ale to było takie proste. Czekało na nią tyle informacji, tyle zdjęć. Przecież nie zachowywała się jak stalker. Nie sprawdzała konta byłego chłopaka na portalach społecznościowych. Chociaż Facebook nawet jeszcze nie istniał, kiedy Iain odszedł od niej na dwa tygodnie przed pierwszymi urodzinami Mii, nie zaszczyciwszy jej żadnym wytłumaczeniem poza tym, że "już dłużej nie mógł wytrzymać w tym związku". Ale szukanie w internecie informacji o własnej siostrze to zupełnie co innego. Jess znajdowała tylko te fakty z życia Lily, o których już by wiedziała, gdyby tylko zechciała porozmawiać o niej z mamą. Wiedziała, że to irracjonalne i że szukanie informacji o kimś, kogo się nie chce znać od lat, nie ma najmniejszego sensu. Wiedziała, że cokolwiek znajdzie, zalezie jej za skórę i już do końca dnia nie będzie mogła pozbyć się uczucia zazdrości. Mimo to nie mogła się powstrzymać. Czuła przymus, żeby sprawdzać Lily, chociaż wiedziała, że ta wiedza tylko sprawi jej przykrość.

Kliknęła na link do strony, którą według Google odwiedziła ostatnio przed pięcioma dniami: artykuł z magazynu dla kobiet z nagłówkiem "Mam wszystko". Kiedy strona się otworzyła, Jess wbiła wzrok w największą fotografię.

Lily, Daniel i Phoebe siedzieli na jasnoszarej kanapie stojącej pod sięgającym sufitu regałem z książkami, których różnobarwne grzbiety tworzyły tło dla sceny świadczącej o pewności siebie, obyciu z kulturą i zamożności. Takiego rodzaju pokój Jess mogłaby wybrać jako plan zdjęciowy dla serialu obyczajowego o bogatej rodzinie z dużego miasta. Z tym że to nie był plan zdjęciowy. To był idealny dom Lily. Jej idealne życie.

Ze zdjęcia spoglądała czterdziestotrzyletnia, ale wyglądająca dziesięć lat młodziej, siostra Jess, z włosami ściągniętymi w gładki kok, w dopasowanej sukience z krótkimi, kimonowymi rękawami i umalowana w minimalistycznym stylu - zupełnie jakby zeszła ze stron magazynu mody.

Jess przebiegła wzrokiem artykuł, tekst tak znajomy, że mogłaby go wyrecytować z pamięci. Szukała czegoś - czegokolwiek - co mogła przeoczyć wcześniej.

Lily Goldsmith zrobiła karierę błyskawicznie. Swoją pierwszą nagrodę zdobyła w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat i teraz należy do najbardziej uznanych marketingowców po obu stronach Atlantyku. Dla wielu osób w tej branży stanowi symbol człowieka, któremu udało się stłuc szklany sufit.

Jess głośno wypuściła powietrze, a ciepły oddech utworzył wokół niej obłoczek pary. Poczuła, że gniew zalewa ją jak krew bryzgająca na śnieg.

Lily jest żoną milionera Daniela Goldsmitha, prawnika gwiazd. Udało jej się osiągnąć coś, do czego dąży wiele kobiet, i co niewielu z nich się udaje: równowagę między życiem zawodowym a osobistym. Państwo Goldsmith mieszkają w domu na Holland Park z nastoletnią córką Phoebe, która obecnie jest uczennicą ekskluzywnej Szkoły dla Dziewcząt imienia Świętego Pawła w zachodnim Londynie. "Gdybym znała tajemnicę sukcesu, zamykałabym ją w butelkach i sprzedawała - żartuje Lily. - Wiem tylko tyle, że zawsze bardzo ciężko pracowałam i stawiałam sobie jasne cele: oczywiście niekiedy okoliczności się zmieniają i nie zawsze można przewidzieć, gdzie się będzie za pięć lat, ale świadomość, gdzie by się chciało być, daje o wiele większą szansę na dostanie się tam. Jestem też wielką szczęściarą, bo zawsze mogłam liczyć na wsparcie mojej cudownej rodziny. Myślę, że nie da się wykonywać takiej pracy jak moja, jeśli rodzina nie popiera cię w stu procentach".

Jess przyjrzała się twarzy szwagra, którego nigdy nie poznała. Dokładnie tak sobie wyobrażała wziętego prawnika gwiazd: nachalnie przystojny, emanujący takim rodzajem pewności siebie, jaki bierze się tylko z ekstremalnego bogactwa i nieustannego podziwu. Phoebe była typem ładnej dziewczyny, której nie obchodzi własna uroda. W jej oczach Jess dostrzegła coś, co kazało jej przejrzeć następne zdjęcia, stukając w strzałkę po prawej stronie i przedzierając się przez fotografie, które widziała już dziesiątki razy: mahoniowy fortepian lśniący w słońcu wlewającym się przez okna na całą wysokość ścian, kuchnia z białymi szafkami zrobionymi na wymiar, duży lśniący zlew, biały parkiet i przeszklona ściana z wypielęgnowanym ogrodem po drugiej stronie. Pracownia Lily - pusta, nie licząc surowego metalowego biurka, MacBooka i telefonu komórkowego. Wszystko tak schludne, tak czyste i jasne, jakby Lily wybieliła swoją przeszłość za pomocą tego nieskazitelnego, designerskiego wnętrza.

Jess pomyślała o własnym domu: podniszczona brązowa kanapa, którą szesnaście lat temu kupiła w sklepie z używanymi meblami i której od tamtej pory nie udało jej się zastąpić nową. Tanie kuchenne szafki z tworzywa sztucznego z rozchybotanymi zawiasami, obłażącą farbą i licznymi zadrapaniami przypominającymi blizny po wojnie. Mały okrągły stolik, przy którym mieściły się trzy osoby, ale jeśli ktoś chciał przejść za tobą, musiałeś wciągnąć brzuch. Raty kredytu, które co miesiąc napawały ją strachem.

Próbowała sobie wyobrazić, jak wygląda życie jej siostry: karuzela proszonych kolacji, bankietów, ceremonii wręczenia nagród, spotkań z gwiazdami. Kalendarz wypełniony zadaniami zawodowymi na najbliższe miesiące, planami na sobotnie wieczory, niedzielne brunche, egzotyczne wakacje. Niewątpliwie niekończący się strumień przyjaciół odpowiednich na każdą okazję. Jess nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zaprosiła na kolację kogoś innego niż mama. Zawsze miała na głowie o wiele pilniejsze sprawy: pranie i prasowanie, płacenie rachunków, pomaganie Mii w lekcjach. Jess nie była już pewna, czy wychodzi tak rzadko, bo nie ma z kim, czy dlatego, że spędza tyle czasu w pracy, że miałaby poczucie winy, zostawiając Mię samą w domu.

Wpatrując się w zdjęcie Lily siedzącej za biurkiem - w tę twarz tak znajomą, a jednak tak obcą - uświadomiła sobie, że oddycha płytko, jakby coś utknęło jej w gardle. Coś w wyrazie twarzy siostry przypomniało jej o tamtym dniu sprzed dwudziestu siedmiu lat, kiedy spotkały się nad grobem ojca w pierwszą rocznicę jego śmierci. Podczas przerwy obiadowej Jess wymknęła się ze szkoły i znalazła Lily klęczącą przy nagrobku, płaczącą rzewnymi łzami. Jess nakrzyczała wtedy na nią, wypowiedziała słowa, które natychmiast zapomniała, gdy tylko popłynęły z jej ust, tak przepełniona wściekłością i goryczą, że to nie słowa liczyły się najbardziej, lecz gwałtowność, z jaką je z siebie wyrzuciła. Teraz z tamtego szarego wrześniowego dnia pamiętała tylko pełne gniewu przekonanie, że Lily nie powinna tam przychodzić. Po tym, co zrobiła, straciła prawo do opłakiwania ojca nad jego grobem.

- Jess, mogłabyś zejść na dół, jeśli już skończyłaś z tym gniazdkiem? Chciałem coś sprawdzić na poniedziałek.

Jess po raz ostatni zerknęła na twarz siostry, zastanawiając się, jak udawało jej się żeglować przez życie, jakby nie miała nic do ukrycia, nic, czemu byłaby winna. Czy wmówiła sobie, że jest niewinna, czy też nie przeszkadzała jej świadomość krzywdy, jaką wyrządziła?

W jej umyśle pojawił się obraz, drżący, jakby został utrwalony na starej taśmie filmowej: stoi pod drzwiami gościnnej sypialni, patrzy Lily prosto w oczy i wyczuwa, co musiało się wydarzyć w tym pokoju, lecz jest zbyt słaba - przestraszona, przytłoczona - żeby to przerwać.

- Jess! Idziesz?

Zamrugała, próbując odpędzić obraz Lily z dłońmi zaciśniętymi na klamce, odsunąć od siebie uporczywe wspomnienie wszystkiego, co wydarzyło się później tego dnia i co miało się wydarzyć potem.

Przełknęła żal, który dławił ją w gardle, wyłączyła telefon i zbiegła schodami na dół.

Rozdział 3Lily

Przy drugim końcu stołu rozległ się wybuch śmiechu. Lily ominął jakiś żart. Podała Pippie butelkę prosecco, nie napełniwszy sobie kieliszka. Sączyła wodę mineralną i po raz drugi w krótkim czasie zerknęła na swój telefon, zastanawiając się, kiedy wreszcie będzie mogła wyjść.

- Czy Phoebe zapisała się na tę wycieczkę do Chin? Słowo daję, nasze córki to dopiero mają szczęście. W naszych czasach na wycieczki szkolne jeździło się nie dalej niż do Francji. Clementine jest niesamowicie podekscytowana. Od dwóch tygodni nic, tylko czyta historię Chin. Znalazłam jej nauczyciela mandaryńskiego, ale nie wiem, ile zdąży się nauczyć w ciągu ośmiu miesięcy.

Pippa uśmiechnęła się, a Lily próbowała sobie przypomnieć cokolwiek na temat wycieczki do Chin. Na pewno by pamiętała, gdyby Phoebe jej o tym wspomniała, ale w jej pamięci nie został żaden ślad.

- Tak, to brzmi wspaniale. Phoebe chyba się jeszcze nie zdecydowała. Do kiedy trzeba się zdeklarować?

- Do poniedziałku, więc niech lepiej się pośpieszy, jeśli chce jechać. Naprawdę zapowiada się cudowna podróż. Powiedziałam Tomowi, że może my też powinniśmy wybrać się do Chin, ale odparł, że skoro ma tylko siedem tygodni urlopu rocznie, to woli je spędzić w miejscu, które zna i lubi, zamiast narażać się na pobyt w jakiejś dziurze. Słowo daję, on w ogóle nie lubi przygód. Czasami myślę, że powinnam po prostu się spakować i pojechać do jakiegoś egzotycznego kraju jak ta kobieta w Jedz, módl się, kochaj.

Śmiech Pippy wibrował w uszach Lily, która usiłowała przypomnieć sobie twarz jej męża, ale ponieważ mężczyźni tak rzadko angażowali się w szkolne sprawy swoich dzieci, w jej umyśle wszyscy mężowie koleżanek zlali się w jedną masę.

Lily popatrzyła na grupkę mam, które poznała przed sześcioma laty, kiedy Phoebe poszła do gimnazjum, i z którymi odtąd sumiennie się spotykała. Wiedziała, że większość z nich spotyka się bardziej regularnie i że mają wręcz encyklopedyczną wiedzę o życiu całej reszty. Jednak odkąd się znały, prawie żadna nigdy nie pracowała.

- Co słychać u Daniela? Nadal się buja z gwiazdami Hollywood?

Lily odwróciła się do Annabel, po czym zerknęła na ekran swojej komórki, który niestety pozostawał czarny.

- Wszystko u niego dobrze, dziękuję. Świetnie. Jak zawsze jest bardzo zapracowany.

- Musimy niedługo zaprosić was na kolację. Nie widziałam Daniela od wieków, a to taki fajny facet. Prześlę ci parę terminów na WhatsAppie. Może zaproszę też Anoushkę i Pippę, jak myślisz?

Lily nie zdążyła odpowiedzieć, bo zabrzęczał jej telefon i wystrzeliła ręką w jego stronę, przewracając kieliszek Annabel, którego zawartość cienkimi strużkami rozlała się po drewnianym stole.

- Ojej, bardzo przepraszam. Ale ze mnie niezdara. Wytrę to.

Lily zebrała płyn serwetkami, które potem podała przechodzącemu kelnerowi. Kiedy usiadła z powrotem i znowu przeprosiła, zajrzała w telefon, ale okazało się, że to nie wiadomość, na którą czekała.

- Lily, wszystko w porządku?

- Tak, to tylko mój szef. Nic pilnego.

- W sobotę wysyłają ci e-maile z pracy? Boże, jak oni cię wykorzystują! W każdym razie chciałam spytać, co u twojej mamy. Mieszka jeszcze u siebie?

Lily bacznie spojrzała na Annabel, zastanawiając się, czy w jakiś sposób mogła dowiedzieć się prawdy.

- Tak. Chciałam, żeby zamieszkała z nami, ale doskonale rozumiem, dlaczego woli zostać u siebie. Codziennie rozmawiamy przez telefon i co niedziela spotykamy się na lunchu, a do tego mam całą armię opiekunów gotowych w każdej chwili do pomocy.

Zmusiła się do tego, żeby przestać trajkotać. Kłamstwa paliły ją w gardło. W ciągu tych paru lat przekonała się jednak, że najlepsze kłamstwa zawsze zawierają ziarnko prawdy. To prawda, że codziennie rozmawiała z mamą i to prawda, że Audrey co niedziela przychodziła do niej na lunch. Prawdą było nawet to, że stworzyła listę prywatnych pielęgniarek, które w razie potrzeby mogła wysłać do domu Jess, o ile ta wpuściłaby je za drzwi. Ale jeśli chodzi o całą resztę: jak Lily mogłaby wytłumaczyć, dlaczego matka zamieszkała u jej siostry, skoro nigdy ani słowem nie wspomniała tym kobietom o jej istnieniu?

Uświadomiła sobie, że zaciska szczęki na myśl, że jej mama w tej chwili rozpakowuje się w domu Jess. Lily nie rozumiała jej decyzji. Jak można w racjonalny sposób wytłumaczyć, dlaczego jej mama postanowiła zamieszkać w domu Jess, chociaż przez ostatnie dwadzieścia osiem lat to właśnie ona niszczyła jej rodzinę?

- To świetnie, że ma ciebie. A ty możesz podzielić się tym ciężarem z Danielem. Nie wyobrażam sobie w pojedynkę opiekować się chorym rodzicem.

Lily potakiwała, chociaż zaczęło jej się kręcić w głowie. Chwyciła się twardej krawędzi stołu, miała wrażenie, że gardło jej się zaciska, jakby czyjeś niewidzialne dłonie złapały ją za szyję. Odsunęła się od stołu, wstała i wzięła płaszcz.

- O Boże, bardzo cię przepraszam, ale nagle źle się poczułam. Muszę wyjść na powietrze. Daj mi znać, ile ci jestem winna, dobrze?

Słyszała za sobą głos Annabel, kiedy ruszyła przejściem między stolikami, aż wreszcie znalazła się na Kensington High Street. Jej rozpalone policzki owionęło zimne lutowe powietrze. Ludzie wokół śpieszyli do sklepów, barów i restauracji. Lily ruszyła niepewnym krokiem przed siebie, ciaśniej otulając się kaszmirowym płaszczem i próbując siłą woli spowolnić puls.

Wreszcie skręciła w spokojniejszą uliczkę. Chciałaby móc teleportować się do domu, gdzie okazałoby się, że sytuacja jest zupełnie inna, decyzje anulowane, a jej życie wróciło do normalności. Kiedy jednak oparła się o ścianę i zamknęła oczy, zobaczyła nie hol w domu, w którym mieszkała z Danielem i Phoebe. Ujrzała scenę, którą przez lata tak usilnie starała się usunąć z pamięci, scenę, która tak często pojawiała się w jej snach wbrew próbom zapomnienia o niej - tak jakby im bardziej pragnęła wymazać te wspomnienia, z tym większą natarczywością wracały.

Schodzi za siostrą po schodach, modląc się w duchu, żeby Jess jednak nie zdobyła się na odwagę i nie spróbowała wejść do gościnnej sypialni, żeby się nie odwróciła i nie zobaczyła łez w jej oczach.

Poczekała, aż atak paniki zacznie mijać. Zamachała ręką na przejeżdżającą taksówkę, wsiadła do jej ciepłego wnętrza i podała kierowcy adres.

Pragnęła tylko wrócić do domu.

Kiedy weszła przez szerokie, lśniące, czarne drzwi frontowe, powitał ją widok, na który nie była gotowa.

- Daniel? Gdzie jesteś? Co się dzieje?

Usłyszała dzwonek telefonu dobiegający z gabinetu Daniela w głębi holu, a potem skrzypienie biurowego krzesła. Kiedy wyszedł z gabinetu i ruszył w jej stronę po podłodze wyłożonej czarno-białymi płytkami, Lily zauważyła świadomy wysiłek, z jakim próbował zachowywać się normalnie.

- Wcześnie wróciłaś. Nie poszłaś na drinka z całą tą bandą ze Świętego Pawła?

- Źle się poczułam, więc nie zostałam. Dlaczego twoje bagaże już stoją w holu? Przecież wyjeżdżasz dopiero jutro.

Daniel przeniósł spojrzenie z lewej strony na prawą, aż wreszcie skupił wzrok na walizkach stojących przy drzwiach wejściowych.

- Musiałem przebukować bilet. Na jutro zorganizowali kolację dla wspólników, więc miałbym mało czasu, gdybym poleciał dopiero rano. Wysłałem ci SMS-a zaraz po tym, jak wyszłaś na siłownię. Myślałem, że bateria w telefonie ci padła.

Lily poczuła, jak jej palce zaciskają się w kieszeni na telefonie, który rozładował się dopiero wtedy, kiedy wracała taksówką do domu.

- Nie dostałam od ciebie żadnej wiadomości. Inaczej od razu bym wróciła. Kiedy jedziesz?

Kiedy spojrzał na zegarek, jego policzki pokryły się delikatnym rumieńcem.

- Taksówka będzie za jakieś dziesięć minut.

- Dziesięć minut? Zamierzałeś wyjechać bez pożegnania?

Lily oparła się o ścianę. Myślała o tej niekończącej się godzinnej pogawędce z mamami, podczas której cały czas czekała na telefon. Pragnęła, by Daniel zadzwonił, powiedział, że zmienił zdanie i że popełnił błąd, i nie wsiądzie do tego samochodu.

- Bardzo cię przepraszam. Oczywiście, że nie chciałem wyjechać bez pożegnania. Wysłałem ci SMS-a, ale przez większą część dnia miałaś rozładowany telefon, a ja naprawdę muszę polecieć dzisiaj.

- A co z Phoebe? Nie możesz wyjechać bez pożegnania z nią.

- Już się pożegnaliśmy. Jest w swoim pokoju. Nic jej nie jest, Lil, naprawdę.

Lily pobladła na myśl o siedzącej w pokoju Phoebe, która już pożegnała się z ojcem.

- Daniel, martwię się o nią, dobrze o tym wiesz. Ostatnio zrobiła się taka... skryta. Martwię się, jak twoja nieobecność na nią wpłynie.

Daniel westchnął.

- Lil, daj spokój, nie zaczynajmy tego od nowa, proszę cię. Przerabialiśmy to ze sto razy. Tylko wariat odrzuciłby taką ofertę. Jeżeli przez pół roku będę pracował poza Nowym Jorkiem, mam dużą szansę na stanowisko partnera zarządzającego. Myślałem, że i ty tego chcesz. Myślałem, że obojgu nam na tym zależy.

Lily przypomniała sobie ich wszystkie rozmowy o kolejnych szczeblach w karierze. Zawsze się nawzajem wspierali. Nigdy jednak nie przyszło jej do głowy, że będą musieli zamieszkać na dwóch kontynentach.

- Tak było. Tak jest. Tylko że... pół roku rozstania to nie byle co. Stawiasz nasze życie na głowie, więc to chyba normalne, że mam mieszane uczucia.

Splotła ręce na piersi, żeby Daniel nie zauważył, jak bardzo trzęsą jej się dłonie. W tej napiętej atmosferze wyobraziła sobie, że Daniel podchodzi do niej, obejmuje ją, przytula głowę do jej głowy - owiewa jej szyję gorącym oddechem - i szepcze jej do ucha, że nie musi jechać.

- Niczego nie stawiam na głowie. Bądźmy szczerzy: w tygodniu i tak rzadko się widujemy, bo zawsze któreś z nas pracuje, więc mój wyjazd na pół roku za granicę naprawdę niczego radykalnie nie zmieni. Nie patrz tak na mnie, wiesz, że to prawda.

Lily popatrzyła ponad jego ramieniem w kierunku kuchni, którą wyremontowali przed trzema miesiącami.

- Wiem, że ciężko pracujemy i że to dla ciebie wielka szansa. Chyba... chyba po prostu żałuję, że zostawiasz to wszystko... nas... tak bez żalu.

Daniel zrobił krok w jej stronę i delikatnie położył ręce na jej ramionach.

- Oczywiście, że to dla mnie trudne, ale przecież nie wyjeżdżam na zawsze. I wiem, że nasze życie jest cudowne, ale to nie znaczy...

Mówił zniżonym głosem, aż w końcu całkiem zamilkł.

- Nie znaczy, że co?

- Po prostu myślę, że trochę więcej przestrzeni dobrze nam zrobi, to wszystko.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której Lily niemalże słyszała, jak w głowie Daniela obracają się trybiki, kiedy rozważa wszystkie wady i zalety tego, co miał na myśli.

- Lil, wiesz, że mówię o tobie. Nie możesz zapomnieć o przeszłości. Naprawdę nie wiem, czy nie chcesz, czy po prostu nie potrafisz, ale twoja przeszłość zawsze stoi między nami. Od lat, dobrze o tym wiesz. I, bardzo mi przykro, naprawdę, ale to ma wpływ nie tylko na ciebie. Dotyczy nas wszystkich.

Daniel spuścił głowę i zaczął obracać platynową obrączkę, którą Lily włożyła mu na palec prawie osiemnaście lat wcześniej.

- Teraz o tym mówisz? Jakie to niesprawiedliwe.

Podniósł wzrok. Patrzyli na siebie, jakby wszystkie te rzeczy, o których nigdy nie śmieli porozmawiać, teraz rozbrzmiewały między nimi cicho.

- Na miłość boską... Możecie się przestać kłócić chociaż na pięć minut przed wyjazdem taty?

Lily raptownie podniosła głowę. Na szczycie schodów stała Phoebe, piorunując ich wzrokiem. Oczy miała obrysowane czarną kredką, usta pomalowane jaskrawoczerwoną szminką.

- Wiecie, że słyszę każde wasze słowo, prawda? Nigdy nie pomyśleliście, że mam dosyć słuchania waszych kłótni?

- Kochanie, my się nie kłócimy. My tylko... rozmawiamy.

Rozległ się głośny sygnał telefonu. Daniel zerknął na ekran, skrzywił się i schował komórkę do kieszeni dżinsów.

- Przyjechała taksówka. Muszę już iść.

Wbiegł po schodach, przytulił Phoebe i pocałował ją w czubek głowy.

- Niedługo przyjadę na weekend, obiecuję, dobrze, kochanie? I pamiętaj, że gdybyś czegokolwiek potrzebowała, zawsze jestem dostępny przez e-maila, Skype'a, WhatsAppa i nawet pod starym, dobrym telefonem. Kocham cię.

Pocałował ją raz jeszcze, po czym zbiegł ze schodów. Wziął głęboki wdech i zwrócił się do Lily.

- Wyślę ci SMS-a, kiedy już będę w mieszkaniu. Będzie środek nocy, więc zadzwonię jutro. I Lily... Proszę, spróbuj dostrzec w tym jakieś pozytywne strony. To nam dobrze zrobi, naprawdę.

Musnął ustami jej policzek i lekko uścisnął jej rękę tuż nad łokciem. Potem otworzył drzwi i z pomocą kierowcy załadował walizki do bagażnika. Odwrócił się i po raz ostatni pomachał do nich obu. I pojechał.

Lily stała w drzwiach, odprowadzając wzrokiem taksówkę, która dotarła do skrzyżowania, wjechała na główną ulicę i zniknęła.

- Mamo, możesz zamknąć drzwi? Jest potwornie zimno.

Phoebe wciąż jeszcze stała z uniesionymi brwiami u szczytu schodów. Ciemne włosy równo obcięte na gładkiego boba okalały jej twarz.

Lily zamknęła drzwi i kątem oka uchwyciła swoje odbicie w lustrze w holu. Własna bladość ją wystraszyła. Nad głową usłyszała tupot nóg, a potem gniewne trzaśnięcie drzwi do pokoju Phoebe.

Stała w kompletnej ciszy. Spojrzała na zegarek: za piętnaście piąta. Do nocy zostało jeszcze parę godzin, ale ona już teraz poczuła przemożną chęć, by się położyć i zasnąć. Zastanawiała się, czy zapukać do drzwi pokoju Phoebe, sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, czy chce się czegoś napić albo coś zjeść. Wiedziała jednak, że kiedy córka jest zła, najlepiej dać jej spokój.

Poszła na górę do swojej sypialni, zamknęła drzwi i położyła się na łóżku. Zwinęła się w kłębek na boku, przyciągnęła do siebie jedną z poduszek Daniela i przycisnęła ją do piersi. Kiedy zamknęła oczy, znowu się tam przeniosła, do łóżka, w którym nigdy nie powinna spać.

Leży na boku, przytulona na łyżeczkę do siostry. Nie powinny spać w jednym łóżku ani nawet w jednym pokoju, ale niekiedy Lily nie może się powstrzymać i zakrada się tam, kiedy telewizor zostaje wyłączony, światło na półpiętrze zgaszone, a stłumione głosy rodziców cichną i w domu zapada całkowita cisza, w której Lily słyszy tylko niespokojne bicie swojego serca. Jej siostra głęboko wciąga powietrze, a kiedy je wypuszcza, Lily czuje jej ciepły oddech na miękkiej skórze swojej ręki. Minęło pół roku, odkąd to się zaczęło, a Lily do tej pory nie może się z tym pogodzić. Zupełnie jakby jej umysł podzielił się na dwie części: wiedza i niewiedza, akceptacja i wyparcie. Lily potrafi okłamywać samą siebie, jeśli dzięki temu nie musi sobie wyobrażać przyszłości, która już być może nadciąga. Mocniej obejmuje siostrę w talii. Jej ciało wydaje się takie małe jak ciałko pisklaka samego w gnieździe. Wokół krążą drapieżnicy i tylko Lily może ją ochronić. Wie, że zrobiłaby wszystko, żeby ocalić swoją siostrzyczkę, żeby przerwać to, co się z nią dzieje. Głowa ją boli od rozmyślania o tej niesprawiedliwości. Przysuwa się jeszcze bliżej do siostry, jakby chciała wziąć na siebie część jej ciężaru. Czuje ciepło jej stóp, wyobraża sobie blade półksiężyce na paznokciach u nóg, które tak często jej maluje. Kiedy leży w ciemności, jest pewna, że nigdy nikogo nie pokocha z takim żarem, jaki czuje teraz.

Lily z trudem otworzyła oczy, usiadła i odrzuciła poduszkę pod biały drewniany zagłówek. Okrężnymi ruchami potarła skronie, próbując pozbyć się z umysłu tego obrazu, który pozostał w jej mięśniach, skórze, wspomnieniu oddechu jej siostry i delikatnym biciu serca.

Pamiętała, jak oglądały razem filmy, przytulając się do siebie na kanapie, pod kołdrą, którą przyciągnęły na dół. Jak na całe gardło śpiewały piosenki z musicali. Na kolanach trzymały ciastka czekoladowe, a przed nimi na ławie stały kubki z parującym kakao. Pamiętała, jak biegały po parku i jak na samym końcu zwalniała, żeby jej siostra, z buzią zarumienioną z radości, mogła razem z nią wbiec na metę. Pamiętała jej śmiech: szczery, perlisty, zaraźliwy śmiech, w który miało się ochotę zanurkować.

Gdzieś głęboko w jej wnętrzu pozostało uczucie straty. Niekiedy nie była pewna, czy wspomnienia są boleśniejsze, czy też może gorzej byłoby zapomnieć.

Trzasnęły drzwi wejściowe. Lily zawołała Phoebe, ale odpowiedziała jej tylko cisza.

Wyszła z sypialni, zeszła na dół do kuchni i nalała sobie szklankę wody, z nadzieją że wypłucze z siebie te wspomnienia. Kiedy jednak tak stała, wyglądając przez okno w mrok, uległa gorzkiemu żalowi, że przed laty, kiedy leżały we dwójkę w łóżku, nie wiedziała, że wszystkie jej wysiłki, by obronić siostrę, pójdą na marne.

Prolog23 czerwca 1988

W czwartek rano Jess wchodzi na górę, chociaż nie ma tam nic do zrobienia. Już umyła zęby i ściągnęła włosy w coś na kształt kucyka. Jej tornister stoi oparty o stojak na parasole przy drzwiach wejściowych. Za parę minut ona i Lily spotkają się w holu i wyjdą do szkoły.

Później - wiele lat później - Jess stwierdzi, że w jakiś sposób się domyśliła, jakimś cudem wyczuła, co się dzieje: niewytłumaczalna siostrzana intuicja kazała jej to sprawdzić.

Kiedy Jess staje u szczytu schodów, Lily wychodzi z gościnnej sypialni. Jest odwrócona plecami do Jess, cicho - niemalże z namaszczeniem - zamyka drzwi, obiema dłońmi ściskając klamkę. Jess patrzy, jak Lily powoli, głęboko nabiera powietrza, nienaturalnie długo zatrzymuje je w płucach, aż wreszcie spokojnie wypuszcza.

- Co ty robisz?

Lily odwraca się gwałtownie, strzela oczami na boki, jakby próbowała odzyskać rezon.

- Dlaczego tak się skradasz? - Lily syczy ze złością, zupełnie nie brzmi jak jej siostra.

- Dziś rano nie wolno nam tam wchodzić. Rodzice nam zabronili.

Jess słyszy we własnym głosie błagalny ton, niemalże skamlanie, i aż się krzywi.

- Nie mów mamie, że tam byłam. Mówię poważnie, Jess. Nie bądź skarżypytą.

Lily mówi cicho, ale stanowczo, a wyraz jej oczu przypomina Jess wszystkie te sytuacje, w których przyłapała siostrę na korzystaniu z telefonu, chociaż mama im tego zabroniła, albo kiedy widziała, jak Lily z koleżankami pali papierosy za placem zabaw w parku.

Zapada pełne niepewności milczenie. Żadna z nich nie wie, jaki będzie następny krok Jess. Dopóki jej lewa stopa nie dołączy do prawej na ostatnim schodku, Jess sama nie jest pewna, co zrobi.

- Ja też chcę tam wejść.

Siostry patrzą na siebie z gniewem. Jess czuje, że coś się między nimi pojawia: coś nieznanego, a jednak przerażającego, czego nie potrafi albo nie śmiałaby nazwać.

- Nie wejdziesz tam, Jess. Słyszysz?

Lily zasłania sobą drzwi, wygina rękę do tyłu tak mocno, jakby policjant miał jej założyć kajdanki. Jess udaje się dostrzec, że Lily ściska klamkę, ostatnią przeszkodę, którą Jess musiałaby pokonać, gdyby zdecydowała się nie posłuchać siostry.

- Ale ja chcę. Jeżeli ty tam byłaś, to dlaczego ja nie mogę?

Jess powoli przesuwa się w głąb przedpokoju, ośmielona Lily przejmuje kontrolę nad sytuacją.

- Przestań. Mówię poważnie. Nie wolno ci tam wchodzić.

Na widok wyrazu twarzy Lily - zarumienione policzki, zmrużone oczy, ściągnięte brwi - Jess czuje, jak zimny dreszcz przebiega jej po plecach. Pod tą maską stanowczości kryje się panika. Jess nie ma pewności, czy Lily zamierza się bronić, czy przypuścić atak.

Strzępki wspomnień rozbrzmiewają w jej umyśle niczym melodia, która nie chce się odczepić: słowa, które usłyszała, chociaż nie powinna. Wszystkie te stłumione odgłosy rozmów za zamkniętymi drzwiami, wyznania szeptane do telefonu, kiedy dzwoniący sądził, że nikt nie podsłuchuje.

Żołądek Jess wywraca się do góry nogami pod elastycznym paskiem butelkowozielonej spódnicy. Dziewczyna czuje, że krew pulsuje jej w nadgarstkach, jakby ciało próbowało popchnąć ją do działania. Wyobraża sobie, że robi krok do przodu, odpycha Lily na bok, podejmuje walkę, w której zwycięża - wbrew wszystkiemu, pomimo pięciu lat przewagi i większej siły siostry. Ale na myśl o tym, co mogłaby zobaczyć i czego mogłaby się dowiedzieć, zastyga w bezruchu.

Nagle rozlega się pikanie budzika w elektronicznym zegarku Lily, która szybko podnosi rękę, żeby go wyłączyć. Jess aż się wzdryga. Wie, że budzik jest nastawiony na wpół do dziewiątej. Głowy ich rodziców zaprząta teraz coś innego, więc siostry wspólnie ustaliły tę godzinę, żeby wyjść do szkoły na czas, w razie jakby mama i tata o tym zapomnieli. Lily jeszcze przez parę sekund wytrzymuje wzrok siostry, aż w końcu to Jess pierwsza odwraca głowę. Wycofuje się, rusza na dół po schodach i dopiero teraz uświadamia sobie, że trzęsą jej się nogi. Słyszy, że Lily niemalże depcze jej po piętach, ale nie odwraca się, żeby na nią spojrzeć. Nie zniosłaby ponownie widoku jej twarzy, której wyraz zdradzał coś, czego nie chciała się dowiedzieć.

Schodząc, Jess zastanawia się, czy odnaleźć mamę i powiedzieć jej, gdzie weszła Lily, oraz co jej zdaniem zaszło w tej sypialni. Jednak zanim stanie na ostatnim stopniu, dochodzi do wniosku, że nie może tego zrobić. W ten sposób zdradziłaby swoje podejrzenia, a jako dziesięciolatka nie ma jeszcze odwagi mówić na głos o pewnych rzeczach.

Bierze więc tornister i wychodzi z domu, nie mając pewności, czy kark piecze ją od letniego słońca, czy od gorącego oddechu siostry. Jeszcze tego nie wie, ale kiedy po południu wróci ze szkoły, materia, z jakiej utkana jest jej rodzina, zmieni się nieodwracalnie, a wydarzenia z tego poranka przez następne trzydzieści lat będą odtwarzały się w jej umyśle jak zacinająca się płyta.

Rozdział 4Audrey

Audrey wypiła herbatę przyniesioną przez Mię, po czym zasłoniła okna, przez które sączyło się przyćmione światło. Rozejrzała się po pokoju: zostało jeszcze tylko sześć pudeł. Zdarła taśmę z tego, które stało najbliżej, i znalazła w nim swoją biżuterię, perfumy i różne bibeloty, których nawet nie chciało jej się rozpakowywać. Otworzyła pudło obok, wciśnięte między toaletkę a szafę. Znalazła w nim kilkadziesiąt pamiętników w kolorowych okładkach, z popękanymi i wystrzępionymi grzbietami.

Od dziesiątego roku życia regularnie pisała pamiętnik. Przypomniała sobie ten pierwszy, jasnoniebieski, podarowany jej przez mamę w dniu, od którego jej wiek zaczął się składać z dwóch cyfr. Czyste białe strony czekające, aż Audrey zapełni je swoimi nadziejami, lękami, rozczarowaniami i marzeniami.

Na chybił trafił wybrała jeden z zeszytów.

Rok 1969. Skończyła wtedy szesnaście lat.

Ogarnęła ją tęsknota, kiedy zaczęła przewracać kartki zapisane niebieskim długopisem. Jej charakter pisma był wtedy pełen zawijasów i okrągły, jakby litery jeszcze nie straciły dziecięcego tłuszczyku. Zatrzymała się na jednej ze stron.

9 grudnia 1969 roku. Jej urodziny.

Wygładziła papier dłonią, ujęła dwa rogi kartki w palce, jakby trzymała modlitewnik, i zaczęła czytać.

To były najlepsze urodziny w moim życiu. W szkole nic specjalnego poza tym, że Sandra i Val złożyły się na broszkę, którą w zeszły weekend oglądałyśmy razem w Woolworth. Chciałam od razu ją założyć, ale pan Gibbons by mi ją skonfiskował.

Kiedy wróciłam do domu, mama i tata czekali na mnie w kuchni. Nie mam pojęcia, jak tacie udało się wcześniej wyjść z fabryki, bo tam nigdy na to nie pozwalają, ale kiedy go spytałam, tylko puścił do mnie oko. Okazało się, że powiedział majstrowi, że to wyjątkowa okazja. Mama zrobiła na kolację steki i zapiekankę z cynaderkami i ozdobiła talerze białymi papierowymi serwetkami, więc wszystko wyglądało naprawdę bardzo ładnie. A potem dali mi najlepszy na świecie prezent - longplay Niny Simone, którego często słuchałyśmy u Sandry. Nigdy bym nie pomyślała, że będę miała własny. Potem mama dała mi ogromny tort ponczowy, a tata przypomniał, żebym zdmuchując świeczki, pomyślała sobie jakieś życzenie. Życzyłam sobie, żeby dostawać w szkole same szóstki, wypaść dobrze na maturze i dostać się na studia, chociaż na palcach jednej dłoni można zliczyć osoby z naszej szkoły, które poszły na studia, a pan Gibbons zawsze podkreśla, że do tej grupy nie należała ani jedna dziewczyna. I życzyłam sobie, żeby kiedyś występować na scenie jak Nina Simone albo Aretha Franklin i żeby pojechać do Ameryki, bo ze wszystkich miast na świecie najbardziej chciałabym zobaczyć Nowy Jork.

Zjadłam dwa kawałki tortu, a mama powiedziała, że nie muszę pomagać w zmywaniu, bo są moje urodziny, więc posłuchaliśmy z tatą płyty Niny Simone, a kiedy zaczęłam razem z nią śpiewać The Look of Love, tata ścisnął mnie za rękę i powiedział, że śpiewam tak samo dobrze jak Nina, a ja się roześmiałam i powiedziałam, że się wygłupia, ale w głębi ducha miałam nadzieję, że kiedyś może rzeczywiście zaśpiewam na scenie.

Teraz leżę na łóżku i myślę o tym, co się mówi - że człowiek naprawdę czuje się inaczej, kiedy kończy szesnaście lat. Przedtem miałam wrażenie, że wszystko zostało już ustalone, że moje życie już jest zaplanowane. Ale teraz wydaje mi się, jakby cały świat czekał na mnie, tylko muszę być odważna i zrobić krok do przodu.

Audrey czytała ten fragment trzy razy. Dłonie jej się trzęsły. W końcu odłożyła pamiętnik na kolana. Pamiętała chwilę, kiedy pisała te słowa, jakby to było wczoraj: leżała na łóżku, z pamiętnikiem wspartym o poduszkę, z piórem w ręku i nogami skrzyżowanymi w kostkach, a z salonu przez cienką ścianę mieszkania dobiegały głosy uczestników teleturnieju Call My Bluff.

Gdzie się podziała ta optymistyczna szesnastolatka? Co się stało z jej nadziejami i marzeniami, z wiarą, że wszystko jest możliwe? Kiedy jej aspiracje zostały zniszczone i przez kogo albo przez co?

Jeszcze raz przebiegła wzrokiem przez ten fragment, rozmyślając o tym, w jaki sposób zawiodła tę szesnastolatkę. Nie zdobyła wyższego wykształcenia, a wśród ocen nie miała ani jednej szóstki. Nigdy nie była w Nowym Jorku, w ogóle nigdy nie pojechała sama za granicę, była tylko na kilku rodzinnych wycieczkach we Francji. Nigdy nie zaśpiewała na scenie, ani w Ameryce, ani gdziekolwiek indziej. Całe życie spędziła jako matka, żona i szkolna bibliotekarka i chociaż lubiła swój zawód, to nie mogła sobie wmawiać, że jej praca zmieniła świat.

Audrey wpatrywała się w pamiętnik z uczuciem, że gdzieś na tych stronach znajdują się odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie potrafiła zadać. Jej obecne życie dzieliła niezmierzona odległość od tego życia, które sobie wymarzyła.

"Jak to możliwe, że dotarłam do kresu, a mam wrażenie, że ledwo zaczęłam żyć?"

Tyle by zmieniła, tyle rzeczy zrobiłaby inaczej, gdyby dostała drugą szansę. Wiedziała jednak, że tak się nie da. Już miała szansę, a teraz jest za późno. Doprowadził do tego guzek w jej piersi, wszystkie te namnażające się komórki szalejące w jej ciele, przez które najprawdopodobniej w ciągu najbliższych osiemnastu miesięcy zakończy swój żywot.

Wiedziała, że przy odpowiednim leczeniu mogłaby wydłużyć ten czas - może do dwudziestu dwóch miesięcy? Dwudziestu czterech? Świadomie jednak nie poddała się chemioterapii i żadne namowy - Lily, Jess, jej wnuczek czy lekarza - nie mogły zmienić jej zdania.

Audrey zamknęła pamiętnik i przycisnęła go do piersi. Było za późno, żeby zacząć naprawiać tyle zniszczeń: przedwczesną śmierć Edwarda, cierpienie ich wszystkich, konflikt między Lily i Jess, którego nie potrafiła załagodzić. Już sama nie wiedziała, czy zaczęła traktować rozłam między córkami jako status quo, czy może nie zagłębia się w to bardziej, bo się boi, że jego przyczyną jest coś przerażającego.

Wzięła zdjęcie córek na plaży w Woolacombe. Wiedziała, że nie może machnąć czarodziejską różdżką i przywołać tych, których straciła, albo cofnąć krzywd, które zostały wyrządzone. Kiedy jednak patrzyła na uśmiechy swoich córek - na ich radość niezmąconą wydarzeniami, które rozegrały się niespełna dwa lata po zrobieniu tego zdjęcia - poczuła, że jej serce bije szybciej, z coraz większą determinacją.

Skoro zostało jej półtora roku życia, to właśnie tyle czasu miała na odkrycie przyczyny wrogości Jess wobec Lily.

Miała półtora roku na poskładanie swojej rodziny w całość.

- Babciu! Kolacja już prawie gotowa. Mama wróci za dziesięć minut.

Audrey postawiła fotografię na nocnym stoliku i przesunęła palcem po ramce. Dopiero teraz zrozumiała, dlaczego zamieszkała u Jess, nie u Lily. W ten sposób mogła zbliżyć się do Jess, poznać przyczynę jej smutku, spróbować zszyć rozdartą materię swojej rodziny.

Wyszła z pokoju i zawołała do wnuczki:

- Dobrze, kochanie, już idę! Jestem gotowa.