Fałszerz, agentka i konstruktor bomby - Alex Capus

Reflow text when sidebars are open.
Lubię tę dziewczynę. Podoba mi się wyobrażenie, że siedzi w otwartych drzwiach ostatniego wagonu Orient Expressu, a tymczasem obok niej przesuwa się połyskujące srebrzyście Jezioro Zuryskie. Może być początek listopada tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku, który dzień dokładnie, nie wiem. Dziewczyna ma trzynaście lat i jest wysoką, chudą, trochę jeszcze kanciastą w ruchach osóbką z niewielką, lecz już wyraźną pionową zmarszczką nad nosem, która pojawia się jako wyraz gniewu. Prawe kolano podciągnęła do piersi, lewa noga, zwisająca ze schodka, dynda w próżni. Dziewczyna opiera się o framugę drzwi i kołysze w rytmie wybijanym przez koła pociągu, jej blond włosy powiewają na wietrze. Przed chłodem chroni ją wełniany koc, którym zasłania piersi. Na tablicy z trasą pociągu widnieje napis "Constantinople - Paris", powyżej błyszczą mosiężne litery i znak firmowy przedstawiający lwa Królestwa Belgii.
Zaciąga się dymem trzymanych w prawej ręce papierosów, które na wietrze szybko się wypalają. Tam skąd pochodzi, palenie papierosów przez dzieci to nic niezwykłego. Między jednym a drugim papierosem podśpiewuje fragmenty orientalnych melodii - tureckie kołysanki, libańskie ballady, egipskie pieśni miłosne. Chce zostać śpiewaczką, tak jak jej matka, ale lepszą. Na scenie nigdy nie będzie pomagać sobie odsłanianiem dekoltów i łydek, jak robi to jej matka, nie będzie także nosić różowych boa ani nie weźmie sobie na towarzysza życia takiego typka jak jej ojciec, przed którym zawsze stoi na pianinie szklany kubek do mycia zębów pełen brandy i który za każdym razem, ilekroć matka pokazuje podwiązkę, mruga porozumiewawczo i gra glissando. Ona chce zostać prawdziwą artystką. Jej pierś rozsadza wielkie, bezkresne uczucie, któremu pewnego dnia nada wyraz. Wie o tym z całą pewnością.
Na razie jej głos jest cienki i ochrypły, zresztą wie o tym. Ledwo może siebie słuchać, kiedy siedzi na schodku wagonu i śpiewa. Wiatr zabiera z jej warg melodie i unosi w wirze powietrza za ostatnim wagonem.
Trzy dni temu razem z rodzicami i czworgiem rodzeństwa wsiadła w Konstantynopolu do wagonu drugiej klasy. Od tej pory spędziła dużo czasu w otwartych drzwiach pociągu. W środku przedziału z rodziną jest duszno i głośno, a na zewnątrz powietrze jest łagodne jak na tę porę roku. Podczas tych trzech dni na swoich schodkach chwytała w nozdrza zapach bułgarskich winnic i widywała zające na pszenicznych ścierniskach Wojwodiny, machała szyprom na Dunaju, którzy odpowiadali jej sygnałami rogów mgłowych, a na przedmieściach Belgradu, Budapesztu, Bratysławy i Wiednia widziała poczerniałe od sadzy kamienice czynszowe ze słabo oświetlonymi oknami kuchennymi, w których zmęczeni ludzie siedzieli nad talerzami w samych podkoszulkach.
Kiedy wiatr znosił na prawo dym z lokomotywy parowej, siedziała w drzwiach po lewej, a kiedy zmieniał kierunek, przesiadała się na drugą stronę. Kiedy któryś z konduktorów ze względów bezpieczeństwa przeganiał ją do przedziału, udawała, że zamierza go posłuchać. Ledwo jednak odszedł, otwierała drzwi z powrotem i siadała na schodkach.
Trzeciego wieczora tuż przed Salzburgiem konduktorzy zaczęli chodzić od przedziału do przedziału i informować o zmianie trasy nieprzewidzianej w rozkładzie jazdy. Pociąg miał skręcić do Innsbrucka i objechać Niemcy od południa przez Tyrol i Szwajcarię; odkąd wojska belgijskie i francuskie wkroczyły do Zagłębia Ruhry, Orient Express praktycznie nie miał możliwości przejazdu zwyczajową trasą przez Monachium i Stuttgart. Dyżurni ruchu Deutsche Reichsbahn specjalnie mylili się przy przestawianiu zwrotnic albo nie dostarczali lokomotywie węgla i wody, a na dworcach policja kazała wszystkim pasażerom wysiadać i przeprowadzała całonocne kontrole dokumentów. Gdy w końcu pozwalano kontynuować podróż, na szynach przy wyjeździe z dworca stał często bezpański wagon bydlęcy albo ciężarówka z okrąglakami, których żaden człowiek w całej Rzeszy Niemieckiej nie miał prawa przestawić na boczny tor, dopóki nie przedłożono urzędowej zgody prawowitego właściciela. A ustalenie tego normalną drogą służbową mogło się okazać nad wyraz czasochłonne.
Po wjeździe do Tyrolu zrobiło się ciemno i chłodno, po obu stronach do samego nieba piętrzyły się ściany skalne, które zbliżały się groźnie do pociągu. Kiedy dziewczyna musiałaby położyć się na plecach, żeby móc oglądać gwiazdy na nocnym niebie, wróciła do przedziału i udała się na spoczynek w stęchłej, lecz bezpiecznej atmosferze rodziny. Jednak wcześnie rano, kiedy pociąg pokonał wreszcie szczyt przełęczy Arlberg i zaczął zjeżdżać w dół, wróciła ze swoim kocem na schodki i obserwowała, jak rozszerzają się doliny, a szczyty górskie cofają, o wschodzie słońca ustępując miejsca najpierw wioskom i strumieniom, potem miastom i rzekom, a w końcu jeziorom.
Rodzice od dawna przyzwyczaili się do uporu córki; już jako mała dziewczynka siadywała na zewnętrznych schodkach. Pierwszy raz pobiegła korytarzem do drzwi wagonu między Tikritem a Mosulem, żeby móc lepiej przyjrzeć się żurawiom nad brzegiem Tygrysu. Musiało to być podczas drugiego lub trzeciego bagdadzkiego tournée; w drodze powrotnej znowu usiadła na schodkach i nie dała się oderwać od widoku pól ryżowych, zaatakowanych przez zarazę moskitów pustych stepów i gór płonących czerwienią. Odtąd zawsze siedzi na swoich schodkach podczas przejazdu przez deltę Nilu z Aleksandrii do Kairu, tak samo jak w kolejce wąskotorowej w górach Libanu albo w drodze z Konstantynopola do Teheranu. Zawsze siedzi na schodkach, ogląda świat i śpiewa. Od czasu do czasu pozwala, by ktoś z rodzeństwa posiedział przy niej chwilę. Ale potem znowu chce być sama.
W Kilchbergu uderza w jej nozdrza zapach czekolady, za plecami przesuwa się fabryka firmy Lindt & Sprüngli umieszczona w okazałym pałacu. Po jeziorze krąży parę żaglówek, w przystani cumuje parowiec kołowy. Poranne mgły już się ulotniły. Niebo jest bladoniebieskie. Łąki na przeciwległym brzegu, ponieważ ziemi nie ściął jeszcze mróz, są zbyt zielone jak na tę porę roku. Z oparów, które zasnuwają początek jeziora, wyłania się miasto. Tory zakreślają długi łuk i łączą się z czterema, ośmioma, dwudziestoma innymi ciągami szyn, które zbiegają się ze wszystkich kierunków, żeby na końcu poprowadzić do dworca głównego.
Bardzo możliwe, że podczas wjazdu do miasta dziewczynie rzucił się w oczy młody człowiek, który w listopadzie tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku często siadywał między szynami na rampie przeładunkowej, przy szarej niszczejącej hali towarowej, żeby obserwować wjeżdżające i wyjeżdżające pociągi i rozmyślać nad swoim dalszym życiem. Wyobrażam sobie, jak mnie czapkę w dłoniach, kiedy Orient Express przejeżdża obok niego, i że wpada mu w oko dziewczyna w ostatnim wagonie, która przy sposobności lustruje go z zainteresowaniem.
Chłopak niezbyt pasuje do tej rampy i hali towarowej. W każdym razie nie jest manewrowym ani robotnikiem torowym, bagażowym też nie. Nosi pumpy i tweedową marynarkę, a jego buty błyszczą w jesiennym słońcu. Proporcjonalna twarz świadczy o tym, że miał beztroskie lub przynajmniej nieobfitujące w katastrofy dzieciństwo. Skórę ma gładką, oczy, nos, usta i podbródek są uporządkowane prostokątnie jak okna i drzwi w budynku. Brązowe włosy z akuratnym przedziałkiem. Może trochę zbyt akuratnym.
Dziewczyna widzi, że jego wzrok podąża za nią i że on na nią patrzy tak, jak mężczyzna patrzy na kobietę. Mężczyźni tak na nią patrzą dopiero od niedawna. Zazwyczaj spostrzegają wtedy szybko, jaka jest jeszcze młoda, i odwracają się zażenowani. Ten wydaje się tego nie zauważać. Chłopak jej się podoba. Wygląda na silnego i zgodnego. I niegłupiego.
On podnosi dłoń w geście pozdrowienia, ona je odwzajemnia. Nie macha przy tym całą ręką jak dziewczyna ani pojedynczo każdym z pięciu palców jak kokota, tylko jakby niedbale unosi rękę. On uśmiecha się, ona odwzajemnia uśmiech.
Potem tracą się nawzajem z oczu i już nigdy się nie zobaczą, to dla dziewczyny jasne. Jest doświadczoną podróżniczką i wie, że zazwyczaj ludzie spotykają się tylko raz, ponieważ każda rozsądna podróż przebiega możliwie po linii prostej od punktu wyjścia do celu, a dwie proste według praw geometrii nie przecinają się dwukrotnie. Ponowne spotkania zdarzają się jedynie między mieszkańcami wiosek, dolin i wysp, którzy przez całe życie chodzą tymi samymi ścieżkami i dlatego wciąż wpadają na siebie.
Młody człowiek na rampie przeładunkowej nie jest wprawdzie mieszkańcem wioski ani wyspy, bo urodził i wychował się w Zurychu i jest znakomicie obeznany ze ścieżkami miasta, ale chętnie zobaczyłby znowu tę dziwną dziewczynę w otwartych drzwiach. Jeśli wysiądzie w Zurychu, to jeszcze ją zobaczy, jest tego pewien. A jeśli nie, to nie.
Ma dziewiętnaście lat, przed czterema miesiącami zdał maturę. Teraz musi się zdecydować na jakieś studia. Czas nagli, semestr już się zaczął. Nazajutrz o jedenastej upływa termin immatrykulacji.
Ojciec chciałby, żeby studiował budowę maszyn lub inżynierię. ETH, czyli Politechnika Federalna w Zurychu, ma wyśmienitą reputację, a na skraju miasta stoją najlepsze zakłady przemysłowe świata. Brown i Boveri w Baden budują najlepsze turbiny na świecie, Sulzer w Winterthurze konstruuje najlepsze maszyny tkackie i silniki dieslowskie, fabryka maszyn w Oerlikonie najlepsze lokomotywy. Idź na budowę maszyn, mówi ojciec, jako technik będziesz miał zapewnioną beztroską przyszłość.
Sam ojciec nie jest technikiem, tylko handluje zbożem. Handel zbożem z Europą Wschodnią to już przeszłość, mówi ojciec, możesz o nim zapomnieć. Granice są szczelne, cła wysokie, a bolszewicy mają nie po kolei w głowie, z nimi nie da się robić interesów. Zboże było dobre dla twojego dziadka, który się na nim dorobił. Pszenica z Ukrainy, ziemniaki z Rosji, na poprawę humoru trochę węgierskiego czerwonego wina i bośniackich suszonych fig. Wtedy to były dobre czasy, kolej żelazna była już zbudowana, a nacjonalizm nie odgrywał jeszcze takiej roli i będąc Żydem, dało się od biedy żyć pod panowaniem rozpadających się imperiów. Szkoda, że nigdy nie widziałeś naszego domu w Pilźnie. Twój dziadek wierzył jeszcze w handel zbożem, dlatego posłał mnie tu do Zurychu. Posłuchałem go, przyjechałem i zostałem obywatelem szwajcarskim, ale już wtedy nie wierzyłem w ten handel. Teraz jestem tutaj i ciągnę ten wózek dalej, jak długo się da. Dla mnie i twojej matki na pewno jeszcze wystarczy.
Ale ciebie, mój synu, ukraińskie zboże już nie wyżywi i dlatego radzę ci: idź na budowę maszyn. Dzisiaj wszystko robią maszyny. Maszyny wysiewają, zbierają i mielą zboże, maszyny pieką chleb, maszyny zajmują się ubojem naszego bydła i maszyny budują domy. Muzyka wydobywa się z automatów, zbudowanych z kolei przez inne automaty, a obrazów nie robi już malarz, lecz aparat fotograficzny. Tylko patrzeć, a będziemy potrzebowali aparatów także do miłości i mieć czyste, bezszelestne maszyny do umierania; także usuwaniem po cichu trupów zajmą się dyskretne urządzenia i nie będziemy już czcić Pana Boga, ale maszynę lub nazwisko jej producenta, a Mesjasz, który przyniesie światu pokój i odbuduje świątynię w Jerozolimie, nie będzie synem plemienia Judy, tylko maszyną albo jej konstruktorem. Świat stał się jedną wielką maszyną, mój synu, dlatego radzę ci: idź na ETH i rób budowę maszyn.
Syn słucha i kiwa głową, gdyż jest grzecznym synem, który okazuje ojcu należny respekt. W duchu myśli sobie jednak: Nie, nie będę robił budowy maszyn. Znam tę maszynę. Wolę już w życiu nic nie robić niż służyć jej pomocą. Jeśli cokolwiek będę robił, to będzie to coś zupełnie niepotrzebnego, bezużytecznego, coś, czego maszyna absolutnie nie będzie mogła sobie podporządkować.
Chłopak obserwował z daleka siejącą spustoszenie maszynę przez pół dzieciństwa i młodość. Nie miał jeszcze dziewięciu lat, gdy ojciec przy śniadaniu podał mu nad stołem "Neue Zürcher Zeitung" z nagłówkiem z Sarajewa, i od tego czasu czytał codziennie wiadomości znad Mozy, Marny i Sommy. Sprawdził w atlasie, gdzie leżą Ypres, Verdun i Chemin des Dames, powiesił w swoim pokoju nad łóżkiem mapę Europy i wbijał w nią szpilki, a w zeszytach w kratkę prowadził statystyki, sumując zabitych najpierw w tysiącach, potem w setkach tysięcy, na końcu zaś w milionach. Nigdy jednak nie udało mu się odkryć sensu w tych wszystkich zabójstwach. Ani nawet logiki. Ani przekonującej przyczyny. Ani choćby porządnego powodu.
Żeby się pocieszyć, grał godzinami na pianinie w salonie rodziców. Nie był szczególnie uzdolnionym uczniem. Niemniej kiedy palce stały się posłuszne, szczególnie polubił Wariacje Goldbergowskie Bacha, których spokojna, niezawodna i przewidywalna mechanika przywodziła mu na myśl galaktyczny balet planet, słońc i księżyców.
Był samotnym dzieckiem, jak relacjonował dziesiątki lat później w spisanych ręcznie wspomnieniach. W szkole podstawowej dręczyli go koledzy, ponieważ mówił dialektem szwajcarskim z czeskim akcentem, a nauczyciel wciąż przypominał klasie, że Felix należy do złej, obcej rasy.
Jego opiekunką i najbliższą powierniczką była starsza o trzy lata siostra Clara. Kiedy zmarła w drugim roku wojny, bo prawą stopą nastąpiła na zardzewiały gwóźdź, pogrążył się na lata w bezdennej melancholii. Wprawdzie lekarze uzbrojeni w swoją wiedzę z początków dwudziestego wieku potrafili dość dokładnie wyjaśnić, co się działo w ciele Clary - zakażenie bakteryjne, sepsa, w końcu zapaść - lecz ich sztuka nie znała jeszcze terapii, która mogłaby zapobiec jej bezsensownej i banalnej śmierci w wielkich mękach. W następnych miesiącach znacznie obniżył swoje wyniki w nauce w gimnazjum. Dlaczego miałby się wysilać na lekcjach biologii i chemii, jeśli nauka w decydującym momencie okazała się bezużyteczna? Po co miałby się w ogóle uczyć czegoś, jeśli wiedza była nieprzydatna?
Przyjemność sprawiały mu jedynie lekcje matematyki ze sprawdzalnymi, pozbawionymi bezpośredniego zastosowania grami umysłowymi. Równania z wieloma niewiadomymi, trygonometria, badanie krzywych. Dla młodzieńca było wręcz objawieniem, że w świecie, który się rozpadł, istnieje coś tak klarownego i pięknego jak wzajemne relacje liczb między sobą. Podczas ferii jesiennych w październiku tysiąc dziewięćset siedemnastego roku spędził cały tydzień na wyliczeniu długości jednego dnia, używając do tego celu następujących danych: prędkość obrotowa Ziemi, kąt nachylenia jej osi względem Słońca oraz szerokość geograficzna Zurychu. Następnego dnia zmierzył zegarkiem kieszonkowym czas od wschodu do zachodu słońca i nie posiadał się ze szczęścia, gdy pomiar zgodził się z jego wyliczeniami. Stwierdzenie, że zrealizowana przez niego myśl - w postaci trygonometrycznego obliczenia - ma coś wspólnego z rzeczywistym światem, a nawet jest z nim zgodna, napełniło go przeczuciem harmonii między duchem a materią, które miało go już nie opuścić do końca życia.
W latach wojny młodzieńca najbardziej wytrącało z równowagi to, że jego gazetowa wiedza o świecie pozostaje w jaskrawej sprzeczności z codziennym doświadczeniem empirycznym. Kiedy patrzył przez okno swojego pokoju przy Seehofstrasse, nie widział w dole fizylierów biegnących przykopami ani zabitych koni leżących w lejach po bombach, ale dobrze odżywione służące, które niosły do domu torby pełne zakupów, i rumianolice dzieci bawiące się na bruku szklanymi kulkami. Widział taksówkarzy, którzy stali w grupce, paląc papierosy i czekając na klientów z Opery, i widział drzemiących dorożkarzy na koźle przed zadami drzemiących koni oraz chodzącego od drzwi do drzwi wędrownego szlifierza. Na Seehofstrasse panował taki spokój, że nie pokazywała się tu nawet policja. Ta spokojna ulica położona była w sercu spokojnego miasta, które z kolei leżało w sercu niewyobrażalnie spokojnego kraju. A rolnicy tego kraju, postępując za pługiem, odkładali skiby w odziedziczonej po przodkach ziemi aż po horyzont, za którym odbywała się wielka europejska ludzka rzeź. Ale tylko w wyjątkowo ciche noce zza Renu i Schwarzwaldu słychać było pomruk dział na froncie niemiecko-francuskim.
Pomruk ten prześladował go przy zasypianiu, a we śnie przeradzał się w ogłuszający ryk. We śnie brodził w potokach krwi płynących po poszarpanej wybuchami ziemi, a po przebudzeniu podczas śniadania czytał w "Morgenblatt" z bezradnym przerażeniem, jak wojenna maszyna przeoruje kontynent i przywłaszcza sobie wszystko pod słońcem, co w jakikolwiek sposób może jej się przydać. Połykała mnichów i wypluwała ich z powrotem jako kapelanów polowych, z psów pasterskich robiła kundle szwendające się przy grobach, z pionierów lotnictwa - pilotów bojowych, ze strażników łowieckich - snajperów, z pianistów - muzyków orkiestr wojskowych, z pediatrów - rzeźników skierowanych do służby w lazaretach, z filozofów - podżegaczy wojennych, a z poetów przyrody - piewców krwawych jatek. Dzwony kościelne przetopiono na armaty, a soczewki lornetek operowych wmontowano w celowniki optyczne, statki wycieczkowe przerobiono na transportowce, psalmy na hymny narodowe. Krosna w Winterthurze nie tkały już jedwabiu, lecz drelich na mundury, a turbiny w Baden nie wytwarzały prądu na oświetlenie bożonarodzeniowe, ale do lokomotyw elektrycznych z Oerlikonu, które nie przewoziły już turystów do Engadyny, tylko węgiel i stal do wielkich pieców i odlewni elementów uzbrojenia.
Po tysiącu pięciuset dniach, tuż przed trzynastymi urodzinami Felixa Blocha, maszyna z braku paliwa zaczęła się krztusić i niechętnie, ale się zatrzymała. Od tej pory zachowywała się w miarę spokojnie, to prawda, już jednak powarkuje; niebawem znów będzie szarpać i zgrzytać, i prędzej czy później jej koła zamachowe zaczną się na nowo obracać, a jej zęby rozdrabniające wbijać się z powrotem w krajobrazy i ciała oraz dusze ludzi.
Możliwe, że maszyny nie da się już zatrzymać, mówi do siebie młody człowiek, ale mnie ona nie dopadnie. Ja nie przyłożę ręki, nie będę studiował budowy maszyn. Będę robił coś całkowicie bezużytecznego. Coś pięknego i niepotrzebnego, czego maszyna na pewno nie zdoła sobie przywłaszczyć. Coś takiego jak Wariacje Goldbergowskie. Na pewno coś się znajdzie. W każdym razie nie pójdę na ETH. Nie będę robił budowy maszyn, choćby ojciec zdarł sobie gardło. Prędzej zostanę woźnicą w browarze.
Hardo odpycha się od ściany, zdecydowany na rebelię zeskakuje z rampy przeładunkowej. Ale zanim wyląduje na szutrze, traci odwagę i opuszcza go zdecydowanie, a kiedy stawia pierwsze kroki na chybotliwych płytach dróżki, która prowadzi między torami do hali dworcowej, cicho, lecz niepowstrzymanie niczym gorzki bąbel szampana z wnętrzności przez serce wstępuje do jego głowy przeświadczenie, że jak najbardziej pójdzie na ETH i będzie studiował budowę maszyn - bo po pierwsze nie zniósłby zerwania z ojcem, po drugie z matematyki, fizyki i chemii ma najlepsze oceny, a po trzecie za żadne skarby świata nie przychodzi mu do głowy, co innego mógłby począć ze swoim jednostronnym talentem oprócz studiowania budowy maszyn na ETH.
Między torami pojawia się sygnał pozwalający pociągowi pośpiesznemu do Genewy na wyjazd z hali dworcowej. W jeden z owych pierwszych dni listopada tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku - czy rzeczywiście tego samego dnia, nie da się powiedzieć z całkowitą pewnością - w przedziale pierwszej klasy siedzi artysta malarz Emile Gilliéron. Przyjechał w interesach z Grecji, przez Triest i Innsbruck, do Geislingen pod Ulm, gdzie złożył zlecenie w Wirtemberskiej Fabryce Wyrobów Metalowych. W drodze powrotnej zamierza zrobić wypad nad Jezioro Genewskie, żeby pochować w ojczystej ziemi prochy ojca, który tuż przed siedemdziesiątymi trzecimi urodzinami osunął się martwy pod stół podczas popijawy w pewnej ateńskiej restauracji.
Ojciec również nazywał się Emile Gilliéron, również był artystą malarzem w Grecji, a ponadto sławnym człowiekiem. Jako rysownik towarzyszył Heinrichowi Schliemannowi podczas wykopalisk na terenie dawnej Troi i Myken i zaprojektował serię znaczków dla poczty greckiej, pracował także jako nauczyciel rysunku dzieci z greckiej rodziny królewskiej i zbudował okazały dom mieszkalny ze wspaniałym widokiem na Akropol, a także wychował syna na bardzo przydatnego partnera w interesach. Dlatego w rodzinie było wielkie zaskoczenie, kiedy po otwarciu testamentu wyszły na jaw tylko długi i okazało się, że Gilliéronowie żyli wprawdzie na wysokiej stopie, lecz nieustannie z dnia na dzień.
W dodatkowy kłopot wpędziło rodzinę nieboszczyka wyrażone w testamencie życzenie, że ten pragnie być pochowany w dawnej ojczyźnie nad Jeziorem Genewskim; oficjalna legalna repatriacja zwłok przez granice trzech lub czterech państw wiązałaby się bowiem z poważnymi kosztami i zabiegami administracyjnymi, na które mógłby sobie pozwolić co najwyżej papież, król angielski bądź amerykański magnat z branży kolejowej. W pewnej mierze dałoby się wykonać tylko potajemny transport po uprzednim spopieleniu zwłok. Wprawdzie w ortodoksyjnej Grecji kremacje były zabronione pod groźbą surowej kary, lecz w ateńskiej dzielnicy placówek dyplomatycznych działały przedsiębiorstwa pogrzebowe wyspecjalizowane w obsłudze zagranicznych klientów. Za dodatkową opłatą w dniu pogrzebu przynoszono popowi na cmentarz obciążoną workami z piaskiem, lecz pozbawioną nieboszczyka trumnę, a zwłoki po kryjomu przewożono do konspiracyjnego krematorium.
Emile Gilliéron oświadczył kategorycznie, że nie życzy sobie informacji o dokładnym przebiegu tej usługi, nie chciał wiedzieć, który piekarz, garncarz lub ślusarz udostępnia w nocy swój piec, zanim następnego ranka znów będzie w tym samym piecu wypiekał bułki lub wypalał dzbany na wodę. Dopiero podczas rejsu z Pireusu do Triestu statkiem pocztowym firmy Lloyd Triestino przyszło mu na myśl, że nigdy nie będzie wiedział na pewno, czy jego ojciec został skremowany, czy rzucony rekinom na pożarcie i czy skrzynka po cygarach w jego walizce nie mieści popiołów obcej osoby bądź utłuczonych na mączkę kości ulicznego kundla.
Emile Gilliéron junior jest przystojnym mężczyzną w najlepszym wieku. Jego twarz wyróżnia się w dalszym ciągu młodzieńczo ostrym rysunkiem i złocistobrązową cerą, którą zawdzięcza latom spędzonym z ojcem na wykopaliskach w Knossos, a jego oczy płoną tak samo jak oczy jego włoskiej matki Josephine, która przez całe życie prześladowała ich obu swoją zazdrosną tkliwością. Włosy na głowie i zawadiacko podkręcone wąsy są trochę zbyt czarne, żeby to był ich całkowicie naturalny kolor, nos jest zaróżowiony od wypijanej codziennie butelki armaniaku, a w kącikach ust spoczywa cień goryczy i zawiedzionej ambicji. W Atenach czeka na niego żona Ernesta, która w wolnym czasie na tarasie ich domu maluje urocze obrazy olejne z zawsze tym samym widokiem Akropolu, oraz jego pierworodny syn, który nosi imię Alfred i ma cztery lata.