Etta, Otto, Russell i James - Emma Hooper

-
Proszę czekać

3

Etta śpiewała podczas marszu. Nigdy nie zapominała słów piosenek.

Na skraju równiny patrzymy przed siebie,

Pytając, czemu nie ma deszczu na niebie,

A anioł Gabriel śpiewa nad nami,

Że deszcz jest teraz za chmurami.

Starała się trzymać z dala od dróg, iść polami, na których zaczynały rosnąć zboża. Wiedziała, że farmerzy tego nie lubią, ale na drodze przystawałaby każda ciężarówka, żeby się przywitać i zapytać: dokąd idziesz, co chcesz robić. Zatem trzymała się pól, uważając na młode rośliny. Pola były tutaj rozległe i puste, poza pasącymi się krowami tu i ówdzie, więc śpiewała tak głośno, jak tylko miała ochotę.

Zatrzymała się, żeby coś zjeść w przydrożnej kafejce w Holdfast. Zmienili stoły i krzesła od czasu, gdy była tu ostatni raz, z Almą. Teraz było czyściej i mniej kolorowo. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, kiedy wchodziła do miasta, i nikt nie zauważył, kiedy je opuszczała - poza kelnerką i chłopakiem obsługującym kasę.

Zjadła trzy gołąbki, dwie kromki chleba z masłem i kawałek placka z rabarbarem, zapłaciła i wyszła, niosąc w kieszeni dziesięć jednorazowych saszetek z keczupem i osiem z zielonym sosem. W sosie były warzywa i cukier, a keczup składał się z owoców i cukru, więc mogły się przydać w razie potrzeby.

O zmierzchu zboża zaczęły rzednąć i ziemia stawała się coraz bardziej piaszczysta, aż w końcu całkiem zmieniła się w piasek. I wtedy, gdy słońce zniknęło za pomarańczową linią horyzontu, Etta się zatrzymała; doszła do brzegu jeziora, do samej wody, na tyle blisko, że prawie zmoczyła ją lekka fala. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że po drodze napotka przeszkody, że będzie musiała pokonać rzeki i jeziora, zanim dojdzie do Halifaksu. Wiedziała, że w prowincji Ontario jest pełno jezior. Ale nie spodziewała się ich tak od razu. Usiadła na piasku, parę metrów od brzegu. Dobrze było sobie posiedzieć. Zastanawiała się nad przepłynięciem jeziora. Ile potrzeba na to energii; jak długo można płynąć bez zatrzymania. Położyła się i słuchała drobnej fali, nowego dźwięku. Zamknęła oczy.

O Boże, to pewnie ktoś nieżywy.

Nie!

Nie wiadomo.

Chcesz sprawdzić?

Chodź ze mną.

Jasne.

Kocham cię.

Ja ciebie też. Popatrz, nie jest nieżywa. Oddycha.

Słyszałam, że czasami tak robią, po śmierci.

Kto, trupy? Oddychają?

No.

Nie.

Nie wiadomo.

Nie.

Ettę obudził dźwięk ich kroków, dudniących na piachu, ale trzymała oczy zamknięte, żeby lepiej słyszeć, co mówią, podchodząc do niej. Oddychała płytko. Kiedy spała, jej nogi zagłębiły się w piasku, podobnie jak część tułowia. Ciężar piasku dawał poczucie bezpieczeństwa. Czuła, jak podnosił się wraz z jej oddechem. Jeżeli otworzę oczy, spytają mnie, kim jestem, pomyślała. Ale jeśli nie otworzę oczu, będą sądzili, że nie żyję. Pewnie zadzwonią na policję. Starała się dojść do jakichś wniosków, otworzyć umysł, ciągle z zamkniętymi oczami. Piasek. Dotknięcie piasku. Zmęczenie, które czuła w biodrach. Noc. Głosy. Lekki wiatr. Siostra z czarnymi włosami. Dom w mieście. Papier do pisania. Kartka.

Para nadal zajęta była rozmową, coś odwróciło ich uwagę. Nie otwierając oczu, Etta sięgnęła do kieszeni płaszcza, żeby wyjąć kartkę, której szukała teraz między saszetkami zabranymi z restauracji, osypując z siebie kaskady piasku. Ani dyskretnie, ani niedostrzegalnie. Wreszcie znalazła. Poskładaną. Wyjęła ją i rozłożyła. Teraz już na pewno zorientowali się, że nie jestem nieżywa. Pewnie czekają. Albo się przestraszyli. Otworzyła oczy. Było ciemno, więc musiała przysunąć kartkę blisko twarzy.

Ty:

było na niej napisane.

Etta Gloria Kinnick z Deerdale Farm. Wiek: kończysz 83 lata w sierpniu.

Etta Gloria Kinnick, wyszeptała do siebie. OK. W porządku, OK.

Nie jestem nieżywa, powiedziała do dwójki młodych ludzi stojących w pobliżu, wpatrujących się w nią niespokojnie. Nazywam się Etta Gloria Kinnick. Człowiek nie może oddychać po śmierci.

O Jezu! Chciałem powiedzieć, dobrze! To znaczy, dobry wieczór, powiedział chłopak.

Widzisz? Mówiłam, powiedziała dziewczyna.

Dobrze się pani czuje?, spytał chłopak.

Tak, tak, wszystko w porządku.

Aha, OK, to dobrze.

...

...

Może zaprowadzić panią do domu?

Nie idę do domu. Więc nie, dziękuję.

Jest pani bezdomna?

George!

No co, po prostu nie wygląda, jakby była bezdomna, i tyle.

Nie jestem bezdomna. Tylko nie idę do domu.

A gdzie pani idzie?

Na wschód.

Ale to znaczy, że musi pani przedostać się na drugi brzeg Last Mountain Lake.

Albo obejść dookoła.

Ale ono jest naprawdę długie, wie pani?

Nie wiem. Może tak.

Jest. Mamy mapę w domu. Jest bardzo długie.

...

...

Może pomożemy pani wstać?

Molly i George, nastolatki, które znalazły Ettę, były tutaj na imprezie; oddaliły się po cichu, osobno, najpierw jedno, a po siedmiu minutach drugie, a potem spotkały się sto metrów dalej na plaży, za szopą wędkarską Lambertsów. Wracali właśnie na przyjęcie, jakieś pół godziny później, kiedy natknęli się na Ettę. Teraz, gdy już ją znaleźli, stwierdzili, że nie jest martwa, pomogli jej wstać i otrzepać się z piasku - skierowali się w swoją stronę, z powrotem na zabawę, oboje przesiąknięci zapachem wysuszonych sieci na okonie, ze śladami lin odciśniętymi na plecach.

Hej, wiecie co?, powiedziała Molly.

Co?, spytał George.

Co?, spytała Etta.

Powinna pani pójść z nami. Na imprezę. Niech pani z nami pójdzie.

Tak?, spytał George.

Tak?, spytała Etta.

Tak!, stwierdziła Molly, od razu biorąc Ettę za rękę i kierując się wzdłuż plaży w stronę głosów i światła.

Kochany Otto,

Płynę właśnie łódką. Taką małą, tanim dmuchanym pontonem - na szczęście, bo nie wiem, jak uda mi się go zwrócić właścicielkom, młodszym siostrom bliźniaczkom pewnego chłopca, którego spotkałam wczoraj wieczorem przy ognisku na zachodnim brzegu Last Mountain Lake. Byliśmy tam na imprezie. Jedna z dziewcząt powiedziała, że jestem podobna do jej babci, która już umarła. Powiedziałam jej, że nie jestem akurat niczyją babcią i nie umarłam, a ona stwierdziła, że to się świetnie składa.

Wiosłuję wiosłem, które znaleźliśmy na plaży. Nie wiemy, do kogo należy. Pewnie bliźniaczki nigdy nie chciały wypływać na tyle daleko, żeby potrzebowały wiosła.

Kiedy dopłynę na drugi brzeg, włożę wiosło do łódki i zepchnę ją na wodę, z karteczką: Łódka - własność bliźniaczek McFarlan. Wiosło - właściciel nieznany. Już to napisałam, na serwetce. Mam też zwykły, prawdziwy papier (jak ten), ale nie chcę go zużyć zbyt szybko.

Oprócz łódki i wiosła dzieciaki dały mi też dwa piwa i pół butelki whisky. Przyda się, gdyby zrobiło mi się zimno, powiedziały. To były naprawdę miłe dzieciaki. Niektórzy byli zakochani.

Pamiętaj o zakładaniu kapelusza i jedz szpinak, jak już będzie.

Twoja

Etta.

Otto dostał list pięć dni po dacie umieszczonej w nagłówku. Czyścił właśnie piekarnik według instrukcji zapisanej na pożółkłej kartce:

Potrzebne:

Soda oczyszczona i woda.

Sposób użycia:

Nałożyć, poczekać, zetrzeć.

kiedy list przyszedł z poranną pocztą. Etty nie było już od tygodnia. Pierwszego dnia próbował wyjść w pole jak zwykle, ale nie mógł przestać się oglądać, patrzeć w stronę domu. Jak Russell za swoimi jeleniami.

Przez kolejne dni pracował w warzywniku albo w domu. Bolał go brzuch, jeśli oddalił się bardziej. Przekopał i zagrabił grządki, a następnego dnia zrobił to samo. Grabił równo, rowek przy rowku. Nie posiał niczego, szpinaku ani marchwi, ani rzodkiewek, dopóki Etta nie dotarła do prowincji Manitoba.

1

Otto,

zaczynał się list, napisany niebieskim atramentem.

Wyruszyłam w podróż. Nie widziałam jeszcze nigdy oceanu, więc chcę tam dojść. Nie martw się, nie wzięłam furgonetki. Dam radę na piechotę. Postaram się pamiętać, żeby wrócić.

Twoja (zawsze)

Etta.

Pod listem zostawiła plik kartek z przepisami na wszystkie potrawy, które najczęściej gotowała. Także zapisanych niebieskim atramentem. Żeby wiedział, co jeść, kiedy jej nie będzie. Otto usiadł przy stole i poukładał je obok siebie, każdą osobno. Kolumny i rzędy. Przyszło mu do głowy, żeby włożyć płaszcz, buty i wyjść z domu na poszukiwania; może popytać sąsiadów, czy ktoś widział, którędy szła - ale nie zrobił tego. Siedział dalej przy stole z listem i kartkami. Trzęsły mu się ręce. Położył jedną dłoń na drugiej, żeby je uspokoić.

Po chwili wstał i poszedł po globus. Globus miał żarówkę w środku, podświetlającą linie siatki kartograficznej. Włączył ją i zgasił lampę w kuchni. Postawił globus na drugim końcu stołu, z dala od rozłożonych kartek, i palcem nakreślił drogę. Halifax. Jeśli Etta poszła na wschód, miała do pokonania 3232 kilometry. Jeśli na zachód, do Vancouver - 1201 kilometrów. Ale poszła na wschód, był tego pewien. Czuł, jak skóra na całym ciele ciągnie go w tamtą stronę. Zauważył też, że z szafki zniknęła jego strzelba. Do świtu pozostała jeszcze co najmniej godzina.

***

Otto miał czternaścioro rodzeństwa. Razem z nim było ich w domu piętnaścioro, braci i sióstr. To było w czasach, kiedy pojawiła się grypa i nie chciała minąć, a ziemia była jeszcze bardziej sucha niż zwykle. Banki upadały jeden po drugim i w okolicy umierało więcej dzieci, niż się rodziło. Więc wszyscy starali się o dziecko; z pięciu ciąż zostawało troje niemowląt, z trojga niemowląt jedno dziecko. Prawie wszystkie żony farmerów chodziły w ciąży. W tamtych czasach sylwetka pięknej kobiety była zaokrąglona oczekiwaniem. Matka Ottona była taka sama. Piękna. Zawsze zaokrąglona.

Ale sąsiedzi i ich żony patrzyli na nią nieufnie. To przekleństwo albo łaska boża; to nienaturalne, mówili, gdy spotykali się przy skrzynkach na listy. Bo matka Ottona, Grace, nie straciła żadnego z dzieci. Ani jednego. Każda jej ciąża kończyła się krzepkim noworodkiem, a z każdego noworodka wyrastał równie krzepki maluch, który wśród braci i sióstr ubranych w szare i szarobure piżamy, z młodszym rodzeństwem w objęciach albo trzymanym za rękę, zaglądał do sypialni rodziców, słuchając z powagą jęków dobiegających ze środka.

~

Tymczasem Etta miała tylko jedną siostrę: Almę, z włosami czarnymi jak noc. Mieszkali w mieście.

Pobawmy się w zakonnice, powiedziała któregoś razu Etta po szkole, jeszcze przed kolacją.

Dlaczego w zakonnice?, spytała Alma. Zaplatała właśnie włosy Etty w warkocze, zupełnie zwyczajne włosy, brązowe jak krowi placek.

Etta pomyślała o zakonnicach, które czasem widywała na przedmieściach, chodzące święto-duchowo między sklepami a kościołem. Czasami koło szpitala. Były zawsze takie czyste w czarno-białych strojach. Popatrzyła na swoje czerwone buciki. Niebieskie sprzączki. Niezapięte. Bo są piękne, powiedziała.

Coś ty, Etta, odparła Alma, zakonnice nie powinny być piękne. Ani nie mają żadnych przygód. Nikt o nich nie pamięta.

Ja pamiętam, powiedziała Etta.

A zresztą, dodała Alma, ja może wyjdę za mąż. I ty też.

Nie, powiedziała Etta.

Nie wiadomo, powiedziała Alma. Schyliła się i zapięła jej but. A poza tym co z przygodami?

Trzeba mieć przygody, zanim się będzie zakonnicą.

A potem trzeba przestać?, spytała Alma.

A potem trzeba przestać.

2

Pierwsze pole, przez które rano przeszła Etta, należało do nich. Do niej i Ottona. Gdyby miała być rosa, to wisiałaby teraz kroplami na źdźbłach pszenicy. Ale Etta czuła na nogach tylko suchy kurz. Ciepły, suchy pył. Przeszła całą ich ziemię bardzo szybko, zanim jej nogi zdążyły się na dobre przyzwyczaić do butów. Dwa kilometry zrobione. Następne było pole Russella Palmera.

Etta nie chciała, żeby Otto widział, jak opuszcza dom, dlatego wyszła tak cicho i wcześnie. Ale Russell jej nie przeszkadzał. Wiedziała zresztą, że nie dotrzymałby jej kroku, nawet gdyby chciał.

Jego gospodarstwo było o dwieście hektarów większe, a dom był wyższy niż ich, chociaż Russell mieszkał sam i niemal bez przerwy był na dworze. Tego ranka stał między swoim domem a granicą farmy, pośrodku młodego zboża. Stał i rozglądał się. Minęło prawie piętnaście minut, zanim Etta do niego doszła.

Dobry dzień na obserwację, Russell?

Jak zwykle. Na razie nic nie było.

Nic?

Nic ciekawego.

Russell wypatrywał jeleni. Był już za stary, żeby pracować w gospodarstwie, wynajmował do tego ludzi, więc zamiast pracować, obserwował jelenie. Od wschodu słońca przez jakąś godzinę, a potem godzinę przed zachodem. Czasami widział jakiegoś. Ale zazwyczaj nie.

To znaczy nic oprócz ciebie. Może je spłoszyłaś.

Może. Przykro mi.

Kiedy rozmawiali, Russell rozglądał się dookoła, spoglądał to na Ettę, to znowu wokoło, nad jej głową. Ale teraz przestał i popatrzył na nią.

Przykro ci?

Z powodu jeleni, Russell, tylko z powodu jeleni.

Na pewno?

Tak, na pewno.

Aha, OK.

Pójdę teraz dalej, Russell. Powodzenia z jeleniami.

OK. Miłego spaceru. Do zobaczenia i pozdrów Ottona. I jelenie, jeśli jakieś spotkasz.

Jasne. Dobrego dnia, Russell.

Dla ciebie też, Etta. Wziął w ręce jej dłoń, z widocznymi żyłkami, postarzałą, podniósł do ust i pocałował, trzymając przy twarzy przez jedną, dwie sekundy. Będę tutaj, gdybyś czegoś potrzebowała, powiedział.

Wiem, odparła Etta.

OK. To na razie.

Nie spytał: gdzie idziesz ani dlaczego gdzieś idziesz. Odwrócił się w kierunku, z którego mogły nadejść jelenie. Etta ruszyła dalej, na wschód. W plecaku, w kieszeniach i na ramieniu niosła:

Cztery zmiany bielizny

Jeden ciepły sweter

Trochę pieniędzy

Trochę kartek, w większości czystych, ale jedną z adresami i jedną z nazwiskami

Ołówek i pióro

Cztery pary skarpet

Znaczki

Ciastka

Mały bochenek chleba

Sześć jabłek

Dziesięć marchewek

Trochę czekolady

Wodę w butelce

Mapę w plastikowym worku

Strzelbę Ottona, z nabojami

Małą rybią czaszkę

***

Sześcioletni Otto sprawdzał, czy w metalowej siatce dookoła kurnika nie ma dziur wystarczających dla lisa. Lisy umiały przecisnąć się przez każdy otwór większy niż jego pięść, nawet częściowo pod ziemią albo całkiem wysoko. Kiedy znajdował dziurę, wciskał w nią dłoń, udając, że jest lisem. Kury wtedy uciekały, chyba że był z nim Wiley; obowiązkiem Wileya było rzucanie kurom ziarna. Ale Otto akurat był sam i kury bały się jego pięści. Jestem lisem! Otto objął kciukiem zwinięte palce i poruszał nim jak lisim pyszczkiem. Jestem lisem, wpuśćcie mnie, wciskał dłoń powoli, ale nieubłaganie, jak lis, jak lisi nos. Jestem głodny i was zjem. Otto był głodny. Prawie zawsze chodził głodny. Czasami zjadał trochę kurzego ziarna, dobrego do żucia. Jeśli Wileya akurat nie było.

Sprawdził już prawie całe ogrodzenie, kiedy trzyipółletnia Winnie przyszła do niego, ubrana w same ogrodniczki, bez koszulki. Otto włożył jej rano koszulkę, ale było gorąco i musiała ją ściągnąć. Obiad, powiedziała. Podeszła na tyle blisko, żeby ją usłyszał, ale nie bliżej; bała się kur. Otto, powtórzyła. Czas na obiad. Potem poszła szukać Gusa, żeby powiedzieć mu to samo. Taki miała obowiązek.

Oprócz imienia każde dziecko w rodzinie Ottona miało swój numer, żeby łatwiej było je rozpoznać. Marie-1, Clara-2, Amos-3, Harriet-4, Walter-5, Wiley-6, Otto-7 i tak dalej. Marie-1 była najstarsza. To ona wpadła na pomysł numerowania.

1?

Jest.

2?

Jest.

3?

Tutaj.

4?

Jest, tutaj.

5?

Jest, jest, cześć.

6?

Obecny.

7?

Tak, proszę.

8?

Obecny.

9?

Tutaj!

Wszyscy zawsze byli obecni. Nikt nie opuszczał obiadów ani kolacji.

Dobrze, powiedziała matka Ottona, wszyscy są. Każdy ma umyte ręce?

Otto skwapliwie kiwnął głową. Miał czyste ręce i był strasznie głodny. Pozostali także przytaknęli. Ręce Winnie były bardzo brudne, wiedzieli o tym, ale wszyscy pokiwali głowami, łącznie z Winnie.

Dobrze, powiedziała ich matka, opierając chochlę na zaokrąglonym brzuchu, zupa!

Wszyscy pobiegli do stołu, każdy do swojego krzesła. Ale dzisiaj nie było miejsca dla Ottona. A raczej było, ale siedział na nim ktoś inny. Jakiś chłopiec. Nie brat. Otto popatrzył na niego, a potem sięgnął po swoją łyżkę, leżącą przed chłopcem na stole.

To moja, powiedział.

OK, odparł chłopiec.

Otto złapał swój nóż. To też moje, powiedział znowu. I to, dodał, łapiąc pustą jeszcze miskę.

OK, odparł znowu chłopiec.

Nie powiedział już nic więcej i Otto nie miał pojęcia, co dalej robić. Stał za krzesłem, starając się nie upuścić swoich rzeczy, powstrzymując się od płaczu. Znał zasady. Nie wolno zawracać głowy dorosłym sprawami dzieci, chyba że jest krew albo chodzi o jakieś zwierzę. Matka obchodziła stół dookoła, zatrzymując się przy każdym dziecku, z garnkiem i chochlą, więc Otto, który trzymał w dłoniach swoją miskę i cicho płakał, musiał czekać, aż do niego dojdzie. Obcy chłopiec tylko patrzył przed siebie.

Matka Ottona nalewała dokładnie jedną chochlę zupy do każdej miski. Dokładnie po jednej na dziecko, aż zatrzymała się na chwilę i:

Ty nie jesteś Otto.

Nie, nie jestem.

Ja jestem Otto, tutaj.

Więc kto to jest?

Nie wiem.

Jestem od sąsiadów. Jestem strasznie głodny. Nazywam się Russell.

Przecież Palmerowie nie mają dzieci.

Mają bratanka. Jednego. To ja.

Matka Ottona zastanowiła się przez chwilę. Clara-2, powiedziała wreszcie, podaj, proszę, z szafki jeszcze jedną miskę.

***

Do niedawna rodzice Russella mieszkali w mieście, w Saskatoon, i do niedawna Russell mieszkał tam z nimi. Ale pięć tygodni wcześniej banki ogłosiły całkowite bankructwo, w gazetach, żeby wszyscy się na pewno dowiedzieli, jeśli jeszcze nie zdążyli zauważyć, i po dwóch tygodniach ojciec Russella, właściciel sklepu w samym środku miasta, gdzie sprzedawał wszystko: narzędzia, landrynki, bawełniane płótno na metry, zrobił się jakiś blady, potem zaczęło mu się kręcić w głowie, potem musiał usiąść, potem się położyć, a potem pocił się i pocił, a Russell przynosił tyle zimnej wody z kuchni, w największym emaliowanym dzbanku, który dźwigał po schodach, przyciskając z całej siły do siebie, zimny i ciężki, i wnosił do sypialni, gdzie leżał ojciec, najpierw sam, a potem, niedługo, z lekarzem stojącym nad łóżkiem, a potem, niedługo później, z lekarzem i księdzem, podczas gdy matka Russella gotowała dla wszystkich i próbowała sobie poradzić z "tymi przeklętymi papierami", aż wreszcie, po kolejnym tygodniu, kiedy Russell niósł już dwunasty dzbanek wody z kuchni, tak zimny na jego brzuchu i piersiach, zimnem, które niemal paliło mu skórę, jego ojciec poddał się i umarł. Matka westchnęła i włożyła czarną sukienkę, tę ze sztywnym koronkowym kołnierzykiem, a potem zamknęła sklep na dobre i znalazła sobie pracę stenotypistki w Reginie.

Przez część drogi Russell jechał razem z nią. Nigdy wcześniej nie jechał pociągiem. Za oknem migały krowy chude jak patyki. Russell miał ochotę wychylić się i otworzyć oczy jak najszerzej, żeby wiatr wysuszył je całkiem, na zawsze. Ale okno nie dawało się otworzyć. Więc zamiast tego Russell wodził palcem po kołnierzyku matki, wzdłuż wijących się wzorów koronki, i pozwolił swoim oczom na płakanie. Niemal dokładnie między Saskatoon a Reginą pociąg zatrzymał się i Russell wysiadł, a jego matka nie. Będzie ci się podobało w gospodarstwie, powiedziała. Na wsi jest lepiej.

OK, powiedział Russell.

Naprawdę jest lepiej, powtórzyła matka.

OK, powtórzył Russell.

I niedługo się zobaczymy, pamiętaj, powiedziała.

Tak, odparł Russell. OK.

Wujek i ciotka Russella czekali na niego na peronie. Zrobili mały transparent z dna skrzynki na mleko. Było na nim napisane: WITAJ WDOMU RUSSEL! Chociaż bardzo chcieli, nie mieli własnych dzieci.

~

Tego samego roku, w którym również Etta skończyła sześć lat, w ogóle nie spadł deszcz, ani razu. To było dziwne, to było bardzo niedobre, ale jeszcze gorszy był fakt, że nie spadł także śnieg. W styczniu można było wyjść za miasto, w wysokie trawy, i wszystko wyglądało jak latem, żadnych płatków ani szronu. Ale kiedy dotknęło się traw albo kiedy ptak próbował na nich przysiąść, źdźbła kruszyły się od razu, przemarznięte i łamliwe. Alma zabrała Ettę na spacer do strumienia, a raczej do miejsca, gdzie kiedyś płynął strumień. Patrzyły na rybie szkielety leżące na dnie suchego łożyska, jaśniejące najbielszą bielą. Jeżeli w kostkach znajdowały się dziurki wydrążone przez owady, dziewczynki zabierały je do domu jako materiał na naszyjniki. Czaszki oczywiście zawsze miały otwory, ale siostra Etty nie chciała z nich robić korali.

Mogą znowu ożyć, kiedy dotkną twojej skóry, powiedziała. I zacząć mówić. Zostaw je.

Dobrze, powiedziała Etta. Ale kiedy Alma była odwrócona, wsunęła kilka mniejszych czaszek do rękawiczek, z wierzchu, tak żeby móc swobodnie zginać palce.

Zimno ci w uszy?, spytała Alma.

Trochę, powiedziała Etta. Chociaż wcale nie było jej zimno. Trzymała rękawiczki przy uszach, żeby sprawdzić, czy będzie już coś słychać, czy usłyszy głosy rybich czaszeczek. Chciała zobaczyć, czy dotknięcie skóry jej dłoni wystarczyło, żeby je obudzić, żeby zaczęły mówić. Tego dnia wiatr świszczał naprawdę głośno, ale kiedy Etta przycisnęła policzek do wełnianej tkaniny wystarczająco mocno, coś się odezwało. Jakieś szepty.

Po jakiemu mówią ryby?

Alma ścierała pył ze ślicznej ości, niemal całkowicie przezroczystej; nie podniosła wzroku. Pewnie po francusku, odparła. Jak babcia.

Etta przycisnęła rękawiczki do uszu i cichutko zapytała: Czy powinnam być zakonnicą?

Zawiał wiatr i ze środka rękawiczek dobiegło: Non, non, non.