Dziennik 1946-1949, 1966-1971 - Max Frisch

-
Proszę czekać

1946

Zurych, Café de la Terrasse

Wczoraj w drodze do pracowni napotykam na chodniku tłumek zachodzący nawet na jezdnię; wszyscy wyciągają szyje, pośrodku czasem zaśmieje się ktoś niewidoczny -

Aż się zjawia policjant.

Pyta, co się stało, a ponieważ nie wiemy, wkracza w tę gromadę, nie jakoś nieuprzejmie, ale stanowczo, jak jego urząd nakazuje. Tak nie można, powtarza. Tak nie można! Pewnie ze względu na ruch uliczny -

Nagle tamten:

Stojący pośrodku młody człowiek, wysoki, blady, dosyć biednie ubrany, ale, zdaje się, nie żebrak; pełen jest dziecięcej pogody i swobody, przy nim leży otwarta walizka, a w walizce, jak teraz widać, same marionetki. Jednego ludzika z drewna właśnie wyjął, trzyma go na nitkach, tak żeby ten mógł spacerować prosto po chodniku, i nie przejmuje się policjantem - a ten przez chwilę wygląda na bezradnego:

- Co to ma znaczyć?

Młody człowiek, bynajmniej nie zbity z tropu, dalej pokazuje, jak poruszać poszczególnymi kończynami, i nawet policjant, który ma miłą twarz hodowcy pszczół, zatknąwszy kciuk za pasek, przez okamgnienie z uśmiechem się temu przygląda.

- Co to ma znaczyć?

Na co tamten, nie odrywając wzroku od lalki, z uśmiechem, bo przecież każdy widzi odpowiedź:

- To Jezus Chrystus.

Policjant:

- Tak nie można... Tutaj nie... Tak nie można...

Marion i marionetki

Andora to mały kraj, nawet bardzo mały, i choćby dlatego żyjący w nim naród jest osobliwy, równie nieufny, jak ambitny, nieufny wobec wszystkiego, co z jego dolin. Andorczyk, który cechuje się bystrym umysłem i dzięki temu wie, jak mały jest jego kraj, czuje zawsze lęk, że mógłby zatracić kryteria. Lęk zrozumiały, lęk dożywotni, lęk chwalebny, lęk śmiały. Czasem to dla Andorczyka nawet jedyny sposób na wykazanie się bystrością umysłu. Stąd andorskie godło: heraldyczna twierdza, a w niej uwięziony wężyk, co jadowitą paszczą zjada własny ogon. Herb to ładny, herb uczciwy; wskazuje na stosunek jednego Andorczyka do drugiego, niemiły jak to zwykle w małych krajach.

Ta nieufność -

Ten andorski lęk, że biorąc kogoś z Andorczyków poważnie, wyjdzie się na prowincjusza; nic bardziej prowincjonalnego niż ten lęk.

Swoje lalki Marion wystrugał, kiedy chorował. Ponieważ chorował - ten długi czas. Strugał je z drewna lipowego, bo drewno lipowe najmniej się łupi; nie jest twarde ani harde, nie ma sęków, gdzie utknąłby nóż. Kiedy indziej grozi właśnie utknięcie przy sęku, wtedy nagle nóż odskakuje i znowu wszystko zmarnowane, śladu nosa. Drewno lipowe jest usłużne, jest wierne, i ta jego jasność, spokój słoi - naprawdę zasługuje na pochwałę.

Kiedy wbijał w ścianę trzeci gwóźdź, żeby powiesić na nim marionetkę, trzecią już, pielęgniarka zapytała go, co chce tymi cudeńkami odegrać, jaką sztukę...

Oto jest pytanie.

Wzięła lalkę do ręki:

- Ten to wygląda jak Jezus Chrystus.

Owszem, pomyślał Marion - a cała reszta?

Poncjusz Piłat -

Judasz -

Najpierw Marion gra dla biednych z tej wsi. Przy czym wcale nie zadaje pytania, dlaczego ludzie bywają biedni albo nie; czy kryje się za tym, czy nie kryje krzywda. Gra dla nich nie ze współczucia. Wystarczy mu, że sprawia radość, co z kolei sprawia radość jemu. Robi to bez żadnych oczekiwań, żadnych ambicji, żadnej świadomości...

Któregoś dnia odkrywa go jeden z kuracjuszy.

Jakiś pan z monoklem -

Cesario, andorski opiniotwórca numer jeden.

Warto by opowiedzieć wzruszającą i zarazem pocieszającą scenę, kiedy Marion próbuje wytłumaczyć starej matce, co znaczy dostać od Cesaria list. Czyta ten list na głos. Oto zaproszenie od Cesaria. Czyta jeszcze raz. A matka pyta, drżąc, jak drży biedaczka, cóż począć, cały boży dzień:

- Jak się nazywa ten pan?

Granico sławy...

Ale choć matka tego nie rozumie, Marion jak miał jechać do miasta, tak jedzie - on, który bierze za dobrą monetę wszystko, co mu powiedzą. Stoi w otwartym oknie wagonu i macha ręką, jeszcze długo, włosy mu się rozwiewają, na pola w jego rodzinnych stronach opada dym, chmury bursztynu, bo jest słoneczny poranek i Marion jedzie do miasta - z Jezusem Chrystusem w walizce.

W kawiarni, gdzie Cesario każe na siebie oczywiście czekać, Marion pokazuje swoje lalki jednej z kelnerek. Podchodzą też inni, to ich bawi, i życzą sobie widzieć, jak taka marionetka chodzi po ziemi -

Aż się zjawia tamten policjant:

- Tak nie można.

Dlaczego nie?

Cesario jest w niezręcznej sytuacji; wyjmuje z oka monokl i wycierając go, udaje, że bez monokla nie może mówić, przez co Marion nie doczeka się odpowiedzi na swoje pytanie.

Jego zdumienie tym, że każdy zachowuje się trochę inaczej, kiedy kto inny siądzie przy stoliku. Tych ludzi się nie rozgryzie, i przez następne tygodnie Marion przeżywa coś jak sen o szachach: ledwo spróbuje sięgnąć po jakąś figurę, ta już zmienia kolor -

W jednym z listów pisze tak:

"Nieraz nabieram przekonania, że się ze mnie naigrawają i tyle. Wyzłośliwiają się nad jakimś malarzem, którego nie znam, nazywają go szarlatanem i tak dalej, i w tym samym tygodniu, kiedy znów idę do tej kawiarni, natykam się na nich, a oni popijają, popalają i zabawiają się rozmową, bystrą, poważną i świetną. I co tu ktoś taki jak my ma powiedzieć, żeby w kółko nie milczeć? Też się wyzłośliwiam nad malarzem, którego znam tylko z ich słów, i pytam nieznajomego, czy zna tego szarlatana, a okazuje się, że to on i że szarlatanem jestem ja".

Rosnąca w nim potrzeba niebrania więcej udziału w tym wszystkim; obojętne, kto będzie siedział przy stoliku, Marion chce ludziom możliwie otwarcie powiedzieć, co myśli. Jego błąd polega na przekonaniu, że to każe im postąpić tak samo...

Po śmierci pewnej bardzo bogatej Andorki świat mówił o niej "osoba wielkiego serca". Nie mając bowiem innych zajęć ani zadań, robiła mnóstwo dobrego - dary i temu podobne...

Marion tę panią znał.

"Pewne jest", myśli sobie, "że miała nawracające wyrzuty sumienia. Ale kto wie, może już to byłoby wielką pochwałą zmarłej; niewielu spotkałem bogaczy, co zaszli tak daleko".

Czy to powiedział?

I komu?

I czy obojętne było, kto siedzi przy stoliku?

A pewnego razu, kiedy już stawiali krzesła jedno na drugim, Marion jednak ciągle, ginąc w jakimś potopie uczuć, siedział schowany między własnymi łokciami, zlitowała się nad nim któraś kelnerka.

Nie było pięknie -

Nazajutrz rano zobaczył ich wiszących: Mojżesza, Trzech Królów, Chrystusa z lipowego drewna.

I że ciągle brak tylko Judasza.

Jak gdyby go nie znał.

Grono gości u Cesaria.

Ktoś zagrał jakąś sonatę, porywająco, kazano mu powtarzać, a gdy z uśmiechem ukłonił się ostatni raz, na dłużej zapadło milczenie; panie siedziały w długich sukniach, panowie w czerni. Wszyscy byli głęboko poruszeni. Po czym otwarły się drzwi, przesuwne, i udano się do innego pokoju, gdzie były kanapki, wino albo piwo, także herbata dla pań -

Marion był głodny.

- A, więc pan jest poetą? - zapytała pani Trebor, odstawiając filiżankę.

Poczerwieniał.

- Więc pan jest poetą i mówi o sobie jednocześnie "biedaczyna", tego nie rozumiem!

- Nie wszyscy żyją w takim dworku -

- Chodzi o to, że pan nic nie ma? Zazdroszczę panu, jeśli to prawda. Pan może coś, czego my nie możemy: myśleć prawdę, a nawet ją mówić.

Marion wzruszył ramionami:

- Kto stąpa po takich dywanach - odparł - tego stać na bardzo efektowne wyobrażenia o ubóstwie, niewątpliwie.

Trebor, mrużąc oczy, patrzyła przez chmurę dymu z papierosa.

- Widzi pan - powiedziała - ludzie tak często twierdzą, że nic nie mają, tak często pysznią się tym jak pan, a ostatecznie mają jedno: lęki o wszystko, co chcieliby mieć, lęki jak ludzie bogaci, tyle że bez pieniędzy. A jacy oni biedni! Ale ktoś taki nie jest też poetą, mój drogi. Poeta, tak zawsze myślałam, nie ma prawa mieć niczego - nawet lęków.

Uśmiechnęła się, spojrzała na Mariona.

- Bo inaczej co nam z niego przyjdzie?

Wróżka z kanapkami...

A później Marion, zgasiwszy światło, leżał już w łóżku, kiedy to się stało - kiedy dotarło do niego, że postanawia nie mieć więcej żadnych lęków. Wstał, a było po północy, włożył płaszcz i napisał do Trebor, napisał o wszystkim, czego się nasłuchał pod jej nieobecność -

Następny wieczorek już się nie odbył.

Wszystko ma swoje skutki. Nieraz się zdarza wieloletnia przyjaźń oparta na przekonaniu, że to drugie nas podziwia, coś w rodzaju ubezpieczenia, opłacanego naszym z kolei podziwem; jedno szczere słowo i koniec z przyjaźnią. A wszystkiemu winien Marion, bo wszelka prawda, jaką się powie, ma swoje skutki.

Być może także dobre -

Czyjeś małżeństwo, dajmy na to, rozlatuje się, a z małżeństwem dom, siedem pokoi, kuchnia i lodówka - a za to jakaś miłość, jakaś inna, która już długo czekała jak zalążek pod kamieniem, coś możliwego, co nagle wychodzi na światło dzienne, coś żywego...

Marion ma psa, ważna sprawa; to stworzenie nie udaje innego, niż jest. Mały pies, co zygzakiem obwąchuje ulicę; nagle skręca i pędzi wzdłuż rynsztoka... Marion czeka... Któregoś dnia będzie rozczarowany nawet tym psem. Teraz Marion jeszcze by nie uwierzył, gdyby mu to powiedzieć. Piesek jest nierasowy, niekarny, nieszlachetny i bez dobrych manier, ale przede wszystkim do tych cech nie pretenduje, i właśnie dlatego Marion go wziął. Zwykły kundel bez rodowodu, bury kłębek sierści, którego co chwila mało nie przejadą. Jak by go taki pies miał rozczarować? Jeżeli tak się stanie, powodem nie będzie pies, powodem będzie Marion. A tak się stanie.

Na początku lutego pojawiły się pierwsze symptomy obłędu: ludzie, których Marion widział, przestali, tak mu się to jawiło, być poruszani od wewnątrz, ich gesty zawisły na nitkach, ich całe zachowanie, i poruszani byli zależnie od tego, kto tych nitek przypadkowo dotknął; Marion widział cały świat nitek. Śnił o nitkach...

Tak było na początku lutego.

Poczuł potrzebę zabawy tymi nitkami. Bo chciał się co do nich, co do tych nitek, przekonać, że tak nie jest. Strawił na to cały dzień, spotkał się raz jeszcze ze wszystkimi znajomymi, na przykład z Cesariem, który, jak to on z tą swoją erudycją, opowiadając, czerpie zawsze z własnych wiadomości, teraz opowiada o średniowiecznych widowiskach lalkowych -

Marion słucha.

- A zresztą, pokrewne zjawisko napotka pan w czasach antyku, proszę sobie przypomnieć tamte maski; już starożytni Grecy -

Marion kiwa głową, a Cesario jest pełen życzliwości, jak pierwszego dnia, kiedy odkrył tego lalkarza, ba - także dla niego zamawia kolejnego drinka...

Co na to Marion?

Kiwa głową, bez ustanku i ufnie -

Więcej nic.

"Roztropny facet, pojętny, zauważyłem już na pierwszy rzut oka! Zdolny facet, a taki skromny, taki skromny!"

Marion z kolei myśli:

"Jeżeli Cesario we mnie wierzy... A jak ja tego człowieka skrzywdziłem, nazywając go niedawno próżnym gadułą, no nie... Jeżeli Cesario wierzy w moje lalki, on, zawsze taki niezależny w swoich ocenach, które są wiadomo jakie surowe, ale sprawiedliwe, sprawiedliwe - "

Marion był jak odurzony.

Na początku chciał się zabawić, chciał się co do nich, co do tych nitek, przekonać, że jednak tak z nimi nie jest.

Ale tak było.

Było i z nim samym.

Teraz widział Judasza, w każdym lustrze -

Tego samego wieczora udusił psa. Znaleziono go później w garderobie. To znaczy psa, bo sam Marion, w czasie kiedy ludzie siedzący na niebieskich poduszkach obgadywali Trzech Królów, Chrystusa z lipowego drewna i Poncjusza Piłata, powiesił się za ścianą, w ubikacji.

Usłyszawszy o tym w kawiarni, Cesario okazał przejęcie, gotowość udziału w pogrzebie i ewentualnie, jeżeliby tego chciano, wygłoszenia nad trumną paru słów, choć uważał, że samobójstwo Mariona to rzecz nieprzekonująca; owszem, smutna historia, godna ubolewania, ale nie żadna nieunikniona konieczność, więc nie tragedia w rozumieniu antycznym, lecz zaledwie pomyłka do uniknięcia, polegająca na tym, że najwidoczniej Marion sądził, jakoby prawda o kimś wyrażała się jego ustami albo piórem, że sądził, jakoby ludzie kłamali, kiedy mówią raz to, raz co innego, i jakoby wtedy jedno albo drugie musiało być kłamstwem.

To go wprawiło w zamęt.

Powiesił się, bo miał zamęt w głowie.

Café de la Terrasse

Dookoła miasto w kipieli, pracowite i żywe, klaksony samochodów, głuche dudnienie na mostach - a tutaj zieleniejąca wyspa ciszy, chwila próżnowania, pierwsza w ciągu dnia; biją dzwony, ich dźwięk brzękliwie zawisa w powietrzu, poniżej ulice, place, aleje, płaskie dachy z łopocącą bielizną, jezioro. Jest sobota. Jest godzina jedenasta, pora, którą kocham - wszystko w nas jeszcze rozbudzone, pogodne bez afektacji, z lekka wesołe jak to prószące z drzew światło nad marmurowymi stolikami, rzeczowe, bez popłochu narastającej rozpaczy, bez wieczornych cieni melancholii -

Wiek między trzydziestką a czterdziestką.

Dopisek o Marionie

Marion z aniołem, który pewnego wieczora staje przy nim i pyta, o czym najbardziej marzy, Marion pocierający kark:

- O czym najbardziej marzę?

To naprawdę jakiś anioł!

Marion:

- Kiedy o zmierzchu siedzę na brzegu, marzę, żeby kiedyś iść po wodzie, nad perłowymi chmurami w toni, albo kiedy z rękami w kieszeniach stoję na wzgórzu i palę fajkę, marzę, żeby rozpostrzeć ramiona, jak to bywa we śnie, i żeby ponad zboczami poszybować nad ciemniejące wierzchołki jodeł, nad zagrody i dachy, nad kominy, nad pola z drzewami owocowymi, pługami i parującymi końmi, nad druty pełne śmiercionośnego prądu, ponad kościelnym dziedzińcem, który jest zamknięty; nawet nie żeby frunąć jak ptak, co wzbija się wysoko, ach, wystarczy, gdybyś mi, aniele, pozwolił poszybować chwilę - i wrócić w niewolę naszego ciążenia!... Ale niech to, aniele, nie będzie wszystko snem. Choć nie do wiary, niech będzie najzupełniej rzeczywiste. To nie musi wrócić. I nie trzeba, żeby ktokolwiek, o kim w swoich ambicjach myślę, wiedział o tym ani w to wierzył. Wystarczy, kiedy ja sam będę wiedział, że pewnego razu szedłem po wodzie, najzupełniej rzeczywistej. To nie musiałoby wrócić!

Café de la Terrasse

W tramwaju spotykam Kellermüllera, pierwszy raz od lat; później, po drugiej stronie ulicy, godzinę jeszcze stoimy przy kiosku, a mnie uderza to jego podkreślanie tak często, co chwila, że się starzeje, jak gdyby ktoś wysuwał odwrotne przypuszczenia. Ale, zapewnia, starzenie się go nie martwi, skądże; jest przekonany, że sprawy, o jakich dotychczas myślał i pisał, widzi teraz całkiem inaczej. Mało tego, jest też przekonany, że po raz pierwszy widzi je naprawdę. Dzięki temu czuje się uszczęśliwiony albo co najmniej spokojny, mimo że wszystko, co dotychczas napisał, postrzega jako gówno warte...

- A w każdym razie pochopne.

- Naprawdę tak pan sądzi?

- Mam na myśli nie warsztat, nie tylko, ale sposób widzenia człowieka -

W pewnej chwili zbieram się na odwagę i mówię:

- Właśnie wczesne pańskie nowele lubię szczególnie.

On na to jedynie wyciera nos, a ja coraz bardziej mam poczucie, że jest niesprawiedliwy wobec siebie, kiedy uznaje swój późniejszy ogląd za lepszy, za sprawiedliwszy tylko dlatego, że zawierają się w nim wszystkie wcześniejsze punkty widzenia -

W Kellermüllerze uderza nie starość, ale związana z wszelką teraźniejszością uzurpacja - przejawia się ona choćby tym, że zobaczywszy jakąś sprawę albo czyjąś twarz inaczej, mówimy zawsze bez wahania:

Wtedy się myliłem!

Wtedy...

A może mylę się dopiero teraz albo, powiedzmy - dziś jeszcze bardziej niż wtedy.

O sensie pisania dziennika:

Nasze życie nieprzerwanie biegnie naprzód i nie ma nadziei na to, żebyśmy ten bieg odwrócili, dogonili samych siebie wstecz i jeszcze poprawili którąś chwilę naszego życia. My to nasza, choćby przez nas odrzucana niegdysiejszość, nie mniej niż dzisiejszość -

Czas nie odmienia nas.

On tylko nas otwiera.

Nie przemilczając własnych myśli, ale je zapisując, przyznajemy się do nich, a myśli te są prawdziwe w najlepszym razie dla momentu i punktu widzenia, który je zrodził. Nie możemy liczyć na to, że pojutrze, mając myśli odwrotne, będziemy mądrzejsi. Jesteśmy, jacy jesteśmy. Trzymamy pióro jak igłę w obserwatorium sejsmograficznym, i w istocie nie piszemy, ale jesteśmy pisani. Pisać to czytać w sobie samym. Co rzadko stanowi czystą przyjemność; człowiek na każdym kroku się przestrasza, sądzi, że z niego wesoły jegomość, aż tu, przypadkiem widząc własne odbicie w szybie, odkrywa, że ponurak. A czytając siebie - że moralizator. Nie ma na to rady. Możemy tylko, poświadczając i uwidaczniając meandry swoich każdorazowych myśli, poznawać własną istotę, jej bezład albo skrytą jedność, wewnętrzną nieuchronność, jej prawdę, której nie potrafimy wysłowić wprost, nie z perspektywy jednej chwili -

A czas?

On w takim razie stanowiłby tylko czarodziejski sposób, który nadaje naszej istocie rozciągłość i tę istotę uwidacznia dzięki temu, że rozszczepia życie będące wszechobecnością wszelkich możliwych rzeczy na następujące po sobie cząstki. Tylko dlatego jawi się ono jako przemiana, i stale nasuwają się nam domysły, że czas, owo następstwo rzeczy po sobie, to nie istota sprawy, lecz pozór, środek pomocniczy dla naszej wyobraźni - że to procedura, w której pokazywane nam rzeczy następują kolejno, kiedy naprawdę współwystępują, istnieją naraz, tylko że ich nie potrafimy tak postrzegać, podobnie jak barw światła, dopóki jego promień nie ulegnie załamaniu i rozszczepieniu.

Nasza świadomość jako pryzmat załamujący, który rozszczepia nasze życie w następstwo rzeczy po sobie, i marzenie senne jako inna soczewka, która z powrotem skupia je w pierwotną całość; marzenie senne i literatura, pod tym względem próbująca nadążyć za snem - Później, kiedy chcę przeczytać gazetę, jakieś ogłoszenie przypomina mi, że w tym kontekście kimś ciekawym byłby, jak myślę, jasnowidz -

W Zurychu mieszkał przed laty pewien znany profesor, na którego wykłady jeszcze chodziłem, były sędzia śledczy, człowiek rzeczowy i opanowany. Któregoś dnia zaginął. Wypadek, zbrodnia? Policję, która była niejako jego narzędziem, całkowicie zawiodła przenikliwość, nawet przenikliwy węch jej psów. Mijały dni, tygodnie, i nic. Tymczasem w pewnym kabarecie co wieczór prezentował się jasnowidz, którego, jak wszystkich tam występujących, braliśmy za niegroźnego oszusta. Sprowadzono go, pokazano mu pracownię naszego profesora, którego nie znał, i zapytano, co potrafi orzec o zamieszkującym ten pokój. Ów człowiek ze strzechą włosów wprawił się podobno w trans, nie inaczej niż w kabarecie. Na ponowne pytanie policjantów przyznał, że nie może nic powiedzieć dokładnie. Wyobrażam sobie ich skrzywione miny! I że widzi tylko jedno: wodę, tak, a ten pan, mieszkaniec pokoju, leży niezbyt głęboko, jakiś metr pod powierzchnią, a konkretnie wśród trzcin. Ale gdzie? Tego nasz jasnowidz nie umiał powiedzieć, więc go więcej nie zatrzymywano, mógł powrócić do kabaretu. Policja przeszukała brzegi, gdzie jeszcze rosną trzciny. Nad jeziorem Obersee nic nie znalazła. Nie chcąc zaniechać niczego, zbadała także niedalekie Greifensee - profesor, zastrzeliwszy się, leżał tam jakiś metr pod wodą, a konkretnie wśród trzcin.

Inny jeszcze przypadek:

Także Strindberg miał podobno dar jasnowidzenia. Według relacji jego żony okazał jej kiedyś dziką zazdrość, robiąc jej wyrzuty, które uznała za bezpodstawne; opisywał dokładnie, jak to poprzedniego dnia pozwoliła się odprowadzić obcemu mężczyźnie, podawał konkretne ulice, jakimi szli, narożniki domów, gdzie przystawali, potrafił wyliczyć wszystko. Tyle że w tym wszystkim nic się nie zgadzało. Dla niego jednak się zgadzało, uparcie trwał w swojej zazdrości. Minęło kilka miesięcy, aż pewien pan odprowadził jego żonę, a ta ze zdziwieniem stwierdziła, że owszem, szli właśnie drogą, którą Strindberg już wtedy według swoich zapewnień znał; zgadzała się każda ulica, nawet każdy narożnik, gdzie przystawali -

Oba przypadki łączy jedno:

Jasnowidz widzi obraz, ale nie widzi miejsca albo czasu, a kiedy się o tym wypowiada, jest trochę w błędzie - jak Strindberg, który za dokonaną uznaje rzecz zaledwie możliwą. Nie widzi następstwa rzeczy po sobie, co moim zdaniem najciekawsze, nie dostrzega historii, lecz byt, wszędobylstwo rzeczy możliwych, a niepostrzeganych przez naszą świadomość; i najwyraźniej też jasnowidze, chcąc coś zobaczyć poprzez pierwotną całość, muszą wyłączyć świadomość, która stale rozkłada nasz byt na czas i miejsce, muszą się wprawić w trans.

O tyle nie powinno zaskakiwać nas, że w dawnych wiekach, jak się nieraz twierdzi, wizjonerstwo występowało silniej, a przede wszystkim częściej; były to czasy słabszej świadomości.

Dla przedhistoryczności zresztą istnieje ładne określenie: "w zamierzchłych czasach"1. Tak zaczynają się legendy, które nie są historią, lecz obrazami naszego bytu. "Czasy przedhistoryczne" to właściwie przed-czasy, coś, co jeszcze żadnym czasem nie jest, coś przedtem; nie istnieje na razie jasna świadomość, która by rozszczepiała rzeczy, i dlatego prehistorię nazywamy "zamierzchłą". W przeciwieństwie do naszych czasów, które zwiemy "mrocznymi"2. Jesteśmy jak ludzie, którzy patrzą w jasność - na wszystko, co istnieje obok niej, obok naszej świadomości, jesteśmy ślepi. Dlatego się co chwila potykamy. Brak nam jasności widzenia. Z biedą jeszcze, a raczej z przymrużeniem oka daje nam ją kabaret, gdzie jasność ta co wieczór porusza ludzi, choć nie chce w nią uwierzyć nikt, ani pakowaczka, ani adwokat. Każde z nich siedzi, patrzy na własną duszę jak na kuglarską sztuczkę, a wyszedłszy, kupuje poranną gazetę, odczytuje wynik i dziwi się, czemu taki.

Bazylea, marzec 1946

Przez godzinę na wzgórzu koło katedry; ptaki na samotnych ławkach, chłodna i wytworna cisza starego placu, przy którym fasady trwają w nikłym słońcu. Nagłe wrażenie obcego miasta: Ren sunący dokądś srebrnym łukiem, mosty, kominy we mgle, uszczęśliwienie na myśl o niebie flandryjskim -

Jaki nasz kraj jest mały.

Nasza tęsknota do świata, nasze pragnienie wielkich i płaskich horyzontów, masztów i mola spacerowego, trawy na wydmach, lustrzanych odbić w kanałach, chmur nad pełnym morzem, nasze pragnienie wody, co nas połączy z wszystkimi wybrzeżami tej ziemi, nasza nostalgia za obczyzną -

Marion i upiór

Pewnego razu, jak katar, zaczyna nękać Mariona niedorzeczne i uciążliwe wrażenie, że pewien Andorczyk - nazwijmy go Pedro - jest do niego nieprzyjaźnie usposobiony. Marion sam przy tym nie wie, czemu właściwie odnosi takie wrażenie; nigdy z owym człowiekiem nie rozmawiał. Może najwyżej kiedyś poczuł się dotknięty zdaniem w jakiejś publikacji Pedra, i zezłościło go, że tamten mógłby sobie roić, że zdanie to dotknęło Mariona słusznie. Brzmiało z grubsza tak: skromnością można się także pysznić. Co zresztą nie jest żadną nowiną. Marion jednak czuł odtąd przemożną potrzebę czytania wszelkich książek i szkiców, jakimi tylko ów Pedro, co gorsza, osobnik niestrudzony, zasypywał andorskie środowisko intelektualne, i możliwe, że nasz biedak, serdecznie tamtego nienawidząc, był mu wówczas najwierniejszym czytelnikiem; ani jedna bodaj Pedrowa linijka nie uszła jego uwagi. Czytał go z wytrwałością człowieka urażonego, ze starannością godną serca, które łaknie czyjegoś nieszczęścia, z napięciem, które jego samego złościło. A to, że Pedro, mijany na ulicy, nie wiedział i nie domyślał się nawet, jak dużo ten drugi za jego sprawą przeczytał i przecierpiał, sprawiało, że Marion nie umiał go polubić. Przeciwnie. Za każdym razem miał mu ochotę przywalić, już choćby za ten spokojny chód po ulicy, no a jeszcze tamten chodził z pieskiem, w zielonym płaszczu z futrzanym kołnierzem, z laską. I jak się rzekło - z pieskiem! Mało który Andorczyk nie znałby Pedra, a ilekroć wymawiano jego znienawidzone nazwisko, Marion stawał przed kwestią zachowania godności, własnej godności, potrzebnej, żeby mieć szacunek dla siebie. Był ostatnim, który mógłby tamtego obgadywać, musiał pozostawić innym użycie słowa "śmierdziel" i dalszych, jakie cisnęły mu się na usta. Milczał więc. Nierzadko nawet posuwał się dalej: odpierał ataki w zastępstwie tamtego, i jakkolwiek pieska nie sposób było podać w wątpliwość, brał w obronę Pedra, choćby po to, żeby swoją przyzwoitością wznieść się ponad niego. Przyzwoitość ta, niezdolna ocalić Pedra od powszechnych zarzutów, dawała radość, cichą radość bycia szlachetnym. Nie żeby zdołała ona pojednać Mariona z adwersarzem, co to, to nie - jednak działała jak balsam, który dał się wytwarzać, ile dusza zapragnie, a dusza Mariona pragnęła go wówczas bardzo dużo. Cóż, związał się z tym Pedrem nienawiścią i, jak później dostrzegł, nienawiść ta zatruwała mu w owym czasie myśl o czymkolwiek; wszystko, co mówił, zaprawione było jakąś ostrością, besserwisserstwem, złośliwością, od której nasze słowa robią się coraz bardziej uszczypliwe, ale nie bardziej przekonują, niezależnie od faktu, że pewne myśli i przekonania rodzą się tylko wtedy, kiedy w naszych rojeniach przeciwnik imieniem Pedro stoi na innym stanowisku. Zgodnie z naturą wszelkiej polemiki Marion, ilekroć się z nim po cichu wadził, stawiał go na pozycjach wystarczająco głupich, żeby w sobie znaleźć jeszcze dosyć bystrości na ich atakowanie... Swoje zwycięstwa więc odnosił. Choć jednak co chwila miał rację, nie mógł przepłoszyć upiora, z jakim coraz wyraźniej miał do czynienia. Dolegliwość nie ustępowała, nie potrafił się uwolnić od przymusu dowodzenia własnej racji, aż dolegliwość, co zaczęła się jak katar, rozwinęła się w nieprzewidywalny sposób, rozwinęła w gorączkę. Marion bywał na przykład, jak sam zauważył, w pewnym gronie tylko dlatego, że Pedro, jak mógł założyć, nigdy by takiego nie zaaprobował, co niewątpliwie znaczyło, że i owo towarzystwo, wiedząc o dezaprobacie Pedra, nigdy by go nie uznało za swego. Grono to, jakich nie brak nigdzie, spotykało się co miesiąc na kolacji, bardzo andorskiej, nie najtańszej, ale wyśmienitej, Marion był zaproszony, a wszyscy przy owym stole, uginającym się od wszelkiego dobra, czuli się związani w gruncie rzeczy jednym: wzajemnym szacunkiem. Nie bardzo się co prawda znali, Marion nieraz musiał powtarzać, że nie jest adwokatem, lecz lalkarzem, a jednak każdy wiedział, jaki to zaszczyt znaleźć się w tym gronie, i choć jego prosty status nie zakładał przynależności do andorskiej socjety intelektualnej, jeden drugiego zwyczajnie do niej zaliczał. Wieczory bywały bardzo wesołe, nie brakło bowiem wina, wiśniaku i cygar. Można w to wierzyć albo nie, lecz pewnego wieczora Marion, ciekaw, między jakie i jak znaczące nazwiska go posadzono, nieporadnie jak to on szukając karteczki z własnym, zauważył, że ma zaszczyt siedzieć po lewej ręce upiora...

Przedstawił się.

Pedro, który nie wiedzieć po co jeszcze się przedstawił, nie zdradzał najmniejszego skrępowania i najwidoczniej nie zależało mu na tym, żeby ciągnąć ich zajadły spór. Udawał nawet, że nic o tym nie wie, mówił o wyborach w Andorze, kruszył chleb, wpatrywał się w stary świecznik. Podobnie jak Marionowi, jemu też nie dogadzała obecność w takim gronie. Powiedział to wprost, nie w sposób grubiański czy złośliwy, ale wyraźnie, z uśmiechem, i Marion pierwszy raz przyznał, choćby przed sobą samym, że myśli tak samo jak Pedro. W ogóle wyśmienicie im się rozmawiało. Pedro co prawda i tego wieczora nosił swoją znienawidzoną hiszpańską bródkę, ale z bliska widać było, że nie ma w tym złych intencji, nie ma uzurpacji. Wracając, przeszli nawet kawałek razem i Pedro opowiedział pocieszną historię, jak to jego obecny piesek zwyczajnie się w Paryżu do niego przyplątał. Pedro jako mężczyzna nie wyobrażał sobie chodzenia po ulicy z pieskiem, nie potrafił jednak wytłumaczyć obcemu zwierzęciu, czemu coś takiego bardzo by Andorczyków złościło. A z drugiej strony był zbyt wrażliwy, żeby zwyczajnie zabić bezdomnego pieska tylko dlatego, że ten nie zwietrzył, w czym Andorczycy gustują. Stali późno w nocy pod latarnią, piesek węszył po rynsztokach, a Pedro opowiadał jeszcze inne dykteryjki, których Marion był mniej ciekaw, ale słuchał, wdzięczny, że Pedro wreszcie go uwolnił od tego niedorzecznego upiora -

Któż by to potrafił oprócz niego?

Odtąd Marion z powrotem mógł coś czytać, nie myśląc o Pedrze, i nie musiał już zasiadać w gronie Socjety Intelektualnej. Dziewięć miesięcy kosztował go ten upiór.

Monachium, kwiecień 1946

Monachium musiało być wspaniałe. Jeszcze się to czuje - te zielone wyspy wszędzie, aleje i parki, można sobie wyobrazić w nich złote jesienie, pogodne i lekkie, zmierzchy po letniej burzy, kiedy pachnie ziemią i mokrymi liśćmi. W całym tym mieście jest wielki rozmach, radość życia dolatująca echem z południa. Z tutejszą architekturą musiała igrać niemal włoska jasność -

Osobliwy widok:

Konny zdobywca, wciąż jeszcze cwałujący w pustkę minionych przestrzeni, dumny i wyprostowany na piedestale nędzy, w otoczeniu zgliszczy, fasad, których okna są puste i czarne jak oczodoły trupiej czaszki; do niego też to jeszcze nie dotarło. Z bramy, co stoi wśród zieleniejących drzew, wypływa zastygła kaskada gruzu; brama, o uroczym barokowym kształcie, wygląda jak otwarte usta, które wymiotują, z głębi błękitnego nieba wymiotują wnętrzem jakiegoś pałacu, a nad tym osypujące się skrzydła anioła, samotna jak wszelkie piękno maszkara; milczenie dookoła, martwota w pełnym słońcu, nieodwracalność. "Death is so permanent".

Nad Izarą leżą blondyneczka i Murzyn. On sobie podrzemuje w wegetacyjnym spokoju, tymczasem dziewczyna pochyla się nad nim w upojeniu, jakby mieli wokół siebie cztery ściany -

Także kościół Mariacki jest otwartą przestrzenią, gdzie śmigają ptaki. Jak gość stoi pośrodku samotny filar, jak ktoś, kto wrócił i się rozgląda. Gdzieś tam widać zaczątki sklepienia, strzępy malarstwa wychodzącego na światło słoneczne. Dach to czarny szkielet. A i stąd widać po drugiej stronie: ostały się kominy, wanna gdzieś na samej górze, ściana z wyblakłymi tapetami, do tego czarne ornamenty spalenizny, języki sadzy, okna pełne dalekich przestrzeni i sunących chmur, pełne wiosny. Często z jednej ulicy da się zajrzeć na drugą, choćby przez sieć z rudej rdzy; pozostałości zwisającego stropu. Mało który dom oprze się tej przejrzystości, jedynie kiedy spojrzeć w głąb ulicy, daje ona wrażenie tego, jaka była, i można pomyśleć, że trafiło się na dobrze zachowaną. Ledwo jednak nią pójdę, znowu z obu stron zieje to samo, i prawie wszędzie zostaje podobny obraz - miasto, ale przestronne i przerzedzone jak jesienny las. Gdyby to było sprawą trzęsienia ziemi, dziełem ślepej natury, nie dałoby się tego łatwiej pojąć. Wtedy jednak można by tego nie pojmować, ale przyjąć -

Odeonsplatz:

Kaleka oferuje na sprzedaż pierwsze zabawki, szmaciane małpki, które można naciągnąć na ludzką rękę...

Jutro Wielkanoc.

Nie będziesz czynił żadnego obrazu

Ciekawe, że o człowieku, którego kochamy, najtrudniej nam orzec, jaki jest. Kochamy go najzwyczajniej. Na tym właśnie polega miłość, jej nadzwyczajność, że za jej sprawą trwamy jak wszystko co żywe w zawieszeniu, gotowi pójść za tym człowiekiem, cokolwiek by się w nim otworzyło. Wiemy, że każdy, będąc kochany, czuje, jakby się odmieniał i otwierał, i że także przed kochającym otwiera się wszystko, rzeczy najbliższe, od dawna znane. Niejedno widzi on jakby po raz pierwszy. Miłość to wszystko wyswobadza od jakiegokolwiek obrazu. Stąd się bierze poruszenie, przygoda, prawdziwe zaciekawienie: stąd, że z ludźmi, których kochamy, nigdy nie koniec niespodzianek - dzięki temu, że kochamy ich; póki kochamy. Wystarczy posłuchać kochających poetów - chwytają się porównań nieporadnie, jak pijani, łapią we wszechświecie co popadnie: kwiaty i zwierzęta, chmury, gwiazdy i morza. Dlaczego? Podobnie jak wszechświat, jak niewyczerpana przestronność Boga, nieznająca ograniczeń, pełna wszelkich możliwości, wszelkich tajemnic, tak jest nieogarniony i człowiek, którego ktoś kocha -

Tylko miłość takim go zniesie.

Po co podróżujemy?

Także po to, żeby napotykać ludzi, którzy nie sądzą, że znają nas raz na zawsze, żeby jeszcze raz się dowiedzieć, jakie mamy w tym życiu możliwości -

I tak są one niewielkie.

Nasze przekonanie, że znamy kogoś drugiego, to koniec miłości, za każdym razem, ale być może przyczyna i skutek mieszczą się gdzie indziej, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać - to nie miłość kończy się, ponieważ kogoś znamy, lecz odwrotnie: ponieważ miłość się skończyła i jej moc wyczerpała, ten człowiek jest dla nas skończony. Taki się musi stać. Już dalej nie możemy. Wycofujemy gotowość uczestnictwa w dalszych jego przemianach. Odmawiamy mu tego prawa, przynależnego wszystkiemu, co żywe i co pozostaje nieogarnione - a zarazem czujemy zdziwienie i rozczarowanie tym, że przestała być żywa nasza relacja.

- Nie jesteś tym - mówi rozczarowany człowiek - za kogo cię uważałem.

A za kogo siebie nawzajem uważali?

Za tajemnicę, jaką przecież jest człowiek, za poruszającą zagadkę, którą się już odechciało znosić. Czynimy sobie obraz. To największe zaprzeczenie miłości, to zdrada.

Jak na to wskazywano, cud wszelkiego prorokowania tłumaczy się już choćby faktem, że obraz przyszłych zdarzeń, zarysowany przez proroka, przeczuwany w jego słowach, ostatecznie też te zdarzenia powoduje, przygotowuje, umożliwia lub co najmniej ułatwia -

Bezsens, jakim jest wróżenie z kart.

Wyrokowanie z naszego charakteru pisma.

Wyrocznie u starożytnych Greków.

Czy widząc to tak, rzeczywiście odzieramy prorokowanie z cudowności? Wciąż pozostaje cud słowa, które jest zalążkiem historii -

"Na początku było słowo".

Czy Kasandra, pełna przeczuć, ostrzegająca pozornie, ostrzegająca bezużytecznie, nigdy nie ponosi żadnej winy za nieszczęście, które wyprzedza swoją skargą?

I którego obraz zarysowuje?

Bywa też, że na kimś z nas, jak starożytna wyrocznia, ciąży jakieś obsesyjne przekonanie przyjaciół, rodziców, wychowawców. Połowie czyjegoś życia towarzyszy skryte pytanie: czy to się spełni, czy nie? Choćby samo to pytanie mamy wypisane na czole, i nie pozbędziemy się wyroczni, póki nie sprawimy, że się ona spełni. Przy czym nie musi spełnić się w sensie dosłownym - wpływ wyroczni przejawia się także sprzeciwem, tym, że ktoś nie chce być taki, jak ocenia go drugi. Staje się tego przeciwieństwem, ale staje się nim za sprawą tego drugiego.

Pewna nauczycielka powiedziała kiedyś mojej matce, że ta się nigdy w życiu nie nauczy robić na drutach. Matka opowiadała nam o tych słowach bardzo często - nigdy ich nie zapomniała, nie wybaczyła. Zaczęła z zapałem tworzyć oryginalne robótki, i wszystkie skarpety, czapki, rękawiczki, swetry, jakie dostałem kiedykolwiek, zawdzięczam ostatecznie tylko tamtej irytującej wyroczni...

Do pewnego stopnia rzeczywiście jesteśmy istotą, której się w nas doczytuje spojrzenie innych ludzi, przyjaciół i nieprzyjaciół. I odwrotnie - my też jesteśmy autorami drugich, w skryty, a nieuchronny sposób odpowiadamy za twarz, jaką nam ukazują, odpowiadamy nie za ich skłonności, ale za to, czy do końca dadzą tym skłonnościom upust. Kiedy zaprząta nas odrętwiałość kogoś z przyjaciół, sami go krępujemy, nasze bowiem przekonanie o jego odrętwiałości jest kolejnym ogniwem łańcucha, który go pęta i powoli dusi. Życzymy mu, żeby się zmienił, a jakże - życzymy tego całym narodom! Ale przez to bynajmniej nie jesteśmy jeszcze gotowi porzucić przekonań co do nich. Jesteśmy ostatnimi, którzy zdołaliby ich odmienić. Uważamy samych siebie za czyjeś prawdziwe lustro, a rzadko przeczuwamy, jak bardzo drugi człowiek jest lustrem czyjegoś obrazu zastygłego w nas, naszym wytworem, naszą ofiarą -

Między Norymbergą a Würzburgiem

Zakończenie pewnego snu:

Jezioro w naszych rodzinnych stronach, statki morskie, które, jak twierdzę, płyną z Monachium, swego rodzaju powódź, woda najwyraźniej przybiera, tymczasem ja w rozjazdach, woda przybiera nadal, ale tak, że nie unosi statków. Wystają już tylko ich maszty, płynące proporczyki, i zadaję sobie pytanie, jakim cudem pasażerowie żyją. Ale nikt nie ma bliższych informacji. Ze względu na nasze dzieci chcę jechać do Küssnacht. Wszędzie trzciny, jakiś wir, w nim dużo mrówek, krążące rojowisko, a później wspinamy się na jakąś górę, pośpiesznie i zdjęci strachem, pod naszymi stopami kruszeje ruda skała, z każdym krokiem obrywy, nieuchronne, same cegły palone, raźnymi i coraz większymi susami skaczą w dół zbocza, aż wpadają w morze -

W chwili zbudzenia zupełne rozbicie.

Na zewnątrz, o ile cokolwiek widzę przez okno zabite deskami, znowu jakiś zburzony dworzec -

Światło księżyca.

Żyd z Andory3

W Andorze mieszkał pewien młody człowiek, którego uważano za Żyda. Należałoby opowiedzieć domniemaną historię jego pochodzenia, a także o jego codziennych kontaktach z Andorczykami, którzy widzą w nim Żyda: gotowy wizerunek, na który wszędzie się natyka. Na przykład ich nieufność wobec jego duszy, której Żyd, o czym wiedzą także Andorczycy, mieć nie może. Mówią mu o przenikliwości jego intelektu, który właśnie dlatego, z konieczności, staje się coraz bardziej przenikliwy. Albo jego stosunek do pieniędzy, które także w Andorze odgrywają dużą rolę: wiedział, czuł to, co wszyscy sobie myśleli; badał swoje sumienie, zastanawiał się, czy rzeczywiście tak jest, że stale myśli o pieniądzach, aż w końcu odkrył, że to prawda, tak jest, w rzeczy samej stale myśli o pieniądzach. Przyznał się do tego, nie wypierał się, Andorczycy zaś tylko popatrywali po sobie, bez słowa, niemal bez drgnienia. Doskonale też wiedział, co sobie myślą w sprawach ojczyzny; ilekroć wypowiadał to słowo, omijali je jak monetę, która wpadła w błoto. Żyd bowiem, to także wiedzieli Andorczycy, ma ojczyzny, które sobie wybiera, które kupuje, ale nie ma jednej ojczyzny, tej przyrodzonej, jak my, i jakkolwiek miał dobre intencje, gdy chodziło o sprawy Andory, jego słowa grzęzły w milczeniu jak w wacie. Później pojął, że najwidoczniej brakuje mu taktu, ba, powiedziano mu to raz bez ogródek, kiedy, doprowadzony do rozpaczy ich zachowaniem, dał się ponieść namiętnościom. Ojczyzna należała do innych, raz na zawsze, i nie oczekiwano, że mógłby ją kochać, przeciwnie, jego uporczywe usiłowania i zabiegi pogłębiały tylko przepaść nieufności. Zabiegał o względy, o korzyści, o poufałość, co odczuwano jako środek do celu, nawet jeśli tego celu nikt nie potrafił dostrzec. I tak to się toczyło, aż pewnego dnia dzięki swej zawsze czujnej i wszystko analizującej przenikliwości odkrył, że naprawdę nie kocha ojczyzny, że nie lubi nawet tego słowa, które budzi zażenowanie, ilekroć go użyje. Widocznie mieli rację. Widocznie w ogóle nie potrafił kochać, przynajmniej nie tak jak Andorczycy. Miał w sobie żar pasji, owszem, do tego chłód rozumu, ten zaś zawsze odczuwano jako tajną broń jego mściwości. Brakowało mu duszy, tego, co spaja, brakowało mu, to nie ulegało wątpliwości, ciepła zaufania. Obcowanie z nim było inspirujące, owszem, ale przyjemne nie, bo pozbawione uczucia bliskości. Nie potrafił być taki jak wszyscy, i kiedy zrozumiał daremność starań o to, by nie zwracać na siebie uwagi, zaczął wręcz obnosić swoją odmienność z pewną przekorą i dumą, za którą czyhała wrogość, tę zaś, ponieważ jemu samemu wydawała się ona przykra, lukrował gorliwą uprzejmością. Nawet kiedy się kłaniał, był w tym rodzaj wyrzutu, jakby to otoczenie było winne, że jest Żydem -

Większość Andorczyków nic mu nie zrobiła.

A więc także nic dobrego.

Z drugiej strony byli też Andorczycy o poglądach bardziej liberalnych i postępowych, owładnięci, jak to nazywali, duchem, który zobowiązywał do człowieczeństwa. Podkreślali, że szanują Żyda właśnie ze względu na jego żydowskie cechy, za przenikliwość rozumu i tak dalej. Sympatyzowali z nim aż do jego śmierci, która była straszna, tak straszna i odrażająca, że przeraziła nawet tych Andorczyków, na których nie robiło wrażenia, że całe jego życie było straszne. To znaczy właściwie go nie opłakiwali, a mówiąc zupełnie otwarcie: wcale za nim nie tęsknili - oburzali się tylko na tych, którzy go zabili, i na sposób, w jaki to się stało, zwłaszcza na sposób.

Długo się o tym mówiło.

Aż pewnego dnia wyszło na jaw coś, czego on sam, zmarły, nie mógł wiedzieć: był podrzutkiem, którego rodziców odkryto dopiero później, Andorczykiem jak każdy z nas -

Więcej już się o tym nie mówiło.

Ilekroć jednak Andorczycy spoglądali w lustro, z przerażeniem stwierdzali, że twarz każdego z nich ma rysy Judasza.

Nie będziesz, jak jest powiedziane, czynił obrazu Boga. Mogłoby to dotyczyć także Boga jako czegoś, co w każdym człowieku żywe, nieogarnione. Oto popełniana wobec nas przewina, którą my bez ustanku popełniamy dalej -

Chyba że kochamy.

Frankfurt, maj 1946

Wspomnienie Monachium, kiedy przystanie się we Frankfurcie, zwłaszcza w jego dawnym śródmieściu. Monachium można sobie wyobrazić, Frankfurtu już nie. Tablica pokazuje, gdzie stał dom Goethego. O całym wrażeniu rozstrzyga fakt, że nie idzie się już po niegdysiejszej ulicy - ruiny nie stoją, tylko toną we własnym gruzie, i często kojarzą mi się z górami w moich rodzinnych stronach. Piarżystymi wzgórzami prowadzą wąskie percie, a jeżeli coś jeszcze stoi, to dziwaczne turnie na kruszejącej grani; w pewnym miejscu rura kanalizacyjna stercząca na tle błękitnego nieba, trzy przyłącza ukazują, gdzie były piętra. Brnie się z rękami w kieszeniach, nie bardzo wiedząc, w którą stronę patrzeć. Wszystko znane ze zdjęć - ale oto jest, i czasem dziw bierze, że nie sposób się po raz kolejny obudzić, wszystko to pozostaje: rosnąca w domach trawa, dmuchawce w kościołach, i nagle można sobie wyobrazić, jak to rośnie dalej, jak nad naszymi miastami niespiesznie, niepowstrzymanie rozpościera się puszcza, urodzaj bez ludzi, milczenie całe z ostów i mchu, ziemia bez historii, a nad nią ptasi świergot, wiosna, lato i jesień, oddech lat, których nie liczy już nikt -

Na jakimś placu, kiedy ocknąwszy się, otwieram oczy - bawiące się dzieci, które mnie obudziły, ich ubranka, ich szczuplutkie twarze, myśl, że jeszcze nigdy nie widziały niezburzonego miasta, i zaraz druga myśl, że to nie ich wina, w jeszcze mniejszym stopniu niż kogokolwiek z nas. Chwilami tylko to nie budzi wątpliwości; w tym ufność i w tym zadanie. Chodzi nie tylko o pilną pomoc, która by uchroniła te dzieci przed głodem, podobnie jak wszystkie inne, ale przede wszystkim o to, żeby ich nie spotkało potępienie, klątwa, obojętne, jakich miałyby rodziców; jesteśmy tym dzieciom winni więcej niż litość, nie wolno nam ani na chwilę w nie zwątpić - albo wszystko się powtórzy i będzie to nasza wina.

Na dworcu:

Wszędzie na schodach leżą uchodźcy, i można odnieść wrażenie, że gdyby tutaj na środku placu stał się cud, nie podnieśliby wzroku - na tyle pewni są, że się nie stanie. Gdyby im powiedzieć, że za Kaukazem jest kraj, który ich przyjmie, zgarnęliby swoje pudła, choć bez wiary. Żyją czekaniem bez oczekiwania, życiem pozornym, do którego nie są już przywiązani. Tylko życie jest jeszcze przywiązane do nich jak niewidzialne, widmowe zwierzę, co cierpi głód i ciąga ich po dworcach zniszczonych pociskami, w dzień i w nocy, w słońce i w deszcz; ono tchnie ze śpiących dzieci, kiedy leżą na gruzach, z głowami w kościstych ramionach, skulone niczym płód w łonie matki, jakby chciały tam wrócić.

O pisarstwie

Wszystko, co przez te dni zapisujemy, to w gruncie rzeczy zaledwie rozpaczliwa obrona konieczna, podejmowana stale i nieuchronnie kosztem prawdomówności, bo ktoś, kto by pozostał prawdomówny bez reszty, raz pogrążywszy się w tym chaosie, już by się nie wydostał - albo musiałby chaos przeobrazić.

Pośrodku jest tylko nieprawdomówność.

Harlaching, maj 1946

Od dwóch tygodni mieszkam u młodych Niemców, których wcześniej nie znałem nawet z nazwiska. Ich gościnność, okazywana jakby od niechcenia, przypomina dawne szczęśliwe podróże i nie pierwszy raz przywołuje odczucie, że pod względem gościnności każdy naród jest zdolniejszy od naszego. Wiąże się to być może z niewielkimi odległościami, które w naszym kraju przesądzają o niejednym; przede wszystkim jednak z faktem, że gościnność, należącą do najpiękniejszych odruchów, myśmy musieli zamienić w profesję. Tak czy owak mam w tym domu poczucie większej lekkości, swobody, oczywistości, niż kiedy mieszkam u rodaków. Tylko przy jedzeniu panuje skrępowanie i rzuca się w oczy to, jak ci ludzie natychmiast konsumują wszystko, co dostaną - bo kto wie, co będzie jutro?

Wczoraj znowu pół nocy zeszło nam na rozmowach; w ich trakcie pojawił się jeszcze ojciec gospodarzy, który w pokoju obok nie mógł zasnąć. Jego pasiasta piżama, goła szyja przypominają dobrze znane zdjęcia, i rzeczywiście, jak dowiaduję się dopiero teraz, sześć lat przeżył w Dachau. Ale nie o tym opowiada, tylko o latach wcześniejszych, o przyczynach.

- Co do tegośmy się w obozie zgadzali: że wina nie jest naszych synów, choćby i dziesięć razy do czegoś przyłożyli rękę -

Do łóżka o trzeciej.

Dzisiaj, wybierając się do miasta, nagle staję przed drutem kolczastym, jaki otacza całą dzielnicę. To podarunek nocy. Właśnie ostatnie zwoje zaplata, pracując pod dozorem, kilku jeńców ubranych w kolor feldgrau; obok stoją strażnicy z karabinami. Co krok inne plotki, poruszenie i rozgoryczenie, milczenie wobec czołgów, karabiny maszynowe na lśniących pasach -

Młody oficer amerykański:

- Jak mi któryś skoczy do gardła, zwalę go na ziemię, nie żeby się bawić w jego wychowawcę, nie żeby liczyć na jego przemianę ani żeby mu udowodnić, że sam jestem bez wad, tylko żeby mnie nie udusił.

Raz jeszcze szukałem tego człowieka, któremu miałem przekazać pozdrowienia i nie tylko. Adres, dokładny adres prowadzi mnie na podest, gdzie nagle nie ma już schodów, a kiedy się spojrzy w górę, znowu błękit i sunące w nim chmury. Cuchnie ubikacjami, które przypuszczalnie już nie mają przyłączy, ale są w użyciu; najwidoczniej ktoś jednak w tej ruinie mieszka. W pewnej chwili pukam do którychś drzwi, a ponieważ nikt nie odpowiada, naciskam zakurzoną klamkę, otwieram i wyglądam znowu na ulicę: pośród gruzu żleb, w nim belki. Przyjrzawszy się temu, zamykam drzwi, na próbę pukam do następnych, gdzie owszem, pojawia się ktoś, starszy pan, który przyjmuje mnie wśród grzeczności pozwalających zapomnieć o smrodzie. Niestety, nie ma pojęcia, nawet nazwiska nie zna.

Później z powrotem nad Izarę.

Czy poczucie, że mówiąc o narodach jako całości, nigdy nie mamy racji, i że wszelkie tego rodzaju uogólnione spostrzeżenia sprowadzają więcej nieszczęść niż cokolwiek innego, może gdzieś być żywsze niż w pobliżu młodej kobiety spodziewającej się dziecka, w obecności stworzenia, które w ogóle jeszcze nie ma twarzy? Niestety, moje buty i wymowa zdradzają, że jestem ze Szwajcarii; tak czy owak wywiązuje się rozmowa, ona chwilami opowiada o Francji, gdzie dwa lata bawiła z Wehrmachtem, jak o wyjeździe na wakacje, jakby mówiła: "to były czasy". Ponieważ milczę, urywa, a po chwili słyszę jej gorzkie słowa o okupantach, co właśnie mijają nas w pędzącym dżipie, ogólnie o Amerykanach, których nazywa barbarzyńcami. Ponieważ nie przytakuję, wydaje się trochę wystraszona; wkrótce się podnosi, nieuprzejmie i bez pożegnania, jak zostawia się jakiegoś zgrywusa.

Na łące, daleko nad Izarą, grają w piłkę, wszyscy rozebrani do pasa. Inni siedzą na brzegu, rzędem jak mewy. Dzień roboczy. Nawet czas wydaje się tandetą, niczyją jak hełm, który znajduję w leju z gruzem i pordzewiałymi puszkami. I czego się tu w nim dopatrywać! Jest pusty, a z setek zdjęć, jakie przez lata wisiały na naszych kioskach i były kupowane, znamy formę, którą mam w ręku, i pod nią przez lata roześmianych, rozśpiewanych zwycięzców -

Stara kobieta bez nogi.

Puszki, które miałem dla zaginionego adresata, w końcu mam komu dać, z nadzieją, że ich fundator, uchodźca, byłby zadowolony.

O pisarstwie

Ważne jest to, co niewyrażalne, to białe między słowami, a one mówią zawsze o sprawach ubocznych, innych niż te, o które w istocie nam chodzi. Istotę sprawy, naszej sprawy, potrafimy w najlepszym razie określić omownie, co oznacza, że zakreślamy wokół niej okrężną drogę. Zamykamy ją w okrążeniu. Wypowiedzi, jakich udzielamy, nigdy nie zawierają istoty naszego przeżycia, która pozostaje niewysłowiona. Potrafią tylko zakreślić jej granice, możliwie blisko i ściśle, a to, co istotne i niewyrażalne, w najlepszym razie przejawia się napięciem między tymi wypowiedziami.

Nasze dążenia sprowadzają się przypuszczalnie do tego, żeby powiedzieć wszystko, co jest do wysłowienia. Mowa, jak dłuto, odłupuje wszystko, co nie jest tajemnicą, i wszelkie wysłowienie oznacza odjęcie. Z tego względu nie powinien przestraszać nas fakt, że wszystko, co staje się słowem, zanika w swoistej pustce. Wyrażamy w słowach to, co nie jest życiem. Wyrażamy to dla życia. Mowa pracuje jak dłuto w ręku rzeźbiarza, wrażając pustkę wysłowionego w tajemnicę, w to, co żywe. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ową tajemnicę rozbijemy, i tak samo niebezpieczeństwo odwrotne - że zatrzymamy się przedwcześnie, poprzestaniemy na bezkształtnej bryle, nie dopadniemy tajemnicy, nie uchwycimy jej, nie uwolnimy od wszystkiego, co jeszcze dałoby się wysłowić, krótko mówiąc: że nie wedrzemy się w głąb, aż po samą powłokę tajemnicy.

Może właśnie ta powierzchnia, gdzie kończy się wszystko, co wyrażalne, powierzchnia, która powinna być jednym z powierzchnią tajemnicy, ta niematerialna powierzchnia istniejąca tylko dla umysłu, a nie w przyrodzie, gdzie też nie ma linii między górami a niebem - może to jest tak zwana forma?

Swego rodzaju dźwięcząca granica -

W drodze, maj 1946

Piękne niemieckie krajobrazy! Nic, tylko falowanie urodzajnych przestrzeni, wzgórza i białe chmury nad nimi, kościoły, drzewa, wsie i zarysy przybliżających się łańcuchów górskich; gdzieniegdzie lotnisko, lśnienie srebrnych bombowców stojących długimi rzędami, w jakimś miejscu zniszczony przez pociski czołg, który leży ukośnie w rowie i lufą pokazuje na niebo, gdzie indziej, na łące, pogięte śmigło -

W Landsbergu alarm:

Zatrzymują naszego dżipa, sprawdzają nas strażnicy w hełmach, uzbrojeni w pistolety, w pasach z lśniącymi nabojami, roi się od jakichś zaniedbanych ludzi, którzy wymachują rękoma, nie rozumiem ich języka, i także przy wyjeździe z tej urokliwej mieściny stoi czołg, lufa bez hamulca wylotowego.

I znowu rozległe pola, aleja, która towarzyszy nam od iluś godzin, znowu falowanie spokojnych wzgórz, chmur i lasów, i znowu baraki: w wykarczowanym lesie jakiś obóz, grunt jest szary, goły i niczym nieporośnięty, to przypomina mi fermę srebrnych lisów albo coś w tym rodzaju, wszystko ogrodzone, uładzone i pod sznur, szachownica rozpaczy w biały dzień; ludzie, uprana bielizna, dzieci, drut kolczasty.

Bregencja:

Wszędzie zatrzęsienie francuskich barw. Zalew flag, co bez względu na barwy nigdy nie przekonuje. Wjeżdżamy prosto w pochód z werblami, w muzykę, która pobudza elegancją, jest jasna i namiętna, pogodna, przejrzysta, zuchwała i zniewalająca. Wreszcie wylegają z którejś ulicy, twarze pełne Morza Śródziemnego, cera jak ładna glina, oczy aksamitne. Kroczą ku środkowi placu, gdzie rosną lipy, w prawo zwrot, w lewo zwrot, werble, stają, jeszcze raz werble, podnoszą trąbki sygnałowe, a ilekroć to powtarzają, w słońcu wieczoru powstaje migot, jakby robili na drutach. Patrzę na ich białe kamasze, białe pasy, białe rękawiczki; Marsylianka nad Jeziorem Bodeńskim. I od nowa werble, od nowa fanfary, od nowa migot, wesele między operetką a koszarami, wyborne, ale mało prawdopodobne.

Café de la Terrasse

Dopiero w czasach kiedy z powrotem opuściła nas praca, wyraźniej okazuje się, dlaczego w ogóle pracujemy, jeśli tylko się da: bo rankiem, kiedy nagle budzimy się bezbronni, to jedno chroni nas od grozy, pozwala dalej iść przez otaczający nas labirynt, jest nicią Ariadny -

Bez pracy:

Oto czas, kiedy trudno się przejść jakimkolwiek przedmieściem i na widok tych niekształtnie rosnących skamielin nie opaść z sił. Sposób, w jaki je albo śmieje się człowiek, który nas nie obchodzi, sposób, w jaki ktoś w tramwaju zastawia sobą drzwi, kiedy inni chcą wysiąść, potrafi przejąć nas zwątpieniem w ludzkość, a jakiś kolejny, własny błąd odbiera nam całkowicie ufność w to, że cokolwiek się jeszcze powiedzie. Rzeczy wielkie i małe już się od siebie nie różnią, jedne i drugie są po prostu niewykonalne. Bezmiar strachu. Zdruzgotani stajemy wobec każdej wiadomości o nędzy, zamieszaniu, kłamstwie, krzywdzie -

Z drugiej strony:

Jeśli udaje się chociażby forma pojedynczego zdania, niemającego pozornie nic wspólnego z tym wszystkim, co się dookoła dzieje - jak mało może nam wówczas zaszkodzić ta bezmierność, bezkształtność we własnym wnętrzu i w otaczającym świecie! Kondycja ludzka nagle wydaje się czymś najzupełniej znośnym, wytrzymujemy świat, nawet ten rzeczywisty, wytrzymujemy patrzenie na niedorzeczność, ufając niedorzecznie, że ten chaos da się uładzić, ująć jak zdanie, a wszelkie dokonanie formalne jest nam pociechą o niezrównanej mocy.

O Marionie

Odkąd ten animator lalek się powiesił, niektórzy nazywają go estetą, bo tak bardzo była mu potrzebna do życia gra, forma - bo tak blisko mieszkał chaosu.

Dopisek o podróży

Ogólnie rzecz biorąc, kiedy przypominają się tamte spotkania z konkretnymi osobami, przepaść wygląda na większą, niż się oczekiwało i sobie obiecywało, ale zarazem na łatwiejszą do pokonania, jeżeli tylko po drugiej stronie widać ludzką twarz. Zdarzają się jednostki, które pozwalają zapomnieć o jakiejkolwiek granicy; przy nich nie czujemy się jak Szwajcar wobec Niemca, doceniamy to, że mamy ten sam język, i wstydzimy się każdej chwili, kiedyśmy nie pamiętali o tych pojedynczych ludziach. Większość jednak aż kusi, żeby o nich z powrotem zapomnieć, usprawiedliwia się i, czy tego chcemy, czy nie, wyznacza nas na sędziego, który ma ich uniewinnić. A kiedy my, nie mogąc się zdobyć na to, milczymy albo przypominamy pewne rzeczy, których nie wolno zapomnieć, spotyka nas niemy albo głośny wyrzut, że wyrokujemy -

Litość... Czyżby miała taki sens, że uchyla nasze wyroki? A może raczej taki, że nie uchylając wyroku, wprowadza nas w drugą część zadania, w działanie? A jak działanie, które nie wynika z wyroku, mogłoby w ogóle nieść prawdziwą pomoc? Pomoc oznacza zmianę w duchu jakiegoś poznania, jedno i drugie na miarę naszych możliwości -

Raz po raz odczucie, że jedyną szansą na przyszłość są ludzie zrozpaczeni. Ale zawsze powstaje wtedy pytanie, jak dalece może przynieść owoce odraza do samego siebie, której przejawy wstrząsają słuchaczem nie mniej, niż go krępują, jak dalece jest ona zwiastunem prawdziwego poznania. My, zrozpaczeni, właściwie już je posiedliśmy, ale jeszcze, zamiast to poznanie przyjąć, wyolbrzymiamy je bez umiaru, chcąc, żeby straciło dla nas samych wiarygodność. To zaś byłoby znowu ucieczką w uniesienie, które nas nigdy nie zmieni.

Wszelką zmianę, o ile jest ona jeszcze możliwa, udaremnia oczywiście przede wszystkim nędza. Kiedy będę leżał ze śmiertelnym zapaleniem płuc, a doniosą mi, że sąsiad umarł, i to z mojej winy, być może dosłyszę to, zobaczę podsuwane mi zdjęcia, ale nic do mnie nie dotrze. W śmiertelnej biedzie, własnej biedzie, będę miał świadomość zawężoną do jednego punktu. Może dlatego niektóre rozmowy są tak trudne. Nieludzkie okazuje się oczekiwanie, że ludzie sięgną wzrokiem poza własne ruiny. W jaki sposób, pochłonięci własną nędzą, mieliby zyskać świadomość innej nędzy, tej, którą ich naród sprowadził na połowę świata? Jednak bez tej świadomości, która wykracza poza wiadomości jako takie, nigdy nie zmienią sposobu myślenia, nie staną się zwykłym narodem pośród wielu - a taki jest naszym zdaniem prawdziwy cel. Dla narodu, który widzi jedynie siebie, istnieją tylko dwie możliwości: władza nad światem albo nędza. Władzy próbował, w nędzy jest teraz. A że wskutek niej znowu nie może się uwolnić od tamtego sposobu myślenia: oto beznadzieja -

Co by się musiało stać?

Jedna propozycja, jaka przychodzi na myśl, to żywność, której co prawda częściowo brakuje także po stronie zwycięzców, druga - to pozwolenie młodym Niemcom, żeby na pewien czas wyjeżdżali za granicę. Wielu bywało, owszem, w obcych krajach, poznali Normandię i Kaukaz, ale nie Europę. Wszystko poznawali tylko jako zwycięzcy. W każdym razie żyjąc we własnym kraju, nie zyskają rozeznania, choćby go pragnęli, nie mają nie tylko dostatecznych informacji, ale także dystansu, widzą okupantów, wykorzystują ich błędy jako alibi i rzadko kiedy potrafią się uchronić przed tym wyraźnym pomieszaniem przyczyn i skutków. Z drugiej strony niemal zawsze okazuje się, że kiedy młodzi Niemcy pobędą w obcym kraju pół roku lub rok, widzą wiele rzeczy inaczej, a na pewno tylko Niemcy potrafią to powiedzieć innym Niemcom.

O Marionie

Pewnego razu Marion idzie na wystawę, ogląda obrazy znajomego malarza i trzeba trafu, że ledwo wyszedł z niewielkiej galerii, właśnie go spotyka. To ten, którego nazywają "szarlatanem". Zaprasza on Mariona na kawę, i oto siedzą pod dobrze znanymi sobie arkadami, palą i gawędzą o różnych różnościach, a obok przechodzą ludzie. Jest późne popołudnie, ostatki słońca, jasność rozświetlonych cegieł, zapach świeżej kawy - wszystko pięknie, żyć nie umierać. Malarz jednak wie, że Marion wyszedł właśnie z galerii, wie, że oglądał jego nowe prace, i niezręczność bierze się stąd, że sprawy pokrywane ostrożnym milczeniem odzywają się coraz głośniej. Tego nie sposób powstrzymać. Czy piją, znad brązowej filiżanki rzucając okiem na ulicę, czy zapalają kolejnego papierosa, czy śmieją się lub rozmawiają o groźnym wrzodzie, w gruncie rzeczy robią tylko jedno:

Milczą o wystawie.

Szarlatan domyśla się oczywiście, że jego najnowsze prace nie podobają się Marionowi, i milczenie zaczyna go pomału denerwować - co Marion doskonale wyczuwa, nawet rozumie, zwłaszcza że i on bywa w odwrotnej roli, kiedy ktoś, i to przy tym samym stoliku, pokrywa milczeniem jego lalki. Człowiek myśli wtedy: mówże wreszcie! Nie jest przyjemnie wyrazić dezaprobatę. Strach zranić tego drugiego, w jakiejś mierze tak się też stanie, a jednak, myśli sobie Marion, to jest nieuchronne i nawet wykonalne, jeżeli choć raz mieliśmy do jego malarstwa stosunek aprobujący, kiedykolwiek. Oczywiście, gdyby się odrzucało wszystko, co robi szarlatan, nawet jego dążenia i cele, nie bardzo dałoby się wyrazić chwilową dezaprobatę. Jednak po tym jak swego czasu Marion wypowiadał się o jego akwarelach, byłby niejeden sposób na to, żeby ją ująć w słowa będące do przyjęcia.

- Nawiasem mówiąc - zacząłby Marion - widziałem właśnie pańskie nowe prace... - I mógłby wtedy poczęstować tamtego papierosem. - Co do mnie, przyznam, że wolę pana drobne akwarele. Ciekaw jestem, co pan sam o nich sądzi? Pamiętam przede wszystkim jedną...

To by jeszcze brzmiało znośnie. Choć nie jak anielskie pienia... Ale Marion częstuje go tylko papierosem, a co nieznośnie brzmi, to owo zupełne milczenie, nieoczywiste, wysilone tak czy owak, i szarlatana dręczy najbardziej nie lęk przed tym dobrze znanym bólem, jaki sprawia wszelka dezaprobata, naturalnie przede wszystkim ta słuszna. Naprawdę go dręczy to, że Marion nie uważa ich osobistych relacji za pomost, co uniósłby chociaż odrobinę bólu, tylko za wątłą roślinę, którą trzeba koniecznie podeprzeć pochwałą; i znowu ten nagły przestrach, kiedy ktoś spostrzega, że jest bardziej samotny, niż myślał jeszcze przed chwilą. Teraz tym kimś jest szarlatan.

Tymczasem znikło też słońce. Marion opowiada o pani Trebor. Po co? Tylko żeby nie słyszeć milczenia, własnego milczenia, bo im dłużej ono trwa, tym trudniej uniknąć kolejnych podejrzeń: że Marion nie potrafi wyrazić szczerej dezaprobaty dla oglądanych przed chwilą prac, ponieważ nieszczera okazuje się nagle jego wyrażona kiedyś aprobata dla innych, wcześniejszych. Tamta mała akwarela, którą woli, nie istnieje. Mimo jego ówczesnych pochwał. Pamięta je bardzo dobrze, ale były kłamstwem, które chyba dopiero teraz sobie uświadamia, teraz, kiedy powinien budować na nich, i najwyraźniej między nimi dwoma nie ma na czym budować, nie ma nic bez kłamstwa -

Ale w takim razie:

Po co mówią o wszystkim innym, o całym bożym świecie, częstując się nawzajem papierosami; po co razem wyrokują o innych ludziach?

I jeszcze jedno. Czy tego chcemy, czy nie, milczenie to też orzeczenie, w gruncie rzeczy zdumiewająco uzurpatorskie. Przemilczamy swój wyrok, bo uważamy go wręcz za wyrok śmierci, tak bezwarunkowy i prawomocny, że szarlatanowi, którego obrazy nam się nie podobają, nie daje on nadziei na sąd wyższej instancji. Czy nie przeceniamy własnego zdania? W każdym razie, myśli sobie Marion, lepiej byłoby coś powiedzieć.

Ale jak?