Duchy Belfastu - Stuart Neville

-
Proszę czekać

1

Może zostawią go w spokoju, jeżeli wypije następną kolejkę. Gerry Fegan powtarzał to sobie przed każdym łykiem, choć wiedział, że oszukuje sam siebie. Spłukał palący smak whiskey haustem zimnego, czarnego guinnessa i odstawił szklankę na blat. Podnieś głowę, a już ich nie zobaczysz, pomyślał.

Nic z tego. Ciągle tam byli i patrzyli. Dwanaścioro, licząc niemowlę, trzymane przez matkę na rękach.

Był już nieźle narąbany. Kiedy poczuje, że jego żołądek nie da więcej rady, pozwoli barmanowi Tomowi odprowadzić się do drzwi. Dwunastka podąży za Feganem ulicami Belfastu aż do jego domu, po schodach, do sypialni. Jeśli dopisze mu szczęście - i będzie wystarczająco pijany - może padnie, zanim ich krzyk stanie się tak głośny, że nie da rady go znieść. Wydawali z siebie głos tylko wówczas, gdy Gerry był sam i gdy już prawie zasypiał. Najgorzej, kiedy dziecko zaczynało płakać.

Fegan uniósł pustą szklankę, by zwrócić uwagę barmana.

- Nie masz przypadkiem dosyć, Gerry? - spytał Tom. - Może pora iść do domu? Nikogo prócz ciebie już tu nie ma.

- Jeszcze jedną - powiedział Fegan, starając się nie bełkotać. Wiedział, że barman nie odmówi. Fegan wprawdzie pił, ale wciąż był szanowaną osobą w zachodnim Belfaście.

I rzeczywiście, Tom westchnął i uniósł szklankę na wysokość oczu, potem przyniósł whiskey i policzył monety rzucone na poplamiony blat. Kiedy odchodził od stolika, lepka warstwa zaschniętego piwa i brudu przyklejała się z sykiem do jego butów.

Fegan uniósł szklankę w kierunku swoich dwunastu znajomych. Było wśród nich pięciu żołnierzy; jeden z nich uśmiechnął się i skinął mu głową. Reszta tylko patrzyła.

- Pierdolcie się - rzucił Fegan. - Pierdolcie się wszyscy.

Żaden z duchów nie zareagował, tylko Tom obejrzał się przez ramię. Potrząsnął głową i ponownie skierował się w stronę baru.

Gerry przyjrzał się po kolei swoim współtowarzyszom. Spośród pięciu żołnierzy trzej byli Brytolami, dwaj - członkami Ulster Defence Regiment. Następny prześladowca to gliniarz w eleganckim, sztywnym mundurze Royal Ulster Constabulary. I jeszcze dwaj lojaliści, członkowie Ulster Freedom Fighters. Pozostała czwórka to cywile, którzy w niewłaściwym momencie znaleźli się w niewłaściwym miejscu. Pamiętał, jak zabijał każdą z tych osób, ale to właśnie wspomnienia związane z cywilami były najbardziej bolesne.

Rzeźnik o okrągłej twarzy, w poplamionym krwią fartuchu - Fegan zostawił paczkę w jego sklepie, a potem przytrzymał drzwi kobiecie wchodzącej z dziecięcym wózkiem. Uśmiechnęli się wtedy do siebie. Kiedy chwilę później wskakiwał w biegu do samochodu, poczuł falę gorąca wywołaną przez wybuch. Wybuch, który miał nastąpić pięć minut po opuszczeniu tego miejsca przez postronne osoby.

Czwartą ofiarą był ten chłopak. Fegan wciąż pamiętał wyraz jego oczu, gdy zobaczył pistolet. Teraz chłopiec siedział po drugiej stronie stolika i wpatrywał się w Gerry'ego.

Fegan spuścił wzrok, nie mógł wytrzymać tego spojrzenia. Na blacie pojawiły się mokre plamy. Uniósł dłonie ku zapadniętym policzkom i zdał sobie sprawę z tego, że płacze.

- Jezu... - powiedział do siebie.

Otarł stół rękawem. Pociągnął nosem i poczuł w gardle stęchłe barowe powietrze, gęste jak ciemnobrązowa farba pokrywająca ściany pubu. Skarcił się w myślach. Nie potrzebował litości i nie zasługiwał na litość, a już najbardziej na swoją własną. Słabsi niż on radzili sobie z tym, co zrobili. Jemu też się uda.

Drgnął, gdy poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.

- Pora już iść, Gerry - powiedział Michael McKenna.

Tom skrył się w kanciapie za barem. McKenna płacił mu za dyskrecję, barman miał niczego nie widzieć i nie słyszeć.

Fegan wiedział, że McKenna będzie go szukał. Polityk był dziś ubrany w elegancki garnitur. Dzięki cienkim markowym oprawkom okularów sprawiał wrażenie człowieka wykształconego. Różnił się bardzo od tego nastolatka, z którym Fegan biegał po ulicach trzydzieści lat temu. Michaelowi z pieniędzmi było do twarzy.

- Właśnie kończę - powiedział Gerry.

- W takim razie dopij, co masz dopić, i zawiozę cię do domu. - McKenna uśmiechnął się do niego, ukazując rząd białych, równych zębów. Kazał je sobie naprawić, żeby wyglądać dobrze przed kamerami. Został do tego zmuszony przez kierownictwo partii przed umieszczeniem jego nazwiska na listach wyborczych do Zgromadzenia. Kiedyś - wcale nie tak dawno temu - ubieganie się o fotel w Stormont było niezgodne z linią organizacji. Jednak czasy się zmieniają, nawet jeśli nie udaje to się ludziom.

- Przejdę się - odparł Fegan. - Mam niedaleko.

- To żaden kłopot - powiedział McKenna. - Poza tym chciałem z tobą pogadać.

Fegan skinął głową i upił kolejny łyk stouta. Przytrzymał go na języku. Zauważył, że chłopak po drugiej stronie stołu wstał z miejsca. Chudy, bez koszuli, wyglądał tak, jak w momencie swojej śmierci. Po chwili stanął za McKenną.

Wskazał głową polityka i udał, że strzela. Jego dłoń odskoczyła do tyłu, jakby szarpnięta siłą odrzutu. Duch wydął usta, ale nie wydobył się z nich się żaden dźwięk.

Fegan przełknął guinnessa i spojrzał na chłopaka. Coś poruszyło się w jego umyśle, powróciły kolejne wspomnienia, coś zimnego zaczęło pulsować mu w skroniach w rytm bicia serca.

- Pamiętasz tego dzieciaka? - spytał.

- Przestań, Gerry. - W głosie McKenny zabrzmiało ostrzeżenie.

- Spotkałem dziś jego matkę. Byłem na cmentarzu, podeszła do mnie.

- Słyszałem - stwierdził McKenna, wyjmując szklankę z dłoni Fegana.

- Powiedziała, że wie kim jestem i co zrobiłem. Powiedziała, że...

- Posłuchaj, Gerry, nie obchodzi mnie, co ona powiedziała. Bardziej mnie interesuje to, co ty jej powiedziałeś. Właśnie o tym musimy pogadać. Ale nie tutaj. - McKenna ścisnął ramię Gerry'ego. - Chodźmy już.

- On nic nie zrobił, przynajmniej nic ważnego. Nie powiedział glinom nic, czego by już wcześniej nie wiedzieli. Nie zasłużył na to. Chryste, on miał siedemnaście lat. Nie musieliśmy go...

Silna dłoń ścisnęła twarz Fegana, a druga chwyciła go za włosy. Zwierzęca natura McKenny znów doszła do głosu.

- Zamknij się, kurwa! - syknął. - Pamiętaj, z kim rozmawiasz!

Fegan wiedział aż nazbyt dobrze. Patrzył teraz we wściekłe niebieskie oczy i przypominał sobie każdy szczegół. Właśnie taką twarz McKenny zapamiętał. Nie tę znaną z telewizji, ale tę, która płonęła dziką radością, kiedy Michael walił chłopaka młotkiem do wyciągania gwoździ. Białą twarz pokrytą czerwonymi plamami, gdy Michael McKenna podawał Gerry'emu pistolet kaliber .22, którym miał dobić więźnia.

Fegan chwycił McKennę za ręce i odepchnął je. Udało mu się stłumić gniew, stłamsić go.

Na twarzy McKenny ponownie pojawił się uśmiech. Polityk wyszarpnął nadgarstki z uścisku Fegana, ale na tym poprzestał.

- Dobrze - powiedział tylko. - Zaparkowałem przed pubem. Zawiozę cię do domu.

Dwanaście postaci wyszło za nimi na ulicę. Chłopak przez cały czas nie oddalał się od McKenny.

Michael wspiął się wysoko w partyjnej hierarchii, jednak nie na tyle, by przydzielono mu eskortę. Fegan domyślał się jednak, że błyszczący w pomarańczowym świetle latarni mercedes był opancerzony, zapewniał ochronę przed pociskami i eksplozjami. Jego właściciel mógł czuć się bezpiecznie.

McKenna zasiadł na fotelu kierowcy. Ruszyli, a stojące na chodniku duchy patrzyły za nimi.

- Dziś ważny dzień - powiedział. - Urządzam gabinet w Stormont, dostałem własne biurko i tak dalej. Kto by pomyślał, co? Tacy jak my, tam, na górze... Załatwiłem żonie posadę sekretarki. Brytole ładują w to tyle kasy, że prawie mi ich żal! Prawie...

McKenna uśmiechnął się do Fegana. Gerry nie odwzajemnił uśmiechu.

Starał się nie oglądać wiadomości ani nie czytać gazet, ale rzeczywiście w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zmiany następowały w zawrotnym tempie. Jeszcze pięć miesięcy temu, na przełomie roku, wszyscy mówili, że nic z tego nie będzie, że proces negocjacji jest nie do uratowania. A potem nastąpiło prawdziwe trzęsienie ziemi, zawarto porozumienia i odbyły się kolejne wybory. Równocześnie cienie coraz ciaśniej okrążały Fegana i coraz częściej przybierały twarze, zyskiwały ciała, ręce i nogi. Teraz właściwie go nie odstępowały. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio poszedł spać, nie próbując uprzednio utopić ich w whiskey.

Pojawiły się w ciągu ostatnich tygodni pobytu w więzieniu Maze, czyli nieco ponad siedem lat temu. Właśnie podano mu datę zwolnienia, wydrukowaną na arkuszu papieru umieszczonym w zapieczętowanej kopercie. Pamiętał, że zaschło mu w gardle, gdy ją otwierał. Politykom na zewnątrz udało się wytargować jego zwolnienie, podobnie jak setek innych osadzonych. Ludzi takich jak Gerry nazywano więźniami politycznymi. Nie mordercami ani złodziejami, nie sprawcami wymuszeń czy szantażystami. W ogóle nie byli przestępcami, lecz jedynie ofiarami okoliczności.

Fegan uniósł wówczas głowę znad listu i zobaczył cienie, które go obserwowały.

Opowiedział o tym jednemu z więziennych psychologów. Doktor Brady stwierdził, że to poczucie winy. Użył określenia "manifestacja". Gerry'ego zawsze zastanawiało, dlaczego ludzie tak rzadko nazywają rzeczy po imieniu.

McKenna zaparkował mercedesa na chodniku przed małym szeregowcem Fegana na Calcutta Street. Dom stał w rzędzie obok dwudziestu kilku identycznych pudełek z czerwonej cegły, ponurych i równych. Cienie czekały już na chodniku.

- Mogę wejść na chwilę? - Uśmiech McKenny rozbłysł w wewnętrznym oświetleniu auta. Wokół oczu polityka pojawiły się lekkie zmarszczki. - Lepiej pogadać w środku, nie?

Fegan wzruszył ramionami i wysiadł z samochodu.

Dwanaście cieni rozstąpiło się, gdy podchodził do drzwi wejściowych. Otworzył je i wszedł do środka, za nim McKenna, a potem wśliznęła się cała dwunastka. Fegan skierował się od razu w stronę kredensu, gdzie czekała na niego butelka jamesona i karafka z wodą. Wskazał butelkę.

- Nie, dziękuję - odparł McKenna. - Może ty też nie powinieneś.

Fegan zignorował go, wlał do szklanki whiskey na dwa palce i taką samą ilość wody. Pociągnął solidny łyk i wskazał McKennie krzesło.

- Dzięki, postoję. - Polityk miał równo przystrzyżone włosy i opaloną, gładką cerę. Jedyną pozostałością z dawnych czasów była blizna pod lewym okiem.

Dwanaście duchów kręciło się po skromnie umeblowanym pokoju, na przemian stapiając się z cieniami i wychodząc z nich. Przypatrywali się uważnie obu mężczyznom. Chłopiec nie odstępował McKenny, który podszedł do pozbawionej strun gitary opartej o ścianę w kącie pokoju. Uniósł ją i obejrzał pod światło.

- Od kiedy grasz na gitarze? - spytał.

- Nie gram - odparł Fegan. - Odłóż ją.

- Martin. - McKenna przeczytał napis na nalepce wewnątrz pudła rezonansowego. - Wygląda na starą. Skąd ją masz?

- Należała do mojego przyjaciela. Naprawiam ją. Odłóż.

- Jakiego przyjaciela?

- Jednego gościa, którego poznałem w więzieniu. Odłóż ją, proszę.

McKenna odstawił instrument na miejsce.

- Dobrze mieć przyjaciół, Gerry. Powinieneś ich cenić i słuchać tego, co mówią.

- O czym chciałeś pogadać? - Fegan usiadł na krześle.

McKenna wskazał głową szklankę w dłoni Fegana.

- Choćby o tym. Musisz z tym skończyć, Gerry.

Fegan opróżnił szklankę, patrząc McKennie prosto w oczy.

- Ludzie ci się przyglądają, Gerry, jesteś przecież bohaterem republikanów. A chłopaki potrzebują wzoru. Kogoś, kogo będą szanować.

- Szanować? O czym ty mówisz? - Chłodna rosa zwilżyła dłoń Fegana. Odstawił szklankę na stolik. Zatarł ręce, rozprowadzając wilgoć na knykciach i między palcami. - Nie zasługuję na żaden szacunek za to, co zrobiłem.

Twarz McKenny poczerwieniała z gniewu.

- Odsiedziałeś swoje, przez dwanaście lat byłeś więźniem politycznym. Poświęciłeś dwanaście lat swojego życia dla sprawy! Każdy republikanin powinien to uszanować. - Wyraz jego twarzy złagodniał. - Przepijasz wszystko, Gerry. Ludzie zaczynają o tym mówić. Co wieczór siedzisz przy barze zalany w trupa i gadasz sam do siebie.

- Nie gadam do siebie. - Fegan chciał już wskazać swoich towarzyszy, powstrzymał się jednak.

- To z kim rozmawiasz?! - McKenna roześmiał się z irytacją.

- Z tymi, których zabiłem. Z tymi, których zabiliśmy.

- Uważaj, co mówisz, Gerry. Ja nikogo nie zabiłem.

Fegan spojrzał w niebieskie oczy McKenny.

- Tacy jak ty czy McGinty byliście zawsze zbyt cwani, żeby robić to własnymi rękami. Mieliście od tego takich frajerów jak ja.

McKenna skrzyżował ręce na swojej szerokiej piersi.

- Nikt nie jest zupełnie czysty.

- Coś jeszcze? - spytał Fegan. - Powiedziałeś: choćby o tym. Czego jeszcze chcesz?

McKenna krążył po pokoju, chłopak podążał za nim. Fegan musiał obracać się na krześle, żeby widzieć polityka.

- Muszę wiedzieć, co powiedziałeś tej kobiecie.

- Nic - odparł Fegan. - Nie jestem specjalnie gadatliwy. Wiesz o tym.

- Rzeczywiście, nie jesteś. Ale z dobrze poinformowanego źródła wiem, że gliny za parę dni zaczną przekopywać mokradła niedaleko Dungannon. Mniej więcej tam, gdzie pochowaliśmy tego chłopaka. Jego matka powiedziała policji, gdzie powinni go szukać. - McKenna zatrzymał się na środku pomieszczenia i spojrzał groźnie na Fegana. - A skąd ona wie, Gerry?

- Czy to ważne? Jezu, już nic z niego nie zostało. Minęło ponad dwadzieścia lat.

- Ważne! - warknął McKenna. - Jeśli otwierasz gębę, jesteś konfidentem. A wiesz przecież, co się dzieje z konfidentami.

Fegan zacisnął palce na oparciu krzesła.

- Dlaczego, Gerry? - McKenna oparł dłonie na udach i pochylił się. - Dlaczego jej powiedziałeś? Co chciałeś osiągnąć?

Fegan szukał jakiegoś kłamstwa, jakiejkolwiek odpowiedzi. Nie znalazł.

- Miałem nadzieję, że on mnie już zostawi w spokoju.

- Słucham?! - McKenna wyprostował się.

- Myślałem, że sobie pójdzie. - Gerry spojrzał na chłopaka, który celował palcami w głowę polityka. - Myślałem, że zostawi mnie w spokoju - powtórzył. - Że da mi odpocząć.

McKenna cofnął się o krok.

- Kto? Ten chłopak?

- Ale nie o to mu chodziło.

- Chryste, Gerry! - McKenna potrząsnął głową. - Co się z tobą dzieje? Idź do lekarza, doprowadź się do porządku. Może powinieneś na jakiś czas wyjechać.

- Może. - Fegan popatrzył na swoje dłonie.

- Posłuchaj. - McKenna położył rękę na ramieniu Gerry'ego. - Mój informator kontaktuje się tylko ze mną, z nikim innym. Byłeś moim dobrym kumplem przez tyle lat i to jedyny powód, dla którego nie poszedłem z tym do McGinty'ego. Gdyby się dowiedział, że coś wygadałeś temu babsku, to właśnie twojego ciała szukałyby teraz gliny.

Fegan chciał strząsnąć dłoń McKenny. Siedział jednak spokojnie.

- Oczywiście, może poproszę cię w zamian o jakąś przysługę. Jest trochę roboty, którą mógłbym ci zlecić. Mam na oku parę spraw, którymi McGinty się nie zajmuje. Jeżeli potrafisz trochę przystopować z piciem i wziąć się w garść, będziesz mógł mi bardzo pomóc. A McGinty przecież wcale nie musi wiedzieć, co powiedziałeś tamtej kobiecie.

Fegan dostrzegł grymas na twarzy chłopaka. Pozostałe cienie zaczęły się gromadzić wokół niego.

- Zrozumiałeś, co powiedziałem, Gerry?

- Tak - odparł Fegan.

- Świetnie. - McKenna uśmiechnął się.

Fegan wstał.

- Muszę się odlać.

McKenna cofnął się i powiedział:

- Wracaj szybko.

Fegan wszedł na górę i skierował się do łazienki. Zamknął i zablokował drzwi, ale jak zwykle prześladowcom udało się wśliznąć do środka. Wszystkim z wyjątkiem chłopaka. Fegan nie zwrócił na to uwagi, całkowicie skupiony, żeby stać w miarę prosto podczas opróżniania pęcherza. Już dawno przyzwyczaił się, że dwunastka była obecna nawet w najbardziej krępujących sytuacjach.

Spuścił wodę, opłukał ręce nad umywalką i otworzył drzwi. Chłopak czekał na niego w korytarzu. Patrzył w ciemność, w kierunku sypialni.

Fegan stał przez chwilę zdezorientowany. Dudniło mu w skroniach, a w sercu pojawił się pulsujący chłód.

Chłopak wskazał pokój.

- Co? - spytał Gerry.

Duch odsłonił zęby i machnął ręką w stronę drzwi.

- Dobrze - powiedział Fegan. Wszedł do sypialni, oglądając się przez ramię.

Chłopak wkroczył za nim do ciemnego pokoju i przyklęknął w nogach łóżka. Wskazał palcem na podłogę.

Fegan schylił się i na czworakach zajrzał pod łóżko. Światło wpadające z korytarza ukazywało ukryte tam stare pudełko po butach.

Uniósł głowę z pytającym wyrazem twarzy. Duch skinął głową.

Fegan wyciągnął się i chwycił pudełko, po czym przysunął je do siebie. Coś ciężkiego przemieszczało się w środku. Serce Fegana zaczęło bić szybciej. Zdjął pokrywkę i poczuł tłusty zapach pieniędzy. W pudełku znajdowały się zwitki banknotów: dwudziestki, pięćdziesiątki, setki. Gerry nie miał pojęcia, ile tu jest forsy. Nigdy jej nie przeliczył.

Ale było tu coś jeszcze, coś chłodnego, czarnego, na wpół ukrytego w papierze. Coś, czego Fegan nie chciał już mieć w ręku. W półmroku napotkał wzrok chłopaka.

- Nie - powiedział.

Duch szturchnął przedmiot palcem.

- Nie. - Tym razem nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.

Chłopak otworzył szeroko usta i chwycił się za włosy. Zanim rozległ się krzyk, Fegan sięgnął do pudełka i wyjął walthera P99.

Na twarzy młodego człowieka pojawił się szeroki uśmiech, jego zęby zabłysły. Udał, że odsuwa zamek, żeby załadować pierwszy nabój.

Fegan spoglądał na przemian na chłopaka i na pistolet. Duch skinął głową. Fegan odciągnął zamek, puścił go i usłyszał kliknięcie poruszających się nasmarowanych części. Walther dobrze leżał w dłoni, był jak uścisk ręki starego przyjaciela.

Upiór uśmiechnął się, wstał i ruszył w stronę korytarza.

Fegan wpatrywał się w pistolet. Kupił go parę tygodni po wyjściu z Maze, tak dla bezpieczeństwa. Wyjmował go z pudełka tylko do czyszczenia.

Końcem palca wymacał spust schowany w kabłąku. Duch czekał w drzwiach.

Fegan wstał i podążył za cieniem w kierunku schodów. Chłopak zaczął schodzić. Wydawało się, że padające z dołu światło w ogóle nie dotyka jego szczupłej sylwetki.

Fegan ruszył powoli za nim. Przypływ adrenaliny przywołał mroczne wspomnienia. Głosy, które dawno temu ucichły; twarze jak plamy krwi. Pozostałe cienie szły z tyłu, wymieniając między sobą spojrzenia.

Gdy dotarł na parter, ujrzał plecy McKenny. Polityk oglądał właśnie starą fotografię matki Gerry'ego. Na tym zdjęciu stała w drzwiach domu, była młoda i piękna.

Chłopak przeszedł przez pokój i ponownie odegrał scenę egzekucji człowieka, który ponad dwadzieścia lat temu zmasakrował go młotkiem do wyciągania gwoździ.

Serce Fegana waliło mocno w piersi, ciężko oddychał. McKenna na pewno zaraz go usłyszy.

Chłopak spojrzał na Gerry'ego i uśmiechnął się.

- Jeśli to zrobię, zostawisz mnie w spokoju?

Duch przytaknął.

- Co mówiłeś? - McKenna odłożył oprawione zdjęcie. Odwrócił się, usłyszawszy głos Fegana, i zamarł, gdy dostrzegł pistolet wycelowany w swoją głowę.

- Nie mogę tego zrobić tutaj.

Chłopak przestał się uśmiechać.

- Nie w moim domu. Gdzieś indziej.

Uśmiech powrócił.

- Chryste, Gerry! - McKenna wybuchnął krótkim, nerwowym śmiechem i uniósł ręce do góry. - O co ci chodzi?

- Przykro mi, Michael. Muszę to zrobić.

Uśmiech McKenny zniknął.

- Nie rozumiem, Gerry. Jesteśmy przecież przyjaciółmi.

- Wsiądziemy teraz do twojego samochodu. - Umysł Fegana przepełniła jasność. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie drżała mu ręka.

McKenna skrzywił usta w grymasie.

- Tak, kurwa, akurat!

- Wsiądziemy teraz do twojego samochodu - powtórzył Fegan. - Ty z przodu, ja z tyłu.

- Gerry, straciłeś rozum! Odłóż broń, zanim zrobisz coś, czego będziesz żałować.

Fegan podszedł bliżej.

- Do samochodu.

McKenna wyciągnął rękę.

- Weź przestań, Gerry. Uspokój się na moment, dobra? Może mi to dasz, a ja odłożę gdzieś na bok, w bezpieczne miejsce. A potem się czegoś napijemy.

- Nie będę powtarzał.

- Gerry, nie wygłupiaj się, oddaj to!

McKenna chciał chwycić pistolet, ale Fegan odtrącił jego dłoń. Znów wycelował broń w środek czoła polityka.

- Zawsze byłeś jebanym psycholem. - McKenna nie spuszczał Fegana z oczu, kierując się w stronę wyjścia. Otworzył drzwi i wyszedł na ulicę. Rozejrzał się kilka razy, szukając ewentualnego świadka. Po chwili opadły mu ramiona. Nikogo tu nie było. W tej okolicy nikt nie gapił się na przechodniów zza uchylonej zasłony.

Centralny zamek mercedesa wydał charakterystyczny dźwięk, gdy McKenna podchodził do auta.

- Otwórz z tyłu - rozkazał Fegan.

McKenna wykonał polecenie.

- A teraz siadaj z przodu i nie zamykaj drzwi, dopóki nie wsiądę. - Fegan celował w głowę McKenny, czekając, aż polityk zajmie miejsce za kierownicą.

Wśliznął się na tylne siedzenie, starając się nie dotykać gołymi rękami skórzanej tapicerki. Zamknął drzwi, pociągając za klamkę przez chusteczkę. Tom widział, jak obaj wychodzą z baru, więc odciski palców w pobliżu przedniego fotela pasażera nie miały znaczenia.

McKenna siedział dość spokojnie, trzymając dłonie na kierownicy.

- Zamknij drzwi i jedź.

Wielki silnik mercedesa obudził się z warkotem i McKenna ruszył. Fegan zerknął przez tylną szybę i dostrzegł dwanaście postaci obserwujących ich z chodnika. Chłopak wyszedł na jezdnię i pomachał ręką.

Fegan rozciągnął się na tylnej kanapie, ukrywając się w cieniu. Przycisnął lufę pistoletu do fotela kierowcy, dokładnie na takiej wysokości, na jakiej znajdowałoby się serce McKenny, gdyby tylko je miał.

2

Fegan wiedział, że ulice otaczające doki będą opustoszałe.

Stygnący silnik mercedesa wydał kilka stuknięć. W tle raz na jakiś czas rozbrzmiewał odgłos samochodów jadących estakadą - tam gdzie autostrada M3 przechodziła w M2. Przed nimi rzeka Lagan wpływała do Belfast Lough. Na drugim brzegu migotały światła kompleksu Odyssey; znajdujące się tam kluby nocne były teraz pełne młodych, zamożnych mieszkańców miasta. Na tyle młodych, żeby nie pamiętać o ludziach takich jak Fegan, i na tyle zamożnych, żeby się tym nie przejmować.

Za gmachem Odyssey, nad starą stocznią, wznosiły się ogromne suwnice: Samson i Goliath. Po drugiej stronie Queen's Island widać było niewielki samolot kołujący nad lotniskiem, które teraz nosiło imię George'a Besta - piłkarza, którego wykończył alkohol. Silnik samolotu wył i głośno brzęczał.

Ramiona McKenny opadały i wznosiły się z każdym oddechem. Fegan uniósł się na tylnym siedzeniu, wciąż kierując pistolet w środek oparcia fotela. Poczuł, jak przesiąknięta potem koszula odkleja mu się od pleców. Rozejrzał się po śmietnisku, na którym zaparkowali. Żadnych kamer, żadnych świadków. Zobaczą to jedynieszczury.

No i cienie.

Przemieszczały się między plamami ciemności. Przyglądały się i czekały, wszystkie z wyjątkiem tego chłopca. Jego duch pochylał się nad przednimi drzwiami, osłaniając oczy dłońmi i wpatrując się w McKennę przez szybę.

- Popatrz - powiedział McKenna, wskazując teren wokół suwnic. - Teraz na to miejsce mówią Titanic Quarter. Niezłe, co?

Fegan milczał.

- Tu się robi pieniądze, Gerry. Nadeszły dobre czasy: kontrakty, subwencje, tyle się tutaj buduje, każdy może wyrwać swój kawałek tortu. Ale na litość boską, nazwali miejsce na pamiątkę pieprzonego statku, który zatonął w czasie dziewiczego rejsu. Głupie, prawda? To miasto dało światu największy złom, jaki kiedykolwiek pływał po morzu, a my jesteśmy z tego dumni! Takie rzeczy tylko w Belfaście, nie?

McKenna zamilkł. Po chwili zapytał:

- Czego ode mnie chcesz, Gerry?

- Zadzwoń - odparł Fegan.

- Do kogo?

- Do Toma. Powiedz mu, żeby zamknął pub. Powiedz, że podrzuciłeś mnie do domu i pojechałeś spotkać się z kimś w dokach. Jeżeli zapyta z kim, powiedz, że chodzi o biznes, którym się zajmujesz.

- Dlaczego miałbym to zrobić? - Śmiech McKenny nie zdołał ukryć jego strachu. - Po co mam do kogoś dzwonić?

- Bo cię zabiję, jeżeli nie zadzwonisz.

- Chyba i tak mnie zabijesz, prawda?

Fegan spojrzał w lusterko wsteczne. Dostrzegał w ciemności oczy McKenny. Widział jego okulary odbijające światła z drugiego brzegu.

- Śmierć śmierci nierówna, Michael. Można umrzeć na bardzo różne sposoby. Wiesz o tym.

- Jezu...! - Ramiona McKenny zatrzęsły się, gdy głośno wypuścił powietrze z płuc. - Jezu, Gerry, nie mogę!

Fegan zbliżył wylot lufy walthera do podstawy czaszki McKenny.

- Zrób to.

McKenna spuścił głowę i westchnął. Po chwili ekran jego komórki rozjaśnił wnętrze samochodu błękitnozielonym blaskiem. Telefon piknął i zagadał. Mężczyzna uniósł go do ucha trzęsącą się ręką.

- Tak... Słuchaj, Tom, zamknij interes i zabierz pieniądze do domu... Nic mu nie jest, wsadziłem go do łóżka. Jestem teraz w dokach... Mam się spotkać z jednym gościem... Tak, w interesach. Słuchaj, muszę kończyć. Jutro odbiorę forsę. Dobra, w porządku... Do zobaczenia.

Telefon wydał jeszcze jedno piknięcie i jego wyświetlacz zgasł. McKenna odwrócił głowę.

- Pamiętasz, jak byliśmy dzieciakami, Gerry?

Fegan poczuł zapach potu i strachu. Nie tylko McKenny, swojego również. I bez tego miał wystarczająco dużo wspomnień.

- Pamiętasz, jak Brytole nas zgarnęli, bo obrzuciliśmy ich cegłami? Ile mieliśmy wtedy lat, szesnaście, siedemnaście? Ja rzuciłem pierwszy i zacząłem uciekać. Mały Patsy Toner za bardzo się bał, żeby to zrobić, więc pobiegł za mną.

Wykręcił szyję, starając się spojrzeć na Fegana. Gerry przycisnął lufę do jego potylicy i McKenna musiał ponownie skierować wzrok przed siebie. Czyli tam, gdzie czekały cienie - wszystkie z wyjątkiem chłopaka, który wciąż gapił się przez okno od strony kierowcy.

- Ale ty nie uciekłeś. - McKenna roześmiał się. - W ogóle się nie bałeś. Nikogo! Pozostałeś na stanowisku. Rzuciłeś dopiero wtedy, kiedy mogłeś spojrzeć im w oczy. Pamiętasz? Trafiłeś jednego z nich w twarz. Wystawiali głowy z land rovera i cegła walnęła go prosto w nos. Krew była wszędzie!

- Przestań - rozkazał Fegan. Pamięć była jego przekleństwem.

- A potem gonili nas po Falls. Chryste, pamiętasz to? Śmialiśmy się obaj, a mały Patsy wołał swoją mamę...

- Powiedziałem: przestań! - Fegan mocniej przycisnął pistolet do czaszki McKenny.

- Dopadli nas przy Brighton Street. Chryste, skopali nas jak psy, co nie? Dostaliśmy niezły wycisk! A pamiętasz... - Ramiona McKenny zatrzęsły się od śmiechu. - Pamiętasz, jak złapali Patsy'ego, a on się zsikał w spodnie i oblał jednego z nich?

Na usta Fegana mimowolnie wypełzł uśmiech. Otarł wargi dłonią.

- Za karę złamali mu rękę.

- Tak było - potwierdził McKenna. Śmiech zamarł mu w gardle. - Następnego dnia wstąpiliśmy do organizacji. Zniszczyłeś wtedy życie swojej matce, prawda?

- Dość! - Oczy Fegana płonęły.

- To ja cię w to wciągnąłem, Gerry. Ja! - warknął McKenna. - Poznałem cię z McGintym i resztą ludzi. Gdyby nie ja, nigdy by cię nie przyjęli, nie zapominaj o tym. Beze mnie byłbyś nikim. Ot, jednym z wielu katolickich chłopaków bez roboty.

- Masz rację - odparł Fegan. - Byłbym nikim. I nic bym nie zrobił! Wszyscy ci ludzie ciągle by żyli. Ten chłopak też. Miałby teraz żonę, dzieci, dom, wszystko. Zabraliśmy mu to, ty i ja.

- Był pieprzonym konfidentem! - Głos McKenny zagrzmiał we wnętrzu samochodu. - Gadał z gliniarzami. Był martwy w momencie, kiedy otworzył gębę.

Fegana powoli ogarniał spokój.

- Przestań - powtórzył.

- Gerry, zastanów się, co robisz. Chłopaki ci tego nie darują. Nieważne, że jest zawieszenie broni, że mamy Stormont. Dopadną cię i tak.

Po policzku Gerry'ego spłynęła ciepła łza. Poczuł jej słony smak.

- Jezu, przysięgałem sobie, że już nigdy tego nie zrobię.

- No to nie rób, Gerry! Słuchaj, jeszcze nie jest za późno. Wiem przecież, jesteś pijany, masz depresję, nie jesteś sobą. Nic ci się nie stanie, jeżeli teraz się wycofasz.

- Przykro mi. - Fegan potrząsnął głową.

- Trzydzieści lat, Gerry! Znamy się już trzydzieści...

Walther wystrzelił. Czerwonoszara maź obryzgała przednią szybę auta, McKenna opadł na kierownicę i ciemności rozdarł dźwięk klaksonu. Fegan przechylił się i przyciągnął zwłoki do oparcia fotela. Otoczyła go cisza.

Wydostał się z samochodu i przez chusteczkę otworzył drzwi kierowcy. Nikłe światło z drugiego brzegu ukazało oczy McKenny tępo wpatrzone w Gerry'ego. Markowe okulary pękły i zwisały teraz z ucha polityka. Fegan władował mu jeszcze kulę w serce - tak na wszelki wypadek. Twardy odgłos wystrzału przeniósł się na drugą stronę rzeki, w stronę rozświetlonych budynków.

Fegan otarł gorący pot z oczu i rozejrzał się. Z ciemności wyszli jego towarzysze i stanęli przy otwartych drzwiach mercedesa. Spoglądali na przemian na Fegana i na zwłoki. Na zwłoki i na Fegana. Gerry przyjrzał się każdemu z nich, przesuwając wzrok na kolejne postaci. Patrzył, jak znikają wśród cieni, i liczył je.

Chłopaka już nie było.

Jednego mniej.

Zostało jeszcze jedenaścioro.

3

To on - powiedział McSorley, wskazując niewyraźne zdjęcie wydrukowane na poplamionej kartce papieru. Widniał na nim starszy mężczyzna otwierający drzwi poczty.

Davy Campbell obrócił stronę leżącą na blacie, chcąc dokładniej przyjrzeć się fotografii.

Łatwy cel, pomyślał. Jakżeby inaczej.

McSorley siorbnął łyk piwa. Był co najmniej piętnaście lat za stary na dżinsy, które nosił. Po drugiej stronie stołu siedzieli Hughes i Comiskey. Był środek dnia, a oczy już im poczerwieniały od alkoholu.

- Ja i Davy zajmiemy się tym gościem, a wy dwaj jego żoną - zwrócił się do nich McSorley.

Campbell spojrzał przez okno na rozgrzany w słońcu parking, na stojące tam dwa pordzewiałe samochody i na góry w oddali. Droga na przedmieściach Dundalk była zupełnie pusta. Objazdy związane z budową nowej autostrady ograniczyły ruch w Player's Inn do tego stopnia, że Eugene McSorley mógł głośno mówić o swoich planach bez obawy, że ktoś go podsłucha. Za parę miesięcy czteropasmową trasą pojadą samochody z centrum Dublina do Newry, miasta na północy, tuż za granicą, i dalej, aż do Belfastu. Droga ominie portowe miasto Dundalk, a zatem i Player's Inn.

Pamiątkowe rekwizyty związane z futbolem gaelickim kiedyś miały robić wrażenie na turystach, których autobusy zatrzymywały się tutaj na trasie do Dublina. Nie wiedzieli, jak paskudne podają tu żarcie, zanim nie pojawiało się przed nimi na wyszczerbionych talerzach, ociekające tłuszczem. Teraz, kiedy jedynymi klientami byli członkowie tej bandy wyrzutków, koszulki i trofea zgromadzone wokół baru wyglądały trochę smutno.

Ojciec właściciela, Joe Gribben senior, był zawodnikiem drużyny hrabstwa Louth, która zdobyła Puchar Sama Maguire'a w 1957 roku - Joe Gribben junior nie mógł pozwolić, żeby o tym zapomniano. Campbell urodził się i wychował w Glasgow, więc w ogóle nie interesował się futbolem gaelickim. Z kolei Joe Gribben junior na wszelki wypadek nie interesował się ich rozmową. Siedział w drugim końcu baru, poza zasięgiem ich głosów.

Comiskey pochylił się i wycelował palec w Campbella.

- Dlaczego on idzie na akcję? Dlaczego akurat ja mam zostać z tą babą?

Campbell wyciągnął rękę i chwycił jego dłoń.

- Zabieraj ten paluch albo ci go złamię.

- Spokój - warknął McSorley, rozdzielając ich dłonie. - Davy idzie ze mną, bo wie, co ma robić. Za to ty potrafisz tylko siedzieć i drapać się po tyłku, więc lepiej zamknij gębę i rób, co ci każę.

- Chuj z tobą - rzucił Comiskey.

Odsunął się i założył ręce na piersi.

Campbell patrzył na niego, aż facet odwrócił wzrok. Czy naprawdę McSorley nie potrafił znaleźć lepszych ludzi?! Skok na pocztę może dać wystarczająco dużo kasy, żeby zdobyć porządną broń, ale dlaczego ma ona trafić w ręce kogoś takiego jak Comiskey? Facet sam sobie odstrzeli stopę...

Po raz kolejny Campbell zaczął się zastanawiać, co właściwie, do kurwy nędzy, robi tutaj z tymi palantami. Mówili o sobie, że są republikanami, że są wierniejsi idei niż te sprzedawczyki z północy, a tymczasem ledwo co dawali radę zorganizować parę piw. Przed dziewięcioma laty jedna bezsensowna akcja niemal całkowicie rozbiła takie dysydenckie ugrupowania. Tragiczny wybuch w Omagh zabił pewnego letniego popołudnia w 1998 roku dwadzieścia dziewięć osób, samych cywilów, a na dodatek jeszcze dwójkę nienarodzonych bliźniąt. Stało się to zaledwie parę miesięcy po podpisaniu porozumienia z Wielkiego Piątku. Jeśli rozłamowe republikańskie grupy miały wówczas jeszcze jakieś poparcie, to zniknęło ono z dnia na dzień. Jednak zachodzące obecnie na północy zmiany sprawiły, że szeregi takich grup wciąż rosły. Coraz więcej szarych żołnierzy przyłączało się do dysydentów. Bali się, że teraz, kiedy organizacja ich już nie potrzebowała, znów staną się nikim. Proces pokojowy pozbawił zajęcia wielu ludzi, ale diabeł już czekał, żeby przydzielić im pracę.

Niektórym chłopakom nie podobała się obecność Campbella, przecież nawet nie był Irlandczykiem. Jednak jego reputacja dotarła tu z Belfastu przed nim i kiedy Davy przekroczył granicę i przyjechał do Dundalk, McSorley odnalazł go i uczynił swoją prawą ręką. Rozłamowcy tworzyli właśnie takie ekipy jak grupa McSorleya - niektóre większe, inne mniejsze, wszystkie luźno związane wspólną ideą. Wkrótce - może już w tym roku albo w następnym - wszystkie oddziały połączą siły i znów będzie trzeba się z nimi liczyć, a do tego czasu zajmą się wewnętrznymi sporami oraz napadami na wiejskie urzędy pocztowe.

Robota to robota, stwierdził Campbell. Westchnął pod nosem i zaczął się rozglądać, kiedy McSorley po raz dziesiąty przedstawiał swój plan.

Wzrok Szkota zatrzymał się na ekranie wyciszonego telewizora nad barem. Fotografia przedstawiająca znaną mu twarz została po chwili zastąpiona ujęciami ludzi w białych papierowych kombinezonach i maseczkach chirurgicznych, którzy przeszukiwali wnętrze mercedesa.

- Spójrzcie - powiedział Campbell.

McSorleya tak pochłonął jego własny plan, że Davy musiał uderzyć go w ramię.

- Co jest?

- Patrz. - Campbell przekręcił głowę w stronę telewizora. - Hej, Joe! Zrób głośniej, okej?

Właściciel baru spełnił prośbę i po chwili usłyszeli modulowany głos reportera RTé:

- Rzecznik policji odmówił spekulacji na temat tego, kto mógł stać za zabójstwem Michaela McKenny, jednak analitycy zajmujący się bezpieczeństwem twierdzą, że głównymi podejrzanymi są lojaliści i rozłamowe grupy republikańskie.

- No to, kurwa, nie ja! - rzucił McSorley.

Comiskey i Hughes roześmieli się. Campbell do nich nie dołączył. W żołądku poczuł ukłucie podniecenia. Przełknął ślinę i udało mu się opanować.

- Choć pojawiły się pogłoski o rozbieżnościach między Michaelem McKenną a kierownictwem partii - kontynuował reporter - obserwatorzy wykluczają wewnętrzną wendetę jako motyw zabójstwa. Analitycy zastanawiają się jednak nad dalszymi konsekwencjami politycznymi tego morderstwa. Michael McKenna był czołowym działaczem republikańskim i członkiem rządu Irlandii Północnej z siedzibą w Stormont, zatem jego zabójstwo może zdestabilizować ciężko wypracowane porozumienie na Północy, i to tuż po uformowaniu nowego gabinetu.

- Ja pierdolę! - odezwał się McSorley. - Dzięki Bogu, ktoś wreszcie załatwił Michaela. Już nie będę musiał oglądać w telewizorze mordy tego obrzydliwego skurwiela.

Na ekranie pojawiło się teraz archiwalne nagranie z McKenną udzielającym wywiadu przed swoim biurem na Springfield Road w Belfaście. Hughes i Comiskey zabuczeli, kiedy kamera pokazała zbliżenie logo partii. Relacja powoli się kończyła. Korespondent z Irlandii Północnej powiedział jeszcze:

- Technicy policyjni wciąż pracują na miejscu zbrodni.

- Gówno znajdą - stwierdził Campbell. - Mają beznadziejnych techników. Dziwi mnie, że w ogóle odkryli ten cholerny samochód. - Wsadził dłoń do kieszeni i wymacał komórkę. Był ciekaw, czy miał jakieś nieodebrane połączenia.

- Ktokolwiek to zrobił, postawię mu piwo - parsknął McSorley. - Davy, ty znałeś McKennę, prawda?

- Całkiem nieźle - odparł Campbell. - Nie spodobało mu się za bardzo, że odszedłem z miasta i przyjechałem tutaj. Powiedział, że jeśli jeszcze kiedyś pokażę się w Belfaście, połamie mi nogi.

- No, to w takim razie ktoś ci zrobił przysługę.

Campbell zastanawiał się nad tym przez chwilę.

- Może. Ale będą z tego kłopoty. Chłopaki z Belfastu nie odpuszczą. Znajdą winnego, tego jestem pewien.

McSorley zachichotał. Jego czerwone policzki błyszczały.

- Zdaje się, że jesteś całkiem zadowolony - powiedział Campbell.

- Zadowolony? - McSorley wyszczerzył zęby i odgarnął siwiejące włosy. - Jestem szczęśliwy jak pies, który ma dwa fiuty i dwie latarnie do obsikania. Jak mówi nasze stare hasło, Davy, tiocfaidh ár lá. Nasz czas nadejdzie.

Objął Szkota ramieniem i schylił się. Jego oddech zmierzwił szorstkie włosy na brodzie Campbella.

- Ci skurwiele w Belfaście od dawna się o to prosili. Wzięli forsę i zostawili nas na lodzie. Wiesz co? Zamówię kolejkę i wypijemy zdrowie tych palantów, którzy zabili Michaela McKennę!

Campbell wstał, żeby przepuścić McSorleya. Był zadowolony, że już nie musi znosić jego uścisku. Jednak McSorley zatrzymał się w połowie drogi i zawrócił do stołu. Wyciągnął dłoń do Campbella. Davy ją uścisnął.

- Potrzebujemy takich ludzi jak ty, Davy - powiedział McSorley, miażdżąc jego palce. - Cieszę się, że jesteś z nami.

Puścił dłoń Campbella i ruszył ponownie w stronę baru. Szkot wytarł rękę o spodnie. Wśliznął się ponownie na miejsce i zauważył, że Hughes i Comiskey przypatrują mu się uważnie.

- Co jest?

Comiskey obdarzył go krzywym uśmiechem.

- Jego możesz oszukać, Davy, ale mnie nie oszukasz. Pamiętaj, będę miał na ciebie oko.

- Naprawdę? - Campbell uniósł brwi i odwzajemnił uśmiech.

- Naprawdę. Jeden fałszywy krok i jesteś załatwiony, chłopcze. - Comiskey oparł łokcie o blat i uformował pistolet z palców. Udał, że repetuje broń. - Pif-paf, Davy.

- Kiedy tylko zechcesz, kolego - rzucił Campbell. Wytrzymał spojrzenie Comiskeya wystarczająco długo, żeby dać do zrozumienia, co o tym sądzi, a potem skierował wzrok na widoczne za oknem góry. Myślał o zwłokach Michaela McKenny leżących w samochodzie w Belfaście. Poczuł, że przenika go przyjemny dreszcz oczekiwania, a jednocześnie ogarnia zimny niepokój.

4

Naprzeciwko Fegana, po drugiej stronie stołu, siedziało dwóch policjantów, a obok niego, po prawej, zajął miejsce Patsy Toner. Pokój przesłuchań na posterunku Lisburn Road był nijaki i zimny; przypominał salę w szpitalu.

- I Michael McKenna tak po prostu wyszedł, kiedy już położył pana do łóżka? - spytał starszy z funkcjonariuszy.

- Pan Fegan już odpowiedział na to pytanie - stwierdził Toner. Jego granatowy garnitur był pognieciony; wyglądało na to, że narzucił go w pośpiechu na swoje kościste ramiona.

- Tak, ale wolałbym, żeby odpowiedział jeszcze raz. Chcemy się tylko upewnić. - Śledczy uśmiechnął się.

- No, o ile wiem, wyszedł - odparł Fegan. - Byłem pijany. Straciłem świadomość od razu po wejściu do łóżka.

W rzeczywistości bardzo krótko spał poprzedniej nocy. Przez półtorej godziny krążył po ulicach, starając się unikać kamer monitoringu. Wdrapał się przez mur na podwórko opuszczonego budynku stojącego dwie przecznice od jego domu i schował pistolet pod jakimiś deskami w rozpadającej się szopie. Potem cicho wśliznął się do domu i poszedł od razu na górę. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy spokojnie się położył, choć dzwonienie w uszach i wspomnienie upiornego uśmiechu chłopaka sprawiły, że długo gapił się w sufit. Nie mógł zasnąć, dopóki światło dnia nie przecisnęło się przez szparę w zasłonach.

- W porządku - powiedział policjant. - Na razie nam to wystarczy.

Kiedy szli do samochodu Tonera, Gerry spytał:

- Skąd wiedziałeś? Czekałeś na mnie.

Toner uśmiechnął się.

- Mamy tu informatora, współpracuje z nami od wielu lat. Zadzwonił do mnie, kiedy tylko się dowiedział, że będziesz przesłuchiwany przez wydział zabójstw. Facet ostatnio nie miał specjalnie okazji, żeby się wykazać, ale wciąż jest przydatny.

Patsy Toner był cenionym adwokatem. Niski i szczupły, nosił teraz wprawdzie gęste wąsy, ale wciąż trochę wyglądał jak ten chłopak, z którym Gerry wiele lat temu biegał po ulicach. Kiedy rozmawiał z dziennikarzami, przedstawiał się jako specjalista w dziedzinie ochrony praw człowieka. Fegan wiedział jednak, o czyje prawa walczył Patsy, a jaguar świadczył o tym, że było to opłacalne.

Toner odchrząknął i uruchomił silnik.

- Musisz się jeszcze z kimś spotkać, zanim cię odwiozę do domu.

- Z kim? - spytał Gerry. Zbliżył dłoń do klamki, żeby w każdej chwili otworzyć drzwi i uciec.

- Ze starym znajomym. - Toner uśmiechnął się uspokajająco i ruszył.

Fegan odsunął dłoń od klamki. Zdołał się opanować.

Na szczęście Patsy nie odzywał się przez całą drogę. Jaguar jechał powoli na północ wzdłuż Lisburn Road, po obu stronach ulicy można było dostrzec ekskluzywne butiki, restauracje i winiarnie. Co kilkadziesiąt metrów zatrzymywali się na światłach, przed przejściami dla pieszych, które przemierzali studenci i młodzi przedstawiciele klasy średniej.

Uważają, że miasto należy do nich, pomyślał Gerry. Cóż, jeśli proces normalizacji miał polegać na tym, że bez obawy o życie można sobie kupić bardzo drogą kawę, to pewnie mają rację. Młoda kobieta w służbowym garniturze przedefilowała przed maską jaguara z komórką przy uchu. Ciekawe, czy była już na świecie, kiedy tutaj zdrapywano łopatami fragmenty ciał z bruku.

Fegan odpędził od siebie ten obraz. Wkurzał się na siebie, na swoje rozgoryczenie. Odrobina spokoju po tygodniach wrzasku niepokoiła go - gdy już prześladowcy zniknęli, gdy osłabły zimne dreszcze i skurcze żołądka, jasność umysłu dezorientowała. Jednak siedem lat życia wśród cieni i przebłysków nie mogło skończyć się wraz ze śmiercią Michaela McKenny. Jedenaście postaci gdzieś się czaiło, gdzieś poza zasięgiem wzroku. Czekali, Gerry był tego pewien.

Toner skręcił w lewo w Tate's Avenue, biegnącą przez miasto na zachód - tam, gdzie wszystko się zaczęło.

Klub kibiców Celtiku najlepsze lata miał już za sobą. Szyld nad wejściem ozdabiały piłki i trójkolorowe flagi, ale farba zdążyła się złuszczyć, ukazując zbutwiałe deski. Metalowe kraty osłaniały brudne, zamalowane okna i budynek sprawiał wrażenie zaciemnionego.

Toner wprowadził Gerry'ego do środka. Gdy weszli, jedyny popołudniowy klient nie uniósł nawet wzroku znad gazety. W półmroku unosił się zapach stęchłego piwa i dymu papierosowego. W takich miejscach zakaz palenia nigdy nie będzie przestrzegany.

Dotarli na koniec pomieszczenia i weszli w przesiąknięty wilgocią wąski korytarz. Po obu stronach znajdowały się toalety, a na końcu jeszcze jedne drzwi z napisem WSTĘP WZBRONIONY. Toner otworzył drzwi do pokoju na zapleczu i wtedy głowę Fegana przeszył nagły ból, niczym błyskawica między skroniami. Zatrzymał się i oparł o ścianę. Gdzieś w kończynach pojawił się zimny dreszcz i dotarł do serca jak lodowata pajęczyna.

Toner obejrzał się przez ramię i powiedział:

- Jezu Chryste, Gerry, co się stało?

Fegan wziął głęboki oddech.

- Nic - odpowiedział. - Jestem trochę zmęczony.

Jedenaście cieni przemknęło korytarzem obok Patsy'ego i wtopiło się w ciemność. Adwokat podszedł do Fegana i położył małą dłoń na jego ramieniu.

- On chce po prostu zamienić z tobą parę słów - powiedział Toner. - Nie denerwuj się.

Gerry odepchnął jego rękę.

- Nie denerwuję się, tylko mam kaca. Chodźmy.

Minął Tonera, podszedł do drzwi i otworzył je. Serce zabiło mu mocniej na widok człowieka, który na niego czekał.

Łysa głowa Vinciego Caffoli odbijała światło gołej żarówki umocowanej na suficie. Wszystkie pudła i beczki wyniesiono na zewnątrz i w pomieszczeniu znajdowało się teraz tylko jedno drewniane krzesło. Stało na środku. Podłogę pokrywała plastikowa folia. Caffola był ubrany w nowy kombinezon, który ciasno opinał jego masywne ramiona.

- Cześć, Gerry, jak leci? - Feganowi zrobiło się niedobrze na widok uśmiechu Caffoli.

- Może być.

- Poczekam w samochodzie. - Toner klepnął Fegana w ramię i zniknął w korytarzu, którym przyszli.

- Usiądź - rzucił Caffola.

Fegan zajął miejsce na krześle. Najchętniej zakryłby twarz dłońmi, ale położył je spokojnie na kolanach. Żarówka zwisająca z sufitu kołysała się lekko, poruszona przeciągiem po zamknięciu drzwi przez Tonera, i cień Caffoli przemieszczał się po ścianie. Dołączyły do niego inne cienie, przenikając się nawzajem, nabierając kształtów. Gerry przełknął ślinę i zamrugał. Zaczynała go boleć głowa.

- Smutna sprawa z tym Michaelem, nie? - spytał Caffola z ponurą miną.

Z mroku wychynęło dwóch żołnierzy. Dwaj młodzi ludzie, nieżyjący już od dawna. Ich mundury były pokryte smugami krwi i czarnej ziemi. Unieśli dłonie, układając palce w kształt pistoletu. Fegan skierował wzrok na Caffolę.

- Tak - powiedział. - Myślałem, że to już się skończyło.

- Nigdy się nie skończy - odparł Caffola, przemierzając pokój. Dwaj żołnierze Ulster Defence Regiment podążali za nim. - Dopóki Brytole stąd nie pójdą. Jasno przedstawiłem swoje zdanie McGinty'emu i pozostałym: nie podoba mi się to, co tu się dzieje. Współpraca z glinami, siedzenie w Stormont i tak dalej. Ale pozostanę z partią, niezależnie od okoliczności.

- Zawsze byłeś lojalny - rzucił Fegan.

- Tak, lojalny! - Caffoli chyba spodobało się to słowo. Klasnął w dłonie. Pora przejść do konkretów. - No dobrze, muszę ustalić, co przydarzyło się Michaelowi. Odwiózł cię w nocy do domu. O której?

- Mniej więcej kwadrans po jedenastej, wpół do dwunastej.

- Powiedział, dokąd się wybiera?

- Nie. Nie gadaliśmy zbyt wiele. Byłem narąbany. - Jakiś czas temu to Caffola musiał słuchać rozkazów Fegana. Przyznanie się do słabości było dla Gerry'ego upokarzające.

- Czy mówił coś o tych gościach, z którymi robił interesy?

Fegan popatrzył na górującego nad nim faceta.

- Jakich gościach?

- Jakiejś bandzie pieprzonych Litwinów. - Caffola skrzywił się, jakby to ostatnie słowo było obrzydliwe. - Skurwysyny. Jak Boga kocham, jest tu już tylu obcokrajowców, że wkrótce nie będzie warto wyrzucać Brytoli. Cholerni Litwini, Polacy, czarnuchy, pakole, Chinole. Idziesz przez miasto i nie masz właściwie okazji usłyszeć irlandzkiego akcentu. Sami cudzoziemcy. A w Dublinie jest jeszcze gorzej. Byłeś tam ostatnio?

- Nie - powiedział.

- Jebani cudzoziemcy na każdym kroku. Pieprzone brudasy obsługują cię w knajpach. Nie mogę już spokojnie wejść do restauracji, bo jakiś czarny palant maca żarcie swoimi łapskami! - Caffola wzdrygnął się z odrazą.

Pamięć Gerry'ego pracowała, gdy patrzył, jak żołnierze celują w wygoloną głowę Caffoli i zabijają go, tak jak chłopak McKennę. Odetchnął ciężko, gdy w końcu powróciło wspomnienie tamtego zdarzenia. To było podobne pomieszczenie. W Lurgan, dwadzieścia mil na południowy zachód od Belfastu.

Nieistniejący już Ulster Defence Regiment składał się z półzawodowych żołnierzy rekrutujących się spośród miejscowej ludności. Podobnie jak w policji, prawie wszyscy byli protestantami, a niektórzy z nich także lojalistami, którzy nadużywali swojej władzy i podczas patrolowania wiejskich dróg i małych miejscowości znajdowali okazję do gnębienia katolików. Sześcioosobowy oddział UDR trafił na pułapkę minową niedaleko Magheralin. Dwóch ludzi zginęło na miejscu, dwóch połamanych, ale wciąż żywych, leżało przy drodze, a dwóch uciekło w pole. Grupa miejscowych chłopaków, która miała zająć się niedobitkami, schwytała ich w ciągu dziesięciu minut i zawiozła na melinę na osiedlu na przedmieściach Lurgan. Caffola i Fegan dotarli do knajpy w ciągu godziny.

Vincie Caffola - najlepszy w organizacji, jeśli chodzi o wyciąganie zeznań. Wielki, lecz powolny. Potrafił zadawać ból, był w tym mistrzem, ale w walce nie sprawdzał się w ogóle. Fegan przyjechał z nim na wszelki wypadek.

Dwaj żołnierze UDR mocno krwawili i krzyczeli z bólu i przerażenia. Mieli rozdziawione usta, ze zmiażdżonych dziąseł kapała krew, a ich zęby leżały rozrzucone na podłodze. Już godzinę temu zdradzili wszystko, co wiedzieli, lecz Caffola nie dawał za wygraną. Klęczał na podłodze i wyrywał obcęgami paznokieć z palca u nogi jednego z więźniów. Wtem stopa, nad którą się schylał, wykonała nagły ruch i Vincie stracił równowagę. Upadł na plecy. Żołnierz zdołał wstać, jego więzy opadły. Caffola leżał, gapiąc się na wrzeszczącego człowieka. Nie był w stanie się ruszyć. Fegan strzelił w głowę żołnierza, zanim zdążył on wykonać następny krok. Drugi, wciąż przywiązany do krzesła, zaskowyczał, gdy ciało jego kolegi uderzyło o podłogę. Fegan uciszył go strzałem w skroń. Spojrzał na Caffolę, wciąż rozciągniętego wśród krwi i zębów, i kazał mu posprzątać ten bajzel.

Teraz Gerry zastanawiał się, co się może wydarzyć. Był pewien, że jeśli przesłuchanie stanie się nieprzyjemne, poradzi sobie z Caffolą. Tyle że nie będzie mógł uciec, chłopcy zaraz ruszą w pościg. Postanowił zachować spokój.

- Nie znam żadnych cudzoziemców - powiedział.

- Więc nie znasz też tego fiuta, co? - Caffola podszedł do schowka i otworzył drzwi. W środku, zwinięty w kłębek, leżał zakneblowany mężczyzna ze skrępowanymi rękami i nogami. Patrzył na nich i trząsł się. Jego szary garnitur pokrywały czerwone plamy.

Dwaj żołnierze znów schowali się w ciemnościach. Skryli się wśród cieni i Fegan stracił ich z oczu. Ból w jego czaszce nieco zelżał.

- Nie. Nigdy wcześniej go nie widziałem.

Caffola schylił się i wyciągnął knebel z ust mężczyzny. Wskazał na Fegana.

- Znasz go?

Facet spojrzał na Fegana, a potem ponownie na Caffolę. Pokręcił głową.

- Jesteś pewien?

Mężczyzna uniósł skrępowane ręce i zaczął skamleć w jakimś słowiańskim języku. Caffola zaparł się dłońmi o futryny i zamachnął nogą do wnętrza. Każdemu słowu towarzyszył odgłos buta uderzającego w ciało. - Mów... kurwa... po... angielsku... pierdolony... skurwysynu... bo... inaczej... zmasakruję... ci... gębę.

- Nie! - wyjęczał facet. - Proszę, pan przestanie!

- Wyłaź - odparł Caffola i schwycił jasne włosy mężczyzny. Pociągnął. Tamten uniósł się z krzykiem. - Potrzebne mi krzesło, Gerry.

Fegan wstał i odszedł pod ścianę.

Caffola posadził faceta i ponownie wskazał Fegana.

- Znasz go?

Mężczyzna pokręcił głową.

- On nie zna mnie, a ja nie znam jego - powiedział Fegan.

Caffola uniósł dłoń, uciszając dawnego towarzysza.

- W porządku, chciałem się tylko upewnić. A teraz sprawdzimy, co gość wie.

Wystraszone oczy mężczyzny rzucały spojrzenia na przemian na Fegana i Caffolę. Oddychał płytko, chrapliwie. W pomieszczeniu pojawił się cierpki, stęchły zapach.

- Kto to jest? - spytał Fegan.

- Petras Adamkus - odparł Caffola. - Powiedz "dzień dobry", Petras.

Adamkus wciąż spoglądał to na jednego, to na drugiego. Caffola wymierzył mu mocny policzek.

- Mówiłem, żebyś się przywitał.

- Dzień dobry - powiedział Petras słabym, piskliwym głosem.

- Ładnie - rzucił Caffola. - A teraz do rzeczy. Dlaczego zabiłeś Michaela McKennę?

Litwin tylko gapił się na niego.

Caffola uderzył go ponownie, tym razem mocniej.

- Dlaczego zabiłeś Michaela McKennę?!

Mężczyzna uniósł związane ręce.

- Nie, nie. Michael mój przyjaciel. Robimy biznes. Dobry układ. Dobre dziewczyny, młode dziewczyny. Nie zrobili mu krzywdy.

Caffola cofnął rękę i wymierzył cios w podbródek Litwina. Uderzeniu towarzyszyło mokre plaśnięcie. Głowa Adamkusa odskoczyła do tyłu, a krzesło przechyliło się. Litwin upadł twardo na podłogę. Krew kapała z jego spuchniętych ust.

Caffola uśmiechnął się do Fegana.

- Wracają wspomnienia, prawda?

Kiedy wyciągnął z kieszeni obcęgi, Fegan zapytał:

- Mogę już iść?

- Co, już nie masz do tego nerwów?

- No.

- Dobra - powiedział Caffola. - Powiedziałeś, że nie masz z tym nic wspólnego, i to mi wystarczy.

Fegan otworzył drzwi na korytarz. Poczuł ukłucie bólu w skroni i obejrzał się przez ramię. Ludzie z UDR przystawili palce do łysej głowy Caffoli.

- Innym razem - powiedział Fegan.

- Tak - rzucił Caffola, podnosząc Litwina i sadzając go ponownie na krześle. - Do zobaczenia, Gerry.

Fegan odwrócił się i ruszył korytarzem. Przeszedł przez bar i znalazł się na ulicy, gdzie Patsy Toner czekał na niego w swoim jaguarze.

5

Podsekretarz stanu w Ministerstwie do spraw Irlandii Północnej, członek Izby Gmin, Edward Hargreaves, wybił piłkę z podstawki prosto w popołudniowe słońce. Osłonił oczy i patrzył, jak piłeczka wznosi się ku niebu i szybuje w dal nad Old Course w St. Andrews. Zboczyła z toru, kierując się na lewo, i zaczęła powoli spadać. Odbiła się trzykrotnie od ziemi i wreszcie zniknęła w kępie krzaków janowca.

- Cholera - rzucił Hargreaves, po czym przekazał kij pomocnikowi, nawet na niego nie spoglądając.

- Nie ma pan szczęścia, panie ministrze - stwierdził trzeci mężczyzna, Compton, stawiając swoją podstawkę. Kiedy się schylił, na jego plecach zarysował się kształt kabury.

Hargreaves cieszył się, że jego osobisty ochroniarz był dość sympatycznym człowiekiem, w odróżnieniu od tego ponuraka, który towarzyszył mu wcześniej. Dlaczego jednak musieli przydzielić mu kogoś, kto tak dobrze grał w golfa? Compton wykonał doskonały zamach i posłał piłkę dokładnie między dwa piaszczyste bunkry, w odległości jednego prostego, krótkiego zagrania od dołka.

Dzisiejszy dzień był jak dotąd paskudny i prawdopodobnie stanie się jeszcze gorszy. Dzwonek telefonu stojącego obok hotelowego łóżka obudził Hargreavesa o ósmej rano i oznaczał niedobre wieści. Podsekretarz spotkał Michaela McKennę kilka razy w życiu i uznał go za wyjątkowo odrażającego człowieka, jednak to zabójstwo spowoduje problemy, które mogą zniweczyć całe lata ciężkiej pracy.

Prawdę powiedziawszy, ciężkiej pracy poprzedników Hargreavesa i obecnego ministra do spraw Irlandii Północnej, ale zawsze pracy.

Na litość boską, może nawet będzie zmuszony odwiedzić to przeklęte miejsce po raz drugi w tym miesiącu! Właśnie spędził tam cały tydzień, to chyba powinno wystarczyć... Gdyby to zależało od Hargreavesa, kazałby odciąć ten cholerny, bezużyteczny kawałek ziemi i puścić go na otwarte morze. Wciąż jednak w rządzie - a także w rodzinie królewskiej - były osoby, którymi kierowało jakieś dziwne poczucie obowiązku wobec tych sześciu hrabstw po drugiej stronie morza, więc musiał dźwigać to brzemię.

Teraz, gdy poszczególne frakcje działające w Irlandii Północnej zgodziły się w końcu podzielić władzą, rola Hargreavesa sprowadzała się przede wszystkim do przekazywania ministrowi dokumentów do podpisu, zatem nie było tak zupełnie beznadziejnie. No, o ile oczywiście tubylcy zachowywali się spokojnie.

Poczuł wibracje w kieszeni. Bał się tego telefonu. Z ciężkim sercem odebrał połączenie.

Usłyszał kobiecy głos:

- Komendant główny chce z panem rozmawiać. Linia jest zabezpieczona, proszę mówić.

- Dzień dobry panu - rzucił Hargreaves. - Co pan dla mnie ma?

- Niezbyt wiele - odparł Pilkington.

Hargreaves nie lubił komendanta głównego, jednak szanował go. Geoff Pilkington był twardym facetem - zanim zaczął wspinać się po szczeblach kariery, spędził trochę czasu na ulicach Manchesteru. Należał do nielicznej grupy komendantów głównych, którzy rzeczywiście pracowali kiedyś w policji, a nie tylko wykorzystywali edukację w szkole prywatnej, a potem w Oksfordzie czy Cambridge, żeby zdobyć prestiżową posadę. Wprawdzie nie znosił krytyki, ale pod maską arogancji skrywał wyjątkowy zmysł polityczny. Ten facet doskonale wiedział, kiedy trzeba okazać stanowczość, a kiedy działać subtelniej. Hargreaves był pewien, że gdyby Pilkington miał ambicję zrobienia kariery w parlamencie, a nie w policji, zostałby już ministrem. Objął najwyższe stanowisko w momencie, gdy kończyła się transformacja Royal Ulster Constabulary w nową Policję Irlandii Północnej. To był trudny okres, Pilkington przetrwał go jednak, a przy tym udało mu się osiągnąć rzecz niemożliwą - zyskać szacunek ludności kraju, choć przedstawicielom niektórych kręgów nie przyszło to łatwo.

- Kto to był? - spytał Hargreaves. - Lojaliści? Rozłamowcy?

- Sądzimy, że ani jedni, ani drudzy. Strzał padł z bliskiej odległości, nie ma śladów walki. Jesteśmy raczej przekonani, że sprawcą był ktoś, kogo McKenna znał.

- Jeden z jego ludzi? - Hargreaves ruszył w poszukiwaniu piłki, za nim Compton i chłopak z kijami.

- Mało prawdopodobne - odparł Pilkington. - Nie mamy informacji o konflikcie. Gdyby nawet taki istniał, nie chcieliby rozwalić wszystkiego teraz, kiedy już zadomowili się w Stormont.

- W takim razie kto za to odpowiada? Muszę coś powiedzieć ministrowi.

- Wiemy, że robił interesy z jakimiś Litwinami. Ściągał nielegalnych imigrantów przez granicę, z Dublina. Chodzi głównie o dziewczyny. Handel żywym towarem.

- Nie sądziłem, że ludzie McKenny zajmują się czymś takim. To raczej domena lojalistów.

- Oficjalna linia partii zabrania jakiejkolwiek działalności przestępczej, ale kierownictwo nie kontroluje tego, co robią poszczególne osoby. Tacy ludzie jak McKenna mają więcej swobody działania. Jeśli coś przynosi zyski, zrobią to. I niezależnie od tego, co mówi partia, pieniądze płyną także w górę.