Dolinami rzek. Opis podróży wzdłuż Niemna, Wisły, Bugu i Biebrzy - Zygmunt Gloger

-
Proszę czekać

Podróż Niemnem

Kiedy byłem dzieckiem słyszałem nieraz o wypadkach na przeprawie pod Grodnem i zjeździe ze stromej góry nad Niemnem i kiedy straszny los tonących stawał się widmem w snach, nie myślałem wówczas, że wyrosnę na włóczęgę, który będzie szukał Niemna, aby piękną jego dolinę szlakiem wędrówki swej czynił. Nie marzyłem, iż koleją nieznaną wówczas tym stronom, prawie z szybkością jaskółki, będę przelatywał dziś po amerykańskim moście na Niemnie, niby ptak nad masztami litewskich wicin. Mutantur tempora!

Świst pary przerwał myśli, oznajmiając, że zbliżam się do kresu mojej lądowej drogi. Wyjrzałem przez okno wagonu: był jasny i piękny poranek, tchnący świeżością wiosenną i - dymem lokomotywy. U stóp naszych wił się w głębokim jarze król rzek litewskich, a kilka secin białych drewnianych domków piętrzyło się na krawędziach i urwiskach jego stromych wybrzeży. Wieżyce siedmiu świątyń wybiegły nad stary gród Erdziwiłła2. Wzrok powędrował w stronę zamków nadniemeńskich i starej cerkiewki na Kołoży, której ruiny pokochałem, będąc pierwszy raz w Grodnie w 1867 roku. Teraz widziałem już siebie na falach Niemna, odpływałem w rozkoszną dolinę rzeki, z łopatą archeologa w dłoni i torbą na wykopaliska.

Ale kto chce rozkoszować się pięknymi widokami przyrody nie powinien podróżować lokomotywą kierowaną przez opasłego, zakopconego, o czerwonym nosie maszynistę, nieczułego ani trochę na harmonię dziwów natury. Na szczęście nie miałem dłużej zostawać dobrowolnym niewolnikiem mego "woźnicy", bo pociąg, przebywszy szybko most i ogromny przekop góry, stanął przed dworcem grodzieńskim. Przebrnąłem przez straszliwy tłok w drzwiach dworca, gdzie dwa prądy ludzi wchodzących i wychodzących upartą staczały z sobą walkę i znalazłem się w sali wypełnionej zgiełkiem wielu języków, wśród których dominował język żydowski.

Nagle jakiś Żyd o badawczym oku przysunął się prosto do mnie i wymieniając moje nazwisko oznajmił, iż jest numerowym z hotelu, w którym oczekuje mego przybycia pan Gustaw J. Był to mój krewny i towarzysz zamierzonej podróży wodnej, który, przybywszy dzień wcześniej, przysłał na dworzec owego Żyda z zawiadomieniem, gdzie się zatrzymał. Usłużny numerowy wsadził mnie zaraz do jednokonnej, haniebnie trzęsącej, dzwoniącej, zabłoconej i obdartej kałamaszki o blaszanym dnie, na której siedział już jakiś nieznajomy jegomość o rudych wąsach. Zdziwiło mnie cokolwiek takie doraźne przeświadczenie numerowego o mojej gościnności w przyjmowaniu nieznanych pasażerów do dorożki. Złożyłem to na karb zwyczajów grodzieńskich, a myśli moje zajęły to historyczne wspomnienia miasta, przez które przejeżdżałem, to litość nad ciągnącą nas chudą, wielką szkapą, smaganą bez przerwy biczem przez zawziętego na jej kości Hebrajczyka w podartym sarafanie (który jest zalecanym przez władze ubiorem dla tutejszych dorożkarzy). Ku memu zdziwieniu dowiedziałem się w drodze, że dorożka należała nie do mnie, ale do owego pana o rudych wąsach, do którego wprosił mnie bez mej wiadomości gościnny syn Izraela, popierając praktyczność zbiorowego podróżowania swoich współwyznawców. Trzeba zaś wiedzieć, że nawet w samej Jerozolimie służba hotelowa i dorożkarska nie mogła być nigdy bardziej reprezentowana przez wyznawców Mojżesza, niż dzisiaj w naszym Grodnie.

W hotelu Gwirca znalazłem mego kuzyna nieco zakłopotanego, bo port grodzieński nie posiadał żadnej łodzi do sprzedania ani wynajęcia, jaka potrzebna była dla odbycia zamierzonej przez nas podróży. Westchnąwszy więc głęboko za czasami, w których święty Jacek przechodził z mnichami na opończy Wisłę pod Wyszogrodem, obiecując sutą zapłatę zleciliśmy dalsze poszukiwania przemyślnym potomkom Izraela. Panowie tłumaczyli nam ciągle, że do Kowna można dojechać koleją prędzej, bezpieczniej i taniej, niż Niemnem, ale widząc nasz upór, który za rodzaj podejrzanego bzika zgodnie uważali, wyszukali nareszcie tak zwaną czajkę, czyli maleńką łódkę, przez której dziurawe dno wlewała się woda jak przez rzeszoto i sprzedali ją nam za kilkadziesiąt złotych. Teraz trzeba było nająć wioślarza do podróży, który najpierw naprawiłby czajkę.

Faktor3 zatrzymał zaraz przed hotelem jakiegoś flisaka, szukającego zarobku i przyprowadził do pokoju. Był nim człowiek średniego wzrostu i wieku, dobrze zbudowany, sympatycznego wejrzenia, bosy i w połatanej siermiędze. Mówił czysto po polsku i na zapytania oznajmił nam, że nazywa się Wiktor Mazurkiewicz, że jest włościaninem z pobliskiej wsi Łosośny, flisakiem i cieślą zarazem, że zna się dobrze na wodzie, bo już piętnaście razy w życiu Niemnem był w Kownie, że ma żonę i dzieci, i chce dziennie po cztery złote zapłaty. Zawarliśmy natychmiast ugodę z Wiktorem, który, wziąwszy nas za litewskich ziemian, wiozących zboże albo drewno do Królewca, jął się pytać gdzie nasze wiciny? Ponieważ o naukowych celach wycieczki trudno było z flisakiem rozprawiać, objaśniłem więc, iż jedziemy dla zaczerpnięcia świeżego powietrza i rozrywki, co faktor, uważając za rzecz mało zrozumiałą dla prostaka, tłumaczył mu pociesznie, iż panowie, którzy nie mają nic do roboty, zwykle wymyślają podobne wędrówki lub zajęcia dla zabicia czasu z nudów.

Teraz ubrałem się w przygotowany na tę podróż płócienny, jasny ubiór i wielki kapelusz od słońca, wyglądałem jak owczarz albo flisak. Wyszedłem na miasto, aby kupić smołę, garnek do jej roztopienia, konopie i gwoździe. Wszystko to zabrał, mój Mazurkiewicz i pośpieszył nad Niemen naprawiać czajkę, która decydowała o jutrzejszej podróży. Następnie zaopatrzyłem się w różne drobiazgi jak: zapałki, papier, ołówki, herbatę, cukier, cytryny, kaszę, garnuszki itd. Zapowiedziano nam bowiem, że okolice, które mamy przebywać, funkcjonują w sielankowej prostocie czasów Palemona i nie obfitują w podobne przedmioty zbytku. Żydówki wciągały mnie za łokcie do swoich ciasnych kramów i mierząc bacznym okiem, prosiły siedzieć bądź na worku z mąką lub wiktuałami, bądź podsuwając krzesło bez deski. O ile zachowanie moje wzbudzało w nich dla mnie uszanowanie, o tyle płótniak na grzbiecie rodził uczucie lekceważenia, co przypomniało mi starą przypowieść: "Jakie odzienie, takie uczczenie". Tak objuczony sprawunkami (po grodzieńsku pokupkami), zwracając pomimo woli na siebie uwagę przechodniów, wróciłem do hotelu pisać pierwsze teksty z mojej wyprawy i rozpocząć dziennik moich wrażeń i wspomnień.

Wieczorem było wszystko ukończone, z wyjątkiem szkiców ruin starożytnej cerkiewki na Kołoży; ale co najważniejsze: czajka została naprawiona przez naszego flisaka, który prawie cały dzień konopiami zatykał szpary i zalewał je smołą roztopioną przy ognisku nad Niemnem, a o zmroku pobiegł do Łosośny pożegnać się z żoną i dziećmi.

Rano 7 czerwca 1872 roku hotel Gwirca przy ulicy Brygidzkiej miał się stać greckiem Jolkos, z którego przy pierwszym brzasku jutrzenki podlascy Argonauci, na tej samej trzęsącej kałamaszce, ciągnięci przez tę samą chudą szkapę, podążali pustymi ulicami Grodna do swego Argo, spuszczonego na płowe fale Chronusu przez Mazurkiewicza. Odbić zaś mieli od lądu u podnóża góry zamkowej, może w tym samym miejscu, z którego w 1418 roku odpływał król Jagiełło w towarzystwie nadobnej małżonki Elżbiety z Pilicy4 i poważnej rady senatu, otoczony dworem, udając się Niemnem za Kowno do Wielony na głośny zjazd z wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego Küchmeisterem5.

W naszej wyprawie przypadła mi godność Jazona. Krewny mój Gustaw J., jako starszy wiekiem, nadawał się do statecznej roli Herkulesa. Mazurkiewicz, co jest zrozumiałe, był Argusem, który budował Argonautom statek i uczestniczył w wyprawie. Złotym runem miały zostać skarby archeologiczne i naukowe. Brakowało tylko 47 towarzyszy wyprawy, ale dziś za ciężkie czasy, żeby taką czeredę włóczyć z sobą. Nie byliśmy zresztą pewni, czy wyspy na Niemnie będą tak gościnne, jak starożytna Leninos, której uprzejme mieszkanki, wytępiwszy wcześniej swych mężów, długi czas podejmowały przyjacielsko szczęśliwych żeglarzy starożytnej Grecji.

Stanąwszy o wschodzie słońca na brzegu Niemna, przypatrzyłem się dokładnie po raz pierwszy szczupłym rozmiarom i wątłej budowie naszego okrętu. Miał długości siedem łokci, a szerokości półtora; każdy bok składał się z jednej deski, grubej zaledwie na cal. Zdaniem naszego flisaka, ławek nie można było wstawić, bo nawet lekkie kołysanie byłoby wtedy niebezpieczne. Zrobiliśmy więc na dnie czajki tureckie siedzenia z naszych burek. Na jej przodzie wyznaczył sobie stałe miejsce Gustaw, za nim ja z dwoma tłumoczkami wypełniałem czajkę w miejscu najszerszym, a za mną siadł u steru Wiktor na swoich tobołkach. Z naładowanej jak żydowska biedka na jarmark łódki, sterczały jeszcze podróżne kije, teki, puzdro ze spiżarnią, wylewajka do wody i wiosło zapasowe. Brakowało tylko masztu, żagla i rudla okrętowi, który zanurzył się tak głęboko, że tylko cztery cale zostawało od wody do jego krawędzi; a co najgorsze, że przez dno i boki zaczęła po staremu napływać woda. Wiktor jednak uważał to za rzecz naturalną i zapewniał, że każda łódź, nim namoknie, ciec musi z początku i podtrzymywał swój honor zdolności Argusowych, pocieszając nas, że będziemy wylewać tę wodę, która zaczęła nas podbierać.

A jednak, pomyślałem sobie, na tych wątłych kilku deskach musimy bystrym Niemnem żeglować 40 mil wodnej drogi do upamiętnionej przez wielkiego wieszcza doliny "tulipanów i narcyzów" - i pomieścić jeszcze spodziewane zdobycze, wykopaliska, minerały i co Bóg nadarzy znaleźć ciekawego na tej drodze.

Cóż za wspaniały widok wokół nas! W łożysku głębokiej doliny ocknął się już ze snu szmaragdowy Niemen, ale dymi jeszcze oparami mgły porannej. Nad nim zawisł piękny most żelazny Kolei Petersbursko-Warszawskiej, wsparty na kilku szarych, granitowych filarach, tak wyniosłych, że najwyższe maszty wicin, przepływając, nie potrzebują schylać swoich wierzchołków w jego czeluściach. W złotej powodzi rannego słońca kąpały się strome wybrzeża Niemna i urwiska góry zamkowej z granitowymi szczątkami murów Witoldowych. Z dala dolatywały wśród ciszy porannej odbite po wodzie wołania flisaków i z zarośli podmiejskich śpiew skowronków.

Widok Grodna nasunął w myślach moich cały szereg wspomnień dziejowych. Więc najpierw czas sejmu w roku 1793 i abdykacji Stanisława Augusta, która tu nastąpiła w dwa lata później. Poza tymi obrazami widnieje jednak kilkunastoletnia epoka świetności Grodna za Antoniego Tyzenhauza6, zakończona smutnym upadkiem podskarbiego. Starostwo grodzieńskie było na Litwie jedną z czterech niezmiernie rozległych "ekonomii", stanowiących dobra stołowe królewskie. Podskarbi nadworny litewski, czyli minister skarbu litewskiego, Tyzenhauz, zarządzający tymi dobrami, zapragnął uczynić z nich ognisko przemysłu krajowego, a przede wszystkim ogniskiem takim chciał uczynić Grodno.

Trudno jest dać wiarę, żeby w przeciągu niespełna lat 15 z lichego miasta, bez żadnego naukowego i przemysłowego ruchu, można było utworzyć siedzibę oświaty i przemysłu, zabudować gmachami, zaludnić rękodzielnikami. Podskarbi wysłał do Anglii Downarowicza, żeby zbadał cały postęp agronomiczny w tym kraju. Dla przygotowania dobrych rachmistrzów założył szkołę buchalterską pod kierunkiem najbieglejszego w tej materii Baranowicza. Ponieważ Litwa nie miała weterynarzy, Tyzenhauz sprowadził z Montpellier biegłego w leczeniu ludzi i zwierząt profesora Zyliberta, któremu powierzył założenie szkoły medyczno-chirurgicznej i weterynaryjnej. W szkole tej uczono weterynarii, między innymi sześciu chłopców z włości królewskich na koszt skarbu. Szkołą mierników, czyli geometrów, kierował Markiewicz; budowniczych i architektów Włoch Sacco. Tyzenhauz założył na Horodnicy za miastem fabryki: bielizny stołowej, sukna, muślinów, wstążek, atłasu, aksamitu, pasów litych, powozów. Wykopał kanały, osuszył bagna, budował drogi, mosty, domy zajezdne, regulował rzeki; zakładał huty, garbarnie, olejarnie, młyny, piwowarnie, składy towarów, domy handlowe, ogród botaniczny, bibliotekę, orkiestrę itd. Jednak przeliczył się, środki finansowe okazały się niedostateczne, a ludzie często niekompetentni. Kraj zupełnie był do gwałtownego postępu nieprzygotowany, a sam podskarbi jako pan polski zbyt samowładny i niefachowy, więc wielkie jego dzieło musiało runąć. Tyzenhauz umarł w niedostatku w Warszawie, pochowany w dobrach swoich Żołudku na Litwie. Podobno nie ma dotąd nigdzie tablicy grobowej, choć zostawił po sobie magnatom polskim nieocenioną pamiątkę i przykład, aby praca dla społeczeństwa była bardzo rozważna, dobrze skalkulowana i wspólna.

Biegłem znowu myślą w dalszą przeszłość, kiedy król Batory przemieszkiwał w pałacu trybunalskim i do wspaniałego kościoła jezuitów (dziś parafialnego) chadzał galerią, która się ponad ulicą wznosiła. W Grodnie też ciężko zachorował, a nielitościwej śmierci anioł tu zamknął mu powieki i chmurą żałoby przysłonił słońce ówczesnych nadziei. Na tle żałobnych wspomnień myśl moja cofnęła się znowu o wiek prawie cały nad łoże śmiertelne Kazimierza Jagiellończyka, który na zamku grodzieńskim w 1492 roku ostatnich dni życia swego dokonał.

Na 250 lat przedtem pierwsza na ziemiach tutejszej Rusi nawała dziczy mongolskiej zrównała z ziemią gród nadniemeński kniaziów Hlebowiczów 7. Grodno było od wieków miejscem obronnym, skoro już pod datą 1128 znajdujemy w latopisach Rusi powyższą jego nazwę, od grodu, czyli warowni zamkowej biorącą swój początek. Takim to grodom, którymi były zwykle strome góry nadrzeczne nadające się do łatwiejszego obwarowania ręką ludzką, zawdzięczają swój początek wszystkie miasta i stolice dawnej Słowiańszczyzny i Litwy. Przy zamku i pod jego ochroną osiadali pierwsi rzemieślnicy, rodziny rycerzy, powstawały przy trakcie wodnym targowiska. Jednym słowem, zawiązywało się miasto, na które przechodziła nazwa grodu, a w czasach późniejszych i obwarowanie całego miejsca przed napaściami nieprzyjaciół.

W mieście stawiano świątynie. Latopisowie Rusi zanotowali, że za kniaziów Hlebowiczów w 1183 roku Grodno spłonęło od pioruna wraz z "cerkwiami murowanymi". Oczywiście w cerkwiach spłonęły dachy i wiązania drewniane, ale nie ściany murowane. Istniejąca dotąd na krańcu zachodnim miasta cerkiew w miejscowości zwanej Kołoża, pod wezwaniem świętych Borysa i Hleba, nosząca wybitny charakter budownictwa z pierwszych wieków chrześcijaństwa na Rusi, a będąca najstarszym zabytkiem budownictwa na Litwie, jest właśnie jedną i jedyną z tych, o których latopis hypacowski pod rokiem 1183 wspomina.

Gdy wódz Tatarów, podobno Kajdan, zburzył Grodno, to jest zamek drewniany i miasto, gdy Jerzy, syn Hleba, poległ w obronie Grodna, a spustoszona i prawie bezludna dzielnica kraju stała otworem dla każdego, wówczas książę litewski Erdziwiłł zajął Grodzieńszczyznę, która stała się odtąd dzielnicą bałwochwalczej Litwy. Kusiła się wprawdzie Ruś o odebranie Grodna podczas wspólnej na Jaćwingów wyprawy Daniela, księcia halickiego, z Bolesławem Wstydliwym - ale nadaremnie. Od roku 1284 Grodno litewskie stało się celem częstych napaści Zakonu Krzyżackiego. Czy za panowania pogan w Grodnie, które trwało do chrztu Jagiełły i Witolda, to jest przez półtora wieku, cerkiew na Kołoży służyła do modłów chrześcijanom miejscowym, czy władcom pogańskim, na to nie mamy żadnych dokumentów. To jednak pewne, że poganie uszanowali świątynię chrześcijańską, skoro od pierwotnych do naszych czasów przetrwała. Prawdopodobnie nie wnosili nawet do niej swoich bogów, bo obyczajem litewskim mieli poświęcone dla nich gaje, a nie świątynie, i chrześcijanom pozostawili cerkiew w ich ręku, kult bowiem wiary pogan dążył do utrzymania własnych wierzeń, ale nie narzucał ich nikomu.

Gdy za Jagiełły powróciło znowu panowanie chrześcijaństwa, a wielki książę Witold postawił w Grodnie okazałą farę gotycką dla katolików, urosło z czasem podanie ludu, że Kołoża, jako sięgająca czasów pogańskich, była świątynią pogan litewskich, a garnki w jej ścianach wewnętrznych, dla akustyki wmurowane, były popielnicami, przeznaczonemi na prochy zmarłych.

Dopłynąwszy podnóża Kołoży, przybiliśmy do prawego brzegu Niemna i wysiadłszy zaczęliśmy wdrapywać się na jej strome urwisko, gdy Wiktor wylewał tymczasem wodę naciekającą do czajki. Pragnąłem dopełnić rysunku starej budowli, naszkicowanego jeszcze w roku 1867, gdy po raz pierwszy byłem w Grodnie.

Kołoża przedstawiała już wówczas ruinę. Do 1839 roku służyła zakonowi ojców bazylianów i posiadała słynący cudami obraz Bogarodzicy. W kilkanaście lat później, skutkiem powolnego, ale ciągłego osypywania się stromych stoków wybrzeża w koryto Niemna, południowa ściana cerkiewki i połowa frontowego szczytu po wielkie drzwi, runęły ku rzece. Odtąd ruiny stały bez dachu przez ćwierć wieku, aż do czasu mojej podróży, czyli do 1872 roku, w którym miano przystąpić do odbudowania tej świątyni.

Do osobliwości wnętrza należą garnki, których około stu wmurowanych było poziomo w boczne ściany, z wolnymi otworami trzy- do czterocalowej średnicy. Były to tak zwane hołośniki (od głosu - "hołosu") miały akustyczne przeznaczenie, równie jak i wydrążone korytarzami ściany, gdyż śpiew w obrządku wschodnim zawsze odgrywał ważną rolę. W ścianach cerkwi św. Bazylego w Owruczu, wzniesionej przez Włodzimierza I około 1000 roku, której szczątki dotąd oglądać można, a zapewne niewiele starszej od Kołoży takie same hołośniki były powmurowywane. Miało to dodawać każdemu głosowi w świątyni szczególnego rozdźwięku, a raczej dziwnego huku. Za pewną niewielką opłatą, którą zwano hukowoje, każdy ze zwiedzających mógł pewną ilość razy zagrzmieć głosem. Gdzie się kiedyś odbijały pobożne pienia, tam dziś gnieżdżą się wróble, a chłopcy z miasta, włażąc po drabinie, wybierali w mojej obecności ich pisklęta.

Pod świątynią znajdowało się w lewej nawie niewielkie pomieszczenie, dawniej na groby, później na kostnicę przeznaczone. Zwiedzając pierwszy raz Kołożę w 1867 roku, odgrzebałem w półcienmym lochu wśród gruzów i kości jakiś czworoboczny grobowy kamień z tak niezręcznie wykutym ruskim napisem, że dopiero po oczyszczeniu go z błota i odrysowaniu liter na papierze, przeczytałem, iż był nagrobkiem z 1784 roku pewnej księżnej, zapewne zmarłej w przejeździe przez Grodno.

Za ołtarzem, w połowie wysokości ścian widoczne są zewnątrz ślady dziewięciu wielkich okien o pięknych łukowych gzymsach, po trzy z każdej nawy. W ścianach bocznych było po dwa duże, późniejsze, o nader płaskich łukach okna i podobne jedno we froncie świątyni, wszystkie bardzo wysoko. Drzwi pierwotnie było troje: jedne główne naprzeciw ołtarza i dwoje w połowie boków świątyni; wszystkie jednej wielkości z łukami bizantyńskimi. Do pierwotnej budowy użyte były cegły kilku kształtów, długością i szerokością zbliżone do dzisiejszych, ale zaledwie dwucalowej grubości. Między cegły kładziono na cal grubo wapna, w którym zwraca uwagę mała proporcja piasku. Do wnętrza grubszych ścian, o czym przy restauracji się przekonałem, używano nieraz zamiast cegieł gruzu, który zalewano wapnem. Na dachu, który runął, kopuł bizantyńskich nie było, tylko pośrodku mała wieżyczka z krzyżem łacińskim. Budowla musiała być niegdyś bardzo piękna, zwłaszcza z powodu czerwonych murów, na których wykładane były na różnej wysokości bizantyńskie (równoramienne) krzyże z rozmaitych kafli o żywych kolorach. Jest to glazura pięknej barwy cytrynowej, wiśniowej, zielonej itd., rzecz, która musiała być dawniej bardzo kosztowna. Krzyżów takich w ścianie frontowej znajdowało się do trzydziestu, i po tyle mniej więcej w każdym boku i w szczycie za ołtarzem; razem więc sto kilkadziesiąt. Oprócz tego znajduje się drugie tyle wmurowanych polnych głazów (granitów) o jednym boku płaskim.

Ukończywszy moje rysunki i wybrawszy z pobliskiego stosu gruzów trzy główne typy cegieł, jako techniczne okazy starego budownictwa, powróciłem na dół do oczekującej przy brzegu czajki, która, pod ciężarem przyniesionego nabytku zanurzyła się o pół cala głębiej w wodzie.

- Cóż to będzie dalej? - żartował Gustaw, zrobiwszy to smutne spostrzeżenie - czy nie lepiej było, mówił, nająć w Grodnie na wszystkie znaleziska podobny bat, jaki właśnie z ładunkiem kilkunastu sążni sośniny opałowej, ciągnięty wodą za długą linę przez dziesięciu pieszych ludzi, mijał nas, zmierzając ku miastu.

W pobliżu Kołoży minęliśmy pierwszą rafę, czyli w języku litewskich flisów rapę, nazwaną Horodnianką. Bystra rzeka, rozbijając swą pierś o granit podwodny, lekko się pieni w tym punkcie, z którego rozchodzą się dwa bujne wąsy fal z biegiem wody, co z daleka ostrzega sterników i każe omijać to niebezpieczne miejsce. Dalej płynąc znaleźliśmy brzegi Niemna znacznie niższe niż w Grodnie i bezdrzewne; pierwszy las, który napotkaliśmy, był sosnowy, znajdował się na lewym brzegu i należał do majątku Augustówek. W naturze panowała ranna cisza, która wróżyła nieznośny upał. Na niebie nie było żadnej chmurki, a na ziemi najlżejszego wietrzyka, którego chłodzący powiew strząsnąłyby poranną rosę z ziół i krzewów i poruszył gładkie zwierciadło wody. Liczne skowronki świergotały nad wiosennej zieloności niwami, a w lesie kukała kukułka, której głos rozlegał się daleko po rosie doliny niemieńskiej. Wiktor z głęboką wiarą opowiadał, że każdy na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na ziaziulkę (tj. kukułkę), aby miał czym brzęknąć, gdy pierwszy raz ją usłyszy. Więc wszędzie to samo, myślałem sobie, przypominając to powszechne w naszym kraju mniemanie i białoruskie znad Berezyny przysłowie: "Schawaj try hroszy na ziaziulku".

O pół mili poniżej Grodna wpada do Niemna z lewego brzegu rzeczka Łosośna, stanowiąca w tym miejscu granicę Królestwa z Cesarstwem, równie jak Niemen od tej chwili, którego brzeg lewy należeć będzie dalej do Kongresówki, a prawy do guberni grodzieńskiej, a później wileńskiej. Łosośna żywi w swej wodzie poszukiwane przez restauratorów pstrągi, a że te, jak wiadomo, są gatunkiem łososia, więc stąd wzięła początek nazwa rzeki, od rzeki zaś nazwa leżącej nad nią wioski. Rzeczkę nazywał Wiktor Łososianką, o skarbach zaś Tyzenhauza, ani o podmytej przez Łosośnę szczęce mamuta z olbrzymim kłem i pniach starożytnych, które tu kiedyś znaleziono, nic nie wiedział. Jego wiadomości z paleontologii i osteologii dyluwialnej ograniczały się do podań o wielkoludach i silnej wierze w znajdowanie ich kości. Nie mogłem jednak lekceważyć tej przedwiecznej tradycji i uważać za fantazyjny wymysł nianiek, gdyż w kilku rysach, którymi określił nasz flis olbrzymów, poznałem rodzonych braci Homerowego Polifema i usłyszałem niby echo cały ustęp o cyklopach z dziewiątej pieśni Odysei.

Łosośna płynie bystro, i jak mówił Wiktor, pięć młynów podobno na przestrzeni jednej mili obraca. Nad jej ujściem pławił się w słonecznym błękicie upatrujący łupu drapieżny i wielki, ciemnej barwy jastrząb, którego gatunek nad Niemnem i Narwią nazywają szulakiem. Poniżej ujścia, gdzie Niemen robi stanowczy zwrot na północ, minęliśmy na lewym brzegu wąwóz, zwany Wileńskim Rowem i rapę Łososiankę.

Wiktor wylewał wodę z łódki, a ja szedłem pieszo, aby zbadać wybrzeże pod względem archeologicznym, które już od razu wydało mi się bardzo interesujące. Intuicja mnie nie zawiodła, bo w miejscowości, położonej naprzeciw południowego krańca pięknej położonej wśród drzew wioseczki, zwanej Pyszki, napotkałem na prawym brzegu ślady pobytu człowieka z zamierzchłych czasów epoki krzemienia. Było to pierwsze w dniu dzisiejszym odkrycie. Między Niemnem a lasem sosnowym ciągnie się tutaj na krawędzi niezbyt wyniosłego wybrzeża wąski pas ornej lekkiej roli. Wśród niej dostrzegłem rozsiane krzemyki, łupane w sposób używany przez starożytnych, którzy z materiału tego robili narzędzia i ostre, tak zwane wióry krzemienne, jakich powszechnie używano w tamtych czasach, kiedy kruszców albo wcale jeszcze nie znano, albo niezwykle rzadko były dostępne. Przy dalszym poszukiwaniu znajdowałem na powierzchni ziemi bądź narzędzia krzemienne, kształtem i domniemanym użytkiem do nożów i kolców zbliżone, bądź wióry płaskie, długie i z ostrymi brzegami. Były i krzemyki przepalone, także białe kostki, węgle i drobne czerepy prążkowanych naczyń z gliny mieszanej z tłuczonym białoziarnistym granitem, co, jak powszechnie sądzili starożytni, miało dodawać mocy glinianym przedmiotom przez zbliżenie do twardości głazu. Na rysunku powyżej przedstawiam taki wiór krzemienny o ostrych bokach i szerokim i tępym zakończeniu, który za rodzaj noża mógł służyć.

Tak więc deptałem po przedwiecznej sadybie może Lettów, może Krywiczan lub Jaćwingów, albo dawniejszego innego ludu, którego dzieje nie zapisały lub zmieniły nazwę nie do poznania. Zabłądziwszy w to dzikie ustronie, pierwszy podjąłem i zachowałem szczątek dzieła pracowitej ręki człowieka, szczątek jego myśli, przez wiele wieków deptany i potrącany, naznaczyłem zaraz miejscowość na mapie osad z czasów użytku krzemienia, jakich kilka znalazł już profesor Przyborowski na Powiślu, a ja w roku zeszłym w okolicy Druskienik. Miejscowości podobne niektórzy archeolodzy nasi nazwali jeszcze przed zbadaniem tych odkryć stacjami krzemiennymi. Że jednak, jak się okazuje, były to tylko zwykłe siedziby w danej epoce, po całym kraju licznie rozsiane, nie uważam więc stacji za nazwę odpowiednią dla każdej takiej osady, sioła czy siedliska.

Mijając wieś Pyszki, oko wędrowca widzi spiętrzony i spieniony Niemen na podwodnych granitach. Jest to niebezpieczna dla statków rapa zwana Hrymiaczką (grzmiącą), bo rzeka szumi tu jak we młynie. Maleńka nasza czajka, niby łupina orzecha puszczona na górski potok, unosiła szybko trzech Argonautów, z których jeden zawijał w papierki, kreślił ołówkiem napisy i pakował do pudełek niezrozumiałe dla Wiktora krzemienie i skorupy. Koło Hrymiaczki minęli oni wąwóz o takiej samej nazwie, a flis, znający nurt Niemna, podawał im wszystkie nazwy, które posiadacz skarbu krzemiennego zapisywał. Jeżeli więc pamięć zawiodła gdzieś lub zmyliła Wiktora, to na jego barkach błąd spoczywa. Wiktor informował nas, że rapą nazywa się nie tylko jeden głaz niebezpieczny, ale cały ciąg w rzece, gdzie zwykle liczne wielkie kamienie ciągną się łańcuchem w poprzek koryta lub przy brzegach. Wśród tych skał znajduje się zawsze jedno wolne miejsce, niby wrota, którędy ścieśniona rzeka przepływa gwałtownie. Nurt ten nazywa się drogą, a los statków zależy od umiejętności sternika i przytomności flisaków, kierujących wiciną, batem lub tratwą. Najgroźniejsze rapy zapowiadał nam przy Rumszyszkach i Dworaliszkach w okolicy Kowna, gdzie szum spienionego Niemna słychać dalej niż głos flisa. Sołą i sółką nazywa się mniej groźny kamień w korycie rzeki, lub wysepkę podwodnych kamieni i żwiru. Inaczej sołę nazywają usem, czyli wąsem, od prądów wody, rozchodzących się z takiego punktu w dwa długie wąsy fal. Dla nieuważnego sternika i soła jest niebezpieczna, gdyż zdarzają się wypadki rozbijania się statków i o nią. Każdy wielki kamień podwodny lub sterczący nad wodę bywa nazywany wieliczem; miejsca zaś przy lądzie często znajdujące się poniżej rap, sół i mielizn, w których woda nie płynie, lecz wiruje, nazywa lud odwojem. Tu i ówdzie zauważyłem, iż ławy niemeńskich kamieni i żwiru leżą naprzeciw wąwozów. Niewątpliwie przez wielkie i gwałtowne powodzie zostały wyniesione, tak jak w górach zdarza się widzieć miejscowości leśne, zastawione świeżo wielkimi głazami przez wezbrane potoki. Tu i tam nad siłą wody zdumieć się potrzeba i przypisać jej przodujący udział w ukształtowaniu powierzchni ziemi. Poniżej Hrymiaczki minęliśmy na prawym brzegu niewielki wąwóz zwany Żydowskim Rowkiem, a dalej na lewym brzegu inny parów, zwany Rapin. Żydowski Rowek przypomniał mi górę Jarmułkę pod Szczawnicą.

O dziewiątej rano przybyliśmy do kopalni wapna, zwanej Miołą lub Mieławcem (od miału wapiennego). Jest to wzgórze wapienne, ma się rozumieć daleko starszej formacji niż bieg Niemna, który wydrążył sobie w nim później koryto. Pokłady niższe na lewym brzegu, podnoszą się do kilkunastu sążni wysokości nad poziom wody na prawym, i tu właśnie w pochyłości góry znajduje się kopalnia. Jest to śnieżnej białości wielka kotlina, ożywiona pracą ludzi, odbijająca się malowniczo wśród lasu i zieleni gęstych zarośli. Jedni robotnicy łamali białe wilgotne ściany, inni taczkami wywozili bryły po deskach na równinę nad Niemen, gdzie układali je w pryzmy, które po wyschnięciu ładowane są na statki lub wozy. Chude wapno tutejsze wydaje się, że użyte już było do budowy cerkiewki grodzieńskiej na Kołoży, przed siedmiu lub ośmiu wiekami. Przy kopalni zastaliśmy barkę załadowaną kilkuset korcami tego wapna, z którym miała płynąć Niemnem i kanałem do Augustowa. Kapitan barki, oczywiście mąż starozakonny, zagadnięty czy nie ma do sprzedania kawałka deski, potrzebnej nam na dno przemakającej czajki, dał twierdzącą odpowiedź, ale za pieniądze sprzedać nie chciał, tylko zażądał śledzia. Z prawdziwego kłopotu wybawił mnie Mazurkiewicz, w którego spiżarni znalazł się niespodziewanie ten pożądany specjał, przysposobiony przez flisa na dni postu. Tym sposobem dokonany został handel zamienny niby ludów starożytnego świata między Argonautami i synem Izraela, a pomyślnie praktykowany w XIX wieku nie tylko u Eskimów, ale i pod Grodnem.

Tutejsze kredowe pokłady zawierają, oprócz mnóstwa oryginalnego nieraz kształtu gałęzistych krzemieni, także paleontologiczne okazy mięczaków, między którymi najczęściej znajduje się Ananhites gibbus, wielkości gęsiego jaja. Jest to raczej tylko pokrywa tego starożytnego stworzenia, zalana wewnątrz wapnem. Krzemienie tutejsze, które łatwo odróżnić można po kształcie i białawych żyłkach, znajdowałem później o kilka mil poniżej w korycie rzeki lub na wybrzeżach, zaniesione tam w czasach powodzi, które wydrążyły w wapiennej górze koryto rzeki. Cóż to za ciekawe dla przyrodnika musiały być owe czasy! Cóż za olbrzymio-majestatyczne widoki żywiołów dla malarza i poety! Choć nie przyrodnik, malarz, ani poeta, czemuż nie byłem wtedy wędrownym turystą? Ale może i lepiej, że to wszystko już przeminęło, bo na mojej wątłej czajce znalazłbym się w diabelnym kłopocie, a nie mając na sobie ani skorupy ananhita, ani kamiennego ogona belemnitowego, nie zakonserwowałbym się nawet dla potomności w pokładach wapna.

Napotkana tu obfitość krzemienia była dla mnie zachętą do szukania osady z czasów jego użytku w pobliżu Mioły. Domniemanie okazało się słuszne, bo o kilkaset kroków poniżej kotliny wapiennej znalazłem na przeciwległym lewym brzegu to, czego szukałem. Na piaszczystych nierównościach porosłych z rzadka młodą sośniną, wywiewał wiatr nałupane przed wiekami krzemienie. Były tam narzędzia, wióry krzemienne i okrzoski, rozrzucone w pobliżu leżących tu i ówdzie kamieni, które do ognisk lub za rodzaj warsztatów służyć mogły. Obok znalazłem czerepy z ozdabianych naczyń glinianych i tuż przy starożytnych siedliskach szczątki grobów. Spomiędzy narzędzi przedstawiam tutaj na rysunku dwa tak zwane skrobacze (racloir) o tępych łukowych starannie wykonanych ostrzach, tudzież rdzeń, czyli nucleus, to jest walcowaty środek krzemienia, z którego boków odłupywano wzdłuż cienkie, ostre, wąskie i długie wióry (éclats). Krzemień, używany tutaj w starożytności, pochodził z sąsiednich pokładów wapiennych, co po jego gatunku poznać można, a co jest bardzo ważnym dowodem, iż wszystkie przedmioty na miejscu były wykonywane. Ale nie mniejszym dowodem tego samego są rdzenie i okrzoski, wskazujące dokładnie miejsce warsztatów, które u ognisk litewskich, a nie za morzami leżały.

Gdyśmy opuszczali starożytne siedliska, które nazwałem Miołą, upał czerwcowy stawał się już nieznośny, bo poszukiwania moje dużo zajmowały czasu, aby zaś odbyć całą wędrówkę w ciągu zamierzonych dni ośmiu, trzeba było posuwać się po pięć mil dziennie. Nie było więc kiedy ani ochłodzić się kąpielą, ani podczas skwaru południowego dłużej niż godzinę wypoczywać w cieniu gajów. Gdzie wybrzeża zdawały się ciekawszymi, tam szliśmy pieszo, a raczej brodzili po rozpalonym piasku, to znowu siadaliśmy na czajkę, a ja brałem wtedy ołówek i zapisywałem wszystkie szczegóły w dzienniku podróży. Ale na wodzie było jeszcze goręcej, gładkość bowiem płaszczyzny, od której odbijają się słoneczne promienie, podwyższa tutaj upał do trzydziestu kilku stopni.

Za Miołą minęliśmy na Niemnie dwie rapy, z których niżej położona jest bardzo niebezpieczna dla statków. Dalej niedaleko wsi Puszkarów wpada z lewego brzegu mała rzeczka Puszkarka. Płynie ona szerokim jarem, nasuwającym przed oczy potęgę owych powodzi, które potrzebowały takich koryt dla swego odpływu. Nazwę Puszkarki nosi także rapa znajdująca się przy wsi Solna Bala, w której funkcjonował dawniej rządowy skład soli wielickiej. Za Puszkarką wpada do Niemna (także z lewego brzegu) rzeczka Łabna; powyżej zaś na prawym brzegu ciągnie się sosnowy bór należący, jeżeli się nie mylę, do dóbr Stanisławowo książąt Lubeckich. Za borem tym niewidoczna od Niemna leży miejscowość zaściankowej szlachty zwana Grądzicze czy Grądzickie.

Zazdrościłem starożytnym Argonautom ich doli, przybywając pod wsią Kawnianami do pierwszej wysepki na Niemnie. Jazon bowiem, gdy wylądował na wyspie Lemnos, został zaproszony przez jej piękne mieszkanki i bankietował z nimi przez rok cały. Tutaj na dzikim ostrowie chodziła tylko po jałowym żwirze długodzioba czapla i ta na nasz widok uciekła. Krzak rosnącego berberysu przypominał mi tylko, że w dzieciństwie połykałem często ślinkę na konfitury berberysowe, które przy gościach podawano. Wysepka w czasach krwawych wojen z Krzyżakami może posiadała jakiś czasowy drewniany zameczek, może roiła się kiedyś zgiełkiem rycerstwa? - dziś świergotały tylko nad nią i wesoło pląsały w powietrzu bibiki. Tak Wiktor nazywał podobne do pliszek, ale cokolwiek większe ptaszyny, zwykle biegające szybko po nadbrzeżnych kamykach za owadami. Wychowany nad Narwią, nie widywałem tam bibików i nie wiem skąd się wzięła ta ich nazwa nad Niemnem, gdyż ornitolodzy ludowi nie czerpią nic z łaciny (w której bibo znaczy piję), a ptaszki nie zaglądają w dno kwaterki u arendarza. Rozstrzygnąłby to najlepiej Konstanty Tyzenhauz8, który w zbiorze ornitologicznym w Postawach niejednego zapewne posiadał bibika i w uczonych dziełach swoich nie pominął o nim wzmianki.

Do osobliwości nad Niemnem należy prom (łyżwowy), chodzący przy linie w Kownianach, a do rzeczy najpospolitszych - stara karczma za wioską, w której dostać niczego nie można i pół tuzina usmolonych, rozczochranych, ciekawych, a na wpół nagich dzieciaków starozakonnego arendarza.

Na piaszczystych wyniosłościach przy siole znalazłem ślady grzebalnika z późniejszych czasów, a w innym miejscu nieliczne zabytki krzemienne, dowodzące o starożytnym tu pobycie człowieka, którego siedliska wiatr rozwiał, lub zasypuje lotnym piaskiem. Poniżej Kownian napotkaliśmy drugą wyspę z domniemanym śladem przekopu, ponieważ jednak wyspa ta jest znacznie niższa od sąsiednich wybrzeży, utwierdzenia zatem, jeżeli tu jakieś były, to tylko w czasach poprzedzających wprowadzenie dział do wojen krzyżackich.

Pokonywaliśmy teraz ciągle okolicę ubogą w lasy, a bogatą w piaski. Niemen powiększa tutaj swą szerokość i płynie powolniej; brzegi jego nie są malownicze. Pomimo to pierwszy obiad spożyliśmy bardzo romantycznie. W cienistym olszyniaku, na miękkiej murawie, oddychając aromatem ziół, usiedliśmy przy tajemniczo szemrzącej krynicy. W gęstwinie śpiewał słowik litewski, a nad nami, pod stropem błękitnego nieba, nucił wdzięczną piosnkę skowronek. Lekki powiew wiatru chłodził nasze odkryte czoła, znużenie zamykało powieki, zmęczone członki ciążyły ku ziemi ołowiem, ale na sen i wypoczynek nie była to odpowiednia chwila, bo wielkiej doniosłości dla nas dzieło mieliśmy do spełnienia. Oto w dłoniach naszych ukazały się olbrzymie kawały czarnego chleba, którego wielki okrągły bochen leżał pomiędzy nami, podobny smakiem do pasztetu lub weselnego marcepana. Ale bez żartu była to pańska biesiada: królewskim kuchmistrzem był głód. Wieliczka złożyła swój słony dar do chleba, a litewska krynica zimnym kryształowym napojem napełniała kubki nasze. Posługi żadnej wprawdzie nie było, bo Wiktor oczywiście zasiadł razem z nami do uczty i tylko powtórzyliśmy sobie przysłowie, a raczej staropolską sentencję, iż "Kto sług nie ma, a sam sobie służyć nie chce, głupi człek". Gdy bochen zmalał nie do poznania, a krynica znowu wypełniła się wodą, ruszyliśmy dalej na północ szlakiem Jagiełły z 1418 roku.

Przy prawym brzegu, pod pięknym lasem liściowym, kilku ludzi, brodząc po wodzie w odzieży, łowiło ryby siecią, zwaną tu (równie jak nad Narwią) włókiem. W ogóle Niemen niełatwy jest do rybołóstwa i rybaków posiada bardzo mało. Różni się w tym względzie z moją Narwią na Podlasiu, gdzie w każdej wiosce nadrzecznej wszyscy mają czółna, sieci i różnorodne czynią na ród rybi zasadzki. Tutaj, dopiero po przybyciu blisko trzech mil Niemna, zobaczyłem pierwsze rybackie czółno i siatkę. Czółno było równie jak narwiańskie wyrobione z jednej kłody drzewa, tylko głębsze i po końcach miało po czopie do ujęcia. Wiosła tutejsze nie mają tak wysmukłego kształtu, jak nad Narwią lub Wisłą. Krótkie i szerokie, bardziej przypominają łopaty, na jakich kobiety sadzają chleb do pieca, a czarownice galopują na łyse góry. Przyczyną różnicy w kształcie jest może większa bystrość Niemna. Rysunek czółna podają powyżej.

Na piaszczystem wzgórzu przy ujściu rzeczki Hoży leży wieś tak samo nazwana, zaszczycona tytułem miasta. Garstka ubogich, okopconych i krytych słomą chat stanowi rażącą sprzeczność z nazwą. Staruszka mogła być "hożą" za czasów Kazimierza Jagielończyka, który założył tu kościół, uposażony później przez jego syna Aleksandra w 1494 roku. Dzisiejszy dom Boży jest niedawno wzniesiony i murowany. Przez Hożę przechodził dawniej wielki, szeroki i piaszczysty gościniec nadniemeński, wiodący z Korony i Grodna do Wilna, a książęta i senatorowie częściej popasali tutaj, niż dzisiaj Żydzi jarmarczni. Naprzeciw miasteczka Niemen opływa rozległą wyspę z osinowym gajem, a dalej inną niewielką.

Tak posuwając się natrafiłem na ślady pobytu człowieka z odległych czasów krzemienia na lewym brzegu koło siół Plebańskie, tudzież Płaskowce i na prawym, w okolicy Jatwiezia. Nazwa tej ostatniej wioski (położonej dość daleko od Niemna) pochodzi niewątpliwie od osiedlenia Jaćwingów, których niedobitki postępowały w te strony znad Buga i Narwi przed orężem polskim w XIII wieku9. Na rzecznym żwirze pod wsią Plebańska znalazłem kopalne szczątki czaszki jakiegoś zwierzęcia, które tylko w części zabrać mogłem.

W wielkie mnóstwo zdrojowisk obfitują wszędzie brzegi Niemna. Jar bowiem tej rzeki przecina głębsze nieprzepuszczalne warstwy iłowatej gliny, na których zebrana woda tworzy zdroje na stokach wybrzeży, lub niekiedy na znacznej przestrzeni spływa do rzeki jak z dachu, a w stromych i grząskich miejscach trudno wydostać się na brzeg. Gdzie piasczysta krawędź porasta lasem, tam w skutek ciągłego usuwania się lekkiej ziemi spod korzeni, nadbrzeżne drzewa albo wiszą nad Niemnem, grożąc co chwila upadkiem, albo runęły do topieli. Tu i ówdzie spotykaliśmy bydło, które, brodząc przy brzegach i zanurzając łeb po uszy, wyciągało z wody rzeczne zielsko, nauczone tego instynktem w okolicy ubogiej w pastwiska.

Już prawie o zachodzie słońca przybyliśmy do Niemnowa, gdzie się łączy z Chronusem piękny dwudziestomilowy Kanał Augustowski, zbudowany w latach 1824-1839 kosztem dwunastu milionów złotych polskich, wydanych ze skarbu Królestwa Kongresowego. Ponieważ poziom wody w kanale wyższy jest od poziomu Niemna o szesnaście łokci, za pomocą więc potrójnej śluzy (jednej z kilkunastu na tym kanale) i czterech wielkich bram dębowych, otwieranych i zamykanych kolejno, a dzięki temu napuszczanej z góry lub obniżanej wody, berlinki 10 i baty podnoszą się na kanał, lub zniżają na Niemen. Widok tych operacji musi być dość interesujący i dlatego dowiedzieliśmy się z żalem, że na chwilę przed naszem przybyciem spuszczono wiele tratew, które spłynęły z rządowej Puszczy Augustowskiej do Królewca. Wśród cienistego sadu, przy szerokiej alei, stoi jak w raju dworek miejscowego urzędnika. Kanał jest także obsadzony drzewami, a rozszerzony przy śluzie, stanowi rodzaj małego portu. Burty i ściany komór śluzowych wymurowane są z ciosu, a nad jedną z bram znajduje się most zwodzony. Na każdym kroku widać tu ślady dawnego porządku i późniejszego zaniedbania. Długość całej drogi wodnej od Niemna do Wisły (czyli od Niemnowa do Modlina) kanałem, jeziorami, rzeką Netta, Biebrzą i Narwią wynosi 62,5 mili polskiej.

O zmroku już wyruszyliśmy z Niemnowa na nocleg do niedalekiej, a zachwalonej przez Wiktora gospody, leżącej naprzeciw Przełomu. W pośpiechu więc musiałem pominąć wieś Sieniewicze na piaszczystej górze, gdzie prawdopodobnie mógłbym znaleźć ślady siedlisk starożytnych. Poniżej Sieniewicz napotkaliśmy jeszcze sporą wyspę i na lewym wybrzeżu torf położony na równi z niskim stanem wody. Znużeni podróżą długiego dnia, przebywszy ósmą część wodnej drogi do Kowna, wylądowaliśmy nareszcie przy jakiejś dużej karczmie, z nadzieją, że po dniach siedmiu pomyślnej wędrówki złożymy dziękczynną obiatę w świętym gaju nadobnej bogini miłości Aleksocie.

Rzęsista iluminacja w oknach gospody sieniewickiej oznajmiała, że gazdowie jej zgodnie z tradycją piątkowego wieczoru rozpoczęli starożytne święto szabatu. Odgłos modlitwy licznie zgromadzonych współwyznawców nie dawał nadziei znalezienia noclegu i posiłku pod tym dachem. Przed karczmą stała gromadka gwarzących kmieci, których pozdrowiłem po chrześcijańsku, co zrobiło dobre wrażenie i było wstępem do rozmowy. Zaledwie zamieniłem z wieśniakami kilka słów, gdy wybiegła z gospody wystrojona świątecznie w perukę i czepek z żółtych i zielonych wstążek, ciekawa pani arendarzowa. Za nią przez wysoki próg przestąpił poważnie sam gospodarz, w czarnym satynowym żupanie, pończochach i pantoflach, z jedną ręką spoczywającą na żołądku za pasem, który stanowiła kolorowa chustka, jakiej zażywający tabakę używać zwykli. Przenikliwie zmierzył nas od stóp do głów, bo prosty ubiór podróżnych nie wzbudzał respektu, ale za to podnosiły ich godność bagaże o mosiężnych gwoździach i zamkach. Na pytanie o nocleg, arendarz, udając człowieka domyślnego oświadczył, iż wie dobrze, że jesteśmy inżynierami, którzy badają Niemen w celu oczyszczenia dla żeglugi parowej i że dla takich ludzi wszystko w jego domu na rozkazy! Ponieważ zabrakło owego faktora, który tak doskonale cel naszej podróży Wiktorowi w Grodnie wytłumaczył, a archeologia i etnografia u Żydów sieniewickich niewiele popłaca i tylko podejrzenie wzbudzić mogła, więc - nie wyparliśmy się korzystnego zaszeregowania, a tylko dla odjęcia mu cechy urzędowej dodaliśmy, że badamy Niemen na prywatne żądanie pewnego bankiera. Stosunek z bankierem podniósł nas tym wyżej w oczach arendarza, który, kłaniając się uprzejmie wprowadził nas do dusznej szynkowni. Przy nieznośnym gorącu niezliczone roje much dzieliły zgiełk i wieczerzę szabasową. Zaproszono nas do ciasnego alkierza za szynkownią, który był sypialnią państwa arendarzy i był równie duszny jak szynkownia, a nie mogłem otworzyć okien, bo były zabite gwoździami. W dowód poważania ofiarowano nam tutaj do noclegu dwa łoża małżeńskie, zajmujące prawie całą przestrzeń szczupłej izdebki i dźwigające piramidalne stosy różnobarwnej pościeli puchowej. Z prawdziwą wdzięcznością odmówiliśmy wszystkiego, co nam tak szczerze ofiarowano i poprosiliśmy tylko o skromny snop siana lub słomy do jakiejś niezamieszkanej przez ludzi komory.

Ziemniaków już nie było, jaj także zabrakło, a była noc i do wsi daleko; że zaś na pieczeniu pierwszych, a gotowaniu drugich ograniczały się nasze wiadomości kulinarne, więc pozostała na wieczerzę herbata i pieczywo szabasowe. Gdy położyłem między drobiazgami na stole kompas kieszonkowy, arendarz, nie odważając się go dotknąć, zapewnił, iż wie, że to jest instrument inżynierski, taki sam, jaki mieli inni inżynierowie, którzy przed rokiem również badali koryto Niemna11. Następnie opowiadał nam, że pewien zamożny obywatel tej okolicy, pan Wołłowicz, popiera projekt żeglugi parowej, dla której, zdaniem arendarza, najdogodniejsza stacja byłaby przy jego karczmie. Tu się zaczęła obszerna rozmowa o możliwości i kosztach oczyszenia Niemna z rap podwodnnych, w czasie której Gustaw tylko się uśmiechał, a mąż starozakonny podziwiał wynalazki i moją biegłość w hydrodynamice.

Kto doświadczył w życiu powrotu z ciężkiej niemocy do zdrowia, lub ze ślepoty do odzyskania wzroku, ten odczuje rozkosz naszego wrażenia, jakiego doznaliśmy przy wyjściu z karczemnego zaduchu pod gwiaździste niebo letniej nocy nadniemeńskiej. Wieczorny chłód orzeźwił nas, i pierś odetchnęła kilkakrotnie głęboko. Zimna obfita rosa przy świetle księżyca osrebrzyła trawy, zboża i wybrzeża łachy niemeńskiej, pokryte gęstymi zaroślami, w których zawodziły śpiewem niezliczone słowiki. W błocie odzywały się żaby, a w powietrzu i na rzece słychać było krzyki ptactwa wodnego. Wszystko to zlewało się w dziwną harmonię poezji, która wznosząc duszę ku stwórcy potęguje w sercu gorącą miłość ojczystej przyrody. Pomimo znużenia, chciało się przechadzać i dumać bez końca. Więc poszliśmy jakąś ścieżką między bujnym żytem i pełną słowiczego gwaru gęstwiną, a ścieżka ta zawiodła nas niespodzianie w piękne ustronie nad brzeg nieznanej nam rzeki. Dopiero teraz przypomniałem sobie, iż Sieniewicze leżą w okolicy Czarnej Hańczy, która wpadała tutaj do szeroko rozlanego Niemna. Ciemny błękit pogodnego nieba odbijał się z milionem gwiazd w cichym zwierciedle wody u naszych stóp, a od odbitych promieni księżyca lśnił srebrny most na tajemniczej topieli. Niekiedy rzuciła się ryba nad fale, a może duch rusałki lub litewskiej ondyny. Cudny obraz Świtezi stanął w oczach, a do ust cisnęły się słowa:

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą, i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce,

Niepewny, czyli szklana spod twej stopy

Pod niebo idzie równina,

Czyli też niebo swoje szklane stropy

Aż do nóg twoich ugina.

Czarna Hańcza wypływa stąd o mil kilkanaście z jeziora o takiej samej nazwie, leżącego przy granicy pruskiej, pełnego sielaw i innej smacznej ryby. Płynie dalej koło gubernialnych Suwałk, następnie przez wielkie jezioro Wigry i przecina dawną Puszczę Grodzieńską, czyli Perstońską, za którą cała kraina między Niemnem a Prusami położona, należąca dziś do guberni suwalskiej, nosi nazwę Traktu Zapuszczańskiego. Podanie o początku nazwy Hańczy utrzymuje, iż gdy Trojden, wielki książę Litwy w XIII wieku, wyparty przez Mazurów, ustąpił za tę rzekę, miał powiedzieć po litewsku "gana cze" to jest "dosyć tutaj" - uznając ją za granicę z Mazowszem, która została nazwana odtąd Hańczą. Nie potrzebujemy dowodzić, iż wszystkie takie podania, wyprowadzające nazwy od słów przypadkowo wypowiedzianych lub oderwanych (na przykład Iłża od jej łza, to jest łza jakiejś księżnej, która płakała nad synem w zamku iłżeckim), są tylko pięknymi opowieściami, w nowszych czasach skleconymi, jak słusznie ktoś powiedział. Pewniejszą jest rzeczą, iż w zeszłym stuleciu podskarbi Tyzenhauz przedsięwziął na Hańczy budować tartaki i tamy, dzięki którym chciał podnieść wodę, dla większego uspławienia rzeki i że z tych usiłowań wielkiego męża, podobnie jak z innych, nie zostało nawet śladu.

Wobec tak uroczej nocy, zamierzyliśmy przenocować w pobliskim życie wśród odludnego ustronia nad Hańczą, lecz przeszkodziła temu poetycznemu przedsięwzięciu nadzwyczajna obfitość rosy, od której przemokłaby cała nasza letnia odzież. Radzi nie radzi, powróciliśmy do czajki, w której nocował Wiktor pilnując jej zarazem, bo twierdził, że flisowie niemeńscy nie uważają za kradzież ani grzech zabranie rzeczy nieuwiązanej i niepilnowanej na brzegu, uważając ją za znalezioną. Po chwili łódkę naszą przeistoczyliśmy na arcypoetyczną sypialnię na falach Niemna, pod księżycowym niebem Litwy; zasnąć w niej jednak nie było można w żaden sposób, bo chłód nocy na wpół jeszcze wiosennej był nad wodą dokuczliwy. Wszyscy trzej w letniej odzieży dzwoniliśmy zębami i zatykali uszy od rozlegającego się nad nami śpiewu sławnych słowików litewskich, których cała zgraja zaludniała nadbrzeżne zarośla. Pocieszał nas tylko Wiktor, że gdy jęczmień zacznie kłosować (czyli jak on mówił kłosy wywijać), co miało nastąpić za dwa tygodnie, to słowiki wtedy zamilkną. O śnie nie można było ani marzyć, a tu ranek za parę godzin i pora dalszej wędrówki. Pierwszy raz w życiu, uciekając przed śpiewem słowików i błękitem letniej nocy, poszedłem szukać noclegu w komorze arendarza.

Zajrzawszy do szynkowni, zastałem w niej nowych gości o podejrzanym i niesympatycznym wyglądzie, którzy, zmierzywszy mnie ponurym okiem, dalej częstowali się gorzałką. Słabe oświetlenie izby czyniło ją podobną do jakiegoś tajemniczego podziemia. Gdy otworzyłem wskazane mi drzwi po drugiej stronie sieni, znalazłem się w ciemnej izbie, gdzie przeraźliwym krzykiem przywitały mnie dwie gęsi. Były to widocznie nieodrodne prawnuczki swoich kapitolińskich prababek, dzisiaj przeznaczone do tuczenia przez żonę arendarza. Z innego rogu komory dochodziły jakieś przytłumione jęki ludzkie. Zapaliłem latarkę i zauważyłem, że jestem w dość obszernej pustej izbie bez podłogi, na środku której leżała dla mnie słoma, przykryta białym prześcieradłem przez panią arendarzową. W jednym kącie stał kojec z gęśmi, w drugim spały kury na grzędzie, trzeci zajęły ogromne żarna, a w czwartym na barłogu wił się w gorączce dziesięcioletni, nędzny chłopiec o pięknych rysach. Z trudnością dowiedziałem się od niego, że od kilku tygodni ma zimnicę, jest synem służącej u arendarza, biednej wdowy, która w czasie szabasu musi gorzałkę szynkować i zapalać świeczki w mosiężnym świeczniku, bo tego nie wolno świętującym dopełniać. Chłopiec, zostawiony sam sobie, zmieszany nieco moim przybyciem, tłumił jęki, ale ośmielony obejściem i zapytaniami, skarżył się na pragnienie, więc podawałem mu kilkakrotnie kubek świeżej wody, przygotowanej w wiaderku dla gęsi. Gdybym był lekarzem, może rada moja ocaliłaby życie biednemu chłopcu? Czemu nie ma u nas każda okolica podróżnego lekarza wiejskiego, który by jeżdżąc swym wózkiem z kieszonkową apteczką od wsi do wsi, spełniał wysokie posłannictwo zawodu i uczciwie na chleb zarabiał. Czemuż przynajmniej nie miałem jakiegoś środka na zimnicę z domowej apteczki mojej matki, która, staropolskim zwyczajem wiejskich dworów, zawsze chetnie niosła pod niskie strzechy ratunek, nieraz z narażeniem własnego zdrowia.

Uczeni lekarze nie byli dawniej dostępni dla ludu wiejskiego, bo najczęściej jako cudzoziemcy, po większych miastach zamieszkali. Dziś odmieniło się dużo na lepsze, ale kmieć nie mógł nabrać jeszcze zaufania; więc jak to już niegdyś zapisał Salomon Rysiński [1565-1625], że w Polsce co choroba, to doktor. Tak więc lud ucieka do zabobonów, bo środek nadprzyrodzony przemawia bardziej do ciemnoty. Lekarza ani apteki nie było w okolicy nad Niemnem, a baby sieniewickie, gotowe zawsze do bezinteresownej rady, wyczerpały już bezskutecznie od miesiąca wszystkie swoje leki, zaklęcia i talizmany.

Gdy znużenie przemogło, zdawało mi się, że zasnąłem. Nie był to jednak sen, ale jakieś majaczenie. Słyszałam stłumione jęki chorego, skrzypienie drzwi przy powiewie wiatru, krzyk gęsi po każdym moim poruszeniu i jakieś opowiadania i szepty pijaków. Dziwne, senne, fantastyczne widziadła stawały mi przed oczy. Tu dolatywały jęki z ust spalonych gorączką głodu i nędzy, a tam powietrze napełniały wiwaty orderowych dostojników, szampan płynął strumieniem, stoły gięły się pod złocistą zastawą i zamorskimi przysmakami. Skądinąd dolatywała huczna gędźba weselnej kapeli, piętrzyły się misterne cukrowe wieżyce, tysiące gwiazd brylantowych jaśniało na godowych szatach niewiast, dźwięczna mowa ojców, zbłaźniona paryskim akcentem, raziła ucho, a obok mnie na barłogu stała trumna z kilku nieociosanych desek. Widziadła przesuwały się bez przerwy. Patrzyłem się na ciężkie skrzynie, w których drzemały martwe skarby; przy zielonych stolikach siedzieli zamyśleni mężowie z losami w ręku. Wypuszczając kosztowny dym z ust swoich, jedni kreślili liczby białą kredą i zgarniali stosy złota, inni rzucali na losy ziemię, przesiąkłą potem pracy rodziców swoich, a użyźnioną krwią praojców, którą dzielili się handlarze i ludzie obcej mowy, odwieczni wrogowie Słowian. Na tej osieroconej przez pasierbów ziemi, pod słomianą strzechą, wyrastała garstka jasnowłosej dziatwy, ciekawa abecadła i książki, ale skarby takie są tylko na wielkomiejskich kramach, a nie było komu przywieźć i dzieciom podarować elementarza.

Z brzaskiem dnia zerwałem się ze słomy i przetarłem oczy. Gęsi oddały mi salwę na dzień dobry, a ja, wypiwszy na śniadanie szklanicę ich zimnego nektaru, opuściłem gospodę państwa arendarzów, pogrążonych w błogim śnie, który zapewne kołysał ich nadzieją zysków ze spodziewanej przy karczmie przystani dla parowców. Przy rannej zorzy mogłem się lepiej niż wieczorem przypatrzyć okolicy nadniemeńskiej. Rzeka rozlewa się tutaj dość szeroko, a między jej korytem i łachą, nad którą stała karczma, znajduje się duża piaszczysta wyspa, porosła krzewami i szerokolistnym zielem. Krainę słowików stanowią wybrzeża łachy (odnogi) pokryte gęstwiną oryginalnej karłowatej wierzby, której wiele latorośli zakończonych było szczególnym kwiatem lub naroślą, twardą, wielkości tureckiego orzecha, albo główek kapusty. Urwałem jej całą równiankę do zasuszenia. Nigdzie bowiem więcej podobnej wierzby nad Niemnem nie spotkałem. Na piaszczystych wzgórzach za rzeką leży parafialna wieś Przełom, z małym drewnianym pod słomianą strzechą kościółkiem, do którego, jak mi powiadano, przybywa tylko w święta doroczne skądinąd kapłan i odprawia nabożeństwo dla parafian. Według naszych historyków, Przełom ma być w krzyżackiej kronice Wiganda tą samą Perłą, pod którą Teodoryk von Elner, komtur Bałgi, stoczył w roku 1378 z Litwinami bitwę na moście i przysiółki ich zamku spalił.

Wśród ciszy chłodnego poranka, przy kukaniu kukułki i pięknym wschodzie słońca ruszyliśmy w dalszą drogę, zostawiając w zaroślach uśpioną rzeszę sieniewickich słowików. Nad Czarną Hańczą, w pobliżu Niemna, leży wioska Warwiszki, pierwsza z prawdziwie litewską nazwą, jaką napotkaliśmy w drodze od Grodna. Koło Przełomu widzieliśmy mnóstwo przygotowanego do spławu drewna opałowego w sążniach, a dalej przy karczmie warwiskiej, po stosach klepek i beczek do smoły można było poznać mieszkanie bednarza. Okolice tutejsze posiadają jeszcze rozległe bory, ale wybrzeża są z nich ogołocone, piaszczyste, a między Hożą i Przewałką dość płaskie i smutne. Niemen dochodzi tutaj niekiedy kilkuset kroków szerokości, a wtedy częste ma mielizny i bywa płytki przy brzegach. W jednem miejscu, gdy z powodu mielizny nawet mała czajka nie mogła przypłynąć do brzegu, Wiktor na swoich plecach wynosił nas po kolei na ląd. Obowiązek przenoszenia właściwie przypadał na mnie, bo w wyprawie Argonautów uchodziłem za Jazona, a on właśnie przenosił przez rzekę Junonę (w postaci starej baby i jak twierdzą dziejopisowie i poeci, zgubił w błocie jeden trzewik). Wiktor był o tyle w szczęśliwszej sytuacji od Jazona, że nie wziął w podróż obuwia.

O ćwierć mili poniżej Przełomu znajduje się mała wysepka, koło której łódka nasza zatrzymała się na mieliźnie. Dla nas nie był to problem, ale dla ładownych wicin lub batów wejście na hak (tak bowiem w języku flisaków litewskich nazywa się ten wypadek) bywa nieraz wielkim i kosztownym kłopotem. Jeżeli w skutek prądu wody, wiatru lub nieuwagi sternika, osiądzie wielki statek na haku, a ludzie nie zdołają go zepchnąć lub liną ściągnąć z mielizny, to nastąpić musi lichtuga (z niemieckiego Leichtung - ulżenie), to jest przeładowanie części ciężaru na bat mniejszy, zwany stąd lichtańcem, lichtańczykiem, co oznacza wydatek dla właściciela ładunku. Aby nie osiąść na haku, sternik powinien bacznie trzymać się drogi, to jest głównego prądu, którego kierunek wprawne oko poznaje z daleka po powierzchni wody. Droga rzadko idzie samym środkiem koryta, ale częściej przerzuca się od brzegu do brzegu, tworząc buchty i kolana. W miejscach wątpliwych i tam gdzie soły są mniej widoczne, flisacy dla wzajemnej przestrogi wbijają na mieliznach zieloną gałąź, która nazywa się warą, na brzegu zaś, pod którym idzie droga, postawiony jest często wianek, czyli tyczka z wiechą słomianą, jaką gospodarze wiejscy na znak zarezerwowanego pastwiska zwykli ustawiać. Tak więc, w drugim dniu naszej podróży, nie byliśmy już frycami w sztuce żeglarskiej, chociaż ubożsi od naszego mentora doświadczeniem, ale i ono przyjść miało, bo jak mówi przysłowie litewskie: "Diuna diena mokin" - "Dzień jeden jest drugiego nauczycielem".

Pod wsią Szabanami nad Niemnem napotkaliśmy majdan smolny wśród dzikiego ustronia leśnego, gdzie kilku zasmolonych jak kominiarze robotników uwijało się wśród stosów węgla, popiołu i kłębów dymu. Ludzie ci robili wrażenie Indian w lasach Ameryki, bo widok cały był podobny do jakiegoś obrazka w Magazynie powszechnym, którego grube tomy były ulubioną zabawką mego dzieciństwa. Rapa poniżej Szaban nazywa się Jewuasią, Jewuśką, czyli Ewusią, ale Wiktor nie umiał objaśnić, jaka to okrutna Ewunia mogła być przyczyną, że zapożyczono jej imienia dla złowrogiego żeglarzom głazu. Czyżby serce miała tak niewzruszone, tak zimne i twarde jak ta skała niemeńska?

Moje archeologiczne poszukiwania i jego owoce w dniu dzisiejszym nie były tak pomyślne jak wczoraj, koło Pyszek i Mioły. Widocznie wybrzeża, które dziś zwiedzałem, nie miały w dawnych czasach siedlisk stałej ludności, lub bardzo mało. W okolicy wsi Szandubry zauważyłem tylko w pobliżu Niemna, wśród kilkunastu z natury rozrzuconych głazów, jeden wielki, trójkątny, z płaskim poziomym bokiem, niby stół albo ołtarz jaki, zapewne także przypadkowy.

Według dawnego podziału kraju, okolica, którą przebywamy, leżała w powiecie grodzieńskim, województwa trockiego. Na lewym brzegu Niemna, aż pod pruską, czyli krzyżacką granicę, ciągnął się pełen rybnych jezior Trakt Zapuszczański, za wielką puszczą (Perstońską) położony. Czarna Hańcza uważana jest w Augustowskiem za pierwotną granicę między Litwą a Mazurami, lecz lud polski nie dosięga samego Niemna, na którego obydwu brzegach siedzą Rusini aż do ujścia Hańczy Białej, którą też pokazał nam Wiktor, jako początek Litwy właściwej, zapatrując się na rzecz etnograficznie. Rusini ci, mieszkając na lichej glebie, są generalnie ludem ubogim, mniej od litewskiego skrzętnym i pracowitym. Chętniej niż rolnictwem trudnią się smolarstwem, dziegciarstwem, polowaniem i spławianiem drewna na Niemnie i Kanale Augustowskim. Mężczyźni noszą długie siermięgi z siwego samodziału, obszyte czarną bawełnianą tasiemką, zapinane na takież pętliczki przy guzach; bajdawery mają albo parciane, albo z takiego sukna jak sukmana, na łapcie łykowe wyłożone. Kobiety ubierają się w przyjaciółkę, to jest sukmankę z siwego samodziału lub cienkiego sukna, fałdowaną z tyłu i spinaną na pasek. Obuwie ich składa się z płytkich trzewików bez obcasów.

Rusini na prawym brzegu Niemna, czyli w gubernii grodzieńskiej, jedni są obrządku katolickiego, dawni zaś unici - prawosławnego. Wszyscy przy spotkaniu pozdrawiają się wyrazami: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Z nami gwarzyli czystą mową polską, lecz między sobą dialektem ruskim, z domieszką niektórych wyrazów litewskich i mazowieckich. Zapisywałem ich regionalizmy i wyrażenia, o ile w ciągu wędrówki mogłem coś usłyszeć. Między innymi dziękując za cokolwiek, życzyli, aby mi "Pan Bóg dał długie panowanie". Lud to w porównaniu do pobratymczych Mazurów dość ponury, a pieśni jego prawie wszystkie są smętnej nuty. Obok najliczniejszych dum żałosnych i poetyckich, będących najczęściej głosem uciśnionego serca dziewicy, lud tutejszy ma też swoje pieśni żartobliwe. Szczególnie uprzywilejowana do żartów jest pieśń dożynkowa, śpiewana przed dworem przy oddaniu wieńca państwu, gdzie wszyscy domownicy, a nawet pan i pani przyjmują życzliwie czynione do nich żartobliwe zwroty gromady wiejskiej.

O niecałe pięć mil drogi lądowej na północ Grodna zaczyna lud mówić po litewsku, przy ujściu Białej Hańczy, która tym jest dla tutejszej okolicy, czym dla powiatu lidzkiego rzeka Dzitwa. Na tej granicy dwóch narzeczy leży wieś Świętojańsk (przy ujściu Białej Hańczy), a dalej Przewałka. We wsi Bugiedzie i Szabanach mówią jeszcze po rusku, a w Szandubrach i Gierdaszach już po litewsku. W Świętojańsku łączą się obydwa narzecza, a wszędzie znane jest dobrze ludowi trzecie, polskie; kobieta zapytana tu, jak daleko do Przewałki, odpowiedziała nam: "Nie wielmi daleko". Ale dość ścisła granica dwóch narzeczy nie stanowi wcale takiej samej granicy krwi dwóch plemion sąsiednich. Krew i dialekt to są rzeczy odrębne. Jeżeli wnikniemy w nasze dzieje, to się przekonamy, że dziesięć wieków pracowało na zmieszanie krwi wszystkich plemion, zamieszkałych na przestrzeni między Odrą, Dźwiną i Dnieprem, a jednak narzecza i dialekty ich pozostały prawie w pierwotnych swoich granicach.

Dawne starostwo Przewałka dzisiaj jest rządową fermą, dzierżawioną przez Jana Pileckiego, zasłużonego doktora medycyny. Niemen płynie tu kręto i tworzy kilka piaszczystych wysp i dwa koryta: stare i nowe. W kilku miejscach, w stromych acz niewysokich brzegach piaszczystych, znajdują się setki gniazd grzebułek, czyli jaskółek ziemnych (Hirundo riparia, L.), które Wiktor nazywał bierahulkami. Gniazda te mieszczą się w dość głębokich, robionych przez ptaszyny norach, o trzycalowej średnicy, które są tak gęste, iż prostopadła ściana wybrzeża wygląda jak rzeszoto. Całe chmury towarzyskich grzebułek, zatrudnionych wśród wesołego świergotu połowem owadów nad wodą, krążyły w powietrzu i co chwila wpadały do swoich gniazdek, zapewne ze zdobyczą dla piskląt. Jeżeli dziwią się pszczołom, które w licznej pasiece trafiają do swoich uli, to godniejsze podziwu są grzebułki, umiejące odróżnić wśród innych swe nory.

Chaty litewskie w tej okolicy nie różnią się niczym od rusińskich. Wszędzie te same wielkie okapy, niby podcienia, gdzie kmieć narzędzia gospodarskie przed słotą zabezpiecza, niektóre na ścianie zawieszając. Wszędzie te same o czterech małych szybkach okienka, zabytek owych czasów, w których brakowało drogiego szkła i błonami z pęcherza zaprawiano małe otwory dla wpuszczenia półświatła do dymnej izby. Ale chat kurnych znacznie tu więcej niż u Rusinów, bliżej Grodna. Dymniki, czyli kominy częściej budowane są ze słomy z gliną, lub desek, chrustu i gliny, niż z cegły. Używane do uprawy roli sochy, nie różnią się od podlaskich. Rataje w czasie upału przykrywają woły płachtą lub swoją siermięgą dla ochrony od owadów, a kierują nimi nawoływaniem podobnym jak koło Grodna. Lud jeździ tutaj na kałamaszkach, czyli małych jednokonnych wózkach, wybitych dranicami. Konie ma niewielkie, lecz ładnie zbudowane, najrozmaitszej maści, które tak samo jak rogacizna brodząc przy brzegach Niemna, wyciągały z wody i pożerały rzeczne zielsko.

Gleba tych okolic jest piaszczysta i rodzi tylko liche żyto, owies, tatarkę (grykę) i ziemniaki; w niektórych miejscach rola odłoguje po lat kilka przed zasiewem. Przy dobrym gospodarstwie społecznym, wszystkie obszary takie powinny być obsadzone sosną, lubiącą lekkie grunty, na urodzajnej zaś ziemi zamiast lasów powinny falować pszenice. Gdzie dziś karłowaty owies i żyto zaledwie rolnikowi koszty uprawy zwraca, tam rosnąć mogą drogocenne lasy sosnowe, a posiadacz boru, odnosząc znakomite korzyści z gospodarstwa leśnego, jadałby pszenny pieróg, którego dziś smaku nie zna, ziemianin zaś z pszennego łanu miałby czym płacić za drzewo. Produkcja krajowa wzrosłaby obustronnie, a przy dzisiejszej łatwej komunikacji, nie trudno dostarczyć drewno z puszczy.

Między Przewałką a Szaudubrami znajduje się jedna z mniejszych rap niemeńskich, a dalej za wsią Dzierżami minęliśmy na lewym brzegu wioseczkę Mizery. Nazwa tej ostatniej uderzająco przypomina wymienioną przez irlandzkiego podróżnika po Litwie w początku XIII wieku nadniemeńską miejscowość "Misiri". Podróżnikiem tym był, jak wiadomo, głośny w literaturze skandynawskiej dziejopis i poeta Snorri Sturluson. Historycy nasi uważają owe "Misiri" za Merecz, może tylko dla tego, iż nie wiedzieli, że o trzy mile od Merecza istnieje nad Niemnem wieś Mizery. Poniżej tej starożytnej osady, w dość malowniczej okolicy znajduje się na środku Niemna wysepka. Gdyby pobliskie Druskieniki leżały nad Renem lub Elbą, dawno by z ostrowu tego zrobili Niemcy uzdrowisko z altankami, szklanymi baniami, kawiarnią, restauracją i kręgielnią. Głodny i znużony wędrowiec znalazłby tu posiłek i wypoczynek po całodziennej włóczędze w upał czerwcowy. Gdy jednak, wyobrażając sobie takie miejsce, spojrzałem na dziką wyspę, jakże miłego doznałem uczucia, że widzę na niej bujny chwast litewski, zamiast georgiń, że odpocząć mogę w cieniu domowej łozy, a nie w nadreńskim kiosku, że chodzę po murawie, nie zdeptanej stopą obcojęzycznej gawiedzi, że goniąc wzrokiem w błękit nieba, przysłuchuję się dźwięcznej piosnce skowronka litewskiego, a nie walcom i kadrylom zagranicznym, że jestem sam u siebie, a Niemiec nie oblicza przyjemności na talary. O moi panowie podróżnicy! Gdybyście wy połowę tego czuli, co ja w mym sercu czułem, nie trwonilibyście milionów na ustalenie za granicą opinii polskich grafów.

Niby wielbłąd ku słodkim źródłom libijskiej oazy, brnąłem po gorącym, bezdennym piasku do słono-gorzkich wód druskienickich. Słońce było już nad zachodem, gdy z leśnej góry ujrzałem jak na dłoni leżące na przeciwległym brzegu Druskieniki, gdzie nam nocleg wypadał. Mieliśmy więc dziś jeszcze być gośćmi u znamienitych wód litewskich. Że zaś nie ma zwyczaju, aby goście przybywali we flisackich kubrakach, zabłoceni z wiosłem i łopatą w dłoni, pomimo tego, że wędrownym turystom i badaczom wszystko wybaczyć trzeba, postanowiliśmy za pomocą wody z rzeki i innych przyborów przemienić się w ludzi porządnych i niepodejrzanych. Kąpiel była wyśmienita, mimo małej niedogodności, że prawie wszędzie dno Niemna pokryte jest warstwą ostrego żwiru. Ale za to jest to niemała przyjemność dla przyrodników i paleontologów, którzy kąpiąc się, mogą wynajdywać w żwirze różne skamieniałości. Bagaże były zniesione na ląd i rozpakowane, rzeczy rozłożone na trawie, ciała nasze zanurzone po szyję w wodzie, a toaleta jeszcze nie rozpoczęta, gdy nagle za lasem i górą, u której stóp płynął Niemen, dał się słyszeć silny grzmot, a szum boru oznajmił o zbliżającej się szybko burzy. Na zwierciadlaną powierzchnię rzeki spadły tu i ówdzie wielkie krople deszczu, a myśmy tak gorączkowo wyskoczyli z wody, jakby kto dodał do niej ukropu. Toaleta, dokonana w gwałtownym pośpiechu, stanowiła arcyśmieszną mieszaninę ubioru salonowego z flisakiem, a w dodatku nie była wcale kompletna. Wrzuciwszy bagaże i bieliznę do czajki, postanowiliśmy uciekać przed burzą do Druskienik lub Janopola, to jest karczmy naprzeciw tych ostatnich położonej. Przy wielkim wysiłku naszych zdolności wioślarskich i rzęsistym deszczu, zawinęliśmy nareszcie do Janopola, ale Gardoeldijs chyba obrażony, żeśmy mu ryb nie złożyli w ofierze, nie przestał nas prześladować. Oto z nadbrzeżnej gospody, którą tu w zeszłym roku widziałem, nie zostało ani śladu i tylko w ubogiej ziemiance, do której schroniliśmy się tymczasowo, powiedziała nam stara Litwinka, że karczmę spalił piorun przed tygodniem.

W Druskienikach byłem po raz pierwszy w ubiegłym roku (1871) jesienią, a także z pewną przygodą. Przybywałem wtedy w noc bardzo ciemną i deszcz bardzo ulewny, a nie znając wcale miejscowości, kazałem się zawieźć do hotelu. Woźnica, zostawił mnie z walizką przed drzwiami jakiegoś dworku i śpiesznie odjechał, uciekając przed słotą i zimnem. Drzwi były zaryglowane, w oknach ciemno, a moje kołatanie do widocznie pustego domu zbudziło tylko wielkiego kundla, który zaczął podejrzanego gościa natarczywie atakować. Po moim rozpaczliwym szturmie, długim czekaniu i walecznej obronie za pomocą parasola, dało się słyszeć w sieni jakieś ciężkie stąpanie, po czym z zamachem otworzyły się drzwi i z latarnią w ręku ukazał się chwiejący i zaspany drab, obchodzący zwyczajem starożytnych jesienną uroczystość Bachusa. Sam wniosłem mój bagaż do obszernego zimnego pokoju, w którym zostawiając mnie ów człowiek, odburkną tylko na moje pytanie o restaurację, drzwi mego mieszkania zamknął na klucz i nie zważając na mój protest, powtórzył ciężkie stąpanie, które po chwili ucichło w głębi korytarza. Zrezygnowawszy z wieczerzy, choć bardzo głodny, zacząłem ze świecą w ręku i z uczuciem więźnia w sercu oglądać mój apartament. Za pierwszą izbą była druga z łożem do spoczynku, wielkim jak arka Noego, na które złożyłem strudzone podróżą członki i głodny żołądek, pocieszając się, że i sen przecież posila. Jednak po godzinie smacznego wypoczynku zostałem obudzony gwałtownym łoskotem, z jakim otworzono wejściowe drzwi pierwszego mego pokoju. Dało się słyszeć to samo burczenie na kogoś i wciąganie ciężkich bagaży przez równie ciężkiego jegomościa, a następnie zamknięcie go na klucz. Współtowarzysz mojej doli tak samo obszedł swój pokój, znalazłszy drzwi do mojej izdebki otwarte, zamknął je kluczem i ryglem. Tu znowu odezwałem się z protestem, ale mój sąsiad widocznie drgnął zaniepokojony odkryciem człowieka w ciemnym pokoju i nie odpowiedziawszy ani słowa, popróbował tylko, czy dobrze zamknął i dla większego bezpieczeństwa z mozołem wysunął z kąta familijną szafę, którą zastawił moje drzwi. Gdy i ta barykada nie zdawała mu się dostateczną, zaczął szafę fortyfikować całym garniturem ciężkich staroświeckich mebli, w jakie jego pokój obfitował. Sapanie, chrząkanie, odpoczywanie i poprawianie pracowitego dzieła przerywało tylko robotę, po której ukończeniu rzucił się na łoże i srodze chrapać począł. Nazajutrz do jedenastej z rana oczekiwałem (śpiewając i tupiąc) na przebudzenie się założyciela barykady.

Obecnie przybyliśmy do Druskienik w porze, w której z różnych stron kraju i dalekiej Północy, a najwięcej z Petersburga, chorzy i zdrowi goście zaczęli się zjeżdżać do ustronia nad Niemen i Kotniczankę. Druskieniki powabniej teraz wyglądały niż w jesieni. Wiele dworków odbudowano już po pożarze, który w poprzednim roku, w sam dzień Zielonych Świątek, zniszczył trzecią część miasteczka. W szacie wiosennej zieloności wdzięczniejszym był teraz olszyniak i lasek w ogrodzie publicznym i cienisty wąwóz pięknej Rotniczanki, która stanowi tu granicę guberni grodzieńskiej z wileńską. Nawet sztuka zaczyna przychodzić w pomoc dość pięknej naturze, bo na Rotniczance odkryłem świeżo zbudowany most zamiast dawniejszej kładki, po której przechodząc w zeszłym roku, trzeba było trzymać się przestrogi, że "kto po kładce mądrze stąpa, ten się rzadko w błocie kąpie". Bystra rzeczka szumi jak dawniej po kamienistym łożu i ucieka do Niemna, srebrząc pianą swe zakręty i brzegi, a gościom swoim udzielając znamienitej, zimnej, tylko troszkę za drogiej kąpieli. Nawet głęboki piasek druskienickich ulic wydał mi się teraz o wiele znośniejszy, zapewne jednak z tego powodu, że jeszcze po głębszym umiałem brodzić na brzegach Niemna. Powietrze tutejsze nad bystrymi rzekami i pośród lasów sosnowych zawsze jest świeże i zdrowe.

Nazwa Druskienik ma swój źródłosłów w wyrazie druska, znaczący sól po litewsku. Gdzie więc tryskały słone źródła, tam osadę nazwano Druskienikami, a oprócz nadniemeńskich są podobno jeszcze inne Druskieniki w okolicy pobliskich Lejpun. Według Teodora Narbutta, miały znajdować się tutaj w XVII wieku i dawniej warzelnie soli, co zdaje się bardzo mało prawdopodobne, zwłaszcza nad Niemnem, gdzie sól zagraniczną statkami już od dawnych czasów rozwożono. W każdym razie Druskieniki są starożytną osadą litewską, której okolicę kronikarze krzyżaccy zwali Saltzeniken lub Salseniken. Tak ujście Rotniczanki do Niemna, jak i słone zdroje i bliskie jeziorko (które niegdyś ciągnęło się dalej ku zachodowi) zwrócić musiało na tę miejscowość uwagę starożytnych Lettów, lub innego ludu, który w czasach krzemienia, jak to poniżej zobaczymy, upodobał sobie tę okolicę piaszczystą i dotąd jeszcze leśną.

Podanie miejscowe mówi, że gdzie dziś jest jezioro druskienickie, tam było kiedyś miasto, zwane Rajgród, które dawno temu zapadło się w ziemię, a ciche nurty zajęły miejsce zgiełku mieszkańców Rajgrodu. Podobnych podań wiele istnieje w naszym kraju, a niemało dotyczy jezior litewskich. Przypominam sobie, iż lud także opowiada, że gdzie dzisiaj rozlewa się przy granicy praskiej Jezioro Wisztynieckie, jedno z większych na Trakcie Zapuszczańskim, tam niegdyś miały być bagna i przepełnione barciami bory, zalane później wodą. Znowu w miejscu jeziora Duś, także na Trakcie Zapuszczańskim, podobno zieleniła się przed wiekami piękna łąka, na której noclegujący z końmi pasterze pewnego razu ostrzeżeni zostali przez anioła i ledwie zdołali uciec przed falami, które zatopiły dolinę. Dzisiejsze odkrycia budowli palowych, czyli nawodzisk (starożytnych wiosek najeziornych) prowadzone najpierw przez Kellera w Szwajcarii, a później we wszystkich krajach i prowincjach zachodniej i środkowej Europy (nie wyłączając Wielkopolski, nad Jeziorem Czeszewskim), wyjaśniają początek wielu powyższych podań. Przez długi bowiem czas po epoce mieszkań nawodnych, lud oglądał ich ślady w jeziorach i z dna wody wydobywał różne przedmioty po mieszkańcach, których sioła i grody według podań zapaść się tam musiały. Pod Castel Gandolfo na przykład, w okolicach Rzymu, rybacy nieraz wyławiają starożytne przedmioty z jeziora Albano, w miejscu gdzie, zgodnie z tradycją ludu tamtejszego, także zapadło się przed wiekami miasto. Odkrycia pana Belduhna na Mazowszu pruskiem koło Werderu w Czarnym Jeziorze i Fulewskim w okolicy Ełku (Geschichte Masuens tudzież Altpreussische Monatschrift) przybliżyły nawodziska tak blisko ku Litwie, iż dziś trzeba przypuszczać, że i ona musiała je mieć w przeszłości przedhistorycznej. Może zatem i w druskienickiem jeziorku, albo przyległem mu bagnie istniało coś podobnego w czasach krzemienia, w których okolica ta była bardziej nad inne zaludniona.

Michał Baliński [1794-1864] i inni dziejopisowie nasi powiadają, że podczas wojen krzyżackich książęta litewscy zbudowali tu drewniany zamek przy ujściu Rotniczanki, na prawym jej brzegu, aby zatrzymać łupieskie najazdy zakonu. Według Dusburga, latopisa krzyżackiego, Niemcy, pod wodzą wielkiego komtura Henryka Plotzeke12, pierwszy raz w 1312 roku zorganizowali wyprawę w okolicę Saltzeniken, było to wtedy, gdy po rozgromieniu w Prusiech wracającego z Warmii sędziwego Witenesa (domniemanego pradziada Jagiełły), szukali zemsty nad Litwą. Dusburg podaje, że było to początkiem lipca. Niemcy, zdobyli wtedy oprócz druskienickiego dwa inne zamki, wycięli ich załogi i uprowadzili 700 jeńców litewskich.

Ponieważ po wszystkich zamkach Litwy pogańskiej pozostały warowne góry lub przekopy, a przy ujściu Rotniczanki nic podobnego nie znajduje się, zakładam więc, że zamek druskienicki stał gdzieś indziej. Płaskie położenie w porównaniu z warownymi okolicznymi grodami litewskimi: Liszkowa i Merecza, odbierało Druskienikom charakter obronny. Nic też dziwnego, że Krzyżacy, omijając powyższe dwa grody, zwykle przeprawiali się przez Niemen pod Druskiennikami, gdy mieli od południa na Troki i serce Litwy uderzyć.

Kto pierwszy poznał własności lecznicze tutejszych źródeł, nie wiadomo; podobno leczyli się ich wodą od dawna miejscowi włościanie. Pod koniec ubiegłego wieku Druskieniki, jak czytamy w ich opisie, zaczęły stawać się sławne, a chorzy z okolicy przybywali tutaj, chociaż nieznany był skład chemiczny wody i nie było miejscowego lekarza. Rady chorym udzielali tylko włościanie druskieniccy, pomiędzy którymi szczególną popularnością cieszył się niejaki Surmetis. W 1830 roku wyznaczono profesora Uniwersytetu Wileńskiego Ignacego Fonberga do zbadania składu chemicznego źródeł. Dokonał tego badania sumiennie, a rezultaty ogłosił w Wizerunkach i roztrząsaniach naukowych z 1835 roku i w 1838 roku wydał oddzielnie Opisanie wody mineralnej druskienickiej. Od tego czasu zaczęły odradzać się szybko Druskieniki i zabudowywać staropolskimi dworkami dla gości, stając się w porze kąpielowej ogniskiem życia całej Litwy. Zjeżdżali tu ludzie możni i literaci, jak Tyszkiewiczowie: Eustachy i Konstanty, Kraszewski, Teodor Narbutt i wielu innych. Osób przybywało niekiedy do półtora tysiąca: karetami, landarami, bryczkami i budami żydowskimi, a nieraz piechotą, gdy najlepsze konie w piaskach okolicznych ustawały. O Druskienikach pisał nie tylko Fonberg, lecz i Ksawery Wolfgang, Izydor Nahumowicz, Antoni Hryniewicz, Jan Pilecki, Kraszewski, Kulin, Syrokomla i inni. W kilku powieściach naszych ważną one odgrywają rolę, bo istotnie skojarzyło się tutaj niemało stadeł, a bawiono się zawsze aż po rok 1863 wybornie i towarzysko. Wychodziło nawet w Grodnie czasopismo "Ondyna Druskienickich źródeł", wydawane przez doktora Wolfganga w ciągu trzech lat 1844-1846. Do "Ondyny" pisywał Kraszewski, Narbuttowie, Czeczot, Jaroszewicz, W.A. Maciejowski i wielu ziemian litewskich.

W dnia 11 sierpnia 1846 roku zmarł w Druskiennikach, przebywając na kuracji, Jan Czeczot, zasłużony w literaturze zbieracz pieśni ludowych znad Niemna i Dźwiny, ich tłumacz i poeta, przyjaciel serdeczny i współtowarzysz Zana i Mickiewicza, a po powrocie spod Uralu, bibliotekarz u Adama Chreptowicza w Szczorsach. Pochowany został w pobliskiej Rotnicy, bo w tamtym czasie nie było jeszcze kościoła i cmentarza w Druskienikach. Na cmentarzu wiejskim przy skromnym drewnianym kościołku w Rotnicy, na głazie grobowym wyryto piękny ośmiowiersz, ułożony przez Odyńca.

Przez lato w 1859 roku bawił w Druskienikach Kondratowicz i kilka natchnionych rymów skreślił. W dniu 29 lipca, na obiedzie, wydanym dla doktora Jana Pileckiego, odpowiedział improwizacją na toast, wzniesiony na cześć wieszcza13.

Doktora Jana Pileckiego, którego imię związane jest od lat tylu z historią Druskienik, poznałem jeszcze w roku zeszłym. Powtórnie przybywszy teraz, uważałem za największą przyjemność i miły obowiązek odwiedzić tego zasłużonego lekarza, obywatela i ziemianina zarazem. Dla Litwinów nie potrzebuję o zasługach jego wspominać. Już Syrokomla wybornie scharakteryzował tego człowieka, pisząc, iż "wszędzie tu widać jego czynną rękę, poradę jego głowy, natchnienie jego serca"; a odpowiadając improwizacją na toast (w dniu 2 sierpnia 1859 roku), powiedział doń serdecznie w swoim wierszu:

Niechaj się skromność twoja nie obraża,

Że się ten rozgłos czci twojej udziela:

Wszak wolno chorym czcić imię lekarza,

A przyjaciołom imię przyjaciela.

Oba te wielkie i święte imiona

Chlubnie nabyłeś pracując lat tyle;

Bo z jednej strony ludzkość uzdrowiona,

A z drugiej wdzięczna za przyjemne chwile.

Na prawym brzegu Niemna i polach druskienickich znaleźliśmy wprawdzie nader nieliczne, ale zawsze niewątpliwe ślady pobytu ludzi w czasach przedhistorycznych, składające się z wiórów krzemiennych, łupanych na sposób starożytny i czerepów naczyń z gliny i granitu. Poniżej Druskienik i młyna wyśledziłem na tymże brzegu z tych samych czasów jedno siedlisko. Bogatszym bez porównania w zabytki okazał się brzeg lewy. Tu, zaraz na krawędzi wyniosłego wybrzeża, naprzeciw spacerowego lasku druskienickiego, znalazłem, dużo licznych okrzosków, kilka pięknych wiórów i narzędzi krzemiennych. Między ostatnimi był na ostro obrobiony mocny kolec i przedziwnie wykonany z krzemienia bełt trójkątny, czyli ostrze strzały do łuku (osadzane ongiś na pręcie drewnianym, nazywającym się po polsku brzechwą). Bełt ten jest przedstawiony na rysunku powyższym. Obok tych przedmiotów, na powierzchni piasku leżały okruchy białych kostek, maleńka ozdoba czy amulet z kawałka ogładzonego belemnitu, z wklęsłością do uwiązania przez pół i ułamek ozdobnego naczynia glinianego.

Jeden z dwóch przechodniów, przyglądających się ciekawie moim poszukiwaniom, zapytał wreszcie, czy coś zgubiłem na tym piasku? Gdy odpowiedziałem mu, iż szukam rzeczy nie zgubionych i otworzyłem dłoń z krzemykami i skorupą, roześmiał się z politowaniem i odszedł, dając znak swemu towarzyszowi, iż mam niezawodnego bzika. Szczęściem, że Gustaw i Wiktor nie znajdowali się przy mnie, bo naraziłbym ich na podejrzenie o bzika epidemicznego, któremu niewątpliwie wieśniacy włoscy z okolic Bononii [ob. Bologna] przypisywali powód rozgrzebywania przez gromadę archeologów starego śmietnika terra mare.

A jednak ten lichy czerep gliniany, ta pogardzona i potrącana przez wieki skorupa, to i owo powiedzieć może, umiejętnie pytana i badana. Widoczny z niej kształt naczynia zapewne stosował się do potrzeb, jakie mieli jego twórcy, a przygotowanie gliny i wypalenie jest mniej więcej odpowiednie ich kulturze przedhistorycznej. Ozdoby na czerepie, to cząstka ich myśli, bo ręka jest narzędziem ducha. W nich leży olbrzymie piętno duszy człowieka. Wyraża się ono w poczuciu piękna, już prawie od zarania, gdy barbarzyński mieszkaniec dzikich puszcz, walczący krwawo o byt, nie zapomina ozdobić swego garnka i mozolnie zaokrąglić kształt narzędzia, choć nie wymaga tego strona praktyczna, ani jego natura zwierzęca.

Z miejsca starożytnej siedziby roztacza się jedyny piękny widok na Druskieniki, na przeciwległym, znacznie niższym brzegu położone. Szkoda, że Michał Kulesza, podając Druskieniki w swojej Tece, nie uwzględnił krajobrazu z tego punktu, oraz z innego, gdzie widok jest na zakręt Niemna, bór (ciągnący się ku Mizerom) i za Niemnem na "prababkę" sosen druskienickich.

Posuwając się w dół rzeki lewym brzegiem, minąwszy Janopol, napotkałem znowu na małej wydmie przy zakręcie Niemna prawie naprzeciw ujścia Rotniczanki, wióry krzemienne, okruchy przepalonej gliny, węgli i czerepów ze starożytnych naczyń. Zagadkowy mieszkaniec tego siedliska celował w niełatwym wyrobie wąskich, prostych, a płaskich o jednym ostrym boku krzemyków, którymi nakładano wzdłuż fugowane ostrza kościanych grotów (wielkości u dzisiejszych lanc), nadając tym sposobem tej broni twardsze od kości brzegi. Nie wiedziałbym do czego służyły te krzemyki, których tu kilka znalazłem, gdyby nie opisany powyżej grot, jaki oglądałem w bogatym zbiorze starożytności profesora Podczaszyńskiego, pochodzący z okolic Mariampola na Litwie. Jest to przy tym wymowny dowód, że taka broń kościana była współczesna osadom, na których często ślady w dniu dzisiejszym natrafiałem, a które były niby przysiółkami jednej największej, jaką wkrótce odkryłem.

Na lewym brzegu Niemna, w pobliżu wioseczki Bałtoszyszek, zaczynają się lotne piaski, a ciągną z biegiem rzeki przeszło ćwierć mili długo i na kilkaset kroków szeroko. Tutaj znalazłem, oprócz wielu różnych szczątków, śladów ognisk i mnóstwa czerepów z wielkich, grubych, starożytnych naczyń, kilka tysięcy okrzosków i wiórów krzemiennych, tudzież kilkadziesiąt pięknych, ciekawych, bo mało znanych narzędzi różnego kształtu. Jeżeli niektóre z nich swym uderzającem podobieństwem do nożyków, kolców, skrobaczek, dłutek, bełtów i piłek, każą domyślać się swojego zastosowania, to przeznaczenie innych jest zupełnie zagadkowe. Na rysunku poniższym mamy piękny okaz tak zwanej skrobaczki czy drapacza (racloir) (1)o regularnem łukowem ostrzu. Podobny skrobacz, ale prosty, z bokami, który również był w użyciu, mamy na przedstawieniu 2; inne zaś narzędzie o tępych końcach widnieje na rysunku 3. Do najrzadszych należy płaska z trzonkiem łopatka zagadkowego przeznaczenia (4).

Lecz gdzież są i jakie były narzędzia, którymi tak przedziwnie obrabiano te przedmioty? Że nie były one metalowe, to więcej niż pewne, bo przecież znalazłyby się ich szczątki. Były więc krzemienne, a niezawodnie wiele z przedmiotów znalezionych, może nawet tak zwane skrobacze o mocnych ostrzach pod kątem prostym, służyły do tego celu. Po przyłożeniu ich do zostającego na warsztacie rdzenia lub wióra, prawdopodobnie uderzano w nie jak w dłóto, lub silnie naciskano. Jeden z archeologów duńskich wyuczył tak pewnego kamieniarza podobnej roboty, iż ten w czasie odpowiedniej sesji kongresu bonońskiego narobił sporo wiórów krzemiennych starożytnej formy. Wprawa w uderzeniach, przy dokładnym poznaniu natury łupania się krzemienia, znaczy tutaj tak wiele, że to, co nam się wydaje rzeczą trudną i mozolną do wykonania, nie było taką w istocie. Hiszpanie, zdobywając Meksyk, widzieli i opisali wyrabianie przez Azteków noże z obsydium, czyli szkła wulkanicznego, które łupie się tak samo jak krzemień, co Eskimosi dotąd praktykują. W każdym razie byt prastarego ludu nadniemeńskiego miał wiele do zwalczenia. Już Kraszewski w swoich dziejach Litwy powiada, że walczyć tu trzeba było z naturą otaczającą i zdobywać na niej wszystko: okrycie, jadło, napój, spokój. Walczyć ze zwierzem, walczyć z chłodem, walczyć z wodą, z niedostatkiem wszystkiego; zdobywać nieustannie, bez spoczynku. Spoczynek wiódł za sobą straszną Giltinę, śmierć. A o ileż uciążliwszą musiała być ta walka o byt z lichą pomocą kościanej lub krzemiennej broni i narzędzia.

O ile nad Wisłą znalazło się wiele krzemiennych bełtów w stosunku do innych narzędzi, o tyle nad Niemnem były odwrotne proporcje. Pod Bałtoszyszkami na przykład znalazłem tylko jeden bełt trójkątny równie piękny, jak ten spod Druskienik. Widocznie w sposobie domowego i myśliwskiego życia mieszkańców zachodziły nad tymi rzekami wielkie różnice. Odgadnąć je można na pierwszy rzut oka, porównywając zbiory krzemienne znad Wisły i Niemna.

Trudno przypuścić, aby z krzemienia robiono jakieś ozdoby lub amulety; znalazłem jednak płaski krzemień starannie obrobiony w kształcie serca lub gruszki, a nienależący wcale do rodzaju bełtów. Jeżeli rzeczywiście oznacza on serce, to byłoby to ważnym świadectwem pewnego rozwoju pojęć ludzkich w czasach użytku krzemienia. Co się jeszcze znajdzie kiedyś pod Bałtoszyszkami, tego nie wiem, ale to pewne, że piaski, nawiane ze wzgórz sąsiednich na dawne siedliska, zawierają jeszcze niemałe plony krzemienne dla wielu następnych badaczy, którym drogę w te strony przypadło mi w udziale pokazać.

O ćwierć mili poniżej tych najobszerniejszych siedlisk jakie znalazłem z czasów użytku krzemienia, dostrzegłem w dalszym ciągu poszukiwań inne, dość ubogie w zabytki, na prawym brzegu niedaleko wsi Gajlun. Natomiast dość bogatą osadę odkryłem znowu na lewym brzegu zaraz za Gajlunami, w piaskach zwanych Nasouciszki. Z mnóstwa znalezionych tutaj przedmiotów krzemiennych przedstawiam trzy nożyki (na rys. 5, 6, 7); dalej nożyk czwarty z grubym tępym końcem (rys. 8); krzemyk w kształcie małego grotu (rys. 9) i nader rzadki skrobacz z rozszerzonym ostrzem (rys. 10), a wreszcie dwa osobliwe z trzonkami bełty (rys. 11 i 12), z których jeden podobny do listka przypomina przypowieść o Indianach, którzy na wzór strzał obstalowywanych u kowala, przynieśli mu liść z jakiegoś krzewu. Bełt drugi, pięknej roboty, ma trzonek, czyli piętkę utrąconą. Obok tych przedmiotów z krzemienia, znalazłem także: ułamek młotka kamiennego z wywierconym otworem, szczątki naczyń glinianych, krzemyki przepalone. Między wioską a Nasouciszkami ciągnie się równoległy z wybrzeżem, ale przerywany i nieregularny rząd kamieni, pozostałych jak się wydaje po grobach z czasów użytku krzemienia. Niektóre przedstawiają dotąd pewną symetrię w ułożeniu, która musiała być dawniej wszędzie, ale została zniszczona przez zużytkowanie głazów na żarna i fundamenty do budowli. Znalezionych parę systematycznych jeszcze grup kamieni nieomieszkałem odrysować.

Powyższa starożytna osada była w roku poprzednim pierwszym moim tego rodzaju odkryciem na Litwie. Było to, jak wyżej nadmieniłem, na jesieni, gdy, przybywszy do Druskienik na poszukiwania na brzegach Niemna, udałem się wodą do Liszkowa z dwoma najętemi w Janopolu przewoźnikami (po litewsku perewaznikas, perewczajas) Struzdasem i Antonowiczem. Wydmy i sterczące kamienie zwróciły na siebie z daleka moją uwagę; kazałem więc ludziom przybić tutaj do lądu, wdrapałem się na piaszczyste wybrzeże i zacząłem zbierać rozsiane okrzoski, wióry i narzędzia krzemienne. Zmrok przeszkodził wkrótce mojemu żniwu, a nie mając latarni, musiałem powrócić na noc do Druskienik. Z niecierpliwością oczekiwałem rana, aby jak najprędzej powrócić na to samo miejsce. Niestety, w dniu następnym było uroczyste święto i żaden chrześcijanin z wozem ani łódką nająć się nie chciał. Znalazłem jednak Żyda, który mnie jednokonką zawiózł od rana na Nasouciszki i krzemienie zbierać pomagał; w żaden jednak sposób nie mogłem go nauczyć odróżniać łupane w starożytności od samorodnych i przypadkowych ułamków krzemiennych. Mój towarzysz znosił ciągle do wozu kamienie, których wyrzucanie przyczyniało mi tylko pracy. Lud, śpieszący tędy drogą do kościoła w Liszkowie, widząc nieznajomego, pracującego w dzień świąteczny razem z Izraelitą, pogardliwie tylko spoglądał i nie odpowiadał na moje pobożne pozdrowienia. Byłem nieszczęśliwą ofiarą archeologii, a przypadek chciał, że i w tym roku niedziela zastała mnie na piaskach gajłuńskich, kiedy mieszkańcy tego sioła w stroju świątecznym gromadkami powracali pieszo z domu Bożego. Cały bagaż, wszystkie puzderka i kieszenie naładowałem w ciągu dnia dzisiejszego starożytnymi nabytkami, a medytując, w co dalej będę je zabierał, gdy miejsca zabraknie, zdecydowałem, że mądrość przysłowia: "Od przybytku głowa nie boli" jest nie do końca prawdziwe.

Nie umiem rozwiązać zagadki: jaka przyczyna ściągnęła w te strony Litwy liczniejszą niż gdzie indziej ludność w czasach użytku krzemienia i dlaczego ta ludność (sądząc po ilości zabytków, jakie zostawiła) miała bez porównania liczniejsze siedliska na brzegu lewym niż prawym? Poszukiwania ściślej od moich na całej długości Niemna przeprowadzone może kiedyś zmienią nieco ten stosunek, ale zawsze różnica będzie uderzająca. Ponieważ obydwa brzegi mają jednakowe warunki fizyczne, zatem przyczyna musi leżeć gdzieś indziej. Wszak i na Powiślu mazowieckiem zachodzi coś podobnego, bo, jak z dotychczasowych odkryć wnosić trzeba, to dla odmiany brzeg prawy był tam bardziej zaludniony w czasach użytku krzemienia.

Te osady nie były to wcale oddzielne wyrobnie narzędzi krzemiennych, ale zwykłe siedliska i sioła ówczesne. Okoliczność, iż wszędzie znajdują się obok narzędzi krzemiennych drobne okrzoski z tegoż gatunku krzemienia, a na każdym siedlisku, obok okrzosków, okruchy narzędzi, najwymowniej dowodzi, że każdy robił je sam, dla swej rodziny, przy własnym ognisku. W czasach prehistorycznych każdy robił sobie broń, narzędzia i odzież, budował mieszkanie, zdobywał żywność i był samowystarczalny, podobnie jak dotąd niektórzy wieśniacy w zapadłych okolicach kraju prawie nic nie potrzebują z miast i fabryk. Jakby echem tradycji tych zamierzchłych czasów była jeszcze staropolska przestroga, aby każdy dobry rycerz umiał sobie ukuć miecz i podkowę. Pojęcie fabryk i rzemiosł musiało być zupełnie obce u ludzi posługujących się krzemieniem. W ogóle zaś przypisywanie pewnych nazw specjalnych, jak: uroczysk, cmentarzysk, stacji krzemiennych i handlowych siedliskom z czasów użytku krzemienia, uważamy za niestosowne.

O nawodniskach, czyli mieszkaniach nawodnych na bystrych rzekach mowy być nie może. Użytkownicy krzemienia nie mieli mieszkań na Niemnie, ale siedliska ich, to jest chaty czy ziemianki lub szałasy znajdowały się na piaszczystych wybrzeżach, gdzie było najłatwiej o krzemień, o suche mieszkanie i suchy grób, a Niemen był gościńcem, wygodą życia codziennego, nieraz ucieczką i twierdzą w potrzebie. Wszak dotąd w mało zaludnionych stronach Ameryki całe życie kraju skupia się nad brzegami rzek i jezior. Zdaje się, że ów stary lud nadniemeński mieszkał latem w szałasach, a zimą w ziemiankach, jakich dotąd znalazłem na piaskach kilka, zamieszkałych przez biedne rodziny. O ziemnych mieszkaniach niektórych Słowian wzmiankują źródła średniowieczne, a dotąd używają takich półdzikie ludy na Północy. W surowym klimacie, przy prymitywnym budownictwie, były one bezwzględną koniecznością. Po tych siedliskach zostały drobne zabytki, które przed okiem bacznego badacza ukryć się nie mogą. Nabrawszy doświadczenia w miarkowaniu licznych wskazówek, rozpoznawałem nieraz z daleka, gdzie znajdowały się starożytne siedliska, a przybywszy na ich miejsce, zbierałem rozproszone po ziemi okrzoski, wióry, rdzenie, narzędzia, krzemyki przepalone i czerepy. Z głębokiej więc prawdy wysnuł swoje zdanie uczony badacz angielski John Lubbock, że znaleziony jeden wiór krzemienny jest dla starożytnika tak pewnym dowodem pobytu człowieka, jak były dla Robinsona Crusoe wyciśnięte na piasku stopy ludzkie. Dodamy do tego małą uwagę, dotyczącą Niemna, że gdzie podmyte siedliska starożytne osypały się do rzeki, tam woda niektóre krzemyki uniosła na pewnej niewielkiej przestrzeni razem z piaskiem i miałkim żwirem, ale nigdzie nie wyrzuciła ich na wysokość owych siedlisk, do których żadne powodzie nie dosięgały skutkiem wysokiej budowy brzegów. W ogóle wszystkie siedliska bądź zajmowały pewną przestrzeń, tworząc rodzaj siół, bądź tu i ówdzie były rozrzucone pojedynczo jak przysiółki, znacząc się jednak tymi wszystkimi zabytkami co i pierwsze, tylko w mniejszej ilości.

Jakkolwiek ludność ówczesna zamieszkiwała brzegi wód, nie wypływa stąd, aby za rybacką poczytywaną być mogła. Nie mówiąc o mieszkańcach nadjeziornych, bo wody jeziora bywały zwykle bogatą spiżarnią, ale na Niemnie rybołówstwo jest nie zawsze możliwe, a zawsze trudne. Osady nasze trzymają się uporczywie piasków, ale nie okolic urodzajnych, co jest dowodem, że ich mieszkańcy nie byli rolnikami. Oddalone są od grodzisk i miejsc warownych z natury, a nie przedstawiają śladu wojennych obozów, co znowu wskazuje, że nie byli wojownikami z rzemiosła. Wszystkie zaś okoliczności, rozważone na miejscu, każą wnosić, iż użytkownicy krzemienia byli przeważnie łowcami tej wielkiej i bogatej w zwierzynę puszczy, jaką była cała późniejsza dzielnica Kiejstutowa.

Rozmaite okoliczności posłużyć mogą do wniosków co do oznaczenia epoki użytku krzemienia nad Niemnem. Gdybyśmy na przykład na skali postępu przyjęli stopień biegłości w obrabianiu za miarę epoki, to niektóre narzędzia tutejsze, należące do kulminacyjnego punktu sztuki krzemieniarskiej, trzeba by odnieść do późnych czasów w użytku krzemienia. Dalej sama rozmaitość tych narzędzi, których kilkadziesiąt typów znalazłem, dowodzi jak liczne były rodzaje zajęć i potrzeby ich twórców, a więc i pewna cywilizacja. Jeżeli tę rozmaitość i przedziwną zręczność w wykonywaniu narzędzi przyjęlibyśmy za miarę kultury, to lud nadniemeński nie ustępowałby w niej żadnemu innemu z północno-zachodniej Europy, przewyższał zaś wiele innych. Że nie sprowadzano tych przedmiotów ze Skandynawii i Zachodu, jak to tamtejsi archeolodzy utrzymywali na kongresach, mamy na to za wiele dowodów we wszystkich okrzoskach, wiórach, rdzeniach i gatunkach krzemienia, użytego do roboty, na przykład tuż obok pokładów wapiennych, z których pochodzi i został wydobyty. Innych wskazówek do oznaczenia zagadkowej epoki dostarczyć także powinno w przyszłości zbadanie fizycznych przekształceń doliny Niemna, jakim ona, aczkolwiek nader powolnie, ale ciągle ulega. Studia, robione w tym kierunku, doprowadziły mnie do przekonania, że osady z czasów użytku krzemienia nie mogą sięgać zbyt odległych czasów przedhistorycznych. Z drugiej strony, szczątki starych żużli i sprowadzanej skądinąd rudy żelaznej, znalezione w największym nagromadzeniu siedlisk między Bałtoszyszkami a Gajlunami, tudzież wiele innych okoliczności, każą mniemać, że użytek krzemienia zetknął się tu bezpośrednio z wiekiem żelaza.

Od czasów w każdym razie dalekich powracam znowu do koryta Niemna, opuszczonego przy spalonej karczmie w Janopolu. Poniżej ujścia Kotniczanki, niedaleko Bałtoszyszek, znajduje się w nim jedna rapa, a dalej przy lewym brzegu wychylony z wody duży głaz, zwany Niedźwiedziem. Przypomniało mi to, że i nad Dunajcem, koło Czerwonego Klasztoru, podobne kamienie górale zowią niedźwiedziami, tu i tam dla rzekomego podobieństwa do tego króla naszych zwierząt leśnych. Między Gajlunami a Liszkowem, przy zakręcie Niemna, znajdują się na lewym brzegu błotniste i pełne zdrojów wąwozy, zwane Bobrowe Nory; tutaj bowiem, według podania ludu, miały niegdyś gnieździć się bobry. Dziś bobrów nie ma już w tych stronach, za to żółwie, wielkości czapki, zwane po litewsku raupezie lub warłe (co także znaczy ropucha i żaba), często są spotykane. Pod Liszkowem tu i ówdzie zalega rzekę wiele głazów niebezpiecznych dla żeglugi, zwanych liszkowskie soły, ale burząca się nad nimi woda ostrzega żeglarza z daleka, gdzie ma swój statek kierować. Wiktor jednak zagapił się i ledwie uniknęliśmy kąpieli, a może i większego szwanku przy jednym z tych kamieni.

Poszukiwania, odkrycia i zbieranie zabytków krzemiennych zabrało nam prawie cały dzień. Przepłynęliśmy tylko pięć ćwierci mili wodnej drogi. Ku zachodowi słońca, po dniu skwarnym, zaczęło się równie jak wczoraj zbierać na burzę, ale skończyło się tylko na grzmotach i błyskawicach, które przy mroku wieczornym malowniczo oświecały granitowe ruiny zamczyska pogańskiego na wysokiej górze pod Liszkowem. Zdawało się, że to były echa owych ognistych dział krzyżackich, które przed pół tysiącem lat taką trwogą napełniły serca mężnej załogi litewskiej. Zamek poszedł w ruiny, ale i burze ustąpiły na zachód.

Liszków, a raczej Liszkowo, po litewsku Liszkiawa, jest wioską z pięknym kościołem, widocznym bardzo daleko, bo wzniesionym na wysokiej nadniemeńskiej górze przez ojców dominikanów, którzy, będąc niegdyś właścicielami Liszkowa, usiłowali go podnieść i na miasto przemienić przez sprowadzenie Żydów, co jednak nie przyniosło pożądanego skutku.

Znaczenie swoje w dziejach Litwy zawdzięcza ta historyczna miejscowość stromym i wyniosłym górom nadniemeńskim. Takich bowiem miejsc poszukiwano na budowanie zamków, koło których bądź powstawały miasta, bądź w pewnej chwili koncentrowało się życie kraju. Wilno, Grodno, Lwów, Kraków, Płock i sto miast innych mają góry zamkowe, którym zawdzięczają swój początek. Narbutt zaczyna historię Liszkowa od 1044 roku, dając go we władanie książąt słowiańskich na Grodnie, którzy mieli tu założyć Nowe Grodno, czyli Nowogródek nadniemeński, co na język litewski tłumaczy się Naujepitte to jest naujas - nowy i pilis - gród, zamek. Krzyżacy istotnie, jak to wiemy od ich kronikarza Wiganda, nazywali później w tych stronach jakiś zamek nad Niemnem Nauenpille; prawdopodobnie więc dzisiejsza nazwa Liszkowa wzięła początek dopiero w czasach Jagiełły, kiedy król nadał włość tę Liszkowi Zybincie (Lissco Zybinta). Ta zmiana nazwy zagmatwała pierwotną historię Liszkowa. To pewne, że gdy Mongołowie w 1241 roku zburzyli Grodno i panowanie Hlebowiczów w tych stronach, Litwa je wkrótce zajęła wraz z zamkami, które znajdować się wówczas mogły. Jeżeli mamy wierzyć Narbuttowi, to Mendog14 koronował się na króla Litwy z żoną swoją Martą nie w Nowogródku krywiczańskim, ale w obozie pod Nowogródkiem nadniemeńskim, to jest pod dzisiejszym Liszkowem.

Na pierwszej górze od południa, ze wszech stron spadzistej, książęta litewscy wznieśli tu w czasach napaści krzyżackiej zamek zapewne drewniany, ale obwarowany okrągłymi basztami, wymurowanymi przy użyciu wapna i cementu z wielkich głazów polnego granitu, przekładanych niekiedy warstwą oddzielnego rodzaju cegły jasnej, a twardej jak kamień. Cztery baszty, a zapewne mur obronny i dębowe ostrokoły, tworzyły potężną na owe czasy granitową warownię pogańskiej Litwy, podobnie jak współczesną jej lidzką. Tylko ostatnimi czasy wzięto się tu energiczniej niż w Lidzie do niszczenia niespożytego wiekami pomnika. Gdy w Lidzie jeszcze nie tak dawno w jednej wieżycy mieściło się archiwum, to tutaj już dominikanie, wznosząc na początku zeszłego stulecia dzisiejszą świątynię i klasztor, do swych budowli używali głazów z baszt zamkowych.

Hufce krzyżackie opierały się nieraz o Nauenpille, a Wigand opowiada, iż w 1380 roku przednie straże niemieckie wymordowały pod tym zamkiem wielu mieszkańców okolicznych, po czym, gdy przybyło wojsko z działami, przypuszczono nazajutrz szturm do twierdzy. Wtedy poganie, którzy pierwszy raz pociski ogniste ujrzeli, przejęci trwogą, poddali się w liczbie trzech tysięcy. Dziś z muru obronnego nie ma ani śladu, z trzech wież pozostały tylko fundamenty, a z czwartej zwaliska na parę sążni wysokie. U podstawy baszty od strony Niemna jest otwór, w który wejść niepodobna, idący w kierunku poziomym. Otwór ten, wedle mniemania mieszkańców okolicznych, prowadzi do komnat w górze zamkowej, w których znajdują się ogromne skarby, strzeżone przez szatana. Baszty miały do trzech sążni średnicy i mury grube na stóp kilka, oddalone były od siebie 7 do 10 sążni, nie leżąc wcale na jednej płaszczyźnie.

Lud nazywa całe zamczysko liszkowskie pilakalnis, pilkalnas, co znaczy dosłownie - góra zamkowa, od pilis - zamek i kalnas - góra. Ruinę zaś baszty nazywa bądź milżios gintuwe - olbrzymów baszta, bądź múras milżinú - mur olbrzymów, bądź nawet, jak podaje pan Giegużyński, múras Murin? - mur Murzynów. Podanie jednak nie mówi nic o Murzynach, tylko nagromadzenie wielkich głazów na tak stromą górę przypisuje jedynie sile olbrzymów, o których takie same jak lud nadwiślański ma wyobrażenia. Głuche wieści dolatują jeszcze o krwawych bojach z Krzyżakami i o paleniu na górze ofiar bogom pogańskim na ołtarzu, zwanym żinicza to jest wyrocznia, świątynia. Flisacy znowu, płynąc u stóp góry zamkowej po Niemnie, ukazują sobie szczątki wieżycy jako starożytne więzienie brata i siostry. Cały prawie wierzchołek wzgórza obok baszt zarzucony jest ogromnymi kamieniami, które tu i ówdzie ułożone symetrycznie, niby w rodzaju dolmenów duńskich, pokrywają groby, zwane przez lud mogiłami Tatarów. Może jakiś litewski kunigas lub bajoras, usieczony w bojach i zaszczytnej obronie zagród rodzinnych, a okryty setnymi bliznami, znalazł cichy spoczynek w tym rozkosznem ustroniu, dopóki nie poruszą jego prochów archeolodzy. Może też który wnuk Dżyngis-hana zabarwił tu swoją krwią ziemię litewską i kości swoje zostawił. Na pierwszy rzut oka poznałem, że to są groby i zdziwiłem się, że uczeni nasi, zwiedzający Liszków, nigdzie o nich nie wspomnieli, zapewne uważając za szczątki ruin.

Do góry zamkowej przylega inna, mniej obszerna i wysoka, z resztkami fundamentów pierwotnego kościoła liszkowskiego wzniesionego w XV wieku. Niedawno jeszcze stała tu lipa pradawna. Dalej brzeg Niemna obniża się ku dolinie, w której leży wioska, przez którą z jeziora liszkowskiego płynie mała rzeczka, poruszająca młyn przy ujściu do Niemna. Za tą dolinką wznosi się znowu brzeg niemeński i tutaj na wzgórzu znajduje się piękny kościół, na wzór rzymskiej Bazyliki św. Piotra zbudowany. Obok świątyni stoi gmach klasztoru podominikańskiego, otoczony sadem owocowym, łączącym się w przedłużeniu z lasem sosnowym na wzgórzach i dzikimi gruszami, porastającymi spadzistość góry ku rzece. Już za rządów pruskich dominikanie tutejsi, w skutek zabrania im dóbr w 1796 roku, rozjechali się do innych klasztorów. Później, od 1836 roku, pomieszczony był w klasztorze dom dla księży emerytów w Królestwie, który w 1849 roku przeniesiony został na Łysą Górę. W kościele zasługują na uwagę cztery malowidła, wyobrażające wszystkie stany Rzeczypospolitej, oddające się pod opiekę trzech osób Trójcy Przenajświętszej i Bogarodzicy. Oprócz kościoła domikańskiego, był w Liszkowie do 1812 roku oddzielny parafialny. Kościółek ten stary i drewniany rozebrano przed trzydziestu laty.

Szukając noclegu, weszliśmy do wskazanej gospody. Na pierwszy rzut oka liczne na półkach ściennych cynowe talerze i półmiski, blaszane łyżki i warzechy, a na szafach ustawione rzędem wyczyszczone naczynia miedziane, lichtarze i samowary, przy słabym oświetleniu izdebki przez świeczkę, zatkniętą w wiszący mosiężny świecznik, zrobiły na mnie wrażenie średniowiecznego skarbca, pełnego tarcz, buław i kirysów. W "zbrojowni" tej panowała uderzająca atmosfera anyżówki i czosnku. Kilku kmieci i Cyganów, mających niezaprzeczalnie w swej powierzchowności dużo cech średniowiecznych, puszczając kłęby nieznośnego dymu z porcelanowych lulek, otaczało baterię garnców, flaszek i półkwaterków. Wszyscy gwarzyli z sobą po litewsku, ale z nami wszczęli rozmowę czystą polszczyzną. Zacząłem się ciekawie wypytywać o tradycje zamczyska, gdy opowiadanie kmieci przerwał arendarz, który, z przesadnej gościnności dla nas, pomimo moich protestów, wypchnął wieśniaków do jakiejś komory, zwanej tu kamara, do której nie zapomniał zanieść za nimi kilka flaszek. Ludzie ci, powiedziawszy dobranoc z uprzejmością, jaką wszędzie odczuwaliśmy nad Niemnem, zostawili nas w szynkowni, ale z powodu much, powietrza i gorąca nie mogąc dłużej wysiedzieć, pomimo zaproszań arendarza, poprosiliśmy o wskazanie nam na nocleg stodoły. Niebawem cała jego rodzina i Cyganie, niosąc za nami bagaże (zadziwiające ciężarem i metalicznym brzękiem czerepów i krzemieni), przy świetle latarki o czterech zbitych szybkach, odprowadzili tajemniczych wędrowców do samotnej i pustej stodoły nad Niemnem, w której rozesłano dla nas na klepisku (był to bowiem przednówek).

Zostawieni sami sobie, obejrzeliśmy się dookoła. Sypialnia nasza była wielkością wspaniała. Długie wiszące u stropu opony zakurzonych pajęczyn wyglądały, przy słabem świetle, jak kotary i starożytne gobeliny. Strzecha imitowała arabeskie sklepienia, które w pomroku zdawały się ginąć gdzieś w podniebiu. Budowla, oceniona pozytywnie, nie różniła się ani stylem, ani strukturą i planem od stodół wieśniaczych mego Podlasia nad Narwią. Była stara i stąd wrota na drewnianych biegunach skrzypiąc przeraźliwie nie zamykały się wcale. Na kołku wisiały dwa próżnujące na przednówku cepy, składające się równie jak podlaskie z dłuższego dzierżaka, krótszego bijaka, dwóch rzemiennych wiązaków i takiejże gązdwki (ogniwa),

Mazurkiewicz wyciągnął u stóp wzgórza, na którym stała stodoła, czajkę na ląd, aby jej flisacy nie ukradli. Przewrócił ją dnem do góry, aby w razie deszczu za namiot służyła i ułożył się pod tym namiotem do snu. Noc była ciemna. Dla znużonych pierwszy sen na barłogu był smaczny, jak kęs chleba dla zgłodniałego człowieka. Błogie mary zajęły miejsce skromnej rzeczywistej jawy. Stodoła przeniosła się w pełną bogów świątynię Litwy pogańskiej, którą w uroczym położeniu nad Niemnem otaczał gaj świętych dębów. Ja leżałem po środku na słomie i pociłem się ze strachu, słysząc zbliżających się do przybytku Perkuna kapłanów i okrzyki zbrojnego ludu. Postanowiłem odwołać się do znanego ludom starożytnym prawa nietykalności osób, chroniących się do świątyń i zacytować przykłady Greków. O dziwo, poganie w szyszakach niedźwiedzich mówili dobrze po polsku, byli bardzo grzeczni i obrali mnie Krywe-Krywejtą - kapłanem kapłanów! Byłem dozorcą pięknych wajdelotek, lecz zaraz pierwszej nocy postanowiłem arcynieszlachatnie korzystać z położonego we mnie zaufania i bożyszcza pogańskie przenieść ze świątyni do mojego zbioru starożytności. Tryumf nad archeologami byłby potężny, gdyby nie Cygan, który włażąc do stodoły, złapał mnie na gorącym przestępstwie siódmego przykazania. Tu obudziłem się przy powolnym skrzypieniu wierzei. Ochłonąłem na jawie, rad, że to wszystko była mara, ale tak byłem pewien, że ktoś istotnie wlazł do stodoły, iż wstawszy zbliżyłem się po cichu do progu. Ciemność nocy pokrywała wszystko tajemnicą, tylko wlazłem na słup, który w pierwszej chwili wydał mi się Cyganem. Obudził nas złoty promień wschodzącego słońca, który przez szparę w ścianie nawoływał do pracy i wędrówki. Wybiegłem powitać cudny ranek i piękny ze wzgórza widok na mój Niemen, na którego fale Wiktor spuszczał nasz "statek" i pozdrawiał flisaków, którzy na licznych tratwach płynęli do Królewca i Kłajpedy.

Teraz poszliśmy na górę zamkową, aby się nasycić pięknym widokiem, który roztacza się stamtąd na wstęgę krętego Niemna, zieloną dolinę Liszkowa, malowniczy kościół i las, wzgórza na prawo, a zaniemeńskie pagórki i gaje na lewo. Taki widok byłby i nad Renem nie wzgardzony. Ale to nasz rodzinny, więc jest w nim coś, czego braknie wszystkim widokom na obczyźnie, czego nie zastąpi ani niebotyczna góra, ani wodospad i fantastyczny grzbiet skały, ani strojna w miasto i winnice dolina, ani to wszystko wzięte razem. Bo jest w nim cząstka tego, za co ludzie oddają życie i wszystko co mają najdroższego na tej ziemi. Tylko mój ołówek jakże okazał się niedołężny, gdy na papierze, rozłożonym na plecach siedzącego Gustawa, kreślił szkic owego krajobrazu15. Narysowawszy wreszcie plan baszt i grobów, a obciążywszy kieszenie szczególnymi ułamkami gruzów zamkowych, zająłem znowu tureckie siedzenie na dnie czajki, która, ładowna skarbami starożytności litewskich, odbiła od kamienistego brzegu Liszkowa.

Przebywaliśmy znowu okolicę dość ubogą pod względem archeologicznym i malowniczym. Przepłynęliśmy koło rapy, zwanej Opalanką i w pobliżu wsi Żejm (dawniej do ojców dominikanów liszkowskich należącej), koło niewysokiego, ale prostopadłego brzegu, mieszczącego w sobie niezliczone gniazda grzebułek. Całą chmurą wśród krzyku otaczały one w powietrzu drapieżnego jastrzębia, którego gatunek Wiktor nazwał jozikiem, odróżniając od szulaka. Biedne zaniepokojone ptaszyny zdawały się odstraszać groźnego nieprzyjaciela od gniazdek swoich, a w ich świergocie łączył się głos obawy macierzyńskiej i jednoczesne szyderstwo z drapieżnika, który choć silniejszy, ale mniej sprawny w locie nie próbował zemsty. Scena ta ze świata zwierzęcego dziwnie przypominała "kocie muzyki" ze świata ulicy.

Lud wiejski z braku pastwisk chowa tu więcej kóz, niż bydła i owiec, czego na Mazowszu i Podlasiu nie zobaczysz. Gdzie na stokach wybrzeży są zdroje, tam widzieć można grząskie i bardzo pochyłe łączki z bujną trawą; a gdzie lepsza ziemia tam grzędy ze zbożem na takiej pochyłości, że tylko ręczna motyka je uprawia.

Wszędzie spotykamy wiele płynącego do Prus budulcu, przede wszystkim jodły, której kloce, oskrobane z kory, z wyjątkiem młodszego końca, mają przy odziomie wyciosane ucho, zapewne dla zahaczenia przy morskim spławie. Dębu i sosny płynie bardzo mało, bo w okolicach górnego Niemna lasy są bądź mniej bogate w te gatunki, bądź w ostatnich dziesięciu latach bardzo z nich wyczerpane. Około dwadzieścia sztuk bywa związanych obok siebie w rodzaj przęsła, a przęseł takich trzy lub cztery, uczepione jedno za drugiem, nazywa się kozłem (na Narwi pasem). Kozioł uważa się w spławie niemeńskim za rodzaj jednostki, jak również płyt, obejmujący dwa kozły, a sto kilkadziesiąt kloców. Na kozioł liczy się dwóch, a na płyt czterech flisaków, po jednym lub dwóch w każdym końcu, którzy tratwy, niesione siłą bystrej wody, kierują drygawkami, a mają także czasami prysy, czyli kilkusążniowe mocne tyki, zwane nad Narwią laskami, którymi na tej ostatniej rzece, z przyczyny powolniejszego jej biega, muszą drewno popychać. Flisacy litewscy (zwani orylami) mają na tratwach długie niskie budy z kory jodłowej, przed którymi urządzone są na darni lub kamieniach ogniska do warzenia strawy. Ogniska te obsiadają oni do koła, paląc w lulkach, czyli krótkich, porcelanowych, niemieckich fajeczkach tytoń, zatruwający niemiłym dymem świeżość przyrody nadniemeńskiej. Czemuż zamiast czczego dymu nie wydobywa się z ust tych ludzi tkliwa melodia jakiej pieśni czy dumy znad Prypeci lub Szczary, którą nuciła ich matka w kolebce i zawodził siwowłosy ślepiec wędrowny. Wszak w stronach, z których płyną ci oryle, tyle pięknych pieśni zebrał (i w Kownie drukiem ogłosił) Zienkiewicz. Czyż taki winien być wpływ postępu i cywilizacji, aby ciemny kmieć zamienił poetyczną pieśń praojców na nałóg fajki? Oryle pozdrawiają ludzi na brzegach zwykle polskimi słowami: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", ale siebie najczęściej jakimś żartobliwym i szyderczym dowcipem, w którym nasz Wiktor celował. Przy większej ilości drewna na jednym z kozłów znajduje się skarbówka, czyli domek z tarcic, w którym mieszka z zapasem gorzałki pisarz, czyli płatnik kupca, a dość odważny żeglarz, gdy interes tego wymaga.

Naprzeciw wsi Ulczyce, będącej okolicą, czyli zaściankiem szlachty zagrodowej, a leżącej w dość pięknym położeniu, minęliśmy rapę Bojarkę. Tu, śpiesząc do Merecza, nie zdążyłem zwiedzić lewego brzegu (poniżej Ulczyc), na którym znalazłbym prawdopodobnie siedliska z czasów użytku krzemienia. Minąwszy jeszcze jedną rapę Sokoły, przybyliśmy w skwarne południe do starożytnego grodu, który przez tyle wieków był ulubionym dworcem myśliwskim monarchów Litwy i Polski, gdzie wśród puszcz okolicznych, pełnych grubego zwierza, chętnie spędzali na łowach wolne chwile od trosk i spraw publicznych, lub stąd sprawy te w Mereczu załatwiali.

Latopisowie krzyżaccy pierwszy raz pod datą 1377 wspominają Merkenpille, czyli zamek merecki, który niewątpliwie od dawna jnż wieńczył przy ujściu Mereczanki okrągłą, stromą i w części sypaną górą, podobną do olbrzymiego kopca. W 1387 roku Jagiełło bawiąc w Mereczu, nadał Wilnu nowe prawa miejskie i rozliczne swobody, a w 1418 roku obchodził tutaj święta Bożego Narodzenia. Trzy lata później znowu posłowie czescy, znalazłszy go w Mereczu, prosili usilnie, aby przyjął koronę Przemysławów, lub nakłonił do tego Witolda. Obaj potężni władcy, ceniąc bardziej pokój i pieczę nad pomyślnością własnego ludu, niż obce berła, po naradzeniu się z narodem, reprezentowanym przez sejm, odmówili przyjęcia wspaniałych darów16. Merecz bywał na przemian świadkiem uciechy i żałoby. Król Władysław IV, zaniemógłszy wskutek wielkiego zmęczenia na łowach, umarł tu 20 maja 1648 roku. Wielki trakt ze stolicy polskiej do litewskiej ożywiał tę stolicę puszcz i łanów, a dominikanie później założyli w niej szkołę podwydziałową.

Dzisiaj Merecz przedstawia widok dziwnie ponury, leżąc w ustroniu na piaszczystych, nagich wzgórzach, wśród okolicy bez życia i dostatków. Znikły puszcze, które wiankiem otaczały gród litewski, a niedawny wyrąb sosnowego lasu świecił na lewym brzegu. Jakby na urągowisko uroczystych wspomnień, trafiłem na charakterystyczną chwilę: prawie wszyscy Żydzi mereccy, dla ochłody, używając kąpieli, z nieopisaną wrzawą spychali z wyrębu do Niemna ostatek, cienkiej sośniny, powiązanej do spławu w kilkuwarstwowe pomosty. Z miejsc, gdzie bujne strzelały w niebo maszty i szerokie bierwiona, gdzie rozlegały się myśliwskie rogi królów, a tysiącletnie drzewa ocieniały przed skwarem skronie swoich monarchów, teraz powracały z nagich wyrębów głodne kozy mereckie.

Na przeciwległym Mereczowi piaszczystym brzegu (gdzie znalazłem tylko ślady dawnych obozowisk), usiadłem i skreśliłem szkic widoku, który przedstawiał na pierwszym planie Niemen i za rzeką nagą górę zamkową, na prawo ujście Mereczanki i prom na niej, na lewo zaś na wyżynie słomiane dachy miasteczka i panującą nad nimi gotycką z czerwonego muru świątynię. W całym tym widoku oko moje, a nawet dwoje oczu, nie wyszukały ani jednej żyjącej istoty, nie tylko człowieka, lecz ani konia, ani psa nawet. Wszystko kazało przypuszczać, że w zapadłym kącie Litwy morowe powietrze dotąd jeszcze wypędza w lasy całą ludność.

Postanowiliśmy teraz przeprawić się do miasteczka, aby jego ulice i pamiątki obejrzeć. Zaraz na wstępie zostaliśmy posądzeni o przemycanie gorzałki z Królestwa Polskiego, a celnicy - "lud wielmożny, zbrojny w prawo, w stemple, w rożny", jak ich wiernie odmalował Syrokomla, zrewidowali dokładnie nasze kieszenie, kieszonki, wszelkie zakątki w odzieży i moją tekę z rysunkami. Znalazłszy zamiast flaszek tylko krzemienie, czerepy, stare żelastwo i kamienie (skamieniałości) posądzili nas jeszcze o figle. Na ulicach w głębokim piasku nawet wóz nie zaturkotał. Wyjątek wśród ciszy stanowiła tylko Mojżeszowa synagoga i klasztor podominikański, którego dawne szkolne mury rozbierano na cegłę, zakupioną i spławianą na batach do Rumbowicz. Dość wspaniały, ale opuszczony kościół parafialny fundacji Jagiełły był zamknięty w godzinie popołudniowej, więc tylko obejrzeliśmy go z zewnątrz. W starym ratuszu, otoczonym dookoła pustymi kramami, mieściła się cerkiew prawosławna. Mieszkalny w znacznej części dom, w którym rozstał się z życiem Władysław IV, a później kwaterował Piotr I, każde dziecko żydowskie wskazuje, jak również górę, na której stał zamek "królowej Bony". Po zamku tym oprócz kawałków gruzu nie zostało żadnych śladów. Znaleziono tylko kulę kamienną osiemdziesięciofuntowej wagi, jakimi ciskano ze stosownych machin i rodzaj belki żelaznej, zapewne od takiego urządzenia pochodzącej. Tyle z pamiątek rycerskiej przeszłości. Przed kilkunastu znowu laty koń kozacki pojony w Mereczance, wygrzebał kopytem garnczek z monetami. Były to rzadkie pieniążki litewskie Zygmunta Augusta, które nabył mieszkający wówczas w okolicy Merecza, a dziś w Wilnie, numizmatyk Moraczewski.

Zaopatrzywszy naszą spiżarnię w wielki bochen czarnego i starego chleba (odpowiedniego może z tego wzlędu dla archeologów), na inny bowiem przysmak nie stać było w tej chwili Merecza, puściliśmy się dalej żeglarskim szlakiem Jagiełły. Na półmilowej przestrzeni poniżej miasta znajdują się trzy rapy: Mereczanka, Krawiec i Nożny (czyli nożyce); nieco dalej leży czwarta, zwana Szewiec. Po drodze mijaliśmy baty, ciągnięte przez ludzi pod wodę. Wybrzeża stają się tu wyniosłe, porastając pięknym świerkowym i sosnowym borem, zaczynają przedstawiać malownicze widoki. Od wsi Nieciosy drzewa liściaste różnego rodzaju, pomieszane z iglastymi, tworzą miłą dla oka grę kolorytu leśnego, na tle błękitnego nieba i szmaragdowego zwierciadła wody. Przy jednym zakręcie Niemna, na stokach lewego wybrzeża, minęliśmy urocze ustronie z kwiecistą łąką wśród ciemnego jodłowego boru, godne pędzla znakomitego pejzażysty. Choć są to już zaledwie resztki historycznych borów mereckich, ale jak w łachmanach można jeszcze rozeznać frak, tak z pozostałych szczątków można wyobrazić sobie urok tych puszcz, których wonią śpieszyli oddychać monarchowie, gdy "morowa dziewica" powiała kirem żałoby ponad bogate grody i ludne okolice. Łowy opisywali nasi poeci wierszem klasyków rzymskich, wzywając wietrzyk, aby w czasie skwaru orzeźwiał uznojonego Władysława, nakazując drzewom, aby ocieniały czoło króla. Powtarzając za Syrokomlą słowa czwartej Zabawy leśnej Sarbiewskiego, zdawało mi się, że jeszcze słyszę dalekie echa wśród boru, gdzie:

Wre szczera ochota,

Od szczekania brytanów rozlega się puszcza,

Ręka pociski wypuszcza, usta spaliła spiekota itd.

Gdy legną myśliwi

Na trawę zieloną,

Niech wiatr ich ożywi,

Niech kwiaty owioną,

Niech wietrzyk wesoły

Głaśnie ich po twarzy,

Niech trawa i kwiatek

Całunkiem obdarzy itd.

Już przed trzystu laty mawiano, że "chceszli mieć grzbiet prosty, czcij góry, lasy i mosty". Ale dzisiaj wygoda kolejowa zanadto rozpieściła turystów i podróżników, którzy z tego względu rzadko zaglądają do tak pięknych ustroni swego kraju, zostawiając orylom i miejscowym najwdzięczniejsze widoki, śpiew słowików, woń łąk i gajów i zimny jak lód kryształowy nektar źródeł litewskich. Ale wracam do brzegów Niemna, którymi posuwając się, mijałem wieś Soleniki i piękny bór, ciągnący się na lewem wybrzeżu, a dalej w zielonej dolinie w wianku wzgórz i gajów bardzo malowniczy folwarczek, zwany Olchówką, czy Olszanką. Wiele kolonii i majątków flisacy mają zwyczaj mianować od nazwiska właściciela; tak na przykład pokazywał mi Wiktor w tejże okolicy folwark Krukowski i Jacański. Przypomina to, że większa część wszystkich nazw miejscowości w naszym kraju utworzyła się w starożytności z imion i nazwisk właścicieli i mieszkańców, a później dopiero, od nazw w ten sposób powstałych i ustalonych, formowały się w XV i XVI wieku przymiotnikowe nazwiska szlachty z końcówką "ski".

Mijając wsie Soleniki i Mizańce usłyszeliśmy dalekie grzmoty za borem. Nadzwyczajna w powietrzu parność i cisza zdawały się zapowiadać rychłą burzę. Wracać do wsi nie było podobna, a do Kryksztan, w których zamierzyliśmy nocować, była dobra mila drogi. Poszukiwań archeologicznych trzeba było zaniechać i w nadziei szybkiej ucieczki wziąć się wszystkimi siły do wioseł. Noc była niedaleka, nawałnica nadciągała z szumem boru, a Niemem tu i ówdzie rozlewając się szeroko, płynie tutaj jak na przekór mniej bystro. Gdy wielkie krople deszczu zaczęły z rzadka padać na zwierciadło wody, Wiktor doradzał schronienie się na czas burzy pod jakieś gęste drzewo. Nie podzieliliśmy jego zdania i pomimo zapewnień oryla, że najgęściej pioruny biją w rzekę, postanowiliśmy płynąć dalej. Deszcz siekł coraz rzęsistszy po naszych burkach, które zaleciła nam wziąć w podróż stara przypowieść Rysińskiego: "Gdy jedziesz w drogę, rano piecze słońce, nie chroń się dla dżdża wziąć sobie opończę".

Wkrótce całe niebo pokryło się czarną chmurą, na której tle niby szwadrony szarżującej na nieprzyjaciela konnicy, wysunęły się i pędziły groźne obłoków tumany, ciskając na wszystkie strony gromami. Noc zdawała się nagle zapadać, ale nie owa księżycowa noc rusałek, lecz gromów i huraganów. Na myśl przyszły mi słowa poety:

W tym na niebie straszliwa zerwała się burza,

Wicher spod czarnej chmury gwizdnął rozhukany,

Zczerniałą wodę Niemna poskręcał w bałwany.

Co pieniąc się i kipiąc piersią nienawistną,

Łódź to wzbijają do góry, to w głębinę cisną.

Przerażeni flisacy nuż walczyć z przemocą!

Dzięki wyniosłym brzegom od strony wiatru, mieliśmy nadzieję, że płynąc pod tą zasłoną, nie oddamy niemeńskim Dugnom i Ondynom naszych skarbów archeologicznych. Chodziło tylko o to, aby fala nie uniosła nas na środek Niemna i ku brzegowi prawemu, gdzie jeden bałwan był w stanie pochłonąć nasz "statek". Gdy burza zawisła całą grozą, a bliskie gromy, uderzające w Niemen, prawie nas ogłuszały, deszcz lunął tak potężny, że całe niebo zdawało się w olbrzymiej katarakcie spływać na padół ziemski. Mimowolnie stanęły w oczach biblijne czasy Noego; ale był to potop z gradem piorunów, przepowiadanych przez Wiktora, wznoszącego serdeczne modły do Stwórcy za żeglarzami. Ja modliłbym się także, gdyby nie majestatyczność widowiska niezwykłej przygody, która kazała mi zapomnieć o swojej skórze, nie tak zbyt zresztą narażonej. Musiałem pomimo ulewy zrzucić z siebie ciężką, do szczętu przemoczoną opończę i na gwałt wylewać z łódki wodę deszczową. Ani jedna nitka nie została na nas sucha, ale za to kąpiel mieliśmy wspaniałą przy muzyce, nazywanej przez dawnych Litwinów gędźbą Perkuna, w czasie której mawiali oni: "Perkunas grauja", a na Żmudzi: "graudże Diewajtis". Po przejściu nawałnicy ukazało się jaskrawo zachodzące słońce, dając znak, że nie była to jeszcze pora nocy. Na deszczowym niebie zabłysły dwa jasne, olbrzymie, siedmiobarwne łuki, niby brama tryumfalna, ku której zmierzała nasza czajka. Ale widocznie nie dla nas była ta brama zbudowana, bo usuwała się i znikła przed nami. Wiktor tymczasem powtarzał z całą wiarą powszechny u nas przesąd, iż tęcza kończąc się nad rzeką, pije z niej (niby wodociągowa rura) wodę z rybami, które, po zniknięciu zjawiska, spadły na łąki i pola, a ludzie znajdowali je niekiedy po burzy.

Poniżej wsi Szłapików mijaliśmy na stokach doliny niemeńskiej piękne dąbrowy, brzozowe gaje, olszniaki i łąki. Tutaj spotkaliśmy tratwy, które osiadły na haku, a oryle, warząc sobie wieczerzę, oczekiwali pomocy towarzyszy. Trzeba bowiem wiedzieć, że według zwyczaju, a raczej uświęconego zwyczajem prawa, flisowie obowiązani są zawsze przybywać jedni drugim bezinteresownie na pomoc. Wiktor udając, że nie domyśla się powodu zatrzymania tratew, zapytał filuternie, czy szczęśliwie płynęli, że tak wcześnie przyrządzają posiłek? Oryle odpowiedzieli mu życzeniem, aby zawsze taką wieczerzę jadał. Zanim zaledwie upłynęliśmy kilka kroków, szybko pędzona czajka stanęła nagle na mieliźnie, której oddaliśmy głęboki pokłon, a obserwujący nas oryle zareagowali gromkim śmiechem. Dzięki szczupłym rozmiarom statku, po chwili pruł on znowu głębinę, ale Wiktor najmocniej był przekonany, że to flisacy rzucili urok przez zemstę za jego żart.

W czasie podróży miałem czas i sposobność poznać dobrze naszego przewoźnika, który nie będąc zupełnie pospolitym prostakiem, mógł stanowić dobre studium psychologiczne. Życie flisackie wywarło na nim wpływ niemały. Był odważny, małomówny, a przy sposobności jowialny. Przy spotkaniu z obcymi umiał zręcznie udawać nieświadomego prostaka, czym u ludzi dobrodusznych wywoływał politowanie, lub liczne objaśnienia. Był tak sprytny w tym względzie, że pewna Żydówka rzekła do innej, iż nie może poznać, czy ten człowiek jest istotnie głupi, czy bardzo mądry. Wiktor mógł zostać biegłym oszustem, jednak był prawdziwie religijnym, poczciwym, moralnym, pracowitym i posłusznym człowiekiem. Kłamać umiał tylko żartując, ale ta żartobliwość jego była zawsze umiarkowana, skromna, a charakterystyczna. Był cieślą i trochę stolarzem; zapisawszy się do wstrzemięźliwości od trunków, nie pijał i rzecz osobliwa, jak na flisaka, lulki nie palił, tylko zażywał tabakę, co dodaje powagi pośród ludu. Cóż za szczęśliwy traf, że takiego człowieka dostaliśmy do naszej podróży! Chętnie z nim gawędziłem, notując szczegóły etnograficzne. W mnóstwie regionalizmów jego mowy było wiele archaizmów polskich i form filologicznej wartości. Wymawiał pewne wyrazy bez dzisiejszej wyrzutni niektórych samogłosek, która ujęła naszemu językowi niemało śpiewności pierwotnej. Zamiast na przykład "przebrnie", "zielsko", wyrażał się: przebrynie, zielisko 17. W opowiadaniach jego przebijała nieraz jędrność dawnej polszczyzny, lub odcień ludowej poezji ruskiej. Często przytaczał stare przysłowia, na przykład "Na wodzie, jak na wojnie"; "Pan Bóg zmoczy, Pan Bóg wysuszy"; "Bez wiosła na czółno nie siadaj" itd.

Gdyby ten prostak, myślałem sobie, posiadający wiele z natury zdolności, otrzymał wykształcenie, niewątpliwie przyniósłby więcej pożytku dla swojego społeczeństwa, niż spławiając do Prus drewno. Lecz ileż to zdolności, talentów i gieniuszy żyje wśród ciemnoty, umiera bez echa. Jeżeli ludzie wykształceni są siłą, kapitałem, skarbem i najkonieczniejszym warunkiem bytu każdego narodu, to najżywotniejszą kwestią i zadaniem społeczeństwa jest zadbanie, aby takich ludzi było jak najwięcej. Tam gdzie oświata jest przystępna tylko dla niektórych warstw społeczeństwa, a stąd tylko mała jego część zdobywa wykształcenie, tam z braku takich jednostek następuje poniżenie wobec sąsiadów i prędzej czy później - upadek. Jedynym sposobem do wyławiania tych wyższych i specjalnych zdolności z łona liczniejszych warstw społecznych jest oświata ludowa. O tej oświacie miewamy czasem niejasne i dziwaczne wyobrażenia, posądzając z jednej strony, iż oderwałaby lud od roli i nauczyła zbytków, a z drugiej, wyprowadzając z tego logiczny wniosek, że jest niemożliwa do zrealizowania.

Jednak nadeszły czasy, w których narody, nie umiejące wydobywać najzdolniejszych ze swego łona, nie pojmujące najżywotniejszych podstaw własnego bytu, upadają i pozostają daleko za oświeconymi społeczeństwami.

Wieś Kryksztany, do której przybyliśmy na noc, nosi podobno w swej nazwie pamiątkę chrztu, otrzymanego tutaj przez okolicznych pogan litewskich w 1386 roku. Chrzcielnica bowiem w języku tym nazywa się kryksztinicza18.

W żydowskiej karczmie zastaliśmy wielu włościan, Żydów i jakiegoś ekonoma, który wskutek zachmurzonego nieba przyszedł rozerwać się do gospody. Niektórzy z obecnych podobnie jak my byli przemoczeni, stąd nastąpiło przy ognisku powszechne suszenie zdjętych ubrań i pogawędka. Opowiadano o spalonych przed kilku dniami Wiejsiejach w Sejneńskiem, niegdyś bardzo handlowym miasteczku, a dzisiaj wielkiej wiosce rolniczej. Strony tutejsze, oprócz komunikacji Niemnem, nie mają żadnej dobrze urządzonej drogi lądowej, co w okolicach Sejn, Łoździej i Serej, obniżając ceny produktów, zmniejsza rentowność rolnictwa. Dla nas też, uważanych za mierników Niemna i zwiastunów parowej na nim żeglugi, okazywano wszędzie życzliwość i poważanie. Włościanie kryksztańscy dowodzili niemożliwości oczyszczenia rap niemeńskich, jako niespożytych dzieł natury lub szatana. Inni znowu mieli nas za kupców, a ci, którzy widzieli moje poszukiwania, brali mnie za doktora medycyny lub aptekarza, zbierającego kamyki na lekarstwa; w każdym razie podejrzewali rodzaj szarlataństwa. Od Wiktora nie wiele dowiedzieć się mogli, ponieważ i on sam nie miał jasnego wyobrażenia o naszem zajęciu. Wszyscy nie mogli tylko sobie wytłumaczyć, dlaczego obwijałem w papier i chowałem jakieś stare skorupy!

Gdy karczma się wyludniła, a ku memu zadowoleniu nikt nie wypił w niej więcej nad jeden kieliszek wódki, zacząłem spisywać w moim dzienniku świeże wrażenia i przygody, i przenosić na papier wnętrze izby karczemnej, jej sprzęty i naczynia. Na stole leżała karbowana, brzozowa, ręczna maglownica z wałkiem, nie różniąca się od podlaskiej i owalna wyrzynana tabakierka z kory brzozowej, zapomniana przez ekonoma, który nas i całe zgromadzenie przysmakiem swego nosa gościnnie, a kilkakrotnie częstował. Przede mną na ściennej policy stały garnki gliniane i żelazne, robione bez uchwytów, z małymi wrębami, pękate i kształtem zbliżone do przedwiecznych popielnic mazowieckich. Wąska, z jednego dyla wykonana ława, na której siedziałem, posłużyła mi wkrótce za posłanie, bo siana i słomy nie było, a puchowej pościeli pani arendarzowej nie przyjęliśmy.

W piękny poranek o wschodzie słońca poszliśmy obejrzeć stojące przy kryksztańskim brzegu wiciny i baty, na które ładowano zakupiony do Grodna owies, a dostarczany przez kupców z handlowego dawniej miasteczka Seraje.

Zdaje się, że wiciny są tak dawne, jak handel litewski na Niemnie. Wspomina już o nich Stryjkowski, a prawdopodobnie dzisiejsze mało się różnią od ówczesnych. Obecnie zaczynają one wychodzić z użycia, bo z powodu swej wielkości mniej są praktyczne od batów. Wiciny są większe od wiślanych berlinek, prawie nieznanych na Litwie, a mianowicie szersze, z bokami bardziej pochyłymi, mniej ozdobne. Ładunku biorą do 800 beczek litewskich, czyli przeszło 2400 korcy warszawskich, gdy baty (znane i na Wiśle) tylko czwartą część tego unoszą. Budowane są wszystkie w górze Niemna, gdzie w Świerzniu, Stołpcach, Bereżnej itd. są lub były ich warsztaty. Wicina przykryta jest ruchomym dachem z tarcic, zdejmowanym częściowo przy ładowaniu, a mającym w połowie długości otwór poprzeczny, zwany zjez, którym wylewa się szuflami naciekająca do statku woda. Na przodzie wiciny jest mieszkanie szafarza, po rusińsku szafara, to jest pisarza kupieckiego, zwane szafarnią, gdzie znajduje się kuchnia dla ludzi i piec do chleba. Na batach są także szafarnie, lecz zwykle bez piekarników. Przodowy koniec wiciny, na którym jest skład lin, nazywa się sztabą, a tylny, gdzie rudel, rupą. Maszt przywiązuje się do słupa zwanego chłopcem, a wielki drąg do rozpostarcia żagla nazywa się rajem; długie wiosła, zbliżone nieco do drygawek orylskich, to opaczyny. Cienkie liny, przywiązane dla równowagi masztu od jego wierzchołka do krawędzi statku, nazywają się tutaj stachje. Oprócz nich zaopatrzona jest każda wicina i bat w dwie liny kilkudziesięciosążniowe: grubszą barbarę i cieńszą tralówkę. Za tralówkę, uwiązaną wysoko na maszcie, ciągną statek z nurtem najęci do tego ludzie (wicinniki) idąc brzegiem; niekiedy ciągną za pomocą żagla, gdy wiatr jest pomyślny. Za barbarę uwiązuje się statek w przystani, lub ściąga z haka, czyli mielizny. Gdy to ostatnie za pomocą samych rąk ludzi nie idzie łatwo, wtedy wbija się dwa pale na brzegu dla założenia tak zwanego kozła, czyli prostego przyrządu z walcem i kolbami, jakiego młynarze używają do kierowania wiatraków. Wówczas ludzie kręcą walec, nawijając na niego barbarę, przywiązaną do statku. Gdy i to nie pomaga, następuje lichtuga, czyli przeładowanie ciężaru na mniejsze baty, zwane lichtańcami. Załogę wiciny stanowi kilkunastu, a batu kilku ludzi, między którymi starszym jest sternik. Do załogi nie liczą się wicinnicy, czyli mołojcy, najęci do holowania statku w górę rzeki. Bat ciągnięty zwykle bywa przez 10-15, a wicina przez 20-30 ludzi. Każdy z nich w czasie pochodu ma przez jedno ramie założoną z szerokiej parcianej taśmy lamkę, czyli szleję, uwiązaną na sznurze do trałówki. Idąc gęsiego (zwykle lewym brzegiem Niemna), podpierają się wałkownikami, czyli długimi kijmi. Pierwszy na przodzie wicinnik nazywa się karol, drugi marszałak, a trzeci drużka, na wzór drużyny weselnej. W letnie upały jest to ciężka praca (zwłaszcza dla boso idących po kamienistym brzegu), za którą pobiera wicinnik najmniej trzy złote polskie dziennie. Goniąc za tym pozornie większym zarobkiem, corocznie kilka tysięcy ludzi w okolicach nadniemeńskich odrywa się od roli, co wtedy dopiero ustanie, gdy po oczyszczonej z rap rzece parowce zaczną holować statki.

O godzinie piątej rano, opuściwszy Kryksztany, przebywaliśmy okolicę dość piękną, powiewającą tu i ówdzie bujnym żytem. O pół mili poniżej tego sioła znalazłem znowu ślady obecności człowieka z czasów krzemienia. Za to niepodobna było zbaczać tych po grodzisku, zwanego Piłokalnie, o którym miałem notatkę, że leży na gruntach wsi Racowszczyzny, odległej ćwierć mili od brzegów Niemna.

W okolicy wsi Bałkosadzie napotkaliśmy na lewym brzegu źródło mineralne słonawej z zielonawym osadem wody, buchające spod wzgórza silnym i obfitym strumieniem. Woda tego źródła jest tak zimna, że ręka, włożona do czeluści zdroju, kostnieje jak w lodzie. Oryle nazywają ją hołubową wodą (gołębią), utrzymując, że jest ulubionym napojem gołębi okolicznych. Dla ludzi ma ona smak bardzo niemiły. Gdy żałowałem, że nie zaopatrzyłem się we flaszkę dla przesłania tej wody chemikom, usłużny Wiktor ofiarował mi swoją, w której od lat kilkunastu woził tabakę. Aby nie znaleziono nikotyny w składzie wody, wzięliśmy się wszyscy do jej mycia, co wcale nie szło łatwo po tyluletniej zażyłości tabaki z flaszą. Za pomocą piasku, drobnego żwiru, gałęzi i tym podobnych flaszka nareszcie nie zostawiała nic do życzenia, ale że gdzie wiele nianiek, tam dziecko bez nosa, więc przy dopasowaniu drewnianej zatyczki, szyjka prysła, a z nią cały mój zamiar dobroczynny. Byliśmy w rozpaczy, ale za to szczęśliwa tabaka powróciła ze swego wygnania, a Wiktor nabrał wiary, że przeznaczeniem flaszki jest służyć mu z tabaką do grobu.

Około tysiąc kroków poniżej źródła mineralnego ukazał nam Mazurkiewicz w korycie Niemna kłody i konary wielkich dębów, hebanowej czarności, zatopionych przed wiekami, a wedle podania ludu "od potopu świata". Jeden z tych dębów stanowi rodzaj rapy, o którą rozbił się raz statek ze zbożem19. Zawróciwszy się z Niemnem ku wschodowi, stanęliśmy pod starożytnymi Niemonajciami, gdzie to właśnie, według podań kronikarzy, wylądował w czasach mitycznych Nemon, wódz żeglarzy zamorskich, i cześć boską od miejscowych Lettów odbierając, założył tę osadę, którą tak od jego imienia nazwano.

Na pierwszy rzut oka zwrócił moją uwagę pod miasteczkiem głaz, wychylający się z dna rzeki, który z daleka wziąłem za bat, stojący koło brzegu frontem do mnie. Na nizinie prawego wybrzeża leży uboga mieścina z kościółkiem, a na wyniosłości lewego wieś o takiej samej nazwie jak i miasto, której mieszkańcy uważają się za potomków mieszczan. Pod Niemanajciami znajdują się stare kurhany, ale o rozkopywaniu ich nie mogłem myśleć. Wiadomo bowiem, że do takich poszukiwań w obcym terenie trzeba nie tylko pozwolenia podejrzliwego zwykle właściciela gruntu, lub rządu, jeżeli ziemia jest rządową, ale nadto meldowania się policji, która o archeologii nie słyszała. Ponadto trzeba wyszukać w porze roboczej ludzi, co wszystko jest niemożliwym dla wędrowca w nieznajomej okolicy, który rad, jeżeli przeszkody samej podróży zdoła pokonać. Do poszukiwań zaopatrzyłem się tylko w kij, na który nasadzał się w razie potrzeby rydel, a rękojeść stanowił kilof. Kij ten (domowej roboty) okazał się bardzo pożyteczny.

Za Niemonajciami rzeka zwraca się nagle na północ, gdzie oczom naszym ukazał się przecudny widok prawego wybrzeża. Krajobraz to nie z nad Dunajca ani Prądnika, ale noszący w sobie charakter miejscowy, litewski, że tak powiemy - ponarski. Nad Niemnem wznosi się tutaj kilka porosłych lasem, rozdzielonych wąwozami, stromych gór, z których jedna, kilkadziesiąt sążni wysoka, zwraca na siebie uwagę kształtem stożkowatym. W głębokiej dolinie na prawo, otoczona wieńcem gaju świerkowego, mieni się kwiecista łąka, z której wypływający strumień porusza w gardzieli wąwozu młyn wodny. Po odszkicowaniu z lewego brzegu rzeki tego widoku, dostawszy się na szczyt owej stożkowej góry, zostaliśmy znowu zachwyceni nowym krajobrazem. Od północy i wschodu głęboki, nacieniony świerkami parów oddzielał nas od wyżyn, za którymi leżą wielkie jeziora powiatu trockiego. Od południa i zachodu roztaczał się widok na Niemen, Niemonajcie i okolicę, w której jaśniały białe mury kościoła w Mirosławiu. Zapewne ta nadniemeńska miejscowość zatrzymała starożytnych żeglarzy; zamku jednak na tej stożkowej górze nigdy nie było, bo szczyt jej tylko ołtarz ofiarny mógłby pomieścić. Niedawno porastał on jeszcze gęstym, dziś przerzedzonym lasem. Znalazłszy w boku góry pokład przedpotopowego mchu leśnego, spetryfikowanego, który zaczęto tu brać na jakiś użytek, ruszyliśmy dalej w dół Niemna, powiększającego stąd, zdaniem oryli, bystrość swoich nurtów.

O pół mili przeszło od powyższej miejscowości zatrzymaliśmy się znowu na lewym brzegu u mineralnego zdroju podobnej natury i wielkości jak wcześniej opisany. O tym nadniemeńskiem źródle w okolicy wsi Narun i pięknym liściastym lesie koło niego wspomina w swoich Wędrówkach po guberni augustowskiej Aleksander Połujański, przeceniając słoność wody, którą równa z druskienicką. Piłem obydwie i znalazłem wielką różnicę w smaku. Już w 1787 roku Joachim Chreptowicz, kanclerz litewski, z księdzem Poczobutem20, rektorem Akademii Wileńskiej, wyprawił na zbadanie mineralnych wód tutejszych dwóch profesorów akademii: Sartorisa i ks. Mickiewicza, fizyka. Uczeni, raportem swoim, datowanym z Pren na 3 października, donoszą kanclerzowi, że płynęli Niemnem od Niemonowicz (Niemonajć), zwiedzając źródła mineralne i opisują to ostatnie, w które zanurzony przez nich areometr pokazywał większą ilość soli morskiej niż w innych, zawsze jednak nieznaczną i o wiele mniejszą niż w Stokliszkach. Kopali także ci profesorowie ziemię w różnych kierunkach, ale niczego nie odkryli21.

Napełniwszy wodą z tego źródła flaszkę, kupioną w Niemonajciach, posuwaliśmy się dalej drogą Sartorisa i księdza Mickiewicza, a brzegiem pięknego rządowego lasu, pełnego różnorodnych drzew liściastych, które na krawędzi wybrzeża, podmyte przez Niemen, pochylone były lub powalone w jego nurty. Poniżej rapy Łazówki kończyła się dwudziesta mila wodnej drogi od Grodna, a z nią połowa zamierzonej podróży. Tak oznajmiała moja mapa i zgadzał się na to Wiktor, którego orylskie wyliczenia odległości zadziwiały mnie nieraz swoim zbliżeniem do prawdy matematycznej. Było to przed Olitą, gdzie wyżyny lewego brzegu dochodzą dość znacznej wysokości, a pokrywający ich stoki długi na milę bór stanowi amfiteatr z mieszaniny różnych drzew liściastych z iglastymi. Leśne góry odbijały się cudnie w szmaragdowym zwierciedle Niemna, a czajka nasza, widziana z ich wyżyny, zdawała się żeglować wśród bezdennej malowniczej zieleni. Minąwszy smolny majdan, spotkaliśmy wicinę, holowaną do Grodna przez 25 mołojców, a dalej po drodze do Olity minęliśmy cztery rapy, którym ludzie, bez względu na piękne otoczenie, nadali szpetne nazwy: Świni, Prosiąt, Knura i Barana, niby przyjaciela domu.

Zbliżając się do starej Olity, znanej dobrze Krzyżakom za czasów Olgierda22 pod nazwą zamku Aliten, zajrzałem do kilku kronik, które, wraz z opisem Wielkiego Księstwa Litewskiego (M. Balińskiego) i Wędrówkami Połujańskiego, miałem z sobą w podróży. Lindenblatt i Wigand powiadają, że podczas sławnej wyprawy na Litwę pod wodzą marszałka zakonu Engelharda Rabe23, w styczniu 1392 roku powstał tutaj spór między Niemcami i Anglikami o prawo niesienia chorągwi świętego Jerzego. Kiedy bowiem wychodzono z Olity ku Lidzie, poniósł ją Niemiec Ruprecht Sekendorf, gdy tego samego domagał się także lord Percy, syn księcia Northumberlandu, przybyły z kwiatem swego rycerstwa zbierać wawrzyny wśród rzezi i pożogi naszych praojców pogan. Od kłótni przyszło wtedy do krwawej bójki, którą ledwo dostojnicy Zakonu uśmierzyli.

Przedmowa

Z Grodna do Kowna. Osiem dni podróży "żeglarskim szlakiem Jagiełły". Czas tak krótki i szlak niedługi, dostarcza nam przecież mnóstwa wrażeń i niezliczone ilości widoków. Nie nad Renem, nie w Szwajcarii, nie w południowej Francji, lecz tym skromnym naszym Niemnem płynąc, doświadczyć możemy moc wrażeń. Dla wielu rzecz ta wyda się niespodziewaną i niemal nieprawdopodobną, jednak jest zupełnie prawdziwa.

Podróżując z Glogerem, zwiedzamy stare i w dziejach znane miasteczka, przechadzamy się po kwiecistych łąkach i ciemnych, jodłowych borach, po resztkach puszcz odwiecznych, w których niegdyś rozlegały się trąby monarszych polowań, które Sarbiewski już opiewał:

Wre szczera ochota,

Od szczekania brytanów rozlega się puszcza,

Usta spaliła spiekota...

Poznajemy nadwodną ludność flisaków, prowadzących po Niemnie baty i wiciny1, poznajemy jej odrębne obyczaje, sposób życia, narzędzia, którymi się posługuje. Tu drogę nam zastępują z wód wyłaniające się ogromne kłody czarnych dębów, tam wody te wrą i szumią na potężnych "rapach", z których każda nosi oddzielną, często charakterystyczną i malowniczą nazwę: Most Diabelski, Bicze, Biczęta, Gog, Kocioł, Szklanka itd. Warto przypomnieć fakt, o którym w czasie przebywania rap opowiada Gloger, że dzieło oczyszczania i przysposobienia do żeglugi Niemna przedsiębrane było już za Zygmunta Augusta przez Mikołaja Tarłę ze Szczekarzowic, chorążego przemyskiego i że ziemianie litewscy doskonale rozumieli wówczas ważność rozpoczynającej się pracy (dodajmy też, że tak wysoko zamysł ten cenili, iż zamierzali Tarle wznieść pomnik kamienny, gdyby go dokonał). Lecz nie została ona zrealizowana ani wtedy, ani następnie za Stanisława Augusta, który, zachęcony przez Tyzenhauza, zlecił oczyszczenie Niemna z głazów Komisji Skarbowej, a szczególnie biegłemu w matematyce i mechanice Francowi Narwojszowi, jezuicie, proboszczowi grodzieńskiemu. Przez trzy lata z pomocą sprowadzonych z Anglii nurków, Narwojsz zmagał się z głazami, ale bezskutecznie, wskutek czego znowu pomnik dla niego zamierzony i już w napisy Krasickiego zaopatrzony nigdy nie stanął.

Jedną z najciekawszych stron podróży po Niemnie, stanowią mistrzowsko malowane wnętrza nadbrzeżnych karczm, chat chłopskich, domków mieszczańskich. W tych siedliskach ludzkich, w najrozmaitszy sposób budowanych, meblowanych i ozdabianych, spotykamy też ludność rozmaitą: Rusinów, Litwinów, Tatarów itd. Jednak co do tej rozmaitości etniczej, jeden obszar ziemi zamieszkujących, Gloger czyni bardzo trafną uwagę, iż nie jest ona tak odrębna, jakby się to zrazu zdawać mogło. "Mieszanie się ludności we wszystkich prowincjach i warstwach odbywało się ciągle, w tysiączny sposób (napady wojenne, osiedlanie jeńców wojennych, porywanie kobiet, kolonizacje, małżeństwa itd.), a na przestrzeni pomiędzy Dnieprem, Dźwiną i Karpatami nie ma dziś podobno człowieka, który by w długiej linii zapomnianych wiekami przodków nie otrzymał krwi ze wszystkich prowincji i plemion". Wiekowe mieszanie się plemion nie spowodowało zatarcia różnic językowych, ani wielu innych cech prowincjonalnych, lecz może im ono ułatwić zgodne pożycie wspólne. Generalnie Podróż po Niemnie nasuwa uwagę, że umysły podróżników dzielą się na dwa rodzaje. Pierwszy, aby wzruszenia i ciekawości doświadczyć, a z kolei czytelnikom ich udzielić, potrzebuje widoku rzeczy rzadkich, ogromnych, nowością lub wspaniałością swoją pobudzających wyobraźnię, porównać zaś go można do wód leniwych, które przez silne tylko uderzenia w ruch wprawionymi być mogą. Umysły zaś drugiego rodzaju w otoczeniu na pozór najzwyklejszym i powszednim, wśród zjawisk, które innym wydają się stare i nieme, wynajdują i krzeszą dla myśli i dla fantazji obfite źródła wiedzy i piękna. Są to instrumenty o strunach licznych i tak wysublimowanych, że najlżejsze dotknięcie wystarcza, aby śpiewały.

Do tych drugich umysłów, niepotrzebujących cudów ani gromów, aby język życia ludzi i rzeczy rozumieć, należy pan Gloger. Opis jego posiada ten zmysł obserwacji i to serdeczne ciepło, które zdradzają uczonego, ukazując w nim poetę. Zakończenie opisu podróży chętnie i głęboko wyryłabym w umyśle każdego dorastającego człowieka.

Eliza Orzeszkowa