Detoks ciała i umysłu - Ewa Trojanowska

-
Proszę czekać

 

Moja historia

O tym, jak można mieć młodzieńczą witalność, radość życia, sprawne, zdrowe, elastyczne i zadowolone ciało. Cieszyć się zdrowiem fizycznym i psychicznym oraz świetną kondycją, bez względu na wiek.

Jak dobrze funkcjonować w tak niezdrowych warunkach, w jakich żyjemy, a które czasami sami sobie stwarzamy.

I o tym, że żadna polisa ubezpieczeniowa nie zagwarantuje nam życia wolnego od chorób, problemów i nieszczęść. I że każdą rewolucję należy zacząć od zmian. Zmian w głowie. Bo mamy w sobie moc i sami zarządzamy własnym zdrowiem i całym życiem.

I o instynkcie. Spontaniczność to coś, co nadaje życiu sens. Już jako dzieci nie musieliśmy za wiele wiedzieć. Po prostu robiliśmy coś i już. Nie baliśmy się. Mieliśmy instynkt właśnie.

Nie od dzisiaj wiadomo, że u źródeł wszystkiego, co nas w życiu spotyka, leżą utrwalone wzorce myślowe. Stworzyły je nasze doświadczenia, a także choroby. To te wzorce do spółki z nami samymi sprawiają, że się boimy. Zanim doszłam do tego, że ciało jest moim najlepszym przyjacielem, zrobiłam mu sporo krzywdy. Kazałam znosić różne dziwne diety i eksperymenty. Rozkazywałam mu: "Bądź szczupłe, umięśnione, młode, biegaj, trzymaj fason, ćwicz do utraty tchu!", a dopiero na końcu: "bądź zdrowe!". Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten ton i nie ta kolejność.

Przez całe dotychczasowe życie myślałam, że jestem w dobrym związku ze swoim ciałem, liczyłam na jego naturalną siłę, odporność, a nawet posłuszeństwo, i często dopuszczałam się w tym nadużyć. Aż któregoś dnia moje ciało przestało stanowić całość z moim umysłem, z moją wolą. Zamieniło się w harującego niewolnika. Ciało zaczęło się bać... mnie!

W końcu zbuntowało się. Z dotąd posłusznego niewolnika zamieniło się w pana dającego rozkazy tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zaczęło chorować. Wtedy ja również zaczęłam się bać.

Przestań się bać. Zatrzymaj się, zastanów, posłuchaj organizmu i ciała.

Nie obwiniaj choroby, rodziców, dzieciństwa, tuszy, okoliczności. Nie jęcz. Zrób coś. Pamiętaj, że kiedy działamy, kłody rzucane często przez nas samych pod nogi umacniają nas, sprawiają, że zaczynamy myśleć holistycznie o sobie i o życiu w ogóle. Dzięki temu jeszcze bardziej rozwijamy swoją kreatywność.

Nie, nie, nie będzie łatwo, prosto ani przyjemnie. Ze zdrowiem jest tak jak z wejściem na ośmiotysięcznik. Można w pojedynkę, w parze lub w grupie z opłaconymi Szerpami. I tutaj pojawia się problem. Dla naszego organizmu, bo przecież jest nasz, nic nie może uczynić żaden Szerpa. Wszystko musimy zrobić sami. Przenieść na własnych plecach i nogach. Przepracować we własnym umyśle oraz tempie.

Zmieniając stare, spleśniałe czasami myśli, a co za tym idzie - nawyki, zmieniamy to, czego doświadczamy. Nasze myślenie powinno być elastyczne jak nasze ciało i umysł. Nie powiem, nie jest to ani łatwe, ani przyjemne na początku. Droga jest mozolna i pod górę, jeśli pozostać przy porównaniu do ośmiotysięczników w Himalajach.

Pamiętam moment, gdy pierwszy raz odkryłam tę zależność, uświadamiając sobie, dlaczego miałam takie, a nie inne dolegliwości fizyczne. Jak sama nieświadomie je prowokowałam i jak nie chciałam zmian, mimo iż czułam, że to, co jem, w jaki sposób żyję i co robię swojemu ciału (zupełnie jakby było moim wrogiem), nie jest dobre ani dla mnie, ani dla niego.

Szybciutko odstawiłam jednak te niechciane myśli do najodleglejszego kąta w moim umyśle. Po pierwsze, nie chciałam się przyznać sama przed sobą, że coś robię źle. "Ja? To niemożliwe! Po drugie, trzecie i piąte... niemożliwe!". Pewnie jak każdy, panicznie bałam się zmian.

W życiu super jest być pięknym, młodym, bogatym i szczęśliwym. Tkwiłam w tym przekonaniu i było mi z nim bardzo wygodnie. Jednak rzeczywistość, której doświadczamy, to także choroby, przemijanie i często strata tego, o czym myśleliśmy, że jest zagwarantowane, pewne i oczywiste.

Niestety, nic nie jest pewne i raz na zawsze nam dane. Nasz organizm, ciało i wszystko wokół nieustannie ulega transformacjom, czy tego chcemy, czy nie. Ale możemy mieć wpływ na owe zmiany. Naprawdę wiele od nas zależy.

Jak się okazuje, najbardziej fascynującymi osiągnięciami są te, które wynikają z serii nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Pewnego, wydawałoby się, zwyczajnego poranka odkryłam, że sposób, w jaki organizujemy sobie życie, i to, co jemy, a raczej - jak się odżywiamy, ma niebagatelny wpływ na zdrowie, dobre samopoczucie i funkcjonowanie naszego organizmu.

I tak, w moim przypadku ośmiotysięcznikiem, po którym wspinam się do dzisiaj, miało okazać się śniadanie.

"Śniadanie należy jeść" - mawiała mama, babcia, ciocia. Kobiety w mojej rodzinie wiedziały, że dostarcza nam ono energii, jest pożywne, ciepłe, sprawia, że jesteśmy zadowoleni. Zdrowe, pożywne śniadanie daje bodźce do działania i kopa na resztę dnia. Kiedy tylko mogę, celebruję tę część poranka. Sama, z rodziną, z przyjaciółmi.

Zgadza się. Nie ma nic lepszego niż wspaniale rozpoczęty śniadaniem dzień.

Otóż jem śniadanie całkowicie pewna, że to bardzo zdrowy posiłek. W tle gra muzyka, w przerwach pobrzmiewają z radia niezbyt ekscytujące wiadomości, których tak naprawdę nie lubię słuchać, ale przecież muszę być na bieżąco. Nic nie może mi umknąć ani mnie ominąć! Zdumiewające, udało mi się wyrwać kawałek z bardzo absorbującego dnia. (Jestem przecież taka ważna i nie do zastąpienia). Telefony załatwione, poczta odebrana, newsy odhaczone, dyspozycje wydane... - uff!

To oczywiste, że lubię czasami pobyć tylko ze sobą. "Bycie ze sobą od 30 do 60 minut dziennie, najlepiej w ciszy, sprawi, że uwolnisz siebie i swój układ nerwowy od spadających zewsząd na ciebie stresów" - wyczytałam kiedyś w gazecie. To jest właśnie ten dzień, luksus, na który pozwalam sobie od czasu do czasu. Przyjemnie pachnąca kawa rozpuszczalna, z mleczkiem oczywiście - i tylko odrobiną cukru, bo jest przecież taki niezdrowy! To już wiem. O mleku dowiem się za jakiś czas.

Zajadam odtłuszczony, bardzo odżywczy jogurt z musli. Dziwne, czuję w nim słodki smak, chociaż napis na opakowaniu głosi, że to produkt "bez cukru". Teraz wszystko jest bez cukru i light! Nieustannie o tym czytam, słyszę i wiem. To co do cholery sprawia, że jest słodkie? Jak cień przemyka wątpliwość przez mój mózg.

Zapewne są to różnego rodzaju słodzące zastępniki, ukryte pod tajemniczymi symbolami, o których nikt pojęcia nie ma, oprócz tych, którzy je wymyślili, żeby coś ukryć.

Już nic nie jest tym, czym powinno być.

Taki mały przekręt. Uwaga! Cały wielki przemysł spożywczy na tym bazuje.

Nie po raz pierwszy czuję, a może jestem pewna (ale, jak to zwykle bywa, zagłuszam swoje myśli), że coś jest nie tak, bo to zdrowe śniadanie wyraźnie mi nie służy. "Ale przecież jest takie zdrowe" - wyświetla neon w moim mózgu. I tak do następnego dnia. Z pysznym jogurtem odtłuszczonym, po zjedzeniu którego czuję się zziębnięta, gruba i jakaś spuchnięta, mimo że jest light. Jak większość produktów, które pochłaniam. Właśnie, pochłaniam! Czyli to one prawdopodobnie sprawiają, że czegoś nie dostarczam organizmowi i ciągle jestem głodna. Piję rozpuszczalną, cudownie pachnącą kawę z mleczkiem, prosto z reklamy, od której wyraźnie jestem uzależniona. Ale jeszcze tego nie wiem. A może nie chcę wiedzieć?

Czyżbym była niewolnikiem? Reklam, kawy i innych obecnych w moim życiu używek?

"I tak jestem lepsza od tych, którzy wsuwają białą, nadmuchaną chemią bułę z szynką i żółtym serem, co nie jest serem. Albo parówkę nie wiadomo z czego. A czasem nie jedzą nic, bo na łeb na szyję lecą do roboty, gdzie wcis­ną w siebie dostarczoną przez firmę kateringową kanapkę z sałatką, w plastikowym opakowaniu" - znów zagłuszam myśli satysfakcją. I od razu czuję się o niebo lepsza.

Bo przecież kiedyś w ogóle nie jadałam śniadań.

Ale gula, czyli refluks, o którym jeszcze nie wiem, że go mam, jest! Świetnie się ma i dręczy mnie po każdej kawie właśnie, po zjedzeniu czegoś na szybko wraz z innymi, którzy się śpieszą. Po kolacji z winem, po obiedzie z przyjaciółmi w restauracji - coraz częściej! I pojawia się efekt dodatkowy: pieczenie, jakbym całą noc dorabiała sobie w środku miasta jako połykacz ogni albo miała ciągły stan przedzawałowy.

Uwaga! Jeśli jakiejś nazwy nie możecie przeczytać, zrozumieć i wypowiedzieć, bo jest tak skomplikowana, że na ogół ją pomijacie, to właśnie tego nie powinniście jeść!

"Musisz zrobić gastroskopię To niezbyt przyjemne badanie, ale konieczne, jeśli chcesz wiedzieć, co naprawdę masz w środku" - powiedziała jakiś czas potem Tsengel, lekarka holistyczna, zielarka i moja przyjaciółka z Mongolii, gdy kolejny raz użalałam się nad sobą.

"Gastro co?" - nawet nie potrafiłam powtórzyć. Dobrze, że nie miałam zielonego pojęcia, co to za badanie.

"No wiesz, kochana, połyka się taką rurkę, nie jest to przyjemne, ale da się przeżyć. Musisz zaopiekować się sobą".

Co miała na myśli? Nie wiedziałam ani nie rozumiałam. Pod wpływem emocji zapominała się i dziwnie mówiła.

"W życiu nie połknę żadnej rury! Nie mogą mnie prześwietlić albo coś?" - spytałam.

"Albo coś? Już ci mówiłam, nie ma innego sposobu. Przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Ale nie martw się, mogę potrzymać cię za rękę. I odstaw kawę, już przecież ci to mówiłam".

"Jasne, odstaw kawę. Jakby to było takie proste", myślałam sobie.

"I pewnie znasz powiedzenie: "Jesteś tym, co jesz""?

Tu zaczął się wykład o unikaniu używek (a przecież dostarczają tyle przyjemności), o jedzeniu warzyw i owoców w różnych zdrowych kombinacjach. I o tym, czym karmię swoje komórki, bo one jedzą dokładnie to samo, co my. A efekt jest taki, że chorujemy na raka i przedwcześnie umieramy. Tutaj przywaliła z grubej rury, była wściekła. Na mnie? Na całą ludzkość? Nigdy tak do mnie nie mówiła! Pewnie, że znam formułkę o jedzeniu i o tym, czym jestem, gdy źle żyję, jem, piję i w ogóle. Tylko co z tego? Nie byłam pewna czy płakać, czy się śmiać.

"Dobra, dobra, zastanowię się" - odburknęłam i zapomniałam o naszej rozmowie.

Oczywiście, do następnej kawy z mleczkiem i późnej kolacji z niewymierną ilością wina i wytwornego, wydawałoby się, jedzenia. W eleganckiej restauracji, z białymi obrusami, sztywnymi kelnerami i drogim winem. A skutek? Prawie bezsenna noc, bo "coś mi siedziało na żołądku". Myślę, że każdy wie, co mam na myśli. Kompletnie nie słuchałam swojego organizmu, byłam całkiem głucha na sygnały, które mi wysyłał. Nie wiedziałam wtedy, jak szybko i właściwie bezpowrotnie skończy się epoka pod tytułem: "Jem co chcę". W moim przypadku i tak długo to trwało, a mój organizm cierpliwie to znosił. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie mają tyle szczęścia, dużo wcześniej dowiadują się o problemach ze swoim zdrowiem i są to problemy o wiele bardziej drastyczne niż te, które ja miałam.

 

Gastroskopia

I ponura diagnoza, że mam REFLUKS, czyli przepuklinę przełykowo-żołądkową, której objawy są powszechnie znane jako zgaga. Kwas żołądkowy kieruje się w górę, w stronę przełyku, powodując podrażnienie bądź uszkodzenie jego delikatnych tkanek. Dowiedziałam się też, że wyleczyć tego się nie da. A w najgorszym wypadku czekają mnie dziury w przełyku, rak i śmierć w bólach. "Tak jest i koniec" - jednym machnięciem ręki skwitował przemęczony doktor, który sam wyglądał, jakby mu coś dolegało. Po czym, patrząc tak, jakbym stała gdzieś w oddali za szklaną szybą, szybko wręczył mi stertę recept na specyfik, który nie leczy, ale pomaga... Nie dodał, że na chwilę. Śpieszył się pewnie do następnego nieszczęśnika, któremu musiał zaaplikować rurę.

"Wbrew powszechnej opinii, choroba refluksowa przełyku nie następuje wskutek nadmiernej produkcji kwasu chlorowodorowego w żołądku, ale z powodu ponownego wpłukiwanie do niego pochodzących z jelit zbędnych produktów przemiany materii, substancji toksycznych i żółci. W wielu przypadkach zgaga pojawia się wtedy, kiedy żołądek wytwarza zbyt małe ilości kwasu chlorowodorowego, co prowadzi z kolei do pozostawania pokarmów w tym organie zbyt długo, a w konsekwencji do fermentacji" - to jednym kliknięciem można znaleźć w internecie.

Zażywanie środków zobojętniających kwas, które doktor mi przepisał, może jeszcze bardziej osłabić procesy trawienne i spowodować poważne uszkodzenie żołądka oraz reszty przewodu żołądkowo-jelitowego - ale tego doktor mi nie powiedział, wyczytałam to w książce Andreasa Moritza "Przełomowa medycyna 21-go wieku". Co właściwie miał powiedzieć? Skoro, być może, w natłoku zajęć zapomniał albo nie wiedział, że najważniejsze jest źródło problemu, a nie tłumienie objawów. Czasami mam wrażenie, że lekarze sami są ofiarami Boga, którego wyznają. Miotając się pomiędzy pacjentami, zdają się tylko na przemysł farmaceutyczny, który oferuje - zgodnie z naszą logiką i oczekiwaniami - tabletkę na wszystko. I po sprawie. "Powrót do zdrowia w 5 minut!". Jasne!

A może wynika to z tego, że ludzie nie chcą zmieniać ani siebie, ani swoich złych nawyków, także żywieniowych? I oni, lekarze, wychodzą im naprzeciw...

Teraz już wiem, że objaw choroby jest na ogół efektem zewnętrznym, dlatego powinniśmy mieć uważny wgląd w nasze wnętrze. Leki, witaminy, suplementy, antybiotyki pochłaniane w przerażających ilościach - niewiele zdziałają, jeśli nie zaczniemy postępować według nowych wzorców myślenia.

"Wyczyść swój umysł i ciało. Żyj w zgodzie z naturą i sobą" - tak to mniej więcej brzmi.

 

Nigdy więcej!

"Nie pozwolę żadnemu doktorowi dokonać gwałtu na swoim przełyku", przyrzekłam sobie i swojemu zszokowanemu wnętrzu.

Kiedy zdałam sobie sprawę, że nie odpowiada mi podejście medycyny do człowieka, postanowiłam nie liczyć już na niczyją pomoc i wziąć problem we własne ręce. Ponieważ zobaczyłam jasno, że moje zdrowie jest potrzebne mnie, a nie medycynie, a tym bardziej lekarzowi, który widzi mnie po raz pierwszy i tak naprawdę nie zna mojego organizmu. Nic o mnie nie wie i na ogół wiedzieć nie chce. A swoją wyuczoną na pamięć wiedzę dość mechanicznie wypróbowuje na niczego niepodejrzewającym pacjencie, czyli na mnie. O czymś takim, jak odpowiednia dieta, dobre, wartościowe jedzenie, zdrowy tryb życia, ruch, wysiłek fizyczny... doktor nie wspomniał, bo co miałby powiedzieć? Jest choroba, jest na nią lekarstwo i tyle. Czy skuteczne? Kto to wie... Do dzisiaj nikt nie uczy lekarzy, co i jak powinni jadać ich pacjenci. A jedzenie podawane ludziom w większości szpi­tali woła o pomstę do nieba.

Lekarze, niestety, oddalili się od nas, pacjentów, o całe lata świetlne. Zanurzeni w robocie papierkowej, śpieszący z dyżuru w szpitalu do gabinetu i znowu na dyżur. Czasami mam wrażenie, że boją się własnego cienia. Szczególnie gdy mają przepisać jakieś bardzo kosztowne badania. Bo jeśli nie trafią, kto będzie płacić?

Dlaczego wierzymy tylko lekarzom i współczesnej medycynie, a nie medycynie starej jak świat i swojej intuicji?

Przeważnie to, w co wierzymy, jest odbiciem cudzych poglądów, które zaakceptowaliśmy z wielu powodów. Głównie z lenistwa, niewiedzy i strachu przed zmianami. Mówimy: "Taki już jestem", "Od zawsze tak jem", "Tak jadł mój ojciec i żył dziewięćdziesiąt lat". Jasne, tylko że w tamtych czasach nie było nawozów, pestycydów, chemii, naszpikowanych antybiotykami zwierząt, sztucznych smaków, kolorów, odtłuszczonego mleka, nabiału, który nie jest nabiałem, pływającej w chemicznej cieczy szynki. Koncernów farmaceutycznych i mediów, które reklamami robią nam wodę z mózgu, wmawiając, co dla nas jest najlepsze, żeby zbić na tym jeszcze większą kasę. Nie było też presji, by być oszałamiająco pięknym, zawsze młodym, niesamowicie zdolnym i bogatym. Czy zdrowym i szczęśliwym? To pytanie retoryczne.

 

Pora na zmiany

W tamtych czasach, w tych zresztą też, na dolegliwości gastryczno-refluksowe zalecano mleczka magnezowe, Ranigast oraz picie mleka.

Nic bardziej błędnego. Pomijając fakt, że w ten sposób leczy się jedynie skutek, a nie przyczynę - wszystkie owe specyfiki wywołują wręcz przeciwny efekt.

Jakiś czas temu w radiu i telewizji, w najlepszym czasie słuchalności i oglądalności, grasowała taka oto reklama: "Po nabiale, serkach, jogurtach i mleku, jeśli masz wzdęcia, nie tolerujesz laktozy, weź naszą tabletkę". I co? Jedz nabiał, którego nie trawisz, a my ci pomożemy?

Albo taki oto filmik: facet zieje ogniem, skręca się, wije w bólach, jakby najadł się barana naszpikowanego siarką. Dziwne, że nikt nie wezwał jeszcze straży pożarnej ani nie przybiegła sekretarka z gaśnicą. "Mamy dla ciebie dwutygodniową kurację. Skuteczną nawet do pół roku!" - głosi napis wielkimi literami. Hurra! Można dalej jeść i pić, w ilościach, jakie kto chce. Tylko że nikt nie mówi, co dalej. Kolejne zakupy w aptece?

Aż dziw, że owych cudownych farmaceutyków nie dołączają od razu do jedzenia. Łyknęłoby się razem z żarciem i... po problemie.

Problem jednak pozostał. Właściwie nic się nie zmienia, chyba że na chwilę i to coraz krótszą. Problemy rozrastają się niczym trujące grzyby, jak pleśń. Tyle że w tobie. To ty jesteś ich pożywką.

Recepta jest jedna: szkodzi - nie jedz. Przekonałam się o tym bardzo szybko.

Zaczęłam szukać. Były to czasy sprzed Googla. A każdy następny doktor mówił to samo, dając mi kolejne recepty na różne wariacje leku, który nie leczy. I diety, które nie były dietami.

Byłam zdesperowana, czułam się coraz gorzej. Ale okropne widmo dziur w moim przewodzie pokarmowym sprawiało, że nie odpuszczałam.

Jeśli coś naprawdę ci dolega, skorzystasz ze sposobów, których nigdy nie wziąłbyś pod uwagę w przyjemniejszych okolicznościach.

Zaczęłam eksperymentować. Na sobie, czyli z większą uwagą, niż zrobiłby to lekarz. Pierwszy trop zaprowadził mnie do zielarza spod Łomży, który był weterynarzem. Pewnie nie dostał się na medycynę. I Bogu dzięki, bo pojechał do Kalifornii i tam zaprzyjaźnił się z ziołami, dobrym jedzeniem i ludźmi, którzy coś chcieli zmienić. Powiedział mi to, czego nie usłyszałam od żadnego doktora:

"Odstaw kawę, zwłaszcza z mlekiem, zwłaszcza rozpuszczalną.

Nie jedz ostrych, tłustych, gorących potraw.

Ogranicz alkohol, wino również.

Nie zajadaj słodyczy, ciast i chleba, bo zawierają drożdże, chemiczne polepszacze i cukier, będące pożywką dla candidy, toksycznych pleśni i innych grzybów w twoim organizmie. No, chyba że chleb jest na zakwasie.

Przebywaj na świeżym powietrzu.

Pij dużo wody.

Wysypiaj się.

Słuchaj swojego organizmu".

Proste, prawda?

Nie muszę mówić, że w życiu nie słyszałam o żadnym zakwasie i grzybach, oprócz leśnych. A o candidzie nie miałam bladego pojęcia.

Na koniec owej wyliczanki - uwaga! - zielarz powiedział: "Po każdym posiłku podskocz dziesięć razy na piętach, żeby się ułożyło". To mnie wprawił w osłupienie! Już widziałam siebie skaczącą w różnych uczęszczanych miejscach, w których bywałam. I wyraz twarzy wszystkich wokół. I co sobie o mnie myślą.

Nie powiedziałam nic, ani mądrego, ani głupiego. Zatkało mnie.

"Uważaj na stresy i nie bądź korporacyjnym niewolnikiem" - dodał z powściągliwym uśmiechem mędrca.

Teraz mówią to wszyscy, wtedy o stresie oraz niewolnictwie korporacyjnym mówił tylko on.

"Czytaj literaturę na temat zdrowia, już coś w księgarniach jest". Podał kilka tajemniczo brzmiących tytułów, po rosyjsku i angielsku. Po czym, wręczając mi zestaw ziół, oświadczył, że może za dwa lata wszystko minie, ale muszę się stosować do wskazówek. Cudów nie obiecywał. Na koniec podkreślił:

"Dbaj o zdrowie. Masz je tylko jedno. Tak samo jak ciało. Traktuj je z szacunkiem i miłością, chroń przed toksynami, dobrze odżywiaj, pielęgnuj je, ucz się go. Bądź pozytywnie nastawiona do otaczającego cię świata i ludzi. Pamiętaj, życie równie jak zdrowie jest jedno. Ale wiele zależy od ciebie".

"Fakt", pomyślałam.

Na moment uświadomiłam sobie wtedy, jaka ze mnie żywieniowa i życiowa ignorantka. Nie byłam wyjątkiem, jak inni preferowałam szybkie kuracje lekami dostępnymi bez recepty oraz stosowanie antybiotyków na wszystko.

Zrobiłam kilka prób z odstawieniem mleczka do kawy. Nie zamawiałam już mojego ulubionego cappuccino ani café latte. Zrezygnowałam (jasne, że nie od razu) z jogurtów, zwłaszcza odtłuszczonych i tych z niby-owocami, z mleka, smażonego mięsa, sztucznych przypraw i z wizyt w fast foodach. Z szarlotki, bezy i drożdżowego ciasta ze śliwkami oraz z wszystkich innych łakoci. Przemogłam się nawet i zaczęłam pić czarną gorzką kawę, która mi nie smakowała. Lepiej się czułam, ale byłam nieszczęśliwa. Chociaż był jeden niewątpliwy plus w owym umartwianiu się: z czasem polubiłam czarną kawę z odrobiną cukru. Odkryłam, że gdy jest bez mleka, sto razy bardziej czuję jej smak, aromat i zapach.

No i że nie ma tego upiornego pieczenia w przełyku ani guli.

Niestety, po jakimś czasie, jak to zazwyczaj bywa, wróciłam na utartą ścieżkę. Słabą jestem przecież istotą.

Aż któregoś razu, gdy po moim kolejnym zapomnieniu się, refluks do spółki ze zgagą nie dawały mi już żyć, zdesperowana sięgnęłam znowu po paczkę, którą na pożegnanie wręczył mi zielarz-weterynarz. A którą postawiłam na najmniej dostępnej półce w kuchni. Właściwie, nie mając wyjścia, postanowiłam po raz kolejny wrócić do zalecanej przez niego diety. Zauważyłam bowiem, że jeśli tylko jej się trzymam i nie oszukuję, czuję się dużo, dużo lepiej.

Pierwsze na liście było siemię lniane. Rany! Pomyślałam, że przecież to cholerstwo piją tylko staruszki i małe dzieci albo ci, którzy z jakichś powodów muszą. Byłam przecież prawdziwą ignorantką.

Jednak, zgodnie z instrukcją, wieczorem zaparzyłam dwie łyżki.

Rano zobaczyłam glut z ziarenkami. "No cóż" - pomyślałam. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech i wypiłam. Trwało to całą wieczność. Ale odkryłam, że glut jest bez smaku. I to była dobra wiadomość. Już po kilku dniach poczułam wyraźną ulgę. Gdy tylko dopadał mnie dyskomfort po jedzeniu, grzecznie piłam siemię. A jeszcze lepiej było, gdy aplikowałam je sobie przed każdym posiłkiem, jeśli tylko znalazłam się w pobliżu czajnika i ciepłej wody.

Do siemienia dołączona była nalewka z tak gorzkich ziół, że po pierwszym łyku oczy wyszły mi na wierzch i natychmiast zrobiłam "w tył zwrot".

Zielona łupina orzecha czarnego, bylica piołun i pączki goździka - dzisiaj taką mieszankę można kupić w sklepach zielarskich jako suplement diety w kroplach. W tamtych czasach, niczym alchemik, warzył ją tylko zielarz.

Powoli przyzwyczajałam się i konsekwentnie piłam to świństwo, jak o nim myślałam, rano oraz wieczorem. Po dwóch tygodniach czułam się jak nowo narodzona, nawet gula gdzieś sobie poszła. Dzisiaj żadna gorzkość nie jest w stanie wprowadzić mnie w osłupienie. A od kiedy wiem, że gorzkiego smaku nie lubią robaki, grzyby, pleśnie i candida, co jakiś czas robię sobie gorzką kurację, zgodnie z instrukcją.

Następnie odstawiłam kawę - w ogóle przestałam ją pić! Nie było to łatwe. O nie! Bardzo chciałam jednak sprawdzić, jak będzie wyglądało moje życie bez kofeinowego dopalacza.

Cier-pia-łam!

Może nie od razu, ale zaczęłam przyglądać się swojemu życiu. O, jak trudno mi było się przyznać samej przed sobą, iż większość rzeczy robię nie tak!

Mając ciągle z tyłu głowy to, co powiedział zielarz-weterynarz, postanowiłam jakoś ugryźć problem. Zaczęłam czytać, stosować się do wskazówek i obserwować reakcje swojego organizmu. Poczułam, że wciąga mnie wiedza, na którą jeszcze niedawno machnęłabym ręką i poszła dalej. Zrobiłam własną czarną listę, do której sukcesywnie, stosując metodę prób i błędów, coś dopisywałam. I tak jest do dzisiaj.

Odrzucanie przekształciłam w zamienianie.

Odkryłam, że w przyrodzie i w sklepach z dobrą żywnością jest mnóstwo dobrych zamienników.