DDD Dorosłe Dziewczynki z rodzin Dysfunkcyjnych - Eugenia Herzyk


Reflow text when sidebars are open.
Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego pisanie tej książki przychodziło mi z takim trudem. Poprzednią, Nałogową miłość, udało mi się skończyć w trzy miesiące. Ta - o dorosłych dziewczynkach z rodzin dysfunkcyjnych - rodziła się w bólach. Gdy zbliżał się termin złożenia książki u wydawcy, poprosiłam o więcej czasu, nie przyznając się, że gotowy mam tylko wstęp. Po kolejnym bezowocnym dniu, kiedy to udało mi się sklecić zaledwie kilka zdań pierwszego rozdziału, nie mogłam w nocy zasnąć, sfrustrowana niepowodzeniem i zaniepokojona całkowitym marazmem twórczym. Około trzeciej nad ranem przypomniało mi się, że Janet G. Woititz w przedmowie do swojej znakomitej książki Lęk przed bliskością przyznała się przed czytelniczkami do podobnego oporu, jaki towarzyszył jej w pisaniu. Odkryła jego przyczynę - wynikał on z obawy, że tym razem, po sukcesie dwóch wcześniejszych poradników, nie będzie mogła swoim czytelniczkom pomóc. I wówczas doznałam olśnienia. Jakże adekwatne do planowanego przeze mnie poradnika dla Dorosłych Dziewczynek z rodzin Dysfunkcyjnych było jej stwierdzenie: "Uważam, że książka ta może wiele wyjaśnić, ale nie mam pewności, czy was uzdrowi".
Nałogowa miłość zawierała opis, czym jest uzależnienie od miłości, i wskazówki, jak się z niego wyzwolić. Do zerwania z każdym nałogiem wystarczą dwie rzeczy - uznanie, że jest się osobą uzależnioną, i zaprzestanie nałogowych zachowań, czyli decyzja o abstynencji. Alkoholicy, z których mądrości wiele skorzystałam, wiedzą jednak, że tak naprawdę przestać pić jest bardzo łatwo. Trudności pojawiają się dopiero potem - z utrzymaniem trzeźwości. Bo to nie alkohol jest ich problemem, ich problemem jest to, że nie radzą sobie z życiem. A to, że sobie nie radzą, wynika najczęściej z faktu, że wyrastali w dysfunkcyjnych domach i są emocjonalnie niedojrzali.
Udało mi się wyzwolić z nałogu miłości i rozpoczęłam naukę trzeźwego życia. Mam lepszą świadomość siebie, znam swoje słabości, weszłam na ścieżkę osobistego rozwoju. Wciąż jednak jestem "dorosłą dziewczynką". Nie mogę się z Wami podzielić tym, jak jest po drugiej stronie, kiedy zapełnione zostaną wszelkie wyniesione z dzieciństwa deficyty, ba - nawet nie jestem w stanie obiecać, że da się na tę drugą stronę przejść, bo mnie tam jeszcze nie było. Wiem jedno - już sama świadomość moich deficytów pomaga mi lepiej żyć. W chwili, kiedy to piszę, wierzę, że owa świadomość pomoże mi także ukończyć tę książkę, poradzić sobie z lękami mojej małej, wewnętrznej dziewczynki, wyzbyć się przekonania, że nie będąc doskonałą, nie mam do tego prawa.
Eugenia Herzyk kwiecień 2011 rok
Celem książki jest uświadomienie kobietom wpływu ich dzieciństwa, rodzin, w których się wychowywały, relacji z rodzicami, innymi ważnymi dla nich osobami, rodzeństwem i rówieśnikami na ich dorosłe życie - na mechanizmy zachowań, wybory, których dokonują, i emocje, które im towarzyszą, oraz na sposoby radzenia sobie z nimi. Przesłaniem książki jest także zachęcenie kobiet do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Choć nie są one w stanie zmienić dzieciństwa ani bagażu deficytów, które z niego wyniosły, przez swój rozwój osobisty mogą się tego bagażu stopniowo pozbywać - z korzyścią dla siebie i swoich bliskich. Dotyczy to szczególnie wychowywanych przez nie dzieci, bo tylko dzięki własnemu rozwojowi można przerwać łańcuszek skutków dysfunkcji rodzinnych, przenoszonych z pokolenia na pokolenie.
Zainteresowanie wpływem dzieciństwa na osobowość człowieka datuje się od Freuda, który na przełomie XIX i XX wieku stworzył podwaliny współczesnej psychoterapii. Wzrost popularności tego tematu i odmienne do niego podejście zapoczątkowało stworzenie ruchu DDA - Dorosłych Dzieci Alkoholików (lata 70. ubiegłego wieku). W Polsce problematykę DDA upublicznił dziesięć lat później Jerzy Melibruda. Obecnie w ośrodkach leczenia uzależnień od alkoholu pomoc terapeutyczną mogą znaleźć nie tylko nałogowi alkoholicy, ale również członkowie ich rodzin - tak zwani współuzależnieni, a wśród nich ci, którzy jako dzieci wzrastali w rodzinach dotkniętym problemem alkoholizmu.
Okazało się jednak, że z podobnymi problemami co DDA borykają się także osoby, które w dzieciństwie doświadczyły innych dysfunkcji niż te wynikające z alkoholizmu rodzica. Przemoc fizyczna lub psychiczna, nadużycia seksualne, brak wystarczającej opieki lub nadopiekuńczość, niestawianie dziecku żadnych granic albo poddawanie go surowej dyscyplinie, choroba lub śmierć w rodzinie, rozwód rodziców - to tylko niektóre z czynników wpływających na rozwój syndromu DDD, czyli Dorosłego Dziecka z rodziny Dysfunkcyjnej.
DDD - to ktoś, kto wszedł w życie dorosłe z deficytami utrudniającymi mu zdrowe relacje ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem. Uświadomienie sobie istnienia tych deficytów, ich nazwanie, a także zrozumienie przyczyn ich powstania - to nieodzowne kroki na drodze do dojrzałości. Rozwój osobisty w istocie jest dojrzewaniem, czyli stawaniem się w pełni ukształtowaną, autonomiczną jednostką, świadomą swojej wyjątkowości, w pełni wykorzystującą swój potencjał i potrafiącą funkcjonować w świecie takim, jaki on jest. Osobą umiejącą zadbać o swoje potrzeby, ale nierobiącą tego kosztem innych, a zarazem osobą dbającą o potrzeby innych, ale nie kosztem siebie.
Ponieważ między kobiecą a męską psychiką występują istotne różnice, wynikające nie tylko z przyczyn fizjologicznych, ale także z istniejących wzorców kulturowych, warto przyjrzeć się problematyce DDD odrębnie dla obu płci. Ta książka poświęcona jest żeńskiej odmianie syndromu DDD - czyli skierowana jest do Dorosłych Dziewczynek z domów Dysfunkcyjnych. Pisząc ją, korzystałam z doświadczenia płynącego z moich własnych przeżyć, a także tego, które zdobyłam w pracy jako terapeutka i trenerka rozwoju osobistego w ramach działalności założonej przeze mnie Fundacji Kobiece Serca.
Alkoholizm rodzica lub rodziców jest jedną z częstszych dysfunkcji rodzinnych, a zarazem dysfunkcją łatwo rozpoznawalną. Rozbudowana sieć państwowych ośrodków leczenia uzależnienia od alkoholu i współuzależnienia, a także nagłośnienie społecznych skutków alkoholizmu dotykających nie tylko osobę uzależnioną, lecz także członków jej rodziny powoduje, że dzieci pochodzące z rodzin alkoholowych są otoczone specjalną uwagą i troską. Ma to swoje pozytywne i negatywne skutki. Z jednej strony DDA, Dorosłe Dzieci z rodzin Alkoholowych, mają dostęp do bezpłatnej pomocy terapeutycznej, z drugiej jednak ich wyróżnienie marginalizuje problemy innych Dorosłych Dzieci, wyrastających w rodzinach o odmiennych od alkoholizmu dysfunkcjach. DDD - Dorosłe Dziecko z rodziny Dysfunkcyjnej, które nie jest DDA, nie ma co liczyć na bezpłatną pomoc. Ponadto wysunięcie na plan pierwszy problematyki DDA stwarza niebezpieczną pułapkę zaprzeczania jakimkolwiek dysfunkcjom dzieciństwa u tych, których rodzic, czy rodzice alkoholikami nie byli. Czy jednak każde DDA, czy DDD potrzebuje pomocy terapeutycznej? Dlaczego w ogóle ludzie po taką pomoc się zwracają?
W bogatej literaturze na temat DDA można spotkać różnorakie charakterystyki osób wychowanych w rodzinach z problemem alkoholowym. Podkreśla się, że ciągły stres, w jakim dorastały, przy jednoczesnym braku więzi emocjonalnych z rodzicami spowodował wypracowanie przez nie mechanizmów przystosowawczych, służących przetrwaniu. Mechanizmy te zależą od pełnionej przez dziecko roli (bohater rodzinny, kozioł ofiarny, maskotka, dziecko niewidzialne) i są przenoszone w dorosłe życie, w którym, mimo że znika konieczność ich stosowania, wykorzystywane są nadal. Obniża to jakość życia, czyni podatnym na różne emocjonalne zaburzenia i uzależnienia, uniemożliwia tworzenie zdrowych relacji. Niektórzy specjaliści podkreślają, że aby się z tych mechanizmów wyzwolić, konieczna jest trudna, głęboka i długoletnia psychoterapia, która w dodatku wcale nie gwarantuje pozytywnych rezultatów. Nie jest to moim zdaniem prawda.
Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA), w Polsce obecnie trzy czwarte dzieci żyje w domach, w których przynajmniej jeden rodzic jest alkoholikiem. Biorąc pod uwagę, że rodzinne dysfunkcje, narażające dziecko na długotrwały stres oraz uniemożliwiające tworzenie więzi emocjonalnych, są efektem nie tylko alkoholizmu rodziców, można wyciągnąć wniosek, że niedługo gabinety psychoterapeutyczne rozmnożą się jak grzyby po deszczu, a klienci z syndromem DDA/DDD będą się do nich cisnąć drzwiami i oknami. To, że tak się dotąd nie działo i dziś tak się nie dzieje, może wynikać albo z faktu, że kiedyś rodziny były idealne, a ich dysfunkcje są zmorą naszych czasów i rezultatem upadku wartości moralnych, albo z nieuświadamiania sobie przez DDA/DDD ich problemu. Ów brak świadomości jest wynikiem typowego dla DDA/DDD mechanizmu zaprzeczania rzeczywistości. Rozważmy zatem obie możliwości.
Pierwsze wytłumaczenie wydaje się mało przekonujące - wystarczy sięgnąć do źródeł historycznych i zapoznać się z drastycznymi sposobami, w jakie dzieci były kiedyś traktowane przez dorosłych. Drugie też jest wątpliwe, ponieważ obecnie DDA, a w ślad za tym DDD, stały się popularnymi etykietkami, pozwalającymi usprawiedliwić życiowe kłopoty - zarówno własne, jak i osób bliskich. Odnoszę wrażenie, że rozpowszechnienie problematyki DDA/DDD wywarło odwrotny od zamierzonego skutek. Zamiast zachęcić do rozwoju osobistego i wzięcia odpowiedzialności za własne życie, spowodowało, że wiele Dorosłych Dzieci utkwiło w błędnym kole poczucia krzywdy i znalazło wygodną wymówkę, aby nic z tym nie robić. Nasuwa się również wątpliwość - skoro tak wielu ludzi jest DDA/DDD, to dlaczego jedni radzą sobie z życiem i są szczęśliwi, a inni nie? Oczywiście zależy to od tego, jakie przyjmujemy kryteria radzenia sobie z życiem, jakimi normami się kierujemy i czym dla nas jest szczęście.
Szukając odpowiedzi, zapoznajmy się najpierw z klasycznymi objawami występującymi u osób z syndromem DDA/DDD, opisywanymi w dostępnych dotąd źródłach:
- niechęć do zmian,
- trudności w kontaktach z innymi ludźmi,
- niezdolność do tworzenia trwałych związków uczuciowych,
- niskie poczucie własnej wartości,
- wrażenie izolacji i niedostosowania.
Jeśli zatem, kobieto, jesteś przebojowa i towarzyska, masz męża i dzieci, osiągnięte sukcesy powodują, że czujesz się wartościowa i podążasz za aktualnymi trendami, powinnaś być szczęśliwa. Gdy natomiast wolisz spokojny tryb życia, jesteś introwertyczką, kobietą samotną, nie masz się czym pochwalić i trudno ci znaleźć coś dla siebie w ofercie kultury masowej, to jesteś z góry skazana na nieszczęście. Ale nie martw się, wystarczy dostosować się do obowiązujących norm kobiety szczęśliwej - i sprawa załatwiona. A jeśli będziesz miała z tym problem, udaj się do psychologa po poradę, jak to zrobić, albo na terapię (na której wzmocnisz tylko swoje przekonanie, że jest z Tobą coś nie tak).
Ten nieco szyderczy ton ma na celu wykazanie, że to nie bycie DDA/DDD, ale uznanie wzorców kulturowych za obowiązujące i chęć dostosowania się do nich często czyni ludzi nieszczęśliwymi. Powoduje, że zamiast żyć własnym życiem, w zgodzie ze sobą, i utożsamiać szczęście z poczuciem spełnienia, próbują odgrywać role według napisanego przez innych scenariusza.
My, kobiety, stoimy przed szczególnie trudnym zadaniem, bowiem scenariusz na nasze życie został utrwalony przez tysiąclecia patriarchatu. Dopiero od niedawna, mając te same prawa co mężczyźni, jesteśmy w stanie go zmieniać, sięgnąć do swojego potencjału i go realizować, same decydować o tym, jak wygląda nasze życie. Pytanie: Czy mamy odwagę to zrobić? Zazwyczaj miotamy się pomiędzy dwoma ekstremami - albo powielamy patriarchalny model kobiety, podporządkowanej mężczyźnie opiekunki domowego ogniska, całkowicie poświęcającej się rodzinie i dzieciom, albo przejmujemy męskie scenariusze, stajemy się kobietami niezależnymi, skupionymi na swoich karierach zawodowych, skłonnymi do podporządkowania sobie partnera i nazywania go "ojcem swoich dzieci".
Rodzice byli dla nas pierwszymi i najważniejszymi autorytetami. To, jakie wzorce nam przekazali, jak nauczyli radzić sobie z trudnościami, jakie metody wychowawcze stosowali, decyduje o tym, w jakim stopniu stałyśmy się kobietami dojrzałymi, w pełni odpowiedzialnymi za własne wybory i dokonującymi ich świadomie. Dzieciństwo to niezwykle ważny dla każdego człowieka okres, przygotowujący go do dorosłego życia. Nasze dojrzewanie do dorosłości przebiega kilkuetapowo. Od momentu przyjścia na świat rozwijamy się po kolei w następujących obszarach:
- poczucia bezpieczeństwa,
- poczucia kobiecości,
- poczucia własnej wartości,
- poczucia miłości.
Jako niemowlęta, a potem małe dzieci nabywamy umiejętność przetrwania, w wieku przedszkolnym i szkolnym uczymy się funkcjonowania w relacjach z osobami tej samej i przeciwnej płci. Będąc nastolatkami, zaczynamy określać własną tożsamość i wreszcie, jako młode kobiety wstępujące w okres dorosłości, otwieramy się na doświadczanie miłości. Tak się dzieje, jeśli nasz rozwój przebiega prawidłowo. Jeśli nie - w obszarach tych mamy deficyty.
Ponieważ nie ma idealnych rodziców, każda z nas miała w mniejszym lub większym stopniu dysfunkcyjne dzieciństwo. Nie ma też idealnych warunków, żyjemy w realnym świecie, obfitującym w różnorakie wydarzenia i sytuacje, na które, jako dziewczynki, nie miałyśmy wpływu. Reakcją na nie były nasze emocje. Jeśli miałyśmy możliwość wyrażenia ich, jeżeli rodzice je zaakceptowali i wsparli nas w ich przeżywaniu, jeśli nie obarczyli nas odpowiedzialnością za to, co czują - otrzymałyśmy podstawową lekcję zdrowego radzenia sobie z emocjami. A gdy tego zabrakło, gdy nasze emocje, albo niektóre z nich, spotykały się z naganą rodziców, karami przez nich wymierzanymi, gdy nie uzyskałyśmy od nich emocjonalnego wsparcia, gdy zostałyśmy przez rodziców wpędzone w poczucie winy za ich nieszczęście, upokorzone lub zawstydzone, lub całkowicie zostawione same sobie w trudnych dla nas chwilach, jeśli nasi rodzice sami nie potrafili zdrowo zarządzać swoimi emocjami, to w jakimś obszarze jesteśmy niedojrzałe. I na tym tak naprawdę polega istota syndromu DDA/DDD - na nieradzeniu sobie z emocjami.
Dorosłe Dziewczynki z domów Dysfunkcyjnych nie potrafią zdrowo radzić sobie z:
- lękiem - jeśli mają deficyty w obszarze poczucia bezpieczeństwa,
- seksualnym wstydem - jeśli mają deficyty w obszarze poczucia kobiecości,
- złością - jeśli mają deficyty w obszarze poczucia własnej wartości,
- smutkiem - jeśli mają deficyty w obszarze poczucia miłości.
Brak umiejętności radzenia sobie z emocjami skutkuje tym, że albo zalewamy się nimi i to one przejmują nad nami kontrolę, odbierając możliwość racjonalnego myślenia i świadomego działania, albo blokujemy je w sobie, stosując różne sposoby ucieczki od nich, co uniemożliwia skuteczne komunikowanie się ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem.
Ponieważ nie ma idealnego dzieciństwa, każda z nas wyniosła z tego okresu bagaż deficytów, niedojrzałości w poszczególnych sferach i zablokowanych emocji. Bagaż ten utrudnia nam życie. Tylko od nas jednak zależy, co z nim zrobimy - czy będziemy go nieść, cierpiąc, czy poszukamy tragarza, który nam w tym pomoże, czy zastosujemy środek przeciwbólowy, by nie czuć jego ciężaru, czy też zechcemy się go pozbyć. Trud rozwoju osobistego polega właśnie na tym, aby ten worek bagażu rozwiązać i zobaczyć, co w nim jest. Powrócić do swego dzieciństwa, przypomnieć sobie krzywdy, które świadomie czy nieświadomie nam wyrządzono, traumatyczne sytuacje, których doświadczyłyśmy, poczuć emocje z tym związane i je wyrazić. W tym procesie potrzebujemy kogoś, kto okaże współczucie i zrozumienie dla naszych emocji, zaakceptuje je i wesprze w ich przeżywaniu - psychoterapeuty, który sam wcześniej odkłamał własne dzieciństwo (płeć jest dowolna, dla prostoty używam męskiej formy językowej). Potrzebujemy - jak to zgrabnie ujęła Alice Miller, światowej sławy psychoterapeutka, autorka wielu książek - empatycznego świadka. Następny krok to przyjrzenie się, jaki wpływ na nasze życie mają powstałe wskutek dysfunkcyjnego dzieciństwa deficyty. Jakie mechanizmy przystosowawcze stosujemy, choć dawno już mogłybyśmy z nich zrezygnować. I dlaczego nie zrezygnowałyśmy - jakie korzyści odnosimy, używając ich. Szczere odpowiedzi na te pytania ujawnią nasz opór przed zmianami. Kolejny krok to dostrzeżenie, że ów bagaż deficytów zawiera w sobie olbrzymi potencjał rozwojowy, że krzywdy i traumatyczne doświadczenia można przekształcić w piękne jakości. Gdy nam się to uda, pozostaje ostatni etap - wybaczenie tym, którzy nas skrzywdzili, losowi, że nas tak srogo potraktował, a także sobie. Nie chodzi o zanegowanie tego, co się stało, zapomnienie o tym czy też zbagatelizowanie. Wybaczamy dla własnego dobra po to, aby uwolnić się od naszej przeszłości, od dysfunkcji naszego dzieciństwa, a tym samym ostatecznie pozbyć się wyniesionych z tego okresu deficytów.
Mechanizmy przystosowawcze, które wykształciłyśmy w dysfunkcyjnych domach, aby przetrwać, to w istocie niezdrowe sposoby radzenia sobie z emocjami - zalewanie się nimi lub blokowanie ich. Dopóki są one skuteczne w dorosłym życiu, nieświadomie je stosujemy. Impuls do tego, aby z tych mechanizmów zrezygnować, pojawia się wtedy, gdy przestają one działać albo gdy negatywne skutki ich stosowania stają się dla nas dotkliwe. Często doświadczamy tego dopiero wówczas, gdy dopadnie nas jakiś życiowy kryzys. Problemy w związku lub jego rozpad, odejście, zdrada partnera lub jego nałogi, choroba (nasza lub kogoś z rodziny), doświadczona przemoc, utrata pracy lub stabilności finansowej, wypalenie zawodowe - to tylko niektóre z nich. Kryzysy życiowe i związane z tym emocje są olbrzymią szansą, aby odkryć swoje deficyty i je przepracować, ale - znów - tylko od nas zależy, czy z tej szansy skorzystamy. Takiego impulsu, takiej szansy nie mają te Dorosłe Dziewczynki, którym wszystko się układa, które wiodą ustabilizowane, na pozór szczęśliwe życie. Tym bardziej trzeba doceniać odwagę tych, które z własnej woli zdecydowały się podążać drogą, jak to pięknie określił M. Scott Peck, "rzadziej wędrowaną", drogą osobistego rozwoju, która wcale nie jest łatwa.
Po pomoc psychoterapeutyczną sięgają zazwyczaj kobiety przeżywające kryzys bądź jego skutki - depresję, nerwice, brak równowagi emocjonalnej czy różne uzależnienia. W powszechnej opinii to one właśnie cierpią na syndrom DDA/DDD. W wielu przypadkach szukanie przez nie pomocy u specjalistów jest kolejną próbą zdjęcia z siebie odpowiedzialności za swoje życie. Oczekują od terapeuty rad, wskazania właściwych wyborów, cudownego lekarstwa, które rozwiąże ich problemy. Zadaniem dobrego psychoterapeuty jest takie poszerzenie świadomości klienta, aby mógł on dostrzec, że cały potencjał rozwojowy tkwi w nim samym. Aby mógł poznać swoje mechanizmy przystosowawcze utrwalające jego deficyty i dokonać wyboru, czy chce się ich pozbyć. Jeśli tak - dobry terapeuta jest po prostu empatycznym świadkiem towarzyszącym klientowi w tym procesie. Nieskuteczność wielu terapii, ich długotrwałość bez widocznych skutków, bierze się przede wszystkim z nieuświadomionego oporu klienta przed wzięciem na siebie odpowiedzialności za rozwiązanie swoich problemów oraz z nieumiejętności dostrzeżenia tego oporu przez terapeutę. A także - niestety - z przejęcia odpowiedzialności przez terapeutę za rozwiązanie problemu klienta lub też z ustawienia się wobec niego w roli wszystkowiedzącego guru.