Czarodziejka. T. 1 - Agnieszka Płoszaj

-
Proszę czekać

Październik 1977

Jego donośny krzyk odbijał się echem od szarych ścian małego pokoju, który wynajmowała na poddaszu starej kamienicy. Leżała na zarwanym tapczanie, beznamiętnie wpatrując się w sufit. Nagle zerwała się i z całej siły kopnęła w stojące nieopodal drewniane łóżeczko.

- Zamknij wreszcie mordę, gnoju! - wrzasnęła. Mały, przestraszony, umilkł na chwilę, po czym z jeszcze większą siłą zaczął głośno zawodzić.

Miała tego dosyć. Dopadła do łóżeczka. Mały wił się i prężył. Patrzyła na syna i czuła, jak wszystko w jej wnętrzu dygocze. Zaraz eksploduje, nie wytrzyma tego wrzasku! Zaraz oszaleje! Nie chce już tego słuchać! Nigdy! Jak w amoku, jednym silnym szarpnięciem wyciągnęła dziecko z łóżeczka. Podbiegła do drzwi, otworzyła je kopnięciem, wybiegła na schody i nie zwracając uwagi na chwiejną jeszcze główkę chłopca, zbiegła na dół. Przed domem nie było nikogo. Zimny podmuch wiatru rozwiał jej brązowe włosy. Podwórze oświetlała stojąca samotnie stara latarnia. W jej żółtym świetle błyszczały pojedyncze kropelki deszczu. Rozejrzała się dookoła i wybiegła na ulicę. Padało coraz bardziej, niemowlę zanosiło się od płaczu. Przystanęła obok wystawionych przez dozorcę kubłów na śmieci. Zdecydowanym ruchem podniosła klapę jednego z nich. Uderzył ją kwaśny odór. Wstrzymała oddech i cisnęła dziecko na stertę odpadków. W mroku dostrzegła błysk jego zapłakanych i przerażonych oczu. Odwróciła głowę i zatrzasnęła klapę. Szła przed siebie, potykając się na nierównym chodniku. Musiała się napić. Wbiegła z powrotem do kamienicy. Pokonała kilka schodów i zawahała się. Spojrzała za siebie. Lało jak z cebra. Osunęła się na schody i zaczęła płakać. Drżała z zimna, jej mokra koszula przywarła do chudego bladego ciała. Przez głowę przemknęła jej myśl: mały ma na sobie tylko te żółte śpiochy, na pewno jest mu zimno. Przeszył ją ból. Jak mogła zrobić coś takiego? Wyrzuciła na śmietnik własnego syna! Zaczęła się trząść. Musi wrócić po niego, ale... przecież sobie na to zasłużył. Ciągle musiała słuchać okropnych wrzasków. Przez niego prawie wcale nie spała, wysysał z niej całą energię, siłę i chęć do życia. Był dla niej ciężarem, a ona była za słaba. Lecz miał tylko ją. Zerwała się ze schodów i wypadła na dwór. Biegła pod wiatr. Siarczysty deszcz smagał jej policzki. Dopadła do kubła. Podniosła klapę i stanęła jak wryta. Dziecka nie było! Zaczęła nerwowo przerzucać śmieci rękoma. W panice rzuciła się do następnego pojemnika, a potem do kolejnego. Niczego nie znalazła. Usiadła na krawężniku, otoczyła się ramionami. Co teraz? W głowie miała mętlik. Ciągle widziała zapłakane oczy malca. Nagle przez szum deszczu dobiegł ją warkot silnika. Podniosła się i spojrzała daleko przed siebie. Na końcu uliczki w mroku znikały światła odjeżdżającego samochodu. Zerwała się i pobiegła w jego kierunku, lecz nie zdołała go dogonić. Stanęła w miejscu, z którego odjechał. Pod stopami poczuła coś miękkiego. Pochyliła się i wzięła do ręki znajomy kawałek bawełny. Przeszedł ją dreszcz. Mocno przycisnęła do siebie żółte śpioszki dziecka. Były przesiąknięte słodkim waniliowym zapachem.

Siedziała w ulubionym, plecionym fotelu na tarasie swojego paryskiego mieszkania. Pomimo kończącego się lata dzień był wyjątkowo ciepły. Delikatny powiew wiatru dawał wytchnienie, przez co upał był mniej męczący. Utkwiła wzrok w zatopionych w słońcu budynkach. Na pociętej zmarszczkami twarzy pojawił się błogi uśmiech. Lubiła lato. Kiedy była młodą kobietą, wielokrotnie wylegiwała się na leżaku, wystawiając skórę na działanie promieni słonecznych. Uwielbiała ten cudownie bursztynowy kolor, jaki przybierało jej smukłe wówczas ciało. Uśmiechnęła się do siebie na to wspomnienie. Najbardziej bawiło ją, gdy spod ciemnych, dużych okularów obserwowała posyłane ukradkiem spojrzenia mężczyzn. Zwłaszcza gdy miała na sobie to połyskujące bikini w złotym kolorze. Cudownie podkreślało opaleniznę. Zadumana przymknęła oczy. Wiatr poruszył jej włosami. Nagle poczuła delikatny dotyk na swoim ramieniu.

- Babciu... - łagodny kobiecy głos zabrzmiał w jej uszach. - Przyniosłam ci lemoniadę i dzisiejszą pocztę. - Młoda blondynka odstawiła tacę na stolik. Wysoka szklanka z napojem, w którym pływały kawałki cytryny, niebezpiecznie zabujała się na boki. - Babciu, nie powinnaś siedzieć w samym słońcu - skarciła ją dziewczyna. Położyła na stoliku trzymane w dłoni koperty i opuściła markizę, zacieniając nieco taras. Kamila podniosła głowę i spojrzała na wnuczkę.

- Moja mała Natalie - szepnęła. Nikogo w życiu nie kochała tak jak jej. I nikomu nie poświęcała tyle uwagi i czasu. Kiedy Natalie była dzieckiem, każdą wolną chwilę spędzała właśnie z nią. Nigdy nie spuszczała jej z oczu. Tak bardzo pokochała tę małą istotkę, że nie wyobrażała sobie bez niej życia. Myśl, że coś złego mogłoby się jej przytrafić, wywoływała w Kamili wręcz paniczny strach. Była nadopiekuńcza. Tak, wiedziała o tym. Niejednokrotnie wywoływało to konflikt z matką dziewczyny. Ale nie potrafiła inaczej. Zawsze drżała o wnuczkę. Miała swoje powody.

- Mary upiekła muffinki. - Natalie uśmiechnęła się. - Przyniosę. Zejdę też po prasę. Kupić ci coś? - Odsunęła z twarzy pasmo włosów.

- Cygaretkę? - zapytała zaczepnie Kamila. Widząc upominający wzrok wnuczki, roześmiała się głośno. Natalie pogroziła jej palcem i pobiegła w kierunku schodów.

Kamila sięgnęła po szklankę. Kropla lemoniady spłynęła po szklance i spadła na jedną z kopert. Kobieta spojrzała na listy. Dwa z nich były urzędową korespondencją, ale ten trzeci... Był inny. Koperta z grubego tłoczonego papieru, adres i nazwisko Kamili napisane atramentem. To ją zaintrygowało. Lubiła, gdy ktoś dbał o takie szczegóły. Rozerwała kopertę tak, by nie uszkodzić jej bardziej niż to konieczne i z ciekawością zajrzała do środka. Znieruchomiała. Jej kościste palce zamarły na wysuniętym z koperty pożółkłym zdjęciu dziecka. Odwróciła fotografię. Na poplamionym papierze widoczne były dwie litery i data. Dotychczas spokojne dłonie starszej pani zaczęły drżeć. Próbowała wsunąć zdjęcie z powrotem. Po kilku próbach wreszcie się to udało. Obejrzała dokładnie kopertę, ale podświadomie czuła, że to niepotrzebne. Ktoś wie! Ktoś spoza ich kręgu. W tej jednej sekundzie spokój ustąpił miejsca przerażeniu.

Noc spowiła ulice Łodzi. Biegł z całych sił. Chwilami nawet nie widział tego, co ma przed sobą. Świat rozmywał się w kolorowe smugi światła. Czuł, że nigdy w życiu jego mięśnie nie pracowały w tempie takim jak teraz. Sam nie wiedział, czy był to efekt adrenaliny czy amfetaminy, która krążyła w jego żyłach. Odwrócił głowę. Byli tuż za nim. Wiedział, że ma nad nimi przewagę. Doskonale orientował się w zakamarkach śródmieścia Łodzi. Znał każdy najmroczniejszy kąt. Skręcił gwałtownie, nie zwalniając biegu. Zachwiał się i niewiele brakowało, by się przewrócił. Podparł się ręką i odzyskał równowagę. Wbiegł w jedną z tych małych, ciemnych uliczek, których nie wybiera się na przyjemny spacer. Była krótka, wyłożona kamieniami. Kilka starych latarni oświetlało ją żółtym światłem. Zostało mu tylko kilka metrów do obskurnej kamienicy. Wbiegł do ciemnej klatki schodowej, gdzie silna woń stęchlizny mieszała się z odorem moczu. Rzucił się pędem na drewniane schody. Pokonał kilka pięter i biegł dalej na samą górę. Miał wrażenie, że stare schody za chwilę się rozpadną. Parę razy próbował się złapać chybotliwej poręczy. Jeszcze tylko kilka stopni i wpadł na poddasze. Słyszał już głosy mężczyzn przy wejściu do kamienicy. Przebiegł strych. Dostał się do niewielkiego otworu w szczytowej ścianie budynku. Pozostałość po oknie. Był szczupły, nawet chudy. No cóż, dragi i kiepska dieta zrobiły swoje. Bez trudu przecisnął się przez otwór i bez wahania skoczył w dół. Zdawało mu się, że spada w ciemną otchłań. Słyszał tylko swój przyspieszony oddech i bicie serca. Nie bał się, robił to już nie raz. Znał ten teren doskonale. Upadł na dach sąsiedniego, niższego budynku. Dalej to już łatwizna. Skulony podbiegł do najciemniejszego miejsca, szczeliny między ścianą kamienicy a starym kominem. Przykucnął i czekał. Słyszał, jak tamci biegają po strychu, z którego wyskoczył. Bez powodzenia przeszukują kąty, rzucając starymi przedmiotami, odsłaniając potencjalne kryjówki. Widział, jak światło latarek chaotycznie tańczy wśród rupieci. Jeden z mężczyzn podszedł do okienka i głośno zaklął. Chwilę później głosy i światła zniknęły. Był sam. Wciąż miał w uszach trzask tłuczonego szkła i głuchy odgłos upadającego ciała. Chyba go zabił. Przełknął ślinę i starał się wyrównać oddech. Trochę kręciło mu się w głowie. Najważniejsze, że znów się udało, chociaż tym razem nie chodziło o torebkę czy telefon. Spojrzał na swoje dłonie. W blasku księżyca zobaczył zaschniętą krew. Teraz potrzebuje tylko kasy i samochodu.

Julia Bronicka na ogół nie czytała gazet. Tego poranka zrobiła jednak wyjątek. Płacąc za paliwo, nie mogła oderwać oczu od krzykliwego tytułu najświeższego wydania "Expressu Ilustrowanego". Bez namysłu kupiła gazetę i nim doszła do swojej hondy, przeczytała spory fragment artykułu. Wydawcy nie skąpili miejsca na szczegółowe zeznania naocznych świadków nocnego incydentu w jednym z klubów przy łódzkiej Pietrynie. Obszerny tekst wieńczył kiepskiej jakości portret pamięciowy domniemanego sprawcy zabójstwa. Jula przyjrzała się rysunkowi. Był niedopracowany i w żaden sposób nie zgrywał się z opisem, który przedstawiono w artykule. Niemniej rysownikowi udało się uchwycić jeden drobny szczegół. Podłużną szramę przecinającą łuk brwiowy podejrzanego. Dziewczyna nerwowo przygryzła usta. Znała zabójcę. Niestety, nie ona jedna. Zwinęła gazetę. Włączyła silnik i poczuła na karku przyjemne mrowienie. Srebrne bransoletki na jej szczupłym nadgarstku zadźwięczały, gdy wrzuciła bieg. Spojrzała w lusterko i odruchowo poprawiła krótką grzywkę. Niewiele to dało. Jej nienaturalnie czarne włosy nieustannie rozwiewał wiatr wpadający przez otwarty dach samochodu. Uwielbiała to auto. Moc, która kryła się pod jego maską, pozwalała rozwijać olbrzymie prędkości. Adrenalina podnosiła się do przyjemnego poziomu za każdym razem, gdy jej szczupłe ciało wbijało się w skórzany fotel. Nie czuła strachu. Znała swój samochód i znała też swoje możliwości. Głęboko zaciągnęła się powietrzem. Z zadowoleniem zerknęła na licznik. Wskazywał sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. Szybko? Zdarzało się i znacznie szybciej, ale to było kiedyś. Odruchowo dotknęła lewego ramienia. Nie będzie do tego wracać. Nie dziś. Spojrzała w niebo. Koniec lata był cudownie ciepły. Minęła fabrykę Della i zaczęła zwalniać przed niedużym rondem. Znów zerknęła w lusterko. Przez głowę przebiegła jej kusząca myśl, by zawrócić i raz jeszcze przejechać po niedawno otwartej trasie.

- Jutro - szepnęła do siebie i zmarszczyła nos. Dziś była umówiona i nie zamierzała się spóźnić. Delikatnie przyspieszyła i wmieszała się w tłum podążających ulicami miasta kierowców. Kilkanaście minut później z niecierpliwością śledziła powolny ruch unoszącego się przed maską jej auta szlabanu. Wjechała na teren zamkniętego osiedla, wyłączyła silnik i spojrzała na zegarek. Zostały jej trzy minuty.

Kamila De Montei raz po raz spoglądała w kierunku komody, w której schowała list. Nie mogła skupić uwagi na niczym innym. W ciągu dnia chodziła posępna i zamyślona. W nocy ze snu wyrywały ją koszmarne obrazy. Czekała na kolejny ruch. Nie miała złudzeń, że ktoś, kto przysłał zdjęcie, niedługo znów da o sobie znać. Dlatego sama przeglądała codzienną pocztę. Nie chciała ryzykować, że ewentualna przesyłka trafi w niepowołane ręce. Martwiła się zwłaszcza o Natalie. Na samą myśl, że coś mogłoby jej zagrażać, Kamilę ścisnęło w żołądku. Synem i jego żoną nie przejmowała się aż tak bardzo. I tak ich stosunki nie były najlepsze. Nie lubiła swojej synowej i nigdy tego nie ukrywała. Uważała ją za grubiańską, leniwą, pozbawioną ambicji kobietę, którą zwabił obiecujący majątek i perspektywa wygodnego życia. Najbardziej przerażający jednak był jej beztroski stosunek do macierzyństwa. Kamila nie mogła zaakceptować, że mała Natalie zostawiana jest bez opieki podczas zabaw w przydomowym ogrodzie. Podeszła do komody i wypielęgnowaną dłonią potarła brzeg szuflady. Zadrżała, gdy z rozmyślań wyrwał ją głos Mary, pomocy domowej, którą zatrudnił jej syn po tym, jak Kamila owdowiała i kompletnie przestała radzić sobie z prowadzeniem domu.

- Madame, przed chwilą przyniósł to kurier. - Służąca wskazała dłonią pudełko w złotym, błyszczącym papierze. Leżało na stoliku w okazałym holu.

A więc jest. Tak jak podejrzewała. Nie ma co liczyć, że da jej spokój.

Poczuła pulsowanie w skroniach. Zaczęło brakować jej powietrza. Dodatkowo czuła na sobie palący wzrok ciekawskiej Mary. Podeszła do stolika i wzięła paczkę do ręki. Przez chwilę trwała nieruchomo, zastanawiając się, jak pozbyć się służki. Ostatecznie w milczeniu przeszła do gabinetu swojego zmarłego męża i starannie zamknęła za sobą drzwi. Położyła pudełko na wypolerowanym, palisandrowym blacie biurka i odsunęła jedną z ciężkich szuflad. Odszukała nóż, którym zwykle otwierali pocztę, i rozerwała połyskujący, ozdobny papier. Jednym szarpnięciem otworzyła karton. Mały pluszowy miś patrzył na nią szklanymi oczkami. Na białym niegdyś brzuszku widoczne były ciemne plamy. Zabawka musiała długo leżeć gdzieś na strychu lub w piwnicy. Była zakurzona i pachniała stęchlizną. Kamila wzięła głęboki oddech i położyła głowę na oparciu czarnego, skórzanego fotela, w którym zazwyczaj przesiadywał jej mąż. Miała przed sobą pojedynczą kartkę. Starając się zachować spokój, przebiegła wzrokiem po linijkach tekstu skreślonych tym samym charakterem pisma, co zaadresowana wcześniej koperta. Drżącą dłonią złożyła kartkę na pół i wcisnęła ją w kieszeń lnianych spodni. Zmrużyła oczy i szukała w pamięci jakiegoś szczegółu, który mógłby wskazać nadawcę tej przesyłki. Gdzieś w podświadomości dźwięczała jej jedna myśl. Musiała jednak rozważyć, na ile sytuacja jest poważna. Nie wolno jej działać pochopnie, jednak musi jakoś zareagować, zanim sprawa wymknie się spod kontroli. Wtedy byłoby za późno. A jeśli to głupi żart? Niepotrzebnie narazi siebie i innych. A jeśli... Natalie! Zdecydowanym ruchem sięgnęła po słuchawkę telefonu i wybrała numer kierunkowy do Polski.

Julia starała się dotrzeć do niedużej kawiarni najszybciej jak mogła. Otworzyła ją kilka lat temu razem ze swoją przyjaciółką. I to właśnie o niej myślała, stojąc w korku na skrzyżowaniu Marszałków. O niej i o człowieku, którego podobiznę wydrukowano w prasie. Miała nadzieję, że dotrze do kawiarni przed nim. Szybko zaparkowała i podbiegła do drzwi. Szarpnęła za klamkę. Od progu poczuła zapach świeżo mielonej kawy.

- Mania! - krzyknęła, nerwowo rozglądając się po wnętrzu kawiarni. Zza dużego kontuaru wyjrzała ładna blondynka.

- Czemu tak krzyczysz? - Popatrzyła zaskoczona.

Julia odetchnęła głęboko i przysiadła na jednym z wysokich krzeseł.

- Maniuś... - zaczęła niepewnie. - Widziałaś się dzisiaj z Mariuszem? - Spojrzała na przyjaciółkę. - Możliwe, że jeszcze nie wiesz, ale... - Zaszeleściła gazetą, którą ściskała w ręku.

- Julka, poczekaj! - Mania przerwała jej, uderzając dłonią w barowy blat. - Muszę ci coś pokazać! - Wybiegła zza baru, głośno stukając obcasami i stanęła obok Juli, przybierając pozę modelki.

- Lukaj! - zakrzyknęła, dumnie się prężąc.

- Co? - Jula ściągnęła brwi, ale widząc uniesioną zgrabną łydkę Mani, zorientowała się, o co chodzi. Uśmiechnęła się. - No super! - Pochyliła się i dotknęła buta dziewczyny.

- Dostałam. - Mania zachichotała.

- Od kogo? - Jula wyprostowała się i zaczęła rozpinać bluzę.

- Od Mariuszka. - Mania zatrzepotała sztucznymi rzęsami.

Jula zastygła i spojrzała na nią badawczo.

- Od tego...

- Tak! - przerwała jej Mania. Znała zdanie przyjaciółki na temat chłopaka, z którym obecnie się spotykała. - Tylko nie bądź niemiła. Przyznaj, że się postarał.

- Ukradł je czy przespał się z ekspedientką? - rzuciła chłodno Julia.

- Ej! - krzyknęła Mania.

- No co?! - Spojrzała z wyrzutem. - Jak chcesz wiedzieć, to ten twój cudowny gach jest poszukiwany przez policję! - Wcisnęła dziewczynie zmiętą gazetę.

- Chyba żartujesz? - oburzyła się Mania. - Niby dlaczego? - Zaczęła rozkładać strony, wygładzając papier dłonią.

- Przeczytaj sobie - rzuciła Jula. Wstała i ruszyła w kierunku zaplecza. Zatrzymał ją głośny śmiech Mani. Odwróciła głowę i zdziwiona popatrzyła na dziewczynę.

- To ma być Mariusz? - prychnęła Mania. - Weź, ty jak coś wymyślisz, to naprawdę... - Pokręciła głową. Złożyła gazetę i podeszła do Juli. - Zapewniam cię, że mój chłopak nie ma z tym nic wspólnego.

- Ale Mania... - Uniosła rękę, wskazując bar, na którym leżał brukowiec. - Czytałaś to w ogóle?

- Nie i nie zamierzam tego robić! Nie pierwszy raz ktoś próbuje go wrobić w jakąś akcję. - Skrzyżowała ręce na piersiach.

- Mania! Fajnie, że tak mu ufasz, ale zobacz przynajmniej, kogo policja zatrzymała na miejscu... - Jula przerwała, widząc zaciętą minę Mani. - Okej. - Uniosła ręce. - Nie wtrącam się. Twoja sprawa. Chciałam tylko, żebyś wiedziała.

- Czemu jesteś do niego taka uprzedzona? - Mania przechyliła głowę.

- Bo wiem, że się nie mylę! Od samego początku mi się nie podobał! Nie wiem, co by się musiało stać, żebym się do niego przekonała. Mania, naprawdę dobrze ci radzę, zastanów się!

- Nie ma nad czym! - zakrzyknęła Mania, po czym zamilkła, zawstydzona swoim wybuchem. Opuściła głowę. Bezmyślnie wpatrywała się w czubki nowych szpilek.

- Buty są śliczne - mruknęła Jula. Nie miała ochoty na kłótnie. Nic by na tym nie zyskała. I tak nie przekona Mani. Zwłaszcza teraz, gdy jej przyjaciółka trwała w miłosnym zaślepieniu. Juli pozostało usunąć się w cień i czekać na dalszy rozwój sytuacji. Scenariusz zwykle był podobny, więc finał łatwo można było przewidzieć. Mania należała do grona atrakcyjnych dziewczyn, które nie narzekały na brak zainteresowania ze strony mężczyzn. Nawet gdy w rozciągniętym swetrze targała worek śmieci do osiedlowej pergoli, wzbudzała ogólny zachwyt. Niestety wybierała takich osobników, z którymi wiązały się wyłącznie kłopoty. Julia niejednokrotnie próbowała wpłynąć na jej decyzje, by uchronić ją od kolejnego rozczarowania, jednak nie zawsze się to udawało. Nie zamierzała jednak tracić czujności. Bezpieczeństwo Mani było dla niej priorytetem. Punktem honoru. Z pozoru mogłoby się zdawać, że wynika to z łączących je przyjacielskich relacji. Prawda jednak wyglądała nieco inaczej. Julia miała niesłabnące poczucie obowiązku, i to nie tyle wobec Mani, co jej rodziny. Swoisty dług wdzięczności. Zaciągnięty przed kilkoma laty, w ciepłą sierpniową noc. Podłużna blizna na ramieniu przypominała jej o tym każdego dnia. Dlatego niezależnie od sytuacji trwała przy Mani i mimo upływu lat nie zamierzała tego zmieniać. Zwłaszcza teraz, gdy obecny obiekt westchnień przyjaciółki miał wyjątkowo złe referencje.

Olbrzymie krople deszczu spływały po szybie. Pomimo wczesnej pory Monika Gardensen sączyła whisky, wpatrując się w monit z banku. Westchnęła głośno i niespiesznie podeszła do biurka. Ciszę przerwał dźwięk niszczarki tnącej papier na cienkie paseczki. Znów sięgnęła po szklankę z bursztynowym napojem i usiadła w miękkim fotelu, krzyżując nogi. Przez chwilę obracała w dłoniach grube szkło, przygryzając usta. Wróciła myślami do ostatniej rozmowy z matką. Przechyliła szklankę i wlała w siebie jej zawartość. Co teraz? Teraz, kiedy została z tym wszystkim sama. Alkohol rozgrzewał ją od środka. Gdyby chociaż żył jej ojciec! Odchyliła klapkę telefonu i wybrała numer matki. Nie odbierała. Może to i dobrze. Ostatnio nie zdążyła się jeszcze odezwać, a matka jak zwykle na nią naskoczyła. Pije i źle się prowadzi? Wielkie rzeczy. Słyszała tę historię wielokrotnie. Nie robiło to już na niej wrażenia. Matka zawsze gderała. Do znudzenia powtarzała wydumaną śpiewkę o wdzięczności i szacunku. Tylko za co i dla kogo? Monika odłożyła komórkę na szklany stolik. Zapaliła papierosa i przez chwilę nieruchomo wpatrywała się w okno. Jak zwykle padało. Miała wrażenie, że w Belgii zawsze pada. Nagle telefon zawibrował, głośno stukając o szklaną powierzchnię. Odwróciła się i sięgnęła po aparat. Spojrzała na numer. Jak oparzona wypuściła komórkę z rąk. Szybkim ruchem podeszła do biurka i złapała stojącą na nim butelkę z alkoholem. Odkręciła ją i zdecydowanym ruchem wlała w siebie mocny napój. Oblizała usta. Potrzebuje więcej informacji. Musi je zdobyć, inaczej będzie skończona. Spojrzała na butelkę. Znów przyłożyła ją do ust, tym razem nie napiła się jednak ani kropli. Odstawiła ją z hukiem na stolik i ruszyła w stronę łazienki. Komórka znów zaczęła wibrować. Nawet na nią nie spojrzała.

Opadła ciężko na fotel i zsunęła ze stóp nowe szpilki. Przeciągnęła się, napinając zmęczone mięśnie. To był ciężki dzień. Mnóstwo kaw, ciasteczek, muffinek, croissantów. Cały czas biegała pomiędzy stolikami, zbierając zamówienia i sprawdzając, czy każdy z gości jest zadowolony. Lubiła swoją pracę. Poznawała tyle nowych osób. Dodatkowo cieszył ją fakt, że odkryła w sobie pasję, którą mogła podzielić się ze światem. Piekła babeczki. Największym wzięciem cieszyły się te czekoladowe z bananowym nadzieniem. Większość ciast w ich kawiarni pochodziła z zaprzyjaźnionej cukierni, ale babeczki były jej domeną. Sama wymyślała ich smaki i je dekorowała. Codziennie rano pojawiały się na specjalnej szklanej podstawie, na barze obok menu. Ich zapach, zmieszany z roznoszącym się zapachem świeżej kawy, skutecznie kusił klientów. Ogólnie rzecz biorąc, Mania nie radziła sobie w kuchni najlepiej. Poza babeczkami wszelkie próby przyrządzenia jakiejkolwiek potrawy kończyły się porażką. Niejednokrotnie nawet zagotowanie wody skutkowało koniecznością zakupu nowego garnka. Dlatego tym większa była radość Mani, że ktoś docenia chociaż tę jedyną rzecz, w którą wkładała tyle serca i starań. Nie wyobrażała sobie, by miała robić w życiu coś innego. Pomysł z kawiarnią był strzałem w dziesiątkę. Nie było im łatwo, zwłaszcza na początku. Zainwestowały wszystkie swoje oszczędności, których zwłaszcza Mania nie miała za dużo. Julka idealnie to wszystko wymyśliła i udało się wyjść na prostą. Mania ziewnęła i oparła głowę na miękkim obiciu fotela. Wpatrywała się w ogromne czarno-białe zdjęcie zdobiące jedną ze ścian lokalu. Stary tramwaj na głównej ulicy miasta. W kawiarni było mnóstwo fotografii. Na wszystkich widniały motywy z fabrykanckiej Łodzi. Mania najbardziej lubiła jedną w sepii. Przedstawiała roześmianą dziewczynkę w jasnej sukience, biegającą po altanie w Parku Źródliska. Mania pamiętała moment, gdy zobaczyła zdjęcie po raz pierwszy. To było tydzień przed otwarciem kawiarni. Julia włożyła dużo wysiłku, by znaleźć odpowiednie kadry, dlatego z entuzjazmem biegała po kawiarni, planując ich rozmieszczenie. Mania zapytała ją wtedy o białą altanę. Kompletnie nie kojarzyła tego miejsca. Julia opowiedziała jej o najstarszym łódzkim parku i jego właścicielach. Największe wrażenie zrobiła na Mani osoba małej Anny Marii Herbst, ukochanej wnuczki łódzkiego fabrykanta Karola Scheiblera. Mania była tak zafascynowana opowieścią o uroczej dziewczynce z Księżego Młyna, że porzuciła wypakowywanie naczyń z tekturowych pudeł, przysiadła na podłodze między zwojami bąbelkowej folii i z zapartym tchem chłonęła każde słowo przyjaciółki. Już sam fakt, że Anna Maria była spełnieniem marzeń matki Matyldy i wyczekiwanym szczęściem w rodzinie pełnej chłopców, wzruszył Manię głęboko. Jednak nic nie potrafiło zatrzymać jej łez, gdy Julia wspomniała o tragedii, jaka spotkała rodzinę Herbstów i Scheiblerów, gdy niespełna dziesięcioletnia Anna Maria poważnie zachorowała i niedługo potem zmarła, pozostawiając rodzinę w szaleńczej rozpaczy. Nie pomógł nawet argument, że śmierć dziewczynki przyczyniła się do uratowania innych łódzkich dzieci, gdyż Herbstowie, chcąc uchronić innych rodziców przed podobną tragedią, przekazali fragment terenu i ogromną kwotę pieniędzy na budowę szpitala dziecięcego. Najlepszy wówczas szpital pediatryczny w Europie stanął właśnie w Łodzi. Nazwano go imieniem dziewczynki. Mania była tak wstrząśnięta tą historią, że jeszcze przez kilka kolejnych dni żałowała małej Anny Marii, a zdjęcie dziewczynki w altanie, które przywiozła Julia, kojarzyło się jej jednoznacznie z Herbstówną. Julia już chciała z niego zrezygnować, by nie szargać nerwów przyjaciółki, gdy nagle wpadła na pomysł, żeby zabrać ją do Pałacu Herbstów, w którym kiedyś mieszkała Anna Maria, a obecnie znajduje się tam muzeum jej rodziny, i udowodnić, że dziecko ze zdjęcia nie jest tym, o którym Mania myśli. Poprosiła oprowadzającą je kobietę, by pokazała im fotografię niedoszłej dziedziczki, i kiedy okazało się, że jej długie, ciemne loki wystające spod kapelusza w niczym nie przypominają jasnych, rozwianych włosków dziewczynki z kawiarnianej sepii, Mania odetchnęła z ulgą. Obie zgodnie uznały, że fotografia zawiśnie na ścianie. Zwłaszcza że sepia wyjątkowo pasowała do wystroju kawiarni.

Brąz był dominującym kolorem w lokalu. Dopełnienie stanowiły dodatki w pastelowych odcieniach różu i turkusu. Głównie tekstylia. Zasłony, serwetki i poduszki leżące gdzieniegdzie na ciemnych fotelach, a także filiżanki, naczynia i ogromna liczba zapachowych świec. To wszystko dodawało temu miejscu przytulnego charakteru. Wspaniale wyglądały dwie wielkie witryny okienne. Mania wymyśliła, by zawiesić w nich delikatne zasłonki, zrobione z setek cieniutkich sznureczków w kolorze rozbielonego różu. Jula z zachwytem przyznała, że rewelacyjnie pasują do ciemnych welurowych kotar. Całości dopełniały brązowe tapety z wytłoczonym jasnoróżowym wzorem.

Julia wyszła z zaplecza i spojrzała na zamyśloną koleżankę.

- Co tak dumasz? - Przysiadła na brzegu innego fotela.

- Nic. - Mania wydęła usta. Bezwiednie nawijała jasne pasmo włosów na palec. - Dobrze mi się siedzi. - Uśmiechnęła się. - Ale ogólnie to jestem strasznie zmęczona. - Potarła dłonią łydki.

- To czemu się jeszcze nie zbierasz? Jedź, ja zamknę. - Jula wzruszyła ramionami.

- Już... - Mania westchnęła. Zawiesiła wzrok w przestrzeni i znów zaczęła bawić się opadającym pasmem włosów. - Wiesz co? - Ziewnęła. - Kojarzysz tę naszą Zosię? - Przeniosła wzrok na Julię.

- Nooo. - Jula przeciągnęła się.

- Coś ci powiem. - Mania wyraźnie się ożywiła i usiadła prosto. - Wiesz, że ona - ściszyła konspiracyjnie głos - poprosiła mnie o przysługę. - Uśmiechnęła się.

- To znaczy?

- Dała mi coś na przechowanie. Jakąś paczkę. Schowałam to do bagażnika.

- I co? - Jula zmarszczyła nos.

- No niby nic.

- To skąd ten konfidencjonalny szept? - Jula rozejrzała się na boki. Jej ciemne, idealnie przycięte włosy poruszyły się. Mania zawsze zazdrościła Juli tego połysku. Ona pomimo stosowania różnego rodzaju kosmetyków nigdy nie uzyskała choć w połowie takiego efektu. Odruchowo pogładziła swoją potarganą, przerośniętą grzywkę.

- Prosiła o dyskrecję. Muszę zadzwonić do niej i spytać, do kiedy mam to trzymać.

- Brzmi podejrzanie. Duże to jest?

- Ja wiem...? - Mania skrzywiła się. - Jak pudełko od butów.

- Nie korci cię, żeby tam zajrzeć? Może to skradzione diamenty albo fragmenty ludzkich szczątków - zażartowała Julia.

- Weź przestań. - Mania machnęła ręką. - Tobie coś powiedzieć to naprawdę... - Udała oburzenie i podrapała się nerwowo po głowie. - Śmierdziałoby, jakby to były szczątki.

- No raczej na pewno. - Jula przygryzła skórkę przy paznokciu. - Ale jedno muszę ci przyznać... Coraz fajniejsze masz te koleżanki. Jak nie Czupinowa, to teraz ta Zofia. Wymieniacie się ciuchami? - Zaśmiała się.

- Bardzo śmieszne - burknęła Mania. - Jesteś bez serca. Pani Zosia jest sama, starsza i taka biedna, nie ma nikogo. - Mania zamyśliła się. - Wiesz, jak ona kochała tego swojego męża... Szok... - Pokręciła głową. - Przypomina mi moją babcię. - Zamrugała.

- Na biedną to ona mi nie wygląda. - Jula wstała i weszła za bar. Nadgryzła ostatnią babeczkę. - Spadamy, co? - Nacisnęła na przycisk kasy i wydrukowała raport.

Mania milczała przez chwilę zamyślona. Jula przeszła obok niej i sięgnęła po bluzę. - Idziesz czy będziesz tak siedzieć do rana? - Uniosła jedną brew.

- Idę, idę... - Mania wyprostowała nogi i spojrzała niepewnie na koleżankę. - Jula? Nie podrzuciłabyś mnie do domu? - Skrzywiła się.

- Spoko. A co z twoim autem? Zostaje tu?

- Mój samochód... - Mania westchnęła ciężko. - Ja go na chwilę pożyczyłam.

- Pożyczyłaś?! A niby komu? - żachnęła się Julka.

- No Mariuszkowi, ale na chwilę, w sensie... Chciał tylko coś ważnego załatwić, a to daleko i nie miał jak się tam dostać, i w ogóle to bardzo delikatna sprawa, że niby jego matki dotyczy i on musi jej pomóc, i ja się zgodziłam. - Mania mówiła tak szybko, że momentami brakowało jej tchu.

- Że co? - Jula nerwowo zamrugała oczami.

- No. - Mania zaciskała dłonie tak, że słychać było, jak trzaskają jej kostki.

- O której wziął to auto? - spytała rzeczowo Jula.

- Rano, zanim przyjechałaś. - Mania czuła, że kurczy się pod badawczym spojrzeniem przyjaciółki. Zdawała sobie sprawę, że nie wygląda to za dobrze.

- Przecież pytałam, czy się z nim widziałaś?! - krzyknęła zdenerwowana Jula.

- Myślałam, że ci mówiłam - stęknęła Mania. Podniosła się z fotela i wsunęła stopy w buty. Stukając obcasami, przeszła za bar. Założyła krótką kurteczkę. Julka nie przestawała jej obserwować. Czuła, jak wzbiera w niej złość. Już miała na nią nakrzyczeć, gdy nagle leżąca na stoliku komórka Mani zapiszczała donośnie.

- O widzisz! To on! - Mania z wyraźną ulgą podbiegła do stolika i chwyciła telefon. Spojrzała na wyświetlacz i z uśmiechem zamachała komórką w stronę Julki. - Nie trzeba było tak panikować. - Zaśmiała się. - Pewnie czeka na zewnątrz. - Machnęła ręką. Znała zdanie Julki na temat Mariusza. Wiedziała, że ta uważa go za ostatniego palanta i nieudacznika. Tym bardziej starała się wyjść z fasonem z niewygodnej sytuacji i nie dać Juli kolejnego dowodu na potwierdzenie jej tezy.

Odbierając telefon, Mania odrzuciła włosy do tyłu i z szerokim uśmiechem wpatrywała się w przyjaciółkę. Z każdą upływającą sekundą jej oczy robiły się coraz większe, a sztuczny uśmiech przyklejony do jej twarzy zmieniał się w grymas. Do Juli dobiegały tylko strzępki rozmowy. Głównie przekleństwa i wyzwiska. Mania próbowała coś powiedzieć, ale nie mogła przebić się przez potok słów chłopaka. Ostatecznie zakryła usta dłonią i rozłączyła się.

- Mańka, co się stało? - Julia podbiegła do niej i szarpnęła za rękaw.

- No bo... - Mania spojrzała na nią tępym wzrokiem.

- No bo co?! - krzyknęła Julia.

- Musimy tam jechać. Najszybciej jak się da. On, oni... - Wzięła głęboki wdech. - On nie ma prawa jazdy i chyba coś pił - wyszeptała przerażona i przełknęła głośno ślinę. Julia bez słowa złapała ją za rękę i pociągnęła w kierunku drzwi.

Dochodziła dwudziesta pierwsza trzydzieści, kiedy czarna honda civic zaparkowała z piskiem naprzeciw przystanku autobusowego przy starym domu handlowym Magda. Paręnaście lat temu otwarto tu pierwszego w mieście McDonalda. Wtedy kolejka pragnących spróbować tego amerykańskiego przysmaku ciągnęła się od strony Piotrkowskiej i zakręcała zgrabnie w Jaracza. Teraz w miejscu restauracji mieścił się dyskont spożywczy i nie wzbudzał już takiej sensacji. Większą atrakcją stał się natomiast stół fabrykantów. Naturalnych rozmiarów rzeźba z brązu, która stanęła na niewielkim placu przed sklepem w ramach projektu Galeria Wielkich Łodzian, przedstawiała trzech założycieli przemysłowej Łodzi. Panowie Grohman, Scheibler i Poznański debatują przy owalnym stole i jak wynika z obserwacji, zwłaszcza tych pochodzących z monitoringu miejskiego, doradców i menedżerów im nie brakuje. Podobnie jak barmanów z wykwintnymi drinkami.

Julka nie zdążyła jeszcze wyłączyć silnika, gdy Mania jak oparzona wyskoczyła z samochodu i pobiegła w stronę wiaty, a właściwie tego, co po niej zostało po tym, jak srebrna corsa wbiła się w nią z całym impetem. W świetle latarni, wokół rozbitej karoserii, mieniły się tysiące kryształków szkła. Mania stanęła przy drzwiach kierowcy i ze łzami w oczach patrzyła na ogrom zniszczeń. Po chwili dołączyła do niej Julka. Były zupełnie same. Czuły na sobie jedynie spojrzenia gapiów ukrytych za firankami okien mieszkań w sąsiedniej kamienicy.

Mania obeszła auto dookoła, po czym schyliła się, zaglądając pod jego spód.

- Wygląda na to, że nie ma ofiar w ludziach. - Kącik jej ust drgnął lekko, co miało być próbą uśmiechu. Szkło chrupało pod ich stopami. Julka zajrzała do pustego wnętrza pojazdu.

- Mańka, co robimy? - Rozejrzała się na boki. - Gdzie on w ogóle jest? - Julia starała się zachować spokój. Widziała, jak roztrzęsiona jest jej przyjaciółka. Mimo złości widok Mani wywołał w niej falę współczucia. Spojrzała na jej gładkie policzki, po których makijaż spływał czarnymi strużkami. Nagle oświetliło je niebieskie, pulsujące światło. Julka wcisnęła Mańce do ręki papierową chusteczkę i ruszyła w kierunku parkującego radiowozu.

- Ja z nimi pogadam - syknęła do Mani, lecz ta złapała ją za rękę i zatrzymała. Nagle jakby oprzytomniała, wytarła twarz.

- To moja sprawa i sama to załatwię! - powiedziała stanowczo. - Proszę cię tylko, zabierz z mojego bagażnika to pudełko, o którym ci mówiłam. - Ruszyła przed siebie.

Julka kiwnęła głową. Kwadrans później stała oparta o swoje auto i wpatrywała się, jak wrak samochodu Mańki wciągany jest na lawetę. Kątem oka zarejestrowała jakiś ruch. W jednej z ciemnych bram dwie męskie sylwetki z zaciekawieniem obserwowały zajście. Jedną z nich rozpoznała bez problemu.

Dzień budził się do życia, a to najlepsza pora na bieganie. Większość sąsiadów jeszcze śpi. Im mniej gapiów, tym lepiej. Nie lubił, gdy ktoś mu się przygląda, jak zmaga się ze zmęczeniem i kolejnym pokonywanym dystansem. Nieraz widział te krzywe uśmieszki. Może nie jest już młodzieniaszkiem, ale ma siłę i werwę większą niż niejeden nastolatek. Biega od dłuższego czasu i zdecydowanie lepiej się czuje. Zapiął czerwoną bluzę pod samą szyję i wyszedł na klatkę schodową. Zrezygnował z windy. Zbiegł dwa piętra w dół. Nagle zatrzymał się i z niepokojem spojrzał na drzwi jednego z mieszkań. Podszedł bliżej. W pierwszej chwili skarcił w myślach swoją ciekawość. Zachowuje się jak jedna z tych wścibskich sąsiadek, która przystaje na klatce i nasłuchuje, co się dzieje w innych mieszkaniach. O nie! On taki nie jest. Ruszył przed siebie, lecz to, co zobaczył, nie dawało mu spokoju. Odwrócił głowę i raz jeszcze spojrzał w kierunku nieszczęsnych drzwi. Westchnął głośno. Im dłużej tkwił w bezruchu, tym bardziej nabierał pewności, że jego poranne biegi muszą zaczekać. Zdecydowanym ruchem podszedł i pukając, popchnął uchylone drzwi.

- Halo! Jest tam kto? - spytał chrypliwym głosem.

Jego pytanie zostało bez odpowiedzi. Spytał raz jeszcze, coraz głębiej wchodząc do mieszkania. Miał złe przeczucie. Wsunął głowę, nerwowo rozglądając się na boki. Przeszedł przez przedpokój i zajrzał do salonu. Musiał uważać, gdzie stąpa. Pod stopami miał sterty porozrzucanych przedmiotów. Z trudem omijał leżące wokół części garderoby, książki, zdjęcia, papiery i najróżniejsze rzeczy domowego użytku. Z niepokojem spojrzał w kierunku ostatniego pomieszczenia, które pozostało mu do sprawdzenia. Zrobił kilka kroków i drżącą dłonią popchnął uchylone drzwi sypialni. Zakrzyknął z przerażenia i jak oparzony wybiegł na klatkę schodową. Oparł się o poręcz schodów i próbując opanować oddech, walczył z narastającym odruchem wymiotnym. Serce waliło mu jak młotem. Drżącymi rękoma wyjął z kieszeni telefon i po paru próbach trafił wreszcie we właściwe klawisze.

Mania obudziła się z pulsującym bólem głowy. Usiadła na łóżku i odgarnęła z twarzy blond włosy. Spojrzała na śpiącego obok chłopaka. Leżał na brzuchu, zajmując większą część łóżka. Mania przesunęła dłonią po dziwnym tatuażu na jego plecach. Nawet nie drgnął.

Ziewając, wsunęła stopy w pluszowe kapcie z króliczymi uszami i podreptała do łazienki. Stanęła przed wielkim lustrem i przyglądała się swojemu odbiciu. Blond kokon na głowie, zapuchnięte powieki i ta błękitna halka, o której marzyła, gdy po raz pierwszy zobaczyła ją na wystawie luksusowego butiku w centrum. Powiedziała o niej Mariuszowi i jeszcze tego samego wieczora cieszyła się z niej jak mała dziewczynka. Co chwilę podbiegała do lustra i z podziwem spoglądała na błękitny kawałek jedwabiu. Halka kosztowała majątek, ale nigdy nie zapytała chłopaka, skąd wziął na nią pieniądze. Kilka dni później, będąc w zaprzyjaźnionym salonie urody, usłyszała rozmowę dwóch kobiet. Jedna z nich nerwowo opowiadała o bezczelnej kradzieży w butiku z drogą bielizną, w którym była kierowniczką. Manię coś ścisnęło w żołądku, poczerwieniała i najszybciej, jak to było możliwe, opuściła salon. Tamten wieczór był prawdziwym piekłem. Naskoczyła na niego i oskarżyła o kradzież, a ten w odpowiedzi nazwał ją niewdzięczną suką. Klął i wydzierał się tak głośno, że rano wstydziła się spojrzeć na sąsiadów. Na koniec trzasnął drzwiami i zniknął na trzy dni. Mania przepraszała go setki razy, aż wreszcie książę łaskawie wybaczył jej zniewagę i wspaniałomyślnie dał jej jeszcze jedną szansę.

Manię zemdliło na to wspomnienie. Czy naprawdę jest tak naiwna, jak mówi Julka? Ale przecież to dobry chłopak, miał ciężkie dzieciństwo. Ojca pijaka, który bił matkę i dzieciaki. Jego, jako najmłodszego, upodobał sobie najbardziej. Mały chłopczyk został pozbawiony ciepła i opieki, zamiast tego dostał niezrozumiałą nienawiść i okrutne traktowanie. Mania chciała pokazać mu, że można inaczej. Chciała obdarzyć go uczuciem, jakiego nigdy nie doświadczył, i wypełnić miłością każdy kawałeczek jego serca i duszy. Sprawić, że w jego ciemnym życiu zabłyśnie słońce. Postanowiła, że będzie nad nim pracować. Zaopiekuje się nim jak małym porzuconym pieskiem. Wleje w niego dobro i spokój. Nauczy wybaczać. Wiedziała, że będzie to trudne, na pewno będzie wymagało od niej dużej cierpliwości i zrozumienia. Była jednak pewna, że się opłaci. Że on wyjdzie na ludzi. Będzie świetnym mężem i ojcem. A jeśli chodzi o wczoraj? Dobrze zrobiła! Chociaż Julka nie mogła tego pojąć. Nieważne! Kiedyś może zrozumie, że to jedyny sposób, by wyciągnąć Mariuszka z dotychczasowego życia. Uratowała go wczoraj, ochroniła przed ludźmi, którzy go nie znają i nie rozumieją. Dla nich jest zwykłym bandziorem. A przecież on ma serce i uczucia. Ona to wie najlepiej. Wie, że ją kocha i chce być dobry. Po wczorajszym wypadku nie poszedł nigdzie z chłopakami. Zjawił się u niej, gdy tylko weszła do domu. Długo o tym rozmawiali. Pochwalił ją za bohaterskie zachowanie. Powiedział, że gdyby nie ona, byłby już na dnie. Usnął przy niej, więc jej ufa. Wygrała. No cóż, pewnie przyjdzie jej za ten wypadek słono zapłacić, ale warto. Nie ma takich pieniędzy, których by nie dała za uzdrowienie jego duszy.

Związała gumką włosy i sięgnęła po szczoteczkę do zębów. Nie może się dziś spóźnić. Julka i tak jest na nią wściekła. Ale zanim wyjdzie, zrobi jeszcze Mariuszkowi śniadanie. Taką niespodziankę! Śniadanie do łóżka, jak w filmach!

Komisarz Kuba Karski podziwiał przed lustrem swoją egzotyczną opaleniznę. Błękit koszuli dodatkowo ją podkreślał. Nałożył na włosy odrobinę matowej pasty i założył przeciwsłoneczne okulary. Ostatni rzut oka w lustro. Jest okej. Musi lecieć. Nie wypada spóźnić się pierwszego dnia po urlopie. Szef już do niego dzwonił. Dał mu do zrozumienia, że na niego czekają. A to mogło oznaczać tylko jedno. Mają nową sprawę.

Wsiadł do swojego focusa i gwałtownie ruszył. Po drodze rozmyślał o tym, że jeszcze przedwczoraj upajał się pięknymi widokami cypryjskiej zatoki, popijając drinka za drinkiem w plażowym barze. Szkoda tylko, że nie posłuchał głosu rozsądku i nie pojechał w tę podróż sam. Wmówił sobie, że to szansa dla ich umierającego związku. Urlop jednak kompletnie go dobił. Byli razem prawie dwa lata. Na początku był nią oczarowany, jednak po jakimś czasie Dagmara zrobiła się marudna, a Kubę zgubiła słabość do kobiet. Nie potrafił oprzeć się pewnej niezwykle apetycznej studentce, którą spotkał w jednym z klubów. Sprawa wypłynęła szybciej, niż się tego spodziewał, i zrobiło się niesympatycznie. Chcąc jakoś załagodzić sytuację, zaproponował Dagmarze tygodniowy wyjazd na Cypr. Czuł, że robi błąd, ale postanowił zaryzykować. Nie spodziewał się jednak, że dziewczyna wykaże się aż taką chęcią zemsty.

Już pierwszego dnia przeraził się, z jaką aktywnością korzysta z jego karty, fundując sobie wszystkie możliwe atrakcje hotelowego spa. Miał wrażenie, że wychodziła stamtąd tylko po to, by coś zjeść i wymienić pustą szklankę na kolejnego kolorowego drinka. Karski, nie chcąc dać jej satysfakcji, udawał niewzruszonego, jednak po tym, jak z jadowitym uśmiechem zajęła ich łóżko, a jemu kazała spać na wąskiej sofie, wściekł się nie na żarty. Zamówił kolejkę mocnych drinków i spędził noc na lokalnej dyskotece. Do końca urlopu starał się nie zwracać uwagi na pełne wyrzutu spojrzenia nadąsanej dziewczyny. Tydzień szybko minął. W drodze powrotnej zamienili w sumie ze trzy zdania i zaraz po tym, jak wysiedli z samolotu, rozeszli się, każde w swoją stronę. Mimo wszystko Kuba był zadowolony, że choć na chwilę wyrwał się ze szponów codzienności.

Zaparkował obok samochodu jednego z kolegów i wszedł do komisariatu. Dyżurny roześmiał się na jego widok i kiwnięciem głowy wskazał mu drzwi do gabinetu szefa. Było jasne, że to pilna sprawa.

- O! Kuba! - zawołał na widok Karskiego inspektor Marek Dziewoń.

Od trzech lat pełnił funkcję naczelnika wydziału dochodzeniowo-śledczego w miejskiej komendzie.

Powoli zwlókł się z wielkiego czarnego fotela i podszedł do Karskiego, podając mu rękę.

- No! Rozumiem, że wypocząłeś? - Zaśmiał się. - To dobrze. - Poklepał go po ramieniu. Kuba nie zdążył nawet się odezwać. Nie miał jednak zamiaru relacjonować przełożonemu urlopowych wrażeń.

Inspektor podrapał się po policzku.

- Siadaj! - Wskazał mu krzesło przy biurku, a sam znów rozsiadł się wygodnie w fotelu.

- Jak się zapewne domyślasz, jest nowa sprawa. Chłopaki na pewno ci wszystko opowiedzą. - Machnął ręką. - Ale najważniejsze... - Chrząknął. - Starsza kobitka w eleganckim apartamencie na luksusowym osiedlu. Sąsiad znalazł ją martwą. Najprawdopodobniej ktoś ją zaciukał i obrobił chatę. W mieszkaniu był straszny burdel. - Inspektor nie miał zwyczaju przebierać w słowach, zwłaszcza przy podwładnych.

- Z tego co mówili chłopcy, chyba została uduszona. Wiem, że lubisz takie sprawy, dlatego... - Dziewoń rozparł się w fotelu. Coś zatrzeszczało. Kuba spojrzał na wielki brzuch szefa i przyrzekł sobie w duchu, że nigdy nie doprowadzi się do takiego stanu.

- Rozumiem, że mam się tym zająć. - Pokiwał głową.

- Nooo. Przydzielam ci tę sprawę. Więcej dowiesz się od Tomka. Był na miejscu zdarzenia. Powinien być u siebie, to znaczy u was. - Nachylił się i oparł łokcie na blacie biurka. - No, jeśli o mnie chodzi, to tyle. Masz tu papiery, rozgość się, wypij kawę i do roboty. Jak będziesz czegoś potrzebował, daj znać.

Kuba wziął z biurka teczkę z dokumentami. Szybkim krokiem pokonał korytarz i wszedł do pokoju, w którym pracował. Roześmiał się na widok swojego najlepszego kolegi. Podkomisarz Tomek Mielczarek. Kuba najczęściej działał właśnie z nim. Znali się wiele lat, również prywatnie. Byli w tym samym wieku i mieli podobne zainteresowania, a do tego naprawdę się lubili.

- Siemka - rzucił.

- Cześć, stary! - Policjant odwrócił głowę od monitora komputera i uśmiechnął się.

Kuba usiadł ciężko za swoim biurkiem.

- Jak Dagmara? - Tomek zmrużył przebiegle oczy.

- No cóż! Jeśli mam być szczery, to pomysł z wyjazdem nie wypalił. - Kuba się skrzywił. - Wynudziłem się, a do tego boję się sprawdzić stan swojego konta. - Podniósł głowę i spojrzał na wchodzącego właśnie do pokoju najstarszego w ich wydziale policjanta.

- Słyszę, że już narzekasz - odezwał się mężczyzna. Szedł powoli w kierunku swojego biurka, trzymając w dłoni szklankę z gorącą herbatą. Postawił ją ostrożnie na korkowej podkładce.

Maciek pracował z Kubą i z Tomkiem dopiero od pół roku. Nie starał się jakoś specjalnie z nimi zaprzyjaźniać, ale też nie był do nich wrogo nastawiony. Po prostu nie miał zamiaru wpychać się ze swoją osobą pomiędzy kumpli. Robił, co do niego należało, i nic ponadto. Miał swoje hobby, któremu poświęcał cały wolny czas, a którego te młode lalusie nigdy by nie zrozumiały. Modelarstwo. To wciągało go bez reszty. Poza tym był od nich dużo starszy i ustatkowany. Nie kręciły go miłosne podboje, które dla chłopaków były priorytetem.

- Nie ma co gadać! - rzucił z rezygnacją Kuba. - Miejscówka fajna, ale nigdy więcej takich akcji! - Odchylił się na fotelu.

- Ooo! Biedny miś! - Tomek zaśmiał się i podszedł do ekspresu. Przechylił dzbanek i nalał sobie świeżo zaparzonej kawy. - A chociaż warto było? - Odwrócił się.

Kuba westchnął głośno i sięgnął do szafki po swój ulubiony kubek. Dostał go od jednej z byłych dziewczyn. Opatrzony był wymownym napisem: "Uwaga Zły Pies".

- No właśnie! O to chodzi! Nie dość, że wydajesz kasę, to śpisz później na kanapie - wyliczał na palcach. - Nie możesz nigdzie nic wyrwać, no bo pojechałeś na urlop z laską... Przerypane! A na koniec "Dzięki, fajnie było" - przedrzeźniał dziewczynę. - Mam to gdzieś! - Machnął ręką. - Nie, to nie! Niech spada!

- Nie unoś się! Jakoś się odkujesz. - Tomek śmiał się głośno. - Chyba nawet będziesz miał okazje. Byłeś już u Starego?

- Tak! Zwalił na mnie jakieś dochodzenie! Ty podobno znasz sprawę...

Tomek w odpowiedzi pokiwał tylko głową. Sięgnął po kubek z kawą i popatrzył na Kubę.

- Spokojnie, napij się najpierw i pogadamy.

Kuba nalał sobie kawy i zaczął przeglądać leżące na biurku papiery. Bardzo lubił swoją pracę. Odkąd pamięta, chciał być policjantem. Jako dzieciak w zabawach zawsze był gliną. Jeździł na swoim małym rowerku, udając odgłos syreny policyjnej i ganiał resztę chłopaków, którzy nie wiadomo czemu zawsze chętniej bywali złodziejami niż stróżami prawa. Intrygowały go zagadki i zawiłe historie z przestępstwami w tle. Delektował się serialami o policjantach i detektywach. Dużo czytał i jako nastolatek stwierdził, że nie chce robić nic innego. Marzył o rozwiązywaniu zagmatwanych spraw i demaskowaniu przestępców. W trakcie pełnienia służby okazało się, że ma do tego smykałkę i szybko kojarzy fakty. Miał za sobą kilka większych śledztw i głośnych spraw, przez co zyskał szacunek i uznanie przełożonych. Z każdym trudniejszym zadaniem czuł się spełniony, a praca powoli stała się jego pasją. Bardzo się w nią angażował.

- Tomek, co o tym wiesz? - spytał kolegę, machając kartkami przed jego twarzą, gdy ten próbował napić się kawy.

- Kurczę, no! - droczył się Tomek.

- Możesz pić i mówić, poza tym taki wrzątek jest niezdrowy!

- Specjalista od żywienia - rzucił z sarkazmem Tomek. Odstawił kubek na bok i sięgnął po dokumenty. Przerzucił kilka stron i usiadł wygodnie. - Około wpół do siódmej rano sąsiad ofiary postanowił pobiegać. Zauważył, że drzwi mieszkania... Jak jej tam było... Zofii Lisieckiej, lat sześćdziesiąt dziewięć, są uchylone. Zajrzał do środka i zobaczył leżącą na podłodze w sypialni ofiarę z przewiązaną na szyi białą tkaniną. Jeden z technicznych stwierdził, że to tetra.

- Co takiego? - Kuba przysiadł na blacie biurka.

- Tetra. Taki materiał. Podobno nadal robią z niego pieluchy. Dla dzieci. Tak mi mówił ten techniczny. Ma takie coś w domu, bo niedawno urodził mu się syn. Narzekał, że jego teściowa nie pozwala im używać pampersów, bo to chemia, a tetra jest sprawdzona przez miliony pokoleń. Dziecko od pierwszych dni czuje, że ma mokro, a wtedy szybciej przestaje sikać w majty i takie tam bzdury... - Tomek przewrócił oczami.

- Hm... Dużo się dowiedziałeś o pielęgnacji noworodków. - Kuba się zaśmiał. - Dawaj konkrety!

Tomek uśmiechnął się i przez chwilę przeglądał papiery.

- No, więc ta tetra była przewiązana na szyi ofiary i jednocześnie przytroczona do nogi łóżka. Rozumiesz. W mieszkaniu był straszny bajzel, wszystkie meble były opróżnione, od szaf począwszy, na regałach z książkami skończywszy. Łącznie z kuchnią, wszystko!

- Jacyś świadkowie? Rodzina? - Kuba przeciągnął dłonią po ogolonym policzku.

- Świadków na razie oczywiście żadnych, wczoraj wysłałem kilku młodych, żeby jeszcze dokładnie przepytali ludzi. Według zeznań sąsiadów mieszkała tam od niedawna i nie udzielała się towarzysko. Była samotną wdową, ale już wiemy, że nie do końca tak jest. Za chwilę do tego dojdę. - Tomek podniósł palec, uprzedzając pytanie. - Czas zgonu ma ustalić sekcja. Jedyna rzecz, jaką mamy, to kilka wiadomości zostawionych na sekretarce ofiary. Ta najstarsza jest z... - Tomek spojrzał w zapiski w notatniku - ...z wtorku, godzina dwudziesta dziesięć. Przypomnienie o umówionej wizycie stomatologicznej. Miała zarezerwowany termin następnego dnia o piętnastej. Kontaktowałem się z tym gabinetem. Ofiara, ze zrozumiałych względów, nie stawiła się w klinice. Zresztą, jak się dowiedziałem od recepcjonistki, nie była ich stałą pacjentką. Nie znają jej. Miała być tam po raz pierwszy.

- Dobra, co dalej?

- Dalej jest jakaś oferta z banku. - Tomek pokręcił głową. - Swoją drogą nienawidzę tych cholernych telefonów z ofertami kredytowymi i innymi atrakcjami, z którymi dzwonią dziesięć razy dziennie.

- Upierdliwe małpy - wtrącił Maciek, nie odrywając wzroku od swojego monitora. - Mówię o tych z banków.

- A kiedy nagrano tę wiadomość? - Kuba zignorował siedzącego w rogu pokoju kolegę.

- Poczekaj. - Tomek podniósł rękę. - Środa, dwudziesta dwadzieścia jeden.

- Okej! Są jeszcze jakieś? - Kuba skrupulatnie notował informacje w swoim notatniku.

- Jest jeszcze jedna. Najświeższa. - Tomasz przełożył stronę w notesie. - A nie, jeszcze dwie! Najistotniejsze dla nas. Czwartek rano, jakiś kompletny bełkot. Kobieta, mocno wcięta, twierdziła, że coś jej się należy. Nie wiem, o co chodzi, ale co interesujące, to belgijski numer.

- Wiadomo kto to?

- Tak. Córka ofiary. Na razie bezskutecznie próbuję się z nią skontaktować, chociażby po to, by przekazać jej tę smutną, jak sądzę, nowinę. - Tomek wzruszył ramionami. - Jednak najciekawsza jest ostatnia wiadomość. - Uniósł brew. - Delikatny głosik młodej kobietki. Czwartek, jedenasta zero siedem. - Zaakcentował godzinę. - Mocno zaniepokojona błaga o kontakt. Co ty na to? - Uśmiechnął się szelmowsko.

- Głosu nie słyszałem, ale jak mówisz, że ładny i kobiecy, a do tego przestraszony, to rzeczywiście może być interesujące. - Kuba zaśmiał się. - Wiadomo kto to?

- Ja wiem. - Tomek nie przestawał się uśmiechać.

- No to się pochwal. - Kuba przysunął się do kolegi, próbując zajrzeć mu w notatki.

- Ty jesteś niemożliwy! Dopiero co wrócił z upojnych wakacji, a już kombinuje!

- Wiesz czy nie?! - niecierpliwił się Kuba.

- Wiem i mam nawet numer! - Tomek przerzucił kilka kartek. - Proszę! - Wskazał palcem, podając notes Kubie.

- Mogliśmy poczekać z tą kawą. - Kuba podniósł na niego wzrok.

- Masz rację. To numer kawiarni. Niedaleko stąd. Kościuszki przy Mickiewicza. Ma śmieszną nazwę "Bomboni Caff?". - Tomek pokiwał głową.

- Nie wiem, czy taką śmieszną. - Kuba wzruszył ramionami. - Bomboni to po chorwacku "słodycze".

- Ty, no jestem w szoku! Nie dość, że przystojny, dobrze urodzony, to jeszcze poliglota. - Tomek zaśmiał się.

- Podróże kształcą. - Kuba mrugnął okiem. - Mów, co wiesz o tej dziewczynie z kawiarni.

- A skąd pewność, że cokolwiek wiem?

- Bo znam cię wystarczająco długo.

- Przypomnij mi, żebym spędzał z tobą mniej czasu. - Tomek roześmiał się. - Kawiarnia należy do dwóch młodych pań, Julii Bronickiej i Marii Malickiej, obydwie urodzone w dziewięćdziesiątym pierwszym roku. Nie-ka-ra-ne - przesylabizował ostatnie słowo.

- Hm... Dziewięć jeden mówisz - zamruczał Kuba. - W sumie to ja jeszcze nie zdążyłem wypić swojej kawy, więc chyba się tam przejdę i spróbuję z nimi pogadać. - Spojrzał na adres kawiarni. - Idziesz? - Zmarszczył brwi. Nie czekając na odpowiedź, podszedł do niewielkiego lustra wiszącego na ścianie i poprawił grzywkę. - No idziesz? - rzucił zniecierpliwionym głosem do kolegi.

Tomek zabębnił palcami o blat biurka.

- Kuba... - Potarł czoło. - Dziewoń nic ci nie mówił?

- Nie. Co jest grane? - Karski spojrzał na niego z niepokojem.

- Bo widzisz, ja dostałem inną sprawę. Pobicie, a właściwie zabójstwo byłego policjanta. Priorytet.

- Że co?! - Kuba podszedł bliżej. - Chyba żartujesz? Przecież zawsze pracujemy razem.

- No! Niby zawsze. - Tomek wykrzywił usta. - Ale wygląda na to, że szef zaplanował to inaczej.

- To z kim ja mam pracować? - Obaj spojrzeli na skrytego za monitorem Maćka.

Kuba poczuł, że odpływa z niego cały entuzjazm. Nie dlatego, że miał do Maćka jakieś uprzedzenia, ale dlatego, że naprawdę bardzo lubił pracować z Tomkiem. Miał do niego pełne zaufanie. Tomek był bardzo skrupulatny i drobiazgowy. To, co Karski mógłby przeoczyć, on wychwytywał od razu. Rozumieli się w pół słowa. Tak jak on poświęcał sprawie pełną uwagę i tyle czasu, ile tego wymagała. W wypadku Maćka nie było to już tak oczywiste. Kuba, nie kryjąc złości, wyszedł na korytarz. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę gabinetu szefa. Wiedział, jakich argumentów użyć. Po kwadransie znów stanął w progu ich pokoju.

- Chłopaki! Zmiana planów. Szef chce was widzieć - powiedział z zadowoleniem. - Tomek, weź od razu kurtkę i swój magiczny notes. - Uśmiechnął się szeroko. - Dostałeś tę sprawę! Idziemy pogadać z paniami przy kawce. - Mrugnął okiem.