Czarny czwartek - Michał Pruski;Mirosław

Reflow text when sidebars are open.
To, że Grudzień 1970 był jednym z najbardziej dramatycznych i zarazem najważniejszych momentów w całych dziejach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, nie ulega wątpliwości. Trudno się dziwić, że podczas 40 lat, jakie mijają od tamtych wydarzeń, napisano na ten temat blisko 60 książek i broszur. Grudzień '70 to również cezura pojawiająca się praktycznie we wszystkich podręcznikach i syntezach dotyczących okresu PRL. Warto zatem przypomnieć, że w grudniu krajem wstrząsnął głęboki kryzys polityczno-społeczny. Już od kilku lat coraz więcej osób dostrzegało, że systematycznie wyczerpywał się model polityczny, społeczny i ekonomiczny lansowany przez ekipę I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułkę.
Władze chciały zahamować i odwrócić te niekorzystne dla nich tendencje. Przygotowywały więc ograniczoną reformę gospodarczą, której integralnym elementem miała być wprowadzona zaledwie na jedenaście dni przed świętami Bożego Narodzenia drastyczna podwyżka cen wielu artykułów pierwszej potrzeby.
Stała się ona bezpośrednią przyczyną gwałtownych robotniczych protestów, do których doszło w kilku miastach Wybrzeża.
Jako pierwsza zastrajkowała rankiem 14 grudnia 1970 roku Stocznia imienia Lenina w Gdańsku, której pracownicy zażądali cofnięcia wprowadzonej podwyżki. Ponieważ kierownictwo zakładu nie było w stanie spełnić tego postulatu, po kilku godzinach robotnicy pochodem wyszli poza teren stoczni i skierowali się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Chcieli tam rozmawiać z I sekretarzem Alojzym Karkoszką, ale ten przebywał w Warszawie, gdzie właśnie obradowało VI plenum KC PZPR. Rozgoryczeni demonstranci, których nikt nie chciał słuchać, przez kolejne kilka godzin pochodem przemieszczali się ulicami Gdańska, nie niszcząc i nie demolując jednak niczego.
Gdy po południu wracali do centrum miasta, wznosząc coraz bardziej radykalne hasła, krótko przed godziną szesnastą pochód został nagle zaatakowany petardami i granatami łzawiącymi przez funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Należy w tym miejscu podkreślić, że było to ponad dziewięć (sic!)godzin po rozpoczęciu strajku w Stoczni imienia Lenina i blisko pięć godzin po tym, jak protestujący opuścili teren stoczni. Władze lokalne (i ich zwierzchnicy w Warszawie) miały wystarczająco dużo czasu na podjęcie poważnych rozmów ze strajkującymi. Wyraźnie tego jednak nie chciały, a może nie mogły lub nie umiały uczynić. Autentyczny dialog społeczny był wszak obcy praktyce realnego socjalizmu. Nie po raz pierwszy i niestety nie ostatni w dziejach PRL łatwiej było przeciwko protestującym robotnikom posłać milicję i wojsko, niż podjąć z nimi poważne rozmowy.
O tym wszystkim, jak i wydarzeniach następnych godzin i dni opowiada niezwykła książka autorstwa Mirosława Piepki i Michała Pruskiego. W tym miejscu muszę poczynić uwagę o charakterze osobistym. Otóż z Autorami książki po raz pierwszy zetknąłem się rok temu, recenzując napisany przez nich znakomity scenariusz fabularnego filmu Czarny czwartek,który rekonstruuje tragedię, jaka miała miejsce w Gdyni 17 grudnia 1970 roku. Doszło wówczas do prawdziwej masakry, zginęło co najmniej 18 osób. Było to tym bardziej tragiczne, że w poprzednich dniach nie było w Gdyni starć ulicznych, rabunków i podpaleń, a strajk na tym terenie przybrał spokojny, pokojowy charakter.
Tego, co wydarzyło się tam 17 grudnia, w żadnym razie nie można było nazwać walkami ulicznymi. Z całą odpowiedzialnością za słowo pisane mogę stwierdzić, że była to masakra bezbronnych ludzi, którzy w odpowiedzi na wieczorny telewizyjny apel wicepremiera Stanisława Kociołka szli rano do pracy. Ponieważ nieco wcześniej inny członek Biura Politycznego Zenon Kliszko polecił zablokować wojskiem i milicją dojście do portu i Stoczni imienia Komuny Paryskiej, musiało dojść do tragedii przy stacji kolejowej Gdynia Stocznia. Milicja i wojsko wczesnym rankiem ostrzelały tam ludzi idących do pracy, a w następnych godzinach na ulicach miasta trwało prawdziwe polowanie na ludzi. Był to bez wątpienia jeden z najważniejszych dni w całej blisko dziewięćdziesięcioletniej historii Gdyni.
Obecnie, gdy już widziałem film w roboczej wersji, mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że jest to dzieło zupełnie wyjątkowe. Nie tylko dlatego, że dotychczas - jeśli nie liczyć częściowo nawiązującego do grudniowej problematyki Człowieka z żelaza - jedynie film Skargaw reżyserii Jerzego Wójcika poświęcony był tragedii Grudnia '70. Również dlatego, a może właśnie przede wszystkim dlatego, że twórcy Czarnego czwartkuznaleźli odpowiedni klucz do opowiedzenia tej dramatycznej historii. Uważam za znakomity sam pomysł uczynienia głównymi bohaterami członków rodziny Brunona Drywy - jednego z robotników poległych 17 grudnia. Wielkim atutem filmu jest także i to, że zarówno tak zwani szeregowi bohaterowie, jak i tym bardziej postacie historyczne występują pod własnymi nazwiskami. Z niezrozumiałych dla mnie powodów stosunkowo często twórcy miewają w zwyczaju zmianę imion i nazwisk, a niejednokrotnie także pewnych szczegółów życiorysów konkretnych postaci historycznych, przez co - chcąc nie chcąc - osłabiają wymowę swoich dzieł. Tutaj Autorzy bardzo wiernie trzymali się faktów. Wszystko, co widzimy na ekranie, ma swoje historyczne uzasadnienie w dokumentach i/lub w relacjach uczestników tamtych wydarzeń. Nie inaczej jest w tej fascynującej książce, która obecnie trafia do rąk Czytelników. Autorzy skoncentrowali się w niej na faktach i nie dali się uwieść pokusie ich poprawiania.
Zasługą Mirosława Piepki i Michała Pruskiego jest także to, że wydobyli z zapomnienia fakt, iż to właśnie 15 grudnia 1970 roku w Gdyni doszło po raz pierwszy w dziejach PRL do podjęcia rozmów i - co jeszcze może ważniejsze - zawarcia na piśmie porozumienia między strajkującymi robotnikami a przedstawicielami władz państwowych, które w tym wypadku reprezentował (nieco samozwańczo) przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej Jan Mariański. Tego dnia - za jego wiedzą, a nawet akceptacją - przez kilka godzin działał Główny Komitet Strajkowy miasta Gdyni.
Żeby jednak nakreślony przez Autorów obraz gdyńskiego Grudnia był pełniejszy, należy także przypomnieć, że od 14 do 19 grudnia 1970 roku w kilku miastach nie tylko zresztą Wybrzeża (m.in. Białystok, Kraków, Wałbrzych) w ulicznych starciach wzięło udział - mniej lub bardziej aktywny - łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Walki nierzadko przybierały bardzo gwałtowny charakter, a wartość strat materialnych spowodowanych zniszczeniami przekroczyła 400 milionów ówczesnych złotych. Podpalono i całkowicie lub częściowo zniszczono 19 obiektów użyteczności publicznej, w tym między innymi budynki KW PZPR w Gdańsku i Szczecinie. Chociaż niewątpliwie najbardziej dramatyczny i gwałtowny obrót przybrały wydarzenia na Wybrzeżu, to jednak poza Gdańskiem, Gdynią i Szczecinem od 14 do 20 grudnia odnotowano "przerwy w pracy" w głębi kraju w 37 zakładach produkcyjnych. W tych strajkach udział brało łącznie blisko 23 tysiące osób.
Do spacyfikowania protestów na Wybrzeżu władze użyły łącznie około 27 tysięcy żołnierzy oraz 550 czołgów, 750 transporterów opancerzonych i 2100 samochodów. Zaangażowano również 108 samolotów i śmigłowców, a także 40 jednostek pływających Marynarki Wojennej. Razem z siłami, które zostały przesunięte w wyznaczone rejony, ale nie użyte do akcji, jak również łącznie z grupami skierowanymi do dyspozycji miejscowych władz dla wewnętrznej ochrony obiektów na znacznym obszarze kraju - zaangażowano około 61 tysięcy żołnierzy, 1700 czołgów, 1750 transporterów opancerzonych i 8700 samochodów. Jeżeli nie liczyć stanu wojennego, nigdy w czasach pokoju Wojsko Polskie na taką skalę nie było stawiane w stan gotowości bojowej i w takim zakresie nie zostało wykorzystane do zapewniania porządku publicznego. W kontekście użytych wówczas środków liczba ofiar tej narodowej tragedii przez lata budziła i budzi nadal wątpliwości. Wiele osób było przekonanych, że ofiar śmiertelnych musiało być więcej, niż podano. Wszak według oficjalnych danych w Grudniu śmierć poniosło łącznie 45 osób, a 1165 zostało rannych.
A przecież do sił Wojska Polskiego trzeba jeszcze dodać co najmniej 9 tysięcy milicjantów, funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa i Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej oraz służby więziennej czy nawet straży pożarnej, którzy zostali zmobilizowani i włączeni do działania. W trakcie pacyfikowania demonstracji zużyto łącznie około 150 tysięcy sztuk środków chemicznych, a tylko żołnierze (danymi służb podległych Ministerstwu Spraw Wewnętrznych nie dysponuję) wystrzelili na Wybrzeżu blisko 46 tysięcy pocisków różnego kalibru i różnych typów. Nawet jeżeli wliczono w to amunicję, która "zaginęła", i jeśli przeważały pociski świetlne i "ślepe", to i tak otrzymujemy szokującą liczbę. W kontekście sił i środków milicyjno-wojskowych użytych na Wybrzeżu - jak bardzo nie brzmiałoby to niewłaściwie w odniesieniu do narodowej tragedii - należałoby liczby zabitych i rannych uznać za relatywnie niezbyt wysokie.
Dla rodziny, która straciła wtedy kogoś bliskiego, tego typu statystyczne analizy nie mają żadnego znaczenia. Za każdym razem dla najbliższych wiadomość o nagłej śmierci oznaczała ogromną pustkę, żal, rozpacz i bezsilność w obliczu konkretnej niepowetowanej straty. Mirosław Piepka i Michał Pruski w swojej znakomitej książce, która wśród wspomnianych wyżej blisko 60 pozycji grudniowych z pewnością należy do tych najwartościowszych, w sposób naprawdę poruszający pokazali to na przykładzie losu kilku rodzin młodych ludzi zastrzelonych w Gdyni 17 grudnia 1970 roku.
Jerzy Eisler
Gdynia 2010
Od autorów
Zacznijmy od banalnego stwierdzenia: każdy, kto teraz czyta te słowa, miał 16, 17 lat albo będzie tyle miał. I my mieliśmy, jednak dostrzegamy ważne różnice w doświadczaniu rzeczywistości przez nas, jako szesnasto-, siedemnastolatków, i młodzież, która żyje w innych czasach, w wolnej Polsce. Mamy różne punkty widzenia, bo nasza wczesna młodość wypadła w dość szczególnym momencie historii, a Wasza przebiega bez doświadczeń, które my przeżyliśmy. Na szczęście!
Urodziliśmy się krótko po śmierci Józefa Stalina, jednego z najokrutniejszych dyktatorów XX wieku, często i nie bez racji porównywanego z Adolfem Hitlerem, twórcą niemieckiego nazizmu, który rozpętał najstraszliwszą z wojen w historii świata. Wkraczając w młodość, mieliśmy wokół siebie kraj rządzony przez ludzi, którzy związali się z ideą komunizmu, z utopią, która zanim legła w gruzach, zniszczyła miliony ludzkich istnień, podobnie jak nazizm.
Uczyliśmy się historii z podręczników, w których o wielu ważnych wydarzeniach nie wspominano, a inne podawano tak, by prawdę zamazać, zniekształcić. W ten sposób dowiedzieliśmy się, jak szkodliwą postacią był dla Polski Józef Piłsudski; czytaliśmy, że cały okres międzywojennej historii Polski w istocie zmierzał tylko do jednego punktu - do klęski we wrześniu 1939 roku, czemu winna była polityka władz sanacyjnych. Uczyliśmy się, że 17 września 1939 roku Związek Radziecki zajął tereny leżące wprawdzie w granicach Polski, ale i tak zamieszkane przez "swoją" ludność, więc był to fakt głęboko usprawiedliwiony, zupełnie oczywisty. W podręcznikach historii nie wspominano choćby słowem o pakcie zawartym pomiędzy ministrami spraw zagranicznych ZSRR i III Rzeszy - Wiaczesławem Mołotowem i Joachimem von Ribbentropem - w którym na niewiele tygodni przed agresją niemiecką na Polskę te dwa totalitarne państwa podzieliły nasz kraj, dokonując w istocie jego rozbioru. Nie było tam nawet wzmianki o losie tysięcy polskich oficerów wywiezionych przez sowieckie tajne służby do ZSRR, a następnie zgładzonych w Katyniu. Słowo "Katyń" było zakazane. Nie wolno było go wypowiadać. Uczyliśmy się natomiast o bohaterskiej dywizji imienia Tadeusza Kościuszki, która u boku Armii Czerwonej wyzwalała Polskę spod niemieckiej okupacji. Między wierszami wspomniano o powstaniu warszawskim i Armii Krajowej, my jednak mieliśmy wiedzieć, że główny ciężar podziemnej walki z hitlerowskim okupantem spoczywał na bojownikach Armii Ludowej i Batalionów Chłopskich, a polityczny rozsądek w tej walce wykazywała komunistyczna Polska Partia Robotnicza. Nie wiedzieliśmy, co się wydarzyło w czerwcu 1956 roku w Poznaniu, podobnie jak nic nie wiedzieliśmy o tzw. tajnym referacie Nikity Chruszczowa, który objął władzę po Stalinie i na XX Zjeździe radzieckich komunistów dokonał krytycznej oceny okresu stalinizmu. Potem okazało się, że tekst tego referatu był rozpowszechniany wśród partyjnej elity władzy w Polsce. O tym dowiedzieliśmy się od rodziców. W podręcznikach historii próżno było szukać wzmianki na temat Józefa Światły, wysokiego pracownika ówczesnej "bezpieki", który uciekł na Zachód i tam opowiadał o zbrodniczych praktykach Urzędu Bezpieczeństwa wobec żołnierzy Armii Krajowej, o preparowanych procesach politycznych "wrogów ludu", o wyrokach śmierci na polskich patriotach. Uczyliśmy się o Nowej Hucie, odbudowie Warszawy i wielkich ideach socjalizmu, dzięki którym możemy bezpiecznie żyć w kraju, który gwarantuje nam pełną wolność w sojuszu z bratnim Związkiem Radzieckim i koalicją innych państw socjalistycznych, krajów demokracji ludowej.
Historia dopadła nas w marcu 1968 roku. Zapamiętaliśmy, że w naszych szkolnych dzienniczkach ucznia rodzice musieli potwierdzać podpisami, że po szkole przychodziliśmy do domu i nie jeździliśmy do Gdańska (a obaj mieszkaliśmy w Sopocie). Coś tam słyszeliśmy, że buntują się studenci, ale o co chodziło? Nie bardzo wiedzieliśmy. Nie bardzo też rozumieliśmy, o co chodzi Władysławowi Gomułce, I sekretarzowi rządzącej krajem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, gdy w transmitowanym przez telewizję wystąpieniu na spotkaniu partyjnym w Warszawie pienił się na mównicy i z obrzydzeniem wymawiał nazwiska: Kołakowski, Jasienica, Szpotański. Nie wiedzieliśmy, co to za ludzie i dlaczego tak bardzo denerwują łysego okularnika. Widzieliśmy natomiast naszych rodziców i dziadków, którzy słuchali wiadomości Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Bywało, że przysłuchiwaliśmy się rozmowom starszych, którzy konfrontowali doniesienia oficjalnych mediów z wiadomościami Radia Wolna Europa. My jednak nie mieliśmy cierpliwości, żeby nasłuchiwać słów płynących z radiowego eteru, na zanikających falach, wśród szumów i trzasków, przy akompaniamencie buczenia zagłuszarek, którymi ówczesna władza próbowała utrudnić dostęp do informacji innych niż publikowane w nadzorowanej przez partię prasie, radiu i telewizji.
Czy za sprawą okrojonej i fałszowanej historii nauczanej ze szkolnych podręczników czuliśmy się źle? Czy interesowały nas wydarzenia polityczne? Nie. Mieliśmy swoje życie, swoje sprawy. Nie musieliśmy zadawać sobie trudu poszukiwania prawdy pośród fałszu i obłudy. Byliśmy jednymi z wielu młodych ludzi, którzy urodzili się i dorastali w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. W tej przestrzeni znaleźliśmy swoje miejsce, dzieląc czas na naukę, do której specjalnie się nie przykładaliśmy, i przygodę młodości z jej barwnym pióropuszem wrażeń. To, co widzieliśmy dokoła, było dla nas normalne, tak jak oczywiste jest to, co dostrzegają wokół siebie ludzie, którzy teraz przeżywają swoją młodość. Ilu jest wśród nich żarliwych badaczy historii? Ilu sprawiedliwych, którzy próbują odsiewać ziarno od plew? Ilu "ideowców" gotowych poświęcać się w imię jakiejś wyższej, narodowej sprawy? Ilu dokonujących politycznych wyborów? Sądzimy, że niewielu, może nawet tylu, ilu wówczas, za naszej młodości. Znikoma, nieistotna i nieznacząca mniejszość.
A co z większością? Większość nie interesuje się polityką i historią. Zaryzykujemy wyrażenie kontrowersyjnego poglądu: tak jak przed laty realny socjalizm z czasem działał zobojętniająco, otępiająco i nie prowokował do zadawania pytań, tak i dziś poziom publicznych sporów toczonych przez polityków zohydził zdecydowanej większości młodych ludzi politykę właśnie.
Zderzenie z tamtą rzeczywistością nastąpiło nagle, było szokujące i bolesne. Zapadło w naszą pamięć seriami wstrząsających obrazów. Nie byliśmy przygotowani na to, co mieliśmy zobaczyć. Ale po kolei...
Mirosław Piepka:- Poniedziałek 14 grudnia 1970 roku nie zapowiadał się jako szczególny dzień. Wprawdzie dzień wcześniej, czyli w niedzielę, wiedziałem już o podwyżkach cen, a rodzice między sobą jednoznacznie opiniowali tę decyzję, ale nie przywiązywałem do tego większej wagi.
A więc w poniedziałek rano poszedłem do szkoły (II Liceum Ogólnokształcące w Sopocie). Na lekcjach też nic szczególnego się nie działo. Było nudno, a w czasie przerw zastanawialiśmy się, gdzie zorganizować prywatkę, bo sylwester zbliżał się w szybkim tempie.
Dopiero po lekcjach usłyszeliśmy wspólnie z kolegą Romkiem rozmowę dwóch starszych mężczyzn na przystanku trolejbusowym.
- Byłem, widziałem, co się dzieje. W Gdańsku strajkuje stocznia i port. Chcą cofnięcia podwyżek lub większych pensji. Jeżeli tak się nie stanie, jutro wyjdą na ulice - twierdził z podekscytowaniem jeden z nich.
- Wszystko się zgadza, mój szwagier już przed południem dzwonił do domu, mówiąc, że dzisiaj nie wróci, bo strajk i muszą zostać w stoczni - potwierdzał drugi.
- Nie dosyć, że w sklepach niczego nie ma, to jeszcze wprowadzają podwyżki. I to przed samymi świętami. Szlag by ich trafił - nie ukrywał zdenerwowania ten pierwszy.
Dalszego ciągu tej rozmowy już nie słyszeliśmy, gdyż nadjechał trolejbus i musieliśmy wsiadać.
Byliśmy bardzo podekscytowani tym, co usłyszeliśmy. Były to treści jakże nowe dla młodego człowieka w ówczesnej szarej i siermiężnej rzeczywistości.
Obaj z Romkiem postanowiliśmy, bez namysłu, że następnego dnia, czyli we wtorek, z samego rana jedziemy do Gdańska, bo może coś ciekawego tam się wydarzy. Torby szkolne schowamy u Romka w piwnicy, by nam nie przeszkadzały.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. We wtorek już o ósmej rano byliśmy na dworcu kolejowym w Sopocie. Tutaj życie toczyło się normalnie, jakby nic szczególnego się w Trójmieście nie działo.
Inna rzeczywistość przywitała nas na gdańskim dworcu kolejowym. Po wyjściu z pociągu na peron, po drugiej stronie ulicy biegnącej wzdłuż dworca widać było tłum wpatrzony w ówczesny budynek Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Słychać było jakieś okrzyki, grupa ludzi zaintonowała hymn.
Już na peronie dworca zaczęło się pieczenie i łzawienie oczu spowodowane gazem użytym wcześniej przez milicję. Szybko przedostaliśmy się na drugą stronę ulicy, na duży plac przed ówczesnym hotelem Monopol. Dołączyliśmy w ten sposób do stojącego tam tłumu.
Miejsce było wspaniałe, mieliśmy doskonały widok nie tylko na dworzec kolejowy, ale i na gdańską stocznię oraz na kilkupiętrowy gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Odległość od zabudowań nie była zbyt mała, a tym samym w miarę bezpieczna. Przynajmniej tak wtedy uważaliśmy.
Przed Komitetem Wojewódzkim widzieliśmy olbrzymi tłum ludzi, który otaczał gmach ze wszystkich stron. Słychać było skandowanie: "Złodzieje, szubrawcy, czerwone pająki!". Inni dodawali: "Suche bułki dla Gomułki! Cofnąć podwyżki!".
Z opowieści ludzi, którzy przed nami znaleźli się na placu, wynikało, że dwie godziny wcześniej milicja pod naporem tłumu wycofała się z okolic partyjnego gmachu. Ci sami ludzie opowiadali także o porannych strzałach.
W pewnym momencie zauważyliśmy, że na wiadukcie Błędnik, przebiegającym nad torami kolejowymi, doszło do starcia między milicją a tłumem ludzi. Rozgorzała prawdziwa bitwa na pałki, kamienie i płyty chodnikowe. Po godzinie milicja się wycofała.
Około godziny dziesiątej zauważyliśmy, że od strony bramy głównej zakładu nadchodzą stoczniowcy. Kilkuset mężczyzn maszerowało karnie czwórkami, w pełnym rynsztunku, całą szerokością głównej ulicy Gdańska. W kaskach, roboczych ubraniach. Każdy z nich trzymał w ręku kawałek rury, łomu, pręta. Zdarzały się też kilofy i młoty. Maszerowali prosto pod gmach partii.
Raptem odezwał się megafon ręczny niesiony przez któregoś z nich: "Proszę zrobić miejsce pod budynkiem, bo nadchodzi Stocznia Gdańska. Za nimi idą stoczniowcy z gdańskiej remontówki, a dalej gdańscy portowcy".
Mężczyzna z megafonem zaintonował hymn.
Tak więc cały rejon wokół partyjnego budynku opanowali już stoczniowcy i portowcy, zaś pod dworzec kolejowy podjechały dwa wojskowe transportery opancerzone kierowane przez młodych żołnierzy. Otoczył je natychmiast stojący także tutaj tłum ludzi. Z włazu jednego z pojazdów wychylił się miody żołnierz w hełmofonie. Tłum stawał się wobec niego coraz bardziej agresywny, ludzie zaczęli go szarpać za mundur i wygrażać mu pięściami. Widziałem coraz większe przerażenie na twarzy mężczyzny. Potem usłyszałem ryk odpalanego silnika transportera, który gwałtownie ruszył, chcąc uciec przed wrogim tłumem. Prawdopodobnie w tamtej chwili zadecydował po prostu zwykły ludzki strach przed linczem.
Na wysokości głównego wyjścia z dworca PKP transporter miał już znaczną szybkość. Tłum biegł za nim, niknąc w tumanach dymu dobywających się z rury wydechowej.
I wtedy, w tej właśnie chwili, z dworca - jak sprinter - wybiegł jakiś chłopak, zamierzając prawdopodobnie przebiec na drugą stronę ulicy. Wybiegł wprost pod transporter, który zmiażdżył go swoim ciężarem. Prowadzący żołnierz nie miał żadnych szans na jakąkolwiek reakcję, działo się to bowiem dosłownie w mgnieniu oka.
Pojazd zatrzymał się kilkanaście metrów dalej. Tłum stanął kilka metrów przed ciałem chłopca.
Żołnierz wysiadł z transportera, ukląkł na asfalcie, chwycił się za głowę i zaczął spazmatycznie szlochać.
Ludzie stali w całkowitym milczeniu. Żołnierza i tłum rozdzielało leżące na ulicy ciało chłopca. Ciemna kurtka ortalionowa, ciemne spodnie, zimowe buty, a obok zakrwawiona czapka futrzana.
W końcu do klęczącego żołnierza podeszło dwóch mężczyzn. Chwycili go pod łokcie, podnieśli z klęczek i... spokojnie, jak ludzie mu bliscy - przynajmniej takie odniosłem wrażenie - odprowadzili kilkadziesiąt metrów dalej do stojących wojskowych ciężarówek. Na asfalcie, obok transportera, został hełmofon żołnierza.
Po dłuższym czasie, gdy ciało chłopca zabrała jakaś sanitarka, tłum skandując: "Gestapo! Bandyci!", ruszył w kierunku budynku komitetu partyjnego. Nie podeszli zbyt blisko, otoczony był bowiem przez stoczniowców i portowców. Dało się słyszeć trzask rozbijanych szyb, nastąpiły pierwsze nieporadne próby podpalenia gmachu.
W końcu od strony szczytowej ściany budynku (pierwsze okna znajdowały się na bardzo wysokim parterze) podsadzono dziewczynę o ciemnych, długich włosach. Trzymała w rękach butelki z benzyną. Krótkie machnięcie rąk, brzęk tłuczonych szyb i Komitet Wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zaczęły pożerać coraz większe języki ognia.
Zebrany tłum śpiewał Mazurka Dąbrowskiego. Na twarzach ludzi skupienie, powaga, ale też przerażenie. Ogień skutecznie trawił znienawidzony budynek.
Michał Pruski:- Miałem 16 lat, uczyłem się w II LO imienia Bolesława Chrobrego w Sopocie. Urodziłem się w Sopocie i tu mieszkałem. Do tego samego ogólniaka uczęszczał Mirek Piepka, ale był o rok starszy i nigdy się nie poznaliśmy, choć pewnie wielokrotnie mijaliśmy się na szkolnych korytarzach.
14 grudnia 1970 roku wypadł w poniedziałek. Tradycją poniedziałkowych wieczorów było oglądanie Teatru Telewizji. W tamtych latach telewizyjne spektakle były wydarzeniem, przenosiły wysoką kulturę do zwykłych domów. Czekało się na te przedstawienia.
Po Dzienniku Telewizyjnymułożyłem się na swoim stałym miejscu, na dywanie z głową opartą o kanapę, na której w półleżącej pozycji oglądała spektakl moja matka. Od trzech lat mieliśmy czarno-biały (telewizja kolorowa była dopiero w odległych planach) radziecki telewizor marki Temp. Nie pamiętam, jaki spektakl nadawano tego dnia. Około godziny dwudziestej pierwszej transmisja nagle została przerwana i na ekranie pojawiła się plansza ośrodka telewizyjnego w Gdańsku - charakterystyczny obrazek ze wznoszącym trójząb Neptunem. Pomyślałem, że to pewnie awaria nadajnika telewizyjnego w Chwaszczynie, co wówczas zdarzało się często. Ekran wypełniła niespodziewanie okrągła twarz mężczyzny o wielkich, krzaczastych brwiach. Był to Tadeusz Bejm, przewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku. WRN była namiastką samorządu, oczywiście w pełni kontrolowaną przez partię. Urzędnik zaczął opowiadać o awanturach w centrum Gdańska, o chuliganach, którzy podpalają budynki i rozbijają sklepy. Z oburzeniem mówił, że towarzyszący mu w drodze do telewizyjnego studia pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, Alojzy Karkoszka, musiał wyczesywać sobie z włosów okruchy szkła z rozbitych szyb samochodowych, ponieważ auto wiozące partyjnych dostojników także obrzucono kamieniami. Bejm zaapelował o spokój, zapowiadał skierowanie do centrum Gdańska znacznych sił Milicji Obywatelskiej.
Wznowiono nadawanie spektaklu teatralnego ze studia w Warszawie, ale była to już końcówka. Potem jeszcze jakiś film dokumentalny i koniec - telewizyjny program ogólnopolski kończył nadawanie około godziny dwudziestej trzeciej.
Pozostaliśmy z pytaniem, co się dzieje w Gdańsku i jaki jest powód tych "chuligańskich" zamieszek.
We wtorek w szkole powtarzaliśmy sobie strzępy wiadomości z Gdańska. Wyłaniał się z nich obraz niepełny, zamazany, zresztą w istocie byliśmy zajęci swoimi sprawami - lekcjami, życiem towarzyskim. Po lekcjach poszedłem do centrum miasta, stanąłem na sopockim "monciaku", czyli ulicy Bohaterów Monte Cassino, naprzeciw domu towarowego. Nad wejściem sterczał ze ściany duży głośnik. Lokalna gdańska rozgłośnia radiowa nadawała muzykę poważną i komunikaty o wprowadzeniu w Gdańsku godziny milicyjnej.
W środę mieliśmy w planie lekcji historię. Nauczała pani Katarzyna Katafiasz. Wiedzieliśmy, że uczestniczyła w powstaniu warszawskim. Prowadziła lekcje ciekawie, często odbiegała od wytycznych zawartych w podręczniku historii. Okna gabinetu historycznego wychodziły na główną ulicę miasta, ulicę 20 Października (na cześć dojścia do władzy w 1956 roku Władysława Gomułki, obecnie aleja Niepodległości). Ta ulica była zarazem główną arterią komunikacyjną Trójmiasta, poprzez Sopot łączącą Gdańsk z Gdynią.
W pewnej chwili rozległ się narastający huk i przeraźliwy zgrzyt. Rzuciliśmy się do okien. Przez centrum Sopotu ciągnęła z Gdańska do Gdyni długa kolumna czołgów, transporterów opancerzonych i wypełnionych wojskiem ciężarówek.
- Macie tu lekcję historii na żywo - powiedziała profesor Katafiasz.
Po przejeździe kolumny pozostał zryty gąsienicami asfalt jezdni. Byliśmy podekscytowani, ale nikt nie wiedział, po co czołgi jechały w stronę Gdyni.
Po lekcjach pojechałem kolejką do biura matki w Gdyni. Nigdzie nie zauważyłem czołgów i wojska. W mieście panował zupełny spokój. Normalny ruch uliczny, ludzie w sklepach. Wystawy dekorowano już świątecznie, bo zbliżało się Boże Narodzenie. Wyczuwało się jednak atmosferę dziwnego napięcia, jak gdyby coś miało się wydarzyć. W pracy odwiedzali matkę różni znajomi, także z Gdańska. Opowiadali straszne historie - widzieli ludzi zabitych na ulicach, rozczłonkowane ciała, płonące budynki w centrum, tłumy, które walczyły z milicją. Opowiadali o strajkach w stoczniach i robotniczych postulatach, o czołgach, które wjechały do miasta.
W czwartek, 17 grudnia, lekcje w szkole rozpoczynały się o godzinie dziewiątej. Droga z dolnego Sopotu do ogólniaka prowadziła obok stacji kolejowej; zwykle pokonywałem ten dystans szybkim krokiem w kilkanaście minut. Przechodząc tunelem dworcowym, nagle wyraźnie usłyszałem odgłosy serii z karabinów maszynowych od strony Gdyni. Z tego miejsca do ogólniaka było zaledwie kilkadziesiąt metrów. Zatrzymałem się, nasłuchując odgłosów wystrzałów. Po krótkiej chwili wahania skręciłem w stronę schodów prowadzących na peron kolejki elektrycznej. Powoli przeszedłem na przeciwległy koniec peronu, skąd odgłosy strzelaniny dobiegającej z Gdyni były wyraźniejsze. Nadjechała kolejka elektryczna od strony Gdańska, więc wsiadłem do niej z nadzieją, że dojadę do Gdyni, tymczasem pasażerowie zaczęli wysiadać. Dopiero wówczas usłyszałem komunikat z dworcowych megafonów, który powtarzał się co kilka chwil. Informowano, że kolejki kończą bieg w Sopocie i wracają w stronę Gdańska. Komunikat kończył się apelem: "Pracownicy Stoczni imienia Komuny Paryskiej proszeni są o powrót do domu, ponieważ praca została zawieszona aż do odwołania. O terminie podjęcia pracy pracownicy zostaną osobno powiadomieni".
Wysiadłem z kolejki. Myśl o tym, żeby za wszelką cenę dostać się do Gdyni, zupełnie mną owładnęła. Pomyślałem, że muszę przedostać się do miejsca pracy matki, ale to było tylko usprawiedliwienie. W rzeczywistości chciałem koniecznie zobaczyć, co się tam dzieje, podekscytowany informacjami na temat ulicznych zajść w Gdańsku, które powtarzano od kilku dni. Byłem w Gdyni poprzedniego dnia, a miasto wydawało się tak bezpieczne, niemal senne... Nie mogłem sobie wyobrazić, że coś złego dzieje się tam teraz. Tym bardziej chciałem się przekonać, o co chodzi.
Minęło kilkadziesiąt minut, kolejki wciąż dojeżdżały tylko do Sopotu i wracały do Gdańska. Nagle kolejny raz odezwał się megafon, zapowiedziano przyjazd pociągu z Jeleniej Góry do Gdyni. Natychmiast przeskoczyłem przez tory na peron dla pociągów dalekobieżnych. Po chwili na stację wtoczyły się wagony ciągnięte przez parowóz. Wsiadłem do pociągu, który długo nie ruszał. Pomyślałem, że pewnie i ten pociąg nie pojedzie dalej, miałem już wysiąść, gdy nagle szarpnięte przez lokomotywę wagony potoczyły się w stronę Gdyni.